Anthony Pratkanis i Elliot Aronson:
Wiek propagandy
Używanie i
nadużywanie perswazji na co dzień
Przetłumaczyli
Józef Radzicki (rozdz. 6-28)
Marcin Szuster (rozdz. 1-5 i 29-40)
Wydawnictwo
Naukowe PWN, Warszawa 2003
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cytuję
wybrane fragmenty. Strona w budowie.
Zachęcam też do zapoznania się z książką Stefana Garczyńskiego pt. „Z
Informacją Na Bakier” (poz. 29 prezentowanej
literatury).
Anonimus
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Z Okładki książki
Znakomita
bezkonkurencyjna książka o propagandzie, napisana przez światowej sławy
psychologów amerykańskich!
•
Ukazuje rosnącą rolę informacji i propagandy we współczesnym świecie,
• pozwala rozróżnić propagandę,
perswazję i edukację,
• przedstawia formy i mechanizmy skutecznej
perswazji zarówno w bezpośrednich kontaktach międzyludzkich, jak i
upośrednianych przez media,
• uwzględnia najnowsze badania w tej
dziedzinie,
• napisana w sposób wyjątkowo ciekawy i
żywy, ilustrowana licznymi przykładami z historii i współczesności,
• ma dwojaki charakter: dla studentów
kursu podstawowego jest podręcznikiem, może też stanowić lekturę do zajęć typu
seminaryjnego.
Książka ta skierowana jest przede
wszystkim do studentów psychologii, dla których same nazwiska autorów są wystarczającą
rekomendacją. Będzie to jednak z pewnością także lektura obowiązkowa na
studiach dziennikarskich, politologicznych, socjologicznych i pedagogicznych.
Co więcej, lekturą po którą sięga się z przyjemnością. Nie mam najmniejszych
wątpliwości, że podobnie jak na całym świecie, także w Polsce książka ta stanie
się bestsellerem. Tego typu pozycji na naszym rynku po prostu nie ma.
(z recenzji prof. Dariusza Dolińskiego)
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Spis treści
Przedmowa do wydania polskiego. Wolność słowa,
pluralizm opinii czy zamykanie umysłów
......... VII
Dlaczego napisaliśmy tę książkę
......... 3
1. Nasz wiek propagandy .........
9
Psychologia codziennej perswazji .........
23
2. Tajemniczy wpływ .........
24
3. Bezmyślna propaganda, rozważna
perswazja ......... 34
4. Zwierzę skłonne do
racjonalizacji ......... 39
5. Cztery techniki wywierania
wpływu ......... 46
Perswazja wstępna: przygotowanie gruntu
pod skuteczne oddziaływanie
......... 63
6. Słowa, które mają wpływ na
ludzi ......... 64
7. Obrazy w naszych głowach .........
72
8. Saddam Husajn: Hitler z Bagdadu? .........
78
9. Wątpliwe sposoby perswazji .........
84
10. Siła wabików .........
89
11. Psychologia faktoidów .........
92
Wiarygodność nadawcy komunikatu:
prawdziwa i sfabrykowana ......... 107
12. Wiarygodny nadawca komunikatu .........
108
13. Śniadanie mistrzów, tandetne
pożywienie dla naszego ja
......... 114
14. Jak przekonywać, jeśli każdy wie, że
nie zasługujesz na zaufanie, jesteś niewiarygodny i nielubiany .........
118
15. Fabrykowanie wiarygodności .........
123
16. Bokser zawodowy uśmierca jedenastu
jednym spojrzeniem: wpływ modeli prezentowanych w środkach masowego
przekazu ......... 130
Komunikat i sposób jego przekazania .........
137
17. Opakowania .........
138
18. Przekonywanie samego siebie .........
146
19. „Gołe” strychy i bohaterowie wojenni
z naszego sąsiedztwa: o żywości i obrazowości komunikatów .........
150
20. Dlaczego oni ciągle powtarzają te
same reklamy? ......... 157
21. Jeśli nie masz nic do powiedzenia –
odwróć ich uwagę ......... 162
22. Jeśli chcesz zyskać trochę, proś o
dużo! ......... 166
23. Ideał Protagorasa. Jednostronne
zachwalanie a dwustronna debata
......... 172
Odwoływanie się do emocji: porusz serce,
przekonaj rozum ......... 181
24. Odwoływanie się do strachu .........
182
25. Technika granfalonu .........
189
26. Poczucie winy ułatwia
sprzedawanie ......... 196
27. Jaki wpływ ma jeden podarowany
kwiat? ......... 202
28. Serce wierne swym zobowiązaniom .........
207
29. Potwierdzaj słowa czynem .........
213
30. Zjawisko niedostępności w
psychologii i magia przedmiotów pożądania
......... 220
Kiedy informacja zawodzi: propaganda
jako wyzwanie dla społeczeństwa .........
227
31. Edukacja czy propaganda? .........
228
32. Czym są wiadomości? .........
234
33. O nieskuteczności kampanii
informacyjnych ......... 244
34. Czasy podprogowe: kto kogo
uwodzi? ......... 248
35. Perswazja bezpośrednia .........
256
36. Jak zostać przywódcą sekty .........
263
37. Propaganda w Trzeciej Rzeszy:
poczucie zagrożenia ......... 275
Przeciwdziałanie technikom
propagandowym ......... 285
38. Przezorny zawsze ubezpieczony? Jak
skutecznie przeciwstawiać się propagandzie
......... 286
39. Jak możemy przeciwdziałać
propagandzie? ......... 295
40. Dzieci Pejto .........
303
Przypisy ......... 309
Indeks osób ......... 335
Indeks rzeczowy ......... 341
O autorach ......... 347
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przedmowa do wydania polskiego
Wolność słowa, pluralizm opinii czy zamykanie umysłów? .........
VII
Powszechne i pełne emocji dyskusje towarzyszą każdej
wielkiej kampanii medialnej, związanej wyborami politycznymi albo z ważną
masową decyzją o charakterze społecznym czy ekonomicznym (ostatnio
mieliśmy do czynienia z akcją propagującą ideę integracji europejskiej, kilka
lat temu mieliśmy do czynienia ze zmasowanym reklamowaniem emerytalnych
funduszy inwestycyjnych). Opinia publiczna wydaje także bardzo
zróżnicowane i gorące sądy dotyczące „codziennego” wpływu mediów na postawy,
opinie i zachowania ludzi. Z jednej
strony krytykujemy ich stronniczość,
nadmierne zainteresowanie tym, co negatywne, naruszanie prywatności,
„urabianie” opinii publicznej, a z drugiej – podkreślamy ich rolę w
demokratycznym społeczeństwie. Z jednej strony chcemy być dobrze poinformowani,
z drugiej – boimy się utraty samodzielności opiniowania i decydowania. Boimy
się tym bardziej, iż we współczesnym świecie występuje olbrzymie „zagęszczenie”
różnych komunikatów i zróżnicowanie źródeł potencjalnego wpływu. Czy wobec tego
jesteśmy jeszcze zdolni do samodzielnego
i refleksyjnego odbioru i przetworzenia informacji płynących z różnych źródeł,
czy może raczej rozliczne „agendy wpływu” usypiają naszą czujność, czynią z nas
automatycznych konsumentów reklamowanych towarów i idei. Czy i jakimi
sposobami można skutecznie skłaniać
ludzi do wyborów, które nie muszą być dla nich korzystne?
Książka
Anthony’ego Pratkanisa i Elliota Aronsona wnikliwie i interesująco
analizuje powyższe kwestie, przedstawiając bogaty i rzetelny materiał
empiryczny, na podstawie którego można poznać i zrozumieć różne techniki wpływu
społecznego i sytuacyjne uwarunkowania ich skuteczności. Chociaż w
tytule jest słowo „propaganda”, książka
dotyczy dużo szerszego repertuaru oddziaływań, które określane są jako wpływ
społeczny, perswazja, reklama, edukacja, manipulacja, niezamierzony wpływ mediów,
reklama bezpośrednia, pranie mózgu.
Najszerszym z tych pojęć jest
wpływ społeczny (social impact). Rozumiany jest on jako proces, w wyniku
którego dochodzi do zmian w zachowaniach, postawach, doświadczanych emocjach, czy
motywacjach. Pratkanis
i Aronson wyróżniają dwie kategorie strategii wpływu: perswazję i propagandę. Perswazja jest
rozumiana jako forma wywodu lub debaty i
dyskusji, czyli rodzaj dyskursu, którego celem jest opowiedzenie się za lub
przeciw danemu stanowisku. Od propagandy
odróżnia ją dwukierunkowość; podczas debaty słuchający i mówiący mogą wymieniać
argumenty, spierać się i polemizować, modyfikując swoje opinie pod wpływem
argumentów drugiej strony. Innymi słowy, podczas perswazji obie strony uczą się czegoś od siebie nawzajem. Propaganda jest
natomiast komunikowaniem jednego punktu
widzenia, jest raczej przekonywaniem do jakiegoś rozwiązania (decyzji,
opinii, towaru, wyboru polityka, zachowania się) niż formą informowania. Obejmuje zręczne posługiwanie się obrazami, symbolami,
stereotypami; odwołuje się do naszych
uprzedzeń i emocji. Zawsze jest jednokierunkowa: sugestie, co
robić, o czym i jak myśleć – płyną od źródła wpływu (często będącego
autorytetem lub przynajmniej przedstawianego w ten sposób) do mas (a nie
odwrotnie).
Propaganda często jest manipulacją i to
w dwóch znaczeniach: po pierwsze, dlatego że wykorzystuje mechanizmy
psychologiczne (np. chęć zachowania dobrej samooceny, dobrego nastroju,
atrakcyjnej tożsamości), aby stworzyć tym sposobem pozory, iż odbiorca
„dobrowolnie” przyjął propagowany sposób widzenia rzeczywistości czy
zachowania; po drugie dlatego, iż nie liczy się z szeroko rozumianym dobrem czy
interesem osób, na które oddziałuje. Autorzy
dostarczają naukowych argumentów, że współczesna propaganda nie musi sięgać do
kłamstw i oszustw. Jest skuteczna, gdyż
wykorzystuje nasze lenistwo myślowe, bezrefleksyjność (ale czasem także i
specyficzny namysł), emocje i potrzeby.
Krok po kroku pokazują, jak w wyniku zastosowania różnych technik propagandowych
społeczeństwo otrzymuje uproszczony obraz świata. Atakują nas wprawdzie bardzo różne komunikaty,
pochodzące od różnych nadawców (co jest możliwe dzięki demokratycznej zasadzie
wolności słowa i pluralizmu opinii), co oznacza, iż propagandowe mogą być różne
doktryny, poglądy i wzory zachowania, ale aby je zauważyć w „gęstym” środowisku
komunikacyjnym – muszą być szczególnie wyraziste, czyli widowiskowe,
wzbudzające żywe emocje, krótkie i uproszczone.
Z tym zjawiskiem Autorzy wiążą ważny dylemat współczesnej demokracji:
jak pogodzić podstawową dla niej zasadę otwartego dyskursu i przekonanie, że
tylko swobodna wymiana idei prowadzi do lepszych i sprawiedliwych decyzji w
różnych dziedzinach życia – z tym, że większość komunikatów odbierana jest bezrefleksyjnie,
co w rezultacie kształtuje uproszczony i skrzywiony obraz świata. Pratkanis i
Aronson obawiają się, iż demokratyczne media mogą niszczyć podstawę
demokratycznego społeczeństwa obywatelskiego, czyli skłonność i zdolność do
otwartego myślenia i racjonalnego dyskursu.
Być może jest to raczej ostrzeżenie niż
diagnoza aktualnego stanu rzeczy. Warto
jednak wiedzieć, iż w pewnych warunkach demokratyczne media znacznie
upraszczają prezentowaną wizję ważnej kwestii społecznej czy politycznej, a także nie przestrzegają
zasady pluralizmu opinii i pokazują tylko jedną
stronę problemu. Autorzy książki
powołują się na badania Johna Zellera2, który wykazał, iż w okresie
poprzedzającym pierwszą wojnę w Zatoce Perskiej
(1990/1991), kiedy to politycy amerykańscy byli dość jednomyślni w sprawie wysłania wojsk do Iraku, wszystkie
stacje telewizyjne pokazywały to samo. W
rezultacie, jednostronnie prezentowana sytuacja wywarła olbrzymi wpływ na
opinię widzów. Spośród tych, którzy w
tym czasie systematycznie oglądali telewizyjne wiadomości aż 76% poparło
interwencję Stanów Zjednoczonych w Iraku, a wśród nieoglądających wiadomości w
telewizji tylko 23% wyrażało takie poparcie.
Inni badacze mediów wykazują także ewidentne oszustwa medialne,
stosowane w „propagandzie okrucieństw”, jakich w roku 1990 Irak dopuszczał się
rzekomo wobec Kuwejtu. Na przykład siedemset stacji telewizyjnych pokazało w październiku
1990 roku film, w którym zapłakana piętnastolatka opowiada o bestialstwie
żołnierzy irackich, brutalnie zabijających dziesiątki kuwejckich niemowląt.
Również ówczesny prezydent Stanów Zjednoczonych, Bush (senior) powoływał się na
ten film, uzasadniając wojskową interwencję w Iraku. Tymczasem okazało się, iż
pokazywany film był wyprodukowany na zamówienie rządu Kuwejtu przez firmę
public relations, a płacząca dziewczynka była córką
ambasadora Kuwejtu w Stanach Zjednoczonych i w 1990 roku mieszkała w
Waszyngtonie3.
Oczywiście, medialna informacja o
planowanej lub aktualnie prowadzonej wojnie jest specjalnie konstruowana i
cenzurowana. Właściwie mamy wtedy do czynienia wyłącznie z propagandą, a nie z
informacją. Ale zamierzone manipulowanie
wiarygodnością polityków, kreowanie określonych wizerunków, zdarza się w
mediach na co dzień. Pratkanis i Aronson
pokazują, jak amerykańska telewizja „urabia” sympatię bądź niechęć w stosunku
do konkretnych postaci ze świata polityki;
między innymi szczegółowo analizują mechanizmy skuteczności negatywnej reklamy
telewizyjnej, jaką przygotował w walce o Biały Dom w roku 1988 sztab
Geotge’a Busha, skierowanej przeciwko
kandydatowi Demokratów, Michaelowi Dukakisowi. Co ciekawsze, pokazane są także
różne drogi odbioru tej negatywnej propagandy, z których jedna wyraźnie
zmniejsza podatność widza na taką reklamę (por. rozdz. 3. „Bezmyślna
propaganda, rozważna perswazja”).
W
Polsce wprawdzie wiele się dyskutuje o wpływie mediów na opinie i polityczne
zachowania ludzi, ale poważnych analiz skuteczności tego wpływu jest niewiele.
Dlatego szczególnie interesujący wydaje się profesjonalnie zanalizowany przez
Wiesława Godzica4 przypadek
„chwytu” propagandowego w kreowaniu obrazu kandydatów na prezydenta RP w
roku 1995, wykorzystujący mechanizm psychologiczny budowania sympatii i
wiarygodności polityka na podstawie jego zachowań niewerbalnych. Polegał on na próbach wykreowania wizerunku jednego z
uczestników debaty przedwyborczej jako osoby niesympatycznej, niechętnie
ustosunkowującej się do swojego rywala, nie słuchającej go i lekceważącej jego
opinie – poprzez wykorzystanie technicznych możliwości tworzenia obrazu
na ekranie, poprzez odpowiednią pracę kamer (tzw. podzielony ekran oraz
skrzyżowany obraz z dwóch kamer). „Konfrontacyjne dziennikarstwo” nie jest więc
specyfiką amerykańskich mediów. W Ameryce więcej się jednak o tym mówi. Polskie wydanie Wieku propagandy otworzy więc oczy (a
może i usta) wielu czytelnikom, którzy dostrzegą dzięki tej lekturze różne (nie
zawsze uprawnione) zabiegi wywierania wpływu ze strony dziennikarzy i kreowania
przez nich „medialnej rzeczywistości”.
Próby wywierania wpływu na widza mogą być dokonywane
różnymi środkami technicznymi, z których istnienia przeciętny widz nie zdaje
sobie sprawy5. Dlatego
szeroko rozumiana edukacja medialna oraz poznawanie psychologicznych mechanizmów
wpływu jest jednym ze sposobów ochrony jednostki przed propagandą. Jednak
Pratkanis i Aronson uznają, iż znajomość mechanizmów wpływu jest „dobrym
pierwszym krokiem do wzmocnienia oporu wobec propagandy”, ale nie wystarcza do
tego, by całkowicie się jej nie poddawać. Refleksyjny
odbiór wszystkich komunikatów, unikanie uzależnienia od jednego źródła
informacji, a także obywatelskie zaangażowanie zmierzające do eliminowania z
rynku medialnego nieuczciwych reklam (wprowadzających widzów w błąd) i wywieranie
nacisku na to, by także w kampaniach politycznych było więcej debat, otwartych
dyskusji z publicznością niż reklamowych spotów, odwołujących się do emocji,
jest konieczne, jeśli chcemy być racjonalnymi obywatelami w demokratycznym
państwie.
Oczywiście, wpływ na nasze postawy i zachowania mają nie tylko media. W Wieku
propagandy analizowane są różne przykłady skutecznego przekonywania w
interakcjach bezpośrednich. Sporo
miejsca poświęcono tzw. perswazji bezpośredniej, czyli zwracaniu się osobiście
lub listownie do indywidualnych konsumentów, po to, by poparli jakąś akcję,
głosowali za jakimś projektem lub kupili określony towar, działaniu sekt
(sposobom rekrutacji i uzyskiwania bezwarunkowego posłuszeństwa i wpływu), a
także pewnym elementom psychoterapii, poprzez które terapeuta może wpływać na
klienta (na przykład poprzez wywoływanie tak zwanych fałszywych wspomnień na
temat traumatycznych doświadczeń s dzieciństwa).
Niemal
wszystkie badania, do których odwołują się Anthony Pratkanis i Elliot Aronson,
prowadzone były w Stanach Zjednoczonych.
Warto więc zwrócić uwagę na cytowane przez autorów badania prowadzone w
Polsce przez Dariusza Dolińskiego i Ryszarda Nawrata6 nad
perswazyjną rolą tak zwanej „huśtawki
emocjonalnej”, czyli konsekwencjami nagłego wycofania źródeł lęku (por. s.
184-185). Mechanizmy wpływu społecznego
wydają się wprawdzie dość uniwersalne, ale gdyby czytelnicy Wieku propagandy chcieli poznać więcej
przykładów działania reklam i innych form perswazji na polskich konsumentów,
znajdą je w wielu polskich publikacjach7.
Ważnym wątkiem Wieku propagandy jest radzenie sobie z
konfliktem między pragnieniem bycia dobrze poinformowanym i „dopasowanym” do
modelu człowieka lansowanego w różnych komunikatach perswazyjnych, płynących do
człowieka z różnych źródeł zewnętrznych, a jego potrzebą podmiotowości i
niezależności. Z jednej strony widzimy, iż nasze
opinie i zachowania są efektem zewnętrznych oddziaływań, a z drugiej – chroniąc
swoją pozytywną samoocenę – myślimy, że inni są bardziej od nas podatni na
wpływy. Zjawisko to zostało opisane jako
„efekt osoby trzeciej”8.
Zarówno badania amerykańskie jak i nasze, wskazują na występowanie
zjawiska „wrogich mediów”, czyli tendencji do spostrzegania wyłącznie
informacyjnych, neutralnych przekazów jako nieobiektywnych wtedy, gdy dotyczą
one spraw wzbudzających silne emocje...
Pratkanis i Aronson wyjaśniają to zjawisko oczekiwaniami widzów, którzy
są zaangażowani w opisywany w komunikacie konflikt i silnie popierają jedną z
uwikłanych w konflikt stron lub identyfikują się z nią. (...) Wracając więc do naszych sporów o
informacyjny czy propagandowy charakter ważnych kampanii medialnych, można
powiedzieć, iż zawsze gdy kampanie te dotyczą spraw budzących silne emocje, a
opinia publiczna jest podzielona i każda ze stron przekonana wyłącznie o swojej
racji – kampanie te są i będą odbierane jako stronnicze i propagandowe. Ciekawe, że często
widzimy stronniczość i manipulacje tam, gdzie jej nie ma, a nie dostrzegamy
propagandy i manipulacji tam, gdzie ona rzeczywiście zamyka nasze umysły.
Dlaczego tak się dzieje – o tym właśnie mówi książka Wiek propagandy.
Krystyna Skarżyńska
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Dlaczego napisaliśmy tę
książkę
......... 3
Należymy
do różnych pokoleń. Jeden z nas (E.A.) urodził się w 1932 roku i dorastał
podczas II wojny światowej. „Wierzyłem wtedy gorąco we wszystko, czego
dowiadywałem się w szkole i z mediów.
Wiedziałem na przykład, że wszyscy Niemcy są źli, wszyscy Japończycy
przebiegli i zdradzieccy, natomiast wszyscy biali Amerykanie to ludzie
prostolinijni, uczciwi, bezstronni i ufni.
Być może tylko jedenastolatek mógł brać poważnie rasowe i narodowe
karykatury przedstawiane w filmach wojennych z początku lat
czterdziestych. A jednak większość
dorosłych – nie wyłączając moich rodziców (którym dedykuję tę książkę) –
naprawdę chciała wierzyć w podstawowe przesłanie ówczesnych filmów wojennych i rzeczywiście
darzyła środki masowego przekazu niemal dziecinnym zaufaniem. Ludzie wsłuchiwali się w każde słowo wypowiadane przez prezydenta Roosevelta
podczas słynnych pogadanek przy kominku i nie śniło się im kwestionować
politycznych motywów naszego kraju. Uważali (podobnie jak ja), że celem reklamy
jest informowanie konsumenta”.
Od
tamtego czasu wiele się zmieniło. A.R.P.
dorastał w czasie wojny wietnamskiej i wysłuchiwał jawnych kłamstw z ust osób piastujących
wówczas funkcje publiczne. „Siedziałem
przyklejony do telewizora, przerażony obrazem śmierci i zniszczenia, jakie
napływały z Wietnamu, nabierając przekonania, że kiedy politycy otwierają usta
– kłamią. Pełnoletność osiągnąłem w
czasie afery Watergate, kiedy zmuszono do ustąpienia urzędującego prezydenta Richarda Nixona,
przedstawiając mu niezbite dowody (część z nich stanowiły dokonane przez niego
samego nagrania) kłamstw, nieczystych zagrywek i prób ukrycia prawdy przed
społeczeństwem amerykańskim. Reklamy –
bez względu na to, czy zachwalały różne marki produktów czy różne marki
polityków – były dla mnie rozrywką służącą temu, by ktoś stal się bogatszy i
potężniejszy”.
W
pierwszym wydaniu tej książki ubolewaliśmy nad tym, że w latach
osiemdziesiątych w Białym Domu nie zainstalowano magnetofonu. Pozwoliło to prezydentowi Reaganowi uniknąć konsekwencji okłamania
narodu amerykańskiego (i świata), kiedy złamał Konstytucję, sprzedając broń
Iranowi i przeznaczając zyski na pomoc nikaraguańskm Contras1. O ile większość Amerykanów była wściekła na
Nixona i jego współpracowników, o tyle w momencie wybuchu afery Iran-Contras
zajęła wobec prób oszukania społeczeństwa bardziej cyniczne stanowisko i nie
wydawała się szczególnie rozdrażniona, gdy Oliverowi Northowi, Johnowi
Poindexterowi i samemu prezydentowi Reaganowi udało się w końcu wymigać od
kary. Uważaliśmy (i nadal uważamy), że jest to smutny komentarz do naszych
czasów. Dziś dowiadujemy się o kolejnych dochodzeniach – dotyczących plajty
kasy oszczędnościowo-pożyczkowej, kryzysu BCCI, Ruby Ridge, podejrzanych
dotacji przeznaczonych na finansowanie kampanii amerykańskich polityków
wszelkiej maści. Kto by się tym przejmował?
Normalna kolej rzeczy. Za podobny cynizm trzeba jednak płacić. Elektorat
cyniczny* to elektorat niefrasobliwy, czego
dowodem jest fakt, że w wyborach bierze dziś udział niespełna 50% uprawnionych
do głosowania Amerykanów.
Potem
byliśmy świadkami sławnego na całym
świecie pościgu w zwolnionym tempie, medialnej szopki stulecia: procesu O.J.
Simpsona2. Międzynarodowa
publiczność siedziała przyklejona do telewizorów, gdy armia składająca się z
ponad tysiąca akredytowanych reporterów
i niezliczonych ekspertów analizowała w nieskończoność każdy
przerażający szczegół sprawy sądowej i historii oskarżonego – począwszy od
kosztów procesu, a skończywszy na jadłospisie w restauracji Mezzaluna i
wakacjach Marcii Clarc na Riwierze, podczas których pani prokurator
paradowała topless. Sam tylko kanał CNN zatrudnił 70 korespondentów i 250 prawników,
aby wyprodukować 1530 godzin sprawozdań i komentarzy z procesu O.J. Simpsona.
Handlarze gadżetami związanymi z osobą Simpsona zarobili ponad miliard dolarów
na sprzedaży takich skarbów jak zegarki...
Od 1 stycznia 1995 roku do momentu, w którym upłynął tydzień od wydania
orzeczenia sądowego najważniejsze programy informacyjne w telewizji poświęciły
sprawozdaniom z procesu Simpsona 26 godzin i 50 minut, czyli 13,6% czasu
antenowego. To więcej niż poświęcono w
sumie trzem pozostałym najważniejszym wydarzeniom medialnym: wojnie w Bośni (13
godzin i 1 minuta), zamachowi bombowemu w Oklahoma City (8 godzin i 53 minuty)
oraz budżetowi Stanów Zjednoczonych (3 godziny i 39 minut).
Co pozostało mediom informacyjnym po wydaniu wyroku O.J.
Simpsona? Proces okazał się złotą żyłą.
Sprawozdania były stosunkowo tanie, miały wysoką oglądalność i pozwalały
uzyskać gigantyczne zyski z reklam. Za emisję trzydziestosekundowej reklamy w
czasie sprawozdania z rozprawy, na której sąd ogłosił werdykt, telewizja żądała
od reklamodawcy dziesięciokrotnie więcej
niż w normalnym czasie antenowym.
Co mogłoby „przebić” pikantny, intrygujący proces słynnego
sportowca? Co zapewniłoby dalsze wpływy
z reklam? Może próba odwołania
prezydenta Stanów Zjednoczonych oskarżonego o przestępstwo na tle seksualnym.
To
właśnie oglądaliśmy w następnej kolejności.
Począwszy od stycznia 1998 roku amerykańskie środki masowego przekazu,
zwłaszcza programy informacyjne, rozpoczęły nieprzerwaną emisję materiałów i
spekulacji dotyczących złego prowadzenia
się ówczesnego prezydenta Billa Clintona, zwłaszcza jego przygód ze stażystką z Białego Domu, Moniką Lewinsky3. Podczas trwającej rok sagi liczba dowcipów na temat Clintona
opowiadanych w wieczornych talk shows wzrosła o 111,3%. Szacuje się, że telewizyjne przemówienie
Clintona z 17 sierpnia 1998 roku, w którym prezydent przyznał się do związku z
Moniką Lewinsky, oglądało 67,6 miliona
Amerykanów. W ciągu miesiąca
poprzedzającego to oświadczenie poranne wiadomości
poświęciły skandalowi seksualnemu z
udziałem prezydenta 179 jednostek reportażowych, a tylko 56 jednostek wszystkim
innym wiadomościom dotyczącym administracji Clintona. Wiele z tych relacji balansowało na granicy histerii – pogłoski walczyły o
lepsze z plotkami i insynuacjami – zupełnie jak w sprawozdaniach z procesu O.J.
Simpsona.
Jak
zareagowali Amerykanie, gdy ich programy informacyjne zaczęły przypominać kanał
„Monica 24 godziny na dobę”? Odsetek
poparcia dla Billa Clintona znacznie w tym czasie wzrósł. Newt Gingrich i inni oskarżyciele prezydenta
stracili zaufanie amerykańskiej opinii publicznej (niektórzy zostali zmuszeni
do opuszczenia rządu, gdy ujawniono ich własne erotyczne grzeszki). Sondaże opinii
publicznej wykazały, że Amerykanie stracili szacunek dla programów
informacyjnych i że nie podobał się im sposób relacjonowania wydarzeń.
Coś musi ulec zmianie. W odpowiedzi na naszą słabość do rozrywki i
spektakli środki masowego przekazu
produkują „informacje” w stylu sprawozdań z procesu O.J. Simpsona i sagi Moniki
Lewinsky.
Tego rodzaju „informacje” sprzyjają cynicznemu nastawieniu do rządu i
stanu naszego społeczeństwa. Rozważmy
dla przykładu medialne sprawozdania z
amerykańskich wyborów prezydenckich w 2000 roku. Kampania nie cieszyła się zainteresowaniem
ani obywateli, ani mediów informacyjnych. Jednak gdy pojawiło się coś, co miało
zadatki na spektakl rozrywkowy, a mianowicie ponowne liczenie głosów na
Florydzie, sieci telewizyjne rozpoczęły nieprzerwaną relację, która utwierdzała
nas w cynicznym przekonaniu, że sprawy wymykają się spod kontroli.
Przegranymi są ci z nas, którzy szanują demokrację.
O ile bowiem sprawozdania z procesu i saga sprawiły, że siedzieliśmy
przyklejeni do telewizorów, o tyle nie da się tego powiedzieć o relacjach ze
śledztwa w sprawie pogwałcenia ustawy o finansowaniu kampanii politycznych lub
o pogłębionych analizach najważniejszych problemów dotyczących naszego kraju,
takich jak: gwałtownie rosnące koszty opieki zdrowotnej, ciągłe
rozprzestrzenianie się broni atomowej w skali międzynarodowej, kurczenie się
klasy średniej, rosnąca liczba dzieci żyjących w biedzie czy postępująca
konsolidacja środków masowego przekazu w rękach kilku dużych firm. Słabość tej rozrywki ma swoją cenę:
informacje potrzebne do tego, by uczestniczyć w demokracji zastępuje trywialna rozrywka. Utrudnia to
coraz bardziej wypełnianie obywatelskich powinności.
Napisaliśmy te książkę, ponieważ jesteśmy głęboko przekonani, że
nie stoimy wyłącznie przed alternatywą: naiwna akceptacja owoców propagandy
albo totalny cynizm połączony z pragnieniem rozrywki. W epoce, którą charakteryzuje korzystanie z coraz bardziej
wyrafinowanych technik propagandowych, ważne jest – zwłaszcza w demokracji –
aby obywatele byli informowani o tych technikach, o psychologicznej dynamice
tego, co czyni je skutecznymi oraz o tym, jak im przeciwdziałać, unikając
wycofywania się w pożałowania godny cynizm.
O tym właśnie jest ta książka. W
sumie badaliśmy zasady funkcjonowania technik perswazyjnych przez ponad
pięćdziesiąt lat, sądzimy zatem, że wiemy, co działa, a co nie, i dlaczego.
Wiemy także coś o tym, jak bronić się przed nadużywaniem tych technik przez
pozbawionych skrupułów nadawców – włączając w to (zwłaszcza) tych, którzy mogą
ubiegać się o najwyższe urzędy polityczne w kraju.
Doświadczenie
pozwoliło nam ponadto zrozumieć różnicę między perswazją a propagandą. Toteż
niniejsza książka zawiera także porady dla tych z was, którzy chcieliby
formułować komunikaty w sposób rzetelny i szczery. Sądzimy, że w epoce
propagandy tym, co najważniejsze z punktu widzenia trwałości demokracji jest
istnienie nadawców, którzy potrafią przedstawić swój komunikat w sposób
czytelny i uczciwy, a także istnienie wykształconego elektoratu, który
dostrzega różnicę miedzy rzetelną prezentacją a oszustwem. Nasza książka
ma być krokiem na drodze do realizacji
tych celów.
*
„Nie branie udziału w głosowaniu”, u
większości „nie głosujących” nie wynika
chyba z cynizmu. Najprawdopodobniejszym wyjaśnieniem ich postaw jest zapewne:
zniechęcenie, zobojętnienie, zawód, brak wiary w skuteczność itp. Znając realia, np. polskie, trudno się im
nawet dziwić. Przy wyższym poziomie zarówno całego społeczeństwa, jak i jego
elit, sprawy prawdopodobnie wyglądały by lepiej. Jeszcze lepiej by było, gdyby
wśród „elit” zmalał nieco kult pieniądza, a wzrosło poczucie przyzwoitości,
etyki, wartości duchowych. A może to „elity” trzeba zmienić, tylko nie aby z
tych „gorszych” na „jeszcze gorsze”?
Anonimus
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
1
Nasz wiek propagandy
......... 9
Na początku lat
dziewięćdziesiątych siedemnastoletni Demetrick James Walker został skazany na
dożywocie za zamordowanie szesnastolatka. Motyw zbrodni? Demetrick tak bardzo
chciał mieć kosztujące 125 dolarów sportowe buty Nike Air Jordan, które
zobaczył w telewizji, że przyłożył do głowy Johnny’ego Batesa pistolet kaliber
22, nacisnął spust i opuścił miejsce zbrodni z parą nowych butów. Podczas
procesu obrońca z Houston, Mark Vinson, zrzucił część winy na obrazy kreowane w
reklamach: „Niedobrze, gdy sprzęt sportowy
otacza aura luksusu, która zmusza ludzi, by się nawzajem zabijali”1.
Wyścig kandydatów z Północnej
Karoliny do amerykańskiego senatu w 1990 roku był jednym z najgorętszych i
najkosztowniejszych pojedynków politycznych ostatnich lat. W ostatnich
tygodniach kampanii czarnoskóry kandydat demokratów, Harvey Gannt, nieznacznie
prowadził w sondażach przed białym senatorem republikańskim, Jesse Helmsem.
Osiem dni przed wyborami telewizja pokazała film reklamowy Helmsa Białe ręce. Film nakręcony według pomysłu doradcy
politycznego, Alexa Castellanosa, przedstawiał białe dłonie mnące list z odmową
przyjęcia do pracy. W tle rozlegał się głos: „Potrzebowałeś tej roboty, ale oni
musieli ją dać przedstawicielowi
mniejszości, a wszystko przez system kwotowy*. Czy to sprawiedliwe?”. Chociaż
Gantt deklarował się jako przeciwnik systemu kwotowego, film odniósł – jak się
wydaje – zamierzony skutek: Helms wygrał minimalną przewagą głosów i przy
poparciu ogromnej większości mieszkańców białych dzielnic został ponownie
wybrany na senatora.
-----
* Chodzi o tzw. „akcję afirmatywną”,
gwarantującą reprezentację mniejszościom – przyp. red.
-----
Taktyka okazała się na tyle skuteczna, że Helms zastosował ją ponownie w
kolejnym pojedynku z Ganttem w 1996 roku. Tym razem oskarżył rywala o to, że
ten korzystał z preferencyjnego traktowania przy podpisywaniu umów2. Podczas kampanii prezydenckiej w 2000 roku
Alex Castellanos potwierdził swoją złą sławę, kiedy wyprodukował
trzydziestosekundową reklamę Krajowego
Komitetu Republikanów. Podczas emisji filmu na ekranach telewizorów wyświetlano
słowo SZCZURY* oddziałujące na widzów
metodą podprogową,
-----
* ang. słowo democrats zawiera sylabę RATS - szczury – przyp. red.
-----
Kilka lat temu stacja CBS pokazała film Cry Rape.
Wynikało z niego jasno, że ofiara gwałtu, która wnosi oskarżenie przeciwko
napastnikowi, naraża się na przejścia równie okropne jak sam gwałt. W
konkretnym wypadku gwałciciel, stwarzając wokół siebie aurę chłopięcej
niewinności, uzasadnił przekonująco, że to on został uwiedziony przez powódkę.
W ciągu kolejnych kilku tygodni
zanotowano gwałtowny spadek doniesień o gwałtach – ofiary, które
obejrzały w telewizji wspomniany film, przypuszczalnie obawiały się, że policja
im nie uwierzy.
W październiku 1982 roku, kiedy
po zażyciu tabletek od bólu głowy (tylenolu) zawierających cyjanek zmarło w
Chicago siedem osób, wydarzenie to zostało nagłośnione w krajowych mediach
informacyjnych. Przez kilka kolejnych dni, otwierając gazetę lub włączając radio lub telewizję, trudno
było nie natrafić na informacje o
zatruciach tylenolem. Skutek tych doniesień był natychmiastowy: w miastach na
terenie całego kraju zgłaszano przypadki analogicznych zatruć płynu do płukania
ust, kropli do oczu, sprayu do nosa, napojów gazowanych, a nawet hot dogów.
Incydenty te, określone dramatycznym mianem „trucicielstwa naśladowczego”,
przyciągnęły uwagę mediów. Reakcja opinii publicznej miała charakter lawinowy:
wiele osób wpadło w panikę i zgłaszało się do lekarza z urojonymi poparzeniami
lub zatruciami, podczas gdy w rzeczywistości dolegał im zwykły ból gardła czy
żołądka. Stosunek fałszywych alarmów do rzeczywistych przypadków zatrucia
zanieczyszczonymi produktami wyniósł siedem do jednego.
Co łączy Demetricka Jamesa
Walkera, wyborców z Północnej Karoliny, ofiary gwałtów, a w istocie wszystkich
ludzi, którzy kiedykolwiek oglądali telewizję lub czytali prasę? Ilekroć włączamy radio lub telewizor, ilekroć
otwieramy książkę, czasopismo albo gazetę, ktoś próbuje nas edukować, przekonać
do zakupu jakiegoś produktu, namówić do oddania głosu na konkretnego polityka
albo do przyjęcia określonego poglądu na sprawiedliwość, prawdę i piękno. Ten cel jest najbardziej oczywisty w przypadku
reklam: producenci prawie identycznych produktów (na przykład aspiryny, pasty
do zębów, detergentów, albo kandydatów na urząd polityczny) wydają masę
pieniędzy, by skłonić nas do kupna produktu opakowanego właśnie przez nich.
Jednak wpływ nie zawsze musi być tak jawny: skutki informacji telewizyjnych lub
programów typu Cry Rape daleko wykraczają poza ich oczywisty efekt jako programów o
charakterze dokumentalnym czy fabularyzowanym. Taki wpływ może być niezwykle
subtelny, a nawet niezamierzony. Jak dobrze pokazuje reakcja na film dotyczący
gwałtu, nadawcy komunikatu mogą wpływać na nasz sposób patrzenia na świat i
reagowania na ważne wydarzenia nawet wówczas, gdy otwarcie nie próbują nam
niczego sprzedać. Celem tej książki jest
przyjrzenie się naturze perswazji w naszym codziennym życiu: pokazanie, jak
wpływa ona na nasze zachowanie, jak możemy się bronić przed niechcianą
propagandą i jak nauczyć się czynić z perswazji mądry użytek.
Wszechobecność wpływu
......... 11
Podstawowe medium perswazji to
środki masowego przekazu. Statystyki dotyczące skali oddziaływania środków
masowego przekazu są zdumiewające3.
Media to przemysł o wartości ponad 400 miliardów dolarów rocznie, przy
czym aż 206 miliardów wydaje się na komunikację masową, polegającą na wytwarzaniu
zuniformizowanych komunikatów i przekazywaniu ich w identyczny sposób ludziom
żyjącym w różnych miejscach. W Stanach
Zjednoczonych jest 1449 stacji i cztery
wielkie sieci telewizyjne, 10379 stacji radiowych, 1509 gazet
codziennych, 7047 tygodników, ponad 17000 magazynów i biuletynów oraz 9
wielkich studiów filmowych. Każdego roku przeciętny Amerykanin spędza 1550
godzin na oglądaniu telewizji, 1160 godzin na słuchaniu radia z jednego z 530
milionów radioodbiorników, 180 godzin na
czytaniu ważących w sumie 45 kilo gazet oraz 110 godzin na lekturze czasopism.
Amerykanin może przeczytać co roku ponad 50 tysięcy nowych książek. Media
towarzyszą nam przez ponad połowę czasu w ciągu dnia.
Jeżeli spędzasz przed
telewizorem 30 godzin tygodniowo (czyli tyle, co przeciętny Amerykanin), to
oglądasz w ciągu roku około 38 tysięcy reklam. Średnio na każdą godzinę
programu telewizyjnego w porze najwyższej oglądalności przypada ponad 11 minut
czasu reklamowego. Oznacza to, że każdego dnia emitowanych jest ponad 100 reklam.
Kolejne 100 do 300 reklam dociera do ciebie codziennie za pośrednictwem innych
środków masowego przekazu: radia, gazet i czasopism.
Jednak zalew reklam wcale się
na tym nie kończy. Widzowie, którzy wlepiają wzrok w nieprzerwany strumień
reklam emitowanych przez takie kanały jak... składają ponad 100 milionów
zamówień o łącznej wartości ponad 2,5
miliarda dolarów. W ciągu roku otrzymują
średnio 252 reklam pocztowych (ten przemysł o wartości 144,5 miliarda
dolarów nadal się rozwija) i odbierają
około 50 telefonów od specjalistów zajmujących się telemarketingiem, którzy
kontaktują się codziennie z 7 milionami osób. Rocznie Amerykanie kupują przez
telefon towary i usługi o wartości 600 miliardów dolarów. Obecnie reklamodawcy pracują nad
nowymi sposobami dostarczania swoich komunikatów za pomocą Internetu.
Codziennie ponad 257 milionów*
użytkowników Internetu odwiedza przeszło
11,1 miliona dostępnych w sieci stron...
(* Oczywiście, jest to, jak przypuszczam, ilość „kliknięć”, czasami, przy pomocy
różnych sztuczek informatycznych parokrotnie sztucznie
zwiększonych/wymuszonych, a nie rzeczywista ilość odwiedzających strony internautów. Oczywistym
też jest, że ten sam internauta, może dziennie odwiedzić – „kliknąć” nawet i kilkadziesiąt stron i zostanie w
statystyce policzony jako kilkadziesiąt osób. Zapewne wielu uważnych i
znających odpowiednie zagadnienia czytelników, ma także wątpliwości, co do i
wielu innych danych. Niestety, niewielkie mamy możliwości a także chęci , żeby się nad wszystkim zastanawiać i sprawdzać, a co dopiero mówić o
publicznym reagowaniu.
Anonimus).
Idąc dowolną amerykańską ulicą,
napotkasz niezliczone tablice reklamowe, plakaty, naklejki na zderzakach
samochodów, reklamy na autobusach i taksówkach, a każda z nich zawierać będzie
inny komunikat reklamowy. Twoja szafka kuchenna jest przypuszczalnie pełna opakowań i etykietek, z których każda zawiera
przynajmniej jedną informację zachęcającą do kupna. Można odnieść wrażenie, że nie ma miejsca wolnego od
reklam.
Każdego dnia na Amerykanów
oddziałuje 18 miliardów reklam prasowych, 2,6 miliona reklam radiowych. 300
tysięcy reklam telewizyjnych, 500 tysięcy tablic reklamowych i 40 milionów
reklam wysyłanych pocztą. W Stanach Zjednoczonych
mieszka 6% populacji światowej, które konsumuje 57% produkowanych na świecie
reklam. Producenci wydają rocznie ponad 165 miliardów dolarów na reklamę i
ponad 115 miliardów na promocje produktów (kupony, darmowe próbki, rabaty,
promocje itd.). Oznacza to, że w Stanach Zjednoczonych na reklamę wydaje się
2,2% produktu krajowego brutto (dla porównania: w Japonii odsetek ten wynosi
0,95%, a w Niemczech 0,90%), czyli ponad 1000 dolarów rocznie na jednego
obywatela; jest to kwota przekraczająca roczny dochód statystycznego obywatela
trzeciego świata.
Ale perswazja nie jest
specjalnością wyłącznie reklamodawców i producentów. Rząd amerykański wydaje ponad 400 milionów dolarów rocznie na
zatrudnienie ponad 8 tysięcy pracowników, którzy kreują propagandę przedstawiającą
Stany Zjednoczone w korzystnym świetle. Rezultaty? – 90 filmów rocznie, 12
magazynów w 22 językach, 800 godzin programów nadawanych przez Głos Ameryki w 37 językach, które
odbiera 75 milionów słuchaczy – a wszystkie one zachwalają amerykański styl życia.
Perswazja pojawia się niemal we
wszystkich zawodach. Prawie każdy
znaczący polityk zatrudnia doradców do spraw mediów i ekspertów politycznych,
którzy doradzają mu, jak przekonać publiczność i jak zostać wybranym (oraz jak
utrzymać się na zdobytym stanowisku). Na przykład przed wyborami prezydenckimi
w 2000 roku George W. Bush zebrał ponad 184 miliony dolarów na finansowanie
swojej kampanii, zaś Al. Gore ponad 133 miliony. Po wygraniu wyborów prezydent,
aby utrzymać wysokie notowania, wydaje miliony dolarów na osobistych
specjalistów od badania opinii publicznej i doradców politycznych.
Właściwie każda branża i grupa
interesu wynajmuje lobbystę reprezentującego ją przed Kongresem oraz władzami
stanowymi i lokalnymi. Dzisiaj takie komitety działań politycznych służą jako
podstawowe źródło finansowania większości kampanii politycznych. Czy w tej
sytuacji należy się dziwić, że Kongres wcale nie ma ochoty nakładać poważnych
ograniczeń na liczących się lobbystów takich jak...
Także miejsce pracy stanowiło
zawsze żyzną glebę dla perswazji i walki o własną pozycję. Jedne z badań
szacują, że menedżerowie spędzają ponad
80% swojego czasu na komunikacji słownej
– jej celem jest najczęściej przypodobanie się współpracownikom lub przekonanie
ich do czegoś. Wraz z narodzinami kserokopiarki... W samym Pentagonie kopiuje się średnio 350 tysięcy stron dziennie, co stanowi
objętościowy ekwiwalent tysiąca powieści. Niedziela jest może dniem odpoczynku,
ale nie od perswazji, bowiem armia kaznodziejów wstępuje na ambony, by nakłonić
nas do prawdziwie moralnego postępowania.
Wykorzystują oni także fale eteru: 14% wszystkich stacji radiowych
nadaje programy wychwalające cnoty chrześcijańskie.
Gdybyście potrzebowali pomocy w
przygotowaniu waszego komunikatu perswazyjnego, miliony czekają w pogotowiu, by
wam pomóc (za opłatą). Mamy dziś 675
tysięcy prawników argumentujących i oddających się perswazji w sądach – oraz
przed opinią publiczną, jeżeli wymaga tego ich ważny klient. Ponad 300 firm
świadczy usługi w zakresie „konsultacji wizerunku”, doradzając, jak uczynić
swój osobisty wizerunek atrakcyjniejszym. Firmy zajmujące się public relations można wynająć do
uporania się z dowolnym problemem związanym z opinią publiczną. Istnieje ponad
500 dużych firm zajmujących się badaniami marketingowymi i sondażami opinii,
gotowych sprawdzić, jakie jest zdanie Amerykanów na dowolnie wybrany temat. Sto
największych firm prowadzących badania marketingowe zarabia w sumie rocznie
ponad 5 miliardów dolarów.
Każdego dnia bombarduje się nas
jednym komunikatem perswazyjnym za drugim. Mamy do czynienia z perswazją opartą nie na wymianie argumentów
i dyskusji, ale na manipulacji symbolami i naszymi najbardziej podstawowymi
emocjami. Czy tego chcemy czy nie, żyjemy w epoce propagandy.
Rozwój propagandy postindustrialnej
......... 14
Każde społeczeństwo potrzebuje
mechanizmów podejmowania decyzji, rozstrzygania sporów i koordynowania
działań. Nasze społeczeństwo wybrało
perswazję. W byłym Związku Radzieckim, u szczytu powodzenia partii komunistycznej, gusta i wybory
konsumentów próbowało regulować politbiuro. W naszej kulturze zostawiamy te
sprawy umiejętnościom perswazyjnym reklamodawców. W średniowiecznej Europie większość sporów
rozstrzygały dekrety panów feudalnych i papieża albo pojedynek. Dziś prawnicy
próbują rozstrzygać konflikty, negocjując ugodę poza salą sądową, a gdy nie
przynosi to skutku, bronią stanowisk swoich klientów przed złożonym
trybunałem sędziowskim. W wielu kulturach rządzący dochodzą do władzy
siłą albo drogą dziedziczenia. Społeczeństwo
Stanów Zjednoczonych wybiera swoich przywódców w trybie rytuału
perswazyjnego, znanego jako kampania wyborcza.
Amerykańskie praktyki
perswazyjne sięgają korzeniami początków naszej państwowości4.
Społeczeństwo Stanów Zjednoczonych było wówczas, podobnie jak dziś,
zróżnicowane i składało się, oprócz Indian, między innymi z przybyszów z
Anglii, Hiszpanii, Afryki, Holandii i Francji. Każda grupa wyznawała własne
przekonania i wartości. Choć narzędziami utrwalania kompromisu były często
przemoc i groźba przemocy, to jednak znaczną część pracy polegającej na
wypracowaniu wśród tej różnorodności nowego konsensusu zawdzięczamy perswazji.
Pierwsi propagatorzy Nowego Świata wabili osadników obietnicami wielkich
bogactw, taniej ziemi, wolności religijnej i niezwykłego nowego świata. Księża
katoliccy i duchowni protestanccy nauczali wiernych i próbowali nawrócić na
chrześcijaństwo nienawróconych, głównie Indian. Wprowadzenie w Ameryce maszyn
drukarskich umożliwiło szeroką dystrybucję traktatów, pamfletów i gazet,
będących podstawowym narzędziem perswazji wśród kolonistów. Przed
ratyfikowaniem amerykańskiej Konstytucji dopilnowano, by perswazja znalazła
się w centrum procesu decyzyjnego,
gwarantując wolność słowa, prasy, zgromadzeń i składania petycji do rządu. Rząd
amerykański ze swoim trójpodziałem władzy (organ ustawodawczy składa się z
dwóch izb) jest systemem mechanizmów wzajemnej kontroli wymagającym debaty,
argumentów i kompromisu. Amerykański system prawny ma charakter prywatno-dowodowy
i wymaga od rządu udowodnienia ponad
wszelką wątpliwość, że obywatel popełnił przestępstwo.
Niewiele miejsc symbolizuje tę
wczesną amerykańską fascynację perswazją tak sugestywnie jak hala Faneuila i
targ Quincy’ego w Bostonie5. Hala, wzniesiona w 1742 roku przez
Petera Faneuila, miała być pierwotnie targowiskiem, które „dawałoby schronienie
i stanowiło zachętę dla ludzi ze wsi przywożących do miasta towary. Jako że
konsumeryzm budził już wówczas (i budzi nadal) niemałe kontrowersje, Faneuil
dobudował na drugim piętrze, ponad stoiskami targowymi, salę konferencyjną,
chcąc przekonać Boston do przyjęcia daru. Sala Faneuila była miejscem dyskusji
dotyczących niemal wszystkich ważnych problemów, przed jakimi stawały Stany
Zjednoczone, nie wyłączając kwestii niepodległości, niewolnictwa, abstynencji,
praw kobiet oraz debaty na temat wszystkich amerykańskich wojen, począwszy od
roku 1812 aż do wojny w Zatoce Perskiej. Targowisko, które osiemdziesiąt cztery
lata później rozbudowano i przemianowano na halę targową Quincy’ego (od
nazwiska ówczesnego burmistrza Bostonu), funkcjonuje do dziś, będąc jednym z
najstarszych amerykańskich centrów handlowych. Nieopodal stoją takie pomniki
perswazji jak Old State House i Old North Church, miejsca wielu wystąpień i
działań ruchu niepodległościowego. Czy można się dziwić, że istotą formy
rządzenia , którą pomogli ustanowić koloniści pod koniec XVIII wieku, była
sztuka perswazji?
Jednak
poważne zainteresowanie perswazją i organizacja perswazji przybrały skalę
masową dopiero wówczas, gdy dało się już odczuć pełną potęgę rewolucji
przemysłowej. W okresie rewolucji przemysłowej wynaleziono wiele nowych
urządzeń – silnik parowy, odziarniarkę bawełny, krosno maszynowe, kolej,
telegraf i linie montażowe – w wyniku czego zaczęto produkować coraz więcej
dóbr materialnych przeznaczonych na masowy rynek. Na przestrzeni kilku pokoleń
dobra, które wcześniej mogli posiadać tylko najbogatsi, stały się przedmiotem
aspiracji prawie wszystkich.Coraz większa liczba produktów oznaczała, że towary
kupowano nie tylko dlatego, że były potrzebne, ale także dlatego, że taki był
dyktat mody i stylu.
A jednak konsumenci nie zawsze
kupowali oferowane dobra. Działo się tak z kilku powodów. Potencjalni klienci
mogli nie wiedzieć o zaletach określonego produktu, nie ufać producentowi lub
uważać produkt za zbędny. Mogło brakować im pieniędzy na natychmiastowy zakup
oferowanych dóbr. Producenci z konieczności coraz częściej próbowali nakłonić
ludzi do masowego kupowania ich produktów za pomocą wyprzedaży i technik
marketingowych. Wraz z rozwojem kolejnych środków masowego przekazu – maszyn
drukarskich w XVII wieku, wysokonakładowych magazynów w latach osiemdziesiątych
XIX wieku, radia w latach trzydziestych XX wieku, telewizji w latach pięćdziesiątych,
reklamy bezpośredniej i telemarketingu w latach osiemdziesiątych oraz Internetu
u progu nowego tysiąclecia – producenci otrzymywali do dyspozycji coraz
wygodniejsze sposoby docierania do konsumentów.
Gdybyśmy jednak mieli wskazać dokładny
moment rozpoczęcia wieku propagandy, wybralibyśmy nieznane wydarzenie ,
pomijane w większości podręczników historii amerykańskiej. Nowoczesna epoka
propagandy rozpoczęła się w Filadelfii w 1843 roku, kiedy to młody człowiek,
niejaki Volney Palmer, otworzył pierwszą agencję reklamową. Jego prymitywne,
wedle dzisiejszych standardów, biuro świadczyło usługi wyłącznie w zakresie
pośrednictwa w sprzedaży przestrzeni reklamowej między wydawcami gazet a
reklamodawcami6. Wkrótce potem pojawiły się agencje oferujące pełen zakres usług, takich jak
planowanie kampanii medialnych oraz tworzenie i przygotowywanie reklam, a także
wiele firm prowadzących badania marketingowe, agencji reklamowych i biur
badania opinii publicznej – a wszystko to w służbie perswazji.
Także akademicy szybko podchwycili
nowe tendencje. Na początku lat dziewięćdziesiątych XIX wieku na uniwersytetach
zaczęły się pojawiać nowe kursy: „Zasady reklamy”, „Sztuka sprzedaży”,
„Sprzedaż hurtowa i detaliczna. (pół wieku na „podchwycenie” nowych
tendencji praktyki, to „szybkość” dość względna. Anonimus).
Rozpoczęto publikację podręczników akademickich o takich tytułach jak Reklama i jej psychiczne zasady czy Psychologia reklamy,
które obiecywały, że nauczą czytelników sztuki perswazji – przynajmniej w
zastosowaniu do reklamy i sprzedaży7. U progu nowego wieku istniały
już wszystkie podstawowe instytucje amerykańskiej propagandy. Ewolucja
ludzkości od myśliwych o zbieraczy po ludzi kupujących i pozbywających się dóbr
została zakończona.
Zasady reklamy i marketingu
wypracowane dla potrzeb rynku towarów konsumpcyjnych szybko zastosowano w
promocji polityków i idei politycznych. Jednym z pierwszych takich zastosowań
była „sprzedaż” pierwszej wojny światowej. W książce wydanej w 1920 roku George
Creel, wydawca i przewodniczący Komitetu Informacji Publicznej, ujawnił z dumą,
że on i jego komitet wykorzystali zasady działania reklamy, aby przekonać
Amerykanów do wyruszenia na wojnę z Niemcami8. Sukces Creela
zainspirował innych, w szczególności Adolfa Hitlera, do zastosowania i
rozwinięcia tych technik na wielką skalę. Powodzenie tego rodzaju
przedsięwzięć wywołało, delikatnie
mówiąc, znaczny niepokój. Nowocześni krytycy mówili o perswazji jako o kontroli
umysłu, praniu mózgów, ukrytym uwodzeniu i zwracali uwagę na destrukcyjne
konsekwencje propagandy.
Propaganda a perswazja
......... 17
Formy perswazji, które
zdominowały styl życia w XX wieku znacznie różnią się od tych, które stosowano
w epokach wcześniejszych, a na pewno od tych, z którymi stykali się amerykańscy
koloniści. Dlatego właśnie na określenie
technik masowej perswazji charakteryzujących nasze społeczeństwo
postindustrialne będziemy używać terminu propaganda. Słowo propaganda
jest stosunkowo nowe. Po raz pierwszy użyto go w sposób udokumentowany w 1662
roku, kiedy to papież Grzegorz XV ustanowił Kongregację Rozkrzewiania Wiary (Sacra Congregatio de Propaganda Fide). Po reformacji Kościół
rzymsko-katolicki angażował się w święte wojny, próbując (najczęściej bez
powodzenia) za pomocą oręża na nowo ustalić swoją wiarę. Kiedy papież Grzegorz
XV zrozumiał, że tego rodzaju wysiłki nie odnoszą skutku, założył papieskie
biuro propagandowe – instytucję koordynującą wysiłki mające na celu skłonienie
mężczyzn i kobiet, by „dobrowolnie” przyjęli doktrynę kościoła. Tym samym słowo
propaganda nabrało negatywnych konotacji w krajach protestanckich, a
pozytywnych (podobnych do konotacji terminów nauczanie i kaznodziejstwo) w
krajach katolickich.
Termin propaganda wszedł do powszechnego
obiegu dopiero na początku XX wieku, kiedy zaczęto nim określać taktyki
perswazyjne wykorzystywane w okresie I wojny światowej, a później przez reżimy
totalitarne. Przez propagandę rozumiano pierwotnie rozpowszechnianie stronniczych idei i poglądów,
nierzadko przy użyciu kłamstwa i podstępu. Kiedy jednak uczeni poddali to
zjawisko głębszej analizie, wielu z nich zrozumiało, że propaganda nie była
cechą wyłącznie „złych” i totalitarnych reżimów, i że często nie
ograniczała się do sprytnego oszustwa. Od tamtej pory znaczenie słowa propaganda
objęło także „sugestię” i „wywieranie wpływu” poprzez manipulację symbolami i
przy wykorzystaniu mechanizmów psychologicznych jednostki. Propaganda obejmuje
zręczne posługiwanie się obrazami, sloganami i symbolami, odwołujące się do
naszych uprzedzeń i emocji; jest komunikowaniem pewnego punktu widzenia,
mającym na celu skłonienie odbiorcy do „dobrowolnego” przyjęcia tego punktu
widzenia za swój9.
Propaganda jest równie stara
jak sama cywilizacja. Na przykład wczesne zapisy hieroglificzne w kulturze
egipskiej i mezoamerykańskiej (Aztekowie, Mistekowie, Zapotecy, Majowie)
składały się z symboli i obrazów przedstawiających „historię” w sposób
korzystny dla klasy panującej10.
Teksty i pomniki Majów często manipulowały datami historycznymi,
długością życia władców, cyklami astronomicznymi i rzeczywistymi wydarzeniami,
aby ukazać aktualnie panującego władcę w
korzystnym świetle. Podawano na przykład, że data urodzenia obecnego
przywódcy odpowiada dacie urodzenia
potężniejszego przywódcy z przeszłości, co miało sugerować, że jest on
inkarnacją tego drugiego, albo wyolbrzymiano siłę pokonanych wrogów czy jeńców,
aby przywódca wydawał się potężny i budził grozę wśród poddanych. Zważywszy, że
odczytywać i sporządzać hieroglificzne obrazy i symbole umieli tylko przywódcy
i ich kapłani, perswazja miała w owych kulturach charakter jednokierunkowy – od
przywódcy do mas. (Masy mówić jednak umiały i chyba
jakieś ustne przekazy musiały docierać. Anonimus).
Nie każda perswazja jest jednak
propagandą. Celem klasycznych technik
retorycznych starożytnych Greków i Rzymian – z zapałem studiowanych przez tych,
którzy odpowiadają za formy rządów obowiązujące dziś w Ameryce i Europie
Zachodniej – było stworzenie dyskursu pozwalającego wyjaśnić określony problem.
Ta perswazja może przybrać formę wywodu,
debaty, dyskusji albo po prostu dobrego przemówienia, którego celem jest
opowiedzenie się za lub przeciw jakiemuś stanowisku. Ostatecznie nauki z
perswazji czerpali zarówno mówcy, jak i słuchacze.
W miastach-państwach
starożytnej Grecji wszyscy obywatele uważani byli za równych i od każdego
oczekiwano, że będzie mówił w swoim imieniu11. Na przykład grecki
system sądowniczy nie pozwalał na to, by osoby wynajęte lub prawnicy bronili cudzej sprawy; od
obywateli wymagano, by sami przedstawiali swoje argumenty przed sądem, a
ściślej – przed trybunałem, w którym zasiadali jego krajanie. Od obywatela
greckiego oczekiwano, że będzie zabierał głos w bieżących sprawach podczas zgromadzeń
politycznych. Zadania tego nie powierzano wybranym przedstawicielom. Nic zatem
dziwnego, że przeciętny grecki obywatel, nie chcąc zostać pozbawionym swojej
własności czy usuniętym ze wspólnoty na skutek błahego pozwu, był
zainteresowany opanowaniem sztuki sugestywnej argumentacji.
Do pomocy w nauce perswazji
grecki obywatel mógł wynająć sofistę,
który uczył go, jak należy argumentować. Sofiści byli wędrownymi nauczycielami,
którzy wygłaszali wykłady i pisali pierwsze dzieła poświęcone perswazji,
podobne do poradników, które można dziś znaleźć w księgarniach.
Sofiści znani są chyba
najlepiej ze swoich „niebezpiecznych” poglądów na rolę perswazji w
społeczeństwie – stąd negatywne konotacje słowa sofistyka, które oznacza
„oszustwo”, „pokrętną argumentację”. Punkt widzenia sofistów został wyrażony w
dwóch, na pozór niewinnych maksymach, których autorstwo przypisuje się
Protagorasowi: „Człowiek jest miarą wszechrzeczy” oraz „Istnieją dwie strony
każdego problemu”. Dla sofistów nie ma prawdy absolutnej, ani niezawodnych
sposobów dochodzenia do prawdy poprzez intuicję czy boską inspirację. Wszystkie kryteria pochodzą od człowieka i jako takie są zawsze dyskusyjne. Jak wobec tego
decydujemy, co należy robić? Sofiści
uważali, że do odkrycia „najlepszego” trybu postępowania konieczna jest
perswazja; dzięki argumentom i dyskusji można ujawnić wiele aspektów problemu i
jaśniej ujrzeć wady i zalety określonego sposobu działania.
Platon zaciekle krytykował
stanowisko sofistów, wyprzedzając tym samym wiele nowoczesnych komentarzy
dotyczących perswazji. Wierzył w absolutną prawdę, którą można docenić tylko
dzięki studiom filozoficznym. Zdaniem Platona, „słowne sztuczki” sofistów
powodowały zamieszanie w umysłach ateńskiej młodzieży i utrudniały jej zrozumienie
tego, co sam uważał za prawdę.
Około 323 r. p.n.e. w Retoryce – pierwszej wyczerpującej teorii
perswazji – Arystoteles uzgodnił poglądy sofistów ze stanowiskiem swojego
nauczyciela, Platona. Dla Arystotelesa celem perswazji jest komunikowanie
określonego punktu widzenia lub stanowiska. Sofiści sądzili, że do odkrycia
istotnych faktów potrzebna jest perswazja. Arystoteles uważał natomiast, że
wiedzę można osiągnąć tylko posługując się logiką i rozumem. Niestety, zdaniem
Arystotelesa, nie każdy jest zdolny do jasnego rozumowania na dowolny temat.
Sztuka perswazji potrzebna jest do przekazania prawdy osobom mniej lotnym w
taki sposób, by mogły dojść do właściwych wniosków.
Tradycję „decydowania przez
perswazję” podtrzymali pierwsi Rzymianie. System polityczny i sądowniczy
republiki rzymskiej, podobnie jak u Greków, zachęcał do dyskusji i wygłaszania
przemówień politycznych. Jednak w odróżnieniu od Greków Rzymianie zatrudniali
zawodowych oratorów – polityków i prawników, którzy robili karierę jako mówcy.
Rolę perswazji w społeczeństwie rzymskim
trafnie oddał jeden z najsłynniejszych zawodowych rzymskich mówców, prawnik
Cyceron (106-43 p.n.e.). Zapytany, czy „retoryka zrobiła więcej złego niż
dobrego”, Cyceron udzielił odpowiedzi, która zadowoliłaby nawet Arystotelesa:
„Mądrość pozbawiona elokwencji nie zdała się państwom na wiele, ale elokwencja
pozbawiona mądrości była często wielką przeszkodą, korzyścią zaś – nigdy”12.
Elokwentna retoryka
starożytnych Greków i Rzymian, a także amerykańskich kolonistów, to coś
zupełnie innego od typowej komunikacji dzisiejszych czasów, kładącej nacisk na
użycie prostych sloganów i obrazów. Coraz częściej celem nowoczesnej propagandy
nie jest informowanie i oświecanie, lecz przekonywanie mas do określonego
stanowiska lub punktu widzenia.
Żyjemy w środowisku gęstym od
komunikatów. Specjaliści od reklamy Al Ries i Jack Trout określają nasze
społeczeństwo mianem „przekomunikowanego”. Przeciętny Amerykanin ogląda i
wysłuchuje w ciągu swojego życia ponad 7 milionów reklam.* Gęste od komunikatów
środowisko nakłada określone brzemię zarówno na nadawcę, jak i na odbiorcę
komunikatu perswazyjnego. Nadawca musi skonstruować komunikat, który będzie nie
tylko atrakcyjny, ale i zwróci na siebie szczególną uwagę w tym gęstym
środowisku. Z drugiej strony, odbiorca
jest tak zasypywany komunikatami, że coraz trudniej mu wykrzesać z siebie
energię psychiczną niezbędną do nadania sensu wielu ważnym codziennym
problemom.
---
* Na
szczęście natura ludzka potrafi się dość skutecznie bronić przed zalewem
reklamy. Przypuszczam, że przeciętny Amerykanin (i nie tylko Amerykanin),
przeogromną większość z tych z tych 7 milionów reklam: „widzi, ale nie ogląda”,
„słyszy, ale nie słucha” itd., nie mówiąc już o pospolitym „wrzucaniu do kosza
– bez czytania”, „wyłączania dźwięku, gdy nam w czymś przeszkadza”,
„natychmiastowym zapominaniu, gdy nas coś nie interesuje”, itp. Gdyby natura
ludzka nie potrafiła się bronić, a przeciętny Amerykanin (i nie tylko
Amerykanin) rzeczywiście tyle „oglądał i
wysłuchiwał”, to chyba by zwariował.
Anonimus
---
Nasz wiek propagandy różni się
od dawniejszych epok pod jeszcze innym względem. Bywało, że purytańskie
kazania trwały nawet dwie godziny.
Rzymscy oratorzy z drugiego wieku pracowali
nad doskonaleniem pamięci, by móc zapamiętać wszystko, co mają do powiedzenia.
Amerykańscy patrioci spędzili całe lato 1787 roku dyskutując nad kształtem
amerykańskiej Konstytucji, a następnie napisali do ówczesnych gazet 85
artykułów w jej obronie, o łącznej objętości prawie 600 stron. Emitowane
dzisiaj przez telewizję reklamy polityczne trwają zazwyczaj 30 sekund lub
mniej. Reklamy prasowe najczęściej składają się z obrazka i sloganu.
Ponadto perswazja ma w dzisiejszych
czasach charakter natychmiastowy.
Być może najpoważniejsza różnica między
naszą epoką a dawniejszymi polega na sposobie, w jaki instruujemy naszych
obywateli w kwestii perswazji. Gdybyś był obywatelem greckiego państwa-miasta w III wieku p.n.e.,
twoja edukacja obejmowałaby cztery lata zajęć z retoryki, podczas których
uczyłbyś się analizować i konstruować wypowiedzi perswazyjne. Gdybyś opuszczał
lekcje, mógłbyś zatrudnić sofistę, który udzieliłby ci dalszych wskazówek.
Rzymscy studenci z I wieku uczęszczali na zajęcia z perswazji do największego
bodaj nauczyciela retoryki wszechczasów, Kwintyliana. Studenci Harvardu w siedemnastowiecznej
Ameryce także mieli wiele sposobności, by poznawać perswazję. Przez cztery lata, w każdy piątek, uczyli się
sztuki argumentowania. Przynajmniej raz w miesiącu musieli pokazać, czego się
nauczyli – zajmując pewne stanowisko, broniąc go i atakując poglądy
innych.
Kultury te, w przeciwieństwie do naszej, uważały rozumienie perswazji za
elementarną umiejętność, którą musi posiąść każdy obywatel, aby w pełni
uczestniczyć w sprawach swojego kraju. Nauka perswazji była podstawowym
elementem ich edukacji. Tymczasem spośród żyjących współcześnie Amerykanów
bardzo niewielu brało udział w oficjalnych kursach dotyczących wpływu
społecznego. Popularne książki na ten
temat zazwyczaj wyolbrzymiają zgubne skutki perswazji i środków masowego
przekazu albo zawierają uproszczone instrukcje, „jak sobie radzić”. Choć
codziennie jesteśmy bombardowani przez
komunikaty perswazyjne, brakuje nam sposobności, by poznać techniki perswazji i
zrozumieć mechanizmy ich działania. Niestety, taki stan rzeczy może prowadzić
do poczucia wyobcowania i cynizmu, ponieważ wielu Amerykanów nie rozumie
podstawowych procesów decyzyjnych obowiązujących w ich własnym
społeczeństwie.
Cele tej książki
......... 22
Przez ostatnie sześćdziesiąt
lat psychologowie społeczni, tacy jak my, badali sposoby używania i nadużywania
perswazji w codziennym życiu14.
Przeprowadzili tysiące eksperymentów, które sprawdzały niezliczone
hipotezy dotyczące efektów komunikacji perswazyjnej. Ich wysiłek zaowocował
odkryciem, jakie techniki perswazyjne są skuteczne, oraz zrozumieniem, co
sprawia, że komunikat perswazyjny jest tak przekonujący. Jednym z celów tej
książki jest podzielenie się tą wiedzą z czytelnikiem.
W następnej części
przedstawiamy przegląd ustaleń psychologów społecznych i innych badaczy na
temat naszej podatności na perswazję. Jakie czynniki decydują o tym, że ulegamy
wpływowi? Jak, generalnie rzecz biorąc,
reagujemy na próby przekonywania?
Kolejne cztery, najważniejsze części książki zawierają pogłębioną
analizę najbardziej obecnie rozpowszechnionych technik propagandowych, a także
próbę wyjaśnienia, dlaczego techniki te są tak skuteczne. Następnie, badając techniki propagandystów,
przyjrzymy się temu, jak się je ze sobą łączy, by wykreować kampanię
perswazyjną. Na zakończenie zastanowimy się nad tym, jak można ograniczyć wpływ
propagandy na nasze życie i sprawić, by perswazja pozostała istotą
demokracji.
Niniejsza książka ma także swój
drugi cel. Perswazja kierowana do Demetricka Jamesa Walkera, wyborców ze stanu
Północna Karolina, ofiar gwałtów i każdego telewidza oraz czytelnika prasy
wykorzystuje naszą ludzką psychikę. Często odwołuje się do naszych najgłębszych
lęków i najbardziej irracjonalnych nadziei, grając jednocześnie na najbardziej
uproszczonych przekonaniach. Kreśli pewien obraz świata – często szalenie
zniekształcony – w którym musimy żyć. Mamy nadzieję, że dzięki omówieniu
mechanizmów perswazji, nauczymy się lepiej rozumieć świat propagandy i poruszać
się w nim rozsądnie i skutecznie.
Psychologia codziennej perswazji .........
23
2
Tajemniczy wpływ
......... 24
Film Przeżyliśmy
wojnę z 1962 roku stał się czymś w rodzaju kultowego
klasyka. Obraz, w którym główne role zagrali Angela Lansbury, Frank Sinatra i
Laurence Harvey opowiada historię amerykańskiego żołnierza, który podczas wojny
koreańskiej trafia do niewoli i zostaje poddany praniu mózgu przez chińskich
komunistów. Jeniec ma zostać tak zaprogramowany, by na komendę wpadł w
hipnotyczny trans i dokonał zamachu na politycznych przywódców Stanów
Zjednoczonych. Sprawa komplikuje się, gdy chińscy komuniści doprowadzają do
nominacji własnego kandydata na urząd wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, a
wzięty do niewoli żołnierz otrzymuje rozkaz zabicia kontrkandydata
zaproponowanego przez prezydenta.
Przeżyliśmy wojnę to niewątpliwie dreszczowiec.
Zastanówmy się jednak, czy jego popularność nie opiera się, przynajmniej do
pewnego stopnia, na przedstawionej w filmie wizji społecznego wpływu. Perswazja
opisana jest tam jako potężna, tajemnicza siła. „Ci, którzy wiedzą” mogą za jej
pomocą zmusić nas byśmy bez żadnych wyraźnych powodów dopuścili się dziwnych,
często nikczemnych czynów.
Ludzie
rzeczywiście robią dziwne rzeczy, na pozór nie mając po temu dobrych
powodów. Na przestrzeni dziejów podawano
najrozmaitsze wyjaśnienia naszej podatności na wpływ i perswazję. Starożytni
uważali, że los człowieka zdeterminowany jest przez położenie gwiazd. W średniowieczu
powszechne było przekonanie, że człowiek może zostać opętany przez demony lub że zachowanie może być kontrolowane przez
czarownice, które rzucają czary na niczego niepodejrzewające osoby.
Kilkaset lat później, w latach
siedemdziesiątych XVII wieku, Franz Anton Mesmer (to od jego nazwiska pochodzi
termin mesmeryzm) stworzył świecką wersję czarów, która
do dziś wywiera wpływ na nasze myślenie. Według Mesmera nie jesteśmy opętani
przez duchy i demony, natomiast każdy z nas posiada „zwierzęcy fluid”, który
stanowi główny czynnik determinujący
nasze zachowanie, zdrowie, a także życiowe powodzenie. (Co ciekawe, słowo influence
pochodzi od fluid i dosłownie znaczy „oddziaływać na
fluid”). Mesmer utrzymywał, że potrafi kontrolować ludzkie zachowanie i
uruchamiać ludzki potencjał przesuwając
nad ciałem magnes, który zmienia przepływ owego fluidu.
Sesje terapeutyczne inspirowane
ideami Mesmera wywołały spore poruszenie w osiemnastowiecznej Europie i
Ameryce. Podczas typowego seansu prowadzący „mesmeryzował” kilka wiernych
duszyczek – albo umieszczając magnesy w określonych punktach wokół ich ciał,
albo wykonując masaż, który miał pobudzić krążenie fluidu, albo też, później,
po prostu wypowiadając określone polecenie. Zahipnotyzowani twierdzili, że
widzą jasne światło, czują jak zwierzęcy magnetyzm wywołuje mrowienie w ich
ciałach, albo utrzymywali, że nie odczuwają bólu, gdy kłuto ich lub szczypano.
Z transu nie budziło ich ani głośne klaskanie w dłonie, ani przesuwany pod
nosem amoniak. Niektórzy twierdzili, że wyleczono ich z choroby. Wkrótce
powołano zespół złożony z najpoważniejszych autorytetów naukowych tamtych
czasów... mający zbadać praktyki Mesmera. Jego członkowie doszli do wniosku, że
„brak jest dowodów na istnienie zwierzęcego magnetyzmu; ów fluid, jako
nieistniejący, nie może mieć żadnego zastosowania”. Zespół zignorował
informacje o przypadkach wyleczenia, traktując je jako „wytwory wyobraźni
pacjentów”2. Mesmer w istocie wykorzystywał w promocji swojej
„terapii” wiele znanych sposobów wywierania wpływu – podawał się za autorytet,
manipulował oczekiwaniami na skuteczną terapię, grał na nadziejach pacjentów
oraz ich poczuciu własnej wartości.
Raport komisji nie zniechęcił
następców Mesmera. Zaczęli oni poszukiwać nowych ulepszonych technik. Porzucili
ideę magnetyzmu i odkryli hipnotyczny trans, nową metodę sprawowania kontroli
nad naszą zwierzęcą naturą3. Tysiące Amerykanów próbowało uwolnić
się od rozmaitych dolegliwości – psychicznych i fizycznych – poddając się
leczeniu, które obejmować mogło wszystko, począwszy od wprawienia pacjenta w
hipnotyczny trans, poprze kurację z użyciem magnesu, aż po duchową terapię Mary
Beker Eddy. Podobnie dzieje się w przypadku współczesnych uzdrowicieli z kręgu
New Age, którzy próbują wywierać wpływ na zachowanie poprzez sterowanie przepływem
wewnętrznego ja, zwanego także chi, za pomocą hipnotycznych transów,
podprogowych rozkazów i mocy nie magnesów, lecz kryształów.
Niemal w każdej epoce i kulturze
ludzie zastanawiali się, jak to się dzieje, że ulegają wpływowi innych. Podobnie
jest w naszej kulturze. Wraz z nadejściem rewolucji przemysłowej duża cześć tej
refleksji skupiła się na wpływie środków masowego przekazu i władzy silnych
jednostek: demagogów, polityków, specjalistów od marketingu i przywódców sekt.
Zdania w kwestii siły wpływu wywieranego przez środki masowego przekazu są
podzielone. Niektórzy uważają, że media są wszechpotężne... Inni uważają, że wpływ mediów jest
znikomy... Gdzie leży prawda? Odpowiedź, jak w wypadku wszystkich wielkich
dyskusji, brzmi: „gdzieś w pośrodku”. Nie uprzedzajmy jednak wniosków.
Przyjrzyjmy się obydwu przekonaniom... – aby lepiej zrozumieć, kiedy jesteśmy
najbardziej podatni na wpływ propagandy.
Mit pierwszy: magiczne pociski
.........
26
Na początku XX wieku rewolucja
przemysłowa spowodowała gwałtowne zmiany w społeczeństwie amerykańskim. Jak była o tym mowa w poprzednim rozdziale,
rozwój przemysłu doprowadził do powstania środków masowego przekazu. Niektórzy
obawiali się, że mogą one zdominować ludzkie masy i przejąć nad nimi kontrolę.
Ówcześni socjologowie zauważyli, że w społeczeństwach zachodnich doszło do
przekształcenia natury relacji społecznych: małe, spójne wspólnoty, kładące
nacisk na związki osobiste, ustąpiły miejsca sieci bezosobowych,
zapośredniczonych relacji, w których jednostka jest społecznie izolowana, a jej
stosunki z innymi cechuje stałe napięcie4. Obawiano się, że ludzie
odcięci od swoich społecznych korzeni uzależnią się od mediów i będą wybierać
przywódców na podstawie tego, czego się z mediów dowiedzą, a tym samym staną
się bezbronni wobec propagandy. Jak twierdzili niektórzy, media mogą
wystrzeliwać magiczne pociski z informacjami, zdolne do kształtowania
opinii publicznej i przekonywania mas do punktu widzenia jaki promuje nadawca
komunikatu5.
Dwie dominujące na początku XX
wieku teorie psychologiczne, behawioralna i psychoanaliza, także przemawiały za
prawdziwością teorii magicznego pocisku. Behawiorysta John Watson chwalił się,
że potrafi, poprze systematyczne stosowanie zasad behawioralnych, uczynić z
nowonarodzonego dziecka każdy typ człowieka, jaki zechce. Watson miał na myśli
systematyczne stosowanie zasady klasycznego warunkowania, sformułowanej przez
Iwana Pawłowa6. Zdaniem
Pawłowa uczymy się poprzez wielokrotne
łączenie bodźca bezwarunkowego (na przykład porażenia prądem, które
wywołuje bezwarunkową reakcję bólową) z bodźcem neutralnym (na przykład z
jakimś poglądem politycznym albo ze zdjęciem obcego przywódcy). Ostatecznie
samo wystawienie na działanie neutralnego bodźca – takiego jak wizerunek obcego
przywódcy albo pogląd polityczny – wywoływać
będzie ból. Zdaniem behawiorystów
media mogą wystrzeliwać magiczne pociski po prostu wielokrotnie łącząc ze sobą
określone bodźce, na przykład markę samochodu z wizerunkiem atrakcyjnej
kobiety, a tym samym przejmować kontrolę nad myślami mas.
Oczywiście , tego rodzaju
twierdzenia przyciągnęły uwagę reklamodawców.
Pierwsze podręczniki reklamy wyjaśniały, w jaki sposób zasady
behawioralne – takie jak powtarzanie,
intensywność (twoja reklama musi
być jaskrawa i hałaśliwa), asocjacja (łącz treść reklamy z oczekiwaniami
odbiorcy) i pomysłowość (spraw, by twoja reklama wyróżniała
się) – mogą być wykorzystywane do poprawy skuteczności komunikatu7.
Behawioryści
i psychoanalitycy, choć często uważa się ich za antagonistów, zgodni są co do
tego, że media mogą wystrzeliwać magiczne pociski wpływu. Każda z teorii inaczej pojmuje jednak naturę
tych pocisków. Pod wieloma względami psychoanalityczną teorię perswazji można
traktować jako spadkobierczynię mesmeryzmu. Zwierzęcy magnetyzm zostaje
zastąpiony przez psychiczną energię świadomości; magnesy jako środki wywierania
wpływu ustępują miejsca odwołaniom do ukrytego świata nieświadomości za pomocą
hipnozy, sugestii podprogowych czy symbolicznych komunikatów.
Już w latach dziewięćdziesiątych XIX
wieku pojęcie sugestii hipnotycznej wykorzystywano do wyjaśnienia reakcji mas
na demagogów i innych drani. Francuski socjolog Gustaw Le Bon twierdził, że
tłum przekształca jednostki w bezmyślne i anonimowe stworzenia poprzez sugestię
hipnotyczną oraz wyłączanie wyższych procesów myślowych.
Jednak dopiero w latach
pięćdziesiątych XX wieku... Zdaniem Packarda agencje reklamowe w tajemnicy
korzystały z zasad psychoanalizy...
Chcąc wyprodukować takie reklamy, specjaliści od marketingu poszukiwali
ukrytych znaczeń rozmaitych przedmiotów.
Podręcznik z tej dziedziny, autorstwa
Ernesta Dichtera , podawał listę przedmiotów codziennego użytku oraz ich
nieuświadomione znaczenia.
Mit drugi: racjonalny obywatel .........
28
Twierdzenia dotyczące władzy
mediów oraz innych środków wywierania wpływu (przez klasyczne warunkowanie lub
ukrytą perswazję) są dosyć przerażające i najczęściej enigmatyczne. Począwszy
od lat czterdziestych naukowcy mieli jednak pewne kłopoty z udokumentowaniem
władzy mediów. Wyniki badań skłoniły niektórych do wniosku, że wpływ wywierany
przez środki masowego przekazu jest minimalny, a obywatele wykorzystują
rozpowszechniane przez media informacje w sposób racjonalny, by określić
najlepszy sposób działania.
Jedno z pierwszych badań
kwestionujących przekonanie o wszechwładzy mediów przeprowadził podczas
kampanii prezydenckiej 1940 roku słynny badacz ludzkiej komunikacji Paul
Lazersfeld wraz ze współpracownikami11. Na początku i na końcu
kampanii zapytano wyborców z hrabstwa Erie w stanie Ohio o ich preferencje,
przynależność partyjną, nawyki medialne i tak dalej. Wyniki pokazały, że środki
masowego przekazu miały niewielki wpływ na to, na kogo głosował obywatel.
Znacznie lepszymi predyktorami były przynależność partyjna wyborcy
(republikanin albo demokrata) i
preferencje znajomych – przekonania tych, z którymi wyborca pracował, modlił
się i bawił. Kolejne badania pokazały, że media mają ograniczony, jeśli w ogóle
jakikolwiek wpływ na ludzkie zachowania. Na przykład wczesne badania nad
skutecznością reklam dowiodły, że wpływ wydatków reklamowych na poziom
sprzedaży i udział w rynku jest niewielki lub zgoła żaden. Eksperymentalne
badanie wpływu pojedynczych emisji reklamy pokazało, że niewiele osób zwraca
uwagę na jakiekolwiek konkretne treści, a śladowy wpływ wywierany przez reklamę
zazwyczaj szybko zanika12.
Psychologiczne podstawy teorii
magicznego pocisku także nie miały się najlepiej. Choć wiele kluczowych odkryć behawioryzmu znalazło
potwierdzenie, późniejsze badania dowiodły, że ich wpływ jest bardzo
ograniczony. Wykazano na przykład, że niektórych asocjacji bardzo trudno jest
się nauczyć i że często odnoszą one skutek odwrotny od zamierzonego13.
Nie powiodły się też próby wykorzystania psychoanalizy w kierowaniu
kampaniami propagandowymi. W latach pięćdziesiątych i na początku
sześćdziesiątych amerykańska Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA) próbowała
tego, co opisywał film Przeżyliśmy wojnę – eksperymentowała z rozmaitymi
„magicznymi pociskami”, takimi jak hipnoza, narkotyki czy sugestie podprogowe,
próbując wypracować narzędzia kontroli ludzkiego zachowania14.
Eksperymenty nie przyniosły zamierzonego rezultatu, co sprowokowało jednego z
pracowników CIA do stwierdzenia, że o wiele łatwiej zlecić zamach płatnemu
mordercy, niż wyhodować własnego korzystając z technik psychologicznych. W latach pięćdziesiątych także reklamodawcy
zatrudniali do pomocy w tworzeniu kampanii reklamowych konsultantów i specjalistów od psychoanalizy... Każda agencja reklamowa miała swojego
„człowieka od głębi”. Jednak już w
połowie lat sześćdziesiątych większość z agencji zrezygnowała z tego podejścia,
gdyż okazało się ono po prostu nieskuteczne. (...) ...techniki określania
psychoanalitycznego...okazały się zawodne15. Sensacyjne twierdzenia
o ich skuteczności... nie znalazły potwierdzenia. Mimo to psychoanalityczna
teoria perswazji wciąż cieszy się powszechnym zainteresowaniem... Jak zobaczymy
w rozdziale 34, nie wykazano jeszcze w sposób przekonujący, że komunikat
podprogowy może mieć wpływ na motywację albo zachowanie.
Gdy zgromadzono dowody na to, że
wpływ jaki wywierają media jest znikomy, behawioryzm i teorię psychoanalityczną
– jako podstawowe wyjaśnienia wpływu wywieranego przez media – zastąpił model
przetwarzania informacji (czasami nazywany modelem uczenia się). Zgodnie z tym
modelem perswazyjny komunikat musi przejść przez szereg stadiów16.
Po pierwsze, komunikat musi przyciągnąć uwagę odbiorcy... Po drugie, argumenty zawarte w komunikacie
muszą zostać zrozumiane i przyswojone. Po trzecie, odbiorca musi nauczyć się
argumentów zawartych w komunikacie i zaakceptować je jako prawdziwe; zadanie
reklamodawców i innych specjalistów od perswazji polega na nauczaniu odbiorcy
argumentów przemawiających za prawdziwością określonych treści – tak, aby w
odpowiednim miejscu i czasie argumenty te łatwo przychodziły mu na myśl.
Wreszcie, odbiorca komunikatu będzie działał na podstawie wyuczonej wiedzy,
kiedy otrzyma ku temu zachętę; perswazyjny komunikat zostaje przyswojony,
zaakceptowany i staje się podstawą działania tylko jeśli przynosi to korzyści.
Zważywszy, że późniejsze fazy procesu perswazyjnego zależą od pomyślnego
przejścia faz wcześniejszych, prawdopodobieństwo, że określony komunikat dotrze
do ostatniej fazy jest stosunkowo małe, a jego efekty minimalne. Zgodnie z
modelem przetwarzania informacji, odbiorca komunikatu postępuje racjonalnie,
kiedy decyduje, jaką część informacji zawartych w każdym komunikacie ma
zaakceptować, w zależności od tego czy informacja ta jest zadawalająca i czy
przynosi korzyści.
Prawo relacji poznawczej
......... 30
Oczywiście, gdyby na
tym wszystko się kończyło – gdyby media wywierały tylko minimalny wpływ na racjonalnych
obywateli – nie byłoby potrzeby napisania tej książki. Powiedzielibyśmy wam: „Śmiało! Możecie oglądać telewizję, niech reklamodawcy
za nią płacą. Nie będzie to miało na was żadnego wpływu”. Jednak historia wcale
się na tym nie kończy. W ostatnim dziesięcioleciu badacze odkryli, że w określonych warunkach media mogą mieć silny wpływ.
Doprowadziło to do nowego ujęcia mechanizmów perswazji. Przyjrzymy się
niektórym z badań.
Po pierwsze, badacze
stwierdzili, że media mogą wywierać wpływ subtelny czy też „pośredni”, że -
innymi słowy - mogą nie mówić nam, co
mamy myśleć, ale mówią, o czym mamy myśleć i w jaki sposób17.
Wyobraźmy sobie kogoś , kto wielokrotnie oglądał w telewizji konkurencyjne
reklamy wychwalające zalety Chevroleta i Forda. Jest mało prawdopodobne, że
reklama skłoni takiego człowieka do tego, by przestał lubić jedną z marek, a
zaczął lubić drugą. Jest jednak bardzo prawdopodobne, że potężna dawka reklam
samochodów sprawi, że widz zapragnie mieć samochód i przestanie brać pod uwagę inne
sposoby przemieszczania się, takie jak komunikacja publiczna czy spacer. Wielu
z nas marzy o tym wyjątkowym samochodzie – o wolności, która kojarzy się z
drogą, o zachwytach, jakie widok naszego nowego auta wywoła u sąsiadów i
przedstawicielek płci pięknej. Mało kto fantazjuje w podobny sposób na temat
podróży metrem. Co więcej, duża dawka reklam samochodów zasugeruje nam, jakie
cechy należy brać pod uwagę dokonując
zakupu. Są to oczywiście parametry, o których mowa w reklamach: sportowa
sylwetka, komfort jazdy i „dobre osiągi”, nie zaś inne czynniki, które można by
brać pod uwagę przy wyborze środka transportu, takie jak: wpływ pojazdu na
środowisko naturalne, możliwość pracy w podróży, podziwiania krajobrazu lub
nawiązywania w podróży kontaktów towarzyskich. Powiemy na ten temat więcej w
części poświęconej perswazji, zwłaszcza w rozdziale 7.
Po drugie, badacze
znaleźli też dowody bezpośredniego wpływu mediów, a mianowicie zaobserwowali
zmiany postaw odpowiadające treści komunikatów medialnych.
Zestawienie reklam Forda i Chevroleta ilustruje jednak trudności, jakie
nastręcza próba wykrycia tych zmian. Przy dużych dawkach wpływu ze strony
obydwu rywalizujących marek nie ma powodu przypuszczać, że przeciętny konsument
będzie preferował raczej jedną markę niż drugą. Co jednak dzieje się wówczas,
gdy konsument ogląda więcej reklam jednej firmy?
Są to przypadki „danych z jednego
źródła”- danych na temat reklam telewizyjnych oglądanych w jakimś domu i marek
produktów najczęściej kupowanych przez domowników. Korzystając z takich danych,
badacz reklam John Philip Jones odkrył, że średnio rzecz biorąc – oglądanie
reklamy jakiejś marki przynajmniej raz w tygodniu zwiększało sprzedaż produktów
tej marki o 6%18. Jednak
poszczególne wyniki były bardzo zróżnicowane: reklamy silne (obiecujące
określoną korzyść i atrakcyjne wizualnie) zwiększały sprzedaż trzykrotnie,
reklamy słabe zmniejszały ją o połowę. (W stosunku do jakiej sprzedaży zmniejszały o połowę? – w stosunku do w ogóle nie reklamowanej, średnio
reklamowanej, produktów dobrze znanych, mało znanych itp. Z tym trzykrotnie
też by warto nieco uściślić..., choćby tylko w jakim stadium rozwoju były
reklamowane dane produkty, i jak one dotychczas były faktycznie znane na rynku?
A także, na jak długo aż tak wzrosła ich sprzedaż? Anonimus).
Politolog John Zaller uzyskał
podobne wyniki badając wpływ wiadomości i medialnych kampanii politycznych19. Zaller
przeanalizował kampanie wyborcze
do amerykańskiej Izby Reprezentantów, podczas których miało miejsce zjawisko
określane przez niego mianem „luk recepcyjnych” – wyborcy odbierali materiały
promujące tylko jednego z dwóch kandydatów. Zaller wykazał, że w takich
wypadkach wyborcy często porzucali swoją partię i głosowali na kandydata,
którego pokazywano w mediach. Odsetek takich ucieczek mógł wynosić nawet 70%.
Czasami media pokazują tylko jedną
stronę problemu. Tak było w 1990 roku, gdy ówczesny prezydent Geoge Bush
postanowił wysłać wojsko do Zatoki Perskiej. Poparli go członkowie Kongresu –
żaden z nich nie wydał oświadczenia sprzeciwiającego się jego decyzji. Ta
jednomyślność polityków z Waszyngtonu znalazła odbicie w mediach, które
nadawały wiadomości przemawiające za wysłaniem oddziałów w rejon Zatoki. Efekty
jednostronnych komunikatów są oczywiste. Jak twierdzi Zaller, tylko 23% spośród
Amerykanów, którzy w sierpniu prawie nie oglądali wiadomości, poparło decyzję
wysłania wojsk do Zatoki Perskiej. Wśród tych, którzy regularnie śledzili
wiadomości, odsetek poparcia dla inwazji na Irak wyniósł 76%, czyli aż o 53%
więcej.*
----------
* Mnie się wydaje, że to wcale
nie była „inwazja na Irak”, tylko „odparcie inwazji dokonanej przez Irak” na
Kuwejt, nawet jeśli dla uzasadnienia odparcia tej inwazji nie powiedziano
pełnej prawdy i coś tam przesadzono. Tych 23%, którzy nie oglądali telewizji i
byli „przeciw”, też można by zapytać, co oni w ogóle wiedzieli o wydarzeniach w
rejonie Zatoki Perskiej i dlaczego byli przeciw? Nie jestem bezkrytycznym
zwolennikiem amerykańskiego interwencjonizmu na świecie, różnie poszczególne
interwencje można oceniać, ale starając się myśleć obiektywnie, dochodzę do
jednoznacznego wniosku, że znacznie więcej szkód dla Świata by powstało, gdyby
w USA zwyciężył izolacjonizm i Amerykanie nigdy by nie interweniowali.
Anonimus
----------
Nie jest to jedyny sposób, w jaki
media wpłynęły na nasze postawy wobec kryzysu w Zatoce Perskiej. Choć
konserwatyści i liberałowie byli zgodni co do potrzeby interwencji , różnili
się w kwestii tego, jak powinna ona przebiegać: konserwatyści zajmowali
twardsze stanowisko (na przykład opowiadali się za natychmiastowymi działaniami
wojskowymi) niż liberałowie (którzy byli skłonni czekać na skutki sankcji
ekonomicznych). Ta różnica zdań znalazła odbicie w mediach. W tym wypadku
oglądanie wiadomości tylko umacniało widzów we wcześniejszych poglądach. Ci z
konserwatystów, którzy regularnie oglądali telewizję, domagali się interwencji
w sposób bardziej zdecydowany od konserwatystów, którzy rzadko oglądali
wiadomości. Liberałowie wykazywali odwrotną tendencję.
Widać zatem wyraźnie, że media mają
wpływ na niektóre z naszych najbardziej fundamentalnych przekonań oraz opinii i
mogą nas skłonić do zakupu reklamowanego produktu lub poparcia projektu
mordowania innych ludzi. Czasami
zachowujemy się racjonalnie, na przykład wtedy, gdy w mediach toczy się jakaś
debata, która motywuje nas do samodzielnego przemyślenia dyskutowanej kwestii.
Jednak nie zawsze tak jest. Bywa, że wysłuchujemy tylko jednego ujęcia problemu
i nie zapoznajemy się z ujęciami
konkurencyjnymi. W takich sytuacjach możemy bezmyślnie trzymać się tego, co nam
powiedziano. W innych wypadkach, gdy media przedstawiają punkt widzenia różny
od naszego, próbujemy go unikać lub racjonalizujemy jego odrzucenie, stopniowo
umacniając się w naszych poglądach.
Aby zrozumieć mechanizm perswazji mediów (i innych narzędzi wywierania wpływu),
musimy zrozumieć nasze reakcje poznawcze na to, co się nam komunikuje – czyli
zrozumieć myśli, które przychodzą nam do głowy, gdy widzimy i słyszymy
komunikat. Innymi słowy, wpływ zależy od tego, jak odbiorca interpretuje
komunikat i jak nań reaguje, co może się różnić w zależności od osoby, sytuacji
i atrakcyjności komunikatu. Czasami uważnie analizujemy to, co zostało
powiedziane. Kiedy indziej myślimy o tym bardzo mało i kierujemy się naszymi
pierwotnymi uprzedzeniami. Jeszcze kiedy indziej poddajemy się emocjom – naszym
lękom, nadziejom i poczuciu zagubienia – do tego stopnia, że paraliżuje to
naszą zdolność właściwego sądu.
Podejście do perswazji oparte
na teorii reakcji poznawczej narodziło się pod koniec lat sześćdziesiątych na
Uniwersytecie Stanowym w Ohio, w odpowiedzi na odkrycia, których nie można było
wyjaśnić w ramach modelu przetwarzania informacji20. Zgromadzono wyniki badań świadczące o tym, że
komunikat może być przekonujący, nawet jeśli nie przechodzi pomyślnie kilku faz
przetwarzania informacji. Bywa, że informacja jest przekonująca nawet wówczas,
gdy argumenty nie zostały w pełni
zrozumiane lub przyswojone. Czasami komunikat bywa przekonujący, nawet jeśli
kluczowe argumenty nie zostały zrozumiane ani zapamiętane. Dzieci często
znajdują się pod wpływem reklam zabawek, mimo że prawie nie pamiętają treści
komunikatu. Jak pokazuje wiele badań, związek między tym, co przypominamy sobie
z treści komunikatu a tym, czy komunikat wydał się nam przekonujący, jest
niewielki.
Podejściu opartemu na teorii
reakcji poznawczej zawdzięczamy jedno z najważniejszych praw określających
efektywność taktyki perswazyjnej: skuteczna
taktyka perswazyjna steruje myślami w taki sposób, że odbiorca przyjmuje punkt
widzenia nadawcy. Skuteczna taktyka zakłóca wszelkie negatywne myśli i podsuwa
myśli pozytywne na temat proponowanego sposobu działania.
Stwierdzenie, że skuteczność
perswazji zależy od myśli, które przychodzą nam do głowy, kiedy odbieramy
komunikat perswazyjny, wydaje się oczywiste. Rodzi ono jednak istotne pytania.
Co decyduje o tym, jakie myśli przychodzą nam do głowy? Skąd biorą się nasze reakcje poznawcze? Od
czego zależy sposób, w jaki myślimy o komunikacie perswazyjnym? Spróbujemy odpowiedzieć na te pytania w
niniejszej książce. W kolejnych trzech rozdziałach tej części przyjrzymy się niektórym ogólnym zasadom
opisującym nasze reakcje poznawcze na komunikat perswazyjny. W rozdziale 3
powiemy, że ludzie próbują oszczędzać energię poznawczą obierając – zawsze gdy jest
to możliwe – drogę na skróty. Zastanowimy się nad tym, kiedy tak postępujemy i
przeanalizujemy niektóre tego konsekwencje. W rozdziale 4 przedstawimy ludzką
skłonność do racjonalizowania myśli i zachowań, aby wydawały się one rozsądne
nam i innym. W rozdziale 5 przyjrzymy się czterem celom, które musi osiągnąć
propagandysta, jeżeli chce być skuteczny. Propagandyści próbują wykorzystywać
dwie podstawowe ludzkie skłonności – do obierania mentalnej drogi na skróty i
do racjonalizacji własnego zachowania - konstruując
różne techniki, które grają na naszych uprzedzeniach i emocjach22. Taktykom tym przyjrzymy się w kolejnych
czterech częściach. Podczas lektury tej książki czytelnik powinien zauważyć
powracający temat: perswazja nie jest bardziej tajemnicza niż domowa lampa. Dla tych, którzy nie rozumieją zasad
elektryczności, nowoczesna lampa może być magicznym, a nawet przerażającym
urządzeniem. Wyobraź sobie, że nic nie wiesz o elektryczności, a do twojego
domu przychodzi kobieta, która włącza lampę, i w pokoju nagle robi się jaśniej.
Co byś wówczas pomyślał? Zapewne
zastanawiałbyś się: „Kim jest ta wszechmocna bogini światła? Jaki magiczny, niewidoczny dla nas
fluid lub duch kryje się w lampie? Czy ta bogini ze swoimi magicznymi fluidami
może mnie wyleczyć...?”. Jeżeli dotkniesz lampy i kopnie cię prąd,
podziw szybko zamieni się w lęk. Pod
wieloma względami twoja reakcja na lampę
nie różniłaby się od uczuć tych, którzy, zdumieni i przerażeni, oglądali po raz
pierwszy Mesmera i jego magnesy albo
film Przeżyliśmy wojnę. Wyobraź sobie, że wyposażyliśmy każdy
dom w odległym kraju w nowoczesne urządzenia elektryczne, nie mówiąc
mieszkańcom nic na temat elektryczności. Bez wątpienia orzekłbyś, że jesteśmy
nieodpowiedzialni, a nawet źli. Czy wyposażenie każdego domu w nowoczesną
propagandę bez instrukcji dotyczących mechanizmów perswazji nie byłoby czymś
równie nieodpowiedzialnym?
3
Bezmyślna propaganda,
rozważna perswazja ......... 34
Oto sześć faktów dotyczących
nowoczesnej propagandy, jakie ustalili specjaliści od perswazji1:
• Reklamy zawierające takie słowa jak: nowy, szybki, łatwy, udoskonalony, teraz,
nagle, niezwykle oraz polecamy
pozwalają sprzedać więcej produktów.
• W supermarketach najlepiej sprzedają
się towary umieszczone na półkach na wysokości oczu. Jedne z badań wykazało, że
sprzedaż produktów umieszczonych na wysokości bioder stanowi tylko 74% sprzedaży produktów
umieszczonych na wysokości oczu, a sprzedaż produktów umieszczonych na poziomie
podłogi zaledwie 57%.
• Reklamy przedstawiające zwierzęta i
małe dzieci lub posługujące się aluzjami seksualnymi okazują się na ogół
skuteczniejsze od reklam wykorzystujących animowane figurki lub postaci
historyczne.
• W supermarketach umieszczenie towarów
na końcu stoiska lub blisko kasy zwiększa prawdopodobieństwo ich sprzedaży.
• Sprzedaż łączona – na przykład
sprzedaż dwóch sztuk jakiegoś towaru za dolara, zamiast pojedynczo po 50 centów
– zwiększa w odczuciu konsumenta „wartość produktu”.
• Osoby sprzedające usługi i towary przez
telefon, które pytają potencjalnych klientów o samopoczucie i z troską
wysłuchują ich odpowiedzi, bywają nawet dwukrotnie skuteczniejsze w namawianiu
klientów do przyjęcia ich oferty.
Dlaczego te sześć technik
działa? Jeżeli się nad tym zastanowić, to kupowanie jakiegoś produktu tylko
dlatego, że umieszczono go akurat na końcu stoiska lub na wysokości oczu nie ma
większego sensu. Bez sensu ulegać reklamie tylko dlatego, że wykorzystano w
niej niemowlę lub użyto określonych słów. Tego rodzaju „informacja” nie pomaga w ocenie wartości
produktu. Subtelne przeformułowanie informacji o cenie nie czyni produktu
bardziej wartościowym. Samo pytanie o nasze samopoczucie nie sprawi, że
oferowany produkt będzie lepszy, a cel dobroczynny bardziej godny wspomożenia. Rzecz w tym, że właśnie o to chodzi – my
konsumenci często nie zastanawiamy się nad powodami naszych decyzji. Badania
pokazują, że w supermarketach połowa towarów kupowana jest pod wpływem
impulsu...
Często reagujemy na propagandę
w sposób roztargniony i bezmyślny. Przyjrzyjmy się eksperymentom dotyczącym
bezmyślności przeprowadzonym przez Ellen Langer
i jej kolegów3. Współpracownicy Langer podchodzili do osób
zajętych korzystaniem z uniwersyteckich kopiarek i mówili: „Przepraszam, czy
mogę skorzystać z ksero?”. Jak zareagowałbyś w takiej sytuacji? Jeżeli przypominasz większość ludzi, to
reakcja będzie zależeć od twojego nastroju. W niektórych przypadkach pomyślisz
sobie: „Pewnie, czemu nie? Jestem osobą uprzejmą”. W innych mógłbyś sobie
pomyśleć: „Czy on oszalał? Byłem tu pierwszy i mam mnóstwo pracy”. Rezultaty
badań Langier pokazały, że zaczepiani myśleli na oba te sposoby, prośbę
spełniła nieco ponad połowa.
Oto, co najbardziej interesujące:
Langer ustaliła, że udaje się skłonić niemal każdego, by przepuścił inną osobę
w kolejce do kserokopiarki, jeżeli spełniony zostanie jeden warunek – trzeba
podać powód, dla którego chce się skorzystać z
kserografu. To ma sens. Tylko ktoś wyjątkowo nieczuły nie pozwoliłby skorzystać z kserokopiarki
osobie przerażonej koniecznością wykonania pilnego zadania.. Najdziwniejsze w
badaniach Langer jest to, że choć niektóre z podanych powodów były zupełnie
bezsensowne, prawie wszyscy przepuszczali proszącą osobę. Współpracownicy Langer mówili czasami: „Przepraszam, chciałbym
skorzystać z ksero, bo muszę skserować kilka stron”. Sformułowanie to, jeśli
się nad nim zastanowić, nie jest zbyt mądre. Do czego służy ksero, jeśli nie do
kserowania? Równie dobrze można by nie podać żadnego powodu. Jednak właśnie w
tym rzecz. Większość badanych nie
myślała o tym i odruchowo* spełniała prośbę. Wystarczył jakikolwiek powód.
------
* W pewnym sensie może to i dobrze świadczy o naturze człowieka: Jesteśmy, z natury, życzliwi, prostolinijni,
ufni. Nie widzimy w każdym potencjalnego oszusta czy naciągacza, czyhającego
tylko na nasze roztargnienie czy naiwność. Instynktownie staramy się być
dobrzy, i dopiero doświadczenie i myślenie zmuszają nas do rewizji swoich
poprzednich spontanicznych zachowań. Może daje to pewną nadzieję na to, że nie
jesteśmy genetycznie „zaprogramowani” na zło i egoizm, i tylko pewne warunki
życia czynią nas gorszymi niż w rzeczywistości, „z natury”, jesteśmy? Może jest jeszcze realna nadzieja,
że Świat, dla wszystkich uczciwych, będzie zdecydowanie przyjaźniejszy? Nie wiem!
W filozoficznym kontekście polityki może warto trochę głębiej
zastanowić się także nad Myśleniem politycznym – poz. 96 prezentowanej literatury.
Anonimus
------
Reklamodawcy to rozumieją.
Ekspert do spraw mediów, Iwan Preston, sporządził katalog typowych stwierdzeń
zawartych w reklamach4. Zauważył, że wiele reklam przedstawia
trywialne różnice jako coś istotnego (np. papierosy Camel Wides są o dwa
milimetry szersze od zwykłych Cameli), konstatuje pseudofakty, które mają
sprawić, że marka wyda się niezwykła (np. „Coca cola to jest to””, cokolwiek
„to” znaczy) oraz wygłasza bezsensowne i nieprawdziwe superlatywy (np. „Bayer –
najlepsza aspiryna na świecie” w sytuacji gdy wszystkie aspiryny są
identyczne). Innymi słowy, wystarcza byle
powód.
Możemy ulegać wpływowi także
wówczas, gdy się nad czymś zastanawiamy. Na przykład większość z nas na pewno
została kiedyś zaczepiona na ulicy przez przechodnia, który prosił o ćwierć
dolara albo trochę drobnych. Najpowszechniejsza reakcja to zignorowanie prośby bez zastanowienia. Niedawno zostaliśmy zaczepieni w oryginalny sposób.
Żebrzący zapytał: „Przepraszam, nie macie może siedemnastu centów?”. Jakie
myśli przyszłyby ci do głowy w takiej sytuacji?
My pomyśleliśmy: „Dlaczego potrzebuje akurat siedemnastu centów? Czy to
opłata za przejazd autobusem? Cena jakiegoś produktu żywnościowego? A może ta
osoba przyszła na targ i zabrakło jej pieniędzy?”. Żebrzący stał się nagle
prawdziwym człowiekiem o autentycznych potrzebach, a nie kimś, kogo można ominąć
niewiele myśląc. Przekonał nas do rozstania się z garścią drobniaków. (Stary numer, w
wielu odmianach, np.: „na litość”, „na rozśmieszenie”, „na uczciwość”, „na prawdomówność” itp. Przykładowo: „Przepraszam pana bardzo. Nie będę
kłamał! Zabrakło mi na piwo...” Ludzie
ambitni często wolą przymierać głodem, niż żebrać. Nędza jednak często zabija
wstyd. Trudno często odróżnić, kto autentycznie potrzebuje wsparcia, a kto
tylko szuka „naiwnych”. Więc często dajemy, z wątpliwościami, ale dajemy, bo
kto wie... Czy dobrze robimy? Anonimus).
Ludzie ulegają perswazji
zarówno wtedy, gdy się nad czymś głęboko zastanawiają, jak i wówczas, gdy myślą
o tym niewiele, jednak sposób wywierania wpływu w obu przypadkach znacząco się
różni. Richard Petty i John Cacioppo
uważają, że istnieją dwie drogi przekonywania – droga obwodowa (peripheral
route) i droga odśrodkowa (central route)*6.
------------
* W literaturze tłumaczonej na język
polski występują też, oprócz tu wymienionych, terminy droga centralna i droga
peryferyjna – przyp. red.
------------
W przypadku drogi obwodowej odbiorca komunikatu poświęca na jego przetworzenie
niewiele uwagi i wysiłku. Przykładami mogą być: oglądanie telewizji , gdy
jesteśmy akurat zajęci czymś innym, albo przysłuchiwanie się dyskusji na temat,
który niespecjalnie nas interesuje.
Przekonywanie drogą obwodową opiera się na prostych sygnałach, takich
jak: atrakcyjność nadawcy komunikatu; to, czy inni wokół mnie zgadzają się z przedstawianym stanowiskiem; przyjemność
lub ból kojarzone ze zgodą z tym stanowiskiem; a także to, czy podano powód
(nieważne jak wydumany), dla którego mielibyśmy się z nim zgodzić. W przypadku
drogi odśrodkowej odbiorca komunikatu głęboko i uważnie zastanawia się nad
prawdziwym znaczeniem przedstawionej informacji. Osoba taka może na przykład
sama formułować kontrargumenty, zadawać dodatkowe pytania, albo szukać nowych
informacji. Perswazyjność informacji zależy od tego, czy informacja ta broni
się przy bliższej analizie.
Przyjrzyjmy się, w jaki sposób dwie
przekonywania mogą być wykorzystane do przetworzenia jednej z najbardziej
wpływowych i kontrowersyjnych reklam telewizyjnych w historii wyborów
prezydenckich. Był rok 1988. W wyścigu o prezydenturę startowali George Bush i
Michael Dukakis. Film przygotowany przez sztab Busha opowiadał historię
Williego Hortona, czarnego mężczyzny
skazanego na karę wiezienia za morderstwo. W czasie, gdy Dukakis był
gubernatorem stanu Massachusetts, Horton został wypuszczony z więzienia na
przepustkę. Będąc na przepustce uciekł
do Marylandu, gdzie zgwałcił białą kobietę, pchnąwszy wcześniej nożem jej
towarzysza.
Reklama wywarła ogromny wpływ,
ponieważ osoby, do których docierała po drodze obwodowej nie musiały wiele
myśleć, aby zrozumieć przesłanie. Typowa reakcja na film była mniej więcej
następująca: „Dukakis wypuścił
Hortona z więzienia, by ten mógł gwałcić i mordować. Dukakis nie potrafi
walczyć z przestępczością, zwłaszcza z
przestępczością czarnych”.
Reklama stosuje klasyczną formułę
propagandową: prosty obraz (Willie Horton), który gra na uprzedzeniach
(panujące wśród białych Amerykanów stereotypy na temat czarnych Amerykanów) i
emocjach (lęk przed przestępczością) wywołuje prostą, ale skuteczną reakcję
(sprzyjającą Bushowi). Michael Dukakis przedstawiony został jako słaby
przywódca pobłażający przestępcom. W porównaniu z nim George Bush jawił się
jako człowiek silny i twardy, zdolny do ochronienia nas przed takimi jak Willie
Horton.
Jednak nikogo nie zmuszano do
myślenia o tej reklamie na drodze obwodowej. W ramach ośrodkowej drogi
przekonywania można by na przykład zapytać: „Czy program wypuszczania na
przepustki w stanie Massachusetts jest
pod jakimś względem wyjątkowy? Czy inne stany mają podobne programy? Jaka jest
skuteczność tych programów? Czy przypadki
przypominające przypadek Hortona miały
miejsce także w innych stanach, pod rządami innych gubernatorów? Czy Dukakis
naprawdę ponosi osobistą odpowiedzialność za decyzję o uwolnieniu Hortona? Ilu
więźniów z Massachusetts nie dopuściło się w czasie pobytu na przepustce
żadnego przestępstwa? Czy warto wdrażać programy wypuszczania więźniów na
przepustki zważywszy, że koszt czteroletniego pobytu w więzieniu wynosił w 1988
roku około 88 tysięcy dolarów...* Film
nie zajmował stanowiska w kwestiach, które mógłby poruszyć myślący widz.
----------
* Kilka lat po wyborach wyszły na jaw
pewne fakty dotyczące Dukakisa i programu wypuszczania więźniów na
przepustki. Oto kilka z nich. Z
więzienia uciekło jeszcze czterech innych morderców na przepustce – wszyscy
biali. Program wypuszczania więźniów na przepustki zainicjował w Massachusetts
republikański poprzednik Dukakisa. W ciągu dziesięciu lat administracji
Dukakisa z więzienia uciekło 275 uczestników programu. Dla porównania, liczba
uciekinierów w ciągu trzech lat poprzedniej administracji republikańskiej to
269. Po ucieczce Hortona (a przed wyborami w 1988 roku) Dukakis zaostrzył
kryteria udziału w programie ustalone przez swego republikańskiego poprzednika.
Przestępstwa podobne do tego, którego dopuścił się Horton, popełniali
uczestnicy analogicznego programu w Kalifornii, a także na poziomie federalnym,
za administracji Busha i Reagana. Twórca kilku reklam, które weszły w skład
negatywnej kampanii Busha, Dennis Frankenberry, sam był beneficjantem programu umożliwiającego
zamianę kary więzienia na prace publiczne. Frankenberry odpracował 250 godzin
na rzecz wspólnoty zamiast pójść do więzienia po tym, jak prowadząc pod wpływem
alkoholu potrącił dwóch młodych ludzi ciężko ich raniąc, a następnie zbiegł z
miejsca wypadku. Jak na ironię,
Frankenberry zwrócił na siebie uwagę sztabu Busha dzięki komunikatom,
które stworzył właśnie w ramach swoich prac publicznych.
----------
Rodzi się tu kluczowe pytanie: co decyduje
o tym, która droga przekonywania zostanie przyjęta? Jednym z czynników, jakie zidentyfikowali
Petty i Cacioppo, jest motywacja odbiorcy do namysłu nad treścią komunikatu. W
jednym z eksperymentów Petty i Cacioppo, wraz z ich studentką Rachel Goldman7,
badali wpływ osobistego zaangażowania się na to, w jaki sposób myślimy o
komunikacie. Studenci Uniwersytetu Missouri usłyszeli informację, że ich
uczelnia wprowadzi egzamin, który będą musieli zdać przed ukończeniem studiów
wszyscy studenci ostatniego roku. Połowie studentów powiedziano, że rektor
rozważa możliwość wprowadzenia takiego egzaminu już od następnego roku, co
znaczyło, że sprawa dotyczy ich bezpośrednio. Pozostali dowiedzieli się, że
zmiany wejdą w życie najwcześniej za dziesięć lat, a co za tym idzie – nie będą
ich dotyczyły.
Aby przekonać się, jak osobiste
zaangażowanie wpływa na myślenie o komunikacie, Petty, Cacioppo i Goldman
przygotowali cztery różne wersje komunikatu o egzaminie końcowym. Dwie wersje
przypisane zostały źródłu o niskich kompetencjach, klasie lokalnego liceum.
Dwie pozostałe źródłu o wysokich kompetencjach, Komisji ds. Szkolnictwa
Wyższego im. Carnegiego. Badacze zróżnicowali także jakość argumentów
składających się na komunikat: dwa komunikaty zawierały słabe argumenty
(osobiste opinie i anegdoty), a pozostałe dwa składały się z mocnych argumentów
(statystyk i innych danych na temat wartości egzaminu).
Ten prosty eksperyment może nam wiele
powiedzieć, w jaki sposób ludzie myślą o komunikacie perswazyjnym. Przypuśćmy,
że ktoś operuje w ramach odśrodkowej drogi przekonywania i uważnie analizuje
komunikat. Kiedy taka osoba byłaby
najbardziej podatna na perswazję? Jeżeli
uważnie się nad wszystkim zastanawia, to słabe argumenty jej nie przekonują, a
źródło komunikatu nie będzie miało decydującego znaczenia, natomiast mocny
komunikat, który broni się przy każdej analizie, będzie bardzo skuteczny. Treść
komunikatu nie będzie z kolei miała wielkiego znaczenia dla kogoś, kto się nad
nim nie zastanawia. Do przekonania kogoś korzystającego z drogi obwodowej
wystarczyłby prosty zabieg, tak jak przypisanie komunikatu pozornie
kompetentnemu nadawcy.
Co ustalili Petty, Cacioppo i
Goldaman? Że osobiste zainteresowanie
badanego problemem decydowało o drodze przekonywania. Dla tych studentów,
których problem egzaminów końcowych dotyczył osobiście, decydującym czynnikiem
była siła argumentu. Natomiast dla studentów, których problem egzaminów
końcowych bezpośrednio nie dotyczył, liczyło się źródło informacji.
Dwie drogi przekonywania wyróżnione
przez Petty’ego i Cacioppo powinny nas uwrażliwić na dwie istotne kwestie –
jedna dotyczy nas jako ludzi, druga propagandy we współczesnym świecie. Pod
wieloma względami jesteśmy skąpcami poznawczymi cognitive misers), którzy
zawsze próbują oszczędzać własną energię poznawczą8. Mając na
względzie naszą ograniczoną zdolność przetwarzania informacji, często obieramy
drogę obwodową, aby uprościć złożone problemy: akceptujemy jakiś wniosek lub
twierdzenie nie dlatego, że mamy po temu dobry powód, ale dlatego, że
towarzyszy im prosty mechanizm perswazyjny.
Współczesna propaganda promuje korzystanie
z drogi obwodowej i pomyślana jest tak, by wykorzystywać ograniczoną zdolność
do przetwarzania informacji, jaką dysponuje skąpiec poznawczy. Wiedząc, że
najczęściej działamy w ramach obwodowej drogi przekonywania, propagandyści mogą
swobodnie korzystać z taktyk opisanych na początku tego rozdziału i w całej
książce, i bezkarnie osiągać każdy cel.
Mamy tu do czynienia z czymś, co
można określić mianem podstawowego dylematu współczesnej demokracji. Z jednej strony, jako
społeczeństwo cenimy perswazję; nasz
ustrój opiera się na przekonaniu, że wolność słowa, dyskusja i wymiana idei
mogą prowadzić do podejmowania lepszych i sprawiedliwych decyzji. Z drugiej strony
jako skąpcy poznawczy najczęściej nie bierzemy
pełnego udziału w tej dyskusji: opieramy
się nie na starannych przemyśleniach i dokładnej analizie komunikatu, lecz
na uproszczonych mechanizmach perswazyjnych i ograniczonym rozumowaniu.
Sytuacja nie sprzyja rozwojowi głębokiej perswazji, lecz bezmyślnej*
propagandzie.
* Na marginesie: od „bezmyślnej propagandy” o
wiele bardziej niebezpieczna jest dobrze przemyślana fałszywa propaganda.
Anonimus
Antidotum na ten dylemat współczesnej
demokracji nie jest proste. Każdy z nas musi podjąć działania zmierzające do minimalizacji
prawdopodobieństwa tego, że przetwarzając ważne informacje wybierzemy drogę
obwodową. Możemy na przykład zwiększać
nasze zdolności rozważania pewnych problemów poprzez edukację, albo doskonalić
nasze zdolności wykrywania i rozumienia propagandy poprzez pogłębianie naszej
wiedzy o perswazji. Możemy restrukturyzować
sposób przedstawiania informacji w naszym społeczeństwie, abyśmy mieli
czas i możliwość namysłu przed podjęciem decyzji. Możemy uwrażliwiać innych na znaczenie, jakie
ma dla nich określona kwestia, zachęcając większą liczbę obywateli do głębszego
przemyślenia jakiegoś stanowiska. Dylemat nowoczesnej
demokracji będzie nam towarzyszył w całej książce. Biorąc pod uwagę stawkę,
wypadałoby, aby każdy z nas uważnie zastanowił się nad tym, jak najlepiej go
rozwiązać.
4
Zwierzę skłonne do racjonalizacji
......... 39
My, ludzie, lubimy myśleć o
sobie jako o zwierzętach racjonalnych. Jednak bliższe prawdy byłoby
stwierdzenie, że jesteśmy zwierzętami skłonnymi do racjonalizacji,
że bez względu na to, jak irracjonalnie zachowujemy się w rzeczywistości,
chcemy wydawać się rozsądni zarówno sobie, jak i innym. Filozof egzystencjalny
Albert Camus uważał, że jesteśmy stworzeniami, które spędzają całe życie na
przekonywaniu samych siebie, że nasze życie nie jest absurdem. Jak to czynimy?
Znajdujemy usprawiedliwienia dla naszych działań. Ilustruje to poniższy
przykład.
Marian Keech była
charyzmatyczną kobietą w średnim wieku, mieszkanką dużego miasta na środkowym
Zachodzie, która na początku lat pięćdziesiątych XX wieku oznajmiła, że
otrzymuje wiadomości z kosmosu1. Pewnego wrześniowego wieczoru
dotarł do niej komunikat z planety Clarion, informujący, że 21 grudnia świat zostanie
zniszczony przez wielką powódź. Z planety Clarion przybyć miała flota
latających talerzy, którzy uratują Keech i jej najbliższych.
Pani Keech miała małą ale
lojalną grupę wyznawców, którzy żarliwie wierzyli w jej proroctwo i ponosili
liczne ofiary, jakie wymagały ich przekonania – porzucali pracę, rozdawali
pieniądze, domy i dobytek (kto potrzebuje ziemskich dóbr i pieniędzy na
planecie Clarion?), a także zrywali kontakty ze znajomymi. Kilkoro odeszło
nawet od swoich małżonków.
Pani Keech zwróciła na siebie
uwagę także niewielkiej grupy psychologów społecznych, którzy udając jej
wyznawców infiltrowali ruch... (...)
Psychologowie stwierdzili, że pani Keech i jej wyznawcy tworzą spokojną,
trzymającą się na uboczu grupę. Jedną z najbardziej interesujących rzeczy było
to, że jej członkowie unikali rozgłosu i zniechęcali neofitów; własne
towarzystwo najzupełniej im wystarczało. Byli pewni własnych przekonań, ale
była to pewność cicha i nierzucająca się w oczy. Pani Keech i jej wyznawcy nie
udzielali wywiadów i nie chcieli nadawać rozgłosu swoim przekonaniom.
Rankiem 20 grudnia pani Keech
otrzymała z planety Clarion informację, że dokładnie o północy ma być
przygotowana wraz ze swą grupą do odlotu.
Członkowie grupy powinni usunąć ze swojej odzieży wszystkie metalowe
elementy. Grupa zastosowała się do poleceń: ze spodni, spódnic i bluz starannie
wypruto suwaki i zatrzaski. Kiedy minęła północ, a statek kosmiczny nie
nadlatywał, członków grupy zaczęły ogarniać lęk i rozpacz. O czwartej nad ranem
wszyscy siedzieli w absolutnej ciszy. Jednak o 445 twarz pani
Keech rozpromieniła się. Przed chwilą
otrzymała wiadomość z Clarion: latające talerze nie muszą przybywać, ponieważ
świat nie zostanie unicestwiony, dzięki niezachwianej wierze małej grupki
wyznawców! Komunikat głosił, że mała,
czuwająca całą noc grupka roztaczała tak silną światłość, że Bóg Ziemi
postanowił uratować świat przed zniszczeniem. Jak łatwo sobie wyobrazić,
członkowie grupy zareagowali na tę wiadomość ulgą i euforią.
Jeszcze większe zainteresowanie
psychologów społecznych wzbudziły działania grupy, które nastąpiły potem. W
ciągu 24 godzin prawdziwi wyznawcy – ludzie cisi, nieśmiali i stroniący od
świata – zaczęli wydzwaniać do gazet i stacji telewizyjnych, pragnąc
opowiedzieć o swoim proroctwie i o tym, dlaczego się nie spełniło. Wygłaszali przemówienia i rozdawali na
ulicach ulotki, usilnie próbując przyciągnąć nowych wyznawców. Najwyraźniej
grupa uznała nagle, że przekazanie komunikatu jak najliczniejszej publiczności
jest rzeczą bardzo pilną. Dlaczego?
Sądzimy, że po początkowej
euforii członków grupy zaczęły nachodzić wątpliwości: wiara w zbliżający się
koniec świata nakazała im zrezygnować z mnóstwa rzeczy. Świat się nie skończył,
a oni nie mieli domów, pracy, dobytku – niektórzy stracili nawet
małżonków. Skąd mogą wiedzieć, czy
postąpili właściwie? Jak mają przekonać
samych siebie, że ich zachowanie nie było absurdalne? Oczywiście przekonując innych! Kiedy proroctwo okazało się fałszywe,
członkowie grupy poczuli przemożną chęć przyciągnięcia nowych wyznawców,
ponieważ pragnęli przekonać samych siebie, że poniesione przez nich ofiary nie
były daremne. Gdyby udało im się przekonać innych, że ich wiara uratowała
świat, pozbyliby się własnych wątpliwości. Tymczasem przekształcili się z wiernych
w fanatyków.
W 1957 roku Leon Festinger,
jeden z najważniejszych teoretyków psychologii społecznej, członek zespołu
badawczego, który infiltrował grupę pani
Keech, ogłosił teorię dysonansu poznawczego opisującą to, jak ludzie
racjonalizują swoje postępowanie2. Z dysonansem mamy do czynienia
wtedy, gdy osoba żywi jednocześnie dwa sprzeczne przekonania, idee czy poglądy.
Na przykład przekonanie, że określonego dnia nastąpi koniec świata jest
niezgodne ze świadomością, że oto nadszedł kolejny ranek, świat wcale się nie
skończył. Ten stan niezgodności – utrzymywał Festinger – wywołuje dyskomfort,
który sprawia, że ludzie próbują redukować konflikt w możliwie najprostszy
sposób. Zmieniają jedno lub obydwa przekonania tak, aby lepiej do siebie pasowały.
Dotyczy to zwłaszcza sytuacji (takich jak opisana powyżej), gdy zagrożona jest
samoocena osoby3. Jednostki
gotowe są wówczas posunąć się bardzo daleko w autosugestii oraz
zniekształcaniu i zaprzeczaniu
rzeczywistości, aby usprawiedliwić swoje przeszłe postępowanie. Gdy dawne
zachowanie zagraża naszej samoocenie, wykazujemy silną skłonność do
racjonalizacji.
Fakt, że jesteśmy zwierzętami
racjonalizującymi, ma duży wpływ na to, jak odbieramy propagandę i jak na nią
reagujemy. Rozważmy, co się dzieje, gdy Frank, osoba paląca, staje wobec
dowodów, że palenie powoduje raka. Pojawia się wówczas motywacja, by zmienić
swój stosunek do palenia albo zachowanie. Każdy, kto próbował rzucić palenie
wie, że łatwiejsze jest pierwsze rozwiązanie. Frank może uznać, że badania na
temat szkodliwości palenia są nic nie warte. Może wskazać na swoich
przyjaciół... Może dojść do wniosku, że
filtr papierosowy zatrzymuje wszystkie substancje rakotwórcze, albo spróbować
przerzucić się na papierosy o niskiej zawartości nikotyny i substancji
smolistych. Może też stwierdzić, że woli krótkie i szczęśliwe życie palacza od
długiego i lichego życia bez papierosów. Im większe zaangażowanie osoby w
określone postępowanie, tym większy opór stawiać będzie informacjom, które temu
postępowaniu zagrażają. Psychologowie
donoszą, że osoby najbardziej nieufnie odnoszące się do informacji o
szkodliwości palenia to te, które bez powodzenia próbowały je rzucić.* Osoby
takie jeszcze bardziej zaangażowały się w palenie.
* Może
to wcale nie jest nieufność, tylko
„poczucie bezsilności”, „poza”, „skrywana rozpacz każąca brnąć dalej”, „próba
zagłuszenia, choć na chwilę, obaw” itp.
Anonimus
Redukując dysonans, osoba broni
swojego ja i zachowuje pozytywny obraz samej siebie. Bywa jednak, że samousprawiedliwienie
osiąga absurdalną postać. Chcąc uniknąć dysonansu, ludzie lekceważą
niebezpieczeństwo nawet wówczas, gdy ignorancja może spowodować śmierć ich
samych oraz ich najbliższych. Nie ma w tym żadnej przesady.
W Kalifornii często występują
trzęsienia ziemi4. W dniu 2 maja 1983 roku spokojne rolnicze
miasteczko Colinga w stanie Kalifornia nawiedziło trzęsienie ziemi o sile 6,5
stopnia w skali Richtera. Choć wywołało znaczne zniszczenia, odniosło też jeden
pozytywny skutek: władze stanowe nakazały wszystkim miastom zbadanie, jak w
razie trzęsienia ziemi zachowają się
poszczególne budynki, oraz podjęcie kroków zmierzających do minimalizacji
zniszczeń. W mieście Santa Cruz (gdzie
mieszkamy) sporządzenie takiej ekspertyzy powierzono cenionemu inżynierowi,
Dave’owi Steevesowi. Teeves wskazał 175 budynków, które mogłyby zostać poważnie
uszkodzone wskutek silnego trzęsienia ziemi. Wiele z nich mieściło się w rejonie
Pacific Garden Mall, malowniczej dzielnicy handlowej w centrum Saqnta Cruz.
Obszar ten był szczególnie narażony na zniszczenia, ponieważ wiele tamtejszych
budynków wykonanych zostało z nieuzbrojonych materiałów, a na dodatek wzniesiono
je na piaszczystym podłożu.
Jak zareagowała rada miasta Santa
Cruz na raport Steevesa? Racjonalna reakcja polegała by na starannym
przeanalizowaniu wszystkiego, co miał do powiedzenia. Czy jego argumenty na
temat nieuzbrojonych materiałów budowlanych i piaszczystego podłoża były
uzasadnione? Czy przeprowadził dokładną
inspekcję miasta? Racjonalna osoba, przekonawszy się o solidności argumentów Steevesa,
zaczęłaby poszukiwać rozwiązań: być może poprosiłaby o pomoc agencje
stanowe i federalne, zawiadomiłaby obywateli o grożącym im niebezpieczeństwie,
zaczęła szukać natychmiastowych, najtańszych sposobów poprawienia
bezpieczeństwa, kierując do pomocy mieszkańców i tak dalej. Sam Steeves
zaproponował przynajmniej jedno takie niezbyt kosztowne rozwiązanie.
Jednak miasto zareagowało na informacje
Steevesa inaczej. Jego raport został zlekceważony przez radę miejską, która w
1987 roku jednogłośnie zdecydowała, że należy poczekać aż Stan Kalifornia wyjaśni
„naturę prawa stanowego oraz jego uwarunkowania i przewidziane w nim możliwości
działania”. Rada postanowiła też powołać nowy komitet, który zbada sprawę. Steevesa
oskarżono o to, że bez powodu bije na alarm i naraża miasto na ruinę finansową.
Wielu zaprzeczało temu, że silne trzęsienie ziemi jest blisko lub temu, że w
ogóle nastąpi. Krótko mówiąc raport Steevesa spowodował, że władze miasta
podjęły zbiorową próbę zmniejszenia dysonansu poznawczego.
W dniu 17 października 1989 roku
Loma Prieta, górski rejon nieopadal Santa Cruz, nawiedziło trzęsienie ziemi o
sile 7,1 stopnia w skali Richtera. W okręgu
Santa Cruz zginęło 5 osób, a około 2 tysiące zostało rannych; 300 domów
uległo zniszczeniu, a 5 tysięcy poważnym
uszkodzeniom. Pacific Gardem Mall legł w gruzach. Jeżeli raportowi Steevesa można coś zarzucić, to tylko
nadmierny optymizm. Jeden z urzędników miejskich obarczył Steevesa winą za
nieprzygotowanie miasta do trzęsienia ziemi, stwierdzając, że jego raport „wystraszył
ludzi, co spowodowało, że cały problem został odłożony na później”. Oto
kolejny dowód przemożnej potrzeby redukcji dysonansu poznawczego.
Redukcja dysonansu może
prowadzić nie tylko do prób unikania nieprzyjemnych informacji – tak jak w
przypadku palacza i urzędników z miasta
Santa Cruz. Redukcja dysonansu jest
częścią codziennego życia. Wykorzystują
to propagandziści, zastawiając na nas coś, co nazywamy pułapką racjonalizacji.
Pułapka wygląda następująco: Najpierw propagandysta rozmyślnie rozbudza
u nas poczucie dysonansu, które zagraża naszej samoocenie: na przykład
sprawiając, że osoba czuje się czemuś winna, wzbudzając w niej uczucie wstydu
bądź poczucie niższości, albo sprawiając, że osoba wychodzi na hipokrytę lub
kogoś, kto nie dotrzymuje słowa. Następnie propagandysta proponuje rozwiązanie,
sposób redukcji dysonansu, wymagający akceptacji tego, co sam ma na myśli.
Sposobem na redukcję poczucia winy, pozbycie się wstydu, dotrzymanie
zobowiązania i przywrócenie dobrego samopoczucia jest pieniężna ofiara na
określony cel dobroczynny, kupno jakiegoś samochodu, rozbudzenie w sobie
nienawiści do jakiegoś wroga lub oddanie głosu na konkretnego przywódcę.
W tej książce zapoznamy się z
wieloma odmianami pułapki racjonalizacji, zwłaszcza wtedy, gdy będziemy mówić o
wykorzystywaniu emocji w propagandzie.
Aby dać przedsmak tego, co mamy na myśli, przyjrzymy się dwu przykładom
takiej pułapki: jeden dotyczy subtelnej prośby o złożenie datku na cel
dobroczynny, drugi – poważniejszego problemu propagandy wojennej.
Wyobraź sobie , że ktoś puka do
twoich drzwi i prosi o ofiarę
pieniężną na szlachetny cel.
Gdybyś nie chciał spełnić tej prośby, bez trudu znalazłbyś powody, żeby odmówić
– powiedziałbyś, że nie masz pieniędzy, że twój datek nie uczyniłby wielkiej
różnicy i tak dalej. Wyobraź sobie jednak, że po wygłoszeniu standardowej
prośby o datek, kwestarz dodaje jednak proste zdanie: „liczy się każdy grosik”.
Teraz twoja łatwa wymówka na nic się nie przyda. Odmowa złożenia datku po
usłyszeniu takiego zdania musiałaby spowodować pewien dysonans, podważając
twoje pojęcie o sobie. Kim jest bowiem ten człowiek na tyle podły lub skąpy, że
nie chce podarować nawet grosika? Twoje poprzednie usprawiedliwienia nie
miałyby już zastosowania. Zastawiono na ciebie pułapkę racjonalizacji. Prośba
zagraża twojej samoocenie i jest tylko jeden sposób zredukowania tego
negatywnego uczucia: złożenie datku.
Taki scenariusz został
eksperymentalnie sprawdzony przez Roberta Cialdiniego i Davida Schroedera5.
Studenci udający kwestarzy chodzili od drzwi do drzwi, prosząc o datki. Za
każdym razem wygłaszali identyczną formułkę, ale w połowie przypadków dodawali, że „liczy się każdy
grosik”. Ludzie, którzy słyszeli zdanie o „każdym grosiku”, składali datki dwukrotnie częściej niż ci, do których
skierowano standardową prośbę. Co więcej, średnio rzecz biorąc, pierwsi dawali
tyle samo pieniędzy , co drudzy: zdanie usprawiedliwiające prośbę o mały datek
nie zmniejszało jego wysokości. Dlaczego? Najwyraźniej brak zewnętrznego
usprawiedliwiania odmowy złożenia datku nie tylko zachęca ludzi do dawania
pieniędzy. Po podjęciu decyzji, czy w ogóle je dać, chcą uniknąć posądzenia o
skąpstwo czy brak wrażliwości, co wpływa na decyzję dotyczącą wysokości datku.
Ludziom, którzy sięgają do kieszeni, wyjęcie z niej tylko grosika wydaje się
samoumniejszeniem. Wyższy datek odpowiada ich postrzeganiu samych siebie jako
osób dobrych i szczodrych w granicach rozsądku.
Jedna z najbardziej niebezpiecznych funkcji propagandy wojennej polega na
ułatwianiu przedstawicielom jednego narodu bezkarnego psychologicznego
niszczenia przedstawicieli innego narodu. Wojna powoduje ogromne krzywdy i zniszczenie.*
-----
*Unikanie wojny za niemal wszelką cenę , jak to było
niegdyś z Hitlerem, czasami też ! Nawet
bardzo dużo większe szkody, niż gdyby zdecydowano się w porę mocniej
interweniować. Może nawet, gdy Hitler
był jeszcze słaby, wystarczyło tylko porządnie postraszyć wojną, a sami
generałowie niemieccy resztę by załatwili we własnym zakresie.
Oczywiście, łatwo krytykować po fakcie.
Skąd jednak, pacyfistycznie nastawione społeczeństwa zachodnie, mające jeszcze
w świeżej pamięci okropności pierwszej wojny światowej, mogły wiedzieć, jak się
zakończą kolejne, w imię utrzymania pokoju, ustępstwa wobec Hitlera? W pewnym sensie rozumiem także społeczeństwo
niemieckie, które widząc sukcesy polityki Hitlera, i niezdecydowanie Zachodu,
też dało się nabrać, choć na co
innego (nie użyłem mocniejszego słowa: tyle lat minęło).
Anonimus
-----
Cierpiącymi są najczęściej niewinni ludzie i
dzieci. Stwierdzenie „Ja i mój kraj jesteśmy porządni, sprawiedliwi i rozsądni” wchodzi w dysonans ze stwierdzeniem „Ja i mój kraj
skrzywdziliśmy niewinnych ludzi”. Gdy
krzywda jest czymś oczywistym, nie można zmniejszyć dysonansu stwierdzając, że
się nie dokonała lub że tak naprawdę nie była skutkiem aktów przemocy. W tej
sytuacji najskuteczniejszą metodą redukowania dysonansu jest umniejszenie człowieczeństwa ofiar lub
wyolbrzymianie ich winy – przekonywanie samego siebie, że ofiary dostały to, na
co zasłużyły.
Jak inaczej moglibyśmy wyjaśnić następujące zjawisko? Pod koniec II wojny światowej amerykańskie
samoloty zrzuciły bomby atomowe na Hiroszimę i Nagasaki. Zginęło ponad 100
tysięcy cywili (w tym kobiety i dzieci), a wiele tysięcy odniosło poważne obrażenia. Dziś
wśród Amerykanów modne jest potępianie tej decyzji. Jednak badania opinii
publicznej przeprowadzone w tydzień po zrzuceniu bomb wykazały, że niecałe 5%
populacji amerykańskiej uważało, iż nie powinniśmy użyć tej broni, natomiast aż
23% uznało, że powinniśmy zrzucić o wiele więcej bomb, zanim damy Japonii
sposobność do kapitulacji6. Niektórzy z czytelników mogą uznać te
wydarzenia za część historii starożytnej. Jednak całkiem niedawno, podczas
wojny w Zatoce Perskiej (Pierwszej Wojny
w Zatoce Perskiej, I – II. 1991 r. Przypis Anonimus), mieszkańcy Iraku zostali opisani jako
nieszczęśni wyznawcy Saddama Husajna, „rzeźnika
z Bagdadu”. Po zakończeniu wojny, w chwili uzasadnionego świętowania wspaniałego
zwycięstwa, bardzo niewielu Amerykanów wyraziło żal z powody śmierci
dziesiątków tysięcy irackich cywili, którzy zginęli wskutek naszych
„chirurgicznych nalotów – nalotów, które zniszczyły także infrastrukturę
Bagdadu (nie wyłączając wodociągu) co przysporzyło cierpień setkom tysięcy
niewinnych cywili. Prawie każdej
nowoczesnej wojnie towarzyszyło przedstawianie wroga jako istoty podludzkiej.
Dehumanizacja likwiduje każdy
dysonans, jaki mógł powstać wskutek naszego okrucieństwa wobec wroga. Musimy
jednak uważać: im bardziej usprawiedliwiamy nasze okrucieństwo, tym staje się
ono łatwiejsze. Pułapka racjonalizacji przybiera formę eskalacji: „Dopuściłem się okrucieństwa. Usprawiedliwiam je, przekonując
samego siebie, że ofiara na nie zasłużyła. Jeżeli ofiara zasłużyła na to
okrucieństwo, to może zasługuje na kolejne i może to ja powinienem być jego
sprawcą”. Współczesne „czystki etniczne” w takich miejscach jak Bośnia,
Rwanda i Kosowo to tylko kolejne okrutne przykłady tej strasznej pułapki.
------
Nieco
wątpliwości
Łatwo zauważyć, że pomiędzy „pułapką
racjonalizacji” a myśleniem racjonalnym może istnieć wiele stopni pośrednich.
Trudno też nie zauważyć, że podane przykłady „pułapki
racjonalizacji” użycia bomb atomowych
i wojny w Zatoce Perskiej w 1991 roku,
na pewno nie należą do wydarzeń, które można jednoznacznie określić, jako „czarne” lub „białe”. Ja osobiście sądzę, że
Autorzy sami wpadli w „pułapkę racjonalizacji” swoich przekonań antywojennych.
Samej książce chyba to nie szkodzi: po prostu można uznać za trafne ostrzeżenia
o „pułapce racjonalizacji”, skorzystać z wielu podpowiedzi, ale weryfikację
konkretnych faktów i ich ocen pozostawić sobie, nie koniecznie zgadzając się z
Autorami.
Zastanawiałem się, czy na tej uwadze
nie poprzestać. Doszedłem jednak do wniosku, że powinienem, chociaż w kilku
zdaniach, coś bardziej konkretnie zamarkować. Zastrzegam się, że to co dalej zamarkuję na temat wydarzeń z
użyciem bomby atomowej, znam głównie tylko z polskiej literatury popularnej z
lat 70. o wojnie na Pacyfiku i z kilku przypadkowo przeczytanych artykułów w
latach późniejszych. Obok ocen przekonywujących, jest tam także i sporo
ocen wątpliwych, nawet nielogicznych, i
to z powołaniem się na źródła zachodnie, w tym amerykańskie. Oczywiście, nie
miałem możliwości sprawdzania przypisów
ani trafności ich dobrania.
Prezydent Truman uzasadniał użycie bomb atomowych koniecznością
skrócenia wojny i, tym samym,
zaoszczędzenia życia milionom Amerykanów i Japończyków. Jego decyzja
miała mocne podstawy w konfrontacji z alternatywnymi planami tradycyjnego
kontynuowania wojny: Połączony Komitet Szefów Sztabów planował rozpoczęcie
inwazji na macierzyste wyspy japońskie w
listopadzie 1945 r., przeciągnięcie się walk nawet do 1947 roku i straty własne
oceniał na co najmniej milion żołnierzy.* Plany
te oparte były na dotychczasowym przebiegu walk, w tym na Pacyfiku i Okinawie,
w których ujawniło się wręcz fanatyczne męstwo japońskich żołnierzy,
nieprzejednana postawa dowództwa, które, nawiasem mówiąc, dawało osobisty
przykład walki do ostatka, i całkiem racjonalnie ocenianym „ślepym”
posłuszeństwie ludności (choć może z różnych powodów), jeśli taka będzie wola
Cesarza i naczelnego dowództwa (były zamiary zmobilizowania do walki – w razie
amerykańskiej inwazji - nawet całej ludności cywilnej – łącznie z kobietami i
dziećmi, masowego wykorzystania samobójców itp.). Jeśli by się te plany
sprawdziły, jakie by były straty wśród ludności japońskiej? – przypuszczalnie
kilkanaście razy większe od strat amerykańskich żołnierzy i kilkadziesiąt albo
i więcej razy większe od strat spowodowanych przez dwie użyte bomby
atomowe. Użycie
bomb atomowych (zamiast inwazji), zapewne mogło być traktowane jako psychologiczny szok dla japońskiego dowództwa,
które zrozumie, że nie jest już w stanie walczyć, że przez swój dalszy upór,
może doprowadzić jedynie do zagłady całego kraju, nawet bez
możliwości zadania poważniejszych strat nieprzyjacielowi (inna sprawa, że w 1945 r. Amerykanie więcej bomb atomowych
nie mieli, o czym wiedziało tylko bardzo nieliczne grono najbardziej wtajemniczonych).
Propaganda
„komunistyczna”, kwestionując sens militarny i moralność decyzji użycia bomb
atomowych, sugerowała, że była to także
„zawoalowana” groźba pod adresem ZSRR, a ponadto próba pomniejszenia udziału
ZSRR w rozgromieniu Japonii.*
Czy
użycie broni atomowej faktycznie skróciło wojnę i uratowało życie milionom? W propagandzie „komunistycznej” starano się
to uzasadnienie zbagatelizować, powołując się nawet na badania amerykańskiej
komisji badającej wyniki bombardowania atomowego: „jeśli chodzi o pewność klęski to straty i niepowodzenia
takie, jak na przykład na Saipanie, Filipinach i Okinawie odegrały w Japonii
dwukrotnie ważniejszą rolę niż bomby atomowe. Ponadto brak żywności i towarzyszące temu niedożywienie świadczyły
także o przekonaniu narodu, że dłużej nie można prowadzić wojny”*. Powoływano się także na to, że dopiero po przystąpieniu
ZSRR do wojny przeciwko Japonii (9
sierpień 1945 r.) i niemal błyskawicznym
rozgromieniu Armii Kwantuańskiej,
zajęciu Mandżurii i Północnej Korei, Japonia zmuszona została do kapitulacji. Pod kątem oceny moralnej,
powoływano się również na opinię brytyjskiego historyka wojskowego
J.F.C. Fullera: „Chociaż chwalebne jest
oszczędzanie życia ludzkiego jednak nie usprawiedliwia to w żadnym wypadku
użycia środków sprzecznych z wszelkimi nakazami humanitaryzmu i zwyczajami
wojny. Gdyby przyjąć punkt widzenia prezydenta Trumana, że zrzucenie 2 bomb na
Japonię przyczyni się do skrócenia wojny, a tym samym do zaoszczędzenia setek tysięcy ludzi, zarówno
Amerykanów jak i Japończyków, wówczas pod tym pretekstem można by
usprawiedliwić każde okrucieństwo”.*
Nie
chcę komentować. Po prostu, nie na to miejsce w prezentacji tej książki. Zbyt
słabo też znam tematy, abym mógł, z
pełnym przekonaniem, odesłać Czytelnika do jakichś konkretnych pozycji
literatury. Mogę jedynie zauważyć, że preteksty,
obojętnie „za” czy „przeciw”, to też pułapka racjonalizacji, choć niekoniecznie
świadoma. Powinniśmy myśleć obiektywnie, demaskować preteksty, a nie przy pomocy swoich własnych pretekstów zwalczać cudze preteksty. Można to
zrobić – przynajmniej w odniesieniu do historii, choć, niestety, fałszowanie
historii – nie tylko w reżimach totalitarnych, jest przez wielu uważane za
bardzo skuteczny sposób walki politycznej, ideologicznej itp.
Anonimus
------
W niniejszym rozdziale zobaczyliśmy, że skłonność do usprawiedliwiania naszego
przeszłego zachowania może prowadzić do eskalowania racjonalizacji, co może być
katastrofalne w skutkach. Ironia polega oczywiście na tym, że aby uniknąć
myślenia o sobie jako istotach głupich i niemoralnych, przygotowujemy grunt pod
kolejne akty głupoty i okrucieństwa. Czy
istnieje antidotum na pułapkę racjonalizacji? Choć większość z nas gotowa jest
na wiele, by usprawiedliwić swoje działania, to jednak nie robiąc nigdy nic
innego, nie bylibyśmy w stanie czerpać nauki z własnych doświadczeń: człowiek
nie może żyć w niezachwianej harmonii z samym sobą7.
W codziennym życiu widzimy, że
ludzie uwalniają się z pułapki racjonalizacji odważnie przyznając się do błędów
i ucząc się na własnych potknięciach. Jak? Jakie warunki muszą być spełnione?
Byłoby ideałem, gdybyśmy popełniając błąd, potrafili powstrzymać naszą obronną
skłonność do zaprzeczania,
zniekształcania i usprawiedliwiania własnego zachowania, gdybyśmy w efekcie
umieli powiedzieć sobie: „Sknociłem sprawę. Czego mogę się nauczyć z własnego
doświadczenia, aby nie znaleźć się po raz drugi w tej samej sytuacji?”. Można
to osiągnąć, po pierwsze, próbując zrozumieć nasze mechanizmy obronne i
skłonności do redukowania dysonansu. Po drugie zaś – przez takie wzmacnianie
swojego ja, które pozwoli nam dostrzec w naszym dawnym zachowaniu błędy
wymagające korekty, a nie usprawiedliwienia.
Wszyscy wiemy, że łatwiej to
powiedzieć niż wykonać. Żyjemy w kulturze, w której nie toleruje się błędów, a
porażka uznawana jest za coś grzesznego – gdzie dzieci, które oblewają egzamin
wystawia się czasami na pośmiewisko, a doświadczeni trenerzy drużyn
baseballowych zwalniani są z pracy po jednym nieudanym sezonie. Być może,
gdybyśmy potrafili zdobyć się na większą tolerancję wobec cudzych błędów,
nauczylibyśmy się także tolerować własne braki, a tym samym poskromić naszą
odruchową skłonność do usprawiedliwiania wszystkiego, co zrobiliśmy.
5
Cztery techniki wywierania wpływu
......... 46
Jesienią 1863 roku Abraham
Lincoln był chyba jednym z najmniej popularnych i najbardziej pogardzanych
prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych.
Wybrany na swój urząd w 1860 roku przy niespełna czterdziestoprocentowym
poparciu, Lincoln stał na czele podzielonego społeczeństwa. Musiał stawiać
czoła wrogo nastawionej prasie, która oskarżała go o wszystko – o pijaństwo,
pozyskiwanie głosów przez udzielanie amnestii, podżeganie do wojny, o to że
jest tchórzliwym tyranem i dyktatorem, oraz o propagowanie hasła „wolna miłość,
darmowa ziemia, wolni murzyni” („free love, free land, and free Negroes”).
Podległych mu żołnierzy Unii nazywano „Lincolnpoop” – „bobkami Lincolna”.
Zaraz po rozpoczęciu
urzędowania przez Lincolna siły rebelianckie zajęły Fort Sumter w Południowej
Karolinie, doprowadzając do wybuchu krwawej wojny secesyjnej. Wojna od początku
była niepopularna, a poparcie dla niej jeszcze malało, gdy obywatele północnych
stanów – nigdy do końca nie rozumiejący, dlaczego właściwie należy znieść
niewolnictwo – byli świadkami jednej krwawej bitwy za drugą i opłakiwali śmierć
bliskich. W roku 1863 nastroje antywojenne
doprowadziły do wybuchu buntów poborowych; po nowojorskich ulicach grasowały
bandy, które rabowały, podpalały i mordowały, dopóki do stłumienia przemocy nie
użyto sprowadzonych z frontu wojsk federalnych. Jedna z najkrwawszych bitew
wojny secesyjnej rozegrała się w Gettysburgu w stanie Pensylwania, gdzie suma
zabitych i rannych po obu stronach przekroczyła 50 tysięcy. Poległych pogrzebał na nowym cmentarzu o powierzchni
siedemnastu akrów lokalny przedsiębiorca pogrzebowy, pobierając za to opłatę w
wysokości 1 dolara 59 centów od ciała. Poświęcając cmentarz, Edward Everett –
polityk, mówca i były prezydent Harvard College – wygłosił dwugodzinne
przemówienie opisujące przebieg bitwy. Na uroczystość zaproszono też prezydenta Lincolna, który
miał wygłosić „kilka stosownych uwag”.
Wypowiedzenie w Gettysburgu 272 słów zajęło mu tylko trzy minuty. A
jednak kiedy skończył, było jasne, że przedstawił obywatelom swojego kraju
wizję tego, co sami zbudowali – narodu opartego na przekonaniu, że wszyscy
ludzie są równi i że rząd powinien wywodzić się z ludu, być przez lud
powoływany i ludowi służyć1.
Na początku lat
siedemdziesiątych XX wieku Jeff Christy był mało znanym prezenterem radiowym
pracującym w Pittsburgu w Pensylwanii. Christy zakończył pracę w 1974 roku,
kiedy kierownictwo stacji radiowej KQV zwolniło go jako „pozbawionego talentu
obiboka”. Po otrzymaniu pracy w stacji
KFIX w Kansas City, Christy został
ponownie zwolniony, tym razem z powodu „konfliktu osobowości”. Aby zarobić na utrzymanie Rush, Limbaugh (tak
naprawdę nazywał się Christy) podjął pracę w dziale sprzedaży, w drużynie
baseballowej w Kansas City Royals, gdzie pozostał aż do momentu otrzymania
życiowej szansy: zaproponowano mu mianowicie prowadzenie własnego talk show na
antenie KFBK w Sacramento, w Kalifornii. Dziś
Rusha Limbaugha słucha (na antenie 600 stacji radiowych) przynajmniej
dwa razy w tygodniu 11% dorosłej populacji Stanów Zjednoczonych. Jego wpływ
wcale się na tym nie kończy. Podczas wyborów prezydenckich 1992 roku Limbaugh
został zaproszony do spędzenia nocy w Białym Domu; prezydent Bush osobiście
zaniósł jego bagaż do dawnej sypialni Lincolna. W 1994 roku sędzia Sądu
Najwyższego, Clarence Thomas, przerwał wypełnianie swoich obowiązków, by pełnić
honory gospodarza na weselu Limbaugha i jego trzeciej żony, Marty. Sędzia
Thomas zorganizował weselne przyjęcie we własnym domu. Mary Matalin, zastępczyni szefa kampanii
prezydenckiej Busha z 1992 roku i współgospodyni talk show nadawanego przez telewizję kablową,
powiedziała jednemu z reporterów: „Republikańscy senatorzy i kongresmeni
wydzwaniają [do Limbaugha] przez cały
ranek, na długo przed jego wejściem na antenę”2.
Paul Ingram był filarem
społeczności miasta Olympia w stanie Waszyngton. W wieku 43 lat był głównym
cywilnym zastępcą szeryfa i brał aktywny udział w lokalnym życiu politycznym i
w działalności Kościoła Wody Żywej. Wszystko to uległo zmianie 28 listopada
1988 roku, kiedy Ingram został aresztowany pod zarzutem molestowania
seksualnego swoich dwóch córek – Ericki (wówczas dwudziestodwuletniej) oraz
Julie (wówczas osiemnastoletniej). Po serii przesłuchań prowadzonych przez
policyjnych detektywów, Joe’go Vukicha i Briana Schoeninga, psychologa
klinicznego Richarda Petersona i pastora Johna Bratuna, Ingram przyznał się do
popełnienia tych ohydnych przestępstw. Zeznał, że wraz z żoną, Sandy, przez 17
lat wykorzystywali seksualnie własne córki. Ingram
przyznał, że był przywódcą sekty satanistycznej, której członkowie dokonywali
na terenie jego farmy rytualnych mordów
na niemowlakach i zwierzętach. Oświadczył też, że jedna z jego córek
zaszła z nim w ciążę, a następnie została zmuszona przez niego do aborcji. Stwierdził, że jego
dom służył jako kwatera grupy pedofilów (było wśród nich dwóch lokalnych
policjantów), którzy regularnie upijali się i gwałcili Julię.
Tym, co czyni tę historię
jeszcze bardziej niezwykłą jest fakt, że nie
ma żadnych dowodów, iż przestępstwa, do których przyznał się Ingram,
rzeczywiście miały miejsce; istnieje
natomiast sporo dowodów wskazujących na to, że przynajmniej część z nich nigdy
się nie wydarzyła. Na przykład niezwykle drobiazgowe dochodzenie policyjne, które
obejmowało staranne przeoranie farmy Ingrama, nie doprowadziło do znalezienia
fizycznych dowodów mordowania niemowląt i zwierząt. Mimo dokładnych
poszukiwań, nie udało się zidentyfikować
lekarza, który miał rzekomo dokonać aborcji. Badający córki lekarz
rodzinny Ingramów, nie zauważył u nich śladów molestowania. Samoloty
patrolujący nocą okolicę nie zlokalizowały ognisk, wokół których miały się
rzekomo odbywać satanistyczne rytuały (choć doprowadziły do przyłapania kilki
korporacji studenckich podczas piwnych imprez na świeżym powietrzu). Dwaj
policjanci, którzy mieli należeć do grupy pedofilów zaprzeczyli temu, jakoby
wykorzystywali seksualnie córki Ingrama. Julie Ingram
stwierdziła, że otrzymała od ojca list z pogróżkami; później okazało się
jednak, że list został napisany przez samą Julie. W wyniku nakazanych
przez sąd badań na ciałach Ericki i Julie nie
znaleziono żadnych blizn – blizn, które miały być wynikiem wielokrotnych tortur
satanistycznych. Ericka nadal twierdzi
publicznie, że została okaleczona i oskarża biuro szeryfa o odmowę aresztowania
trzydziestu lekarzy, prawników i sędziów, w których rozpoznała członków
satanistycznego spisku i który, jak twierdzi, nadal mordują niewinne
niemowlęta. Oprócz zeznań samego Ingrama* nie
ma żadnych dowodów, które potwierdzałyby
oskarżenia Ericki i Julie o
wykorzystywanie seksualne. Paul Ingram odsiaduje 21 więzienia za przestępstwo,
którego – jak twierdzi większość ekspertów – nigdy nie popełnił3.
Choć przypadki Abrahama
Lincolna, Rusha Limbaugha i zespołu przesłuchujących w składzie Vukich,
Schoening, Peterson i Bratun wydają się
zupełnie różne, łączy je przynajmniej jedno – wszystkie stanowią przykłady
niezwykle skutecznej perswazji. Orędzie
gettyburskie Abrahama Lincolna zdefiniowało, co to znaczy być „Amerykaninem”;
nadal uczy się o nim w amerykańskich szkołach i nadal, mimo upływu ponad 137
lat, wywiera na nas wpływ. Dzięki połączeniu rozrywki i perswazji Rush Limbaugh
przykuwa uwagę prezydentów, liderów Kongresu, sędziów Sądu Najwyższego,
najważniejszych polityków i ponad dwudziestu milionów regularnych słuchaczy
jego audycji. Zespół przesłuchujący skłonił Paula Ingrama do tego, co wielu
ludzi uważa za niemożliwe: do zmiany wspomnień z własnego życia i do
uwierzenia, że popełnił najgorsze przestępstwo, jakie może popełnić ojciec (którego w rzeczywistości niemal na pewno nie
popełnił)* Na czym polega kunszt tych
specjalistów od perswazji? Co czyni
kogoś skutecznym agentem wpływu?
----------
* Na
marginesie. Współcześnie, w cywilizowanym społeczeństwie, samo przyznanie
się oskarżonego do winy, jeśli nie znajduje potwierdzenia w materiale
dowodowym, albo ten materiał został uznany za niewiarygodny, nie może być
podstawą skazania. W konkretnym
przypadku Autorzy skupili się na samej „perswazji” (str. 56-60; fragmenty
przytaczam dalej): ojciec uwierzył, że molestował i „mordował”, córki uwierzyły,
że były molestowane i widziały „morderstwa”,
zespół dochodzeniowy „chciał się wykazać”. Sąd jednak obowiązują dowody
i logiczne rozumowanie oraz prawo, w tym obowiązujące procedury. Sąd ma też do dyspozycji biegłych. Dowody, przedstawione w narracji, wskazują
wyraźnie na „urojenia i krętactwo”, jeśli nie coś gorszego. Przypuszczalnie, całkiem przeciętny adwokat
by sobie z nimi poradził. A jednak
zapadł surowy wyrok! Widocznie oskarżenie i sąd dysponowali czymś więcej (co
wcale nie oznacza, że oskarżony faktycznie był winny). Sprawy o molestowanie
seksualne są przeważnie bardzo trudne dowodowo. Wprawdzie obowiązuje zasada, że
wszelkie wątpliwości interpretuje się na korzyść oskarżonego, ale w praktyce
nie jest to takie proste, i całkiem łatwo może dojść do sytuacji, że wbrew
zasadom, to nie oskarżonemu udowadnia się winę, ale on musi dowieść swojej
niewinności. Jeśli zaś sam się przyznaje? – sędziowie też ludzie: nie są
nieomylni. Biegłym, w tym również psychologom, także zdarza się zmieniać poglądy
i różnić się między sobą w ekspertyzach. Media zwykle „ubarwiają”, skracają, a
z materiału dowodowego wybierają, nawet bez żadnych uprzedzeń, co im pasuje.
Chcąc sobie samemu wyrobić w miarę obiektywne zdanie akurat o tej konkretnej
sprawie, trzeba by sięgnąć nie tylko do
książki „Wiek propagandy” i, prawdopodobnie, nie tylko do publikacji podanych przez
Autorów w przypisach, ale, niewykluczone,
także i do akt sprawy: przynajmniej do uzasadnienia wyroku. Naturalnie,
trzeba też na tym „trochę” się znać, bo jeśli się nie znamy, to i bez
żadnej manipulacji i przy naszej
najlepszej woli, możemy dochodzić do wniosków dość przypadkowych.
W sumie, niezależnie od odpowiedniej edukacji społeczeństwa, nacisk główny
chyba powinien iść w kierunku zapewnienia właściwej fachowości i bezstronności
odpowiednich organów zajmujących się tego typu sprawami.
Anonimus
----------
Skuteczny agent perswazji może
wykorzystać dowolną liczbę technik wywierania wpływu, zdolnych skłonić odbiorcę
do pozytywnego myślenia o danym problemie czy sposobie działania. Jednak z
najskuteczniejszym wpływem mamy na ogół do czynienia wówczas, gdy udaje się
połączyć cztery techniki wywierania
wpływu, cztery ogólne zabiegi, służące skłonieniu kogoś do przyznania nam racji.
Jakie
są cztery główne techniki wywierania wpływu? Pierwsza polega na przejęciu kontroli nad sytuacją i
stworzeniu atmosfery sprzyjającej komunikacji; proces ten nazywamy perswazją
wstępną (przed-perswazją). Perswazja wstępna odnosi się do struktury,
jaką nadajemy naszemu problemowi oraz do sposobu przedstawienia decyzji.
Skuteczna perswazja wstępna ustala to, „co każdy wie” i „co wszyscy uważają za
oczywiste” (nawet jeśli nie powinni, ponieważ w rzeczywistości kwestia powinna
być przedmiotem dyskusji). Jeżeli nadawcy uda się sprytnie sformułować problem
i zdefiniować sposób, w jaki należy o nim dyskutować, może wpłynąć na nasze
reakcje poznawcze i uzyskać naszą zgodę, wcale nie stwarzając wrażenia, że
próbuje nas do czegokolwiek przekonać. Następnie nadawca musi zadbać o właściwy wizerunek w oczach
odbiorców. Technikę tę określamy mianem wiarygodności
źródła. Innymi słowy, nadawca musi
zaprezentować się jako ktoś sympatyczny, dobrze poinformowany, godny zaufania
albo posiadający inne atrybuty ułatwiające przekonywanie. Trzecia technika polega na skonstruowaniu i przekazaniu
komunikatu, który skupi uwagę i myśli odbiorców dokładnie na tym, na czym
zależy nadawcy – odwróci ich uwagę od argumentów przemawiających przeciwko
prezentowanemu stanowisku, przykuje ją żywym i sugestywnym obrazem, a
nawet skłoni odbiorców do autoperswazji.
Wreszcie, skuteczny wpływ opiera się na kontrolowaniu uczuć odbiorców i przestrzega prostej
zasady: wzbudź w odbiorcach określone emocje, a następnie podsuń im sposób
reakcji na te emocje, który – tak się składa – pokrywa się z działaniem, do
którego próbujesz ich nakłonić. W takiej sytuacji odbiorcy skupiają się na
własnych uczuciach i stosują się do prośby w nadziei, że pozwoli im to uniknąć
negatywnych emocji lub trwać przy emocjach pozytywnych.
Cztery techniki wywierania
wpływu sięgają korzeniami starożytności. Jak zauważyliśmy w rozdziale 1, twórcą pierwszej pełnej teorii
perswazji był Arystoteles4. Jego teoria rozróżniała trzy aspekty
perswazji – źródło (ethos), komunikat (logos) i emocje widowni (pathos).
Arystoteles uważał, że sprawą kluczową jest zrozumienie emocji słuchaczy. Osoba
rozgniewana będzie się zachowywać inaczej niż osoba zadowolona. Mówca musi
umieć sterować tymi emocjami, by zrobić z nich właściwy użytek. Arystoteles
podał recepty na wzbudzenie u słuchaczy określonych emocji – gniewu, przyjaźni,
strachu, zazdrości, wstydu – pokazał, jak wykorzystać te emocje w służbie
perswazji.
Arystoteles dostrzegł jeszcze
jeden czynnik wpływający na perswazję:
atechnoi, czyli fakty i
wydarzenia, które pozostają poza bezpośrednią kontrolą mówiącego. Na przykład
pewne okoliczności, które przygotowują grunt pod argument perswazyjny w sądzie
– w sposób, w jaki formułowano prawo, treść umowy, zeznania świadka. W pewnym
sensie okoliczności te definiują pole gry, na którym wygłoszony zostanie
argument. Precyzują zagadnienie i ograniczają liczbę możliwych do wykorzystania
taktyk. Jako takie stanowią ważny czynnik determinujący wynik sprawy.
Arystoteles zaproponował kilka sposobów radzenia sobie z tymi czynnikami –
podważanie ważności prawa, dyskredytowanie świadka – które dziś moglibyśmy
nazwać „przedstawianiem sprawy w odpowiednim świetle”.
Rzymski prawnik Cyceron zgadzał
się z większością tego, co na temat perswazji powiedział Arystoteles. Cyceron, który znany był w starożytnym Rzymie
ze skutecznej obrony w sądzie najsławniejszych rzymskich opryszków i morderców,
ustanowił coś, co określił mianem officia
oratoris – powinności mówcy:
oczarowywać (ustanowienie wiarygodności mówcy), uczyć (przedstawienie
komunikatu popartego solidnymi argumentami) i poruszać (wywołać u słuchaczy
emocje).
Jedna z najważniejszych zasług
Cycerona polegała na rozwinięciu Arystotelesowskiego pojęcia atechnoi
w teorię statitis albo statusu problemu - tego, co my nazywamy perswazją wstępną. Zadanie mówcy lub
prawnika polega na podaniu takiej definicji sytuacji, która będzie
najkorzystniejsza z jego punktu widzenia. Wyobraź sobie, że twoja klientka jest
oskarżona o morderstwo. Pierwsze słowa mowy obrończej powinny zaprzeczać faktom
– „Moja klientka tego nie zrobiła”. Jeżeli taka riposta jest niemożliwa, należy
zakwestionować definicję działania – „Owszem, zabiła go, ale nie było to
morderstwo”. Jeśli i taka reakcja nie wchodzi w grę, należy zakwestionować
jakość postępku – „Tak, to było morderstwo; ale sprawczyni miała dobre
intencje, a na jej korzyść przemawia wiele okoliczności łagodzących”. Gdy i to
się nie powiedzie, należy zakwestionować prawo trybunału do orzekania w
sprawie... (...)
Wróćmy teraz do trzech
przykładów skutecznego wywierania wpływu opisanych na początku tego rozdziału i
zastanówmy się, jak w każdym z nich zrealizowano cztery techniki wpływu.
Zadanie perswazyjne stojące
przed Abrahamem Lincolnem w Gettysburgu było, delikatnie mówiąc, bardzo
złożone. Po pierwsze, musiał uzasadnić
wysiłek wojenny. Po wtóre, Lincoln musiał uzasadnić działania podjęte przez
siebie kilka miesięcy wcześniej – zniesienie niewolnictwa, które wyzwoliło
niewolniczą społeczność Południa.
Wreszcie, co najważniejsze, Lincoln musiał uzdrowić społeczeństwo,
utrzymać Unię i przyłączyć rebeliantów do narodu. Zauważmy, że ten zestaw celów
bardzo ograniczał retorykę, jaką mógł się posłużyć. Na przykład jednym z
powszechnych sposobów usprawiedliwiania wojny jest opowiadanie o jej
okropnościach – w tym wypadku polegałoby to na oczernianiu rebeliantów z
Południa poprzez obrazowe opisy cierpienia niewolników albo przypadków ich
mordowania. Obranie takiej taktyki utrudniłoby
jednak rebeliantom późniejsze przyłączenie się do Unii.
W orędziu gettysburskim Lincoln
zastosował typową technikę perswazyjną stosowaną przez każdego zręcznego
polityka: zdefiniował problem w taki sposób, że musiał wygrać. Najbardziej
niezwykłe jest to, że w przemówieniu nie wspomniano o żadnym z najważniejszych
wówczas problemów: o niewolnictwie, proklamacji znoszącej niewolnictwo,
zasadach traktowania byłych niewolników, o tym jak należy walczyć, żeby przejść
do historii. Nie było to przemówienie
dla ludzi zainteresowanych szczegółami polityki, ani tych, którzy oczekiwali
drobiazgowej analizy powodów, dla których powinni wybrać określony sposób
działania. Lincoln zdefiniował problem w
taki sposób, by każdy mógł się z nim zgodzić, posługując się przy tym błyskotliwymi
uogólnieniami i gładkimi słowami (patrz rozdział 6). Na przykład wezwał naród do podjęcia
„niedokończonego dzieła” tych, którzy polegli, i zaapelował o doprowadzenie do
„nowych narodzin wolności”. Są to hasła, pod którymi mógł się podpisać niemal
każdy.
Jednak z najskuteczniejszą bodaj
techniką perswazji wstępnej Lincolna mamy do czynienia w pierwszych czterech
słowach orędzia, których uczą się na pamięć dzieci w szkole i które często
parodiują: „osiemdziesiąt siedem lat temu”. Jak to możliwe? Za pomocą tych
czterech słów Lincoln utożsamił narodziny Stanów Zjednoczonych z podpisaniem
Deklaracji Niepodległości w 1776 roku, a nie z ratyfikacją amerykańskiej
Konstytucji w roku 1789. To, że obecnie Amerykanie uznają, że ich państwo
narodziło się w roku 1776, a nie w 1789 (wystarczy porównać skalę obchodów
dwusetnej rocznicy państwowości amerykańskiej z 1976 roku z niemal zlekceważoną
dwusetną rocznicą uchwalenia Konstytucji w roku 1789) jest najlepszym dowodem
siły przesłania Lincolna. W 1863 roku rzecz miała się zgoła inaczej. Pierwszy rząd powołany przez kolonistów
opierał się na Artykułach Konfederacji i pod wieloma względami poniósł klęskę.
Ojcowie założyciele podjęli kolejną próbę, po uchwaleniu Konstytucji w 1789
roku. Zwolennicy niewolnictwa argumentowali na rzecz prymatu Konstytucji, która
w momencie uchwalenia nie delegalizowała niewolnictwa. Przeciwnicy niewolnictwa znajdowali natomiast
oparcie w zawartym w Deklaracji Niepodległości stwierdzeniu, iż „wszyscy ludzie
zostali stworzeni równi”5.
Tak więc Lincoln, nie wspominając o zniesieniu niewolnictwa, swojej
Proklamacji, ani wojnie, usprawiedliwił je wszystkie za pomocą czterech słów,
które utożsamiały narodziny Ameryki z Deklaracją Niepodległości i naczelną
zasadą równości. Co ciekawe, sztuczka
Lincolna nie została wówczas przyjęta z aprobatą przez wszystkich na Północy.
Wstępniak w „Chicago Times” wyrażał oburzenie z powodu tego, że Lincoln
zdradził Konstytucję (stawiając wyżej Deklarację Niepodległości) i zniesławił
jej autorów oraz tych, którzy polegli w jej obronie pod Gettysburgiem – „ludzi,
którzy mieli zbyt wielki szacunek dla siebie, by uznać, że murzyni są im równi”6.
Jeśli idzie o wykreowanie i
wykorzystanie wiarygodności źródła, Lincoln stanął przed poważnym problemem: jego autorytet jako
prezydenta nie był akceptowany przez znaczną część słuchaczy – przede wszystkim
przez zbuntowanych południowców, ale także przez wielu mieszkańców Północy,
którym nie podobała się jego polityka wojenna i którzy uważali, że niewolnictwo powinno zostać ograniczone,
ale niekoniecznie zniesione, i wreszcie przez abolicjonistów, którzy nie ufali
mu z powodu zbyt wolnego tempa przemian. Co mógł zrobić „uczciwy Abe”? Przyjął taktykę używaną dziś często przez reklamodawców
(którzy także nie cieszą się szczególnym zaufaniem): spraw, by źródłem
komunikatu był ktoś inny. Choć
przemówienie wygłosił Lincoln (albo, jeśli wolicie, udzielił mu swojego
głosu), źródłem komunikatu byli założyciele państwowości amerykańskiej oraz żołnierze polegli w walce
o naród poczęty z wolności. Lincoln
budował ich wiarygodność, określając ich mianem odważnych i czcigodnych, a ich
sprawę mianem szlachetnej. Zwróćcie uwagę na to, jak zmiana źródła wzmaga
skuteczność komunikatu. Gdyby Lincoln dał do zrozumienia, że apeluje o narodową
jedność we własnym imieniu, zostałby wyśmiany przez wszystkich przeciwników
oraz tych, którzy uznawali go za niegodnego zaufania. Kto jednak będzie się kłócił z założycielami
państwa i tymi, którzy polegli w walce, broniąc ich wizji?
Co zaskakujące, w orędziu
gettysburskim nie wykorzystano wielu powszechnych dziś technik perswazyjnych.
Przemówienie nie zawiera na przykład żywych, zapadających w pamięć obrazów
wojennych ani żadnej powtarzającej się, chwytliwej frazy. Jednak Lincoln zbudował swój komunikat skupiając się na wątku, który jest obecny w całym
przemówieniu - wątku poczęcia, narodzin,
poświęcenia i konsekracji nowego narodu. Dla dziewiętnastowiecznych, dobrze
znających Biblię słuchaczy taka konstrukcja oddawała szczególną, duchową naturę
amerykańskiej demokracji. Odwrócenie
się plecami do tego niezwykłego narodu byłoby sprzeciwianiem się woli Boga.
W Gettysburgu Lincoln po
mistrzowsku zagrał na emocjach
Amerykanów. Najpierw wyraził swoją dumę
z powodu bycia Amerykaninem... Co
ciekawe, nie wspomniał o stronach walczących pod Gettysburgiem, ani nie
podzielił Amerykanów na południowców i mieszkańców Północy, czarnych i białych,
czy niewolników i ludzi wolnych. Mówił natomiast o wszystkich Amerykanach,
nawet o zbuntowanych południowcach, jako o ludziach niezwykłych i zaangażowanych
w wielki eksperyment samorządności i wolności. Następnie wzbudził w słuchaczach
lęk - lęk przed tym, że naród poczęty w
wolności i oddany zasadzie równości może na zawsze zniknąć z powierzchni ziemi.
Wreszcie odwołał się do poczucia obowiązku i wierności wobec tych, którzy
powołali ten niezwykły naród do życia i sami oddali życie za jego trwanie.
Tym, co najbardziej wpłynęło na
zmianę kierunku historii amerykańskiej było odwołanie się Lincolna do uczucia
obłudy. (...) Przypominał słuchaczom o
ich hipokryzji już w pierwszych słowach – mówiąc o narodzie „oddanym idei, że
wszyscy ludzie zostali stworzeni równi”. Jak może istnieć rząd wywodzący się z
ludu, powołany przez lud i służący ludowi, skoro niektórych Amerykanów wyłącza
się ze wspólnoty wbrew ich woli? Lincoln zmusił słuchaczy do uświadomienia
sobie własnych uprzedzeń i zdecydowania,. czy naród „który narodził się w ten
sposób i pozostaje wierny tym wartościom, może przetrwać. Siedem lat po orędziu
gettysburskim Stany Zjednoczone przyjęły Trzynastą, Czternastą i Piętnastą
Poprawkę do Konstytucji – poprawki, które na zawsze zabezpieczyły amerykańskie
oddanie sprawie równości, delegalizując niewolnictwo, zapewniając ochronę
prawną wszystkim obywatelom i gwarantując prawo głosu wszystkim, bez względu na
rasę i kolor skóry.
O ile charakter misji Lincolna
był bardzo złożony, o tyle Rush Limbaugh musi wykonać tylko dwa proste zadania
perswazyjne. Po pierwsze, musi zapewnić sobie słuchaczy. Jak mówi: „Punktem
zwrotnym mojej kariery było uświadomienie sobie, że jedynym celem wszystkich
pracujących w radio jest sprzedaż czasu reklamowego”8, czyli zapewnienie wysokiej słuchalności. Drugim zadaniem Limbaugha – zadaniem, którego
się wypiera lub którego wagę próbuje
umniejszyć – jest uzyskanie poparcia słuchaczy dla swoich poglądów
politycznych. Jego program jest pełen wezwań do glosowania na preferowanych
przez niego kandydatów oraz apeli, by pisać do Kongresu w sprawach, które
wydają się Limbaughowi ważne. Pierwsze zadanie realizuje dzięki temu, że jest
zajmujący i zabawny, zwłaszcza jeśli podzielamy jego poglądy. Tym, co pozwala
mu zrealizować zadanie drugie jest zastosowanie czterech technik wpływu.
Jedną z często stosowanych
przez Limbaugha technik perswazji wstępnej jest określanie jakiejś osoby lub
propozycji w taki sposób, by mało kto miał ochotę polubić tę osobę albo poprzeć
tę propozycję. I tak na przykład ostrzega on swoich słuchaczy przed „wariatami
od ochrony środowiska”, „feminanazistkami”, „liberalnymi demokratami”, „naćpaną
hollywoodzką lewicą”, „długowłosymi, zarobaczonym, ujaranymi pacyfistami”,
„pedałami”, „skomuszałymi liberałami” i „brzydalo-Amerykanami”... Zarazem twierdzi, że stara się zrealizować
ideał „doskonałego programu radiowego”. Limbaugh zniekształca też cudze
poglądy, by łatwiej było je odrzucić. Na przykład w okresie prezydentury
Clintona Limbaugh zganił go za propozycję podwyżki podatków dla rodzin o
dochodach poniżej 50 tysięcy dolarów rocznie i za plan jednostronnego rozbrojenia Stanów
Zjednoczonych. Dość przerażające poglądy, nieprawdaż? Oczywiście Clinton nie popierał, ani nie
zamierzał wprowadzić w życie żadnej z tych propozycji.
Ponadto Limbaugh sprawuje
całkowitą kontrolę nad informacjami podawanymi podczas jego programu. Słuchacze
dzwoniący do studia poddawani są – zanim ich głos pojawi się na antenie –
procedurze sprawdzającej, czy to, co mają do powiedzenia odpowiada temu, co
chce usłyszeć Limbaugh. Gdy procedura zawodzi i pojawia się
niepożądany punkt widzenia, Limbaugh może wyłączyć fonię, sprawiając, że
dzwoniący nie będzie słyszał programu i wyjdzie na głupka jako osoba
nieodpowiadająca na zadawane pytania. Jeżeli dzwoniący sprawia szczególne
kłopoty, Limbaugh może po prostu odłożyć słuchawkę. Kiedy rozmowa z
afroamerykańskim słuchaczem nie układała się po jego myśli, Limbaugh przerwał
połączenie i powiedział słuchaczowi, by „zadzwonił do niego, kiedy wyjmie sobie
z nosa tę kość”.
Specjalnością Limbaugha, jeśli
idzie o taktyki przed-perswazyjne, jest plotka i insynuacja – zniekształcenia,
półprawdy, jawne zafałszowania lub bezpodstawne twierdzenia przedstawiane jako
prawda. Funkcja przed-perswazyjna plotki i insynuacji polega na określaniu
kontekstu późniejszego argumentu.
Powiedzmy, że chciałbym, abyś
uwierzył, iż rząd jest zbyt liberalny i rozrzutny, oraz że ten „liberalny” rząd
popełnia błędy w takich dziedzinach jak prawa obywatelskie, energetyka,
edukacja i regulacje w przemyśle tytoniowym. Jednym ze sposobów przyjętych
przez Limbaugha jest powtarzanie plotek i insynuacji takich jak:
- „Sąd Najwyższy stal się schronieniem dla
liberalizmu” (Kiedy Limbaugh wygłosił to zdanie ośmiu spośród dziewięciu
sędziów Sądu Najwyższego mianowanych było przez prezydentów republikańskich, z
czego czterech przez Reagana).
- „Pamiętam długie kolejki po benzynę w latach
siedemdziesiątych, zawinione przez Jimmy Cartera”. (Kolejki tworzyły się w roku
1973 za administracji Nixona).
- „W Kansas City więcej ludzi pracuje dla
rządu niż w sektorze prywatnym” (Mniej więcej 5% czynnej zawodowo populacji Kansas City pracuje dla rządu).
- „Sędzia Sądu Najwyższego Clarence Thomas jest
człowiekiem, który umknął biedzie, korzystając z innych metod niż te, które
zalecają organizacje walczące o prawa obywatelskie”. (W 1971 roku Uniwersytet
Yale przyjął Thomasa na studia prawnicze
w ramach programu akcji afirmatywnej, który zakładał, że 10% przyjętych
studentów pochodzić będzie z mniejszości etnicznych – Thomas otwarcie się do
tego przyznawal).
- „Nie udowodniono, że nikotyna uzależnia, ani
tego, że palenie powoduje rozedmę i raka płuc oraz choroby serca”. (Prawie
wszyscy naukowcy zgadzają się co do tego, że jest mnóstwo dowodów, które
uzasadniają rządowy alarm w tej sprawie).
Limbaugh, aby ustanowić
wiarygodność źródła, przedstawia się jako „zwykły facet, taki jak jego
słuchacze”. W swoim programie telewizyjnym stwierdził: „Wszyscy ci bogacze –
jak rodzina Kennedych i Perotów – udają, że żyją tak jak my, że rozumieją nasze
troski i że nas reprezentują, a w dodatku uchodzi im to płazem”. Zwróćmy uwagę,
jak tego typu wizerunek ułatwia wywieranie wpływu - zazwyczaj nie kłócimy się z przyjaciółmi.
(Nie powinniśmy też zapominać, że kiedy Limbaugh wypowiadał te słowa, zarabiał
około 20 milionów dolarów rocznie - kwotę znacznie przekraczającą dochód
przeciętnego Amerykanina).
Rush Limbaugh stosuje wiele technik, aby upewnić się, że jego słuchacze
odbierają komunikat tak, jak on sobie życzy. Na przykład używa obraźliwego
języka , aby skupić uwagę na swoich argumentach: „Arbuzy są jak ekologiczni
aktywiści – zielone na zewnątrz, ale czerwone w środku”; „Ralph Nader to człowiek chusteczka”.
Posługując się lekceważącymi żarcikami, zniechęca słuchaczy do głębszego namysłu nad tym, co mówi:
„Gubernator Ann Richards powinni byli wyprasować twarz zaraz po
urodzeniu”; „Hilary Clinton wygląda jak
ornament na masce Pontiaca”. Jego argumenty przesycone są rasizmem, co sprawia,
że łatwo trafiają do słuchaczy żywiących
uprzedzenia rasowe. Argumentując na rzecz strefy wolnego handlu NAFTA stwierdził:
„Proste prace, które nie wymagają absolutnie żadnych umiejętności – niech je
wykonują głupi Meksykanie”. (...)
Zastanówmy się wreszcie nad tym, jak Paul Ingram mógł
uwierzyć w to, że gwałcił i molestował własne córki. Wymagało to wykonania dwóch zadań
perswazyjnych – przekonaniu o tym najpierw córek, a potem ojca.
Dokumentacja tego, w jaki
sposób Ericka i Julie uwierzyły w to, że ojciec je molestował jest niepełna.
Wiemy, że brały udział w dorocznych rekolekcjach dla nastoletnich dziewcząt pod
hasłem „Serce sercu”, sponsorowanych przez ich kościół. Najwyraźniej dyskutowano tam często o
molestowaniu dzieci. Podczas pierwszych rekolekcji Ericka i Julie złożyły
niezależne skargi, w których donosiły o tym, że są molestowane seksualnie przez
dwóch różnych sąsiadów. Śledztwo
policyjne wykazało, że w obu przypadkach brak dowodów umożliwiających
sformułowanie aktów oskarżenia. Podczas rekolekcji w 1988 roku, Karla Franko,
kobieta należąca do sekty odnowy ewangelicznej i podająca się za uzdrowicielkę,
przepowiedziała, iż okaże się, że ktoś z
obecnych na sali był jako dziecko molestowany przez krewnego. Jedna z dziewcząt
natychmiast wybiegła na zewnątrz i oświadczyła, że chodzi o nią. Przyłączyły się do niej inne dziewczynki,
które także stwierdziły, że padły ofiarą molestowania. Późnym popołudniem
ostatniego dnia rekolekcji Ericka także oznajmiła, że zdała sobie sprawę z
tego, iż była molestowana seksualnie przez ojca.
Choć powyższy opis jest
niepełny, możemy zauważyć kilka czynników, które wpłynęły na sformułowanie oskarżenia - na przykład sytuację, w której
stwierdzenie, iż było się seksualnie molestowaną było nie tylko stosowne, ale
nagradzane uwagą, sympatią i poczuciem przynależności. Niestety sprawa Ingrama
nie jest odosobnionym incydentem.
Mieliśmy do czynienia z ogólnonarodową epidemią oskarżania rodziców o
molestowanie seksualne własnych dzieci. Oczywiście w niektórych rodzinach
rzeczywiście dochodzi do molestowania seksualnego, co na ogół ma tragiczne
konsekwencje. Równocześnie jednak coraz więcej
przemawia za tym, że wiele oskarżeń o molestowanie seksualne opiera się
na wspomnieniach skonstruowanych później, nieodpowiadających rzeczywistości9.
Dokładna analiza tych przypadków ujawnia zbieżności z incydentem Ingrama i
stałe wykorzystywanie czterech technik wpływu.
Podczas sesji terapeutycznych
służących wywołaniu fałszywych wspomnień na temat molestowania seksualnego
używa się szeregu technik przed-perswazyjnych. Po pierwsze, kreuje się kontekst
sprzyjający formułowaniu takich oskarżeń – poprzez wpływ interpersonalny,
historie pojawiające się w środkach masowego przekazu oraz książki...- lansując
trzy powiązane ze sobą przekonania: (1) kazirodztwo jest znacznie
powszechniejsze, niż się sądzi i może obejmowaćdoświadcze4nia o
charakterze niecielesnym takie jak oglądanie w łazience własnego ojca lub
słuchanie wuja, który wypowiada dwuznaczne uwagi; (2) w społeczeństwie działają sekty
satanistyczne, które wykorzystują dzieci i zwierzęta do praktyk
rytualnych; (3) osoby, które padły
ofiarą kazirodztwa na wiele lat wypierają traumatyczne wspomnienia ze
świadomości, przy czym aż 60% ofiar w ogóle nie pamięta, że była molestowana.
(W rzeczywistości precyzyjne badania pokazują coś odwrotnego – że ofiarom
traumy bardzo trudno jest zapomnieć). Ponadto, promuje się pewien żargon, który
ma służyć do interpretowania tych wydarzeń – takie terminy jak zaprzeczenie rzeczywistości, pogwałcone granice, kazirodztwo emocjonalne, współuzależnienie
czy powracanie do zdrowia. Zauważmy,
że kategorie te pozwalają przedstawic w pożądanym świetle niemal każde wydarzenie.
Kiedy klientka wysuwa argument przeciwko hipotezie o wykorzystywaniu, zaprzecza
rzeczywistości. Matka nie potwierdzająca opowieści swojej córki, która
utrzymuje, że została zgwałcona przez ojca, jest współuzależniona. Dwuznaczne
zachowania, a nawet akty miłości mogą zostać przedstawione w strasznym świetle:
ojcowski uścisk może przecież oznaczać pogwałcenie granic i podpadać pod
kategorię gwałtu emocjonalnego.
Źródłem komunikatu o
molestowaniu jest najczęściej terapeuta
albo psycholog szkolny. Od terapeuty oczekujemy profesjonalizmu,
specjalistycznego wykształcenia oraz tego, że nasze dobro będzie leżało mu na
sercu. Ericka i Julie zaakceptowały te cechy, a ponadto uwierzyły, że Karla
Franco posiada dar uzdrawiania i przepowiadania przyszłości.
Sesje terapeutyczne sprzyjają
korzystaniu z jednej z najpotężniejszych taktyk komunikacyjnych: autoperswazji,
czyli takiego kierowania odbiorcą, by sam wykreował komunikat potwierdzający
diagnozę o wykorzystywaniu seksualnym. Jak się to robi? (tylko po co,
pomijając przypadki przestępcze lub chorobowe, miałby to robić! Terapeuta przecież z reguły jest fachowcem,
przynajmniej na tyle, żeby nie szkodzić. Muszę przyznać, że dość sceptycznie
podchodzę do uogólnień. Jeśli się mylę, trzeba by chyba bliżej przyjrzeć się
metodom pracy psychologów i terapeutów. Anonimus).
Jednym ze sposobów, by klientka przekonała samą siebie, że była
molestowana seksualnie jest dostarczenie jej długiej listy rzekomych
objawów: „Czy zdarza się, że nie wiesz, czego
chcesz? Czy boisz się nowych doświadczeń? Czy boisz się przebywać sama w
ciemności? Czy czujesz się inna niż pozostali?”. Kłopot w tym, że większość
normalnych ludzi doświadcza od czasu do czasu któregoś z tych objawów. Klientka
która odpowiada „tak” na kilka z tych pytań, znajduje się na dobrej drodze do
tego, by przekonać samą siebie, że padła ofiarą molestowania. Klientka musi
ponadto zrozumieć, jak doszło do molestowania. W tym punkcie terapeuta może
skorzystać z „pracy wyobraźni” (wybierając jakieś negatywne wspomnienia z
dzieciństwa... a następnie próbując dodać do tego obrazu jak najwięcej
szczegółów); zahipnotyzować klientkę... (...aby przypomniała sobie przeszłość);
podać jej lek, taki jak sodium amytal,
określany nieprecyzyjnym mianem „serum
prawdy”, a następnie pokierować jej wspomnieniem molestowania
seksualnego...
Sesje terapeutyczne mają często
emocjonalny charakter – ostatecznie ludzie poddają się terapii, ponieważ
uznali, że mają problemy wymagające rozwiązania. Podczas sesji terapeutycznych,
które wytwarzają fałszywe wspomnienia na temat wykorzystywania seksualnego,
rozbudza się w klientce nadzieję, obiecując jej, że „kiedy wyartykułuje te
wspomnienia, poczuje się lepiej”. Rzekome wykorzystywanie seksualne staje się
psychologiczną „podporą”, sposobem usprawiedliwiania własnych porażek. (...)
„Nic nie poprawia nam samopoczucia bardziej niż przekonanie, że winę za całe
zło ponosi ktoś inny”11.
Wreszcie, zachęca się klientkę do skonfrontowania rodzica z oskarżeniem
o wykorzystywanie seksualne. (W każdym zawodzie może się zdarzyć, że ktoś
zwariuje. Przeważnie jednak, o ile choroba jest poważna, raczej to dość
szybko rzuca w oczy. Anonimus).
W czasie przesłuchań Paul
Ingram zetknął się z wieloma taktykami, które wywołują fałszywe wspomnienia u
„tych, którzy ocaleli”. Na przykład przesłuchujący przypomnieli Ingramowi o realności diabła (w
którego wierzył) i powiedzieli mu, że wypieranie wspomnień o tego rodzaju
przestępstwach jest czymś powszechnym. Ingram pod naciskiem przyznał, że jego
córki nie mogłyby skłamać w takiej sprawie, co zmusiło go do uznania, że jest
winny zbrodni (i wykluczenia innej możliwości – że jego córki uległy technikom
wywierania wpływu podczas letnich
rekolekcji). Wszyscy w najbliższym otoczeniu Ingrama – policja, duchowni, rodzina,
psychologowie, przyjaciele – zachowywali się tak, jakby oskarżenia były
prawdziwe. Ludzie ci byli nie tylko przedstawicielami władzy i ekspertami,
którzy znają się na podobnych sprawach, ale i zaufanymi przyjaciółmi, którzy
nie mogli świadomie , kłamać.
(Muszę
przyznać, że te dwa ostatnie zdania, w kontekście poprzednich, mocno
podkreślonych wątpliwości i braku rzeczowych dowodów, mnie po prostu „dobiły”. W książce nie
zamarkowano argumentacji przeciwnej. Nie
wiadomo też, o jakie oskarżenia konkretnie chodzi, w które „wszyscy” wierzyli
[i za co Ingram został skazany na 21 lat]. Czy tylko te, o molestowanie
seksualne, czy także o gwałty i „satanistyczne, rytualne” mordowanie niemowląt.
W końcu są to pewne zasadnicze różnice. O ile w pierwsze nie tak trudno
uwierzyć, to z tą wiarą – bez żadnego dowodu -
w mordowanie niemowląt, byłaby chyba przesada. Ma to też znaczenie dla
samej istoty perswazji: jak daleko można
komuś – lub sobie samemu – coś wmówić:
czy tylko rzeczy prawdopodobne, czy też nawet zupełnie absurdalne. Szkoda, że Autorzy, w samej książce tego
przykładu nieco nie rozwinęli, ograniczając się do przypisu „3”,
pozycji raczej trudno dostępnych, np.
dla polskich czytelników.
Anonimus).
---------
3 Szczegóły
dotyczące sprawy Ingrama zob.: R. Olfse, E. Watters, Making monsters, New York, Charles Scribner’s Sons 1994; L. Wright,
Remembering Satan, New York, Knopf 1994
----------
Przekonanie ekspertów oraz
najlepszych przyjaciół o tym, że popełnił przestępstwo (jakie konkretnie? Anonimus) podważyło zaufanie Ingrama do własnych
wspomnień. Jako rodzic poczuł się winny temu, czego doświadczyły jego córki i
przestraszył się, że może się wydarzyć coś gorszego. Złożono mu tę samą
propozycję, co Julie i Erice – jego przyznanie się do winy miało rozpocząć proces dochodzenia do zdrowia i pozwolić jego
rodzinie stawić czoła temu, co się stało.
Siłę tych technik można
zaobserwować na przykładzie rozmowy
Paula Ingrama z psychologiem społecznym, Richardem Ofshe – ekspertem od
sekt, którego prokurator poprosił o poradę
w kwestii metody prowadzenia śledztwa. Ofshe od początku nie dowierzał
historii i postanowił zweryfikować swoje podejrzenia, sprawdzając, czy Ingram
uzna za prawdziwy incydent, który w rzeczywistości był całkowicie sfabrykowany
– że mianowicie zmusił syna i córkę, by uprawiali na jego oczach seks.
Początkowo Ingram nie mógł sobie przypomnieć
tego zdarzenia. Ofshe poprosił go, by wytężył pamięć. Ingram zgodził się i kolejnego dnia powrócił
ze szczegółową relacją na temat tego, jak to w sobotnie bądź niedzielne
popołudnie powiedział dzieciom, aby się rozebrały i rozkazał Erice, by uklękła i uprawiała seks oralny z jego synem.
Szczegółowemu opisowi tych
trzech skutecznych przypadków wpływu przyświecały dwa cele. Po pierwsze, chcieliśmy przedstawić ogólny
zarys tego, o czym będziemy mówić dalej. W następnych czterech częściach
książki scharakteryzujemy bowiem różne sposoby realizacji czterech technik
wywierania wpływu – aby przekonać się, co działa i dlaczego. Po drugie,
zestawiliśmy te trzy źródła wpływu, aby zadać kilka pytań. Kiedy perswazja
zamienia się w propagandę? Jakie formy
perswazji najlepiej służą naszym interesom?
Chcieliśmy
zasugerować dwa zestawy pytań, oparte na teoriach przedstawionych w ostatnich
dwóch rozdziałach, służące odróżnianiu propagandy od uczciwej i przemyślanej
perswazji.
Po pierwsze, czy
komunikat pobudza nas do namysłu nad poruszanymi problemami? A może zniechęca do myślenia i gra na
przesądach? (Innymi słowy: którą z opisanych w rozdziale
3 dróg przetwarzamy jest komunikat: drogą odśrodkową czy obwodową?).
Przygotowując materiały na temat orędzia gettysburskiego, byliśmy zaskoczeni tym, jak wiele dowiedzieliśmy się o amerykańskiej historii, o ówczesnych
problemach, o tym, jak działa i powinien działać rząd, o zakresie możliwości,
jakie ma do wyboru przywódca, o tym, dlaczego w ciągu dziesięciu lat po orędziu
gettysburskim uchwalono aż trzy poprawki do Konstytucji, dlaczego obrona praw i
poglądów mniejszości jest ważna w demokracji, oraz jakie są tradycyjne wartości
amerykańskie. Zestawmy to z insynuacją,
że Hilary Clinton wygląda jak ornament na masce Pontiaca, albo z plotką, że
Paul Ingram przewodził sekcie satanistycznych pedofilów. Proces myślowy ustaje. Nie ma powodu do dalszych
dyskusji na temat poglądów Hilary Clinton – na przykład na temat opieki
zdrowotnej albo wychowywania dzieci – ponieważ jest ona tylko głupim, niewartym
naszej uwagi ornamentem na masce. Tego rodzaju pogardliwe żarty nie zachęcają
do dyskusji, lecz skłaniają do konformizmu: zmuszają do podzielania cudzych
poglądów ze strachu, by samemu nie stać się obiektem drwin13. Z
chwilą gdy uznajemy, że Paul Ingram jest satanistą, nie mamy już powodu
prowadzić dalszych dociekań, ani
rozważać konkurencyjnych wyjaśnień – mamy natomiast mnóstwo powodów, by nie
zauważać świadectw, które są sprzeczne z naszym stanowiskiem.
Po drugie, w jaki
sposób nadawca komunikatu posługuje się emocjami? Absurdem byłoby
sądzić, że możemy reagować na bieżące wydarzenia w sposób wolny od emocji. Nasz świat byłby smutny, gdyby niesprawiedliwość nie budziła
w nas gniewu, ból innych ludzi – smutku, a nasze własne osiągnięcia - dumy. Lincoln wykorzystał nasze poczucie dumy, by
zaapelować do nas o namysł nad tym, co to znaczy być Amerykaninem i o postawę
zgodną z tym ideałem. Dobry terapeuta może zrobić to samo – wykorzystywać
uczucia, na przykład uczucie niezadowolenia, aby zachęcić nas do namysłu nad
życiem i pobudzić rozwój umiejętności życia14. Zestawmy to z tanim żarcikiem, w którym wyśmiewa się wygląd
nastolatki tylko dlatego, że jest ona akurat córką prezydenta. Czemu to
służy? Czy żart pomaga nam lepiej
zrozumieć kwestie polityczne? Czy zachęca do przemyślenia perswazji, tak
istotnej dla demokracji? Jest on niczym
więcej jak tylko tanią próbą wywyższenia
nas kosztem innych. Tego rodzaju żarty mogą też służyć zwiększeniu uprzedzeń wobec tych, których się
wyśmiewa15. Kiedy propagandysta bez
skrupułów gra na naszym poczuciu niepewności, wykorzystując nasze najgłębsze
lęki albo oferuje złudną nadzieję – namysł i dociekania ustają. Wpadamy
w pułapkę racjonalizacji opisaną w poprzednim rozdziale. Celem staje się
udowodnienie za wszelką cenę własnej wyższości i racji. Stajemy się zależni od
tych, którzy wspierają naszą maskaradę. Nasze emocje
biorą górę nad zdolnościami krytycznymi. Podejmujemy działania, których
nie podjęlibyśmy w innych okolicznościach – konstruujemy fałszywe wspomnienia z
przeszłości albo traktujemy niewinną osobę w sposób okrutny.
Tom Milewski – główny
menedżer Greater Media, sieci niezwykle
popularnych stacji radiowych – zażartował kiedyś podczas bankietu” „Dziś recepta na
popularny talk show polega na zidentyfikowaniu uprzedzeń słuchaczy i graniu na
nich w swoich programach”16. Jego stwierdzenie warto potraktować serio i dostrzec w nim
wyzwanie dla nas wszystkich.
Orędzie gettysburskie Abrahama Lincolna ........ 62
Osiemdziesiąt siedem lat temu nasi ojcowie powołali na tym kontynencie do
życia nowy naród, który narodził się w Wolności i poświęcił realizacji idei, że
wszyscy ludzie zostali stworzeni równymi.
Obecna wielka wojna domowa pokaże,
czy ten, bądź jakikolwiek inny naród, który zrodził się w takich
okolicznościach i poświęcił takiej idei, może przetrwać. Spotykamy się na
wielkim polu bitewnym tej wojny. Zebraliśmy się, aby poświęcić połać tej ziemi
na miejsce wiecznego spoczynku tych, którzy oddali życie, aby ten naród mógł
żyć. Nasze postępowanie jest ze wszech miar stosowne.
Ale w szerszym sensie tego słowa nie
możemy uświęcić tej ziemi. Odważni
ludzie – żywi i martwi – którzy tu walczyli, uświęcili ją w sposób, jakiego nie
jesteśmy w stanie wzbogacić ani umniejszyć.
Świat puści w niepamięć to, co tutaj mówimy, nie może wszakże zapomnieć
o tym, czego dokonali tutaj oni. To my żyjący, powinniśmy poświęcić się
realizacji niedokończonego dzieła,
któremu walczący tak szlachetnie się przysłużyli. To raczej my powinniśmy poświęcić się
wielkiemu, stojącemu przed nami zadaniu: przysiąc, że śmierć tych, co tu
polegli, nie pójdzie na marne, że ten wielki, błogosławiony przez Boga naród
ujrzy nową jutrzenkę wolności, a rząd wyłoniony z ludu, przez lud i służący
ludowi nie zniknie z powierzchni ziemi.
Perswazja wstępna:
Przygotowanie gruntu pod skuteczne oddziaływanie ......... 63
6
Słowa, które mają wpływ na ludzi
......... 64
Popularna aktorka komediowa
Roseanne opowiada żarcik, który brzmi mniej więcej tak: „Mam nowy, wspaniały
przepis na mieszankę kempingową – dwie miarki ciasteczek na jedną miarkę
czekoladek orzechowych. Dzieciaki to uwielbiają. Wiadomo, że to pożywne, bo to
jest mieszanka kempingowa”. Żarcik ten
jest zabawny, ponieważ wszyscy wiemy, że słodyczy nie można przekształcić w
pożywny pokarm po prostu przez nadanie im innej nazwy. Jednak agencje reklamowe
i eksperci w dziedzinie polityki codziennie z dużym powodzeniem czynią to ze
swymi produktami. Wiedzą oni, że język pozwala na dużą swobodę w posługiwaniu
się słowami i ich interpretowaniu – swobodę, którą można wykorzystać do celów
perswazyjnych. W takich przypadkach to oni mogą nam spłatać figla.
Psycholog społeczny Daryl Bem
przytacza interesującą analizę, która pokazuje, w jaki sposób w reklamach
telewizyjnych stosuje się słowa i slogany1. Według Bema pewną dobrze
znaną markę aspiryny (będziemy ją nazywać „marką A”) lansuje się jako
stuprocentową, czystą aspirynę; w reklamach podkreśla się, że badania rządowe
wykazały, iż żaden inny środek przeciwbólowy nie jest silniejszy, ani bardziej
skuteczny od aspiryny marki A. Producent zapomniał jednak dodać, że w
rzeczywistości badania te wykazały jedynie, iż żadna marka aspiryny nie działa
ani słabiej, ani mniej skutecznie niż inne. Innymi słowy, aspiryna to aspiryna – wszystkie poddane badaniom marki były
sobie równe – różniły się tylko ceną. Za przywilej łykania marki A
kupujący muszą zapłacić w przybliżeniu trzy razy więcej niż za aspirynę równie
skuteczną, lecz niereklamowanej marki. (...)
Takie krzykliwe próby masowej
perswazji wydają się żałośnie przejrzyste, kiedy jesteśmy czujni i analizujemy
je dokładnie. Jednak większość z nas nie zawsze zachowuje czujność, a więc
skłonna jest do bezwiednego ulegania wpływom. Dlatego kasy rejestrują wzrost
obrotów, a my w ogromnej liczbie ustawiamy się w kolejkach i kupujemy reklamowany
produkt, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że istnieje jakaś poważna różnica między
różnymi markami aspiryny.
Jak słowa uzyskują swoją siłę,
swoją zdolność wywierania wpływu i przekonywania? Krótko mówiąc, sposób, w jaki
określany jest dany obiekt lub przedstawiane dane działanie ukierunkowuje nasze
myśli i reakcje poznawcze odnoszące się do tego przekazu. Za pomocą określeń,
które stosujemy do opisania jakiegoś obiektu czy zdarzenia, możemy zdefiniować
je w taki sposób, aby odbiorca naszego komunikatu zaakceptował naszą definicję
sytuacji i w ten sposób był już wstępnie przekonany. (pre-persuaded), zanim
jeszcze zaczniemy na serio przedstawiać argumenty. Tę prostą regułę perswazji znał już Cyceron ponad dwa tysiące lat temu. Według
niego jednym z czynników, którym zawdzięczał swój sukces, polegający na
wykazaniu niewinności pewnych najbardziej znanych w Rzymie morderców, była jego
umiejętność przekonania sędziów, że ohydne zbrodnie nie były w ogóle
„zbrodniami”, lecz cnotliwymi uczynkami – że to ofiary były łotrami, którzy
zasłużyli na to, żeby ich zabito.
Z psychologicznego punktu
widzenia, reklamy aspiryny są efektywne, ponieważ głosząc, iż żaden inny lek
nie działa silniej, szybciej, łagodniej czy skuteczniej, skłaniają nas do
niemal automatycznego wyciągnięcia (błędnego) wniosku, że żaden inny lek
przeciwbólowy nie jest tak silny, tak szybko działający, tak łagodny i tak
skuteczny jak marka A. Taki opis produktu stwarza złudzenie, że marka A jest
najlepsza, a nie tylko taka sama jak cała reszta.
(...) Stwierdzili oni, że oceny
konsumentów były bardziej przychylne w odniesieniu do mięsa oznaczonego
etykietą „75% chudego” niż w stosunku do
mięsa oznaczonego etykietą „25% tłuszczu” . (...) Słowo „chude” jest bardziej atrakcyjne
niż słowo „tłuszcz”; słowo „świeże” pomaga przesłonić fakt, że ryby są mrożone;
„bezpłatny poradnik” jest znacznie bardziej użyteczny niż jeszcze jeden druk
reklamowy; „bezprzewodowe urządzenie
elektryczne” brzmi znacznie lepiej niż „urządzenie zasilane z dwóch baterii”.
Często pełne znaczenie wniosku
pozostawia się wyobraźni słuchaczy.
(...) określił tę taktykę jako stosowanie „błyskotliwych ogólników”3. W takich przypadkach propagandysta posługuje
się „gładkimi” słowami, które mają pozytywne konotacje, lecz zwykle są
niejednoznaczne w tym kontekście, w którym są używane. Oto parę przykładów:
„Życzliwa, łagodniejsza Ameryka”, „Uczyńcie Amerykę znowu silną”, „Najlepsze,
co można kupić za pieniądze”, „Musimy
popierać naszych dzielnych żołnierzy walczących o wolność”. Niewiele osób nie zgodziłoby się z tym, że
życzliwość, łagodność, siła, to co najlepsze, oraz walka o wolność są dobrymi
rzeczami; jednak w większości konkretnych sytuacji jeszcze mniej ludzi byłoby
zgodnych co do znaczenia tych słów.
Weźmy na przykład uroczyste
przyrzeczenie Richarda Nixona w kampanii prezydenckiej 1968 roku, że doprowadzi
do zawarcia honorowego pokoju w Wietnamie. Co to naprawdę znaczy?
Dla niektórych honorowy pokój oznaczał natychmiastowe wycofanie się i
zakończenie niesprawiedliwej wojny. Dla innych oznaczał kontynuowanie walki,
dopóki Stany Zjednoczone nie odniosą bezwarunkowego zwycięstwa.
Rozstrzygnięcie, co Richard Nixon miał na myśli mówiąc o honorowym pokoju,
pozostawiono wyobraźni każdego ze
słuchaczy, dając jednak wyraźnie do zrozumienia, że Nixon ma „słuszny” cel w
odniesieniu do wojny wietnamskiej.
Słowa mogą być też używane do
określenia problemów i kierowania w ten sposób osobistych i społecznych
potrzeb. W swej historii reklamy amerykańskiej Stephen Fox dowodzi, że reklama
wywierała największy wpływ w latach dwudziestych XX wieku4. W tym
czasie reklamujące się firmy nadały nazwy wielu „potrzebom konsumentów”, które
staramy się zaspokoić jeszcze dzisiaj.
Na przykład firma Lambert, producent
specyfiku pod nazwą „Listerine”, spopularyzowała termin halitosis
na określenie nieświeżego oddechu; większość Amerykanów nie wiedziała, że mają halitosis,
dopóki firma Lambert – informując nas, że „nawet twój najlepszy przyjaciel nie
powie ci o tym” – nie uświadomiła nam wszystkim, iż możemy cierpieć na tę
przypadłość.
W nowszych czasach agencje
reklamowe wymyśliły nowe kategorie wyrobów (czyli nowe potrzeby) i nowe marki
produktów umożliwiających ich zaspokojenie, takie jak: NyQuil, nocne lekarstwo
na zaziębienie; 7-Up, czyli niecola; Miller, czyli piwo „małokaloryczne”; różne
marki intymnych dezodorantów dla kobiet; wreszcie centrowy demokrata nowego
typu – Bill Clinton. Dobra nazwa firmowa
może być warta więcej niż fabryka, która wytwarza dany produkt. Na przykład
Philip Morris nabył firmę Krafta za sumę ponad sześć razy większą od jej
wartości księgowej. Kiedy Hamisha Maxwella, dyrektora generalnego firmy Philip
Morris, zapytano o powody tej decyzji,
powiedział bez ogródek: Kraft jest nazwą, do której konsument ma zaufanie, i
można jej użyć do sprzedaży innych produktów. Być może jeden z najbardziej
przekonywujących przykładów tej gry pod hasłem „nazwa to jest to” dotyczył
reklamy tamponów Rely (ang. to
rely – polegać, mieć zaufanie).
Być może pamiętasz ten produkt; został on wycofany z rynku po tym, jak
powiązano go z syndromem wstrząsu toksycznego. Reklama głosiła dumnie:
„Pamiętaj, nazwano go Rely”, jak gdyby ta nazwa uczyniła ten wyrób godnym
zaufania.
Oczywiście nie tylko reklamujące się firmy
wymyślają nowe określenia jak środki propagandy5. Dawni
patrioci amerykańscy potrafili wzmagać zapał rewolucyjny nadając niewielkiej
utarczce z Brytyjczykami nazwę „masakry bostońskiej”. Adolf Hitler używał tej
samej techniki do zmobilizowania Niemców, wyjaśniając trudności gospodarcze
Niemiec w kategoriach „czerwonego niebezpieczeństwa” i „problemu żydowskiego”.
Przeciwnicy aborcji nazywają się „obrońcami życia” (któż mógłby być przeciw
życiu?), podczas gdy osoby opowiadające
się za prawem kobiet do przerywania ciąży określają się jako „zwolennicy prawa
wyboru” (któż mógłby być przeciw prawu wyboru?). (...)
Politycy interpretują problemy
społeczne i wymyślają programy narodowe posługując się takimi wyrażeniami jak
„zimna wojna”, „teoria domina”, „pełzający komunizm”, „pierestrojka i
głasnost”, „wojna z narkotykami”, „protekcjonizm japoński”, „nowy porządek
świata” czy „pomost do XXI stulecia”. Oto przykład samoświadomości: notatka
służbowa zatytułowana Język:
kluczowy mechanizm kontroli o
tym, jak „mówić jak Newt”, którą Newt Gingrich udostępnił innym konserwatywnym
republikanom. Notatka ta przedstawia dwie listy słów pozwalających dodać
pikanterii każdemu przemówieniu: „optymistyczne, pozytywnie oddziałujące” słowa
takie jak „inspiracja”, praca za zasiłek (workfare), wybór, inicjatywa,
eliminowanie wczasów w więzieniu”, które są użyteczne przy opisywaniu własnego
stanowiska, oraz słowa „kontrastujące” – takie jak „gnicie, liberał, oni/ich,
radykał, podporządkowany związkom zawodowym, zdradzać”, służące do określenia
przeciwnika. Istotnie, używanie słów w ten sposób jest tak powszechne, że
William Lutz zebrał cały tom tego, co nazywa „podwójną mową” (doublespeak) i co roku
przyznaje nagrodę za najbardziej zwodnicze posługiwanie się językiem
przez osobę publiczną.
Siłę słowa dobrze rozumiał niejaki
Vernon Howell. Po objęciu przywództwa nad małą religijną grupą w miejscowości
Waco w stanie Teksas, zwaną Gałęzią
Dawidową (Branch Davidians), Howell starał się określić siebie
jako proroka powiązanego z religijnymi przywódcami przeszłości. Przyjął on
nazwisko Koresh, co jest hebrajskim odpowiednikiem Cyrusa – perskiego króla,
który pokonał Babilończyków i uważany jest za boskiego pomazańca, czyli kogoś
namaszczonego przez Boga do wypełnienia jakiejś specjalnej misji. Howell
przyjął też imię David, przedstawiając się w ten sposób jako duchowy
spadkobierca króla Dawida. David Koresh oznacza więc potomka Dawida i pomazańca powołanego do wypełnienia
boskiej misji7. Jako pomazaniec boży, David Koresh był przekonany,
że jego obowiązkiem jest udzielanie swego nasienia i stworzenie nowego
pokolenia wybrańców. Koresh starał się zapłodnić wiele swoich wyznawczyń,
łącznie z żonami innych mężczyzn – przy czym postępowanie to często było
aprobowane przez ich mężów - i dziećmi,
co w przypadku dwunasto- czy czternastoletnich dziewczynek było aprobowane
przez ich rodziców. A dlaczego nie mieliby aprobować takich związków?
Ostatecznie David Koresh był prorokiem, jego imię i nazwisko o tym
świadczyły.
Siła propagandowego
oddziaływania słów została w dramatyczny sposób przedstawiona w powieści
George’a Orwella Rok 1984 - w której historię nieustannie pisze się od
nowa w języku dnia - nowomowie - aby
była zgodna z potrzebami i pragnieniami przywódców państwa. Jak to ujął Orwell:
„Celem Nowomowy było nie tylko
dostarczenie środka ekspresji dla światopoglądu i nawyków umysłowych
odpowiednich dla zwolenników Ingsocu, lecz także uniemożliwienie innych
sposobów myślenia. Zakładano, że kiedy Nowomowa zostanie przyjęta raz na
zawsze, a Staromowa zapomniana, wówczas myśl heretycka – tzn. myśl odbiegająca
od zasad Ingosocu – powinna być dosłownie
nie do pomyślenia, przynajmniej w takiej mierze, w jakiej myślenie jest
uzależnione od słów8.
Psycholog Gordon Allport zwrócił uwagę na to, że natura języka polega
na dzieleniu i kategoryzowaniu tego szumiącego gwaru informacji, który
oddziałuje na nas w każdej sekundzie dnia. Właśnie ta nieodłączna natura języka
daje nam zdolność przekonywania. Określając kogoś jako „mężczyznę”, „kobietę”, „filantropa”, „atrakcyjną Chinkę”, „lekarza”,
„sportowca, kładziemy nacisk na
pewną szczególną cechę omawianej istoty ludzkiej, poza wieloma innymi możliwymi
jej właściwościami. Następnie reagujemy
na te cechy, organizując naszą rzeczywistość wokół danego określenia.
Określenia, które „kroją na plastry” – takie jak my – oni, biali-czarni,
bogaci-biedni, wolni-sowieccy, mężczyźni-kobiety – służą do dzielenia świata na
małe zgrabne pakieciki i do sugerowania pewnego zakresu stosowanych
działań. (...)
Historia reklamy i ruchów politycznych
potwierdza fakt, że ludzie skłonni są działać stosownie do nazw i określeń,
których używa się do opisania jakiegoś zdarzenia czy sytuacji. Jednak zdolność
słów i określeń do wpływania na nasz sposób pojmowania świata rozciąga się
także na inne konteksty. W psychologii społecznej jednym z najlepiej
udokumentowanych zjawisk jest samospełniająca się przepowiednia – polega ona na
tym, że określenie jakiejś sytuacji często wywołuje zachowania, które sprawiają,
iż określenie to staje się prawdziwe. Dziesiątki eksperymentów wykazały, że
wylosowani uczniowie , których określono jak „bardziej inteligentnych”, na ogół
działali potem w sposób bardziej inteligentny; ludzie zdrowi psychicznie,
których sklasyfikowano jak „chorych umysłowo”, są traktowani tak, jak gdyby
byli chorzy psychicznie i mogą zacząć zachowywać się w taki właśnie sposób;
wreszcie kobiety określone jako „piękne” zachowują się tak, jak gdyby były
piękne.
(...)
(...) Jednocześnie trzeba pamiętać, że słowa mają
zdolność „wstępnego przekonywania”. Słowa i określenia, których używamy,
zaczynają definiować i tworzyć nasz społeczny świat. Ta definicja
rzeczywistości ukierunkowuje nasze myśli, nasze uczucia, naszą wyobraźnię, i w
ten sposób wpływa na nasze zachowanie. Hitlerowski minister propagandy Goebbels
chyba najlepiej opisał tę siłę słów:
„Nie byłoby czymś niemożliwym
udowodnienie, przy dostatecznej liczbie powtórzeń i psychologicznej znajomości
ludzi, których by to dotyczyło, że kwadrat jest w istocie kołem. Czym
ostatecznie są kwadrat i koło? Są tylko słowami, a słowa można modelować
dopóty, dopóki nie zamaskują myśli”15.
7
Obrazy w naszych głowach .........
72
Wybitny autor analiz
politycznych Walter Lippmann w swojej książce Public Opinion opowiada o
dziewczynce mieszkającej w małym górniczym miasteczku, u której pewnego dnia
wesołość ustąpiła napadowi głębokiego smutku1. Nagły podmuch wiatru
stłukł szybę okienną w kuchni. Dziewczynka była zrozpaczona i przez parę godzin
mówiła coś, czego nie można było zrozumieć. Gdy w końcu była w stanie mówić
normalnie, wyjaśniła, że stłuczona szyba oznacza, iż zmarł jakiś bliski krewny.
Opłakiwała więc swego ojca, była bowiem przekonana, że zszedł z tego świata.
Dziewczynka pozostawała pogrążona w rozpaczy, dopóki po paru dniach nie
przyszedł telegram z wiadomością, że jej ojciec nadal żyje. Wydaje się, że
dziewczynka skonstruowała zupełną fikcję, opartą na prostym zewnętrznym fakcie
(stłuczona szyba), przesądzie (stłuczona szyba oznacza śmierć), strachu i
miłości do ojca.
W tej opowieści Lippmanna nie
chodziło o przeanalizowanie sposobu funkcjonowania anormalnej osobowości, lecz
o postawienie pytania dotyczącego nas samych: w jakiej mierze my, tak jak ta
dziewczynka, pozwalamy, żeby wymyślone przez nas fikcje kierowały naszymi
myślami i działaniami. Lippmann sądził, że jesteśmy o wiele bardziej podobni do
tej dziewczynki, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Twierdził on, że środki
masowego przekazu malują wyimaginowany świat i że te zaczerpnięte z mediów
„obrazy w naszych głowach” wpływają na to, co mężczyźni i kobiety uczynią i
powiedzą w jakimś określonym momencie. Lippmann poczynił te spostrzeżenia w
1922 roku. Po upływie osiemdziesięciu lat możemy zapytać o to, jakie dowody
przemawiają za jego twierdzeniem. W jakim stopniu obrazy, które oglądamy w
telewizji i w innych środkach masowego przekazu, wpływają na nasz sposób
widzenia świata i decydują o tym, co uważamy za najważniejsze w życiu?
Przypatrzmy się światu, jaki
oglądamy w telewizji. George Gerbner i jego współpracownicy przeprowadzili najobszerniejszą jak dotąd
analizę tego środka przekazu. Od późnych lat sześćdziesiątych XX wieku badacze
ci nagrywali na taśmy magnetowidowe i dokładnie analizowali tysiące programów
telewizyjnych nadawanych w najlepszym czasie antenowym i występujące w nich
postaci. Uzyskane przez nich wyniki, wzięte jako całość, sugerują, że świat
przedstawiony w telewizji jest jako
reprezentacja rzeczywistości wielce mylący. Ponadto ich badania świadczą o tym,
że w zaskakującym stopniu uznajemy to, co widzimy w telewizji, za odbicie
rzeczywistości. (...)
Przeciętny piętnastolatek
obejrzał w telewizji ponad 13 tysięcy zabójstw. Ponad połowa postaci
telewizyjnych co tydzień bierze udział w jakiejś konfrontacji związanej z
użyciem przemocy; w rzeczywistości, według statystyk FBI, każdego roku mniej
niż 1% Amerykanów staje się ofiarą czynu przestępnego połączonego z przemocą.
Gerbner i jego współpracownicy,
aby zrozumieć związek między oglądaniem telewizji i obrazami w naszych głowach,
porównywali postawy i poglądy „nałogowych” telewidzów (tych, którzy oglądają
telewizję więcej niż 4 godziny dziennie) z postawami i poglądami „lekko
uzależnionych” (oglądających TV mniej niż 2 godziny dziennie). Stwierdzili, że
nałogowi telewidzowie:
1) przejawiają postawy nacechowane
większymi uprzedzeniami rasowymi;
2) przeceniają liczbę osób zatrudnionych
jako lekarze, prawnicy i sportowcy;
3) uważają, że kobiety mają bardziej
ograniczone zdolności i zainteresowania niż mężczyźni;
4) są przekonani, że nauka jest
niebezpieczna i że uczeni są ludźmi dziwnymi i szczególnymi;
5) mają przesadne wyobrażenie o
rozpowszechnieniu przemocy w naszym społeczeństwie;
6) sądzą, że obecnie jest mniej ludzi w
starszym wieku i są oni mniej zdrowi niż trzydzieści lat temu, mimo iż w
rzeczywistości jest wręcz przeciwnie.
Co więcej, „nałogowi” telewidzowie bardziej niż telewidzowie „lekko
uzależnieni” skłonni są widzieć świat jako miejsce złowrogie i groźne; częściej
zgadzają się oni z twierdzeniem, że większość ludzi troszczy się tylko o siebie
i wykorzystaliby cię, gdyby mieli sposobność.
Gerbner i jego współpracownicy konkludują, że te postawy i przekonania są
odzwierciedleniem zniekształconego obrazu amerykańskiego życia, jaki pokazuje
nam telewizja.
Rozpatrzmy związek między oglądaniem
telewizji a naszym obrazem świata, zapoznając się bliżej z tym, w jaki sposób
wyobrażamy sobie działania przestępcze. W swojej analizie „kryminologii
telewizyjnej” Craig Haney i John Manzolati wskazują, że spektakle telewizyjne
upowszechniają niezwykle spójny obraz zarówno policji, jak i przestępców4.
Na przykład stwierdzili oni, że telewizyjni policjanci są zadziwiająco
skuteczni – wykrywają sprawców niemal każdej zbrodni, a ponadto są absolutnie niezawodni
pod jednym względem: pod koniec filmu czy sztuki nieodpowiednia osoba nigdy nie
siedzi w więzieniu. Telewizja sprzyja złudzeniu, że wynik walki ze zbrodnią
jest pewny. Telewizyjni przestępcy na ogół popełniają zbrodnię wskutek zaburzeń
psychicznych lub nienasyconej (i niepotrzebnej) zachłanności. Telewizja
podkreśla osobistą odpowiedzialność przestępców za ich czyny i przeważnie
ignoruje naciski sytuacyjne skorelowane z przestępczością, takie jak ubóstwo i
bezrobocie.
Haney i Manzolati sugerują, że ten
sposób przedstawiania przestępczości ma poważne konsekwencje społeczne. Ludzie,
którzy dużo oglądają telewizję, przyswajają w końcu ten system przekonań, który
wpływa na ich oczekiwania i może spowodować, że pełniąc obowiązki sędziów
przysięgłych będą zajmować twarde stanowisko.
„Nałogowi” telewidzowie skłonni
są odwracać zasadę domniemania niewinności, wierząc, że oskarżeni musieli coś
zawinić, bo inaczej nie znaleźliby się w sądzie.
Podobną historię można opowiedzieć o
innych „obrazach malowanych w naszych głowach”. Na przykład „nałogowi” czytelnicy zamieszczanych w gazetach opisów
sensacyjnych i przypadkowych zbrodni podają, że występuje u nich wyższy niż u
innych poziom leku przed przestępczością. Częste oglądanie krwawych filmów kryminalnych
zaliczonych do kategorii R (dozwolonych od lat 17) wiąże się z mniejszym
współczuciem dla ofiar gwałtu i mniejszą wobec nich empatią. Gdy w jakimś
regionie zostanie wprowadzona telewizja, wzrasta w nim liczba kradzieży, być
może po części z powodu krzewienia przez telewizję konsumpcjonizmu, mogącego
wywoływać frustrację i gniew niezamożnych telewidzów, gdy porównują oni swój
styl życia ze stylem osób pokazywanych na ekranie5.
Należy jednak podkreślić, że opisane
wyżej badania ... są badaniami korelacyjnymi, to znaczy świadczą jedynie o
współwystępowaniu oglądania telewizji i określonych przekonań a nie o związku
przyczynowym między nimi. Na podstawie tych badań nie
można więc rozstrzygnąć, czy „nałogowe” oglądanie telewizji rzeczywiście jest
przyczyną kształtowania się postaw nacechowanych uprzedzeniami oraz przekonań
niezgodnych z rzeczywistością, czy też ludzie już mający takie postawy i
przekonania są po prostu skłonni spędzać więcej czasu na oglądaniu telewizji.
Aby upewnić się, że oglądanie telewizji jest przyczyną takich postaw i
przekonań, konieczne byłoby przeprowadzenie kontrolowanego eksperymentu... Na szczęście
niektóre niedawne eksperymenty pozwalają nam mieć wystarczającą pewność,
że „nałogowe” oglądanie telewizji istotnie decyduje o tym, jaki obraz świata
kształtujemy. (...)
Wyniki, które uzyskali Iyengar i
Kinder, nie są przypadkowe. Badacze procesów
komunikacji wielokrotnie stwierdzali, że istnieje związek między tematami
poruszanymi w środkach masowego przekazu a tym, co telewidzowie uznają za
najważniejsze zagadnienie dnia7. Treści upowszechniane przez mass
media tworzą program społeczny i polityczny społeczeństwa. (...)
Nawet niewielkie różnice pod
względem sposobu relacjonowania wiadomości mogą mieć zasadniczy wpływ na
„obrazy w naszych głowach”. (...)
Jaki wpływ na nasz obraz świata ma
sposób ujęcia wiadomości telewizyjnych? (...)
Oczywiście każdy z nas miał rozległe
kontakty osobiste z wieloma ludźmi w niezliczonych kontaktach społecznych;
środki masowego przekazu są tylko jednym ze źródeł naszej wiedzy... (...)
Propagandowej przydatności środków
masowego przekazu w malowaniu obrazu świata nie przeoczyli potencjalni liderzy.
Na przykład mogą oni łatwo przekonać wyborców do pewnych działań z zakresu
polityki społecznej, takich jak zaproponowane przez program pod hasłem „zabierz
się ostro za przestępczość”, wiążąc je z lansowanymi w najlepszym czasie
telewizyjnym obrazem przestępstw jako czynów popełnianych przez psychopatów i
ludzi zachłannych, zamiast zająć się sytuacyjnymi determinantami
przestępczości, takimi jak nędza i bezrobocie. Podobnie, łatwiej jest uzyskać
akceptację dla „wojny z narkotykami” po spowodowanej przez narkotyki śmierci
wybitnej gwiazdy koszykówki lub działać na rzecz likwidacji elektrowni
nuklearnych po tragicznej w skutkach awarii reaktora nuklearnego.
Jeszcze ważniejsze dla
potencjalnego przywódcy jest propagowanie swojego obrazu świata. (...) Na przykład podczas wyborów prezydenckich w
Stanach Zjednoczonych w 1992 roku w kwaterze
głównej kampanii Clintona w Little Rock wisiał napis – „Gospodarka, głupku” – i
w ten niezbyt subtelny sposób przypominał pracownikom Clintona, żeby w kampanii
skupiali się na sprawach gospodarczych12. Sztab Clintona (z pomocą Rossa Perota) dbał o
to, żeby w środkach masowego przekazu relacje z tej kampanii koncentrowały się
na gospodarce (słabym punkcie Georga Busha); w tym celu każdą inną sprawę
wiązano z tym jednym tematem. Na przykład prawa obywatelskie przedstawiano w
kategoriach zdolności produkcyjnych narodu („Nie mamy ani jednej osoby do
zmarnowania”), reformę edukacji i opieki społecznej nazwano „inwestycją”; łatwo dostępną opiekę medyczną przedstawiano jako sposób
zredukowania deficytu budżetowego; ochronę środowiska wiązano z możliwościami
robienia interesów; głoszono, że zmiana jest konieczna, ponieważ w gospodarce
nie sprawdziła się teoria, według której bogacenie się jednostek podnosi poziom
życia społeczeństwa. Innymi słowy, program debaty w środkach masowego przekazu
Clinton kształtował w taki sposób, który dawał mu przewagę nad jego
przeciwnikiem, Georgem Bushem. W wyborach prezydenckich w 1996 roku Clinton
znowu manipulował programem politycznym
debaty, zajmując umiarkowane stanowisko we wszystkich kwestiach, które mogły
przysporzyć głosów jego przeciwnikowi, Bobowi Dole’owi (takich jak reforma
opieki społecznej, modlitwa w szkole czy wartości rodzinne), i w ten sposób
eliminując te kwestie z dyskusji prowadzonych w ramach kampanii. Wybory prezydenta Stanów Zjednoczonych w 2000
roku można rozpatrywać jako walkę o
kontrolę nad programem debaty w mediach,
przy czym Al Gore starał się uczynić głównym tematem dyskusji gospodarkę, zaś
George W. Bush zabiegał o to, żeby media
zajmowały się przede wszystkim takimi problemami jak pogarszanie się stanu sił zbrojnych.
Ustalenie programu ma duże
znaczenie dla utrzymania władzy. Według Jeffreya Pfeffera , specjalisty w
dziedzinie organizacji przedsiębiorstw, jednym z najważniejszych źródeł władzy
dyrektora naczelnego jest możność opracowywania
programu działania organizacji przez ustalanie, jakie kwestie i kiedy
będą omawiane, jakie kryteria będą stosowane do rozstrzygania sporów, kto
będzie zasiadał w jakich komisjach oraz – co jest może najważniejsze – które
informacje będzie się szeroko rozpowszechniać, a które będą selektywnie
ignorowane13. (...)
Dlaczego obrazy świata malowane
przez środki masowego przekazu są tak przekonujące? Po pierwsze, rzadko kwestionujemy obraz, jaki
nam przekazują. Na przykład rzadko zadajemy sobie pytania: „Dlaczego oni
pokazują mi w wieczornych wiadomościach, a nie jakąś inną? Czy świat naprawdę
jest pełen przemocy i zbrodni? Obrazy, które telewizja przesyła do naszych
domów, prawie zawsze są po prostu przyjmowane za dobrą monetę, jako
reprezentujące rzeczywistość. Jak kiedyś
powiedział hitlerowski propagandysta, Joseph Goebbels: „Oto sekret propagandy: ci, którzy
mają być przez nią przekonani, powinni być zewsząd otoczeni
propagandowymi ideami, nie zdając sobie z tego sprawy”14.
Obrazy, które
tworzymy w naszych głowach, kiedy tylko zostaną zaakceptowane, służą jako
fikcje kierujące naszymi myślami i działaniami. Obrazy te pełnią funkcję
prymitywnych teorii społecznych – dostarczają nam „faktów” o danej sprawie, decydując o tym, które
kwestie są najpilniejsze, i określając kategorie, w jakich myślimy o naszym
świecie społecznym. Jak zauważył politolog
Bernard Cohen, środki masowego przekazu
„w wielu przypadkach mogą nie być
skuteczne, gdy mówią ludziom, co myśleć, lecz są zadziwiająco skuteczne, gdy
mówią swoim czytelnikom , o czym mają myśleć...
Różnym ludziom świat będzie wydawał się różny, zależnie... od mapy, jaką nakreślili dla nich autorzy,
redaktorzy i wydawcy gazet, które ci ludzie czytają”5.
8
Saddam Husajn: Hitler z Bagdadu?
......... 78
Ostatnią większą wojną, w
której brały udział Stany Zjednoczone, była tocząca się w 1991 roku wojna w
Zatoce Perskiej*.
---------------
* Prezentowana
czytelnikowi książka była wydana w 2001 w Stanach Zjednoczonych. W marcu 2003
r. Stany Zjednoczone zaangażowały się w interwencję zbrojną w Iraku – przyp.
red.
---------------
Przed przystąpieniem do tej wojny Amerykanie debatowali na temat pozytywnych i
negatywnych konsekwencji takiej akcji. Ci, którzy opowiadali się za wojną,
określali Saddama Husajna jako „nowego Hitlera”; kładli nacisk na analogie
między gazowaniem Kurdów przez Saddama, a gazowaniem Żydów przez Hitlera,
między napaścią Iraku na Kuwejt i napaścią Niemiec na Czechosłowację i Polskę,
oraz zbrojeniami Saddama i Hitlera1. Ci, którzy byli przeciwni
wojnie, uważali sytuację za analogiczną do wojny w Wietnamie, interpretowali
obydwa te wydarzenia jako wojny domowe – między Wietnamem Północnym i
Południowym oraz między różnymi odłamami Arabów; niepokoili się, czy armia
amerykańska potrafi skutecznie walczyć w egzotycznych warunkach terenowych, na
bagnach i pustyniach; określali planowaną interwencję wojskową jako wojnę w
interesie „wielkiego biznesu” i „wielkiej nafty”.
Ta debata nad wojną z Irakiem
była w rzeczywistości sporem wokół tego, czyja kategoryzacja wieloznacznych
wydarzeń jest „słuszna”. I nie bez
powodu! Jeśli bowiem rozstrzygnie się,
jak należy zakwalifikować dane wydarzenie czy osobę, to staje się jasne,
jakiego rodzaju działania powinno się podjąć. Jeśli Saddam jest naprawdę „nowym
Hitlerem”, to polityka ustępstw i pozwolenie mu na aneksję Kuwejtu przyniosłoby
tylko dodatkowe zagrożenia dla pokoju i w końcu dużo gorszą wojnę. Jeśli Irak
jest drugim Wietnamem, to interwencja Stanów Zjednoczonych doprowadziłaby do
długiej i skłócającej Amerykanów wojny, oznaczającej ugrzęźnięcie w bagnie
problemów – wojny, w której nie byłoby wyraźnych zwycięzców ani pokonanych.
Dziesięć lat przed wybuchem wojny w Zatoce Perskiej
Thomas Gilovich opublikował serię eksperymentów, które miały na celu zbadanie,
jak nieistotne skojarzenia z przeszłością
mogą wpływać na podejmowanie decyzji2. W jednym z jego
badań studentów specjalizujących się w
politologii proszono o znalezienie rozwiązania hipotetycznego międzynarodowego
kryzysu. (...)
W jaki sposób analogie i
metafory przekonują?3 Mówiąc
krótko, analogia lub metafora służy do perswazji wstępnej (pre-persuasion), uwydatniając niektóre porównania przy jednoczesnym
ukrywaniu innych oraz dostarczając tematu czy struktury, które nadają sens
potencjalnie wieloznacznej informacji.
(...)
Rozpatrzmy metaforę „propaganda jest
inwazją” (tzn. napastnik stara się zawładnąć twoim umysłem i twoimi
przekonaniami), którą rozwijaliśmy w pierwszym rozdziale. (...)
W końcu jednak rozważania dotyczące
wyboru kierunku działania muszą sprowadzić się do tego, którą definicję uważa
się za właściwą: czy Saddam jest podobny do Hitlera, czy Irak do Wietnamu?
(...)
Klasyczne teorie retoryki
traktują lekceważąco analogię jako formę perswazji; każda analogia jest
narażona na zarzut, że opiera się na niepoprawnych porównaniach, że
podobieństwa prezentowane w analogii są nieistotne i niezwiązane z danym
tematem. Według klasycznej teorii przy ocenianiu analogii powinno się stosować
dwie zasady:
1. Podobieństwa między dwiema rzeczami
muszą dotyczyć istotnych, ważnych aspektów tych dwóch rzeczy.
2. Analogia nie może ignorować istotnych
różnic między dwiema porównywanymi rzeczami.
Zwróćmy uwagę na to, co się
dzieje, jeśli te dwie klasyczne zasady zastosujemy do oceny każdego z trzech
proponowanych sposobów patrzenia na wojnę w Zatoce Perskiej. Natychmiast
pragniemy uzyskać więcej informacji o faktach dotyczących teraźniejszości i
przeszłości: jakie są warunki ekonomiczne i społeczne w państwach zaangażowanych
w konflikt, co stało się z imperium Habsburgów, Niemcami i Wietnamem po
zakończeniu tych wojen, jakie były ekonomiczne i społeczne koszty każdej wojny.
Odpowiadając na takie pytania, możemy osiągnąć pełniejsze zrozumienie
rozpatrywanej sytuacji – analiza ta może dostarczyć informacji potrzebnych do
podjęcia tak ważnych decyzji jak ta, czy rozpocząć działania wojenne czy nie.
Istnieje inny sposób oceniania trafności podanej przez
nadawcę komunikatu definicji sytuacji – na podstawie oceny szczerości nadawcy. Innymi słowy, czy
rzecznik danego poglądu na świat
rzeczywiście jest przekonany, że sprawy przedstawiają się w ten właśnie
sposób, czy też jedynie przyjął ten punkt widzenia dla pragmatycznych,
propagandowych celów? Na przykład krótko przed wybuchem wojny w Zatoce
Perskiej, 15 października 1990 roku prezydent Bush oświadczył:
„Codziennie przenikają teraz z [Kuwejtu] nowe informacje o koszmarnych
okrucieństwach, jakich dopuszczają się oddziały Saddama... o systematycznym
niszczeniu duszy narodu, doraźnych egzekucjach, rutynowych torturach...
noworodkach wyrzucanych z inkubatorów... dializowanych pacjentach odrywanych od
aparatury... Hitler znów się pojawił.
Lecz pamiętajcie, kiedy wojna Hitlera zakończyła się, był proces norymberski”6.
Czy Bush mówił to na
serio? Być może tak. Jednak biorąc pod uwagę fakt,
że niewiele wcześniej amerykański rząd mocno popierał Saddama w jego wojnie z
Iranem, jest co najmniej niewykluczone, że Bush przesadzał. Ponadto stwierdzono
później, że doniesienia o noworodkach wyrzucanych z inkubatorów i podobnych
okrucieństwach były pogłoskami pochodzącymi ze źródeł prokuwejckich i
powtarzanymi bezkrytycznie przez agencje informacyjne.
Niektórzy sądzą, że jeśli nawet
prezydent przesadził, to można mu wybaczyć.
Ostatecznie chodziło mu o zmobilizowanie narodu do działań, które mogły
okazać się długą i kosztowną wojną, oraz na uzyskanie aprobaty swych
współobywateli dla narażania na niebezpieczeństwo setek tysięcy młodych
Amerykanów – mężczyzn i kobiet - w celu
przyjścia z pomocą narodowi niedemokratycznego państwa. I to było skuteczne:
poparcie dla wojny wzrosło gwałtownie, a popularność Georgea Busha osiągnęła
wkrótce rekordowo wysoki poziom. Podczas wojny i bezpośrednio po niej wskaźnik
poparcia dla Busha wahał się w okolicach 90%.
Jednak stosowanie takich
środków propagandowych pociąga za sobą pewne koszty – zarówno dla nadawcy
komunikatu, jak i dla audytorium. W tym przypadku, gdy tylko Amerykanie
otrząsnęli się z euforii po szybkim i stosunkowo bezkrwawym (w porównaniu z
liczbą ofiar wypadków drogowych w Stanach Zjednoczonych) zakończenia wojny,
bardzo wielu Amerykanów zaczęło się zastanawiać, dlaczego po osiągnięciu
całkowitej dominacji wojskowej, pozwolono Saddamowi pozostać przy władzy i zachować dużą część jego armii nienaruszoną
– armii, którą natychmiast bezkarnie użył przeciw własnej ludności cywilnej7.
Istotnie, nawet dowódca sił Narodów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej, generał
Norman Schwarzkopf, był wystarczająco odważny, by wyrażać głośno swoje zdziwienie
w sieci telewizyjnej. Czy możesz sobie wyobrazić, żeby armie alianckie tuż po
przekroczeniu granicy Niemiec zatrzymały się a następnie zawróciły? Zupełnie
niemożliwe. Gdyby Hitler przeżył, z pewnością zostałby osądzony, skazany i
stracony jako zbrodniarz wojenny.
Dlaczego więc George Bush pozwolił
Saddamowi Husajnowi swobodnie rządzić w Iraku? Trudno było to zrozumieć.
(...)
Można wysunąć mocne argumenty
przemawiające za tym, że George Bush nigdy naprawdę nie był przekonany, że
Saddam Husajn jest drugim Hitlerem. Posłużenie się przez niego tą analogią było
cyniczną próbą wzbudzenia strachu i nienawiści w sercach Amerykanów. Saddam
Husajn był z pewnością paskudnym łotrem. Jest jednak łotrem, który potrafi
zapewnić stabilizację w Iraku – stabilizację, którą prezydent Bush i jego
doradcy najwyraźniej uznali za wartą ceny, jaką było pozwolenie mu na
pozostanie u władzy. Jest paskudnym łotrem, z którym moglibyśmy wygodnie
koegzystować, którego tolerowaliśmy i popieraliśmy w przeszłości, a w dodatku
nie różniącego się od wielu innych paskudnych łotrów na całym świecie, których
Stany Zjednoczone nadal popierają.
Cynizm, jaki wykazał prezydent
Bush, jest czymś więcej niż tylko niefortunnym potknięciem. Jako obywatele
demokratycznego państwa mamy prawo zapoznać się dokładnie z faktami, żebyśmy
mogli dojść do własnych, racjonalnych wniosków na temat tego, czy powinniśmy
przystąpić do wojny, czy też nie, i czy należy postawić Saddama przed sądem
jako zbrodniarza wojennego – nie na podstawie hiperboli prezydenta, lecz
istotnych faktów. Mamy prawo być rozgniewani, że prezydent nami manipuluje,
jeśli przedstawia naszego wroga jako drugiego Hitlera, a za miesiąc – jako siłę
kłopotliwą, lecz stabilizującą.
Nie mamy zamiaru krytykować
szczególnie Georga Busha. Niestety, mydlenie oczu ludziom jest w Białym Domu
ogólnie przyjętym sposobem postępowania; od fałszywie optymistycznych
wypowiedzi Lyndona Johnsona w czasie wojny wietnamskiej („jest światło na końcu
tego tunelu”), poprzez obstrukcję stosowaną przez Richarda Nixona wobec afery
Watergate („nie jestem oszustem”), wypowiedzi Ronalda Reagana na temat skandalu
Iran-Contras („Myślę, że nie pamiętam”) do jawnych kłamstw Billa Clintona
dotyczących jego niestosownych zachowań seksualnych („Nie miałem stosunków
seksualnych z tą kobietą”), amerykańscy prezydenci odmawiali obywatelom
informacji niezbędnych do poprawnego przeanalizowania sytuacji i racjonalnego
działania. Naprawdę godnym pożałowania
aspektem tego stanu rzeczy jest fakt, że większość Amerykanów zaczyna dość
cynicznie przyjmować jako coś oczywistego to, iż będą wprowadzani w błąd. Czy
można się dziwić, że w Stanach Zjednoczonych, kolebce nowoczesnej demokracji,
obecnie mniej niż 50% ludzi zadaje sobie trud, żeby głosować?
9
Wątpliwe sposoby perswazji
......... 84
Wyobraź sobie, że jesteś
prezydentem Stanów Zjednoczonych i że kraj przygotowuje się do obrony przed
wybuchem jakiejś niezwykłej epidemii, która ma uśmiercić 600 osób. Twoi
najlepsi doradcy przygotowali dwa alternatywne programy zwalczania choroby i
oszacowali, na podstawie całej swej wiedzy, prawdopodobne konsekwencje obu
programów.
Jeżeli przyjmiesz program A, zostanie uratowanych 200 osób.
Jeżeli przyjmiesz program B,
istnieje prawdopodobieństwo wynoszące jedną trzecią, że zostanie
uratowanych 600 osób, i
prawdopodobieństwo równe dwóm trzecim, że nie uratuje się nikt z nich.
Panie Prezydencie (lub Pani
Prezydent), który program Pan (i) wybiera?
Jeśli jesteś podobny do
większości uczestników eksperymentu, jaki przeprowadzili Daniel Kahneman i
Amos Tversky to wybrałbyś program A1
(72% ich badanych wybrało tę opcję).
Mógłbyś pomyśleć sobie tak: „Program A gwarantuje uratowanie 200 ludzi, podczas
gdy program B ryzykuje życie tych ludzi w zamian za tylko jedną szansę na trzy,
że uda się uratować więcej osób”. (...)
Przypuśćmy jednak, że twoi
doradcy ujęli problem epidemii inaczej, przedstawiając go w taki sposób:
Jeśli przyjmiesz program A umrze 400 osób.
Jeśli przyjmiesz program B, istnieje prawdopodobieństwo
wynoszące jedną trzecią, że nikt nie umrze, i prawdopodobieństwo wynoszące dwie
trzecie, że umrze 600 osób.
Któremu programowi przyznałbyś
teraz pierwszeństwo?
Obie
opcje są takie same jak przedstawione poprzednio. Program A oznacza, że 200
ludzi będzie żyło, a 400 umrze. Program B daje jedną szansę na trzy, że nikt
nie umrze i 600 osób przeżyje, a dwie szanse na trzy, że nikt się nie uratuje i
600 osób umrze.
Jednak w przypadku większości ludzi
sposób myślenia o tej epidemii jest zupełnie inny. „Jeśli zrealizuję program A,
to 400 ludzi na pewno umrze. Równie dobrze mógłbym zaryzykować B”. Gdy problem
sformułowano w drugi sposób, 78% badanych Kahnemana i Tversy’ego przyznało
pierwszeństwo programowi B.
Dlaczego takie proste
przeformułowanie tych opcji
spowodowało tak dramatyczną
zmianę odpowiedzi? Kahneman i Tversky (jak również i inni autorzy) stwierdzają,
że ludzie nie lubią strat i starają się ich unikać. Strata 20 dolarów sprawia
więcej przykrości, niż daje przyjemności zyskanie 20 dolarów. Twoi doradcy
ujęli pierwszą decyzję w taki sposób, że program B wyglądał na prowadzący do
większej straty; w drugiej wersji ujęli ją tak, że program A zdawał się
prowadzić do pewnej straty. Sposób ujęcia problemu ma ogromne znaczenie.
Jest to oczywiście tylko
sytuacja hipotetyczna. Co się dzieje wtedy, gdy prośby czy żądania przeformułuje się w życiu realnym? Zajmijmy się teraz zagadnieniem profilaktyki raka piersi... (...)
Pierwsza broszurka zawierała tylko instrukcje, jak przeprowadza się
samodzielnie badanie piersi. Druga
broszurka zawierała te same instrukcje, prośbę do kobiet, żeby wykonywały to
badanie, a także podkreślała pozytywne konsekwencje takiego
postępowania... Trzecia broszurka
zawierała instrukcje i kładła nacisk na
negatywne konsekwencje niewykonywania samodzielnych badań... (...) po czterech miesiącach od przeczytania
broszury prawdopodobieństwo
samodzielnego badania sobie piersi było istotnie większe u tych kobiet, które
poproszono o przeprowadzanie takiego badania i poinformowano o negatywnych
konsekwencjach niewykonywania go.
W obu powyższych przykładach –
dotyczących decyzji w sprawie epidemii i komunikatu o samodzielnym badaniu
piersi – sformułowanie zagadnienia wpływało na sposób zdefiniowania
problemu. W obu przypadkach
zdefiniowanie problemu jako zagrożenia „utratą czegoś” było bardziej
przekonujące niż określenie go w kategoriach zysku.
Zadanie
pytania może być subtelną formą perswazji wstępnej – starannie opracowane
pytanie może posłużyć do zdefiniowania rozpatrywanego problemu, do delikatnego
zasugerowania, jaka może być właściwa odpowiedź, oraz do zorganizowania naszego
sposobu myślenia o danej sprawie.
Specjaliści w dziedzinie badania
opinii społecznej wiedzą od dawna, że subtelne zmiany w sformułowaniu pytania
mogą przynieść zupełnie odmienne odpowiedzi. Na przykład odsetek Amerykanów
popierających udzielenie pomocy
partyzantom Contras w okresie od 1983 do 1986 roku wahał się od 13% do 42% w zależności od tego, jak było sformułowane
pytanie. (...) Renomowane ośrodki
badania opinii publicznej, którym zależy na rzetelnych odpowiedziach, zadają
sobie wiele trudu, żeby uniknąć tendencyjności w formułowaniu pytań.
Prawnicy także wiedzą, jak ważne
jest staranne sformułowanie pytania. Podręczniki opisujące, jak przesłuchiwać
świadka przez zadawanie krzyżowych pytań, kładą nacisk na maksymę: „Nigdy nie
zadawaj pytania, na które nie znasz jeszcze odpowiedzi”. Albo, ujmując to
jeszcze bardziej precyzyjnie: „Nigdy nie zadawaj pytania, na które nie
dostaniesz odpowiedzi, jaką chcesz uzyskać”.*
------
* Takie intencje w zadawaniu pytań można podsumować dobitnie:
urządzanie sobie
drwin z zasady dążenia do poznania prawdy obiektywnej.
Anonimus
-----
(...)
Zadanie pytania może być potężnym środkiem perswazji, ponieważ pytania
strukturalizują nasz proces podejmowania decyzji8. Dokonują tego ukierunkowując nasze myśli na
temat rozpatrywanych zagadnień i określając pośrednio zakres możliwych
odpowiedzi. Rozpatrzmy pytanie: „Czy popierasz konstytucyjne prawo do noszenia
broni?”. Pytanie to kieruje nasze myśli i uwagę na fakt, że posiadanie broni
jest zgodne z Konstytucją, a odwraca je
od innych spraw, takich jak prawo do bezpiecznego sąsiedztwa. Ponadto pytanie
implicite określa problem jako alternatywę „wolno mieć broń/nie wolno mieć
broni” i wyklucza propozycje kompromisowe, takie jak wprowadzenie rejestracji
broni, okresów oczekiwania lub ograniczonego
dostępu do pewnych rodzajów broni... (...)
Konstytucja gwarantuje także wolność słowa – ale przecież nie prawo
krzyczenia „pali się!” w wypełnionej ludźmi sali kinowej. (...)
Jak dotąd, w rozdziale tym
przekonaliśmy się, w jaki sposób zdefiniowanie problemu – czy za pomocą doboru
słów, obrazów, analogii, czy po prostu przez zadanie „właściwego pytania” - służy jako forma perswazji wstępnej. W następnym rozdziale zobaczymy, jak kontekst
– „inne” zagadnienia i czynniki, które możemy brać pod uwagę – wpływa na
percepcję, a więc i na nasze późniejsze zachowanie.
10
Siła wabików
......... 89
Krótka wycieczka z miejscowym
przedstawicielem agencji pośredniczącej w kupnie i sprzedaży nieruchomości może
posłużyć jako ilustracja silnego wpływu „wabika” (decoy). (...)
(...) W jaki sposób ten stosunkowo
bezwartościowy wabik zmienił wybory naszych studentów? Można
odpowiedzieć w dwóch słowach: efekt kontrastu. Kontrast oznacza
uwydatnienie różnic. Kiedy jakiś obiekt
zestawia się z czymś podobnym, lecz nie tak dobrym, nie tak ładnym czy nie tak
wysokim, wówczas obiekt ten ocenia się jako lepszy, ładniejszy, wyższy niż
byłby oceniony normalnie. (...)
(...) Wabiki przybierają rozmaite formy. Sprzedawca
używanych samochodów może wystawić na swym placu jakiegoś starego gruchota,
żeby „poprawić” wygląd innych aut.
Kandydat w wyborach prezydenckich może sobie na potencjalnego
wiceprezydenta dobrać polityka mniejszego formatu, by jego własne kwalifikacje
przedstawiały się lepiej.
Z badań nad wabikami płynie
nauka, że kontekst ma duże znaczenie. Ocena nie jest absolutna, lecz względna.
Operując kontekstem można sprawić, że te
same obiekty czy alternatywne możliwości będą wyglądały lepiej lub gorzej.
Często nie zwracamy wiele uwagi na wpływ kontekstu, jeszcze mniej na kwestię rzetelności prezentowanych
alternatywnych możliwości. Zwiększa to ogromnie siłę oddziaływania „producentów
kontekstu”, takich jak politycy, specjaliści od reklamy, dziennikarze i
sprzedawcy. Wytwarzany przez nich kontekst może oddziaływać na nas jako
perswazja wstępna, wpływając na nasze spostrzeżenia i oceny; w ten sposób
zostajemy skłonieni do podjęcia decyzji,
których normalnie byśmy nie podjęli.
11
Psychologia faktoidów
......... 92
Pierwszego września 1944 roku
„Daily Journal-Gazette” przyniosła alarmującą relację o „ataku gazowym” na
obywateli Mattoon w stanie Illinois.
Nagłówek głosił: „Napastnik atakuje ludzi gazem obezwładniającym”. W
artykule tym opisano, jak kobieta i jej córka, mieszkające w Mattoon zostały
zatrute gazem przez jakiegoś intruza. Najwidoczniej mdlący, słodkawo pachnący
gaz został wpuszczony do ich sypialni przez otwarte okno. Gaz wywołał u kobiety
i jej córki mdłości i trwający kilka godzin paraliż nóg. Chociaż policja nie
znalazła żadnych śladów intruza, to jednak kiedy mąż kobiety wrócił po paru
godzinach od tego incydentu z pracy do domu, zobaczył jakiegoś mężczyznę
uciekającego od okna1.
Nie był to ostatni atak gazowy.
Niewiele później grasujący w Mattoon
„gazownik” zaatakował inną parę
małżeńską, po czym mąż miał mdłości, a kobieta nie mogła chodzić. Cztery dni
później inna kobieta doniosła... W
następnym tygodniu zgłoszono na policję jeszcze 21 incydentów. Wszystkie ofiary
relacjonowały takie objawy jak mdłości i wymioty, paraliż nóg, suchość ust i krtani
oraz oparzenia wokół ust.
Miejscowa policja była
bezradna. Zwiększono liczbę patroli. Poproszono policję stanową o posiłki.
Analiza miejsc przestępstwa i tkanin, które służyły do przeniesienia gazu, nie
wykazała niczego. Lekarze po dokładnym zbadaniu ofiar nie potrafili wyodrębnić
substancji chemicznych użytych do napaści.
Do dzisiaj „gazownik” z Mattoon
pozostaje na wolności. Nigdy go (czy jej) nie schwytano i nie pociągnięto do
odpowiedzialności z jednego prostego
powodu – nieuchwytny „gazownik” nigdy nie istniał poza umysłami obywateli Mattoon.
Ten „gazownik” był faktoidem (factoid).
My definiujemy faktoid jako
stwierdzenie faktu, które nie jest poparte materiałem dowodowym, zwykle
dlatego, że fakt ten jest nieprawdziwy, albo dlatego, że materiału dowodowego
na poparcie tego stwierdzenia nie można uzyskać. Faktoidy są prezentowane w
taki sposób, że zostają powszechnie uznane za prawdziwe. W naszych miejscach
pracy i w sąsiedztwie są one znane jako plotki i anegdoty. W sądach faktoidy
nazywa się pogłoskami i niedopuszczalnymi dowodami.
Faktoidy są zjawiskiem
powszechnym3. W dniu 30 października 1938 roku radio nadało
słuchowisko Orsona Wellesa, będące
adaptacją klasycznej powieści H. G. Wellsa Wojna światów, która
opisuje przejęcie władzy nad Ziemią przez najeźdźców z Marsa. Program te, nadawany w czasie, gdy
niepokojono się wydarzeniami w Europie, wywołał panikę – w całych Stanach
Zjednoczonych ludzie modlili się, płakali i uciekali jak szaleni, przed tym, co
uważali za inwazję z Marsa. Niektórzy usiłowali ratować swoich bliskich; inni
telefonowali do przyjaciół, żeby przekazać im wiadomości i ostatnie
pożegnanie. Rok później hiszpańską
wersję tego słuchowiska nadano w Ekwadorze, co spowodowało panikę. Kiedy ludzie
dowiedzieli się, że jest to mistyfikacja, wybuchły rozruchy, które doprowadziły
do spalenia radiostacji i śmierci dwudziestu jeden osób.
Współczesną wersją relacji o
„gazowniku” z Mattoon są opowieści o uprowadzeniu przez przybyszów z kosmosu5. (...)
Dzisiaj całe gazety, magazyny i
programy telewizyjne, pod przykrywką prezentowania „wiadomości”, są poświęcone wymyślaniu i
wprowadzaniu w obieg pogłosek, które mogą się wydać prawdopodobne. Przykładem
może być sprawa O. J. Simpsona, w przypadku której media „informacyjne”
powtarzały i komentowały szczegółowo jedną plotkę po drugiej: że w domu
Simpsona znaleziono zakrwawioną kominiarkę, że w jego torbie golfowej
znaleziono obciążające go dowody, że Simpson rzekomo przyznał się do
popełnienia zbrodni. Niewiele podjęto starań zmierzających do sprawdzenia tych
pogłosek, ponieważ pragnienie rozrywki u publiczności oraz zabieganie przez
media o wysokie wskaźniki oglądalności wymagały prezentowania codziennie nowych
i jeszcze bardziej podniecających „szczegółów” zbrodni – żeby nikt nie stracił
zainteresowania.
Dalszy postęp w rozpowszechnianiu
pogłosek i faktoidów to praktykowane w Internecie tzw. flamingi. Flaming jest terminem internetowym na
określenie zjadliwych napaści i bezpodstawnych plotek6.
W Stanach Zjednoczonych sztuka
insynuacji w polityce w formie tzw. szeptanej propagandy (whispering campaigns)
sięga narodzin tego państwa. Krążyły na przykład plotki, że Thomas Jefferson
jest ateistą i zdeprawował dobrze urodzoną piękność z Virginii, że Martin van
Buren jest nieślubnym synem..., że Andrew Jackson żył ze swoją żoną przed
ślubem i że John Quincy Adams pełnił rolę rajfura dla pewnego rosyjskiego
arystokraty. W latach
siedemdziesiątych XX wieku sztab
kampanii Richarda Nixona zatrudnił „podłych oszustów”, aby rozpowszechniali
pogłoski o czołowych kandydatach demokratów – wielu analityków politycznych
sądzi, że pogłoski te były istotnym powodem rezygnacji głównego kandydata,
Edmunda Muski’ego, z ubiegania się o fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Nawet dzisiaj faktoidy są rozpowszechniane nadal, w formie „przecieków” z otoczenia
prezydenta lub z Kongresu, w ramach obrzucania się błotem w trakcie kampanii
wyborczych oraz za pośrednictwem relacji dziennikarskich, opartych na
doniesieniach z „dobrze poinformowanych” źródeł.
Współczesną wersją „szeptanej
propagandy” można było obserwować, śledząc relacjonowaną przez media sprawę
Monika Lewinsky-Bill Clinton. (...)
Posługiwanie się faktoidami
jest także powszechną praktyką w kampaniach skierowanych przeciwko innym
narodom. Adolf Hitler i jego minister
propagandy Joseph Goebbels władali po mistrzowsku sztuką zwaną przez nich
„wielkim kłamstwem”. Według
nazistowskiej teorii propagandy skutecznym sposobem przekonywania mas było
wymyślanie i powtarzanie kłamstw...
(...)
Czy jednak faktoidy
rzeczywiście wpływają na nasze oceny i przekonania? Ostatecznie niektóre z nich
często są po prostu niewiarygodne. Wiele badań wskazuje... faktoidy mogą mieć
potężny wpływ na przekonania i działania ludzi. Zapoznajmy się z niektórymi z
tych badań.
Daniel Wegner i jego
współpracownicy przeprowadzili serię prostych eksperymentów, obserwując reakcje
ludzi na insynuację8. (...)
Wyniki wykazały, że – jak można się było spodziewać – kandydaci łączeni z
bezpośrednio oskarżającym nagłówkiem byli postrzegani gorzej niż pozostali.
Zaskakujące jest jednak to, że już samo zapytanie, czy kandydat zachował się w
sposób niepożądany, lub nawet zaprzeczenie, że nie zachował się w taki sposób,
również powodowało negatywną percepcję
kandydata – tylko niewiele lepszą niż percepcja wywołana bezpośrednim oskarżeniem.
Wydaje się, że samo pytanie o powiązania kandydata z nieakceptowanymi
działaniami może wystarczyć do pogorszenia publicznego wizerunku tego
kandydata. Co więcej, źródło insynuacji nie miało dużego znaczenia. Kandydaci
byli oceniani negatywnie nawet wtedy, gdy nagłówek ukazał się w gazecie o małej
wiarygodności... Negatywne ogłoszenia
polityczne oraz kampanie oszczerstw często rzeczywiście się opłacają.
(...) Czasami fałszywe oskarżenie może być bardziej
bezczelne i bezpośrednie. (...) ...
taktyką projekcji (projection tactic) –
jest to oskarżanie kogoś innego o zły czyn, który popełniło się samemu. Na przykład: Adolf Hitler przed napaścią na jakiś kraj często oskarżał
przywódców tego kraju o przygotowywanie agresji przeciw Niemcom; kiedy świadek zaczynał
składać zeznania przed komisją Josepha McCarthy’ego, ten ostatni zwykł oskarżać
go o kłamstwo, podczas gdy sam był gotów podawać na temat świadka jedno
kłamstwo po drugim. (...)
Jeśli sądzisz, że projekcja jest
skuteczna tylko w laboratorium psychologów społecznych, to pójdź do Gary’ego
Dotsona i zapytaj go o jego doświadczenia.
Spędził on sześć lat w więzieniu z powodu fałszywych oskarżeń
wysuniętych przez pewną młodą dziewczynę. (...)
(...) Inni badacze stwierdzili, że nie poparte dowodami
zeznanie w sądzie może mieć wpływ na przysięgłych, nawet wtedy, gdy sędzia
wyraźnie każe im zignorować ten faktoid12. (...)
Faktoidy mogą wpływać nie tylko na podejmowanie decyzji
politycznych i sądowych, lecz także na decyzje konsumentów. (...) W tej zdolności przekonywania Ulotki z
Villejuif godne uwagi jest to, że zawarte w niej twierdzenia są całkowicie
fałszywe. Na przykład dodatkiem określonym jako najpoważniejszy czynnik
rakotwórczy było E 330. E 330 jest to
kod Europejskiego Wspólnego Rynku używany na oznaczenie nieszkodliwego kwasu
cytrynowego... (...) Pomimo tych starań
ulotka nadal przekazywana jest z rąk do rąk i nadal daje się wiarę zawartym w
niej treściom.
Jak kiedyś powiedział Mark Twain: „kłamstwo potrafi
przebyć pół drogi wokół świata, gdy prawda dopiero wkłada buty”. Dlaczego faktoidy są tak przekonujące. Możemy
wskazać trzy powody.
Po pierwsze, podejmuje się
niewiele prób zweryfikowania faktoidu. Pogłoski i plotki często słyszymy od
zaufanych przyjaciół, których nie mamy zwyczaju przepytywać. Ponadto
szukamy „wiadomości” – czy to w
telewizji, czy w innych środkach masowego przekazu – oczekując zupełnie
szczerze, że je otrzymamy, i często nie jesteśmy przygotowani na podważanie
każdego prezentowanego „faktu”. Faktoidy często po prostu przekradają się przez
nasze linie obrony przeciw perswazji. Nawet kiedy próbujemy zweryfikować jakiś
faktoid, jest to często trudne...
Po drugie, akceptujemy
faktoidy, ponieważ często zaspokajają one jakąś psychologiczną potrzebę (lub
większą liczbę takich potrzeb). Na
przykład wiele faktoidów jest zajmujących i dzięki temu przyciągają one naszą
uwagę...
Wreszcie – a być może jest to
najważniejsze – faktoidy funkcjonują jako pewna forma perswazji wstępnej;
tworzą one rzeczywistość społeczną. Faktoidy służą jako fragmenty czy elementy
używane do konstruowania naszego obrazu
świata. (...) Na przykład kandydat
polityczny oskarżony fałszywie o malwersacje musi poświecić swój czas na
zaprzeczanie tym oskarżeniom i obalanie ich, zamiast przedstawiać nowe
konkretne programy w celu wygrania wyborów. Ponadto, jak dowiedzieliśmy się z
badań Daniela Wegnera i jego
współpracowników, zaprzeczenia takie są zwykle skazane na niepowodzenie,
ponieważ często przypominają przypadkowemu czytelnikowi o pierwotnym oskarżeniu.
Biorąc pod uwagę to, że
faktoidy mogą być tak przekonywujące, jest zrozumiałe, że podejmowano – z
różnym stopniem powodzenia – wiele prób mających na celu ograniczenie ich
wpływu. (...) Niestety metody te można
stosować do podważania nawet prawdziwych faktów. (...)
(...) Inna próba uregulowania wpływu faktoidów,
przynajmniej w sądach, polega na opracowaniu prawa o postępowaniu dowodowym.
(...)
(...) Jeśli Kontrola faktoidów w stosunkowo dobrze
kontrolowanym środowisku takim jak sąd jest trudna, to tym bardziej jest ona
skomplikowana w środkach masowego przekazu15. Próby zmniejszenia wpływu faktoidów w mass
mediach zaczęto podejmować stosunkowo niedawno. Pierwsze sprawy sądowe
dotyczące reklamy wprowadzającej w błąd odbyły się w Stanach Zjednoczonych w
końcu lat pięćdziesiątych i na początku sześćdziesiątych XX wieku.
Jednak samo zaprzestanie
nadawania wprowadzającej w błąd reklamy może nie wystarczyć. Wiemy już, że
przekonanie o prawdziwości faktoidu może utrzymywać się przez dość długi czas.
Tak wprowadzające w błąd reklamy mogą niesłusznie postawić rywalizujących
przedsiębiorców w niekorzystnej sytuacji, a konsumentów zdezorientować i okłamać. W latach
siedemdziesiątych XX wieku Federalna Komisja Handlu uzasadniała, że producenci,
którzy głoszą wprowadzające w błąd stwierdzenia, muszą nie tylko zaprzestać ich
wygłaszania, lecz także skorygować i
rozwiać wszelkie fałszywe przekonania wywołane przez daną reklamę.
Jednak korygowanie błędnych
przekonań może nie być najskuteczniejszą metodą radzenia sobie z faktoidami;
najlepszą metodą jest być może zduszenie ich w zarodku, zanim zostaną
faktoidami. W latach siedemdziesiątych Federalna Komisja Handlu usiłowała
dokonać tego za pomocą specjalnego programu
(program on ad
substantiation). Program ten
wymagał od reklamujących się producentów, w wybranych gałęziach przemysłu, żeby
przedkładali Komisji dowody uzasadniające ich reklamowe twierdzenia.
Jednak w latach osiemdziesiątych XX wieku,
kiedy Amerykanie wybrali prezydenta, który kładł nacisk na wolny rynek – w
przeciwieństwie do stosowania regulacji przez „wielki rząd”, wiele
podejmowanych przez Komisję prób ograniczenia faktoidów zostało zarzuconych. Za
prezydentury Reagana personel Federalnej Komisji Handlu zredukowano niemal o
połowę. To samo uczyniły inne organy
nadzorujące reklamę, a główne sieci telewizyjne zwolniły wielu pracowników
odpowiedzialnych za przestrzeganie przepisów dotyczących reklam w
telewizji. Takie poluzowanie rządowych
środków kontroli ponownie otworzyło drzwi
do rażących nadużyć. Prokuratorzy generalni niektórych stanów sami
wszczęli sprawy sądowe, usiłując zahamować te oszukańcze praktyki. Kiedy w 1992
roku urząd Prezydenta objął Bill Clinton, stopniowo przywrócił niektóre
nadzorcze funkcje Federalnej Komisji Handlu, zwłaszcza w dziedzinach
przyciągających uwagę społeczeństwa, takich jak reklamy filmów z aktami
przemocy, przestępstwa polegające na oszustwach gospodarczych, znakowanie
żywności i reklamowanie wyrobów tytoniowych.
Niemniej jednak w przypadku
faktoidów stawka może być wysoka. Spójrzmy, co z politycznego punktu widzenia
wydarzyło się podczas rządów Clintona. Fałszywe oskarżenia wysuwane przeciwko
Clintonom i fałszywe zaprzeczanie Billa Clintona doprowadziły do trwającej cały
rok wrzawy w środkach masowego przekazu
i zaabsorbowania wszystkim, co miało związek z „Moniką”. Wrzawa ta nasilała
się, gdy kilku spośród najbardziej żarliwych oskarżycieli Clintona stanęło
wobec dowodów ich własnych seksualnych uchybień. Z pewnością możemy zrozumieć
uczucia wielu Amerykanów, którzy mają ochotę powiedzieć: „A niech ich
wszystkich cholera!”. Kiedy na jakąś pogłoskę odpowiada się insynuacją,
prowokującą z kolei do kłamstwa, które następnie obala się za pomocą plotki
wywołującej jeszcze więcej pogłosek, wówczas człowiek przy zdrowych zmysłach po
prostu nie wie, w co wierzyć. Końcowym
rezultatem jest cynizm i głęboka nieufność do wszystkich zamieszanych w te
sprawę osób. Ale sęk w tym, że cholera
weźmie nie ich, ale nas. Ostatecznie my wszyscy mamy obowiązek przeciwdziałać
faktoidom – najpierw kiedy zetkniemy się z pogłoską, a następnie podejmując
świadomą decyzję, że nie będziemy tworzyć, ani rozpowszechniać fałszywych
pogłosek, lecz w miarę możliwości przeciwstawimy się im.
Obywatele, którzy martwią się z
powodu handlowych i politycznych faktoidów, mają jeden ratunek – samych siebie.
Zarówno „Consumer Reports”, jak i „Advertising Age” publikują listy reklam,
które uznano za zawierające fałszywe lub wprowadzające w błąd twierdzenia.
Konsumenci mogą także prosić producentów o uzasadnienie ich twierdzeń. Właśnie
to robili studenci na jednym z naszych zajęć na uniwersytecie. Wyszukali oni w
czasopismach i telewizji 99 reklamowych twierdzeń, a następnie napisali do
producentów tych wyrobów prosząc o wszystkie informacje, które
uzasadniałyby ich twierdzenia.
Odpowiedzi, które otrzymali, zaskoczyłyby nawet najbardziej cynicznego krytyka
reklamy. Na prośbę odpowiedziało nieco poniżej 50% przedsiębiorstw. Spośród tych, które odpowiedziały, tylko pięć
przysłało informacje, które wystarczająco uzasadniały ich twierdzenia. Ogromna większość przysłała więcej reklam. W
istocie, na każdą stronę materiałów związanych bezpośrednio z reklamowym
twierdzeniem studenci otrzymali 86 stron dodatkowych materiałów reklamowych i
promocyjnych niezwiązanych z tym twierdzeniem.
Chociaż studenci nie uzyskali
odpowiedzi na swoje prośby o uzasadnienie reklam, to jednak ich projekt
badawczy ma nadal znaczną wartość. Po pierwsze dostarcza on dalszych dowodów na
rzecz podstawowej tezy tego rozdziału: wiek propagandy obfituje w faktoidy. Po
drugie, badania tych studentów wskazują metodę radzenia sobie z potencjalnymi
faktoidami. Przypuśćmy, że konsumenci i wyborcy zaczęliby bezpośrednio
wypytywać twórców faktoidów i spierać się z nimi. Jest zupełnie możliwe, wielu
naszych reklamodawców i wielu polityków zostałoby zmuszonych, aby zacząć zastępować faktoidy
faktami.
Wiarygodność nadawcy
komunikatu:
prawdziwa i sfabrykowana ......... 107
12
Wiarygodny nadawca komunikatu
......... 108
Wyobraź sobie następującą
scenę: ktoś dzwoni do twoich drzwi, a gdy je otwierasz, widzisz mężczyznę w
średnim wieku, ubranego w sportową marynarkę w dość „krzykliwą” kratę. Krawat
ma rozluźniony, kołnierzyk wytarty, spodnie domagają się żelazka; człowiek ten
jest źle ogolony, a gdy rozmawia z tobą, wzrok ucieka mu gdzieś w bok lub
patrzy ponad twoją głową. Trzyma w ręku puszkę na datki i próbuje cię
przekonać, abyś ofiarował kulka dolarów na organizację charytatywną, o której
nigdy nie słyszałeś. Chociaż jego przemówienie brzmi dość rozsądnie, jakie są
szanse, że uda mu się od ciebie wydobyć pieniądze?
Cofnijmy wskazówki zegara o
kilka minut: dźwięczy dzwonek u drzwi, otwierasz je, widzisz mężczyznę w
średnim wieku, ubranego w tradycyjny garnitur, dobrze skrojony i odprasowany.
Patrząc ci prosto w oczy przedstawia się... i pyta, czy nie zechciałbyś ofiarować kilku dolarów na tę samą
organizacje charytatywną, używając dokładnie tych samych słów, co facet w
„krzykliwej” marynarce w kratę. Czy teraz byłbyś bardziej skłonny ofiarować nieco pieniędzy?
Myśl o prawdopodobnej reakcji
na takie zastąpienie jednej osoby inną przyszła nam nagle do głowy kilka lat temu, gdy w jednym z programów
dyskusyjnych nadawanych przez telewizję późnym
wieczorem wystąpił Allen Ginsberg.
Ginsberg należał do najpopularniejszych poetów tzw. generacji beatowej: jego
poemat Howl (Wycie) w latach
pięćdziesiątych szokował i drażnił literacki establishment. Ginsberg znowu
szokował we wspomnianym programie: skończywszy przechwalać się swoim
homoseksualizmem, mówił o konflikcie pokoleń. Kamera pokazywała Ginsberga w
zbliżeniu: był gruby, brodaty, wzrok miał trochę błędny (pod wpływem alkoholu
lub narkotyku?); długie włosy wyrastały
nierównymi kępkami po obu stronach łysej poza tym czaszki. Miał na sobie
farbowaną koszulkę z krótkimi rękawami i dziurą oraz parę sznurków paciorków.
Chociaż mówił z przejęciem – a także – moim zdaniem, bardzo sensownie – o
problemach młodzieży, publiczność w studio śmiała się; wydawało się, że ludzie
ci traktują go jak klowna. Przyszło mi
na myśl, że według wszelkiego prawdopodobieństwa ogromna większość telewidzów,
leżących już o tej porze w łóżku i oglądających poetę gdzieś ponad swoimi
stopami, nie może traktować go poważnie – bez względu na to, jak rozsądne są
przekazywane przez niego idee i z jakim przejęciem je wygłasza. Jest niemal
pewne, że wygląd poety i jego reputacja przesądziły o reakcji audytorium. Siedzący we mnie
naukowiec zapragnął, by na miejscu poety o błędnych oczach postawiono bankiera
o konserwatywnym wyglądzie, w dobrze dopasowanym garniturze i by kazano mu
poruszać ustami, podczas gdy Ginsberg mówiłby to samo poza zasięgiem obiektywu
kamery. Przypuszcza, że w takich
okolicznościach idee przekazywane przez Ginsberga zostałyby dobrze przyjęte.
(...) Wydaje się rozsądne, że pozwalamy wywrzeć na
siebie wpływ komuś, kto jest godny zaufania i wie, co mówi. Jednakże ten sam
nadawca komunikatu nie ma jednakowego wpływu na wszystkich ludzi. (...)
Ważną rolę, jaką w perswazji odgrywają cechy drugorzędne.... (...)
(...) Fakt, że my ludzie, przy akceptowaniu lub
odrzucaniu komunikatu często kierujemy się wiarygodnością nadawcy, znów toruje
drogę dla bezmyślnej propagandy. Chociaż jest rozsądne wierzyć źródłu (...)
(...) Jak możemy rozpoznać, kiedy nadawca
komunikatu jedynie symuluje wiarygodność, nie będąc wiarygodnym w
rzeczywistości? To trudne pytanie. Żeby stwierdzić, że ktoś jest ekspertem w danej
dziedzinie , musimy mieć wystarczające rozeznanie w tej tematyce... (...)
(...) Kiedy Arystoteles pisał o wpływie „dobrego charakteru” na skuteczność
perswazji, w Grecji toczyła się zaciekła debata. Wielu ludzi, takich jak Sokrates i Platon,
uznało osoby zajmujące się perswazją, na przykład zawodowych mówców i sofistów,
za osoby kłamliwe i niegodne zaufania.
Aby uzasadnić twierdzenie, że perswazja ma swoje miejsce w
społeczeństwie, Arystoteles argumentował, iż osoba perswadująca powinna mieć
dobry charakter nie tylko z przyczyn natury moralnej, lecz także dlatego, że
wiarygodne źródło może być skuteczniejsze niż mówca bez charakteru. Współczesne badania nad perswazją
potwierdziły przekonania o skuteczności wiarygodnego nadawcy komunikatu – z
kilkoma godnymi uwagi wyjątkami, które omówimy później. Nowoczesne metody propagandy, z ich
zdolnością fabrykowania wiarygodności oraz kupowania jej i sprzedawania jak
towaru, podnoszą na nowo kwestie etyczne, tak wyraźnie występujące w czasach
Arystotelesa. Jak zauważył kiedyś psychoterapeuta Erich Fromm, gdy wszystko i każdy
jest na sprzedaż – wliczając w to osoby, przekonania, uczucia i uśmiechy –
wówczas mniej jest ludzi godnych zaufania, ponieważ mniej ludzi ma charakter i
tożsamość, na których można polegać7. Bez zaufania komunikacja staje się trudna,
jeśli nie niemożliwa.
13
Śniadanie mistrzów,
tandetne pożywienie dla naszego ja .........
114
Od wielu dziesiątków lat
lansowanie produktów przez słynne osobistości jest powszechnie występującą
cechą amerykańskiej sceny reklamowej.
(...)
Używanie do tych celów takich
osobistości może wydawać się zupełnie
irracjonalne i dziwaczne. Ostatecznie,
kiedy myślimy o tym w sposób racjonalny, kto jest ekspertem, jeśli chodzi o
żyletki lub krem do golenia? No cóż,
zapewne fryzjer, może dermatolog lub kosmetolog. A kto mówi nam, jakich żyletek czy jakiego
mydła powinniśmy używać? Najczęściej jest to zawodowy koszykarz lub futbolista.
Korzystanie z pomocy sportowców
do lansowania produktów ma długą historię.
W latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych XX wieku do najwytrwalszych
propagatorów produktów śniadaniowych należał były mistrz olimpijski w dziesięcioboju Bob Richards, który
prawdopodobnie znacznie skuteczniej reklamował płatki zbożowe, niżby to czynił
jakiś uczony profesor, nawet gdyby profesor ten był uznawany za najlepszego
specjalistę w dziedzinie żywienia. W latach siedemdziesiątych Richardsa
zastąpił inny złoty medalista w dziesięcioboju, Bruce Jenner. Jak skuteczne
jest oddziaływanie gwiazd sportu? No cóż, kiedy w końcu, w latach
osiemdziesiątych, zmieniano Bruce’a Jennera, zarząd firmy Wheaties produkującej
płatki znów nie zdecydował się na skorzystanie z usług specjalisty od spraw
żywienia i zaangażował Mary Lou Retton, która zdobyła złoty medal olimpijski w
gimnastyce. Później zastąpili ją kolejni herosi sportu... To wskazywałoby, że
bez względu na to, kto zajmuje się reklamą Wheaties, jest on przekonany, iż
sportowcy są skutecznymi nadawcami. Istotnie, poparcie ze strony sportowców
jest tak skuteczną taktyką perswazji, że wygląda na to, iż jest ona stosowana na
całym świecie. Kiedy niemiecki producent czekolady... (...)
Czy to przekonanie jest uzasadnione?
Czy jakaś reklama wpłynie na ludzi tylko dlatego, że występuje w niej jakaś
sławna osobistość? Jeśli nawet
podziwiamy umiejętności i talenty, jakie te osoby demonstrują na ekranie czy na
boisku, to czy możemy naprawdę ufać, że mówią nam one prawdę o produktach,
które reklamują? Ostatecznie wszyscy wiemy, że gwiazda zachwalająca krem do
golenia, piwo czy płatki śniadaniowe otrzymuje hojne wynagrodzenie... (...)
Przypuszczamy, że większość ludzi
oświadczyłaby: „Nie, być może innych
ludzi można przekonać, żeby poszli i kupili coś dlatego, że jakaś gwiazda
filmowa lub wybitny sportowiec mówi im, aby to zrobili, ale ja z pewnością nie
uwierzę w rady nawet mojej ulubionej gwiazdy ekranu lub sportu, jak mam wydać
swoje ciężko zarobione pieniądze”. Czy jednak ludzie naprawdę potrafią
przewidzieć swoje zachowanie?
(John
Kay, w książce Podstawy sukcesu firmy – poz. 5
prez. lit. – pisze na ten temat,
między innymi:
„Poparcie udzielane przez sławne osobistości stanowi
dziwny, ale bardzo wyraźny sposób rozpowszechniania reputacji. Każdy wie, że sławne osoby udzielają poparcia
nie dlatego, że dokładnie spenetrowały rynek, by znaleźć najlepszy wyrób, ale
dlatego, że wybrały sponsorów zapewniających im najwyższe honorarium. Dlaczego
więc konsumenci poddają się wpływom takiego poparcia?
Nabywcy popieranego wyrobu nie
zachowują się w pełni irracjonalnie. Sportowiec w jakimś stopniu naraża własną
reputację. Jeżeli wyrób ma niską jakość, podważa swoją reputację sportową i
obniża swoją wartość dla innych sponsorów; jest zatem w jakimś stopniu
zainteresowany, żeby tak nie było. Producent, płacąc honorarium za poparcie,
demonstruje swoje zaangażowanie w dany rynek. Skłonność do płacenia honorarium
za poparcie staje się więc w istocie miarą jakości wyrobu. Wszystkie strony są
zainteresowane w wykazaniu, że biorą udział w grze wielokrotnie powtarzanej.
Jeżeli dana osobistość naprawdę ryzykuje
własną reputację, to musi istnieć jakiś związek między dziedziną, z której
wywodzi się jej reputacja, a dziedziną, w którą została zaangażowana.”
- str. 136
i dalsze.
Anonimus)
Niekoniecznie. Chociaż większość z nas może nie wierzyć
aktorom filmowym i mistrzom sportu, nie musi to znaczyć, że nie będziemy
kupować zachwalanych przez nich produktów.
Innym ważnym czynnikiem określającym skuteczność oddziaływania takich
czynników jest ich atrakcyjność czy zdolność wzbudzania sympatii, niezależnie od
ich fachowości czy wiarygodności.
Przed laty, wraz z naszym
współpracownikiem Judsonem Millesem, przeprowadziliśmy prosty eksperyment
laboratoryjny, który wykazał, że piękna kobieta – po prostu dlatego, że jest
piękna – może mieć poważny wpływ na opinię słuchaczy w kwestii zupełnie nie
związanej z jej urodą, a ponadto jej wpływ jest znacznie większy wtedy, gdy
otwarcie wyraziła pragnienie wpłynięcia na nich1. W pewnym sensie
ludzie postępują w taki sposób, jakby starali się sprawić przyjemność osobie,
którą uważają za atrakcyjną, nawet jeśli osoba ta przypuszczalnie nigdy się o
tym nie dowie. Późniejszy eksperyment nie tylko potwierdził ten wniosek, że
bardziej sympatyczni nadawcy przekonują skuteczniej, lecz także wykazał, iż od
atrakcyjnych źródeł przekazu oczekuje się poparcia dla pożądanych punktów
widzenia2.
Być może najbardziej zdumiewająca
demonstracją tej zdolności przekonywania cechującej atrakcyjnych i
sympatycznych rzeczników jest posługiwanie się rzecznikami fikcyjnymi –
postaciami z filmów rysunkowych... (...)
Czy jesteśmy skazani na
podążanie za pragnieniami piękna i
sławy? Richard Petty, John Cacioppo i
David Schumann wykazali, że przynajmniej w jednym wypadku nie stosujemy się do
dyktatu atrakcyjnego społecznie nadawcy – kiedy jesteśmy motywowani, żeby
myśleć o danej sprawie4. Innymi słowy, atrakcyjność źródła ma
mniejszy wpływ, gdy stosujemy odśrodkową – w przeciwieństwie do obwodowej –
drogę perswazji. (...)
Skuteczność atrakcyjnych źródeł w zachwalaniu produktów i
zmienianiu naszych przekonań świadczy o tym, że oprócz naszego pragnienia by
mieć słuszność i by właściwie oceniać świat, są także inne powody, dla których
wyznajemy nasze przekonania. (...)
Specjaliści od reklamy wiedzą
aż nazbyt dobrze, że wierzymy w to, w co wierzymy, i kupujemy to, co kupujemy
dla utrzymania dobrego obrazu własnego ja. Nadają oni swoim produktom
„osobowość”. Papierosy Marlboro są „macho”. Napój bezalkoholowy dr.
Peppera jest niekonwencjonalny. Samochód
BMW jest „yuppie”. Calvin Cleir jest super.
Aby uzyskać pożądany wizerunek
publiczny, wystarczy nabywać właściwe produkty i popisywać się nimi.
Polityczni eksperci i
konsultanci wiedzą coraz więcej o tym, że odwoływanie się do naszego obrazu ja
jest dobrą taktyką. Kandydatom do politycznego urzędu nadaje się atrakcyjne
wizerunki; tworzą je wygłaszając mowy o
sztandarze amerykańskim, pozując w czołgu i fotografując się z dziećmi
szkolnymi podczas modlitwy. Żebyśmy byli patriotami, żebyśmy byli silni,
twardzi i święci, wystarczy oddać głos na właściwego kandydata.
Rzeczywiście byłoby smutne, gdybyśmy zgubili naszą liczącą ponad 200 lat
tradycję demokracji nie będąc – podobnie jak bezmyślni badani... nigdy motywowani do tego, żeby dokładnie
przeanalizować wizerunek kandydata i ocenić istotny sens jego komunikatu.
14
Jak przekonywać, jeśli każdy wie,
że nie zasługujesz na zaufanie,
jesteś niewiarygodny i nielubiany? .........
118
Jeśli zastanowimy się nad tym,
to dojdziemy do wniosku, że zawodowy propagandysta ma trudne zadanie. Na perswazyjne
komunikaty zwykle reagujemy zwracając uwagę na tendencyjność mówcy i na to, w
jaki sposób służy on swemu własnemu interesowi. Ten ogólny sceptycyzm może być
użyteczny dla adresatów apelu. Identyfikując komunikat jako tendencyjny,
audytorium może się przygotować do obrony swego stanowiska i – zależnie od
okoliczności – albo starannie przeanalizować treść komunikatu, albo odrzucić go
od razu. Jednak z punktu widzenia propagandysty jest to ogromna przeszkoda w
uzyskaniu uległości. Dlatego dla propagandysty jest ważne, żeby nie wydawał się
propagandystą. Nadawca komunikatu, żeby odnieść sukces, musi wydawać się
bezstronny i wiarygodny. W tym rozdziale
rozpatrujemy dwie ogólne strategie służące do tego, by to, co niegodne
zaufania, niewiarygodne i nielubiane, wyglądało na godne zaufania, wiarygodne i
lubiane.
(...) Jednym z morałów wynikających z opowieści
Han Fei-tzu jest to, że nadawcy komunikatów działając pozornie wbrew własnemu
interesowi mogą sprawić, iż będą wydawać się wiarygodni. Jeśli uwierzymy, że
nadawcy komunikatów przekonując nas nie mają nic do zyskania (a nawet mogą coś
stracić), to będziemy im ufać i będą mogli skutecznie na nas oddziaływać. (Niezupełnie. Zapewne będziemy im ufać [błędnie], że są uczciwi,
ale niekoniecznie kompetentni, chyba że mamy zaufanie także i do ich autorytetu
merytorycznego. Anonimus).
Obecnie
w Stanach Zjednoczonych jednym z najbardziej szanowanych autorytetów w
kwestiach zdrowotnych jest były minister zdrowia, dr C. Everett Koop. Inaczej rzecz się miała, gdy na początku lat
osiemdziesiątych XX wieku Koop po raz
pierwszy został mianowany na to stanowisko przez prezydenta Reagana. Koop jest ewangelikiem, którego stanowisko
wobec aborcji i środków antykoncepcyjnych spowodowało, że wielu Amerykanów,
zwłaszcza o poglądach bardziej liberalnych obawiało się, że Koop wykorzysta
swoje stanowisko do lansowania własnych poglądów moralnych. Gdy cała powaga
epidemii AIDS zaczęła wychodzić na jaw, dr Koop podjął dramatyczną decyzję i
podał następujące zalecenie: oczywiście najlepszym sposobem uniknięcia wirusa
AIDS jest abstynencja seksualna lub monogamia; jeśli jednak zamierzasz być
aktywny seksualnie, powinieneś używać prezerwatyw. Zalecenie Koopa wywołało
burzę na prawicy, a zwłaszcza wśród ewangelików. Byli oni przekonani, że
zalecenie Koopa dotyczące używania
prezerwatyw zachęca do swobody seksualnej.
Burza
ta wówczas się nie zakończyła. W ostatnich dniach sprawowania urzędu Koop
opublikował raport stwierdzający, że nie ma żadnych dowodów, iż aborcja
wyrządza kobiecie emocjonalną krzywdę – aczkolwiek sam Koop był przekonany, że
aborcja jest moralnie zła. Raport ten
wywołał konsternację wśród członków administracji Reagana, którzy mieli
nadzieję, że posłużą się materiałem dowodowym krzywdy emocjonalnej jako argumentem
przeciw aborcji.
W 1996
roku C. Everett Koop jeszcze raz znalazł się w centrum zainteresowania. Tym
razem Koop poparł starania administracji Clintona zmierzające do ograniczenia
sprzedaży wyrobów tytoniowych dzieciom.
Poparcie przez Koopa działań mających na celu uchronienie nastolatków
przed popadnięciem w nałóg palenia zirytowało Boba Dole’a, kandydata
republikanów w wyborach prezydenckich 1996 roku, który sądził, że papierosy nie są uzależniające, i
utrzymywał, iż Koop został poddany praniu mózgu przez liberalne środki masowego
przekazu. Niemniej jednak C. Everett Koop wielokrotnie wykazywał, że jest
człowiekiem o nieskazitelnej uczciwości, który zasłużył na swoją
reputację.
(...) Jest wiele sposobów stwarzania pozorów, że w
rzeczywistości nie staramy się wpłynąć na daną osobę. Przed kilku laty firma
maklerska E. F. Huttona nadała serię filmów reklamowych, w których jedna osoba
zaczynała udzielać drugiej porad giełdowych pochodzących od E. F. Huttona, a
wówczas na sali zapadała nagła cisza i wszyscy nadstawiali uszu, aby lepiej
„podsłuchać” podawane przez nią poufne wskazówki. Wniosek jest oczywisty:
wszyscy uzyskują poradę, która nie była dla nich przeznaczona, a wskutek tego
informacja ta jest jeszcze bardziej wiarygodna. Innym przykładem tego zjawiska
są reklamy telewizyjne ze zdjęciami wykonanymi rzekomo „ukrytą kamerą”: skoro jesteśmy przekonani, że dana osoba nie
była świadoma tego, iż jest filmowana, nie przypisujemy komunikatowi intencji
perswazyjnych; jeśli sądzimy że ta osoba działa spontanicznie, to jej
świadectwo bardziej nas przekonuje.
W
całej tej książce przypatrujemy się temu, w jaki sposób pomysłowe techniki
propagandy mogą być wykorzystywane do manipulowania naszymi przekonaniami i
zachowaniem. W następnym rozdziale
zapoznamy się z fabrykowaniem na masową skalę wiarygodności źródeł.
Drugi morał opowieści Han Fei-tzu – że pozory mogą mylić – często jest aż
nazbyt prawdziwy; jednakże akceptacja
tego morału może zrodzić niezdrowy cynizm.
Z tego
powodu dobrze jest zastanowić się przez chwilę nad zachowaniem osoby takiej jak
dr C. Everett Koop. W czasach, w których własny interes polityczny zdaje się
dominować... – krzepiące jest spotkanie urzędnika państwowego o takiej
prawości. Kiedy dr Koop jako minister zdrowia stanął wobec kryzysu AIDS,
przeprowadził gruntowne badania, dzięki czemu mógł przedstawić specjalistyczną
opinię. Narażając swoją karierę i
kosztem zrażenia swych przyjaciół i zwolenników, dr Koop powiedział to, o czym wiedział, że jest prawdą. Nie należy bagatelizować uszczerbku w
karierze dr. Koopa, jaki był skutkiem jego uczciwości. (...) administracja
Busha nie przywróciła go na to stanowisko.
Jednak nie należy także lekceważyć jego dokonań.
15
Fabrykowanie wiarygodności
......... 123
Wyobraźmy sobie następującą
sytuację: dwóch mężczyzn ubiega się o fotel w Senacie. Jeden z kandydatów może wydać na swą kampanię
wyborczą znacznie mniej pieniędzy niż drugi. Aby więc wykorzystać do maksimum
możliwość bezpłatnego zaprezentowania się wyborcom, wyraża zgodę na liczne
wywiady, często uczestniczy w konferencjach prasowych, zgadza się występować
przed nieprzyjaźnie nastawionymi słuchaczami starając się zainteresować
informacyjne środki przekazu swoją kampanią, a także często pojawia się w
programach telewizyjnych typu panelowego. Rozmówcami w tych sytuacjach są jego przeciwnicy i
zaprawieni w utarczkach słownych reporterzy.
Często zadają mu trudne pytania – niekiedy nawet wręcz wrogie. Kandydat stwierdza, że przez cały czas jest
zepchnięty do defensywy. Czasami kamera ujmuje go pod niekorzystnym kątem w
chwili, gdy drapie się po nosie, ziewa lub wierci się na krześle. Jego matka,
oglądająca go w domu na ekranie telewizora, jest zdziwiona widząc, jakie ma
worki pod oczami, jaki wydaje się stary i zmęczony. Niekiedy zdarza się, że po
otrzymaniu trudnego lub ostrego pytania kandydat ma kłopoty ze znalezieniem
właściwej odpowiedzi, a wówczas jąka się i wydaje nieartykułowane dźwięki.
Jego przeciwnik, dysponujący
dużymi funduszami na kampanię wyborczą, nie musi występować w programach tego
rodzaju. Zamiast tego wydaje mnóstwo pieniędzy na krótkie filmy (spoty)
reklamowe, nagrywane na taśmie video. Ponieważ to on płaci operatorom i
reżyserowi, kamery ujmują jego fizjonomię jedynie w sposób najbardziej
pochlebny. Jego osobisty charakteryzator dokłada wszelkich starań, by ukryć
worki pod oczami i sprawić, aby wydawał się młody i dynamiczny. Rozmówca zadaje mu pytania, które zostały
zawczasu przygotowane i przećwiczone, dzięki czemu odpowiedzi są rozsądne,
zwięzłe i jasno sformułowane. Jeśli
jednak kandydatowi temu zdarzy się w jakimś momencie zająknąć lub popełnić
błąd, zatrzymuje się kamerę i nakręca tę scenę tyle razy, aż wreszcie zostanie on przedstawiony w najlepszym
świetle.
Sytuacja ta nie jest koszmarną
prognozą futurologów; pokazuje ona to, co na znacznie bardziej dramatyczną i
poważną skalę wydarzyło się rzeczywiście
- w wyborach prezydenckich w roku 1968. W swej niezwykłej książce,
odsłaniającej kulisy kampanii wyborczej Richarda Nixona, dziennikarz Joe
McGinness opisuje, jak zręcznie doradcy
Nixona kształtowali jego wizerunek, prezentowany narodowi amerykańskiemu.
Przedstawiając te wydarzenia,
McGinness wskazuje, że telewizja jest
potężnym środkiem zwodzenia wyborców, tak by glosowali na wizerunki (images)
kandydatów, nie zaś na samych kandydatów. Jeden z członków sztabu wyborczego
Nixona ujął to w następujący sposób: „To
jest początek zupełnie nowej koncepcji...
Odtąd już zawsze będą oni wybierani w ten sposób. Następni będą musieli
być artystami”1.
Okazało się, że istotnie była
to trafna przepowiednia, ponieważ w 1980 roku urząd prezydenta objął – przy
powszechnym poparciu – doświadczony aktor filmowy i telewizyjny Ronald Reagan,
który w 1984 roku został wybrany ponownie przytłaczającą większością głosów. Ponadto udało mu się
zachować osobistą popularność pomimo tego, że zgodnie z wynikami badań opinii
publicznej większość Amerykanów uważała, iż nie wywiązywał się dobrze ze swych
obowiązków.
Gdy członek sztabu Nixona formułował
swoje przewidywanie, miał na myśli zwłaszcza pewien program telewizyjny, który
został zaaranżowany tak, aby wydawało się, iż kandydat na prezydenta, Nixon,
spontanicznie odpowiada na pytania zadawane telefonicznie przez wyborców. W rzeczywistości podawał on starannie
wyćwiczone odpowiedzi na pytania przygotowane przez jego sztab. Kiedy wyborca
zadawał przez telefon pytanie, sztab Nixona po prostu przeredagowywał je tak,
by przybrało formę przygotowanego zawczasu
pytania, przypisywał to pytanie wyborcy i pozwalał Nixonowi wyrecytować
przygotowaną odpowiedź. Przez cały czas trwania prezydentury Nixona on sam i
jego poplecznicy nadal inscenizowali takie przedstawienia. Na przykład 3
listopada 1969 roku, w czasie narastania protestów przeciwko wojnie w
Wietnamie, Nixon wygłosił swoją słynną przemowę do „milczącej większości”,
wzywając tę ogromną milczącą większość Amerykanów, aby poparła go i odrzuciła
poglądy antywojennych demonstrantów. Po tym przemówieniu Nixon otrzymał 50
tysięcy telegramów i 30 tysięcy listów z wyrazami poparcia – zdawałoby się, że
od tej milczącej większości. Po
trzydziestu latach prawda wyszła na jaw. Według bliskiego współpracownika
Nixona, Alexandra Butterfielda, te listy i telegramy były sfabrykowane. Przed tym przemówieniem Butterfield
skontaktował się z kilkoma agentami i umówił się z nimi, że wyślą te listy i
telegramy3. Po upływie trzydziestu lat ta metoda inscenizowania
zdarzeń nadal jest stosowana przez polityków. Na przykład w wyborach prezydenta
Stanów Zjednoczonych w latach 1996 i 2000 obie partie zainscenizowały konwencje
„nominacyjne” tak, że przypominały bardziej koronacje, niż debaty nad tym, kto
ma najlepsze kwalifikacje na przywódcę narodu amerykańskiego.
Kiedy ukazała się książka
McGinnessa, wielu ludzi było wstrząśniętych i zbulwersowanych postępowaniem,
które uznali za nieetyczne i nieuczciwe. Z drugiej strony, przytłaczająca
większość wyborców albo nie przejmowała się tym, albo uważała oszustwo Nixona
jedynie za oznakę tego, że jest on zdolnym pomysłowym politykiem. (...)
(...) Wedlug Ailesa, wielki mówca ma jedną główną
cechę. Jak to ujął ten autor:
„Gdybyś miał opanować jeden element osobistej komunikacji,
który ma silniejszy wpływ na wszystko, o czym mówiliśmy”, to byłaby nim cecha
bycia sympatycznym. Nazywam ją „magiczną kulą”, jeśli bowiem twoi słuchacze cię
lubią, to wybaczą ci prawie wszystko, co robisz niewłaściwie. Jeśli cię nie
lubią, to możesz przestrzegać ściśle wszystkich reguł, ale nie będzie to miało
znaczenia”10.
Poniżej podamy nieco ogólnych
rad, jakich udziela Dilenschneider w
swej popularnej książce Power and
Influence (Władza i wpływ) komuś, kto pragnie poprawić swą wiarygodność11.
Postaw łatwe początkowe cele, a następnie ogłoś zwycięstwo (to stworzy
wrażenie, że jesteś silnym przywódcą); użyj odpowiedniej oprawy lub scenerii do
podtrzymania swego wizerunku (na przykład Reagan zaprojektował swoje
prezydenckie podium tak, aby wyglądać na silnego, lecz łagodnego i
powściągliwego;* wywiady należy przeprowadzać w scenerii, która pasuje do przekazywanych
treści); wybierz niekorzystne informacje na swój temat i udostępnij je prasie
(większość dziennikarzy stara się przedstawić zrównoważoną relację; dostarcz
reporterowi negatywnych informacji, które następnie będziesz mógł obalić i
dzięki temu wydać się dobrym); wreszcie
zorientuj się, jak ludzie zapatrują się na daną sprawę, a następnie odwołaj się
do tego, co wolą.
* Na użytek
przywódców ZSRR, podtrzymywano wizerunek Reagana jako „Nieobliczalnego
kowboja”, „Wariata pierwszej klasy”: VICTORY CZYLI ZWYCIĘSTWO,
str. 19, poz. 62 Prezentowanej literatury.
Anonimus
Matalin i Carville także mają
do zaoferowania kilka rad12.
Dlaczego nie wysunąć jakiejś idei (obniżki podatków, ochrony zdrowia)
bez przypisywania jej komuś (tzn. puścić ją w obieg jako pogłoskę)? Jeśli wszystkim spodoba się ta idea, to
przedstaw ją jako własną. Jeśli zostanie
odrzucona, to zaprzecz temu, że w twojej kampanii kiedykolwiek była o tym mowa. W ten sposób zawsze możesz być pewny, że
powiesz dokładnie to, co wszyscy chcą usłyszeć. Inna rada: zadbaj o to, żebyś w
mediach wydawał się konsekwentny. A jaki jest najlepszy sposób dokonania
tego? Po prostu mów ciągle tylko parę
rzeczy (dzięki temu nie przeczysz sobie).
I wreszcie nie okłamuj prasy, lecz bez
skrępowania manipuluj mediami. (...)
Rady Ailesa,
Dilenschneidera, Matalin i Carville’a
nie mają nic wspólnego z zaleceniem Arystotelesa, żeby nadawca
komunikatu miał szlachetny charakter.
Wiarygodność
się fabrykuje, a nie zapracowuje sobie na nią. Wiarygodność kreuje
się, starannie kształtując sytuację w taki sposób, by osoba grająca główną rolę
w danym wydarzeniu – nadawca komunikatu – wyglądała właśnie tak, jak ma
wyglądać – jak osoba sympatyczna, wiarygodna, silna, fachowa czy jakakolwiek
inna, zależnie od tego, jaki wizerunek jest potrzebny w danym czasie. Kiedy już zostanie wykreowany wizerunek w
postaci sławnej osobistości lub polityka, wówczas może on być kupowany i
sprzedawany jak towar dla poparcia każdej sprawy, która dysponuje funduszami na
zakup „praw” do tego wizerunku. (...) Wizerunek
staje się ważniejszy od treści.
16
Bokser zawodowy
uśmierca jedenastu jednym spojrzeniem:
wpływ modeli prezentowanych w środkach masowego przekazu .........
130
Przy stanowisku kasowym w
miejscowym supermarkecie ułożono gazety
utrzymujące, że mają „największy nakład ze wszystkich dzienników w Ameryce” lub
że są „najszybciej rozwijającymi się tygodnikami Ameryki”. Ostatnie ich wydania
zawierają przepowiednie, które pozwalają nam zajrzeć w przyszłość!
(...) Stosunkowo niedawno byliśmy świadkami serii
zabójstw w szkołach, w miejscowościach takich jak... Każda z tych tragedii była dokładnie
relacjonowana przez informacyjne środki masowego przekazu; często zabójstwa
były transmitowane na żywo, w czasie rzeczywistym, oglądającemu je,
wstrząśniętemu narodowi. Chociaż relacje te niewątpliwie przekazywały cierpienie i udręki spowodowane tymi zabójstwami, to jednak przekazywały one także
inną życiową prawdę: zamordowanie kolegów z klasy może zwrócić na ciebie uwagę
całego narodu i jest sposobem radzenia sobie z problemami życiowymi.
Wpływ wzorów oglądanych w
środkach masowego przekazu na przemoc i inne zachowania społeczne znany jest od
prawie czterdziestu lat. Na początku kat
sześćdziesiątych XX wieku wybitny psycholog
Albert Bandura rozpoczął realizację zakrojonego na szeroką skalę
projektu badań laboratoryjnych nad związkiem między oglądaniem modeli w
telewizji i agresją3. W typowym badaniu dzieci oglądały na monitorze
telewizyjnym dorosłą osobę bijącą lalkę
Bobo – dużą plastikową lalkę obciążoną u podstawy. Po otrzymaniu ciosu taka
lalka przewraca się, a następnie powraca sama do pozycji pionowej. W
wyprodukowanym przez Bandurę filmie telewizyjnym osoby będące modelami biły
lalkę Bobo pięściami, kopały ją, rzucały na ziemię, waliły młotkiem i krzyczały
na nią. Następnie dzieci miały możliwość bawić się różnymi atrakcyjnymi
zabawkami, m.in. laką Bobo. Wyniki wielokrotnie wykazały, że dzieci zwykle
robiły to, co widziały poprzednio; te, którym pokazano modela stosującego
przemoc, częściej uderzały, biły, waliły, kopały i rzucały na ziemię lalkę
Bobo.
Wiele późniejszych badań
potwierdziło początkowe wyniki uzyskane przez Bandurę. Wykazano, że agresywne
modele wpływają na agresję zarówno mężczyzn, jak i kobiet, tak dzieci, jak i
dorosłych; wpływają na zachowanie i w
laboratorium, i poza nim; i uczą agresji bez względu na to, czy model jest
postacią z filmu rysunkowego czy osobą realną, i czy agresja jest odosobnionym
aktem, czy częścią skomplikowanej fabuły, na przykład kryminalnego spektaklu
telewizyjnego. Oglądanie agresywnych modeli skłaniało ludzi do kopania lalki
Bobo, do aplikowania elektrycznych wstrząsów koledze z klasy, do słownej
napaści na nieznajomą osobę i do wyrządzania krzywdy małemu zwierzęciu4. Jest znamienne, że jedna z pierwszych reklam
telewizyjnych ukierunkowanych na dzieci pojawiła się w „Klubie Myszki Miki” i
zachęcała do kupna „Broni wielostrzałowej”...
Na szczęście wpływ wzorów
działa w obu kierunkach; innymi słowy, siła oddziaływania modeli prezentowanych
w środkach masowego przekazu może też być użyta do nauczania zachowania
prospołecznego. Modele społeczne stosowano na przykład do zwiększenia
prawdopodobieństwa, że ludzie udzielą pomocy stojącemu na poboczu
motocykliście, który miał problem z przebitą dętką, oraz do zwiększenia ilości
datków wrzucanych do puszki Armii Zbawienia. Modelowanie było także
wykorzystywane do nauczania reakcji nie związanych z przemocą i do obniżania
poziomu agresji w sytuacji przemocy7.
Jednak nauczanie to nie to samo, co prawienie kazań; modele przekonują znacznie
skuteczniej niż słowa. W serii wnikliwych badań James Bryan i jego
współpracownicy poddawali dzieci wpływowi dorosłych modeli, którzy głosili
chciwość lub miłosierdzie, albo praktykowali chciwość lub miłosierdzie8. Wyniki: to co model robił, miało na dzieci
większy wpływ niż to, co model mówił.
Specjaliści od reklamy nie przeoczyli
tej siły przekonywania modeli. (...)
Politycy także posługują się
modelami. (...)
Modele prezentowane w środkach
masowego przekazu są skuteczne przede wszystkim z dwóch powodów. Po pierwsze,
uczą one nowego zachowania. Na przykład
małe dziecko, oglądając w telewizji takie spektakle kryminalne... uczy się
„szczegółów” sposobu strzelania do „podejrzanego” i zabijania go. (...)
Oczywiście, z tego, że ktoś wie, jak
coś się robi, nie musi wynikać, iż to zrobi.
(...) Dlatego właśnie specjaliści
od reklamy często posługują się modelami „zupełnie takimi jak my” i umieszczają
je w znajomych sytuacjach, takich jak dom, praca, szkoła czy supermarket.
Prowadzi to nas do drugiego
czynnika powodującego, że modele prezentowane w środkach masowego przekazu są
przekonujące: służą one jako sygnał wskazujący, że pewne zachowanie jest
uzasadnione i właściwe. Po obejrzeniu
zawodowej walki bokserskiej uderzenie kogoś tak, „żeby go zamroczyło” wydaje
się w porządku; informacja o samobójstwie nastolatków lub o morderstwie w
szkole sugeruje, że może to być sensowny sposób uporania się z problemami
życiowymi – ci, którzy nas skrzywdzili, teraz będą musieli płakać po nas lub
będą martwi; obejrzenie gospodyni domowej myjącej podłogi przekonuje nas, że
jest to właściwy styl życia dla kobiet (lecz niekoniecznie dla mężczyzn).
Nieustanne oddziaływanie modeli prezentowanych w środkach masowego przekazu
może kształtować i wypaczać nasze poglądy na to, co na świecie jest dobre, a co
złe.
(...)
Komunikat i sposób
jego przekazania ......... 137
17
Opakowania
......... 138
Przejście między półkami z płatkami zbożowymi w miejscowym supermarkecie jest
często polem bitwy w cotygodniowej wojnie na słowa. (...)
(...) Wydaje się, że Amerykanom można sprzedać
prawie wszystko, po prostu umieszczając etykietkę „naturalne” na produktach –
płatkach zbożowych, lekach alternatywnych, sokach, witaminach, napojach
bezalkoholowych, lodach, tandetnej żywności takiej jak chipsy ziemniaczane i
prażona kukurydza przyprawiona tłustym serem, jarzynach o zawyżonych cenach, a
teraz nawet na papierosach. W dążeniu do pozyskania palaczy „uczulonych na
problemy zdrowia”, producenci stworzyli nowe marki papierosów – „American
Spirit”, „Buz”, „Born Free” i „Sherman” – o których twierdzą, że są w 100% wolne od dodatków i całkowicie naturalne3. Logika tego określenia (jeśli można nazwać to
logiką) polega na tym, że producenci papierosów przeznaczonych dla masowego
odbiorcy używają ponad 700 dodatków chemicznych, przy czym niektóre z nich są
toksyczne. Całkowicie naturalny papieros daje ponoć czystszy dym. Reklamy
papierosów z lat czterdziestych XX wieku głosiły, że palenie zwiększa pojemność
płuc – przypomina to wysuwane obecnie twierdzenie, że pewien gatunek papierosów
ziołowych jest zdrowy, stanowią one bowiem skuteczne lekarstwo na astmę, różne
problemy z płucami oraz nerwowość. Wielu palaczy i potencjalnych palaczy daje
się nabrać na tę reklamę. W ciągu ostatnich dziesięciu lat sprzedaż papierosów
„naturalnych” wzrosła o 60-90%,
osiągając udział w rynku w wysokości 50 milionów dolarów.
(warto by poznać, do
jakiego rynku „sprzedaży wyrobów tytoniowych” i okresu sprzedaży Autorzy
odnoszą te „50 milionów”, i wyliczyć procent
[udział]. Może to być bowiem
zarówno udział duży, jak i
średni, mały albo wręcz marginalny [marginalny dla całego „rynku”, bardzo duży
dla konkretnego producenta, itp.], Jakie to ma znaczenie przy dalszej analizie?
Przyp. Anonimus).
To odwoływanie się do „naturalności” było tak skuteczne, że R.J. Reynolds
zastosował je do swojej marki „Winston”, zachwalając te papierosy jako wolne od
dodatków. Reklama głosi: „Masz dość paskudztw w pracy. Nie musisz ich palić”. I
sprzedaż wzrosła w zawrotnym tempie. Specjaliści ze służby zdrowia są zdumieni
łatwowiernością społeczeństwa amerykańskiego i zaniepokojeni twierdzeniami
rozpowszechnianymi w reklamach. Prawda o
tej sprawie jest po prostu taka, że papierosy wszelkich typów są pełne toksyn i
substancji rakotwórczych, które mogą cię zabić. Palenie papierosów
„naturalnych” jest podobne do poproszenia mordercy, żeby upewnił się, iż kula
jest czysta, zanim użyje jej do zabicia ciebie.
Handlowcy od stu lat posługują
się opakowaniami do kierowania decyzjami podejmowanymi przez konsumentów. (...)
Ludzi także można „wkładać w
opakowania”. Pierwsze informacje, jakie
zwykle uzyskujemy o danej osobie – płeć, wiek, rasa, atrakcyjność fizyczna i pozycja
społeczna – są zwykle związane z prostymi regułami i stereotypami, które
kierują myśleniem i zachowaniem.
(...) Czy można się dziwić, że
poradniki typu „idź naprzód” często opisują, jak wykorzystywać te heurystyki,
nakłaniając czytelników, żeby „ubierali się dla sukcesu”, tzn. nosili właściwe
ubiory w celu stworzenia właściwego wizerunku, lub żeby używali właściwych
kosmetyków, aby zwiększyć swoją atrakcyjność.
Heurystyki mogą być także
stosowane do oceny, czy komunikat perswazyjny zasługuje na akceptację i
zaufanie. (...)
Są także inne heurystyki
perswazji. (...) reklamy
są najbardziej skuteczne wtedy, gdy zawierają długi, przekonujący
tekst... Co jednak z przypadkami, w
których komunikat jest tylko przeglądany lub nie jest czytany w ogóle? Zgodnie z wynikami psychologów społecznych,
kiedy ludzie nie myślą bardzo uważnie o jakimś zagadnieniu, wówczas długie
komunikaty, bez względu na to, czy zawierają słabe, czy silne argumenty, są
najbardziej przekonujące4.
Gromkie oklaski i wiwaty służą
jako heurystyka jednomyślności...
Techniką tą posługiwali się dziewiętnastowieczni sprzedawcy cudownych
leków, którzy umieszczali wśród słuchaczy swoich pomocników, by udawali, że
zostali wyleczeni... Uznanie tej siły
skłania polityków... do wstawiania w
stosownych miejscach nagranego zawczasu śmiechu i aplauzu... Zgodnie z wynikami badań także w tym wypadku
najbardziej prawdopodobne jest, że heurystyka jednomyślności społecznej okaże
się skuteczna wtedy, gdy ludzie nie są motywowani do myślenia o treści
komunikatu5.
Inna powszechnie stosowana
heurystyka oparta jest na pewności siebie nadawcy – im bardziej pewny siebie
wydaje się nadawca, tym bardziej jest prawdopodobne, że zaakceptujemy to, co
mówi.
Jeszcze inna, często stosowana
taktyka perswazji polega na ozdobieniu przemówienia „poprawnymi” symbolami i
frazesami...
Często symbole i frazesy
dopasowuje się do specyficznego audytorium. (...)
Nieważne, że niektóre z tych
reguł są wzajemnie sprzeczne i nieefektywne. (...)
Nasuwa się więc ważne pytanie: jakie
okoliczności najczęściej prowadzą do posłużenia się jakąś heurystyką zamiast
racjonalną metodą podjęcia decyzji?
Badania pozwoliły ustalić co najmniej pięć takich okoliczności9. Heurystyki stosuje się najczęściej wtedy, gdy
nie mamy czasu, żeby przemyśleć starannie dany problem, gdy jesteśmy tak
przeciążenia informacjami, że pełne przetworzenie tych informacji staje się
niemożliwe, lub gdy sądzimy, że wchodzące w grę sprawy są niezbyt ważne.
Heurystyki stosuje się także wtedy, gdy mamy mało solidnej wiedzy lub
informacji, które można by wykorzystać przy podejmowaniu decyzji, oraz wtedy,
gdy stoimy wobec jakiegoś problemu, a dana heurystyka szybko przychodzi nam na
myśl.
Jednym z dylematów
współczesnego życia jest to, że wobec nasilającej się presji czasu,
wzrastającej ilości informacji i coraz większej liczby wyborów musimy coraz
bardziej polegać na heurystycznym podejmowaniu decyzji. Chociaż posługiwanie
się heurystykami jest czasem pożytecznym sposobem radzenia sobie z atakiem
gęstego od komunikatów, bogatego w decyzje środowiska, to jednak opieranie
naszych decyzji przede wszystkim na heurystykach może spowodować pewne problemy10.
Po pierwsze, wskazówki
heurystyczne, jakie posiadamy, mogą być fałszywe. (...)
Co można zrobić, aby zmniejszyć
naszą zależność od fałszywych heurystyk?
Jednym ze sposobów zmierzających do rozwiązania tych problemów byłoby
uchwalenie ustaw gwarantujących, aby wskazówki, którymi się posługujemy... były
zgodne z rzeczywistością i stosowane poprawnie. (...) Ostatecznie żaden rząd, bez względu na to, jak jest czujny, nie może
uchronić nas przed naszymi własnymi
przesądami. Na dłuższą metę musimy polegać na własnej wiedzy o
metodach propagandy, oraz na naszych własnych staraniach, żeby ważne sprawy
traktować tak, jakby naprawdę były one ważne.
18
Przekonywanie samego siebie
......... 146
Druga wojna światowa była nie
tylko wojną na bomby i kule, lecz także na słowa i propagandę. Ofensywę propagandową faszystów jako pierwszy
przedstawił w zarysie Adolf Hitler, w swojej książce Mein Kampf,
a następnie zrealizował ją Joseph Goebbels i jego Ministerstwo Propagandy.
Stany Zjednoczone przy opracowywaniu swej kampanii, mającej podnieść morale
narodu i zniwelować wpływ propagandy hitlerowskiej, oparły się na luźnej grupie
psychologów społecznych i innych specjalistów z dziedziny nauk społecznych.
Jednym z niezwykłych
kombatantów w tej propagandowej wojnie była Komisja ds. Nawyków Żywieniowych
(Committee on Food Habits) Departamentu Rolnictwa Stanów Zjednoczonych, którą
kierowała m.in. sławna uczona, antropolog Margaret Mead. Zadaniem tej Komisji w
krytycznej sytuacji czasu wojny było utrzymanie zdrowia Amerykanów mimo
niedoborów pewnych typów pokarmów wysokobiałkowych. Jeden z konkretnych
projektów miał na celu zwiększenie konsumpcji produktów mięsnych takich jak
wołowe serca, nerki i jelita, które w Stanach Zjednoczonych często były
wyrzucane lub wykorzystywane jako pokarm dla zwierząt domowych. Aby to
osiągnąć, Komisja posłużyła się taktyką, która jest dzisiaj w oddziaływaniach
perswazyjnych wszechobecna.
Każdy rodzic, który
kiedykolwiek próbował namówić dziecko do zjedzenia szpinaku, potrafi docenić
trudność przekonania narodu, że wołowe serca, nerki i jelita są pożywne i
smaczne, a tym bardziej trudność nakłonienia ludzi, żeby je rzeczywiście jedli.
Jak Lewin tego dokonał? No cóż, on tego nie dokonał – przynajmniej nie
bezpośrednio. Lewin jednak nakłonił ludzi, żeby sami przekonali siebie do
jedzenia tych gatunków mięsa, zwanych podrobami. Aby zademonstrować skuteczność
perswazji uczestniczącej, generowanej przez samego siebie, Lewin przeprowadził
prosty eksperyment poświecony problemowi, jak przekonać gospodynie domowe
(które wówczas podejmowały większość decyzji dotyczących żywienia rodziny) do
jedzenia nielubianych podrobów1.
Połowa gospodyń domowych
wysłuchała ciekawego odczytu o zaletach podrobów. W czterdziestopięciominutowym
odczycie położono nacisk na znaczenie, jakie spożywanie podrobów ma do wysiłku
wojennego; podkreślono, że są one zdrowe i korzystne pod względem ekonomicznym;
rozdano powielone przepisy kulinarne. Na zakończenie odczytu prelegentka
opowiedziała o sukcesie, jaki odniosła podając potrawy z podrobów własnej
rodzinie.
Pozostałe gospodynie spędziły swoje
czterdzieści minut na przekonywaniu samych siebie podczas grupowej dyskusji.
Osoba kierująca dyskusją zaczynała od krótkiego wprowadzenia, przedstawiającego
problem zachowania zdrowia w czasie wojny. Następnie pozyskiwała pomoc ze
strony gospodyń domowych, zadając im pytanie:
„Czy myślicie, że gospodynie domowe takie jak wy można by przekonać do
wzięcia udziału w programie podrobowym?”. W dyskusji grupowej użyto wielu
argumentów takich samych, jak podane w odczycie, lecz przyniosła ona znacznie
bardziej przekonujące efekty. Spośród gospodyń domowych, które wysłuchały
odczytu, tylko 3% podało podroby. Z wynikiem tym jaskrawo kontrastuje fakt, że
aż 32% gospodyń domowych, które w dyskusji grupowej angażowały się w
autoperswazję, podało swoim rodzinom podroby. Późniejsze badania nad perswazją
wykazały, że autoperswazja – czy to wywołana przez
dyskusję grupową, czy przez skłonienie danej osoby do przedstawienia stanowiska
oponenta, czy też przez poproszenie jej, by wyobraziła sobie przyjęcie pewnego
kierunku działania – jest jedną z najskuteczniejszych technik perswazyjnych2, jakie kiedykolwiek zostały wymyślone.
(...) Technika autoperswazji dobrze pasuje do
cenionych przez Amerykanów wartości: uczestnictwa, samodzielności i decydowania
o sobie. Jak na ironię, chociaż ta technika wykorzystuje fakt, że cenimy
samodzielność, to jednak w rzeczywistości możemy zostać wmanipulowani w jakiś
kierunek działania, który często jest korzystny przede wszystkim dla
manipulatora.
Wyprawa do salonu sprzedaży
samochodów... (...)
Sprzedawcy samochodów nie są jedynymi
sprzedawcami, którzy odkryli autoperswazję. Specjaliści od reklamy w środkach
masowego przekazu opracowali własny zestaw wariantów. Skutecznym rodzajem
reklamy telewizyjnej jest reklama typu „kawałek życia”, która pozwala nam
marzyć wraz z występującymi w reklamie postaciami, bardzo podobnymi do nas
samych, gdy skutecznie rozwiązują one swoje problemy życiowe, używając
oczywiście reklamowanego produktu.
(...)
19
„Gołe” strychy i bohaterowie wojenni
z naszego sąsiedztwa:
o żywości i obrazowości komunikatów .........
150
Pół wieku temu, w latach
pięćdziesiątych XX stulecia, w pewnej
miejscowości miano rozstrzygnąć przez głosowanie, czy fluoryzować wodę w
wodociągach miejskich w celu zwalczania próchnicy zębów. Kampanię informacyjną,
która wydawała się zupełnie logiczna i rozsądna, zapoczątkowali zwolennicy
fluoryzacji. (...)
(...) Na przykład na jednej z ulotek przeciwników
fluoryzacji znajdował się rysunek
przedstawiający dość szpetnego szczura oraz napis: „Nie pozwólcie im dodawać trucizny na szczury do wody, którą pijecie”.
W referendum zwolennicy fluoryzacji wody ponieśli dotkliwą porażkę.
Oczywiście, wydarzenie to nie
jest rozstrzygającym dowodem wyższości żywych, obrazowych apeli, przede
wszystkim dlatego, że nie było to badanie kontrolowane w sposób naukowy. Nie
mamy pojęcia o tym, jak ludzie głosowaliby, gdyby nie rozprowadzono żadnych
ulotek; nie wiemy też, czy ulotka przeciwników fluoryzacji trafiła do
większej liczby ludzi, czy była
łatwiejsza do przeczytania niż teksty zwolenników tej metody, itd. To jednak
podnosi interesujące pytanie: czy żywe, obrazowe apele są bardziej przekonujące
niż inne, mniej interesujące i bardziej bezbarwne komunikaty. Coraz więcej badań wskazuje, że odpowiedź
brzmi „tak” – pod pewnymi warunkami.
Piękna naukowa demonstracja
siły przekonywania takich żywych i obrazowych argumentów dotyczy dziedziny
oszczędności energii. (...)
Także politycy posługują się
żywymi, obrazowymi przykładami i szczegółowymi opisami przypadków, żebyśmy
uwierzyli w ich programy i koncepcje polityczne. Kathleen Hall Jamieson, która
prowadzi badania nad komunikacją, w swojej książce Eloquence in an Electronic Age
(Elokwencja w erze elektronicznej) próbuje odpowiedzieć na pytanie,
dlaczego zarówno wielbiciele, jak i wrogowie prezydenta Ronalda Reagana
uważają, że posiada on wspaniałą
umiejętność komunikowania się4. Prezydentura Reagana nie
przyniosła wielkich przemówień – tak elokwentnych czy tak pamiętanych jak
przemówienie Lincolna w Gettysburgu, pogawędki przy kominku Franklina D.
Roosevelta czy mowa Kennedy’ego „Ich bin ein Berliner” („Jestem berlińczykiem”).
Zamiast nich był szereg charakterystycznych powiedzonek, takich jak „Make my
day” („Zróbcie mi przyjemność”) i „There you go again” („I znowu to samo”).
Jamieson dowodzi, że styl
komunikacji stosowany przez Reagana różnił się bardzo od stylu poprzednich
prezydentów. Wcześniejsi prezydenci do lansowania popieranych przez siebie
spraw używali środków klasycznej retoryki – dobrze skonstruowanych argumentów,
porównywania możliwych rozwiązań, argumentacji opartej na metaforze. Reagan do
przedstawiania swych poglądów i koncepcji stosował dramatyzację i opowiadanie
historyjek. W swoich przemówieniach przekonywał tworząc wyobrażenia wizualne,
ukazując związek najważniejszych spraw, jakimi zajmował się jego rząd, z
osobistymi potrzebami i pragnieniami obywateli oraz angażując nas emocjonalnie
w dramatyczną opowieść o życiu Amerykanów.
Na przykład w swoim pierwszym
inauguracyjnym przemówieniu Reagan starał się przekonać swoich słuchaczy, że
zaangażowanie Ameryki w wojnę wietnamską
było słuszne i zaszczytne. Jest wiele sposobów uzasadnienia tego twierdzenia.
Można by przedstawić słuchaczowi listę racji, uzasadniających tę wojnę: pomogła
ona powstrzymać rozprzestrzenianie się komunizmu; miała zapobiec obaleniu
demokracji i powstaniu jeszcze jednego totalitarnego reżimu, była podobno
popierana przez ludność Wietnamu Południowego, itd. Wojnę tę można było także
porównać z innymi opcjami dostępnymi w tym czasie. Nie
taki był styl Reagana.
Reagan, ze swej siedziby w
budynku Kapitolu, opisywał widoki Waszyngtonu tak, jak gdyby kamery telewizyjne
dokonywały ujęcia panoramicznego tej scenerii – pomnik Waszyngtona, pomnik
Lincolna, i wreszcie, po drugiej stronie Potomacu, wzgórza Cmentarza Narodowego
w Arlington, gdzie rzędy prostych białych krzyży i gwiazd Dawida znaczą groby
tych, którzy oddali życie za ojczyznę. Reagan kontynuował.
„Ich życie zakończyło w
miejscach zwanych Belleau Wood, Argonne, Omaha Beach, Salerno, a także w tak
odległych punktach kuli ziemskiej jak Gaudalcanal , Tarawa, Pork Chop Hill,
Chosin Reservoir oraz na setkach poletek ryżowych i w dżunglach kraju zwanego Wietnamem”.
Włączając poległych w wojnie
wietnamskiej w ciąg symboli i obrazów przywołujących najlepsze przykłady
heroizmu amerykańskiego, Reagan za pomocą jednego żywego, sugestywnego obrazu
przekształcił wojnę w Wietnamie w sprawiedliwą i zaszczytną misję.
Być może najbardziej pamiętne
mowy Reagana zostały wygłoszone w Kongresie. W tych przemówieniach Reagan
opisywał czyny dokonywane przez indywidualnych obywateli w służbie swojemu
krajowi. Członkowie Kongresu bili brawo, przypatrującą się wystąpieniu
prezydenta publiczność wypełniała duma z dokonań ich współobywateli, a Reagan
uzyskiwał aprobatę narodu dla swej polityki.
Na przykład, żeby uzyskać
poparcie dla inwazji Stanów Zjednoczonych na Grenadę, Reagan wyróżnił sierżanta
Stephena Trujillo. W czasie ataku na Grenadę Trujillo ocalił życie wielu
żołnierzy, swoich towarzyszy walki. Gdy Kongres oklaskiwał męstwo sierżanta
Trujillo, Reagan szybko dorzucił: „Ty [Trujillo] dałeś wolność narodowi”,
usprawiedliwiając w ten sposób inwazję dokonaną przez Stany Zjednoczone.
Aby przekonać naród, że ubóstwo
nie jest poważnym problemem społecznym, Reagan często posługiwał się historiami
o ludziach, którzy zaczynając od zera dorobili się fortuny, oraz opowieściami o
pomocy sąsiedzkiej. (...)
Argumenty Reagana dotyczące
biedy w Stanach Zjednoczonych możemy analizować w bardzo podobny sposób, jak w
przypadku opowieści naszego przyjaciela o sprawiającej kłopoty Toyocie. Gdy
Reagan obejmował władzę, na dziewięcioro amerykańskich dzieci jedno żyło w
ubóstwie, pod koniec jego prezydentury – jedno na czworo. W zależności od naszych propagandowych celów, nie byłoby
trudno znaleźć żywe przykłady albo dzieci żyjących w ubóstwie, albo dzieci,
których rodzice sami wydobyli się z biedy. Takie przykłady konkretnych ludzi
mogą czynić nasze argumenty bardziej przekonującymi, lecz niewiele dają, jeśli
chodzi o zajęcie się problemem ubóstwa w Ameryce. Wymagałoby to dokładnej analizy, jak różne
rodzaje polityki rządu wpływały na wskaźniki ubóstwa. Przywódca komunistyczny
Józef Stalin wyprzedził obecne wykorzystywanie obrazowości w technikach
propagandowych, kiedy trafnie zauważył:
„Śmierć jednego rosyjskiego żołnierza jest tragedią, śmierć miliona jest
statystyką”5.
Zaniedbalibyśmy nasze
obowiązki, nie zwracając uwagi na fakt, że żywe, obrazowe apele są stosowane
nie tylko przez republikanów. (...)
Żywe, obrazowe apele można
odnaleźć w najróżniejszych dziedzinach. Włącz telewizor... (...)
W całej historii Ameryki żywe,
obrazowe, osobiste apele poruszały duszę narodu – takie powieści jak Chata Wuja Toma Harriet Beecher Stowe, Dżungla Uptona
Sinclaira, Grona gniewu Steinbecka i Rzeźnia numer pięć Kurta Vonneguta to tylko kilka
przykładów. Jednak, chociaż powieści oddziałują skutecznie, to zdolność
telewizji do prezentowania żywych, wzbudzających silne emocje obrazów nie ma
sobie równych.
Niektórzy badacze komunikacji społecznej sądzą, że nastroje antywojenne w czasie wojny wietnamskiej – pierwszej wojny
pokazywanej w telewizji amerykańskiej – były spowodowane po części nieustannym
potokiem obrazów wojny, prezentowanych na ekranach telewizorów w Stanach
Zjednoczonych10. Armia Stanów Zjednoczonych po tej wietnamskiej
lekcji dołożyła wszelkich starań, żeby ograniczyć wpływ żywych, sugestywnych
obrazów – z wojny w Zatoce Perskiej i wojny w Kosowie – do Amerykanów
oglądających telewizję u siebie w domu. Istotnie, urzędnicy rządowi dopilnowali,
żeby na ekranach naszych telewizorów pojawiały się tylko obrazy przemawiające
za zaangażowaniem Stanów Zjednoczonych w Zatoce Perskiej, takie jak
przedstawiający amerykański pocisk rakietowy, trafiający z chirurgiczną
precyzją w główną kwaterę dowództwa irackiego, czy iracką rakietę Scud
spadającą z nieba. (...)
Ta zdolność telewizji do
dramatyzowania uzasadnia naszą troskę i dbałość o to, żeby przekonujące, a
czasami także żywe i obrazowe argumenty nie były zastępowane przez historyjki,
które są tylko żywe, obrazowe i wzruszające.
20
Dlaczego oni ciągle powtarzają te same reklamy? .........
157
W 1882 roku T. Procter z
Cincinnati (stan Ohio) zaczął wprowadzać na rynek swoje nowe mydło, które
nazwał „Ivory” („Kość słoniowa”), za pomocą zamieszczanych w gazetach i
czasopismach reklam głoszących, że mydło to „pływa” i jest „w 99,44% czyste”. W
1922 roku Gerald Lambert, syn
założyciela firmy Lambert i Lambert, zaangażował
chicagowską agencję reklamową William i Cunnyngham, aby spowodowała zwiększenie słabego tempa sprzedaży Listerine
– produktu używanego wówczas jako środek antyseptyczny w chirurgii i do
zwalczania infekcji gardła. Hasło kampanii reklamowej brzmiało: „Nawet najlepszy przyjaciel nie powie ci
tego. Listerine pomaga na cuchnący oddech”. Wiele lat później, w 1954 roku,
delegacja firmy tytoniowej Philip Morris prosiła słynnego chicagowskiego speca
od reklamy Leo Burnetta, by pomógł rozwiązać pewien problem marketingowy –
opracowując kampanię reklamową, która przekonałaby mężczyzn do kupowania
papierosów z filtrem (uważanych wówczas za papierosy damskie). W następnym roku
Burnett wprowadził swoją pierwszą reklamę papierosów Marlboro, przedstawiającą
supermęskiego kowboja, jadącego konno po prerii z papierosami w dłoni1.
Co te trzy reklamy mają ze sobą
wspólnego (poza tym, że przyczyniły się do sprzedaży milionów sztuk
reklamowanych produktów)? Reklamy te
oglądały, w takiej czy innej formie, niezliczoną ilość razy pokolenia
niezliczonych Amerykanów. Powtarzanie reklam, sloganów reklamowych i zalet
towarów jest wspólną cechą współczesnej reklamy amerykańskiej. Jednak w
badaniach ankietowych mających ustalić, co ludzie myślą o reklamie, jedną z
najczęściej i najbardziej konsekwentnie powtarzających się skarg jest
stwierdzenie, że denerwujące jest oglądanie ciągle tych samych, starych reklam.
Jeżeli powtarzanie reklam jest tak irytujące, to dlaczego reklamujące się firmy
czynią to nadal?
(...)
Joseph Goebels, hitlerowski
minister propagandy, rozumiał dobrze, jak potężnym czynnikiem propagandowym
jest powtarzanie. Jego kampanie propagandowe były oparte na prostym
spostrzeżeniu: masy nazywają prawdą tę informację,
która wydaje się im najbardziej znajoma. Jak ujął to Goebbels:
„Szare masy społeczeństwa są zwykle znacznie bardziej prymitywne niż sobie wyobrażamy. Propaganda musi zatem być przede wszystkim prosta i powtarzana wielokrotnie. Na dalszą metę ten tylko osiągnie podstawowe rezultaty w oddziaływaniu na opinię publiczną, kto potrafi sprowadzić problemy do najprostszej postaci, i kto ma odwagę, żeby zawsze powtarzać je w tej uproszczonej formie, pomimo sprzeciwu intelektualistów”5.
Seria przeprowadzonych niedawno
eksperymentów potwierdza trafność spostrzeżeń Goebbelsa – powtarzanie jakiejś
informacji zwiększa jej postrzeganą prawdziwość6. (...)
Mimo to firmy reklamujące się
wiedzą, że wielokrotna prezentacja może prowadzić do tego, co znane jest jako
„znużenie reklamą”... (...)
Oczywiście sęk w tym, że
codziennie widzimy i słyszymy wiele perswazyjnych komunikatów, i że widzimy i
słyszymy je wielokrotnie. Trudno zastanawiać się głęboko nad każdym z tych
komunikatów.*
* Ale możemy zastanawiać się głęboko nad czymś
bardzo istotnym. W ważnych sprawach prywatnych bezpośrednio nas dotyczących,
przeważnie każdy tak robi. Gorzej z ważnymi sprawami publicznymi. Nasza
powierzchowna znajomość zagadnień publicznych i niechęć do ich zgłębiania,
sprawiają, że bardzo ułatwiamy życie stosującym nieuczciwe praktyki.
Anonimus
21
Jeśli nie masz nic do powiedzenia –
odwróć ich uwagę
......... 162
Kiedy zetkniemy się z jakimś
perswazyjnym komunikatem, zwłaszcza takim, który jest sprzeczny z naszymi
ważnymi przekonaniami, jesteśmy skłonni, gdy tylko to możliwe, natychmiast
wymyślać kontrargumenty. Skłonność ta jest dla nas bardzo przydatna: chroni ona
nasze opinie przed nadmiernymi wpływami. Opór ten może doprowadzić do udaremnienia celu propagandysty, zwłaszcza
wtedy, gdy podawane przez niego argumenty są słabe i bałamutne, a zatem łatwe
do obalenia.
Jednak zawodowi spece od
perswazji, zdając sobie sprawę z naszej skłonności do wysuwania kontrargumentów, odkryli sposób
pozwalający w pewnej mierze pokonać ten
opór. Specjaliści od reklamy od dawna kierują się dewizą: „Jeśli nie masz nic do powiedzenia, zaśpiewaj
to!”. Innymi słowy, umiarkowana
dystrakcja (rozproszenie uwagi spowodowane przez piosenkę, niezwiązany z
tematem obraz, itd.) może zakłócić
wynajdowanie kontrargumentów i zwiększyć
skuteczność komunikatu perswazyjnego.
W jaki sposób specjaliści od
reklamy starają się zakłócić wymyślanie kontrargumentów, mających na celu
odparcie twierdzeń zawartych w ich komunikatach? Czasami dosłownie śpiewają jak w przypadku
reklamy Rinso i wielu podobnych. Inna kategoria technik rozpraszania uwagi to
korzystanie na dużą skalę ze swobody twórczej przy projektowaniu układu
graficznego i sposobu prezentacji reklamy. W odniesieniu do reklam drukowanych
w czasopismach i gazetach przykłady takich „artystycznych” technik
obejmują zdjęcia atrakcyjnych modelek lub
jakichś wyjątkowych obiektów przyciągających uwagę... W telewizji techniki artystyczne... Sztuka specjalisty od reklamy polega na tym,
aby wywołać rozproszenie uwagi wystarczającej do zakłócania wymyślania kontrargumentów, lecz nie tak
duże, by uniemożliwiło odebranie komunikatu.
Ostatnio specjaliści od reklamy
telewizyjnej wprowadzili nową, subtelną technikę, która może służyć do
rozpraszania uwagi i zakłócania przetwarzania komunikatu, a mianowicie
kondensację w czasie (time
compression). Aby oszczędzić
na kosztach nośnika reklamy, firma reklamująca się może na przykład
trzydziestosześciosekundową reklamę telewizyjną „skondensować tak”, by
zmieściła się w trzydziestosekundowym „okienku”, puszczając tę reklamę z
szybkością równą 120% szybkości normalnej. Ze względów natury psychologicznej trudniej
jest wymyślać argumenty przeciwko reklamom skondensowanym w czasie. (...)
Reasumując, specjaliści od
reklamy (oraz inne osoby i instytucje dążące do wywarcia na nas wpływu) stosują
różne sposoby postępowania, aby odwrócić naszą uwagę od analizowania komunikatu
i wymyślania kontrargumentów. Takie rozproszenie uwagi, jeśli jest umiarkowane,
może doprowadzić do skuteczniejszej perswazji wtedy, gdy mamy naturalną
skłonność do niezgadzania się – jeśli na przykład komunikat jest
nieprzekonujący lub nieprzyjemny. (Niech
pani robi, co chce. A ja się nie
zgadzam! - Zasłyszane. Anonimus). Końcowym rezultatem jest, oczywiście,
trochę bardziej bezmyślna propaganda i nieco mniej rozsądna perswazja.
22
Jeśli chcesz zyskać trochę,
proś o dużo – czasami! .........
166
Przypuśćmy, że przemawiasz do
słuchaczy, którzy nie zgadzają się zdecydowanie z twoim punktem widzenia – jak
w przypadku przeciwnika aborcji przemawiającego do lobby, które popiera swobodę
wyboru w tej sprawie, lub producenta samochodów usiłującego przekonać
potencjalnych klientów, że samochód, który uważają za zupełnie bezwartościowy,
jest w rzeczywistości znakomity. Czy skuteczniejsze będzie przedstawianie
argumentów w ich najbardziej skrajnej postaci, czy też złagodzenie komunikatu
przez zaprezentowanie go w taki sposób, żeby nie wydawał się przerażająco różny
od stanowiska słuchaczy?
Przypuśćmy na przykład, że
jesteś przekonany, iż człowiek, chcąc zachować zdrowie, powinien co dzień
intensywnie ćwiczyć; każda aktywność
fizyczna będzie pożyteczna, lecz najlepiej byłoby poświęcić na ten cel chociaż godzinę dziennie. Twoje audytorium składa się z leniwców,
którzy zdają się mniemać, że przełączanie kanałów telewizyjnych za pomocą
pilota jest wystarczającym ćwiczeniem dla przeciętnego człowieka. Czy w większym stopniu zmieniłbyś opinię swych słuchaczy, gdybyś
dowodził, że powinni zacząć realizować rygorystyczny codzienny program
biegania, pływania i ćwiczeń gimnastycznych, czy też sugerując program krótszy
i wymagający mniej wysiłku? Krótko
mówiąc, jaki jest najbardziej efektywny poziom rozbieżności między opinią audytorium a zaleceniem podawanym przez
nadawcę komunikatu? * (...)
* Nawiasem mówiąc, bardzo dużo zależy od
tematu, audytorium, nadawcy komunikatu i w ogóle okoliczności. Wątpię w
praktyczną trafność jakichkolwiek
średnich w tych sprawach. Na marginesie:
dla jednych intensywne ćwiczenia fizyczne (po odpowiednim do nich
przygotowaniu), mogą być bardzo pożyteczne, dla drugich wprost przeciwnie.
Anonimus
(...) Wróćmy do naszego przykładu dotyczącego
ćwiczeń fizycznych. Wyobraźmy sobie 73-letniego mężczyznę, który zwyciężył w
ostatnim maratonie bostońskim i ma ciało mężczyzny dwukrotnie młodszego. Gdyby
człowiek ten powiedział mi, że dobrym
sposobem utrzymania kondycji i osiągnięcia w zdrowiu późnego wieku jest
intensywne ćwiczenie co najmniej dwie godziny dziennie, to uwierzyłbym mu. Z
całą pewnością bym mu uwierzył! I nakłoniłby on do poświęcenia więcej czasu na
ćwiczenia, niż gdyby stwierdził, że powinienem ćwiczyć tylko 10 minut dziennie.
Przypuśćmy jednak, że pogląd taki przekazała osoba nieco mniej wiarygodna, np.
nauczyciel wychowania fizycznego w szkole średniej. Gdyby nauczyciel ten
zaproponował, abym ćwiczył 10 minut dziennie, to sugestia ta mieściłaby się w
mojej sferze akceptacji i mogłaby wpłynąć na moją opinię i zachowanie. Gdyby
jednak radził mi ćwiczyć intensywnie dwie godziny dziennie, byłbym skłonny
określić go jako szarlatana, dziwaka, maniaka zbzikowanego na jednym punkcie –
i mógłbym spokojnie oddawać się błogiemu lenistwu.
----
Gimnastyka
poranna
Moją ulubioną audycją radiową była dawniej gimnastyka poranna. Każdego ranka
z radioodbiornika Szarotka płynęły słowa zachęty niezapomnianego doktora
Hofmana: „Otwieramy szeroko okno, oddychamy głęboko,
stajemy w rozkroku, ramiona uniesione w górę i skłony, tak aby czubkami palców
dotknąć do podłogi. Ćwiczymy: skłon i wyprost, skłon i wyprost, wdech i wydech,
a teraz łączymy nogi, unosimy się lekko na palcach i schodzimy do przysiadu, i
w górę, i w dół, i wdech, i wydech...”
To były czasy...! Siedziałem sobie w kuchni przy stole, żona
smażyła jajecznicę, a ja powtarzałem „wdech i wydech, góra, dół, skłon i
wyprost”. I komu to przeszkadzało?
Popijało się kawę Inka, a dziś komu Inka kojarzy się z cykorią?
Daniel Passent, Polityka Nr 36 (2468)
z 4 września 2004 r., str. 99.
Dalej, to już o politykach i obyczajach, „miłości bliźniego”, k... na ulicach i
goebbelsach w radiu, coś też o wodzie i gęsiach.
Anonimus
----
(...) Sprzeczne rezultaty badań zostały wyjaśnione:
gdy wiarygodność nadawcy jest duża, wówczas im większa rozbieżność między
głoszonym przezeń poglądem a poglądami audytorium, w tym większym stopniu
audytorium zmieni swe stanowisko; z drugiej strony, gdy wiarygodność nadawcy
jest wątpliwa lub niewielka, największą zmianę opinii wywołuje umiarkowana
rozbieżność poglądów. (...)
(...) W rozdziale tym przyjęliśmy nieco inne
podejście do tematu perswazji niż w pozostałych rozdziałach tej książki –
rozpatrywaliśmy go tu nie z punktu widzenia propagandysty czy adresatów
perswazji, lecz z perspektywy naukowca. Innymi słowy, szukaliśmy odpowiedzi na
pytanie, co przynosi pożądane skutki, kiedy i w jaki sposób.
(...)...przyjęliśmy tę perspektywę, żeby czytelnik mógł zajrzeć za kulisy
procesu poznawania zasad perswazji, omawianych w całej tej książce. Wiedza
psychologa społecznego o perswazji nie narodziła się w wyniku jałowych
spekulacji zza biurka. Każdy drobny fakt
dotyczący perswazji jest często rezultatem zakrojonych na szeroką skalę
badań i eksperymentów, które wielu badaczy prowadziło nieraz przez wiele lat.
Badania takie stanowią niezbędne antidotum na propagandę naszych czasów.
23
Ideał Protagorasa.
Jednostronne zachwalanie a dwustronna debata .........
172
Grecki historyk Herodot przedstawia
następującą opowieść o początku Wojny Perskiej.
W 480 roku p.n.e. Kserkses, król Persji, postanowił wszcząć wojnę
przeciw greckim miastom-państwom w odwecie za upokarzającą klęskę, jaką
dziesięć lat wcześniej Persowie ponieśli pod Maratonem. Artabus, wuj Kserksesa,
opowiadał się przeciwko wojnie z tego powodu, że grecka armia i flota mogły
łatwo pokonać Persję. Rozpoczął swoją mowę takimi oto słowami:
„O królu, nie można dokonać najlepszego wyboru, jeśli nie zostanie wyrażona
więcej niż jedna opinia; człowiek byłby bowiem zmuszony zastosować się do
każdej rady, jaka zostałaby mu udzielona; jeśli jednak wygłaszane są stanowiska
przeciwstawne, wówczas można dokonać wyboru. Podobnie, czystego złota nie
rozpoznaje się samego, lecz porównuje się je z mniej szlachetnym kruszcem, i
dostrzega wówczas, który z nich lepszy”1.
(...) Co się tyczy perswazji, to starożytni Grecy
mieli wizje ideału. Sofista Protagoras był przekonany, że każde zagadnienie ma
dwie strony czy dwa aspekty. (...)
(...) Jednak ideał Protagorasa jest bardzo odległy od tego typu perswazji, z
którym obecnie mamy do czynienia w środkach masowego przekazu. Typowa reklama
jest jednostronna i zawiera mało informacji, dużo zachwalania i wiele
przesadnych twierdzeń. (...)
Biorąc pod uwagę złożoność wielu spraw publicznych, można by
mieć nadzieję, że przemówienia polityków i urzędników państwowych będą bardziej
przypominać ideał Protagorasa niż praktyki współczesnych specjalistów od reklamy
skierowanej do konsumentów. Niestety, struktura współczesnych środków masowego
przekazu nie zawsze ułatwia realizację tego ideału. (...)
Czy argumentacja dwustronna
zawsze jest bardziej przekonująca niż komunikat jednostronny? Albo, ujmując to
bardziej otwarcie, jakie czynniki sprawiają , że argumentacja jednostronna jest
tak skuteczna, iż zdaje się ona być taktyką preferowaną przez większość
współczesnych propagandzistów? Żeby lepiej zrozumieć sposoby stosowania i
nadużywania jedno- i dwustronnych komunikatów, rozpatrzmy warunki, w których
każdy z nich jest bardziej przekonujący.
Przypuśćmy, iż zmierzasz
wygłosić przemówienie, aby przekonać swych słuchaczy, że konieczne są większe
wydatki na edukację lub że nadwyżkę budżetową należy przeznaczyć na obniżenie
podatku od paliwa. Czy przekonałbyś więcej osób, gdybyś po prostu przedstawił
swój pogląd, pomijając argumenty przeciw twojemu stanowisku, czy też byłbyś
bardziej przekonujący, gdybyś omówił te argumenty i starał się je odeprzeć?
Zanim spróbujemy odpowiedzieć
na to pytanie, zapoznajmy się bliżej z czynnikami, jakie wchodzą tu w grę.
(...)
Badania na ogół wykazują, że im
lepiej poinformowani są słuchacze, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zostaną
przekonani przez jednostronną argumentację, i tym większe prawdopodobieństwo,
że przekona ich komunikat, w którym przytacza się istotne argumenty
przeciwników, a następnie przystępuje do ich odparcia7. Zgadza się
to ze zdrowym rozsądkiem... Z drugiej
strony, osoba słabo poinformowana rzadziej wie o istnieniu przeciwstawnych
argumentów. ...jeśli w komunikacie
przytacza się kontrargumenty, to u takiej osoby może spowodować to
dezorientację.
Charakter środków masowego
przekazu , które aż gęste są od komunikatów, sprawia, że trudno jest reagować
inteligentnie na to, co odbieramy.
Innym czynnikiem, który wpływa
na efektywność jednostronnej bądź dwustronnej perswazji jest stanowisko
zajmowane początkowo przez słuchaczy. Jak można by oczekiwać, jeśli członek
audytorium jest już skłonny wierzyć w argumenty nadawcy, to prezentacja
jednostronna ma większy wpływ na jego opinię niż prezentacja argumentów obu
stron. Jeżeli jednak słuchacz skłania się ku stanowisku przeciwnemu, wówczas
łatwiej można go przekonać prezentując stanowiska obu stron i podważając
argumenty przeciwników. Powinniśmy podkreślić, że wyniki badań nie przemawiają
za skutecznością prostej dwustronnej argumentacji: przemawiają one za
skutecznością przedstawiania stanowisk obu stron i wskazania słabych punktów w
stanowisku przeciwnika.
Większość polityków zdaje się
dobrze znać te prawidłowość: zazwyczaj ich przemówienia różnią się znacznie w
zależności od rodzaju słuchaczy, do których są kierowane.
Gęste od komunikatów środowisko
masowego przekazu nie sprzyja wnikliwemu, rozumnemu przetwarzaniu treści
komunikatu. Łatwość, z jaką możemy przełączać kanały telewizyjne, pozwala nam
bez trudu znaleźć najprzyjemniejszy i najbardziej zajmujący komunikat.
Rywalizując w tym środowisku, nadawcy mogą w coraz większym stopniu posługiwać
się jednostronnymi, tendencyjnymi komunikatami, zmniejszając jeszcze bardziej
szanse słuchaczy na zrozumienie tematów dnia.
Nie wszystko jest stracone dla
tych, którzy opowiadają się za greckim ideałem perswazji – ostatecznie każde
zagadnienie ma dwie strony. W czasie
kampanii prezydenckiej w 1988 roku League of Women Voters (Liga Kobiet
Wyborców) odmówiła sponsorowania takich debat
kandydatów do urzędu prezydenta, jakie tradycyjnie przeprowadzano. Oto
powód: eksperci polityczni opracowali reguły debaty w taki sposób, że prawdziwa
dyskusja nie była możliwa; kandydaci mogli więc prezentować swoje jednostronne
przemówienia wyborcze i nigdy im nie groziło, że będą zakłopotani koniecznością
starannego porównywania swych stanowisk
w odniesieniu do różnych zagadnień.
W 1992 kampania prezydencka
była inna – trochę inna9. Wielu obywateli było – jak się zdaje –
słusznie zirytowanych sposobem przeprowadzenia kampanii w 1988 roku, a media
informacyjne wydawały się zażenowane tym, że w kampanii nie zajmowano się
rzeczywistymi problemami. (...) Jedno z
najważniejszych wydarzeń kampanii w 1992 roku miało miejsce w Richmond w stanie
Virginia, gdzie w czasie debat prezydenckich słuchacze zwracali uwagę
kandydatom, żeby zaprzestali obrzucania się błotem i nieistotnych napaści
osobistych, a przeszli do omawiania problemów.
Sukces, chociaż ograniczony,
jaki w latach siedemdziesiątych XX wieku odniosła Federalna Komisja Handlu
zwiększając liczbę reklam porównawczych w telewizji, sugeruje, że Liga Kobiet
Wyborców i obywatele z Richmond mogli być na właściwym tropie.
Jak wykazały wybory
prezydenckie w Stanach Zjednoczonych po 1992 roku, a także wiele wyborów
stanowych i lokalnych, jeśli chcemy wyborów ukierunkowanych na problemy, to
obywatele muszą się ich domagać. Zwracając uwagę na formę i styl komunikatów
perswazyjnych, możemy osiągnąć ten typ perswazji, jakiego wymaga demokracja.
Być może jednym z atrybutów wiarygodności nadawcy powinno być to, w jakim
stopniu rozpatruje on i komunikuje rozumnie i uczciwie obie strony (lub nawet
więcej stron) ważnego zagadnienia. Następnym razem, kiedy kandydat na
prezydenta spróbuje zakończyć debatę i dyskusję, odpowiadając na trudne pytanie
przeciwnika słowami „I znowu to samo”
(jak w debatach prezydenckich w 1980 odpowiadał Ronald Reagan Jimmy’emu
Carterowi)*, być może najlepiej będzie, jeśli bez względu na nasze stanowisko,
zareagujemy gwizdami i śmiechem tak, jak mogliby uczynić to starożytni Grecy.
Ostatecznie, czyja inteligencja jest znieważana, kiedy debatę ogranicza się do
jednostronnych komunikatów?
* Wybory wygrał jednak Ronald Reagan, podobnie w
następnej kadencji. Przykład jest po
prostu nie dopowiedziany, stąd budzi pewne wątpliwości. W maksymalnym skrócie:
brak źródeł..., brak informacji czego dotyczyło „trudne pytanie”?, wyraźne zniecierpliwienie odpowiadającego...,
zwycięstwo w wyborach, sława jako prezydenta. Bez podania kontekstu (i
odesłania do źródeł), w tym stanowiska drugiej strony, przykład debat prezydenckich w 1980 r., wygląda trochę na przykład
tego, co Autorzy sami słusznie krytykują: jednostronnego komunikatu.
Anonimus
Odwoływanie się do emocji:
porusz serce, przekonaj rozum ......... 181
24
Odwoływanie się do strachu
......... 182
W 1741 roku w Enfield, małym
miasteczku w Nowej Anglii (stan Connecticut) Jonathan Edwards wygłosił kazanie
zatytułowane „Grzesznicy w rękach
gniewnego Boga”. W kazaniu tym nauczał:
„ Jest zatem tak, że
zwykli, normalni ludzie trzymani są w ręku Boga nad otchłanią piekła; zasłużyli
na ognistą otchłań i są już na nią skazani... szatan czeka na nich, piekło
otwiera się przed nimi szeroko, płomienie ogarniają ich i migoczą wokół nich, i
chciałyby ich objąć i pochłonąć... krótko mówiąc, nie mają oni ucieczki, nie
mają nic, czego mogliby się uchwycić; w każdej chwili, chroni ich jedynie
arbitralna wola i niezasłużona wyrozumiałość rozgniewanego Boga”1.
Według opinii naocznych
świadków wierni pod wpływem tego kazania „wzdychali ze smutkiem i
płakali”. Są relacje świadczące o tym,
że tysiące ludzi poświęciło swe życie Chrystusowi, co stanowiło część Wielkiego
Przebudzenia osiemnastowiecznej Ameryki.
Po upływie dwóch stuleci Adolf
Hitler powiedział swoim rodakom:
„Żyd uważa pracę za środek do wykorzystywania innych ludzi. Żyd jest fermentem rozkładającym narody. To znaczy, że Żyd niszczy i musi niszczyć. Żyd jest dla nas szkodliwy... Jakie są więc specyficzne żydowskie cele? Rozprzestrzenić swoje niewidzialne państwo jako największą tyranię na wszystkie państwa na całym świecie.
Komunizm jest zwiastunem śmierci, wyniszczenia i zagłady narodu... Czerwony motłoch zagraża Berlinowi... Dzisiaj możemy być przekonani, że w Berlinie
jest więcej niż 600 do 700 tysięcy komunistów. Jak ludzie wyobrażają sobie
przyszłość Niemiec, jeśli nie zahamuje się tego wzrostu? Musimy zwalczać do
samego końca te tendencje, które wżarły się w duszę niemieckiego narodu”2.
Miliony Niemców chętnie
opowiedziały się za Partią Narodowo-Socjalistyczną Hitlera.
Chociaż cele Edwardsa i Hitlera
były zupełnie różne, zastosowana przez nich metoda była taka sama – wzbudzanie
strachu. Zarówno Edwards, jak i Hitler grozili swoim słuchaczom tragicznymi
konsekwencjami, jeśli nie przyjmą pewnego kierunku działania.
Nie tylko hitlerowcy i
kaznodzieje straszący ogniem piekielnym wzbudzają strach po to, żeby motywować
i przekonywać. Agenci towarzystw ubezpieczeń na życie grają na naszych lękach,
aby skłonić nas do nabycia ich polis. Rodzice usiłują nastraszyć swoje dzieci,
aby przekonać je do wczesnego wracania do domu z randek. Lekarze posługują się strachem, żeby nakłonić
pacjentów do zaakceptowania i przestrzegania zalecanego trybu leczenia. Wieczorne wiadomości relacjonują jedną
sensacyjną zbrodnię po drugiej, zwiększając w ten sposób nasz strach przed
przebywaniem na ulicach. Partia polityczna, która utraciła władzę, raczy nas opowieściami
o ekonomicznym i moralnym upadku państwa, w nadziei odzyskania władzy. A poszczególne grupy interesów wzbudzają lęk
przed kolejnymi produktami – kawa może być przyczyną raka trzustki, używanie
aluminiowych garnków może powodować chorobę Alzheimera, płatki zbożowe
zawierają niebezpieczne ilości środka chwastobójczego EDB – pomimo że średnia
długość życia Amerykanów nadal wzrasta3.
Czasami te apele wzbudzające
strach są oparte na uzasadnionych obawach – palenie papierosów powoduje raka;
„niebezpieczny seks” zwiększa prawdopodobieństwo zarażenia się wirusem HIV;
nieczyszczenie zębów szczoteczką i nicią
dentystyczną może prowadzić do bolesnej próchnicy zębów. Często jednak
odwoływanie się do strachu oparte jest na mrocznych, irracjonalnych lękach –
lękach wynikających z uprzedzeń rasowych lub z przekonania, że pod każdym
łóżkiem ukrywa się komunista. Czasami reżim wzbudza strach terroryzując
własnych obywateli, jak w Niemczech Hitlera, w Związku Radzieckim Stalina, w
Chinach za Rewolucji Kulturalnej Mao, w Kambodży Czerwonych Khmerów, w Argentynie
rządzonej prze juntę, w Iraku Saddama Husajna i w niezliczonych innych
miejscach i okresach historycznych. Odwoływanie się do lęku ma silny wpływ,
ponieważ odwraca nasze myśli od starannego rozpatrzenia danego zagadnienia i
skierowuje je ku planom uwolnienia się od niego. Kiedy techniki te wykorzystują bezpodstawne
lęki, sprzyja to wprowadzaniu ludzi w błąd – nie mówiąc już o okrucieństwie
samego wzbudzania strachu.
Nie wszystkie techniki wzbudzające
strach pozwalają osiągnąć pożądane cele. Przez ostatnie kilka lat administracja
państwowa publikowała ogłoszenia ostrzegające Amerykanów przed
niebezpieczeństwami związanymi z zażywaniem narkotyków i strasząc ich
możliwością zarażenia się wirusem HIV. Przeciwnicy wyścigu zbrojeń
jądrowych malują sugestywny obraz
nuklearnej zimy. Jednak wskaźniki zażywania narkotyków pozostają wysokie,
wskaźniki praktykowania bezpiecznego seksu niskie, a unicestwienie świata
wskutek użycia broni jądrowej ciągle jest możliwe. Jakie czynniki sprawiają, że
apel wzbudzający strach jest bardziej lub mniej skuteczny?
Zacznijmy od pozornie prostego
pytania. Przypuśćmy, że w celu spowodowania zmiany opinii chcesz wzbudzić
lęk w sercach osób odbierających
informacje. Czy bardziej skuteczne będzie wzbudzenie jedynie niewielkiego
strachu, czy też powinieneś starać się o wywołanie śmiertelnego przerażenia?
Na przykład, jeśli masz zamiar
przekonać ludzi, żeby jeździli ostrożniej, to czy skuteczniejsze będzie
pokazywanie im krwawych filmów w technikolorze, przedstawiających zmiażdżone i
zakrwawione ciała ofiar wypadków drogowych, czy też lepsze efekty osiągniesz
złagodziwszy nieco swój komunikat – pokazując
pogięte błotniki, mówiąc o podwyższeniu składek ubezpieczeniowych jako o
następstwie nieostrożnej jazdy, i przypominając, że nieostrożni kierowcy mogą
utracić prawo jazdy.
Zdrowy rozsądek przemawia za
obydwoma tymi sposobami postępowania. Z jednej strony można by przypuszczać, że
silny strach będzie motywować ludzi do działania; z drugiej strony można
argumentować, że zbyt wielki strach może wpływać otępiająco to znaczy może
zmniejszać zdolność danej osoby do uważnego odebrania przekazywanego
komunikatu, zrozumienia go, i postępowania zgodnie z nim. My wszyscy skłonni
jesteśmy czasem wierzyć, że „to może się przytrafić tylko innym ludziom – mnie
nie może się zdarzyć”. (...)
Co wynika z naukowego materiału
dowodowego? Przytłaczająca większość danych eksperymentalnych sugeruje, że gdy
wszystkie inne czynniki pozostają stałe, to im większy strach wzbudzi w danej
osobie komunikat, tym bardziej prawdopodobne jest podjęcie przez nią
pozytywnego, profilaktycznego działania.
Przejdźmy teraz do rozpatrzenia zastosowania strachu w komunikatach
perswazyjnych. (...)
Reasumując, wzbudzanie strachu jest
najbardziej skuteczne wtedy, gdy: 1)
naprawdę przeraża ludzi, 2) podaje szczegółowe zalecenie, jak uporać się z
zagrożeniem wzbudzającym strach, 3) zalecane działanie spostrzegane jest jako
skutecznie redukujące zagrożenie, oraz gdy 4) odbiorca komunikatu jest
przekonany, że może wykonać zalecane działanie. (...)
Używanie apeli wzbudzających
strach - w kampaniach prospołecznych lub
dla mniej stosownych celów – skłania do postawienia szerszego pytania, czy w
ogóle powinno stosować się apele wzbudzające strach. Biorąc pod uwagę zdolność
strachu do motywowania i ukierunkowywania naszych myśli, jest tu duże pole do
nadużyć. (...)
25
Technika granfalonu
......... 189
„Mój Boże!” – zawołała – „Czy pan
pochodzi z Indiany?”
Przyznałem, że tak.
„Ja też pochodzę z Indiany” – pisnęła radośnie – „Nie trzeba się tego
wstydzić”.
„Nie wstydzę się tego i nigdy nie spotkałem człowieka, który by się tego
wstydził” – powiedziałem.
Kurt Vonnegut, Cat’s Cradle*
------------
* Wyd. pol. Kocia
kołyska, tłum. L. Jęczmyk, Warszawa, Wyd. Da Capo, 1994
- przyp. tłum.
Jeden z najbardziej
interesujących, a także najbardziej zaskakujących zbiorów wyników w psychologii
społecznej uzyskano przy zastosowaniu
tzw. paradygmatu grupy minimalnej, który stanowi podstawę techniki perswazyjnej
mającej silny wpływ na emocje. (...)
Co sprawia, że granfalon
funkcjonuje w ten sposób? Badacze wykryli dwa podstawowe procesy
psychologiczne, jeden poznawczy, a drugi motywacyjny. (...)
Na tym polega sekret
perswazyjnych możliwości granfalonu. Jeżeli jakiś profesjonalista w dziedzinie
perswazji, spec od reklamy, polityk, telekaznodzieja, potrafi nakłonić nas do
zaakceptowania jego granfalonu, wówczas mamy gotowy sposób nadania sensu
naszemu życiu – sposób tego propagandzisty – i gdy nasze poczucie wartości
staje się coraz silniej związane z tymi grupami, jesteśmy silnie motywowani,
żeby bronić grupy i starać się usilnie przyjąć z dumą jej zwyczaje.
Propagandzista w gruncie rzeczy mówi tak:
„Jesteście po mojej stronie (nie szkodzi, że to ja stworzyłem ten
zespół), teraz postępujecie tak jak my i róbcie to, co wam mówimy”. Przyjrzyjmy się paru konkretnym przykładom
pokazującym, jak granfalony można wykorzystać do perswazji3. (...)
Atrakcyjni są dla nas ludzie
należący do naszego granfalonu, nawet jeśli ci ludzie są niegodziwi i
pozbawieni skrupułów. Jesteśmy też bardziej skłonni do współpracy z tymi,
którzy należą do naszego granfalonu.
Czasami udostępniane są gotowe
granfalony. W ostatnich dziesięcioleciach marketingowcy wkładają niezwykle dużo
wysiłku w kategoryzowanie Ameryki, dzielenie na grupy i style życia, mające na
celu opracowywanie komunikatów i produktów tak, żeby pasowały do każdej grupy7.
Każda grupa jest powiązana z pewnym obrazem swego ja i stylem życia. Reklamy i produkty kieruje się więc na te
rynki, które mogą przynieść zyski. (...)
Podzielana z innymi emocja czy
uczucie także może tworzyć granfalon. (...)
Polityka biurowa dostarcza jeszcze jednego pola do stosowania techniki
granfalonu. Sposobem powszechnie używanym przez „polityków” działających w
różnych instytucjach jest tworzenie „księstw udzielnych”, z własnymi programami
i celami oraz, oczywiście, wrogami. (...)
Niestety granfalony nie są
ograniczane do biur przedsiębiorstw, lecz mogą występować na poziomach polityki
państwowej i międzynarodowej, gdzie stawki są dużo wyższe. Adolf Hitler
potrafił wytworzyć silną tożsamość
niemiecką, wymyślając zagrożenie „żydowskie” i „komunistyczne”, i kładąc
nacisk na wspólne dziedzictwo „aryjskie”. W czasie zimnej wojny propagandziści
amerykańscy i sowieccy przedstawiali drugą stronę jako podżegaczy wojennych nie
liczących się z prawami człowieka i
godnością ludzką. Obecnie trwają nadal konflikty na Bałkanach między Serbami,
Chorwatami i Muzułmanami. Gdy tylko
utworzą się takie tożsamości, słuszny i moralny kierunek działania staje się aż
nazbyt oczywisty.
Biorąc pod uwagę ogłuszający
gwar współczesnej rzeczywistości, jest rzeczą zupełnie ludzką starać się
zredukować ogromne ilości odbieranych przez nas informacji do rozsądniejszego
poziomu przez kategoryzowanie ich i etykietowanie. Zupełnie ludzkie jest także
pragnienie, by należeć do różnych grup i być dumnym z członkostwa w tych
grupach. Takie odczucia mogą mieć pozytywne konsekwencje... (...)
Jednak w innych przypadkach
granfalony mogą być narzędziem manipulacji mającej nakłonić nas, żebyśmy
nabywali niechciane produkty, głosowali na kandydatów nie mających kwalifikacji
i nienawidzili niewinnych ludzi. Co można zrobić, żeby zmniejszyć prawdopodobieństwo,
że staniemy się ofiarą taktyki granfalonu?
Oto pięć prostych, praktycznych
reguł, które mogą pomóc.
Po pierwsze, miej się na
baczności przed tymi, którzy starają się stworzyć grupy minimum i określać
ciebie jako należącego do pewnej kategorii.
Po drugie, postępuj zgodnie ze starą maksymą praw obywatelskich: „Patrz tam,
gdzie jest nagroda”. Staraj się powiązać swoje poczucie własnej wartości z
osiągnięciem celu... a nie z utrzymaniem obrazu własnego ja.
Po trzecie, nie stawiaj całego swojego poczucia własnej wartości na jedną
kartę, na jeden granfalon – to mogłoby prowadzić do fanatyzmu.
Po czwarte, szukaj wspólnej płaszczyzny – celów, które byłyby możliwe do
zaakceptowania zarówno dla grupy
własnej, jak i dla grupy obcej – jako środka do zredukowania ważności granic
grupy.
I na koniec, staraj się myśleć o członku grupy zewnętrznej jako o jednostce,
osobie, kimś, kto może mieć więcej wspólnego z tobą, niż mogłeś poprzednio sądzić.
26
Poczucie winy ułatwia sprzedawanie .........
196
Podczas organizowanej co roku
przez skautki akcji sprzedaży herbatników trzynastoletnia Elizabeth Brinton
sprzedała 11 200 paczek
herbatników. Gdy zapytano ją, jak to
zrobiła, Brinton odpowiedziała: „Trzeba patrzeć ludziom w oczy i sprawić, by
czuli się winni”.
Poczucie winy ułatwia
sprzedawanie – to fakt dotyczący zasad perswazji, o którym zdają się
intuicyjnie wiedzieć rodzice, nauczyciele, duchowni, osoby kwestujące na cele
dobroczynne oraz agenci sprzedający ubezpieczenia na życie. Jednak poczucie winy - poczucie, że jesteśmy odpowiedzialni za
jakiś zły uczynek – może być używane do „sprzedawania” czegoś więcej niż tylko
herbatniki i ubezpieczenia na życie. Poczucie winy może także sprawić, że
przyznasz się do przestępstwa, którego nie popełniłeś...
W fascynującym eksperymencie
Kassin i Kiechel zapraszali studentów wyższej uczelni do swego laboratorium na
badanie, którego przedmiotem wydawało się mierzenie czasu reakcji. Każdy
student miał napisać na komputerze szereg liter , czytanych na głos przez
innego studenta (który w rzeczywistości był współpracownikiem
eksperymentatorów). Przed rozpoczęciem
badania eksperymentator ostrzegał: „Nie dotykaj klawisza ALT, znajdującego się
w pobliżu klawisza spacji, bo program wysiądzie i dane zostaną utracone”. I oto, mniej więcej po minucie wprowadzania
danych, komputer rzekomo ulegał awarii i przestawał działać. Zrozpaczony
eksperymentator oskarżał badanego o naciśnięcie zakazanego klawisza ALT. Wszyscy badani początkowo zaprzeczali temu
oskarżeniu. Następnie eksperymentator majstrował przy klawiaturze, potwierdzał,
że dane zostały utracone, i pytał: „Czy
stuknąłeś w klawisz ALT?” Następnie
proszono badanego, żeby podpisał odręcznie napisane przyznanie się do winy o
treści: „Stuknąłem w klawisz ALT i spowodowałem
uszkodzenie programu. Dane zostały
utracone”, informując go, iż spowoduje to, że zatelefonuje do niego kierownik
badania.
Ilu badanych przyznało się do
zbrodni,* której nigdy nie
popełnili? Kassin i Kechel stwierdzili,
że aż 69% badanych podpisało to przyznanie się do winy. Co więcej, 28% badanych
powiedziało później innemu studentowi (rzekomo nie mającemu nic wspólnego z tym
eksperymentem), że stuknęli w zły klawisz. Innymi słowy, badani ci rzeczywiście
uwierzyli, że popełnili to wykroczenie, przy czym niektórzy z nich nawet
szczegółowo opisywali jak do tego doszło.
* Na marginesie: wmówiono im nie zbrodnię, nawet nie wykroczenie ale pomyłkę, łatwą zresztą do usprawiedliwienia i
zrzucenia z siebie części winy nieumyślnej,
na autora programu/eksperymentu. Wg mnie, z takiego eksperymentu Autorzy
wyciągnęli zbyt daleko idące wnioski. Swoją drogą studenci musieli mieć bardzo
mierne wyobrażenie o pracy oprogramowania komputerowego, jeśli dali się nabrać
na takie eksperymenty. Może to było w „bardzo dawnych latach”?
Anonimus.
Kassin i Kiechel znaleźli dwa
czynniki, które zwiększały prawdopodobieństwo, że piszący na komputerze badany
podpisze przyznanie się do winy. Po pierwsze, jeśli badanych proszono, żeby
wprowadzali dane w szybkim tempie... Po
drugie, co być może jest najbardziej interesujące, wskaźniki przyznawania się
do winy gwałtownie wzrastały, jeśli badanym przedstawiano fałszywy obciążający
materiał dowodowy... Policja zwykle
stosuje tę taktykę podczas przesłuchiwania podejrzanych, starając się wywołać w
nich przekonanie, że posiada dowody ich winy (którymi często nie dysponuje).
Oczywiście jest to tylko
eksperyment psychospołeczny. Takie rzeczy nie mogłyby się zdarzyć w życiu
realnym, w którym stawki są dużo wyższe, a ludzie mają więcej do stracenia niż
tylko zaliczenie jakichś zajęć. Nie bądź tego taki pewny i nie zakładaj się o
swoje życie i wolność, bo mógłbyś dowiedzieć się czegoś, o czym Brad Page
przekonał się na własnej skórze: poczucie winy, nawet jeśli zostało wywołane bezpodstawnie, może skłonić
daną osobę do podporządkowania się żądaniu policji, żeby przyznała się do
popełnienia zbrodni.
Rankiem 4 września 1984 roku
Brad i jego narzeczona, Bibi Lee, postanowili pójść pobiegać ze swoim
przyjacielem Robinem w Reedwood Park w Oakland. (...) po paru chwilach stracili
Bibi z oczu, więc zatrzymali się, żeby poczekać, aż ich dogoni. Po kilku
minutach czekania, zaniepokoili się i
zaczęli jej szukać.
Park ten jest duży, ma kilka szlaków, które wiją się przez las. Brad i Robin
przypuszczali, że Bibi mogła przez pomyłkę zboczyć z głównego szlaku. Kiedy nie
mogli jej znaleźć, postanowili wrócić na parking i poczekać przy
samochodzie... Po długim oczekiwaniu
Brad zdecydował, że skuteczniej mógłby jej szukać przy użyciu samochodu, więc
poprosił Robina, żeby czekał na parkingu... a sam objechał park dookoła.
Po mniej więcej piętnastu minutach wrócił, informując, że nadal nie zdołał jej
znaleźć. Czekali na nią jeszcze około pół godziny. Następnie Brad zaproponował, żeby pojechali z
powrotem do domu. Sądził, że Bibi mogła z łatwością wrócić do domu autobusem;
ponadto, jak przyznał później, był trochę zły na Bibi, ponieważ podejrzewał, że
mogła ona zniknąć umyślnie, aby go ukarać
za jakąś drobną sprzeczkę, do której doszło między nimi wcześniej tego
samego dnia.
Pięć tygodni później znaleziono ciało Bibi w płytkim grobie, w porośniętej
lasem części Redwood Park. Kto zabił Bibi Lee?
Mógł to uczynić seryjny morderca, który działał w tej okolicy. (...)
Gdy jednak czas upływał, a nie było nowych podejrzanych, policja wezwała Brada
Page’a na dodatkowe przesłuchanie. Rozumowali oni w sposób następujący: Page
mógł znaleźć Bibi w ciągu tych piętnastu minut, gdy zostawił Robina czekającego
na parkingu i mógł zabić ją w napadzie
gniewu. Po nakłonieniu Brada Page’a do zrezygnowania z adwokata („My wszyscy tutaj jesteśmy przyjaciółmi,
prawda?”, przesłuchujący go policjanci kazali mu kilkakrotnie powtórzyć jego
relację. W czasie tego przesłuchania ciągle pytali go , jak mógł zostawić swoją
dziewczynę samą w parku i wrócić do domu. Brad miał okropne poczucie winy i
kilkakrotnie powiedział: „To był największy błąd w moim życiu”.
Na koniec przesłuchujący go
powiedzieli Bradowi, że późnym wieczorem tego dnia, gdy zniknęła Bibi, widziano
go w pobliżu miejsca, gdzie potem znaleziono płytki grób, i że jego odciski
palców znaleziono na kamieniu, który był narzędziem morderstwa. Podobnie jak w
przypadku fałszywych dowodów obciążających użytych w eksperymencie Kassina i
Kechel, żadne z tych twierdzeń nie było prawdziwe. Brad powiedział, że nie pamięta wcale, żeby
tego wieczoru wychodził z domu, i że nie ma pojęcia, w jaki sposób jego odciski
palców mogłyby się znaleźć na narzędziu
zbrodni (nie wiedział nawet, co było tym narzędziem). Nie miał jednak żadnego powodu, aby nie ufać
przesłuchującym go policjantom, więc – co jest zrozumiałe – zmieszał się
okropnie i zapytał ich, czy to możliwe, żeby ktoś popełnił jakąś straszną
zbrodnię, taką jak ta, a potem „wymazał ją z pamięci”. Przesłuchujący
poinformowali go, że takie rzeczy zdarzają się często, i że mogłoby pomóc mu w
przypomnieniu tych okoliczności, i w końcu przynieść ulgę jego nieczystemu
sumieniu, gdyby zamknął oczy i spróbował wyobrazić sobie, w jaki sposób mógłby zabić Biby, gdyby ją zabił.*
Brad zrobił to, co mu powiedziano, wymyślając (jak to czynili niektórzy
badani w eksperymencie Kassina i Kieche)
przebieg wydarzeń, który później określił jako scenariusz wzięty z
wyobraźni (imaginative scenario). Po dwóch godzinach od tego rzekomego
przyznania się, gdy mu powiedziano, że policja uważa je za przyznanie się do
popełnienia zbrodni, wydawał się
naprawdę zaskoczony i natychmiast je odwołał.
* Trzeba podkreślić, że jest to jedyny aspekt
przesłuchania, który jest sporny; przesłuchujący zaprzeczają temu, że
sformułowali te instrukcje w sposób hipotetyczny, podczas gdy Brad Page uparcie
twierdzi, że właśnie tak uczynili.
Niefortunnie (z niewyjaśnionych przyczyn) policja wyłączyła magnetofon w
czasie tej części przesłuchania, nie jest więc możliwe uzyskanie obiektywnego
materiału dowodowego odnoszącego się do tej różnicy zdań.
Policja nadal uważała to za
przyznanie się do winy, chociaż bardzo wiele ważnych szczegółów nie zgadzało
się z rzeczywistymi dowodami rzeczowymi.
Brad Page został oskarżony o morderstwo pierwszego stopnia. Sędziowie
przysięgli nie byli w stanie rozstrzygnąć, czy to przyznanie się było
autentyczne czy nie, i proces uznano za nieważny. W drugim procesie sędziowie przysięgli także
byli zdezorientowani; naradzali się przez sześć dni, zanim w końcu
rozstrzygnęli, że chociaż oskarżony nie był winien morderstwa, to jednak był
winien nieumyślnego pozbawienia życia!
Brad Page został skazany na więzienie. Pomimo licznych prób wznowienia
sprawy, podejmowanych przez adwokatów i media, odsiedział cały wyrok.
Nie jesteśmy w stanie
stwierdzić z absolutną pewnością, że Brad Page nie zabił Bibi Lee. Jesteśmy
jednak przekonani, że jego przyznanie się do winy nie było autentyczne. Ponadto
mamy dobre wyjaśnienie, dlaczego podporządkował się życzeniu policji, żeby
wyobrazić sobie, w jaki sposób mógłby zabić Bibi. Poczucie winy, czy to
rzeczywistej, czy wyimaginowanej, prowadzi do uległości. Podczas przesłuchania
postarano się, że Brad Page czuł się winny z tego powodu, że odjechał i
zostawił Bibi samą. „Chcesz powiedzieć, że naprawdę odjechałeś i zostawiłeś ją
samą?”. (...) *
----------
* Kilka luźnych uwag na
marginesie, i nie tylko „na marginesie”
Szczerze mówiąc, sprawa Brad Page’a w pewnym
sensie przypomina mi przypadek Paula Ingrama (rozdział 5), choć nie tak
drastyczny. Mógłbym właściwie powtórzyć
argumenty, jak w cywilizowanym społeczeństwie powinno oceniać się samo przyznanie się do winy, itd. W przypadku
Paula Ingrama przyznanie się do
winy wyglądało tak niedorzecznie, że skoro zapadł (i utrzymał się) bardzo surowy wyrok,
doszedłem do wniosku, że wymiar sprawiedliwości musiał dysponować silniejszym
materiałem dowodowym, niż to przedstawiono w narracji książkowej Wiek propagandy, co jednak nie wyklucza
pomyłki sądowej.
W przypadku Brada Page’a nie ma nawet
jednoznacznego przyznania się do winy. Nie ma też (w narracji) dowodów
rzeczowych (oprócz fałszywych). Jest
tylko przekonanie policji, że podejrzany się przyznał, i przekonanie
podejrzanego, że się nie przyznał, tylko na życzenie hipotetycznie rozważał
możliwości, i natychmiast odwołał, gdy tylko mu powiedziano, że policja uważa
to za przyznanie się. Z narracji nie wynika też, co właściwie przesądziło o
wyroku skazującym. A jednak on w końcu
zapadł i się utrzymał, pomimo licznych prób wznowienia sprawy, podejmowanych
przez adwokatów i media.
Stąd znowu wniosek: albo doszło do jakiejś złożonej pomyłki sądowej, z
którą prawnicy nie dali sobie rady
poradzić, albo w narracji książkowej Autorzy pominęli jakieś istotne wątki, którymi dysponowało
oskarżenie i sąd, co zresztą, samo przez się, też nie musi wykluczać fatalnej
pomyłki sądowej.
Wg mnie, sprawa Brad Page’a nie za bardzo potwierdza wnioski z
eksperymentu Kassina i Kiechel. Tam niektórzy
studenci autentycznie uwierzyli,
bo sprawa chyba nie wydawała się im zbyt poważna, może nawet zauroczyła ich
nieznana technika: łatwiej było strawić własny błąd, a może nawet pochwalić się
jego skutkami. Brad Page, gdy spostrzegł, że sprawa jest poważna, i do czego
zmierza policja, wcale nie dał się przekonać do przyznania się do winy, i jeśli
faktycznie był niewinny, chyba nie uwierzył, że jest winny. Inna rzecz
„podchwytliwe metody” śledztwa, fałszywe dowody, fałszywe, z premedytacją stawiane zarzuty (aby wytrącić z równowagi),
zorganizowane wmawianie komuś czegoś
itp. Sprawy znane od dawna, i różnie na różnych ludzi oddziaływujące:
najgorzej chyba na tym wychodzą ludzie ufni i prawdomówni, zwani czasami, z
lekka ironicznie,
„prostolinijnymi”.
Co do samego poczucia winy, mogącego spowodować,
że ktoś przyzna się do zbrodni nie popełnionej, mam niejakie wątpliwości w
odniesieniu do ludzi normalnych. Prędzej już, normalny człowiek, przekonany o
swojej niewinności i dobrej woli prowadzących śledztwo, nie będąc w związku z
tym przygotowany do obrony, da się wmanipulować w podchwytliwe pytania i
odpowiedzi, które następnie mogą być wykorzystane przeciwko niemu. Tym łatwiej może dać się wmanipulować, gdy w
czymś czuje się winnym i chce pomóc śledztwu, ale to zupełnie inna sprawa.
Inna też sprawa, to fałszywe (świadome) przyznawanie się do czynów
niepopełnionych z jakichś tam powodów, niekoniecznie z poczucia winy, albo
przyznawanie się do winy „dla świętego spokoju” – w sprawach drobnych,
rodzinnych, domowych itp., „aby nam nie zawracano głowy” itd.
Na marginesie, jeśli już mówimy o przyznawaniu lub nieprzyznawaniu się do
czegoś tam, miałem przez chwilę ochotę przytoczyć dowcip z okresu PRL-u: „Kto zburzył Bastylię?” i
co dalej z tego wynikło (Jaś, to nie ja! Klasa, to nie my! Ojciec Jasia – tak go sprałem, żeby się
przyznał, ale to nie on. Policjant – wszyscy się przyznali. Komitet
rodzicielski – odbudujemy w czynie społecznym. Dyrektor szkoły, do nauczycielki
historii: koleżanko!.. i pani im uwierzyła!?), ale chyba nie wypada, więc go
przytaczam, ale tylko w skrócie.
Anonimus
----------
W jaki sposób poczucie winy
funkcjonuje jako narzędzie propagandy? Wpływ poczucia winy na uległość wykazano
w serii pomysłowych eksperymentów, które przeprowadzili Merill Calrsmith i Alan
Gross4. Nakłaniali oni
badanych, żeby aplikowali innej osobie szereg bolesnych wstrząsów elektrycznych
w ramach eksperymentu nad nauczaniem. (W rzeczywistości nikomu nie wymierzano
wstrząsów, lecz u badanych wywołano przekonanie, że wstrząsy są prawdziwe).
Takie doświadczenie niewątpliwie wzbudzało u badanych poczucie winy z powodu
ich zachowania. (...)
Dlaczego poczucie winy jest tak
skuteczne w motywowaniu zachowania ludzi?
Carlsmith i Gross doszli do
wniosku, że są co najmniej trzy możliwe wyjaśnienia , dlaczego poczucie
winy ułatwia „sprzedawanie” : 1)
współczucie, czyli uczucie żałowania ofiary;
2) potrzeba restytucji, czyli odczuwanie potrzeby wynagradzania złego
uczynku; oraz 3) zgeneralizowane poczucie winy, czyli pragnienie naprawienia
obrazu ja, zaszarganego przez jakieś wykroczenie. (...)
Co się dzieje, kiedy ofiara
wykroczenia wybacza stronie winnej? Chociaż może to się wydawać dziwne, to
jednak jest bardziej prawdopodobne , że osoba winna wykroczenia zastosuje się
do prośby, gdy wszystko zostało wybaczone.
(...)
Należy zauważyć, że inna,
powszechnie spotykana reakcja na poczucie winy wywołane popełnieniem
wykroczenia przeciw innej osobie, polega na przypisywaniu negatywnych cech
ofierze. (...)
Siła perswazyjna poczucia winy,
podobnie jak w przypadku innych apeli emocjonalnych, wynika z jego zdolności do
ukierunkowania naszych myśli i naszej energii.
Poczucie winy może być
wykorzystywane do celów prospołecznych. (...)
Nie mniej jednak wiele skutków
poczucia winy nie ma oczywiście charakteru pozytywnego; w wielu przypadkach jest niezasłużone. (...)
27
Jaki wpływ ma jeden podarowany kwiat? .........
202
A. C. Bhaktivedanta spędził
dużą część swego życia w Indiach jako dyrektor odnoszącego sukcesy
przedsiębiorstwa farmaceutycznego. Na początku lat sześćdziesiątych XX wieku,
po opuszczeniu żony i rodziny oraz przyjęciu imienia swami (nauczyciel)
Prabhupada, przyjechał do Ameryki i założył Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kriszny, ruch
poświęcony poprawianiu duchowego oblicza świata za pomocą śpiewów i miłości do
boga Kriszny. Zaczynając od misji
zlokalizowanej w witrynie na Lower East Side na Manhattanie, swami Prabhupada w
ciągu niecałych dziesięciu lat potrafił
zebrać środki na utworzenie ogólnoświatowej sieci ponad stu świątyń wspólnot
ruchu Hare Kriszna, w tym czterdziestu w Stanach Zjednoczonych1.
Głównym źródłem dochodów
Prabhupady w tym okresie szybkiej ekspansji były darowizny od członków
społeczeństwa i sprzedaż towarów o charakterze religijnym... (...)
W jaki sposób swami
Bhaktivedanta nakłonił tysiące ludzi, by
oddali swoje ciężko zarobione pieniądze na finansowanie jego duchowego
królestwa? Robert Cialdini, jeden z wybitnych światowych autorytetów w
dziedzinie technik wywierania wpływu, także zastanawiał się, jak on to zrobił2.
Początkowo – zwraca uwagę Cialdini – członkowie ruchu Hare Kriszna nagabujący
ludzi o datki raczej nie odnosili sukcesów. Istotnie, wiele miast wydało
przepisy i rozporządzenia zakazujące członkom ruch Hare Kriszna żebrania, a nawet zakazano im wstępu do
pewnych części miasta, zwłaszcza portów lotniczych. Od czasu do czasu wybuchały
bójki między mieszkańcami miast i członkami ruchu Hare Kriszna. Wszystko to,
według Cialdiniego, zmieniło się diametralnie, gdy członkowie tego ruchu
odkryli jeden z najskuteczniejszych stosowanych w społeczeństwie sposobów
perswazji, który pozwolił zarówno przezwyciężyć negatywny wizerunek ruchu Hare
Kriszna, jak i wcisnąć, po zawyżonej cenie, w ręce wielu zmęczonych podróżnych
egzemplarz „Bhagavad Gita”. Używana przez nich technika perswazji
wykorzystywała tak zwaną normę wzajemności. (...) Głosi ona: „Jeśli zrobię coś dla ciebie, to
będziesz zobowiązany odwzajemnić tę uprzejmość i zrobić coś dla mnie”.
(...) Specjaliści od marketingu wiedzą ,
że bezpłatne próbki – degustacja jakiegoś sosu czy soku pomarańczowego w
supermarkecie, lub przesyłanie pocztą próbki leku przeciw przeziębieniu czy
szamponu – mogą znacznie zwiększyć sprzedaż danego produktu. (...)
Jest wiele wariantów wykorzystywania
normy wzajemności do zwiększania podatności na perswazję. (...)
Ogólnie rzecz biorąc, norma
wzajemności jest skutecznym środkiem perswazji, ponieważ ukierunkowuje nasze
myśli i wnosi własną motywację
oddziałującą na nasze myśli. Jesteśmy ukierunkowani tak, żeby myśleć: „Jak mogę spłacić mój dług wdzięczności”,
zamiast: „Czy to jest dobry interes?”.
Naszą główną motywacją jest unikanie uczucia niepokoju, spowodowanego
przekroczeniem tej normy. Inne normy mogą w podobny sposób motywować nasze
myślenie. Teraz przyjrzyjmy się jeszcze jednej z tych norm, aby przekonać się,
jak może być wykorzystywana zasada „dotrzymuj swoich zobowiązań”.
28
Serce wierne swym zobowiązaniom
......... 207
Wizyta sprzedawcy encyklopedii
może być przykładem zastosowania wielu taktyk perswazji. „Bezpłatny” atlas
drogowy ofiarowany za wysłuchanie
przedstawiciela handlowego aktywuje normę wzajemności. (...)
Żerowanie na naszym poczuciu
zobowiązania czy zaangażowania jako metoda perswazji często przebiega stopniowo,
po trochu. (...)
Tak więc, gdy ludzie zaangażują
się w jakąś sprawę w niewielkim stopniu, to fakt ten zwiększa
prawdopodobieństwo, iż później zaangażują się oni w tym kierunku bardziej. Ten
proces, polegający na wykorzystaniu zgody ludzi na wyświadczenie drobnej
uprzejmości do nakłonienia ich, by spełnili poważniejszą prośbę, określa się
jako technikę „wetknięcia nogi w drzwi”...
Jest ona skuteczna, ponieważ wyświadczenie niewielkiej uprzejmości
stwarza nacisk , aby wyrazić zgodę na oddanie większej przysługi – w istocie
spełniamy poważniejszą prośbę, żeby nasze postępowanie było konsekwentne,
spójne z naszym wcześniejszym zaangażowaniem.
Podobne rezultaty przy użyciu tej
techniki uzyskano w badaniach nad składaniem ofiar na cele charytatywne i nad
głosowaniem w wyborach. (...)
Zaangażowanie może być
procesem, który sam siebie podsyca, co prowadzi do eskalacji zaangażowania w
niekorzystny często kierunek działania.
Gdy ktoś raz zaangażuje się w niewielkim stopniu, stwarza to warunki do
coraz większego zaangażowania. Początkowe zachowanie trzeba uzasadnić, więc
zmieniane są postawy; ta zmiana wpływa na przyszłe decyzje i zachowanie.
Prowadzi to do wyraźnie irracjonalnego zaangażowania w zły plan biznesowy, w
zakup, który nie ma sensu, w wojnę, która nie ma żadnych realistycznych celów,
lub w wyścig zbrojeń, który wymknął się spod kontroli.
Wydaje się, że proces eskalacji
zobowiązania odegrał ważną rolę w coraz głębszym zaangażowaniu się Stanów
Zjednoczonych w wojnę w Wietnamie.
Robert McNamara, sekretarz obrony za prezydentury Kennedy’ego i Johnsona
oraz główny rzecznik zwiększenia amerykańskich sił zbrojnych w Wietnamie, w
swojej niedawno opublikowanej książce ujął to w sposób następujący: „Początki
wszystkiego są małe i nie inaczej było z historią mojego zaangażowania w
Wietnamie”5. Według McNamary zaangażowanie Stanów Zjednoczonych
zaczęło się dość niewinnie od wysłania w 1961 roku 16 tysięcy doradców
wojskowych na pomoc Wietnamczykom, aby mogli sami obronić się przed
komunizmem. W 1963 roku przywódca
Wietnamu Południowego, Ngo Dinh Diem, został zamordowany (po części z powodu
niejasnej dyrektywy wydanej przez administrację Kennedy’ego), co wywołało chaos
polityczny w kraju. Aby zyskać czas dla nowego reżimu, Stany Zjednoczone
rozpoczęły w 1964 roku realizację niewielkiego programu tajnych działań,
obejmujących propagandę, zbieranie informacji wywiadowczych i ogólny sabotaż
wymierzony przeciw Wietnamowi Północnemu. Gdy to nie przynosiło oczekiwanych
skutków, Stany Zjednoczone opracowały plany bombardowania Szlaku Ho Szi Mina, a
następnie dalsze plany „zintegrowanego ataku polityczno-militarnego”. W
odpowiedzi na tajne działania Wietnam Północny zaatakował amerykański
niszczyciel „Maddox”*. W odwecie, Stany
Zjednoczone w sierpniu 1964 roku przeprowadziły 64 ataki przeciw łodziom
patrolowym i kombinatowi naftowemu.
Od tego czasu trwała wojna.
* Zdaje się, że
są (czy też były?) niejakie wątpliwości,
czy „Maddoxa”, w słynnym incydencie w Zatoce Tonkińskiej, ktoś w ogóle atakował. Autorzy mają chyba
lepsze ode mnie rozeznanie i wiedzą co
piszą. Mnie temat „obił się o uszy” tylko z literatury sensacyjnej i ówczesnych
polskich doniesień prasowych. Podobno atak wyglądał mniej więcej tak (jedna z
wersji): ciemna noc, wzburzone morze, „radar” zameldował o nierozpoznanych
obiektach idących kursem na zbliżenie, dowódca uznał, że mogą to być ścigacze
torpedowe, i rozkazał ostrzelać. Po
oddaniu kilku strzałów kontakt radarowy się urwał. Na tym „atak” się zakończył.
Nic więcej nie zauważono. Wietnam zaprzeczył o swoim udziale w incydencie.
Na stronach internetowych pod hasłem „destroyer Maddox” jest kilkaset adresów.
„Nieco” albo i mocno inaczej tam to wszystko wygląda, choć, gwoli
ścisłości, przejrzałem tylko kilka.
Jak było naprawdę?
Naprawdę, to ja sam, najpierw byłem pewny, a później zwątpiłem, czy dobrze
zapamiętałem to, co kiedyś czytałem. Na pewno na temat okoliczności incydentu były znaczne różnice poglądów. Ale
konkretnie jakie? Pamięć „płata figle”. Wydawało mi się, że posiadam jeszcze
odpowiednie egzemplarze wydawnictw z serii „Sensacje XX wieku” i „Miniatury
Morskie”, bodajże w których czytałem szerszy opis incydentu (też nie jestem pewny, czy akurat w nich), i
chciałem sprawdzić, ale nie znalazłem (prawdopodobnie komuś pożyczyłem – i jak
zwykle...).
Po co więc w ogóle wtrąciłem uwagę o wątpliwościach? Czemu jej natychmiast nie
wycofałem, gdy mnie samego ogarnęły wątpliwości? - Może dla przestrogi, jak
łatwo być czegoś pewnym, i zupełnie mimowolnie kogoś wprowadzić w błąd.
Nawiasem mówiąc spróbuję dojść, skąd miałem „zakodowane” takie a nie inne
wyobrażenie o różnicach poglądów w sprawie incydentu w Zatoce Tonkińskiej, i na
ile było ono fałszywe. No i wyciągam wniosek, lepiej późno niż wcale: trzeba
bardziej uważać, co się pisze i mówi.
Anonimus
----------
Kilka lat później po wtrąceniu powyższych
uwag, w artykule Marzeny A. Wasilewskiej pt. Terror jako podstawa władzy,
opublikowanym w miesięczniku Dziś –
przegląd społeczny, nr 6/07 z czerwca 2007 r., str. 43 – 52 (http://www.dzis.com.pl), natknąłem się na opis incydentu w Zatoce Tonkińskiej,
jako jeden z przykładów...(...) , z
którego przytaczam prawie całość.
Anonimus
„Ratyfikacja terroru” w
rozumieniu amerykańskiego prezydenta
– str. 48
Amerykańscy politycy zainteresowali
się Indochinami po zwycięstwie chińskiej rewolucji w 1949 roku. Wtedy, za
prezydentury Harry’ego Trumana, Stany Zjednoczone postanowiły otoczyć Chiny
strategicznym kordonem i w tym celu – w maju 1950 roku – zaoferowały Francji
100 mln USD na zdławienie indochińskiego ruchu wyzwoleńczego. Proklamowano
wówczas doktrynę absolutnego zwycięstwa wojskowego, w myśl której, siły
komunistyczne miały zostać zniszczone aż do ,ostatniego punktu oporu4.
Chociaż Stany Zjednoczone nie brały bezpośredniego udziału w wojnie na
półwyspie Indochińskim, finansowały ją w latach 1950-1954 aż w 80 procentach.
Mimo tego wsparcia, w 1954 r. Francja poniosła klęskę pod Dien Bien Fu. W tej sytuacji, admirał Radford nalegał na
prezydenta Eisenhowera, by zarządził bezpośrednią wojskową interwencję w
Indochinach5. Ten jednak nie posłuchał sugestii, a po rozejmie oparł
swoją politykę wobec regionu na podboju przez infiltrację strategiczną oraz
ekonomiczną. (...)
Prezydent John F. Kennedy, który nie
był zwolennikiem zaangażowania USA w konflikt w Indochinach, zadecydowało
wycofaniu doradców6, jednak nie zdążył zrealizować swego celu. Zginął w zamachu
w Dallas, w piątek 22 listopada 1963 roku. Zupełnie inne stanowisko w tej
kwestii reprezentował jego następca, Lyndon B. Johnson. (...)
Tymczasem w 1964 roku większość państw miała dosyć
konfliktu w Indochinach i w lipcu wysunięto trzy propozycje zwołania
międzynarodowej konferencji, której celem byłoby unormowanie sytuacji w tamtym
regionie. Ich autorami byli: prezydent Francji Charles de Gaulle, sekretarz
generalny ONZ U’Thant oraz rząd Związku Radzieckiego. Jednak konferencja,
której przychylne były władze DRW nie doszła do skutku ze względu na sprzeciw
USA7. (...)
27 lipca 1964 roku odpłynął do
Sajgonu 5-tysięczny kontygent wojskowy USA, które postanowiły bezpośrednio
przystąpić do konfliktu indochińskiego i dokonać interwencji zbrojnej w
Północnym Wietnamie. Politycy amerykańscy potrzebowali jedynie pretekstu, który
usprawiedliwiłby w oczach światowej opinii publicznej planowaną, bezpośrednią i
zbrojną agresję na Demokratyczną Republikę Wietnamu.
„Dwa incydenty w Zatoce Tonkińskiej –
str. 49
Amerykański niszczyciel „Maddox”,
który od marca 1964 roku znajdował się na wodach Dalekiego Wschodu, nie był
okrętem patrolowym, lecz wykonywał zadanie szpiegowskie, które senator Morse
nazwał „elektroniczną inwazją na
Demokratyczną Republikę Wietnamu”8. 23 lipca 1964 r. okręt
opuścił amerykańską bazę morską w Yokosuka w pobliżu Tokio i udał się na
południe. Dowodził nim komandor Herbert Ogier, a za wykonanie zadania
odpowiadał kmdr John Herrick 2 sierpnia
„Maddox”, który znajdował się już na wodach Zatoki Tonkińskiej, płynął na
północ, wzdłuż wybrzeży DRW. Okręt starał się zbliżyć do brzegów, gdyż musiał
symulować atak9 i w pewnym momencie okręt naruszył
północnowietnamskie wody terytorialne10. Wówczas szybko znalazły się
przy nim trzy wietnamskie kutry torpedowe. „Maddox” zmienił kurs, a kutry
poszły jego śladem. Komandor Ogier zarządził alarm bojowy, a Herrick wydał
rozkaz otwarcia ognia. Zatem amerykański niszczyciel pierwszy otworzył ogień,
na co Wietnamczycy odpowiedzieli użyciem torped. Herrick zaalarmował dowództwo 7. Floty i po kilkunastu minutach
nadleciały amerykańskie odrzutowce, które uszkodziły dwa kuty DRW, a trzeci
został trafiony przez „Maddoxa”. Amerykański niszczyciel nie poniósł przy tym żadnych strat i wycofał
się na wody południowowietnamskie, przy czym przez cały czas był eskortowany
przez dwa myśliwce. (...)
Niszczyciel „Turner Joy” otrzymał
rozkaz przyłączenia się do „Maddoxa”, po
czym oba skierowały się ma wody Zatoki Tonkińskiej. Szefem misji wywiadowczej
został komandor John Herrick. Amerykańscy marynarze, wspominając tropikalną noc
z 4 na 5 sierpnia 1964 roku, mówili, że była tak ciemna i bezksiężycowa, iż na
wyciągnięcie ręki nic nie było widać. Kapitan Robert Barnhart, dowódca „Turner
Joy” wspomina potem, że tamtej nocy nie widział nawet sylwetki „Maddoxa”, który
płynął 900 m przed nim. Około godziny 19.00 operator radaru na „Maddoxie”
zobaczył niewyraźne i szybko poruszające się „punkciki”, które od razu
utożsamiono z kutrami torpedowymi DRW. Dowódcy obu okrętów zarządzili alarm
bojowy i wezwali samoloty znajdujące się na pokładzie lotniskowca
„Ticonderoga”. Około 21.00 „Maddox” wystrzelił pociski oświetlające, które na
moment rozjaśniły horyzont. Nie dostrzeżono jednak niczego, mimo że z kabiny
radarzysty informowano o zbliżających się, nieokreślonych obiektach, których z
kolei nie zaobserwował radarzysta „Turner Joy’a”. W każdym razie, o 21,30
wydano rozkaz otwarcia ognia do niewidocznego przeciwnika11. Na pokładzie „Maddoxa” rozległy się okrzyki
„torpedy za burtą”, co spowodowało, że oba niszczyciele natychmiast zmieniły
kurs. David Mallow, dwudziestotrzyletni
wówczas operator sonaru (echosondy) na „Maddoxie”, naliczył tamtej nocy aż 21
torped pędzących w kierunku jego okrętu.
Sonar „Turner Joy’a” nie wykrył ani jednej. Jakiś czas potem, David
Mallow stwierdził, że w ogóle nie informował nikogo, o wykryciu torped przez
echosondę „Maddoxa”, że wspomniał tylko o jakichś „objawach hydroakustycznych”.
Słowa operatora potwierdził porucznik John Leeman, który tamtej nocy był
oficerem dyżurnym nasłuchu torpedowego. Komandor Herrick stwierdził, że najprawdopodobniej
niszczyciel „złapał własny okrętowy hałas”,
co było przyczyną „objawów hydroakustycznych”. Z kolei według komandora Ogiera,
echosonda „Maddoxa” wykryła „odbicie
własnej śruby okrętowej”. Obaj komandorzy powiedzieli także, że od samego
początku informowali dowództwo, iż
wersję o ewentualnym ataku torpedowym należy przyjąć z dużą ostrożnością.
Herrick, jako dowódca obu niszczycieli, wysłał nawet ostrzeżenie przed zbyt
pochopną akcją odwetową ze strony USA12. Zastrzegał, że przyczyną wielu meldunków o
ataku torpedowym może być po prostu „kapryśna” pogoda, w czasie które aparatura
radarowa i nasłuchowa są zawodne.
Reakcja Waszyngtonu – str. 51
Jednak politycy w
Waszyngtonie postanowili wykorzystać incydent do swoich celów i dlatego wiele
informacji zatajono13. Wietnamczyków z Północy przedstawiono jako
szaleńców, którzy gwałcą swobodę żeglugi na otwartym morzu i strzelają do
opancerzonych niszczycieli z broni maszynowej, potem zaś wycofują się spokojnie
do przystani, nie ogłaszając nawet alarmu bojowego, mimo że w takiej sytuacji
powinni spodziewać się ataku odwetowego amerykańskich okrętów. Johnson wystąpił przed kamerami, zwracając
się do swoich rodaków: „Rodacy, jest moim
obowiązkiem, jako prezydenta i naczelnego zwierzchnika sił zbrojnych, obwieścić
narodowi amerykańskiemu, że wzmożenie akcji przeciwko okrętom Stanów
Zjednoczonych na pełnym morzu w Zatoce Tonkińskiej zmusiło mnie dzisiaj do
wydania rozkazu siłom zbrojnym USA, ażeby udzieliły odpowiedzi na ten atak”.
Propaganda, przygotowana przez
administrację Johnsona, przyniosła efekty. Część kongresmenów uwierzyła w słowa
prezydenta, przyrównując incydent w Zatoce Tonkińskiej do ataku Japończyków na
Pearl Harbor. Wielu Amerykanów uważało, że należy się „nauczka komunistom”. Chociaż przebieg wydarzeń w Zatoce Tonkińskiej
wydawał się mało logiczny, przyjęto je za rzeczywistość. W obliczu narodowej
„ekstazy”, logika zeszła na plan dalszy. Społeczność amerykańska, kierując się
fałszywym patriotyzmem, wyrażała najbardziej skrajne emocje. Nic zatem dziwnego, że rezolucja,
upoważniająca prezydenta USA do interwencji zbrojnej w Wietnamie, przedłożona
Kongresowi przez samego prezydenta, przyjęta została przez Senat większością 88 głosów, na 90 głosujących. W Izbie
Reprezentantów przyjęto ją głosami wszystkich 416 kongresmenów.
Kongres USA uchwalił rezolucję,
upoważniającą prezydenta, jako naczelnego dowódcę sił zbrojnych, „do podjęcia wszystkich niezbędnych kroków
celem odparcia ataku zbrojnego przeciwko siłom Stanów Zjednoczonych i
zapobieżenia dalszej agresji.”
Przeciwko opowiedziało się tylko dwóch senatorów: Wayne Morse z Oreogonu
oraz Ernest Gruening z Alaski. Senator
Morse wyraził swoje stanowisko publicznie, mówiąc: „Jestem przeciwny akcji,
która jest moim zdaniem agresywną akcją
Stanów Zjednoczonych”. Jego słowa wywołały oburzenie pozostałych kongresmenów.
Jednak historia, już parę lat potem, pokazała, że senator Wayne Morse miał
rację.
----
Przypisy
8 Począwszy od 1962 r.
„Maddox” dwukrotnie wykonywał takie zadania u wybrzeży DRW.
9 Uważano, że dzięki tej symulacji
nastąpi uruchomienie instalacji elektronowych DRW, co odczytane zostanie przez
Wietnamczyków jako początek amerykańskiej inwazji. Członkowie grupy
wywiadowczej, którzy znajdowali się na pokładzie „Maddoxa” i biegle władali
językiem wietnamskim, mieli za zadanie zdjąć pomiary obronne
północnowietnamskich urządzeń radarowych
oraz przechwycić i rozszyfrować kablogramy północnowietnamskiego dowództwa..
10 Pentagon podał, że „Maddox” był
oddalony od linii brzegowej DRW o 30 mil. Natomiast według dowódcy okrętu, o
15-20 mil.
11 Później Davis Vise, reporter
miesięcznika „Esquire”, tak podsumował tę sytuację: „Była to noc pełna
konfuzji... (...)
12 W 1968 roku okazało się, że komandor
John Herrick mówił prawdę. Znaleziono w archiwach Pentagonu i podano do
wiadomości opinii publicznej jego meldunek, w którym wyrażał wątpliwość, czy w
danym przypadku mógł mieć miejsce atak torpedowy.
13 Poznano je dopiero w 1968 roku,
kiedy wojna wietnamska osiągnęła już krytyczny punkt.
----
Marzena Wasilewska, adiunkt w Katedrze Kryminalistyki i Kryminologii Wydziału
Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego”
----
Uwagi
Rozwijam temat o „zaatakowaniu
Maddoxa” traktując to jako coś w rodzaju przerywnika. Tło incydentu w Zatoce
Tonkińskiej, przedstawione w artykule M. Wasilewskiej, traktuję podobnie.
Naturalnie uważam, że przedstawienie i zrozumienie szerszego tła w ówczesnej
sytuacji międzynarodowej, negatywne odczucia o ówczesnej polityce amerykańskiej
w Wietnamie i jej skutkach, mocno łagodzi. Tu wcale nie chodziło tylko o
Wietnam. To była jedna z konfrontacji dwóch supermocarstw, przy czym,
przynajmniej w tamtym czasie, stroną wyraźnie bardziej agresywną w szerzeniu
swej ideologii, był ZSRR. Gdyby Stany Zjednoczone, po zakończeniu drugiej wojny
światowej, przyjęły, podobnie jak po pierwszej, postawę izolacjonizmu, jest
wysoce prawdopodobne, że „realny komunizm”, wraz z większością swoich wypaczeń
prawdopodobnie zapanował by na zdecydowanej większości połaci kuli ziemskiej. Po prostu „reszta
świata” poza USA była w tym czasie za słaba aby się przeciwstawić. Jak do
upadku „komunizmu” doszło – trochę na stronie pod poz. 62 prezentowanej literatury.
Wracając do Wietnamu. Wietnam Południowy prawdopodobnie szybko by
upadł, pokonany przez „komunistycznych”
partyzantów wspieranych z Wietnamu Północnego (a sięgając dalej: z Chin i
ZSRR), gdyby nie stałe wspieranie przez USA. Czy to wspieranie było właściwe,
czy nie powinno więcej koncentrować się przyczynach, z powodu których ludność
tak łatwo ulegała propagandzie „komunistycznej”,
to inna sprawa. Czy po łatwym zwycięstwie w Wietnamie nie przyszła by kolej na
dalsze kraje – też inna sprawa. W tym świetle nawet porażka amerykańska w
Wietnamie nie wygląda wcale zbyt jednoznacznie.
Tematy zawiłe i kontrowersyjne. W
ramach „przerywnika” zarówno ich, jak i sporo innych, nie pora na
analizowanie.
Anonimus
------------
W 1965 roku liczba
żołnierzy wzrosła z 23 000 do 175 000,
po czym w 1966 roku przybyło dalszych 100 000. A kiedy bombardowania nie
zdołały odeprzeć partyzantów Vietkongu, do Wietnamu wysyłano
dalsze oddziały. Kiedy Vietkong odpowiadał atakami, wysyłano ich jeszcze
więcej. Do końca wojny do Wietnamu wysłano 543 400 żołnierzy
amerykańskich. W ciągu trzech lat zrzucono na Wietnam Północny więcej bomb niż
w całej Europie w ciągu II wojny światowej.*
Ogółem w działaniach wojennych zginęło 58 191 obywateli
amerykańskich.
* Przy tak
sugestywnym porównaniu, warto jednak pamiętać, że w Europie, oprócz obiektów
wojskowych i w ogóle wojska, atakowano
głównie wielkie miasta, wielkie skupiska ludności, wielki przemysł, a w
Wietnamie - głównie szlaki komunikacyjne
w dżungli.
Anonimus
Wraz z każdym kolejnym
zaangażowaniem i następującą po nim porażką cele Stanów Zjednoczonych zmieniały
się i stawały się coraz gorzej zdefiniowane, i coraz bardziej niejasne, w miarę
jak osoby uczestniczące w podejmowaniu decyzji o kontynuowaniu eskalacji usiłowały usprawiedliwić i uzasadniać swoje wcześniejsze działania.
Początkowo celem Stanów Zjednoczonych było szkolenie Wietnamczyków, żeby bronili
się sami. Kiedy stało się oczywiste, że nadzieja na osiągnięcie tego celu jest
niewielka, wówczas celem stał się odwet za ataki Wietnamu Północnego, następnym
zaś podniesienie morale południowowietnamskich sojuszników, a w końcu –
niejasne pragnienie, aby „zwyciężyć za wszelką cenę”.
W dającej wiele do myślenia
analizie Ralph White wysunął sugestię, że wskutek wcześniejszego wielokrotnego
zaangażowania przywódcy Stanów Zjednoczonych nie dostrzegali informacji, które
były niezgodne z już podjętymi przez nich decyzjami8. Jak pisze
White: „Gdy działania były niezgodne z ideami, ludzie podejmujący decyzje
skłonni byli dostosowywać idee do swych działań”. Przytoczmy chociaż jeden z
wielu przykładów – decyzja Połączonego Kolegium Szefów Sztabów, aby kontynuować
eskalację bombardowania Wietnamu Północnego, została podjęta kosztem zignorowania
rozstrzygających dowodów pochodzących z CIA i innych źródeł, które wykazywały
wyraźnie, że bombardowanie nie złamie ducha narodu północnowietnamskiego, lecz
całkiem przeciwnie, tylko spotęguje jego determinację.*
* Spotkałem się
też z poglądami – nie wiem na ile poważnymi – że eskalacja bombardowań nie
przyniosła rozstrzygnięcia, bo „zbyt selektywnie wybierano cele” nie chcąc
spowodować ogromnych strat wśród ludności cywilnej. Inni podnosili, że
właściwie to trzeba by było odciąć Wietnam Północny od pomocy wojskowej i
zaopatrzeniowej ze strony ZSRR i Chin, a to balansowało by już na krawędzi
wojny światowej, a tu oba supermocarstwa (USA i ZSRR) dysponują taką ilością
broni rakietowo-jądrowej, że... (...)
Anonimus
White przypuszcza, że Połączone
Kolegium Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff) przeforsowało swą koncepcję
eskalacji bombardowań, ponieważ rada ta była zgodna z podjętymi już decyzjami i
z pewnymi podstawowymi założeniami, które później okazały się błędne. Innymi słowy, popierana przez Połączone
Kolegium Szefów Sztabów eskalacja wojny była po części próbą zredukowania przez jego członków ich własnego dysonansu
poznawczego, odnoszącego się do ich wcześniejszych usiłowań, by wygrać wojnę;
proces ten przypomina to, co miało miejsce po niespełnieniu się proroctwa pani
Keech o końcu świata, a także po poinformowaniu mieszkańców miasta Santa Cruz o
zbliżającym się nieuchronnie katastrofalnym trzęsieniu ziemi (zob. rozdz.
4).
Podobnie jak inne motywy i emocje
związane z własnym ja, zaangażowanie i konsekwencja mogą być celowe i
wartościowe. Nikt nie chce żyć w
społecznościach niekonsekwentnych, dwulicowych kłamców! Jednak zaangażowanie
może być pułapką propagandową – angażujemy się, czasami mimowolnie, czasami
niewłaściwie, a potem uczciwie realizujemy nasze zobowiązania9. Sprytny propagandzista będzie wiedział, jak
uzyskać zaangażowanie i zastawić pułapkę racjonalizacji.
W takich przypadkach użyteczne
może być postawienie sobie pytania: „W jaki sposób znalazłem się w tej
sytuacji?”. Na szczęście, w wielu stanach konsumentom dokonującym poważnych
zakupów przysługuje pewien okres, w którym mogą „zmienić zdanie” co do
dokonanego zakupu – czas na ponowne zastanowienie się nad błędnym zobowiązaniem
czy zaangażowaniem. Sprawa przedstawia się gorzej, jeśli chodzi o działania
wojenne i politykę międzynarodową – tam decyzje takie mogą być nieodwołalne.
Stany Zjednoczone wycofały się w końcu z wojny wietnamskiej. Niestety, stało
się to dopiero po kilku latach (i tysiącach ofiar) od czasu, gdy Robert
McNamara, jak sam przyznaje, zdał sobie sprawę z tego, że ta wojna jest nie do
wygrania. W takich przypadkach pomóc nam może, jeśli będziemy pamiętać, iż
najbardziej honorowym działaniem jest zawsze działanie polegające na tym, że
przestajemy honorować niegodne zobowiązanie czy zaangażowanie.
29
Potwierdzaj słowa czynem
......... 213
Od czasu do czasu robimy
rzeczy, które dają nam natychmiastową przyjemność, ale jednocześnie narażają
nas na poważne niebezpieczeństwo. Weźmy
– by posłużyć się dobitnym przykładem – rozprzestrzenianie się AIDS. (...)
Jest to oczywiście poważny
problem. Skoro próby zmiany zachowania za pomocą racjonalnych argumentów
okazały się nieskuteczne, to czy można w jakiś sposób ochronić aktywnych
seksualnie nastolatków i młodych dorosłych przed tragicznymi skutkami
AIDS? Wśród urzędników odpowiedzialnych
za publiczną opiekę zdrowotną, którzy kilka lat temu wzięli udział w
przesłuchaniach w Kongresie dotyczących AIDS, przeważała następująca konkluzja:
ponieważ nastolatki i młodzi ludzie nie traktują zagrożenia AIDS dostatecznie poważnie, należy przyciągać ich
uwagę komunikatem, który (by zacytować jednego ze świadków) sprawi, że
„zatrzęsą portkami”.
Niestety rozwiązanie nie jest
takie proste. Jak widzieliśmy w rozdziale 24, kłopot z odwołaniami do lęku
polega na tym, że choć w pewnych okolicznościach komunikaty wywołujące lęk mogą
być skuteczne, to jednak nie zawsze wywołują rozsądne postępowanie, zmierzające
do rozwiązania problemu. (...)
Skłonność młodzieży do
zaprzeczania rzeczywistości nie jest bynajmniej czymś nowym. Strategia ta
została udokumentowana dwa i pół tysiąca lat temu przez Tukidydesa, który pisał
– z uzasadnioną goryczą – o tym, że młodzi żołnierze ateńscy, przygotowujący
się do niebezpiecznej wojny na Sycylii,
po prostu nie chcieli przyjąć do wiadomości tego, że mogą zginąć. (...)
Jak, biorąc to wszystko pod
uwagę, nakłonić aktywnych seksualnie
młodych ludzi do bardziej realistycznej oceny niebezpieczeństwa zakażenia
AIDS... (...)
Z psychologicznego punktu
widzenia stwarzamy sytuację, w której jednostka zmuszona jest do uzmysłowienia
sobie własnej hipokryzji... (...)
Nikt nie chce być
hipokrytą. (...)
Wnioski, jakie płyną z tego
eksperymentu są uderzające. Przez ostatnie dwie dekady próbowaliśmy prośbą,
błaganiem, pochlebstwami i groźbą nakłonić naszych bliskich do podjęcia kroków,
które pozwoliłyby im uniknąć zakażenia
AIDS dzięki uprawianiu bezpiecznego seksu. Przez cały ten czas śmiertelny wirus wciąż się rozprzestrzeniał,
a my patrzyliśmy bezradnie na śmierć kolejnych przyjaciół. Teraz jesteśmy w posiadaniu skutecznej
techniki perswazyjnej: należy skłaniać ludzi do propagowania bezpiecznego
seksu, a następnie przypominać im, że nie stosują się do własnych zaleceń.
Czy możemy stosować tę metodę w
innych dziedzinach, do zachowań, które niemal wszyscy uznają za ważne, ale
których po prostu nie praktykują? Przyjrzyjmy się problemowi ochrony
środowiska. W tej dziedzinie wielu z nas potencjalnie jest hipokrytami. Większość
Amerykanów uważa się bowiem za „ekologów” i opowiada się za ochroną
zasobów naturalnych, takich jak powietrze, którym oddychamy, czy woda, którą
pijemy. Kiedy jednak przychodzi naprawdę to robić – odzyskiwać surowce wtórne,
oszczędzać wodę i energię, wzajemnie
podwozić się do pracy w celu ograniczenia emisji spalin – większość z nas nie podejmuje czynności, które sami
propagujemy. (...)
Taktykę uświadamiania własnej
hipokryzji wykorzystaliśmy też do radzenia sobie z innym problemem ekologicznym,
z oszczędzaniem wody pitnej3.
(...)
Nasza ludzka skłonność do
gimnastyki umysłowej, która pozwala zaprzeczać własnej obłudzie... (...)
(...)
Na marginesie
Zalecenia innym czynienia rzeczy słusznych, których się samemu nie realizuje,
nie zawsze musi być hipokryzją lub
obłudą. Przykładowo, lekarz, który przekonuje pacjenta o szkodliwości palenia,
a sam pali, nie jest żadnym hipokrytą, tylko zwyczajnie brakuje mu silnej woli,
żeby przestać palić. Przypuszczalnie, w przykładach opisanych przez Autorów
(różnie to wygląda, zależnie od przykładu),
zadziałało czasami faktycznie uświadomienie sobie hipokryzji, a czasami
zwykłe podrażnienie ambicji:
„nie potrafisz zastosować się do tego, co sam słusznie zalecasz”,
„jesteś za leniwy dla dania dobrego przykładu”,
„brakuje ci silnej woli...” itp.. Oczywiście, osoby „na świeczniku”
powinny zachowywać się bardziej dyplomatycznie w tym, co mówią a robią, z
przyczyn tak prostych, że chyba nie ma powodu ich wymieniać.
Anonimus
30
Zjawisko niedostępności w psychologii
i magia przedmiotów pożądania
......... 220
Ziemniaki nie zawsze cieszyły
się taką popularnością jak dziś. Pod
koniec XVIII wieku Francuzi wierzyli, że ziemniaki powodują trąd. Niemcy
uprawiali je wyłącznie jako karmę dla bydła i więźniów. Rosyjscy chłopi
uważali, że ziemniaki są trujące. Wszystko to uległo zmianie, gdy caryca Rosji
Katarzyna Wielka, wykazując się dużym sprytem, kazała ogrodzić pola
ziemniaczane płotami. Obok umieszczono duże ostrzeżenia zabraniające kradzieży
ziemniaków1. Ziemniak stał się podstawą rosyjskiej diety.
Kampania Katarzyny Wielkiej,
zmierzająca do uczynienia ziemniaka częścią rosyjskiej diety, wykorzystywała
pospolitą, ale skuteczną zasadę
perswazji – [wykreowana] niedostępność pozwala sprzedać więcej.
Można zwiększyć atrakcyjność
przedmiotu sprawiając, by wydał się rzadki i niedostępny, wznosząc bariery,
które uczynią go trudnym do zdobycia. Parafrazując stare powiedzenie, „niedostępność
sprzyja miłości” [scarcity makes the heart grow fonder].
Reklamodawcy i handlowcy dobrze
o tym wiedzą. Ich reklamy głoszą: „niedostępne w sklepach”, „końcówka zapasów”, „krótka seria”, „czas promocji ograniczony”. Czasami
świadomie ograniczają zapasy.
Od wypuszczenia na rynek lalki
Barbie w 1959 roku, niemal co roku pojawia się zabawka (albo dwie), która staje
się poszukiwanym, trudno dostępnym towarem – raz są to „kapuściane lale” (Cabbage Path dolls), rok później Żółwie Ninja, kiedy
indziej Power Rangers, stworki Furby albo lalka interaktywna „Połaskocz mnie, Elmo”.
Co będzie w przyszłym roku? Pouczająca
jest historia lalki Elmo. Zabawka ma cechy, które wielu osobom wydają się
okropne – gdy ją pogilgotać, gaworzy i wibruje. Jednak o tym, że lalki Elmo tak
świetnie się sprzedawały decydował głównie fakt, że często brakowało ich w
sklepach. Rodzice stali godzinami w kolejkach licząc, że uda im się dostać lalki dla swoich dzieci. W działach z
zabawkami dochodziło do walk o to, komu przypadnie ostatnia lalka. Sklepy
prowadziły loterie wyłaniające zwycięzcę, który w nagrodę mógł kupić
lalkę. Niektórzy właściciele sprzedawali
swoje lalki nawet za 500 dolarów. Sprzedaż produktu rosła błyskawicznie.
Na czym polega atrakcyjność
tego co niedostępne? Co się dzieje, gdy przedmiot staje się niedostępny i przybiera postać przedmiotu pożądania
(phantom)?. Zastanówmy się nad tym, co
myślał i czuł przeciętny rosyjski chłop, który patrzył na świeżo ogrodzone pole
ziemniaków: „Dlaczego ogrodzili te ziemniaki?
Muszą być cenne. Ciekawe, czy postawią tu strażnika. Na pewno tak. (...) Chcę
ziemniaki”.
Przykład naszego hipotetycznego
chłopa pokazuje, że przedmiot pożądania może zawładnąć wyobraźnią. To, co niedostępne, staje się
egzotyczne. Kiedy odkrywamy, że jakiś
towar jest rzadki lub może być niedostępny, od razu dochodzimy do wniosku, że
musi być cenny. Dlaczego w przeciwnym
razie miałby być niedostępny? Zazwyczaj stosujemy prostą regułę, czy też
heurystykę: jeśli coś jest rzadkie lub niedostępne, to musi być cenne. Ta
prawidłowość pozwala wyjaśnić, dlaczego studentki uważają, iż trudno
dostępne nylonowe pończochy powinny być droższe od łatwo
dostępnych... Zważywszy na łatwość, z
jaką można manipulować informacjami o
niedoborze towarów, potencjał propagandowy tej techniki jest prawie
nieograniczony i dostępny dla wszystkich.
(...)
Pułapka widmowa wskazuje też na potencjalne niebezpieczeństwo wykorzystywania
cenzury do regulacji ludzkich zachowań. Próby uczynienia czegoś „niedostępnym”
za pomocą cenzury mogą zwiększyć subiektywną wartość danego przedmiotu. Na
przykład Szatańskie Wersety Salmana Rushdiego to interesująca
powieść, ale książka ta nie była materiałem na bestseller. Jej sprzedaż
zatrzymałaby się na poziomie kilku tysięcy egzemplarzy, gdyby nie jedno:
Ajatollah Chomeini uznał, że jest to
książka bluźniercza i nakłaniał muzułmanów do zabicia jej autora. Książka
błyskawicznie awansowała na pierwsze miejsce listy bestsellerów.
(...)_
Kiedy informacja zawodzi:
propaganda jako wyzwanie dla społeczeństwa ......... 227
31
Edukacja czy propaganda? .........
228
Legenda głosi, że grecki
filozof Protagoras był pierwszym człowiekiem w historii, którego dzieła zostały
publicznie spalone. Żyjący w V w. p.n.e. Protagoras był sofistą – zarabiał na
życie nauczając innych o mechanizmach perswazji. Jego spalone,
zaginione gdzieś w starożytności dzieło przypominało pod wieloma względami
książkę, którą właśnie czytacie – opisywało rozmaite techniki perswazyjne,
które mogą zostać wykorzystane przy dowolnej okazji. Wydaje się, że w
cywilizacji zachodniej idea, iż jakaś jednostka może wpływać na inną używając do tego celu perswazji, od zawsze
wydawała się niesmaczna, jeśli nie obrzydliwa. Propagandę uważa się
najczęściej za dzieło złego
manipulatora.
Równocześnie jednak drugi zawód
Protagorasa, zawód nauczyciela, cieszy się nierzadko najwyższym uznaniem.
Chętnie wysyłamy dzieci do szkoły i na
uniwersytet w nadziei, że zdobędą dobry zawód, rozwiną w sobie zamiłowanie do
wartościowych rzeczy, staną się produktywnymi obywatelami. Na czym polega
prawdziwa różnica między propagandą a edukacją?
Niektórzy powiedzą, że reklamy
płatków śniadaniowych albo aspiryny są jawną próbą sprzedania czegoś po
wysokiej cenie publiczności umyślnie wprowadzonej w błąd, i można je uznać za
propagandę. Jednak „sprzedawanie” kandydata na prezydenta to już coś bardziej
skomplikowanego. Zabiegi wykorzystywane przez ekspertów politycznych i
organizatorów kampanii wyborczych do
przedstawienia kandydata w korzystnym świetle mogą być uznane za edukację – za
próbę poinformowania opinii publicznej o programie politycznym i cnotach
kandydata, poprzez możliwie jasne, sugestywne i precyzyjne zaprezentowanie jego
poglądów.
The American Heritage Dictionary of
the English Language definiuje
propagandę jako
„systematyczne propagowanie określonej doktryny”, a edukację
jako „czynność przekazywania wiedzy lub
umiejętności”. (...)
(...) Ponad pięćdziesiąt lat temu Max Wertheimer –
psycholog, uchodźca z nazistowskich Niemiec – sprecyzował rozróżnienie
propagandy i edukacji w sposób, który uważamy za godny uwagi8.
Zdaniem Wertheimera, propaganda usiłuje
odwieźć nas od myślenia i działania, jakie charakteryzuje istoty ludzkie
posiadające prawa, manipuluje uprzedzeniami i emocjami, by narzucić odbiorcom
wolę propagandysty. Edukacja natomiast
powinna wyposażać ludzi w umiejętność stania na własnych nogach i podejmowania
samodzielnych decyzji – jej zadaniem jest zachęcać do krytycznego
namysłu.
Sednem Wertheimerowskiej
koncepcji edukacji jest krytyczna debata i grupowa dyskusja, które pozwalają
przeanalizować problem z różnych perspektyw. Jak to osiągnąć? W
latach pięćdziesiątych XX wieku psycholog organizacji, N.R.F. Maier, opracował
wytyczne pozwalające strukturalizować
dyskusję grupową i podejmowanie decyzji9. Jego badania, wraz
z zakończonymi niedawno badaniami, które przeprowadziliśmy z naszą koleżanką
Marlene Turner, pokazują, że już samo przedstawienie tych wytycznych grupom
dyskusyjnym może wyostrzyć namysł krytyczny i podnieść jakość podejmowania
decyzji10. Oto niektóre rekomendacje Maiera dotyczące
sposobu generowania krytycznej dyskusji:
1. Nie uznawaj pierwszej odpowiedzi, jaką
usłyszałeś za ostateczną. Przeanalizuj
inne rozwiązania. Zapytaj: „Co jeszcze powinno zostać wzięte pod uwagę?”, „Co jeszcze możemy zrobić?”.
2. Dbaj, aby dyskusja koncentrowała się na
problemie, unikaj szukania wymówek i obwiniania innych. Unikaj stwierdzeń w rodzaju: „To naprawdę głupi pomysł”.
3. Śledź wszystkie sugestie dotyczące
rozwiązania problemu i sposobu ujęcia kwestii – tak, aby każda mogła zostać
starannie przeanalizowana.
4. Po zebraniu pewnej liczby sugestii możesz
zadać pytania oceniające i sondujące.
Mogą one brzmieć następująco: „Do
czego prowadziłoby takie rozwiązanie?”,
„Czy rozumiem problem, czy też powinienem zasięgnąć dodatkowych
informacji?”, „Czy mylę się w swoich
założeniach dotyczących problemu?”,
„Jakie są wady i zalety każdej propozycji?”, „Czy można połączyć różne sugestie i otrzymać
jeszcze lepsze rozwiązanie?”.
5. Chroń jednostki przed personalnymi atakami i
krytyką, zwłaszcza jeśli reprezentują odmienny lub mniejszościowy punkt
widzenia (przecież mogą mieć rację).
6. Twoim celem powinno być zrozumienie różnic
poglądów i próba ich uzgodnienia.
Nasza rozważania pokazują, że
problem, czy dana informacja ma charakter edukacyjny czy propagandowy, jest
złożony i nie ogranicza się do tego, czy treść
informacji nam się podoba, czy też nie. Wypada zatem przyjrzeć się z
bliska temu, jak przedstawione w tej książce techniki wykorzystywane są w
kampaniach propagandowych. Robimy to w kolejnych rozdziałach. Podejmując to wyzwanie, koncentrujemy się na
pytaniu, jakie formy edukacji i perswazji będą najlepiej służyły naszemu
społeczeństwu i nam samym.
32
Czym są wiadomości?
......... 234
Buty Imeldy Marcos. Niewiele jest osób, które będąc dorosłymi w
ostatnim okresie reżimu Ferdynanda Marcosa nie wiedziałyby, co mamy na myśli,
wypowiadając te proste słowa. Większości z nas od razu staje przed oczyma szafa
z tysiącami par butów w różnych kolorach, fasonach i na różne okazje. Ten
obraz, pokazany pierwotnie w informacyjnym programie stacji ABC „Nightline”, był symbolem korupcji, jaka
charakteryzowała długi okres rządów Marcosa, prezydenta Filipin. Zdjęcie butów
Imeldy Marcos jako symbol jest żywe, skuteczne, ale i nazbyt uproszczone. A
także bardzo użyteczne. Jest też bardzo charakterystyczne dla tego typu
wiadomości, które najczęściej oglądamy – sugestywny obraz zamiast przemyślanej
dyskusji.
Świat każdego dnia jest
miejscem wojen, zamieszek, oszukiwania konsumentów, przemocy w rodzinie,
konkursów ortograficznych, odkryć naukowych, przemówień politycznych, ludzkich
smutków i radości. Oczywiście programy informacyjne nie mogą relacjonować wszystkich
tych wydarzeń (i nie robią tego).
Selekcja wiadomości
to początek propagandy.
Każdy przytomny rewolucjonista albo
potencjalny przywódca wie, że jego podstawowym zadaniem jest opanowanie źródła
informacji publicznej.
Manipulowanie informacjami nie
jest wyłączną cechą reżimów totalitarnych.
Jakie czynniki decydują we współczesnych demokracjach zachodnich o tym, które
informacje podawane są w radiu i w telewizji oraz publikowane w magazynach i
gazetach? W reżimach totalitarnych
informacje są rutynowo cenzurowane przez elity rządzące. Tak jawna kontrola jest w zachodnich
demokracjach czymś rzadkim...
Istnieją jednak okoliczności, w których bezpośrednia cenzura jest nie tylko
akceptowana, ale wręcz staje się przedmiotem zachęt ze strony amerykańskich
obywateli. Tak było w Zatoce Perskiej...
Jest jednak oczywiste, że
selekcja codziennych informacji w demokracjach zachodnich wymaga czegoś więcej
niż tradycyjnej cenzury. W jaki sposób dziennikarze wybierają to, co ma zostać
wydrukowane w gazecie i pokazane w telewizji, biorąc pod uwagę masę wiadomości
napływających do agencji informacyjnych? Aby odpowiedzieć na to pytanie,
przyjrzyjmy się sposobowi pracy pierwszego „łowcy informacji” – reportera6.
Reporterzy mediów informacyjnych
mają zazwyczaj swoje rewiry – relacjonują to, co miało miejsce w
przypisanej im grupie instytucji... Już
ten fakt stanowi pierwsze źródło tendencyjności w doborze informacji – to co
wydarza się poza rewirem albo między rewirami, ma mniejszą szansę znalezienia
się w mediach, chyba że chodzi o wielką katastrofę albo inne spektakularne
wydarzenie.
Reporterzy coraz częściej pracują
dla korporacji9. (...)
Bez
względu na to, jak trudne do zniesienia wydają się te wszystkie naciski,
dziennikarz staje w obliczu jeszcze jednego sprawdzianu, który może go
kosztować utratę pracy. Chodzi o umiejętność
przyciągnięcia swoim reportażem
uwagi widzów. Wszystkie programy telewizyjne, włączając w to wieczorne
wiadomości, muszą zabiegać o zyski, a to oznacza konieczność zapewnienia
określonej oglądalności oraz zjednania sobie takich widzów, którzy przyciągają
reklamodawców. Co skłania ludzi do oglądania wiadomości? W badaniach
dotyczących powodów, dla których ludzie oglądają wiadomości stwierdzono, że
większość widzów oczekuje zabawy i rozrywki. Chęć bycia poinformowanym jest
motywem drugorzędnym. Aby zagwarantować wysoką oglądalność i zyski, treść
programów telewizyjnych musi być lekka i nie wymagać od konsumenta nadmiernego
wysiłku, a przy tym powinna być
ekscytująca, angażować go emocjonalnie, a co najważniejsze – bawić.
Dlatego też, kiedy osoby odpowiedzialne za treść serwisów informacyjnych
decydują o tym, jakie wydarzenia uwzględnić i które wycinki nakręconych każdego
dnia kilometrów taśmy filmowej pokazać widzom, podejmują swoje decyzje kierując
się, przynajmniej do pewnego stopnia, rozrywkowymi walorami materiału.
Nieprzerwane relacje z procesu O. J. Simpsona, morderstwo JonBenet Ramsey albo
najświeższe plotki na temat Moniky Lewinsky są znacznie bardziej
atrakcyjne niż, powiedzmy, wydarzenia w Bośni, koncentracja własności środków
masowego przekazu czy amerykańskie wybory prezydenckie (chyba, że chodzi o
związane z nimi kontrowersje). Reportaż z zalanej falą powodziową metropolii
jest o wiele bardziej widowiskowy niż reportaż poświęcony budowie zapory, która
ma zapobiec takiej powodzi: oglądanie tego, jak zapora powstrzymuje powódź po
prostu nie jest zbyt ekscytujące.
A jednak informacja o budowie zapory może być ważniejsza.
Tak jak telewizyjne transmisje
meczów piłkarskich są atrakcyjniejsze od transmisji pojedynków szachowych, tak
też jest bardziej prawdopodobne, że zamieszkom bombardowaniom, porwaniom,
trzęsieniom ziemi, masakrom i innym aktom przemocy poświęcone zostanie więcej
czasu antenowego niż opowieściom o ludziach, którzy pomagają sobie nawzajem,
albo działają na rzecz zapobiegania przemocy. I rzeczywiście... (...)
Jakie cechy powinien mieć
doskonały reportaż? Generalnie
reporterzy i redaktorzy szukają historii, które: (1) są nowe i na czasie, (2) mają charakter konfliktu albo
skandalu, (3) dotyczą osobliwych,
niecodziennych wydarzeń, (4) przydarzają
się znanym ludziom, (5) mogą być przedstawiane
jako dramatyczne i osobiste, (6) są na
tyle proste, że dają się ująć na małej przestrzeni lub w krótkim czasie, (7) zawierają elementy wizualne (zwłaszcza
obrazy nadające się do telewizji) oraz (8) odpowiadają tematowi, który jest
obecnie dyskutowany w programach informacyjnych i w społeczeństwie.
Uzbrojeni w wiedzę na temat
funkcjonowania mediów informacyjnych, możemy zrozumieć, jak to się stało, że
obraz butów Imeldy Marcos pojawił się na ekranach telewizorów w domach na całym
świecie. Producenci programu... zaprzyjaźnili się... i udostępnili czas
antenowy... Zrobili to z przyjemnością. Konflikt Aquino-Marcos miał wszelkie
cechy wielkiego dramatu: prosta gospodyni domowa, która kontynuuje dzieło
swojego zamordowanego męża, Benigno Aquino, stojąca naprzeciw skorumpowanego
aroganckiego władcy oderwanego od problemów swojego kraju i niepotrafiącego
obchodzić się z amerykańskimi mediami. (...)
Dramatycznym przykładem dążenia
mediów informacyjnych do zaspokojenia naszego pragnienia rozrywki oraz
wynikających z tego uprzedzeń w relacjonowaniu wydarzeń może być medialna prezentacja w 1970 roku
„niezamieszek” (nonriot) w Austin w Teksasie (jeden z nas – E.A. – wziął w nich udział). W następstwie studenckiej demonstracji
przeciw wkroczeniu wojsk amerykańskich do Kambodży doszło do ogromnych napięć
między lokalną policją a studentami Uniwersytetu Teksańskiego. Był to jednak
tylko wstęp do tego, co, jak się wydawało, musi się wydarzyć. Kilka dni później, podczas pokojowej
demonstracji, czterech studentów z Uniwersytetu Stanowego w Kent zostało
zastrzelonych przez żołnierzy gwardii narodowej stanu Ohio. W geście protestu studenci z Teksasu
zaplanowali gigantyczny marsz do centrum Austin. Rada miasta, obawiając się
kłopotów, nie wydała pozwolenia na demonstrację. Zawiedzeni i rozgniewani
studenci postanowili mimo to zorganizować marsz. Krążyły plotki, że do Austin
zbliżają się setki uzbrojonych prowincjuszy i chuliganów szykujących się do
napaści na studentów. Pojawiły się też pogłoski o tym, że do miasta wezwano
teksańskich strażników oraz żołnierzy gwardii narodowej, którzy mieli
zareagować przemocą na każdy przypadek
łamania prawa.
Wydawało się pewne, że sytuacja
stanowi preludium do aktu skrajnej przemocy. Media zwęszyły atrakcyjną
historię. Największe stacje telewizyjne postawiły w stan pogotowia i
pospiesznie wysłały do Austin swoje ekipy reporterskie. Jak się jednak okazało, po jedenastu
godzinach napięta sytuacja została rozładowana: na prośbę administracji
uniwersyteckiej oraz kilku wyższych funkcjonariuszy policji sędzia federalny
wydał tymczasowe rozporządzenie zabraniające władzom miasta wprowadzenia w
życie zakazu demonstracji. Wydarzenie to – zwłaszcza ze względu na rolę, jaką
odegrała w nim policja – zaowocowało nie tylko zupełnym brakiem przemocy, ale
także autentyczną eksplozją dobrej woli i solidarności wśród różnych
przedstawicieli społeczności. W marszu wzięło udział dwadzieścia tysięcy
studentów, ale demonstrowali oni w duchu pojednania. Niektórzy proponowali
policjantom zimne napoje, studenci i policja wymieniali przyjazne pozdrowienia.
Było to ważne wydarzenie, które zrodziło się w atmosferze pozornej wzajemnej
nieufności studentów i policji.
Co ciekawe, telewizja krajowa
zupełnie zignorowała pokrzepiający obrót sprawy. Brak relacji był czymś zdumiewającym, jeśli
wziąć pod uwagę, że w ciągu poprzedniego tygodnia do miasta zjechało wielu znanych
reporterów z rozmaitych mediów informacyjnych. Niepokojącego wyjaśnienia tej sytuacji dostarczyli
psychologowie społeczni, Phillip Mann i Ira Iscoe: „Ponieważ nie doszło do
przemocy, ekipy reporterskie opuściły miasto i wydarzenia pozostały nienagłośnione. Smutne konsekwencje tego faktu są dziś
oczywiste”13.
Warto odnotować, że kilka lat
później w tym samym mieście doszło do znacznie bardziej dramatycznego, lecz o
wiele mniej istotnego wydarzenia, któremu media poświeciły mnóstwo uwagi. Około
pięćdziesięciu członków Ku-Klux-Klanu zorganizowało marsz, do którego
przyłączyło się około tysiąca krzykaczy. Rzucano kamieniami i butelkami, kilka
osób odniosło lekkie obrażenia. O zamieszkach poinformowano w wiadomościach
telewizyjnych i szczegółowo opisano je w gazetach na terenie całego kraju. Najwyraźniej uznano, że nieistotny konflikt
między miastem a Klanem ma większe walory widowiskowe niż pokojowa manifestacja
dobrej woli.
Morał, jaki płynie z obu
historii, które rozegrały się w Austin, jest prosty: jeśli chcesz trafić do
mediów, bądź widowiskowy.
Media nie przedstawiają
wyważonego i pełnego obrazu tego, co się dzieje na świecie nie dlatego, że
ludzie kierujący mediami informacyjnymi są źli i próbują nami manipulować, ale
po prostu dlatego, że próbują dostarczyć nam rozrywki. Próbując nas rozerwać,
dopuszczają się jednak nadmiernych uproszczeń, a tym samym nieświadomie
wpływają na nasze poglądy o świecie, w którym żyjemy. Na przykład – o czym już
mówiliśmy – ludzie, którzy oglądają dużo telewizji uważają, że na świecie jest
znacznie więcej przemocy, niż ci, którzy oglądają telewizję rzadko.
Ci, którym zależy na rozgłosie
medialnym – na przykład terroryści – potrafią wykorzystać wartość spektaklu
oraz fakt ujmowania informacji w dramatyczne ramy. Weźmy przykładowo sprawę
zakładników bejruckich z 1985 roku, kiedy to około 40 niewinnych amerykańskich
pasażerów przetrzymywanych było na pokładzie odrzutowca linii TWA przez
szyickich terrorystów. Kamery telewizyjne dostarczały amerykańskim widzom
nieprzerwanych relacji dotyczących wszystkich aspektów kryzysu – zarówno
istotnych, jak i całkiem trywialnych. Oglądaliśmy konferencje prasowe
terrorystów, konferencje prasowe zakładników, intymne zdjęcia ich przerażonych
rodzin, żądania zakładników (chyba
terrorystów? Anonimus), odpowiedzi, wymachiwanie pistoletami,
szalone oświadczenia i jadłospisy lunchów. Kamery telewizyjne robiły wszystko,
może z wyjątkiem chodzenia z zakładnikami do toalety. Widowisko było
fascynujące.
Reklamodawcy i osoby zajmujące
się marketingiem bezpośrednim wciąż na nowo odkrywają prawdę głoszącą, że
„wiadomości to rozrywka”. Niektórzy, naprawdę dumni ze swoich produktów
sprzedawcy sądzili, że interaktywne łącza, elektroniczne tablice ogłoszeniowe
oraz Internet pozwolą wykroczyć poza trzydziestosekundowy spot reklamowy i
dostarczyć konsumentom porządną dawkę informacji. Starannie przygotowali
obszerne bazy danych, zawierające informacje o właściwościach produktów, nowych
pomysłach na ich wykorzystanie, o sposobach postępowania w razie występowania
typowych usterek i tak dalej – tylko po to, by przekonać się, że nikt na te
informacje nawet nie spojrzał.* Specjaliści od marketingu szybko zorientowali
się, że jeśli chcą efektywnie wykorzystywać nową technologię, ich prezentacje
muszą być widowiskowe: dlatego zwykłe informacje zostały zastąpione grami
wideo, konkursami oraz klubami pieczenia ciast promującymi rozmaite produkty.
Wynikiem tej słabości do
rozrywki są wiadomości w postaci krótkich wywiadów i migawek filmowych –
montażu krótkich obrazów wizualnych, które mają się spodobać masom. Każde
wydarzenie i każda sprawa muszą być częścią dramatycznej, bogato ilustrowanej
opowieści. (...)
Potencjalni liderzy – bez względu na to,
czy są pokojowymi demonstrantami, terrorystami, reklamodawcami czy kandydatami na prezydentów- muszą rywalizować
o uwagę widzów w tym „widowiskowym” środowisku.
Telewizyjna
relacja z kampanii politycznej przypomina raczej odcinek popularnej opery
mydlanej niż dyskusję o istocie demokracji i przywództwa. (...)
Co takiego przegapiliśmy, zaglądając do
szafy Imeldy Marcos i gapiąc się na jej buty? Po pierwsze, media nie
przeprowadziły szczegółowej dyskusji dotyczącej korupcji na Filipinach: na ile
korupcja była rozpowszechniona, od czego się zaczęła, jak ją podtrzymywano,
jaką rolę, jeżeli w ogóle, odegrały w szerzeniu korupcji Stany Zjednoczone.
Taka dyskusja miałaby ogromną wartość z punktu widzenia polityki Stanów
Zjednoczonych wobec Filipin. Zamiast tego, wydarzenia polityczne na Filipinach
sprowadzone zostały do intrygi przypominającej spaghetti westerny albo odcinek
serialu „Drużyna A” – „źli” zajmują miasto, uczciwa obywatelka z pomocą
sąsiadów oczyszcza miasto i przywraca sprawiedliwość. Po drugie, żaden wywiad
ani sesja zdjęciowa nie przyniosły wyjaśnienia Imeldy Marcos na temat tego,
dlaczego w szafie stało tyle butów. Gerry Spence, adwokat broniący Imeldy
Marcos podczas procesu sądowego o oszustwo i wymuszenie stwierdził, że pani
Marcos miała tyle butów, ponieważ na Filipinach jest tak wiele fabryk obuwia16.
Jako pierwsza dama otrzymywała każdego roku setki par butów od firm, które
chciały móc się pochwalić tym, że Ime4lda Marcos używa ich produktów. Większość
butów nie nadawała się do noszenia, bo nie pasowała rozmiarem, ale ona i tak
trzymała je w szafie. Oczywiście mogło to być wyjaśnienie służące wyłącznie
dobru oskarżonej. (Ciekawe, dlaczego Marcos nie oddała butów organizacjom
dobroczynnym?). Bez względu na to, gdzie leży prawda, jest ona bardziej złożona
od szafy pełnej butów. Każda osoba oskarżona o przestępstwo ma prawo
przedstawić swoją wersję wydarzeń. My, jako obywatele demokracji, mamy prawo
wysłuchać obu stron, aby wyrobić sobie własne zdanie. Można jeszcze dodać, że w
procesie sądowym Imelda Marcos została oczyszczona ze wszystkich zarzutów.
Ciekawe, czy
ktokolwiek oglądałby telewizję, gdyby reklamodawcy i politycy zastąpili
gładkie, trzydziestosekundowe spoty ogłoszeniami zawierającymi wyłącznie
użyteczne informacje. Ciekawe, co stałoby się z oglądalnością, gdyby
dziennikarze zastąpili obecny zalew widowiskowych, ale często
zniekształcających rzeczywistość, obrazów pogłębionymi analizami ważnych, choć
być może nużących kwestii. Reklamodawcy, politycy i dziennikarze przekazują
swoje komunikaty w postaci widowiskowych migawek i krótkich fragmentów wywiadów
– to praktyka, która zniekształca i upraszcza rzeczywistość, eliminując
wszystkie informacje poza najbardziej widowiskowymi. Na dłuższą metę nasze pozornie nienasycone pragnienie rozrywki może
odnieść sukces tam, gdzie nie powiodło się Hitlerowi i „Prawdzie”.
* Chyba – „lekka” przesada. Aby uniknąć „znudzenia” tych, kogo
to nie interesuje, a zainteresować zainteresowanych, trzeba odpowiednie dane
rzeczowe podawać w odrębnym, łatwo dostępnym zestawie. Warto przy tym pamiętać,
że do tego rzeczowego zestawu z reguły sięgną tylko ci, którzy się dobrze
znają. „Nie wypada” im zatem „wciskać kitu” (nie znającym się też nie wypada,
ale „życie – życiem”).
Anonimus
33
O nieskuteczności kampanii informacyjnych .........
244
Przypuśćmy, że odziedziczyłeś
kontrolny pakiet akcji sieci telewizyjnej.
Masz doskonałą okazję, żeby wpłynąć na poglądy widzów w ważnych
kwestiach. Powiedzmy, że jesteś entuzjastycznym zwolennikiem powszechnych
ubezpieczeń zdrowotnych i chciałbyś przekonać innych do swoich poglądów. Po
przeczytaniu o taktykach perswazyjnych opisanych w tej książce wiesz już, jak
to zrobić. Poza tym sprawujesz kontrolę nad potężnym medium komunikacyjnym. Jak
przystąpiłbyś do swego zadania?
To proste. Wybierasz porę zaraz po emisji
programu na wysokim poziomie intelektualnym (aby mieć pewność, że oglądają cię
dobrze poinformowani ludzie) i przedstawiasz stosowną dwustronną argumentację
(ponieważ argumenty dwustronne najsilniej oddziałują na dobrze
poinformowanych). Konstruujesz dyskusję w ten sposób, by argumenty
przemawiające za wprowadzeniem powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych były
silniejsze i pojawiały się jako pierwsze (aby wykorzystać efekt pierwszeństwa).
Opisujesz trudną sytuację ubogich: to, że częściej chorują i wcześniej umierają
z powodu braku opieki medycznej. Argumentując na rzecz wprowadzenia
powszechnego systemu opieki zdrowotnej, odwołujesz się do prywatnej korzyści
oglądających – obecny system jest kosztowny i wymaga wyższych podatków. Używasz
obrazowych przykładów z życia ludzi, których znasz osobiście. Omawiasz te
przypadki w sposób wywołujący przemożny strach; jednocześnie proponujesz
konkretny plan działania, ponieważ takie połączenie najbardziej sprzyja zmianie
poglądów i wywołuje potrzebę działania u największej liczby ludzi.
Przedstawiasz niektóre argumenty przeciwko swojemu stanowisku, po czym
zdecydowanie je odpierasz. Wynajęty przez ciebie spiker jest5 godnym zaufania i budzącym
natychmiastową sympatię ekspertem. Przedstawiasz swoje argumenty w sposób możliwie
najbardziej przekonujący, aby zmaksymalizować rozziew między przedstawionymi
argumentami a początkowym stanowiskiem twojej publiczności. Następnie siadasz
wygodnie w fotelu, rozluźniasz się i czekasz aż poglądy widzów zaczną się
zmieniać.
Niestety, to nie jest takie proste.
Wyobraź sobie typowego telewidza.
Powiedzmy, że jest to czterdziestopięcioletnia przedstawicielka klasy
średniej trudniąca się pośrednictwem w handlu nieruchomościami, która uważa, że
rząd zanadto ingeruje w prywatne życie obywateli. Jest zdania, że każdy rodzaj
ustawodawstwa socjalnego podważa ducha indywidualizmu, który, jak sądzi,
stanowi istotę demokracji. Trafia na twój audycję, szukając wieczornego
programu rozrywkowego. Zaczyna słuchać twoich argumentów na rzecz wolnego
dostępu do opieki zdrowotnej. Stopniowo staje się mniej pewna swoich
wcześniejszych poglądów. Nie jest już przekonana o tym, że rząd nie powinien
wtrącać się w kwestie opieki zdrowotnej. Co robi?
Jeżeli przypomina badanych z
eksperymentu przeprowadzonego przez Lance Canon, to sięgnie po pilota,
przełączy kanał i zacznie oglądać „Koło fortuny”1. Canon wykazał, że
gdy osłabia się czyjąś pewność własnego zdania, osoba taka jest mniej
skłonna słuchać argumentów przeciwko
własnemu stanowisku. Toteż ci sami ludzie, na których przekonaniu najbardziej
nam zależy i których poglądy mogą być najbardziej podatne na zmianę, są zarazem
tymi, którzy najmniej chętnie słuchają nadawanych w tym celu komunikatów.
Kampaniom informacyjnym nie udaje się
często zmienić postaw swoich adresatów – ten fakt dotyczący perswazji został
stwierdzony przez Herberta Hymana i Paula Sheatsleya już w 1947 roku2. Wyjaśniając częste niepowodzenia kampanii
informacyjnych, Hyman i Sheatsley zauważyli, że ludzie zdobywają informacje
dotyczące głównie tych rzeczy, które ich ciekawią, natomiast unikają
informacji, które są niezgodne z ich przekonaniami. Gdy ktoś zdaje sobie sprawę, że próbuje mu
się przekazać nieinteresującą i przykrą
informację, najczęstsza reakcja polega na zniekształceniu i zreinterpretowaniu
tej informacji, a tym samym na zignorowaniu jej potencjalnego wpływu na zmianę
przekonań i postaw.*
* „Ciekawość” a „przekonania”, to dwie różne sprawy. Podobnie
jak informacja „nieinteresująca” a „przykra”. Chyba nie trzeba tego
rozwijać. Ludzie unikają informacji
„nieciekawych”, „przykrych” albo
„niezgodnych ze swoimi przekonaniami”, wcale nie z tych samych powodów, choć
przyczyny „unikania” mogą (ale nie
muszą) na siebie zachodzić.
Anonimus
Pomimo tych oczywistych
psychologicznych barier, próby zmiany
ludzkich zachowań... podejmowane
są równie często jak wcześniej. Takie kampanie narażone są na niepowodzenie, jeżeli nie biorą
pod uwagę naszej skłonności do selekcjonowania informacji i systematycznego
zniekształcania komunikatów
nieodpowiadających naszym poglądom.
Czy wobec tego musisz ograniczyć się
do przedstawienia swojego komunikatu
widowni złożonej z osób, które i tak popierają system powszechnych ubezpieczeń
zdrowotnych? Jeżeli będziesz obstawać przy pomyśle wyemitowania poświęconego
temu problemowi poważnego filmu dokumentalnego, to przypuszczalnie tak. Jednak
po rozważeniu alternatyw, możesz wybrać inne podejście.
Zwołujesz spotkanie kierownictwa
twojej sieci telewizyjnej. Zlecasz dyrektorowi programowemu zamówienie kilku
scenariuszy dramatyzujących trudną sytuację rodzin, które stoją w obliczu ruiny
finansowej z powodu wysokich kosztów leczenia poważnej choroby. Zlecasz
redakcji wiadomości nakręcenie kilku krótkich reportaży o sukcesach systemu
powszechnych ubezpieczeń zdrowotnych w innych krajach. Wreszcie, podsuwasz
gospodarzowi nocnego talk show kilka dowcipów na temat nieudolnego, lecz
bogatego lekarza.
Choć żaden z tych komunikatów nie
dorówna filmowi dokumentalnemu pod względem jakości dostarczanych informacji,
ich łączny wpływ może być silniejszy.
Wykorzystanie programów o
charakterze rozrywkowym do rozpowszechniania określonego punktu widzenia
pozwala osiągnąć wysoką oglądalność oraz zmienia ludzkie postawy i zachowania3.
Czy musimy jednak porzucić środki masowego
przekazu jako narzędzie komunikowania ważnych informacji i zaakceptować
programy dostarczające jedynie trywialnej rozrywki? Schneider uważa, że tak – zwłaszcza, jeśli
idzie o nasze dzieci. Schneider jest autorem ponad d 1000 skierowanych do
dzieci reklam, zachwalających zalety ponad 400 produktów, w tym takich
„przebojów” jak lalka Barbie ... Oto
jak tłumaczy obecny stan dziecięcej telewizji:
Sieci i programy komercyjne wielokrotnie
próbowały nadawać lepsze, bogatsze w treść programy. W większości przypadków
programy nie przyciągnęły dużej widowni, a wiec – konsekwentnie – nie były
ekonomicznie uzasadnione. Telewizja gotowa jest finansować tylko niewielką
liczbę tego rodzaju audycji4.
Choć wykorzystywanie mediów do
przekazywania informacji może być trudne, to nie jest niemożliwe. Kampanie informacyjne mogą być skuteczne,
jeżeli będziesz przestrzegał kilku prostych zasad: (1)
spraw, by program był widowiskowy
(zasada, którą omówiliśmy w poprzednim rozdziale), (2)
nie atakuj bezpośrednio postaw i przekonań oglądających oraz (3) wykorzystaj opisane w tej książce
techniki, aby uczynić program przekonującym5. (...)
Robert Entman twierdzi, że
choć w ciągu ostatnich dwudziestu
lat bardzo wzbogaciły się możliwości
uzyskiwania informacji na temat zagadnień politycznych, to wiedza i
zainteresowanie Amerykanów tymi zagadnieniami wcale w tym czasie nie wzrosły, a
być może nawet zmalały9.
Wydaje się, że opinia publiczna, prasa i przywódcy polityczni
uczestniczą w błędnym kole. Komunikowanie złożonych informacji wymaga zainteresowanej i dobrze przygotowanej
publiczności. Pod nieobecność wykształconej publiczności dziennikarze i
przywódcy polityczni zmuszeni są upraszczać swoje przesłanie i przystrajać je w
„rozrywkowe” szatki, przyczyniając się tym samym do dalszego obniżenia poziomu
publiczności. Rezultatem może być – jak ujmuje to w tytule swojej książki
Entman – demokracja bez obywateli. Wielu z nas boleje nad tym, że nasze dzieci
oglądają codziennie w telewizji nierealistyczny świat z kreskówek i żąda
zwiększenia nakładów na edukację. My
uważamy, że – jako dorośli – powinniśmy odnieść
te ubolewania i żądania do siebie.
34
Czary podprogowe: kto kogo uwodzi? .........
248
Wyobraź
sobie, że są lata pięćdziesiąte, a ty wybierasz się właśnie do kina na Piknik,
jeden z najpopularniejszych wówczas filmów. Jednak kino w Fort Lee w stanie New
Jersey nie przypomina żadnego z tych, które znasz. Bez twojej wiedzy projektory
zostały wyposażone w specjalne urządzenie, pozwalające wyświetlać na ekranie
krótkie zdania z tak dużą prędkością, że nie jesteś świadomy tego, iż
przedstawia ci się jakikolwiek komunikat. Podczas projekcji przechylasz
się w stronę swego towarzysza i
szepczesz: „Mam ochotę na prażoną kukurydzę i Colę”. On odpowiada: „W kinie
zawsze chce ci się jeść i pić. Siedź cicho”. Po chwili jednak dodaje:
„Chociaż... Cola i popcorn... może to dobry pomysł?”
Wkrótce
potem dowiadujesz się, że ty i twój kolega nie byliście jedynymi, których
naszła tego dnia ochota na popcorn i Colę. Zgodnie z tym, co twierdzi prasa,
ekspert od reklamy James Vicary po kryjomu wyświetlał na ekranie filmowym
słowa JEDZ POPCORN
I PIJ COLĘ w
czasie jednej trzechtysięcznej części
sekundy. Twierdził, że zabieg ten pozwolił zwiększyć o 18,1%
sprzedaż Coli i o 57,7% sprzedaż popcornu. Po przeczytaniu w prasie o tym
eksperymencie większość ludzi była wściekła i przerażona. Żyjemy w
przerażającym świecie – myśleli – jeżeli reklamodawcy mogą korzystać z takich
perfidnych sztuczek, aby – omijając naszą świadomość – wtłaczać podprogowe
komendy wprost do naszej podświadomości. Określenie podprogowe oznacza, że
komunikat jest tak błyskawiczny, że dociera do nas poniżej progu
świadomości.
W pochodzącym z 1957 roku artykule z
„Saturday Review” Zanieczyszczenie
podświadomości (Smudging the Subconcious)
Norman Cousins dał wyraz tym odczuciom, zastanawiając się nad prawdziwym
znaczeniem tego typu urządzenia. Pisał: „Jeżeli z jego pomocą udało się
zwiększyć sprzedaż popcornu, to dlaczego nie miałoby się go wykorzystać do
promowania polityków lub czegokolwiek innego?”1. (...)
Cousins nie był jedynym, którego
zaniepokoiło wykorzystywanie technik podprogowych. (...)
Protesty krytyków wywołały reakcje
rządów. W Australii i Wielkiej Brytanii reklama podprogowa została zakazana. W
Stanach Zjednoczonych Federalna Komisja Komunikacji (Federal Communications Commision) oświadczyła, że stosowanie komunikatów
podprogowych może spowodować utratę koncesji nadawczej. (...)
A jednak nagłośnienie sprawy w
mediach i regulacje rządowe nie położyły kresu praktykom wywierania wpływu
podprogowego. Praktyki takie rozprzestrzeniły się w obszarze produktów
samopomocowych. Dziś wystarczy odwiedzić lokalną księgarnię albo sklep
internetowy, by znaleźć szeroki asortyment taśm magnetofonowych i kaset wideo
służących osiąganiu tak ważnych celów jak podwyższanie samooceny, doskonalenie
pamięci, zrzucanie nadwagi, kontrolowanie własnego gniewu i temperamentu,
pogłębianie wrażliwości seksualnej i przezwyciężanie traumy związanej z
molestowaniem seksualnym. Poszukując zdrowia i swojego lepszego ja, amerykańscy
konsumenci wydają ponad 50 milionów dolarów rocznie na kasety z bodźcami
podprogowymi, przeznaczone dla celów terapeutycznych4. Zdaniem
jednego z producentów taśmy są skuteczne, ponieważ komunikaty podprogowe
omijają świadomość i odciskają się bezpośrednio w nieświadomości, gdzie tworzą
podstawę takiego życia, jakiego pragnie konsument.
Wciąż
pojawiają się też nowe oskarżenia dotyczące wykorzystywania perswazji
podprogowej do morderczych celów. Niektórzy twierdzą, że takie zespoły rockowe
jak... umieściły na swoich płytach nagrane od tyłu komunikaty zachęcające
słuchaczy do czczenia szatana. (...)
Podczas amerykańskich wyborów
prezydenckich w 2000 roku znów pojawiły się doniesienia o nadużywaniu wpływu
podprogowego. (...)
Biorąc
pod uwagę duże zainteresowanie środków masowego przekazu, zaangażowanie rządu
oraz ilość wydawanych pieniędzy, opinia publiczna
poświęciła zaskakująco niewiele uwagi najbardziej podstawowej kwestii: czy
wpływ podprogowy rzeczywiście jest
skuteczny?
Zbierając
opublikowane w ciągu ostatnich kilku lat prace dotyczące procesów podprogowych,
zgromadziliśmy ponad 150 tekstów prasowych i przeszło 200 publikacji naukowych
(ponad półmetrowy stos)5. Co mówi ten zbiór artykułów?
Po pierwsze, istnieją pewne dowody
percepcji podprogowej, minimalnego przetwarzania informacji poza
świadomością. (...) Badania pokazują, że nieświadome procesy
ograniczają się na ogół do prostych czynności poznawczych6.
Po drugie, ani jeden z
artykułów nie przedstawia jednoznacznych dowodów na to, że komunikaty
podprogowe wpływają na zachowanie. Innymi
słowy, żadne badania nie wykazały w sposób konkluzywny istnienia motywacyjnych
i behawioralnych efektów przypominających te, których istnienie postulowali
zwolennicy uwodzenia podprogowego. Wiele badań nie ujawniło w ogóle żadnych
efektów stymulacji podprogowej. Te nieliczne badania, które pokazują, że taki
wpływ zachodzi, najczęściej albo nie mogą być powtórzone7, albo są
wadliwe pod względem metodologicznym. W badaniach tych nie uwzględniono grupy
kontrolnej, ani nie zastosowano procedury podwójnie ślepej próby, aby wykluczyć efekt oczekiwań.
Nie zadbano też o to, by dostarczone bodźce miały rzeczywiście podprogowy
charakter. . Z drugiej strony zastosowano w nich takie budzące wątpliwości
praktyki, jak tendencyjna prezentacja ustaleń badawczych – faworyzująca
ustalenia pozytywne, oraz korzystanie z niepewnych metod pomiarowych i
opisywanie wewnętrznie niespójnych rezultatów tak, jakby były spójne. Inni
recenzenci tej samej literatury doszli do identycznych wniosków. Jak ujął to
psycholog poznawczy Timothy Moore: „Nie istnieje empiryczny dowód silniejszych
efektów podprogowych, takich jak prowokowanie określonego zachowania czy zmiana
motywacji. ...”8. (...) Jack Haberstroh powiedział studentom reklamy
i osobom zajmującym się nią w praktyce: „Czy wpływ podprogowy działa? Nie.
Dowody naukowe przemawiają za tym, że reklama podprogowa nie działa, są po
prostu przytłaczające”8.
Przyjrzyjmy się niektórym z tych dowodów. Po rozpowszechnieniu wyników badań
Vicary’ego, dotyczących hasła JEDZ
POPCORN/PIJ COLĘ, podjęto szereg prób potwierdzenia jego odkryć. (...)
Jest coraz więcej świadectw
wyjaśniających, dlaczego innym badaczom nie udało się uzyskać wyników podobnych
do wyników uzyskanych przez Vicary’ego w eksperymencie dotyczącym hasła
JEDZ POPCORN/PIJ COLĘ: eksperymentu tego prawdopodobnie nigdy nie
przeprowadzono i był on jedynie sztuczką reklamową. (...) Dlaczego tak
sądzimy? Twierdzenia Vicary’ego
natychmiast przyciągnęły uwagę reklamodawców, przedstawicieli rządu oraz
badaczy, którzy domagali się szczegółów na temat przeprowadzonego eksperymentu.
(...) W 1958 roku Fundacja Badań nad
Reklamą (Advertising Research
Foundation) naciskała
Vicary’ego, aby ujawnił dane i szczegółowy opis procedur badawczych. Vicary
nigdy tego nie uczynił. W 1962 roku, kiedy zgromadzono już sporo negatywnych
dowodów, James Vicary przyznał z ubolewaniem, że jego eksperymenty podprogowe
przeprowadzone zostały niedbale. (...) ...
„nie przeprowadziliśmy żadnych badań oprócz tych, które były konieczne
do złożenia wniosku o przyznanie patentu. Moje zainteresowanie firmą było
niewielkie, a zasób danych ubogi – zbyt ubogi, by mógł coś znaczyć. Nasze
ustalenia nie powinny były zostać wykorzystane do celów promocyjnych”11.
Kolejnych dowodów na to, że
„eksperyment” Vicary’ego był blefem dostarczył Stuart Rogers12.
Rogers, studiujący wówczas psychologię na nowojorskim Hofstra University,
uznał, że raport dotyczący odkryć Vicary’ego byłby interesującą pracą
semestralną. Pojechał więc do położonego nieopodal Fort Lee, w stanie New
Jersey, aby porozmawiać z tymi, którzy przeprowadzili badanie. Na miejscu
odkrył, że tamtejsze kino było bardzo małe – zbyt małe, by w ciągu sześciu
tygodni przeprowadzić w nim badanie 50 tysięcy widzów. Kiedy zapytał o
eksperyment kierownika kina, ten odparł, że nigdy nie przeprowadzano tam
żadnych tego rodzaju badań. Dziś Stuart Rogers jest profesorem marketingu.
Interesuje się zwłaszcza zagadnieniami
public relations. Uważa, że eksperyment z hasłem Jedz Popcorn/Pij Colę był
blefem obliczonym na zdobycie nowych klientów dla firmy marketingowej
Vicary’ego.
A co z dowodami Key’a na skuteczność uwodzenia podprogowego? Większość badań, na które się powoływał, nie
uwzględniała grupy kontrolnej ani porównawczej. (...) Przeprowadzono jednak takie kontrolowane
eksperymenty, podczas których badanym pokazano tę samą reklamę w wersji z
komunikatem podprogowym i bez. Eksperymenty te – reklamujące różne produkty...
– nie potwierdziły domysłów Key’a dotyczących uwodzenia podprogowego.
Nie powinniśmy się też przejmować
nagranymi od tyłu komunikatami, które rzekomo umieszczono na płytach z muzyką
rockową. Choć istnieją pewne dowody na to, że niektóre zespoły rockowe istotnie
umieściły na swoich płytach nadane od tyłu komunikaty (najczęściej dla kawału
albo po to, by sprzedać więcej płyt wykorzystując szaleństwo na punkcie wpływu
podprogowego), badania wykazały ostatecznie, że tego rodzaju komunikaty nie
mają wpływu na ludzkie zachowania. (...)
Aby dostarczyć kolejnych dowodów
nieskuteczności komunikatów podprogowych i pokazać, jak wielka jest siła
oczekiwań, przeprowadziliśmy wraz z Jayem Eskenazi i Anthonym Greenwaldem
badania seryjnie produkowanych kaset magnetofonowych, zawierających komunikaty
podprogowe, które mają pomagać w podnoszeniu samooceny i doskonaleniu pamięci.
(...)
Korzystając z plakatów oraz ogłoszeń
zamieszczonych w lokalnej prasie dokonaliśmy rekrutacji ochotników, którzy byli
zainteresowani wartością i potencjałem podprogowych terapii samopomocowych...
(...)
Ochotnicy zabrali swoje kasety do
domu i słuchali ich codziennie przez pięć tygodni (okres, który, według
producenta, gwarantuje maksymalną skuteczność). Po upływie tego czasu wrócili
do laboratorium i po raz kolejny rozwiązali testy sprawdzające zdolność
zapamiętywania i poziom samooceny. Zapytano ich też, czy sądzą, że kasety
okazały się skuteczne. Rezultaty? Kasety
z komunikatem podprogowym nie miały żadnego wpływu (pozytywnego ani
negatywnego) ani na poziom samooceny, ani na zdolność zapamiętywania. Ochotnicy
odnieśli jednak inne wrażenie. (...) W sumie kasety z komunikatami podprogowymi w żaden sposób nie
podniosły u słuchaczy samooceny ani zdolności zapamiętywania, choć badanym
wydawało się, że odniosły skutek. Rezultaty eksperymentu zawarliśmy w
tytule naszego artykułu: „Wierzymy w to,
co zgodne z naszymi oczekiwaniami (ale nie zawsze z tym, co rzeczywiście
otrzymujemy)”.
Nasze
wyniki nie są przypadkowe. Powtórzyliśmy
eksperyment jeszcze dwukrotnie, korzystając z różnych kaset, ale nadal nie
uzyskaliśmy potwierdzenia, że wpływ komunikatów podprogowych na zachowanie
odpowiada temu, co twierdzi producent16. Wiemy ponadto o sześciu innych niezależnych
badaniach z wykorzystaniem podprogowych kaset samopomocowych17.
Żadne z dziewięciu badań nie potwierdziło obietnic producenta dotyczących
skuteczności terapii podprogowej, co skłoniło zarówno Państwową Akademię Nauk
(National Academy of Science), jak i Brytyjskie Towarzystwo Psychologiczne
(British Psychological Association) do uznania, że
kasety samopomocowe zawierające podprogowe komunikaty pozbawione są wartości
terapeutycznej18.
Historia
kontrowersji wokół oddziaływania podprogowego uczy nas wielu rzeczy na temat
perswazji – tyle że nie podprogowej. Wbrew twierdzeniom z książek, gazet i
okładek kaset samopomocowych, nie udało się potwierdzić, że techniki wywierania
wpływu podprogowego są skuteczne. Oczywiście, tak jak w przypadku każdego
zagadnienia naukowego, ktoś może kiedyś opracować skuteczną technikę
podprogową, podobnie jak pewnego dnia jakiś chemik może opracować technikę
przemiany ołowiu w złoto. Niektórzy badacze wciąż stawiają nowe tezy dotyczące
siły oddziaływania podprogowego19.
Tymczasem istnieje wiele innych skutecznych technik perswazyjnych (takich jak
opisane w tej książce), wymagających większej uwagi niż perswazja podprogowa.
Skoro
komunikaty podprogowe są tak nieskuteczne, to skąd tak powszechna wiara w ich
siłę? Jeden z sondaży przeprowadzonych w
okresie największego rozgłosu związanego z rzekomym oddziaływaniem podprogowym
wykazał, że prawie 81% respondentów,
którzy słyszeli o reklamie podprogowej, sądziło, że jest ona obecnie
praktykowana, a przeszło 68% uważało, że
zwiększa sprzedaż produktów20.
Jednym
z powodów atrakcyjności koncepcji wpływu podprogowego jest sposób prezentacji
perswazji podprogowej w środkach masowego przekazu. Wiele reportaży opisujących
perswazję podprogową nie wspomina o dowodach na jej nieskuteczność. Jeżeli
dowody takie są przedstawiane, to zazwyczaj pod koniec emisji, co wywołuje u
czytelnika wrażenie, że twierdzenia o skuteczności technik podprogowych są – co
najwyżej – nieco kontrowersyjne.
Drugim
powodem są nasze oczekiwania, nadzieje i lęki. (...) Pod koniec lat osiemdziesiątych problem
komunikatów podprogowych powrócił raz jeszcze. Tym razem skojarzono go z
charakterystycznym dla New Age
przekonaniem, że w człowieku drzemie potężna ukryta siła, która może
służyć dobru, jeżeli zapanujemy nad nią z pomocą magii, kryształów i rozkazów
podprogowych.
Wiara w perswazję podprogową
odpowiada na dość powszechną potrzebę. W naszej epoce propagandy obywatele
odbierają znikome wykształcenie na temat natury perswazji. W efekcie
najprostsze procesy społeczne wywołują u wielu zdumienie i dezorientację. Perswazję podprogową przedstawia się jako
irracjonalną siłę, będącą poza kontrolą odbiorcy komunikatu. Przypisuje się jej
ponadnaturalną moc („diabeł mnie podkusił”), która może uzasadnić to, dlaczego
Amerykanie dają się tak często nakłonić do irracjonalnych zachowań. Dlaczego
kupiłem ten bezużyteczny produkt za tak wysoką cenę? Czary podprogowe.
Jednak
wiara w perswazję podprogową ma swoją cenę. Najsmutniejszym chyba aspektem
całej sprawy jest to, że odwraca ona naszą uwagę od poważniejszych kwestii.
Doszukując się wpływu podprogowego, możemy przeoczyć potężniejsze i jawne
techniki wywierania wpływu, jakie wykorzystują reklamodawcy i handlowcy.
Czas już chyba zapomnieć o mitycznych podprogowych czarach i skierować
uwagę na inne, lepiej udokumentowane naukowo, przyczyny ludzkiego
zachowania.
35
Perswazja bezpośrednia
......... 256
Przeciętny Amerykanin otrzymuje
co miesiąc pocztą ponad 21 przesyłek z ulotkami reklamowymi. W sumie ponad 10 kilogramów makulatury
rocznie. Aż 39% wszystkich przesyłek dostarczanych przez pocztę amerykańską to broszury
reklamowe – w skali rocznej oznacza to monstrualną liczbę 72 miliardów
przesyłek. Broszury te mają zachęcać do kupowania wszelkiego rodzaju towarów –
od książek i odzieży, po meble i sztućce. Namawiają też do wpłacania
pieniędzy na wszystkie możliwe cele
polityczne i charytatywne. Sektor sprzedaży wysyłkowej daje zatrudnienie ponad
dwu milionom osób. (...)
(...) Charakteryzując techniki marketingu bezpośredniego, przedstawiliśmy dość cyniczny wizerunek tej formy perswazji. Kiedy
uważnie przyglądamy się tym technikom, możemy odnieść wrażenie, że padliśmy
ofiarą oszustwa i manipulacji. Naszym celem
nie jest podawanie w wątpliwość jakości sprzedawanych produktów, ani potępianie
sprzedających za korzystanie z takich a
nie innych technik. Bystry czytelnik bez wątpienia potrafi wskazać w naszych esejach liczne przykłady
wykorzystania granfalonów, wabików, żywych obrazów i innych technik użytych po
to, by zilustrować tezy tej książki i, mamy taką nadzieję, przyciągnąć waszą
uwagę.
Nie jesteśmy przeciwni
stosowaniu technik przykuwania uwagi.
Opowiadamy się natomiast przeciwko stosowaniu ich w sposób nieuczciwy,
który zaciemnia dany problem, zamiast go rozjaśniać. (...)
W tym kontekście powinniśmy
wspomnieć, że reklama bezpośrednia często bywa przedmiotem skarg konsumenckich.
Dwa najpoważniejsze zarzuty dotyczą rozmaitych machlojek (firm-krzaków, które
oferują towary i usługi, ale nie realizują swych obietnic, albo dostarczają
produkty znacznie niższej jakości niż te, które reklamowały) oraz natręctwa
(skrzynka pocztowa jest zapchana broszurami reklamowymi).
Pomimo skarg, stosowanie
technik marketingu bezpośredniego jest coraz powszechniejsze. (...)
(...) Powiedzieliśmy już, że firmom zajmującym się
sprzedażą bezpośrednią bardzo zależy na
zapewnieniu wysokiego odsetka reakcji ze strony klientów. Daje to klientom
możliwość wpłynięcia na to, jakie
techniki perswazyjne wybierze sprzedawca. Jeżeli sprzedawca używa technik,
które uważasz za niedopuszczalne... możesz wyrzucić przesyłkę do śmieci. Albo, jeszcze lepiej, zadzwonić pod darmowy
numer... i wyjaśnić, dlaczego nie będziesz kupować jego wyrobów. Rzetelni
sprzedawcy wyciągną z tego rodzaju skarg odpowiednie wnioski, a my będziemy
otrzymywać coraz więcej komunikatów perswazyjnych zawierających argumenty,
które bronią się przy wnikliwej
analizie.
36
Jak zostać przywódcą sekty?
......... 263
W dniu 18 listopada 1978
niewielu ludzi wiedziało cokolwiek na temat Gujany, małego kraju w Ameryce
Południowej. Jeszcze mniej osób spoza
rejonu San Francisco wiedziało, że grupa wyznawców wielebnego Jima Jonesa założyła
w dżungli Gujany „wzorcową” osadę wiernych. Właśnie tego dnia 914 członków
Świątyni Ludu Jonesa popełniło zbiorowe samobójstwo. Na zewnątrz wystawiono
wannę pełną ponczu z dodatkiem cyjanku i środków uspokajających. Jones rozkazał
swoim ludziom pić, informując ich, że niedługo zostaną zaatakowani przez CIA i
że byłoby lepiej, gdyby umarli śmiercią rewolucjonistów. Dorośli członkowie
grupy najpierw namówili do picia własne dzieci, a następnie sami wypili
miksturę.
Nie był to oczywiście pierwszy
przypadek masowego morderstwa i zniszczeń dokonanych za sprawą przywódcy sekty.
Za ilustrację niech posłużą dwa przykłady historyczne. W 1534 roku grupa
anabaptystów z Janem van Leydenem na
czele zajęła Münster, niemieckie miasto zmagające się wówczas z kłopotami
gospodarczymi. Grupa wierzyła, że zbliża
się koniec świata, a ona została wezwana do utworzenia Królestwa Bożego na
Ziemi. W odróżnieniu od innych grup anabaptystycznych, które nie stosowały
przemocy, sekta wyznawców Nowego Jeruzalem van Leydena chciała ustanowić swoje
komunistyczne królestwo siłą. Rezultatem były trwające w Münstern ponad rok
rządy terroru. Skończyły się one wraz z zajęciem miasta przez władze, co
spowodowało ogromne zniszczenia i śmierć wielu mieszkańców1. Na początku XX wieku członkowie liczącej 200
lat sekty Bracia i Siostry Czerwonej Śmierci z rosyjskiego obwodu
Kargopolskiego doszli do przekonania, że 13 listopada 1900 roku nadejdzie
koniec świata. Nazwa sekty wzięła się stąd, że jej członkowie nie mieli prawa
zawierać małżeństw. Mogli odbywać stosunki płciowe pod warunkiem, że gotowi
będą ponieść natychmiastową śmierć przez uduszenie dużą, czerwoną poduszką.
Członkowie grupy wierzyli też, że Bóg będzie zadowolony, jeżeli przed końcem
świata dokonają samospalenia. Zanim na miejsce przybyło wojsko carskie i
zapobiegło dalszej rzezi, ponad 100 członków sekty spaliło się w ofierze Bogu.
Zbiorowe samobójstwo członków
sekty w Jonestown („Mieście Jonesa) nie było ostatnim. Wiosną 1993 roku agenci
federalni postanowili sprawdzić pogłoski o wykorzystywaniu dzieci i nielegalnym
posiadaniu broni przez mieszkańców osiedla Gałęzi Dawidowej w Waco, w Teksasie.
Członkowie sekty wierzyli, że ich przywódca, David Koresh, jest ostatnim z
linii proroków, który złamie pieczęci
Apokalipsy Świętego Jana, co spowoduje nadejście Apokalipsy i Królestwa
Bożego. Podczas oblężenia, strzelaniny i pożaru, jaki wybuchł później, życie
straciło 80 członków sekty (w tym 21 dzieci) i 4 agentów rządowych. W
październiku 1994 roku 53 członków apokaliptycznego Zakonu Świątyni Słońca
poniosło śmierć w wyniku serii eksplozji i pożarów, jakie miały miejsce w
Kanadzie i Szwajcarii. Ich przywódca, Luc Jouret, belgijski homeopata, głosił
doktrynę będącą charakterystyczną dla New Age mieszanką astrologii, ekologii i
reżimów zdrowotnych. Wierzył, że życie na Ziemi jest złudzeniem i że będzie
kontynuowane na innych planetach. W grudniu 1995 roku, we Francji, znaleziono
ciała kolejnych 16 członków Świątyni Słońca. W dniu 19 marca 1995 roku pięciu
członków sekty Najwyższa Prawda Aum umieściło na stacji najbardziej zatłoczonego
metra świata worki, z których ulatniał się trujący gaz, sarin, co sprawiło, że
12 osób poniosło śmierć a ponad 5500 odniosło obrażenia. Atak na tokijskie
metro był tak perfidny i wyrachowany, że CNN przerwało trwającą non stop
relację z procesu O. J. Simpsona, aby rozpocząć transmisję z wydarzeń w Tokio.
Przywódca sekty Najwyższa Prawda, Shoko Asahara, nauczał nowoczesnej wersji
buddyzmu tybetańskiego i czcił hinduistycznego boga Siwę Niszczyciela. Sekta
wierzyła, że zbliża się wojna nuklearna.
W dniu 26 marca 1997 roku 39 mężczyzn i kobiet należących do grupy o
nazwie Wrota Niebios, odzianych w tenisówki i fioletowe całuny, popełniło
samobójstwo w przekonaniu, że po śmierci trafią na pokład statku kosmicznego,
który podąża za kometą Hale’a-Boppa. Statek miał ich przetransportować do Królestwa Niebieskiego. W dniu 17 marca
2000 roku w pożarze kościoła w Ugandzie zginęło przeszło 500 mężczyzn, kobiet i
dzieci – najprawdopodobniej było to morderstwo-samobójstwo zorganizowane przez
przywódców Ruchu na rzecz Odnowy Dziesięciu Przykazań Bożych. Liczba ofiar
wzrosła do około tysiąca, kiedy w grobach na terenach należących do sekty
odnaleziono kolejne ciała.
Zachowanie członków sekt jest
tyleż tajemnicze, co przerażające. Członkowie Kościoła Unifikacyjnego Sun Myung
Moona zawierają co jakiś czas grupowe małżeństwa z nieznanymi sobie osobami, do
których zostali losowo przydzieleni przez Moona i jego towarzyszy. Członkowie
sekty Dzieci Bożych Davida Berga (Children
of God), zwanej czasami także
Rodziną Miłości, dobrowolnie oddają kościołowi wszystko, co posiadają. Podwórze
jednej z komun COG wypełnione było samochodami, autobusami, jeepami i
motocyklami, które członkowie wspólnoty podarowali Bergowi. Należące do
kościoła kobiety praktykują „frywolne łowy” – odwiedzają dyskoteki i bary, by
poznać tam mężczyzn, z którymi uprawiają seks, a następnie próbują ich wciągnąć
do sekty. Berg nazywa je „bożymi dziwkami”. Wyznawcy Swami Rajneesha oddali
swojemu przywódcy wszystko, co posiadali, a kiedy ten miał już 18 Rolls
Royce’ów do osobistego użytku... Inni
członkowie tej sekty (Kościoła Armageddonu) siadają w kręgu i trzymając się za
ręce podłączają się do prądu...
Członkowie Najwyższej Prawdy Aum płacili 7 tysięcy dolarów miesięcznie,
aby móc nosić PSI... Czym jest PSI? To czapka pokryta kablami i elektrodami,
rażąca prądem o napięciu 6 wolt (3 wolt dla dzieci), dzięki czemu fale mózgowe
tego, kto ma na sobie czapkę, zsynchronizowane są z falami Mistrza Shoko
Asahary. Niektórzy członkowie Wrót Niebios poddali się kastracji, aby dostąpić
Królestwa Bożego.
Wielu sądzi, że członkowie sekt poddawani są
„praniu mózgów”. Ten dość przerażający termin używany był pierwotnie w
odniesieniu do technik perswazyjnych stosowanych podczas wojny koreańskiej
wobec amerykańskich żołnierzy w obozach jenieckich komunistycznych Chin. Obozy
te miały charakter totalitarny.
Chińczycy sprawowali kontrolę nad myślami jeńców, kontrolując wszystkie
źródła informacji oraz systematycznie nagradzając myślenie właściwe i karząc
niewłaściwe. Od tamtej pory termin pranie
mózgu stosowany był dość
dowolnie i nabrał tajemniczych, złowrogich konotacji. Zaczęto go używać na określenie egzotycznych (często
nieopisanych) technik perswazyjnych, o których sądzi się, że nie można się im
oprzeć. Ofiary prania mózgu przedstawia się w filmach i w serialach
telewizyjnych tak, jakby były żywymi trupami, całkowicie posłusznymi
hipnotyzującemu przywódcy.
Taki sposób myślenia jest niesłychanie mylący, sugeruje bowiem, że tylko głupcy
i ludzie słabej woli mogą wpaść w sidła przywódcy sekty. W rzeczywistości
ofiarą sekty może paść każdy3.
Osoby rekrutujące do sekt najczęściej poszukują ludzi, którzy przeżywają
właśnie trudne momenty w życiu – utracili bliską więź z drugim człowiekiem, nie
są pewni tego, co chcieliby dalej robić, czują się samotni bądź odsunięci na
margines. Badania pokazują jednak, że większość osób przystępujących do sekty
wywodzi się z klasy średniej, odebrała stosunkowo dobre wykształcenie i wcale
nie przeżywa poważnych problemów. Obecnie sekty rekrutują swoich członków
spośród osób starszych (zwłaszcza owdowiałych kobiet), profesjonalistów
prowadzących niewielkie interesy (dentystów, prawników). A także studentów.
Czym właściwie jest sekta? Po pierwsze, terminu tego nie możemy stosować
w odniesieniu do dowolnej grupy, która nam się nie podoba albo oddaje się
dziwacznym – w naszym przekonaniu – praktykom. Używając terminu w ten sposób,
zahaczamy o problem wolności religijnej i wolności słowa, oraz wpadamy w
niektóre z pułapek opisanych w rozdziale 31. Termin sekta nie dotyczy też po prostu grup, które propagują określone
wyznanie. Dziś sekty skupiają się na
całym szeregu zagadnień, włączając w to praktyki okulistyczne, kwestie rasowe,
politykę, terapię, samopomoc, a także religię i duchowość.
Terminu sekta używa się na
określenie pewnego wzorca relacji społecznych panującego w obrębie grupy.
Istotą tych relacji jest zależność4. Zależność członków sekty od
grupy i jej przywódcy jest całkowita lub prawie całkowita: obejmuje kwestie
związane z pieniędzmi, żywnością, ubraniem, informacją, podejmowaniem decyzji
oraz – co chyba najważniejsze – samooceną i tożsamością społeczną. Efektem tej
zależności jest specyficzny wzorzec relacji. Po pierwsze, sekty są zazwyczaj
skupione wokół przywódcy, ponieważ on jest źródłem strawy cielesnej i duchowej.
Po drugie, ponieważ przywódca jest tak ważny, nie można go krytykować ani
kwestionować jego zamiarów. Sekty charakteryzuje najczęściej całkowity brak
systemu kontroli władzy przywódcy... Sam
przywódca najczęściej nie podlega panującym w sekcie zasadom. System nagród i
kar służy podtrzymaniu władzy przywódcy. Niezgoda jest natychmiast tłumiona.
Perswazja opiera się na prostych obrazach, grze na emocjach i uprzedzeniach.
Choć sekty mogą się wydawać
dziwne i tajemnicze, stosowane w nich
techniki perswazyjne nie różnią się od podstawowych technik
propagandowych, które analizowaliśmy w tej książce. Sekty po prostu stosują owe
techniki w sposób znacznie bardziej systematyczny i pełny. To, że końcowy
rezultat jest dramatyczny i osobliwy, nie oznacza jeszcze, że osiągnięto go
tajemniczymi środkami. Na wypadek, gdyby ktoś z was chciał zostać przywódcą
sekty, podajemy siedem pospolitych, ale „sprawdzonych” technik pozwalających
założyć i utrzymać sektę5.
1. Wykreuj
własną rzeczywistość społeczną.
Pierwszym krokiem na drodze do stworzenia sekty jest wykreowanie własnej
rzeczywistości społecznej, poprzez eliminację wszystkich zewnętrznych źródeł
informacji. Siedziba sekty powinna być odcięta od reszty świata – farma w
stanie Oregon, opuszczony dom na przedmieściach, dżungla w Gujanie, osiedle
Waco w Teksasie, osada u podnóża góry Fuji. Jeżeli członkowie sekty muszą
pozostawać członkami większej wspólnoty (na przykład dlatego, że potrzebujesz
dochodów z ich dobrze płatnej pracy), należy izolować ich
psychologicznie...(...)
Drugim krokiem w kreowaniu
rzeczywistości społecznej jest dostarczenie obrazu świata widzianego oczyma
sekty. Taki obraz świata jest następnie wykorzystywany przez członków sekty do
interpretowania wszystkiego, co się dzieje. Na przykład Jim Jones nauczał, że
istnieje stałe zagrożenie wojną nuklearną i że świat jest pełen rasizmu. Aby
być przygotowanym do życia w tym złym świecie, trzeba być gotowym na śmierć.
Przeprowadzano „próbne samobójstwa”, aby przygotować członków sekty do
nieuchronnego ataku, jaki zły świat przypuści na świątynię. (...)
Przekazując innym obraz
rzeczywistości społecznej, pamiętaj o jeszcze jednym: musisz bezustannie
powtarzać swój komunikat. Powtórzenie sprzyja miłości, zaś fikcja, jeżeli
słyszymy ją dostatecznie często, zaczyna brzmieć jak fakt.
2. Wykreuj granfalon. Technika ta wymaga wykreowania wewnętrznej
grupy wyznawców i zewnętrznej grupy niewiernych. Pozwala sprawować kontrolę nad
członkami sekty poprzez ciągłe przypominanie im: „Jeżeli chcesz zostać
zbawiony, musisz postępować jak należy”. Starsi stażem członkowie grupy są dla
młodszych wzorcem właściwego postępowania. Silna presja wewnątrzgrupowa służy zapewnieniu posłuszeństwa. Rezultatem
jest uniformizacja poglądów i zachowań, którą wykorzystuje się następnie do
dalszego umacniania praktyk sekciarskich – skoro wszyscy tak postępują, to
znaczy, że tak trzeba.
Nowo pozyskany członek sekty
wprowadzany jest w granfalon dzięki praktyce znanej jako „bombardowanie
miłością” – starsi członkowie sekty okazują nowicjuszowi mnóstwo uwagi,
aprobaty i wsparcia.
Podstawowym czynnikiem w
ustanowieniu grupy wtajemniczonych wyznawców jest wykreowanie tożsamości
społecznej, pewnego wizerunku tego, „kim jesteśmy”. Wstąpienie do sekty oznacza
zerwanie z „tamtym” światem i przyjęcie nowej tożsamości. (...)
Drugim obliczem taktyki granfalonu
jest wykreowanie grupy zewnętrznej, która ma być przedmiotem nienawiści. Sekta
Dzieci Bożych uczy swoich członków nienawiści do własnych rodziców. Jeden z
listów Mo stwierdza: rodzice są źli; to nie osi są twoją prawdziwą rodziną,
lecz my. (...)
Prawidłowo zastosowana technika
granfalonu pozwala wywołać lęk przed „zewnętrznym światem” oraz wiarę w to, że
przynależność do sekty jest jedynym sposobem na szczęśliwe życie. Życie poza
sektą, która stanowi jedyne rozwiązanie życiowych problemów, jest
niemożliwe.
3. Wykreuj zobowiązanie stosując pułapkę racjonalizacyjną. Sekty potrafią zapewnić sobie
posłuszeństwo członków metodą eskalacji zobowiązań. Początkowo członek sekty
spełnia proste prośby, które z czasem stają się stopniowo coraz bardziej
wymagające. Posługując się tą techniką, Jim Jones zdobywał krok po kroku coraz
większe zaufanie swoich wyznawców. Potraktowanie zbiorowego morderstwa jako
ostatniego ogniwa w łańcuchu wydarzeń może rzucić nieco światła na przyczyny
tragedii.
Zacznijmy od początku. Jim Jones był
znakomitym mówcą i kaznodzieją. Łatwo zrozumieć, jak charyzmatyczny przywódca,
taki jak Jones, mógł wyłudzać pieniądze od członków kościoła. Po tym, jak
zobowiązali się do złożenia niewielkiego datku w odpowiedzi na przesłanie
pokoju i powszechnego braterstwa, Jonesowi udało się zażądać, i otrzymać, o
wiele więcej. W kolejnym posunięciu namówił ludzi do zwiększenia datków na
kościół. Często poddawał członków sekty próbom lojalności, takim jak
podpisywanie wyznania „grzechów” in
blanco, czy przyznawanie się
do skłonności homoseksualnych oraz seksualnych aberracji. Jones powtarzał członkom sekty: „Jeżeli
jesteście naprawdę oddani, zrobicie dla kościoła wszystko”.
Następnie Jones namówił członków
sekty do tego, by sprzedali swoje domy i przekazali uzyskane pieniądze
kościołowi. Wkrótce potem kilkunastu jego wyznawców przystało – pod wpływem jego
apelu – na kolejne podniesienie stawki: opuściło rodzinę i przyjaciół, by
zacząć nowe życie w Gujanie. Na miejscu nie tylko ciężko pracowali... ale byli
też odcięci od jakichkolwiek potencjalnych głosów sprzeciwu. Otaczali ich
prawdziwi wyznawcy. To nie koniec łańcucha wydarzeń. Jones zaczął uprawiać seks
z kilkoma zamężnymi kobietami ze swojej sekty, które godziły się na to, choć
niechętnie. Jones twierdził, że jest ojcem ich dzieci. Wreszcie, w ramach
preludium do kulminacyjnego wydarzenia, Jones nakłonił swoich wyznawców do
kilkakrotnego popełnienia samobójstwa „na niby” – w ramach sprawdzania
lojalności i posłuszeństwa. W ten sposób zobowiązania wobec Jimy Jonesa rosły
stopniowo, krok po kroku. Żaden kolejny krok nie był wielkim, absurdalnym
przeskokiem w stosunku do kroku, który go poprzedzał.
Po złożeniu początkowego
zobowiązania nie będziemy czuli się najlepiej zrywając umowę. Aby uzasadnić
złożenie pierwszego zobowiązania, członek sekty gotów jest robić coraz więcej i
więcej, by spełnić kolejne, coraz bardziej wymagające. Łagodzenie dysonansu i
podtrzymywanie obrazu samego siebie jako osoby przestrzegającej zobowiązań
tworzą w ten sposób potężną pułapkę stabilizacyjną.
Sekty stosują też inne pułapki
emocjonalne. Nowych członków często obdarza
się wielką uwagą i zasypuje prezentami (mogą to być darmowe posiłki,
koleżeństwo albo – jak w wypadku Dzieci Bożych – wolna miłość z innym członkiem
sekty). Zgodnie z normą wzajemności
teraz kolej... (...)
4. Zadbaj o wiarygodność i atrakcyjność przywódcy. Większość sekt pielęgnuje mity
związane z osobą przywódcy – przekazywane sobie przez członków sekty opowieści
i legendy, które dotyczą życia i czasów przywódcy. (...)
Czemu służą takie mity? Sekty wymagają od swoich członków skrajnych zachowań
– porzucenia dzieci i rodzin, uprawiania seksu z przywódcami i obcymi ludźmi,
ćwiczeń przed popełnieniem samobójstwa. (...)
5. Wysyłaj członków swojej sekty, aby nawracali niewiernych i kwestowali
na rzecz sekty. Składanie
świadectw wobec niewiernych ma tę oczywistą zaletę, że pozwala rekrutować
nowych członków. Jednak, co chyba równie ważne, praktyka nawracania pozwala
mieć pewność, że członkowie sekty nieustannie oddają się autoperswazji.
Składanie świadectw wymaga od wiernego, by wciąż od nowa przedstawiał różnym
ludziom korzyści, jakie płyną z przynależności do sekcji. Próbując przekonać
innych, członkowie sekty przekonują samych siebie. (...)
6. Odwracaj uwagę członków sekty od „niepożądanych” myśli. Doktryny większości sekt trudno jest traktować
poważnie, nie mówiąc już o ich zaakceptowaniu. Członek sekty, zwłaszcza nowo
przyjęty, może kwestionować wartość takich podstawowych praktyk jak oddawanie
sekcie wszystkiego, co się posiada... (...) Stare hasło reklamowe „jeśli nie
masz nic do powiedzenia, zaśpiewaj to” chyba nigdy nie było bardziej na
miejscu. W jaki sposób przywódca odwraca uwagę członka sekty od analizowania i
kwestionowania obowiązującej doktryny?
Sekta Dzieci Bożych stosuje
połączenie różnych technik. Po pierwsze, nie pozostawia nowych członków samym
sobie, by mogli samodzielnie myśleć. Z głośników cały czas dobiegają biblijne
wersety. Za nowym członkiem sekty chodzi osoba, która bez przerwy cytuje Biblię
i listy Mo – nawet gdy nowicjusz udaje się do łazienki. „Rekruta” pozbawia się
pożywienia, wody i snu. Trudno myśleć, gdy jest się głodnym, spragnionym i
zmęczonym. Słynny terapeuta ofiar zniewolenia umysłowego, Ted Patrick,
przeszedł taką indoktrynację. Opisał swoje uczucia po tym, jak przez 44 godziny
nie pozwolono mu zmrużyć oka:
Na początku
marzysz o ciszy – przynajmniej o pięciu minutach spokoju i prywatności.
Twoje zmysły stają się coraz
bardziej otępiałe – przyzwyczajasz się do ciągłego hałasu.
Stajesz się coraz bardziej zmęczony,
przestajesz rejestrować, co do ciebie
mówią.
Nie słyszysz już poszczególnych
słów, lecz potok bełkotu i wrzasku. Myślę, że to właśnie
zaczyna działać zniewolenie – kiedy
świadomość przestaje funkcjonować ze zmęczenia
i cała ta propaganda zaczyna wsączać się do twojej
nieświadomości6.
Są też i inne sposoby
zapobiegania kontrargumentom w ramach sekty. Monotonne śpiewy sprawiają, że nie
myśli się już o niczym innym poza śpiewem i pieśnią. Medytacje praktykowane
przez Misję Boskiego Światła...(...) Sekta
Aum używała różnych technik kontroli myśli... (...)
Po zaakceptowaniu sekty przez nowego
członka zadanie polega na uniemożliwieniu mu namysłu nad sensem swej
przynależności. Można to uczynić nauczając, że wszystkie „nieprzyjazne myśli”
są złe i pochodzą od diabła. Jeżeli na przykład członek sekty wątpi w siłę
przywódcy, albo zaczyna się zastanawiać nad uzasadnieniem poszczególnych
punktów doktryny teologicznej, zazwyczaj mówi się mu, że tego rodzaju myśli
pochodzą „nie od Boga”, ale „od szatana” i powinny zostać odrzucone. Od
członków ruchu Hare Kryszna ... (...)
Najwyższa Prawda Aum zmuszała nieposłusznych... (...)
7. Spraw, by członkowie sekty fiksowali się na przedmiocie pożądania (phantom). Skuteczny przywódca sekty
zawsze roztacza przed wiernymi wizję ziemi obiecanej i lepszego świata. (...)
(...)
Przedstawiliśmy tych 7 technik oczywiście
nie po to, by czytelnicy wychodzili na ulice i zakładali własne sekty.
Niektórzy będą zaprzeczać rzeczywistej mocy technik stosowanych przez sekty,
ponieważ „pranie mózgu” bywa postrzegane jako zwykła sztuczka. Inni będą
przypisywać sektom magiczną moc, zdumieni i przerażeni ich zdolnością
kontrolowania umysłów. Omawiając techniki perswazyjne wykorzystywane przez
sekty, chcieliśmy je częściowo zdemaskować, a ostatecznie zmniejszyć zagrożenie
ze strony sekt.
Istnieje jednak jeszcze inny powód,
dla którego warto zrozumieć techniki perswazyjne sekt. Sekty stosują te same
techniki perswazyjne, co inni propagandyści - - tyle że robią to w sposób
bardziej szczegółowy i pełny. Być może warto przeczytać ten tekst jeszcze raz i
zamiast myśleć sektach, zastanowić się nad grupami społecznymi, z którymi
stykamy się w codziennym życiu – rodziną, kościołem, krajem, współpracownikami
– i zapytać: „Jakie formy propagandy są obecne w moim życiu? W jakim sensie
jestem uzależniony od grup, w których żyję? Czy grupy te przypominają sekty, a
jeśli tak, to co powinienem z tym zrobić?”.
37
Propaganda w Trzeciej Rzeszy:
poczucie zagrożenia
......... 275
Był rok 1924. Młody, ambitny artysta, Adolf Hitler,
siedział w swojej celi więziennej i rozmyślał.
Podobnie jak wielu ludzi z jego pokolenia, nie potrafił akceptować
klęski Niemiec w pierwszej wojnie światowej, w której walczył jako
żołnierz. Kara, jaką nakładał na Niemcy
Traktat Wersalski, była dla niego osobistym upokorzeniem. Adolf Hitler
zastanawiał się, jak do tego wszystkiego doszło.
Hitler uważał, że jedną z
głównych przyczyn klęski Niemiec było umiejętne wykorzystanie propagandy przez
rząd brytyjski i amerykański. Tak to ujął:
Dopiero podczas wojny stało się jasne, jak
niezwykłe rezultaty można osiągnąć dzięki umiejętnemu wykorzystaniu propagandy.
Niestety, także i w tej dziedzinie musieliśmy się uczyć obserwując
nieprzyjaciela, bowiem aktywność naszej strony była, łagodnie mówiąc, bardzo
skromna... To bowiem, czego nie
zdołaliśmy uczynić, uczynił nasz nieprzyjaciel, wykazując się przy tym wielką
sprawnością i doskonałą kalkulacją. Osobiście bardzo wiele się nauczyłem,
obserwując wojenną propagandę wroga1.
Czego nauczył się Hitler, obserwując aliancką
propagandę? Zarówno Brytyjczycy, jak i Amerykanie powołali komitety nadzoru
oraz organizacje, które zajmowały się produkcją i rozpowszechnianiem
propagandy.
Najbardziej uderzającym aspektem
brytyjskiej i amerykańskiej propagandy były jednak „opowieści o okropnościach
wojny” – historie o rzekomych okrucieństwach, jakich nieprzyjaciel dopuścił się
wobec niewinnych cywilów i jeńców. Celem takich historii było wzmocnienie
determinacji do walki (nie możemy pozwolić, żeby ten okrutny potwór zwyciężył)
i przekonanie obywateli o moralnym charakterze wojny (pułapka racjonalizacji).
Krążyły na przykład .plotki o tym, że Niemcy gotują zwłoki żołnierzy
nieprzyjaciela, aby produkować z nich mydło i że znęcają się nad obywatelami
okupowanej Belgii. Niezwykle głośne były sprawy egzekucji służącej w
Brukseli angielskiej pielęgniarki, która
pomagała angielskim żołnierzom powracać na front, oraz zatopienia przez Niemców
luksusowego liniowca „Lusitania”, który – tak się złożyło – miał na pokładzie
broń i materiały wojenne. Choć niektóre z tych makabrycznych opowieści
zawierały ziarno prawdy, to jednak wiele było mocno przesadzonych, a niektóre
od początku do końca zmyślone2.
Hitler zrozumiał, że jeśli
Niemcy mają odzyskać godność i zwyciężyć w kolejnej wojnie, muszą pokonać siły
sprzymierzone w wojnie zwanej perswazją3. Plan ataku naszkicował w
dwóch rozdziałach książki Mein
Kampf („Moja walka”), którą
napisał w więzieniu. Dla Hitlera
propaganda była środkiem do celu – w tym konkretnym wypadku chodziło o
promocję państwa niemieckiego oraz stworzenie partii nazistowskiej i utrzymanie
przez nią władzy. Tak rozumianą perswazją nie rządziła żadna etyka.
Obowiązywała tylko zasada sukcesu albo porażki. Jak powiedział Hitler,
charakteryzując propagandę:
„Najokrutniejsza broń była humanitarna, jeżeli prowadziła do szybkiego
zwycięstwa”4.
Hitler uważał, że masy nie są w
stanie zrozumieć rozgrywających się na świecie wydarzeń. Gdyby żył dzisiaj,
mógłby powiedzieć, że masy potrafią operować tylko w ramach obwodowej drogi
przekonywania, a próbując nadać swojemu myśleniu pewien kierunek, korzystają z
prostej heurystyki. Skuteczna propaganda opiera się na heurystyce i odwołuje
się do emocji. Hitler pisze w Mein Kampf:
Propaganda powinna odwoływać się przede wszystkim
do emocji i tylko w bardzo ograniczonym stopniu do tak zwanego intelektu.
Musimy unikać wygórowanych żądań
intelektualnych. Zdolność przyjmowania
przez masy treści politycznych jest bardzo ograniczona, a możliwości
zrozumienia ich niewielkie; z drugiej strony [masy] mają pewną zdolność
zapamiętywania. Dlatego skuteczna propaganda musi się ograniczać do niewielu
punktów, które z kolei muszą być lansowane w formie sloganów tak długo, aż
każdy zrozumie, co przez slogan chce się powiedzieć5.
Przekonawszy się na przykładzie
sił sprzymierzonych w czasie I wojny światowej na czym polega wartość
organizacji koordynującej i dostarczającej skutecznej propagandy, Hitler stworzył
własny aparat propagandowy. Organizacja wtajemniczona była we wszystkie
działania Rzeszy, a jej zadanie polegało na odpowiednim „sprzedawaniu” masom
działań rządu. Na czele tej organizacji
stanął mianowany przez Hitlera minister propagandy i informacji Joseph Goebbels
– pochodzący z niezbyt zamożnej katolickiej rodziny, z miasteczka w Nadrenii.
Goebbels pełnił funkcję ministra propagandy od momentu objęcia władzy przez
nazistów w 1933 roku aż do popełnienia samobójstwa (po uprzednim otruciu sześciorga
swoich dzieci) pod koniec wojny. Aby
wyrobić sobie pewne pojęcie o tym, czym była nazistowska propaganda,
przyjrzyjmy się kilku stosowanym przez nią taktykom perswazyjnym.
Jednym z pierwszych i
najważniejszych zadań ministerstwa propagandy i informacji było przejęcie
kontroli nad środkami masowego przekazu i przyciągnięcie uwagi mas. Hitler i Goebbels zatrudnili w Stanach
Zjednoczonych firmy specjalizujące się w public relations, próbując zdobyć
przychylność amerykańskich mediów dla
swojego reżimu. W Niemczech naziści kontrolowali dziennikarzy i filmowców
stosując system nagród i kar – pisaliśmy o tym w rozdziale 32. Reżim
nazistowski zadbało to, aby samemu być podstawowym źródłem informacji i aby
informacje te były łatwo dostępne dla określonych dziennikarzy. Tak właśnie
traktowano zagranicznych korespondentów, co sprawiło, że amerykańscy reporterzy
stanęli przed dylematem: donosić o faktach kompromitujących nazistowskie Niemcy (takich jak traktowanie Żydów),
ryzykując deportacją, czy łagodzić wymowę swoich doniesień i móc spokojnie
pracować.
Naziści zwrócili uwagę mas,
nadając swojej propagandzie widowiskowy charakter6. Na przykład
nazistowskie plakaty charakteryzowały się
krzykliwą szatą graficzną – tłusty druk, ostre kontury oraz przykuwające
uwagę hasła. Radiowym programom informacyjnym nadawano charakter rozrywkowy,
zapraszając do studia znane piosenkarki i inne popularne postacie. Igrzyska olimpijskie w 1936 roku, które
odbyły się w Berlinie, wykorzystano do promocji wizerunku silnej „aryjskiej”
nacji oraz podniesienia samooceny narodu niemieckiego. Podczas igrzysk
zagraniczni korespondenci traktowani byli jak członkowie rodziny królewskiej. W
efekcie wielu amerykańskich dziennikarzy napisało w swoich korespondencjach, że
wcześniejsze doniesienia o prześladowaniach Żydów były albo bezpodstawne, albo
mocno przesadzone. Dzięki absolutnej kontroli nazistów nad prasą, radiem
teatrem, kinem, muzyką i sztukami plastycznymi, główne wątki ideologiczne
partii nazistowskiej były w kółko powtarzane przez media.
Goebbels po mistrzowsku
rozpowszechnił wśród Niemców
nazistowskie idee, opatrując wydarzenia
prostymi sloganami lub etykietkami, które przykuwały uwagę Niemców i
odpowiednio sterowały ich myśleniem. Upierał się na przykład, by słowa Führer
(„przywódca) używać wyłącznie w odniesieniu do Hitlera. Aby zdeprecjonować
demokrację, naziści określali weimarski parlament mianem Quasselbude, czyli
„targowiska”. Aby zasugerować, że Rosjan i Brytyjczyków jednoczy wspólna
wrogość wobec Niemców, Goebbels określił przerwany brytyjski nalot mianem
„ofensywy Majskiego” (od nazwiska radzieckiego ambasadora w Londynie),
stwarzając tym samym wrażenie, że celem nalotu było uspokojenie Rosjan. Aby
dodać Niemcom otuchy w 1942 roku, Goebbels uknuł sformułowanie schleichende Krise („pełzający kryzys”) sugerując, że
Anglię nękają niepokoje gospodarcze, społeczne i polityczne. Choć z perspektywy
czasu określenia te mogą sprawiać wrażenie wydumanych, to jednak stwarzały one
„w głowach odbiorców” pewien obraz rzeczywistości: „Rosjanie i Brytyjczycy są w
zmowie przeciwko nam. Na szczęście w
Anglii panuje chaos, a my mamy naszego przywódcę.
Używano
eufemizmów, aby dokonywane na zlecenie państwa
grabieże, tortury, morderstwa i ludobójstwo nie wydawały się
przerażające. Na przykład gestapo nie
wtrącało obywateli do wiezienia, lecz „stosowało wobec nich areszt
prewencyjny”. Nie kradło* (*chyba powinno być „nie rabowało”. Przyp.
Anonimus) cudzej własności, lecz ją
„zabezpieczało”. Inwazja na Polskę była „akcją policyjną”, a późniejsze
egzekucje Polaków określono mianem „wzorowej akcji pacyfikacyjnej”. Budynki na terenie obozów śmierci otrzymały
wesołe nazwy w rodzaju Szczęśliwego Słowika, Ogrodu Różanego oraz Instytutów
Kąpieli i Inhalacji. W nazistowskich
Niemczech nigdy nie zagazowywano ani nie mordowano Żydów. Byli oni po prostu „szczególnie traktowani”,
a kwestia żydowska zmierzała ku „ostatecznemu rozwiązaniu”.
Goebbels wytwarzał w ludzkich
umysłach określony obraz sytuacji, posługując się insynuacją i plotką. Powszechnie
stosowana taktyka polegała na atakowaniu prasy (zwłaszcza zagranicznej) jako
kłamliwej i na siłę poszukującej makabrycznych opowieści, co stwarzało wśród
Niemców przekonanie, że każda relacja przedstawiająca ich reżim w niekorzystnym
świetle musi być tendencyjna. W okresie dochodzenia partii nazistowskiej do
władzy Goebbels oczerniał członków „opozycji”, rozpuszczając plotki dotyczące
skandali, w które byli zamieszani. Pod
koniec wojny, kiedy Niemcy zaczęli ponosić porażki, rozpuszczono plotki o tym,
że niemieccy naukowcy bliscy są zakończenia prac nad dwoma rodzajami broni:
superszybkim okrętem podwodnym oraz działkiem przeciwlotniczym, które
wystrzeliwuje pociski przyciągane magnetycznie przez lecący samolot. Celem
takich plotek było zaszczepienie w ludziach przekonania, że Niemcy nadal mogą
wygrać wojnę i powinny kontynuować
walkę, mimo całej serii klęsk.
W celu zapewnienia sobie
maksymalnej skuteczności nazistowska propaganda intensywnie korzystała z
heurystyki. Na przykład wiece i filmy propagandowe
zawsze były pełne wiwatujących i oklaskujących nazistowski reżim mas. Znamy to
zjawisko jako heurystykę społecznej jednomyślności – skoro wszyscy inni się
zgadzają, to ja też powinienem.
Nazistowskie slogany wyrażały
niezachwianą pewność: „Przyłącz się do
naszej walki”, „Walcz z nami”, „Adolf Hitler oznacza zwycięstwo”. Hitler, ilekroć przemawiał, był zawsze pewny
siebie i nigdy nie wątpił w nazistowskie cele, ani w zdolność narodu
niemieckiego do realizacji tych celów. Jak już zauważyliśmy, emanująca z mówcy
pewność zwiększa prawdopodobieństwo tego, że komunikat zostanie zaakceptowany.
Kreując wizerunek swego reżimu,
Hitler i Goebbels często odwoływali się do historycznych symboli i
pomników. Kiedy Hitler dochodził do
władzy, ogłosił „dwadzieścia pięć tez”, które przywodziły na myśl 95 tez, jakie
przybił do drzwi kościoła w Wittenberdze niemiecki reformator religijny, Marcin
Luter. Nazistowskie plakaty i wizerunki odwoływały się często do stylu
Albrechta Dürera, aby zasugerować historyczne korzenie reżimu. Popularnym
nazistowskim gatunkiem filmowym była biografia historyczna. Tego rodzaju filmy
opisywały życie bohaterów narodowych, takich jak Fryderyk Schiller czy Otto von
Bismarck, podkreślając podobieństwa (najczęściej nieistotne) do życia i czasów Adolfa Hitlera.
Do „opakowywania” Trzeciej
Rzeszy służyła także architektura. Naziści przedsięwzięli zakrojony na ogromną
skalę plan, zakładający wzniesienie pod kierunkiem Alberta Speera, szeregu
specyficznych obiektów użyteczności publicznej. Z powodu wojny wybudowano tylko
niektóre z tych obiektów – które służyły celom nazistów. Pierwszeństwo
przyznano budowie stadionów sportowych, wielkich auli, kin i teatrów, ponieważ
wszystkie one mogły być wykorzystywane dla celów politycznych. Styl nazistowski,
który najtrafniej określić można mianem „nordyckiego hellenizmu”, był
monumentalną odmianą stylu klasycznego. Budynki publiczne miały przypominać powiększone greckie
świątynie ze strzelistymi schodami i dachem wspartym na rzędzie kolumn. Taki
projekt wzmacniał wizerunek nazistów jako spadkobierców wielkich kultur
przeszłości. Osoba przekraczająca próg takiej budowli miała wrażenie, że jest
niczym w porównaniu z reprezentowaną przez budynek potęgą państwa. Tymczasem
greckie świątynie, których rozmiary zawsze odpowiadały ludzkiej skali,
pozostawiały w odwiedzających wrażenie, że – jak to ujął Protagoras – miarą
wszechrzeczy jest człowiek”.
Kolejnym celem nazistowskiej
propagandy było stworzenie grupy
lojalnych zwolenników partii. Kiedy Hitler dochodził do władzy, jego zwolennicy
zaczęli nosić brunatne koszule. Noszenie brunatnej koszuli w miejscu publicznym
stało się symbolem zaangażowania w sprawę. Reszta Niemców początkowo
zareagowała drwiną. U wielu przedstawicieli brunatnych koszul taka reakcja
spowodować musiała jeszcze silniejsze zaangażowanie. Racjonalizujący swoje
postępowanie młody zwolennik Hitlera nie przyznawał, że brunatne koszule i
nazistowski fanatyzm istotnie są dość głupie, lecz stwierdzał, że „znoszenie drwin nie jest wygórowaną ceną,
jeżeli umożliwi realizację szczytnych celów nazizmu”.
Bez wątpienia najbardziej
demoniczny i najskuteczniejszy zabieg nazistowskiej propagandy polegał na
połączeniu odwołania się do strachu z techniką granfalonu. Po pierwszej wojnie światowej niemiecka
gospodarka znajdowała się w ruinie – częściowo wskutek konieczności spełnienia
żądań zawartych w Traktacie Wersalskim. Konsekwencje były druzgocące z punktu
widzenia niemieckich obywateli. Wysoka inflacja w połączeniu z wysokim
bezrobociem zakłócała życie rodzinne i powodowała, że wiele osób cierpiało
biedę. Wielu mężczyzn czuło się upokorzonych, ponieważ nie byli w stanie
utrzymać swoich rodzin. Do tego dochodziły uprzedzenia rasowe, istniejące w
Europie od wieków. Aryjczycy wierzyli, że są rasą nadludzi (bezpośrednimi
potomkami Adama, Jafeta albo mieszkańców Atlantydy – w zależności od mitu). Ich
przeznaczeniem było zjednoczyć ludy germańskie, oczyścić aryjską tożsamość i
podporządkować sobie niższe rasy (zwłaszcza Żydów, Murzynów i Cyganów)7.
Uprzedzenia rasowe istnieją nadal, o czym świadczy działalność ugrupowań nazistowskich, Ku-Klux-Klanu i
bojówek, których członkowie wciąż obstają przy twierdzeniach o wyższości białej
„rasy”8.
Hitler i Goebbels potrafili
wykorzystać narodowe lęki i uprzedzenia, proponując jako rozwiązanie granfalon.
W większości nazistowskiej propagandy
(jeżeli nie w całej) powracał wciąż
jeden wątek: winę za wszystkie problemy narodowe ponoszą Żydzi. Nakręcony w
1940 roku film Wieczny Żyd – reklamowany jako dokument o roli Żydów w historii
– przedstawiał Żyda jako zachłannego bandytę, który nie tylko pasożytuje na
społeczeństwie, ale też przenosi choroby i nie wyznaje żadnych wartości.
Sugestywne sceny z filmu ukazywały rytualne, „koszerne rzeźnie”, stwarzając
złudzenie, że religia żydowska obfituje w sadystyczne praktyki. Podobnie było w
wypadku filmu Żyd Süss, obrazowo opowiadającego historię żydowskiego
mężczyzny, który zgwałcił niemiecką dziewczynę. Charakterystyka
Żyda jako kogoś godnego pogardy, niższego i niebezpiecznego powracała stale w
przemówieniach, na plakatach, w filmach, gazetach, a nawet w rozprawach
akademickich.
Jak można było rozwiązać
problem zagrożenia ze strony Żydów? Niemcy były niegdyś dumnym narodem. Pod
przywództwem Adolfa Hitlera mogą położyć kres żydowskiemu zagrożeniu i powrócić
do swojej dawnej świetności. Aby upowszechnić ten komunikat, nazistowska
propaganda musiała najpierw przekonać naród, że partia popiera tradycyjne
niemieckie wartości. Nazistowskie plakaty często przedstawiały sceny z tradycyjnego
życia rodzinnego – kobietę karmiącą piersią, dzieci patrzące ufnie w przyszłość
na tle powiewającego sztandaru ze swastyką, dumnego ojca u boku rodziny.
Dalej nazistowska propaganda
przekonywała, że zjednoczeni Niemcy mogą zrealizować swoje cele. Ten wątek
wyrażony został szczególnie dobitnie w pochodzącym z 1934 roku filmie Leni
Riefenstahl Triumf woli. Film
rozpoczyna się od sceny, w której przystojni, młodzi mężczyźni przechodzą
szkolenie wojskowe. Szkolenie nadzoruje Hitler. Pod koniec filmu ci młodzi
ludzie stają się częścią potężnej nazistowskiej machiny wojennej. Przesłanie
brzmi: dzięki wspólnemu wysiłkowi możemy znów być potężni.
Wreszcie, nazistowska propaganda utrzymywała, że powodzenie nowej misji zależy od jednego
człowieka – Adolfa Hitlera. Jak ujmował
to jeden z plakatów wyborczych: „Hitler,
nasza ostatnia nadzieja”. Celem Goebbelsa było przedstawianie Hitlera
jako dobrego ojca, powołanego do służby przez naród będący w potrzebie. Toteż propaganda musiała
przedstawiać dwa oblicza Hitlera. Z jednej strony, drukowano plakaty na których
wódz uśmiechał się i wymieniał uściski dłoni z dziećmi. Kroniki filmowe pokazywały jak Hitler
przyjmuje, z pewnym zażenowaniem, wyrazy czci od swego narodu. W jednym z
artykułów prasowych Goebbels pisał:
„Nawet najprostsi ludzie darzą go absolutną ufnością, ponieważ czują, że
jest ich przyjacielem i obrońcą”9. Drugim obliczem było
oblicze Führera. Aby je
przekazać, drukowano plakaty przedstawiające Hitlera w mundurze, wyprostowanego
i przekonanego o słuszności swoich celów. Kroniki filmowe powtarzały
w nieskończoność ujęcia, na których Hitler dokonuje przeglądu wojsk.
Jednak sukces nazistowskiej
machiny propagandowej opierał się na czymś więcej niż wykorzystanie kilku
inteligentnych technik perswazyjnych. Wynikał on także z niemal bezwarunkowej
akceptacji idei, że perswazja musi zaczynać się u szczytu drabiny społecznej i
być skierowana w dół, do mas. Zadanie elity rządzącej polegało na
podejmowaniu decyzji oraz informowaniu mas o mądrości tych decyzji za pomocą
propagandy. Zadaniem mas było posłuszeństwo.
Czy może istnieć lepsza rola dla mas, które na ogół są ciemne i nie
potrafią myśleć? Znamy już ten model
perswazji w społeczeństwie. Arystoteles twierdził, że perswazja służy
instruowaniu tych, którzy nie są w pełni zdolni do samodzielnego myślenia.
Propaganda jest narzędziem przekazywania „prawdy” ignorantom.
Choć taki model perswazji może
charakteryzować dowolne społeczeństwo w dowolnym czasie, rezultaty jego
zastosowania mogą być różne. Na przykład grecki sofista Protagoras widział dla
perswazji inną rolę – uważał, że dyskusja pozwala wyjaśnić zalety i wady
każdego postępowania. Założyciele rządu
Stanów Zjednoczonych rozumieli, że żadna pojedyncza partia nie może być
depozytariuszką pełnej prawdy, bowiem w społeczeństwie występują konkurencyjne
interesy. Amerykańska Konstytucja, ze swoim systemem wzajemnej kontroli, była
jedną z prób zapobieżenia przejęciu absolutnej władzy przez pojedynczą grupę i
ustanowienia forum do rozstrzygania różnic poglądów.
Jednak najbardziej niebezpiecznym aspektem nazistowskiej
propagandy było przekonanie, że absolutna prawda istnieje, a jej
depozytariuszką jest rządząca elita. W serii filmów pod tytułem The Ascent of Man
znany uczony i humanista, Jacob Bronowski,
kataloguje niebezpieczeństwa, jakie pociąga za sobą wiara w mit prawdy
absolutnej10. W jednym z filmów Bronowski przygląda się kulturze i
myśli niemieckiej z okresu tuż przed wybuchem II wojny światowej i konstatuje,
że istniały wówczas dwie radykalnie różne filozofie, dwa zupełnie odmienne
sposoby patrzenia na świat – jeden z nich reprezentowali niektórzy ówcześni
naukowcy, drugi – partia nazistowska.
Naukowcy zaczynali rozumieć, że
wiedza ludzka nigdy nie będzie miała charakteru absolutnego. Nie istnieje
„boski punkt widzenia”. Na podstawie
swoich odkryć naukowych, fizycy Albert Einstein, Werner Heisenberg czy Max Born
– sformułowali takie idee jak teoria względności czy zasada nieoznaczoności,
które kazały uznać, że absolutny, stały punkt odniesienia nie istnieje, a
ludzka wiedza ma nieuchronnie ograniczony charakter. W naukach społecznych
badania innych kultur i ludów doprowadziły do wniosku, że rozmaite obyczaje
i przekonania bardzo się od siebie różnią, i coraz trudniej jest orzec,
które z nich są „najlepsze”.
Gdy psychologia społeczna była
jeszcze w powijakach, Kurt Lewin rozwinął teorię pola. Teoria stwierdzała, że
psychiczne potrzeby i zadania jednostki wpływają na sposób, w jaki postrzega
ona świat. Zdaniem Lewina, różne
jednostki o różnych potrzebach i zadaniach będą postrzegały to samo wydarzenie
zupełnie inaczej. Jak na ironię, inspiracją Lewina były jego doświadczenia jako
żołnierza w I wojnie światowej. Lewin zauważył, że jego postrzeganie otoczenia
zmieniało się kiedy zbliżał się do pola bitwy: nie widział już pięknych żlebów
i interesujących formacji skalnych, lecz miejsca, w których można się ukryć, i
przedmioty, którymi można zabić. Tuż przed wybuchem II wojny Lewin, który był
Żydem, został zmuszony do ucieczki z nazistowskich Niemiec. Przybył do Ameryki,
gdzie został nauczycielem wielu przedstawicieli pierwszego pokolenia
amerykańskich psychologów społecznych. Ironia polega na tym, że Kurt Lewin i
Adolf Hitler walczyli podczas pierwszej wojny po tej samej stronie. Mieli podobne
doświadczenia, ale wyciągnęli z nich zupełnie odmienne wnioski.
Stanowisko alternatywne miało
charakter dogmatyczny. Partia
nazistowska ucieleśniała prawdę. Nie
było potrzeby tolerowania innych punktów widzenia. Hitler wyraził tę
alternatywną filozofię bardzo zwięźle:
Funkcją
propagandy nie jest rozważanie racji różnych narodów, lecz forsowanie jednej
racji. Jej zadanie nie polega na obiektywnym badaniu prawdy sprzyjającej
nieprzyjacielowi, i przedstawianiu tej prawdy masom z akademicką bezstronnością; jej zadaniem jest nieugięte i nieprzerwane
służenie naszym własnym celom... Jeśli
nasza propaganda przyzna, że choćby ułamek racji leży po przeciwnej stronie,
zasieje ziarno zwątpienia w naszą rację11.
Jakie są konsekwencje mitu prawdy absolutnej? Zamordowano 6 milionów spośród 9,5 miliona
żyjących w Europie Żydów. Na polu walki poległo ponad 11 milionów żołnierzy sił
sprzymierzonych, w tym 7,5 miliona Rosjan,
2,2 miliona Chińczyków i ćwierć miliona żołnierzy amerykańskich. Państwa osi straciły ponad 5 milionów
żołnierzy, w tym 3,5 miliona Niemców i 1,2 miliona Japończyków. Liczba ofiar
cywilnych jest trudniejsza do oszacowania. Wśród bezpośrednich cywilnych ofiar
wojny jest 2,5 miliona Rosjan, 860 tys. tysięcy Japończyków, 300 tysięcy
Niemców i 61 tysięcy obywateli brytyjskich.
Kolejne 10 milionów Rosjan zginęło z przyczyn pośrednich, takich jak
głód i choroby. W sumie życie straciło
36,5 miliona osób. Z jakiego powodu?
Pod koniec swojego filmu Bronowski
proponuje antidotum na ten „głód absolutnej wiedzy i władzy. Tuż za
ogrodzeniem obozu koncentracyjnego i krematorium w Auschwitz znajduje się
płytki staw. Wsypano do niego prochy 2 milionów ludzi – czyn spowodowany
arogancją, niewiedzą i wiarą w dogmat. W jednej z najbardziej przejmujących scen filmu Jacob
Bronowski wchodzi do stawu, pochyla się i podnosi garść prochów kilku spośród
dwóch milionów ludzi. Wygłasza prostą
prośbę, używając słów z listu Olivera Cromvella: „Błagam cię, na Chrystusa –
uwierz w to, że możesz się mylić”.
Jeżeli z naszego studium
perswazji płynie jakaś lekcja, to głosi ona, że możemy się mylić i być
zwodzeni. Widzieliśmy, jak informacje na
temat naszego świata mogą być selekcjonowane przez instytucje rozrywkowe i informacyjne,
albo stawać się przedmiotem manipulacji w rękach doświadczonych konsultantów
politycznych. Wyłaniający się z nich
obraz świata – bez względu na to jak błędny – kieruje naszym myśleniem i
działaniem. Widzieliśmy też, że
propagandysta może grać na naszych emocjach i wykorzystywać nasze procesy
podejmowania decyzji, odwołując się do prostej heurystyki. Wszystko to prowadzi
do jednego wniosku: jako ludzie możemy
się mylić. Pamiętajmy o tym,
ilekroć podejmujemy decyzje – zwłaszcza te, które krzywdzą innych.
Joseph Goebbels chwalił się
kiedyś: „Nie ma nic łatwiejszego niż prowadzenie ludzi
na smyczy. Po prostu trzymam w górze efektowny plakat, a oni przez niego skaczą”12. Musimy jak najlepiej poznać sposoby
funkcjonowania propagandy i metody promowania demokratycznej debaty, aby
udowodnić, że Herr Goebbels się mylił.
Jesteśmy to winni jego ofiarom i sobie.
Przeciwdziałanie
technikom propagandowym ......... 285
38
Przezorny zawsze ubezpieczony?
Jak skutecznie przeciwstawiać się propagandzie .........
286
W niniejszej książce
próbowaliśmy zgłębić następujący problem: na ile wiarygodne i skuteczne są
jawne próby opakowywania i sprzedawania produktów oraz idei (pasty do zębów,
aspiryny, kandydatów na prezydenta) przy użyciu sprytnych technik wywierania
wpływu. Wielu ludzi twierdzi, że takie jawne próby perswazji są tak żałośnie
przejrzyste, że nie wywierają na nich wielkiego wpływu. Badacze odkryli coś, co
nosi nazwę „efektu trzeciej osoby” w komunikacji – to skłonność do wiary, że
środki masowego przekazu będą miały większy wpływ na innych niż na nas samych.
Innymi słowy, jest tak, jakbyśmy mówili: „Ja nie ulegnę wpływowi, ale inni mogą
mu ulec”1.
A jednak już pierwsze z brzegu
świadectwa przemawiają za tym, że tego typu próby perswazyjne są bardzo
skuteczne. Słyszymy mnóstwo opowieści o powodzeniu kampanii reklamowych.
Sprzedaż papierosów firmy Benson i
Hedges, tzw. „setek”, wzrosła siedmiokrotnie w ciągu czteroletniego okresu
intensywnej działalności reklamowej. Mattel, firma produkująca zabawki,
powiększyła się dwudziestoczterokrotnie po tym, jak rozpoczęła intensywną
kampanię reklamową w telewizji. Grape-nuts – sędziwa, prawie zapomniana marka
płatków – zanotowała nagły, trzydziestoprocentowy wzrost sprzedaży, kiedy znany
entuzjasta naturalnej żywności zaczął reklamować ten dość nijaki produkt.
Wydaje się, że ogromna liczba konsumentów odsuwa swój sceptycyzm na bok, nawet
jeśli wie, że komunikat jest obliczony wyłącznie na sprzedaż jakiegoś produktu.
Ponadto, większość z nas –
rodziców – była świadkami, jak nasze dzieci dają się uwieść reklamom zabawek i
opakowaniom, które pomysłowo opisują najbardziej nijakie zabawki jako coś,
czemu nie można się oprzeć. Dzieci oglądając w sobotnie poranki telewizyjne
kreskówki, zasypywane są reklamami płatków w polewie lukrowej, jedzenia na
wynos i batonów, po czym same zasypują rodziców prośbami o poszczególne
produkty.
Wiele badań potwierdza to, co
wiedzą wszyscy rodzice2.
Zgodnie z ankietą przeprowadzoną wśród matek, ponad 90% dzieci w wieku
przedszkolnym prosi o zabawki i produkty żywnościowe, których reklamy oglądało
wcześniej w telewizji. Prawie dwie trzecie matek słyszało, jak ich dzieci nucą
zasłyszane w telewizji sygnały reklamowe – najczęściej już około trzeciego roku
życia. Inne badania wykazały, że dzieci, które często oglądają dziecięce
programy, skłonne były częściej prosić o reklamowane chipsy, płatki i dania do
błyskawicznego przyrządzenia i chętniej je jadły. Generalnie, dzieci poniżej
ósmego roku życia bardzo dobrze rozpoznają reklamowane marki, natomiast prawie
nie pamiętają treści komunikatów reklamowych i są bardzo podatne na perswazję.
Jednego z najsmutniejszych świadectw wpływu reklam dostarcza eksperyment, który
wykazał, że cztero- i pięcioletnie dzieci po obejrze4niu reklamy zabawek, dwa
razy częściej mówiły, że wolałyby się pobawić z „niezbyt grzecznym
chłopczykiem”, który ma taką zabawkę, niż z „grzecznym chłopczykiem”, który
takiej zabawki nie ma.
Fakt, że dzieci są bardzo
podatne na perswazję, nie umknął uwadze amerykańskich urzędników i agencji
rządowych. W 1934 roku w sprawie Federalna Komisja Handlu przeciwko R.F. Keppel
i Brothers, amerykański Sąd Najwyższy orzekł, że dzieci stanowią szczególną
klasę konsumentów, które nie są w stanie „bronić się przed reklamą”. Sposób
ochrony dzieci przez rząd zależy od panujących od panujących w danym czasie
okoliczności politycznych i ekonomicznych.
(...)
Jednak na początku lat osiemdziesiątych, na skutek prowadzonej
przez prezydenta Reagana polityki znoszenia kontroli, FTC i FCC porzuciły rolę
strażników treści programów dziecięcych. NAB przestało czuwać nad
przestrzeganiem etycznego kodeksu nadawców – także w odniesieniu do programów
telewizyjnych dla dzieci. Regulację
programów i reklam skierowanych do dzieci pozostawiono poszczególnym sieciom i
stacjom telewizyjnym – co jest przykładem sytuacji typu „lis staje na straży
kurnika”.
W 1996 roku prezydent Clinton
uczynił pierwszy krok w kierunku odwrócenia tej tendencji, ogłaszając nowe
federalne zasady regulujące kwestię reklam papierosów skierowanych do dzieci.
Cel Clintona – jak sam go scharakteryzował – polegał na tym, by na zawsze
„usunąć Joe Cameala i Marlboro Mana z pola widzenia dzieci”. Jak już
powiedzieliśmy, wiele z tych prób ochrony dzieci przed reklamami wyrobów
tytoniowych zostało później zdelegalizowanych przez amerykański Sąd Najwyższy.
Choć regulacja jest ważna,
niektóre dzieci łapią, w czym rzecz, nawet gdy brak jest regulacji.
Widzieliśmy, jak nasze dzieci, w następstwie kilku rozczarowań, rozwinęły w sobie
zdrowy sceptycyzm (a nawet, niestety, pewien cynizm) w kwestii prawdomówności
reklam. Jedne z badań wykazały, że tylko 12% szóstoklasistów wierzy, iż reklamy
telewizyjne zawsze lub na ogół mówią prawdę.
W dziesiątej klasie już tylko 4% uważało, że mówią one na ogół prawdę. Generalnie, badania
pokazują, że wiele dzieci poniżej ósmego roku życia ma kłopot z rozpoznaniem
fałszywego komunikatu.
Nie trzeba dodawać, że tego
rodzaju sceptycyzm jest powszechny także wśród dorosłych. Badania opinii
publicznej pokazują, że przytłaczająca większość dorosłych respondentów uważa,
iż reklamy telewizyjne zawierają fałszywe argumenty. Co więcej, im wyższe
wykształcenie respondenta tym wyższy poziom jego sceptycyzmu, zaś ci, którzy są
nastawieni sceptycznie uważają, że sceptycyzm uodparnia ich na perswazję.
Mogłoby to prowadzić do
wniosku, że sama wiedza o tym, iż nadawca jest tendencyjny, chroni nas przed
podatnością na wpływ. Jednak – jak już mówiliśmy – wcale nie musi tak być.
Fakt, że uważamy się za odpornych na perswazję, nie musi oznaczać, że
rzeczywiście jesteśmy na nią odporni. Mimo że próby informowania dzieci o
reklamie i jej celach sprawiły, że rozwinęły one w sobie większy sceptycyzm w
odniesieniu do reklam, to jednak ów sceptycyzm rzadko przekładał się na mniejszą chęć posiadania reklamowanych produktów. Także dorośli kupują
produkty określonych marek wyłącznie dlatego, że są one intensywnie
reklamowane. Należałoby zatem przyjrzeć się temu, w jaki sposób świadomość
intencji perswazyjnej wpływa na perswazję4.
Badania na ogół pokazują, że w
niektórych – choć nie w każdych – warunkach ostrzeżenie o celach perswazji
uodparnia na jej wpływ.(...)
W pewnych warunkach nawet wyraźne
ostrzeżenie nie zawsze wywołuje próbę odparcia komunikatu. Jest tak na przykład
wówczas, gdy odbiorca uważa, że komunikat lub temat jest nieistotny. (...)
Takie ustalenia badawcze stanowią
problem dla tych, którzy sądzą, że są niepodatni na perswazję, bo „wiedzą
wszystko o sztuczkach reklamodawcy”. Często obcujemy z mediami, myśląc o czymś
innym. Najczęściej komunikaty medialne po prostu nie są zbyt zajmujące. Jednak
– jak na ironię – właśnie to czyni je często jeszcze bardziej przekonującymi.
Mimo wiedzy o tym, że reklamodawca próbuje nas złowić, nie podejmujemy próby wysiłku
odparcia komunikatu i – w konsekwencji – ulegamy perswazji.
Jakie są zatem najlepsze
sposoby redukcji naszej podatności na taktyki perswazyjne (dostrzegane przez
nas lub nie)? Proponujemy trzy
strategie.
Strategia pierwsza, wypróbowana przez
FTC, FCC oraz różne grupy konsumenckie i przemysłowe, polega na regulacji i legislacji służącej
temu, by praktyki perswazyjne były bezstronne i uczciwe – może chodzić o
zakazanie technik, które wykorzystują podatność części populacji na perswazję
(na przykład dzieci) albo przewrotnie grają na naszych emocjach... U podstaw
takiej strategii leży przekonanie, że podobnie jak w sądzie niektóre dowody i
zagrywki są niedopuszczalne, tak też niektóre techniki perswazyjne
wykorzystywane przez środki masowego przekazu są nieuczciwe, a ich
wyeliminowanie leży w interesie społeczeństwa.
Druga strategia obrony przed
technikami propagandowymi polega na wcielaniu się w rolę „adwokata diabła” – na
udawaniu, przynajmniej przez chwilę, stronnika stanowiska przeciwnego wobec
stanowiska propagandysty. Badania nad ostrzeganiem i perswazją sugerują, że
sama wiedza o tym, że będziemy poddani perswazji nie wystarcza, by perswazji
zapobiec. Liczy się to, co zrobimy z tym ostrzeżeniem – w jaki sposób
przygotuje nas ono do odbioru komunikatu i oceny jego treści. Aby przeciwstawić
się propagandzie, musisz się do tego przygotować. W następnym rozdziale
przyjrzymy się kilku sposobom odgrywania roli „adwokata diabła” jako metodzie
ograniczania naszej podatności na propagandę.
Strategia trzecia polega na
wypracowywaniu metod przeciwstawiania się perswazji w określonej dziedzinie lub
na określony temat. Przyjrzyjmy się dwóm technikom osiągania tego celu odkrytym
przez badaczy.
Wyobraźcie sobie, że może dojść do ujawnienia negatywnej informacji, która
zaszkodzi waszej sprawie. W jaki sposób można ograniczyć szkodliwe skutki
takiego ataku? Jednym ze sposobów ograniczania wpływu potencjalnie
niebezpiecznej informacji jest „rozbrajanie miny” (stealing thunder), czyli ujawnienie
negatywnej informacji na własny temat lub na temat jakiejś kwestii, zanim zdąży
to zrobić nasz przeciwnik lub inni. (...)
Prawnicy od dawna znają
znaczenie „rozbrajanie miny”. Jak to ujął znany adwokat, Gerry Spence:
Na początku
zawsze przyznaję się do wszystkiego, co jest prawdą – nawet jeżeli jest to
prawda niekorzystna dla mojej sprawy. Nie bójcie się spojrzeć w twarz faktom,
wobec których stoicie. Przyznanie się do czegoś jest bez porównania mniej
szkodliwe niż ujawnienie niewygodnych faktów przez waszego przeciwnika. Ludzie
mogą nam wybaczyć nasze przewinienia. Nie wybaczą nam jednak przewinień, które
popełniliśmy, a potem próbowaliśmy to ukryć11.*
* Wątpię, czy jakikolwiek adwokat będzie
doradzał klientowi „przyznanie się do czegoś niekorzystnego, co można łatwo
ukryć albo zarzuty łatwo obalić”. Sens „rozbrajania miny” polega na
„przyznawaniu się do stawianych nam zarzutów” lub „uprzedzającego ujawniania
niekorzystnych dla nas faktów”, po prostu wtedy, gdy oceniamy, że ich ukryć się
nie da. Niezbyt to „etyczne”, ale takie jest życie „procesowe”: druga strona z
reguły postępuje tak samo.
Wynika to z resztą dobitnie z odpowiednich kontekstów w książce.
Anonimus
Drugą techniką pozwalającą zwiększyć odporność
na perswazję jest tak zwane zaszczepienie
(inoculation).
Widzieliśmy już, że dwustronna (refutacyjna) prezentacja argumentów przekonuje
niektórych słuchaczy skuteczniej niż prezentacja jednostronna (por.
rozdział23). Kontynuując badania nad tym
zjawiskiem, William McGuire i jego koledzy zasugerowali, że jeśli przedstawimy
ludziom zawczasu krótki argument, który potrafią odeprzeć, to zazwyczaj będą
oni „uodpornieni” przeciw tej samej argumentacji, gdy przedstawi się ją później
w pełnej wersji – tak, jak wszczepienie niewielkiej ilości osłabionego wirusa
uodparnia ludzi przeciw silnemu atakowi tego samego wirusa.
W interesującym nas eksperymencie terenowym Alfred
McAlister i jego koledzy zaszczepili siódmoklasistów przeciwko istniejącej
presji rówieśniczej, by palić papierosy16. Uczniom pokazano na przykład reklamy, które
sugerowały, że prawdziwie wyzwolone kobiety palą – „Pokonałaś kawał drogi,
mała!”. Następnie zaszczepiano ich
przekonując, że kobieta naprawdę wyzwolona nie może być uzależniona od
papierosów. Ponieważ nastolatki często palą dlatego, że chcą sprawiać wrażenie
„wyluzowanych” albo „twardych” (jak Marlboro Man), McAlister uznał, że presja
rówieśników może przybierać formę piętnowania tych, którzy nie palą, jako
„mięczaków”. Toteż siódmoklasistów
poproszono o odegranie scenki, w której ćwiczyli się w odpieraniu tego typu
argumentów wygłaszając zdania w rodzaju:
„Prawdziwym mięczakiem byłbym wtedy, gdybym zapalił tylko po to, żeby ci
zaimponować”. To zaszczepienie przeciwko
presji rówieśników okazało się bardzo skuteczne. W dziewiątej klasie ci sami
uczniowie palili o połowę mniej niż uczniowie w grupie kontrolnej z podobnej
szkoły.
W tej wojnie perswazyjnej
również firmy reklamujące papierosy odkryły wartość zaszczepienia. Odkąd
zabroniono reklamowania papierosów w telewizji, odsetek Amerykanów, którzy
rzucili palenie albo próbują je rzucić, gwałtownie wzrósł (z wyjątkiem młodych
kobiet, które palą obecnie więcej). Chcąc utrzymać sprzedaż na określonym
poziomie, producenci wyrobów tytoniowych muszą zapobiec temu, by kolejni
palacze rzucali palenie (a także, oczywiście, szukać nowych grup docelowych, na
przykład wśród dzieci). Realizując ten
cel R.J. Reynolds Tobacco Company zamieściła w magazynach serię dwustronnych
reklam, apelujących o wzajemną tolerancję między palaczami a niepalącymi.
Połowa reklamy, zatytułowana, „Dla tych, którzy tego nie robią”, zawierała
szereg argumentów przemawiających za pozwoleniem na palenie w miejscach
publicznych. Druga połowa, zatytułowana
„Dla tych, którzy to robią”, zawierała łagodną prezentację stanowiska
przeciwników palenia. Reklama zawierała więc informacje potrzebne palaczom –
przypuszczalnie najbardziej zainteresowanym problemem – dotyczące tego, jak
kontrargumentować i przeciwstawiać się kampaniom antynikotynowym.
(...) Osoba najbardziej podatna jest na perswazję
to ta, której przekonania opierają się na sloganach, których nigdy nie poddała
poważnej próbie ani analizie.
39
Jak możemy przeciwdziałać propagandzie? .........
295
W niniejszej książce naszkicowaliśmy
mechanizm działania licznych technik perswazyjnych i propagandowych. Często
mówiliśmy o tym, w jaki sposób przeciwdziałać
niepożądanym formom propagandy. W
tym rozdziale zebraliśmy wszystkie te
zalecenia, aby odpowiedzieć na pytanie: „Jak bronić się przed propagandą w
domu, miejscu pracy, szkole, sądzie i społeczeństwie?”
Odpowiedź musi być złożona.
Propaganda jest skomplikowana i przyjmuje mnóstwo różnych postaci, które często
zmieniają się pod wpływem nowego otoczenia, okoliczności i naszych prób
położenia kresu propagandzie.
Wydaje się, że jeśli idzie o
zapobieganie propagandzie, można przyjąć dwa ogólne podejścia. Po pierwsze, możemy podjąć działania o
charakterze obronnym. Innymi słowy nauczyć się rozpoznawać
propagandę, odgrywać rolę „adwokata diabła”, zadawać odpowiednie pytania
dotyczące komunikacji, demaskować fałszywe apele i reagować na pozbawione
skrupułów ataki propagandowe. Duża część niniejszej książki została napisana z
myślą o tym celu.
Jednak w środowisku gęstym od
komunikatów, zamieszkanym przez różnej maści propagandystów grających na
naszych uprzedzeniach i emocjach, nawet najlepiej wyszkolony wojownik nie
potrafi skutecznie bronić się przed każdym atakiem. Jest zbyt wiele takiej
gadaniny i zbyt mało czasu i środków, by ją całą zdemaskować. Musimy też podejmować działania o charakterze
ofensywnym, które pozwolą zidentyfikować
najpowszechniejsze formy propagandy i przeciwdziałać im u źródła. Zapobieganie
temu, by propaganda wdzierała się do naszych domów wymaga działań indywidualnych
i instytucjonalnych – musimy przeciwdziałać na własną rękę, a równolegle
zmieniać sposób funkcjonowania naszego społeczeństwa. W dalszej części tego
rozdziału przedstawimy kilka sugestii dotyczących tego, jak zapobiegać
rozprzestrzenianiu się propagandy – a przynajmniej jak je spowalniać1.
Zaczniemy od niektórych sposobów indywidualnej obrony przed propagandą, a
następnie przedstawimy kilka propozycji działań o charakterze społecznym.
• Poznawaj mechanizmy działania perswazji i pamiętaj, że
możesz stać się ofiarą propagandy. W ramach serii ważnych
eksperymentów Brad Sagarin i jego koledzy uczyli studentów o mechanizmach
perswazji2. (...) Co odkryli?
Samo szkolenie prawie nie pomogło studentom przeciwstawić się wpływowi
nieuczciwych reklam (chociaż, co ciekawe, zwiększyło wpływ reklam posługujących
się autorytetem w sposób uzasadniony). Skuteczność
szkolenia rosła, gdy towarzyszyło mu zastosowanie procedury „mam cię”.
Przed rozpoczęciem szkolenia studentom pokazywano, że i oni mogą dać się nabrać
nieuczciwemu nadawcy. Studenci zostali poproszeni o wygłoszenie opinii na temat
reklamy, która wykorzystywała w promocji
pewnego produktu fałszywego maklera giełdowego, a następnie o przyjrzenie się
własnym opiniom. Tym, którzy nie zauważyli, że makler był fałszywy, mówiono, że
zostali oszukani. Ich złudzenie na temat własnej odporności na propagandę
stopniowo ustępowało. Studenci chętnie stosowali zdobytą wiedzę dotyczącą
wiarygodności źródła i sprzeciwiali się fałszywym apelom. Eksperyment upoważnia do stwierdzenia, że lektura tej książki jest dobrym pierwszym krokiem na drodze
do wzmocnienia twojego oporu wobec propagandy. Aby jednak uzyskać maksymalną
ochronę przed propagandą potrzeba czegoś więcej
- nie możesz paść ofiarą efektu trzeciej osoby polegającego na tym, że
wydaje ci się, iż ofiarą propagandy może być każdy, tylko nie ty.
Spróbuj uznać, że jesteś podatny na propagandę i poczyń odpowiednie
przygotowania.
• Przyglądaj się własnym emocjom. Jeśli zauważysz u
siebie emocjonalną reakcję na komunikat, pytaj o jej przyczyny. Próbuj szukać
czynników wzbudzających określone emocje – takich jak fałszywe zobowiązanie,
„prezent”, który odwołuje się do normy wzajemności, trudno dostępny produkt,
który sprawia, że czujesz się gorszy, przeciwstawianie my-oni, które stwarza
granfalon, albo przemówienia, które wywołują
u ciebie lęk lub poczucie winy. Jeżeli czujesz, że ktoś gra na twoich
emocjach, zdystansuj się wobec sytuacji, by na chłodno ją przeanalizować.
Jeżeli fizyczny dystans jest niemożliwy, zredefiniuj sytuację w taki sposób,
który umożliwi ci uzyskanie dystansu mentalnego.
• Analizuj motywację i wiarygodność nadawcy komunikatu. Zadaj następujące pytania: „Dlaczego ta osoba pokazuje mi tę
informację?”, „Co ma do zyskania?”, „Czy
nadawca naprawdę jest kompetentny i wiarygodny? A może to wyłącznie
sfabrykowany wizerunek?”, „Czy ekspert
potrafi wyjaśnić daną kwestię w sposób
zrozumiały, czy też próbuje nam tylko mydlić oczy?”
• Podejmij racjonalny namysł
nad daną propozycją lub problemem. Zadaj takie pytania jak: „Czym jest ten problem?”, „Za pomocą jakich haseł i kategorii próbuje
się go przedstawić?”, „Czy używa się ich
bezstronnie?”, „Jakie
argumenty przemawiają za prezentowanym stanowiskiem?”, „Jakie przeciwko?”, „Na ile spójne są argumenty?”.
• Zanim podejmiesz decyzję, spróbuj uzmysłowić sobie pełen
zakres możliwych stanowisk.
Zadaj takie pytania jak:
„Dlaczego przedstawia mi się te stanowiska w taki sposób?”, „Czy istnieją inne
stanowiska i inne sposoby ich prezentacji?”, „Co by się stało, gdybym wybrał stanowisko
inne od rekomendowanego?”.
• „Nie patrz swoim przywódcom na usta, lecz na ręce”.
Autorem tego powiedzenia jest Theodor Plievier, pisarz wschodnioniemiecki,
który miał ogromne doświadczenie, jeśli idzie o funkcjonowanie mechanizmów
propagandy. Innymi słowy, nie opieraj swojej oceny na tym, co dana osoba
mówi..., ale na tym, co robi...
• Pamiętaj, że nie każda uzyskana przez ciebie informacja musi
być faktem. Weźmy plotki i insynuacje. Ponieważ natura ludzka jest
jaka jest, wiele osób czerpie przyjemność ze słuchania i powtarzania plotek.
Dlaczego? (...) Kiedy słyszysz plotkę
lub insynuację, możesz spytać nadawcę: „Czy są na to jakieś dowody?”, „Gdzie to
usłyszałeś?”, „Czy byłbyś skłonny przekonać bezstronny trybunał o prawdziwości
tej historii?”. Innymi słowy, musisz
sprawić, by osoba powtarzająca plotkę udowodniła jej prawdziwość albo
zamilkła. Wszyscy powinniśmy
przeciwstawiać się plotkom, zamiast je bezkrytycznie akceptować i powtarzać.
• Jeżeli wszyscy wokół robią to samo albo słyszysz w kółko tę
samą „informację”, zapytaj „dlaczego”? Ostatnio przeprowadziliśmy
badanie wzorowane na słynnym eksperymencie Solomona Asha, w którym badanych
prosi się, by ocenili względną długość linii4. Podczas niektórych prób osoby współpracujące z
prowadzącymi rozmyślnie udzielają niepoprawnej odpowiedzi. Następnie
odpowiedzieć musi badany. Celem eksperymentu jest sprawdzenie, czy badany
podporządkuje się błędnym poglądom wyznawanym przez grupę. W naszym eksperymencie ponad połowa
badanych przynajmniej raz udzieliła
niepoprawnej odpowiedzi tylko dlatego, żeby nie odróżniać się od grupy. (...)
• Jeżeli jakaś oferta wydaje się zbyt korzystna, by mogła być
prawdziwa, to przypuszczalnie tak jest w rzeczywistości. Zanim dokonasz
zakupu, szukaj następujących powszechnych oznak niekorzystnej oferty: (1) jest ona ważna tylko „dzisiaj”; (2) sprzedawca oferuje „darmowe prezenty” w
zamian za „minimalny” wysiłek; (3)
sprzedawany produkt jest nagle niedostępny, ale tak się składa, że dostępny
jest „znacznie lepszy” produkt za „nieco tylko wyższą cenę” (rzucanie niskiej
piłki); (4) sprzedawca kładzie nacisk na
wysokość pojedynczej raty zamiast na ogólną wartość transakcji; (5) „monter” odkrywa „niebezpieczną” awarię w
posiadanym przez ciebie urządzeniu, która musi zostać natychmiast
usunięta; (6) daje ci się niewiele czasu
na przeczytanie umowy albo nie daje się go wcale; (7) sprzedawca sprawia, że czujesz się winny
ilekroć zadajesz pytanie, albo pyta: „Czy mi ufasz?”5.
• Zawsze zadawaj sobie pytanie: „Jakie są argumenty za przeciwnym stanowiskiem?”, „W jaki sposób można wykazać, że ja lub ktoś
inny nie mamy racji?”. Takie
pytania pomogą uniknąć akceptacji jakiegoś stanowiska tylko dlatego, że akurat
ci ono odpowiada lub zostało przedstawione w atrakcyjny sposób. Pobudzą cię do
dyskusji i mogą się przyczynić do wyboru lepszego sposobu postępowania.
• Rozmawiaj ze swoimi dziećmi o propagandzie. W
rozdziale 38 powiedzieliśmy, że jednym z najlepszych sposobów przeciwdziałania
perswazji jest tak zwane zaszczepianie.
Oglądaj z dziećmi telewizję i pomagaj im w formułowaniu argumentów
przeciw propagandzie. Na przykład podczas bloków reklamowych możesz zadawać
następujące pytania: „Myślisz, że ta
zabawka naprawdę może to robić czy to tylko telewizja?”. Jeśli trzeba, zabierz
dziecko do sklepu z zabawkami i porównaj rzeczywiste możliwości zabawki z tym,
co mówiono o niej w reklamie. Kiedy na ekranie telewizora pojawia się
przemoc (a pojawi się na pewno) zapytaj:
„Jak, twoim zdaniem, czuła się ofiara?
Czy chciałbyś, żeby spotkało to ciebie?”.
• Wspieraj wysiłki zmierzające do ochrony grup szczególnie
podatnych na perswazję, takich jak dzieci. Możesz na przykład działać na rzecz
ograniczenia liczby i zakresu reklam
adresowanych do dzieci (omówiliśmy te kwestię w rozdziale 38). Możesz wspierać
próby ograniczenia ilości przemocy w telewizji przez „rodzinne oglądanie”,
stosowanie chipów komputerowych służących do kodowania określonych stacji
telewizyjnych...
• Unikaj uzależnienia od pojedynczego źródła informacji.
Jedną z charakterystycznych cech intensywnej propagandy (z jaką mamy do
czynienia w reżimach totalitarnych) jest scentralizowana komunikacja z jednej
perspektywy. Kiedy koncerny medialne łączą się, konsolidują i wzajemnie
wykupują, obywatele są coraz bardziej uzależnieni od garstki nadawców, na
których spoczywa obowiązek przekazywania różnorodnych poglądów – co jest
niezbędne dla podtrzymywania demokracji6. Telewizja publiczna
jest alternatywą dla telewizji komercyjnej i zachęca do nadawania takich
programów jak „Ulica sezamkowa” czy „Mister Rogers’ Neighborhood”. Sama nie
podoła jednak realizacji dziwnie brzmiącej, staromodnej idei, która głosi, że
częstotliwości publiczne należą do ogółu i powinny służyć interesowi zbiorowości. Podstawowe pytania,
jakie powinna zadawać sobie instytucja, która przyznaje częstotliwości i wyraża
zgodę na fuzje koncernów medialnych, powinny brzmieć następująco” „Czy takie działanie służy wspólnocie? Czy gwarantuje rozpowszechnianie różnorodnych
punktów widzenia?, nie zaś: „Ile można na tym zarobić?”.
• Myśl o wiadomościach jako wiadomościach i staraj się
oddzielać je od rozrywki. Nie
oczekuj, że media informacyjne uczynią z każdego wydarzenia spektakl, którego
jedynym celem jest zapewnienie odpowiedniej oglądalności. Media informacyjne są
jedną z niewielu instytucji władnych sprawować
kontrolę nad przedsięwzięciami politycznymi i komercyjnymi. Jeżeli nie
podołają tej funkcji, nie będziemy otrzymywać informacji niezbędnych do tego, by wykonywać swoje
obywatelskie powinności.
• Niech styl komunikacji stanie się jednym z kryteriów
podejmowania przez ciebie decyzji i wydawania sądów. (...)
Dostrzegł w tej reklamie to, czym była w istocie – tanią i podłą próbą zagrania
na emocjach w celu pozyskania głosów. Nie chciał mieć z tym nic wspólnego.
Gdybyśmy wszyscy poszli jego śladem, politycy i inni manipulatorzy
zrozumieliby, że demagogia nie popłaca7.
• Wspieraj reformę finansowania kampanii politycznych. Zgodnie z obecnym systemem amerykański
podatnik płaci za większą część kampanii, jaka ma miejsce w roku wyborów... Dlaczego mamy płacić za propagandę? Zamiast dawać kandydatom carte blanche na wykupywanie trzydziestosekundowych spotów, w których
posługują się jawnymi insynuacjami i nieczystymi zagrywkami, możemy wymagać, by
wydawali te pieniądze na debaty, otwarte dyskusje z publicznością, konferencje
prasowe, prezentację swoich programów...
• Bądź zaangażowany w istotne kwestie. W rozdziale
3 powiedzieliśmy, że kiedy przetwarzamy informacje nie skupiając się na
komunikacie, nasza podatność na propagandę wzrasta. Kiedy natomiast jakaś
kwestia dotyczy nas osobiście, myślimy o niej, analizujemy komunikat i
poszukujemy dodatkowych informacji, które pomogłyby nam podjąć decyzję. Kłopot
w tym, że zbyt często jesteśmy „wyłączeni”.
Jedno z rozwiązań polega na stworzeniu „mechanizmów zaangażowania”
służących temu, by problemy, przed jakimi stoi nasze społeczeństwo, wydawały
się obywatelom istotniejsze. (...)
• Domagaj się audycji poświęconych sprawom konsumenckim.
Dobrym przykładem jest bardzo popularny holenderski program telewizyjny
„Uwodzenie” prowadzony przez Astrid Joosten9. W tym talk show spotykają się reklamodawcy,
krytycy mediów i konsumenci, by dyskutować o reklamie. Program stanowi forum,
na którym konsumenci mogą skarżyć się na
reklamy, a reklamodawcy odpowiadać na zarzuty. Może on także służyć jako model
bardzo potrzebnej audycji, która krytycznie analizuje reklamy, jakie pojawiają
się w naszych domach.
• Pisz do firm z prośbą o dowody potwierdzające zalety
reklamowanych przez nie produktów (poruszamy ten problem w rozdziale
11). Gdybyśmy wszyscy pisali do firm z prośbą o dowody, reklamodawcy
zrozumieliby, że wygłaszanie obietnic bez pokrycia nie jest skutecznym
zabiegiem perswazyjnym.
• Wspieraj działania zmierzające do wyeliminowania
nieuczciwych reklam. Nieuczciwe reklamy wprowadzają w błąd
konsumenta, krzywdzą konkurencję, która musi rywalizować z fałszywymi
twierdzeniami, a ostatecznie sprawiają, że uczciwym reklamodawcom coraz
trudniej zdobyć zaufanie konsumentów. Aby
przeciwdziałać tego typu propagandzie tego typu propagandzie, musimy tak
zaostrzyć przepisy, by reklamodawcy pociągani byli do odpowiedzialności za
reklamy nieuczciwe (zawierające oczywiste kłamstwa) oraz takie, które skłaniają konsumenta do
wyciągania błędnych wniosków („Udowodniono, że nie istnieje skuteczniejszy
środek przeciwbólowy”). Mamy prawo oczekiwać, by reklamodawcy nie
wygłaszali bezpodstawnych twierdzeń; ich racje powinny być nam na życzenie
przedstawiane10. Ponadto
wprowadzając w życie jakiekolwiek prawo dotyczące ochrony konsumenta musimy
upewnić się, czy (1) liczba funkcjonariuszy stojących na straży tego prawa
pozwoli je skutecznie egzekwować oraz (2) czy wysokość kary odstraszy
potencjalnych przestępców.
• Wspieraj działania zmierzające do wyeliminowania
wprowadzających w błąd określeń oraz innych nieuczciwych praktyk.
Jesteśmy w stanie eliminować nieuczciwe techniki perswazyjne. Potrzeba tu
szeregu praw i przepisów, nie wyłączając
(1) stworzenia dostępnej na całym świecie bazy danych, pozwalającej
namierzyć nieuczciwych sprzedawców; (2)
wprowadzenia wymogu pełnej jawności, obejmującego zarówno tożsamość właścicieli
firm specjalizujących się w telezakupach, jak i rzeczywistą wartość oferowanych
nagród, a w przypadkach, gdy mamy do czynienia ze zbiórką pieniędzy na cele
charytatywne – zobowiązującej do ujawnienia odsetka zebranej sumy, jaki
rzeczywiście wpłynie na konto organizacji charytatywnej (a nie na konto
organizatora zbiórki), (3) reformy
prawa, która ułatwi konsumentowi pozywanie nieuczciwych sprzedawców do sądu12
oraz (4) stworzenie rejestru
konsumentów, którzy nie chcą być nękani przez firmy zajmujące się telezakupami,
oraz ustanowienia surowych kar dla tych, którzy nie przestrzegają życzeń tych
konsumentów. Musimy sami poszukiwać kolejnych dziedzin, w których można
zapobiegać oszustwom i nieuczciwości.
• Promuj instytucje demokratyczne. Demokrację
uznajemy często za coś oczywistego, myśląc, że jest ona po prostu „rządami
większości” albo „wolnością robienia tego, na co mamy ochotę”. Demokracja to pewien wzorzec relacji
społecznych, który zachęca do perswazji (nie do propagandy) i opiera się na poszanowaniu
praw i obowiązków wszystkich obywateli13. Oto niektóre z
charakterystycznych cech demokracji (w
przeciwieństwie do autokracji): (1)
komunikacja jest zdecentralizowana i
opiera się na wielu źródłach informacji;
(2) autorytet i władza ograniczane są przez system wzajemnej kontroli; (3) programy i cele działania ustala się w
trybie dyskusji, a nie na mocy odgórnej decyzji przywódcy; (4) relacja wpływu między przywódcami a
obywatelami ma charakter wzajemny, a nie jednokierunkowy (od przywódców do
obywateli); (5) role społeczne i granice
między poszczególnymi grupami społecznymi są płynne i nie obowiązuje sztywna
struktura społeczna; oraz (6)
mniejszości zachęca się do artykulacji swoich poglądów (co ma umożliwić
podejmowanie lepszych decyzji) i broni się ich praw. Musimy pamiętać o tych
cechach i przy każdej okazji wspierać
ich rozwój – bez względu na to, czy przyjmujemy jakąś ustawę z dziedziny
polityki społecznej, kontaktujemy się ze swoimi sąsiadami, czy podejmujemy
decyzję, której konsekwencje dotyczą nie tylko nas samych.
• Wspieraj politykę rządową zmierzającą do utrzymania klasy
średniej. Może wydawać się
dziwne, że w książce dotyczącej
perswazji zalecamy działania sprzyjające rozwojowi klasy średniej. Jednak
ziarna propagandy padają na najbardziej podatny grunt wówczas, gdy obywatele są
niezadowoleni z samych siebie i czują się czegoś pozbawieni – kiedy uważają, że
otrzymują mniej niż na to zasługują.
Tacy ludzie będą skorzy do poszukiwania kozła ofiarnego (na przykład do
brania udziału w zamieszkach na tle rasowym albo wstępowania do bojówek) i wspierania demagogów. Poczucie uczestnictwa w gospodarce, jakie
charakteryzuje klasę średnią (posiadanie domu, samochodu, konta w banku,
szacunek związany z dobrą posadą) towarzyszy natomiast poczuciu
odpowiedzialności i troski o sprawy publiczne, a tym samym uważniejsza analiza
komunikatów perswazyjnych.
• Wreszcie, jednym z najważniejszych działań służących
zapobieganiu propagandzie jest stosowanie się do biblijnego nakazu wyjęcia
belki z własnego oka zanim zabierzemy się za wyjmowanie źdźbła z oka naszego
bliźniego. Innymi słowy, jeżeli chcemy
promować pozytywną, etyczną perswazję i
eliminować kłamliwą propagandę, musimy sami czynić to, czego wymagamy od innych.
Zajmiemy się tą kwestią w kolejnym, ostatnim już rozdziale.
40
Dzieci Pejto
......... 303
Powieściopisarze często
opisywali mroczną, podstępną stronę perswazji.
W klasycznej amerykańskiej
powieści Elmer Gantry Sinclair
Lewis opowiada historię obłudnego kaznodziei wygłaszającego efektowne
kazania, które hipnotyzują wiernych oraz – co nie bez znaczenia – zapewniają
spory dochód samemu wielebnemu Gantry. W powieści Rok 1984 brytyjski
pisarz George Orwell opisuje totalitarne państwo, które z
powodzeniem wykorzystuje techniki propagandowe do utrzymywania kontroli nad
ludźmi. W powieści A Man of the
People afrykański pisarz Chinua Achebe śledzi sposób, w jaki czcigodny
M. A. Nanga dochodzi do władzy dzięki
retoryce i polityce, służącym ogłupianiu i wprowadzaniu w błąd mas.
W niniejszej książce
przedstawiliśmy rozmaite oblicza mrocznej strony perswazji: oszustwa sprzedawcy
używanych samochodów, wprowadzanie nas w błąd przez środki masowego przekazu,
„kontrolowanie umysłu” przez sekty,
propagandę nienawiści w Trzeciej Rzeszy.
W rękach demagoga perswazja może być pełna zdradzieckich sztuczek i
odwoływać się do irracjonalnych poglądów.
Inne oblicze perswazji
przedstawiają starożytni Grecy. W okresie rozwoju demokracji ateńskiej czcili
Pejto, boginię perswazji. W tragedii Ajschylosa Oresteja Pejto
uspokaja Erynie, trzy duchy zemsty, których zadanie polega na karaniu
przestępców. Orestes, który staje przed sądem za zamordowanie swojej matki i
jej kochanka, przyznaje się do popełnienia zbrodni. Pojawia się jednak
komplikacja. Wiadomo, że matka i jej kochanek zabili ojca Orestesa, aby przejąć
władzę w Mykenach. Ateński trybunał musi zdecydować, czy młody Orestes jest
pospolitym mordercą, czy też zabójstwo było uzasadnione. Po przedstawieniu
wszystkich argumentów wśród członków trybunału dochodzi do rozłamu. Decydujący
głos należy do Ateny, bogini mądrości. Atena uznaje, że Orestes powinien pójść
wolno.
Erynie,
które pełniły funkcję oskarżycielek, są wściekłe. Uważają, że morderstwo jest
morderstwem, a ceną za krew musi być krew. Chcąc przebłagać Erynie, Atena
proponuje im nową świątynię na Akropolu i nowe imię: Eumenidy, czyli łaskawe. W
zamian Erynie muszą uznać zwierzchnictwo Pejto. Przesłanie kierowane do
greckiej publiczności jest jasne: mądrość mówi, że perswazja musi być używana
do przekraczania słabej natury człowieka.
To podwójne oblicze perswazji –
źródła zarówno ludzkiej destrukcyjności, jak i ludzkiej mądrości – każe zadać
ostatnie, kluczowe pytanie: jaka powinna być natura i rola perswazji w spoleczeństwie1.
Jesteśmy nie tylko odbiorcami komunikatów perswazyjnych, ale także ich
nadawcami. Czy nam się to podoba, czy nie, wszyscy jesteśmy dziećmi Pejto.
Czasami odgrywamy tę rolę niewinnie -
kiedy na przykład polecamy znajomemu jakąś restaurację albo markę
sprzętu grającego. Czasami sprawa jest bardziej skomplikowana. Wiele dziedzin
zawodowych wymaga zaawansowanych umiejętności perswazyjnych – nie tylko
marketing, prawo i polityka, ale także medycyna, nauka czy dydaktyka. Od
zdolności perswazyjnych osób zatrudnianych przez kandydatów na urzędy
polityczne, wspierających inicjatywy społeczne lub organizacje charytatywne
zależy umiejętność przyciągania wyborców, gromadzenia podpisów pod petycjami,
zbierania funduszy czy rozpowszechniania informacji. Można powiedzieć, że
angażujemy się w perswazję zawsze, kiedy coś chwalimy lub krytykujemy, kiedy
popieramy jakieś stanowisko albo mu się sprzeciwiamy.
Skoro powiedzieliśmy już, jak
skutecznie wygłosić komunikat perswazyjny, warto zastanowić się nad tym, jak
decydujemy o tym, czy w ogóle to robić, czy nie, a jeśli - to jak. Kwestia etyczna jest bardzo złożona i w wielu
punktach niejasna. Choć nie jest to miejsce na zaawansowane dociekania z
zakresu filozofii moralności, czujemy się w obowiązku zwrócić uwagę na
istnienie i wagę pewnych kwestii etycznych, oraz zasugerować kilka sposobów ich
rozważenia.
Zanim do tego przystąpimy
powinniśmy odnotować, że często uważa się – słusznie lub nie – iż „etyczność”
techniki perswazyjnej jest funkcją jej skuteczności. Na przykład uciskana
mniejszość, która osiąga swój cel za pomocą bojkotu komunikacji miejskiej, bywa
krytykowana przez przegrywającą większość za wybór taktyki („Zgadzam się z
celem, ale nie z metodą” – tak brzmi najpowszechniejsza odpowiedź). Historia
spogląda na zwycięzców życzliwie i często przymyka oko na ich nadużycia. Na przykład zdrajcy, którym po prostu „się udało”, należą
do rzadkości: ludzie tacy albo ponoszą klęskę i wtedy określa się ich mianem
„zdrajców”, albo odnoszą sukces i nazywa się ich „patriotami”.
Jedno z możliwych podejść
polega na ocenie etycznego wymiaru perswazji przez pryzmat jej celów. Skrajna
wersja takiego stanowiska głosiłaby, że cel uświęca środki. (...)
Kiedy cele perswazji są
trudniejsze do obrony, także kwestia oceny etycznego wymiaru perswazji staje
się bardziej kłopotliwa. (...)
Kolejne podejście polega na
ocenie postępowania na podstawie środków, z jakich korzysta nadawca komunikatu2.
Generalnie można się zgodzić, że należy unikać
świadomego rozpowszechniania fałszywych informacji, ukrywania faktów,
posługiwania się bałamutnym rozumowaniem i fałszywego grania na emocjach.
Jednak i to podejście rodzi pewne problemy. Co począć z niewinnym kłamstwem, z
którym mamy do czynienia, gdy ktoś kłamie, aby niepotrzebnie nie ranić czyichś
uczuć.
Ocena etycznego wymiaru
perswazji wymaga rozważenia zarówno celów, jak i treści komunikatu. (...)
(...) Ocena nie jest łatwa. Być może wierzysz w
swoją sprawę tak mocno, że nie masz skrupułów przed zaprezentowaniem informacji
w sposób, który najlepiej się jej przysłuży. Możesz jednak czuć się nieswojo
wygłaszając coś, co nie jest pełnym i neutralnym sprawozdaniem. (...)
Są to złożone zagadnienia. Nie
ma prostych etycznych rozwiązań. Przekonujemy się o tym zwłaszcza wtedy, gdy
sami jesteśmy tymi, którzy podejmują decyzję, a nie tylko obserwatorami albo
przypadkowymi uczestnikami. Jak zauważył Goethe, „Sumienie jest cnotą
obserwatorów, a nie ludzi działających”3.
Ryzykując tym, że jeszcze
bardziej skomplikujemy sprawę, chcielibyśmy zasugerować kolejny sposób oceny
etycznego wymiaru perswazji: środki
często determinują cele. Innymi słowy, wybór technik perswazyjnych
często determinuje naturę naszych
przekonań i działań. Jak ujął to chiński filozof Mencjusz, natychmiastowe cele
można osiągnąć za pomocą środków, których długoterminowe skutki są niepożądane. (...)
Poleganie na uproszczonych
technikach perswazyjnych, takich jak wywoływanie mechanizmów heurystycznych lub
zastawianie pułapek racjonalizacyjnych,
wiąże się z ukrytym niebezpieczeństwem: skoro ty potrafisz skutecznie posłużyć
się jakąś techniką, może to zrobić każdy. Dzieło jednego demagoga może być z
łatwością zneutralizowane przez drugiego. W efekcie mamy bardzo wielu ludzi,
którzy sprawiają wrażenie kapryśnych i zdezorientowanych. Co więcej, kiedy uświadamiamy sobie, że
byliśmy oszukiwani i manipulowani, naszą reakcją jest często sceptycyzm i
cynizm. (...)
Jeżeli odwoływanie się do
emocji lub korzystanie z nazbyt uproszczonych argumentów może mieć negatywne
skutki, to dlaczego ludzie stosują takie zabiegi? Przypomnijmy sobie, że nasz
wiek propagandy jest gęsty od komunikatów. Tylko nieliczni obywatele mają czas,
możliwość i umiejętności potrzebne do tego, by przetwarzać różnorodne informacje, jakie do nich
docierają. Co więcej, wiadomości ogląda
się często nie dla ich wartości informacyjnej, lecz ze względu na walory
rozrywkowe. Zwiększa to pokusę manipulowania przekonaniami i poglądami nie za
pomocą argumentów, lecz odwołań do emocji i uproszczonego myślenia. Wydaje się,
że nadawcy w coraz większym stopniu opierają się na tych technikach perswazyjnych,
które przedkładają uprzedzenia i emocje nad merytoryczną dyskusję, żywe obrazy
nad wnikliwy dyskurs, bezsensowne skojarzenia nad dokładną analizę
przyczynowo-skutkową, propagandę demagogów nad perswazję Pejto.
Skutki tego stanu
rzeczy mogą być bardzo groźne dla demokracji. Gdy rosnąca liczba propagandystów
używa uproszczonej perswazji, rośnie presja posługiwania się jak najprostszymi technikami. Kiedy używa się
coraz prostszych technik, ludzie są gorzej poinformowani i wykształceni w sprawach
publicznych. W miarę jak społeczeństwo staje się coraz gorzej poinformowane,
propagandysta musi korzystać z coraz bardziej prymitywnych technik
perswazyjnych. W efekcie mamy do czynienia ze spiralą ignorancji – z cynicznym
społeczeństwem, bombardowanym coraz bardziej prymitywną propagandą, której
dokładna analiza nastręcza ludziom coraz więcej trudności. Tym samym
przekonanie Adolfa Hitlera, że masy są ograniczone, staje się samospełniającą
się przepowiednią.
Uważamy, że można
uniknąć tych dramatycznych konsekwencji. Właśnie dlatego napisaliśmy tę
książkę. Mamy nadzieję, że wiedza dotycząca procesu perswazyjnego pozwoli nam
wykryć najbardziej oczywiste formy demagogii i stawić im czoło. Co ważniejsze,
powinna nas zachęcić do namysłu nad konsekwencjami wyboru określonych technik
perswazyjnych. Wybór techniki perswazyjnej mówi nam wiele o charakterze
wybierającego i jego sposobie myślenia. Poddając mechanizmy perswazji wnikliwej
analizie, możemy promować techniki prowadzące do pełnej, otwartej dyskusji, a
zarazem krytykować groteskowe zachowania demagogów. Odpowiedzialność za
wychowanie dzieci Pejto spoczywa w dużej mierze właśnie na nas.
Przypisy
......... 309
...
O autorach .........
347
Anthony Pratkanis jest
profesorem psychologii na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz, na którym
prowadzi badania z zakresu psychologii społecznej, wpływu społecznego i
zapobiegania uprzedzeniom. Ten znakomity
nauczyciel rozpoczął karierę na wydziale
biznesu Uniwersytetu Carnegiego-Mellona, gdzie prowadził cieszące się wielkim
powodzeniem zajęcia na temat reklamy i zachowań konsumenckich. Doktor Pratkanis
użycza swojej wiedzy zarówno przedsięwzięciom prywatnym, jak i instytucjom
publicznym. Jego zeznania dotyczące perswazji podprogowej w czasie procesu CBS Records i grupy Judas Priest przyczyniły
się do wygrania sprawy przez pozwanych. Obecnie Anthony Pratkanis współpracuje
z grupami obywatelskimi i organizacjami ochrony porządku publicznego nad
strategiami zapobiegania oszustwom gospodarczym. Występował ponad dwieście razy w mediach...,
a raporty z jego badań zostały przetłumaczone na osiem języków. Często pisuje do czasopism naukowych i prasy
popularnej na temat perswazji i
wpływu.
Elliot Aronson jest profesorem psychologii na Uniwersytecie
Kalifornijskim w Santa Cruz oraz, gościnnie, na Uniwersytecie Stanforda. Uważa
się go powszechnie za jednego z najbardziej wszechstronnych i najwybitniejszych
psychologów społecznych na świecie. Jego badania na temat perswazji,
atrakcyjności społecznej, dysonansu poznawczego oraz zapobiegania uprzedzeniom
należą do najważniejszych i najbardziej nowatorskich w dziedzinie psychologii
społecznej. Jest laureatem nagrody za wybitne osiągnięcia naukowe przyznawane
przez Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne. W 1970 roku otrzymał nagrodę
Amerykańskiego Stowarzyszenia Rozwoju Nauki za oryginalne badania w dziedzinie
psychologii społecznej. Utalentowany nauczyciel, laureat wielu wyróżnień pedagogicznych, w tym nagród
Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, Amerykańskiej Rady na rzecz
Rozwoju i Wspierania Edukacji, Uniwersytetu Kalifornijskiego oraz Uniwersytetu
Teksańskiego. Jest jedyną osobą w
historii Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicznego, która zdobyła wszystkie
trzy przyznawane przez tę organizację
najważniejsze nagrody akademickie: za wybitne osiągnięcia dydaktyczne, za
twórczość naukową i za publikacje.
--------------------
Jako pewne, popularne uzupełnienie Wieku propagandy przytaczam kilka
fragmentów z Forum (Najciekawsze artykuły z
prasy światowej) nr 46 (15.11. – 21.11.2004)
Anonimus
Załgane prawdy
Politycy,
biznesmeni i media,
kłamią, bo muszą
Powiem
prawdę,
całą prawdę
i tylko prawdę
Politycy kłamią jak
najęci. Media łżą jak psy. Biznesmeni odwracają kota ogonem.
Przyszło nam żyć w czasach, w których tak naprawdę liczą się tylko kłamstwa.
Observateur
Na początek podgrzejemy nieco atmosferę.
Spróbujmy wytropić kilka
kłamstw, które pojawiły się w serwisach informacyjnych w ostatnich dniach.
Kiedy przy lekturze gazet naszła nas ochota, żeby uszczypnąć się i upewnić, czy to aby nie sen? Gdy George Bush ogłosił... Gdy
wyszło na jaw że Grecja
fałszowała dane...
Kiedy Nicolas Sarkozy poparł jakoby... Gdy amerykański kolarz...
Kiedy francuski wysłannik...
Szczyt
manipulacji
Nie trzeba więcej przykładów. W polityce, ekonomii, sporcie,
show-biznesie – kłamstwo
wszędzie aż bije w oczy.
Nic nowego pod słońcem –
westchną ludzie o filozoficznym usposobieniu. Bo niestety oszustwo jest obecne
w każdym miejscu i czasie, a jego apogeum przypadło po raz pierwszy na okres zimnej wojny, gdy w ZSRR produkcję kłamstwa rozwinięto na skalę przemysłową. Nie szkodzi. W tej dziedzinie, podobnie jak w
wielu innych, nasza epoka weszła w stadium postindustrialne. Kłamstwo – niegdyś demonizowane – stało się orężem jak każdy
inny w wojnie komunikacyjnej. Dziś jest ono wytwarzane
metodami naukowymi przez ludzi reklamy, doradców do spraw wizerunku, rzeczników
prasowych i adwokatów...
Weźmy taki biznes. Kierownictwo
Parmalatu przez lata ogłaszało wyssane z palca rachunki księgowe, oczyszczając w tym samym czasie konta
jednego z największych
europejskich przedsiębiorstw
agroprzemysłowych. Dokładnie to samo robili prezesi Enronu w
Stanach Zjednoczonych, a prezes Jean-Marc Messier tworzył złudną potęgę koncernu Vivendi Universal. Co się tyczy szefów Shella, największej w Europie kompanii naftowej, to
oszukiwali oni rynki, zawyżając stan posiadania surowca.
W polityce tradycyjna mowa-trawa ustąpiła pola coraz prymitywniejszym kłamstwom!
Czyż prezydent Jacques Chirac...
Więc dlaczego
zachował potem dziwne
milczenie... No i czy ze swej strony premier Jean-Pierre Raffarin...
Patologiczne łgarstwa
Ale oczywiście szczytowym osiągnięciem tego gatunku była wojna w Iraku. Jej
uzasadnienie to przejaw gigantycznej manipulacji ze strony administracji Busha
i jego armii spin doctorów. (...)
A co robiły amerykańskie media trzymane w garści przez wielkich gigantów... (...)
Skutkiem powszechnej
choroby kłamstwa jest zanik społecznego zaufania,
bez którego demokracja nie działa.
A przecież zarówno demokracja jak i
liberalny kapitalizm nie mogą funkcjonować bez zaufania, czyli bez prawdy. Kiedy kłamstwo wykracza poza sferę prywatną, w rękach ludzi władzy, mistrzów i gwiazd , staje się bronią masowego rażenia. Niszczy wiarę w rekordy, osiągnięcia, przyjaźń, obietnice, motywacje i
wyniki.
Paradoksem
tej epoki kłamstwa jest fakt, że nasze społeczeństwa jeszcze nigdy nie deklarowały tak daleko posuniętego przywiązania do przejrzystości i nigdy nie tonęły w takiej powodzi fałszu.
Wciskacze kitu
Już od momentu ujawnienia skandali
polityczno-finansowych z końca lat 80. było wiadomo, że kredyt zaufania do
polityków został mocno
naruszony... (...)
Rozdźwięk między biznesowym żargonem a
rzeczywistością osiąga absurdalną skalę. Fale masowych zwolnień, ułuda nowej ekonomii, krach bańki finansowej,
a od niedawna także obsesja przenoszenia miejsc pracy za granicę – to wszystko się z tym wiąże. A wielcy szefowie, wyposażeni
w swoje złote
spadochrony, są coraz częściej
postrzegani jako wciskacze kitu.
Wszystkie „ciała pośredniczące” uległy osłabieniu. Oczywiście system edukacji...
Ale także wymiar sprawiedliwości...
A nawet związki zawodowe... – Pojawiła się głęboka niezgodność między społeczeństwem i jego przedstawicielami. Stąd ogólny brak zaufania i poczucie, że fałsz rozlewa się na wszystko, gdy zauważymy jedno
kłamstwo – wyjaśnia socjolog Michel Maffesoli. Skutkiem tej podejrzliwości jest oczywiście absencja w
wyborach.
Jak zatem załatać starą umowę społeczną?
(...) „Od
jutra już nie będziemy kłamać” – obiecują podejrzliwym społeczeństwom. Ale problem w tym, że obietnica
zostaje natychmiast złamana.
Szczera gadka
Z konieczności, jak też z wyrachowania. Przypomnijmy. (...)
Czym się różni dyktatura od demokracji?
W dyktaturze mówią same kłamstwa,
a w demokracji tylko nieprawdę.
Kłamcy na naszą miarę
Nasz atak na kłamstwo opiera się w rzeczywistości na wielkiej hipokryzji. „Kłamiemy, abyśmy byli lubiani” – pisze Kant.
Ale lubimy także być okłamywani.
Wielkie zbiorowe oszustwa są dla nas użyteczne: przynoszą ulgę, gdy dręczą nas wyrzuty sumienia. (...)
Czyż nie wolimy kłamcy, który jest do nas podobny, jest człowiekiem na naszą miarę, niż bezkompromisowego moralisty? Jak
inaczej wytłumaczyć
polityczne sukcesy osób w przeszłości skompromitowanych? (...)
Obnażanie kłamstwa, z którym inteligencja nie może się pogodzić, jest dziełem rozumu. Tymczasem w większości przypadków, jeśli zgoła nie zawsze, emocje przeważają nad rozumem.
(...)
Salvain Courage ©
Le Nouvel Observateur, 7.10.2004
Chorzy na fałsz
Obsesja przejrzystości życia publicznego to największe zagrożenie naszych czasów.
Rozmowa z filozofem Alainem Etchegoyenem i socjologiem MichelemMaffesoli.
Observateur
Dlaczego obywatele czują się dziś tak bardzo okłamywani (przez rządy, firmy, media...)?
Alain Etchegoyen:
Demokracji zawsze zagraża kłamstwo; ten ustrój „choruje na kłamstwo”. (...)
Michel Maffesoli: Od dwóch dziesięcioleci widzimy bardzo duży rozziew między elitą (tymi, którzy mają prawo mówić) oraz ludem (czyli tymi, którzy takiego
prawa nie mają). To globalny kryzys przedstawicielstwa... (...)
(...)
-------------------
Dla odprężenia od spraw poważnych, dodaję także trochę tytułów o „kłamstewkach”
w sprawach towarzyskich (To same
Forum, str. 35-37.). Na cytowanie fragmentów – szkoda mi czasu. Chciałem tylko zauważyć, że „popyt stwarza podaż”, a jak
konkurencja w podaży jest duża, a konsumenci niezbyt wybredni, to czasami
stosuje się „chwyty” pod
ich gusty. To dotyczy także polityki i gospodarki. Rzeczowi-nudni przegrywają.
Barwni wygrywają, a publiczność się dziwi, że politycy i media kłamią lub ubarwiają.
Anonimus
Gwiazdy wyssane
z palca
Plotkarskie gazety
codziennie drukują sensacje i skandale o gwiazdach filmu i estrady.
Dziennikarze zaczęli już wymyślać niestworzone historie, by zaspokoić popyt ze strony wydawców i
czytelników. Gdyby istniała Nagroda Nobla za oszustwo prasowe, szwajcarski reporter Tom
Kummer dostałby ją jako pierwszy.
DER SPIEGEL
------------------------------
Kilka
miesięcy temu Tom
Kummer...
(...)
Podpalacz muru
(...)
Postać z
Dostojewskiego
(...)
Do łóżka z Sharon
Stone
Bajery
Toma Kummera nawet Sharon Stone zapędziłyby do jego łóżka...
a Russell Crowe nie odmówiłby mu drinka.
Byliśmy magikami
(...)
Sport, którego nie ma
(...)
W labiryncie kłamstw
(...)
Reporter Kummer wykołował wszystkich,
bo jak nikt umiał nadawać kłamstwom pozory prawdy.
(...)
A Osang © Der Spiegel, distr.by
NYT Synd, 27.09.2004
----------
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
| Wstęp | Literatura | Strona główna |