Joseph E. Stiglitz :
Nobel  2001
Szalone lata dziewięćdziesiąte
Dane oryginału:
J. E. Stiglitz, The Roaring Nineties. A New History of the Word’s Most Prosperous Decade, 2003
Przekład: Hanna Simbierowicz

Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2006
 

-----------------------------------------------------------------------------------

Cytuję: 
-  informacje z okładki książki ,
-  spis treści,
-  obszerne fragmenty z Przedmowy,
-  fragmenty z rozdziału 1.
-  obszerne fragmenty z Epilogu. 
Anonimus
( w 2009 r., z uwagi na kryzys, rozszerzyłem prezentację na całość książki)
-----------------------------------------------------------------------------------

Z okładki książki

Joseph E. Stiglitz – laureat Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2001 r.  za wkład w analizę rynków działających w warunkach asymetryczności informacji.  W latach  1993-1997 był szefem Rady doradców ekonomicznych  Prezydenta Stanów Zjednoczonych, W. Clintona, a w latach 1997-2000 – głównym ekonomistą Banku Światowego. Obecnie (od 1999 r.) jest profesorem Uniwersytetu Columbia.

Kolejna fascynująca książka noblisty i byłego szefa doradców ekonomicznych prezydenta Billa Clintona  znanego i cenionego na polskim rynku autora takich bestsellerów jak Globalizacja i Ekonomia sektora publicznego.
Tym razem J.E. Stiglitz analizuje gospodarkę amerykańską oraz politykę gospodarczą i międzynarodową prowadzoną przez Rząd Stanów Zjednoczonych w latach dziewięćdziesiątych XX wieku – okresie uznanym za jeden z najdłuższych cyklów koniunkturalnych. Wyjaśnia też rolę „nowej gospodarki”, zjawisko nakręcania koniunktury przez giełdę i „twórczej księgowości”. Omawiając gospodarkę amerykańską porusza jednocześnie najważniejsze problemy występujące w gospodarce światowej – bezrobocie, zadłużenie, niesprawiedliwość społeczną.     

Książka przeznaczona jest do szerokiego kręgu odbiorców.  Podobnie jak Globalizacja ma charakter publicystyczny. Autor umiejętnie łączy w niej publicystyczną przystępność z naukowym podejściem analitycznym. Może ona służyć jako lektura uzupełniająca studentom wszystkich szkół wyższych, studiującym na kierunkach ekonomicznych, socjologicznych i innych nauk społecznych, a także wszystkim zainteresowanym wpływem gospodarki światowej na nasze życie.

----------------------------------------------------------------------------------------------------
Spis treści

Przedmowa do wydania broszurowego   .........  7

Przedmowa   .........  39

Podziękowania   .........   39

Rozdział  1   Ożywienie i presja. Ziarna destrukcji   .........  47

Rozdział  2   Dzieło cudotwórców czy szczęśliwe błędy?    .........   66

Rozdział  3   Wszechpotężna Rezerwa Federalna i jej rola w nadmuchaniu bańki   .........   86

Rozdział  4   Amok deregulacji  .........   108

Rozdział  5   Kreatywna księgowość   .........   128

Rozdział  6   Rola banków  .........   146

Rozdział  7   Obniżki podatków. Podsycanie szaleństwa  .........   168

Rozdział  8   Ryzyko sposobem na życie  .........   175

Rozdział  9   Globalizacja. Początkowe „sukcesy”  .........   191

Rozdział  10   Enron  .........   218

Rozdział  11   Obalanie mitów  .........   237

Rozdział  12   Ku nowemu demokratycznemu idealizmowi. Wizja i wartości  .........   246

Epilog   Kolejne nauki z niewłaściwego kierowania gospodarką   .........   273
 
Przypisy ......... 285

----------------------------------------------------------------------------------------------------

Przedmowa do wydania broszurowego   .........   7

Od chwili, gdy skończyłem pisać tę książkę, wydarzyło się wiele rzeczy, które dostarczyłyby dalszych dowodów uzasadniających głębokość niepokojów, jakie w niej wyraziłem. W owym czasie niektórzy sądzili, czy też mieli nadzieję, że Stany Zjednoczone skandale mają już za sobą. Uchwalono Ustawę Sarbanesa-Oxleya, która miała rozwiązać dotychczasowe problemy. Między innymi nakładała ona na dyrektorów bezpośrednią odpowiedzialność za rachunkowość spółek i ograniczała pole konfliktu interesów z firmami księgowymi. W owym czasie Amerykanie nie uporali się jeszcze z pozostałościami pęknięcia bańki: gospodarka nadal odczuwała spadek koniunktury, była pogrążona w jakimś ekonomicznym marazmie, funkcjonując na poziomie znacznie niższym od swych możliwości, w najlepszym razie tworząc zaledwie minimalną liczbę miejsc pracy. Wreszcie, w owym czasie zostały już wprawdzie rozpoznane problemy wynikające ze sposobu przebiegu globalizacji – Ameryka i Unia Europejska posunęły się aż do zobowiązania się do zorganizowania rundy negocjacji handlowych (nazwanej potem Rundą Rozwoju), której deklarowanym celem było zapewnienie korzyści krajom mniej rozwiniętym i udzielenie im pomocy w przedsięwzięciach rozwojowych, lecz nie było pewności co do postępów w tych negocjacjach. W jedynym obszarze, wydawałoby się, jednoznacznej poprawy – kiełkującego ożywienia w gospodarce amerykańskiej – spuścizna dawnych błędów w dalszym ciągu się utrzymywała, nasuwając wątpliwości co do siły przyszłego wzrostu gospodarczego i jego trwałości w długim okresie.  

Skandale w spółkach

W odniesieniu do skandali wybuchających w spółkach obrońcy kapitalizmu w wydaniu amerykańskim często zajmowali takie stanowisko, że to po prostu, jak zawsze, prasa – w połączeniu z głupawymi inwestorami, którzy stracili pieniądze na giełdzie i szukali winnych – wyolbrzymiła historię paru firm, które poszły w złą stronę. Niebezpieczeństwo tej sytuacji, wielokrotnie podkreślane przez naczelnych dyrektorów firm polegało na przesadnym reagowaniu, prowadzącym do zbyt daleko idących regulacji.
   
Ujawnianie się nowych skandali

Kiedy jeszcze trwały śledztwa w sprawie starych skandali, takich jak w World-Comie i Enronie, a Wall Street nadal przestrzegała przed niebezpieczeństwami zbyt silnej na nie reakcji, wybuchły nowe skandale. Jeden z najgorszych dotyczył otwartych funduszy inwestycyjnych. Większość Amerykanów dużą część swoich akcji trzyma nie na samodzielnych rachunkach, lecz korzysta z pośrednictwa funduszy inwestycyjnych. (...)  Otwarte fundusze inwestycyjne pozwalają na niezbędną dywersyfikację po rozsądnych kosztach – pod warunkiem, że działają uczciwie, że nie ukrywają pobieranych opłat. 
     W latach dziewięćdziesiątych XX wieku nauczyły się one jednak, jak oszukiwać inwestorów. Dokonywały mianowicie prostego przekrętu, nazywanego wykorzystywaniem różnicy czasu rynkowego. Łatwo zarobić pieniądze, kupując o czwartej po południu akcję, której cena od godziny trzeciej wzrosła, jeżeli można ją kupić po cenie z godziny trzeciej. Określenie „wykorzystywanie różnicy czasu rynkowego” brzmi tak, jakby się kupowało tę akcję po prostu we właściwym momencie. Jednak teoria ekonomii dowiodła, że jest praktycznie niemożliwe systematyczne zarabianie pieniędzy na wygrywaniu z rynkiem. Wskutek tego oszustwa funduszy inwestycyjnych zyski osiągane przez jednych szły na koszt innych – innych właścicieli otwartych funduszy inwestycyjnych.
     Środowisko finansowe od dawna czuło wstręt do regulacji wprowadzanych przez państwo. Zaufajcie nam, mówili. Pozwólcie nam regulować się samym. Nie oszukamy inwestorów. Damy im wymagane informacje. Niestety, samoregulacja okazała się w takim samym stopniu blagą, jak inne elementy rzekomej uczciwości Wall Street. Jako społeczność ludzie ci zdawali sobie sprawę z wagi zaufania publicznego. Świat finansów wiedział, że jeśli zwykli ludzie poczują, iż rynek akcji jest oszukańczą grą, to będą bardziej powściągliwi w powierzaniu mu swoich pieniędzy, a wraz z tym znikną jego zyski i wzrost gospodarki amerykańskiej. Ale finansiści chcieli
pozorów, a nie rzeczywistości uczciwego rynku, więc z ich punktu widzenia istniało ryzyko, że władze regulacyjne mogą się posunąć za daleko.
     W szczytowym momencie otwarte fundusze inwestycyjne kontrolowały miliardy aktywów. Oczywiście nie powinno dziwić, że mogły istnieć obawy o „złe zachowanie”, gdy tyle pieniędzy  walało się wokół.  Pokusy były olbrzymie. Od firm maklerskich, otwartych funduszy inwestycyjnych i banków inwestycyjnych oczekuje się, że będą maksymalizowały zysk i działały tak jak powiernicy, w najlepiej pojętym interesie tych, którzy im zawierzyli swoje pieniądze. Jednakże złożoność finansów i fakt, że tak wiele spraw jest niejawnych, stwarzają aż nadto możliwości oszukiwania.  Podobnie jak w bankach inwestycyjnych i firmach księgowych mnożyły się konflikty interesów, występowały one również w samym rdzeniu systemu samoregulacji, opierającego się na New York Stock  Exchange. (Giełda ta jest nie tylko forum handlowym, lecz także częścią systemu samoregulacji rynku. Powinna gwarantować, by spółki i gracze przestrzegali pewnych przepisów zapewniających uczciwość i efektywność rynku, a w szczególności to, by kupujący i sprzedający otrzymywali ceny najlepsze z możliwych).      
     Przytoczę tylko jeden z takich konfliktów interesów: firmy giełdowe, które podlegały regulacji – i odnosiły korzyści z wykorzystywania swojej uprzywilejowanej pozycji – ustalały pensje tych, którzy przeprowadzali regulację.  Gdy ci, którzy mają być poddani regulacji, przyznają sowite pakiety płacowe regulującym, to czy można mieć zaufanie, że ci drudzy będą skwapliwie wykonywać swoje zadania? „Regulujący się sam” miał wszelkie powody, żeby im dogodzić.  Takie dogadzanie oznaczało nierobienie czegoś w sprawie niektórych immanentnych problemów generujących zyski dla kilku specjalistycznych firm (firm, które
kreują rynek i które, mimo że powinny zapewniać swoim klientom najlepszą możliwą cenę, mogą wykorzystywać tę swoją pozycję kreatorów rynku do wzbogacania się kosztem akcjonariuszy). Fakt, że szef New York Stock Exchange, Richard Grasso, niewiele zrobił w sprawie zajęcia się tym „specjalistycznym problemem”, potwierdza te obawy.     
     Niezależnie od tego, że Grasso nie wykonywał pracy „samoregulatora”, bezmiar jego pazerności  wywołał skandal na New York Stock Exchange; wybuchł on wkrótce po opublikowaniu tej książki. Mimo że jego pakiet płacowy przekraczał 150 milionów dolarów, a całkowite roczne wynagrodzenie było niemal równe dochodowi netto Ne York Stock Exchange w 2001 roku, Grasso nie chciał być gorszy od niektórych dyrektorów spółek notowanych na „jego” giełdzie. Zażądał pięciomilionowej premii za szybkie uruchomienie giełdy po 11 września – a to była przecież jego praca – co było szczególnie niesmaczne, gdy się zważy  zachowanie tych wszystkich strażaków i policjantów, którzy poświęcili życie, wykonując swoją pracę. New York Stock Exchange od dawna jest symbolem amerykańskiego kapitalizmu. Grasso i jego chciwość oraz wady systemu samoregulacji ujawnione w wyniku skandalu stały się symbolem tego, co się przydarzyło amerykańskiemu kapitalizmowi w latach dziewięćdziesiątych XX stulecia. 
     Skandal ukazał jeszcze więcej problemów. Po pierwsze. Kiedy „Wall Street Journal” napisał o wynagrodzeniu Grassa, nie zwróciło to większej uwagi ani nie wywołało komentarzy.   Dla amerykańskiego środowiska biznesowego był to po prostu zwykły biznes. Dopiero gdy ileś miesięcy później londyński „Financial Times” umieścił tę historię na pierwszej stronie, uwaga opinii publicznej skupiła się na zarobkach Grassa. Czy amerykańska prasa biznesowa także zaakceptowała takie same liberalne normy etyczne, jakimi kierowały się amerykańskie firmy finansowe i korporacje? Prasa jest, lub powinna być, częścią struktury nadzoru, jednym z kontrolerów sprawiających, że nasz system funkcjonuje.
     Po drugie, równie żenująca była pierwsza reakcja Grassa i zarządu New York Sock Exchange, który przyznał mu wynagrodzenie. Nie widzieli tu oni żadnego konfliktu interesów. Nie dostrzegali niczego, czego powinni się wstydzić. Dla nich to też był tylko zwykły biznes.             
     Oczywiście sprzeniewierzenie i zwykle oszustwo podlegają ocenom moralnym, ale oceny moralne
powinny obejmować coś jeszcze. Jednak ewidentnie nie obejmowały. Członkowie społeczności finansowej oczywiście rozumieli, że gdy angażują się w praktyki opisane w tej książce – na przykład gdy emitują nowe akcje (pierwotną ofertę publiczną) po cenach niższych od rynkowych – w efekcie kradną pieniądze akcjonariuszom spółki. Z pewnością musieli wiedzieć, że było rzeczą niewłaściwą zachęcać naiwnych inwestorów do wkładania pieniędzy w spółki, które uważali za szmelc. Ale ochoczo – i z zyskiem – zawieszano moralność, przynajmniej jeśli chodzi o wykorzystywanie nieświadomych klientów, caveat emptor!        

Ujawnianie karygodnych czynów

Postępowania upadłościowe najlepiej pozwalają się przyjrzeć wykroczeniom – dostarczają takiego wglądu w świat korporacji, jakiego inaczej byśmy nie mieli. To dopiero dzięki zagłębieniu się w akta dotyczące Enronu w końcu pojęliśmy, co było złego w kalifornijskim kryzysie energetycznym – to, że Enron wraz z innymi handlującymi elektrycznością manipulowali rynkiem.  Bankructwo WorldComu ukazało więcej takich gorszących zachowań: bankierzy WorldComu wmuszali inwestorom wypuszczane przez niego obligacje, w czasie gdy sami ponaglali własne departamenty do spraw pożyczek, żeby zmniejszyły związane z nimi ryzyko. Pieniądze ze sprzedaży obligacji mogły być użyte przez WorldCom do spłacenia banków: banki po prostu przenosiły ryzyko bankructwa z siebie na nieostrożnych posiadaczy obligacji. Jest to kolejny przykład wygrywania konfliktów interesów, przed czym krytycy łączenia banków inwestycyjnych i handlowych, tacy jak ja, przestrzegali, ale zostali zignorowani przez lobbystów z Wall Street i życzliwych wobec nich urzędników z Ministerstwa Skarbu Stanów Zjednoczonych.  
     Same procesy były skarbnicą dalszych przykładów tego, co było złe. Obraz wyrafinowanych instytucji finansowych eksploatujących nieszczęsnych inwestorów, ujawniony w skandalach związanych z analitykami – prywatnie analitycy mieszali z błotem akcje, które zachwalali klientom jako gwarantowaną wygraną – wzmocniły kolejne dowody, między innymi z procesu Franka Quattrone, superanalityka z Credit Suisse First Boston. Ten proces skończył się wyrokiem, ale niektórzy z najważniejszych graczy – mający powiązania z administracją Busha – nie stanęli przed sądem; dopiero trzeba będzie postawić im zarzuty. W niektórych przypadkach banki inwestycyjne poszły na ugodę pozasądową, nie chcąc, by wszystkie informacje ujrzały światło dzienne. Wprawdzie zapłacone przez nie grzywny, idące w setki milionów dolarów, mogą się większości Amerykanów wydawać wysokie, jednak były one niewielkie w porównaniu z ogromnymi zyskami, jakie banki te osiągnęły w szczytowym okresie nadużyć w latach dziewięćdziesiątych.
     W czasie, gdy oddaję tę książkę do druku, gazety przynoszą codziennie lawinę artykułów o przestępstwach spółek – o procesach, skorygowanych wynikach księgowych, grzywnach. „Financial Times”1 (przypuszczalnie nadal bardziej wytrwały w przedstawianiu karygodnych czynów spółek niż gazety amerykańskie) jednego dnia zawierał następujące artykuły i doniesienia:

    „Kirk Seldon, były wiceprezes Cendantu, stawił się wczoraj przed sądem... (...)
   „Citigroup zawiera ugodę w sprawie WorlComu. (...)
   „3,3 miliarda dolarów zarezerwowane [przez Citigroup] na skandale związane z Enronem i inne”.
   „Rezerwa Federalna nałożyła na UBS karę w wysokości 100 milionów dolarów za łamanie dolarowego embarga... (...)
   „Fannie [Mae, duża amerykańska firma udzielająca kredytów hipotecznych] wygrywa sprawę dotyczącą zapisów księgowych... (...)
   „Sprawa sądowa przeciwko
<<Grupie Blacka>> [grupie dyrektorów wykonawczych spółki Hollinger, dużego międzynarodowego wydawcy prasy, głównie w Kanadzie i Wielkiej Brytanii]... (...)
   „Euro-Asia Agricultural (Holdings...  (...)

     Jak pokazują dwa ostatnie punkty, nadużycia opisywane w artykułach były popełniane, oczywiście, nie tylko przez firmy amerykańskie.  
     Skoro niemal każdy większy bank inwestycyjny, każda większa firma księgowa (i niektóre mniejsze) oraz duża część przedsiębiorstw były wplątane w skandale, nic dziwnego, że zachwiało się zaufanie do tych instytucji.  Ale równie niepożądana jest ujawniona sprawa zawodności mechanizmów regulacyjnych – nie tylko systemów kontroli w firmach (nazywanych nadzorem właścicielskim), nie tylko systemu samoregulacji, lecz także systemu nadzoru sprawowanego przez instytucje państwowe. Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy, odpowiedzialna za to, by ludzie mieli zaufanie do rynków kapitałowych i by nie wykorzystywano drobnych inwestorów, wiedziała w latach dziewięćdziesiątych, co się dzieje. Pod przewodnictwem Arthura Levitta starała się coś zrobić w tej sprawie, ale była często zmuszana do odwrotu przez odnoszących korzyści z systemu. W ostatnich kilku latach, chociaż stawało się coraz bardziej jasne, iż zasięg problemu jest znacznie większy niż początkowo myślano, zapał do krytyki wyraźnie osłabł. Środowisko biznesowe i finansowe pomogło George’owi W. Bushowi w reelekcji i oczekiwało, że przynajmniej ta inwestycja mu się zwróci. Jak dotąd, się nie zawiodło. W sytuacji uwikłania wysoko postawionych osób w administracji w coś, co jest szeroko postrzegane jako uchybienia natury etycznej pociągające za sobą konflikty interesów na linii spółki-państwo, trudno się spodziewać, by Waszyngton był skutecznym strażnikiem właściwego postępowania spółek.      
     W efekcie ciężar odsłaniania skandali i nakładania grzywien spada na odpowiedzialnych za egzekwowanie prawa w poszczególnych stanach.         

Skandale w kraju i za granicą

Kiedy problemy opisane w tej książce wypłynęły na powierzchnię, wiele osób za granicą uznało, że  miało słuszność, żywiąc podejrzenia do kapitalizmu w amerykańskim stylu. Liczni dyrektorzy spółek w Europie i Azji, jakkolwiek mogli zazdrościć amerykańskim kolegom pokaźnych pakietów płacowych, to jednak uważali, że było coś niewłaściwego w ich wysokich pensjach. Amerykańscy dyrektorzy nie wydawali się o wiele lepsi, jeśli w ogóle byli lepsi, od dyrektorów gdziekolwiek indziej, ale Ameryka odnosiła sukcesy i być może to dyrektorzy je wykuwali, więc niewykluczone, że wysokie płace były uzasadnione. Wątpliwości jednak wzrosły, gdy czeki z poborami były coraz większe, mimo że gospodarka pogrążała się w recesji, a ceny akcji gwałtownie spadały. Zmieniła się wersja: teraz dyrektorzy mieli być nagradzani nie za doprowadzenie do wzrostu, lecz za zapobieganie spadkowi. A jeśli mu całkowicie nie zapobiegali, to przynajmniej ograniczali jego głębokość, w każdym razie tak twierdzono.
     W ostatnim roku, kiedy dowiedzieliśmy się, że skandale – korupcja – w amerykańskim systemie wolnorynkowym były bardziej rozpowszechnione niż wcześniej sądzono, w kilku krajach europejskich też doszło do skandali, między innymi z firmami Parmalat we Włoszech, Vivendi we Francji i Ahold w Holandii. Chociaż każdy z nich był odmienny, to jednak  miały pewną cechę wspólną, mianowicie wypracowywanie nowych technik księgowych i finansowych pozostawiało w tyle wszelkie postępy w wykrywaniu powstałych problemów. 
     Jedenasty września ukazał jeszcze jedną z ciemniejszych stron globalizacji  - terroryści mogli teraz łatwiej przekraczać granice, tak jak dobra i usługi. Od czasu ukazania się [pierwszego wydania] tej książki rozwój wydarzeń pokazał jeszcze inny jej wymiar: postawy i „innowacje”, które legły u podstaw skandali w spółkach w Ameryce i stanowiły odbicie upadku norm moralnych, rozprzestrzeniły się wszędzie, choć na mniejszą skalę. Zagraniczni dyrektorzy nie widzieli powodu, dla którego nie mieliby być tak sowicie wynagradzani jak ich amerykańscy partnerzy. Nawet zapożyczyli od nich retorykę – płaci się za wyniki wraz z oszustwem: byli opłacani, gdy rynek akcji zwyżkował i ceny akcji ich własnej spółki rosły, mimo że niejednokrotnie źle nią zarządzali, i byli opłacani, gdy rynek akcji zniżkował.
     Poza tym wiele krajów europejskich nawet nie wymagało od spółek akcyjnych, by podawały informacje o zarobkach menedżerów najwyższego szczebla, więc niewiele z nich to robiło. Kiedy informacje te zostały ujawnione, powstało chyba jeszcze większe oburzenie niż w Ameryce, zwłaszcza tam, gdzie wyglądało na to, że szefom dobrze się powodzi, natomiast zarządzane przez nich spółki mają słabe wyniki. Tak jak w Ameryce, emerytury („odłożona rekompensata”) stanowiły metodę przyznawania po cichu wysokich nagród dla dyrektorów bez informowania akcjonariuszy. W słynnym przypadku Percy’ego Barnevika, prezesa ABB, dużego szwajcarsko-szwedzkiego holdingu przemysłowego zatrudniającego ponad 160 000  pracowników, nawet rada nadzorcza twierdziła, że nie była właściwie informowana o wysokości odprawy emerytalnej, która wyniosła 148 milionów franków szwajcarskich (118 milionów dolarów), oprócz premii związanych z wynikami. Później rada wymusiła zwrot 90 milionów franków szwajcarskich (72 milionów dolarów).         
     Jednakże w Europie stosunkowo mało osób robiło użytek z nowych trików będących rezultatem amerykańskiej pomysłowości – takich jak opcje zakupu akcji  czy ciche wielomilionowe odprawy emerytalne. – do osobistego bogacenia się. Inni byli bardziej sceptyczni i toczono debatę na temat natury nadzoru właścicielskiego. W Ameryce popularny był pogląd, że spółki powinny pilnować jedynie interesów własnych akcjonariuszy, w Europie zaś przynajmniej dyskutowano o tym, w jakiej mierze powinno się brać pod uwagę interesy pracowników i społeczeństwa.                                                                                                                                                           
     Chcę być dobrze zrozumiany: nie twierdziłem, że w tej szczególnej sytuacji historycznej amerykańscy dyrektorzy byli szczególnie nikczemni lub że, przeciętnie biorąc, dyrektorzy europejscy byli bardziej cnotliwi. Utrzymywałem, że amerykańscy dyrektorzy byli wystawieni na pokusy, którym nie potrafili się oprzeć – innowacje finansowe dostarczyły im nowych sposobów oszukiwania akcjonariuszy i zapewniły motywację do takiego postępowania. Poza tym problemy występujące w spółkach akcyjnych rozprzestrzeniły się na audytorów i banki, przybierając w tym procesie na sile. Istniała silna motywacja do zmiany norm i zmiany takiej dokonano. Czymś do
przyjęcia, a nawet koniecznym stało się wypłacanie członkom zarządów kwot, które wcześniej bądź gdzie indziej wydawałyby się horrendalne.
     Niektóre z tych pokus występowały też w Europie i gdzie indziej. W Europie były ograniczane przez ostrzejsze normy oraz system księgowania, w którym kładziono nacisk nie tyle na przestrzeganie szczegółowych reguł, ile na dostarczanie prawidłowego ogólnego obrazu kondycji firmy. Nie mam jednak wątpliwości, że gdyby boom gospodarczy trwał dłużej, ich presja byłaby tak samo nie do wytrzymania w innych krajach, jak była w Stanach Zjednoczonych. W dzisiejszych czasach rynek dyrektorów jest rynkiem globalnym, w związku z czym amerykańskie normy dotyczące „fair play” i „sprostania konkurencji” (pierwszorzędna spółka musi mieć pierwszorzędnego dyrektora naczelnego, co oznacza, że trzeba mu płacić bardzo wysoką pensję!) wzięłyby górę. Na szczęście dla Europy problemy Ameryki wyszły na jaw, zanim powstały trwałe szkody. Dziś wielu ludzi w Europie ciężko pracuje nad wprowadzeniem ściślejszego nadzoru właścicielskiego i ostrzejszych standardów w rachunkowości, ale tak samo jak w Ameryce istnieje przed tym opór. I tak samo jak w Ameryce liczne osoby sprzeciwiają się wprowadzeniu przepisów o ujawnianiu informacji na temat opcji zakupu akcji, w obawie, by dokładniejsze informacje nie wpłynęły (tak jak powinny) na obniżkę wartości akcji. Wprawdzie pod wieloma względami Europa ma przewagę nad Ameryką, ale pod innymi jest słabsza. To nie Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC), lecz główny sędzia stanu Nowy Jork Eliot Spitzer zdemaskował i ścigał sądownie najbardziej skandaliczne przypadki wykroczeń. Amerykański system prawny – w tym zasady prawa zwyczajowego, które chronią akcjonariuszy mniejszościowych, i nakładanie się jurysdykcji, pozwalające na podejmowanie działań zarówno na szczeblu federalnym przez SEC, jak i na poziomie stanowym przez głównych sędziów – zapewne umożliwia lepsze egzekwowanie istniejących regulacji prawnych.            

W jakim punkcie reform się znajdujemy?

Jakkolwiek problemy, o których pisałem, najwyraźniej nie zostały wyeliminowane, to pozostaje naturalne pytanie: czy przynajmniej uczyniliśmy postęp w walce z nimi?  Czy
Ustawa Sarbanesa-Oxleya „rozwiązała” choćby te problemy, które wtedy były oczywiste? Wydaje się, że ustawa to wszystko zmieniła. Weźmy pod uwagę na przykład problem konfliktów interesu grożących firmom księgowym – zarabiały one większość pieniędzy na konsultacjach, a nie na księgowaniu, toteż miały wszelkie powody, żeby dogadzać dyrektorom. Obecnie księgowość podlega komitetowi kontroli rady nadzorczej spółki, a nie dyrektorowi wykonawczemu, i firmy księgowe zdają sobie sprawę, że są na usługach akcjonariuszy, swoich prawdziwych pracodawców, a nie kierownictwa. Poza tym ograniczenia świadczenia usług nieaudytorskich pozwoliły im skoncentrować się na audycie. (Duże sprawy sądowe wielu firm księgowych też im w tym pomogły: mają silną motywację do unikania błędów popełnianych w przeszłości). 
     Nie wszystko jednak zostało rozwiązane.
Ustawa Sarbanesa-Oxleya nie zajmowała się problemem, który uważam za jeden z najważniejszych, mianowicie systemem bodźców stwarzanych przez opcje zakupu akcji. Nie mogła się też naturalnie zajmować skandalem z funduszami inwestycyjnymi czy problemami systemu samoregulacji New York Stock Exchange – gdyż skandale miały się dopiero wydarzyć – a wyznawcy wolnego rynku, na którym nie ma regulacji, lubią się zajmować problemami po fakcie, kiedy nie można ich już dłużej ignorować.
     Dobrą
wiadomością jest to, że sprawa nadzoru właścicielskiego, odpowiedzialności dyrektorów wykonawczych przed tymi, którym z założenia mają służyć, na trwale zagościła na porządku dnia. Niektóre aktywne fundusze emerytalne, takie jak CalPERS  (kalifornijski stanowy fundusz emerytalny), coraz częściej domagały się większej odpowiedzialności i poprawy nadzoru właścicielskiego w firmach, w które inwestowały. Kilka dużych firm zaczęło „wliczać w koszty” opcje zakupu akcji. Spółka Google zdecydowała się sprzedawać swoje akcje z oferty pierwotnej bezpośrednio inwestorom, z pominięciem banków inwestycyjnych. Czas pokaże, jak będą przebiegały te reformy i czy będą trwałe.  

Zarządzanie na poziomie makro

Chociaż skandale  nie są całkiem sprawą przeszłości, w chwili oddawania tego wydania książki do druku recesja, która zaczęła się na początku 2001 roku, raczej ma się ku końcowi – gospodarka wykazuje symptomy dochodzenia do zdrowia. Trwa oczywiście dyskusja o stopniu tego wyzdrowienia. Niektórzy niepokoją się spuścizną deficytu handlowego i fiskalnego, rosnącym zadłużeniem Ameryki za granicą. Olbrzymie cięcia podatkowe w latach 2001 i 2003 przekraczały wielkości, na które kraj mógł sobie pozwolić. Nadwyżka budżetowa w wysokości 2% PKB w 2000 roku przekształciła się rychło w deficyt rzędu 5% PKB – był to ogromny zwrot w bardzo krótkim czasie. Amerykanie oszczędzali za mało, żeby móc sfinansować ten deficyt, w efekcie trzeba się było zwrócić po pieniądze do reszty świata. Kraj żyje znacznie ponad stan, pożyczając przeszło półtora miliarda dolarów dziennie.
     Jeśli wyzdrowienie okaże się trwałe, obrońcy cięć podatkowych George’a W. Busha powiedzą: „No, widzicie? Obniżki podatków są skuteczne”. Ale to nie jest miara sukcesu, bo każda recesja kiedyś się kończy. Miarą sukcesu jest to, czy spadek koniunktury był tak krótki, jak to tylko możliwe, i czy stworzył podstawy trwałego wzrostu. Prawie nie budzi wątpliwości, że alternatywne rozwiązania – na przykład obniżki podatków obejmujące osoby o niższych i średnich dochodach – sprawiłyby, iż spadek aktywności gospodarczej byłby krótszy i płytszy. W istocie całkowite skutki cięć podatkowych Busha będą odczuwane dopiero po latach. Kraj jest uboższy z powodu ogromnego deficytu, któremu dały one początek i który wyeliminuje przyszłe inwestycje w edukację i technikę. Już dziś nie dotrzymują one kroku wzrostowi gospodarczemu i istnieje niebezpieczeństwo, że zmniejszą się też w ujęciu bezwzględnym. A to są właśnie tego rodzaju inwestycje, które stanowiły podstawę ożywienia gospodarczego w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i od których będzie zależał przyszły wzrost gospodarczy w Ameryce.
      Ponieważ obniżki podatków w niewielkim stopniu stymulowały gospodarkę, bardziej polegano na niskich stopach procentowych. Te zadziałały ale nie dlatego, że pobudziły inwestycje. Niby dlaczego przy takiej nadwyżce potencjału w telekomunikacji i sektorze najbardziej rozwiniętych technologii firmy miałyby kupować więcej dóbr kapitałowych tylko z powodu niskich stóp procentowych? To raczej gospodarstwa domowe refinansowały swoje pożyczki hipoteczne, brały więcej kredytów, pozwalających im na konsumpcję na wcześniejszym poziomie. Wysokie ceny nieruchomości też napędzały gospodarkę, a zapewne przyczyniły się do bańki na tym rynku. Gospodarstwa domowe zaciągały większe długi; ponieważ stopy procentowe były niskie, więc mogły sobie na to pozwolić, lecz gdy gospodarka się wzmocni i stopy nieuchronnie wzrosną, będzie im trudno obsłużyć te długi. Sytuacja ta pogorszy się w następnych latach, gdyż duży deficyt budżetowy oznacza, iż stopy procentowe będą wyższe...(...) Wiele gospodarstw domowych zbankrutuje, inne będą zmuszone trzymać na wodzy swoją konsumpcję. Istnieje poważne ryzyko, że bańka na rynku nieruchomości pęknie... (...) Taki scenariusz może się rozegrać bądź nie. Jest jednak jasne, że strategia Busha-Greenspana – wiążąca się z większym poleganiem na niskich stopach procentowych i refinansowaniu pożyczek hipotecznych w celu podtrzymania gospodarki w latach 2001-2004 oraz z obniżkami podatków dla bogatych, które dostarczyły gospodarce mniejszego bodźca, niż uczyniłyby to ulgi podatkowe na inwestycje czy obniżki podatków dla ubogich – była ryzykowna i wystawiła przyszłość gospodarki amerykańskiej na niebezpieczeństwo.   

Ponowna ocena Busha, Clintona i Greenspana

Niektórzy krytycy administracji Billa Clintona wyrywali z kontekstu to, co powiedziałem w tej książce. Byłem surowym krytykiem, ale mam nadzieję, że sprawiedliwym. W gospodarce występowały tendencje zniżkowe, zanim George W. Bush objął prezydenturę; niektóre ziarna destrukcji, jak podkreślałem w książce, były już zasiane. Oczywiście doszłoby do boomu niezależnie od tego, co zrobiłaby administracja Clintona, a ten boom ze swej strony  zapoczątkował spadek koniunktury gospodarczej, powtarzając cykl wzlotów i upadków, jaki cechował kapitalizm w ciągu dwustu lat. Mogliśmy być niemądrzy, czy co najmniej zbyt optymistyczni, mając nadzieję, że nowa gospodarka przyniesie kres cykli koniunkturalnych, ale naszej administracji nie można winić za nieodłączną niestabilność gospodarki rynkowej.
     Administrację Billa Clintona i Rezerwę Federalną można obwiniać o niezrobienie tego, co należało, żeby stłumić cykl ekspansji i recesji – a nawet o jego wyolbrzymianie – ale George’a W. Busha należy jeszcze bardziej winić za niezrobienie tego, co mógł, żeby zająć się recesją, kiedy już wystąpiła. Prezydent Bush twierdził, że bez jego obniżek podatków problemy gospodarcze byłyby jeszcze gorsze. To prawda, że obniżki podatków – zwłaszcza obejmujące Amerykanów o niskich i średnich dochodach, których to obniżek domagali się demokraci w Kongresie oprócz obniżek proponowanych przez prezydenta, a dotyczących Amerykanów o wyższych dochodach – trochę pomogły. Tak samo zwiększone wydatki wojskowe. A także niektóre inne ograniczone specjalne bodźce dla inwestycji, mające dodać skrzydeł gospodarce tuż przed wyborami, a potem się wypalić. Jak jednak uzasadniam w
Epilogu, administracja Busha mogła i powinna zrobić o wiele więcej. To, co wtedy powiedziałem, jest nadal prawdą, mimo że w gospodarce amerykańskiej trwa ożywienie.       
     Jeżeli byłem odrobinę za ostry w stosunku do Billa Clintona, to byłem – tak sądzę – o wiele za łagodny w stosunku do Alana Greenspana. Bo po dostrzeżeniu bańki i rzeczywistego ryzyka, jakie stwarza, po stwierdzeniu, że ma narzędzia, za pomocą których można ją przynajmniej zmniejszyć, nie zrobił nic poza przyłączeniem się do analityków i innych ludzi z Wall Street, nadymających tę bańkę. A potem, kiedy powinien pomóc wyraźnie niedoświadczonej administracji przygotować politykę gospodarczą, która by szybko wydobyła gospodarkę z recesji, zaaprobował obniżkę podatków, która w oczywisty sposób nie była zaprojektowana tak, by mogła stymulować gospodarkę, i tego nie uczyniła. Jako ekonomista wiedział z pewnością, że była ona skazana na niepowodzenie. Jego stanowisko było tym bardziej dziwne, gdy się zważy jego stałą troskę o deficyt. Tymczasem przewidywalną konsekwencją zalecanych przez niego rozwiązań był powrót wysokich deficytów, do których wyeliminowania tak stanowczo nakłaniał Billa Clintona mniej niż dekadę wcześniej. Upływ jednego roku tylko lepiej unaocznił wielkość błędów w ocenach popełnionych przez Greenspana.
     Co gorsze, kiedy w końcu usiłował coś zrobić z narastającym deficytem, nalegał nie na uchylenie obniżek podatków dla bogatych, lecz na dalsze cięcia w wydatkach, które w sytuacji wojny w Iraku i walki z terroryzmem nieuchronnie oznaczałyby ograniczenie inwestycji w badania i edukację, stanowiących podstawę trwałego wzrostu.
     Podobnie, mimo że w ramach początkowego wsparcia dla pierwszej obniżki podatków, w 2001 roku, stworzył gwarancje dla tych, którzy się obawiali, że mogą być zagrożone pieniądze mające postawić Medicare i Ubezpieczenia Społeczne na solidnej podstawie, to teraz, kiedy sytuacja budżetowa się pogorszyła – jak było do przewidzenia – ponownie zmienił kurs.  Są tylko dwa sposoby poradzenia sobie z niedoborami w budżecie: podniesienie podatków i obcięcie wydatków. Tak jak inwestycje w edukację i technikę, będą również zagrożone powyższe programy społeczne. (Przy wzroście wydatków militarnych i ograniczonych rozmiarach wszystkich innych programów razem wziętych nie ma innej możliwości). Przez opowiedzenie się przeciwko wycofaniu obniżek podatków naraził Ubezpieczenia Społeczne i Medicare na niebezpieczeństwo.  
     Oczywiście, prezes Rezerwy Federalnej ma prawo do osobistej opinii, niezależnie od tego, czy jest wsparta przez teorię ekonomiczną bądź dowody. Jednak wyrażane przez niego poglądy wskazują, że wykorzystywał on, i nadal wykorzystuje, swoją władzę oraz niezależność Rezerwy Federalnej do przeprowadzania polityki partyjnej i rozwiązań, które odzwierciedlają szczególny zbiór wartości. To nie są jedynie poglądy doświadczonego technokraty.                      

Batalia o deficyt budżetowy

Miniony rok ugruntował odwrócenie długoletnich stanowisk obu partii wobec deficytu budżetowego – zamęt zwiększający prawdopodobieństwo, że ucierpi na tym gospodarka. Republikanie, dawni orędownicy odpowiedzialności fiskalnej, posuwający się aż do próby uchwalenia poprawki do konstytucji, dotyczącej równoważenia budżetu (zob. rozdz. 3), teraz twierdzą, że deficyt nie ma znaczenia. Zajęli pozycję Keynesa, przekonując do obniżek podatków w celu stymulowania gospodarki (chociaż sami nie zaprojektowali obniżek tak, by przyniosły taki skutek). Demokraci Rubina zaś pretendują teraz do finansowej ortodoksji: dostrzegając słabości gospodarki i wysokich deficytów, opowiadają się za zmniejszeniem deficytu budżetowego i tak jak przedtem mają nadzieję na cud. Jednak, jak argumentuję w rozdziale 2, to, że redukcja deficytu zadziałała, było rezultatem szczególnych okoliczności. Republikanie dowiedli tylko jednego: źle zaprojektowane rozwiązania mogą wywołać deficyt bez znaczniejszego stymulowania gospodarki. Weryfikowana wciąż od nowa myśl Keynesa jest nadal prawdziwa: dobrze zaprojektowane obniżki podatków i podwyżki wydatków mogą dostarczyć gospodarce silnego bodźca.
     Dzisiaj gospodarka jest wystawiona na dwojakiego rodzaju ryzyko. Po pierwsze, że jastrzębie w sprawach deficytu budżetowego zredukują go zbyt szybko, wpędzając gospodarkę w recesję, i że będą przeprowadzały tę redukcję zbyt ofensywnie, narażając w ten sposób na szwank inwestycje w technikę i edukację, które są niezbędne do podtrzymania wzrostu gospodarczego. Po drugie, że administracja George’a W. Busha będzie kontynuowała swą lekkomyślną pogoń za stałym obniżaniem podatków dla bogatych, powodując wypieranie nie tylko tych inwestycji, lecz również programów socjalnych, mających tak żywotne znaczenie dla dobrobytu wszystkich Amerykanów.         

Globalizacja

Choć był jakiś postęp na
krajowym froncie gospodarczym, to nie można tego samego powiedzieć o arenie międzynarodowej – właśnie w sferze globalizacji omawiane przeze mnie problemy się pogłębiły. Jednostronność, tak często cechująca stanowisko Ameryki w odniesieniu do gospodarki, niewrażliwość na odmienne poglądy i na niepokoje rozciągnęły się na inne dziedziny – na globalne środowisko (odrzucenie Protokołu z Kioto), na zasady prawa międzynarodowego i rolę Organizacji Narodów Zjednoczonych (sprzeciw wobec jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz sposób, w jaki rozpętano wojnę w Iraku) – i znalazły również wyraz w anulowaniu traktatów o broni strategicznej. W opinii wielu ludzi Ameryka przekształciła się z obrońcy praw człowieka w gwałciciela praw człowieka, zarówno w kraju, jak i za granicą, ponieważ łamała konwencje genewskie, lekceważyła upomnienia Czerwonego Krzyża i, nawet jeśli oficjalnie nie akceptowała tortur, to stworzyła atmosferę, w której mogło dochodzić do takich nadużyć, a strażnicy byli nagradzani za „zmiękczanie” więźniów przed przesłuchaniem. Przestrzegane od lat zasady, takie jak dotyczące habeas corpus czy zapewnienia pomocy prawnej lub prawa do szybkiego procesu, zostały podważone. Reputacja Ameryki jako obrońcy praw człowieka została tak skompromitowana, że w maju 2004 roku odłożono publikację dorocznego raportu o przestrzeganiu tych praw podobno z powodu obaw, iż niespójność między tym, za czym pozornie się opowiada, a tym, co się zdarzało, mogła wywołać drwiny.
     W efekcie Ameryka zasłużyła sobie na wrogość prawie całego świata. Azja Wschodnia doskonale sobie przypomina, acz ze znaczną niechęcią, jaką rolę odegrały Stany Zjednoczone w zablokowaniu pomocy z Japonii podczas kryzysu w latach 1997-1998. Te wspomnienia teraz bledną w porównaniu z odczuciami wyrażonymi tam i na całym świecie w reakcji na ostatnie poczynania Ameryki. Ameryka nie jest dłużej postrzegana jako wzór praw człowieka i demokracji. (...)

Niepowodzenie w Cancún

Coraz większe wątpliwości co do dobrych intencji Ameryki na pewno przyczyniły się do problemów w sferze gospodarczej. W listopadzie 2001 roku w Doha kraje rozwinięte, w tym Stany Zjednoczone i Unia Europejska, zgodziły się, żeby nowa runda negocjacji handlowych była rundą rozwoju, mającą naprawić nierówności z przeszłości; omawiam je w skrócie w rozdziale 9, a szeroko w
Globalizacji. Unia Europejska i Stany Zjednoczone nie dotrzymały jednak obietnicy. Dokonano jedynie niewielkiego postępu w sprawach budzących największy niepokój krajów rozwijających się, takich jak wysokie subsydia dla rolnictwa. Subsydia te, obniżając ceny artykułów rolnych, pogarszają i tak już kiepską egzystencję milionów ludzi w rozwijającym się świecie, natomiast przynoszą korzyści niewielu dobrze sytuowanym farmerom (i farmom przemysłowym) w Stanach Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Natomiast podczas negocjacji wysunięto nowe żądania pod adresem krajów rozwijających się...  (...)  Oczywiście Stany Zjednoczone poczyniły w ostatniej chwili pewne ustępstwa – kraje rozwijające się mogą uzyskać dostęp do leków ratujących życie w nagłych sytuacjach, takich jak epidemie. (...)  W końcu stało się jasne, że po raz kolejny program negocjacji handlowych został ustalony przez kraje rozwinięte w ich własnym interesie czy, mówiąc bardziej precyzyjnie, w ich partykularnym interesie. Było oszustwem nazywać je Rundą Rozwoju.
     We wrześniu 2003 ministrowie handlu zebrali się w  Cancún, żeby ocenić postępy Rundy Rozwoju i sporządzić plan dalszych prac. Spotkanie skończyło się kompletnym fiaskiem, które jednak nie powinno być zaskoczeniem. Nie ma się co dziwić, że kraje rozwijające się odrzuciły to, co im zaproponowano. Uznały, że brak porozumienia jest lepszy od złego porozumienia.      

Dwie pozytywne zmiany

Mimo wyraźnego niepowodzenia w Cancún zaszły dwie zmiany na lepsze. Pierwsza dotyczy samego Cancún. Było to mianowicie w pewnym sensie zwycięstwo demokracji. Przywódcy polityczni dużych krajów demokratycznych w rozwijającym się świecie – Brazylii, Indii i Republiki Południowej Afryki – zdawali sobie bowiem sprawę, że jeśli podpiszą kolejne porozumienie równie niesprawiedliwe jak poprzednie, kończące Rundę Urugwajską, to zostaną obaleni. Negocjatorzy z Ameryki i Europy często się prywatnie zgadzali z przedstawicielami krajów rozwijających się, że nie ma wielkiego uzasadnienia dla subsydiów dla rolnictwa, ale mówili, że mają związane ręce z powodu Kongresu i że opinia publiczna nie pozwoli na obcięcie tych subsydiów. Oczywiście powinni byli powiedzieć, że nasze
niedoskonałe demokracje, w których zostawiono tak duże wolne pole dla grup interesu, nie pozwoliłyby nam na ich obcięcie. Obecnie wyłaniające się demokracje  stosują faktycznie taką samą taktykę, mówiąc, że wyborcy nie pozwolą im na podpisanie umów ułożonych przez grupy interesu z rozwiniętego świata, że gdy demokracje w krajach rozwiniętych obstają przy niesprawiedliwej i, zważywszy jej wolnorynkową retorykę, obłudnej umowie, to demokracje na wschodzących rynkach muszą obstawać przy umowach sprawiedliwych i spójnych z amerykańską retoryką o wolnym rynku.
    
Akt końcowy Rundy Urugwajskiej był niekorzystny dla krajów rozwijających się, ale Światowa Organizacja Handlu (WTO), która powstała na mocy zawartego w jej ramach porozumienia, nadaje jej nowy wymiar. Pokazuje znaczenie rządów prawa, nawet jeśli są one pełne wad, bo bez rządów prawa dominuje nieokiełznana  siła ekonomiczna. WTO zmusiła Stany Zjednoczone do zniesienia ceł na stal i do rezygnacji z subsydiów eksportowych wbudowanych w przepisy podatkowe. Na podstawie wstępnego rozstrzygnięcia w sprawie wniesionej przez Brazylię – ku rozczarowaniu Stanów Zjednoczonych – wygląda na to, że zmusi ona Stany Zjednoczone do zrobienia czegoś w sprawie dotacji do bawełny, które wyrządziły znaczne szkody uprawiającym ją rolnikom (co jest opisane w rozdziale 9).  

Ciemniejsza strona globalizacji: dwustronne umowy handlowe

Mimo że te sukcesy częściowo rekompensują niepowodzenie w Cancún, to inne sprawy rzucają nieco ciemniejsze światło na rozwój sytuacji na arenie międzynarodowej. W związku z załamaniem się wielostronnych negocjacji handlowych Stany Zjednoczone zaczęły się skupiać na bilateralnych umowach handlowych z małymi, słabymi krajami, w których są w stanie używać swej ekonomicznej siły do uzyskania nawet więcej niż w umowach wielonarodowych.  Gdy Międzynarodowy Fundusz Walutowy  (IMF) w końcu uznał, że otwieranie rynków kapitałowych na destabilizujący napływ kapitału spekulacyjnego (liberalizacja rynków kapitałowych) na ogół nie przyczynia się do wzrostu gospodarczego, lecz prowadzi do większej niestabilności i ubóstwa, Stany Zjednoczone zwróciły się do ministrów handlu, mniej zorientowanych w tych sprawach, żeby uzyskać to, czego przynajmniej niektórzy na Wall Street od dawna pragnęli. Chile ograniczyło napływ tego kapitału w okresie swego najszybszego, 7-procentowego wzrostu w latach 1990-1997 i zebrało tego owoce podczas światowego kryzysy finansowego – ponieważ w kraju było mniej kapitału spekulacyjnego, mniej go mogło odpłynąć. Stany Zjednoczone w dwustronnym traktacie zmusiły obecnie Chile do rezygnacji z tego instrumentu polityki, który tak bardzo pomógł mu w odniesieniu sukcesu. 
     Dwustronna umowa z Marokiem była jeszcze bardziej niepokojąca. Stany Zjednoczone oświadczyły, że chcą za pośrednictwem tej umowy zademonstrować swoją życzliwość wobec kraju arabskiego. Ale znowu grupy interesów były górą. Weźmy na przykład pod uwagę jej zapisy dotyczące dostępu do leków ratujących życie. Czasami wydaje się, że spółki farmaceutyczne koncentrują się na wyciąganiu wszelkich możliwych zysków, nawet kosztem ludzkiego życia. Dla krajów rozwijających się uzyskiwanie leków po cenach, na jakie mogą sobie pozwolić, to nie tylko kwestia budżetu – to sprawa życia i śmierci. Producenci leków generycznych dostarczają leki ratujące życie po cenach stanowiących ułamek kosztów. W Stanach Zjednoczonych Big Pharma, jak nazywa się wielkie koncerny z tej branży, długo prowadziła wojnę dotyczącą leków generycznych, próbując jak najdłużej opóźniać ich wejście na rynek (po wygaśnięciu patentu), ale z niewielkim skutkiem. Umowa z Marokiem zapewniła jednak zwycięstwo Big Pharmy w tym ubogim kraju – do tego stopnia, że powitały ją protesty uliczne. I tym razem więc administracja George’a W. Busha zaprzepaściła świetną okazję: przedsięwzięcie, które zaczęło się jako próba zdobycia przyjaciół, skończyło się wzrastającą wrogością.        

Dziesiąta rocznica NAFTA

Upłynęło trochę więcej niż dziesięć lat od chwili podpisania z głośnymi fanfarami Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA). Rocznica ta, w połączeniu z rosnącym zainteresowaniem bilateralnymi i regionalnymi umowami handlowymi, stworzyła okazję do zbadania, czy NAFTA przyniosła obiecywane pożytki. Dobrą wiadomością dla Ameryki jest to, że nie wystąpił gigantyczny efekt wyssania miejsc pracy przez Meksyk. W rzeczywistości po podpisaniu układu bezrobocie w Stanach Zjednoczonych nawet spadło, osiągając zaledwie 3,8%. Ale dla Meksyku nie przyniósł on zapowiadanych korzyści, co stanowi ważne ostrzeżenie dla innych rozwijających się krajów chcących podpisać porozumienia o wolnym handlu. Układ NAFTA nie doprowadził nawet do wolnego handlu, gdyż Ameryka raz po raz starała się zastosować inne formy ograniczeń handlowych po to, by nie dopuścić na swój rynek niektórych dóbr, na przykład mioteł, pomidorów czy awokado. Wzrost gospodarczy w Meksyku był wolniejszy niż w dekadach poprzedzających lata osiemdziesiąte XX wieku, a płace realne faktycznie się zmniejszyły. Pogorszyła się też sytuacja ubogich rolników uprawiających kukurydzę, zmuszonych konkurować z subsydiowaną kukurydzą amerykańską.
     Antyglobaliści  od dawna protestowali przeciwko temu, że pod pretekstem globalizacji – za pośrednictwem porozumień handlowych i międzynarodowych instytucji finansowych – obchodzone są i ograniczane procesy demokratyczne. W miarę upływu czasu stawało się coraz bardziej oczywiste, że NAFTA stanowi spektakularny przykład tego, o co chodziło. Otóż w układzie tym, w jego osławionym rozdziale 11, zostały ukryte, ponoć w celu ochrony inwestorów, klauzule służące ograniczeniu skutków regulacji dotyczących środowiska i innych spraw. (...) Podczas naszych dyskusji w Białym Domu na temat układu NAFTA  ani razu nie wspomniano, że takie przepisy zostały ukradkiem do niego wprowadzone. 

Darowanie długów

Irak był głównym źródłem nieszczęścia: chodzi tu zarówno o sposób, w jaki doszło do wojny, jak i o sposób, w jaki zajęto się jej skutkami. W porównaniu z tym darowanie długów może się wydawać mało ważną kwestią, niemniej stanowisko Ameryki w tej sprawie ma reperkusje w całym rozwijającym się świecie. Ameryka miała początkowo nadzieję, że bogactwo naftowe Iraku będzie w stanie sfinansować jego odbudowę. Potem jednak odkryła, wyraźnie poniewczasie, poważne zadłużenie, szacowane na 100 do 200 miliardów dolarów. Czy Irak byłby w stanie sfinansować swą odbudowę bez umorzenia tego długu? Mimo że Ameryka miała miliardy dolarów na prowadzenie wojny, to niechętnie wydawała własne pieniądze na zaprowadzenie pokoju. (...) 

Eksport pomysłów

W tej nowej erze globalizacji nie tylko dobra przemieszczają się swobodnie po świecie, lecz również pomysły. Pozorny triumf amerykańskiego kapitalizmu miał ogromne oddziaływanie w Europie, Ameryce Łacińskiej, Azji i w innych częściach globu. Inne kraje chciały się dowiedzieć, czemu należy przypisać sukces Ameryki, by móc ją naśladować. I niektórzy w Ameryce nie wykazywali powściągliwości w dzieleniu się swymi zapatrywaniami. (...)
     W okresie gdy pisałem tę książkę, rozczarowanie porozumieniem waszyngtońskim dawało już o sobie znać, a od tego czasu wzrosło. Po pierwsze, kraje Ameryki Łacińskiej zaczęły stopniowo zdawać sobie sprawę, że
sądziły, iż przeprowadzane reformy przybliżą je do rodzaju gospodarki rynkowej wynalezionej w Stanach Zjednoczonych, ale tak się nie stało. Zmuszono je do przyjęcia takiej formy gospodarki rynkowej, która może być marzeniem niektórych konserwatystów, ale nie odpowiada rzeczywistości żadnego mającego sukcesy, demokratycznego kraju.
     Po drugie, jakkolwiek wersja gospodarki rynkowej istniejąca w Stanach Zjednoczonych była o wiele bardziej harmonijna niż wersja narzucona Ameryce Łacińskiej, to było coraz bardziej oczywiste, że nie odpowiada nawet amerykańskim potrzebom i jest mało prawdopodobne, by sprostała potrzebom krajów rozwijających się. Nie chodziło tylko o skandale... chodziło bardziej o szersze zagadnienia wynikłe z deregulacji. Co się tyczy deregulacji w bankowości, to za granicą wielu ludzi już dawno wyrobiło sobie na nią zaprawiony żółcią, uzasadniony pogląd, gdy ich nie zmuszeni do przestrzegania pewnych przepisów bankierzy raz po raz udzielali sobie i swoim kredytów, błyskawicznie wyprowadzali pieniądze z kraju, zostawiając mu uporanie się z sytuacją. Po opisanych w rozdziale 4 problemach spowodowanych przez deregulację energetyki w Kalifornii przyszła przerwa w dostawach prądu na północnym wschodzie kraju w lecie 2003 roku. Skoro Stany Zjednoczone wraz z deregulacją nie potrafiły zapewnić niskich cen i niezawodności dostaw, to jak miałyby sobie z tym poradzić kraje rozwijające się, które dysponują o wiele mniej wyrafinowanymi instytucjami.
     Po trzecie, i prawdopodobnie najważniejsze, wyeksportowaliśmy do Ameryki Łacińskiej pewną wersję boomów i recesji, którą przeżyliśmy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Irracjonalna euforia doprowadziła do napływu kapitałów do tych krajów, który z kolei doprowadził do boomu opartego na konsumpcji, ale pozostawił je z większymi długami. (...)
    Tak więc również pod tym ważnym względem globalizacja nie przebiegała w sposób, który by zapewnił, że życie na świecie stanie się bardziej znośne, czy choćby to, że świat będzie bardziej efektywny.              

Uwagi końcowe

Krótko mówiąc, problemy dotyczące gospodarki amerykańskiej i jej relacji na arenie międzynarodowej, o których pisałem trochę więcej niż rok temu, nie zniknęły ani w Ameryce, ani za granicą. Przeciwnie, okazuje się, że są bardziej rozpowszechnione, niż pierwotnie sądziłem.
     Przyjęcie, z jakim się spotkało pierwsze wydanie tej książki, odzwierciedla dostrzeżenie głęboko zakorzenionej natury tych spraw. Ekscesy lat dziewięćdziesiątych XX wieku pomogły w ujawnieniu wielu problemów, które od dawna pozostawały w cieniu. Chociaż te ekscesy były najgorsze w Ameryce, to jednak były też obecne, bądź ukryte w wielu innych krajach na całym świecie. W niektórych częściach świata miały nawet poważniejsze konsekwencje. 
     Pisałem tę książkę częściowo dlatego, żeby pomóc Amerykanom w niepopełnianiu więcej dawnych błędów, a częściowo dlatego, żeby pomóc ludziom poza Ameryką zrozumieć, co się nie udało i jak uchronić przed takim niepowodzeniem ich gospodarki i społeczeństwa.  W latach dziewięćdziesiątych pozorne triumfy gospodarki amerykańskiej sprawiały, że zalecano innym pójście jej śladem. Jak skomentowałem to w rozdziale 9, Ameryka szła nawet dalej – namawiała, nakłaniała, kusiła pochlebstwami do brania z niej przykładu czy, mówiąc bardziej precyzyjnie, do przyjęcia specyficznej wersji amerykańskiego kapitalizmu, która pod istotnymi względami różniła się od tego, co się faktycznie działo w Ameryce. Na przykład Ministerstwo Skarbu Stanów Zjednoczonych mówiło, że inni powinni naśladować Amerykę w sprawowaniu nadzoru właścicielskiego i w rachunkowości. Miało rację, orędując za dobrym nadzorem właścicielskim i dobrą księgowością, ale nie miało racji, uważając, że znaleźliśmy właściwy model. Ironia losu była tu szczególnie uderzająca, ponieważ popierało ono postawy, które podważyłyby dobry nadzór i dobrą księgowość.  
     Bieg spraw się zmienił. Lata dziewięćdziesiąte to było apogeum finansów i fundamentalizmu rynkowego. Ci, którzy przywiązali się wówczas do tych idei, na ogół powoli od nich odchodzą. Mówią, że problem polegał na przeprowadzeniu reform ze zbyt małą energią, że była to kwestia realizacji. Na szczęście rozsądek stopniowo powraca. Problem nie tkwi we wprowadzaniu tych idei w życie, lecz w nich samych. Jeżeli miałbym sformułować jedno jedyne przesłanie tej książki, to byłoby ono takie: potrzebna jest równowaga między państwem a rynkiem. Kraj może ucierpieć zarówno wtedy, gdy regulacji jest za mało, jak i wtedy, gdy jej jest za dużo, zarówno wtedy, gdy jest za mało inwestycji państwowych, jak i wtedy, gdy jest za dużo wydatków państwowych. Państwo może pomagać w stabilizowaniu gospodarki, ale źle zaprojektowane rozwiązania mogą powiększyć fluktuację. Polityka liberalizacji rynków finansowych, lansowana przez MFW – oraz nadal forsowana przez amerykańskie Ministerstwo Skarbu – przyczyniła się do niestabilności w krajach rozwijających się. Nawet  MFW w końcu to dostrzegł.     
     To szersze zrozumienie oznacza, że kraje powinny poczuć większą swobodę przy dokonywaniu wyboru polityki gospodarczej. Nie ma jednej drogi. Nie ma doskonałego systemu. Opowiedziana tu historia pokazuje niektóre wady amerykańskiej wersji kapitalizmu, ale niewiele powiedziałem o innych, równie kłopotliwych problemach: o ogromnych nierównościach dochodowych i majątkowych, o dużej liczbie więźniów, o obawach i niepewności, odczuwanych przez tak wielu, między innymi przez miliony nie mające ubezpieczenia zdrowotnego, o wyraźnym braku troski o niszczejące środowisko naturalne. Inne kraje mogą się zdecydować na system gospodarczo-społeczny, który zwraca większą uwagę na te i inne kwestie społeczne, i odpowiednio do tego wybrać wariant gospodarki rynkowej różny od modnego obecnie w Stanach Zjednoczonych. Czyniąc to, powinny wiedzieć, że niektóre kraje, realizujące te inne warianty gospodarki rynkowej, były w stanie stworzyć społeczeństwa cechujące się mniejszymi nierównościami, większym bezpieczeństwem, lepszym poziomem zdrowia i edukacji, zwłaszcza dla biednych. 
     Napisałem tu, że wraz z zakończeniem zimnej wojny Ameryka miała szansę przekształcić światowy ład gospodarczy w taki sposób, żeby odzwierciedlał amerykańskie zasady i wartości. Opisałem, jak zmarnowała tę szansę. Zimna wojna się oddaliła. Najwyraźniej zastąpiła ją wojna z terroryzmem. Jest to wojna globalna, która będzie musiała być prowadzona we współpracy  z wszystkimi krajami świata i przy ich pomocy. Ameryka powinna się starać zdobyć ich przyjaźń i zaufanie. Zwłaszcza w tych czasach powinna się strać stworzyć światowy system gospodarczy i finansowy, który będzie bardziej sprawiedliwy, bardziej stabilny, będzie bardziej służył interesom krajów rozwijających się. Niestety, w ciągu ostatnich czterech lat robiła coś wręcz przeciwnego. Błędy popełnione we wcześniejszych latach zostały spotęgowane i zwielokrotnione.   

----------
Przypisy
1 
Wydanie europejskie z 11 maja 2004 r.
----------         

Przedmowa   .........   29

Dokładnie dziesięć lat temu porzuciłem spokojne życie profesora ekonomii w Stanfordzie i przeniosłem się do Waszyngtonu, żeby podjąć pracę najpierw jako członek, a następnie przewodniczący Zespołu Doradców Ekonomicznych prezydenta Clintona. Poprzednie ćwierćwiecze poświęciłem na badania w dziedzinie teorii ekonomii i polityki gospodarczej. Chciałem się dowiedzieć, co się naprawdę dzieje – przyjrzeć się rzeczywistości. Ale chciałem być czymś więcej niż biernym obserwatorem. Ekonomią zacząłem się zajmować w latach sześćdziesiątych XX wieku, w latach ruchów w obronie praw obywatelskich i pokoju. Chciałem – myślę – zmieniać świat, ale nie byłem pewien, jak; zostając nauczycielem akademickim, musiałem najpierw lepiej ten świat zrozumieć.   
     Nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele przyjdzie mi się nauczyć. Do czasu, gdy opuszczałem Waszyngton po przepracowaniu w administracji pierwszej kadencji Billa Clintona, a potem jeszcze trzech lat na stanowisku wiceprezesa i głównego ekonomisty Banku Światowego, wiele się zmieniło. Były to burzliwe, szalone lata dziewięćdziesiąte, dekada megainteresów i megawzrostu. Tyle jest powszechnie wiadomo. Kiedy jednak zacząłem się zastanawiać
nad historiami, które nie są tak szeroko znane lub tak dobrze rozumiane, wykluł się pomysł tej książki. Na przykład wyglądało na to, że uzdrowienie gospodarki po recesji 1991 roku przeczy temu, czego się powszechnie naucza na wykładach ekonomii na całym świecie. Popularna wersja, roztrąbiona przez niektóre osoby z administracji, głosiła, że to redukcja deficytu (zmniejszenie rozziewu między wydatkami państwa a pobieranymi podatkami) przyniosła wyzdrowienie, jednak standardowa teoria mówi, że redukowanie deficytu pogarsza tendencję zniżkową w gospodarce. Aby dać inny przykład – brałem udział w licznych bataliach dotyczących deregulacji i rachunkowości i uważałem, iż akurat deregulację w bankowości posunęliśmy zbyt daleko. Przegapiliśmy też okazję poprawy księgowości w spółkach. Mówiąc bardzo ogólnie, dziesięciolecie to charakteryzowało się pojawieniem tak zwanej nowej gospodarki, w której wzrost stopy produktywności był dwu- czy trzykrotnie większy niż w dwóch poprzednich dekadach. Ekonomia innowacji była jedną z dziedzin, w których specjalizowałem się jako pracownik naukowo-dydaktyczny, gdyż według mnie należało lepiej zrozumieć, co spowodowało ogromny spadek produktywności w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oraz jej ponowny wzrost w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.                 
     Ale zanim zacząłem pisać tę książkę, życie mnie ubiegło. Gospodarka popadła w kolejną recesję, dowodząc tym samym, że recesje to nie była pieśń przeszłości. Skandale w spółkach zdetronizowały arcykapłanów amerykańskiego kapitalizmu; dyrektorzy naczelni niektórych największych przedsiębiorstw w Ameryce wzbogacili się kosztem akcjonariuszy i pracowników. Większa część świata patrzyła złym okiem na globalizację... (...) Jedenasty września 2001 roku ukazał jeszcze ciemniejszą stronę globalizacji: to, że również terroryzm może łatwo przekraczać granice. Wprawdzie korzenie terroryzmu są złożone, niemniej było jasne, że poczucie beznadziejności i wysoki poziom bezrobocia, dominujące w tak dużej części świata, stanowiły dla niego podatny grunt.   
     Wyjaśnienie fenomenu szalonych lat dziewięćdziesiątych przyszło szybko: zaczęło się jeszcze, zanim administracja Billa Clintona skończyła urzędowanie. Rzuciło one nowe światło na to, co się wydarzyło w tej dekadzie, i sprawiło, że jej reinterpretacja stała się jeszcze bardziej nieodzowna.
     Jak się okazało, ten projekt zazębiał się z innym. Otóż jedną ze spraw budzących moje nieustanne zainteresowanie była odpowiednia rola państwa w naszym społeczeństwie, a w szczególności w gospodarce. Kilka lat przed przeniesieniem się do Waszyngtonu napisałem cienki tomik zatytułowany The
Economic Role of the State (Gospodarcza rola państwa), w którym starałem się naszkicować plan podziału ról między państwem a rynkiem, oparty na mocnych i słabych stronach ich obu. Usiłowałem zidentyfikować pewne ogólne zasady tego, co państwo powinno, a czego nie powinno robić. Po przyjrzeniu się państwu z bliska przez osiem lat, chciałem się ponownie zająć tym tematem. Studium lat dziewięćdziesiątych dawało po temu dogodną sposobność: mianowicie sukcesy administracji Billa Clintona można było po części przypisać zrobieniu przez nas pewnych rzeczy w celu uzyskania prawidłowej równowagi między państwem a rynkiem, która została zagubiona w dekadzie Ronalda Reagana i Margaret Thatcher. Jednak nasze niepowodzenia – z których część stała się oczywista dopiero wtedy, gdy dekada miała się ku końcowi – należy częściowo przypisać temu, że w niektórych dziedzinach nie potrafiliśmy tej równowagi osiągnąć.
     Toczy się bitwa na idee między tymi, którzy opowiadają się za możliwie najmniejszą rolą państwa, a tymi, którzy widzą dla państwa ważną, aczkolwiek ograniczoną rolę nie tylko w korygowaniu błędów i ograniczeń rynku, ale również w działaniach na rzecz większej sprawiedliwości społecznej. Należę do tego drugiego obozu, a ta książka ma w zamierzeniu ujawnić, dlaczego, moim zdaniem, rynek, choć jest głównym sprawcą sukcesu naszej gospodarki, to jednak nie zawsze funkcjonuje dobrze sam z siebie, dlaczego nie rozwiązuje wszystkich problemów i dlaczego państwo zawsze będzie dla niego ważnym partnerem.   
     W związku z tym książka ta nie jest tylko napisaną na nowo historią lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, chociaż po części nią jest. W równym stopniu jak o przeszłości jest to opowieść o przyszłości – o tym, w jakim miejscu znalazły się Ameryka i inne kraje rozwinięte i w jakim kierunku powinny pójść. Wiele głównych instytucji naszego społeczeństwa – od Kościoła, przez szefostwa korporacji, sądownictwo, rachunkowość po banki – doznało poważnego uszczerbku własnej wiarygodności, w niektórych przypadkach bezpowrotnie.  
     Zarówno lewica, jak i prawica utraciły orientację. Intelektualne podstawy ekonomii leseferyzmu, poglądu, że rynek sam z siebie doprowadzi do efektywnych , nie mówiąc już że sprawiedliwych, wyników, zostały zdemontowane. Skandale w spółkach, które wstrząsnęły Ameryką, a w mniejszym stopniu również Europą, sprawiły, iż nawet konserwatyści doszli do wniosku, że jest jakieś pole dla państwa. Upadek Związku Sowieckiego, kończący zimną wojnę, odebrał zaś ekonomiczne „umocowanie” lewicy: poparcie dla socjalizmu, a przynajmniej dla jego staromodnej odmiany, zanikło nawet w tych krajach, w których poprzednio było niezwykle silne.
     Dzisiaj wyzwaniem jest osiągnięcie prawidłowej równowagi między państwem a rynkiem, między kolektywnymi działaniami na szczeblu lokalnym, narodowym i globalnym oraz między działaniami rządu i organizacji pozarządowych. W miarę jak zmienia się sytuacja gospodarcza, równowaga musi być ustalana na nowo. Wkroczyliśmy w erę globalizacji, w której kraj i ludzie na świecie są ściślej ze sobą zintegrowani niż kiedykolwiek przedtem. Ale globalizacja oznacza, że musimy zmienić tę równowagę: koniczne jest, by działania na poziomie międzynarodowym miały bardziej kolektywny charakter, i nie możemy przy tym uciec od zagadnień demokracji i sprawiedliwości na świecie.  
     Znaczące przeobrażenia, w obliczu których stanęły nasze gospodarki i nasze społeczeństwa w ciągu minionych piętnastu lat, spowodowały olbrzymie zakłócenia równowagi między państwem i rynkiem, a my nie potrafimy na nie odpowiednio reagować. Problemy, które wysunęły się na czoło w ostatnich kilku latach, są częściowo odbiciem tego niepowodzenia. W tej książce staram się przedstawić pewne ogólne koncepcje, które pomogą nam przywrócić równowagę.    
     Jest jeszcze jeden lejtmotyw tej książki. To była dekada, w której supremację zdobyły finanse. Ludzie z Wall Street robili miliony, w niektórych przypadkach miliardy, organizując transakcje, gromadząc środki finansowe na rozruch nowych przedsięwzięć. Najlepsza i najzdolniejsza amerykańska chciała uczestniczyć w tej ekscytacji. Ameryka zaakceptowała generalną zasadę gospodarki rynkowej: wynagrodzenie odzwierciedla produktywność. Zarabiający więcej dają więcej społeczeństwu. Było rzeczą naturalną, że młodych ludzi pociągało to do szaleństwa. Mogli czynić dobro dla społeczeństwa, czyniąc dobro dla siebie samych.
     W kręgach podejmujących decyzje panowała taka sama uległość wobec punktu widzenia świata finansów. Bankom centralnym, kierowanym głównie przez ekspertów wywodzących się ze środowiska finansistów, miało być pozostawione ustalanie polityki pieniężnej, a ich pewna ręka miała zagwarantować stabilny wzrost bez inflacji. Książka Boba Woodwarda
The Agenda [Plan działania] (z 1994 roku) opisuje barwnie, w jaki sposób redukcja deficytu wysunęła się na czoło programu Billa Clintona. To nie na tej płaszczyźnie programowej wybrano go na prezydenta, ale został przekonany, że jeśli nie zmniejszy deficytu budżetowego, to rynki finansowe go ukarzą, a bez wsparcia ze strony finansjery nie będzie mógł zrealizować reszty swego planu. Wszystko inne odłożono na później – i w większości nigdy potem nie zrealizowano.    
     Chcę się wyrazić jasno: wiem że finansowanie jest ważne. W rzeczy samej mój własny dorobek na polu ekonomii informacji przyczynił się do wyjaśnienia zależności między finansowaniem a gospodarowaniem. Poprzednio laureat Nagrody Nobla Franco Modigliani z MOT i nieżyjący już Merton Miller z Uniwersytetu Chicagowskiego twierdzili na przykład, że poza sprawami podatkowymi sposób, w jaki firmy się finansują, nie ma absolutnie żadnego znaczenia. Moje prace nad asymetrią informacji pomogły wyjaśnić centralną rolę finansowania we współczesnej gospodarce. Ale te same badania wyjaśniają również , dlaczego rynki finansowe nie poddane regulacji często nie funkcjonują dobrze, dlaczego istniała potrzeba państwa i dlaczego to, co było dobre dla Wall Street, może nie być – i często nie było – dobre dla kraju jako całości bądź dla poszczególnych grup społeczeństwa.       
     W szalonych latach dziewięćdziesiątych doszło do istotnego naruszenia starych mechanizmów gwarantujących zachowanie równowagi między Wall Street, Main Street (czy High Street, jak się nazywa główną ulicę miasta w Wielkiej Brytanii) a siłą roboczą, między „starym przemysłem” a „nową technologią”, między państwem a rynkiem, ponieważ na czoło wysunęły się Finanse. Na ich sąd zdawali się wszyscy. Krajom, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, powiedziano, żeby zaakceptowały dyscyplinę narzucaną przez rynek. Stara mądrość, że istnieją alternatywne rozwiązania, że różne rozwiązania różnie oddziałują na różne grupy, że istnieje wymiana coś za coś, że polityka zapewnia forum pozwalające na ocenę tych możliwości zamiany i dokonania wyborów, została odłożona do szuflady.         
     W administracji Billa wiedzieliśmy, że takie myślenie jest błędne. Gdyby Finanse rzeczywiście panowały jako władza najwyższa, gdyby istniał tylko jeden jedyny zestaw rozwiązań, pod którym wszyscy mogliby się podpisać, to różnilibyśmy się od republikanów wyłącznie większą kompetencją. Ale zapanował rodzaj schizofrenii. Wprawdzie wierzyliśmy, że proponujemy odmienne rozwiązania, takie które przynoszą ubogim i klasie średniej większe korzyści niż rozwiązania, za którymi opowiadają się republikanie, wprawdzie wiedzieliśmy, że zawsze jest coś za coś, ale zbyt wiele osób w administracji podzielało pogląd, że rynek papierów wartościowych czy, bardziej ogólnie, rynki finansowe znają najlepszą drogę naprzód. Wyglądało na to, że rynki finansowe reprezentują to, co najlepsze dla Ameryki i dla nich samych. Według mnie to wyglądało na nonsens. Byłem zdania, iż musimy zdać sobie sprawę, że jak zrobiliśmy coś, czego rynek papierów wartościowych czy inne rynki finansowe nie lubią, i musimy za to zapłacić, to może to być cena warta zapłacenia1.  Bo choć Finanse są ważne, to Wall Street jest taką samą grupą interesu jak wiele innych. 
     Pisałem tę książkę jako Amerykanin, jako ktoś, kto uczestniczył w dyskusjach toczonych w Stanach Zjednoczonych i jest głęboko zainteresowany kierunkiem, w którym podąża ten kraj. Ale pisałem ją także jako ktoś bardzo mocno zaangażowany w równoległe dyskusje na całym świecie i w szerszą debatę na temat globalizacji, która stała się jednym z problemów dnia dzisiejszego. Sądzę, iż niepowodzenia w Ameryce – okresy ożywienia i recesje, złe kierowanie polityką makroekonomiczną, zbyt daleko posunięta deregulacja i skandale w spółkach, do których się przyczyniła – są ważne nie tylko dla Amerykanów.  
     Globalizacja sprawiła, że wszyscy na świecie stali się od siebie nawzajem bardziej uzależnieni.  Zwykło się mówić, że gdy Stany Zjednoczone kichają, Meksyk łapie zaziębienie. Teraz gdy Stany Zjednoczone kichają, prawie cała reszta świata zapada na grypę. A obecne problemy Ameryki daleko wykraczają poza lekki katar. Każda ekonomiczna analiza obecnych problemów gospodarczych świata i problemów poprzedniej dekady musi się rozpocząć od dyskusji o Ameryce.
     Globalizacja oznacza poza tym coś więcej niż swobodniejszy przepływ dóbr, usług i kapitału przez granice. Obejmuje też szybszy przepływ idei. Jak wcześniej stwierdziłem, w latach dziewięćdziesiątych Ameryka sama się ustawiła w roli wzorca dla reszty świata. Przyglądano się, jakie stanowisko zajmuje w kwestiach właściwej równowagi między państwem a rynkiem oraz rodzaju instytucji potrzebnych do dobrego funkcjonowania gospodarki rynkowej. Rozwiązania stosowane w przedsiębiorstwach amerykańskich były wprowadzane wszędzie na świecie i Ameryka lansowała swoje metody księgowania, gdzie tylko mogła. Kraje, które nie naśladowały Ameryki samorzutnie w nadziei, że ich gospodarka też przeżyje boom, oraz te, które uważały, iż Ameryka nie osiągnęła właściwej równowagi, nakłaniano pochlebstwami, zadręczano i, jak w przypadku krajów rozwijających się, uzależnionych od pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w istocie zmuszano do przystania na coś, co było określane jako wymóg historii.
     Jak można się było spodziewać, opisywane tu problemy miały swoje paralele w wielu krajach na świecie. Skandale w firmach dotknęły też spółki europejskie, doprowadzając do dymisji dyrektorów takich gigantów, jak Vivendii, i wzbudziły strach nawet w takich na pozór statecznych firmach , jak holenderska sieć sklepów spożywczych Ahold. Gdzie indziej może nie było takich ekstremalnych nadużyć władzy przez kierownictwa spółek, jakie wyszły na jaw w Ameryce, ale kierunek rozwoju sytuacji budził głębokie zaniepokojenie.
     Także inne problemy znajdujące się w centrum amerykańskiego dramatu w podobny sposób rozgrywały się na innych scenach. W innych krajach respekt wobec Finansów – i ich potęgi – jest częstokroć nawet większy niż w Stanach Zjednoczonych; zapatrywania społeczności finansowej dyktują politykę, a nawet determinują wyniki wyborów. Mantra redukcji deficytu, w połączeniu z niepohamowaną gorliwością w zwalczaniu problemów inflacji niemal dwa dziesięciolecia temu, związała Europie ręce, gdy musiała się zająć spowolnieniem tempa rozwoju gospodarczego, które rozpoczęło się w 2001 roku. W chwili oddawania tej książki do druku gospodarka krajów europejskich stoi w obliczu groźby deflacji i wzrostu bezrobocia, tymczasem wcześniejsze działanie mogło powstrzymać popadanie w recesję. Jeśli do tego dodać Japonię, również znajdującą się w stagnacji czy nawet w gorszym stanie, to się okaże, że świat staje wobec pierwszej globalnej dekoniunktury ery globalizacji. 
     Fundamentalną sprawą jest to, że bitwa na idee między orędownikami minimalistycznej roli państwa a tymi, którzy utrzymują, iż potrzeba jest więcej państwa, jeśli mamy osiągnąć takie społeczeństwo, jakie byśmy chcieli mieć, trwa w najlepsze w jednym kraju po drugim – w krajach mniej rozwiniętych w nie mniejszym stopniu niż w rozwiniętych, po obu stronach Atlantyku i Pacyfiku. Ostatnie doświadczenia amerykańskie przynoszą lekcje dla wszystkich i mam nadzieję, że lekcje, które naszkicowałem w końcowych rozdziałach książki – jak również zarysowany tam plan działań na przyszłość – będą również użyteczne dla innych krajów, jak są dla Stanów Zjednoczonych.       
     Książka ta nie jest reportażem śledczym. Skandale i inne problemy, które opisuję, są dobrze udokumentowane gdzie indziej2. Moim celem jest
interpretacja, która by nam pomogła lepiej zrozumieć, co poszło nie tak, i to naprawić.  (...)
     Pisząc tę książkę, tak jak poprzednią, jestem głęboko zobowiązany prezydentowi Williamowi Jeffersonowi Clintonowi, który dał mi możliwość nie tylko służenia swojemu krajowi, lecz również przyjrzenia się z bliska, jak działa amerykańskie państwo. Dla naukowca z dziedziny nauk społecznych była to niezrównana okazja.
     Jestem niezwykle wdzięczny prezydentowi nie tylko za możliwości, które przede mną otworzył, ale także za docenienie przez niego szczególnej roli, jaką w naszym systemie rządów odgrywa Zespół Doradców Ekonomicznych. (...)    
     Przewodnictwo Zespołowi Doradców Ekonomicznych dało mi nie tylko wgląd w podejmowanie decyzji w ramach rządu; zapewniło mi też unikatową możliwość obserwowania amerykańskiej gospodarki. (...)
     Jedną z głównych zmian, jakie się dokonały w latach dziewięćdziesiątych, była zmiana gospodarczej pozycji Stanów Zjednoczonych na świecie. Oba stanowiska, jakie wówczas zajmowałem, to jest przewodniczącego Zespołu Doradców Ekonomicznych oraz głównego ekonomisty i wiceprezesa Banku Światowego, pozwoliły mi patrzeć na te zmiany z całkiem odmiennej perspektywy. Mogłem obserwować, jak ci, którzy w trosce o biednych byli orędownikami sprawiedliwości społecznej i demokracji w kraju, często wyglądali na znacznie mniej troszczących się o te wartości za granicą.       
     Te dwa stanowiska dały mi lepszą możliwość popatrzenia na nas – na Amerykę – a także na inne kraje rozwinięte, tak jak postrzegają nas ludzie w reszcie świata. Społeczność naukowa od zawsze nie zna granic i nie uznaje żadnej władzy. (...)  A to, co zobaczyłem i poczułem, zasmuciło mnie: nawet ci, którzy szkolili się w Ameryce, którzy kochali Amerykę i Amerykanów, byli do głębi rozczarowani tym, co robił amerykański rząd. Tak się jakoś dzieje, że
kolektywnie, jako naród, często postępujemy w sposób odmienny od tego, za którym opowiadamy się jako jednostki. W dalszych rozdziałach staram się pokazać, dlaczego w takim, a nie innym odbiorze jest więcej niż odrobina prawdy, i wyjaśnić, po pierwsze, jak doszło do takiej sytuacji i, po drugie, dlaczego sposób, w jaki radziliśmy sobie z naszą nową rolą w gospodarce światowej po zakończeniu zimnej wojny, nie służy naszym długookresowym interesom.      
     Podobnie jak w
Globalizacji, nie ma to być beznamiętne spojrzenie na to, co się zdarzyło w szalonych latach dziewięćdziesiątych i w ich następstwie. Czyż mogłoby być takie, skoro byłem uczestnikiem tak wielu wydarzeń? Ale starałem się o dokładność, o zestawienie wszystkiego, co wiem o tych wydarzeniach, z moim rozumieniem procesów gospodarczych i politycznych, żeby móc zinterpretować wydarzenia i to, co zwiastują na przyszłość. Z biegiem lat moja wiara w demokrację się umocniła, lecz także umocniło się moje przekonanie, że jeśli nasze demokracje mają funkcjonować, to obywatele muszą rozumieć podstawowe problemy, wobec których stoją społeczeństwa, i sposób, w jaki działają rządy. A żadne problemy nie mają większego znaczenia z punktu widzenia większości ludzi niż te, które dotyczą gospodarki , oraz relacje między rynkiem a państwem.
     Jestem nauczycielem i większość ostatniego ćwierćwiecza spędziłem na nauczaniu; wszyscy nauczyciele wiedzą, że na każdym poziomie nauczania muszą stosować uproszczenia – nie ma innego wyjścia. Starałem się jednak nie upraszczać nadmiernie. Przedstawiając relację z wydarzeń ubiegłej dekady, oparłem swoje uproszczone naświetlenie na pewnych całkiem skomplikowanych ideach, które zaprezentowałem szczegółowo w kilku książkach i dziesiątkach artykułów. (...)
     Są to lekcje ważne dla Ameryki, ale są one nie mniej ważne dla żyjących gdzie indziej na świecie. Ameryka, jako gospodarka najsilniejsza i odnosząca największe sukcesy, jest pilnie naśladowana. I Ameryka, jako najsilniejszy kraj na świecie, narzuca pewien szczególny pogląd na rolę państwa w gospodarce, przede wszystkim za pośrednictwem międzynarodowych instytucji gospodarczych – Światowej Organizacji Handlu, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Jednym z głównych celów tej książki jest pokazanie, że pomysły, które Ameryka narzuca za granicą, są znacząco odmienne od praktyk, które stosuje u siebie. To, jak my i inni interpretujemy nasze sukcesy (i nasze niepowodzenia), ma niebywały wpływ na wybory polityki, programów i instytucji  dokonywane przez innych. Dlatego tak ważne jest wyciągnięcie właściwych nauk.       
     Niektórzy czytelnicy tej książki, widząc mój krytycyzm wobec administracji Billa Clintona, wyciągną niewłaściwe wnioski, tak jak zrobili to pewni czytelnicy artykułu na ten sam temat zamieszczonego w „Atlantic Monthly”. Jeżeli wydaje się, iż oceniam tę administracje surowo, to jest tak częściowo z powodu dużych nadziei, z jakimi rozpoczynaliśmy w niej pracę na początku 1993 roku, i tego, że te nadzieje pod wieloma względami się nie spełniły. Ale chcę się wyrazić jasno: wystawiam surowe stopnie, ale ostatecznie na ogół oceniam na pewnej skali. Gdy się popatrzy na to, co poprzedzało administrację Billa Clintona, a zwłaszcza na to, co po niej nastąpiło, stopnie te stają się niemal entuzjastyczne. Problemem jest jednak nie tyle sprawa ocen, ile zrozumienie, co poszło źle, co poszło dobrze i dlaczego – oraz – co najważniejsze, jak można zbudować przyszłość, w której polityka gospodarcza będzie lepiej prowadzona.       
     Jestem niezwykle dumny z dokonań prezydenta Clintona i jego administracji. Tak, być może mogliśmy zrobić więcej, a zwłaszcza inaczej ukształtować krajobraz świata po zakończeniu zimnej wojny, sprawić, by globalizacja działała nie tylko na naszą rzecz, ale na rzecz całego świata. Tak, krajowi wiodłoby się lepiej, gdybyśmy tak bardzo nie ulegli mantrze deregulacji. Ale zastaliśmy to, co zastaliśmy – między innymi wysoki deficyt, olbrzymie, narastające nierówności i gospodarkę, która nie całkiem wyzdrowiała po recesji – i uczyniliśmy duże postępy: deficyt został wyeliminowany, gospodarka się dobrze zregenerowała. Ubóstwo zostało ograniczone, wzrost nierówności zahamowany, a rozwój programów oświatowych, takich jak Head Start, zapowiadał na przyszłość jeszcze większy postęp na tym polu. Bieżąca polityka utrudniła – a mogła uniemożliwić – dokonanie znacznie więcej. Jednak ten, kto wątpi, jakie stanowisko zajmowałem w tych sprawach, powinien zacząć od przeczytania Epilogu, w którym przeciwstawiam to, co się zdarzyło w czasach Billa Clintona, temu, co nastąpiło potem.  Ostatnie dwa lata były gorzkim rozczarowaniem dla każdego, kto mówi, że polityka się nie liczy  albo że wszyscy politycy są tacy sami.
     W odniesieniu do administracji Billa Clintona chyba najbardziej jestem dumny z tego, że dosłownie wszyscy jej członkowie podzielali wiarę w wartości demokratyczne oraz sprawiedliwość społeczną i byli jej oddani. Rzadko kiedy gromadzi się grupa ludzi o takiej inteligencji i takim zaangażowaniu. Było kilka, bardzo niewiele osób, których ego od czasu do czasu kolidowało z ich poczuciem zaangażowania; trzeba się jednak spodziewać dużego ego u ludzi, którzy przetrwali ostre przepychanki, żeby osiągnąć stanowiska, do których doszli. Przyjaciele, którzy pracowali w poprzednich administracjach , ostrzegali mnie, żebym był czujny, bo mogę dostać nożem w plecy. Jednak w administracji Billa Clintona, jakkolwiek dochodziło do ostrych starć, było bardzo mało wbijania noża w plecy. Prezydent Clinton wprowadził atmosferę wzajemnego zaufania.  Demokracja to coś więcej niżą tylko okresowe wybory; demokracja obejmuje też zapewnienie, że wszystkie głosy są słyszane i przemyślane.         
     Napisałem tę książkę, ponieważ bitwy, które stoczyłem, będą prowadzone nadal. W demokracji takie sprawy nigdy nie są rozstrzygnięte raz na zawsze. Jeżeli popełniliśmy błędy, to można je naprawić. Jednak tylko wtedy, gdy zrozumiemy, dlaczego sprawy ułożyły się inaczej, niż oczekiwaliśmy, tylko wtedy, gdy zrozumiemy, gdzie postąpiliśmy niewłaściwie. Ta książka to moja interpretacja.  
     Wróciłem do środowiska akademickiego, z którego przyszedłem do Waszyngtonu. Kiedy miałem czternaście lat i dorastałem w Gary, w stanie Indiana, mieście hut stali na południowym brzegu jeziora Michigan, postanowiłem, że jak dorosnę, zostanę profesorem, i chciałem to jakoś połączyć z pewną formą służby publicznej. Kilka lat później, gdy byłem studentem Amherst College, zakochałem się w ekonomii i te ambicje nabrały kształtów. Chciałem zrozumieć, co powoduje biedę, bezrobocie i dyskryminację, które widziałem wokół siebie w dzieciństwie, i pragnąłem coś zrobić w sprawie tych wszechobecnych problemów. Być może udało mi się wnieść niewielki wkład w ich rozwiązanie.  Kolejne pokolenie będzie musiało poprowadzić tę batalię dalej. Moi studenci, ze swym idealizmem, energią i zaangażowaniem, napawają mnie nadzieją.

----------
Przypisy
1
Mania związana z rynkami finansowymi ujawniła się nie tylko w przypadku redukcji deficytu. Na przykład w odniesieniu do polityki handlowej martwiliśmy się o to, co się stanie z kursem walutowym. I nawet w myśleniu o kursach walutowych dominowała perspektywa Finansów. Niższy kurs walutowy (mniej jenów za dolara) oznacza, że amerykańskie firmy mogą więcej eksportować, a amerykańscy producenci napotykają na mniejszą konkurencję ze strony zagranicznych producentów. Ameryka rozwija się szybciej, tworzy się miejsca pracy, a przynajmniej się ich nie traci. Ale niższy kurs walutowy oznacza straty dla spekulantów z Wall Street, którzy postawili na „mocnego dolara”, i może oznaczać nieco wyższą inflację, ponieważ podrożeją dobra importowane. Jak zawsze jest coś za coś, jednak debata została zdominowana przez Finanse, które widziały tylko negatywy – do tego stopnia, że gdy jeden z dziennikarzy zapytał pewnego urzędnika Ministerstwa Skarbu, co sądzi o obawach żywionych w Detroit, że wraz ze wzmacnianiem się dolara przemysłowi samochodowemu będzie coraz trudniej sprzedawać swoje produkty za granicą i konkurować z importem z Japonii, ten stwierdził, iż mocny dolar pobudzi producentów samochodów do jeszcze silniejszej konkurencji, do jeszcze większej sprzedaży; jeśli wziąć jego argumentację na poważnie, to oznaczałoby to anulowanie prawa o nachylonej w dół krzywej popytu.      
----------

Rozdział  1
Ożywienie i recesja
Ziarna destrukcji   .........   47

W szalonych latach dziewięćdziesiątych XX wieku wzrost poszybował w górę do poziomów nie obserwowanych przez całe pokolenie. Autorzy artykułów a gazetach i eksperci ogłaszali, że mamy do czynienia z „nową gospodarką”, że recesje należą do przeszłości i że globalizacja przyniesie dobrobyt całemu światu. Jednak pod koniec dekady to, co wyglądało na zaranie nowej ery, zaczęło być coraz bardziej podobne do jednego z tych krótkich okresów aktywności czy hiperaktywności gospodarczej, po których nieuchronnie następuje zapaść, co charakteryzowało kapitalizm przez dwieście lat. Tyle że tym razem bańka – boom zarówno w gospodarce, jak i na rynku papierów wartościowych – była większa i takie też były jej konsekwencje. Nowa era była nową erą zarówno dla Stanów Zjednoczonych, jak i dla całego świata. W związku z tym następująca po niej zapaść objęła nie samą Amerykę, lecz większość świata.
    Wcale nie sądzono, że tak będzie. Koniec zimnej wojny sprawił, że Stany Zjednoczone stały się jedynym supermocarstwem, i oznaczał zwycięstwo gospodarki rynkowej nad socjalizmem. Ideologia przestała dzielić świat. Może to nie był „koniec Historii”, ale co najmniej miał to być początek nowej ery – i przez kilka lat wydawało się, że tak właśnie jest.
    Nie tylko kapitalizm jako taki zatriumfował nad komunizmem. Także jego amerykańska wersja, opierająca się na szorstkim indywidualizmie, zdawała się triumfować nad innymi, łagodniejszymi wersjami. (...) Azjatom mówiliśmy, żeby zrezygnowali z modelu, który najwyraźniej bardzo dobrze im służył przez dwa dziesięciolecia, między innymi zapewniając ludziom zatrudnienie przez całe życie... (...) Wyglądało na to, że Szwecja i inni zwolennicy państwa opiekuńczego również odchodzą od swojego modelu, ograniczając świadczenia ze strony państwa i obniżając stawki podatkowe. Mało ingerujące państwo było nakazem dnia. Proklamowaliśmy triumf globalizacji. Wraz z globalizacją zaś kapitalizm w amerykańskim stylu dotarł do najdalszych zakątków świata.
    Wydawało się, że każdy odnosi korzyści z tego nowego porządku, z tej Economia Americana, która przyniosła ze sobą napływ pieniędzy z krajów rozwiniętych do rozwijającego się świata – sześciokrotny przyrost w ciągu sześciu lat, bezprecedensowy rozwój handlu – przeszło 90-procentowy przyrost w ciągu dekady, a także bezprecedensowy wzrost. Miano nadzieję, że handel i pieniądze wykreują miejsca pracy i wzrost gospodarczy. 
    W centrum nowoczesnego kapitalizmu w amerykańskim stylu znajdowało się coś, co nazwano „nową gospodarką”, symbolizowaną przez firmy internetowe, które zrewolucjonizowały sposób prowadzenia biznesu w Ameryce – i na świecie – zmieniły same tempo zmian technologicznych i zwiększyły stopę wzrostu produktywności do poziomów nie notowanych od ćwierćwiecza czy dłużej. Świat przeżył rewolucję gospodarczą dwa stulecia temu; była to rewolucja przemysłowa, w toku której miejsce rolnictwa jako podstawy gospodarki zajął przemysł. Nowa gospodarka oznaczała równie doniosłą zmianę, mianowicie przejście od produkcji dóbr do produkcji idei, wiążącej się z przetwarzaniem informacji. W rzeczy samej w połowie lat dziewięćdziesiątych przemysł przetwórczy skurczył się mniej więcej do 14% całkowitej produkcji i jeszcze mniejszego odsetka zatrudnienia. Ta nowa gospodarka zapowiadała także koniec cyklu koniunkturalnego, fluktuacji w gospodarce, które4 dotychczas zawsze były częścią składową kapitalizmu.

    Pierwsze oznaki, że coś się nie powiodło, przyszły z zagranicy, z Azji – w postaci kryzysów w Korei Południowej, Indonezji i Tajlandii w 1997 roku. Po nich nastąpiły kryzysy w Rosji, w 1998 roku, i w Brazylii, w 1999 roku. (...)
    W czwartym miesiącu nowego milenium, wraz z gwałtownym spadkiem cen akcji firm technologicznych, pojawiły się pierwsze symptomy, że coś jest nie tak również u nas w kraju. Na samym początku nowego tysiąclecia rynek akcji, ten najlepszy barometr stanu gospodarki, był na absolutnie rekordowym poziomie. Giełdowy wskaźnik średniej wartości akcji NASDAQ Composite Index, obejmujący główne akcje spółek technologicznych , wzrósł z 500 punktów w kwietniu 1991 roku do 1000 w lipcu 1995 roku, by w marcu 2000 roku osiągnąć szczytowy poziom 5132 punktów. Hossa na rynku akcji wzmogła zaufanie konsumentów, które także osiągnęło nowe wyżyny i dało silny impuls do inwestycji, zwłaszcza w kwitnących sektorach telekomunikacji i najnowocześniejszych technologii.   (...)
    Kolejnych kilka lat potwierdziło podejrzenia, że podawane dane były nieprawdziwe, gdyż rynek akcji ustanowił nowe rekordy spadków. W następnych dwóch latach tylko na amerykańskich giełdach wartość firm spadła o 8,5 biliona dolarów, co jest wielkością przekraczającą roczny dochód każdego kraju na świecie, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. (...)
    Niedługo po pęknięciu bańki na rynku akcji firm technologicznych szczęście się odwróciło od realnej gospodarki i Ameryka przeżyła pierwszą recesję od dziesięciu lat. Najwidoczniej nowa gospodarka nie przyniosła z sobą kresu cyklu koniunkturalnego. Tak jak ożywienie było silniejsze niż większość innych boomów w okresie powojennym, tak samo załamanie koniunktury było gorsze. (...)
    W pierwszych dwóch latach nowego tysiąclecia padły kolejne rekordy. Nie były one jednak tego rodzaju, żeby się nimi chełpić. Enron był największym przedsiębiorstwem, jakie kiedykolwiek zbankrutowało – do czasu, gdy prześcignął je WorldCom w lipcu 2002 roku. Kursy akcji spadały dalej, szybciej niż przez lata – wskaźnik S&P 500, który stanowi najlepszy miernik wyników giełdowych, osiągał najgorsze wartości roczne od ćwierćwiecza. W latach dziewięćdziesiątych Amerykanie z zaufaniem zainwestowali swoje oszczędności w akcje spółek. Teraz zaś, wskutek spadku ich wartości rynkowej o 8,5 biliona dolarów, w przybliżeniu jedna trzecia wartości indywidualnych kont emerytalnych – kont IRA i planów 401 (k) po prostu znikła. Nawet mimo zwyżki cen na rynku nieruchomości – niepewnego boomu, który niekoniecznie dobrze wróży na przyszłość – tylko w trzecim kwartale 2002 roku z bilansów gospodarstw domowych ubyło ponad 1,6 biliona dolarów. Pracownicy z długim stażem zdali sobie sprawę, że ich kalkulacje dotyczące emerytury przestały się zgadzać.
    Rynek akcji oczywiście nie zawsze odzwierciedla całą rzeczywistość gospodarczą. Tym razem niestety odzwierciedlał. Między lipcem 2000 roku a grudniem 2001 roku kraj odnotował najdłużej trwający spadek produkcji przemysłowej od czasu pierwszego szoku naftowego. W ciągu zaledwie dwunastu miesięcy zlikwidowano dwa miliony miejsc pracy. Ponaddwukrotnie zwiększyła się liczba bezrobotnych pozostających bez pracy przez długi czas. Stopa bezrobocia podskoczyła z 3,8% do 6%, mniej więcej 1,3 miliona Amerykanów znalazło się poniżej granicy ubóstwa, a kolejnych 1,4 miliona straciło ubezpieczenie zdrowotne.
    W dodatku, zanim gospodarka mogła wyjść z recesji, Ameryką wstrząsnęły najgorsze od przeszło siedemdziesięciu lat skandale w spółkach, które doprowadziły do upadku nie byle jakie firmy, bo Enron i Arthura Andersena, i dotknęły niemal wszystkich większych instytucji finansowych. W miarę upływu czasu stawało się jasne, że problemy nie ograniczały się do sektora telekomunikacyjnego czy całego sektora najnowocześniejszych technologii. Problemy narosły również w służbie zdrowia, a nawet w tak nieciekawej branży, jak sklepy spożywcze.      

Jak to się stało, że sytuacja zmieniła się tak szybko – że triumfujący jak świat długi i szeroki kapitalizm amerykański stał się symbolem wszystkiego co złe w gospodarce rynkowej?  Że globalizacja przynosząca wszystkim niebywałe pożytki doprowadziła do pierwszej recesji nowej ery globalizacji, podczas której spadki koniunktury w Europie, Stanach Zjednoczonych i Japonii wspomagały się nawzajem w spychaniu się w dół. Że nowa gospodarka, która obiecywała koniec cykli koniunkturalnych, stała się nową gospodarką oznaczającą nawet większe niż kiedyś straty? 
    Przebieg zdarzeń wywołał jeszcze więcej pytań. W okresie boomu zaufanie było dzielone między Zarząd Rezerwy Federalnej, z jego długoletnim przewodniczącym Alanem Greenspanem, i administrację prezydenta Clintona. U wielu polityków z zewnątrz, a zwłaszcza na Wall Street, większym prestiżem cieszył się Greenspan. Jednak, jak się wydaje, nie tylko nie potrafił on przewidzieć spadku koniunktury, lecz również kiedy ten spadek coraz bardziej się pogłębiał, nie potrafił doprowadzić do wyzdrowienia. Czy Greenspan utracił swój magiczny zmysł? Czy też cieszył się większym zaufaniem, niż na to zasługiwał?   
    Moment spadku koniunktury, pokrywający się w czasie ze zmianą administracji w Ameryce, dostarcza nazbyt łatwej odpowiedzi na zagadkę nagłej zmiany okoliczności: Bill Clinton i jego zespół ekonomistów wiedzieli, jak zarządzać gospodarką, natomiast George W. Bush i jego zespół nie wiedzieli. Spadek koniunktury przyszedł jednak zbyt szybko po zmianie władzy, żeby to wyjaśnienie wytrzymało krytykę.
    Jednocześnie mogliśmy czerpać trochę pociechy z faktu, że w gospodarce rynkowej zawsze bywały fluktuacje. Każde przegrzanie kiedyś się kończy. Zazwyczaj to wewnętrzna dynamika doprowadza do samodestrukcji. Na przykład wzrost cen domów prowadzi do wzrostu inwestycji w nieruchomości i w konsekwencji nie daje się uniknąć rozziewu między podażą a zmniejszonym na skutek stale rosnących cen popytem. Trwająca od lat osiemdziesiątych dobra koniunktura na rynku nieruchomości się skończyła, kiedy wskaźnik nie sprzedanych domów w Houston osiągnął około 30%. W miarę jak ceny rosły i rosły, coraz trudniej było uwierzyć, że takie tempo ich wzrostu jest do utrzymania. Tak samo było w przypadku tej bańki: wysokie ceny zaowocowały większą liczbą firm internetowych, większymi inwestycjami w telekomunikację. Kiedy bańka pękła, prawdopodobnie przez 97% wszystkich wyprodukowanych światłowodów nie zdążyło przepłynąć światło – po prostu nigdy nie zostały użyte. 
    Amerykanie muszą jednak stawić czoła faktowi, że w każdym boomie tkwią ziarna destrukcji, które nie wydają swoich trujących owoców przez dobre kilka lat. Nie mieliśmy zamiaru wysiewać takich ziaren – nawet nie wiedzieliśmy, że to robimy. Przeciwnie, byliśmy przekonani, że wysiewamy ziarna podstaw dobrobytu na przyszłość. I rzeczywiście wiele z nich zasialiśmy. Niektóre z tych ziaren  to były nasiona drzew wolno wypuszczających pędy – inwestycje w edukację... czy w badania podstawowe – których owoce zbierze dopiero następne pokolenie. Inne ziarna jednak – takie jak nadwyżki budżetowe idące w biliony dolarów, które stanowiły przeciwieństwo rosnących deficytów w latach George’a Busha i Rolanda Reagana – okazały się bardziej kruche, niż nawet my myśleliśmy, ponieważ George’owi W. Bushowi udało się coś, co wyglądało na ogromne, nieprzebrane nadwyżki, w narastający deficyt. Ale stawało się coraz bardziej jasne, że zasialiśmy też ziarna zniszczenia, które legły u podstaw recesji, jaka nadeszła w marcu 2001 roku. Gdyby gospodarką dobrze kierowano, recesja ta mogłaby być krótka i płytka; ale prezydent George W. Bush miał inne plany, w związku z czym jej konsekwencje dla Ameryki, jak również dla świata, są poważne.

Ziarna destrukcji   .........   51

Co było tymi ziarnami destrukcji? Pierwszym był sam boom: była to klasyczna bańka – sytuacja, gdy ceny aktywów nie pozostają w żadnym związku z ich wartością, znana w kapitalizmie od stuleci. W trakcie holenderskiej bańki na rynku cebulek tulipanów na początku XVII wieku cena jednej cebulki wzrosła do poziomu odpowiadającego tysiącowi dolarów; każdy inwestor był gotów zapłacić taką cenę, ponieważ sądził, że będzie mógł sprzedać tę cebulkę komuś innemu po jeszcze wyższej cenie1.Bańki powstają w wyniku pewnej irracjonalnej euforii2 i być może od czasów manii dotyczącej cebulek tulipanowych irracjonalność rynku nie była bardziej oczywista niż wtedy, gdy inwestorzy płacili miliardy dolarów spółkom, które nigdy nie wykazały zysku – i prawdopodobnie nigdy nie wykażą.
    Nikt – ani prezydent – ani minister skarbu, ani przewodniczący Zarządu Rezerwy Federalnej  - nie może być obwiniany o tę irracjonalną euforię; można ich jedynie winić za niezajęcie się konsekwencjami, a w niektórych przypadkach za podtrzymywanie szaleństwa. W rozdziale 3 wyłożę dokładnie, co mogła i powinna była zrobić Rezerwa Federalna, która po nieśmiałej próbie upuszczenia powietrza z bańki po prostu przyczyniła się do narastania szaleństwa.
    Źle prowadzona księgowość dostarczała złych informacji, a irracjonalna euforia po części opierała się na tych złych informacjach. Wiadomo było, że systemy księgowe mają dużą wadę i że system wynagradzania dyrektorów stwarza motywację do wykorzystywania ułomności systemów księgowania. Wiadomo też było, że odpowiedzialni za księgowość, firmy księgowe, stoją w obliczu konfliktu interesów, gdy chcą dostarczać rzetelnych i wiarygodnych informacji. (...) Nad długookresowymi i ogólnymi interesami górę brały interesy krótkoterminowe i partykularne. Hamowały one wysiłki zmierzające do poprawy istniejącego stanu rzeczy, a ustawy podatkowe i prawa dotyczące papierów wartościowych w rzeczywistości stan ten pogarszały. 
    W niektórych dziedzinach Ameryka ma przestarzały system regulacji, nie dotrzymujący kroku zmianom technologicznym, które przekształciły gospodarkę. Jednak zbyt mocno ugrzęźliśmy w pułapce, jaką zastawia mantra deregulacji, bezmyślnie rezygnując z regulowania. To nie przypadek, że wiele problemów szalonych lat dziewięćdziesiątych wzięło swój początek w sektorach niedawno poddanych deregulacji – w energetyce , telekomunikacji i finansach.  Zniekształcone bodźce w połączeniu z irracjonalną euforią stworzyły nowe molochy finansowe Ameryki, żeby dostarczać środków finansowych na podtrzymywanie bańki.  Zarabiały one miliardy na pierwotnych ofertach publicznych i zwodniczej zwyżce cen faworyzowanych przez nie akcji, nawet jeśli te zyski trzeba było osiągać czyimś kosztem – w większości przypadków kosztem zwykłych akcjonariuszy. W administracji debatowaliśmy nad niektórymi tak zwanymi reformami, które potencjalnie zaostrzały konflikty interesów, ale Ministerstwo Skarbu brało stronę firm finansowych, które mówiły: „zaufajcie nam” I to one wygrały, a kraj przegrał (zob. rozdz. 6).
    Przy takich ingrediencjach mikstura była już wystarczająco mocna. Lecz aby dodać piany do panującego szaleństwa, obcięto podatki od zysków kapitałowych (od wzrostu wartości aktywów, takich jak akcje, między nabyciem a sprzedażą). Ci, którzy zarabiali pieniądze, spekulując i wygrywając na giełdzie, byli bohaterami dnia i mieli być słabiej obciążani podatkami niż ci, którzy zarabiają na chleb w pocie czoła. W ten sposób, wskutek specjalnego błogosławieństwa dla spekulacji, na rynek napłynęło więcej pieniędzy i bańka powiększała się jeszcze bardziej. 

Skąd się wzięły niepowodzenia?   .........   53

Kiedy patrzę wstecz na lata dziewięćdziesiąte XX wieku z obecnego miejsca obserwacji, zastanawiam się: co zrobiliśmy niewłaściwie? Były, jak sądzę, dwie podstawowe przyczyny niepowodzeń.

Utrata z pola widzenia równoważącej roli państwa   .........   53

Przez dwanaście lat, w okresie rządów Ronalda Reagana i George’a Busha I, politykę gospodarczą kraju kształtowali ideolodzy wolnego rynku, którzy idealizowali sektor prywatny i demonizowali państwowe programy i regulacje. (...)
    Jednocześnie od dawna wiedziano, że rynek nie zawsze działa dobrze, dostarczając zbyt dużo niektórych dóbr, takich jak zanieczyszczenia powietrza, a zbyt mało innych, takich jak inwestycje w edukację, zdrowie i wiedzę. Poza tym rynek nie reguluje się sam; bywały ogromne fluktuacje w poziomie aktywności gospodarczej, z długimi okresami wysokiego bezrobocia...  Społeczne i gospodarcze koszty takich sytuacji były ogromne.
    Po drugiej wojnie światowej rząd federalny wziął na siebie odpowiedzialność za utrzymanie gospodarki w stanie pełnego zatrudnienia – w drodze tej samej ustawy, która powołała do życia Zespół Doradców Ekonomicznych. I coraz częściej przyznawano, że państwo ma do odegrania ważną, i to uprawnioną rolę w innych dziedzinach, na przykład w ukróceniu zanieczyszczania środowiska. 
    Konserwatyści natomiast chcieli ograniczyć rolę państwa (chyba że chodziło o przyznawanie subsydiów czy ochronę niektórych gałęzi, takich jak przemysł stalowy, aluminiowy, farmy przemysłowe czy linie lotnicze.  W niektórych przypadkach chcieli nawet wyeliminować
państwo, przekazując Ubezpieczenia Społeczne sektorowi prywatnemu.
    Stała za tym wiara w nieskrępowany rynek. Ideę tę często przypisywano Adamowi Smithowi, ojcu współczesnej ekonomii (chociaż on sam był bardziej ostrożny), który w swojej rozprawie  Bogactwo narodów z 1776 roku utrzymywał, że rynek jakby niewidzialną ręką prowadzi gospodarkę do efektywnych wyników. Jednym z wielkich osiągnięć intelektualnych połowy XX wieku, którego autorami byli Gerard Debreu z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Kenneth Arrow ze Stanfordu, uhonorowani Nagrodą Nobla za to osiągnięcie – było określenie warunków, pod jakimi „niewidzialna ręka” Adama Smitha może działać. Jest to duża liczba niemożliwych do spełnienia warunków, takich jak ten, że informacja musi być doskonała, a co najmniej nie może na nią wpływać nic, co się dzieje w gospodarce, i że niezależnie od tego, jaką informację ktoś posiada, inni mają taką samą informację; że konkurencja musi być doskonała oraz że można wykupić ubezpieczenie przed każdym możliwym rodzajem ryzyka. Chociaż wszyscy byli zgodni, iż te założenia są nierealistyczne, to jednak żywiono nadzieję, że jeśli realny świat nie odejdzie od nich zbyt daleko – jeśli informacja nie będzie za bardzo niedoskonała lub firmy nie będą dysponowały zbyt dużą siłą rynkową – to teoria niewidzialnej ręki Adama Smitha będzie stanowiła dobry opis gospodarki. Była to nadzieja oparta na wierze – zwłaszcza tych, którym dobrze służyła – a nie na nauce.
    Moje badania, jak również innych, nad konsekwencjami niedoskonałości i asymetryczności informacji (kiedy różni ludzie wiedzą rożne rzeczy), prowadzone w ciągu ćwierćwiecza, wykazały, iż jedną z przyczyn tego, że niewidzialna ręka może być niewidzialna, jest to, że jej po prostu nie ma. Nawet w krajach najbardziej rozwiniętych rynki funkcjonują z znacząco odmienny sposób, niż zakładają teorie „doskonałego rynku”. Rzeczywiście przynoszą olbrzymie korzyści, były w znacznej mierze sprawcami ogromnego wzrostu stopy życiowej w ubiegłym stuleciu, ale mają też swoje ograniczenia i tych ograniczeń niejednokrotnie po prostu nie wolno ignorować. Masowe bezrobocie, które się okresowo pojawia, świadczące o tym, że rynek nie wykorzystuje dobrze zasobów, jest jedynie wierzchołkiem ogromnej góry lodowej niesprawności rynku. 
    Teoria niewidzialnej ręki rynku stanowiła wielką pomoc dla dyrektorów wykonawczych firm, bo mówiła im, że robiąc dobrze (dla siebie), czynią dobro (dla społeczeństwa. Nie tylko nie powinni się czuć winni zachłanności, przeciwnie, powinni się czuć dumni. (...) Od dyrektorów i innych pracowników na kierowniczych stanowiskach oczekuje się, że będą działali w najlepiej pojętym interesie spółek, ich akcjonariuszy i pracowników, tymczasem w latach dziewięćdziesiątych bodźce zostały bardzo źle ustawione. Działając w swoim własnym interesie, dyrektorzy często nie służyli interesom tych, w imieniu których mieli działać. Jak na ironię, zmian w strukturze płac, które tkwiły u podłoża większości problemów, broniono, twierdząc, że są to bodźce naprawcze.
    Nikt kto obserwował skandale w korporacjach, zaprzepaszczone inwestycje okresu boomu w Ameryce, leżące bezużytecznie zasoby w okresie zapaści, naprawdę nie może dać wiary temu, że rynek sam z siebie doprowadzi do efektywnych wyników. (...)
    W kilku wcześniejszych okresach, gdy gospodarka osiągała słabe wyniki, orędownicy rynku usiłowali znaleźć winowajcę w nadmiernej lub źle przeprowadzonej interwencji państwa... (...) Uważam, że państwo nie spowodowało Wielkiego Kryzysu, lecz mimo to ponosiło winę: nie zrobiło tego, co mogło, żeby go zahamować i zminimalizować szkody, jakie wyrządził. Ale niezależnie od tego, co się myśli o Wielkim Kryzysie, to państwo robiąc za mało – wprowadzając za mało przepisów , a nie za dużo – było sednem problemu w szalonych latach dziewięćdziesiątych i recesji, która później nastąpiła.
    (...) Ale w gospodarce jako całości kończy się na tym, że to państwo w ten czy inny sposób ratuje sytuację, gdy sprawy idą źle. Kiedy deregulacja w bankowości doprowadziła do problemów z kasami oszczędnościowo-pożyczkowymi w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, rachunek zapłacili amerykańscy podatnicy. Wiele regulacji ma na celu ochronę Ameryki i amerykańskich podatników przed takim ryzykiem.
    Oczywiście państwo, podobnie jak rynek, ma różnorodne niedoskonałości, prowadzące do niesprawności, które są równie dokuczliwe jak niesprawności rynku. Właśnie  dlatego państwo i rynek powinny współdziałać, wzajemnie się uzupełniać, kompensując wzajemnie swoje słabości i wzmacniając silne strony.
    W istocie niektóre rzeczy państwo może być w stanie robić nawet lepiej niż sektor prywatny. (...)
    (...) Jim Carter rozpoczął proces deregulacji...  Ale za Ronalda Reagana i George’a Busha Ameryka posunęła deregulację za daleko. Nowi demokraci mieli rację, podkreślając, że rynek jest osią każdej udanej gospodarki, ale mimo to państwo ma do odegrania rolę o rolę o podstawowym znaczeniu. Niewłaściwie przeprowadzona deregulacja i zła polityka podatkowa była podłożem recesji w 1991 roku, a niewłaściwie przeprowadzona deregulacja, zła polityka i złe praktyki w księgowości są podłożem obecnego spadku koniunktury. Amerykańscy inwestorzy zaufali audytorom przeprowadzającym kontrolę w spółkach, a ci audytorzy zawiedli to zaufanie. Podobnie, inwestorzy zaufali analitykom z Wall Street przy wyborze kupowanych akcji, a ci analitycy zawiedli ich zaufanie.
    Ideologia doprowadziła do rozwiązań, które przyczyniły się do wygenerowania bańki, a ta w końcu pękła. Co więcej, ideologia wolnego rynku nie dopuściła także do podjęcia działań mogących rozwiązać pewne podstawowe problemy, które dały asumpt do powstania bańki, jak również innych działań, które mogły tę bańkę zmniejszyć, wypuszczając z niej powietrze nie tak raptownie.                       

Wzrost tanim kosztem   .........   57

Wyłaniające się zrozumienie lat dziewięćdziesiątych wymaga, żebyśmy przyznali – sobie samym i światu – iż zaangażowaliśmy się w chybioną próbę osiągnięcia wzrostu tanim kosztem – jakkolwiek nie za pośrednictwem „szamańskiej (wudu) ekonomii” Ronalda Reagana, który w jakiś sposób wierzył, że dzięki obcięciu podatków można zwiększyć wpływy podatkowe – ale poprzez gospodarkę „bańki mydlanej”. Zamiast ograniczyć konsumpcję, żeby sfinansować ożywienie, Stany Zjednoczone poważnie się zapożyczyły... (...)
    Zrobiliśmy trochę dobrych inwestycji długoterminowych... ale nazbyt dużo inwestycji poszło na rozrzutne wydatki... (...)
    W przeciwieństwie do tego, zbyt mało inwestycji zostało przeznaczonych na zaspokojenie istotnych potrzeb o charakterze społecznym, w dziedzinie edukacji, infrastruktury czy badań podstawowych. (...)
    (...)  U podstaw wielu z tych błędów leżał nadmierny zapał do redukowania deficytu budżetowego. Prezydent Reagan dopuścił do wymknięcia się deficytu spod kontroli, wystawiając na ryzyko długookresowy wzrost gospodarki, i coś z tym trzeba było zrobić. Jednak tak jak za daleko posunęliśmy deregulację, tak samo za daleko posunęliśmy się z redukcją deficytu.  (...)
    (...)  Konserwatyści nieustannie wysuwali argumenty przemawiające za mniejszą rolą państwa, mniejszymi wydatkami, mniejszą liczbą pracowników państwowych, mniejszą ilością regulacji. Założenie wstępne było takie, że państwo nieuchronnie jest nieefektywne. Nawet jeśli występują problemy, to regulacje wprowadzone przez państwo nieuchronnie pogorszą sprawy; w związku z tym najlepszym rozwiązaniem jest po prostu pozwolić rynkowi działać po swojemu.
    Administracja Billa Clintona nie cierpiała rozrzutności cechującej wiele programów federalnych i nieskuteczności wielu regulacji i naprawdę staraliśmy się coś zrobić z tym problemem...   Mimo że prezydenci Reagan i Bush pomstowali na państwo, to w okresie sprawowania przez nich władzy zatrudnienie w sektorze publicznym w rzeczywistości wzrosło. Za czasów prezydenta Clintona odsetek krajowej siły roboczej zatrudnionej przez rząd federalny skurczył się...  Jednakże zainicjowaliśmy te redukcje nie w celu zburzenia państwa...  Dzięki pokazaniu, że państwo może być efektywne i innowacyjne, mieliśmy nadzieję ponownie zyskać poparcie dla rządu i dla tych poczynań, które leżą w domenie odpowiedzialności państwa.    

Amerykańskie niepowodzenia za granicą   .........   59

Boom i późniejszy krach w gospodarce światowej były faktycznie nawet większe niż w Ameryce, ale były ze sobą nierozerwalnie splecione. Wraz z zakończeniem zimnej wojny i nadejściem globalizacji mieliśmy okazję stworzyć nowy międzynarodowy ład oparty na amerykańskich wartościach, odzwierciedlający nasze rozumienie równowagi między państwem a rynkiem, taki, który wspierałby sprawiedliwość społeczną i demokrację w skali światowej. (...)
    Kiedy jednak patrzymy na te dokonania z perspektywy czasu, kiedy widzimy protesty na całym świecie i czujemy tętno antyamerykanizmu, staje się jasne, że znowu coś poszło nie tak5. U podłoża protestów tkwiły głębsze przyczyny. Globalizacja często nie przynosiła zapowiadanych pożytków. Z wyjątkiem Azji – która w znacznej mierze nie stosowała się do forsowanych przez Stany Zjednoczone zaleceń dotyczących wzrostu i rozwoju – ubóstwo się zwiększyło, w niektórych miejscach drastycznie. Ponieważ w Ameryce Łacińskiej w okresie reform i globalizacji lat dziewięćdziesiątych wzrost był niemal o połowę mniejszy niż w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nic dziwnego, że wzbudziło to niezadowolenie. Rozziew między posiadającymi a nieposiadającymi – zarówno między Stanami Zjednoczonymi a światem rozwijającym się, jak i między bogatymi a biednymi w krajach rozwijających się – wzrastał. Nawet wiele osób spośród tych, którym się lepiej powodziło, odczuwało większą niepewność jutra. Argentyna została okrzyczana uczniem, który przyswoił sobie reformy na szóstkę z plusem. Patrząc na katastrofę, jaka na nią spadła, kraje rozwijające się pytają: jeśli to ma być rezultat
, to co nas czeka? W miarę zaś jak zwiększało się bezrobocie i poczucie bezradności, a owoce ograniczonego wzrostu w nieproporcjonalnie dużym stopniu zbierali bogaci, narastało również poczucie niesprawiedliwości społecznej.
    Dekada  niespotykanego wpływu Ameryki na gospodarkę światową była także dekadą, w której jeden kryzys gospodarczy zdawał się następować natychmiast po drugim – co roku wybuchał nowy. Przetrwaliśmy te kryzysy. Może nawet odnieśliśmy korzyści w postaci niższych cen, po których mogliśmy kupować niektóre importowane towary, a nasze banki inwestycyjne mogły osiągnąć zyski.
    Ale kryzysy spowodowały niesłychane trudności w tych krajach, które je przeżyły. Szumnie zapowiadana transformacja w byłych krajach komunistycznych w gospodarkę rynkową, która miała przynieść bezprecedensowy dobrobyt, przyniosła bezprecedensowe ubóstwo. Transformacja okazała się taką katastrofą, że latem 1999 roku „The New York Times” zapytywał:
Kto zgubił Rosję6... spodziewano się, że gdy wydajny kapitalizm zastąpi chylący się ku upadkowi, dekadencki komunizm, produkcja pójdzie w górę. W rzeczywistości PKB spadł o 40%, a ubóstwo zwiększyło się dziesięciokrotnie. Tymczasem Chiny, idące własnym kursem, pokazały, że istniała alternatywna ścieżka transformacji, która mogła zakończyć się sukcesem, zarówno przynosząc wzrost, zapowiadany przez rynek, jak i wydatnie ograniczając ubóstwo.  
    Najwyraźniej coś było nie w porządku ze sposobem, w jaki prowadziliśmy świat ku nowemu ładowi międzynarodowemu. Co najmniej nie zajęliśmy się fundamentalnymi problemami braku stabilności. Dużo się mówiło o reformowaniu globalnej architektury finansowej, lecz nie było żadnego konkretnego działania.
    Ponownie należy zapytać, jakie błędy popełniliśmy i dlaczego?
    Na przykład porozumienia międzynarodowe odzwierciedlały nasze troski, nasze interesy; zmuszaliśmy ludzi za granicą, żeby otwierali swoje rynki kapitałowe, przed, powiedzmy, naszymi instrumentami pochodnymi i napływem kapitału spekulacyjnego, wiedząc, jak mogą być one destabilizujące. Ale Wall Street tego chciała a jeśli Wall Street czegoś chciała, to było więcej niż prawdopodobne, że to dostanie.
    Krajom rozwijającym się powiedziano, żeby otworzyły swoje rynki przed wszelkimi możliwymi do wyobrażenia formami importu...  Tymczasem my utrzymaliśmy sztywne bariery handlowe i duże subsydia dla amerykańskich farmerów i przemysłu rolnego, odmawiając przy tym rolnikom z Trzeciego Świata dostępu do naszego rynku. Naszą standardową radą udzielaną krajowi, który przeżywał ciężkie chwile i stawał w obliczu recesji, było: ciąć wydatki – chociaż sami rutynowo uciekaliśmy się do finansowania deficytowego, gdy chcieliśmy się uporać ze spadkiem koniunktury.
    Nie były to jedyne przykłady tego, co za granicą uważano za jawną hipokryzję. Nawet gdy w latach dziewięćdziesiątych równoważyliśmy budżet, utrzymywaliśmy spory deficyt handlowy, a jednocześnie innym prawiliśmy kazania, że powinni zmniejszyć swój deficyt w obrotach handlowych. Widocznie było zrozumiałe, że bogatemu wolno żyć ponad stan, natomiast w przypadku biednego byłoby to niewybaczalne7. 
    Szczególnie dziwny był kontrast między paliatywami zalecanymi przez administrację Billa Clintona za granicą, a bitwami, które staczała ona w kraju. W kraju broniliśmy systemu państwowych ubezpieczeń społecznych przed prywatyzacją, chwaląc jego niskie koszty transakcyjne i bezpieczeństwo dochodów, jakie zapewnia, i to, że praktycznie wyeliminował biedę wśród osób starszych. Za granicą zaś forsowaliśmy prywatyzację. W kraju przekonywaliśmy usilnie, że Rezerwa Federalna powinna się skupiać na wzroście i bezrobociu oraz na inflacji... Za granicą zaś nakłanialiśmy banki centralne do skupiania się wyłącznie na inflacji.
    (...)
    (...) My pracujący, w administracji Billa Clintona, nie mieliśmy wizji nowego pozimnowojennego ładu międzynarodowego, natomiast społeczność biznesowa i finansowa miała: dostrzegła nowe możliwości osiągania zysków. Dla nich na tym właśnie miała polegać rola państwa: na pomaganiu im w uzyskiwaniu dostępu do rynków. I rozwiązania, które forsowaliśmy za granicą, pomogły naszym przedsiębiorstwom dobrze tam sobie radzić. W kraju istniała kontrola tych rozwiązań, spowodowana naszą troską o konsumentów i pracowników. Za granicą takiej kontroli nie było. W kraju opieraliśmy się przed naciskami na zmiany prawa upadłościowego, które by nadmiernie dotykały dłużników. Za granicą pierwszą troską podczas każdego kryzysu było jak najszybsze i jak najpełniejsze spłacenie długów amerykańskim i innym zachodnim bankom, do tego stopnia, że dostarczano w tym celu miliardy dolarów. Deregulację, którą w kraju posunęliśmy zbyt daleko, za granicą posunęliśmy jeszcze dalej.
    Nie jest więc niespodzianką, że rozwiązania, które lansowaliśmy, i sposób, w jaki to robiliśmy, wywoływały ogromne oburzenie. (...) To, że mamy problem z oszustwami księgowymi, nie oznacza, iż na świecie nie należy podwyższać standardów księgowości; jednak Enrony i Arthury Anderseny podkopały autorytet Ameryki w takich sprawach. Nasza hipokryzja w kwestiach handlowych staje się powodem utrzymywania systemów protekcjonistycznych za granicą, nawet w krajach, które naprawdę zyskałyby na obniżeniu barier handlowych.         
    

Polityka prowadząca do niepowodzeń   .........   62

Kiedy jako doradcy ekonomiczni prezydenta Clintona przybyliśmy do Waszyngtonu, byliśmy dobrze przygotowani do zajęcia się wieloma problemami, które wywołały bańkę i jej pęknięcie, do przywrócenia równowagi między działaniami kolektywnymi i jednostkowymi oraz między państwem a rynkiem, do stworzenia podstaw silnego, długotrwałego wzrostu. Bill Clinton został wybrany na prezydenta pod hasłem postawienia na pierwszym miejscu ludzi, a nie interesów finansowych. Wiedzieliśmy, że występowały konflikty interesów; wiedzieliśmy, że rynek sam z siebie często nie funkcjonuje dobrze; wiedzieliśmy, że było miejsce na regulacje państwowe. A szerszy interes ogólny, któremu większość nas chciała służyć, oznaczał, iż nie powinniśmy byli dać się uwieść wyrachowanej argumentacji orędowników wolnego rynku.
    Ze wszystkich błędów, jakie popełniliśmy w szalonych latach dziewięćdziesiątych, najgorsze były te, które zostały spowodowane nieprzestrzeganiem naszych zasad i brakiem wizji. Mieliśmy zasady. Kiedy administracja obejmowała urząd, większość z nas wiedziała, przeciwko czemu jesteśmy. Byliśmy przeciwko konserwatyzmowi Ronalda Reagana. Wiedzieliśmy, że państwo powinno odgrywać większą i odmienną rolę, że powinniśmy się bardziej skoncentrować na biednych i na zapewnieniu wszystkim edukacji i ochrony socjalnej oraz że powinniśmy chronić środowisko naturalne. Krótkowzroczne skupienie się na finansach, na deficycie budżetowym sprawiło, że przestaliśmy brać te plany pod uwagę.
    Opowiadaliśmy się też za prawami obywatelskimi i prawami człowieka, za nowym internacjonalizmem, za demokracją. W okresie zimnej wojny okazywaliśmy przyjaźń bezwzględnym dyktatorom, niezbyt zważając na to, za czym oni się opowiadają i co robią, po prostu dlatego, że byli po naszej stronie w walce z komunizmem. Dzięki zakończeniu zimnej wojny mogliśmy łatwiej trzymać się tradycyjnych wartości amerykańskich i to robiliśmy. Lansowaliśmy demokratyczne rządy. Ale znowu, pod wpływem świata finansów, w każdy możliwy sposób forsowaliśmy za granicą zestaw reform opartych na fundamentalizmie rynkowym, nie zwracając specjalnej uwagi, jak bardzo to, co robiliśmy, naruszało procesy demokratyczne8.
    Dlaczego przestaliśmy się kierować naszymi wartościami? Łatwo jest zrzucać winę na innych – odziedziczony deficyt ograniczał to, co mogliśmy zrobić, tak samo jak wybrany w 1994 roku konserwatywny Kongres. Myślę jednak, że byliśmy po części ofiarą naszego własnego pozornego sukcesu. Na początku kadencji śmiały, szeroko zakrojony program zajęcia się problemami Ameryki został odłożony na bok na rzecz jednostronnego skupienia się na redukcji deficytu. Gospodarka odżyła, doceniono znaczenie ograniczenia deficytu, a wraz z tym wzrosła wiarygodność orędowników tego posunięcia. Gdy popierali deregulację, należało słuchać ich mądrości. Gdy popierali deregulację w swoim własnym sektorze, należało słuchać ich ze szczególną uwagą – no bo w końcu kto więcej wie o rynkach finansowych niż finansiści. Tak bardzo zafascynowani naszym pozornym sukcesem zapomnieliśmy o dwóch stuleciach doświadczeń dotyczących z problemów wynikających z konfliktu interesu – nie mówiąc już o naukach
wypływających z ostatnich osiągnięć teorii asymetrii informacji.
    Poza tym, kiedy republikanie przejęli kontrolę nad Kongresem, deregulacja i obniżenie podatków od zysków kapitałowych stały się częścią wspólnej platformy: prezydent, działacz Partii Demokratycznej dążący do zajęcia przez nią nowej centrowej pozycji, chciał znaleźć pewną wspólną płaszczyznę z konserwatywnymi republikanami.

Lekcje   .........   64

Głównej lekcji, jaka wynika z tej historii wzlotu i upadku – takiej, że rola państwa i rola rynku powinny być zrównoważone – najwyraźniej świat musi się wciąż uczyć od nowa. Jeśli kraje znajdą złoty środek między nimi, to dynamicznie się rozwijają – tak było w Ameryce przez większość jej historii czy w Azji Wschodniej w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX stulecia. Jeśli im się nie uda znaleźć złotego środka, gdyż skłaniają się w kierunku bądź zbyt dużej, bądź zbyt małej roli państwa, to katastrofa wisi w powietrzu. Chociaż niesprawności wynikające z przerostu państwa mają bardziej dramatyczne skutki – czego dowodem jest upadek systemu komunistycznego – to ten drugi przypadek też prowadzi do niesprawności.
    To zbyt mało, a nie zbyt dużo regulacji było przyczyną kryzysu w Azji Wschodniej w 1997 roku. To zbyt mało regulacji spowodowało krach kas oszczędnościowo-pożyczkowych w 1989 roku, za który amerykańscy podatnicy zapłacili ponad 100 miliardów dolarów, subwencjonując znaczną część krajowego systemu finansowego. (Jedyne, co można powiedzieć w obronie tego dofinansowania, jest to, że – biorąc pod uwagę konsekwencje nadmiernej deregulacji – koszty zaniechania byłyby jeszcze większe).
    Jakkolwiek podczas kadencji prezydenta Clintona czasami gubiliśmy tę równowagę, to sprawy przybrały jeszcze gorszy obrót podczas następnej prezydentury – z możliwymi do przewidzenia konsekwencjami w postaci pogorszenia się wyników naszej gospodarki. Wyzwaniem na dzisiaj jest przywrócenie tej równowagi, nauczenie się lekcji wynikających z burzliwej dekady lat dziewięćdziesiątych i lat następnych.  

Książka ta w większości dotyczy wewnętrznej polityki i gospodarki amerykańskiej, ale jak pokazały wydarzenia ostatnich lat, spraw tych, i naszej pomyślności, nie można odseparować od tego, co się dzieje za naszymi granicami. Globalizacja może być nieuchronna, lecz sposób, w jaki staraliśmy się ją zorganizować – w naszym interesie – nie współgrał z wyznawanymi przez nas wartościami i w końcu przestał służyć nawet naszym interesom. Po hossie „globalizacyjnej”, podobnie jak po hossie na giełdzie i w gospodarce, przyszła bessa, częściowo dlatego, że – tak jak w przypadku pozostałych hoss – tkwiły w niej zalążki samozniszczenia.
    Choć nasza gospodarka nie osłabła, to nasza globalna strategia nie miała szans powodzenia. Opierała się bowiem na wywieraniu nacisku na kraje Trzeciego Świata, żeby przyjęły rozwiązania znacznie różniące się od stosowanych przez nas samych – żeby zastosowały fundamentalistyczne rozwiązania rynkowe, takie, przeciwko którym administracja prezydenta Clintona walczyła w kraju. Opierała się na odkładaniu przez nas na bok sprawiedliwości społecznej, równości, uczciwości po to, aby jak najwięcej uzyskać dla amerykańskich grup interesu.  
    Świat stał się wzajemnie powiązany pod względem gospodarczym, toteż tylko równoprawne porozumienia międzynarodowe mogą zapewnić stabilność globalnego rynku. Będzie to wymagało ducha kooperacji, którego nie buduje bezrozumna siła, dyktowanie nieodpowiednich warunków w samym środku kryzysu, zastraszanie, forsowanie nieuczciwych traktatów handlowych czy prowadzenie obłudnej polityki handlowej – będące częścią hegemonistycznej schedy zostawionej przez Stany Zjednoczone po latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, która przypuszczalnie się pogorszyła w okresie sprawowania władzy przez następną administrację.   
    W dziedzinie polityki gospodarczej na arenie międzynarodowej Ameryka lat dziewięćdziesiątych zapowiadała ideologiczny zapał i jednostronność następnej administracji. Konsekwencje tego będą stanowiły część spuścizny, z którą
będzie się musiała zmierzyć kolejna administracja.
    Do hossy i bessy globalizacji wrócimy w rozdziale 9. Najpierw jednak trzeba wykonać prace przygotowawcze: omówić dochodzenie do ekonomicznego zdrowia w 1993 roku i boom w gospodarce, jaki potem nastąpił.   

----------
Przypisy
7
Mogliśmy dawać sobie radę mimo tak lekkomyślnego postępowania, ponieważ dolar był de facto walutą światową. Problem systemu rezerwy globalnej należał do tych zagadnień o zasadniczym znaczeniu, których nigdy nawet nie przedyskutowaliśmy, nie mówiąc już o zajęciu się nim.     
8 Kiedy w Rosji parlament przeciwstawiał się reformom uważanym przez nas za właściwe, namawialiśmy Borysa Jelcyna do wydania dekretów prezydenckich, żeby ominąć parlament. Gdy zaś wyglądało na to, że Jelcyn może zostać pokonany, udawaliśmy, że nie widzimy, jak Rosja rozdaje swe bogate zasoby oligarchom, którzy się Jelcynowi odpłacili, działając na rzecz jego reelekcji. Podobnie mało uwagi zwracaliśmy na to, że koncentracja prywatnych mediów może się skończyć brakiem dywersyfikacji poglądów, czyli doprowadzić do sytuacji niewiele lepszej od dominacji mediów państwowych. Czasami wydawało się, że jedyną rzeczą, która nas interesowała, było tempo prywatyzacji.  
----------         

Epilog
Kolejne nauki
z niewłaściwego kierowania gospodarką
   .........   273

Prysła bańka. Gospodarka weszła w recesję. Było to nieuchronne, że tak się stanie, że skończą się kiedyś  sukcesy szalonych lat dziewięćdziesiątych XX wieku wyrosłe na fałszywych przesłankach, jak i to, że dojdzie do ostrych sprzeciwów wobec globalizacji. Nie było jednak nieuniknione to, że spadek aktywności gospodarczej  będzie tak długi i tak głęboki, jak był, i że będzie tak bardzo dotkliwy. Ponad dwa lata gospodarka Stanów Zjednoczonych funkcjonowała znacznie poniżej swoich możliwości – przyniosło to stratę przekraczającą pół biliona dolarów, którą należy dodać do zmarnowanych, źle zainwestowanych pieniędzy w okresie dobrej koniunktury. W chwili oddawania tej książki do druku gospodarka nadal nie wykorzystywała swojego potencjału. Podobnie jak z błędów polityki w latach dziewięćdziesiątych, ważne nauki powinniśmy również wyciągnąć z błędów popełnionych już w nowym tysiącleciu.
     W rozdziale 1 widzieliśmy, jaki zestaw problemów odziedziczył Bill Clinton po Bushu I: gospodarkę w recesji, powolny wzrost produktywności, rosnące nierówności oraz ogromny, powiększający się deficyt budżetowy i handlowy. Niektóre z nich rozwiązał – gospodarka wyszła z recesji i, co najważniejsze, wyeliminowany został olbrzymi deficyt. W pewnych dziedzinach, na przykład w zakresie wzrostu produktywności, sukces przeszedł wszelkie oczekiwania. W innych, jak w przypadku nierówności, osiągnięto pewien ograniczony postęp: zmniejszono biedę i ludzie znajdujący się na samym dole drabiny dochodów odnotowali wreszcie pewien ich wzrost. Jednak ogromny wzrost nierówności, który charakteryzował poprzednie dwie dekady, obejmujące lata administracji Ronalda Reagana i Busha I, nie został odwrócony.  W jeszcze innych dziedzinach, jak w przypadku ogromnego deficytu handlowego, jeżeli była jakaś poprawa, to niewielka. 
     Administracja Billa Clintona chętnie zrobiłaby więcej dla rozwiązywania długookresowych problemów Ameryki, ale szyki pokrzyżował jej brak zasobów – poświęconych, tak jak gdzie indziej, na ołtarzu redukcji deficytu – oraz brak współpracy ze strony Kongresu. Wiedzieliśmy, że wzrost produktywności musi się opierać na wcześniejszych inwestycjach w naukę i technikę, toteż chcieliśmy zwiększyć te inwestycje, ale ograniczał na budżet,  jak również konserwatywna ideologia, że państwo nie powinno wspierać nauki i techniki. Wiedzieliśmy, że nasza infrastruktura ma poważne braki, że powinniśmy więcej łożyć na edukację i poprawę stanu środowiska naturalnego. 
     Mimo, że nie zrobiliśmy tak wiele, jak chcieliśmy, gospodarka, którą pozostawiliśmy George’owi Bushowi, znajdowała się w bardzo dobrym stanie. Deficyt budżetowy przemienił się w ogromną nadwyżkę, a bezrobocie było niższe niż w poprzednich dekadach.
     Nowa gospodarka jest czymś rzeczywistym, nawet jeśli jej znaczenie było wyolbrzymione – dzisiejsza gospodarka znacznie się różni od tej, która była dziesięć lat temu. Nowe technologie, takie jak Internet i telefonia komórkowa, zmieniły sposób prowadzenia interesów i komunikowania się. Stanowiły one źródło wzrostu produktywności, który ciągle trwa i będzie trwał, dokonując ogromnych zmian w naszym poziomie życia. Te przekształcenia w gospodarce umożliwiły nam zmniejszenie bezrobocia bez wzrostu inflacji. Warunki, które podtrzymują niską stopę bezrobocia, zarówno napędzają wzrost gospodarczy, jak i dają możliwość rozwiązania ważnych problemów społecznych – zwłaszcza tych, które wiążą się z wykluczeniem mniej wykwalifikowanych pracowników z rynku pracy. Ameryka ma od dawna dobrze wykształconą siłę  roboczą., a w ostatnich latach jej kwalifikacje nawet wzrosły, co zwiększa możliwości zmiany pracy. Opłaciła się strategia ułatwiania przechodzenia z jednego miejsca pracy do drugiego, polegająca między innymi na zwiększaniu możliwości przenoszenia planów emerytalnych i skupianiu się na pomocy pracownikom w zdobywaniu umiejętności pozwalających na dożywotnie zatrudnienie, nie zaś – jak to było tradycyjnie rozumiane – na bezpieczeństwie zatrudnienia u jednego pracodawcy.
     Choć ujawnione zostały liczne słabości naszych instytucji finansowych, to jednak ich siła – ich zdolność do dostarczania kapitału na potrzeby nowych przedsięwzięć, do wspierania innowacji – stanowi przedmiot zazdrości reszty świata.
     Ale ta ich siła, jakkolwiek bardzo nam się przydała, nie była dostatecznie duża, aby zapewnić nieustanny wzrost gospodarczy, a zwłaszcza nie wystarczyła do tego, aby owoce tego sukcesu sta
ły się szeroko dostępne. Z sukcesów i niepowodzeń lat dziewięćdziesiątych i pierwszych lat nowego tysiąclecia powinniśmy się nauczyć, że potrzeba czegoś więcej. Powinniśmy też już więcej wiedzieć, czego konkretnie potrzeba.
     George W. Bush odziedziczył kraj o ogromnej sile, ale mający również pewne problemy. Gospodarka zmierzająca ku recesji, deregulacja, źle pomyślane zmiany podatkowe, zła księgowość, zachłanność korporacji oraz niezbyt zręczna polityka pieniężna – wszystko to nadymało nietrwałą bańkę. W pewnych dziedzinach Ameryka wykorzystała możliwości stworzone przez koniec zimnej wojny do działań w duchu prawdziwego przywództwa – kładąc nacisk na program praw człowieka i demokracji – ale w innych dziedzinach zachowała się mniej godnie. Tak często stawiała konkretne interesy gospodarcze i finansowe ponad zasady, że bardzo to podkopało zaufanie do globalizacji.
     Prezydent Bush stanął przed trudnym wyborem. Mógł się starać wyciągnąć nauki z szalonych lat dziewięćdziesiątych i zająć pozostałymi problemami albo mógł zlekceważyć ową lekcję i podjąć realizację programu Busha I i Reagana tam, gdzie został przerwany. Niestety, wybrał drugą możliwość, która przyniosła skutki niedobre dla gospodarki, niedobre dla kraju i niedobre dla świata. Nie tylko recesja była o wiele za długa i za głęboka, niż to było konieczne. Problemy nierówności i biedy, w których rozwiązywaniu poczyniliśmy pewien, choć ograniczony postęp, pogłębiły się, gdy zaczęło rosnąć bezrobocie, a zasiłki dla bezrobotnych za nim nie nadążały, gdy obniżki podatków obejmowały tych, którzy i tak już wiele zyskali (a w pewnych przypadkach właściwie „się nakradli”) w latach dziewięćdziesiątych), natomiast cięcia wydatków państwa były wymierzone w tych, którzy nie skorzystali w pełni z tamtej koniunktury. Inwestowanie w pewne dziedziny badań podstawowych i rozwojowych zostało ograniczone, a deficyt handlowy się powiększył. Niezadowolenie z globalizacji, widoczne już pod koniec lat dziewięćdziesiątych, osiągnęło nowe szczyty. 
     Nic z tego nie musiało się zdarzyć. I nie mówię tego wyłącznie z obecnej perspektywy. Kierunek działań, jakie należało podjąć, był jasny już wtedy, gdy gospodarka zaczęła popadać w recesję. Mimo nieuniknionej niepewności w sprawie polityki na początku 2001 roku opowiadałem się wraz z innymi za takimi posunięciami, które oszczędziłyby gospodarce wielu kłopotów w nadchodzących latach. Chodzi więc nie tyle o to, że administracja George’a W. Busha nie wyciągnęła nauk z lat dziewięćdziesiątych, nie nauczyła się, jak sobie radzić z zagrożeniami nowej gospodarki, ile o to, że miała ona, jestem pewny, inny program.                          

Niewłaściwe kierowanie całością gospodarki

Gdy George W. Bush objął urząd, przeforsował obniżkę podatków, która nie była pomyślana jako bodziec i nie zadziałała jako bodziec. Gospodarka straciła werwę. Obniżka podatków przyniosła ogromną ulgę dobrze sytuowanym, ale dała niewiele tym, którzy muszą wydawać pieniądze, aby gospodarka funkcjonowała. Odwołując się do argumentów Keynesa przy uzasadnianiu tej obniżki, prezydent Bush i jego doradcy powinni byli wiedzieć, że jej oddziaływanie będzie minimalne i niewystarczające. Być może prezydent miał nadzieję, że można zrobić jakąś sztuczkę z polityką pieniężną. Jednak doświadczenie lat dziewięćdziesiątych powinno go nauczyć, że poleganie na niej jest ryzykowne. Ostatecznie polityka pieniężna nie wyciągnęła gospodarki z zastoju, niższe stopy procentowe nie ożywiły inwestycji – firmy o nadmiernych zdolnościach produkcyjnych nie rozpoczęły budowy nowych fabryk światłowodów tylko dlatego, że koszty kredytów stały się niższe. Niższe stopy procentowe nie skłoniły wielu właścicieli domów do refinansowania pożyczek hipotecznych, a pieniądze podtrzymywały tylko konsumpcję. Postawiło to gospodarkę w jeszcze bardziej niebezpiecznej sytuacji na przyszłość, z bardziej zadłużonymi gospodarstwami domowymi.
     Zamiast obdarowywać bogatych dużymi obniżkami podatków, należało zastosować posunięcia, które stymulowałyby gospodarkę szybciej, pewniej i sprawiałyby, że za swego dolara dostawałoby się więcej. Wiadomo, jak stworzyć silne i skuteczne bodźce podatkowe. Trzeba dawać pieniądze tym, którzy je wydadzą, i to wydadzą szybko: bezrobotnym, miastom i stanom, które są głodne funduszy, oraz mało zarabiającym robotnikom. Inwestycyjne ulgi podatkowe powinny być przyznawane tylko tym przedsiębiorstwom i osobom, które zwiększają inwestycje1. Bodziec silny jest także bodźcem sprawiedliwym, gdyż pieniądze, ogólnie mówiąc, pójdą do najbiedniejszych Amerykanów, którzy najmniej skorzystali ze wzrostu gospodarczego w ostatniej ćwierci ubiegłego wieku. Dając pieniądze miastom i stanom, zapobiegnie się cięciom wydatków na edukację i ochronę zdrowia, które uderzają szczególnie mocno w ludzi biednych.
     Chociaż już na początku 2001 roku wydawało mi się, a także większości innych bacznych obserwatorów gospodarki, że przy istniejącym przeroście zdolności produkcyjnych w sektorach, które odegrały wielką rolę w ożywieniu, czeka ją poważny spadek koniunktury, to jednak zawsze jest pewien zakres niepewności. Mając te wątpliwości, ostrzegaliśmy, że trzeba uruchomić pewne automatyczne stabilizatory: rozszerzyć ubezpieczenia na wypadek utraty pracy i wprowadzić pomoc rekompensującą niedobór w dochodach podatkowych wynikający z recesji, bo gdyby recesja trwała dłużej, stany i miasta byłyby zmuszone obcinać wydatki i podnosić podatki, przez co recesja by się przedłużała i pogarszała.      
     Ostrzegaliśmy także- nie dzielcie skóry na niedźwiedziu. Na liczbach z budżetu nie można polegać. Nadwyżki mogą się w magiczny sposób na naszych oczach zmienić w deficyt. Pracując nad projektami budżetu w czasie mego członkostwa w Zespole Doradców Ekonomicznych prezydenta Clintona, widziałem, jak niepewne są to projekty, jak niewielka zmiana założeń, czy warunków gospodarczych może dużą nadwyżkę zmienić w duży deficyt. Różowe prognozy z czasów Ronalda Reagana i Georghe’a Busha I zdyskredytowały rząd i zaufanie do jego zapewnień. (...)  Prezydent Bush miał kilku dobrych ekonomistów i ci musieli wiedzieć to, co my wiedzieliśmy. W istocie, przy dużych wpływach z podatku od zysków kapitałowych, osiągniętych dzięki bańce, która zaczęła pękać jeszcze przed uchwaleniem obniżek tego podatku, było jasne, że to źródło dochodów szybko wyschnie. Było też oczywiste, że prognozy budżetowe będą musiały być zrewidowane w dół, i to zapewnie radykalnie.     
     Ojciec George’a W. Busha ostrzegał przed szamańską ekonomią, przed pomysłem, że obcinając podatki, można zwiększyć dochody, gdyż będzie duża reakcja po stronie podaży. Kraj przeszedł już trudną lekcję o niebezpieczeństwach szachrajstw księgowych w sektorze prywatnym. Ale George W. forsował „dynamiczne rachunki”, twierdząc, że faktyczny deficyt będzie mniejszy od przewidywanego wskutek dynamizmu, do którego doprowadzi obniżka podatków. 
     Zdecydował się zignorować rady płynące z przeszłości. Interesowała go tylko jedna jedyna rzecz – obniżka podatków, taka, która nie tylko przyniesie korzyść tym, którzy i tak już się obłowili w szalonych latach dziewięćdziesiątych, ale nawet przekroczy to, na co kraj może sobie pozwolić. Najwyraźniej nauczył się w latach dziewięćdziesiątych od swoich kolegów, członków zarządów firm, jak wykorzystywać prognozy – choćby byle jakie – do sprzedaży swojego towaru. Sprzedawał jednak nie akcje o zawyżonej wartości, lecz obniżkę podatków, która wykraczała poza możliwości finansowe nawet najbogatszego kraju świata.
     Jak przepowiadano, obniżka podatków nie była tym bodźcem, którego kraj potrzebował, nie wystarczyła też – mimo rekordowych obniżek stopy procentowej – polityka pieniężna. Gospodarka nadal funkcjonowała znacznie poniżej swego potencjału. W miarę jak przedłużała się recesja, dawały o sobie znać inne problemy, przed którymi ostrzegano prezydenta. W obliczu rosnących deficytów miasta i stany były zmuszone podnosić podatki i zmniejszać wydatki. Spadek aktywności gospodarczej prowadził do wzrostu bezrobocia, które z kolei wpływało na większe zapotrzebowanie na pomoc socjalną oraz wzrost przestępczości.
     Przepowiednie budżetowe George’a W. Busha okazały się nawet bardziej optymistyczne od przewidywań Ronalda Reagana sprzed dwóch dziesięcioleci. W ciągu osiemnastu miesięcy olbrzymia nadwyżka odziedziczona po Billu Clintonie zamieniła się w olbrzymi deficyt. Zwrot ten nastąpił częściowo dlatego, że nadwyżek, na które liczono, po prostu nie było, częściowo dlatego, że obniżka podatków nie była wystarczającym bodźcem dla gospodarki – tak jak to przewidywano, a częściowo z powodu samej obniżki podatków. Za wszystkie te trzy rzeczy trzeba winić George’a Busha. Był ostrzegany, żeby nie wydawać pieniędzy, których nie ma, był ostrzegany, że jego plan cięć podatkowych nie będzie dobrym stymulatorem, był wreszcie ostrzegany, że obniżka podatków będzie kosztowna.
    Obniżka podatków nie była bynajmniej obniżką czasową, wprowadzoną jedynie w celu pobudzenia gospodarki. Jest obniżką permanentną, o dalekosiężnych skutkach. Tylko na rok 2008 (uwzględniając nadzieję, że do tego czasu gospodarka wyzdrowieje mimo błędnej polityki) przewidywany jest 190-miliardowy deficyt, a będzie na pewno o wiele większy2.
     Ale nawet te liczby nie doszacowują opłakanej sytuacji finansowej Stanów Zjednoczonych. Prezydent Bush obłudę w sprawach budżetowych wzniósł na nowe wyżyny, kiedy przekonał Kongres do uchylenia tylko na rok podatków od spadków i darowizn. Już na pierwszy rzut oka widać absurdalność tego pomysłu. Dlaczego ci, których krewni zmarli w tym konkretnym roku, a nie rok wcześniej lub rok później, mieliby dostawać więcej? Oczywiście prezydent mógł nie mieć zamiaru stworzenia perwersyjnego bodźca dla rodzin do przyspieszenia odejścia szykujących się do pożegnania bogatych krewnych, by móc zaoszczędzić miliony. Zakładał natomiast, że każdy zrozumie, iż nie chodzi tylko on zawieszenie tego podatku tylko na rok. Był to po prostu tani chwyt budżetowy. Prezydent nie chciał, aby ktokolwiek poznał pełne koszty obniżki podatków, które będą odczuwane przez dziesięciolecia. Zawieszenie podatku spadkowego wyłącznie na jeden rok sprawiało wrażenie, że koszt obniżki podatku był o wiele niższy, niż byłby w rzeczywistości, gdyby Kongres – czego prezydent był pewien – był zmuszony przedłużyć to zawieszenie.          
     Kiedy recepta z tymi cięciami podatkowymi nic nie dała i gospodarka nadal funkcjonowała na wolnych obrotach, prezydent wysunął to samo wadliwe rozwiązanie – dalsze obniżki podatku dla bogatych. Znowu przeszedł samego siebie, występując z zuchwałą propozycją wyeliminowania podatku od dywidendy – arogancką pod względem kosztów, pod względem swej niesprawiedliwości i pod względem nieskuteczności w pobudzaniu gospodarki. Jak napisałem w artykule o obniżce tego podatku w „The New York Review of Books”: „Nigdy tak niewielu nie otrzymało tak wiele od tak wielu”3. Obliczono, że 226 tys. amerykańskich podatników o dochodach przekraczających 1 milion dolarów uzyska w sumie mniej więcej tyle samo co 120 milionów podatników o dochodach mniejszych niż 100 tys. dolarów. Połowa podatników otrzyma 100 dolarów lub mniej, dwie trzecie – 500 dolarów lub mniej, natomiast przynajmniej jeden bardzo wysoki urzędnik administracji może otrzymać, jak podano 600 tys. dolarów. Te wyliczenia Urban Institute-Brookings Institution Tax Policy Center wskazują, że więcej niż połowa korzyści z wyłączenia dywidend wypłacanych przez korporacje z podatku dochodowego od osób fizycznych przepłynie do górnych 5% ludności – do grupy, w której każdy zarabia więcej niż 140 tys. dolarów, a średni dochód wynosi 350 tys. dolarów. Chociaż coraz więcej Amerykanów ma dziś akcje, to jednak większość posiadanych przez nich aktywów finansowych stanowią zwolnione od podatku wkłady na rachunkach emerytalnych oraz indywidualnych kontach emerytalnych. W związku z tym ze zniesienia podatku od dywidendy skorzystają tylko bardzo bogaci. Teoria Busha głosiła, że tych paru ludzi zechce nabyć więcej akcji, co podniesie ich cenę, a ta z kolei doprowadzi do większego inwestowania. Jednak każdy krok w tym rozumowaniu można podważyć. (...)       
     Prezydent Bush usiłował sprzedać plan obniżenia podatków jako pakiet pobudzający wzrost i stymulujący gospodarkę. Jeżeli jednak celem tego planu było pobudzenie wzrostu i dostarczenie bodźca gospodarce, to istniały rozwiązania, które mogłyby bardziej niezawodnie doprowadzić do tego celu i byłyby o wiele bardziej sprawiedliwe. W sytuacji krachu biznesu wykorzystującego Internet i najnowsze technologie wielu naukowców znalazło się bez pracy, byłoby więc sensowne powiększenie wydatków państwa na badania naukowe. Tymczasem na obcięciu podatków od dywidendy skorzystały firmy „starej gospodarki”- na przykład z przemysłu aluminiowego i kolejnictwa, skąd George W. Bush powołał swoich ministrów skarbu – nie zaś dynamiczne firmy nowej gospodarki, które z reguły wypłacały niewielkie dywidendy, jeśli je w ogóle płaciły, i których byt opierał się głównie na zyskach kapitałowych. Propozycja prezydenta przechylała gospodarkę w stronę wolno rozwijających się sektorów przemysłowych.
     Jeżeli ktoś chciałby szybkiego bodźca do rozwoju, to najskuteczniejszym takim bodźcem byłoby wsparcie dla bezrobotnych oraz dla stanów i miejscowości. Wspomnieliśmy już o tym, że – zgodnie z przewidywaniami sprzed dwóch lat – kiedy recesja się utrzymywała, liczba ludzi przez długi czas pozostających bez pracy wzrosła przeszło dwukrotnie. Dla coraz większej liczby Amerykanów nastały ciężkie czasy, gdy skończyły im się zasiłki dla bezrobotnych, a stany i miasta borykały się z ogromnymi deficytami, musiały obcinać wydatki i podnosić podatki, co z kolei wywierało ujemny wpływ na gospodarkę. 
     Gdybym miał sporządzić krótki wykaz posunięć stymulujących gospodarkę , to zniesienie podatku od dywidendy i inne środki forsowane przez prezydenta Busha w ogóle nie znalazłyby się na takiej liście...  Gdybym miał sporządzić krótki wykaz posunięć reformujących nasz system podatkowy w celu zwiększenia jego wpływu na wzrost gospodarczy, to zniesienie podatku od dywidendy i inne środki forsowane przez prezydenta Busha także nie znalazłyby się w pobliżu jego początku. Ale nawet jeśli ktoś uważa, że należy skończyć z sytuacją podwójnego opodatkowania dywidend (problem polegał na tym, że, jak widzieliśmy we wcześniejszych rozdziałach, korporacje i ich zarządy zbyt często potrafiły unikać opodatkowania, chodzi więc nie o podwójne opodatkowanie, lecz o zerowe opodatkowanie), to istniały łatwiejsze i bardziej sprawiedliwe sposoby. Na przykład można by to zrobić przez dopuszczenie odliczania dywidend od podatku dochodowego od przedsiębiorstw (tak jak spłaty odsetek są odliczane od podatku) albo przez przypisanie dochodów spółki z powrotem jej udziałowcom4.  Było oczywiste, że propozycja zlikwidowania podatku od dywidendy nie była podyktowana ani chęcią promowania wzrostu, ani chęcią promowania gospodarki. Była próbą wsparcia tych, którzy pomogli George’owi W. Bushowi wygrać wybory, polegającą na zmniejszeniu podatków najbogatszym.
     Choć więc korzyści z tej polityki były w najlepszym razie wątpliwe, to koszty olbrzymie. Oznaczała ona bowiem konieczność pożyczania przez Stany Zjednoczone olbrzymich sum, w większości prawdopodobnie za granicą. W związku z tym Ameryka jeszcze bardziej się zadłuży. Jej deficyt handlowy będzie nadal wzrastał – kiedy padały te propozycje, pobił już nowe rekordy. To nie była tylko kwestia braku szczęścia. To był wynik złej polityki. Odkąd ćwierć wieku temu Ronald Reagan wprowadził kraj na drogę wysokiego deficytu, Stany Zjednoczone przestały być największym na świecie kredytodawcą, a stały się największym dłużnikiem.
     Pewna część rosnących pożyczek musi jednak pochodzić od Amerykanów... (...) Bez względu na to, jak finansowany jest deficyt, czy pożyczkami od Amerykanów, czy też pożyczkami zagranicznymi, dochody Amerykanów będą niższe... i mimo tej szczodrości podatkowej, której doświadczy niewielka grupa bogatych, ciężar tych niższych dochodów odczują wszyscy Amerykanie6.
     W latach dziewięćdziesiątych czasami myślałem, że redukcję deficytu posunęliśmy zbyt daleko, ale mieliśmy do czynienia z olbrzymią presją ze strony rynków finansowych i konserwatystów. Nagle w latach 2002 i 2003, gdy zaczął zagrażać deficyt, wielu konserwatystów zmieniło ton. Ronald Reagan usiłował uchylić prawa ekonomii i dokładnie to samo chcieli zrobić Bush II oraz niektórzy jego doradcy. Normalnie, według prawa podaży i popytu, jeśli rośnie popyt, to rosną ceny. Jeśli popyt na pożyczki rośnie, to i stopy procentowe rosną. W nowej gospodarce prezydenta Busha w sposób oczywisty tak nie było. Ekonomia podażowa raz jeszcze postawiła sprawę na głowie: tym razem nie twierdzono, że niższe podatki przyniosą większe wpływy podatkowe – takie twierdzenia już się całkowicie skompromitowały. W takim zakresie, w jakim można sobie wyobrazić to, co się kryje w tzw. nowej gospodarce, chodziło o to, że obniżki podatków tak pobudzą oszczędzanie, iż podaż pieniędzy będzie przewyższać wielobilionowy rządowy popyt na fundusze, a stopy procentowe nie wzrosną. Była to idea, która z pewnością skompromituje się
tak samo, jak podażowy mistycyzm z lat Ronalda Reagana.          
     Bardziej umiarkowani republikanie nie chcieli przyzwolić na propozycję cięć podatkowych. Nawet jeśli nie zwracali uwagi na niesprawiedliwość, to dostrzegali poważne ryzyko dla ekonomicznej przyszłości kraju w szybującym w górę deficycie oraz to, że ta obniżka tak jak została skonstruowana, będzie słabiutkim bodźcem dla gospodarki. (...)
     Gospodarka niewątpliwie wyjdzie kiedyś z obecnej recesji, a gdy to nastąpi, George W. Bush z pewnością uzna to za sukces swojego planu podatkowego. Lekcja na przyszłość z tego epizodu – iż każdy rodzaj wzrostu deficytu będzie stymulował gospodarkę – będzie w każdym calu równie błędna jak lekcja z poprzedniego – że każdy rodzaj redukcji deficytu spowoduje ożywienie. Lekcje z ekonomii u naszych polityków możemy pobierać tylko na własne  ryzyko.

Niewłaściwe radzenie sobie ze skandalami w spółkach

Jednym z powodów, dla których w nowym tysiącleciu gospodarka nadal nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału, jest wyraźny brak determinacji w zajmowaniu się licznymi problemami, które ujawniły się w wyniku skandalicznych zachowań firm audytorskich, korporacji i banków. Akcjonariusze już wiedzą, że liczbom, jakie im przedstawiano w przeszłości, nie można ufać. Jaki więc mają powód, by ufać nowym liczbom bez przeprowadzenia istotnych reform? Potrzebny jest powrót do bardziej zrównoważonej regulacji, tymczasem administracja Busha chciała więcej tego samego – większej deregulacji. Jak widzieliśmy w rozdziale 10, gdy narastały problemy z energią elektryczną w Kalifornii, administracja niezłomnie trzymała się polityki nie wtrącania się i stanowczo twierdziła, że kłopoty nie mają nic wspólnego z deregulacją czy manipulacjami rynkiem. Jej przedstawiciele mówili, że kłopoty spowodowała nadmierna regulacja, zwłaszcza przepisy dotyczące ochrony  środowiska. Rezultatem była katastrofa, która dotknęła i odbiorców energii i podatników kalifornijskich. W końcu wskutek bankructwa Enronu prawda wyszła na jaw. Brazylia zaś pokazała, że ostrożna interwencja państwa mogła zapobiec oszukaniu konsumentów, a zarazem utrzymać ogólną skuteczność rynku. Ale taką drogą administracja Busha pójść nie chciała.
     Istniały prawdopodobnie inne powody braku ostrej reakcji – zbyt wiele osób z administracji i ich przyjaciół było beneficjantami tych przekrętów, by szeroko podzielano pragnienie rzucenia się do ich potępiania. W końcu jednak nacisk opinii publicznej skłonił niechętnego prezydenta do zaaprobowania pewnych reform, ale i wówczas pojawił się niepokój, że pójdą one „za daleko”. Na przykład niczego nie zrobiono z tym, co uważałem za jeden z podstawowych problemów, a mianowicie w sprawie traktowania opcji zakupu akcji, aż w końcu wielu ludzi ze środowiska korporacyjnego zdecydowało się podjąć działania na własną rękę – między innymi ujawnić więcej, niż trzeba było, i opcje zakupu akcji zaliczyć w koszty. Kiedy ludzie z administracji zaczęli gorączkowo poszukiwać kogoś powszechnie poważanego, któremu mogliby zaufać, że nie pójdzie „za daleko”, ich pierwszym wyborem nie był po prostu jakiś dyrektor, ale ktoś z komisji rewizyjnej jednej z firm zaangażowanych w te dziwne praktyki.      

Niewłaściwe podejście do globalizacji

Nie można było gorzej* kierować gospodarką niż to robiła .administracja George’a  W. Busha, ale to, w jaki sposób podeszła do globalizacji, było jeszcze gorsze.  Ameryka była jedyną superpotęgą zarówno gospodarczą, jak i militarną.  Globalizacja oznaczała, że powstała konieczność wspólnego działania wszystkich krajów świata, współpracy w rozwiązywaniu wspólnych problemów. Administracja Billa Clintona była czasem ambiwalentna w sposobie, w jaki podchodziła do globalizacji. Mocno wsparła ONZ, zajmując się w końcu zadawnionym problemem amerykańskich zaległości w opłacaniu składek.  Ale jednocześnie na arenie gospodarczej zmieniła dictum Theodoroe’a Roosevelta: „Mów po cichu, ale nie wypuszczaj z ręki grubego kija” na: „Mów głośno i noś ciężką pałę”.  Kiedy w czasie kryzysu w Azji Wschodniej Japonia zaproponowała utworzenie Azjatyckiego Funduszu Walutowego, szybko pogrążyła tę ideę w obawie, że taka instytucja może wpłynąć na Amerykańską hegemonię w tym regionie, nie zwracając przy tym większej uwagi na jego kłopoty.  Ministerstwo Skarbu usilnie pracowało nad zdławieniem odmiennych stanowisk od swego i, mają skuteczne weto w Międzynarodowym Funduszu Walutowym – jako jedyny kraj z takim prawem – skutecznie narzucało swoją wolę w wielu dziedzinach.  Nie istniał żaden multilateralizm – jednym schlebiano, a innym wiercono dziurę w brzuchu, aby robili to, czego chce Ameryka.  
     Przy całej krytyce podejścia administracji prezydenta Clintona do globalizacji trzeba jednak powiedzieć, że postawa prezydenta George’a W. Busha była tysiąc** razy gorsza.  Wycofywał się on z traktatu za traktatem – i z tego, który ma opanować problem globalnego ocieplenia, i z traktatów o broni strategicznej. Jeśli zaś idzie o rządy prawa, to administracja wykazała się całkowitą pogardą dla prawa na szczeblu międzynarodowym i sprzeciwiła się uznaniu jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego.
     Nawet w tych dziedzinach globalizacji ekonomicznej, w których w latach dziewięćdziesiątych źle rozwiązaliśmy sprawy, administracja George’a W. Busha wykorzystała powstałe niezadowolenie, aby jeszcze bardziej pogorszyć sytuację. Do wcześniejszych zarzutów o hipokryzję doszły nowe – subsydia dla rolnictwa i cła na wyroby stalowe wzrosły jeszcze bardziej. (...)   
     Jak widzieliśmy w rozdziale 9, przed 11 września minister skarbu w administracji Busha, Paul O’Neil, sprzeciwił się podejmowanym przez OECD („klub” krajów rozwiniętych) próbom doprowadzenia do większej przejrzystości operacji w rajach podatkowych.  Ośrodki te powinny były wzbudzać podejrzenia. .Dlaczego na Kajmanach dokonywano operacji bankowych o wartości pół biliona dolarów? Jest oczywiste, że bankowcy na wyspach Bahama czy na Kajmanach nie znali się lepiej na bankowości niż bankierzy z Wall Street. To przecież nie lepsza pogoda zapewniała lepsze warunki naturalne dla bankowości. Ośrodki te dysponowały jednym produktem bankowym – tajemnicą, a także możliwością obejścia przepisów. Umożliwiały wielu dobrze sytuowanym Amerykanom unikanie płacenia podatków, jeżeli nie uczestniczenie w bardziej nikczemnych działaniach.   A oczywiście transferowanie pieniędzy do tych rajów podatkowych i zawieranie umów za ich pośrednictwem przynosiły niezłe honoraria osobom należącym do finansjery. Te sekretne banki zagraniczne działały dzięki naszej łaskawości. Gdybyśmy naszym bankom zakazali robienia z nimi interesów, najprawdopodobniej szybko by zmarniały.  Uchwaliliśmy przepisy i prawa podatkowe, następnie zaś  ni stąd, ni zowąd otworzyliśmy ogromną dziurę, przez którą można uciec od przepisów, a przynajmniej mogą to zrobić wielkie korporacje i bardzo bogate jednostki.   
     Podobnie jednak jak wiele innych rzeczy zmieniło się to 11 września 2001 roku.  Wkrótce wyszło na jaw, że terroryści byli przynajmniej częściowo finansowani z tajnych kont w rajach podatkowych i że jeżeli się czegoś w tej sprawie nie zrobi, to nie będzie żadnej możliwości kontrolowania ich dostępu do czekających już funduszy. Nagle więc to, co wydawało się tak trudne, niemożliwe i niepożądane, stało się bardzo pilne. Stany Zjednoczone zaczęły popierać przejrzystość – chociaż tylko w zakresie związanym z finansowaniem terroryzmu. Tajność, która pozwala ukryć się od płacenia podatków, korupcję i inne nikczemne działania, jest nadal, jak się wydaje, absolutnie akceptowalna.      
     Administracja  Billa Clintona  być może niepewnie postępowała w sprawie globalizacji w pierwszych dniach po zakończeniu zimnej wojny, ale uczciwie poszukiwała właściwej drogi w nagle skomplikowanym, nowym świecie. Usiłowała zachować równowagę między twardymi negocjacjami a dyplomacją, budowaniem stosunków opartych na długotrwałej dobrej woli. Może osiągnęliśmy niedobrą równowagę – myślę, że tak było – ale myślę też, że byliśmy gotowi do uczenia się na błędach.  Reżim dotyczący praw własności intelektualnej, jaki wprowadziliśmy, skazywał tysiące, a może miliony ludzi w świecie rozwijającym się na przedwczesną śmierć, ale kiedy to się stało jasne, wypracowaliśmy – po krótkim okresie wahań – zmianę tej polityki w takim kierunku, aby firmy farmaceutyczne dobrowolnie godziły się na udostępnianie [patentów] leków. Ale administracja George’a  W. Busha po tym, jak z ociąganiem przystała na postawienie tej sprawy w rozmowach zwanych Rundą Rozwoju, stanowczo sprzeciwiła się światu i odmówiła zgody na taką zmianę.  Znowu interesy firm farmaceutycznych przedłożyła nad interesy cierpiących w krajach rozwijających się.     
     Lata dziewięćdziesiąte – pierwsza   dekada nowej ery po zakończeniu zimnej wojny – mogą się nie stać tak słynną dekadą, jak się kiedyś wydawało. Zasialiśmy ziarna, które mogą doprowadzić do destrukcji właśnie tej dobrej koniunktury, z której byliśmy tak dumni. Jednakże wzrost się utrzymał, a bieda zmalała. Oczywiście musimy jeszcze w pełni zrozumieć lekcje, jakie przyniosły nam nasze sukcesy i nasze porażki. Mam skromną nadzieję, że tą książką przyczynię się nieco do zrozumienia tych burzliwych lat. Może następna administracja uniknie pułapek, w jakie wpadła Ameryka. Może następna administracja będzie miała więcej sukcesów w zajmowaniu się naszymi dalekosiężnymi potrzebami, i to w sposób, który zapewni, że w nowo osiągniętym dobrobycie będą uczestniczyć wszyscy Amerykanie i naprawdę wszyscy obywatele świata.

----------
Przypisy
1
Kiedy byłem w Zespole Doradców Ekonomicznych, opracowaliśmy nawet różnorodne „niskokosztowe” bodźce – m.in. zezwalające firmom, które więcej inwestują, na przenoszenie zysków i strat wstecz na więcej lat – które nawet powiększają ogólną wydajność gospodarki. Natomiast propozycja G. Busha zabraniała tego firmom, które wystąpiły o zgodę na nieopodatkowanie dywidendy.
4 Tak właśnie zrobiono w niektórych  państwach europejskich w odniesieniu do niewielkich spółek. Dochód spółki jest traktowany tak, jakby był całkowicie rozdysponowany wśród akcjonariuszy. Każdy indywidualnie otrzymany dochód jest następnie traktowany tak, jakby go akcjonariusz ponownie zainwestował. W efekcie każdy akcjonariusz płaci podatek według odpowiedniej stawki: osoby o wysokich dochodach płacą podatek bliski 40%, a osoby o niskich dochodach płacą mniej lub nie płacą podatku w ogóle. Natomiast według projektu prezydenta Busha zarówno osoby o wysokich dochodach, jak i osoby o niskich dochodach płacą taki sam 35-procentowy podatek. 
6  Nawet ludzie z administracji George’a W. Busha byli świadomi tych słabości, chociaż ich nie nagłaśniali. Jakkolwiek przyznawali, że w latach 2003-2008 średni wzrost będzie wynosił zaledwie 0,1%, to na dłuższą metę przewidywany był spadek tego tempa.  
----------         

-----------
*  „Gorzej” można prawie zawsze.
**   „Tysiąc razy ci mówiłem, żebyś nie przesadzał!”.  Cytat z poz. 29 prez. literatury.   
Z retoryką, w tak poważnych sprawach, lepiej ostrożnie. Krasomówstwo działa obustronnie. W umysłach ludzkich łatwo zbudzić wątpliwości, a nawet solidnie namieszać.
Merytorycznie, na tej stronie,  do niczego się nie odnoszę.  
Anonimus
 
-----------   

Prezentacja rozszerzona z uwagi na kryzys/recesję?

 

    Nie zdążę wyczerpująco zaprezentować  „wybranych myśli” z całości książki. Przyczyny – strony:  główna,  Credo” i „konkretyzacja”. Tam też zawartych jest trochę uwag na temat aktualnego kryzysu (recesji), z mini przewodnikiem po innych moich stronach.  Z uwagi na kryzys, początkowo dość mocno rozbudowałem fragmenty do części awizowanej na wstępie (też poszerzona w stosunku do pierwotnej wersji z lipca 2008 roku). Doszedłem jednak do wniosku, że, to co zdążę, powinienem chociaż szeroko zamarkować z dalszych rozdziałów. Tak też i robię. Wyróżnienia tekstów – pogrubienia, inna czcionka  i kolory – pochodzą ode mnie.  Uwagi własne, które wtrącam od czasu do czasu, mają coś z charakteru „powtórnej burzy mózgów”- na ten sam problem co poprzednio, ale nadal nie rozwiązany. Taki sam charakter mają wszystkie nawiązania do aktualnego kryzysu (recesji), szczególnie na stronach „konkretyzacja”, „Wybory”, „Człowiek, rynek i sprawiedliwość”.


    Najkrótszy zarys idei „powtórnej burzy mózgów”:  Uczestnicy nie rzucają już pomysłów spontanicznie. Są względnie dobrze przygotowani. Wiedzą, ile, pozornie doskonałych rozwiązań,  zawiodło. Wiedzą, że nie wolno nic z góry przesądzać. Uwarunkowania się zmieniają. Wiedza ludzka jest ułomna. Są przekonani, że wszystkie etapy burzy mózgów trzeba zorganizować inaczej niż standardowo. – ale jak? . (...) Internet też tu można wykorzystać – ale jak organizacyjnie, aby to miało sens?  Inna sprawa, czy zorganizowanie w Polsce takiej „powtórnej burzy mózgów” (można przyjąć inną nazwę, i inny wyjściowy  punkt odniesienia ) jest w ogóle realne? Jestem raczej sceptykiem, przynajmniej w odniesieniu do najbliższych lat. Może jednak ktoś będzie miał pomysł i dojdzie do wniosku, że warto podjąć się realizacji, w takiej czy innej formie, może nawet w wersji najbardziej uproszczonej: edukacyjno-sondażowej, z próbą wyłuskania ciekawych pomysłów. Może to być wersja zarówno otwarta dla wszystkich, jak i ograniczona, np. do zajęć uniwersyteckich, kół zainteresowań, różnych organizacji, partii politycznych itp.  Warto przy tym byłoby doprowadzić do otwartości poglądów (chociaż w zamkniętym kręgu) i nie peszyć nie przygotowanych lub tylko nieśmiałych. To są tylko bardzo luźne pomysły. Watro zastanowić się także nad innymi. Sam też nie daję i nie dam dobrego przykładu w ich realizacji, co jednak wcale nie świadczy o nietrafności czy też trafności samej idei; świadczy najwyżej coś o mnie, a co – to też nie takie proste. Nie dam dobrego przykładu, bo po prostu kończę lub tylko zawieszam swoją przygodę z ekonomią (przyczyny – strona „Credo).
    Na marginesie: prawie na pewno daleko nie do końca zostały jeszcze odkryte/wykorzystane wszystkie możliwości organizacyjne wykorzystania siły Internetu do ułatwienia racjonalnej komunikacji, szczególnie w sprawach trudnych, wymagających pewnej wiedzy i umiejętności słuchania innych, ale także i pewnej szybkości w szukaniu przemyślanych rozwiązań. Kryzys/recesja, wygląda na to, że mają już istotne oddziaływanie globalne. Warto więc próbować rozwiązać sposoby lepszego i tu wykorzystania Internetu.       

     Wracając do tematu.
     Mnie osobiście najbardziej zainteresował rozdział 12: „Ku nowemu demokratycznemu idealizmowi. Wizja i wartości.”. Wiem, że to nie jest „błyskawiczna” rada na aktualny kryzys. Ale, może chociaż na przyszłość jest to realna wizja? Może warto ją bardziej skonkretyzować?  A co zrobić, możliwie szybko, ale w sposób przemyślany, z aktualnymi problemami? Wg mnie, z niewielkiej wiarygodnej wiedzy, jaką w tej chwili posiadam na te tematy, punktem wyjścia do przemyśleń może być np. Rozdział 2  Dzieło cudotwórców czy szczęśliwe błędy?”  a w nim podrozdział  Czy redukcję deficytu posunęliśmy zbyt daleko?”  Oczywiście, chcąc za punkt wyjścia przyjąć rozważania J. Stiglitza, przedstawione w tej książce, dobrze byłoby najpierw rozeznać, jaki miała ona oddźwięk w USA, co się zmieniło w USA w czasie od wydania tej książki aż do chwili obecnej, jak rozwija się sytuacja w Unii Europejskiej i Polsce, a może i na całym świecie  (w tym, jaki wpływ mają zewnętrzne uwarunkowania). Czy opracowanie takiej wstępnej informacji, w miarę jednak wszechstronnej i obiektywnej, może być bardzo trudne i długotrwałe? – Mam nadzieję, że nie! W końcu jest na świecie tylu wybitnych uczonych...  Nawet przy bardzo rozbieżnych poglądach/ocenach (oczywiście konkretnie wypunktowanych), pożytek z takiej wyjściowej/wstępnej informacji byłby chyba bardzo duży, a i sama „powtórna burza mózgów” (nazwa tymczasowa), też by miała lepszy organizacyjny  punkt startu i chyba dużo większe możliwości zakończenia jej konstruktywnymi wnioskami, niż gdyby liczyć głównie na „żywioł i improwizację”. Tak samo z dalszymi etapami...  To zresztą tylko taka luźna propozycja, sam zresztą mam zasadnicze wątpliwości, czy w ogóle realna/sensowna?
    Jest jeszcze jedna sprawa, związana z interesem publicznym i obecnym kryzysem (recesją). Pozycje takie jak ta książka (i wiele innych) powinny być, wg mnie, niezależnie od normalnego trybu publikacji, zeskanowane i bezpłatnie umieszczone w Internecie, z krótkim wstępem i streszczeniem. Sytuacja, już w tej chwili, gdy piszę te słowa (marzec 2009), jest na tryle groźna, że warto chyba się zastanowić nad możliwościami realizacji, naturalnie w uzgodnieniu z autorami i wydawnictwami, myśląc przy tym o interesie społecznym, wraz z wszystkimi jego uwarunkowaniami. 
    Ja sam, przez chwilę  miałem ochotę, żeby próbę ze skanowaniem rozpocząć od książki: „Człowiek, rynek, sprawiedliwość” (też ujęta w mojej prezentacji literatury), i bezpłatnego umieszczenia jej w Internecie. Miałem zamiar zrobić to w dwóch plikach. Pierwszy: tylko sama książka – bez żadnych moich późniejszych dodatków internetowych. Druga – łącznie ze wszystkim plus ewentualnie z jakimś bardzo syntetycznym wstępem, nawiązującym do aktualnej sytuacji. Książka ta pasowała mi głównie dlatego, że, po jej wykupieniu przez SLD, niemal w całości poszła na „przechowanie do piwnicy”  (o polska „lewico”!). Sądzę więc, że autorzy i wydawca nie mieliby mi za złe, gdybym to zrobił, nawet bez pytania ich o zgodę. Na to jednak nie mogę sobie pozwolić w normalnych sytuacjach. Zrezygnowałem jednak. Po prostu, zwyczajnie, brakuje mi czasu ...

    Książka  J. Stiglitza  Szalone lata...”, uważam za wyjątkowo cenną (choć oczywiście, dla wielu, na pewno kontrowersyjną), nie tylko z powodu wizji „Ku nowemu demokratycznemu idealizmowi...”, ale także z powodu wnikliwej analizy, tego, co było przed  latami 90. ubiegłego wieku i po nich – w pierwszych latach nowego stulecia, wraz z zarysem, co może być dalej. Tę  analizę warto pogłębić i rozwinąć, choćby w oparciu o to, co już wiemy obecnie. „Klimat” na świecie jest na pewno ku temu sprzyjający, choć niestety, trzeba było aż kryzysu..., nie wystarczyły wcześniejsze ostrzeżenia.

    Mnie osobiście zaciekawiły także tematy „kreatywnej księgowości” i pokrewne, przedstawione przez Autora syntetycznie ale jasno. Po prostu, problemy wynikające z błędnych informacji, tak w księgowości jak i statystyce, błędnych informacji i analiz ekonomicznych, błędnych rachunków ekonomicznych oraz kalkulacji finansowych  itp., przewijają się na kilkudziesięciu moich stronach, i po prostu byłem ciekawy, co nowego i jak się z tym walczy. Naturalnie, skupiam się na błędach systemowych lub powtarzających się masowo, unikając przedstawiania indywidualnych wyczynów i działań umyślnych, chyba że wymuszonych okolicznościami.  Nie wiem, co napisać. Rynek papierów wartościowych nie jest moją specjalnością. Znam go tylko teoretycznie, bez niuansów, które się poznaje z długoletniej analitycznej praktyki. To co znam względnie dobrze  z PRL, i gorzej z polskiej transformacji, nie ma bezpośredniego odniesienia do możliwości błędów i celowych manipulacji na rynkach finansowych. Podobieństwo z polskimi, znanymi mi niekompetencjami lub celowymi retuszami albo manipulacjami, jest tylko jedno ale zasadnicze: to co zna i stosuje  tysiące albo i dziesiątki tysięcy praktyków a nie może rozszyfrować administracja państwowa ani teoria, nie świadczy wcale o jakichś rewelacyjnych zdolnościach praktyków; świadczy jedynie o tym, że administracja i teoria słabo znają praktykę, słabo potrafią kojarzyć, to co ogólne, z tym co szczegółowe i specjalistyczne. A, co chyba jeszcze gorzej, słabo odczuwają potrzebę posiadania takich umiejętności. To miało i chyba ma, oprócz innych powodów, zasadniczy wpływ na słabość fachową państwa w bezpośrednim gospodarowaniu, a nawet w kontroli i regulacji. Zapomina się przy tym, często celowo – żeby podkreślić przesadnie sprawność rynku, a niesprawność państwa, że podmioty gospodarcze mogą myśleć tylko o swoich problemach, a państwo, w mniejszym lub większym stopniu, musi myśleć o wszystkim, co jest jednak znacznie trudniejsze do zrozumienia, wyważenia i pogodzenia. Jeśli więc chcemy, trafnie zauważając niedostatki rynku, ponownie zwiększyć rolę państwa w gospodarowaniu, trzeba,  niestety myśleć nie tylko o formalnych kompetencjach ale także o faktycznych umiejętnościach administracji państwowej. To jest trudne, ale celowe i nie ponad ludzkie możliwości, lecz bez przekonania o tym decydentów, może zostać zrealizowane – nigdy. Niebagatelny (albo nawet duży) wpływ na to ma także poziom nauk ekonomicznych, niestety, pomimo swego wyrafinowania teoretycznego, nadal zbyt słabo znających praktykę.  Przykładowo, techniki retuszowania danych w budownictwie PRL, opisane co nie co na stronie „konkretyzacja”, powinny być, wg mojego rozeznania, rozpoznane już pod koniec lat sześćdziesiątych a najpóźniej na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a nie zostały solidnie rozpoznane chyba do końca PRL. Ich wyeliminowanie, zarówno przez system kontroli jak i usunięcie  przyczyn oraz zmianę systemu planowania i rozliczeń (z planów, wskaźników ekonomicznych i finansowych, funduszu płac, zadań rzeczowych), było trudniejsze z uwagi na przyzwyczajenia i wiedzę aparatu administracyjnego i bankowego, ale wykonalne w ciągu kilku lat.  A jednak...!  Gdyby sławy naukowe temat dobrze rozpoznały1 na pewno miały by więcej szans ode mnie, nieznanego praktyka z niskiego szczebla,  na  naprawienie systemu, albo przynajmniej szansę własnego, lepszego poznania praktyki i niedostatków teorii w ogóle,  nie tylko w odniesieniu do budownictwa i paru innych branż. Po prostu, przypuszczam, że dobre rozpoznanie jednej branży w przekroju teoria-praktyka, miało szansę, przynajmniej u niektórych myślicieli akademickich, nie tylko do zainteresowania się całością gospodarki, ale nawet do zastanowienia się nad kondycją samych nauk o gospodarce. Taki i był cel mojej „pisaniny”, najpierw tylko służbowej, a później również i prywatnej. Gdyby się powiodło, obojętnie komu, mogło się to przydać: podczas polskiej reformy gospodarczej w latach osiemdziesiątych, podczas transformacji ustrojowej i gospodarczej w latach dziewięćdziesiątych, także i teraz. Także i teraz, zastanawiając się, na poziomie akademickim,  nad problemami uzdrowienia gospodarki, może warto wyjść poza tradycyjną teorię abstrahującą z zasady od szczegółów gospodarki, tworząc coś na kształt teorii praktycznej, opierającej się na znajomości także istotnych, interdyscyplinarnych szczegółów w ich wzajemnym powiązaniu. W podejściu mikroekonomicznym taką potrzebę chyba powinno już być widać dobitnie (każdy wybitniejszy praktyk, tworzący swoje własne oryginalne szczegółowe rozwiązania ma po prostu zbyt słabe wsparcie w teorii; nie wykorzystuje więc wielu możliwości; doświadczenia, szczególnie w podejściu interdyscyplinarnym, słabo się rozpowszechniają). Racjonalne zastosowanie tego podejścia w makroekonomii jest na pewno trudniejsze, ale chyba okaże się w końcu konieczne, choćby nawet tylko po to, żeby nie forsować „księżycowych” ideologii.

    Co Autor sądzi o aktualnym  kryzysie - na razie prezentuję tylko fragment  wywiadu dla Junge Freiheit, wybranego przez FORUM nr 6 (9.02. – 15.02.2009). Podtytuł wywiadu: Laureat Nagrody Nobla z ekonomii  profesor Josef Stiglitz  twierdzi, że „nie sposób było nie zauważyć nadciągającego kryzysu”2.
    Z przyczyn oczywistych warto się też zapoznać szerzej z aktualnymi poglądami J. Sachsa, skądinąd kojarzonego w Polsce z  terapią szokową Balcerowicza, o tym, jak zmienił poglądy3.   
    Nie tylko o kryzysie, ale także o stanie nauk ekonomicznych, zastanawiające są wypowiedzi wybitnych ekonomistów świata4.

        Wracając do teraźniejszości – też nie wiem, co dalej będzie, i prawdę mówiąc, nie bardzo mam ochotę dalej się nad tym zastanawiać. Po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że nawet tylko do prawidłowego rozpoznania całokształtu sytuacji potrzebne jest silne zaplecze, albo liczenie na przypadek lub cud. Inaczej, zazwyczaj kończy się na „niedoinformowaniu i iluzjach”. Gdyby, jakimś cudem, udało się połączyć siły ludzi dobrej woli na całym świecie, to być może zbudowanie lepszego świata dla ogółu ludzkości byłoby realne, może nawet i dość szybko?  „Bez cudu” jest to też realne, ale nie wiadomo, za ile pokoleń, i ile nieszczęść jeszcze może się wydarzyć. Szkoda, że po obaleniu „muru berlińskiego” elity ludzkości zachowały się niezbyt mądrze, i nazbyt egoistycznie.  Została zaprzepaszczona wręcz niezwykła szansa. Na pocieszenie: silniejszym życiowo zawsze pozostaje możliwość ucieczki w prywatność. Co z pozostałymi?       

    marzec 2009 r.
Anonimus 

Przypisy do uwag

 1   Traktowanie na serio tak jaskrawo retuszowanych lub czymś innym zniekształconych danych, opisywane na bardzo wielu moich stronach, wg mnie ośmiesza po prostu ekonomię i ekonomistów oraz ich analityczne metody. To samo, przynajmniej w takich przypadkach, można powiedzieć o księgowości i statystyce. Naturalnie, wypowiadam się tak dobitnie tylko o konkretnych problemach niemal kuriozalnego braku rozeznania rzeczywistego stanu rzeczy, nie oceniając całości.   Gospodarka planowa była niewydolna a państwo słabe w sterowaniu gospodarką,  nie tylko z powodu wielkich pryncypiów ustrojowo-politycznych, ale także z powodu przeróżnych  „drobiazgów technicznych”, skutkujących masowością błędnych decyzji, łącznie z powstawaniem niewykonalnych racjonalnie teorii.  Z tych samych powodów trudne było pogodzenie planowania państwowego z rynkiem, przy czym, rynek, to też tylko „ludzie”, z wszystkimi ich niedoskonałościami. Problem, niestety, dotyczy także kapitalizmu, przy czym „kreatywność inaczej” stoi tu na znacznie wyższym poziomie niż za realnego socjalizmu. Większa jest też złożoność „materii”. Liberalizm gospodarczy (w granicach rozsądku) oczywiście jest bardzo potrzebny, ale trzeba nad nim czuwać, żeby nie poszedł w złym kierunku. Państwo, żeby móc prawidłowo czuwać, musi być kompetentne. Rzetelna wiedza leży w interesie ogółu społeczeństwa. Mówiąc najkrócej: nauki ekonomiczne, żeby móc pomóc  opanować sytuację, muszą po prostu „zejść z obłoków na ziemię”, nie tylko w sprawach „wielkich idei”, lecz także w sprawach pozornych drobiazgów,  uważanych dotąd za niegodnych głów wielkich mędrców. Rozwój teorii praktycznej bardzo by się tu przydał.       
   

 
2  Laureat Nagrody Nobla z ekonomii profesor Joseph Stiglitz
 twierdzi, że nie sposób było nie zauważyć nadciągającego kryzysu

(Fragmenty wywiadu dla Junge Freiheit, 2009; FORUM nr 6 (9.02 – 15.02.2009). W tym samym numerze FORMUM, w ramach RADY NA KRYZYS, także Ferguuson, Roubini, Rogoff, Roach).
 W 2001 r. otrzymał pan Nagrodę Nobla za teorię zawodności rynku w związku ze zjawiskiem tzw. asymetrii informacji. Czy obecny kryzys był tak nieprzewidywalny, jak utrzymują obecnie ludzie, którzy są za niego odpowiedzialni?

    Joseph Stiglitz: Ależ skąd, przecież ja sam go przepowiedziałem. Byłem nawet nieco zaskoczony, że tak długo na niego czekaliśmy.
Na całym świecie dla ratowania banków i koncernów finansowych wystawiane są poręczenia warte biliony. Nawet jeśli zostanie wykorzystana tylko ich część – jak płatnik podatków kiedykolwiek miałby spłacić te kwoty? Czy na koniec nie pozostaniemy jedynie z inflacją?
    Nie jest powiedziane, że doprowadzi to do inflacji. Większym niebezpieczeństwem je lęk prze inflacją, bo może on doprowadzić do niewspółmiernej dla sytuacji reakcji i tylko osłabi gospodarkę. Poza tym inflacja tak czy inaczej nie jest głównym problemem, bo dysponujemy środkami do trzymania jej w ryzach. Naszym podstawowym problemem jest bezrobocie. Banki domagają się powściągliwości od rządu aż do momentu, kiedy same potrzebują pomocy! Wtedy nagle okazuje się, że bardzo pragną ingerencji rządu. A jak ich zdaniem wygląda „najlepsza” państwowa interwencja? To oczywiste – dostać możliwie dużo pieniędzy na możliwie dobrych warunkach. A jaki jest tego rezultat? Dopóki napełniamy kiesę bankom, te napełniają kiesy swoim akcjonariuszom.
Stwierdził pan, że kryzys finansowy jest dla neoliberalnego rynkowego fundamentalizmu tym, czym dla komunizmu był upadek muru berlińskiego. A teraz do akcji mają wkroczyć rządy. Jednak w kontekście ekonomicznego upadku socjalizmu, czy można sądzić, że państwo jako mega koncern jest faktycznie lepszym graczem na rynku?
    Tak naprawdę to kwestia równowagi: zachowania odpowiednich proporcji między rynkiem a wpływami rządu. Komunizm nie zachował tej równowagi, podobnie zresztą jak „reagonomika” czy thatcheryzm: w pierwszym przypadku interwencje były zbyt silne, w dwóch pozostałych – niedostateczne. Teraz musimy na nowo ustanowić tę równowagę. Oczywiście nikt rozsądny nie powie, że rządy na dłuższą metę są w stanie sterować gospodarką. Jednak również wiadomo, że potrzebny jest nadzór, by banki nie zaczęły bawić się powierzonymi im pieniędzmi. To sprawia, że cały system gospodarczy jest w niebezpieczeństwie.   
Czy wypada nam dziś przyznać, że gospodarki nigdy nie da się skontrolować w taki sposób, jak byśmy chcieli? I czy to stawia kapitalizm pod znakiem zapytania?
    To stwierdzenie jest słuszne, ale nie stawia kapitalizmu pod znakiem zapytania. Żaden system nie jest doskonały, każdy ma swoje wady. Takie kryzysy są ceną, jaką płacimy za kapitalizm. Dlatego powinniśmy wreszcie przyjąć do wiadomości, że gospodarka danego państwa musi być sterowana przez rząd, aby uniknąć ekscesów tego typu. Nie jest to przecież pierwszy kryzys – już
20 lat temu musieliśmy ratować amerykańskie banki.
Prezydent Bush pozostawił w spadku Barackowi Obamie dwie wojny i górę długów. Czy w tych warunkach ekonomicznych obecnemu prezydentowi uda się dokonać obiecywanej zmiany?
    Jestem przekonany, że Obama dokona zmiany! To nie była tylko pusta retoryka wyborcza, jak przypuszczają niektórzy. Pewność siebie i poczucie własnej wartości Amerykanów doznały w ciągu ostatnich ośmiu lat poważnego uszczerbku. Wybór Obamy stał się dla całego kraju odmładzającym impulsem i przyniósł nową nadzieję.
Tak, ale jak ona będzie w stanie spełnić te pokładane w nim nadzieje w obliczu istniejących problemów?
    Brzemię problemów jest istotnie przytłaczaj
ące i przewiduję, że stopa życiowa w USA się obniży. Dostrzegam tu dwa główne zagrożenia. Że deficyt zmusi Obamę do działań niewskazanych z punktu widzenia uzdrowienia gospodarki USA i że będzie za bardzo słuchał bankierów, chociaż to przecież właśnie oni wpakowali nas w tę kabałę. To by także odsunęło perspektywę uzdrowienia gospodarki, bo te typy nie mają przecież zielonego pojęcia o ekonomii. Oni chcą przede wszystkim jednego – a mianowicie pieniędzy od rządu.   
Wygląda na to, że Chiny – uznawane za głównego konkurenta USA w XXI wieku – radą sobie z kryzysem lepiej niż Stany Zjednoczone. Dlaczego tak się dzieje?

    Kryzys dotkliwie ugodził także w Chiny. Chińczycy podjęli jednak skuteczne środki i mieli znaczne rezerwy zgromadzone w czasach prosperity: blisko dwa biliony dolarów. Mają więc dziś o wiele lepsze warunki, by należycie reagować na kryzys. Ironia historii poza tym polega na tym, że to amerykańscy bankierzy pokazali Chinom, jak należy to robić. Nic dziwnego, że teraz oni śmieją  się z nas w kułak. 
Niektórzy zwolennicy liberalnej gospodarki rynkowej powiadają, że lepiej byłoby nie robić nic i spokojnie czekać, aż nadciągnie oczyszczająca burza. Czy nie byłoby to bardziej sensowne niż łatanie dziur, w wyniku czego coraz to nowe miliardy z pieniędzy podatników giną w czarnej dziurze kryzysu?
    Nie. Gdybyśmy nie robili nic, koszty okazałyby się olbrzymie. Obecne problemy są podobne, jak w okresie transformacji systemu komunistycznego w kapitalizm. Pytanie brzmi: inwestować w stare struktury czy stworzyć nowe? Rosja w latach 90. próbowała ratować stare dinozaury i borykała się z tego powodu z wielkimi problemami. Chiny natomiast utworzyły nowe struktury, które następnie przejęły te stare. Ta strategia Pekinu przyniosła sukces. Nie powinniśmy się więc szybko zniechęcać.  Kryzysy są po prostu charakterystycznymi cechami kapitalizmu. Chodzi tylko o to, jak je przezwyciężać. Także z obecnym kryzysem się uporamy – prędzej czy później.

3  Rozmowa Polityki z Jeffreyem Sachsem, o tym, jak zmienił poglądy ( Polityka nr 4 z 24 stycznia 2009 roku), przedstawiona na stronie „crs” (Człowiek, rynek, sprawiedliwość) – poz. 84 prezentowanej literatury.

4  Ucieczka z domu wariatów. Najwięksi światowej ekonomii zastanawiają się, co się w światowym kapitalizmie popsuło, i co należy naprawić. Sęk w tym, że trudno coś znaleźć, co się nie popsuło i czego naprawiać nie trzeba. (Jacek Żakowski z Nowego Jorku, Polityka z 28 lutego 2009 r.;  na moich stronach prezentacja w pliku „Wybory”, otwieranym ze strony głównej). 
-------------------------

Rozdział  2
Dzieło cudotwórców
czy szczęśliwe błędy 
   .........   66

Od początku istnienia kapitalizmu występowały okresy ożywienia i spadku koniunktury. W ubiegłym stuleciu zdarzył się jeden z najpoważniejszych boomów wszech czasów – szalone lata dwudzieste – po którym nastąpiła najgorsza zapaść wszech czasów, Wielki Kryzys, podczas którego co czwarty robotnik amerykański stracił pracę i podobnie było w innych krajach uprzemysłowionych. Po drugiej wojnie światowej fluktuacje były bardziej umiarkowane, boomy trwały dłużej, a zapaści krócej i były płytsze. Jednak, jak zauważyliśmy w poprzednim rozdziale, gdy stulecie zbliżało się ku końcowi, przeżyliśmy największy boom w ostatnim trzydziestoleciu, a mianowicie szalone lata dziewięćdziesiąte, w ciągu których stopa wzrostu podskoczyła do 4,4%1, po czym nadeszła jedna z najdłużej ciągnących się recesji.
    Wiele za tego, co się zdarza gospodarce, wcale nie zależy od państwa. Kiedy się jednak podejmuje pracę w administracji nowo wybranego prezydenta, można być pewnym, że tak jak jego, tak i nasza własna reputacja oraz długość okresu pozostawania na stanowisku będą prawdopodobnie zależały od stanu gospodarki. (...) [
Naturalnie dotyczy to ustabilizowanych demokracji. W innych państwach bywa z tym różnie. Anonimus].
    Politolodzy i ekonomiści wykazali, że powiązanie między polityką a gospodarką to nie jest żadna bajka. Istnieje tu wyraźna zależność statystyczna, a stan gospodarki jest równie dobrym wskaźnikiem  wyników wyborów jak większość sondaży przedwyborczych. (...) [
W Polsce niekoniecznie. Błędy polityczne jednych polityków, umiejętnie wykorzystane przez drugich polityków już parokrotnie miały większy wpływ na wyniki wyborów niż stan gospodarki. Anonimus].   
    W tym wszystkim jest pewna niesprawiedliwość: wiele ważnych wydarzeń oddziałujących na gospodarkę nie jest dziełem prezydenta, a jeden z najważniejszych instrumentów kontroli nad gospodarką – polityka pieniężna, która obejmuje ustalanie stóp procentowych i kontrolowanie podaży pieniądza – został scedowany ma niezależną Rezerwę Federalną. Gospodarkę Geralda Forda zrujnowało embargo na ropę naftową z 1973 roku, które raptownie zwiększyło bezrobocie, jakkolwiek w okresie wyborów gospodarka powróciła już do zdrowia. Recesja 1979 roku, która się przyczyniła do odejścia z urzędu Jimmy’ego Cartera, była wynikiem nałożenia się na siebie szoku cenowego na rynku ropy i ustalenia przez Rezerwę Federalną wysokich stóp procentowych.  

Gospodarka wysuwa się na pierwszy plan   .........   67

Ekonomia nigdy nie była ulubionym przedmiotem George’a Busha. W przeciwieństwie do tego Bill Clinton od samego początku dał jasno do zrozumienia, że na pierwszym miejscu stawia politykę wewnętrzną. Nieoficjalnym sloganem swojej kampanii wyborczej: „Chodzi o gospodarkę, głupcze!” zaproponował Amerykanom posługiwanie się gospodarką jako kartą ocen prezydenta (co tak i inaczej by robili). Dzięki hasłu: „Praca, praca i jeszcze raz praca dla wszystkich”, jasno określił, że będzie się skupiał na zatrudnieniu a nie na inflacji. Zaproponował konkretną miarę sukcesu – 8 milionów miejsc pracy w ciągu czterech lat. Jego plan redukcji deficytu (któremu Partia Republikańska sprzeciwiała się niemal jak jeden mąż) cechowała śmiałość. Było więc rzeczą naturalną, że gdy gospodarka zaczęła się piąć w górę, Amerykanie byli bardziej wspaniałomyślni niż zazwyczaj i udzielili prezydentowi, oraz jego zespołowi, kredytu zaufania. W istocie wbrew ostrym słowom, które krytycy powiedzą o dwóch kadencjach Billa Clintona, gospodarka pozostała niezdobytą redutą aprobaty dla niego. Wyglądało na to, iż giełda oddaje mu salut pożegnalny, zwyżkując w ostatnim roku jego prezydentury.        (...)
    W miarę wzrostu gospodarki rosło też zainteresowanie nią w społeczeństwie. Biznes, technika i technologia, finanse zaczęły się spotykać z taką uwagą prasy, jaka była przedtem zarezerwowana dla sportu show-biznesu. Media oczywiście lubią wybitne osobistości, toteż na ogół wolą, żeby analizy polityki były krótkie i przyjemne. W gazetach i czasopismach..., w całodobowych wiadomościach CNN i MSNBC dziennikarze ekonomiczni rozpływali się nad błyskotliwością i mistrzostwem ekipy Billa Clintona. (...)
    Prawda była oczywiście znacznie bardziej skomplikowana. (...) Daleki od jednolitości, był to w rzeczywistości niespójny zlepek decyzji, czasem odważnych, a czasem tchórzliwych, czasem podjętych na zasadzie konsensusu, a czasem przeforsowanych przez mniejszość, która chwilowo zyskała zaufanie prezydenta. Niektóre wynikały z jak najlepszych intencji (gdyż myśleliśmy, że kraj odniesie sukcesy), a przynajmniej kilka – z jak najgorszych (ponieważ jakiś partykularny interes przeważył w nich nad interesem publicznym). Z całą pewnością nie byliśmy bogami. Mieliśmy swój udział w popełnionych błędach. To, co było postrzegane jako największy sukces naszej polityki – ograniczenie deficytu – udało się nam z przyczyn całkiem odmiennych od wysuwanych przez wielu spośród jego orędowników. Koniec końców spis dokonań każdej administracji jest w dużej mierze konsekwencją rozdania kart przez Historię i przez wydarzenia, takie jak atak terrorystyczny z 11 września 2001 roku, na które nie ma ona wpływu. Odnosi się to również do nas. Jednakże dokonuje się wyborów i podejmuje decyzje, które prędzej czy później odbiją się na spuściźnie pozostawionej po danej administracji.   
     
Spadek odziedziczony przez Clintona: gra otrzymanymi kartami   .........   69

Po przyjściu do Białego Domu w 1993 roku zastaliśmy ogromne problemy. Gospodarka była w słabym stanie „bezzatrudnieniowej rekonwalescencji” po kryzysie lat 1990–1991, ale zaczęła wychodzić z recesji już dość długo przed objęciem urzędu prezydenta przez Billa Clintona. (...) Pozostawiono nam uporanie się z głębokim deficytem budżetowym, który się powiększał od czasu szaleństwa cięć podatkowych za prezydentury Ronalda Reagana. Te cięcia podatkowe miały zapłacić same za siebie, zgodnie z nabazgroloną na serwetce teorią, nazywaną krzywą Laffera – od nazwiska, pracującego podówczas na Uniwersytecie Chicagowskim, Arthura Laffera, który twierdził, że w miarę wzrostu podatków ludzie mniej pracują i mniej oszczędzają, tak że przychody z podatków w rzeczywistości spadają! (Pomysł ten wywodzi się z ekonomii podażowej, która kładzie nacisk na ograniczenia nakładane na gospodarkę przez gotowość jednostek do pracy i oszczędzania – stanowiącej przeciwieństwo ekonomii popytowej, która kładzie nacisk na ograniczenia nakładane na gospodarkę przez popyt: firmy nie będą wytwarzały dóbr, jeśli nikt ich nie kupi. Nieodpartym tego dowodem było to, że stawki podatkowe nigdzie nie znajdowały się na poziomie, przy którym ich obniżenie zwiększyłoby wpływy). (...)
    Kiepska sytuacja finansowa Ameryki była tylko najbardziej widoczną oznaką problemów kraju. (...) Ameryka od dawna była dumna ze swojej przewagi w dziedzinie techniki. (...) Jak się wydaje, nawet nasz prymat w dziedzinie techniki opierał się na drenażu mózgów – Ameryka brała najlepszych i najzdolniejszych z całego świata. 
    Poziom przestępczości i odsetek ludzi za kratkami, należące do najwyższych w świecie, także wskazywały, że działo się coś bardzo niedobrego. Niektóre stany wydawały więcej pieniędzy na więzienia niż na college’e i uniwersytety. (...)  Tymczasem w Stanach Zjednoczonych w ciągu dwóch dziesięcioleci nierówności się powiększyły. Jakkolwiek Reaganowcy mogli wierzyć w „teorię przepływania korzyści w dół”... – to jednak biedni nie odnieśli korzyści ze wzrostu w latach osiemdziesiątych. W rzeczy samej od 1973 roku najubożsi ludzie w Ameryce tak naprawdę stali się jeszcze ubożsi.   
    Pod innymi względami mieliśmy jednak szczęście. Chociaż nie przepuszczaliśmy żadnej okazji, żeby utrzymywać (a czasem nawet w to wierzyliśmy), że wyzdrowienie było naszym własnym dziełem , wiele z tego, co zdarzyło się w latach dziewięćdziesiątych, można przypisać siłom uruchomionym na dość długo przed wkroczeniem administracji Billa Clintona na scenę. Na przykład inwestycje w najnowocześniejszą technikę zaczęły się właśnie zwracać, przynosząc wzrost produktywności. W licznych największych miastach amerykańskich przestępczość zaczęła spadać, częściowo z powodów demograficznych, a częściowo z powodu zanikania straszliwej plagi kokainowej lat osiemdziesiątych.
    (...) Koniec zimnej wojny oznaczał, że jeśli tylko obniżymy wydatki wojskowe do bardziej rozsądnego poziomu – z maksymalnej 6,2% w epoce Reagana do, powiedzmy, 3% - to będziemy się mogli pozbyć przeszło połowy deficytu. Nie było tak, żeby ktokolwiek z nas podjął tę pracę z głębokiego wewnętrznego pragnienia zrównoważenia budżetu. Od prezydenta poczynając, wszyscy przyszliśmy do Waszyngtonu z całkiem odmiennym zestawem pragnień, które znalazły odbicie w programie kampanii
Stawiamy ludzi na pierwszym miejscu.
    Graliśmy jednak kartami, które nam rozdano. Prezydenta przekonano, iż jest takie zadanie, którym trzeba zająć się w pierwszej kolejności – zadanie, które, jak się okazało, zdominowało jego program działania w następnych ośmiu latach. Miał mianowicie wziąć deficyt pod kontrolę. 
    Było jasne, że deficytu budżetowego nie da się utrzymywać przez długi czas. (...) Tak więc ostatecznie albo trzeba by podnieść podatki, albo ograniczyć wydatki. Należało szybko stawić czoła rzeczywistości, a nie czekać na destrukcyjne skutki narastających długów.
    Problem polegał na tym, że był to najgorszy moment do stawienia czoła tej rzeczywistości. Gospodarka jeszcze całkiem nie wyszła z recesji 1991 roku, a standardowa teoria ekonomii – której naucza się na każdym kursie ekonomii od pięćdziesięciu lat mówi, że podniesienie podatków bądź ograniczenie wydatków w celu zredukowania deficytu spowolni tempo wzrostu gospodarczego. Wraz ze spowolnieniem wzrostu i zwiększaniem się bezrobocia wzrosną zasiłki socjalne i dla bezrobotnych, prowadząc do niezadawalających dochodów podatkowych. Wydatki zwiększą się w miarę, jak wpływy z podatków będą malały lub co najmniej nie będą rosły, tak jak to było w zdrowej gospodarce. Próba zredukowania deficytu okaże się donkiszoterią.
    Koniec końców okazało się jednak, że Clintonowska strategia redukcji deficytu się powiodła.
W ciągu paru lat deficyt odziedziczony po administracji George’a Busha przekształcił się w ogromną nadwyżkę i gospodarka wyzdrowiała, jakkolwiek z powodów charakterystycznych dla lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Ważne jest, aby zrozumieć, dlaczego redukcja deficytu wówczas się udała i dlaczego był to wyjątek potwierdzający regułę.   

Zaszłości  .........   71

Aby zrozumieć, jaką rolę odegrała redukcja deficytu w uzdrowieniu gospodarki w latach dziewięćdziesiątych, należy wrócić do końca lat siedemdziesiątych i początku lat osiemdziesiątych, kiedy Zarząd Rezerwy Federalnej, kierowany wówczas przez Paula Volekera, obawiał się o inflację i w związku z tym podniósł stopy procentowe do niespotykanego poziomu. Chciał schłodzić coś, co postrzegał jako przegrzanie gospodarki – pod koniec 1981 roku i na początku 1982 roku oprocentowanie długoterminowych obligacji spółek przekraczało 15%. Rezerwa szczyciła się swoim sukcesem w obniżeniu inflacji z 13,5% w 1980 roku do zaledwie 3,2% w 1983 roku. Niektóre koszty tych osiągnięć ujawniły się natychmiast
– bezrobocie podskoczyło do 9,7%, to jest do poziomu nie notowanego w Stanach Zjednoczonych od Wielkiego Kryzysu. Ale upłynęło więcej niż 10 lat, zanim odczuto wszystkie koszty tego wysiłku zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą.
    W kraju niebotyczne stopy procentowe oprócz tego, że zabiły inflację, zniszczyły banki, przede wszystkim stowarzyszenia czy kasy oszczędnościowo-pożyczkowe, które specjalizowały się w pożyczkach hipotecznych. Chociaż odsetki, które otrzymały one od już udzielonych kredytów hipotecznych, były stałe, to odsetki, które musiały płacić deponentom, poszły gwałtownie w górę i w efekcie kasy te zbankrutowały. Powinno to być jasne ,mniej więcej w roku 1985; w istocie problem mógł być wówczas rozpoznany i rozwiązany, gdyby rząd federalny nie uciekł się do drobnych machlojek księgowych w celu podretuszowania rzeczywistości. Administracja Ronalda Reagana postanowiła ratować banki, pomagając im w „odkrywaniu” wartych miliardy dolarów aktywów, których istnienia nikt dotąd nie podejrzewał. Przeprowadzono to w drodze zezwolenia bankom na zaklasyfikowanie ogromnych wartości w bieżącym bilansie do ich „renomy” – ich antycypowanych zysków w przyszłości. Ale oczywiście zmiany na papierze nie zmieniają rzeczywistości: banki były nadal zobowiązane do wypłacania dysponentom więcej, niż uzyskiwały z udzielonych pożyczek. Potrzebny był jeszcze jeden składnik – taki, który też wymagał nieprawidłowej księgowości. Prezydent Reagan forsował deregulację, a dzięki pozwoleniu bankom na inwestowanie w nowe, ryzykowne przedsięwzięcia – nawet na kupowanie obligacji śmieciowych...  Oczywiście przy właściwych procedurach księgowych... odłożyć rezerwy...  (...) Chodziło im jednak nie o dobrą ekonomię, dobrą księgowość czy dobrą praktykę udzielania kredytów, lecz o przełożenie dnia rozliczeń na czas, gdy będzie się o nie martwił już ktoś inny. „Stawiając na zmartwychwstanie” - ... miały szanse przetrwać4.  
    Przyparte do muru, kasy oszczędnościowo-pożyczkowe zaczęły rzucać pożyczki na rynek nieruchomości. Reaganowska „reforma” podatkowa z 1981 roku skomplikowała sprawy, obdarzając inwestujących w nieruchomości szybkimi odpisami amortyzacyjnymi i innymi dużymi ulgami. Inwestorzy ci sprytnie ocenili, że nowe reguły są zbyt dobre, żeby mogły się szybko utrzymać, i postanowili wyciągnąć z nich maksymalne korzyści tu i teraz. Tarcze podatkowe związane z inwestycjami w nieruchomości rosły jak grzyby po deszczu, a puste biurowce górowały nad kolejnymi miastami. W połowie lat osiemdziesiątych pustostany lokali użytkowych w niektórych aglomeracjach przekraczały 30%. Następnie, wobec narastającej krytyki tej szczodrości podatkowej, administracja prezydenta Reagana zmieniła kurs, wprowadzając w 1986 roku reformę podatkową, która nie tylko odebrała ogromne przywileje, ale również nałożyła ścisłe ograniczenia na tarcze podatkowe.
    Dokładnie tak samo, jak prawo podatkowe z 1981 roku podtrzymało boom, prawo podatkowe z 1986 roku przyspieszyło nieuchronne załamanie. Bez ulg podatkowych bańka na rynku nieruchomości pękła. Ceny spadły, pożyczki hipoteczne przestały być spłacane, a drapacze chmur niszczały. W 1988 roku kasy oszczędnościowo-pożyczkowe mało że były chore – wymagały intensywnej kuracji. I ją otrzymały – w formie ogromnego dofinansowania przez państwo. Ale prezydent Reagan osiągnął to, co prawdopodobnie zamierzał. Upłynęło prawie dziesięć lat, zanim błędy popełnione na początku lat osiemdziesiątych – wygórowane stopy procentowe, bezmyślna deregulacja i cudaczne sposoby księgowania – w pełni się ujawniły i trzeba było się nimi zająć. Była to część spadku przekazanego przez Ronalda Reagana swojemu byłemu zastępcy, George’owi Bushowi, który musiał dofinansować banki wysokim kosztem – ponad 100 miliardów dolarów – dla budżetu federalnego i gospodarki narodowej, jako że stopniowo torowało to drogę recesji, która nadeszła dwa lata później.        
   
Międzynarodowe konsekwencje polityki pieniężnej Stanów Zjednoczonych   .........   73

Nadmierne podniesienie stóp procentowych przez Rezerwę Federalną w toku jej walki z inflacją miało też inny skutek: zrujnowane zostały nie tylko krajowe kasy oszczędnościowo-pożyczkowe, lecz również wiele latynoamerykańskich. Przez całą dekadę lat siedemdziesiątych zachęcano kraje Ameryki Łacińskiej do pożyczania petrodolarów, które kraje naftowe trzymały w bankach Stanów Zjednoczonych i Europie. Więc pożyczyły miliardy. Latynoamerykańskie zadłużenie w bankach komercyjnych wzrastało w skumulowanym tempie rocznym wynoszącym 20%, o wiele szybciej niż PKB, tak że w roku 1981 całkowite zadłużenie zagraniczne tych krajów stanowiło prawie 40% PKB.
    Nie można się więc dziwić, że gdy Amerykańska Rezerwa Federalna w 1981 roku podwyższyła stopy procentowe do niespotykanego poziomu, kraje Ameryki Łacińskiej miały trudności z wywiązaniem się ze swych zobowiązań i w okresie do 1983 roku jeden kraj za drugim przestał to robić. Jeden z ówczesnych gubernatorów Rezerwy Federalnej opisywał mi swoją konsternację z powodu braku zainteresowania tej instytucji konsekwencjami jej poczynań w skali światowej. Broniąc się, Rezerwa twierdziła, że jej mandat wymaga, aby skupiała się na konsekwencjach dla Stanów Zjednoczonych.
    Tymczasem mimo iż Stany Zjednoczone być może wsparły swoje krótkoterminowe interesy, to nasza wyraźnie niefrasobliwa obojętność wobec wpływu na Amerykę Łacińską podważyła prawa naszego kraju do światowego przywództwa. Niespłacenie należności w Ameryce Łacińskiej doprowadziło do osłabienia także naszego systemu bankowego, a tym samym całej naszej gospodarki.

Recesja 1991 roku   .........   73

Jednakże to kryzys kas oszczędnościowo-pożyczkowych w latach 1988-1989 wywarł przemożny wpływ na naszą gospodarkę. W następstwie tego kryzysu administracja prezydenta Busha seniora wprowadziła nowe, ostre regulacje w sektorze bankowości, które zniechęcały do podejmowania ryzykownych inwestycji i, przynajmniej w tej jednej dziedzinie, częściowo cofnęły deregulację ery Reagana. Rezultatem tego było, jak zakładano, postawienie banków powrotem na zdrowszych podstawach, co ograniczało prawdopodobieństwo wystąpienia konieczności kolejnego dofinansowania ich w przyszłości. Ale była również bardziej mroczna konsekwencja, którą przewidywało niewiele osób. Ponieważ banki starały się przywrócić porządek w swoich bilansach i sprostać nowym regulacjom, ograniczyły udzielanie kredytów. Strumień kapitału wysechł, tak samo jak – stopniowo – cała gospodarka amerykańska. W wyniku nieuchwycenia głównego źródła problemu Rezerwa Federalna jeszcze go pogorszyła. Nieznaczny błąd w regulacjach dotyczących banków – decyzja, żeby traktować długoterminowe obligacje państwowe, bardzo wrażliwe na zmiany stóp procentowych, tak jakby były całkowicie bezpieczne – w dalszym ciągu zachęcał je do lokowania pieniędzy w te obligacje, a nie do robienia tego, czego się od nich oczekuje, czyli do udostępniania środków finansowych biznesowi, żeby mógł się rozwijać i tworzyć miejsca pracy.
    Gdy gospodarka pogrążyła się w recesji, Rezerwa Federalna ostatecznie obniżyła stopy procentowe w 1991 roku, czyli niewystarczająco szybko. Recesja była w pewnym sensie końcowym aktem tragedii, która została zapoczątkowana podwyższeniem stóp procentowych we wczesnych latach osiemdziesiątych, śmiesznie niskimi podatkami z 1981 roku oraz źle zaprojektowaną deregulacją sektora finansowego przeprowadzoną za Ronalda Reagana. I chociaż recesja była przez wielu określana jako krótkotrwała i płytka, to nie tak ją odczuwało 3,5 miliona ludzi, którzy powiększyli rzeszę bezrobotnych między 1990 a 1992 rokiem, czy dalsze miliony, które po utracie pracy znalazły nową, tyle że gorzej płatną. W istocie z bliższego przyjrzenia się danym wynika, że spadek aktywności gospodarczej był poważny: mierzona rozziewem między potencjałem gospodarki a jej rzeczywistymi dokonaniami, recesja 1991 roku była równie głęboka jak średni powojenny spadek koniunktury.
    Bill Clinton swój wybór w dużej mierze zawdzięczał chwiejącej się gospodarce i temu, że Rezerwa Federalna nie zareagowała na czas. Kiedy obejmował urząd w styczniu 1993 roku, bezrobocie wynosiło 7,3% ...  Zaostrzony przez recesję deficyt budżetowy w 1992 roku wzrósł do 4,7% PKB, z 2,8% w roku 1989. Było jasne, że gospodarką nie kierowano dobrze.             
   

Walka o obniżenie deficytu  .........   74

Prezydenta Clintona przekonano, żeby z redukcji deficytu uczynił swój priorytet. Oznaczało to oczywiście odsunięcie na bok programu socjalnego, który stanowił najważniejszy bodziec zarówno dla niego, jak i dla większości jego zwolenników. Prezydent nie brał nawet pod uwagę wątpliwości, czy ta strategia się powiedzie: jak powiedziałem, standardowa ekonomia utrzymywała, że zmniejszenie deficytu spowolni proces dochodzenia gospodarki do zdrowia i zwiększy bezrobocie. Ci z nas, którzy doradzali prezydentowi, naturalnie byli świadomi, że tradycyjnie uważano, iż obniżenie deficytu pogorszy stan gospodarki, a jeśli tak się stanie, to cała strategia spali na panewce: wolniejszy wzrost doprowadzi do jeszcze większego deficytu. Dlatego staraliśmy się, jak tylko mogliśmy, „odłożyć” redukcję deficytu – zagwarantować jeszcze większą jego redukcję w następnych latach. Mieliśmy nadzieję, że gospodarka będzie już wtedy w wystarczająco dobrym stanie, by mogła wytrzymać wstrząs. (...)
    Podjęta strategia była ryzykowna, zwłaszcza dla prezydenta wybranego dzięki deklaracji: „Praca, praca i jeszcze raz praca dla wszystkich”. Najwyraźniej pod presją polityki i czasu ekonomiści Billa Clintona unieważnili wyniki półwiecza badań ekonomicznych. Przez całe dziesięciolecia konserwatyści usiłowali uśmiercić Keynesa i jego wezwanie do interwencji państwa w okresie spadku koniunktury gospodarczej. A tu w krótkim okresie my, zgraja ekonomistów Clintona, tak zwani nowi demokraci, przeprowadziliśmy to, co od dawna nie udawało się konserwatystom: gospodarka odżyła i doceniono znaczenie redukcji deficytu.  
    Czy Keynes naprawdę umarł? Czy podręczniki trzeba napisać na nowo? Czy mniej państwa i mniejszy deficyt to był klucz do sukcesu gospodarczego? Jeżeli standardowa interpretacja historii weźmie górę, to wygląda na to, że odpowiedź brzmiałaby: tak..
    Przywiązani do redukcji deficytu wystąpili z nową teorią. Zmniejszenie deficytu – żywili nadzieję – doprowadzi do obniżenia długoterminowych stóp procentowych, niższe długoterminowe stopy procentowe doprowadzą do zwiększenia inwestycji, a większe inwestycje znowu pobudzą gospodarkę. Mieli nadzieję, że tym razem, w wyniku ostrożnego przeprowadzenia redukcji deficytu, zwiększone inwestycje w wyniku niższych długoterminowych stóp procentowych z nawiązką zrekompensują bezpośrednie skutki wyższych podatków i niższych wydatków państwa.
    Było jednak kilka problemów z tą teorią, oprócz tego oczywistego, wspomnianego wcześniej, że stanowiła ona policzek dla teorii dowodów i tego, czego na świecie nauczano podczas każdego cyklu wykładów z makroekonomii. Jeśli rynek obligacji uwierzy, że w przyszłości deficyt się zmniejszy, to stopy procentowe pójdą w dół. Zdaliśmy się na łaskę zmiennych rynków obligacji, tych samych ludzi, którzy czasem wykazywali irracjonalną euforię, a czasem irracjonalny pesymizm. Nasz los będzie zależał od dokonywanych przez handlujących obligacjami  - w większości wrogo nastawionych do prezydenta Clintona i jego podwyżek podatków – ocen tego, czy zdołamy zrealizować nasze zobowiązanie do redukcji deficytu.  

Dlaczego redukcja deficytu tym razem się udała?   .........   76

Skoro redukcja deficytu, ogólnie biorąc, powinna spowolnić powrót do zdrowia, to czemu należy przypisać wigor, z jakim ten proces następował? Sekwencja zdarzeń wcześniej nie przewidzianych, a później nie w pełni zrozumianych. Dzięki zmniejszeniu deficytu administracja Billa Clintona skończyła z refinansowaniem pewnej liczby amerykańskich banków; był to akt mimowolny, który ponownie pobudził gospodarkę.
    Oto jak to przebiegało: w następstwie krachu kas oszczędnościowo-pożyczkowych wprowadzono nowe przepisy, nakazujące bankom utrzymywanie odpowiedniego kapitału, do którego mogłyby sięgać w przypadku pogorszenia się ich portfela pożyczek. Wielkość potrzeb kapitałowych banków jest oczywiście związana ze stopniem ryzyka, jakie podejmują. Ekonomiści, którzy rozważali ten problem, między innymi Michael Boskin, są zgodni, że ryzyko, w tym kontekście, wykraczało poza możliwość bankructwa; istniało też niebezpieczeństwo spadku wartości aktywów. Z tego punktu widzenia obligacje państwowe o długim terminie wykupu są obarczone ryzykiem, nawet gdy nie ma niebezpieczeństwa, że nie zostaną wykupione, ponieważ mogą stracić na wartości, jeśli wzrosną stopy procentowe. Ale mimo że rząd w 1989 roku nałożył na banki ostrzejsze ograniczenia, Rezerwa Federalna postanowiła pozwolić im traktować długoterminowe obligacje państwowe jako papiery wolne od ryzyka. Oczywiście uszczęśliwiło to banki, bo zwiększyło ich krótkoterminową rentowność, gdyż długoterminowe obligacje przynoszą wysoki dochód. Przeznaczając fundusze deponentów na zakup długoterminowych obligacji, były w stanie osiągnąć ładny zysk. Była to jednak bardzo niebezpieczna strategia. Jeśliby stopy procentowe wzrosły – a z powodzeniem mogłyby, gdyby deficyt nadal szybko się powiększał – to ceny obligacji by spadły, co zmusiłoby rząd federalny do ratowania sytuacji po raz drugi. 
    Tak więc po raz kolejny nadmiernie ofensywna księgowość doprowadziła do wprowadzających w błąd informacji, złych decyzji i poważnych konsekwencji dla gospodarki Stanów Zjednoczonych. Długoterminowe obligacje państwowe są wyżej oprocentowane niż obligacje krótkoterminowe, żeby zrekompensować inwestorom ryzyko spadku ich wartości. Jednakże Rezerwa Federalna przyzwoliła na pewien sposób księgowania i zestaw regulacji, które nie odzwierciedlały w ogóle tego ryzyka. I to właśnie uczyniło tę strategię „zyskowną”. Zapewne należało zmusić banki do kontynuowania odkładania rezerw w celu zabezpieczenia się przed ryzykiem spadku cen długoterminowych obligacji państwowych, ale ich nie zmuszono, więc tego nie robiły.
    Na szczęście, częściowo dzięki sukcesowi prezydenta Clintona w obcinaniu deficytu, długoterminowe stopy procentowe gwałtownie spadły, z 9% we wrześniu 1990 roku do poniżej 6% w październiku 1994b roku. W związku z tym cena długoterminowych obligacji państwowych wzrosła. W konsekwencji tej ryzykownej gry raptownie poprawiły się bilanse bank
ów. A ponieważ długoterminowe stopy procentowe były teraz niskie, czyniąc długoterminowe obligacje mniej atrakcyjną inwestycją, banki zaczęły się rozglądać za zyskami gdzie indziej. Wróciły do swojej właściwej działalności, którą jest pożyczanie. To właśnie ta zwiększona gotowość banków do udzielania kredytów, która stanowiła rzeczywistą różnicę, oraz program redukcji deficytu administracji Billa Clintona i jego mimowolny wpływ na rekapitalizację kas oszczędnościowo-pożyczkowych sprowadził z powrotem gospodarkę na właściwe tory.    
    Redukcję deficytu można więc określić jako szczęśliwy błąd – była to słuszna decyzja podjęta z niesłusznych powodów. Jej sukces opierał się na innym szczęśliwym błędzie – na zaniechaniu przez Rezerwę Federalną windowania stóp procentowych we wczesnych stadiach ponownego powracania gospodarki do zdrowia, co na pewno by zrobiła, gdyby zbyt nisko nie oszacowała stopnia tego wyzdrowienia, tak jak poważnie zaniżyła wielkość wcześniejszego upadku.            

Gra na zaufaniu: alternatywne wyjaśnienie   .........   77

Tak więc redukcja deficytu się powiodła, ale jej przebieg był skomplikowany i nieoczekiwany oraz w sposób kłopotliwy kłócił się z przekonaniami i osobistym interesem  potężnych osób i instytucji , których prawdziwym planem było obalenie ekonomii keynesistowskiej i(lub) zmniejszenie roli państwa. Dzięki obcięciu deficytu – mówiono – administracja odbudowała zaufanie bankowców i inwestorów, które było nadwyrężone wskutek nie poddanego dyscyplinie wydawania pieniędzy przez państwo. W efekcie biznes znowu zaczął inwestować we wzrost i innowacje, konsumenci znowu zaczęli wydawać pieniądze i dochodzenie gospodarki do zdrowia nabrało impetu. Plan jastrzębi w sprawach deficytu był jasny: utrzymać deficyt na niskim poziomie (nawet w okresach recesji) i słuchać tego, co chcą rynki finansowe – bo jeśli się je zrazi, to jest się zgubionym.
    Jest ziarnko prawdy w tej często powtarzanej interpretacji, skupiającej się na zaufaniu, jednak nauka, jaka powinna być z niej wyciągni
ęta, jest z pewnością bardziej wstrzemięźliwa. Poświęciliśmy wiele czasu na próby budowy zaufania czy, wyrażając się mniej elegancko, „przedstawienie” statystyk tak, by podkreślić sukcesy naszej polityki. Ale to nie były czary marketingowe wcześniejszych administracji, według których obniżki podatków miały się same spłacić, i to nie tylko dzięki wzrostowi produkcji, który by wywołały. Nasze przewidywania były realistyczne. Mimo to usilnie pracowaliśmy nad zapewnieniem, żeby gospodarka spełniła te przewidywania. Weźmy te 8 milionów miejsc pracy, które Bill Clinton chciał stworzyć – była to obietnica, którą zrealizował z nawiązką, tworząc 16 milionów w ciągu ośmiu lat. To nie my stworzyliśmy te miejsca pracy; zrobiła to gospodarka amerykańska, a chyba każde wyzdrowienie godne tej nazwy musiało temu sprostać. Gdyby gospodarce nie udało się wygenerować co najmniej 8 milionów miejsc pracy, bezrobocie byłoby tak duże, że Bill Clinton właściwie nie mógłby być ponownie wybrany. Został przedstawiony taki cel, co do którego prawie mieliśmy pewność, że zostanie osiągnięty, jeśli dobrze pokierujemy gospodarką. Był to cel istotny zwłaszcza dla tych, którzy otrzymali pracę – tylko w ciągu dwóch pierwszych lat rządów Billa Clintona stworzono 5,5 miliona nowych możliwości zatrudnienia. Przekroczyło to zdecydowanie nasze zamierzenia i oznaczało coś na pewno znacznie lepszego niż utrata ponad 2 milionów miejsc pracy na początku kadencji drugiego prezydenta Busha.
    Kiedy ukazały się miesięczne dane o gospodarce, przedstawiające sugestywne potwierdzenie niższego poziomu bezrobocia i ustabilizowania się inflacji, wykorzystaliśmy tę okazję, żeby pomóc dziennikarzom zrozumieć, dlaczego gospodarka mogła teraz wytrzymać spadek bezrobocia bez napędzania inflacji. (...)
    Zaufanie się liczy, ale nie bierze się znikąd. To powracająca do zdrowia gospodarka zapewniła zaufanie. (...)         
    Z biegiem lat doszedłem do przekonania, że ostatnią deską ratunku dla tych, którzy nie mogą znaleźć lepszych argumentów, jest argument o zaufaniu. Kiedy nie ma bezpośrednich dowodów, że deficyt sprzyja wyzdrowieniu lub niekorzystnie oddziałuje na wzrost, wtedy mówi się, że tak się dzieje z powodu zaufania. Kiedy nie ma bezpośrednich, że niższe stawki podatkowe stymulują wzrost, wtedy mówi się, że tak się dzieje z powodu zaufania. Przyczyną, dla której tak wiele osób uważa argument o zaufaniu za pociągający, jest to, że jest on trudny do obalenia. Możemy zmierzyć deficyt i szacować jego wpływ na wzrost; możemy zmierzyć stawki podatkowe i oszacować ich wpływ na wzrost. Lecz zaufanie jest zbyt trudne do zdefiniowania, by można je było dokładnie zmierzyć6. Dlatego polityk stający się biznesmenem może twierdzić, że ma wiedzę z pierwszej ręki na temat tego, jak myśli biznes – i nie będzie to kwestionowane.*         

Redukcja deficytu z perspektywy czasu  .........   78

Do dnia dzisiejszego w sporej liczbie książek opisano odwagę i dyscyplinę prezydenta Clintona w walce o zmniejszenie deficytu budżetowego. Kandydując na urząd prezydenta, myślał on o dokonaniu zmian w sferze społecznej – o reformie systemu opieki społecznej i ochrony zdrowia, o poprawie edukacji i szkolenia zawodowego, o postępie w dziedzinie praw obywatelskich, natomiast na drugą kadencję został wybrany dlatego, że nacisk, jaki kładł na gospodarkę, znalazł odzew u wyborców. Redukcja deficytu była tylko jedną z kilku rzeczy, które należało zrobić, żeby gospodarka bardziej tryskała życiem. Mimo tak okrzyczanych reform ery Reaganowskiej nastawionych na „stronę podażową” – obniżenia podatków i deregulacji – które w założeniu miały przyspieszyć wzrost, był on w długim okresie prawie o połowę mniejszy niż w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. A ponieważ z tego wzrostu, który został osiągnięty, najbardziej skorzystali najbogatsi Amerykanie, podczas gdy realny dochód znajdujących się na dole drabiny społecznej spadł, Ameryka stanęła w obliczu coraz większych nierówności.
    Nierówności i wzrost to był przedmiot naszej uwagi. Odpowiedzialność w sprawach finansowych była uważana za domenę konserwatywnych republikanów, jednak po dwunastu latach fiskalnej rozrzutności obniżka podatków, która według prezydenta Reagana  miała zapłacić sama za siebie poprzez wzmocnienie gospodarki, nie osiągnęła tego celu. Billowi Clintonowi została więc do wykonania brudna robota bez pomocy republikanów, którzy jednomyślnie głosowali przeciwko jego planowi redukcji deficytu. Ich sprzeciw potwierdził raczej diaboliczną interpretację obniżek podatków Ronalda Reagana. Otóż oni tak naprawdę wcale nie wierzyli w ekonomię propodażową, teorię, że obniżenie podatków tak bardzo pobudzi gospodarkę, iż dochody podatkowe w rzeczywistości wzrosną. Przeciwnie, wiedzieli, że będą występowały deficyty budżetowe, i mieli nadzieję, że te deficyty wymuszą cięcia w wydatkach państwowych. Prawdziwy plan polegał zatem na wymuszeniu znaczącego zmniejszenia roli państwa – a ponieważ prezydent Reagan forsował duży wzrost wydatków wojskowych i niewiele zrobił, żeby ograniczyć subsydia dla korporacji, oznaczało to, że nastąpią ogromne ograniczenia w innych dziedzinach sfery publicznej. Ale uruchomiwszy ten proces, republikanie nigdy nie mogli doprowadzić do końca cięć w usługach publicznych, więc nigdy nie zdołali zapanować nad deficytem7. „Szamańska ekonomia” nie zadziałała, a odwagi politycznej starczyło na niewiele: łatwiej było obniżać podatki niż wydatki. Krytykując demokratów jako tych, którzy „opodatkowują i wydatkują”, republikanie mieli zapewne nadzieję, gdy Bill Clinton objął urząd prezydenta, że znowu będą mogli obwiniać demokratów o deficyt budżetowy. Jednak Clinton ich zaskoczył: zaproponował nie tylko cięcia wydatków, ale również podniesienie podatków. Koszty dostosowań zostałyby w ten sposób podzielone.
    Z analitycznego punktu widzenia ograniczenie deficytu jest łatwe: należy zmniejszyć wydatki i zwiększyć podatki. Jednak żadne z tych działań nie jest pożądane z politycznego punktu widzenia. Bill Clinton dzielnie postanowił nie tylko obciąć wydatki, lecz także podwyższyć podatki – głównie dla najbogatszych, którzy zgarnęli lwią część korzyści w dwóch poprzednich dziesięcioleciach. Nawet po tej podwyżce podatków i tak powodziłoby im się znacznie lepiej niż tuż przedtem i w niczym by to nie przypominało spadku dochodów ludzi ubogich. Jak można się było spodziewać, sprzeciw był silny: republikanie upierali się, że te podatki utrudnią wzrost gospodarczy. Nie utrudniły, a wręcz bogaci stawali się jeszcze bogatsi w porównaniu z resztą ludności. 
    Prezydent Clinton miał nawet nowy znakomity pomysł: dlaczego nie opodatkować rzeczy „złych” zanieczyszczeń – zamiast „dobrych” – ciężkiej pracy i oszczędności? Jednak sprawcy zanieczyszczeń, ci, którzy emitowali gazy cieplarniane, prowadzące do globalnego ocieplenia i w efekcie do dużych zmian pogodowych, które spowodowały takie zniszczenia w ostatnich latach, nie chcieli oczywiście o tym słyszeć. (
Na marginesie: część klimatologów – będąca co prawda w zdecydowanej mniejszości – wcale nie podziela poglądów o grożącym „globalnym ociepleniu”. Stoi nawet na stanowisku o nadciągającym nowym zlodowaceniu. Anomalia pogodowe różnie też są interpretowane. Anonimus). Przedsiębiorstwa energetyczne połączyły się więc z producentami samochodów i z przemysłem węglowym – reprezentując rozległe spektrum żywotnych interesów własnych – w wysiłkach zmierzających do przekształcenia podatku opartego na szerokiej podstawie, który by zwiększył naszą niezależność energetyczną i naszą efektywność ekonomiczną, a jednocześnie poprawił jakość atmosfery, w żałosny 4,3-procentowy podatek od benzyny.   

Czy redukcję posunęliśmy zbyt daleko?
   .........   80

Abstrahując od problemów polityki partyjnej, uważam dzisiaj, że redukcję deficytu posunęliśmy zbyt daleko i jeśli nie zrozumiemy, jak należy traktować deficyt budżetowy, to polityka gospodarcza będzie w przyszłości wypaczona, a prosperity gospodarcza wystawiona na ryzyko. W miarę upływu czasu nawet administracja Billa Clintona i jego Ministerstwo Skarbu jakby się coraz bardziej gubiły w podchodzeniu do roli obniżania deficytu. Skoro wyprowadziło nas ono z recesji, to i inne kraje przeżywające recesje też powinny zredukować swoje deficyty – to była polityka, jaką, za naszą namową, MFW narzucał krajom rozwijającym się. Przyniosło to katastrofalne skutki , zwłaszcza w Azji Wschodniej i w Ameryce Łacińskiej. Ale kiedy przyszła kolej na Europę i Japonię, których wzrost gospodarczy ma niezwykle duży wpływ na nasz eksport, a tym samym na nasz wzrost, nie byliśmy już tak przekonujący. (...)  Stale wzywaliśmy Japonię i Europę, żeby stymulowały swoją gospodarkę. Pogląd Ameryki był jasny: Japonia potrzebowała większego finansowania deficytowego oraz silniejszych bodźców makroekonomicznych.
    W gospodarce borykającej się ze spadkiem koniunktury korzyści z, powiedzmy, zwiększonych wydatków ogromnie przekraczają koszty, nawet jeśli wydatki są finansowane wyłącznie z deficytu, i jest to przypadek, kiedy wydatki są inwestycjami o wysokim zwrocie. Gdy gospodarka funkcjonuje, nie wykorzystując w pełni swojego potencjału – jest w okresie recesji – zwiększenie wydatków o 100 miliardów dolarów zazwyczaj powoduje znacznie zwiększy wzrost PKB (nazywa się to mnożnikiem). (...)
    Pożyteczne może być przeprowadzenie pewnego eksperymentu myślowego: co by się stało, gdybyśmy dokonali znacznie bardziej umiarkowanej redukcji deficytu? (...)
    Powinniśmy zacząć od ogólnej lekcji, często umykającej z pola widzenia w sytuacji spadku koniunktury gospodarczej: każdy taki spadek kiedyś się kończy. Polityka gospodarcza ma znaczenie: może sprawić, że będzie on trwał krócej lub dłużej, że będzie płytszy lub głębszy, może doprowadzić do dłuższej ekspansji. Jednakże wahania koniunktury cechowały kapitalizm od zarania jego istnienia; każda bańka pryska, a po każdej recesji następuje ożywienie.
    Możemy być zatem pewni, że gdybyśmy dokonali mniejszej redukcji deficytu, to i tak w końcu doszłoby do ożywienia. Nie wystarczy po prostu zaobserwować, że deficyt został zmniejszony i gospodarka się ożywiła, i powiedzieć, iż to właśnie obniżenie deficytu spowodowało ożywienie. Redukcja deficytu przyspieszyła spadek stóp procentowych, co się przyczyniło do dokapitalizowania banków. Ale stopy procentowe tak czy inaczej by spadły. Spadały, zanim Bill Clinton objął urząd prezydenta. Siły poskramiające inflację – słabsza pozycja związków zawodowych, większa konkurencja międzynarodowa, zwiększona wydajność – były już w grze i to właśnie niższa inflacja wraz z redukcją deficytu budżetowego obniżyły długoterminowe stopy procentowe.
    Te same siły doprowadziły następnie do boomu znamionującego lata dziewięćdziesiąte. Być może boom zacząłby się troszkę wcześniej  lub troszkę później. Niemniej, znowu jak się patrzy z perspektywy czasu, nieco bardziej umiarkowany boom byłby bardzo pomocny dla gospodarki w długim okresie.
    Jednocześnie argument ten jest związany z mistycznym słowem „zaufanie”, o którym mówiliśmy wcześniej. Bez zmniejszenia deficytu istniałyby obawy, że Stany Zjednoczone staną się kolejną republiką bananową, czyli krajem, w którym zarówno wydatki, jak i deficyt wymknęły się spod kontroli. Jacy inwestorzy poprawnie rozumujący zainwestowaliby w takim kraju? – tak brzmiała argumentacja. Takie argumenty uważam za nieprzekonujące. Jednym z najbogatszych, najszybciej rozwijających się regionów na świecie są północne Włochy, gdzie stosunek zadłużenia do PKB przekracza 100%.     
    Różne rozwiązania wzbudzają zaufanie różnych ludzi – niektórzy martwią się deficytem, inni wysokimi stawkami podatkowymi nakładanymi po to, by zmniejszyć deficyt, a jeszcze inni niepokojami społecznymi, do których często dochodzi w przypadku zbyt małych wydatków na cele społeczne – ale nic tak nie zwiększa zaufania jak wzrost gospodarczy. Jeżeli deficyt stymuluje gospodarkę, jak twierdzi tradycyjna ekonomia, to deficyt umiarkowany i tak skonstruowany, żeby go można stopniowo likwidować w miarę powracania gospodarki do zdrowia, jest najlepszym sposobem na odbudowę zaufania.
    Innowacje techniczne i technologiczne – rewolucja komputerowa – oraz proces globalizacji, zmiany w gospodarce rozpoczęte jeszcze przed objęciem urzędu przez Billa Clintona, na które redukcja deficytu miała niewielki wpływ, sprawiły, że inwestowanie w Ameryce stało się bardziej atrakcyjne. To te realne zmiany w gospodarce, w połączeniu z ograniczonym wzrostem płac, doprowadziły do wysokich zysków i dużej rentowności, a nie jakieś mistyczne poczucie zaufania.
    Jeżeli ta argumentacja jest poprawna, jeżeli to rzeczywiste zmiany w gospodarce, postęp techniczny, otwieranie rynków w procesie globalizacji były prawdziwym motorem ożywienia, to
deficyt znacząco by się zmniejszył nawet wtedy, gdyby Bill Clinton trochę mniej obciął wydatki.
    Załóżmy na przykład, że prezydent przeznaczył dodatkowe fundusze na sfinansowanie większych inwestycji na prace badawczo-rozwojowe, w technologie, infrastrukturę i edukację. W wyniku wysokich zwrotów z tych inwestycji PKB byłby w roku 2000 wyższy, a gospodarka dysponowałaby większym potencjałem wzrostu. (
W szczegółach inwestycji i jej efektów różnie może wyjść. Przykładowo, w aktualnych warunkach polskich, gdyby inwestycje w edukację przeznaczyć głównie na „nową politykę historyczną”, to mógłby z tego wyjść ani wzrost, ani edukacja. Anonimus).
    Oczywiście dług krajowy byłby większy, ale większe byłyby także nasze aktywa. Problem polega na tym, że nasze zasady rachunkowości koncentrują się na uznawaniu naszych zobowiązań (długów), a nie naszych aktywów. Jeśli zwroty z inwestycji o żywotnym znaczeniu są tak wysokie, jak wskazują obliczenia, to cięcia w tych inwestycjach wymuszane przez redukcję deficytu zubożyłyby nasza kraj. (
Kilka „hasłowych” warunków, na przyszłość, realia polskie: Inwestycje powinny być trafne do końca, a nie tylko kierunkowo. Zwroty powinny być ocenione prawidłowo – nawet bez żadnej złej woli może wyjść odwrotnie: wystarczą same niedostatki „sztuki ekonomicznej”; łatwo też, świadomie, coś w wyliczeniach zmanipulować; księgowość też wiele potrafi. Anonimus). Mądrzy inwestorzy dostrzegliby, że w końcu będziemy musieli pokryć nasz deficyt w zakresie infrastruktury, tak samo jak w końcu prawdopodobnie będziemy musieli spłacić wszelkie długi. Dostrzegliby, że w każdym przypadku, gdy przyjdzie „dzień rozliczeń”, podatki mogą być podniesione. Niemniej jeśli inwestycje przyniosłyby dochody przewyższające niską stopę, po której rząd zaciągnął pożyczkę, a rząd mógłby rozporządzać tymi dochodami, to w rzeczywistości można by obniżyć opodatkowanie reszty gospodarki.  
    Było wiele okazji podejmowania inwestycji w sektorze publicznym, przynoszącym duży zysk w wymiarze ekonomicznym i społecznym, które musieliśmy przepuścić. Jak wspomniałem w poprzednim rozdziale, żywiliśmy się owocami wcześniejszych inwestycji w badania podstawowe. Przez dwa dziesięciolecia Stany Zjednoczone zbyt mało inwestowały w infrastrukturę , do tego stopnia, że zaczęły się pojawiać problemy z systemem kontroli powietrznej, z mostami, z drogami. Ostatecznie takie niedoinwestowanie w sektorze publicznym zaszkodzi dochodom z inwestycji prywatnych. Nie doinwestowaliśmy też centrów naszych miast. Gdy Zespół Doradców Ekonomicznych zaproponował ograniczony program poprawy opłakanych warunków w niektórych szkołach w takich zdewastowanych rejonach miast, Ministerstwo Skarbu, mające bzika na punkcie redukcji deficytu, wypowiedziało się przeciwko temu pomysłowi. Nędzne szkoły przyczyniają się do utrwalania się problemów trapiących centra naszych miast, co znajduje odzwierciedlenie w wysokim poziomie przestępstw, a to z kolei sprawia, że inwestowanie tam jest mało atrakcyjne. Tworzy się błędne koło, które doprowadziło Amerykę do pozycji światowego lidera (jak na kraj o naszym dochodzie) w wielu wymiarach, z których nie powinniśmy być dumni, takich jak jeden z najwyższych wskaźników liczby więźniów w krajach zachodnich czy najwyższa stopa umieralności noworodków.           
    Kusiło nas poddanie się  krótkowzroczności rynków finansowych – i jej ulegliśmy. Niektóre z krętactw budżetowych wychodzą na jaw dopiero z biegiem lat. Podczas prywatyzacji U.S. Enrichment Corporation (USEC), przedsiębiorstwa wzbogającego uran (zubożony uran jest używany w reaktorach jądrowych, a wysoko wzbogacony – do produkcji bomb atomowych), mogliśmy narazić na szwank bezpieczeństwo narodowe, czego koszty nawet trudno ocenić. Ale na bardziej prozaicznym poziomie sprzedaż bardzo szybko poprawiła budżet federalny. Kiedy jednak podliczaliśmy przychody z tej sprzedaży nie braliśmy pod uwagę faktu, że USEC przynosiła roczny zysk rzędu 120 milionów dolarów i że ten strumień wpływów do budżetu po przeprowadzeniu do prywatyzacji zniknie. (
A co można powiedzieć o skutkach naszej, polskiej prywatyzacji? – poz. 54 prezentowanej literatury! Anonimus). Sytuacja budżetowa Stanów Zjednoczonych w długim okresie w rzeczywistości się pogorszyła. Tymczasem krótkowzroczne rynki finansowe najwidoczniej wcale nie przeprowadziły takich kalkulacji. Brały dane za dobrą monetę i, zgodnie z mantrą redukcji deficytu, czuły się coraz bardziej zadowolone, ponieważ końcowy wynik na dzisiaj wyglądał coraz lepiej – niezależnie od tego, co to oznaczało dla przyszłości8. (Wierząc K. Poznańskiemu, u nas, często same koszty prywatyzacji były wyższe od przychodów z prywatyzacji. A myśmy sprzedawali, tracąc jakby instynkt państwowy, z reguły co mieliśmy najlepsze. Mam nadzieję, że K. Poznański sporo przesadził w krytyce, bo wprost trudno mi uwierzyć, żebyśmy aż tak nisko upadli!  Anonimus).  
    Nawet jeśli tak zwani eksperci finansowi najwyraźniej nie mogą zrozumieć wad systemu rachunkowości i są wystarczająco krótkowzroczni by przeoczyć jaskrawe niedostatki w naszej infrastrukturze edukacyjnej, badawczej czy rzeczowej, my nie powinniśmy być tak głupi czy krótkowzroczni. Kiedyś prawda wyjdzie na jaw. W końcu niedostatków w infrastrukturze, w nauce czy w oświacie nie da się zignorować. (
Jeśli tak pisze sam Stiglitz! – to ja, na swoich stronach -  chyba aż tak za bardzo się nie wygłupiam, wypisując oburzające treści o ekonomii, ekonomice, księgowości, statystyce, itd. itp. A jeśli nawet się wygłupiam, to przynajmniej w doborowym towarzystwie. Anonimus).   
    Płyną z tego trzy proste lekcje. Dwie pierwsze współgrają ze sprawami, którym będziemy się przyglądali raz po raz: złe zasady rachunkowości dają w efekcie złe informacje i prowadzą do złych decyzji ekonomicznych, a tak zwani czarodzieje rynku finansowego są nader krótkowzroczni: pokładają w tych zasadach zbyt duże zaufanie na nasze ryzyko. Trzecia lekcja jest taka, że redukcja deficytu normalnie nie tylko nie stanowi lekarstwa na krótkotrwały spadek koniunktury, lecz może nawet zagrozić długookresowemu wzrostowi gospodarczemu. Sytuacja w 1992 roku była niezwykła; w normalnych warunkach obniżenie deficytu nie doprowadzi do ożywienia gospodarczego. (
Ale można, dygresja do aktualnych warunków polskich, obniżyć wydatki na luksus, na życie ponad stan; nie obniżać natomiast bezkrytycznie podatków, gdy wzrost z tego jest wątpliwy, a  kasa pusta; stosować ulgi podatkowe tylko dla wyraźnie określonych, sprawdzalnych celów itp. Ponadto, choćby tylko ze względów humanitarnych, nie pogrążać w kryzysie najsłabszych, i nie kpić z nich złotówkowymi obniżkami podatków lub takimi samymi waloryzacjami, gdy inni, bez żadnych widocznych zasług, otrzymują tysiące. Anonimus).       
    Ostatnia z tych lekcji ma szczególne znaczenie dla Europy, której polityka gospodarcza została skrępowana przez pakt stabilności, ograniczający rozmiary deficytu budżetowego. Jastrzębie w sprawach deficytu głosiły pogląd, że suwerenność fiskalna – obcinanie wydatków i podwyższanie podatków  - przywróci zaufanie, a ono z kolei przywróci gospodarkę do zdrowia. Odrzucając nieodparte dowody, że ekspansywna polityka fiskalna jest lekarstwem niezbędnym w okresie recesji gospodarczej, osoby te przyłączyły się do chóru sugerującego, że Keynes został pochowany. Tymczasem w wyniku [wprowadzenia w życie] tych doktryn, recesja, która się zaczęła w 2001 roku, trwa i w chwili oddawania tej książki do druku pojawia się uzasadnione prawdopodobieństwo, że co najmniej niektóre części Europy będą musiały się z nią uporać. Nawet Europejski Bank Centralny ostrzegł prze deflacją. Zmniejszenie deficytu nie przyniosło wyzdrowienia w Europie i jest mało prawdopodobne, że odniesie taki skutek. 
    Lekcja ta ma niezwykły rezonans także w rozwijającym się świecie. Wiele krajów rozwijających się skutecznie zmuszono do zastosowania środków służących obniżeniu deficytu budżetowego w chwili, gdy wchodziły w okres spadku koniunktury, i wielokrotnie środki te jedynie zaostrzały ten spadek. Tak było w Korei Południowej, Tajlandii, Indonezji i Argentynie, by podać tylko małą próbkę ostatnich niepowodzeń. Czasami to MFW, popierający prekeynesowskie idee – i znajdujący wsparcie w retoryce administracji Billa Clintona dotyczącej redukcji deficytu – zmuszał te kraje do robienia czegoś przeciwnego do tego, co według ich wiedzy leżało w ich najlepiej pojętym interesie. Czasami po prostu nie mogły one zdobyć funduszy na sfinansowanie deficytu. Oczywiście MFW został utworzony, pod intelektualną egidą Keynesa, właśnie dlatego: w celu dostarczania krajom pieniędzy niezbędnych do prowadzenia ekspansywnej polityki fiskalnej w okresie spadku koniunktury. Zapomniał jednak o swojej pierwotnej misji i najwyraźniej zaczął się bardziej interesować zapewnieniem spłaty zagranicznych pożyczek niż pomaganiem biednym krajom w utrzymywaniu gospodarki w stanie tak bliskim pełnego zatrudnienia, jak to tylko możliwe.    
    Żyjemy dziś w dziwnym świecie, w którym ponoć zachowawczy w sprawach fiskalnych republikanie twierdzą, iż deficyt budżetowy nie ma znaczenia – stali się oni keynesistami dnia dzisiejszego – natomiast demokraci, dumni ze swego zwycięstwa w 1992 roku, głoszą konieczność jego ograniczania nawet w czasie recesji! Podobne debaty toczą się w Europie. Prawica opowiada się w nich za złamaniem paktu stabilności, a wielu socjaldemokratów obstaje przy ograniczeniach budżetowych. Demokraci mają rację w tym, że w długim okresie deficyt hamuje wzrost, a w krótkim okresie może stymulować gospodarkę ale wcale nie musi. Wprowadzone przez prezydenta Busha w 2001 roku obniżki podatków spowodują utrzymywanie się deficytu w długim okresie, lecz bez wystarczająco silnych bodźców do odtworzenia siły gospodarki – a więc zawiodą zarówno na krótką, jak i na długą metę. W przeciwieństwie do tego ostrożnie adresowane finansowanie deficytowe mogłoby stymulować gospodarkę w krótkim okresie i wzmocnić wzrost w długim okresie.    

----------
Przypisy
1 
Wielokrotnie będziemy wracali do tego, że dane takie trzeba traktować ostrożnie: podawane wówczas stopy wzrostu zostały później znacznie skorygowane w dół.
6  Są pewne badania, ale nie wynika z nich, aby na zmierzenie zaufania duży wpływ miał deficyt budżetowy; zaufanie jest znacznie bardziej wrażliwe na inne zmienne, takie jak bezrobocie i wzrost jako taki. Jednak ci, którzy nawiązują do „zaufania”, są niezbyt zainteresowani zweryfikowaniem swoich twierdzeń w statystykach.
7  Chociaż prezydent Reagan i demokraci w Kongresie nie zgadzali się co do tego, na co wydawać pieniądze (Reagan chciał więcej na obronę, a mniej na programy socjalne), to nie było między nimi większych różnic co do poziomu wydatków, za jakim się opowiadali.     
----------         
*
Uczciwi politycy i uczciwi badacze, powinni być także zainteresowani tym, co myśli całe społeczeństwo jako całość i w przekrojach odpowiednich grup społecznych, i to po ograniczeniu skutków propagandowego oddziaływania. Temat jest jednak bardzo trudny zarówno do obiektywnego zbadania, jak i, politycznie, do ujawnienia wyników i wyjaśniania, dlaczego tak a nie inaczej władza postępuje. Jak łatwo o nieumyślne przekręty, lub tylko nieporozumienia w badaniach i opiniach, starałem się pokazać na stronie „Dobre samopoczucie nie tylko prezesów” (otwierana ze strony głównej). Po prostu, tam chodziło tylko o wyniki ankiet przeprowadzonych wśród fachowców, i to w sprawach apolitycznych, fachowych. A jednak!. O ile trudniej jest w sprawach mających silny wydźwięk społeczny i polityczny, i gdy nie tylko fachowcy się wypowiadają!!!  Ogólnoteoretycznie można podpowiadać sporo rozwiązań, od dawna stosowanych lub nowych. Jak je jednak tak skonkretyzować, żeby z nich znowu nie wyszło to, co zwykle wychodzi?
Anonimus
----------

Rozdział  3
Wszechpotężna Rezerwa Federalna
i jej rola w nadmuchaniu bańki 
   .........   86

(...) ...w grudniu 1996 roku, Alain Greenspan po raz pierwszy wypowiedział te przyciągające uwagę słowa: „irracjonalna euforia”.
(...)  Greenspan nie miał tego wieczoru odpowiedzi, miał tylko pytania, a jedno z tych pytań zrobiło niezapomniane wrażenie: „Skąd możemy wiedzieć, kiedy irracjonalna euforia nadmiernie rozdyma wartość aktywów...?” 
(...)  O co dokładnie chodziło Greenspanowi?  Jeżeli myślał, że ceny akcji wymykają się spod kontroli – jeżeli obawiał się szerszych efektów nagłego wzrostu cen – to dlaczego nie zaczął działać?  Cząstkowa odpowiedź pojawiła się... później...  W rozmowie z kolegami, członkami zarządu, Greenspan przedstawił swoje niepokoje związane z ówczesną bańką oraz argumenty przemawiające za niepodejmowaniem żadnych działań. Ba
ńki są naprawdę niebezpieczne, ponieważ wówczas, gdy pękają – a pękają zawsze – mogą pozostawić po sobie spustoszenia...  Praca Rezerwy Federalnej polega na stabilizowaniu gospodarki...  Problem sprowadza się do tego, w jaki sposób wypuścić to powietrze, nie powodując katastrofalnych dodatkowych szkód. Podniesienie stóp procentowych, wskazywał Greenspan, niekoniecznie było skuteczną reakcją, a w każdym razie jego skutki nie ograniczyłyby się do giełdy. Wyższe stopy procentowe mogłyby spowolnić rozwój gospodarki – czyli prowadziłyby dokładnie do rezultatu, któremu wypuszczenie powietrza z bańki miało zapobiec.
    Była alternatywa, rozwiązanie znacznie mniej kosztowne: być może wyłącznie dzięki powiedzeniu na głos o sprawie Greenspan mógł zainspirować wystarczającą korektę na rynku, tak że podejmowanie dalszych środków byłoby niepotrzebne. Krótko mówiąc, wyglądało na to, że miał on nadzieję na opanowanie nagłego wzrostu cen – i uchronienie kraju przed pęknięciem bańki – samymi tylko słowami.
    Jak wyraźnie pokazał z czasem bieg wydarzeń, Greenspan przeceniał swoje możliwości oddziaływania. Same słowa nie załatwiły sprawy. Aby mu jednak oddać sprawiedliwość, w owych czasach również inni wydawali się przypisywać przewodniczącemu Rezerwy Federalnej nadludzką moc. Wysiłki zmierzające do zrobienia z Greenspana świętości w zakresie polityki gospodarczej straciły trochę impetu dopiero w ostatnich kilku latach.  
    Nie zamierzam w tej książce wystawiać stopni naszym przywódcom gospodarczym; ma ona pomóc w zrozumieniu, w jaki sposób lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia przygotowały grunt pod krach, jaki potem nastąpił. Ma także wyjaśnić* to i owo z ekonomii, co posłuży nam do zapamiętania paru lekcji, tak abyśmy nie byli skazani na powtarzanie błędów z przeszłości. Do lekcji tych należy następująca: za dużą wiarę pokładaliśmy w słowa, w mistyczne pojęcie zaufania, w tak zwaną mądrość rynków finansowych; za mało uwagi poświęciliśmy leżącej u podłoża rzeczywistej gospodarce. Bardziej polegaliśmy na wierze niż na nauce ekonomicznej, bez względu na to, jak niedoskonała może być nasza wiedza. A czyniąc tak, przedkładaliśmy niektóre partykularne interesy nad inne.
* „Wyjaśniania” podjął się teraz aktualny, „solidniejszy” kryzys!  Czy wyjaśni?
Anonimus               

Słowa kontra rzeczywistość   .........   88

Były faktycznie trzy godne uwagi aspekty przemówienia o „nadmiernej euforii” i jego następstw.
    Pierwszy... to nie było potem następnego kroku, żadnego innego działania: bańka nadal się powiększała w sposób niekontrolowany.
    Drugi aspekt: gdyby przemówienie odniosło skutek, to ten jego sukces świadczyłby o uczestnikach rynku. Wyobrażenie o uczestnikach rynku finansowego jest takie, że są to błyskotliwi analitycy, doprowadzający do perfekcji swoje obliczenia, dostrzegający istotę tego, co się naprawdę dzieje – w każdym razie jest to wizerunek tego, jaki chcieliby mieć. Tymczasem Greenspan mówił w gruncie rzeczy, że tylko w wyniku przypomnienia im faktu występowania baniek wszyscy nagle przerobią swoje kalkulacje, zweryfikują swoje oceny i zdecydują, że Enron, GM czy Amazon są warte mniej, niż poprzednio myśleli. (...)
    Problem z tymi, którzy są pochłonięci przez rynek finansowy, jest taki, że dla nich dzień czy tydzień to długi czas; skupiają się na „tu i teraz”. Ruch na rynku, nawet jednodniowy, to wielka sprawa: można zyskać lub stracić fortunę.
*  
*  Hazard!  Ach ten hazard!!!  Co zrobić, żeby skutki hazardu ponosili tylko hazardziści, i, co najwyżej, ich rodziny? (jeśli wygrają, też nie ma im co żałować). 
Anonimus
               

Irracjonalna euforia a efektywność rynku   .........   89

Alan Greespan, jak wielu jego ziomków z Wall Street, żywi głęboką wiarę w rynek. Nie jestem pewien, czy podkreślając jego irracjonalną euforię (mógł też podkreślić jego częsty irracjonalny pesymizm), zdawał sobie sprawę, do jakiego stopnia faktycznie zbliżył się do niektórych swoich najgłośniejszych krytyków.
    Z punktu widzenia zaufania w gospodarce rynkowej rozstrzygające znaczenie mają ceny. Służą one jako sygnały kierujące alokacją zasobów. Jeżeli ceny są w większości przypadkowe, opierają się na irracjonalnych zachciankach graczy giełdowych i zmieniają pod wpływem słówka rzuconego gdzieś przez urzędnika państwowego, to inwestowanie będzie dokonywane na łapu capu. I tu właśnie mieliśmy do czynienia z sytuacją, że Greenspan, jeden z najzagorzalszych zwolenników rynku, najwyraźniej zgadzał się z długoletnimi krytykami, iż ceny – przynajmniej bieżące – w znacznym stopniu wynikały z kaprysu.
    W środowisku ekonomistów od dawna toczyła się debata nad efektywnością rynków kapitałowych. Niektórzy opisywali giełdę jako kasyno dla bogaczy. John Maynard Keynes (w epoce, gdy analogia ta nie zostałaby ocenzurowana z powodu swej niepoprawności politycznej) porównał rynek akcji do przewidywania, kto wygra konkurs piękności: należy wytypować nie najpiękniejszą kobietę, lecz tę, która zostanie uznana za najpiękniejszą przez sędziów2.
    Wyraźnie losowa natura rynków akcji może oczywiście iść w parze albo z wysoce nieefektywnymi rynkami, na których ceny zmieniają się jak popadnie, powiedzmy, reagują na wszelkiego rodzaju poboczne zdarzenia, albo z wysoce efektywnymi rynkami, na których ceny odzwierciedlają wszystkie informacje o podstawowych faktach. Jeżeli zaś ceny rynkowe odzwierciedlają wszelkie dostępne informacje, to zmieniają się jedynie w reakcji na to, co jest nieoczekiwane, na „nowe wiadomości”. Nie można jednak przewidzieć, jaka nowa wiadomość wprawi rynek w ruch, toteż rynki są ze swej natury nieodmiennie nieprzewidywalne.
    Jedną z powszechnie obserwowanych implikacji efektywnych rynków, na których ceny odzwierciedlają wszelkie mające znaczenie informacje, jest to, że nie można ich pokonać. Fundusze inwestycyjne wydały miliony na badania, ale jak pokazały kolejne wyniki, większość z nich nie osiąga lepszych rezultatów w doborze akcji, niż osiągnęłaby w rzucaniu strzałkami do tarczy3. Są tu dwie łamigłówki: dlaczego uczestnicy rynku marnują pieniądze, płacąc innym ludziom za dobór akcji? I skoro wszelkie informacje właściwie natychmiast znajdują odbicia w cenach, to racjonalnie postępujący inwestorzy nie wydawaliby pieniędzy na zbieranie informacji i w związku z tym jedyną informacją odzwierciedloną w cenie byłaby ta, którą uzyskałby przypadkowo bez wydawania grosza4.
    Z biegiem lat jest coraz więcej dowodów, że rynki, pod tym czy innym względem, często nie funkcjonują dobrze. (...)
    (...) Podczas bańki oczywiście marnują się wszelkiego rodzaju zasoby – w ilościach niejednokrotnie trudnych do pojęcia, przy których marnotrawstwo państwa wygląda na niewielkie. Weźmy bańkę na rynku nieruchomości w latach osiemdziesiątych...  (...) ...była ona częściowo odpowiedzialna za krach kas oszczędnościowo-pożyczkowych... Dalsze koszty poniosły banki... i inwestorzy... Do tych kosztów należy dodać
makroekonomiczne koszty dla społeczeństwa jako całości w postaci recesji, która tak często następuje po pęknięciu bańki.  
    Załóżmy, że wskutek bańki wyniki gospodarcze są przez dwa lata o 2% niższe od potencjalnych (wygląda na to, że straty spowodowane zapaścią firm internetowych będą nawet większe). W gospodarce wartej 10 bilionów dolarów oznacza to, że całkowity dolarowy koszt następstw bańki wynosi w przybliżeniu 400 miliardów dolarów. Nawet bogaty kraj nie może sobie pozwolić na wyrzucanie takich kwot. Wiele osób myślało, że do obowiązków Rezerwy Federalnej należy nie tylko zapobieganie inflacji, lecz także stabilizowanie gospodarki, a stabilizowanie gospodarki oznacza, iż trzeba było coś zrobić z tą bańką. Jak widać, Rezerwa nie zrobiła. Zaniechanie to jest jednak o tyle zagadkowe, że Greenspan rozpoznał, iż w 1996 roku mieliśmy do czynienia z bańką, i wyraźnie starał się z nią coś zrobić. Jeśli jednak w 1996 roku mieliśmy bańkę, to zaiste zwyżka na rynku akcji w ostatnich latach zeszłego wieku powinna budzić trwogę.                    

Greenspan zostaje własnym obrońcą
   .........   91

Jak można się było spodziewać, w sierpniu 2002 roku, gdy zastój w gospodarce wkraczał w swój drugi rok, Greenspan został obrońcą Rezerwy Federalnej przed zazwyczaj przyjaznym audytorium na dorocznym spotkaniu decydentów i naukowców w Jackson Hole, w stanie Wyoming. Spotkanie... Greenspan przypomniał, że rozważył problem dokładnie i zrezygnował z podejmowania działań z dwóch powodów. Po pierwsze, nie był całkiem pewny swej diagnozy. („Bardzo trudno było definitywnie zidentyfikować bańkę przed faktem – to znaczy dopóki jej pęknięcie nie potwierdziło jej istnienia”6). Po drugie, nie był pewien, czy dysponuje skutecznym remedium. Podniesienie stóp procentowych mogło z powodzeniem przekłuć bańkę, jednak koszt tego dla całej gospodarki mógł być ogromny.
    Oba człony tej argumentacji budzą wątpliwości, mimo że, z grubsza biorąc, nie zostały zakwestionowane. (...)    
    (...) Greenspan miał prawdopodobnie rację, że wykluczył podwyżkę stóp procentowych, ale to nigdy nie była jedyna opcja, jaką dysponował. Żeby wymienić jedną – mógł za kulisami naciskać, aby w 1997 roku nie dokonywać ogromnej obniżki podatku od zysków kapitałowych, która skierowała świeży potok kapitału inwestycyjnego na rynek w czasie, gdy przesunięcie kapitału w przeciwnym kierunku byłoby bardziej właściwe.
    Uprawnienia Greenspana jako przewodniczącego Rezerwy Federalnej pozwalały mu także na inne wyjście z sytuacji: podniesienie wymaganego udziału wpłat ze środków własnych przy zakupie papierów wartościowych. Od 1974 roku wynosi on 50%: połowę każdej ilości akcji trzeba kupić za gotówkę, a na połowę można zaciągnąć kredyt. (...)
    Rola Greenspana mogła być nawet większa: nie tylko nie wypowiedział się on otwarcie przeciwko obniżaniu podatków, które podsyciło gorączkę, nie tylko nie zrobił tego, co mógł, żeby utemperować rynek, lecz po okresie namawiania do rozwagi najwyraźniej się przestawił i stał się kibicem boomu na rynku, niemal zagrzewał do niego, raz po raz twierdząc, że „nowa gospodarka” przynosi z sobą nową erę wzrostu produktywności. Tak, produktywność wzrastała, ale czy wystarczało to do usprawiedliwienia stopnia wzrostu cen akcji?  

Reminiscencje   .........   93

Jako ekonomista nie byłem zaskoczony omylnością Rezerwy Federalnej czy jej przewodniczącego. W rzeczy samej moje większe zdziwienie budziła rewerencja, z jaką podchodzono do urzędników Rezerwy w latach dziewięćdziesiątych. Było oni śmiertelnikami powołanymi do podejmowania bardzo trudnych decyzji, dokonywania na bieżąco interpretacji szybko zmieniającej się gospodarki. (...)
    Historia gospodarcza jest pełna nie tylko drobnych, lecz także dużych błędów popełnianych przez Rezerwę Federalną. (...) ... – prawie nie ma wątpliwości, że wiele spośród powojennych recesji zostało wywołanych przez Rezerwę, kiedy naciskała na hamulce za mocno w niezmiennym przekonaniu, iż jeśli tego nie zrobi, to wybuchnie inflacja9. 
    Ale Greenspan wniósł do Rezerwy Federalnej ogromny talent i doświadczenie, jak również zadziwiające mistrzostwo w interpretowaniu danych. (...)
    Oprócz interpretowania danych i dochodzenia do konkluzji w sprawie tego, co on uważał za konieczne do zrobienia, Greenspan musiał kierować skomplikowanym procesem politycznym. (...) Podziwiałem zręczność, z jaką potrafił postawić na swoim, nawet w konfrontacji z twardogłowymi.  
    Lubiłem Alana Greenspana i byłem mu bardzo zobowiązany. Niedługo po objęciu przeze mnie przewodnictwa Zespołu Doradców Ekonomicznych republikanie w swojej orgii ograniczania budżetu postanowili Zespół zlikwidować. Pozbycie się nas niewiele by się przyczyniło do zrównoważenia budżetu państwa nasz całkowity budżet wynosił kilka milionów dolarów. Jednak jastr
zębie w sprawach deficytu pragnęły symbolicznego zwycięstwa – policzenia trupów ubitych agencji. A my stanowiliśmy łatwą zdobycz, no bo przecież nie stały za nami wielkie korporacje. Tymczasem właśnie dlatego Zespół został utworzony: jako instytucja usytuowana wewnątrz Białego Domu, składająca się nie z polityków ani zwykłych urzędników, lecz z obywateli-urzędników służby cywilnej, ludzi, którzy w większości zostawili swą pracę na uniwersytetach i w różnych gremiach doradczych, którzy nie mieli innej motywacji, jak tylko dobrze służyć swojemu krajowi przez rok czy dwa. Na szczęście wiarygodność Zespołu jako instytucji, tworzona przez lata, dobrze nam się przysłużyła w czasie tego kryzysu. Na odsiecz pospieszyli nam senatorowie i kongresmeni z obu stron sali... Wszyscy byli szefowie Zespołu zjednoczyli się w tej sprawie, a najbardziej pomocny okazał się Greenspan (który był jego przewodniczącym za kadencji prezydenta Forda), mający wieloletnie, ważkie koneksje polityczne.    
    (...)
    Greenspan na pewno wiedział o rozbieżnościach w poglądach między mną i Zespołem, z jednej strony, a Ministerstwem Skarbu  i większą częścią rynku finansowego, z drugiej strony. Pozostawanie przeze mnie w cieniu bez wątpienia dobrze służyło jego interesom. A ja przyjąłem jego radę, dostosowałem ją do nowych okoliczności i dobrze mi ona służyła: często można zrobić o wiele więcej za kulisami niż na forum publicznym. 
    Zespół Doradców Ekonomicznych zawdzięczał Greenspanowi nie tylko swoje przetrwanie. Większość z nas wywodziła się ze środowiska akademickiego, chociaż poświęciliśmy sporą część naszego życia na myślenie o o sprawach polityki państwa. Musieliśmy jednak wiele się nauczyć, kiedy w Waszyngtonie zetknęliśmy się z praktyczną ekonomią i polityką. Nauczyliśmy się na przykład „rezerwomowy”, a nawet trochę tego, jak sobie radzić z prasą. Było wiele obrosłych legendą opowieści o Greenspanie, o jego pracy, o tym, jak sobie torował drogę w Waszyngtonie, pozostawiając możliwie najmniej śladów, co pozwalało mu na pozorne zachowywanie dystansu i bycie ponad polityką. Co do niektórych z tych opowieści mieliśmy swoje podejrzenia, później częściowo potwierdzone przez innych – mówię częściowo potwierdzone, bo ślady były nieliczne; czasami nikt, nawet tak pierwszorzędny dziennikarz śledczy jak Bob Woodward, nie mógł być niczego pewny10.    

Powrót do zdrowia i miękkie lądowanie  .........   96

Obserwowanie Greenspana było ważnym zajęciem w Zespole i w ogóle w Białym Domu. Bill Clinton ubiegał się o prezydenturę, głosząc hasło: „Praca! Praca! I jeszcze raz praca dla każdego!” Tymczasem było jasne, że nie jest to główna troska Greenspana; jego oczkiem w głowie była raczej inflacja.
    Oczekiwano, że zmniejszenie deficytu budżetowego przywróci w gospodarce stan pełnego zatrudnienia przez doprowadzenie do niższych stóp procentowych, które pobudzą inwestycje. Kontrolą stóp procentowych miała się zajmować Rezerwa Federalna. Dlaczego zatem nie kontynuowała obniżek tych stóp w celu pobudzenia gospodarki? Z deficytem czy bez, standardowa teoria monetarna głosi, że w celu utrzymania pełnego zatrudnienia Rezerwa powinna obniżyć stopy procentowe. Większy deficyt oznacza tylko tyle, że poziom, do jakiego muszą być doprowadzone stopy procentowe, żeby przywrócić pełne zatrudnienie, jest wyższy, niż byłby wówczas, gdyby nie było deficytu. (...)
    Zgodnie z teorią wyłączna odpowiedzialność Rezerwy Federalnej ma charakter technokratyczny: utrzymać pełne zatrudnienie bez powodowania inflacji czy, dokładniej, obniżyć bezrobocie do tak niskiego poziomu, jak to tylko możliwe, bez rozniecania większej inflacji. (...)
    Ponieważ stopa bezrobocia coraz bardziej spadała, wydawało mi się nieuchronne, że Rezerwa zacznie się w końcu martwić kiełkującą inflacją. Istnieje dobrze ugruntowana teoria, stwierdzająca, że poniżej pewnego poziomu stopy bezrobocia inflacja zaczyna rosnąć. Ta krytyczna stopa bezrobocia jest w skrócie nazywana NAIRU [non-accelarating inflation rate of unemployment] – stopa bezrobocia nie przyspieszająca inflacji12. W tamtym czasie z ekonometrycznych modeli Rezerwy Federalnej wynikało, że NAIRU znajdowało się gdzieś pomiędzy 6,0 a 6,2%. Innymi słowy, jeśli bezrobocie spadłoby poniżej 6,0 czy 6,2%, to inflacja zaczęłaby się zwiększać. (...)    
    (...) Wyznawana wówczas teoria (przez Rezerwę Federalną przy pewnym poparciu Ministerstwa Skarbu) głosiła, że należy uśmiercić smoka inflacji, zanim się zobaczy białka jego oczu. Jeżeli bowiem podejdzie do ciebie, bez twojej zgody, tak blisko... to jest już za późno. Zostanie wyrządzona szkoda...
    U podstaw tego poglądu leżały cztery hipotezy, z których tylko jedna mogła rościć pretensje do słuszności z naukowego punktu widzenia. Pozostałe, mimo że były szeroko podzielane przez przedstawicieli banków centralnych, nie przeszły weryfikacji opartej na dowodach statystycznych. Pierwsza hipoteza, że pełne efekty zmian w polityce pieniężnej są odczuwalne po upływie sześciu miesięcy do roku, jest prawdziwa i ważna.
    Druga hipoteza głosi, że wysoka inflacja szkodzi wzrostowi gospodarczemu w długim okresie. Znalazło to jednak potwierdzenie wyłącznie w krajach, w których stopy inflacji były o wiele wyższe ode kiedykolwiek obserwowanych w Stanach Zjednoczonych13.
    Z równym przekonaniem bankierzy z banków centralnych utrzymywali, że inflację, raz uruchomioną, jest niezwykle trudno wziąć pod kontrolę. Niepodważalne dane nie potwierdzają tej hipotezy...
    Podobnie jastrzębie inflacyjne w Zarządzie Rezerwy (i w innych bankach centralnych) twierdzą, że muszą podejmować działania wyprzedzające, ponieważ koszty zwalczania inflacji będą prawdopodobnie wysokie, znacznie przeważające jakiekolwiek korzyści, jakie gospodarka może odnotować w okresie wyśrubowanego wzrostu. I znowu dowody, między innymi wyniki badań przeprowadzonych przez Zespół Doradców Ekonomicznych oraz samą Rezerwę Federalną, prowadzą do przeciwnego wniosku.
    W maju 1994 roku bezrobocie spadło do 6,1% ... by w grudniu dojść 5,5%. Jednakże, inaczej niż w modelu Rezerwy Federalnej, inflacja się nie podniosła. Ostatecznie bezrobocie zmniejszyło się... do poziomu 3,8%, i nadal nie pobudziło to inflacji. W porównaniu z innymi rzeczami, które zrobiliśmy lub mogliśmy zrobić, ten niski poziom bezrobocia był dla ubogich ogromnym dobrodziejstwem... Był to nasz najważniejszy program zwalczania ubóstwa. Odegrał on dużą rolę w doprowadzeniu do innych ozdrowieńczych zmian – w szczególności do gwałtownego spadku poziomu przestępczości.
    Jednak dla wielu osób z Rezerwy Federalnej było tylko kwestią czasu, kiedy przyjdzie nam zapłacić cenę flirtowania z niskim bezrobociem i towarzyszącym mu ryzykiem inflacji.
    Administracja była podzielona w kwestii mądrości posunięć Rezerwy Federalnej. (...)        
    Prezydent zdawał sobie sprawę z tego, iż poniesie koszty, jeśli oceny Greenspana okażą się błędne. Zdecydowanie uważał, że 6-procentowe bezrobocie to nie jest wystarczająco dobry poziom. Jeżeli gospodarka mogłaby wytrzymać stopę bezrobocia w wysokości 4% bez wzrostu inflacji, to podniesienie stóp procentowych doprowadziłoby do wyższego niż koniecznie bezrobocia i skrupiłoby się to na biednych. (Oczywiście gdyby inflacja się podniosła, wartość obligacji posiadanych przez graczy na Wall Street obniżyłaby się i ponieśliby straty; ale kto był bardziej w stanie ponosić ryzyko – spekulujący obligacjami czy robotnicy zagrożeni bezrobociem?). [
Nawiązując do obecnego kryzysu: dla najbiedniejszych, np. utrzymujących się tylko z niskich emerytur lub niskich rent, bardzo mało zarabiających itp., dla których inflacja jest chyba największym ciosem, można wprowadzić/zwiększyć odpowiednie dodatki osłonowe. Byłby to nie tylko gest humanitarny, ale także krok do zwiększenia popytu: oni muszą wydawać.  Na marginesie: Ostatnie obniżki podatków w Polsce, były nie tylko niesprawiedliwe, ale i niemądre ekonomicznie. Anonimus]*.
    (...)
    Gdy się patrzy wstecz – interesujące jest to, że obie strony tych wczesnych debat nie miały racji. My w Zespole Doradców Ekonomicznych nie doceniliśmy siły gospodarki. Wytrzymała ona atak Rezerwy Federalnej, jakkolwiek pewnym kosztem. Gdyby stopy procentowe pozostały niższe, bezrobocie na pewno spadłoby szybciej, a wzrost nastąpiłby wcześniej. Z kolei Rezerwa i Skarb nie miały racji w tym, że tak bardzo martwiły się o inflację i nie doceniły potencjału wzrostu gospodarki. Tyle jest warta mądrość rynków finansowych.

    * Wiele korzyści z mądrych posunięć ekonomicznych, po prostu jest wyprowadzana z Polski, a nawet z Unii Europejskiej. Dotyczy to także skutków zwiększenia popytu.
    Poza tym myśmy „dużo za dużo” przesadzili z amokiem prywatyzacji. Postąpiliśmy wcale nie tak, że „jak ktoś potrzebuje szybko pieniędzy, to za bezcen sprzedaje mleczną krowę”.
Myśmy ją zwyczajnie zabili, żeby zaoszczędzić na paszy. Tyle była warta nasza „mądra” polityka i makroekonomia.
Anonimus
               

Lekcje
   .........   101

Lekcja płynąca z tego rozdziału nie sprowadza się do tego, żeby unikać popełniania błędów: błędy są nieuniknione. Należy natomiast zwrócić uwagę, iż w latach dziewięćdziesiątych występował systematyczny wzorzec błędów. Nadmiernym zaufaniem obdarzono mądrość rynków finansowych, odstąpiono zaś od stosowania normalnych mechanizmów zapewnienia równowagi. (...)
    Pogląd, że polityka pieniężna powinna być przeniesiona do Rezerwy Federalnej, był oczywiście zawsze popularny wśród liderów świata finansów. Skoro „niezależna” Rezerwa z reguły robiła to, co chcieli, to dlaczego mieli chcieć czegoś innego? Jednak w latach dziewięćdziesiątych pogląd ten zdobył uznanie dziennikarzy, zwykłych obywateli i, co najdziwniejsze, administracji wywodzącej się z Partii Demokratycznej.
    (...)
    Dzisiaj przeciętny Amerykanin nie jest zadłużonym farmerem, lecz jest zadłużonym pracownikiem najemnym.
    Prawie we wszystkich sprawach, którymi zajmuje się Rezerwa Federalna, jest coś za coś...  Istnieje alternatywa: albo ryzyko wzrostu inflacji, albo niepotrzebnie wysoki poziom bezrobocia. Decyzja co do tego powinna być domeną polityków, a nie technokratów i nie wolno jej powierzać szczególnej grupie interesów, jaką tworzą rynki finansowe...
    Występowanie takich alternatyw wywołuje pytania dotyczące samej idei niezależnego – czyli nie poddanego oddziaływaniu sił politycznych – banku centralnego. Jako absolutne minimum sugerowana jest potrzeba wprowadzenia pewnego mechanizmu, który by zapewniał, że zostaną wysłuchane wszystkie głosy w danej sprawie i uwzględnione wszystkie punkty widzenia. Na przykład w Szwecji świat pracy ma w banku centralnym swoją reprezentację.
    Amerykański Zarząd Rezerwy Federalnej stanowi dziwaczną mieszankę: jest niezależny, a zarazem zdominowany i w drugiej kolejności z kręgów biznesu, natomiast głosy pracujących i konsumentów są w nim słabo słyszalne. Tymczasem statut zobowiązuje go nie tylko do dbania o stabilność cen, lecz również do pobudzania wzrostu i zwiększania poziomu zatrudnienia.
    W 1996 roku senator Connie Mack, republikanka z Florydy, przedstawiła projekt ustawy zmieniającej statut Rezerwy Federalnej w kierunku ograniczenia jej mandatu wyłącznie do dbania o stabilność cen. Gdyby ta próba się powiodła, Rezerwa Federalna byłaby prawnie zobowiązana po prostu do ignorowania, we wszystkich swoich rozważaniach, interesów Amerykanów żyjących z pracy. Na szczęście prezydent Clinton zdecydowanie się sprzeciwił propozycji senator Mack, której udaremnienie było jednym z niedocenionych zwycięstw polityki gospodarczej administracji Clintona. Prezydentowi było łatwo storpedować tę inicjatywę – wystarczyła zapowiedź, iż jest gotów zrobić z tej sprawy jeden z elementów kampanii wyborczej. Republikanie wiedzieli, za czym opowiedzą się wyborcy.
    (...)
    Dokonania lat dziewięćdziesiątych stawiają na porządku dziennym pytania nie tylko o zdolność Rezerwy Federalnej do kierowania gospodarką, lecz także o jej wiarygodność
jako instytucji. (...)
    W latach dziewięćdziesiątych w sprawach polityki gospodarczej przekonano wielu Amerykanów, że era ideologii, interesów i polityki się skończyła. Ameryka wkroczyła w erę konsensusu, w ramach kt
órego każdy zasadnie zgodzi się na „słuszne” rozwiązania ekonomiczne. Było to nonsensowne twierdzenie – ale stanowiło znakomitą strategię dla tych, których interesom służyło. I w dużej mierze ta strategia odniosła godny uwagi skutek, w tym sensie, że przy gospodarce na wysokich obrotach Amerykanie w większości kupili to twierdzenie. Dotyczyło to między innymi tych, którzy postrzegali siebie jako reprezentantów tych segmentów populacji, których interesy były systematycznie lekceważone.
    Szalone lata dziewięćdziesiąte należą dziś do przeszłości. Nasi liderzy finansowi okazali się zwykłymi śmiertelnikami. Popełniali błędy. Niektóre z nich były szczęśliwymi błędami i w ich wyniku doszło do ożywienia. Niektóre miały niewielkie konsekwencje: przetrwaliśmy podwyżki stóp procentowych z połowy dekady. Niektóre jednak miały wysoką cenę – ich koszty będziemy ponosili w nadchodzących latach.

----------
Przypisy
2 
Zob. John Maynard Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, ... (poz. 87 prezent. lit. Anonimus)
3 
Doskonałe omówienie tych spraw zawiera: Burton Malkiel, A Random Walk Down Wall Street, W.W. Norton & Company, New York 1974, wyd. poprawione 2002. 
4 
Moje badania przeprowadzone razem ze Stanfordem Grossmanem, który potem został profesorem finansów i dyrektorem Center for Quantitative Finance w Wharton School na Uniwersytecie w Pensylwanii, a następnie moim kolegą w Stanfordzie,  pokazały, że w pewnym sensie w idei doskonale efektywnego rynku tkwi wewnętrzna sprzeczność. Jak to określiliśmy, zawiera ona równoważną ilość braku równowagi. ...
5  Znaczenie tego nurtu badań znalazło uznanie w formie przyznania Nagrody Nobla w 2002 roku Danny’emu Kahnemanowi z Uniwersytetu Princeton. W „Journal of Economic Perspectives” Richard H. Thaler prowadzi stałą rubrykę poświęconą takim „anomaliom” rynkowym. 
10  Oczywiście, w wielu przypadkach Greenspan miał sprzymierzeńców, którzy mogli wykonać część pracy za niego. A w kilku przypadkach, gdy istniało niebezpieczeństwo, że terytorium Rezerwy Federalnej może zostać naruszone, bywał o wiele bardziej otwarty. Na samym początku kadencji Billa Clintona podjęto próbę zmiany regulacji dotyczących bankowości. Banki podlegały dotychczas trzem, czterem, a czasem nawet pięciu organom regulacyjnym, więc dążąc do usprawnienia państwa, chcieliśmy uprościć ten system, który powstawał w mniej lub bardziej bezładny sposób (...)
11  Jest jedna przewrotna możliwość: niższe krótkoterminowe stopy procentowe mogą prowadzić do wyższych długoterminowych stóp procentowych, jeżeli te niższe stopy krótkoterminowe doprowadzą do powstania oczekiwań inflacyjnych; jednak, jak powiedzieliśmy, nie było powodu, żeby się tego spodziewać.
12  W rzeczywistości termin ten jest mylący. Stopa ta powinna się nazywać NIIRU [non-increasing inflation of unemployment] – stopa bezrobocia nie zwiększająca inflacji. 
13  Ostatnio bardzo wysoka inflacja występowała przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej. W Argentynie, Boliwii, Brazylii, Chile , Peru i Urugwaju, traktowanych łącznie, średnia roczna stopa inflacji wynosiła 121%. W okresie tym zanotowano jeden przypadek prawdziwej hiperinflacji. W Boliwii w 1985 r. ceny wzrosły o 12000%.  (...)
15  Udaremniono też nominację do Rezerwy Federalnej osoby o jeszcze bardziej liberalnym nastawieniu, Alicji Munnell, wybitnej ekonomistki, która była zastępcą sekretarza skarbu. Później została ona członkiem Zespołu Doradców Ekonomicznych i wniosła szczególnie duży wkład do debaty na temat reformy systemu ubezpieczeń społecznych.  
----------          

Rozdział  4
Amok deregulacji   .........   108

Rezerwa Federalna wprawdzie nie zrobiła wszystkiego, co w jej mocy, żeby nie dopuścić do rozdęcia bańki do rozmiarów, jakie osiągnęła, ale to nie ona ją stworzyła. Bańki są po prostu przejawami irracjonalnego optymizmu, który czasami opanowuje gospodarkę i po którym często następuje nie mniej irracjonalny pesymizm. W związku z tym na ogół trudno jest przewidzieć początek danej bańki i wiedzieć, kiedy się skończy. W pewnych okolicznościach prawdopodobieństwo wystąpienia kryzysów gospodarczych czy poważnych recesji jest jednak większe. W minionych trzech dziesięcioleciach doszło na świecie do blisko stu kryzysów, a wiele z nich zostało spowodowanych przez taką czy inną zbyt szybką deregulację. Jakkolwiek recesja w 2001 roku była jedynie łagodną formą tej raczej złośliwej choroby, to jednak nie ulega kwestii, że w dużej części była rezultatem deregulacji przeprowadzonej w latach dziewięćdziesiątych.
    Deregulacja sektora telekomunikacji utorowała drogę bańce nadmiernych inwestycji, która potem z hukiem pękła w roku 2001.   Deregulacja rynku energii elektrycznej doprowadziła do manipulacji rynkiem, które zaszkodziły gospodarce Kalifornii, serca tak wielu innowacji w Ameryce. Deregulacja bankowości – zwłaszcza uchylenie Ustawy Glassa Stengalla – stworzyła możliwości powstawania nowych konfliktów interesów w sytuacji, gdy potrzebne były ostrzejsze regulacje, żeby móc się uporać z dotychczasowymi, narastającymi konfliktami interesów, które w końcu tak bardzo się przyczyniły do poderwania zaufania do naszych rynków papierowych wartościowych. Rozluźniona regulacja sektora rachunkowości stworzyła okazje i bodźce do podawania bałamutnych czy błędnych informacji.
    Rynki to delikatne organizmy, a błędy drogo kosztują, mimo że Stany Zjednoczone są wystarczająco bogate, by móc relatywnie łatwo ponieść
te koszty. Gdzie indziej rządy zmuszone do naprawiania błędów deregulacji, przede wszystkim w bankowości i finansach, musiały w niektórych przypadkach poświęcić znaczną część PKB.  Chile nadal spłaca..., a system bankowy w Meksyku...  Jednakże mimo niezliczonych lekcji z przeszłości deregulacja stała się ulubienicą polityki lat dziewięćdziesiątych. Oczywiście w niektórych przypadkach okazała się rzeczą dobrą, jednak należy ją przeprowadzać ostrożnie, a nazbyt często tak nie postępowano.      
    Nie trzeba dodawać, że coś tak skomplikowanego jak recesja ma wiele przyczyn: niewłaściwe zarządzanie przez Rezerwę Federalną może wraz z deregulacją i zmianami w prawie podatkowym współdziałać w tworzeniu i nadymaniu bańki, która w końcu pęka. Jak zauważyliśmy w rozdziale 2, deregulacja dotycząca kas oszczędnościowo-pożyczkowych za czasów prezydenta Reagana w połączeniu z rujnacją bilansów banków spowodowaną podnoszeniem stóp procentowych przez Rezerwę Federalną do bezprecedensowych poziomów, przyczyniła się do powstania bańki na rynku nieruchomości, której pęknięcie nie tylko kosztowało amerykańskich podatników z górą 100 miliardów dolarów, lecz także doprowadziło do recesji lat 1990-1991.
    (...)

W jaki sposób deregulacja telekomunikacji
przyczyniła się do wielkiej bańki 
   .........   111

Samo słowo „telekomunikacja” przywodzi na myśl hossę i bessę: w ciągu zaledwie dziewięciu lat, od roku 1992 do roku 2001, udział tej gałęzi w gospodarce się podwoił, stwarzając dwie trzecie nowych miejsc pracy i jedną trzecią nowych inwestycji. Powstały nowe fortuny, zrobione zarówno przez ludzi z tej gałęzi, jak i przez finansistów, którzy wspólnie ubijali interesy.
    Jednakże w 2002 roku obraz był już całkiem inny. Eksperci konkurowali między sobą w przedstawianiu ponurego stanu tej gałęzi: pół miliona ludzi pozbawionych pracy, spadek wartości rynkowej firm rzędu 2 bilionów dolarów. Spadek wskaźnika Dow Jones dla spółek telekomunikacyjnych o 86%. Bankructwa na prawo i lewo. (...)
    (...)

Problemy deregulacji
   .........   117

Skupiłem się na deregulacji w komunikacji częściowo ze względu na główną rolę, jaką odegrała w powstaniu boomu w szalonych latach dziewięćdziesiątych i późniejszej bańki, ale również dlatego, że dobrze ilustruje ona wiele zagadnień deregulacji jako takiej.
    System regulacyjny gospodarki amerykańskiej, nie tylko dotyczący telekomunikacji, powstał w większości w latach trzydziestych XX wieku w następstwie ostatniego wielkiego okresu boomu i załamania. Szerzyło się wówczas niezadowolenie z rynku. Jednak siła gospodarki amerykańskiej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych odbudowała wiarę w rynek. (...)
    W latach dziewięćdziesiątych złożoność nowego świata gospodarczego – nowe technologie, nowe instrumenty finansowe, większa integracja gospodarki w skali światowej – powodowała coraz większą presję na stary system regulacyjny. Zmiana stała się niezbędna. (...)
    Dobrze opłacone zespoły doradców konserwatystów masowo produkowały opracowania dokumentujące... wygórowane  koszty regulacji w jednej dziedzinie po drugiej. Gdyby te dane były wiarygodne... (...)  W latach dziewięćdziesiątych artykułem wiary dla wielu republikanów, jak również dla sporej liczby demokratów, stało się to, że rynek sam z siebie może rozwiązać prawie każdy problem – a państwo z definicji, pogarsza sprawy.
    W czasie, gdy Bill Clinton sprowadził się do Waszyngtonu, historia już pokazała, że deregulacja nie jest absolutnym błogosławieństwem, jak utrzymywali jej orędownicy. (...)
    Jeżeli deregulacja dotycząca linii lotniczych dowiodła, że znoszenie ograniczeń nie zawsze przynosi wszystkie spodziewane korzyści, to deregulacja bankowości ukazała jeszcze ciemniejszą jej stronę. (...)
    Krach kas oszczędnościowo-pożyczkowych pokazał, że wówczas, gdy bodźce zawodzą, jak to się dzieje w przypadku niewłaściwej księgowości i błędnie zaprojektowanej deregulacji, może dojść do tragicznych konsekwencji. (...)
    W istocie dokładnie wtedy, gdy idee deregulacji i wolnego rynku znalazły najszerszy oddźwięk w świecie polityki, były najsilniej kwestionowane e świecie akademickim. W latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych wyniki badań ekonomicznych ukazały wachlarz ułomności rynków, przypadków, w których rynki nie funkcjonują dobrze... Te „niesprawności rynku” są związane z niedoskonałościami konkurencji, z brakiem pewnych rynków i czynnikami zewnętrznymi (takimi jak zanieczyszczenia, to jest sytuacjami, gdy działania jednej osoby odbijają się niekorzystnie na dostatku innej osoby). Badania, za które dostałem Nagrodę Nobla, koncentrowały się na pewnym zbiorze wszechobecnych tego typu problemów, mianowicie na
niesprawnościach rynku wynikających z niedoskonałości i asymetrii informacji. Jednak na długo przed tym, nim teoretycy ekonomii „wyjaśnili”, dlaczego nie można zdać się na rynek, ludzie dostrzegli, że w niektórych ważnych przypadkach niesprawności rynku państwo może się przydać. (...)
    Jedna z najważniejszych wad rynku – na którą zwracał uwagę sam Adam Smith – wynika z dążeń przedsiębiorstw do ograniczenia konkurencji.* Polityka antytrustowa powstała z powodu tendencji firm do ograniczenia konkurencji. Polityka antytrustowa powstała z powodu tendencji firm dla zachowań antykonkurencyjnych, do wykorzystywania własnej pozycji rynkowej, do wyzyskiwania konsumentów przez pobieranie wysokich cen i do podejmowania, różnymi kanałami, prób odmawiania nowym konkurentom prawa wejścia na rynek. (...) 
   
* Problem nie jest chyba taki prosty. Z powodu nieograniczonej konkurencji możemy mieć tańsze towary, ale jeszcze mniej pieniędzy na ich zakup. Najlepiej to rozumieją „wyrzucani na bruk” z powodu cięć w kosztach pracy. Nieograniczona konkurencja w windowaniu cen akcji, nawet metodami całkowicie legalnymi, też łatwo doprowadza do walki o przetrwanie, wcale nie z korzyścią dla społeczeństwa. „Każdy kij ma dwa końce”, a sama konkurencja ma „wiele twarzy”, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Gospodarka „realnego socjalizmu” przesadziła z ograniczaniem konkurencji, a „realny kapitalizm”, z jego wolnym rynkiem, chyba przesadza w drugą stronę.
Anonimus
           
               

Świadczenia dla firm i ich hipokryzja   .........   121

Niewykluczone, iż deregulacja była motywowana bardziej dążeniem do zwiększenia zysków niż prawdziwą troską o efektywność gospodarki amerykańskie.  Przecież wyszło na jaw wiele ciemnych spraw dotyczących tych, którzy nalegali na deregulację i zmniejszenie roli państwa, kiedy zbadano ich nastawienie do subsydiów dla firm i ich ochrony przez państwo.  Jako przewodniczący Zespołu Doradców Ekonomicznych zauważyłem u tych, którzy przychodzili do nas po pomoc, trzy prawie zawsze występujące postawy:
    Po pierwsze, ludzie biznesu na ogół sprzeciwiali się subsydiom dla każdego z wyjątkiem siebie. Zawsze była chmara argumentów ...
    Po drugie, każdy był za konkurencją w każdym sektorze z wyjątkiem własnego. I znowu była cała masa argumentów ...
    Po trzecie, każdy był za otwartością i przejrzystością w każdym sektorze z wyjątkiem własnego. We własnym sektorze przejrzystość mogłaby między innymi prowadzić do niepotrzebnych zakłóceń czy stępić ostrze konkurencji.
    W związku z tym większość przedsiębiorstw traktowała wszelkie otrzymywane subsydia lun inne formy interwencji państwa jako w pełni należne (nie odczuwała potrzeby uzasadniania ich niezbędności dla siebie w dziwnym języku ekonomistów). Zespół na ogół patrzył na to krzywo.
    Ale coś, co mogło być po prostu dyskusją akademicką, przekształciło się w pełną napięcia kontrowersję w obrębie Białego domu, wiążącą się z nigdy nie kończącym się poszukiwaniem równowagi budżetowej . Zostaliśmy zmuszeni do porzucenia wielu przedsięwzięć, które stanowiły rdzeń programu wyborczego Billa Clintona, takich jak inwestycje w edukację i służbę zdrowia, poprawa sytuacji w nauce, które pozwoliłyby nam utrzymanie przywództwa w dziedzinie techniki. Prezydent podkreślał znaczenie reformy opieki społecznej, a większość ludzi z administracji chciała programu, który pomagałby otrzymującym świadczenia w przechodzeniu na rynek pracy, co wymagało oświaty, szkoleń, być może nawet opieki nad dziećmi, a to z kolei wymagało pieniędzy. Jednakże wobec rygorystyczności budżetu stawało się coraz bardziej jasne, że reforma systemu opieki społecznej, jaką przeprowadzimy, może pozbawić uprawnień ludzi korzystających z pomocy, lecz nie zamieni zasiłków na dobrą pracę czy w ogóle pracę. 
    Skoro musieliśmy obciąć świadczenia społeczne dla biednych, to tym bardziej należało zlikwidować świadczenia społeczne dla bogatych, w szczególności ograniczyć subsydia i czasowe zwolnienia podatkowe dla firm.
    Okazało się jednak, że ta inicjatywa prowadzi do podziałów. Ministerstwo Skarbu gwałtownie sprzeciwiło się całemu temu pomysłowi, sugerując, iż samo słownictwo, „świadczenia społeczne dla firm”, ma posmak walki klas... (...)
    Mimo naszych usilnych starań sprzeciw Ministerstwa Skarbu i rozgrywki w Kongresie nie pozwoliły na zrobienie czegoś więcej w tym zakresie i w efekcie postęp był niewielki. Udało się nam zacisnąć pasa biednym i poluzować go bogatym... (...)
    W kilku przypadkach byliśmy bliscy osiągnięcia sukcesu w ograniczeniu świadczeń dla firm, jednak nawet gdy administracja mogła się zgodzić na podjęcie politycznego ryzyka, Kongres się sprzeciwiał.

Firmowe odrzutowce   .........   122

Pierwszy taki prawie sukces miał w większym stopniu symboliczne znaczenie, niż przyniósł konsekwencje ekonomiczne – chociaż, jak się okazało, był bardziej doniosły pod względem politycznym niż cokolwiek innego. Firmowe odrzutowce błyskawicznie przewożące dyrektorów z jednego spotkania na drugie, a także z siedzib firm do ośrodków narciarskich, od dawna symbolizowały różnice między życiem tych sterników gospodarki i zwykłych śmiertelników, którzy muszą stać w długich kolejkach do odprawy na zatłoczonych lotniskach... Mało kto wiedział jednak, że zwykli podatnicy w efekcie subsydiowali te firmowe odrzutowce kwotami rzędu kilku miliardów dolarów rocznie. Ameryka, tak jak każdy inny kraj, ma skomplikowany i kosztowny system kontroli ruchu powietrznego – takich, wspomaganych przez komputery radary, policjantów drogówki powietrznej, którzy śledzą trasy przelotów samolotów i starają się zapobiec zderzeniom. Samoloty lotniczych przewoźników komercyjnych wnoszą wysokie opłaty za lądowanie, przeznaczone na utrzymywanie tego systemu, natomiast odrzutowce firmowe ani wówczas nie musiały, ani teraz nie muszą płacić za siebie. Ograniczenia budżetowe zaś doprowadziły do niedoinwestowania nie tylko lotnisk, lecz także systemu kontroli ruchu powietrznego.
    Na szczęście większość Amerykanów nie wiedziała, jak źle się sprawy miały, bo inaczej bałaby się latać. Przeprowadziłem osobiście inspekcję na miejscu na lotnisku obsługującym stolicę naszego kraju i stwierdziłem, że było wyposażone w tak stare komputery z kineskopami próżnioszczelnymi, iż trzeba je było sprowadzać z Polski, gdyż niemal wszędzie indziej przestano je produkować. Cała sala przestarzałych komputerów miała mniejszą moc obliczeniową niż laptop, na którym teraz piszę. Baterie rezerwowe wypełnione przestarzałymi chemikaliami zajmowały następny pokój, zaopatrzony w prysznic na wypadek wycieku kwasu, ale największy dramat polegał na tym, że w przypadku przerwy w dostawie prądu wystarczyłyby one tylko mniej więcej na pół godziny, o wiele krócej niż bateria w moim laptopie.*
----------
*
Chyba był przynajmniej awaryjny agregat   prądotwórczy – Autor w tej książce na ten  temat nic nie wspomina. A jeśli nawet nie był? – Przypuszczam, że inspekcja odniosła skutek.
Anonimu
s
----------
    Budżetowe reguły gry popychały nas w kierunku jakiejś formy prywatyzacji7, dzięki które nowo utworzona spółka kontroli powietrznej mogłaby pożyczyć pieniądze na modernizację. Dla gospodarki jako całości było oczywiście obojętne, czy to państwo, czy też nowa spółka pożyczy pieniądze na unowocześnienie systemu kontrolnego. Lecz krótkowzroczni analitycy finansowi patrzyli na to inaczej: jeżeli pożyczało państwo, to niezależnie od celu tej pożyczki było źle; oni po prostu nie zawracali sobie głowy zastanawianiem się nad tym, o co
naprawdę chodziło.  
    Była jednak inna korzyść z prywatyzacji, mianowicie każdy nastawiony na ostateczny wynik zmusiłby odrzutowce firmowe do płacenia za siebie, co wyeliminowałoby ten szczególnie ohydny przykład świadczeń dla firm. Powinien był jednak zdawać sobie sprawę, że lobbyści działający na rzecz firm to sprytni, bardzo sprytni ludzie – jakkolwiek system rynkowy dobrze im rekompensował czynione starania, to ukierunkowywał ich talenty w sposób przynoszący korzyści firmom, kosztem ogółu społeczeństwa. Lobbyści natychmiast pojęli, co implikuje prywatyzacja, toteż chociaż zazwyczaj bronili sektora prywatnego i zacięcie atakowali państwo robiące cokolwiek, tym razem zajęli odwrotne stanowisko. Sprzeciwili się tej inicjatywie właśnie dlatego, że wiedzieli, iż oznacza ona koniec ukrytych subsydiów . I wygrali.       

Widmo elektromagnetyczne
   .........   124

Świadczenia dla firm przybierały czasami formę rozdawania bogatych zasobów naturalnych kraju. Na przykład kopalnie dostawały te zasoby niemal za „dziękuję. Na początku urzędowania usiłowaliśmy doprowadzić do tego, by za nie płaciły, zostaliśmy jednak zmuszeni do odwrotu przez zwykle prorynkowo nastawionych konserwatystów. Kiedy potrzeba zrównoważenia budżetu stała się nagląca, zabraliśmy się do sprzedaży widma elektromagnetycznego – praw do użytkowania publicznych częstotliwości nadawczych. Są to również zasoby, których właścicielem jest naród jako całość. Jedną z korzystnych stron ograniczeń budżetowych było to, iż w końcu zaczęliśmy próbować użytkowania tych zasobów dla dobra publicznego. W przeszłości aż do 1993 roku rozdawaliśmy prawa do korzystania z fal radiowych i w efekcie krajowe stacje telewizyjne i radiowe, nasi magnaci medialni, dorobili się fortun. Postępy w teorii ekonomi pokazały, jak można przeprowadzać aukcje, które by oddawały obywatelom amerykańskim wartość tego zasobu, która im słusznie się należała. Jeśli się wierzy w system cen, to takie aukcje pomogłyby przy tym zapewnić, że te rzadkie zasoby byłyby użytkowane w możliwie najlepszy sposób. Można by też przy sprzedaży w ramach takich aukcji wprowadzać klauzule „odpowiedzialności społecznej” zobowiązujące wygrywającego przetarg do nadawania iluś godzin programów edukacyjnych. Osiągnęliśmy porozumienie z przywódcą większości republikańskiej w senacie Bobem Dole’em co do pobierania od stacji telewizyjnych opłat za korzystanie z częstotliwości nadawczych i przez chwilę wydawało się, że to przejdzie. Jednak w końcu reakcja mediów uśmierciła ten plan. Potęga mediów wynika nie tylko z ich wpłat na kampanie wyborcze, lecz także z prezentowania przez nie kandydatów i ich spraw. Politycy następują im na odcisk na własne ryzyko.        
    Rozdawnictwo trwa, a jego koszty polityczne przypuszczalnie nie ograniczają się do tych związanych z budżetem. Gdybyśmy sprzedawali częstotliwości na aukcjach, moglibyśmy nalegać nie tylko na programy dla dzieci, lecz również na relacje z kampanii wyborczych. Takie relacje ograniczyłyby zapotrzebowanie na wpłaty na fundusz wyborczy, a tym samym zmniejszyłyby możliwości oddziaływania korporacji. Tymczasem media, które otrzymały rzadkie zasoby w użytkowanie za darmo – a nawet rozszerzyły zakres użytkowanych częstotliwości, twierdząc, że potrzebują większego w celu gładkiego przestawienia się na telewizję cyfrową – traktowały je jako swoją własność i przeciwstawiły się presji na zmiany tego stanu rzeczy.

To były nasze prawie sukcesy w eliminowaniu świadczeń dla firm. W większości dziedzin, gdzie wydatki z tego tytułu czy utracone dochody z podatków  sięgały miliardów dolarów rocznie, nawet nie proponowaliśmy większych cięć. Wiedzieliśmy, że polityka jest przeciwko nam. Ogromne dotacje dla rolnictwa nadal szły w większości dla farm przemysłowych... (...)
    Najczęściej stosowanymi formami ukrytych świadczeń dla firm były czasowe zwolnienia podatkowe i ochrona przed konkurencją. (...) Jest uderzające, jaki mały postęp uczyniliśmy w eliminacji takich subwencji mimo presji na redukcję deficytu. Od dawna stosowaliśmy wielomiliardowe subsydia podatkowe w odniesieniu do eksportu, które tak rozwścieczyły naszych partnerów handlowych, że w 1998 roku wnieśli przeciwko nam oskarżenie do Światowej Organizacji Handlu i wygrali.   

Lekcje   .........   125

Zmiany zachodzące na świecie oznaczały, że Ameryka musi zmienić swój system regulacji. Istniała potrzeba zdefiniowania na nowo roli państwa. W administracji Billa Clintona wiedziano, że w niektórych dziedzinach należy ograniczyć jego rolę – między innymi zmniejszyć świadczenia dla firm. Ale wiedzieliśmy też, że w pewnych dziedzinach państwo jest nadal potrzebne – na przykład w opiece społecznej i w inwestycjach w badania podstawowe. Zdawaliśmy sobie sprawę z potrzeby regulacji – większość przepisów wprowadzono ze słusznych powodów. Wiedzieliśmy jednak również, że podobnie jak rynek, także państwo zawodzi, w związku z czym regulacja powinna być ostrożna i ograniczona. Właśnie dlatego, że zarówno rynek, jak i państwo tak często zawodzą, jest szczególnie ważne, by ze sobą współdziałały. Mocne strony jednego mogą bowiem równoważyć słabości drugiego. Jednak mimo iż niektórzy w administracji to rozumieli, w zbyt wielu przypadkach – energetyka, telekomunikacja, bankowość – poddaliśmy się mantrze deregulacji, zamiast zastanowić się nad
właściwą strukturą regulacji, która oznaczałaby więcej przepisów w pewnych dziedzinach (na przykład w rachunkowości czy dotyczących operacji bankowych w oazach podatkowych), a mniej w innych. Nawet jednak gdyby administracji udało się opracować odpowiednie projekty ustaw, jest nieprawdopodobne, by zdołała przeprowadzić je przez Kongres. Jeszcze dzisiaj, mimo spowodowanych przez nią nieszczęść, mantra deregulacji pozostaje silna. Ci, którzy dzięki niej porobili fortuny, znajdują się w znacznie lepszym położeniu od tych, którzy na niej stracili, i mogą lobbować za jeszcze szerzej zakrojonym i szybszym znoszeniem wszelkich ograniczeń. 
    Problemy nadmiernej niestabilności i przerostu zdolności produkcyjnych nękały gospodarkę kapitalistyczną od niepamiętnych czasów. Nazbyt uproszczona teoria ekonomiczna wyobraża sobie system gospodarczy jako samoregulujący się mechanizm: kiedy podaż przewyższa popyt, ceny spadają, redukując podaż i odwrotnie. Wprawdzie takie dostosowania rzeczywiście następują, ale nie przebiegają gładko i bez kosztów. W przypadku telekomunikacji były błędne oceny i irracjonalna euforia. (...) Jednak niepowodzeń tej branży nie można tłumaczyć wyłącznie irracjonalną euforią, błędnymi ocenami: to poszukiwanie zysków monopolowych w nowym świecie deregulacji wytrąciło system z równowagi, powodując tak duże koszty nie tylko dla inwestorów, lecz również dla całego narodu, i przyczyniło się do ogólnej dekoniunktury.    
    W przeszłości hossy i bessy były czasem związane z nadmiernymi inwestycjami w nowe technologie: bańkę w telekomunikacji w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku można porównać do doświadczeń łączności telefonicznej i telegraficznej oraz kolei w ich wczesnych okresach, zanim stały się monopolami poddanymi regulacji. Bywały też związane z inicjatywami de regulacyjnymi, zwłaszcza dotyczącymi finansów – krach kas oszczędnościowo-pożyczkowych w Stanach Zjednoczonych stanowi tego najświeższy przykład. Szalone lata dziewięćdziesiąte połączyły jedne i drugie przyczyny, co dało w efekcie bezprecedensowe podniecenie i późniejsze rozczarowanie.

----------
Przypisy
6 
Nazywano to „gotowością do walki”. Nawet jeśli doświadczenie potwierdzało, iż główne założenie, sprowadzające się do tego, że do zapewnienia zerowych zysków i niskich cen wystarczy potencjalna konkurencja, to teoria ekonomii wyjaśnia ograniczenia tego założenia. Zob. ...  
7  Lub korporatyzacji, w ramach której tworzy się korporację państwową, taką jak Amtrak. W propozycji przesłanej przez nas do Kongresu faktycznie postulowaliśmy utworzenie nowego przedsiębiorstwa państwowego, a nie prywatyzację. Sądziliśmy bowiem, że probiznesowo nastawionym orędownikom odrzutowców firmowych prywatyzacja może się wydać zbyt „radykalnym” posunięciem. 
8  Był też inny element tej historii, jednego z naszych kilku ruchów zmierzających do obcięcia dotacji dla przedsiębiorstw: tak się złożyło, że odrzutowce dla firm produkowano w Nebrasce, rodzinnym stanie przywódcy republikanów w senacie ..., oraz w Georgii, z której pochodzi ich [ówczesny] lider w Kongresie ...  Odrzutowce firmowe symbolizowały  świadczenia państwowe dla przedsiębiorstw, ale może w naszej inicjatywie polityka też odegrała pewną rolę?
9  Mimo to w listopadzie 2000 r. , zaledwie dziewięć miesięcy po wprowadzeniu nowego ustawodawstwa, WTO orzekła, że również ono nie było z nimi zgodne. Konflikt zaczął się w styczniu 2000 r., kiedy inny sąd WTO orzekł, iż ustawa o Foreign Sales Corporation (FSC) była nielegalna z moczy tych samych zasad WTO. Kongres zastąpił tę ustawę nową, ale i ona została uznana za nielegalną. (W kwietniu 2003 r. sprawa nie była zakończona).
----------         

Rozdział  5
Kreatywna księgowość   .........   128 

Jednym z istotnych pytań z gatunku „co by było, gdyby w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku czegoś nie zrobiono” jest pytanie dotyczące osobliwej praktyki, polegającej na dawaniu przez firmy swoim dyrektorom opcji zakupu akcji, czyli prawa do kupna akcji spółki po cenach niższych od rynkowych, i udawaniu, że ani trochę wartości nie przeszło w inne ręce. Wprawdzie zjawisko przyznawania opcji nie zaczęło się w sektorze najnowocześniejszych technologii, ale występowało tam częściej niż w innych, bardziej tradycyjnych sektorach. (...) 
    W 2001 roku opcje stanowiły szacunkowo 80% wynagrodzenia dyrektorów przedsiębiorstw amerykańskich i ich wpływ na bilanse też nie był błahy. Gdyby Microsoft musiał uwzględnić wartość opcji, które rozdzielił w tym roku, to w efekcie jego zyski (oficjalnie 7,3 miliarda dolarów) zmniejszyłyby się o jedną trzecią1. Taka sama gra pozwoliła między innymi spółkom Starbucks i Cisco na zwiększenie zysków o 20% czy więcej. Zyski Intela spadłyby do jednej piątej – z 1,3 miliarda dolarów  do 254 milionów dolarów, a straty Yahoo! wzrosłyby dziesięciokrotnie – z 93 milionów do 983 milionów dolarów.  
    Kontrowersja wokół opcji zakupu akcji to była prosta sprawa uczciwego ujawniania informacji. Tymczasem wskutek perfidnej logiki, którą objaśnię później w tym rozdziale, opcje te odgrywały istotną rolę w rozprzestrzenianiu się innych form finansowego matactwa. Enron, WorldCom i Adelphia – to najbardziej rażące i najszerzej znane spośród wielu spółek, w których tak okrzyczana w latach dziewięćdziesiątych energia i kreatywność coraz mniej koncentrowały się na nowych produktach i usługach, a coraz bardziej na wynajdywaniu nowych sposobów maksymalizowania dochodów ich kierownictwa kosztem nieostrożnych inwestorów.
    Kiedy przyjechałem do Waszyngtonu, problem ten był jeszcze stosunkowo mało rozpowszechniony. Niemniej niektórzy ludzie dostrzegali już wystarczająco dużo. W czerwcu 1993 roku Rada ds. Standardów Rachunkowości Finansowej (FASB), mało znany, ale ważny niezależny organ odpowiedzialny za formułowanie zasad księgowania, wystąpiła z projektem przepisu, którego intencją było skłonienie przedsiębiorstw do przypisywania opcjom rozsądnej wartości i zaliczania ich do kosztów. FASB była tworem sektora rachunkowości – przykładem samoregulacji. „Gnomy z Norwalk”, jak nazywano jej członków (od siedziby w Norwalk w stanie Connecticut), miały reputację ciała działającego powoli i zabiegającego o wkład branży w każdym stadium spraw, co powodowało, że to prorocze zaniepokojenie opcjami i prostolinijność rozwiązania były tym bardziej godne uwagi.
    Środowisko przedsiębiorstw jednak żadną miarą nie chciało proponowanego przepisu. Jak można się było spodziewać, Dolina Krzemowa była niewzruszona, a przy tym nie odosobniona. Jeżeli opcje miały być „wliczone w koszty”, to spółki po prostu przestałyby je przyznawać, a bez tego eliksiru motywacyjnego gospodarka popadłaby w zastój – to było sedno argumentacji wysuwanej przez niezliczone rzesze ludzi na kierowniczych stanowiskach oraz przez lobbystów. W gorącej dyskusji z przewodniczącym Komisji Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC) Arthurem Levittem, juniorem, prezes Home Depot Bernard Marcus scharakteryzował proponowany przez FASB przepis jako „straszny cios w system wolnej przedsiębiorczości”, który „uniemożliwiałby nowym firmom podjęcie działalności”2. 
    Oponenci chodzili z tą sprawą nie tylko do SEC (która ściśle współpracowała z FASB), lecz również do czołowych osobistości w administracji i w Kongresie. Minister skarbu Lloyd Bentsen i minister handlu Ron Brown napisali list otwarcie sprzeciwiający się propozycji. Wkrótce podobnym nastrojom dał upust Kapitol, gdzie boom w dziedzinie nowoczesnych technologii budził wielkie zainteresowanie.  Senator Joe Lieberman z Connecticut (który w 2000 roku był kandydatem na wiceprezydenta u boku Ala Gore’a) ostro zaatakował FASB i jej przepis z pełnym przekonaniem o słuszności swoich racji. Lieberman był autorem rezolucji senackiej, przyjętej stosunków głosów 88 do 9, wzywającej FASB do wycofania się i ostrzegającej przed „poważnymi konsekwencjami dla amerykańskich przedsiębiorców”, jeżeli proponowany przepis zostałby przyjęty. Wyglądało na to, że konsekwencje dla samej FASB też mogłyby nie być zanadto przyjemne. Przy wsparciu między innymi pań senator z Kalifornii Barbary Boxer i Dianne Feinstein oraz senator Connie Mack z Florydy Lieberman wprowadził przepis, który skutecznie pozbawił radę siły oddziaływania – nie bacząc zresztą na to, że właściwie nie była to agencja państwowa. 
    Wybory z 1994 roku i wyniesienie na stanowisko przewodniczącego Izby Reprezentantów Newta Gingricha, zdecydowanie przychylnego wobec nowoczesnych gałęzi i przeciwnika regulacji, przypieczętowały los propozycji FASB. Nikt bardziej niż Arthur Levitt wraz z SEC nie starał się rozprawić z oszukańczymi praktykami stosowanymi w księgowości przedsiębiorstw w latach dziewięćdziesiątych, ale to w końcu on dopuścił do tego, że FASB przyjęła rozwodniony przepis, wymagający od spółek tylko wymieniania wszystkich przyznawanych opcji w przypisach do sprawozdań finansowych. Później nazwał to „największym błędem” popełnionym przez SEC za jego kadencji3.
    Płace kierownictwa firm stały się przedmiotem rosnących kontrowersji w późniejszych latach dekady, gdy opcje zakupu akcji umożliwiły takim ludziom, jak ... zagarnięcie... Ale choć było wielkie oburzenie z powodu wysokości wchodzących w grę kwot pieniędzy – powszechnie uważano, że ci dyrektorzy po prostu zarabiali za dużo – inne aspekty sprawy nie wzbudziły większego zainteresowania.   
    Jako osoba przez długi cza badająca znaczenie informacji dla dobrego funkcjonowania gospodarki trochę inaczej odczytuję tę historię: dyrektorom płaci się za dużo po części dlatego, że
nie jest powszechnie wiadomo, ile naprawdę się im płaci4. A gdy nikt nie wie, ile zarabiają szefowie, oznacza to, że nikt również nie wie, jaki zysk (lub stratę) ma przedsiębiorstwo. Nikt nie wie, ile naprawdę jest ono warte. Bez tej informacji ceny nie mogą spełniać takiej funkcji, jaką powinny w kierowaniu inwestycjami. Jak w sposób nieco techniczny określają to ekonomiści, „alokacja inwestycji ulegnie zakłóceniu”. 
    Po raz pierwszy zetknąłem się z tym problemem w 1993 roku, gdy zwrócono się do administracji, żeby coś zrobiła w sprawie przepisu zaproponowanego przez FASB.  Zespół Doradców Ekonomicznych poproszono o przyjrzenie się sprawie i im dłużej się przyglądaliśmy, tym silniejsze było nasze odczucie, że FASB miała rację i że źle byśmy zrobili, gdybyśmy podjęli interwencję wymierzoną przeciwko niej. Rada miała być niezależna i wolna od wpływów politycznych. (...) 
    Przekonanie Zespołu, że zajmujemy słuszne stanowisko, umocniło się, kiedy zobaczyliśmy słabość argumentów wysuwanych przeciwko traktowaniu opcji zakupu akcji jako kosztów. Jednym z argumentów, który słyszeliśmy wciąż od nowa, było to, że bardzo trudno byłoby tym opcjom przypisać jakąś wartość. Tyle że oczywiście nie był to powód, żeby w ogóle nie określać ich wartości. (...) W każdym razie – podkreśliliśmy – uznanie, iż mają wartość zerową, jest w sposób oczywisty błędne. Ludzie chcą tych opcji, bo one mają wartość.   
    Podczas debat na temat opcji zakupu akcji  często nas zapewniano, że wszystko jest wyjaśnione w przypisach do rocznych sprawozdań finansowych przedsiębiorstw. Tymczasem nawet wyrafinowani analitycy mają niekiedy trudności z interpretacją tego rodzaju finansowych szczegółów5. Cały sens posiadania standardów rachunkowości polega na ułatwieniu – a nie na utrudnieniu – inwestorom oceny stanu spraw finansowych spółki.
    Przeciwnicy przepisu zaproponowanego przez FASB uparcie twierdzili, że przedstawiony wzór na obliczanie wartości opcji potencjalnie wprowadzał w błąd. Większość inwestorów – mówili – nie będzie dostatecznie doświadczona, żeby móc dokonać niezbędnych korekt, jeśli szacunek okaże się błędny. Po czym ci sami ludzie, którzy tak twierdzili, jak gdyby nigdy nic przechodzili do argumentu, że inwestorzy nie muszą oglądać kosztów omawianych opcji w bilansie, ponieważ informacje są „w całości w przypisach”, więc można łatwo obliczyć, co implikują. Intelektualna niespójność tych twierdzeń była uderzająca.  
    Przypuszczalnie najsłabszym argumentem przeciwko przepisowi autorstwa FASB był ten, którzy jego zwolennicy uważali za najmocniejszy. Otóż obawiano się, że gdy akcjonariusze poznają wartość rozdawanych opcji zakupu akcji (lub, co gorsza, wartość opcji do pokrycia), wartość wielu firm spadnie. Mówili tym samym, że gdyby tylko akcjonariusze wiedzieli, ile daje się szefom spółek, zorientowaliby się, iż mniej pozostaje dla nich samych. Był to argument za tym, że lepsza informacja czyni różnicę – i, jak sądzę, był to argument za wliczaniem opcji w koszty6.    

Opcje zakupu akcji a wartość firmy   .........   132

Gdy członkowie zarządu (czy inni pracownicy) otrzymują opcje zakupu akcji, przedsiębiorstwo zobowiązuje się do wyemitowania nowych akcji, „rozcieńczając” w ten sposób wartość dotychczasowego kapitału akcyjnego. Załóżmy na przykład, że wyemitowało już ono milion akcji, z których każda warta jest 30 dolarów; tym samym wartość tego przedsiębiorstwa (czy „kapitalizacja rynkowa”) wynosi 30 milionów dolarów. Jeżeli dyrektorzy dostaną za darmo, powiedzmy,...,  to starzy akcjonariusze będą się musieli podzielić... W ten sposób w efekcie akcjonariusze zapłacą dyrektoriom... – nie bezpośrednio z własnych kieszeni, lecz poprzez obniżenie wartości swoich akcji.
    Sprawy mają się trochę, ale tylko trochę inaczej, gdy członkowie kierownictwa muszą zapłacić jakąś część ceny za swoje akcje. (...) 
    Jeżeli weźmie się pod uwagę skutki podatkowe, to koszty dla przedsiębiorstwa będą jeszcze wyższe... (...)
    Miałem raz okazję spotkać się z grupą wysokich rangą przedstawicieli największych firm w kraju. Wykorzystałem tę okazję, żeby ich zapytać, całkiem otwarcie, dlaczego tak skonstruowali swoje płace, że płacili wyższe podatki, niż musieliby, i wprowadzali inwestorów w błąd, co do wielkości zarobków personelu kierowniczego. Ich odpowiedzi wskazywały, że w większości nie zastanawiali się nad pełnymi implikacjami podatkowymi. Ale nawet teraz, gdy już zrozumieli te skutki, nie zmieniliby tej praktyki.  Ich praca polegała bowiem na maksymalizowaniu wartości firmy, a maksymalizowanie wartości firmy w krótkim okresie oznacza konieczność wykorzystywania niewiedzy rynku zakupu akcji dla emitujących je spółek.  
    W mniej kulturalnych kręgach można było mówić o tych opcjach jako o korporacyjnym złodziejstwie – o kierownikach wysokiego szczebla kradnących pieniądze nieostrożnym akcjonariuszom. Jednakże gdy ceny akcji rosły z 10 do 20 i 30 dolarów, mało akcjonariuszy to zauważało. Uważało się za wygranych. Wyglądało to na grę, w której nikt nie traci. Tymczasem oni rzeczywiście tracili. Na akcjach sprzedawanych po 30 zamiast po 40 dolarów...    
    Używam mocnych słów – „kradzież”, „złodziejstwo” – do opisu jednej z praktyk umożliwiających szefom firm pozbawianie akcjonariuszy tego, co do nich należało. Bo to właśnie było okradanie – czyli zabieranie komuś czegoś bez jego zgody. Ofiary nie były w stanie wyrażać zgody, bo w większości przypadków nie zdawały sobie sprawy, że coś im się zabiera. Naturalnie akcjonariusze mieli być beneficjantami tej praktyki. Stosowanie opcji zakupu akcji jako formy wynagrodzenia wyrosło z powstałego w latach osiemdziesiątych ruchu na rzecz „zwiększenia wartości firmy dla akcjonariusza”, Opcje, mówiono, łączą w jedno interesy menedżerów i akcjonariuszy. Była to kusząca argumentacja, ale, jak się okazało, nader wadliwa.  
    Podczas boomu na rynku akcji wzrost ich wartości na ogół nie ma nic wspólnego z wysiłkami kierownictwa firm. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku niemal każda akcja poszła w górę  - czasami sporo. W takich okolicznościach jest tylko jeden sposób prawdziwego wynagradzania za wyniki: menedżerów powinno się uszeregować na krzywej osiągnięć i przyznawać premie tym, którzy plasują się powyżej średniej... Mało firm wprowadziło takie systemy wynagradzania oparte na wynikach w ujęciu względnym – bardzo mało. Krótko mówiąc, jeśli się pominie kwestie podatkowe, to z punktu widzenia teorii ekonomii opcje zakupu nie powinny być częścią dobrze zaprojektowanego systemu wynagrodzeń. Dobrze zaprojektowany system maksymalizuje bodźce, a jednocześnie ogranicza ryzyko, natomiast mawiane tu opcje powodowały ryzyko, nie stwarzając bodźców, co sprawiało, że wynagrodzenia menedżerów zależały głównie od wyników uzyskiwanych w kasynie, jakim jest rynek akcji.   
    Większość menedżerów była za sprytna, by uwierzyć w rzetelność systemu przyznawania opcji zakupu akcji. ...
    W konsekwencji w latach dziewięćdziesiątych całkowite płace amerykańskich kierowników wysokiego szczebla przestały wykazywać związek z normalnymi relacjami ekonomicznymi9*. ...
----------
     Refleksja nad relacjami ekonomicznymi. W znanym mi dobrze PRL, dużo uwagi poświęcano prawidłowym relacjom ekonomicznym, i od tego, w różny sposób, uzależniano płace nie tylko kierownictwa, ale całych załóg. Systemy powiązania wynagrodzeń z wynikami ekonomicznymi, finansowymi i rzeczowymi, były bardzo rozbudowane, i, dla kogoś, kto nie znał zagadnień „od podszewki”, wyglądały na bardzo mądre – i niemal nie do przechytrzenia. A tu, to co teoretycznie wyglądało na bardzo mądre i nie do przechytrzenia, w praktyce, dla tego kto się znał i chciał – całkiem łatwo  dawało się obchodzić. Moja strona „konkretyzacja” – to tylko mały drobiazg. „Realny socjalizm” nie poradził sobie z tym – aż do samego swego końca, choć bardzo chciał, szarpał się na wszystkie strony, a tu – dalej „coś nie tak”. Było zaś stale „coś nie tak”, bo wielka, niesłychanie wyrafinowana i „perfekcyjnie” zmatematyzowana nauka ekonomii – wraz z przystawkami – nie znała się na szczegółach, na których znał się „byle praktyk”(naturalnie, na swoim wąskim odcinku). To nie problem tylko byłej gospodarki „socjalistycznej”.
Anonimus

----------     
    Problemy z uposażeniem dyrektorów są charakterystyczne dla współczesnych przedsiębiorstw z rozproszonym akcjonariatem. Jeżeli właścicielem firmy jest jedna osoba , to gdy zapłaci menedżerowi za dużo, sama poniesie koszty tego błędu. Przeszło siedemdziesiąt lat temu Adolf A. Berle i Gardiner C. Means zwrócili uwagę na to, że w powstających wówczas przedsiębiorstwach własność była oddzielona od kontroli10. Akcjonariusze nominalnie byli właścicielami firmy i ją kontrolowali, ale w rzeczywistości dysponowali ograniczonymi informacjami... i ograniczonymi możliwościami... (
pewna analogia do „socjalizmu”: nominalnie każdy robotnik był współwłaścicielem fabryki, w której pracował. Miał w niej także swoją  Radę Robotniczą, miał w niej swoją podstawową komórkę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, itd. Anonimus). Były rady nadzorcze, znowu nominalnie wybierane przez akcjonariuszy. (...)
    Występował tu kolejny konflikt interesów. Rady nadzorcze mają w założeniu bronić interesów
wszystkich akcjonariuszy. 
    Ameryka od dawna była źródłem innowacji, eksportującym swoje idee i produkty. Także w zakresie oszukiwania firm, ku wielkiemu rozczarowaniu Europejczyków. 

Bodźce się liczą – ale zależy jakie   .........   135

Paradoks polega na tym, że choć zwolennicy opcji zakupu mówili o bodźcach, to tak naprawdę nie troszczyli się o wprowadzenie ich właściwego rodzaju. Opcje stosowane w praktyce nie stwarzały wielkiej motywacji do robienia rzeczy, które zwiększyłyby wartość firmy w długim okresie. Oznaczały one, że płace dyrektorów zależały od cen akcji w krótkim okresie, a w krótkim okresie łatwiej było poprawić pozory zysków niż zwiększyć prawdziwe zyski.
    Nawet w dobrych czasach Wielu kierującym przedsiębiorstwami nie wystarczyło unoszenie się w górę na fali przypływu. Znajdowali sposoby powiększania swoich zarobków – zawieranie fikcyjnych transakcji, które pozwalały im na księgowanie przychodów, gdy ich faktycznie nie mieli, bądź wyksięgowywanie kosztów, albo też...  Ich celem było stworzenie pozorów zachęcającego sukcesu... zanim świat dowie się prawdy. W ten sposób jedna forma oszustwa pociągała za sobą wiele innych. A inwestorzy w żadnym razie nie byli jedynymi ofiarami.
    Kiedy ceny akcji odzwierciedlają nieprawdziwe informacje, zasoby będą prawdopodobnie źle rozlokowane. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych były bardzo źle rozlokowane. Rosnące ceny mówiły: inwestuj więcej! (...)
    Nietraktowanie opcji zakupu akcji jako kosztu oznaczało, że akcjonariusze nie mieli dokładnych informacji o „rozwodnieniu” wartości posiadanych przez siebie akcji... (...)
    Opcje zakupu akcji stanowią dobry przykład dostarczania przez księgowość informacji wprowadzających w błąd. (...) Rozmiary zniekształceń informacji wynikających z samego tylko niewykazywania opcji są olbrzymie. (...)   

Podręcznik zwodniczego księgowania   .........   136

Sprawozdania finansowe firm są niesamowicie skomplikowane. To dlatego zatrudnia się firmy księgowe. W raportach tych mają być przedstawiane między innymi zyski i straty oraz kapitał własny w znormalizowany sposób, tak aby było to powszechnie zrozumiałe. Niektórzy twierdzą, że kapitalizm (i współczesne przedsiębiorstwo) nie powstałby bez solidnej księgowości... (...)
    Państwo zawsze odgrywało ważną rolę w ustanawianiu standardów...
    Niezależni księgowi są potrzebni między innymi dlatego... (...)
    Mimo że księgowi od dawna byli obiektem żartów... mają oni do wykonania trudne i ważne zadanie. Ich obowiązki wykraczają poza mechaniczne stosowanie pewnych reguł.  (...)   
    (...) Jeżeli firma chce zredukować swój dochód z powodów podatkowych... (...)
    Jeżeli zaś chce rozdąć swój dochód, mając na uwadze inwestorów... (...)
    W przeszłości takie manewry z wyolbrzymianiem dochodu pociągały za sobą duży koszt: oznaczały wyższe podatki. Jednak w ostatnich latach pomysłowi konsultanci i księgowi wynaleźli sposób załatwiania tych dwóch spraw naraz, polegający na przeniesieniu kosztów z bilansu na specjalną jednostkę, specjalnie stworzoną w celu czerpania korzyści z jak najszybszych możliwych odpisów podatkowych.
    Niektóre z takich manipulacji stały się modne już na początku lat osiemdziesiątych, chociaż kontekst był wtedy inny. Etos owych czasów polegał na unikaniu tak wielu podatków, jak tylko możliwe... (...)
    Umowy leasingowe stwarzały dalsze możliwości działań uznaniowych, które firmy wykorzystywały w celu osiągnięcia korzyści na krótką metę. (...)
    W następnych latach wymyślono jeszcze bardziej skomplikowane sposób, częściowo po to, by wykorzystać różnice w prawie podatkowym między poszczególnymi krajami. (...)
    Specjaliści od tego rodzaju sztuczek księgowych byli z nich dumni. Nie było żadnych skrupułów moralnych co do oszukiwania państwa – przy małym ryzyku. (...)
    Pod koniec lat dziewięćdziesiątych, gdy bańka się powiększyła, korzyści podatkowe stały się sprawą drugorzędną; dla niektórych firm liczyło się tylko to, żeby księgi wyglądały dobrze. Techniki wymyślone po to, by oszukać urząd podatkowy, po niewielkich modyfikacjach były teraz stosowane, aby zwieść akcjonariuszy. Oczywiście kalkulacje natury moralnej były odmienne. Większość dyrektorów spółek nie bardzo się poczuwała do winy z powodu oszukiwania urzędu skarbowego – mogli nawet mówić, że było to ich obowiązkiem, bo zwiększali w ten sposób cenę akcji. Kiedy jednak przychodziło do przekazania informacji akcjonariuszom... Bądź co bądź akcjonariusze są właścicielami, a menedżerowie pracują dla właścicieli. Gdy menedżerowie dostarczają mylnych informacji rynkowi, mogą uspokoić swoje sumienie, mówiąc, że dzięki windowaniu ceny akcji zadbali o akcjonariuszy – przynajmniej o tych, którzy kupili akcje po niskiej cenie i sprzedali po wysokiej. Najwyraźniej w ogóle nie myśleli o tym, co się stanie, kiedy prawda wyjdzie na jaw; po prostu zakładali, że dzień rozliczeń znajdzie się w kalendarzu kogoś innego. A poza tym motywacyjny system płac nagradzał ich właśnie za maksymalizowanie dzisiejszej wartości.
    Gdy zmieniła się struktura gospodarki, zwiększyły się problemy stojące przed księgowymi i do wykorzystania było nawet więcej możliwości, które rozwinęli oni do poziomu sztuki pięknej. Z biegiem lat wypracowali standardowe sposoby traktowania takich rzeczy, jak inwestycje w fabrykach czy nieruchomości. Tymczasem wraz z wyłonieniem się „nowej gospodarki” profesjonaliści z dziedziny rachunkowości musieli zacząć zmagać się z aktywami, które były czasami dokuczliwie trudne do wycenienia, co dawało spółkom będącym ich klientami wszelkiego rodzaju nowe sposoby manipulowania danymi. Spółki były sprzedawane na podstawie liczby subskrybentów swoich akcji – którą to liczbę powszechnie traktowano jako namacalny majątek, mimo że w praktyce subskrybenci mogą szybko zniknąć. Niektóre firmy osiągnęły olbrzymią wartość rynkową, bez osiągania zysku; a nawet jeśli były zyski, to czy istniała pewność, że będą długotrwałe? W przemyśle stalowym ogromne inwestycje, jakie trzeba wnieść na początku, sprawiają, że wejście do tej gałęzi jest trudne. Spece od nowej gospodarki mówili, jak widzieliśmy w poprzednim rozdziale, o rozstrzygającym znaczeniu przewagi rozpoczynającego. Innymi słowy, wejdź pierwszy na rynek, a innym będzie trudno pójść twoim śladem.  Ale nowa gospodarka to był także świat, w którym nowe firmy mogą powstawać na poczekaniu i stawać się dużymi graczami z dnia na dzień. Wszystko to były złożone sprawy, trudne do uchwycenia przez księgowych.
    Derywaty, te skomplikowane nowe produkty finansowe, ponoć dawały przedsiębiorstwom nowe, potężne narzędzie podziału i przesuwania ryzyka12. Ale mogą one być również środkami do zdejmowania pieniędzy z bilansu, a przez to ukrywaniu ogromnego ryzyka. Osoby wewnątrz bywały niejednokrotnie zwodzone tak samo jak osoby z zewnątrz. Z biegiem lat opinia publiczna mogła obserwować, jak potężne firmy, takie jak Barings, były doprowadzane do upadku w wyniku handlu derywatami przez własnych pracowników, czego ich wewnętrzny system księgowy nie był w stanie wykryć. Również władze publiczne, na  przykład w hrabstwie Orange w Kalifornii, były doprowadzone na skraj bankructwa. Kiedy nieświadomi klienci odkrywali faktyczne ryzyko wiążące się z derywatami, ponieważ tracili miliony, zamiast, jak im obiecano, zarabiać miliony, ostre pyskówki prawne były toczone między instytucjami finansowymi sprzedającymi derywaty, a tymi, które je kupowały.
    W miarę wychodzenia na światło dzienne kolejnych przypadków niewłaściwego wykorzystywania derywatów rosło zaniepokojenie ryzykiem, jakie z sobą niosą. Co miesiąc odbywało się spotkanie najwyższych urzędników państwowych zajmujących się rynkami finansowymi...  Zasadnicza kwestia w naszych dyskusjach była zawsze taka sama: jesteśmy świadomi ryzyka i jesteśmy świadomi korzyści. Byliśmy świadomi trudności, jakie sprawiają derywaty w ocenie prawdziwego stanu finansowego banku, czy w tym przypadku dowolnej firmy, ale zdawaliśmy sobie sprawę, że niewiele możemy zrobić, zwłaszcza w erze, w której usuwane były regulacje. Po części pokładaliśmy wiarę w rynek... Patrząc wstecz, można powiedzieć, że mogliśmy zrobić o wiele więcej dla poprawy jakości sprawozdań i ograniczenia rozmiarów ekspozycji na ryzyko.                 


Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy   .........   140

Była jednak jedna agencja rządowa, która nie poddała się mantrze deregulacji, która widziała, że są problemy na rynkach papierów wartościowych i należy się nimi zająć, jeżeli te rynki mają funkcjonować tak, jak powinny, oraz w interesie przeciętnego inwestora. Była to Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy, kierowana przez Arthura Levitta...
    Levitt rozumiał, że występuje mnogość problemów... Niepokoił się trudnościami, jakie nowa gospodarka stwarzała dla księgowych, i tym, że prawo do podejmowania decyzji uznaniowych umożliwia księgowym dostarczanie informacji wprowadzających w błąd.  Ale jeszcze bardziej niepokoiły go bodźce: obawiał się, że audytorzy nie tylko nie mają motywacji do robienia tego, co powinni, lecz mają bodźce do robienia czegoś wręcz przeciwnego.
    W celu zajęcia się problemami związanymi z coraz większymi trudnościami, jakie nowa gospodarka stwarzała dla księgowych, Lewitt powołał komisję mającą się przyjrzeć wycenom w nowej gospodarce, do której to komisji mnie zaprosił. Grupie przewodniczył energiczny i rozważny dziekan Szkoły Zarządzania Uniwersytetu Yale Jeffrey Gartner, którego znałem jako wiceministra handlu w rządzie prezydenta Clintona. Była to wyważona grupa, w skład której wchodzili członkowie zarządów spółek technologicznych, naukowcy i księgowi. Rozumieliśmy znaczenie wysłuchania samych ludzi zaangażowanych w nową gospodarkę: oni bez wątpienia najlepiej wiedzieli, co się dzieje. Ale tkwił w tym pewien problem. Otóż niektórzy członkowie komisji – w tym założyciel Enronu Ken Lay oraz inni z Doliny Krzemowej, którzy zbierali owoce zakupu akcji – mieli osobiste interesy. Wiedzieli, co się dzieje, ale czerpali z tego korzyści i chcieli możliwie jak najmniejszych zmian. Powtarzali standardowe hasło dnia: bój się „dużego” państwa, powierz rynkowi opiekę nad wszystkim. 
    Levitt doszedł do wniosku, że niezależnie od tego, jakie wytyczne będą mieli księgowi, jakie zasady, zawsze będą mieli prawo do decydowania. Dlatego muszą mieć właściwe bodźce, żeby tego prawa używali w ten sposób, który zapewni lepsze i dokładniejsze informacje. Kłopot polegał na tym, że księgowi nie mieli właściwych bodźców. Tu zawsze występował pewien problem: audytorzy byli opłacani przez firmy, w których przeprowadzali kontrolę, i naturalnie chcieli zadowolić klientów; bądź co bądź firma (i jej dyrektorzy) podejmowała decyzję o tym, kogo zatrudnić jako rewidenta. Do tego potencjalnie kłopotliwego obrazu doszedł jeszcze jeden nowy składnik..
    Z biegiem lat w księgowości wykształciły się dwie specjalizacje: poradnictwo i rewizja ksiąg rachunkowych. Istniała naturalna synergia: wiedza, którą księgowi zyskiwali dzięki przeglądowi ksiąg, pozwalała im na udzielanie porad...  Ale w miarę rozwoju „strony konsultingowej” działalności księgowych wzrastała też pokusa zwodzenia „strony rewizyjnej”. (...)  Derywaty – wielki wynalazek finansowy ubiegłych dziesięcioleci – były narzędziem dobrze nadającym się do tego rodzaju oszustw. (...)
    Levitt naciskał na wprowadzenie przepisów, które by uniemożliwiały firmom księgowym występowanie wobec jednego klienta w obu rolach. Odpowiedź firm księgowych i ich stronników brzmiała, w gruncie rzeczy „zaufajcie nam”, i niestety to oni wzięli górę.
    Jednej firmie szczególnie trudno było oprzeć się pokusom. Spółka Arthur Andersen, która cieszyła się niemal nieskazitelną reputacją prawie przez cały czas od chwili powstania w 1913 roku, wdała się w zaciekłą wojnę wewnętrzną. Jak to się często zdarza w firmach sektora usług, różne jej działy twierdziły, że nie otrzymują należnego im udziału w zyskach. W tym przypadku dział konsultingowy, który zarabiał najwięcej pieniędzy, uważał, że jest nieodpowiednio wynagradzany. Niezdolne do ugody poszczególne działy rozpoczęły trudny rozwód.  Dział poradnictwa się uniezależnił; wobec zakazu używania nazwy Andersen, przybrał nową , wraz z nowym logo i nowym wizerunkiem rynkowym. Powstała w ten sposób firma – która przybrała nazwę Accenture – myślała, że straciła coś drogocennego; tymczasem parę lat później ta porażka sądowa stała się darem niebios.  
    Pozbawiona najbardziej dochodowej części swych interesów stara spółka Arthur Andersen postanowiła odbudować działalność konsultingową – i to szybko. A szybkość oznacza ryzyko. W ekonomii mówimy o „franszyzowej wartości” danej firmy – to jest o wartości przyszłych zysków trwającego przedsięwzięcia. Jednym z głównych bodźców do rozważnego działania firmy (w tym przypadku do dostarczenia klientom przyzwoitych usług) jest utrzymanie własnej wartości franszyzowej. Na skutek znacznego obniżenia tej wartości w wyniku bratobójczej wojny u Arthura Andersena osłabły bodźce do roztropnego działania. Może więc wcale nie jest dziwne, że firma ta była w dużym stopniu zamieszana w skandale lat dziewięćdziesiątych, z których najbardziej znane były te dotyczące WorldComu i Enronu, ale ich lista z biegiem lat się wydłużyła i obejmowała między innymi takie firmy, jak: Sunbeam, Waste Management, Global Crossing, Dynegry, Halliburton, Colonial Realty i Qwest13. To było coś więcej niż pech.
    W każdym motywacyjnym systemie płac są kije i marchewki. Było mnóstwo marchewek zachęcających firmy księgowe do przymykania oczu. Natomiast tradycyjnie we wspomnianym systemie był jeden duży kij zniechęcający – gdy sprawy poszły w złą stronę, firma mogła być pozwana do sądu. (...)  W 1995 roku Kongres przyjął projekt ustawy mającej na celu ograniczenie sporów sądowych dotyczących papierów wartościowych mimo weta prezydenta, co zapewniło istotną ochronę audytorom. Ale może posunęliśmy się zbyt daleko: chronieni przed oskarżeniami sądowymi audytorzy byli teraz skłonni podejmować większe ryzyko i bardziej iść na rękę firmom uprawiającym agresywne praktyki księgowe.  

Lekcje   .........   143

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy Ameryka usiłowała wyeksportować swoją wersję kapitalizmu do reszty świata, wychwalała między innymi swoje systemy księgowania. W następstwie kryzysu w Azji Wschodniej tamtejszym krajom powiedziano: musicie przyjąć solidne, to znaczy amerykańskie metody księgowania. Jednakże paradoksalnie, gdyby to Stany Zjednoczone przyswoiły sobie standardy rachunkowości stosowane w większej części świata, mogłoby nie dojść do niektórych skandali w firmach. Chociaż były podobieństwa między praktykami stosowanymi w Ameryce i gdzie indziej, to jednak była jedna decydująca różnica. W Ameryce audytorzy byli związani regułami; musieli przestrzegać zasad. Cokolwiek mogło im ujść na sucho
w ramach reguł, było postrzegane jako świetne. W rzeczy samej wyzwanie stojące przed audytorem konsultantem polegało na sprawieniu, by firma wyglądała tak dobrze, jak to tylko możliwe, bez przekraczania reguł.*  W przeciwieństwie do tego standardy stosowane w większości krajów wymagają od audytora poświadczenia, że ogólne sprawozdania przedstawiają dokładny obraz sytuacji finansowej firmy.*

----------
* Sprawozdania mogą przedstawiać dokładny obraz sytuacji finansowej firmy, tylko niekoniecznie prawdziwy. Istnieją dziesiątki sposobów jak to zrobić najzupełniej legalnie, albo z pogranicza legalności, nie mówiąc, naturalnie, o przestępstwach. O niektórych sposobach nawet wspomniano ogólnoteoretycznie w ogólnoteoretycznych podręcznikach akademickich. Żeby jednak zgłębić wciąż rozwijającą się pomysłowość, trzeba jednak trochę coś więcej, albo zmienić warunki, żeby ta pomysłowość nie miała sensu. Przeciętny audytor, znający tak firmę, jak przeciętny audytor, po prostu nie ma możliwości wniknięcia we wszystkie niuanse i w ich wzajemnych powiązaniach. Jeśli nawet coś wie o nich i nie ma obaw (a przeważnie ma), że zleceniodawcy lub w jego własnym środowisku nie spodoba się  nadmierna dociekliwość, to rozsądek podpowiada mu, żeby się nie wtrącał. Skoro więc rutynowe zasady audytu ułatwiają mu nie wtrącanie się, to się i nie wtrąca: wie prywatnie, ale nie musi wiedzieć służbowo. Po co sobie komplikować życie?  Żeby się wtrącić, musiał by mieć albo bardzo silną motywację, albo być szaleńcem.
    Problem rozpoczyna się od tego, że zarówno wiarygodna księgowość wcale nie jest aż tak bardzo wiarygodna, jak dogmatycy, nie znający życia, głoszą, ma po prostu swoje ograniczenia, które trzeba znać. Podobnie jest ze statystyką, ekonomią itd. Do tego dochodzą grupy interesów, które wykorzystują, niekoniecznie zawsze perfidnie i z chciwości, tylko... dogmaty..., ideologia..., powszechna moda... (...)  
... po prostu, może być i tak, że często także i dlatego, żeby nie dać się „zdeptać” konkurencji, może faktycznie dogmat „Bogać się sam, bogacisz innych”, zamroczył im umysł na tyle, że mu bezkrytycznie uwierzyli. Nie wiem.
   Problem, z ograniczoną wiarygodnością wiarygodnych danych, powinien był dobitnie ujawnić się już w okresie realnego socjalizmu. (Mówię o Polsce, bo ją znam). Był to obraz niemal kliniczny, jak ograniczona jest ogólnoteoretyczna wiedza książkowa o gospodarce i oparte na niej systemy informacyjne. Jeśli wtedy, zadziałały jakieś siły, że tego nie zrozumiano lub nie chciano zrozumieć aż do końca, pomimo podejmowanych ... to chociaż (...)
    W PRL był to obraz niemal kliniczny, bo, po prostu, aż rzucało się w oczy, że Centralny Planista nie panuje nad sytuacją: można go stosunkowo łatwo oszukiwać, obchodzić, jego poronione lub tylko nam niewygodne zasady, wykonywać plany „sposobem”, również „sposobem” z pogranicza metod spekulantów osiągać „właściwe relacje ekonomiczne”, wypracowywać fundusz płac, specjalne premie, nagrody itd., a on, mający do dyspozycji tylu dobrze wykształconych ludzi, miota się tylko bezradnie, jakby w ogóle nie rozumiał prawdziwego życia. A wystarczyło, miejscami, tak niewiele (jak na siły gigantycznej nieomal administracji gospodarczej). (...)
    W sytuacji obecnej (nawiązuję do kryzysu z lat 2008 ...) te wcześniejsze rozpracowanie klinicznego przykładu, z dopracowaniem jego do gospodarki rynkowej i roli oraz zadań władzy państwowej, nie wiem czy w jakikolwiek sposób zapobiegło by obecnemu kryzysowi lub ograniczyły jego rozmiar (sprawy w rozwiązaniach politycznych i mentalności społeczeństw zaszły już za daleko...), ale może by się przydały w wizji Ku nowemu demokratycznemu idealizmowi.

Anonimus
----------
Być może kiedyś standardy zawodowe pozwolą traktować takie oceny jako coś oczywistego. Jednak w Ameryce lat dziewięćdziesiątych przeważyły pieniądze i rynek, a to oznaczało, iż pomimo przestrzegania reguł ogólny obraz mógł być – i często bywał – złudny. 
    Dla większości Amerykanów najbardziej niepokojąca w skandalach związanych z Enronem i innymi firmami była niesprawiedliwość.  Ludzie z firmy, nie dość że obficie wynagradzani, to jeszcze zamieniali swoje informacje na pieniądze, a nawet zachęcali pracowników do siedzenia cicho i trzymania pieniędzy przeznaczonych na okres emerytury w akcjach spółki. Chcąc usprawiedliwić swe wysokie nagrody, szefowie przedsiębiorstw twierdzili, że „wytworzyli wartość” i zrobili ze swoich firm istne lokomotywy. Tymczasem w niemałej liczbie przypadków zbudowali domki z kart.
    Stawką było coś więcej niż fair play. Aby gospodarka rynkowa dobrze funkcjonowała, wszystkie podmioty muszą mieć do niej zaufanie. W następstwie skandali lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia w Stanach Zjednoczonych przyjęto ustawy próbujące rozwiązać problemy ujawnione przez krach gospodarczy. Przepisy dotyczyły wszystkiego – od monopolizowania rynku po wykorzystywanie poufnych informacji w firmie. W 1934 roku utworzono Komisję Papierów Wartościowych i Giełdy, która wraz z innymi mechanizmami kontrolnymi (łącznie z pozwami grupowymi) przyczyniła się do wykształcenia się poczucia etyki zawodowej wśród menedżerów, audytorów i innych uczestników rynku. Dzięki temu powstał rynek papierów wartościowych o bezprecedensowych rozmiarach i z bezprecedensową liczbą uczestników. W szczytowym momencie rozwoju, w marcu 2000 roku, kapitalizacja rynkowa akcji amerykańskich (mierzona wskaźnikiem Wilshire’a) wynosiła 17 bilionów dolarów, czyli była 1,7 razy większa od PKB Stanów Zjednoczonych. Połowa amerykańskich gospodarstw domowych posiadała akcje przynoszące dywidendy.
    W ciągu minionych sześćdziesięciu lat świat jednak sporo się zmienił. Wymyślono nowe formy oszustw. W spekulacyjnej atmosferze lat dziewięćdziesiątych wartości rynkowe szły gwałtownie w górę, natomiast wartości ludzkie ulegały erozji, a szanse uczestników gry rynkowej ponownie stały się bardzo nierówne. Przyczyniło się to do powstania bańki, która pękła wkrótce po tym, jak zaczęło się nowe milenium.
    Kontrowersje wokół opcji zakupu akcji powstałe na początku ubiegłej dekady wydawały mi się istotnym znakiem czasu, być może na skutek moich własnych badań, które podkreślały znaczenie rzetelnych i dokładnych informacji dla funkcjonowania gospodarki rynkowej. Ale w czasie boomu było trudno zainteresowanie tym zagadnieniem obudzić u wielu osób, poza tymi, którzy czerpali korzyści ze złej rachunkowości. Był to kolejny przykład sytuacji, kiedy zaufaliśmy ocenom ekspertów, w tym do spraw finansowych i księgowych. Arthur Levitt miał rację. Istniała potrzeba większej liczby, i ostrzejszych, przepisów prawnych. Chociaż w żadnym razie nie mogliśmy być pewni, że informacje zawsze będą akuratne, to jednak mogliśmy przynajmniej zapewnić właściwe bodźce. Opcje zakupu akcji zniekształciły bodźce menedżerów, a konsulting zniekształcił bodźce audytorów. Marchewki były teraz inaczej rozdzielane, a jednocześnie zmiany w prawie o zobowiązaniach osłabiły kij. A wszystko to zachodziło akurat wtedy, gdy wzrastały trudności z dostarczaniem dokładnych informacji, gdy istniały możliwości dostarczania informacji wprowadzających w błąd.  
    Zacząłem ten rozdział od ważnego pytania: co by było, gdyby? Czy gdybyśmy zapewnili lepsze księgowanie opcji zakupu akcji dla dyrektorów, to zapobiegłoby do bańce?  Nigdy nie poznamy odpowiedzi. Ale jednego możemy być pewni: w połączeniu z innymi problemami omówionymi w tym rozdziale złe księgowanie opcji zdecydowanie pogorszyło sytuację. I przyczyniło się do powstania etosu lat dziewięćdziesiątych, który powiększył bańkę, sprawiając że krach był jeszcze większy.
    Konflikty interesów, o których mówiliśmy, były czymś wystarczająco złym, jednak ich konsekwencje zostały wzmocnione przez podobne, czy nawet gorsze problemy w sektorze finansowym, którymi się teraz zajmiemy.

----------
Przypisy
3 
Była to kwestia oceny politycznej. Levitt obawiał się, że konsekwencje niewycofania się, wystawienia się na gniew Kongresu mogą być jeszcze gorsze i w końcu propozycja dotycząca opcji tak czy inaczej upadnie.
4  Wymagania dotyczące publikacji sprawozdań finansowych spółek akcyjnych... Ale te informacje nie były udostępniane systematycznie i w sposób, który pozwoliłby inwestorom ocenić ich wpływ na wartość akcji, a przy tych wszystkich zafałszowaniach w księgowości ... Dopóki ceny akcji rosły, nie budziło to wielkiego niepokoju, lecz gdy boom się skończył, inwestorzy zdecydowali, że muszą się bliżej przyjrzeć, co się dzieje. 
5  Po bankructwie Enronu wszyscy analitycy, którzy rekomendowali jego akcje, oraz bankowcy, którzy pożyczali mu pieniądze, utrzymywali, że nikt, nawet eksperci, nie mogli rozgryźć tych przepisów.
6  Niektóre firmy przyznające te opcje twierdziły, że jest różnica między przyznaniem członkowi zarządu 10 milionów dolarów a daniem mu opcji zakupu akcji wartej 10 milionów dolarów. Chociaż obie możliwości oznaczają uszczuplenie tego, co zostaje dla akcjonariuszy, to jednak mają odmienne implikacje dla pozycji gotówkowej firmy. W branżach, w których firmy często napotykają duże ograniczenia płynności, te różnice mogą być istotne. Odpowiednim sposobem uporania się z tym problemem jest posiadanie takiego systemu rachunkowości, który dostarcza wyczerpujących informacji o płynności finansowej firmy.  
7  Istnieją pewne techniczne ograniczenia, którymi nie musimy się tu zajmować.
8  W powyższym akapicie jest mowa o traktowaniu przez system podatkowy motywacyjnych opcji zakupu akcji ...
11  Prace badawcze w dziedzinie ekonomii informacji, za które George Akerlof, A. Maichael Spence i Joseph Stiglitz otrzymali nagrodę Nobla, koncentrowały się właśnie na asymetriach informacyjnych, sytuacjach, w których jedna strona (tu menedżer) wie więcej niż druga strona (tu akcjonariusz).  
12  Nie ma prostej definicji derywatów. Są to aktywa będące pochodnymi innych aktywów – stąd ich nazwa. Opcja zakupu akcji po stałej cenie (zwanej ceną wykonania opcji) jest derywatem w tym sensie, że jej wartość zależy od ceny wchodzącej w grę akcji; jej nabywca otrzymuje wszystko to, co przekracza cenę wykonania opcji. Opcja sprzedaży akcji po stałej cenie zapewnia jej nabywcy różnicę między ceną wykonania opcji a ceną rynkową, kiedy wartość akcji spada poniżej ceny wykonania opcji. Derywaty mogą być oparte na stopach procentowych, cenach ropy naftowej bądź kombinacji dwóch lub więcej cen.  
13  „Oszukańcze machinacje biznesowe  nie były Andersenowi obce. Pomagał on innym spółkom, które uprawiały praktykę oskubywania społeczeństwa”, powiedział główny sędzia stanu Connecticut Richard Blumenthal. „Andersen był głęboko wplątany w skandal z Waste Management ... [i był]  kluczowym rozgrywającym w oszustwie popełnionym przez Colonial Realty ...” – komunikat prasowy Connecticut Attorney General’s Office z 5 lutego 2002 r. Zob. www...   
----------          

Rozdział  6
Rola banków    .........   146

W spekulacyjnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku wielu ludzi ze świata biznesu i finansów dało się ponieść pogoni za pieniędzmi i w wyścigu do kasy obniżyło swoje standardy etyczne. Nigdzie jednak nie było to tak zaskakujące jak w bankowości. Bankierzy byli przecież zawsze postrzegani jako stateczni, rozważni panowie w szarych garniturach, mający oko na firmy, którym pożyczali  pieniądze, bo nade wszystko zależało im na spłacie długu. Bankierzy nie lubili skandali i złych kredytów, a poza tym sektor bankowy zapewniał mającą duże znaczenie kontrolę działalności przedsiębiorstw. Dzięki skrupulatnemu monitorowaniu portfela udzielanych przez siebie pożyczek banki przyczyniały się do zapobieganiu bankructwom i nadmiernemu zadłużaniu się świata biznesu.
    Sytuacja znacznie się zmieniła w latach dziewięćdziesiątych: analitycy bankowi zachwalali marne akcje, bankierzy ułatwiali Enronowi zakładanie podejrzanych podmiotów za granicą, które pomagały mu w ukrywaniu zobowiązań, rozdawali przyjaciołom gorące akcje z pierwotnej oferty publicznej1 i angażowali się w najróżniejsze niejasne przedsięwzięcia. W 2001 i 2002 roku wiele ważnych banków w Stanach Zjednoczonych wplątywało się w jeden skandal po drugim.  Dotyczyło to między innymi banków o takich otoczonych legendą nazwach, jak J.P. Morgan Chase, Merril Lynch, Credit Suisse First Boston, Citigroup i jej szacowny dom maklerski Salomon Smith Barney czy Goldman Sachs, i skończyło się nałożeniem przez głównego sędziego stanu Nowy Jork Eliota Spitzera, w ramach ugody sądowej , grzywien w wysokości 1,4 miliarda dolarów2.
    Mnie obchodzą nie tyle poszczególne historie i przestępcze czyny kilku zachłannych analityków, ile wpływ tej transformacji amerykańskiej bankowości na funkcjonowanie gospodarki w ogóle. Tradycyjnie w Stanach Zjednoczonych istniały dwa rodzaje banków: banki inwestycyjne, emitujące obligacje i akcje, oraz banki komercyjne, pożyczające zdeponowane w nich pieniądze. W latach dziewięćdziesiątych przyjęto ustawy zezwalające na fuzje między tymi dwoma rodzajami banków, w wyniku czego powstały konglomeraty finansowe, takie jak J.P. Morgan Chase czy Citigroup. Większość tych banków miała lub przejęła, oddział maklerski, taki jak Salomon Smith Barney, należący do Citibanku.  Opowiadana tu historia dotyczy przede wszystkim banków inwestycyjnych, w tym konfliktów interesów między ich podstawową działalnością, a innymi jej rodzajami, w jakie się angażowały. Rentowność banków inwestycyjnych była tradycyjnie oparta na posiadaniu informacji: dobrą reputację zdobywały dzięki rzetelności. Ale zmiany w gospodarce w latach dziewięćdziesiątych zmieniły ich motywację; podobnie jak dyrektorzy firm, których akcje umieszczały na rynku, miały teraz bodziec do dostarczania rynkowi zniekształconych informacji. 
    Aby rynek papierów wartościowych mógł dobrze funkcjonować, potrzebne są rzetelne informacje o wartości poszczególnych przedsiębiorstw. Przez zaciemnienie problemów istniejących w wielu firmach, które wprowadzały na rynek lub którym pomagały powiększyć kapitał dzięki emisji akcji, banki te przyczyniły się do pogorszenia jakości informacji.
    To, dlaczego bankierzy i analitycy byli gotowi dostarczać wprowadzających w błąd informacji, ma związek z kwestią motywacji. Na organizowaniu publicznych ofert pierwotnych i innych transakcjach mogli oni zarobić bardzo duże pieniądze, zwłaszcza wtedy, gdy nagrody za dostarczanie błędnych informacji były znacznie większe od nagród za dostarczanie informacji rzetelnych.
    Kilka zmian, jakie zaszły w latach dziewięćdziesiątych, przekształciło ukryte problemy w coś, co dla wielu stało się katastrofą gospodarczą. Deregulacja, która stworzyła nowe źródła konfliktów interesów, oraz opcje zakupu akcji i inne źle zaprojektowane systemy rekompensat finansowych , które zachęcały do skupiania się
na „tu i teraz”, a nie na długim okresie, okazały się problematyczne zarówno w sektorze finansowym, jak i gdzie indziej. Bankierzy lat dziewięćdziesiątych nie różnili się zasadniczo od członków kierownictwa wyższego szczebla w innych „gorących” sektorach gospodarki. Nauczyli się podbijać ceny własnych akcji, tak jak pomagali to robić innym.
    To samo odnosiło się do analityków... Oskarżono ich potem o dostarczanie nieostrożnym klientom, którzy na nich polegali, analiz pełnych szumu informacyjnego, a zawierających niewiele informacji o prawdziwej wartości firm4. (...) Niektórzy analitycy z Wall Street naprawdę nie znali się na firmach, które zachwalali, a inni, jak wiemy z ich obraźliwych e-maili, znali się na nich aż za dobrze. Nie miało to większego znaczenia.
    Nowe techniki inżynierii finansowej zapewniły nie tylko nowe sposoby zniekształcania informacji księgowych... lecz również dawały nowe możliwości współuczestnictwa banków w tym procederze.
    Deregulacja powiększyła pole konfliktów interesów. Miała też zapowiadany skutek w postaci wzrostu konkurencji. W normalnych warunkach większa konkurencja jest korzystna, ale w latach dziewięćdziesiątych banki stały się tak żądne krótkoterminowych zysków, że przekształciła się ona w wyścig prowadzący do upadku. Każdy bank wiedział, że jego konkurenci uprawiają podobne praktyki, więc gdyby sam nie włączył się do rywalizacji, pozostałby w tyle; każdy zaś urzędnik bankowy wiedział, co to oznacza: niższe premie, a może nawet zwolnienie z pracy.*
----------
* Naturalnie, podobna sytuacja występuje nie tylko w bankach i wcale nie musi wynikać z żądzy zysku. To jest sytuacja typowa, gdy na skutek zbyt ostrej konkurencji, w walce o przetrwanie dochodzi niemal do „walki na noże”. W odległym „socjalizmie”, powszechny obyczaj retuszowania statystyki (zapewne z dużymi stratami dla gospodarki), wcale nie wynikał ani z żądzy zysku, ani nawet z rządzy władzy. Po prostu: kto nie retuszował, ten miał gorsze wyniki. Jak miał gorsze wyniki, to nie tracił tylko dyrektor (nawet wysoce partyjny mógł zostać zdjęty ze stanowiska), ale, w wyraźny sposób traciła cała załoga, i to nie tylko premie lub nagrody, ale w ogóle podlegał obniżeniu fundusz płac. Współcześnie, nawet w normalnych warunkach, „większa konkurencja” wcale nie zawsze jest korzystna. Całkiem często, dla wszystkich, a nie tylko dla „konkurentów”, korzystniejsza jest współpraca. Chyba powinno być to tak oczywiste, że w teorii ekonomii problemom, zarówno skutkom zwiększania, jak i ograniczania konkurencji, raczej powinno się więcej poświęcać uwagi.
Anonimus

----------
    Bańka na rynku – i niewłaściwe postępowanie – sama się wzmacniała: im większy był wzrost cen akcji, tym silniejsze występowały bodźce do podejmowania działań podtrzymujących. Banki musiały z pewnością wiedzieć, że kiedy bańka pęknie, liczne pożyczki, których udzieliły, nie zostaną spłacone. (...)
    Kluczowe znaczenie dla szalonych lat dziewięćdziesiątych, jak również dla problemów, które ostatecznie wyszły na jaw w pierwszych dniach nowego stulecia, miała symbiotyczna zależność między Wall Street i Doliną Krzemową. Znajdowałem się w doskonałej sytuacji do obserwowania tego, co się działo w Dolinie Krzemowej, która już wcześniej stała się centrum innowacji, oraz na Wall Street. Byłem bowiem niejako przerzucony między dwiema zdecydowanie odmiennymi kulturami – innowacyjną kulturą najwyżej rozwiniętych technologii na zachodzie i kulturą robienia interesów na wschodzie kraju. Od 1979 roku aż do czasu przeniesienia si
ę w 1993 roku do Waszyngtonu dzieliłem swój czas między Uniwersytet Stanforda, znajdujący się w sercu Doliny Krzemowej, a Uniwersytet Princeton, zlokalizowany w miejscu oddalonym o godzinę jazdy pociągiem podmiejskim od Manhattanu i Wall Street. Na zachodnim Wybrzeżu zaabsorbowanie komputerami, sieciami i handlem elektroniką sięgnęło zenitu. Prawie nie można było znaleźć restauracji czy kawiarni, w której nie słyszałoby się toczonych z przejęciem rozmów o najnowszych, szalonych technologiach czy pomysłach biznesowych. Tymczasem na Wschodnim Wybrzeżu wszystkie rozmowy kręciły się wokół finansów, dotyczyły publicznych oferty pierwotnych, fuzji, przejęć i tego, która firma czy branża może niedługo poszybować w górę.
    Jakkolwiek Nowy Jork i Dolina Krzemowa różnią się pod wieloma względami, to jednak są od siebie zależne i zdają sobie z tego sprawę. Aby nowe pomysły mogły przynieść owoce, potrzebują kapitału, stąd w Dolinie Krzemowej wymyślono nową instytucję – firmę lokującą kapitał w ryzykowne przedsięwzięcia. Takie firmy mogą finansować nowe przedsięwzięcia tylko wtedy, gdy zarobią na sukcesach przedsięwzięć poprzednich. I chociaż Wall Street mogła zarobić mnóstwo pieniędzy na składaniu na nowo kawałków „starej gospodarki”, to prawdziwa fortuna leżała w promowaniu „nowej gospodarki”. Nie liczyło się zbytnio, że niektórzy ludzie z Wall Street niewiele wiedzieli o tym, co sprzedawali: podczas bańki w gospodarce cokolwiek sprzedawali, oznaczało to sukces.
    Każdy chciał brać w tym udział. Kiedy nowe przedsięwzięcia wystartowały do lotu, duże domy inwestycyjne zaczęły sprzedawać ich papiery wartościowe w ofercie publicznej – funduszom emerytalnym i innym inwestorom instytucjonalnym oraz klientom detalicznym za pośrednictwem szerokiej sieci maklerów. W latach dziewięćdziesiątych zdolność Ameryki do finansowania innowacji budziła zazdrość na całym świecie.
    Było wiele podobieństw między tym, co się wydarzyło na obu wybrzeżach. Oba rodzaje działalności wymagały kreatywności, tyle że całkiem odmiennej. Oba były napędzane przez pieniądze, z tym że na zachodzie było to łagodzone dzięki nauce i często moderowane przez idealizm, troskę o środowisko czy zaangażowanie w działalność społeczną. Na obu wybrzeżach tajemnicą sukcesu była
informacja – w Dolinie kod komputera, a na Wall Street dane finansowe. Dolina Krzemowa i jej firmy inwestujące kapitał spekulacyjny prosperowały dzięki informacjom o technologii, umiejętności oceny, co się może powieść, i wiedzy, jak umożliwić rozpoczęcie działalności przez nową firmę. Banki inwestycyjne ze Wschodniego Wybrzeża skutecznie wykorzystywały wiedzę o źródłach finansowania, zaufanie, jakie miały do nich źródła, umiejętności niezbędne do organizowania skomplikowanych transakcji i zdolność do ich przeprowadzenia. Obie kultury wzbudzały zaufanie – do tego co robią i co mogą zrobić. A jednak w postawach, manierach i, co najbardziej rzucało się w oczy, ubiorach ich reprezentantów była uderzająca różnica. Na zachodzie każdy dzień był „swobodnym piątkiem”, a może i więcej. W Yahoo! nie było zaskoczeniem, gdy zobaczyło się współzałożyciela tego portalu (i błyskawicznego miliardera) Davida Filo w obszarpanym podkoszulku i niechlujnych dżinsach, na dodatek na bosaka. Był to sposób ubierania się, który podkreślał przedkładanie treści nad formę. Wielu menedżerów i inżynierów definiowało wybór przez siebie takiej, a nie innej kariery, używając wysoce idealistycznych sformułowań: Dolina Krzemowa to miejsce, gdzie możesz rozmawiać o możliwościach zmiany świata tkwiących w czymś takim, jak sprzedaż karmy dla psów i kotów przez Internet, i nie być wyśmianym. Było to również miejsce, gdzie wydawało się, że ludzie skupiają swoje myśli tak dokładnie jak laser na zadaniu do wykonania.                 
    Ci którzy robili pieniądze, stosując się do rad Wall Street, skłonni byli obdarzać analityków i bankierów inwestycyjnych pełnym kredytem zaufania, tak samo jak większość tych, którzy skorzystali z boomu gospodarczego, była gotowa zaufać mężczyznom i kobietom kierującym gospodarką w Waszyngtonie. Bankierzy, w nie mniejszym stopniu niż decydenci, brali sobie te pochwały do serca.          

Zarabianie na zwyżkującym rynku
   .........   150

Zmiany w gospodarce spowodowały zmianę roli banków, tak samo jak zmieniły rolę firm. W poprzednim rozdziale widzieliśmy, że wzrost dużych przedsiębiorstw prowadził do oddzielenia własności od kontroli: zarządzający firmami czynili to w imieniu milionów akcjonariuszy, o których interesy mieli w założeniu dbać. Jednak faktycznie dbali o własne interesy kosztem przeciętnego akcjonariusza, a opcje zakupu akcji i inne mechanizmy utrudniające właścicielom akcji zorientowanie się, co się rzeczywiście dzieje, jeszcze bardziej pogarszały sytuację. 
    Wobec tego, że drobni akcjonariusze nie byli w stanie dopilnować, by menedżerowie robili to, co należy, banki zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę. (...)
    Od czasu do czasu firmy potrzebowały więcej pieniędzy; wówczas szły do banków inwestycyjnych, żeby wyemitować obligacje lub akcje. (...)
    Bank inwestycyjny, który zarekomendowałby niedobre akcje lub obligacje, ryzykowałby utratę pozycji w biznesie... (...)
    Wydarzeniem, które prawdopodobnie oddawało... nowe nastawienie banków, była decyzja Goldmana Sachsa, jednego z najbardziej renomowanych banków inwestycyjnych ... o wejściu na giełdę5. (...) Przekształcenie w spółkę akcyjną zdejmowało ten ciężar odpowiedzialności z ich barków i dawało możliwość czerpania korzyści ze wzrostu cen akcji oraz szybkiego i łatwego zarobienia pieniędzy. Teoria ekonomii podpowiedziałaby, że takie posunięcia banków będą prowadziły do podejmowania większego ryzyka, do większego skupiania się na krótkim okresie – i w istocie wygląda na to, że tak się właśnie stało.

Analitycy   .........   151

Kiedy wybuchły skandale, największe oburzenie wywołał – jako że dotykał większości ludzi i był najłatwiejszy do zrozumienia – ten spośród nich, w który zamieszani byli analitycy, czyli eksperci z Wall Street. Oczekiwano bowiem od nich, że będą się dokładnie przyglądali, co robi każda spółka, i mówili inwestorom, jakie akcje kupować, a jakie sprzedawać. Rzesze Amerykanów były zdane na raporty analityków, przekazywane im przez maklerów przy podejmowaniu decyzji o zakupie bądź sprzedaży akcji. Ponieważ w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych miliony Amerykanów stały się drobnymi inwestorami, zaczęły ufać maklerom i analitykom, od których były uzależnione. Uznano ich za profesjonalistów, a nie za przekupniów usiłujących zarobić dodatkowego dolara prowizji. W latach dziewięćdziesiątych to zaufanie do amerykańskich banków inwestycyjnych się załamało, bo inwestorzy zauważyli, że zachwalają one akcje, o których prywatnie analitycy wyrażali się lekceważąco. W niektórych przypadkach analitycy zdawali się chełpić swoją umiejętnością nabierania nieostrożnych klientów na „śmiecie”, które im sprzedawali. Kiedy się okazało, że ich „wewnętrzny” ogląd był o wiele bardziej rzetelny niż ten „publiczny”, oburzenie okazało się jeszcze większe. 
    Możliwości powstawania konfliktu interesów istniały od dawna. Banki inwestycyjne większość pieniędzy zarabiały przecież na załatwianiu interesów, na wypuszczaniu akcji i obligacji. Przedsiębiorstwa do nich przychodził, bo mogły one „uplasować” nowe emisje ich akcji, to znaczy sprzedać je innym. Spółki maklerskie, będące własnością banków inwestycyjnych, służyły zatem dwóm panom – swoim klientom detalicznym i centralom banków. Starały się równoważyć interesy obu, choć zapewne nie w sposób doskonały, zdając sobie sprawę, że jeśli utracą zaufanie klientów, to poniosą straty i u jednych, i u drugich.
    Sprawy zaczęły się zmieniać ponad ćwierć wieku temu.  W 1975 roku zniesiono ustalone prowizje maklerskie (konkurencja w tej branży nigdy nie była bardzo silna), kładąc podwaliny pod rozkwit maklerstwa dyskontowego. Podkopało to rentowność maklerskiej strony biznesu i spowodowało położenie całego nacisku na „robienie interesów”.(...) Skoro analitycy nie mogli zarobić na siebie, służąc bezpośrednio interesom klientów detalicznych, to mogli to robić, pomagając w załatwianiu transakcji. Domy inwestycyjne stały się w ten sposób sprzedawcami. Robiły wszystko, co tylko możliwe, żeby sprzedawać tyle, ile się uda sprzedać.
    Na rynku pierwotnych ofert publicznych inwestorzy chcieli wierzyć opowieściom analityków nawet wtedy, gdy nie miały one sensu -  gdy forsowali spółki nie mające rozsądnych biznesplanów lub, co jeszcze gorsze, mające biznesplany, ale takie, o których było wiadomo, że prawie na pewno  spalą na panewce. Praca analityków polega na badaniu, czy przewidywania zysków mają sens. (...)
    Najgorsze nie były te wykroczenia, które wynikały z braku analizy czy nawet z lekkiego podkolorowania sytuacji. Najgorzej było, gdy jakiś analityk doszedł do negatywnej konkluzji na temat firmy, z którą jego macierzysty bank inwestycyjny chciał zrobić interes.   Dyrektorzy firm, których akcje miały zostać uplasowane na rynku, szliby po trupach, grożąc bankowi wycofaniem się z interesów z nim, gdyby ten  dał złe oceny ich firmom. 
    Obrońcy Wall Street w istocie mówili: „Inwestorzy powinni byli wiedzieć”. A oto, jak uzasadniali to twierdzenie: nie trzeba przecież być specjalnie inteligentnym, żeby się zorientować, iż analityk może się znajdować pod presją, by zachwalał akcje firmy, z którą jego pracodawca, czyli bank inwestycyjny, robi w tym samym czasie zyskowne interesy. Skoro każdy zarabiał mnóstwo pieniędzy, to nie ma się co dziwić, że tak niewiele osób pytało, czy liczby się zgadzają. (...) Jeżeli zarządzający takimi funduszami i doradcy inwestycyjni są tacy świetni w doborze akcji, to dlaczego ryzykują czyimiś pieniędzmi, a nie własnymi? (...) 
    Mimo nader często wyrażanego przeświadczenia, że rynek funkcjonuje dobrze, wyniki dużej liczby badań wskazują, iż wielu inwestorów po prostu nie zachowuje się racjonalnie. (...)
    (...)
    Menedżerowie przedsiębiorstw, w odróżnieniu od ekonomistów, zawsze byli świadomi znaczenia irracjonalności. Eksperci od marketingu zarabiają na niej na życie. (...)
    Teraz, kiedy te sprawy są już dobrze znane, firmy z Wall Street zaproponowały remedium na powstałe szkody w postaci opłacania analityków z niezależnych źródeł. To samo przez się nie załatwi sprawy. (...)  Żeby zaś ta nowa „niezależność” nie okazała się farsą... informacje o tym, kto dostaje jakie honoraria za forsowanie których transakcji jakimi akcjami, także powinny być dostępne.    

Uczciwe ujawnianie informacji   .........   156

Chociaż dla inwestorów odkrycie, że analitycy co innego im mówili, a w co innego sami wierzyli, było szokiem, to Wall Street wcale nie ukrywała swej niechęci wobec idei uczciwego traktowania drobnych inwestorów – nawet wtedy, gdy głosiła kazania na temat cnót nowego „kapitalizmu dla ludzi”, w którym każdy dysponuje jakimś udziałem właścicielskim. (...)
    Analityków naprawdę słuchano. Jednym z głównych powodów respektu, jakim się cieszyli, było założenie, że mają dostęp do wewnętrznych informacji. Gdyby wszystko, o czym wiedzieli, było powszechnie dostępne, każdy inwestor chcący poświęcić trochę czasu mógłby wyrobić sobie własny pogląd na zalety danej akcji. W rzeczywistym świecie dużej asymetryczności informacji nawet inwestorzy najbardziej pewni siebie wiedzieli, iż pod względem informacyjnym znajdują się w niekorzystnej sytuacji. W związku z tym zdawali się na wewnętrznych analityków, żeby im pomogli się przeistoczyć w wewnętrznych inwestorów.   
    Kiedy Levitt ogłosił swój plan uczciwego ujawniania informacji, Wall Street i jej klienci ze świata biznesu podnieśli olbrzymią, wyrachowaną wrzawę. Gdybyśmy zostali zmuszeni do upublicznienia informacji i zapewnienia równego do nich dostępu, mówili, nie udostępnialibyśmy żadnych informacji i sytuacja wszystkich inwestorów by się pogorszyła. Był to argument, gdyby brać go na serio, który postawiłby pod znakiem zapytania całą gospodarkę rynkową.  (...)
    Mimo olbrzymiego sprzeciwu propozycja Levitta została przyjęta 23 października 2000 roku. Przewidywane przez wielu okropne konsekwencje wcale się nie ujawniły. Strumień informacji nie wysechł. Przynajmniej na papierze wygląda na troszkę bardziej uczciwy i troszkę lepiej poinformowany niż przedtem. Przynajmniej na papierze drobni inwestorzy mają więcej powodów do uznawania pola gry za równe dla wszystkich i do niepłacenia analitykowi czy domowi maklerskiemu za wewnętrzne informacje, które przypuszczalnie okażą się niewiarygodne i, co bardzo prawdopodobne, nieuczciwe.
    Przyczyną, dla której firmy inwestycyjne tak bardzo się opierały ujawnianiu informacji, było to, że preferencyjne traktowanie pewnych klientów przez poszczególnych analityków było częścią sieci „wymiany prezentów”, dzięki której rynek funkcjonował – to znaczy funkcjonował w interesie Wall Street i firm starających się sprzedać zbyt wysoko wycenione papiery wartościowe, generujące olbrzymie zyski, ale niekoniecznie w interesie inwestora i, szerzej, gospodarki8. Wcześniej widzieliśmy, że analitycy sporządzali pozytywne raporty o firmach, z którymi współpracowali, żeby zapewnić bankom inwestycyjnym intratne transakcje. Posiadanie przez analityków dostępu do poufnych informacji dawało domom maklerskim i inwestycyjnym zatrudniającym analityków przewagę nad maklerami dyskontowymi, którzy świadczyli usługi drobnym inwestorom, stosując niskie marże. Bank inwestycyjny posiadający dużą bazę klientów kupujących akcje u maklerów miał przewagę w robieniu lukratywnych interesów związanych z emisją papierów wartościowych, bo mógł łatwiej plasować akcje. Uczciwe ujawnianie informacji osłabiłoby fundamenty takich układów.        
 
Oferty publiczne pierwotne    .........   157

Niektóre wymiany prezentów były tak utajnione, że aż do wybuchu skandali prawie nikt o nich nie wiedział. Ekonomistów od dawna zastanawiało na przykład to, dlaczego oferty publiczne pierwotne (to znaczy oferty, w których akcje danej spółki są oferowane publiczności) były zwykle wyceniane znacznie poniżej „słusznej ceny rynkowej”, którą pokazywał poziom, do jakiego szybko wzrastała wartość. To bankierzy z banków inwestycyjnych, odpowiadający za lokowanie tych ofert na rynku (i przypuszczalnie świetnie poinformowani o perspektywach danej spółki), ustalali te sztucznie zaniżone ceny. Praktycznie rzecz biorąc, rozdawali w ten sposób pieniądze akcjonariuszy, co można zasadnie traktować jako formę rozkradania przedsiębiorstwa9. Problem z ofertami publicznymi pierwotnymi jest więc analogiczny do problemu opcji zakupu akcji, omówionego w rozdziale 4. (...)
    Jak można się było spodziewać, wszyscy chcieli wziąć udział w grze – kto by nie chciał, skoro banki inwestycyjne de facto rozdawały pieniądze! Dawały je faworyzowanym klientom, często w zamian za dodatkowe transakcje lub pokaźniejsze niż zazwyczaj prowizje. Oferty publiczne pierwotnie stwarzały możliwości wynagradzania dyrektorów instytucji, które zawierały transakcje za pośrednictwem działu maklerskiego banku inwestycyjnego. Korzyści z pierwszego rozdania były też zaklepane dla dyrektorów spółek, które plasowały swoje oferty na rynku za pośrednictwem danego banku. Niektóre banki miały „przyjacielsko-rodzinną” listę beneficjentów tych ofert. Był to kumoterski układ.
    Ciemna gra z rozdawaniem akcji z pierwszych emisji uprzywilejowanym, podobnie jak równie niejasna gra z wiązaniem ocen analityków z operacjami plasowania papierów wartościowych na rynku, okazała się nader rozpowszechniona – najwyraźniej była standardową praktyką w...
    Dla kilku osób z Wall Street nic z tego nie stanowiło problemu. Obrońcy szwindli wokół publicznych ofert porównywali je z udzielaniem spółce rabatu. Jeżeli bank inwestycyjny pobierał 100 milionów dolarów za przeprowadzenie pewnej transakcji, to co złego było w tym, że przyznawał 10 milionów bonifikaty menedżerom firm, którzy mu ją zlecili? Sędzia Eliot Spitzer ze stanu Nowy Jork został oszkalowany przez niektórych ludzi z Wall Street z powodu robienia szumu wokół takich praktyk. Nazwano go populistą z teatrzyku rewiowego, grającym pod publiczkę. Ale miał on rację, traktując te rzeczy poważnie. Skro akcje z oferty pierwotnej stanowiły po prostu bonifikatę, to dlaczego ich tak nie nazwać i nie być w tej sprawie szczerym? Zamiast żądać 100 milionów dolarów i zwracać z tego 10 milionów, dlaczego nie pobierać tylko 90 milionów? Korupcja kwitnie wtedy, gdy pewne sprawy się ukrywa. Przejrzystość i otwartość są tak samo ważne w sektorze prywatnym, jak w kwestiach publicznych. A to wcale nie była bonifikata, bo prowizje bankom inwestycyjnym płaci spółka, a korzyści w formie pożądanych akcji z oferty pierwotnej przypadają jej dyrektorowi naczelnemu i innym członkom najwyższego kierownictwa10.     

Podejrzane transakcje
  .........   158

Wprawdzie banki inwestycyjne najbardziej skompromitował skandal z analitykami, ale były one też zamieszane w przebiegające bez rozgłosu skandale, które dotknęły miliony inwestorów. W tych przypadkach można by je bardziej trafnie określić jako „pomocników w rozkradaniu przedsiębiorstw”, otrzymujących niezłe sumy za wspólnictwo, za pomoc w tworzeniu spółek pozabilansowych i niezliczonych innych tajemnych „interesików” na potrzeby menedżerów przedsiębiorstw, którzy starali się ukryć ważne informacje przed akcjonariuszami. W rozdziale 5 pisałem o księgowych i o tym, jak pomagali firmom osiągać korzyści z luk w przepisach podatkowych. To smutne, że niektóre najbystrzejsze umysły w amerykańskiej bankowości też się zajęły lukami i tarczami podatkowymi i otrzymywały za swe wysiłki sowite nagrody. Po doprowadzeniu do perfekcji swych umiejętności w oszukiwaniu Wuja Sama przeszły do podobnych technik...  które służyły oszukiwaniu inwestorów, a w niektórych przypadkach samych banków. (...)
    Oczywiście było źle, że banki odgrywały taką rolę, ale w sytuacji, gdy zysk netto był napędem wszystkiego, pieniądze triumfowały nad moralnością. Banki rywalizowały o prowizje, które w wielu przypadkach były bardzo niskie, w przekonaniu, że ustawiają się w kolejce do robienia znacznie bardziej lukratywnych interesów z tymi samymi spółkami. To prawda,
banki wierzyły, że nie będą musiały ponosić żadnego prawdziwego ryzyka. Były jedynie fasadami, przyjmowały pieniądze, a potem je wypłacały. Jednak to przekonanie było oparte na cichym i, jak się okazało, niebezpiecznym założeniu – że Enron nie zbankrutuje. Mimo swego wyrafinowania niektóre największe banki w kraju w końcu z przerażeniem odkryły, że przynajmniej w paru przypadkach mają zobowiązania bez dochodu. Sprawa ta wywołuje pytania o kompetencje bankowców, a także wątpliwości co do systemów regulacyjnych w bankowości, opracowanych przez społeczność międzynarodową (Basel II Accord). Zasady te mówią bankom handlowym między innymi, ile powinny mieć kapitału. Formuły zaś opierają się na systemach zarządzania ryzykiem danego banku – na takich samych systemach jak w Enronie i WorldComie.
 
Ustawa Glassa–Steagalla   .........   159

Ten rozdział – a do pewnego stopnia cała książka – jest opowieścią o konfliktach interesów, które wymknęły się spod kontroli. Problemy te są typowe dla bankowości i od dawna były znane. Niestety, deregulacja przeprowadzona w latach dziewięćdziesiątych bardzo je zaostrzyła.
    Więcej niż pół wieku banki handlowe, które przyjmują depozyty od gospodarstw domowych i udzielają konwencjonalnych pożyczek, były oddzielone od bankowości inwestycyjnej, polegającej na pomaganiu firmom w emisji nowych obligacji i akcji. Innymi słowy, ten sam bank nie mógł pożyczać pieniędzy i jednocześnie sprzedawać papierów wartościowych. Ustawa Glassa-Stengalla, która tego zabraniała, była jedną z reform przeprowadzonych przez administrację prezydenta Franklina Roosevelta w reakcji na falę upadków banków, zapoczątkowaną wielkim krachem w 1929 roku. Jednak myśl zawarta w tej ustawie sięgała jeszcze dawniejszych czasów – prezydenta Theodore’a Roosevelta i jego wysiłków zmierzających do rozbicia trustów, tych wielkich firm, które dysponowały olbrzymią siłą ekonomiczną. (...)  
   
Ustawa Glassa-Steagalla z 1933 roku dotyczyła bardzo realnego problemu. Banki inwestycyjne rozprowadzają akcje, a gdy spółka, której akcje rozprowadziły, potrzebuje gotówki, bardzo kuszące staje się udzielenie jej kredytu. System amerykański dobrze działał po części dlatego, że gdy obowiązywała Ustawa Glassa-Steagalla, banki stanowiły źródło niezależnych ocen zdolności kredytowej przedsiębiorstw. Kiedy bank „o pełnym zakresie usług” zarabia większość pieniędzy na sprzedawaniu akcji i obligacji czy aranżowaniu „interesów”, udzielanie pożyczek staje się czymś podrzędnym – działalnością uboczną. 
    Przyjmując ustawę
Ustawę Glassa-Steagalla  Stany Zjednoczone ...  Jednak banki amerykańskie postrzegały tę ustawę jako akt ograniczający ich możliwości osiągania zysków...
    W połowie lat dziewięćdziesiątych banki zorganizowały wspólną kampanię zmierzającą do uchylenia
Ustawy Glassa-Steagalla. Warunki były sprzyjające. (...)
    Banki z jednej strony wynosiły pod niebiosa zalety integracji, ale z drugiej przysięgały, że będą trzymać różne operacje oddzielnie. W twierdzeniu tym tkwiła oczywista niekonsekwencja intelektualna: skoro dwie części są w rzeczywistości rozdzielone, to jakie korzyści daje integracja? Sektor bankowy i jego rzecznicy z Ministerstwa Skarbu wymyślili też inny argument: uchylenie tego prawa – mówili – nie będzie miało konsekwencji, bo banki nauczyły się je tak czy inaczej obchodzić.  
    Konsekwencje przewidywane przez krytyków zniesienia
Ustawy Glassa-Steagalla  zaczęły się ujawniać dopiero wraz z wybuchem skandali związanych z firmami i bankami. Najbardziej godne uwagi było to, że banki kontynuowały udzielanie kredytu Enronowi nawet wtedy, gdy jego widoki na przyszłość stawały się coraz bardziej mroczne. Nawet gdy został rzucony na kolana, nie był znokautowany: dopóki były widoki na następne duże transakcje, na nowe emisje papierów wartościowych, dalsze pożyczanie pieniędzy tej spółce miało sens. I banki to robiły także wówczas, gdy jej porażające problemy zaczęły wychodzić na światło dzienne12. W serii skandali, jakie wyszły po skandalu związanym z Enronem, wyszły na jaw liczne inne przypadki pożyczania pieniędzy przez banki niemal do samego dnia bankructwa. Banki znały lub powinny znać ryzyko, ale wabik w postaci kolosalnych zysków z nowych transakcji, gdyby firma przetrwała najgorsze, sprawiał, że kredytowanie było mimo wszystko atrakcyjne.    
    W starym systemie inwestorzy mieli przynajmniej pewną gwarancję, że gdy firma wpadnie w kłopoty, będzie miała kłopoty z pożyczaniem pieniędzy. Był to ważny test, który przyczyniał się do funkcjonowania całego systemu. Istniały powody utrzymywania rozdziału bankowości inwestycyjnej i komercyjnej... Kiedy zdarzały się takie przypadki, wówczas banki – a nie całe społeczeństwo – ostatecznie płaciły cenę.  Paradoksalnie menedżerowie tych banków często sami unikali płacenia sporej części tej ceny, ponieważ znaleźli sposoby zachowania swoich płac nawet przy spadku cen akcji. 

Fuzje
   .........   162

Uchylenie
Ustawy Glassa-Steagalla jedynie powiększyło możliwości powstawania konfliktów interesów. Niektóre praktyki, na przykład Teb związane z ofertami publicznymi pierwotnymi, przez jakiś czas niepokoiły ekonomistów, ale nie kończyły się skandalami aż do lat dziewięćdziesiątych. Natomiast fuzje od dawna były podstawowym „pokarmem” Wall Street i od dawna uważano je za źródło nadużyć.
    Banki lubią fuzje i przejęcia... (...) Z punktu widzenia bankowca nie ma czegoś takiego jak zła fuzja: robi się bowiem pieniądze, gdy transakcja dojdzie do skutku, i robi się więcej pieniędzy, gdy transakcja nie dojdzie do skutku. Fuzje wchodzą w modę i wychodzą z mody, a każdej towarzyszy odrębna opowieść o „synergii” i oszczędności kosztów, która potem ani trochę się nie sprawdza. Lata osiemdziesiąte przyniosły nam efektowne fuzje pod hasłem „barbarzyńcy u bram”. W latach dziewięćdziesiątych zaś wydawało się, że każda spółka związana z mediami musi się stać spółką multimedialną.
    Mania fuzji w latach dziewięćdziesiątych, podobnie jak w innych dekadach, opierała się na osobliwej arytmetyce, z której wynikało, że 2 + 2 = 5. Dodaj do siebie dwie firmy, z których każda jest warta 2 miliardy dolarów, a otrzymasz firmę wartą 5 miliardów dolarów – wystarczająco dużo pieniędzy, by móc zapłacić bankierowi inwestycyjnemu przyzwoitą prowizję w wysokości 300 tysięcy dolarów, dać dyrektorowi naczelnemu sowitą premię i odpowiednio dużą liczbę opcji zakupu akcji, wręczyć poprzedniemu dyrektorowi naczelnemu (który przez krótki okres grał drugie skrzypce albo przez jeszcze krótszy czas współkierował firmą) ładny pakiet emerytalny i jeszcze mieć dużo dla akcjonariuszy, żeby byli zadowoleni. Nazywa się to
premią konglomeracyjną, czyli synergią, nadwyżką wynikającą z połączenia zasadniczo odmiennych elementów. Problem polega jednak na tym, że nader często 2 + 2 = 3,5, co jest nazywane konglomeracyjnym opustem. Ujawnia się on zazwyczaj w kilka lat po fuzji, gdy efekt synergii po prostu nie wystąpi. (...)
    Czasami 2 + 2 = 4 lub 4,5, więc gdy koszt zrobienia interesu wyniesie 0,75, sytuacja akcjonariuszy nadal będzie gorsza, natomiast bankom i dyrektorom będzie się dobrze powodziło. Bankierzy inwestycyjni powinni dostarczać informacji, które pozwoliłyby ocenić, czy w wyniku utworzenia konglomeratu wystąpi premia czy strata. W rzeczywistości mieli oni motywację tylko do przeprowadzenia transakcji. Oczywiście, gdy wystąpi strata, będzie czas na rozmontowanie konglomeratu i wyprzedanie poszczególnych kawałków: suma części będzie większa niż całość.
    Do sił, które zwykle były w grze, w latach dziewięćdziesiątych doszły nowe. W latach osiemdziesiątych do przejmowania innych firm wielu dyrektorów pchała nieposkromiona próżność: stanie na czele większego przedsiębiorstwa zapewniało wyższy status i trochę większą płacę, niezależnie od rentowności. Szalone lata dziewięćdziesiąte dostarczyły nowych bodźców i nowych możliwości dokonywania fuzji. Dyrektorzy, których wynagrodzenie było powiązane z ceną akcji, byli oczywiście bardzo zainteresowani tym, by ceny szły w górę tak wysoko, jak to tylko możliwe, niezależnie od sposobu, w jaki do tego dochodziło. (...)  
    Najważniejsze było jednak to, że przegrzana gospodarka dostarczyła tym, których akcje poszły w górę, pewnej formy pieniądza do gier hazardowych, za które mogli kupować inne firmy. Ci, którzy byli dostatecznie bystrzy, tacy jak... wiedzieli, że najlepiej zamienić go na coś solidnego, zanim zniknie. (...)
    To samo AOL-u dotyczyło też WorldComu i wielu innych firm w latach dziewięćdziesiątych: bańka ze swymi przesadnie wygórowanymi cenami dała im możliwość i środki do angażowania się w fuzje. Był to klasyczny schemat piramidy, w którym cała generacja inwestorów dostarczała pieniędzy na nagrody dla poprzedniej generacji – aż cały gmach z hukiem runął.    
   
WorldCom: studium przypadku   .........   164

Kiedy bańka pękła i ulotniły się możliwości dokonywania fuzji, spółki musiały znaleźć inne sposoby robienia pieniędzy, więc uciekały się do coraz bardziej szkodliwych trików księgowych. W niektórych przypadkach od mieszczenia się jeszcze w granicach prawa przeszły do jego przekraczania (...)
    Gdy 21 lipca 2002 roku WorldCom ogłaszał bankructwo, był drugim co do wielkości dostawcą połączeń telefonicznych na długie dystanse w kraju i największym internetowych, mającym 32 miliardów długów i twierdzącym, że posiada aktywa o wartości 107 miliardów dolarów. W tej kwocie jednak mieściła się wyceniana na 50 miliardów dolarów „renoma firmy” – mityczna wielkość, która wprawdzie mogła być zgodna ze standardowymi praktykami stosowanymi w rachunkowości, ale nie odzwierciedlała żadnych realnych składników majątku trwałego.  Te zaś stanowiły równowartość mniej niż 40 miliardów dolarów – przy czym wiele z nich oszacowano na podstawie wysokich cen, jakie występowały przed załamaniem się sektora telekomunikacji. Problemy WorldComu wyszły na światło dzienne, gdy spółka wyjawiła, że niewłaściwie zaksięgowała 4 miliardy dolarów po stronie wydatków, po czym kwota ta ostatecznie wzrosła do 7 miliardów. Jedna duża kategoria oszustw polegała na traktowaniu zwykłych wydatków jako inwestycji; jako takie nie musiały być odejmowane od dochodu, w związku z czym zyski wyglądały na znacznie wyższe. We wcześniejszym stadium fałszu WorldCom uciekał się do bardziej konwencjonalnych oszustw księgowych...
    Podobnie jak sprawa Enronu,  upadłość spółki WorldCom odsłoniła sieć podejrzanych interesów między firmą a członkami jej kierownictwa. Raport dotyczący upadłości mówił o „licznych nieprawidłowościach, wadach i uchybieniach w wielowarstwowym systemie zaprojektowanym w celu ochrony integralności systemu sprawozdawczości finansowej w WordComie, obejmującego zarząd, komisję nadzoru, wewnętrzny system kontroli w spółce i niezależnych audytorów”13. Powiedziałbym, że problem tkwił głębiej i występował nie tylko w tej sp
ółce: dotyczył motywacji – kierownictwa i tych, którzy mieli na nie baczyć.
    (...) Jack B. Grubman, analityk rynku telekomunikacyjnego, od dawna polecał akcje WorldComu. (...)  I nawet, gdy już problemy WorldComu wyszły na jaw, nadal jego rekomendacja brzmiała: „Kupować”. W połowie 1999 roku wzmocnił ją do: „Zdecydowanie kupować”, przewidując wzrost ceny z 75 do 130 dolarów za akcję. Według Grubmana akcje WorldComu należało kupować aż do 23 kwietnia 2002 roku, czyli jeszcze na trzy miesiące przed złożeniem przez spółkę wniosku o orzeczenie upadłości i długo po tym, jak ruszyła lawina przekrętów w księgowości.    
    Gtrubman w końcu złożył rezygnację, a w piśmie ją zawierającym sporo powiedział o szalonych latach dziewięćdziesiątych:   „Wykonywałem swoją pracę analityka w szeroko rozumianych ramach zgodnych z praktyką w tej branży, która jest teraz szeroko kontestowana”15. Była to więc praktyka stosowana w branży – i to jest właśnie problem. 

Lekcje    .........   166

Wiele spraw poszło nie tak w latach dziewięćdziesiątych, ślady banków można znaleźć w miejscach popełniania jednego podejrzanego czynu po drugim. Od banków inwestycyjnych oczekuje się dostarczania informacji, które prowadzą do lepszej alokacji zasobów. Zamiast tego nazbyt często handlowały one zniekształconymi i nieścisłymi informacjami oraz uczestniczyły w intrygach, które pomagały innym zniekształcać dostarczane przez nie informacje i wzbogaciły innych kosztem akcjonariuszy.
    Przy przestępstwach, jakie popełniły Enron i WorldCom – a także Citigroup i Merrill Lynch – większość aktów nieuczciwości w świecie polityki wydaje się mało znacząca. Typowy skorumpowany urzędnik państwowy bierze do kieszeni marne parę tysięcy dolarów – najwyżej kilka milionów. Kwoty ukradzione w wyniku splądrowania ... szły w miliardy dolarów ...
    Adam Smith uważał, że gdy jednostki dbają o własne interesy, służy to na ogół interesom społeczeństwa jako całości16.   Jest to nader kusząca hipoteza i czasami się sprawdza. Jednak nazbyt często się nie sprawdza, gdyż niedoskonałości informacji dają niektórym jednostkom możliwości działania w sposób przynoszący im korzyści
kosztem innych, którym w założeniu miały służyć. Czasami nazywa się to „problemem mocodawcy i pełnomocnika”... Główny problem we współczesnej ekonomii sprowadza się do tego, jak sprzymierzyć interesy – jak zapewnić taką strukturę bodźców, która by zwiększyła szanse, że pełnomocnik będzie reprezentował swoich prawowitych klientów17.   
    Konfliktów interesów nigdy się nie wyeliminuje ani w sektorze publicznym, ani w sektorze prywatnym. Jednak w latach dziewięćdziesiątych w dążeniu do deregulacji zniesiono bądź zmniejszono istniejące ograniczenia, co doprowadziło do łatwych do przewidzenia skutków. Jak możemy sobie poradzić z takimi problemami? Możemy, przede wszystkim, bardziej się wyczulić na potencjalne konflikty interesów i zniekształcone bodźce, które stwarzają. A przez wprowadzenie przepisów... (...)
    Ci, którzy długo słuchali pouczeń „ekspertów finansowych” w Ameryce – i w każdym innym kraju – jak należy prowadzić gospodarkę, od redukcji deficytu do modelu polityki podatkowej, mogą tylko dostrzec paradoksy. Perorując o częstym marnotrawieniu pieniędzy przez państwo, „eksperci” ci przewodzili jednocześnie systemowi rynkowemu, który marnotrawił więcej pieniędzy, niż większość rządów mogła sobie wyobrazić w najbardziej nieprawdopodobnych snach. Rozprawiając o dużym znaczeniu „kreowania wartości”, przyczyniali się do niweczenia... Krytykując korupcję i konflikty interesów w sektorze publicznym oraz kumoterski kapitalizm za granicą, nie tylko pozwalali kwitnąć takim konfliktom i sprzeciwiali się próbom ich zahamowania, lecz również sami...  Mówiąc o znaczeniu dobrej księgowości, sami angażowali się w złe praktyki księgowe...   
    Eksperci finansowi ponieśli jedynie część konsekwencji swego niewłaściwego postępowania. Zaakceptowali grzywny o bezprecedensowej wysokości – przekraczające miliard dolarów – ale w większości przypadków dopiero po tym, jak zostali zapewnieni, że ich dyrektorzy nie pójdą siedzieć. Jednak grzywny nie naprawiły szkód, a w licznych przypadkach to nie dyrektorzy je płacili, lecz spółki; w istocie grzywny nałożone na korporacje za takie złe zachowania stanowią kuriozalny przypadek podwójnego karania ofiary. Bo ostatecznie to akcjonariusze – którzy zostali już oszukani przez kierownictwo przedsiębiorstw – ponosili koszty tych grzywien18.
    Ostatni paradoks polega na tym, że choć środowisko finansistów prawiło rządowi kazania na temat prawości w sprawach finansowych, to jeszcze usilniej starało się znaleźć sposoby pomocy Enronowi i innym firmom w unikaniu płacenia podatków – co pogarszało sytuację finansową państwa. I, jak zobaczymy w następnym rozdziale, wspierało obniżki podatków od zysków kapitałowych, które mogły wprawdzie sprawić, że księgi budżetowe na krótką metę wyglądały lepiej, lecz pogarszały sytuację fiskalną w długim okresie, a co jeszcze gorsze, pomagały podsycać gorączkę szalonych lat dziewięćdziesiątych – i może o to właśnie im chodziło.

----------
Przypisy
1 
Zwane w skrócie IPOs od Initial Public Offeringe – akcje oferowane po raz pierwszy na rynku. Na ogół są sprzedawane po znacznie niższej cenie od wartości, jaką osiągają niemal natychmiast po emisji, i właśnie dlatego ich otrzymanie jest tak cenne. Później zajmiemy się nimi bliżej.
2  Czytelnicy zainteresowani opisem nieprawidłowości w działalności prawie wszystkich czołowych banków inwestycyjnych i komercyjnych w Ameryce mogą znaleźć orzeczenia Eliota Spitzera na stronie www.oag.state.ny.us/press/statements/global_resolution.html.
4 
W ramach ugody zawartej w kwietniu w kwietniu 2003 r. Jack Grubman i Henry Blodget zgodzili się na dożywotni zakaz pracy w tym zawodzie i zapłacenie grzywny w wysokości prawie 20 milionów dolarów, ale nie przyznali się do winy. W ramach tej samej ugody prezesowi i dyrektorowi naczelnemu Citigroup ... zabroniono rozmawiania z własnymi analitykami o spółkach, którymi się zajmują, chyba że w obecności prawnika. Przed swym upadkiem Grubman został przez „Institutional Investor” uznany za najlepszego analityka sektora telekomunikacji. Jedynie Meeker nie straciła pracy.
5  Opinia Goldmana Sachsa nie zawsze była taka nieskazitelna: wygląda na to, że w latach poprzedzających Wielki Kryzys został przyłapany na podejrzanych praktykach. Zob. ...  Zwięzłe podsumowanie tego, co robił Goldman Sachs na http...  
8  Wymiana prezentów polega na tym...
9  Rozmiary tej „kradzieży” były kolosalne. Trzysta dziewięć publicznych ofert pierwotnych, głównie akcji spółek technologicznych, przyniosło pierwszego dnia sprzedaży przeszło 50 miliardów dolarów zysku ponad rzeczywistą kwotę zebraną przez emitentów, tj. dwadzieścia razy więcej od wielkości opłat za uplasowanie tych emisji  - co oznacza, że gdyby tylko 5% tej sumy wróciło do banków inwestycyjnych, podwoiłyby one swoje dochody z tych transakcji. 
10  Oczywiście, gdyby informacja była doskonała, mogłoby to nie mieć znaczenia. ... Jednak w świecie. W którym panuje chciwość i brak jest przejrzystości, a to cechowało Amerykę w szalonych latach dziewięćdziesiątych, menedżerowie nie ujawniali otrzymywanych przydziałów akcji w ramach publicznej oferty pierwotnej ...  
12 Zapewne nie jest przypadkiem, że oba banki inwestycyjne Citigroup i J.P. Morgan, najbardziej wplątane w skandal z Enronem, przeprowadzały znaczną liczbę operacji z zakresu bankowości handlowej i zostały stworzone dopiero w wyniku uchylenia Ustawy Glassa-Steagalla ... Warto jednak zauważyć, iż nawet gdyby nie uchylono Ustawy Glassa-Steagalla, wystąpiłyby wszystkie inne omówione problemy; to uchylenie nie było najważniejsze, tyle że pogorszyło i tak już złą sytuację.   
15  List Jacka Grubmana z 15 sierpnia 2002 r. zawierający rezygnację z pracy w firmie Salomon Smith Barney jest dostępny na www...
16  Oczywiście, jak odnotowuję gdzie indziej w tej książce, Smith był bardziej świadom ograniczeń własnego twierdzenia – tego, że gdy jednostki gonią za własnymi interesami, zwiększają ogólny dobrobyt społeczeństwa – niż wielu współczesnych wyznawców jego doktryny. Jednak nie w pełni zdawał sobie sprawę z ograniczeń wynikających z niedoskonałości informacji.
17 Zwolennicy opcji jako sposobu wynagradzania menedżerów często zakładali nie wprost, że rynek jest racjonalny i dobrze poinformowany, bo, w tym przypadku, cena rynkowa wzrośnie wtedy, i tylko wtedy, gdy menedżerowie zwiększą rentowność firmy w długim okresie. Menedżerów obarczono odpowiedzialnością za dostarczanie informacji, które pozwalały rynkowi dokładnie wyceniać firmę, ale jednocześnie stworzono motywację, żeby tego nie robili. 
18  Są tu pewne subtelności związane z tym, którzy akcjonariusze ponoszą, a którzy powinni ponosić te koszty.
     
----------         

Rozdział  7
Obniżki podatków
Podsycanie szaleństwa   .........   168

Bańka wzbogaciła Amerykanów bardziej, niż wyobrażali sobie w najśmielszych wyobrażeniach, ale niekoniecznie ożywiła w nich poczucie obowiązku publicznego. Dyrektorzy, tak jak chcieli wierzyć, że to ich przenikliwość doprowadziła do poszybowania cen ich spółek w górę, tak samo chcieli wierzyć, że to ich przenikliwość i ciężka praca, a nie szczęście, doprowadziły do tego, że ich portfele miały się tak dobrze. Nie byli w nastroju dzielenia się swoimi zyskami, a w każdym razie nie w większym stopniu, niż to było absolutnie konieczne. Takie poglądy – w połączeniu z wymaganiami bieżącej polityki, wadliwą księgowością i manią redukcji deficytu – prowadziły do polityki podatkowej, która pogarszała bańkę i sprawiała, że jej następstwa były bardziej burzliwe.
    Ci, którym w latach dziewięćdziesiątych XX wieku dobrze się finansowo wiodło, naciskali na zmniejszenie podatków, które mieliby płacić od nowo zdobytego majątku. Ich celem było obniżenie opodatkowania ogromnych zysków, jakie osiągali między innymi z opcji zakupu akcji, którymi coraz hojniej wynagradzano wyższe kierownictwo przedsiębiorstw. Ponieważ zyski kapitałowe nadal były opodatkowane niżej niż dywidendy i inne rodzaje dochodu, inwestorzy byli zachęcani do lokowania większych pieniędzy w firmy technologiczne, które zapewniały nie dywidendy (wiele nie miało zysku, z którego mogłyby je płacić), lecz właśnie zyski z kapitału.
    W związku z tym, że skupiano się na równoważeniu budżetu, nie doszłoby do obniżek podatków, tak pożądanych przez zamożnych (Amerykanie o niskich i średnich dochodach odnieśli z nich niewielkie korzyści), gdyby nie osobliwa mieszanka wadliwej księgowości i wymagań bieżącej polityki.
    W 1980 roku Ronald Reagan obiecał obniżkę podatków, mającą doprowadzić do wzrostu wpływów podatkowych – czyli coś, co nawet jego wiceprezydent George Bush nazwał „szamańską ekonomią”. Teoria ta głosiła, że przy niższych stawkach podatkowych pracownicy będą pracowali o wiele ciężej, znacznie więcej ludzi znajdzie pracę, bezzwłocznie wzrosną oszczędności i te efekty po  dyia
stronie podażowej wygenerują o tyle większe dochody, iż nawet przy niższych stawkach podatkowych wzrosną wpływy z podatków do budżetu państwa. W rzeczywistości oszczędności utrzymywały się na kiepskim poziomie, a nawet nieco spadły, obniżka zaś wywołała niewielki wpływ na podaż pracy. (Oczywiście niektórzy sądzili potem, i nadal sądzą, że doradcy prezydenta Reagana wcale święcie nie wierzyli w szamańską ekonomię. Mieli inny plan: stworzenia deficytu, który wymusi cięcia w wydatkach, ograniczając w ten sposób rolę państwa. Krótko mówiąc, ich plan polegał na sprawdzeniu, czy eksperyment z obniżeniem podatków przebiegnie tak, jak przewidywano, czy też nie.).
    Malejące wpływy (względnie, w stosunku do tych, które zostałyby osiągnięte bez obniżek), nie zrównoważone ograniczeniami w wydatkach1, spowodowały trwający całą dekadę kryzys fiskalny, z którym ostatecznie uporał się Bill Clinton w 1993 roku2. Ale według księgowych sprawdzających księgi rządowe pozostała jedna dziedzina, w której nadal funkcjonowała „szamańska ekonomia” i można by w niej zwiększyć wpływy podatkowe dzięki obniżeniu stawek podatkowych. Obniżka podatków od zysków kapitałowych – podatków od przyrostu wartości akcji i nieruchomości – mogłaby faktycznie zwiększyć wpływy, zwłaszcza gdyby była czasowa. Rząd, zgodnie ze specyficznym sposobem sporządzania analiz budżetowych przez sektor państwowy, patrzy na budżet w perspektywie dziesięciu lat i pyta, jakie będą wpływy w tym okresie. Jest to oczywiście duży postęp w porównaniu z patrzeniem każdorazowo tylko na jeden rok czy na dwa lub trzy lata naprzód. Jednak skutki rozwiązań stosowanych przez państwo trwają dłużej niż dziesięć lat, toteż każdy ograniczony horyzont czasowy obniżki, nawet dziesięcioletni, sprzyja wszelkiego rodzaju krętactwom. W 1996 roku obserwowaliśmy te siły w grze.
    Wspomniałem wcześniej, że po wyborach w 1994 roku, w których republikanie uzyskali kontrolę nad Kongresem, plan prezydenta Clintona został skutecznie ograniczony. Bill Clinton był człowiekiem czynu, ale bez aprobaty Kongresu miał związane ręce. Tylko wtedy, gdy jego zamierzenia były zgodne z zamysłami republikanów, mógł coś zrobić. Tak właśnie doszło do „reformy” opieki społecznej i do deregulacji. Jak widzieliśmy w rozdziale 4, republikanie chcieli zredukować rolę państwa w zakresie regulacji i to się zgadzało z planami nowych demokratów. Jednym z haseł kampanii Billa Clintona było „skończenie z opieką społeczną taką, jaką znamy”. Republikanie też chcieli skończyć z opieką społeczną. Koniec, kropka. Po obu stronach było pole manewru, więc dobito targu. Podobnie, obie strony chciały obniżki podatków, a zarazem pragnęły
uchodzić za odpowiedzialne w sprawach finansowych. Dzięki specyficznemu księgowaniu obniżka podatku od zysków kapitałowych mogła cudownym sposobem sprawić, że budżet wyglądał lepiej.
    W wąskim horyzoncie budżetowym stosowanym przez księgowych rządowych czasowe obniżki podatku od zysków kapitałowych przynoszą na krótką metę dochód podatkowy, ponieważ działają tak jak podatkowe „wyprzedaże”. Jednym z problemów związanych z podatkami od zysków kapitałowych jest „zatrzaśnięcie” inwestorów. Dopóki nie sprzedadzą posiadanych aktywów, nie płacą podatku od nich. Płacą go dopiero w chwili realizacji zysków kapitałowych. (...)                  
    (...)
----------
Przypisy
1  Obie partie obwiniały się nawzajem za niedokonanie cięć w wydatkach. Faktem jest, że administracja Ronalda Reagana i George’a Busha nie zaproponowały takich cięć, które by zrównoważyły budżet. Różnice zdań między administracją a Kongresem dotyczyły nie tyle poziomu wydatków, ile tego, na co mają być przeznaczone, np. czy na obronę, czy na świadczenia socjalne. 
2  Z kolejną dawką „szamańskiej ekonomii” opowiadał się w czasie kampanii prezydenckiej w 1996 roku kandydat republikanów Robert Dole. Demokraci i, szerzej, ludzie w Ameryce nie chcieli żadnego jej elementu.  
----------
Celowe przeczytanie całego rozdziału. Tematy ciekawe. Trzeba je jednak przeanalizować w kontekście konkretnego kraju, a w naszym przypadku – także w kontekście Unii Europejskiej.
Anonimus

----------    

Rozdział  8

Ryzyko sposobem na życie   .........   175

W szalonych latach dziewięćdziesiątych robiono fortuny, a przywódcy, zarówno polityczni, jak i świata biznesu, mogli sobie przypisywać , i faktycznie przypisywali, za to zasługi. Byliśmy na fali ... Ale się skończyło. A gdy się skończyło ... W dużej mierze tak jak fala odpływu ... coraz więcej gorszących aspektów boomu – problemy z księgowością, z dyrektorami i bankami, z powiązaniami między rynkiem a polityką i z deregulacją – które były tematem poprzednich rozdziałów.
    Ale były jeszcze inne problemy, nawet bardziej ukryte. Pewne zmiany w gospodarce, które doprowadziły do gwałtownego wzrostu cen, sprawiły jednocześnie, że gospodarka stała się bardziej wrażliwa: kiedy bańka pękła, spadek koniunktury był większy. Nie tylko wystawiliśmy gospodarkę na większe ryzyko, ale również osłabiliśmy naszą zdolność do radzenia sobie z nim. Zmiany w systemie emerytalnym i w rozwiązaniach dotyczących zatrudnienia oznaczały, że jednostki były bardziej narażone na skutki zmienności rynku: kiedy rynek akcji zniżkował, wiedziały, że ich przyszłe emerytury będą niższe; kiedy zaś gospodarka zwalniała, wiedziały, że jest większe prawdopodobieństwo zwolnień. Jednocześnie zmieniała się także polityka państwa: ubezpieczenia na wypadek bezrobocia nie dotrzymywały kroku zmianom w gospodarce, a świadczenia z opieki społecznej zostały ograniczone. W przeszłości programy te wstrzykiwały środki finansowe do gospodarki, kiedy następowało osłabienie koniunktury, łagodząc jego skutki dla osób, które najbardziej by ucierpiały, a zarazem pomagając w ponownym ożywieniu gospodarki i ograniczeniu rozmiarów dekoniunktury.* Tymczasem my bezwiednie wykreowaliśmy mniej stabilną gospodarkę.  

    *
Tak by było albo w gospodarce zamkniętej w ramach danego kraju lub np. w Unii Europejskiej (chronionej odpowiednimi barierami przed obcymi i ucieczką własnych środków, w tym kapitałów za granicę; naturalnie, na zasadzie „wet za wet” byłyby tego ujemne konsekwencje, łącznie z rozszerzaniem i pogłębianiem się kryzysu ), albo w całkowicie zintegrowanej gospodarce światowej. W obecnej sytuacji, w naszych aktualnych warunkach, sprawa jest prawie beznadziejna. W budżecie środków brakuje. Gdyby je sfinansować z deficytu (zapis w Konstytucji o ograniczeniach... można łatwo zmienić: nie w tym rzecz), to biednym chwilowo się tylko ulży (późnie nastąpi inflacja i będzie im jeszcze gorzej), a koniunktury gospodarczej wcale to nie poprawi, bo chyba z 90% korzyści, w taki czy inny sposób, zostanie z kraju wyprowadzonych. Całkowita albo chociaż dominująca integracja gospodarki światowej, jest chyba, w najbliższych dziesięcioleciach, prawie zupełnie nierealna. Zamknięcie się Polski – w jej wewnętrznych sprawach – byłoby raczej kompletną katastrofą. Pozostaje chyba jedynie szukać rozwiązań w ramach Unii Europejskiej, naturalnie wyważając odpowiednie rozwiązania w otwieraniu się na gospodarkę światową, w tym także „ucieczkę” własnych środków i kapitałów poza granice Unii Europejskiej. Tematy bardzo trudne i kontrowersyjne. Niestety, otwartej dyskusji nie sprzyjają niespójne interesy..., słabość klasy politycznej, słabość wyborców.  
Anonimus     
  
 
Co takiego przytrafiło się nowej gospodarce
Nowy miecz obosieczny
   .........   176

Nowa gospodarka – oznaczająca wyraźne zmiany w gospodarce w latach dziewięćdziesiątych, z naciskiem na najbardziej zaawansowane technologie i lepsze sposoby komunikowania się – miała przynieść kres cyklu koniunkturalnego. Nowe technologie miały umożliwić lepszą kontrolę zapasów – nadmierne inwestycje w zapasy były jedną z podstawowych przyczyn wahań koniunkturalnych w okresie po drugiej wojnie światowej. Poza tym, w związku z przemieszczeniem się punktu ciężkości gospodarki z produkcji na usługi (w połowie lat dziewięćdziesiątych w produkcji pracowało mniej niż 14,1% ogółu zatrudnionych w Stanach Zjednoczonych) rola zapasów w gospodarce i tak zmalała. Ale nowa gospodarka nie wyeliminowała cyklu koniunkturalnego. Stworzyła natomiast podstawę do tego, by boom i późniejsze załamanie były większe niż przeciętnie w okresie powojennym.
    Choć nowa gospodarka była może przereklamowana, to jednak była czymś realnym. (...)
    W istocie nawet gdy gospodarka ześlizgnęła się w recesję, produktywność ciągle wzrastała, potęgując trudności z tworzeniem miejsc pracy. To właśnie dlatego można mówić o obosiecznym mieczu wzrostu produktywności.     (...)

Zwiększona niestabilność na rynku pracy   .........   177

Krótko mówiąc, przy rosnącym tempie wzrostu produktywności musielibyśmy dojść do zastoju! Gdy na początku 2001 roku rozpoczęła się recesja, potrzeba było jeszcze mniej pracowników. W przeszłości firmy zatrzymywały pracowników podczas recesji, nawet jeśli tak naprawdę nie byli potrzebni. Firmy wiedzą, że na długą metę opłaca się dobrze traktować pracowników, nie zwalniać ich, kiedy nie są na bieżąco potrzebni; pozwala im to na przyciąganie i zatrzymywanie najlepszych pracowników, a lojalność sprawia, że pracują oni pilnie na rzecz swoich pracodawców.
    W latach dziewięćdziesiątych wykształciła się nowa kultura, zgodnie z którą firmy skupiają się na wyniku netto – na dzisiejszych, a nie na długookresowych zyskach... Firmy zatrzymujące niepotrzebnych w danej chwili pracowników postrzegano jako mające miękkie serca i niemądre. Lojalność zarówno pracowników wobec firmy, jak i firmy wobec pracowników stała się wartością z minionej epoki. Oznaczało to znacznie szybszy niż kiedyś spadek zatrudnienia, gdy zaczęła się pogarszać koniunktura gospodarcza.
   
Narastanie obaw pracowników   .........   177

Ponieważ zmniejszyła się lojalność spółek wobec własnych pracowników, a wzrost produktywności sprawiał, że opłacało się zwalniać, nie było dziwne, iż narastał wśród nich niepokój. (...) Coraz więcej zatrudnionych stawało w obliczu redukcji. Niestety, zabezpieczenia pozostawały w tyle: wypłaty z tytułu ubezpieczeń na wypadek bezrobocia stanowiły niewielką cząstkę dotychczasowych zarobków, a wielu pracowników w ogóle ich nie miało. (...)
    Chociaż niektórzy konserwatyści obawiali się, że zasiłki dla bezrobotnych osłabią bodźce do poszukiwania pracy, to problem polegał na tym, że po prostu nie było pracy, którą można byłoby znaleźć.
    (...)

W jaki sposób „reforma” emerytur zwiększyła niestabilność gospodarki
   .........   178

Zmiany w gospodarce latach dziewięćdziesiątych zmusiły pracowników do ponoszenia większego ryzyka związanego nie tylko z miejscem pracy, lecz także z emeryturą, co również się przyczyniło do większej wrażliwości gospodarki. Ludzie musieli się zdawać na prywatne programy emerytalne, z których mieli otrzymywać coraz większą część dochodu na emeryturze. Są dwa rodzaje programów emerytalnych: programy z ustaloną wysokością świadczeń, w których spółka gwarantuje pewne świadczenie zależne od dochodów pracownika i długości okresów pracy, oraz programy z ustaloną wysokością wkładów, w których spółka wpłaca określoną kwotę na indywidualne konto emerytalne (IRA). Zmiany w obu systemach dokonane w latach dziewięćdziesiątych stworzyły problemy dla gospodarki w nowym milenium.
    Wiele firm ..., a wiele osób, zwiedzionych wysokimi zwrotami na rynku papierów wartościowych, postanowiło większość posiadanych pieniędzy w akcje. Był to istotny element tworzenia kapitalizmu „ludowego” ...  Najpierw ludzie stracili to, w co nigdy nie wierzyli... Potem zaś spadki na rynku akcji były tak duże ... (...)
    Gdy rynek akcji się załamał, niespodziewanie okazało się, że programy emerytalne były zdecydowanie nie dofinansowane. (...)
    Rozmiary niedofinansowania były astronomiczne. (...)
    (...) Jak na ironię, gdy nagromadziły się dowody złego zarządzania prywatnymi programami emerytalnymi, administracja prezydenta Busha rozpoczęła kampanię na rzecz częściowej prywatyzacji Ubezpieczeń Społecznych – tej części systemu emerytalnego, która funkcjonuje dziś nadzwyczaj dobrze.     

Pomaganie jednostkom w zarządzaniu ryzykiem emerytalnym
   .........   181

Chociaż firmy finansowe rozprawiały o zarządzaniu ryzykiem, to tym, na które same były narażone, wcale nie zarządzały dobrze, a rady, jakich udzielały przedsiębiorstwom, w rzeczywistości wystawiały gospodarkę, i pracujących, na coraz większe ryzyko. W administracji prezydenta Clintona zadanie zarządzania ryzykiem  - zapewniania większego bezpieczeństwa po przejściu na emeryturę w coraz mniej bezpiecznym świecie – traktowaliśmy poważnie. Spore znaczenie miały zwłaszcza dwie inicjatywy, 

Możliwość przenoszenia oszczędności emerytalnych  i obniżenie kosztów programów emerytalnych 
 .........   181
...
Indeksowane obligacje   .........   182

(...) Wypłaty z Ubezpieczeń Społecznych są indeksowane względem inflacji, to znaczy świadczenia rosną w miarę wzrostu kosztów utrzymania. Jest to istotna cecha istniejącego programu, ponieważ zapewnia przynajmniej częściową ochronę jednostek. Lecz z biegiem lat każdy w coraz większym stopniu musiał polegać na emeryturach prywatnych, a w tym sektorze niewiele mógł zrobić, żeby się zabezpieczyć przed możliwością zmniejszenia wartości emerytury w wyniku inflacji.
    Był to jednak problem, który państwo mogło łatwo rozwiązać, emitując obligacje indeksowane względem inflacji. W przypadku takich obligacji osoba oszczędzająca 100 dolarów ma zagwarantowane, że otrzyma 100 dolarów w wyrazie realnym – to znaczy taką ilość pieniędzy, która pozwoli jej kupić tyle samo dóbr co za pierwotne 100 dolarów, z odsetkami też zagwarantowanymi w wyrażeniu realnym. (Prawdopodobnie sektor prywatny mógłby zrobić to samo, ale wysuwane były obawy co do rodzaju rezerw, jakie prywatny sektor ubezpieczeniowy musiałby odłożyć w celu wypełnienia obietnic; tak czy inaczej, sektor prywatny nie oferował annuitetów ani innych długoterminowych instrumentów finansowych indeksowanych w stosunku do inflacji).
    Kolejnym argumentem nie do odparcia za podjęciem w tym czasie działania przez państwo było nasze niemal jednostronne ukierunkowanie na budżet. Państwo płaciło wyższe odsetki od obligacji długoterminowych, bo inwestorzy bali się inflacji; a więc skoro państwo ubezpieczało ludzi od ryzyka , koszty zaciągania pożyczek powinny spaść. Był to cudowny pomysł: mogliśmy polepszyć sytuację finansową państwa i jednocześnie poprawić bezpieczeństwo socjalne starszych osób.    
    Ale urzędnicy z Ministerstwa Skarbu patrzyli na ten plan sceptycznie – może lepiej powiedzieć z wrogością. Dużo czasu zajęło dowiedzenie się, dlaczego... Częścią wyjaśnienia był wrodzony konserwatyzm.
    Był jeszcze inny powód. Otóż maklerzy handlujący obligacjami w Wielkiej Brytanii, gdzie od dawna emitowano takie indeksowane obligacje, narzekali, iż ludzie je kupują i trzymają na okres po przejściu na emeryturę; dla maklerów jest to niekorzystne, gdyż zarabiają na ich nieustannym kupowaniu i sprzedawaniu. Ideę odkładania przez jednostki pieniędzy na emeryturę w przekonaniu, że zapewnią one bezpieczny zwrot w wyrażeniu realnym, powinno się postrzegać jako coś pozytywnego, choć dla handlujących obligacjami oznaczała ona katastrofę3.
    Argumentacja wysuwana przez urzędników z Ministerstwa Skarbu była inna. Twierdzili oni, iż obawiają się, że „będzie to impreza, na którą nikt nie przyjdzie”. (...) Zespół Doradców Ekonomicznych zwrócił się bezpośrednio do największych funduszy emerytalnych i największych funduszy inwestycyjnych, do ludzi, których praca polegała na zapewnianiu bezpieczeństwa dochodu osobom starszym i którzy byli w kontakcie z klientami. Wyrazili oni ogromne poparcie dla idei obligacji.
    Kiedy Ministerstwo Skarbu zorientowało się, co zrobiliśmy, wpadło we wściekłość. Wkroczyliśmy na ich teren, i to w sposób wysoce niebezpieczny. Przecież Ministerstwo twierdziło, że występuje w interesie środowiska inwestycyjnego i artykułuje jego niepokoje. Po prostu nie chciało mieć nikogo innego, kto by miał dostęp do takich „wewnętrznych” informacji. Ale dobrze o nim świadczy, że potem pozbyło się małostkowych obaw... i wiceminister Larry Summers wykonał robotę członka pospolitego ruszenia, przekonując Ministerstwo do poparcia tej zdroworozsądkowej przecież inicjatywy. Indeksowane obligacje ostatecznie wprowadzono w styczniu 1997 roku. Jak na ironię, inflacja była wtedy przez długi czas umiarkowana... Jednakże była to innowacja, której waga będzie bez wątpienia odczuwana znacznie silniej kiedyś w przyszłości, kiedy znowu zacznie wisieć w powietrzu groźba deficytu budżetowego i niebezpieczeństwo inflacji będzie znacznie poważniejsze niż dzisiaj4.        
   
Reformy ubezpieczeń społecznych   .........   184

Szeroka debata na temat zabezpieczenia emerytalnego dotyczyła jednak nie tylko emerytur prywatnych  oraz indeksowanych przez państwo obligacji, lecz przede wszystkim Ubezpieczeń Społecznych [Social Security] – państwowego programu emerytalnego utworzonego w 1935 roku, którym objęci są dziś niemal wszyscy pracownicy w Stanach Zjednoczonych.  
    Jest to niezwykle udany system. Doprowadził on do dosłownego wyeliminowania nędzy wśród osób starszych, zapewniając milionom Amerykanów pewność otrzymywania dochodu na emeryturze. Chroni obywateli przed skutkami inflacji – czyli stanowi rodzaj ubezpieczenia, którego, jak wspomniałem, po prostu nie można nabyć, bezpośrednio bądź nawet pośrednio, na rynku – jak również przed wahaniami na rynku papierów wartościowych, które były tak ewidentne w minionych latach. Koszty transakcyjne tego programu są niskie, stanowią ułamek kosztów ubezpieczeń prywatnych, zwłaszcza w przypadku annuitetów. Jest to system wysoce „wrażliwy na klientów” – na miliony Amerykanów, których dochód na emeryturze zależy od jego funkcjonowania5. Przeprowadził jedną z niewielu udanych dużych komputeryzacji instytucji państwowych. Poza tym dokonuje odrobiny redystrybucji, zapewniając najbiedniejszym podstawowy poziom utrzymania.
    Mimo tych sukcesów raz po raz ponawiano wezwania nie tylko do zreformowania tego systemu, ale wręcz do jego sprywatyzowania, przy czym wezwania te stały się głośniejsze w latach dziewięćdziesiątych. Można by zasadnie zapytać – dlaczego? Mówiąc wprost, odpowiedź obejmuje zestaw tych samych elementów, które wymienialiśmy wcześniej: ideologię, interesy i chciwość.
    Kiedy niektórzy ludzie zobaczyli, że ceny na rynku akcji pną się w górę, zapomnieli o korzyściach z programu Ubezpieczeń Społecznych – o fakcie, że naprawdę zapewnia  on zabezpieczenie na emeryturę. Ktoś taki myślał sobie: jeśli tylko, zamiast wpłacać pieniądze do ubezpieczeń, mógłbym je inwestować na giełdzie, to też bym się wzbogacił ponad moje najśmielsze wyobrażenia. Ludzie tacy wierzyli, lub chcieli wierzyć, że boom na rynku będzie trwał wiecznie. Wall Street  zachęcała do takiego myślenia, zestawiając niskie zwroty z Ubezpieczeń Społecznych z wysokimi zwrotami na rynku akcji. Wall Street miała oczywiście bardzo silną motywację do forsowania prywatyzacji. Toż to byłaby istna żyła złota – setki miliardów dolarów dodatkowych dochodów. Spółki prywatne pobierają opłaty (z tego się utrzymują) za nabywanie udziałów w swoich funduszach, za sprzedawanie, za zarządzanie, za kupowanie akcji, za ich sprzedawanie. Każda z takich opłat może się wydawać mała, ale gdy się je zsumuje...
    Krytycy nie narzekają na nieefektywność Ubezpieczeń Społecznych; po prostu nie mogą. Jest bowiem faktem, że ten państwowy system jest prawie na pewno bardziej efektywny pod względem kluczowej wielkości, jaką są koszty transakcyjne, niż mógłby być jakikolwiek system prywatny. Oczywiście, to, co dla jednych (beneficjantów systemu, którzy postrzegają go jako coś złego) jest kosztem transakcyjnym, dla innych (tych z Wall Street, którzy prowadziliby sprywatyzowane rachunki) jest dochodem. Wall Street lubi koszty transakcyjne – im są wyższe, tym lepiej. Ideolodzy wolnego rynku mówią, że konkurencja sprowadza pobierane opłaty do minimalnego poziomu czy de facto do zera. Tymczasem nigdzie jej się to nie udało. Nawet w Stanach Zjednoczonych... w wielu funduszach utrzymują się wysokie opłaty, nie mające związku z dokonaniami. Ekonomia informacji dostarcza częściowego wyjaśnienia. Otóż jest dziedzina, w której niedoskonałości informacji są szczególnie istotne. Badania wskazują, że większość Amerykanów nie odróżnia obligacji od akcji; jak zatem można oczekiwać, że będą podejmowali oparte na pełnych informacjach decyzje o tym, które akcje kupić czy nawet którego maklera wybrać?
    Niektórzy usiłowali argumentować, że dochody z funduszu powierniczego Ubezpieczeń Społecznych (inwestowane wyłącznie w bony skarbowe) są niskie i że byłyby większe, gdyby te pieniądze inwestować w akcje. Ale oczywiście inwestowanie w akcje niesie ze sobą większe ryzyko. Ideolodzy mają skłonność do wierzenia, że rynki funkcjonują dobrze. Jeżeli tak jest, to naturalnie większy dochód z inwestowania w akcje
jedynie odzwierciedla większe ryzyko. (...)
    W praktyce jednak rynki kapitałowe często nie działają dobrze – na przykład dochód z akcji prawie na pewno przekracza poziom, który byłby usprawiedliwiony ryzykiem8. Problem ten oczywiście po części wynika z tego, że wielu inwestorów nie jest dobrze poinformowanych i ich podejście do ryzyka niejednokrotnie cechuje duża irracjonalność9.
    W tym miejscu konserwatyści stają przed dylematem. Skoro mówią, że rynek działa dobrze, to nie mogą się uskarżać na niewielkie dochody z funduszu powierniczego Ubezpieczeń