Joseph E. Stiglitz :
Nobel 2001
Szalone lata
dziewięćdziesiąte
Dane oryginału: J. E. Stiglitz, The Roaring Nineties. A New History of the
Word’s Most Prosperous Decade, 2003
Przekład: Hanna Simbierowicz
Wydawnictwo
Naukowe PWN, Warszawa 2006
-----------------------------------------------------------------------------------
Cytuję:
- informacje z okładki książki ,
- spis treści,
- obszerne fragmenty z Przedmowy,
- fragmenty z rozdziału 1.
- obszerne fragmenty z Epilogu.
Anonimus ( w 2009 r., z uwagi na kryzys, rozszerzyłem
prezentację na całość książki)
-----------------------------------------------------------------------------------
Z
okładki książki
Joseph E. Stiglitz – laureat
Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii w 2001 r.
za wkład w analizę rynków działających w warunkach asymetryczności
informacji. W latach 1993-1997 był szefem Rady doradców
ekonomicznych Prezydenta Stanów
Zjednoczonych, W. Clintona, a w latach 1997-2000 – głównym ekonomistą Banku
Światowego. Obecnie (od 1999 r.) jest profesorem Uniwersytetu Columbia.
Kolejna fascynująca książka
noblisty i byłego szefa doradców ekonomicznych prezydenta Billa Clintona znanego i cenionego na polskim rynku autora
takich bestsellerów jak Globalizacja i
Ekonomia sektora publicznego.
Tym razem J.E. Stiglitz analizuje gospodarkę amerykańską oraz politykę
gospodarczą i międzynarodową prowadzoną przez Rząd Stanów Zjednoczonych w
latach dziewięćdziesiątych XX wieku – okresie uznanym za jeden z najdłuższych
cyklów koniunkturalnych. Wyjaśnia też rolę „nowej gospodarki”, zjawisko
nakręcania koniunktury przez giełdę i „twórczej księgowości”. Omawiając
gospodarkę amerykańską porusza jednocześnie najważniejsze problemy występujące
w gospodarce światowej – bezrobocie, zadłużenie, niesprawiedliwość
społeczną.
Książka przeznaczona jest do szerokiego kręgu odbiorców. Podobnie jak Globalizacja ma charakter publicystyczny. Autor umiejętnie łączy w
niej publicystyczną przystępność z naukowym podejściem analitycznym. Może ona
służyć jako lektura uzupełniająca studentom wszystkich szkół wyższych,
studiującym na kierunkach ekonomicznych, socjologicznych i innych nauk
społecznych, a także wszystkim zainteresowanym wpływem gospodarki światowej na
nasze życie.
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Spis treści
Przedmowa do wydania broszurowego
......... 7
Przedmowa ......... 39
Podziękowania ......... 39
Rozdział 1 Ożywienie i presja. Ziarna destrukcji ......... 47
Rozdział 2 Dzieło cudotwórców czy szczęśliwe
błędy? ......... 66
Rozdział
3 Wszechpotężna Rezerwa
Federalna i jej rola w nadmuchaniu bańki
......... 86
Rozdział 4 Amok deregulacji .........
108
Rozdział
5 Kreatywna księgowość .........
128
Rozdział
6 Rola banków .........
146
Rozdział
7 Obniżki podatków. Podsycanie
szaleństwa ......... 168
Rozdział 8 Ryzyko sposobem na życie .........
175
Rozdział 9 Globalizacja. Początkowe „sukcesy” .........
191
Rozdział
10 Enron .........
218
Rozdział
11 Obalanie mitów .........
237
Rozdział
12 Ku nowemu demokratycznemu
idealizmowi. Wizja i wartości
......... 246
Epilog
Kolejne nauki z niewłaściwego kierowania gospodarką .........
273
Przypisy ......... 285
----------------------------------------------------------------------------------------------------
Przedmowa
do wydania broszurowego ......... 7
Od chwili, gdy skończyłem pisać tę książkę,
wydarzyło się wiele rzeczy, które dostarczyłyby dalszych dowodów
uzasadniających głębokość niepokojów, jakie w niej wyraziłem. W owym czasie
niektórzy sądzili, czy też mieli nadzieję, że Stany Zjednoczone skandale mają
już za sobą. Uchwalono Ustawę Sarbanesa-Oxleya, która miała rozwiązać dotychczasowe
problemy. Między innymi nakładała ona na dyrektorów bezpośrednią
odpowiedzialność za rachunkowość spółek i ograniczała pole konfliktu interesów
z firmami księgowymi. W owym czasie Amerykanie nie uporali się jeszcze z
pozostałościami pęknięcia bańki: gospodarka nadal odczuwała spadek koniunktury,
była pogrążona w jakimś ekonomicznym marazmie, funkcjonując na poziomie
znacznie niższym od swych możliwości, w najlepszym razie tworząc zaledwie
minimalną liczbę miejsc pracy. Wreszcie, w owym czasie zostały już wprawdzie
rozpoznane problemy wynikające ze sposobu przebiegu globalizacji – Ameryka i
Unia Europejska posunęły się aż do zobowiązania się do zorganizowania rundy
negocjacji handlowych (nazwanej potem Rundą Rozwoju), której deklarowanym celem
było zapewnienie korzyści krajom mniej rozwiniętym i udzielenie im pomocy w
przedsięwzięciach rozwojowych, lecz nie było pewności co do postępów w tych
negocjacjach. W jedynym obszarze, wydawałoby się, jednoznacznej poprawy –
kiełkującego ożywienia w gospodarce amerykańskiej – spuścizna dawnych błędów w
dalszym ciągu się utrzymywała, nasuwając wątpliwości co do siły przyszłego
wzrostu gospodarczego i jego trwałości w długim okresie.
Skandale
w spółkach
W odniesieniu do skandali wybuchających w spółkach obrońcy kapitalizmu w
wydaniu amerykańskim często zajmowali takie stanowisko, że to po prostu, jak
zawsze, prasa – w połączeniu z głupawymi inwestorami, którzy stracili pieniądze
na giełdzie i szukali winnych – wyolbrzymiła historię paru firm, które poszły w
złą stronę. Niebezpieczeństwo tej sytuacji, wielokrotnie podkreślane przez
naczelnych dyrektorów firm polegało na przesadnym reagowaniu, prowadzącym do
zbyt daleko idących regulacji.
Ujawnianie się nowych skandali
Kiedy jeszcze trwały śledztwa w sprawie starych skandali, takich jak w
World-Comie i Enronie, a Wall Street nadal przestrzegała przed
niebezpieczeństwami zbyt silnej na nie reakcji, wybuchły nowe skandale. Jeden z
najgorszych dotyczył otwartych funduszy inwestycyjnych. Większość Amerykanów
dużą część swoich akcji trzyma nie na samodzielnych rachunkach, lecz korzysta z
pośrednictwa funduszy inwestycyjnych. (...)
Otwarte fundusze inwestycyjne pozwalają na niezbędną dywersyfikację po
rozsądnych kosztach – pod warunkiem, że działają uczciwie, że nie ukrywają
pobieranych opłat.
W latach dziewięćdziesiątych XX
wieku nauczyły się one jednak, jak oszukiwać inwestorów. Dokonywały mianowicie
prostego przekrętu, nazywanego wykorzystywaniem różnicy czasu rynkowego. Łatwo
zarobić pieniądze, kupując o czwartej po południu akcję, której cena od godziny
trzeciej wzrosła, jeżeli można ją kupić po cenie z godziny trzeciej. Określenie
„wykorzystywanie różnicy czasu rynkowego” brzmi tak, jakby się kupowało tę
akcję po prostu we właściwym momencie. Jednak teoria ekonomii dowiodła, że jest
praktycznie niemożliwe systematyczne zarabianie pieniędzy na wygrywaniu z
rynkiem. Wskutek tego oszustwa funduszy inwestycyjnych zyski osiągane przez
jednych szły na koszt innych – innych właścicieli otwartych funduszy inwestycyjnych.
Środowisko finansowe od dawna czuło
wstręt do regulacji wprowadzanych przez państwo. Zaufajcie nam, mówili.
Pozwólcie nam regulować się samym. Nie oszukamy inwestorów. Damy im wymagane
informacje. Niestety, samoregulacja okazała się w takim samym stopniu blagą,
jak inne elementy rzekomej uczciwości Wall Street. Jako społeczność ludzie ci
zdawali sobie sprawę z wagi zaufania publicznego. Świat finansów wiedział, że
jeśli zwykli ludzie poczują, iż rynek akcji jest oszukańczą grą, to będą bardziej
powściągliwi w powierzaniu mu swoich pieniędzy, a wraz z tym znikną jego zyski
i wzrost gospodarki amerykańskiej. Ale finansiści chcieli pozorów, a nie
rzeczywistości uczciwego rynku, więc z ich punktu widzenia istniało ryzyko, że
władze regulacyjne mogą się posunąć za daleko.
W szczytowym momencie otwarte
fundusze inwestycyjne kontrolowały miliardy aktywów. Oczywiście nie powinno
dziwić, że mogły istnieć obawy o „złe zachowanie”, gdy tyle pieniędzy walało się wokół. Pokusy były olbrzymie. Od firm maklerskich,
otwartych funduszy inwestycyjnych i banków inwestycyjnych oczekuje się, że będą
maksymalizowały zysk i działały tak jak powiernicy, w najlepiej pojętym
interesie tych, którzy im zawierzyli swoje pieniądze. Jednakże złożoność
finansów i fakt, że tak wiele spraw jest niejawnych, stwarzają aż nadto
możliwości oszukiwania. Podobnie jak w
bankach inwestycyjnych i firmach księgowych mnożyły się konflikty interesów,
występowały one również w samym rdzeniu systemu samoregulacji, opierającego się
na New York Stock Exchange. (Giełda ta
jest nie tylko forum handlowym, lecz także częścią systemu samoregulacji rynku.
Powinna gwarantować, by spółki i gracze przestrzegali pewnych przepisów
zapewniających uczciwość i efektywność rynku, a w szczególności to, by kupujący
i sprzedający otrzymywali ceny najlepsze z możliwych).
Przytoczę tylko jeden z takich
konfliktów interesów: firmy giełdowe, które podlegały regulacji – i odnosiły
korzyści z wykorzystywania swojej uprzywilejowanej pozycji – ustalały pensje
tych, którzy przeprowadzali regulację.
Gdy ci, którzy mają być poddani regulacji, przyznają sowite pakiety
płacowe regulującym, to czy można mieć zaufanie, że ci drudzy będą skwapliwie
wykonywać swoje zadania? „Regulujący się sam” miał wszelkie powody, żeby im
dogodzić. Takie dogadzanie oznaczało
nierobienie czegoś w sprawie niektórych immanentnych problemów generujących
zyski dla kilku specjalistycznych firm (firm, które kreują rynek i
które, mimo że powinny zapewniać swoim klientom najlepszą możliwą cenę, mogą
wykorzystywać tę swoją pozycję kreatorów rynku do wzbogacania się kosztem
akcjonariuszy). Fakt, że szef New York Stock Exchange, Richard Grasso, niewiele
zrobił w sprawie zajęcia się tym „specjalistycznym problemem”, potwierdza te obawy.
Niezależnie od tego, że Grasso nie
wykonywał pracy „samoregulatora”, bezmiar jego pazerności wywołał skandal na New York Stock Exchange;
wybuchł on wkrótce po opublikowaniu tej książki. Mimo że jego pakiet płacowy
przekraczał 150 milionów dolarów, a całkowite roczne wynagrodzenie było niemal
równe dochodowi netto Ne York Stock Exchange w 2001 roku, Grasso nie chciał być
gorszy od niektórych dyrektorów spółek notowanych na „jego” giełdzie. Zażądał
pięciomilionowej premii za szybkie uruchomienie giełdy po 11 września – a to
była przecież jego praca – co było szczególnie niesmaczne, gdy się zważy zachowanie tych wszystkich strażaków i
policjantów, którzy poświęcili życie, wykonując swoją pracę. New York Stock
Exchange od dawna jest symbolem amerykańskiego kapitalizmu. Grasso i jego
chciwość oraz wady systemu samoregulacji ujawnione w wyniku skandalu stały się
symbolem tego, co się przydarzyło amerykańskiemu kapitalizmowi w latach
dziewięćdziesiątych XX stulecia.
Skandal ukazał jeszcze więcej
problemów. Po pierwsze. Kiedy „Wall Street Journal” napisał o wynagrodzeniu
Grassa, nie zwróciło to większej uwagi ani nie wywołało komentarzy. Dla amerykańskiego środowiska biznesowego
był to po prostu zwykły biznes. Dopiero gdy ileś miesięcy później londyński
„Financial Times” umieścił tę historię na pierwszej stronie, uwaga opinii
publicznej skupiła się na zarobkach Grassa. Czy amerykańska prasa biznesowa
także zaakceptowała takie same liberalne normy etyczne, jakimi kierowały się
amerykańskie firmy finansowe i korporacje? Prasa jest, lub powinna być, częścią
struktury nadzoru, jednym z kontrolerów sprawiających, że nasz system
funkcjonuje.
Po drugie, równie żenująca była
pierwsza reakcja Grassa i zarządu New York Sock Exchange, który przyznał mu
wynagrodzenie. Nie widzieli tu oni żadnego konfliktu interesów. Nie dostrzegali
niczego, czego powinni się wstydzić. Dla nich to też był tylko zwykły
biznes.
Oczywiście sprzeniewierzenie i
zwykle oszustwo podlegają ocenom moralnym, ale oceny moralne powinny obejmować coś
jeszcze. Jednak ewidentnie nie obejmowały. Członkowie społeczności finansowej
oczywiście rozumieli, że gdy angażują się w praktyki opisane w tej książce – na
przykład gdy emitują nowe akcje (pierwotną ofertę publiczną) po cenach niższych
od rynkowych – w efekcie kradną pieniądze akcjonariuszom spółki. Z pewnością
musieli wiedzieć, że było rzeczą niewłaściwą zachęcać naiwnych inwestorów do
wkładania pieniędzy w spółki, które uważali za szmelc. Ale ochoczo – i z
zyskiem – zawieszano moralność, przynajmniej jeśli chodzi o wykorzystywanie
nieświadomych klientów, caveat emptor!
Ujawnianie karygodnych czynów
Postępowania upadłościowe najlepiej pozwalają się przyjrzeć wykroczeniom –
dostarczają takiego wglądu w świat korporacji, jakiego inaczej byśmy nie mieli.
To dopiero dzięki zagłębieniu się w akta dotyczące Enronu w końcu pojęliśmy, co
było złego w kalifornijskim kryzysie energetycznym – to, że Enron wraz z innymi
handlującymi elektrycznością manipulowali rynkiem. Bankructwo WorldComu ukazało więcej takich
gorszących zachowań: bankierzy WorldComu wmuszali inwestorom wypuszczane przez
niego obligacje, w czasie gdy sami ponaglali własne departamenty do spraw
pożyczek, żeby zmniejszyły związane z nimi ryzyko. Pieniądze ze sprzedaży
obligacji mogły być użyte przez WorldCom do spłacenia banków: banki po prostu
przenosiły ryzyko bankructwa z siebie na nieostrożnych posiadaczy obligacji.
Jest to kolejny przykład wygrywania konfliktów interesów, przed czym krytycy
łączenia banków inwestycyjnych i handlowych, tacy jak ja, przestrzegali, ale
zostali zignorowani przez lobbystów z Wall Street i życzliwych wobec nich
urzędników z Ministerstwa Skarbu Stanów Zjednoczonych.
Same procesy były skarbnicą dalszych
przykładów tego, co było złe. Obraz wyrafinowanych instytucji finansowych
eksploatujących nieszczęsnych inwestorów, ujawniony w skandalach związanych z
analitykami – prywatnie analitycy mieszali z błotem akcje, które zachwalali
klientom jako gwarantowaną wygraną – wzmocniły kolejne dowody, między innymi z
procesu Franka Quattrone, superanalityka z Credit Suisse First Boston. Ten
proces skończył się wyrokiem, ale niektórzy z najważniejszych graczy – mający
powiązania z administracją Busha – nie stanęli przed sądem; dopiero trzeba
będzie postawić im zarzuty. W niektórych przypadkach banki inwestycyjne poszły
na ugodę pozasądową, nie chcąc, by wszystkie informacje ujrzały światło
dzienne. Wprawdzie zapłacone przez nie grzywny, idące w setki milionów dolarów,
mogą się większości Amerykanów wydawać wysokie, jednak były one niewielkie w
porównaniu z ogromnymi zyskami, jakie banki te osiągnęły w szczytowym okresie
nadużyć w latach dziewięćdziesiątych.
W czasie, gdy oddaję tę książkę do
druku, gazety przynoszą codziennie lawinę artykułów o przestępstwach spółek – o
procesach, skorygowanych wynikach księgowych, grzywnach. „Financial Times”1
(przypuszczalnie nadal bardziej wytrwały w przedstawianiu karygodnych czynów
spółek niż gazety amerykańskie) jednego dnia zawierał następujące artykuły i
doniesienia:
• „Kirk Seldon, były wiceprezes Cendantu,
stawił się wczoraj przed sądem... (...)
• „Citigroup zawiera ugodę w sprawie
WorlComu. (...)
• „3,3 miliarda dolarów zarezerwowane
[przez Citigroup] na skandale związane z Enronem i inne”.
• „Rezerwa Federalna nałożyła na UBS
karę w wysokości 100 milionów dolarów za łamanie dolarowego embarga... (...)
• „Fannie [Mae, duża amerykańska firma
udzielająca kredytów hipotecznych] wygrywa sprawę dotyczącą zapisów
księgowych... (...)
• „Sprawa sądowa przeciwko <<Grupie Blacka>> [grupie dyrektorów wykonawczych spółki Hollinger,
dużego międzynarodowego wydawcy prasy, głównie w Kanadzie i Wielkiej
Brytanii]... (...)
• „Euro-Asia Agricultural
(Holdings... (...)
Jak
pokazują dwa ostatnie punkty, nadużycia opisywane w artykułach były popełniane,
oczywiście, nie tylko przez firmy amerykańskie.
Skoro niemal każdy większy bank
inwestycyjny, każda większa firma księgowa (i niektóre mniejsze) oraz duża
część przedsiębiorstw były wplątane w skandale, nic dziwnego, że zachwiało się
zaufanie do tych instytucji. Ale równie
niepożądana jest ujawniona sprawa zawodności mechanizmów regulacyjnych – nie
tylko systemów kontroli w firmach (nazywanych nadzorem właścicielskim), nie
tylko systemu samoregulacji, lecz także systemu nadzoru sprawowanego przez
instytucje państwowe. Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy, odpowiedzialna
za to, by ludzie mieli zaufanie do rynków kapitałowych i by nie wykorzystywano
drobnych inwestorów, wiedziała w latach dziewięćdziesiątych, co się dzieje. Pod
przewodnictwem Arthura Levitta starała się coś zrobić w tej sprawie, ale była
często zmuszana do odwrotu przez odnoszących korzyści z systemu. W ostatnich
kilku latach, chociaż stawało się coraz bardziej jasne, iż zasięg problemu jest
znacznie większy niż początkowo myślano, zapał do krytyki wyraźnie osłabł.
Środowisko biznesowe i finansowe pomogło George’owi W. Bushowi w reelekcji i
oczekiwało, że przynajmniej ta inwestycja mu się zwróci. Jak dotąd, się nie
zawiodło. W sytuacji uwikłania wysoko postawionych osób w administracji w coś,
co jest szeroko postrzegane jako uchybienia natury etycznej pociągające za sobą
konflikty interesów na linii spółki-państwo, trudno się spodziewać, by
Waszyngton był skutecznym strażnikiem właściwego postępowania spółek.
W efekcie ciężar odsłaniania
skandali i nakładania grzywien spada na odpowiedzialnych za egzekwowanie prawa
w poszczególnych stanach.
Skandale
w kraju i za granicą
Kiedy problemy opisane w tej książce wypłynęły na powierzchnię, wiele osób za
granicą uznało, że miało słuszność,
żywiąc podejrzenia do kapitalizmu w amerykańskim stylu. Liczni dyrektorzy
spółek w Europie i Azji, jakkolwiek mogli zazdrościć amerykańskim kolegom
pokaźnych pakietów płacowych, to jednak uważali, że było coś niewłaściwego w
ich wysokich pensjach. Amerykańscy dyrektorzy nie wydawali się o wiele lepsi,
jeśli w ogóle byli lepsi, od dyrektorów gdziekolwiek indziej, ale Ameryka
odnosiła sukcesy i być może to dyrektorzy je wykuwali, więc niewykluczone, że
wysokie płace były uzasadnione. Wątpliwości jednak wzrosły, gdy czeki z
poborami były coraz większe, mimo że gospodarka pogrążała się w recesji, a ceny
akcji gwałtownie spadały. Zmieniła się wersja: teraz dyrektorzy mieli być
nagradzani nie za doprowadzenie do wzrostu, lecz za zapobieganie spadkowi. A
jeśli mu całkowicie nie zapobiegali, to przynajmniej ograniczali jego
głębokość, w każdym razie tak twierdzono.
W ostatnim roku, kiedy
dowiedzieliśmy się, że skandale – korupcja – w amerykańskim systemie
wolnorynkowym były bardziej rozpowszechnione niż wcześniej sądzono, w kilku
krajach europejskich też doszło do skandali, między innymi z firmami Parmalat
we Włoszech, Vivendi we Francji i Ahold w Holandii. Chociaż każdy z nich był
odmienny, to jednak miały pewną cechę
wspólną, mianowicie wypracowywanie nowych technik księgowych i finansowych
pozostawiało w tyle wszelkie postępy w wykrywaniu powstałych problemów.
Jedenasty września ukazał jeszcze
jedną z ciemniejszych stron globalizacji
- terroryści mogli teraz łatwiej przekraczać granice, tak jak dobra i
usługi. Od czasu ukazania się [pierwszego wydania] tej książki rozwój wydarzeń
pokazał jeszcze inny jej wymiar: postawy i „innowacje”, które legły u podstaw
skandali w spółkach w Ameryce i stanowiły odbicie upadku norm moralnych,
rozprzestrzeniły się wszędzie, choć na mniejszą skalę. Zagraniczni dyrektorzy
nie widzieli powodu, dla którego nie mieliby być tak sowicie wynagradzani jak
ich amerykańscy partnerzy. Nawet zapożyczyli od nich retorykę – płaci się za
wyniki wraz z oszustwem: byli opłacani, gdy rynek akcji zwyżkował i ceny akcji
ich własnej spółki rosły, mimo że niejednokrotnie źle nią zarządzali, i byli
opłacani, gdy rynek akcji zniżkował.
Poza tym wiele krajów europejskich
nawet nie wymagało od spółek akcyjnych, by podawały informacje o zarobkach
menedżerów najwyższego szczebla, więc niewiele z nich to robiło. Kiedy
informacje te zostały ujawnione, powstało chyba jeszcze większe oburzenie niż w
Ameryce, zwłaszcza tam, gdzie wyglądało na to, że szefom dobrze się powodzi,
natomiast zarządzane przez nich spółki mają słabe wyniki. Tak jak w Ameryce,
emerytury („odłożona rekompensata”) stanowiły metodę przyznawania po cichu
wysokich nagród dla dyrektorów bez informowania akcjonariuszy. W słynnym
przypadku Percy’ego Barnevika, prezesa ABB, dużego szwajcarsko-szwedzkiego
holdingu przemysłowego zatrudniającego ponad 160 000 pracowników, nawet rada nadzorcza twierdziła,
że nie była właściwie informowana o wysokości odprawy emerytalnej, która
wyniosła 148 milionów franków szwajcarskich (118 milionów dolarów), oprócz
premii związanych z wynikami. Później rada wymusiła zwrot 90 milionów franków
szwajcarskich (72 milionów dolarów).
Jednakże w Europie stosunkowo mało
osób robiło użytek z nowych trików będących rezultatem amerykańskiej
pomysłowości – takich jak opcje zakupu akcji
czy ciche wielomilionowe odprawy emerytalne. – do osobistego bogacenia
się. Inni byli bardziej sceptyczni i toczono debatę na temat natury nadzoru
właścicielskiego. W Ameryce popularny był pogląd, że spółki powinny pilnować
jedynie interesów własnych akcjonariuszy, w Europie zaś przynajmniej
dyskutowano o tym, w jakiej mierze powinno się brać pod uwagę interesy
pracowników i społeczeństwa.
Chcę być dobrze zrozumiany: nie
twierdziłem, że w tej szczególnej sytuacji historycznej amerykańscy dyrektorzy
byli szczególnie nikczemni lub że, przeciętnie biorąc, dyrektorzy europejscy
byli bardziej cnotliwi. Utrzymywałem, że amerykańscy dyrektorzy byli wystawieni
na pokusy, którym nie potrafili się oprzeć – innowacje finansowe dostarczyły im
nowych sposobów oszukiwania akcjonariuszy i zapewniły motywację do takiego
postępowania. Poza tym problemy występujące w spółkach akcyjnych
rozprzestrzeniły się na audytorów i banki, przybierając w tym procesie na sile.
Istniała silna motywacja do zmiany norm i zmiany takiej dokonano. Czymś do przyjęcia, a nawet koniecznym stało się
wypłacanie członkom zarządów kwot, które wcześniej bądź gdzie indziej
wydawałyby się horrendalne.
Niektóre z tych pokus występowały
też w Europie i gdzie indziej. W Europie były ograniczane przez ostrzejsze
normy oraz system księgowania, w którym kładziono nacisk nie tyle na
przestrzeganie szczegółowych reguł, ile na dostarczanie prawidłowego ogólnego
obrazu kondycji firmy. Nie mam jednak wątpliwości, że gdyby boom gospodarczy
trwał dłużej, ich presja byłaby tak samo nie do wytrzymania w innych krajach,
jak była w Stanach Zjednoczonych. W dzisiejszych czasach rynek dyrektorów jest
rynkiem globalnym, w związku z czym amerykańskie normy dotyczące „fair play” i
„sprostania konkurencji” (pierwszorzędna spółka musi mieć pierwszorzędnego
dyrektora naczelnego, co oznacza, że trzeba mu płacić bardzo wysoką pensję!)
wzięłyby górę. Na szczęście dla Europy problemy Ameryki wyszły na jaw, zanim
powstały trwałe szkody. Dziś wielu ludzi w Europie ciężko pracuje nad
wprowadzeniem ściślejszego nadzoru właścicielskiego i ostrzejszych standardów w
rachunkowości, ale tak samo jak w Ameryce istnieje przed tym opór. I tak samo
jak w Ameryce liczne osoby sprzeciwiają się wprowadzeniu przepisów o ujawnianiu
informacji na temat opcji zakupu akcji, w obawie, by dokładniejsze informacje
nie wpłynęły (tak jak powinny) na obniżkę wartości akcji. Wprawdzie pod wieloma
względami Europa ma przewagę nad Ameryką, ale pod innymi jest słabsza. To nie
Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC), lecz główny sędzia stanu Nowy
Jork Eliot Spitzer zdemaskował i ścigał sądownie najbardziej skandaliczne
przypadki wykroczeń. Amerykański system prawny – w tym zasady prawa
zwyczajowego, które chronią akcjonariuszy mniejszościowych, i nakładanie się
jurysdykcji, pozwalające na podejmowanie działań zarówno na szczeblu federalnym
przez SEC, jak i na poziomie stanowym przez głównych sędziów – zapewne
umożliwia lepsze egzekwowanie istniejących regulacji prawnych.
W jakim punkcie reform się znajdujemy?
Jakkolwiek problemy, o których pisałem, najwyraźniej nie zostały wyeliminowane,
to pozostaje naturalne pytanie: czy przynajmniej uczyniliśmy postęp w walce z
nimi? Czy Ustawa Sarbanesa-Oxleya „rozwiązała”
choćby te problemy, które wtedy były oczywiste? Wydaje się, że ustawa to
wszystko zmieniła. Weźmy pod uwagę na przykład problem konfliktów interesu
grożących firmom księgowym – zarabiały one większość pieniędzy na
konsultacjach, a nie na księgowaniu, toteż miały wszelkie powody, żeby dogadzać
dyrektorom. Obecnie księgowość podlega komitetowi kontroli rady nadzorczej
spółki, a nie dyrektorowi wykonawczemu, i firmy księgowe zdają sobie sprawę, że
są na usługach akcjonariuszy, swoich prawdziwych pracodawców, a nie
kierownictwa. Poza tym ograniczenia świadczenia usług nieaudytorskich pozwoliły
im skoncentrować się na audycie. (Duże sprawy sądowe wielu firm księgowych też
im w tym pomogły: mają silną motywację do unikania błędów popełnianych w
przeszłości).
Nie wszystko jednak zostało
rozwiązane. Ustawa Sarbanesa-Oxleya nie zajmowała
się problemem, który uważam za jeden z najważniejszych, mianowicie systemem
bodźców stwarzanych przez opcje zakupu akcji. Nie mogła się też naturalnie
zajmować skandalem z funduszami inwestycyjnymi czy problemami systemu
samoregulacji New York Stock Exchange – gdyż skandale miały się dopiero
wydarzyć – a wyznawcy wolnego rynku, na którym nie ma regulacji, lubią się
zajmować problemami po fakcie, kiedy nie można ich już dłużej
ignorować.
Dobrą wiadomością jest to, że
sprawa nadzoru właścicielskiego, odpowiedzialności dyrektorów wykonawczych
przed tymi, którym z założenia mają służyć, na trwale zagościła na porządku
dnia. Niektóre aktywne fundusze emerytalne, takie jak CalPERS (kalifornijski stanowy fundusz emerytalny),
coraz częściej domagały się większej odpowiedzialności i poprawy nadzoru
właścicielskiego w firmach, w które inwestowały. Kilka dużych firm zaczęło
„wliczać w koszty” opcje zakupu akcji. Spółka Google zdecydowała się sprzedawać
swoje akcje z oferty pierwotnej bezpośrednio inwestorom, z pominięciem banków
inwestycyjnych. Czas pokaże, jak będą przebiegały te reformy i czy będą
trwałe.
Zarządzanie na poziomie makro
Chociaż skandale nie są całkiem sprawą
przeszłości, w chwili oddawania tego wydania książki do druku recesja, która
zaczęła się na początku 2001 roku, raczej ma się ku końcowi – gospodarka
wykazuje symptomy dochodzenia do zdrowia. Trwa oczywiście dyskusja o stopniu
tego wyzdrowienia. Niektórzy niepokoją się spuścizną deficytu handlowego i
fiskalnego, rosnącym zadłużeniem Ameryki za granicą. Olbrzymie cięcia podatkowe
w latach 2001 i 2003 przekraczały wielkości, na które kraj mógł sobie pozwolić.
Nadwyżka budżetowa w wysokości 2% PKB w 2000 roku przekształciła się rychło w
deficyt rzędu 5% PKB – był to ogromny zwrot w bardzo krótkim czasie. Amerykanie
oszczędzali za mało, żeby móc sfinansować ten deficyt, w efekcie trzeba się
było zwrócić po pieniądze do reszty świata. Kraj żyje znacznie ponad stan,
pożyczając przeszło półtora miliarda dolarów dziennie.
Jeśli wyzdrowienie okaże się trwałe,
obrońcy cięć podatkowych George’a W. Busha powiedzą: „No, widzicie? Obniżki
podatków są skuteczne”. Ale to nie jest miara sukcesu, bo każda recesja kiedyś
się kończy. Miarą sukcesu jest to, czy spadek koniunktury był tak krótki, jak
to tylko możliwe, i czy stworzył podstawy trwałego wzrostu. Prawie nie budzi
wątpliwości, że alternatywne rozwiązania – na przykład obniżki podatków
obejmujące osoby o niższych i średnich dochodach – sprawiłyby, iż spadek
aktywności gospodarczej byłby krótszy i płytszy. W istocie całkowite skutki
cięć podatkowych Busha będą odczuwane dopiero po latach. Kraj jest uboższy z
powodu ogromnego deficytu, któremu dały one początek i który wyeliminuje
przyszłe inwestycje w edukację i technikę. Już dziś nie dotrzymują one kroku
wzrostowi gospodarczemu i istnieje niebezpieczeństwo, że zmniejszą się też w
ujęciu bezwzględnym. A to są właśnie tego rodzaju inwestycje, które stanowiły
podstawę ożywienia gospodarczego w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku i
od których będzie zależał przyszły wzrost gospodarczy w Ameryce.
Ponieważ obniżki podatków w
niewielkim stopniu stymulowały gospodarkę, bardziej polegano na niskich stopach
procentowych. Te zadziałały ale nie dlatego, że pobudziły inwestycje. Niby
dlaczego przy takiej nadwyżce potencjału w telekomunikacji i sektorze
najbardziej rozwiniętych technologii firmy miałyby kupować więcej dóbr
kapitałowych tylko z powodu niskich stóp procentowych? To raczej gospodarstwa
domowe refinansowały swoje pożyczki hipoteczne, brały więcej kredytów,
pozwalających im na konsumpcję na wcześniejszym poziomie. Wysokie ceny
nieruchomości też napędzały gospodarkę, a zapewne przyczyniły się do bańki na
tym rynku. Gospodarstwa domowe zaciągały większe długi; ponieważ stopy
procentowe były niskie, więc mogły sobie na to pozwolić, lecz gdy gospodarka
się wzmocni i stopy nieuchronnie wzrosną, będzie im trudno obsłużyć te długi.
Sytuacja ta pogorszy się w następnych latach, gdyż duży deficyt budżetowy
oznacza, iż stopy procentowe będą wyższe...(...) Wiele gospodarstw domowych
zbankrutuje, inne będą zmuszone trzymać na wodzy swoją konsumpcję. Istnieje
poważne ryzyko, że bańka na rynku nieruchomości pęknie... (...) Taki scenariusz
może się rozegrać bądź nie. Jest jednak jasne, że strategia Busha-Greenspana –
wiążąca się z większym poleganiem na niskich stopach procentowych i
refinansowaniu pożyczek hipotecznych w celu podtrzymania gospodarki w latach
2001-2004 oraz z obniżkami podatków dla bogatych, które dostarczyły gospodarce
mniejszego bodźca, niż uczyniłyby to ulgi podatkowe na inwestycje czy obniżki
podatków dla ubogich – była ryzykowna i wystawiła przyszłość gospodarki
amerykańskiej na niebezpieczeństwo.
Ponowna ocena Busha, Clintona i Greenspana
Niektórzy krytycy administracji Billa Clintona wyrywali z kontekstu to, co
powiedziałem w tej książce. Byłem surowym krytykiem, ale mam nadzieję, że
sprawiedliwym. W gospodarce występowały tendencje zniżkowe, zanim George W.
Bush objął prezydenturę; niektóre ziarna destrukcji, jak podkreślałem w
książce, były już zasiane. Oczywiście doszłoby do boomu niezależnie od tego, co
zrobiłaby administracja Clintona, a ten boom ze swej strony zapoczątkował spadek koniunktury
gospodarczej, powtarzając cykl wzlotów i upadków, jaki cechował kapitalizm w
ciągu dwustu lat. Mogliśmy być niemądrzy, czy co najmniej zbyt optymistyczni,
mając nadzieję, że nowa gospodarka przyniesie kres cykli koniunkturalnych, ale
naszej administracji nie można winić za nieodłączną niestabilność gospodarki
rynkowej.
Administrację Billa Clintona i
Rezerwę Federalną można obwiniać o niezrobienie tego, co należało, żeby stłumić
cykl ekspansji i recesji – a nawet o jego wyolbrzymianie – ale George’a W.
Busha należy jeszcze bardziej winić za niezrobienie tego, co mógł, żeby zająć
się recesją, kiedy już wystąpiła. Prezydent Bush twierdził, że bez jego obniżek
podatków problemy gospodarcze byłyby jeszcze gorsze. To prawda, że obniżki
podatków – zwłaszcza obejmujące Amerykanów o niskich i średnich dochodach,
których to obniżek domagali się demokraci w Kongresie oprócz obniżek proponowanych
przez prezydenta, a dotyczących Amerykanów o wyższych dochodach – trochę
pomogły. Tak samo zwiększone wydatki wojskowe. A także niektóre inne
ograniczone specjalne bodźce dla inwestycji, mające dodać skrzydeł gospodarce
tuż przed wyborami, a potem się wypalić. Jak jednak uzasadniam w Epilogu,
administracja Busha mogła i powinna zrobić o wiele więcej. To, co wtedy
powiedziałem, jest nadal prawdą, mimo że w gospodarce amerykańskiej trwa
ożywienie.
Jeżeli byłem odrobinę za ostry w
stosunku do Billa Clintona, to byłem – tak sądzę – o wiele za łagodny w
stosunku do Alana Greenspana. Bo po dostrzeżeniu bańki i rzeczywistego ryzyka,
jakie stwarza, po stwierdzeniu, że ma narzędzia, za pomocą których można ją
przynajmniej zmniejszyć, nie zrobił nic poza przyłączeniem się do analityków i
innych ludzi z Wall Street, nadymających tę bańkę. A potem, kiedy powinien
pomóc wyraźnie niedoświadczonej administracji przygotować politykę gospodarczą,
która by szybko wydobyła gospodarkę z recesji, zaaprobował obniżkę podatków,
która w oczywisty sposób nie była zaprojektowana tak, by mogła stymulować
gospodarkę, i tego nie uczyniła. Jako ekonomista wiedział z pewnością, że była
ona skazana na niepowodzenie. Jego stanowisko było tym bardziej dziwne, gdy się
zważy jego stałą troskę o deficyt. Tymczasem przewidywalną konsekwencją
zalecanych przez niego rozwiązań był powrót wysokich deficytów, do których
wyeliminowania tak stanowczo nakłaniał Billa Clintona mniej niż dekadę
wcześniej. Upływ jednego roku tylko lepiej unaocznił wielkość błędów w ocenach
popełnionych przez Greenspana.
Co gorsze, kiedy w końcu usiłował
coś zrobić z narastającym deficytem, nalegał nie na uchylenie obniżek podatków
dla bogatych, lecz na dalsze cięcia w wydatkach, które w sytuacji wojny w Iraku
i walki z terroryzmem nieuchronnie oznaczałyby ograniczenie inwestycji w
badania i edukację, stanowiących podstawę trwałego wzrostu.
Podobnie, mimo że w ramach
początkowego wsparcia dla pierwszej obniżki podatków, w 2001 roku, stworzył
gwarancje dla tych, którzy się obawiali, że mogą być zagrożone pieniądze mające
postawić Medicare i Ubezpieczenia Społeczne na solidnej podstawie, to teraz,
kiedy sytuacja budżetowa się pogorszyła – jak było do przewidzenia – ponownie
zmienił kurs. Są tylko dwa sposoby
poradzenia sobie z niedoborami w budżecie: podniesienie podatków i obcięcie
wydatków. Tak jak inwestycje w edukację i technikę, będą również zagrożone
powyższe programy społeczne. (Przy wzroście wydatków militarnych i
ograniczonych rozmiarach wszystkich innych programów razem wziętych nie ma
innej możliwości). Przez opowiedzenie się przeciwko wycofaniu obniżek podatków
naraził Ubezpieczenia Społeczne i Medicare na niebezpieczeństwo.
Oczywiście, prezes Rezerwy
Federalnej ma prawo do osobistej opinii, niezależnie od tego, czy jest wsparta
przez teorię ekonomiczną bądź dowody. Jednak wyrażane przez niego poglądy
wskazują, że wykorzystywał on, i nadal wykorzystuje, swoją władzę oraz
niezależność Rezerwy Federalnej do przeprowadzania polityki partyjnej i
rozwiązań, które odzwierciedlają szczególny zbiór wartości. To nie są jedynie
poglądy doświadczonego technokraty.
Batalia o deficyt budżetowy
Miniony rok ugruntował odwrócenie długoletnich stanowisk obu partii wobec
deficytu budżetowego – zamęt zwiększający prawdopodobieństwo, że ucierpi na tym
gospodarka. Republikanie, dawni orędownicy odpowiedzialności fiskalnej,
posuwający się aż do próby uchwalenia poprawki do konstytucji, dotyczącej
równoważenia budżetu (zob. rozdz. 3), teraz twierdzą, że deficyt nie ma
znaczenia. Zajęli pozycję Keynesa, przekonując do obniżek podatków w celu
stymulowania gospodarki (chociaż sami nie zaprojektowali obniżek tak, by
przyniosły taki skutek). Demokraci Rubina zaś pretendują teraz do finansowej ortodoksji:
dostrzegając słabości gospodarki i wysokich deficytów, opowiadają się za
zmniejszeniem deficytu budżetowego i tak jak przedtem mają nadzieję na cud.
Jednak, jak argumentuję w rozdziale 2, to, że redukcja deficytu zadziałała,
było rezultatem szczególnych okoliczności. Republikanie dowiedli tylko jednego:
źle zaprojektowane rozwiązania mogą wywołać deficyt bez znaczniejszego
stymulowania gospodarki. Weryfikowana wciąż od nowa myśl Keynesa jest nadal
prawdziwa: dobrze zaprojektowane obniżki podatków i podwyżki wydatków mogą
dostarczyć gospodarce silnego bodźca.
Dzisiaj gospodarka jest wystawiona
na dwojakiego rodzaju ryzyko. Po pierwsze, że jastrzębie w sprawach deficytu
budżetowego zredukują go zbyt szybko, wpędzając gospodarkę w recesję, i że będą
przeprowadzały tę redukcję zbyt ofensywnie, narażając w ten sposób na szwank
inwestycje w technikę i edukację, które są niezbędne do podtrzymania wzrostu
gospodarczego. Po drugie, że administracja George’a W. Busha będzie
kontynuowała swą lekkomyślną pogoń za stałym obniżaniem podatków dla bogatych,
powodując wypieranie nie tylko tych inwestycji, lecz również programów
socjalnych, mających tak żywotne znaczenie dla dobrobytu wszystkich
Amerykanów.
Globalizacja
Choć był jakiś postęp na krajowym froncie gospodarczym, to nie
można tego samego powiedzieć o arenie międzynarodowej – właśnie w sferze
globalizacji omawiane przeze mnie problemy się pogłębiły. Jednostronność, tak
często cechująca stanowisko Ameryki w odniesieniu do gospodarki, niewrażliwość
na odmienne poglądy i na niepokoje rozciągnęły się na inne dziedziny – na
globalne środowisko (odrzucenie Protokołu z Kioto), na zasady
prawa międzynarodowego i rolę Organizacji Narodów Zjednoczonych (sprzeciw wobec
jurysdykcji Międzynarodowego Trybunału Karnego oraz sposób, w jaki rozpętano
wojnę w Iraku) – i znalazły również wyraz w anulowaniu traktatów o broni
strategicznej. W opinii wielu ludzi Ameryka przekształciła się z obrońcy praw
człowieka w gwałciciela praw człowieka, zarówno w kraju, jak i za granicą,
ponieważ łamała konwencje genewskie, lekceważyła upomnienia Czerwonego Krzyża
i, nawet jeśli oficjalnie nie akceptowała tortur, to stworzyła atmosferę, w
której mogło dochodzić do takich nadużyć, a strażnicy byli nagradzani za
„zmiękczanie” więźniów przed przesłuchaniem. Przestrzegane od lat zasady, takie
jak dotyczące habeas corpus czy zapewnienia pomocy prawnej lub prawa do
szybkiego procesu, zostały podważone. Reputacja Ameryki jako obrońcy praw
człowieka została tak skompromitowana, że w maju 2004 roku odłożono publikację
dorocznego raportu o przestrzeganiu tych praw podobno z powodu obaw, iż
niespójność między tym, za czym pozornie się opowiada, a tym, co się zdarzało,
mogła wywołać drwiny.
W efekcie Ameryka zasłużyła sobie na
wrogość prawie całego świata. Azja Wschodnia doskonale sobie przypomina, acz ze
znaczną niechęcią, jaką rolę odegrały Stany Zjednoczone w zablokowaniu pomocy z
Japonii podczas kryzysu w latach 1997-1998. Te wspomnienia teraz bledną w
porównaniu z odczuciami wyrażonymi tam i na całym świecie w reakcji na ostatnie
poczynania Ameryki. Ameryka nie jest dłużej postrzegana jako wzór praw
człowieka i demokracji. (...)
Niepowodzenie w Cancún
Coraz większe wątpliwości co do dobrych intencji Ameryki na pewno przyczyniły
się do problemów w sferze gospodarczej. W listopadzie 2001 roku w Doha kraje
rozwinięte, w tym Stany Zjednoczone i Unia Europejska, zgodziły się, żeby nowa
runda negocjacji handlowych była rundą rozwoju, mającą naprawić nierówności z
przeszłości; omawiam je w skrócie w rozdziale 9, a szeroko w Globalizacji. Unia
Europejska i Stany Zjednoczone nie dotrzymały jednak obietnicy. Dokonano
jedynie niewielkiego postępu w sprawach budzących największy niepokój krajów
rozwijających się, takich jak wysokie subsydia dla rolnictwa. Subsydia te,
obniżając ceny artykułów rolnych, pogarszają i tak już kiepską egzystencję
milionów ludzi w rozwijającym się świecie, natomiast przynoszą korzyści
niewielu dobrze sytuowanym farmerom (i farmom przemysłowym) w Stanach Zjednoczonych
i Unii Europejskiej. Natomiast podczas negocjacji wysunięto nowe żądania pod
adresem krajów rozwijających się...
(...) Oczywiście Stany
Zjednoczone poczyniły w ostatniej chwili pewne ustępstwa – kraje rozwijające
się mogą uzyskać dostęp do leków ratujących życie w nagłych sytuacjach, takich
jak epidemie. (...) W końcu stało się
jasne, że po raz kolejny program negocjacji handlowych został ustalony przez
kraje rozwinięte w ich własnym interesie czy, mówiąc bardziej precyzyjnie, w
ich partykularnym interesie. Było oszustwem nazywać je Rundą Rozwoju.
We wrześniu 2003 ministrowie handlu
zebrali się w Cancún, żeby ocenić
postępy Rundy Rozwoju i sporządzić plan dalszych prac. Spotkanie skończyło się
kompletnym fiaskiem, które jednak nie powinno być zaskoczeniem. Nie ma się co
dziwić, że kraje rozwijające się odrzuciły to, co im zaproponowano. Uznały, że
brak porozumienia jest lepszy od złego porozumienia.
Dwie pozytywne zmiany
Mimo wyraźnego niepowodzenia w Cancún zaszły dwie zmiany na lepsze. Pierwsza
dotyczy samego Cancún. Było to mianowicie w pewnym sensie zwycięstwo
demokracji. Przywódcy polityczni dużych krajów demokratycznych w rozwijającym
się świecie – Brazylii, Indii i Republiki Południowej Afryki – zdawali sobie
bowiem sprawę, że jeśli podpiszą kolejne porozumienie równie niesprawiedliwe
jak poprzednie, kończące Rundę Urugwajską, to zostaną obaleni. Negocjatorzy z
Ameryki i Europy często się prywatnie zgadzali z przedstawicielami krajów
rozwijających się, że nie ma wielkiego uzasadnienia dla subsydiów dla
rolnictwa, ale mówili, że mają związane ręce z powodu Kongresu i że opinia
publiczna nie pozwoli na obcięcie tych subsydiów. Oczywiście powinni byli
powiedzieć, że nasze niedoskonałe demokracje, w
których zostawiono tak duże wolne pole dla grup interesu, nie pozwoliłyby nam
na ich obcięcie. Obecnie wyłaniające się demokracje stosują faktycznie taką samą taktykę, mówiąc,
że wyborcy nie pozwolą im na podpisanie umów ułożonych przez grupy interesu z
rozwiniętego świata, że gdy demokracje w krajach rozwiniętych obstają przy
niesprawiedliwej i, zważywszy jej wolnorynkową retorykę, obłudnej umowie, to
demokracje na wschodzących rynkach muszą obstawać przy umowach sprawiedliwych i
spójnych z amerykańską retoryką o wolnym rynku.
Akt końcowy Rundy
Urugwajskiej był niekorzystny dla krajów rozwijających się, ale Światowa
Organizacja Handlu (WTO), która powstała na mocy zawartego w jej ramach
porozumienia, nadaje jej nowy wymiar. Pokazuje znaczenie rządów prawa, nawet
jeśli są one pełne wad, bo bez rządów prawa dominuje nieokiełznana siła ekonomiczna. WTO zmusiła Stany
Zjednoczone do zniesienia ceł na stal i do rezygnacji z subsydiów eksportowych
wbudowanych w przepisy podatkowe. Na podstawie wstępnego rozstrzygnięcia w
sprawie wniesionej przez Brazylię – ku rozczarowaniu Stanów Zjednoczonych –
wygląda na to, że zmusi ona Stany Zjednoczone do zrobienia czegoś w sprawie
dotacji do bawełny, które wyrządziły znaczne szkody uprawiającym ją rolnikom
(co jest opisane w rozdziale 9).
Ciemniejsza strona globalizacji: dwustronne umowy handlowe
Mimo że te sukcesy częściowo rekompensują niepowodzenie w Cancún, to inne
sprawy rzucają nieco ciemniejsze światło na rozwój sytuacji na arenie
międzynarodowej. W związku z załamaniem się wielostronnych negocjacji
handlowych Stany Zjednoczone zaczęły się skupiać na bilateralnych umowach
handlowych z małymi, słabymi krajami, w których są w stanie używać swej
ekonomicznej siły do uzyskania nawet więcej niż w umowach wielonarodowych. Gdy Międzynarodowy Fundusz Walutowy (IMF) w końcu uznał, że otwieranie rynków
kapitałowych na destabilizujący napływ kapitału spekulacyjnego (liberalizacja
rynków kapitałowych) na ogół nie przyczynia się do wzrostu gospodarczego, lecz
prowadzi do większej niestabilności i ubóstwa, Stany Zjednoczone zwróciły się
do ministrów handlu, mniej zorientowanych w tych sprawach, żeby uzyskać to,
czego przynajmniej niektórzy na Wall Street od dawna pragnęli. Chile
ograniczyło napływ tego kapitału w okresie swego najszybszego, 7-procentowego
wzrostu w latach 1990-1997 i zebrało tego owoce podczas światowego kryzysy
finansowego – ponieważ w kraju było mniej kapitału spekulacyjnego, mniej go
mogło odpłynąć. Stany Zjednoczone w dwustronnym traktacie zmusiły obecnie Chile
do rezygnacji z tego instrumentu polityki, który tak bardzo pomógł mu w
odniesieniu sukcesu.
Dwustronna umowa z Marokiem była
jeszcze bardziej niepokojąca. Stany Zjednoczone oświadczyły, że chcą za
pośrednictwem tej umowy zademonstrować swoją życzliwość wobec kraju arabskiego.
Ale znowu grupy interesów były górą. Weźmy na przykład pod uwagę jej zapisy
dotyczące dostępu do leków ratujących życie. Czasami wydaje się, że spółki
farmaceutyczne koncentrują się na wyciąganiu wszelkich możliwych zysków, nawet
kosztem ludzkiego życia. Dla krajów rozwijających się uzyskiwanie leków po
cenach, na jakie mogą sobie pozwolić, to nie tylko kwestia budżetu – to sprawa
życia i śmierci. Producenci leków generycznych dostarczają leki ratujące życie
po cenach stanowiących ułamek kosztów. W Stanach Zjednoczonych Big Pharma, jak
nazywa się wielkie koncerny z tej branży, długo prowadziła wojnę dotyczącą
leków generycznych, próbując jak najdłużej opóźniać ich wejście na rynek (po
wygaśnięciu patentu), ale z niewielkim skutkiem. Umowa z Marokiem zapewniła
jednak zwycięstwo Big Pharmy w tym ubogim kraju – do tego stopnia, że powitały
ją protesty uliczne. I tym razem więc administracja George’a W. Busha
zaprzepaściła świetną okazję: przedsięwzięcie, które zaczęło się jako próba
zdobycia przyjaciół, skończyło się wzrastającą wrogością.
Dziesiąta rocznica NAFTA
Upłynęło trochę więcej niż dziesięć lat od chwili podpisania z głośnymi
fanfarami Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA). Rocznica ta, w
połączeniu z rosnącym zainteresowaniem bilateralnymi i regionalnymi umowami
handlowymi, stworzyła okazję do zbadania, czy NAFTA przyniosła obiecywane
pożytki. Dobrą wiadomością dla Ameryki jest to, że nie wystąpił gigantyczny
efekt wyssania miejsc pracy przez Meksyk. W rzeczywistości po podpisaniu układu
bezrobocie w Stanach Zjednoczonych nawet spadło, osiągając zaledwie 3,8%. Ale
dla Meksyku nie przyniósł on zapowiadanych korzyści, co stanowi ważne
ostrzeżenie dla innych rozwijających się krajów chcących podpisać porozumienia
o wolnym handlu. Układ NAFTA nie doprowadził nawet do wolnego handlu, gdyż
Ameryka raz po raz starała się zastosować inne formy ograniczeń handlowych po
to, by nie dopuścić na swój rynek niektórych dóbr, na przykład mioteł,
pomidorów czy awokado. Wzrost gospodarczy w Meksyku był wolniejszy niż w
dekadach poprzedzających lata osiemdziesiąte XX wieku, a płace realne
faktycznie się zmniejszyły. Pogorszyła się też sytuacja ubogich rolników
uprawiających kukurydzę, zmuszonych konkurować z subsydiowaną kukurydzą
amerykańską.
Antyglobaliści
od dawna protestowali przeciwko temu, że pod pretekstem globalizacji –
za pośrednictwem porozumień handlowych i międzynarodowych instytucji
finansowych – obchodzone są i ograniczane procesy demokratyczne. W miarę upływu
czasu stawało się coraz bardziej oczywiste, że NAFTA stanowi spektakularny
przykład tego, o co chodziło. Otóż w układzie tym, w jego osławionym rozdziale
11, zostały ukryte, ponoć w celu ochrony inwestorów, klauzule służące
ograniczeniu skutków regulacji dotyczących środowiska i innych spraw. (...)
Podczas naszych dyskusji w Białym Domu na temat układu NAFTA ani razu nie wspomniano, że takie przepisy
zostały ukradkiem do niego wprowadzone.
Darowanie długów
Irak był głównym źródłem nieszczęścia: chodzi tu zarówno o sposób, w jaki
doszło do wojny, jak i o sposób, w jaki zajęto się jej skutkami. W porównaniu z
tym darowanie długów może się wydawać mało ważną kwestią, niemniej stanowisko
Ameryki w tej sprawie ma reperkusje w całym rozwijającym się świecie. Ameryka
miała początkowo nadzieję, że bogactwo naftowe Iraku będzie w stanie
sfinansować jego odbudowę. Potem jednak odkryła, wyraźnie poniewczasie, poważne
zadłużenie, szacowane na 100 do 200 miliardów dolarów. Czy Irak byłby w stanie
sfinansować swą odbudowę bez umorzenia tego długu? Mimo że Ameryka miała
miliardy dolarów na prowadzenie wojny, to niechętnie wydawała własne pieniądze
na zaprowadzenie pokoju. (...)
Eksport pomysłów
W tej nowej erze globalizacji nie tylko dobra przemieszczają się swobodnie po
świecie, lecz również pomysły. Pozorny triumf amerykańskiego kapitalizmu miał
ogromne oddziaływanie w Europie, Ameryce Łacińskiej, Azji i w innych częściach
globu. Inne kraje chciały się dowiedzieć, czemu należy przypisać sukces
Ameryki, by móc ją naśladować. I niektórzy w Ameryce nie wykazywali
powściągliwości w dzieleniu się swymi zapatrywaniami. (...)
W okresie gdy pisałem tę książkę,
rozczarowanie porozumieniem waszyngtońskim dawało już o sobie znać, a od tego
czasu wzrosło. Po pierwsze, kraje Ameryki Łacińskiej zaczęły stopniowo zdawać
sobie sprawę, że sądziły, iż przeprowadzane reformy
przybliżą je do rodzaju gospodarki rynkowej wynalezionej w Stanach
Zjednoczonych, ale tak się nie stało. Zmuszono je do przyjęcia takiej formy
gospodarki rynkowej, która może być marzeniem niektórych konserwatystów, ale
nie odpowiada rzeczywistości żadnego mającego sukcesy, demokratycznego kraju.
Po drugie, jakkolwiek wersja
gospodarki rynkowej istniejąca w Stanach Zjednoczonych była o wiele bardziej
harmonijna niż wersja narzucona Ameryce Łacińskiej, to było coraz bardziej
oczywiste, że nie odpowiada nawet amerykańskim potrzebom i jest mało
prawdopodobne, by sprostała potrzebom krajów rozwijających się. Nie chodziło
tylko o skandale... chodziło bardziej o szersze zagadnienia wynikłe z
deregulacji. Co się tyczy deregulacji w bankowości, to za granicą wielu ludzi
już dawno wyrobiło sobie na nią zaprawiony żółcią, uzasadniony pogląd, gdy ich
nie zmuszeni do przestrzegania pewnych przepisów bankierzy raz po raz udzielali
sobie i swoim kredytów, błyskawicznie wyprowadzali pieniądze z kraju,
zostawiając mu uporanie się z sytuacją. Po opisanych w rozdziale 4 problemach
spowodowanych przez deregulację energetyki w Kalifornii przyszła przerwa w
dostawach prądu na północnym wschodzie kraju w lecie 2003 roku. Skoro Stany
Zjednoczone wraz z deregulacją nie potrafiły zapewnić niskich cen i
niezawodności dostaw, to jak miałyby sobie z tym poradzić kraje rozwijające
się, które dysponują o wiele mniej wyrafinowanymi instytucjami.
Po trzecie, i prawdopodobnie
najważniejsze, wyeksportowaliśmy do Ameryki Łacińskiej pewną wersję boomów i
recesji, którą przeżyliśmy w latach dziewięćdziesiątych XX wieku. Irracjonalna
euforia doprowadziła do napływu kapitałów do tych krajów, który z kolei doprowadził
do boomu opartego na konsumpcji, ale pozostawił je z większymi długami. (...)
Tak więc również pod tym ważnym
względem globalizacja nie przebiegała w sposób, który by zapewnił, że życie na
świecie stanie się bardziej znośne, czy choćby to, że świat będzie bardziej
efektywny.
Uwagi końcowe
Krótko mówiąc, problemy dotyczące gospodarki amerykańskiej i jej relacji na
arenie międzynarodowej, o których pisałem trochę więcej niż rok temu, nie
zniknęły ani w Ameryce, ani za granicą. Przeciwnie, okazuje się, że są bardziej
rozpowszechnione, niż pierwotnie sądziłem.
Przyjęcie, z jakim się spotkało
pierwsze wydanie tej książki, odzwierciedla dostrzeżenie głęboko zakorzenionej
natury tych spraw. Ekscesy lat dziewięćdziesiątych XX wieku pomogły w
ujawnieniu wielu problemów, które od dawna pozostawały w cieniu. Chociaż te
ekscesy były najgorsze w Ameryce, to jednak były też obecne, bądź ukryte w
wielu innych krajach na całym świecie. W niektórych częściach świata miały
nawet poważniejsze konsekwencje.
Pisałem tę książkę częściowo
dlatego, żeby pomóc Amerykanom w niepopełnianiu więcej dawnych błędów, a
częściowo dlatego, żeby pomóc ludziom poza Ameryką zrozumieć, co się nie udało
i jak uchronić przed takim niepowodzeniem ich gospodarki i społeczeństwa. W latach dziewięćdziesiątych pozorne triumfy
gospodarki amerykańskiej sprawiały, że zalecano innym pójście jej śladem. Jak
skomentowałem to w rozdziale 9, Ameryka szła nawet dalej – namawiała, nakłaniała,
kusiła pochlebstwami do brania z niej przykładu czy, mówiąc bardziej
precyzyjnie, do przyjęcia specyficznej wersji amerykańskiego kapitalizmu, która
pod istotnymi względami różniła się od tego, co się faktycznie działo w
Ameryce. Na przykład Ministerstwo Skarbu Stanów Zjednoczonych mówiło, że inni
powinni naśladować Amerykę w sprawowaniu nadzoru właścicielskiego i w
rachunkowości. Miało rację, orędując za dobrym nadzorem właścicielskim i dobrą
księgowością, ale nie miało racji, uważając, że znaleźliśmy właściwy model.
Ironia losu była tu szczególnie uderzająca, ponieważ popierało ono postawy,
które podważyłyby dobry nadzór i dobrą księgowość.
Bieg spraw się zmienił. Lata
dziewięćdziesiąte to było apogeum finansów i fundamentalizmu rynkowego. Ci,
którzy przywiązali się wówczas do tych idei, na ogół powoli od nich odchodzą.
Mówią, że problem polegał na przeprowadzeniu reform ze zbyt małą energią, że
była to kwestia realizacji. Na szczęście rozsądek stopniowo powraca. Problem
nie tkwi we wprowadzaniu tych idei w życie, lecz w nich samych. Jeżeli miałbym
sformułować jedno jedyne przesłanie tej książki, to byłoby ono takie: potrzebna
jest równowaga między państwem a rynkiem. Kraj może ucierpieć zarówno wtedy,
gdy regulacji jest za mało, jak i wtedy, gdy jej jest za dużo, zarówno wtedy, gdy
jest za mało inwestycji państwowych, jak i wtedy, gdy jest za dużo wydatków
państwowych. Państwo może pomagać w stabilizowaniu gospodarki, ale źle
zaprojektowane rozwiązania mogą powiększyć fluktuację. Polityka liberalizacji
rynków finansowych, lansowana przez MFW – oraz nadal forsowana przez
amerykańskie Ministerstwo Skarbu – przyczyniła się do niestabilności w krajach
rozwijających się. Nawet MFW w końcu to
dostrzegł.
To szersze zrozumienie oznacza, że
kraje powinny poczuć większą swobodę przy dokonywaniu wyboru polityki
gospodarczej. Nie ma jednej drogi. Nie ma doskonałego systemu. Opowiedziana tu
historia pokazuje niektóre wady amerykańskiej wersji kapitalizmu, ale niewiele
powiedziałem o innych, równie kłopotliwych problemach: o ogromnych nierównościach
dochodowych i majątkowych, o dużej liczbie więźniów, o obawach i niepewności,
odczuwanych przez tak wielu, między innymi przez miliony nie mające
ubezpieczenia zdrowotnego, o wyraźnym braku troski o niszczejące środowisko
naturalne. Inne kraje mogą się zdecydować na system gospodarczo-społeczny,
który zwraca większą uwagę na te i inne kwestie społeczne, i odpowiednio do
tego wybrać wariant gospodarki rynkowej różny od modnego obecnie w Stanach
Zjednoczonych. Czyniąc to, powinny wiedzieć, że niektóre kraje, realizujące te
inne warianty gospodarki rynkowej, były w stanie stworzyć społeczeństwa
cechujące się mniejszymi nierównościami, większym bezpieczeństwem, lepszym
poziomem zdrowia i edukacji, zwłaszcza dla biednych.
Napisałem tu, że wraz z zakończeniem
zimnej wojny Ameryka miała szansę przekształcić światowy ład gospodarczy w taki
sposób, żeby odzwierciedlał amerykańskie zasady i wartości. Opisałem, jak
zmarnowała tę szansę. Zimna wojna się oddaliła. Najwyraźniej zastąpiła ją wojna
z terroryzmem. Jest to wojna globalna, która będzie musiała być prowadzona we
współpracy z wszystkimi krajami świata i
przy ich pomocy. Ameryka powinna się starać zdobyć ich przyjaźń i zaufanie.
Zwłaszcza w tych czasach powinna się strać stworzyć światowy system gospodarczy
i finansowy, który będzie bardziej sprawiedliwy, bardziej stabilny, będzie
bardziej służył interesom krajów rozwijających się. Niestety, w ciągu ostatnich
czterech lat robiła coś wręcz przeciwnego. Błędy popełnione we wcześniejszych
latach zostały spotęgowane i zwielokrotnione.
----------
Przypisy
1 Wydanie europejskie z 11
maja 2004 r.
----------
Przedmowa ......... 29
Dokładnie dziesięć lat temu porzuciłem spokojne życie profesora ekonomii
w Stanfordzie i przeniosłem się do Waszyngtonu, żeby podjąć pracę najpierw jako
członek, a następnie przewodniczący Zespołu Doradców Ekonomicznych prezydenta
Clintona. Poprzednie ćwierćwiecze poświęciłem na badania w dziedzinie teorii
ekonomii i polityki gospodarczej. Chciałem się dowiedzieć, co się naprawdę dzieje –
przyjrzeć się rzeczywistości. Ale chciałem być czymś więcej niż biernym
obserwatorem. Ekonomią zacząłem się zajmować w latach sześćdziesiątych XX
wieku, w latach ruchów w obronie praw obywatelskich i pokoju. Chciałem – myślę
– zmieniać świat, ale nie byłem pewien, jak; zostając nauczycielem akademickim,
musiałem najpierw lepiej ten świat zrozumieć.
Nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele
przyjdzie mi się nauczyć. Do czasu, gdy opuszczałem Waszyngton po
przepracowaniu w administracji pierwszej kadencji Billa Clintona, a potem
jeszcze trzech lat na stanowisku wiceprezesa i głównego ekonomisty Banku
Światowego, wiele się zmieniło. Były to burzliwe, szalone lata
dziewięćdziesiąte, dekada megainteresów i megawzrostu. Tyle jest powszechnie
wiadomo. Kiedy jednak zacząłem się zastanawiać nad historiami, które nie są tak szeroko znane lub tak
dobrze rozumiane, wykluł się pomysł tej książki. Na przykład wyglądało na to,
że uzdrowienie gospodarki po recesji 1991 roku przeczy temu, czego się
powszechnie naucza na wykładach ekonomii na całym świecie. Popularna wersja,
roztrąbiona przez niektóre osoby z administracji, głosiła, że to redukcja
deficytu (zmniejszenie rozziewu między wydatkami państwa a pobieranymi
podatkami) przyniosła wyzdrowienie, jednak standardowa teoria mówi, że
redukowanie deficytu pogarsza tendencję zniżkową w gospodarce. Aby dać inny
przykład – brałem udział w licznych bataliach dotyczących deregulacji i
rachunkowości i uważałem, iż akurat deregulację w
bankowości posunęliśmy zbyt daleko. Przegapiliśmy
też okazję poprawy księgowości w spółkach. Mówiąc bardzo ogólnie,
dziesięciolecie to charakteryzowało się pojawieniem tak zwanej nowej
gospodarki, w której wzrost stopy produktywności był dwu- czy trzykrotnie
większy niż w dwóch poprzednich dekadach. Ekonomia innowacji była jedną z
dziedzin, w których specjalizowałem się jako pracownik naukowo-dydaktyczny,
gdyż według mnie należało lepiej zrozumieć, co spowodowało ogromny spadek
produktywności w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych oraz jej ponowny
wzrost w latach dziewięćdziesiątych XX wieku.
Ale zanim zacząłem pisać tę książkę,
życie mnie ubiegło. Gospodarka popadła w kolejną recesję, dowodząc tym samym,
że recesje to nie była pieśń przeszłości. Skandale w spółkach zdetronizowały
arcykapłanów amerykańskiego kapitalizmu; dyrektorzy naczelni niektórych
największych przedsiębiorstw w Ameryce wzbogacili się kosztem akcjonariuszy i
pracowników. Większa część świata patrzyła złym okiem na globalizację... (...)
Jedenasty września 2001 roku ukazał jeszcze ciemniejszą stronę globalizacji:
to, że również terroryzm może łatwo przekraczać granice. Wprawdzie korzenie
terroryzmu są złożone, niemniej było jasne, że poczucie beznadziejności i
wysoki poziom bezrobocia, dominujące w tak dużej części świata, stanowiły dla
niego podatny grunt.
Wyjaśnienie fenomenu szalonych lat
dziewięćdziesiątych przyszło szybko: zaczęło się jeszcze, zanim administracja
Billa Clintona skończyła urzędowanie. Rzuciło one nowe światło na to, co się
wydarzyło w tej dekadzie, i sprawiło, że jej reinterpretacja stała się jeszcze
bardziej nieodzowna.
Jak się okazało, ten projekt
zazębiał się z innym. Otóż jedną ze spraw budzących moje nieustanne zainteresowanie
była odpowiednia rola państwa w naszym społeczeństwie, a w szczególności w
gospodarce. Kilka lat przed przeniesieniem się do Waszyngtonu napisałem cienki
tomik zatytułowany The Economic
Role of the State (Gospodarcza rola państwa), w którym
starałem się naszkicować plan podziału ról między państwem a rynkiem, oparty na
mocnych i słabych stronach ich obu. Usiłowałem zidentyfikować pewne ogólne
zasady tego, co państwo powinno, a czego nie powinno robić. Po przyjrzeniu się
państwu z bliska przez osiem lat, chciałem się ponownie zająć tym tematem.
Studium lat dziewięćdziesiątych dawało po temu dogodną sposobność: mianowicie
sukcesy administracji Billa Clintona można było po części przypisać zrobieniu
przez nas pewnych rzeczy w celu uzyskania prawidłowej równowagi między państwem
a rynkiem, która została zagubiona w dekadzie Ronalda Reagana i Margaret
Thatcher. Jednak nasze niepowodzenia – z których część stała się oczywista
dopiero wtedy, gdy dekada miała się ku końcowi – należy częściowo przypisać temu,
że w niektórych dziedzinach nie potrafiliśmy tej równowagi osiągnąć.
Toczy się bitwa na idee między tymi,
którzy opowiadają się za możliwie najmniejszą rolą państwa, a tymi, którzy
widzą dla państwa ważną, aczkolwiek ograniczoną rolę nie tylko w korygowaniu
błędów i ograniczeń rynku, ale również w działaniach na rzecz większej
sprawiedliwości społecznej. Należę do tego drugiego obozu, a ta książka ma w
zamierzeniu ujawnić, dlaczego, moim zdaniem, rynek, choć jest głównym sprawcą
sukcesu naszej gospodarki, to jednak nie zawsze funkcjonuje dobrze sam z
siebie, dlaczego nie rozwiązuje wszystkich problemów i dlaczego państwo zawsze
będzie dla niego ważnym partnerem.
W związku z tym książka ta nie jest
tylko napisaną na nowo historią lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia,
chociaż po części nią jest. W równym stopniu jak o przeszłości jest to opowieść
o przyszłości – o tym, w jakim miejscu znalazły się Ameryka i inne kraje
rozwinięte i w jakim kierunku powinny pójść. Wiele głównych instytucji naszego
społeczeństwa – od Kościoła, przez szefostwa korporacji, sądownictwo,
rachunkowość po banki – doznało poważnego uszczerbku własnej wiarygodności, w
niektórych przypadkach bezpowrotnie.
Zarówno lewica, jak i prawica
utraciły orientację. Intelektualne podstawy ekonomii leseferyzmu, poglądu, że
rynek sam z siebie doprowadzi do efektywnych , nie mówiąc już że
sprawiedliwych, wyników, zostały zdemontowane. Skandale w spółkach, które
wstrząsnęły Ameryką, a w mniejszym stopniu również Europą, sprawiły, iż nawet
konserwatyści doszli do wniosku, że jest jakieś pole dla państwa. Upadek
Związku Sowieckiego, kończący zimną wojnę, odebrał zaś ekonomiczne „umocowanie”
lewicy: poparcie dla socjalizmu, a przynajmniej dla jego staromodnej odmiany,
zanikło nawet w tych krajach, w których poprzednio było niezwykle silne.
Dzisiaj wyzwaniem jest osiągnięcie
prawidłowej równowagi między państwem a rynkiem, między kolektywnymi
działaniami na szczeblu lokalnym, narodowym i globalnym oraz między działaniami
rządu i organizacji pozarządowych. W miarę jak zmienia się sytuacja
gospodarcza, równowaga musi być ustalana na nowo. Wkroczyliśmy w erę
globalizacji, w której kraj i ludzie na świecie są ściślej ze sobą zintegrowani
niż kiedykolwiek przedtem. Ale globalizacja oznacza, że musimy zmienić tę
równowagę: koniczne jest, by działania na poziomie międzynarodowym miały
bardziej kolektywny charakter, i nie możemy przy tym uciec od zagadnień
demokracji i sprawiedliwości na świecie.
Znaczące przeobrażenia, w obliczu
których stanęły nasze gospodarki i nasze społeczeństwa w ciągu minionych
piętnastu lat, spowodowały olbrzymie zakłócenia równowagi między państwem i
rynkiem, a my nie potrafimy na nie odpowiednio reagować. Problemy, które
wysunęły się na czoło w ostatnich kilku latach, są częściowo odbiciem tego
niepowodzenia. W tej książce staram się przedstawić pewne ogólne koncepcje,
które pomogą nam przywrócić równowagę.
Jest jeszcze jeden lejtmotyw tej
książki. To była dekada, w której supremację zdobyły finanse. Ludzie z Wall
Street robili miliony, w niektórych przypadkach miliardy, organizując
transakcje, gromadząc środki finansowe na rozruch nowych przedsięwzięć.
Najlepsza i najzdolniejsza amerykańska chciała uczestniczyć w tej ekscytacji.
Ameryka zaakceptowała generalną zasadę gospodarki rynkowej: wynagrodzenie
odzwierciedla produktywność. Zarabiający więcej dają więcej społeczeństwu. Było
rzeczą naturalną, że młodych ludzi pociągało to do szaleństwa. Mogli czynić
dobro dla społeczeństwa, czyniąc dobro dla siebie samych.
W kręgach podejmujących decyzje
panowała taka sama uległość wobec punktu widzenia świata finansów. Bankom
centralnym, kierowanym głównie przez ekspertów wywodzących się ze środowiska
finansistów, miało być pozostawione ustalanie polityki pieniężnej, a ich pewna
ręka miała zagwarantować stabilny wzrost bez inflacji. Książka Boba Woodwarda The
Agenda [Plan działania] (z 1994 roku) opisuje barwnie, w jaki sposób redukcja
deficytu wysunęła się na czoło programu Billa Clintona. To nie na tej
płaszczyźnie programowej wybrano go na prezydenta, ale został przekonany, że
jeśli nie zmniejszy deficytu budżetowego, to rynki finansowe go ukarzą, a bez
wsparcia ze strony finansjery nie będzie mógł zrealizować reszty swego planu.
Wszystko inne odłożono na później – i w większości nigdy potem nie
zrealizowano.
Chcę się wyrazić jasno: wiem że
finansowanie jest ważne. W rzeczy samej mój własny dorobek na polu ekonomii
informacji przyczynił się do wyjaśnienia zależności między finansowaniem a gospodarowaniem.
Poprzednio laureat Nagrody Nobla Franco Modigliani z MOT i nieżyjący już Merton
Miller z Uniwersytetu Chicagowskiego twierdzili na przykład, że poza sprawami
podatkowymi sposób, w jaki firmy się finansują, nie ma absolutnie żadnego
znaczenia. Moje prace nad asymetrią informacji pomogły wyjaśnić centralną rolę
finansowania we współczesnej gospodarce. Ale te same badania wyjaśniają również
, dlaczego rynki finansowe nie poddane regulacji często nie funkcjonują dobrze,
dlaczego istniała potrzeba państwa i dlaczego to, co było dobre dla Wall
Street, może nie być – i często nie było – dobre dla kraju jako całości bądź
dla poszczególnych grup społeczeństwa.
W szalonych latach
dziewięćdziesiątych doszło do istotnego naruszenia starych mechanizmów
gwarantujących zachowanie równowagi między Wall Street, Main Street (czy High
Street, jak się nazywa główną ulicę miasta w Wielkiej Brytanii) a siłą roboczą,
między „starym przemysłem” a „nową technologią”, między państwem a rynkiem,
ponieważ na czoło wysunęły się Finanse. Na ich sąd zdawali się wszyscy. Krajom,
łącznie ze Stanami Zjednoczonymi, powiedziano, żeby zaakceptowały dyscyplinę
narzucaną przez rynek. Stara mądrość, że istnieją alternatywne rozwiązania, że
różne rozwiązania różnie oddziałują na różne grupy, że istnieje wymiana coś za
coś, że polityka zapewnia forum pozwalające na ocenę tych możliwości zamiany i
dokonania wyborów, została odłożona do szuflady.
W administracji Billa wiedzieliśmy,
że takie myślenie jest błędne. Gdyby Finanse rzeczywiście panowały jako władza
najwyższa, gdyby istniał tylko jeden jedyny zestaw rozwiązań, pod którym
wszyscy mogliby się podpisać, to różnilibyśmy się od republikanów wyłącznie
większą kompetencją. Ale zapanował rodzaj schizofrenii. Wprawdzie wierzyliśmy,
że proponujemy odmienne rozwiązania, takie które przynoszą ubogim i klasie
średniej większe korzyści niż rozwiązania, za którymi opowiadają się
republikanie, wprawdzie wiedzieliśmy, że zawsze jest coś za coś, ale zbyt wiele
osób w administracji podzielało pogląd, że rynek papierów wartościowych czy,
bardziej ogólnie, rynki finansowe znają najlepszą drogę naprzód. Wyglądało na
to, że rynki finansowe reprezentują to, co najlepsze dla Ameryki i dla nich
samych. Według mnie to wyglądało na nonsens. Byłem zdania, iż musimy zdać sobie
sprawę, że jak zrobiliśmy coś, czego rynek papierów wartościowych czy inne
rynki finansowe nie lubią, i musimy za to zapłacić, to może to być cena warta
zapłacenia1. Bo choć Finanse
są ważne, to Wall Street jest taką samą grupą interesu jak wiele innych.
Pisałem tę książkę jako Amerykanin,
jako ktoś, kto uczestniczył w dyskusjach toczonych w Stanach Zjednoczonych i
jest głęboko zainteresowany kierunkiem, w którym podąża ten kraj. Ale pisałem
ją także jako ktoś bardzo mocno zaangażowany w równoległe dyskusje na całym
świecie i w szerszą debatę na temat globalizacji, która stała się jednym z
problemów dnia dzisiejszego. Sądzę, iż niepowodzenia w Ameryce – okresy
ożywienia i recesje, złe kierowanie polityką makroekonomiczną, zbyt daleko
posunięta deregulacja i skandale w spółkach, do których się przyczyniła – są
ważne nie tylko dla Amerykanów.
Globalizacja sprawiła, że wszyscy na
świecie stali się od siebie nawzajem bardziej uzależnieni. Zwykło się mówić, że gdy Stany Zjednoczone
kichają, Meksyk łapie zaziębienie. Teraz gdy Stany Zjednoczone kichają, prawie
cała reszta świata zapada na grypę. A obecne problemy Ameryki daleko wykraczają
poza lekki katar. Każda ekonomiczna analiza obecnych problemów gospodarczych
świata i problemów poprzedniej dekady musi się rozpocząć od dyskusji o Ameryce.
Globalizacja oznacza poza tym coś
więcej niż swobodniejszy przepływ dóbr, usług i kapitału przez granice.
Obejmuje też szybszy przepływ idei. Jak wcześniej stwierdziłem, w latach
dziewięćdziesiątych Ameryka sama się ustawiła w roli wzorca dla reszty świata.
Przyglądano się, jakie stanowisko zajmuje w kwestiach właściwej równowagi
między państwem a rynkiem oraz rodzaju instytucji potrzebnych do dobrego
funkcjonowania gospodarki rynkowej. Rozwiązania stosowane w przedsiębiorstwach
amerykańskich były wprowadzane wszędzie na świecie i Ameryka lansowała swoje
metody księgowania, gdzie tylko mogła. Kraje, które nie naśladowały Ameryki
samorzutnie w nadziei, że ich gospodarka też przeżyje boom, oraz te, które
uważały, iż Ameryka nie osiągnęła właściwej równowagi, nakłaniano
pochlebstwami, zadręczano i, jak w przypadku krajów rozwijających się,
uzależnionych od pomocy Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w istocie zmuszano
do przystania na coś, co było określane jako wymóg historii.
Jak można się było spodziewać,
opisywane tu problemy miały swoje paralele w wielu krajach na świecie. Skandale
w firmach dotknęły też spółki europejskie, doprowadzając do dymisji dyrektorów
takich gigantów, jak Vivendii, i wzbudziły strach nawet w takich na pozór
statecznych firmach , jak holenderska sieć sklepów spożywczych Ahold. Gdzie
indziej może nie było takich ekstremalnych nadużyć władzy przez kierownictwa
spółek, jakie wyszły na jaw w Ameryce, ale kierunek rozwoju sytuacji budził
głębokie zaniepokojenie.
Także inne problemy znajdujące się w
centrum amerykańskiego dramatu w podobny sposób rozgrywały się na innych
scenach. W innych krajach respekt wobec Finansów – i ich potęgi – jest
częstokroć nawet większy niż w Stanach Zjednoczonych; zapatrywania społeczności
finansowej dyktują politykę, a nawet determinują wyniki wyborów. Mantra
redukcji deficytu, w połączeniu z niepohamowaną gorliwością w zwalczaniu
problemów inflacji niemal dwa dziesięciolecia temu, związała Europie ręce, gdy
musiała się zająć spowolnieniem tempa rozwoju gospodarczego, które rozpoczęło
się w 2001 roku. W chwili oddawania tej książki do druku gospodarka krajów
europejskich stoi w obliczu groźby deflacji i wzrostu bezrobocia, tymczasem
wcześniejsze działanie mogło powstrzymać popadanie w recesję. Jeśli do tego
dodać Japonię, również znajdującą się w stagnacji czy nawet w gorszym stanie,
to się okaże, że świat staje wobec pierwszej globalnej dekoniunktury ery globalizacji.
Fundamentalną sprawą jest to, że
bitwa na idee między orędownikami minimalistycznej roli państwa a tymi, którzy
utrzymują, iż potrzeba jest więcej państwa, jeśli mamy osiągnąć takie
społeczeństwo, jakie byśmy chcieli mieć, trwa w najlepsze w jednym kraju po
drugim – w krajach mniej rozwiniętych w nie mniejszym stopniu niż w
rozwiniętych, po obu stronach Atlantyku i Pacyfiku. Ostatnie doświadczenia
amerykańskie przynoszą lekcje dla wszystkich i mam nadzieję, że lekcje, które
naszkicowałem w końcowych rozdziałach książki – jak również zarysowany tam plan
działań na przyszłość – będą również użyteczne dla innych krajów, jak są dla
Stanów Zjednoczonych.
Książka ta nie jest reportażem
śledczym. Skandale i inne problemy, które opisuję, są dobrze udokumentowane
gdzie indziej2. Moim celem jest interpretacja, która by nam
pomogła lepiej zrozumieć, co poszło nie tak, i to naprawić. (...)
Pisząc tę książkę, tak jak
poprzednią, jestem głęboko zobowiązany prezydentowi Williamowi Jeffersonowi
Clintonowi, który dał mi możliwość nie tylko służenia swojemu krajowi, lecz
również przyjrzenia się z bliska, jak działa amerykańskie państwo. Dla naukowca
z dziedziny nauk społecznych była to niezrównana okazja.
Jestem niezwykle wdzięczny prezydentowi
nie tylko za możliwości, które przede mną otworzył, ale także za docenienie
przez niego szczególnej roli, jaką w naszym systemie rządów odgrywa Zespół
Doradców Ekonomicznych. (...)
Przewodnictwo Zespołowi Doradców
Ekonomicznych dało mi nie tylko wgląd w podejmowanie decyzji w ramach rządu;
zapewniło mi też unikatową możliwość obserwowania amerykańskiej gospodarki.
(...)
Jedną z głównych zmian, jakie się
dokonały w latach dziewięćdziesiątych, była zmiana gospodarczej pozycji Stanów Zjednoczonych
na świecie. Oba stanowiska, jakie wówczas zajmowałem, to jest przewodniczącego
Zespołu Doradców Ekonomicznych oraz głównego ekonomisty i wiceprezesa Banku
Światowego, pozwoliły mi patrzeć na te zmiany z całkiem odmiennej perspektywy.
Mogłem obserwować, jak ci, którzy w trosce o biednych byli orędownikami
sprawiedliwości społecznej i demokracji w kraju, często wyglądali na znacznie
mniej troszczących się o te wartości za granicą.
Te dwa stanowiska dały mi lepszą
możliwość popatrzenia na nas – na Amerykę – a także na inne kraje rozwinięte,
tak jak postrzegają nas ludzie w reszcie świata. Społeczność naukowa od zawsze
nie zna granic i nie uznaje żadnej władzy. (...) A to, co zobaczyłem i poczułem, zasmuciło
mnie: nawet ci, którzy szkolili się w Ameryce, którzy kochali Amerykę i
Amerykanów, byli do głębi rozczarowani tym, co robił amerykański rząd. Tak się
jakoś dzieje, że kolektywnie, jako naród, często postępujemy
w sposób odmienny od tego, za którym opowiadamy się jako jednostki. W dalszych
rozdziałach staram się pokazać, dlaczego w takim, a nie innym odbiorze jest
więcej niż odrobina prawdy, i wyjaśnić, po pierwsze, jak doszło do takiej
sytuacji i, po drugie, dlaczego sposób, w jaki radziliśmy sobie z naszą nową
rolą w gospodarce światowej po zakończeniu zimnej wojny, nie służy naszym
długookresowym interesom.
Podobnie jak w Globalizacji, nie ma to
być beznamiętne spojrzenie na to, co się zdarzyło w szalonych latach
dziewięćdziesiątych i w ich następstwie. Czyż mogłoby być takie, skoro byłem
uczestnikiem tak wielu wydarzeń? Ale starałem się o dokładność, o zestawienie
wszystkiego, co wiem o tych wydarzeniach, z moim rozumieniem procesów
gospodarczych i politycznych, żeby móc zinterpretować wydarzenia i to, co
zwiastują na przyszłość. Z biegiem lat moja wiara w demokrację się umocniła,
lecz także umocniło się moje przekonanie, że jeśli nasze demokracje mają
funkcjonować, to obywatele muszą rozumieć podstawowe problemy, wobec których
stoją społeczeństwa, i sposób, w jaki działają rządy. A żadne problemy nie mają
większego znaczenia z punktu widzenia większości ludzi niż te, które dotyczą
gospodarki , oraz relacje między rynkiem a państwem.
Jestem nauczycielem i większość
ostatniego ćwierćwiecza spędziłem na nauczaniu; wszyscy nauczyciele wiedzą, że
na każdym poziomie nauczania muszą stosować uproszczenia – nie ma innego
wyjścia. Starałem się jednak nie upraszczać nadmiernie. Przedstawiając relację
z wydarzeń ubiegłej dekady, oparłem swoje uproszczone naświetlenie na pewnych
całkiem skomplikowanych ideach, które zaprezentowałem szczegółowo w kilku
książkach i dziesiątkach artykułów. (...)
Są to lekcje ważne dla Ameryki, ale
są one nie mniej ważne dla żyjących gdzie indziej na świecie. Ameryka, jako
gospodarka najsilniejsza i odnosząca największe sukcesy, jest pilnie
naśladowana. I Ameryka, jako najsilniejszy kraj na świecie, narzuca pewien
szczególny pogląd na rolę państwa w gospodarce, przede wszystkim za
pośrednictwem międzynarodowych instytucji gospodarczych – Światowej Organizacji
Handlu, Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego. Jednym z
głównych celów tej książki jest pokazanie, że pomysły, które Ameryka narzuca za
granicą, są znacząco odmienne od praktyk, które stosuje u siebie. To, jak my i
inni interpretujemy nasze sukcesy (i nasze niepowodzenia), ma niebywały wpływ
na wybory polityki, programów i instytucji
dokonywane przez innych. Dlatego tak ważne jest wyciągnięcie właściwych
nauk.
Niektórzy czytelnicy tej książki,
widząc mój krytycyzm wobec administracji Billa Clintona, wyciągną niewłaściwe
wnioski, tak jak zrobili to pewni czytelnicy artykułu na ten sam temat
zamieszczonego w „Atlantic Monthly”. Jeżeli wydaje się, iż oceniam tę
administracje surowo, to jest tak częściowo z powodu dużych nadziei, z jakimi
rozpoczynaliśmy w niej pracę na początku 1993 roku, i tego, że te nadzieje pod
wieloma względami się nie spełniły. Ale chcę się wyrazić jasno: wystawiam
surowe stopnie, ale ostatecznie na ogół oceniam na pewnej skali. Gdy się popatrzy
na to, co poprzedzało administrację Billa Clintona, a zwłaszcza na to, co po
niej nastąpiło, stopnie te stają się niemal entuzjastyczne. Problemem jest
jednak nie tyle sprawa ocen, ile zrozumienie, co poszło źle, co poszło dobrze i
dlaczego – oraz – co najważniejsze, jak można zbudować przyszłość, w której
polityka gospodarcza będzie lepiej prowadzona.
Jestem niezwykle dumny z dokonań
prezydenta Clintona i jego administracji. Tak, być może mogliśmy zrobić więcej,
a zwłaszcza inaczej ukształtować krajobraz świata po zakończeniu zimnej wojny,
sprawić, by globalizacja działała nie tylko na naszą rzecz, ale na rzecz całego
świata. Tak, krajowi wiodłoby się lepiej, gdybyśmy tak bardzo nie ulegli
mantrze deregulacji. Ale zastaliśmy to, co zastaliśmy – między innymi wysoki
deficyt, olbrzymie, narastające nierówności i gospodarkę, która nie całkiem
wyzdrowiała po recesji – i uczyniliśmy duże postępy: deficyt został
wyeliminowany, gospodarka się dobrze zregenerowała. Ubóstwo zostało
ograniczone, wzrost nierówności zahamowany, a rozwój programów oświatowych,
takich jak Head Start, zapowiadał na przyszłość jeszcze większy postęp na tym
polu. Bieżąca polityka utrudniła – a mogła uniemożliwić – dokonanie znacznie
więcej. Jednak ten, kto wątpi, jakie stanowisko zajmowałem w tych sprawach,
powinien zacząć od przeczytania Epilogu, w którym przeciwstawiam to, co się
zdarzyło w czasach Billa Clintona, temu, co nastąpiło potem. Ostatnie dwa lata były gorzkim rozczarowaniem
dla każdego, kto mówi, że polityka się nie liczy albo że wszyscy politycy są tacy sami.
W odniesieniu do administracji Billa
Clintona chyba najbardziej jestem dumny z tego, że dosłownie wszyscy jej
członkowie podzielali wiarę w wartości demokratyczne oraz sprawiedliwość
społeczną i byli jej oddani. Rzadko kiedy gromadzi się grupa ludzi o takiej
inteligencji i takim zaangażowaniu. Było kilka, bardzo niewiele osób, których
ego od czasu do czasu kolidowało z ich poczuciem zaangażowania; trzeba się
jednak spodziewać dużego ego u ludzi, którzy przetrwali ostre przepychanki,
żeby osiągnąć stanowiska, do których doszli. Przyjaciele, którzy pracowali w
poprzednich administracjach , ostrzegali mnie, żebym był czujny, bo mogę dostać
nożem w plecy. Jednak w administracji Billa Clintona, jakkolwiek dochodziło do
ostrych starć, było bardzo mało wbijania noża w plecy. Prezydent Clinton
wprowadził atmosferę wzajemnego zaufania.
Demokracja to coś więcej niżą tylko okresowe wybory; demokracja obejmuje
też zapewnienie, że wszystkie głosy są słyszane i przemyślane.
Napisałem tę książkę, ponieważ
bitwy, które stoczyłem, będą prowadzone nadal. W demokracji takie sprawy nigdy
nie są rozstrzygnięte raz na zawsze. Jeżeli popełniliśmy błędy, to można je
naprawić. Jednak tylko wtedy, gdy zrozumiemy, dlaczego sprawy ułożyły się
inaczej, niż oczekiwaliśmy, tylko wtedy, gdy zrozumiemy, gdzie postąpiliśmy
niewłaściwie. Ta książka to moja interpretacja.
Wróciłem do środowiska
akademickiego, z którego przyszedłem do Waszyngtonu. Kiedy miałem czternaście
lat i dorastałem w Gary, w stanie Indiana, mieście hut stali na południowym
brzegu jeziora Michigan, postanowiłem, że jak dorosnę, zostanę profesorem, i
chciałem to jakoś połączyć z pewną formą służby publicznej. Kilka lat później,
gdy byłem studentem Amherst College, zakochałem się w ekonomii i te ambicje
nabrały kształtów. Chciałem zrozumieć, co powoduje biedę, bezrobocie i
dyskryminację, które widziałem wokół siebie w dzieciństwie, i pragnąłem coś
zrobić w sprawie tych wszechobecnych problemów. Być może udało mi się wnieść
niewielki wkład w ich rozwiązanie.
Kolejne pokolenie będzie musiało poprowadzić tę batalię dalej. Moi
studenci, ze swym idealizmem, energią i zaangażowaniem, napawają mnie nadzieją.
----------
Przypisy
1 Mania
związana z rynkami finansowymi ujawniła się nie tylko w przypadku redukcji
deficytu. Na przykład w odniesieniu do polityki handlowej martwiliśmy się o to,
co się stanie z kursem walutowym. I nawet w myśleniu o kursach walutowych
dominowała perspektywa Finansów. Niższy kurs walutowy (mniej jenów za dolara)
oznacza, że amerykańskie firmy mogą więcej eksportować, a amerykańscy
producenci napotykają na mniejszą konkurencję ze strony zagranicznych
producentów. Ameryka rozwija się szybciej, tworzy się miejsca pracy, a
przynajmniej się ich nie traci. Ale niższy kurs walutowy oznacza straty dla
spekulantów z Wall Street, którzy postawili na „mocnego dolara”, i może
oznaczać nieco wyższą inflację, ponieważ podrożeją dobra importowane. Jak
zawsze jest coś za coś, jednak debata została zdominowana przez Finanse, które
widziały tylko negatywy – do tego stopnia, że gdy jeden z dziennikarzy zapytał
pewnego urzędnika Ministerstwa Skarbu, co sądzi o obawach żywionych w Detroit,
że wraz ze wzmacnianiem się dolara przemysłowi samochodowemu będzie coraz
trudniej sprzedawać swoje produkty za granicą i konkurować z importem z
Japonii, ten stwierdził, iż mocny dolar pobudzi producentów samochodów do
jeszcze silniejszej konkurencji, do jeszcze większej sprzedaży; jeśli wziąć
jego argumentację na poważnie, to oznaczałoby to anulowanie prawa o nachylonej
w dół krzywej popytu.
----------
Rozdział 1
Ożywienie i recesja
Ziarna destrukcji .........
47
W szalonych latach dziewięćdziesiątych XX wieku
wzrost poszybował w górę do
poziomów nie obserwowanych przez całe pokolenie. Autorzy artykułów a gazetach i
eksperci ogłaszali, że mamy do czynienia z „nową gospodarką”, że recesje należą
do przeszłości i że globalizacja przyniesie dobrobyt całemu światu. Jednak pod
koniec dekady to, co wyglądało na zaranie nowej ery, zaczęło być coraz bardziej
podobne do jednego z tych krótkich okresów aktywności czy hiperaktywności
gospodarczej, po których nieuchronnie następuje zapaść, co charakteryzowało
kapitalizm przez dwieście lat. Tyle że tym razem bańka – boom zarówno w
gospodarce, jak i na rynku papierów wartościowych – była większa i takie też
były jej konsekwencje. Nowa era była nową erą zarówno dla Stanów Zjednoczonych,
jak i dla całego świata. W związku z tym następująca po niej zapaść objęła nie
samą Amerykę, lecz większość świata.
Wcale nie sądzono, że tak będzie.
Koniec zimnej wojny sprawił, że Stany Zjednoczone stały się jedynym
supermocarstwem, i oznaczał zwycięstwo gospodarki rynkowej nad socjalizmem.
Ideologia przestała dzielić świat. Może to nie był „koniec Historii”, ale co
najmniej miał to być początek nowej ery – i przez kilka lat wydawało się, że
tak właśnie jest.
Nie tylko kapitalizm jako taki
zatriumfował nad komunizmem. Także jego amerykańska wersja, opierająca się na
szorstkim indywidualizmie, zdawała się triumfować nad innymi, łagodniejszymi
wersjami. (...) Azjatom mówiliśmy, żeby zrezygnowali z modelu, który
najwyraźniej bardzo dobrze im służył przez dwa dziesięciolecia, między innymi
zapewniając ludziom zatrudnienie przez całe życie... (...) Wyglądało na to, że
Szwecja i inni zwolennicy państwa opiekuńczego również odchodzą od swojego
modelu, ograniczając świadczenia ze strony państwa i obniżając stawki
podatkowe. Mało ingerujące państwo było nakazem dnia. Proklamowaliśmy triumf
globalizacji. Wraz z globalizacją zaś kapitalizm w amerykańskim stylu dotarł do
najdalszych zakątków świata.
Wydawało się, że każdy odnosi
korzyści z tego nowego porządku, z tej Economia
Americana, która przyniosła ze sobą napływ pieniędzy z krajów rozwiniętych
do rozwijającego się świata – sześciokrotny przyrost w ciągu sześciu lat,
bezprecedensowy rozwój handlu – przeszło 90-procentowy przyrost w ciągu dekady,
a także bezprecedensowy wzrost. Miano nadzieję, że handel i pieniądze wykreują
miejsca pracy i wzrost gospodarczy.
W centrum nowoczesnego kapitalizmu w
amerykańskim stylu znajdowało się coś, co nazwano „nową gospodarką”,
symbolizowaną przez firmy internetowe, które zrewolucjonizowały sposób
prowadzenia biznesu w Ameryce – i na świecie – zmieniły same tempo zmian
technologicznych i zwiększyły stopę wzrostu produktywności do poziomów nie
notowanych od ćwierćwiecza czy dłużej. Świat przeżył rewolucję gospodarczą dwa
stulecia temu; była to rewolucja przemysłowa, w toku której miejsce rolnictwa
jako podstawy gospodarki zajął przemysł. Nowa gospodarka oznaczała równie
doniosłą zmianę, mianowicie przejście od produkcji dóbr do produkcji idei,
wiążącej się z przetwarzaniem informacji. W rzeczy samej w połowie lat
dziewięćdziesiątych przemysł przetwórczy skurczył się mniej więcej do 14%
całkowitej produkcji i jeszcze mniejszego odsetka zatrudnienia. Ta nowa
gospodarka zapowiadała także koniec cyklu koniunkturalnego, fluktuacji w
gospodarce, które4 dotychczas zawsze były częścią składową kapitalizmu.
Pierwsze oznaki, że coś się nie powiodło, przyszły z zagranicy, z Azji –
w postaci kryzysów w Korei Południowej, Indonezji i Tajlandii w 1997 roku. Po
nich nastąpiły kryzysy w Rosji, w 1998 roku, i w Brazylii, w 1999 roku. (...)
W czwartym miesiącu nowego milenium,
wraz z gwałtownym spadkiem cen akcji firm technologicznych, pojawiły się
pierwsze symptomy, że coś jest nie tak również u nas w kraju. Na samym początku
nowego tysiąclecia rynek akcji, ten najlepszy barometr stanu gospodarki, był na
absolutnie rekordowym poziomie. Giełdowy wskaźnik średniej wartości akcji
NASDAQ Composite Index, obejmujący główne akcje spółek technologicznych ,
wzrósł z 500 punktów w kwietniu 1991 roku do 1000 w lipcu 1995 roku, by w marcu
2000 roku osiągnąć szczytowy poziom 5132 punktów. Hossa na rynku akcji wzmogła
zaufanie konsumentów, które także osiągnęło nowe wyżyny i dało silny impuls do
inwestycji, zwłaszcza w kwitnących sektorach telekomunikacji i
najnowocześniejszych technologii. (...)
Kolejnych kilka lat potwierdziło
podejrzenia, że podawane dane były nieprawdziwe, gdyż rynek akcji ustanowił
nowe rekordy spadków. W następnych dwóch latach tylko na amerykańskich giełdach
wartość firm spadła o 8,5 biliona dolarów, co jest wielkością przekraczającą
roczny dochód każdego kraju na świecie, z wyjątkiem Stanów Zjednoczonych. (...)
Niedługo po pęknięciu bańki na rynku
akcji firm technologicznych szczęście się odwróciło od realnej gospodarki i
Ameryka przeżyła pierwszą recesję od dziesięciu lat. Najwidoczniej nowa gospodarka
nie przyniosła z sobą kresu cyklu koniunkturalnego. Tak jak ożywienie było
silniejsze niż większość innych boomów w okresie powojennym, tak samo załamanie
koniunktury było gorsze. (...)
W pierwszych dwóch latach nowego
tysiąclecia padły kolejne rekordy. Nie były one jednak tego rodzaju, żeby się
nimi chełpić. Enron był największym przedsiębiorstwem, jakie kiedykolwiek
zbankrutowało – do czasu, gdy prześcignął je WorldCom w lipcu 2002 roku. Kursy
akcji spadały dalej, szybciej niż przez lata – wskaźnik S&P 500, który
stanowi najlepszy miernik wyników giełdowych, osiągał najgorsze wartości roczne
od ćwierćwiecza. W latach dziewięćdziesiątych Amerykanie z zaufaniem
zainwestowali swoje oszczędności w akcje spółek. Teraz zaś, wskutek spadku ich wartości
rynkowej o 8,5 biliona dolarów, w przybliżeniu jedna trzecia wartości
indywidualnych kont emerytalnych – kont IRA i planów 401 (k) po prostu znikła.
Nawet mimo zwyżki cen na rynku nieruchomości – niepewnego boomu, który
niekoniecznie dobrze wróży na przyszłość – tylko w trzecim kwartale 2002 roku z
bilansów gospodarstw domowych ubyło ponad 1,6 biliona dolarów. Pracownicy z
długim stażem zdali sobie sprawę, że ich kalkulacje dotyczące emerytury
przestały się zgadzać.
Rynek akcji oczywiście nie zawsze
odzwierciedla całą rzeczywistość gospodarczą. Tym razem niestety
odzwierciedlał. Między lipcem 2000 roku a grudniem 2001 roku kraj odnotował
najdłużej trwający spadek produkcji przemysłowej od czasu pierwszego szoku
naftowego. W ciągu zaledwie dwunastu miesięcy zlikwidowano dwa miliony miejsc
pracy. Ponaddwukrotnie zwiększyła się liczba bezrobotnych pozostających bez
pracy przez długi czas. Stopa bezrobocia podskoczyła z 3,8% do 6%, mniej więcej
1,3 miliona Amerykanów znalazło się poniżej granicy ubóstwa, a kolejnych 1,4
miliona straciło ubezpieczenie zdrowotne.
W dodatku, zanim gospodarka mogła
wyjść z recesji, Ameryką wstrząsnęły najgorsze od przeszło siedemdziesięciu lat
skandale w spółkach, które doprowadziły do upadku nie byle jakie firmy, bo Enron
i Arthura Andersena, i dotknęły niemal wszystkich większych instytucji
finansowych. W miarę upływu czasu stawało się jasne, że problemy nie
ograniczały się do sektora telekomunikacyjnego czy całego sektora
najnowocześniejszych technologii. Problemy narosły również w służbie zdrowia, a
nawet w tak nieciekawej branży, jak sklepy spożywcze.
Jak
to się stało, że sytuacja zmieniła się tak szybko – że triumfujący jak świat
długi i szeroki kapitalizm amerykański stał się symbolem wszystkiego co złe w
gospodarce rynkowej? Że globalizacja
przynosząca wszystkim niebywałe pożytki doprowadziła do pierwszej recesji nowej
ery globalizacji, podczas której spadki koniunktury w Europie, Stanach
Zjednoczonych i Japonii wspomagały się nawzajem w spychaniu się w dół. Że nowa
gospodarka, która obiecywała koniec cykli koniunkturalnych, stała się nową
gospodarką oznaczającą nawet większe niż kiedyś straty?
Przebieg zdarzeń wywołał jeszcze
więcej pytań. W okresie boomu zaufanie było dzielone między Zarząd Rezerwy Federalnej,
z jego długoletnim przewodniczącym Alanem Greenspanem, i administrację
prezydenta Clintona. U wielu polityków z zewnątrz, a zwłaszcza na Wall Street,
większym prestiżem cieszył się Greenspan. Jednak, jak się wydaje, nie tylko nie
potrafił on przewidzieć spadku koniunktury, lecz również kiedy ten spadek coraz
bardziej się pogłębiał, nie potrafił doprowadzić do wyzdrowienia. Czy Greenspan
utracił swój magiczny zmysł? Czy też cieszył się większym zaufaniem, niż na to
zasługiwał?
Moment spadku koniunktury,
pokrywający się w czasie ze zmianą administracji w Ameryce, dostarcza nazbyt
łatwej odpowiedzi na zagadkę nagłej zmiany okoliczności: Bill Clinton i jego
zespół ekonomistów wiedzieli, jak zarządzać gospodarką, natomiast George W.
Bush i jego zespół nie wiedzieli. Spadek koniunktury przyszedł jednak zbyt
szybko po zmianie władzy, żeby to wyjaśnienie wytrzymało krytykę.
Jednocześnie mogliśmy czerpać trochę
pociechy z faktu, że w gospodarce rynkowej zawsze bywały fluktuacje. Każde
przegrzanie kiedyś się kończy. Zazwyczaj to wewnętrzna dynamika doprowadza do
samodestrukcji. Na przykład wzrost cen domów prowadzi do wzrostu inwestycji w
nieruchomości i w konsekwencji nie daje się uniknąć rozziewu między podażą a
zmniejszonym na skutek stale rosnących cen popytem. Trwająca od lat
osiemdziesiątych dobra koniunktura na rynku nieruchomości się skończyła, kiedy
wskaźnik nie sprzedanych domów w Houston osiągnął około 30%. W miarę jak ceny
rosły i rosły, coraz trudniej było uwierzyć, że takie tempo ich wzrostu jest do
utrzymania. Tak samo było w przypadku tej bańki: wysokie ceny zaowocowały
większą liczbą firm internetowych, większymi inwestycjami w telekomunikację.
Kiedy bańka pękła, prawdopodobnie przez 97% wszystkich wyprodukowanych
światłowodów nie zdążyło przepłynąć światło – po prostu nigdy nie zostały
użyte.
Amerykanie muszą jednak stawić czoła
faktowi, że w każdym boomie tkwią ziarna destrukcji, które nie wydają swoich
trujących owoców przez dobre kilka lat. Nie mieliśmy zamiaru wysiewać takich
ziaren – nawet nie wiedzieliśmy, że to robimy. Przeciwnie, byliśmy przekonani,
że wysiewamy ziarna podstaw dobrobytu na przyszłość. I rzeczywiście wiele z
nich zasialiśmy. Niektóre z tych ziaren
to były nasiona drzew wolno wypuszczających pędy – inwestycje w
edukację... czy w badania podstawowe – których owoce zbierze dopiero następne
pokolenie. Inne ziarna jednak – takie jak nadwyżki budżetowe idące w biliony
dolarów, które stanowiły przeciwieństwo rosnących deficytów w latach George’a
Busha i Rolanda Reagana – okazały się bardziej kruche, niż nawet my myśleliśmy,
ponieważ George’owi W. Bushowi udało się coś, co wyglądało na ogromne,
nieprzebrane nadwyżki, w narastający deficyt. Ale stawało się coraz bardziej
jasne, że zasialiśmy też ziarna zniszczenia, które legły u podstaw recesji,
jaka nadeszła w marcu 2001 roku. Gdyby gospodarką dobrze kierowano, recesja ta
mogłaby być krótka i płytka; ale prezydent George W. Bush miał inne plany, w
związku z czym jej konsekwencje dla Ameryki, jak również dla świata, są
poważne.
Ziarna destrukcji
......... 51
Co było tymi
ziarnami destrukcji? Pierwszym był sam boom: była to klasyczna bańka – sytuacja, gdy ceny aktywów nie
pozostają w żadnym związku z ich wartością, znana w kapitalizmie od stuleci. W
trakcie holenderskiej bańki na rynku cebulek tulipanów na początku XVII wieku
cena jednej cebulki wzrosła do poziomu odpowiadającego tysiącowi dolarów; każdy
inwestor był gotów zapłacić taką cenę, ponieważ sądził, że będzie mógł sprzedać
tę cebulkę komuś innemu po jeszcze wyższej cenie1.Bańki powstają w
wyniku pewnej irracjonalnej euforii2 i być może od czasów manii
dotyczącej cebulek tulipanowych irracjonalność rynku nie była bardziej
oczywista niż wtedy, gdy inwestorzy płacili miliardy dolarów spółkom, które
nigdy nie wykazały zysku – i prawdopodobnie nigdy nie wykażą.
Nikt – ani prezydent – ani minister
skarbu, ani przewodniczący Zarządu Rezerwy Federalnej - nie może być obwiniany o tę irracjonalną
euforię; można ich jedynie winić za niezajęcie się konsekwencjami, a w
niektórych przypadkach za podtrzymywanie szaleństwa. W rozdziale 3 wyłożę
dokładnie, co mogła i powinna była zrobić Rezerwa Federalna, która po
nieśmiałej próbie upuszczenia powietrza z bańki po prostu przyczyniła się do
narastania szaleństwa.
Źle prowadzona księgowość dostarczała
złych informacji, a irracjonalna euforia po części opierała się na tych złych
informacjach. Wiadomo było, że systemy księgowe mają dużą wadę i że system
wynagradzania dyrektorów stwarza motywację do wykorzystywania ułomności
systemów księgowania. Wiadomo też było, że odpowiedzialni za księgowość, firmy
księgowe, stoją w obliczu konfliktu interesów, gdy chcą dostarczać rzetelnych i
wiarygodnych informacji. (...) Nad długookresowymi i ogólnymi interesami górę
brały interesy krótkoterminowe i partykularne. Hamowały one wysiłki zmierzające
do poprawy istniejącego stanu rzeczy, a ustawy podatkowe i prawa dotyczące
papierów wartościowych w rzeczywistości stan ten pogarszały.
W niektórych dziedzinach Ameryka ma
przestarzały system regulacji, nie dotrzymujący kroku zmianom technologicznym,
które przekształciły gospodarkę. Jednak zbyt mocno ugrzęźliśmy w pułapce, jaką
zastawia mantra deregulacji, bezmyślnie rezygnując z regulowania. To nie
przypadek, że wiele problemów szalonych lat dziewięćdziesiątych wzięło swój
początek w sektorach niedawno poddanych deregulacji – w energetyce ,
telekomunikacji i finansach.
Zniekształcone bodźce w połączeniu z irracjonalną euforią stworzyły nowe
molochy finansowe Ameryki, żeby dostarczać środków finansowych na
podtrzymywanie bańki. Zarabiały one
miliardy na pierwotnych ofertach publicznych i zwodniczej zwyżce cen
faworyzowanych przez nie akcji, nawet jeśli te zyski trzeba było osiągać czyimś
kosztem – w większości przypadków kosztem zwykłych akcjonariuszy. W
administracji debatowaliśmy nad niektórymi tak zwanymi reformami, które
potencjalnie zaostrzały konflikty interesów, ale Ministerstwo Skarbu brało
stronę firm finansowych, które mówiły: „zaufajcie nam” I to one wygrały, a kraj
przegrał (zob. rozdz. 6).
Przy takich ingrediencjach mikstura
była już wystarczająco mocna. Lecz aby dodać piany do panującego szaleństwa,
obcięto podatki od zysków kapitałowych (od wzrostu wartości aktywów, takich jak
akcje, między nabyciem a sprzedażą). Ci, którzy
zarabiali pieniądze, spekulując i wygrywając na giełdzie, byli bohaterami dnia
i mieli być słabiej obciążani podatkami niż ci, którzy zarabiają na chleb w
pocie czoła. W ten sposób, wskutek specjalnego błogosławieństwa dla
spekulacji, na rynek napłynęło więcej pieniędzy i bańka powiększała się jeszcze
bardziej.
Skąd się wzięły niepowodzenia? .........
53
Kiedy
patrzę wstecz na lata dziewięćdziesiąte XX wieku z obecnego miejsca obserwacji,
zastanawiam się: co zrobiliśmy niewłaściwie? Były, jak sądzę, dwie podstawowe
przyczyny niepowodzeń.
Utrata z pola widzenia równoważącej roli
państwa .........
53
Przez
dwanaście lat, w okresie rządów Ronalda Reagana i George’a Busha I, politykę gospodarczą
kraju kształtowali ideolodzy wolnego rynku, którzy idealizowali sektor prywatny
i demonizowali państwowe programy i regulacje. (...)
Jednocześnie od dawna wiedziano, że
rynek nie zawsze działa dobrze, dostarczając zbyt dużo niektórych dóbr, takich
jak zanieczyszczenia powietrza, a zbyt mało innych, takich jak inwestycje w
edukację, zdrowie i wiedzę. Poza tym rynek nie reguluje się sam; bywały ogromne
fluktuacje w poziomie aktywności gospodarczej, z długimi okresami wysokiego
bezrobocia... Społeczne i gospodarcze
koszty takich sytuacji były ogromne.
Po drugiej wojnie światowej rząd
federalny wziął na siebie odpowiedzialność za utrzymanie gospodarki w stanie
pełnego zatrudnienia – w drodze tej samej ustawy, która powołała do życia
Zespół Doradców Ekonomicznych. I coraz częściej przyznawano, że państwo ma do
odegrania ważną, i to uprawnioną rolę w innych dziedzinach, na przykład w
ukróceniu zanieczyszczania środowiska.
Konserwatyści natomiast chcieli
ograniczyć rolę państwa (chyba że chodziło o przyznawanie subsydiów czy ochronę
niektórych gałęzi, takich jak przemysł stalowy, aluminiowy, farmy przemysłowe
czy linie lotnicze. W niektórych
przypadkach chcieli nawet wyeliminować państwo, przekazując
Ubezpieczenia Społeczne sektorowi prywatnemu.
Stała za tym wiara w nieskrępowany rynek. Ideę tę często przypisywano
Adamowi Smithowi, ojcu współczesnej ekonomii (chociaż on sam był bardziej
ostrożny), który w swojej rozprawie Bogactwo narodów z 1776 roku utrzymywał, że rynek jakby niewidzialną ręką
prowadzi gospodarkę do efektywnych wyników. Jednym z wielkich osiągnięć
intelektualnych połowy XX wieku, którego autorami byli Gerard Debreu z
Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley i Kenneth Arrow ze Stanfordu,
uhonorowani Nagrodą Nobla za to osiągnięcie – było określenie warunków, pod
jakimi „niewidzialna ręka” Adama Smitha może działać. Jest to duża liczba
niemożliwych do spełnienia warunków, takich jak ten, że informacja musi być
doskonała, a co najmniej nie może na nią wpływać nic, co się dzieje w
gospodarce, i że niezależnie od tego, jaką informację ktoś posiada, inni mają
taką samą informację; że konkurencja musi być doskonała oraz że można wykupić
ubezpieczenie przed każdym możliwym rodzajem ryzyka. Chociaż wszyscy byli
zgodni, iż te założenia są nierealistyczne, to jednak żywiono nadzieję, że
jeśli realny świat nie odejdzie od nich zbyt daleko – jeśli informacja nie
będzie za bardzo niedoskonała lub firmy nie będą dysponowały zbyt dużą siłą
rynkową – to teoria niewidzialnej ręki Adama Smitha będzie stanowiła dobry opis
gospodarki. Była to nadzieja oparta na wierze – zwłaszcza tych, którym dobrze
służyła – a nie na nauce.
Moje badania, jak również innych, nad
konsekwencjami niedoskonałości i asymetryczności informacji (kiedy różni ludzie
wiedzą rożne rzeczy), prowadzone w ciągu ćwierćwiecza, wykazały, iż jedną z
przyczyn tego, że niewidzialna ręka może być niewidzialna, jest to, że jej po
prostu nie ma. Nawet w krajach najbardziej rozwiniętych rynki funkcjonują z
znacząco odmienny sposób, niż zakładają teorie „doskonałego rynku”.
Rzeczywiście przynoszą olbrzymie korzyści, były w znacznej mierze sprawcami
ogromnego wzrostu stopy życiowej w ubiegłym stuleciu, ale mają też swoje
ograniczenia i tych ograniczeń niejednokrotnie po prostu nie wolno ignorować.
Masowe bezrobocie, które się okresowo pojawia, świadczące o tym, że rynek nie
wykorzystuje dobrze zasobów, jest jedynie wierzchołkiem ogromnej góry lodowej
niesprawności rynku.
Teoria niewidzialnej ręki rynku
stanowiła wielką pomoc dla dyrektorów wykonawczych firm, bo mówiła im, że
robiąc dobrze (dla siebie), czynią dobro (dla społeczeństwa. Nie tylko nie
powinni się czuć winni zachłanności, przeciwnie, powinni się czuć dumni. (...)
Od dyrektorów i innych pracowników na kierowniczych stanowiskach oczekuje się,
że będą działali w najlepiej pojętym interesie spółek, ich akcjonariuszy i
pracowników, tymczasem w latach dziewięćdziesiątych bodźce zostały bardzo źle
ustawione. Działając w swoim własnym interesie, dyrektorzy często nie służyli
interesom tych, w imieniu których mieli działać. Jak na ironię, zmian w
strukturze płac, które tkwiły u podłoża większości problemów, broniono,
twierdząc, że są to bodźce naprawcze.
Nikt kto obserwował skandale w
korporacjach, zaprzepaszczone inwestycje okresu boomu w Ameryce, leżące
bezużytecznie zasoby w okresie zapaści, naprawdę nie może dać wiary temu, że
rynek sam z siebie doprowadzi do efektywnych wyników. (...)
W kilku wcześniejszych okresach, gdy
gospodarka osiągała słabe wyniki, orędownicy rynku usiłowali znaleźć winowajcę
w nadmiernej lub źle przeprowadzonej interwencji państwa... (...) Uważam, że
państwo nie spowodowało Wielkiego Kryzysu, lecz mimo to ponosiło winę: nie
zrobiło tego, co mogło, żeby go zahamować i zminimalizować szkody, jakie
wyrządził. Ale niezależnie od tego, co się myśli o Wielkim Kryzysie, to państwo
robiąc za mało – wprowadzając za mało przepisów , a nie za dużo – było sednem
problemu w szalonych latach dziewięćdziesiątych i recesji, która później
nastąpiła.
(...) Ale w gospodarce jako całości
kończy się na tym, że to państwo w ten czy inny sposób ratuje sytuację, gdy
sprawy idą źle. Kiedy deregulacja w bankowości doprowadziła do problemów z
kasami oszczędnościowo-pożyczkowymi w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku,
rachunek zapłacili amerykańscy podatnicy. Wiele regulacji ma na celu ochronę
Ameryki i amerykańskich podatników przed takim ryzykiem.
Oczywiście państwo, podobnie jak
rynek, ma różnorodne niedoskonałości, prowadzące do niesprawności, które są
równie dokuczliwe jak niesprawności rynku. Właśnie dlatego państwo i rynek powinny współdziałać,
wzajemnie się uzupełniać, kompensując wzajemnie swoje słabości i wzmacniając
silne strony.
W istocie niektóre rzeczy państwo
może być w stanie robić nawet lepiej niż sektor prywatny. (...)
(...) Jim Carter rozpoczął proces
deregulacji... Ale za Ronalda Reagana i
George’a Busha Ameryka posunęła deregulację za daleko. Nowi demokraci mieli
rację, podkreślając, że rynek jest osią każdej udanej gospodarki, ale mimo to
państwo ma do odegrania rolę o rolę o podstawowym znaczeniu. Niewłaściwie
przeprowadzona deregulacja i zła polityka podatkowa była podłożem recesji w
1991 roku, a niewłaściwie przeprowadzona deregulacja, zła polityka i złe
praktyki w księgowości są podłożem obecnego spadku koniunktury. Amerykańscy
inwestorzy zaufali audytorom przeprowadzającym kontrolę w spółkach, a ci
audytorzy zawiedli to zaufanie. Podobnie, inwestorzy zaufali analitykom z Wall
Street przy wyborze kupowanych akcji, a ci analitycy zawiedli ich zaufanie.
Ideologia doprowadziła do rozwiązań,
które przyczyniły się do wygenerowania bańki, a ta w końcu pękła. Co więcej,
ideologia wolnego rynku nie dopuściła także do podjęcia działań mogących
rozwiązać pewne podstawowe problemy, które dały asumpt do powstania bańki, jak
również innych działań, które mogły tę bańkę zmniejszyć, wypuszczając z niej
powietrze nie tak raptownie.
Wzrost tanim kosztem
......... 57
Wyłaniające
się zrozumienie lat dziewięćdziesiątych wymaga, żebyśmy przyznali – sobie samym
i światu – iż zaangażowaliśmy się w chybioną próbę osiągnięcia wzrostu tanim
kosztem – jakkolwiek nie za pośrednictwem „szamańskiej (wudu) ekonomii” Ronalda
Reagana, który w jakiś sposób wierzył, że dzięki obcięciu podatków można
zwiększyć wpływy podatkowe – ale poprzez gospodarkę „bańki mydlanej”. Zamiast
ograniczyć konsumpcję, żeby sfinansować ożywienie, Stany Zjednoczone poważnie
się zapożyczyły... (...)
Zrobiliśmy trochę dobrych inwestycji
długoterminowych... ale nazbyt dużo inwestycji poszło na rozrzutne wydatki...
(...)
W przeciwieństwie do tego, zbyt mało
inwestycji zostało przeznaczonych na zaspokojenie istotnych potrzeb o
charakterze społecznym, w dziedzinie edukacji, infrastruktury czy badań podstawowych.
(...)
(...)
U podstaw wielu z tych błędów leżał nadmierny zapał do redukowania
deficytu budżetowego.
Prezydent Reagan dopuścił do wymknięcia się deficytu spod kontroli, wystawiając
na ryzyko długookresowy wzrost gospodarki, i coś z tym trzeba było zrobić.
Jednak tak jak za daleko posunęliśmy deregulację, tak samo za daleko
posunęliśmy się z redukcją deficytu.
(...)
(...)
Konserwatyści nieustannie wysuwali argumenty przemawiające za mniejszą
rolą państwa, mniejszymi wydatkami, mniejszą liczbą pracowników państwowych,
mniejszą ilością regulacji. Założenie wstępne było takie, że państwo
nieuchronnie jest nieefektywne. Nawet jeśli występują problemy, to regulacje
wprowadzone przez państwo nieuchronnie pogorszą sprawy; w związku z tym
najlepszym rozwiązaniem jest po prostu pozwolić rynkowi działać po swojemu.
Administracja Billa Clintona nie
cierpiała rozrzutności cechującej wiele programów federalnych i nieskuteczności
wielu regulacji i naprawdę staraliśmy się coś zrobić z tym problemem... Mimo że prezydenci Reagan i Bush pomstowali
na państwo, to w okresie sprawowania przez nich władzy zatrudnienie w sektorze
publicznym w rzeczywistości wzrosło. Za czasów prezydenta Clintona odsetek
krajowej siły roboczej zatrudnionej przez rząd federalny skurczył się... Jednakże zainicjowaliśmy te redukcje nie w
celu zburzenia państwa... Dzięki
pokazaniu, że państwo może być efektywne i innowacyjne, mieliśmy nadzieję
ponownie zyskać poparcie dla rządu i dla tych poczynań, które leżą w domenie
odpowiedzialności państwa.
Amerykańskie
niepowodzenia za granicą .........
59
Boom
i późniejszy krach w gospodarce światowej były faktycznie nawet większe niż w
Ameryce, ale były ze sobą nierozerwalnie splecione. Wraz z zakończeniem zimnej
wojny i nadejściem globalizacji mieliśmy okazję stworzyć nowy międzynarodowy
ład oparty na amerykańskich wartościach, odzwierciedlający nasze rozumienie
równowagi między państwem a rynkiem, taki, który wspierałby sprawiedliwość
społeczną i demokrację w skali światowej. (...)
Kiedy jednak patrzymy na te dokonania
z perspektywy czasu, kiedy widzimy protesty na całym świecie i czujemy tętno
antyamerykanizmu, staje się jasne, że znowu coś poszło nie tak5. U
podłoża protestów tkwiły głębsze przyczyny. Globalizacja często nie przynosiła
zapowiadanych pożytków. Z wyjątkiem Azji – która w znacznej mierze nie
stosowała się do forsowanych przez Stany Zjednoczone zaleceń dotyczących
wzrostu i rozwoju – ubóstwo się zwiększyło, w niektórych miejscach drastycznie.
Ponieważ w Ameryce Łacińskiej w okresie reform i globalizacji lat
dziewięćdziesiątych wzrost był niemal o połowę mniejszy niż w latach
pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, nic dziwnego, że
wzbudziło to niezadowolenie. Rozziew między posiadającymi a nieposiadającymi –
zarówno między Stanami Zjednoczonymi a światem rozwijającym się, jak i między
bogatymi a biednymi w krajach rozwijających się – wzrastał. Nawet wiele osób
spośród tych, którym się lepiej powodziło, odczuwało większą niepewność jutra.
Argentyna została okrzyczana uczniem, który przyswoił sobie reformy na szóstkę
z plusem. Patrząc na katastrofę, jaka na nią spadła, kraje rozwijające się
pytają: jeśli to ma być rezultat, to co nas czeka? W miarę zaś jak zwiększało się
bezrobocie i poczucie bezradności, a owoce ograniczonego wzrostu w
nieproporcjonalnie dużym stopniu zbierali bogaci, narastało również poczucie
niesprawiedliwości społecznej.
Dekada niespotykanego wpływu Ameryki na gospodarkę
światową była także dekadą, w której jeden kryzys gospodarczy zdawał się
następować natychmiast po drugim – co roku wybuchał nowy. Przetrwaliśmy te
kryzysy. Może nawet odnieśliśmy korzyści w postaci niższych cen, po których
mogliśmy kupować niektóre importowane towary, a nasze banki inwestycyjne mogły
osiągnąć zyski.
Ale kryzysy spowodowały niesłychane
trudności w tych krajach, które je przeżyły. Szumnie zapowiadana transformacja
w byłych krajach komunistycznych w gospodarkę rynkową, która miała przynieść
bezprecedensowy dobrobyt, przyniosła bezprecedensowe ubóstwo. Transformacja
okazała się taką katastrofą, że latem 1999 roku „The New York Times” zapytywał:
Kto zgubił Rosję6... spodziewano się, że gdy wydajny
kapitalizm zastąpi chylący się ku upadkowi, dekadencki komunizm, produkcja
pójdzie w górę. W rzeczywistości PKB spadł o 40%, a ubóstwo zwiększyło się
dziesięciokrotnie. Tymczasem Chiny, idące własnym kursem, pokazały, że istniała
alternatywna ścieżka transformacji, która mogła zakończyć się sukcesem, zarówno
przynosząc wzrost, zapowiadany przez rynek, jak i wydatnie ograniczając
ubóstwo.
Najwyraźniej coś było nie w porządku
ze sposobem, w jaki prowadziliśmy świat ku nowemu ładowi międzynarodowemu. Co
najmniej nie zajęliśmy się fundamentalnymi problemami braku stabilności. Dużo
się mówiło o reformowaniu globalnej architektury finansowej, lecz nie było
żadnego konkretnego działania.
Ponownie należy zapytać, jakie błędy
popełniliśmy i dlaczego?
Na przykład porozumienia
międzynarodowe odzwierciedlały nasze troski, nasze interesy; zmuszaliśmy ludzi
za granicą, żeby otwierali swoje rynki kapitałowe, przed, powiedzmy, naszymi
instrumentami pochodnymi i napływem kapitału spekulacyjnego, wiedząc, jak mogą
być one destabilizujące. Ale Wall Street tego chciała a jeśli Wall Street
czegoś chciała, to było więcej niż prawdopodobne, że to dostanie.
Krajom rozwijającym się powiedziano,
żeby otworzyły swoje rynki przed wszelkimi możliwymi do wyobrażenia formami
importu... Tymczasem my utrzymaliśmy
sztywne bariery handlowe i duże subsydia dla amerykańskich farmerów i przemysłu
rolnego, odmawiając przy tym rolnikom z Trzeciego Świata dostępu do naszego
rynku. Naszą standardową radą udzielaną krajowi, który przeżywał ciężkie chwile
i stawał w obliczu recesji, było: ciąć wydatki – chociaż sami rutynowo uciekaliśmy
się do finansowania deficytowego, gdy chcieliśmy się uporać ze spadkiem
koniunktury.
Nie były to jedyne przykłady tego, co
za granicą uważano za jawną hipokryzję. Nawet gdy w latach dziewięćdziesiątych
równoważyliśmy budżet, utrzymywaliśmy spory deficyt handlowy, a jednocześnie
innym prawiliśmy kazania, że powinni zmniejszyć swój deficyt w obrotach
handlowych. Widocznie było zrozumiałe, że bogatemu wolno żyć ponad stan,
natomiast w przypadku biednego byłoby to niewybaczalne7.
Szczególnie dziwny był kontrast
między paliatywami zalecanymi przez administrację Billa Clintona za granicą, a
bitwami, które staczała ona w kraju. W kraju broniliśmy systemu państwowych
ubezpieczeń społecznych przed prywatyzacją, chwaląc jego niskie koszty
transakcyjne i bezpieczeństwo dochodów, jakie zapewnia, i to, że praktycznie
wyeliminował biedę wśród osób starszych. Za granicą zaś forsowaliśmy
prywatyzację. W kraju przekonywaliśmy usilnie, że Rezerwa Federalna powinna się
skupiać na wzroście i bezrobociu oraz na inflacji... Za granicą zaś
nakłanialiśmy banki centralne do skupiania się wyłącznie na inflacji.
(...)
(...) My pracujący, w administracji
Billa Clintona, nie mieliśmy wizji nowego pozimnowojennego ładu
międzynarodowego, natomiast społeczność biznesowa i finansowa miała: dostrzegła
nowe możliwości osiągania zysków. Dla nich na tym właśnie miała polegać rola
państwa: na pomaganiu im w uzyskiwaniu dostępu do rynków. I rozwiązania, które
forsowaliśmy za granicą, pomogły naszym przedsiębiorstwom dobrze tam sobie
radzić. W kraju istniała kontrola tych rozwiązań, spowodowana naszą troską o
konsumentów i pracowników. Za granicą takiej kontroli nie było. W kraju
opieraliśmy się przed naciskami na zmiany prawa upadłościowego, które by
nadmiernie dotykały dłużników. Za granicą pierwszą troską podczas każdego
kryzysu było jak najszybsze i jak najpełniejsze spłacenie długów amerykańskim i
innym zachodnim bankom, do tego stopnia, że dostarczano w tym celu miliardy
dolarów. Deregulację, którą w kraju posunęliśmy zbyt daleko, za granicą
posunęliśmy jeszcze dalej.
Nie jest więc niespodzianką, że
rozwiązania, które lansowaliśmy, i sposób, w jaki to robiliśmy, wywoływały
ogromne oburzenie. (...) To, że mamy problem z oszustwami księgowymi, nie
oznacza, iż na świecie nie należy podwyższać standardów księgowości; jednak
Enrony i Arthury Anderseny podkopały autorytet Ameryki w takich sprawach. Nasza
hipokryzja w kwestiach handlowych staje się powodem utrzymywania systemów
protekcjonistycznych za granicą, nawet w krajach, które naprawdę zyskałyby na
obniżeniu barier handlowych.
Polityka prowadząca do
niepowodzeń .........
62
Kiedy jako
doradcy ekonomiczni prezydenta Clintona przybyliśmy do Waszyngtonu, byliśmy
dobrze przygotowani do zajęcia się wieloma problemami, które wywołały bańkę i
jej pęknięcie, do przywrócenia równowagi między działaniami kolektywnymi i
jednostkowymi oraz między państwem a rynkiem, do stworzenia podstaw silnego,
długotrwałego wzrostu. Bill Clinton został wybrany na prezydenta pod hasłem
postawienia na pierwszym miejscu ludzi, a nie interesów finansowych.
Wiedzieliśmy, że występowały konflikty interesów; wiedzieliśmy, że rynek sam z
siebie często nie funkcjonuje dobrze; wiedzieliśmy, że było miejsce na
regulacje państwowe. A szerszy interes ogólny, któremu większość nas chciała
służyć, oznaczał, iż nie powinniśmy byli dać się uwieść wyrachowanej
argumentacji orędowników wolnego rynku.
Ze wszystkich błędów, jakie
popełniliśmy w szalonych latach dziewięćdziesiątych, najgorsze były te, które
zostały spowodowane nieprzestrzeganiem naszych zasad i brakiem wizji. Mieliśmy
zasady. Kiedy administracja obejmowała urząd, większość z nas wiedziała,
przeciwko czemu jesteśmy. Byliśmy przeciwko konserwatyzmowi Ronalda Reagana.
Wiedzieliśmy, że państwo powinno odgrywać większą i odmienną rolę, że
powinniśmy się bardziej skoncentrować na biednych i na zapewnieniu wszystkim
edukacji i ochrony socjalnej oraz że powinniśmy chronić środowisko naturalne.
Krótkowzroczne skupienie się na finansach, na deficycie budżetowym sprawiło, że
przestaliśmy brać te plany pod uwagę.
Opowiadaliśmy się też za prawami
obywatelskimi i prawami człowieka, za nowym internacjonalizmem, za demokracją.
W okresie zimnej wojny okazywaliśmy przyjaźń bezwzględnym dyktatorom, niezbyt
zważając na to, za czym oni się opowiadają i co robią, po prostu dlatego, że
byli po naszej stronie w walce z komunizmem. Dzięki zakończeniu zimnej wojny
mogliśmy łatwiej trzymać się tradycyjnych wartości amerykańskich i to
robiliśmy. Lansowaliśmy demokratyczne rządy. Ale znowu, pod wpływem świata
finansów, w każdy możliwy sposób forsowaliśmy za granicą zestaw reform opartych
na fundamentalizmie rynkowym, nie zwracając specjalnej uwagi, jak bardzo to, co
robiliśmy, naruszało procesy demokratyczne8.
Dlaczego przestaliśmy się kierować
naszymi wartościami? Łatwo jest zrzucać winę na innych – odziedziczony deficyt
ograniczał to, co mogliśmy zrobić, tak samo jak wybrany w 1994 roku
konserwatywny Kongres. Myślę jednak, że byliśmy po części ofiarą naszego
własnego pozornego sukcesu. Na początku kadencji śmiały, szeroko zakrojony
program zajęcia się problemami Ameryki został odłożony na bok na rzecz
jednostronnego skupienia się na redukcji deficytu. Gospodarka odżyła, doceniono
znaczenie ograniczenia deficytu, a wraz z tym wzrosła wiarygodność orędowników
tego posunięcia. Gdy popierali deregulację, należało słuchać ich mądrości. Gdy
popierali deregulację w swoim własnym sektorze, należało słuchać ich ze
szczególną uwagą – no bo w końcu kto więcej wie o rynkach finansowych niż
finansiści. Tak bardzo zafascynowani naszym pozornym sukcesem zapomnieliśmy o
dwóch stuleciach doświadczeń dotyczących z problemów wynikających z konfliktu
interesu – nie mówiąc już o naukach wypływających z ostatnich osiągnięć
teorii asymetrii informacji.
Poza tym, kiedy republikanie przejęli
kontrolę nad Kongresem, deregulacja i obniżenie podatków od zysków kapitałowych
stały się częścią wspólnej platformy: prezydent, działacz Partii Demokratycznej
dążący do zajęcia przez nią nowej centrowej pozycji, chciał znaleźć pewną
wspólną płaszczyznę z konserwatywnymi republikanami.
Lekcje
......... 64
Głównej
lekcji, jaka wynika z tej historii wzlotu i upadku – takiej, że rola państwa i
rola rynku powinny być zrównoważone – najwyraźniej świat musi się wciąż uczyć
od nowa. Jeśli kraje znajdą złoty środek między nimi, to dynamicznie się
rozwijają – tak było w Ameryce przez większość jej historii czy w Azji
Wschodniej w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX
stulecia. Jeśli im się nie uda znaleźć złotego środka, gdyż skłaniają się w
kierunku bądź zbyt dużej, bądź zbyt małej roli państwa, to katastrofa wisi w
powietrzu. Chociaż niesprawności wynikające z przerostu państwa mają bardziej
dramatyczne skutki – czego dowodem jest upadek systemu komunistycznego – to ten
drugi przypadek też prowadzi do niesprawności.
To zbyt mało, a nie zbyt dużo
regulacji było przyczyną kryzysu w Azji Wschodniej w 1997 roku. To zbyt mało
regulacji spowodowało krach kas oszczędnościowo-pożyczkowych w 1989 roku, za
który amerykańscy podatnicy zapłacili ponad 100 miliardów dolarów,
subwencjonując znaczną część krajowego systemu finansowego. (Jedyne, co można
powiedzieć w obronie tego dofinansowania, jest to, że – biorąc pod uwagę konsekwencje
nadmiernej deregulacji – koszty zaniechania byłyby jeszcze większe).
Jakkolwiek podczas kadencji
prezydenta Clintona czasami gubiliśmy tę równowagę, to sprawy przybrały jeszcze
gorszy obrót podczas następnej prezydentury – z możliwymi do przewidzenia
konsekwencjami w postaci pogorszenia się wyników naszej gospodarki. Wyzwaniem
na dzisiaj jest przywrócenie tej równowagi, nauczenie się lekcji wynikających z
burzliwej dekady lat dziewięćdziesiątych i lat następnych.
Książka ta w większości dotyczy wewnętrznej polityki i gospodarki
amerykańskiej, ale jak pokazały wydarzenia ostatnich lat, spraw tych, i naszej
pomyślności, nie można odseparować od tego, co się dzieje za naszymi granicami.
Globalizacja może być nieuchronna, lecz sposób, w jaki staraliśmy się ją
zorganizować – w naszym interesie – nie współgrał z wyznawanymi przez nas
wartościami i w końcu przestał służyć nawet naszym interesom. Po hossie
„globalizacyjnej”, podobnie jak po hossie na giełdzie i w gospodarce, przyszła
bessa, częściowo dlatego, że – tak jak w przypadku pozostałych hoss – tkwiły w
niej zalążki samozniszczenia.
Choć nasza gospodarka nie osłabła, to
nasza globalna strategia nie miała szans powodzenia. Opierała się bowiem na
wywieraniu nacisku na kraje Trzeciego Świata, żeby przyjęły rozwiązania
znacznie różniące się od stosowanych przez nas samych – żeby zastosowały
fundamentalistyczne rozwiązania rynkowe, takie, przeciwko którym administracja
prezydenta Clintona walczyła w kraju. Opierała się na odkładaniu przez nas na bok
sprawiedliwości społecznej, równości, uczciwości po to, aby jak najwięcej
uzyskać dla amerykańskich grup interesu.
Świat stał się wzajemnie powiązany
pod względem gospodarczym, toteż tylko równoprawne porozumienia międzynarodowe
mogą zapewnić stabilność globalnego rynku. Będzie to wymagało ducha kooperacji,
którego nie buduje bezrozumna siła, dyktowanie nieodpowiednich warunków w samym
środku kryzysu, zastraszanie, forsowanie nieuczciwych traktatów handlowych czy
prowadzenie obłudnej polityki handlowej – będące częścią hegemonistycznej
schedy zostawionej przez Stany Zjednoczone po latach dziewięćdziesiątych
ubiegłego stulecia, która przypuszczalnie się pogorszyła w okresie sprawowania
władzy przez następną administrację.
W dziedzinie polityki gospodarczej na
arenie międzynarodowej Ameryka lat dziewięćdziesiątych zapowiadała ideologiczny
zapał i jednostronność następnej administracji. Konsekwencje tego będą
stanowiły część spuścizny, z którą będzie
się musiała zmierzyć kolejna administracja.
Do hossy i bessy globalizacji wrócimy
w rozdziale 9. Najpierw jednak trzeba wykonać prace przygotowawcze: omówić
dochodzenie do ekonomicznego zdrowia w 1993 roku i boom w gospodarce, jaki
potem nastąpił.
----------
Przypisy
7 Mogliśmy
dawać sobie radę mimo tak lekkomyślnego postępowania, ponieważ dolar był de
facto walutą światową. Problem systemu rezerwy globalnej należał do tych
zagadnień o zasadniczym znaczeniu, których nigdy nawet nie przedyskutowaliśmy,
nie mówiąc już o zajęciu się nim.
8 Kiedy w
Rosji parlament przeciwstawiał się reformom uważanym przez nas za właściwe,
namawialiśmy Borysa Jelcyna do wydania dekretów prezydenckich, żeby ominąć
parlament. Gdy zaś wyglądało na to, że Jelcyn może zostać pokonany, udawaliśmy,
że nie widzimy, jak Rosja rozdaje swe bogate zasoby oligarchom, którzy się
Jelcynowi odpłacili, działając na rzecz jego reelekcji. Podobnie mało uwagi
zwracaliśmy na to, że koncentracja prywatnych mediów może się skończyć brakiem
dywersyfikacji poglądów, czyli doprowadzić do sytuacji niewiele lepszej od
dominacji mediów państwowych. Czasami wydawało się, że jedyną rzeczą, która nas
interesowała, było tempo prywatyzacji.
----------
Epilog
Kolejne nauki
z niewłaściwego kierowania gospodarką
......... 273
Prysła bańka. Gospodarka weszła w recesję. Było to
nieuchronne, że tak się stanie, że skończą się kiedyś sukcesy szalonych lat dziewięćdziesiątych XX
wieku wyrosłe na fałszywych przesłankach, jak i to, że dojdzie do ostrych
sprzeciwów wobec globalizacji. Nie było jednak nieuniknione to, że spadek
aktywności gospodarczej będzie tak długi
i tak głęboki, jak był, i że będzie tak bardzo dotkliwy. Ponad dwa lata
gospodarka Stanów Zjednoczonych funkcjonowała znacznie poniżej swoich
możliwości – przyniosło to stratę przekraczającą pół biliona dolarów, którą
należy dodać do zmarnowanych, źle zainwestowanych pieniędzy w okresie dobrej
koniunktury. W chwili oddawania tej książki do druku gospodarka nadal nie
wykorzystywała swojego potencjału. Podobnie jak z błędów polityki w latach
dziewięćdziesiątych, ważne nauki powinniśmy również wyciągnąć z błędów
popełnionych już w nowym tysiącleciu.
W rozdziale 1 widzieliśmy, jaki
zestaw problemów odziedziczył Bill Clinton po Bushu I: gospodarkę w recesji,
powolny wzrost produktywności, rosnące nierówności oraz ogromny, powiększający
się deficyt budżetowy i handlowy. Niektóre z nich rozwiązał – gospodarka wyszła
z recesji i, co najważniejsze, wyeliminowany został olbrzymi deficyt. W pewnych
dziedzinach, na przykład w zakresie wzrostu produktywności, sukces przeszedł
wszelkie oczekiwania. W innych, jak w przypadku nierówności, osiągnięto pewien
ograniczony postęp: zmniejszono biedę i ludzie znajdujący się na samym dole
drabiny dochodów odnotowali wreszcie pewien ich wzrost. Jednak ogromny wzrost
nierówności, który charakteryzował poprzednie dwie dekady, obejmujące lata
administracji Ronalda Reagana i Busha I, nie został odwrócony. W jeszcze innych dziedzinach, jak w przypadku
ogromnego deficytu handlowego, jeżeli była jakaś poprawa, to niewielka.
Administracja Billa Clintona chętnie
zrobiłaby więcej dla rozwiązywania długookresowych problemów Ameryki, ale szyki
pokrzyżował jej brak zasobów – poświęconych, tak jak gdzie indziej, na ołtarzu
redukcji deficytu – oraz brak współpracy ze strony Kongresu. Wiedzieliśmy, że
wzrost produktywności musi się opierać na wcześniejszych inwestycjach w naukę i
technikę, toteż chcieliśmy zwiększyć te inwestycje, ale ograniczał na
budżet, jak również konserwatywna
ideologia, że państwo nie powinno wspierać nauki i techniki. Wiedzieliśmy, że
nasza infrastruktura ma poważne braki, że powinniśmy więcej łożyć na edukację i
poprawę stanu środowiska naturalnego.
Mimo, że nie zrobiliśmy tak wiele,
jak chcieliśmy, gospodarka, którą pozostawiliśmy George’owi Bushowi, znajdowała
się w bardzo dobrym stanie. Deficyt budżetowy przemienił się w ogromną
nadwyżkę, a bezrobocie było niższe niż w poprzednich dekadach.
Nowa gospodarka jest czymś
rzeczywistym, nawet jeśli jej znaczenie było wyolbrzymione – dzisiejsza
gospodarka znacznie się różni od tej, która była dziesięć lat temu. Nowe
technologie, takie jak Internet i telefonia komórkowa, zmieniły sposób
prowadzenia interesów i komunikowania się. Stanowiły one źródło wzrostu
produktywności, który ciągle trwa i będzie trwał, dokonując ogromnych zmian w
naszym poziomie życia. Te przekształcenia w gospodarce umożliwiły nam
zmniejszenie bezrobocia bez wzrostu inflacji. Warunki, które podtrzymują niską
stopę bezrobocia, zarówno napędzają wzrost gospodarczy, jak i dają możliwość
rozwiązania ważnych problemów społecznych – zwłaszcza tych, które wiążą się z
wykluczeniem mniej wykwalifikowanych pracowników z rynku pracy. Ameryka ma od
dawna dobrze wykształconą siłę roboczą.,
a w ostatnich latach jej kwalifikacje nawet wzrosły, co zwiększa możliwości
zmiany pracy. Opłaciła się strategia ułatwiania przechodzenia z jednego miejsca
pracy do drugiego, polegająca między innymi na zwiększaniu możliwości
przenoszenia planów emerytalnych i skupianiu się na pomocy pracownikom w
zdobywaniu umiejętności pozwalających na dożywotnie zatrudnienie, nie zaś – jak
to było tradycyjnie rozumiane – na bezpieczeństwie zatrudnienia u jednego
pracodawcy.
Choć ujawnione zostały liczne
słabości naszych instytucji finansowych, to jednak ich siła – ich zdolność do
dostarczania kapitału na potrzeby nowych przedsięwzięć, do wspierania innowacji
– stanowi przedmiot zazdrości reszty świata.
Ale ta ich siła, jakkolwiek bardzo
nam się przydała, nie była dostatecznie duża, aby zapewnić nieustanny wzrost
gospodarczy, a zwłaszcza nie wystarczyła do tego, aby owoce tego sukcesu stały się szeroko dostępne. Z sukcesów i
niepowodzeń lat dziewięćdziesiątych i pierwszych lat nowego tysiąclecia
powinniśmy się nauczyć, że potrzeba czegoś więcej. Powinniśmy też już więcej
wiedzieć, czego konkretnie
potrzeba.
George W. Bush odziedziczył kraj o
ogromnej sile, ale mający również pewne problemy. Gospodarka zmierzająca ku
recesji, deregulacja, źle pomyślane zmiany podatkowe, zła księgowość, zachłanność
korporacji oraz niezbyt zręczna polityka pieniężna – wszystko to nadymało
nietrwałą bańkę. W pewnych dziedzinach Ameryka wykorzystała możliwości
stworzone przez koniec zimnej wojny do działań w duchu prawdziwego przywództwa
– kładąc nacisk na program praw człowieka i demokracji – ale w innych
dziedzinach zachowała się mniej godnie. Tak często stawiała konkretne interesy
gospodarcze i finansowe ponad zasady, że bardzo to podkopało zaufanie do
globalizacji.
Prezydent Bush stanął przed trudnym wyborem.
Mógł się starać wyciągnąć nauki z szalonych lat dziewięćdziesiątych i zająć
pozostałymi problemami albo mógł zlekceważyć ową lekcję i podjąć realizację
programu Busha I i Reagana tam, gdzie został przerwany. Niestety, wybrał drugą
możliwość, która przyniosła skutki niedobre dla gospodarki, niedobre dla kraju
i niedobre dla świata. Nie tylko recesja była o wiele za długa i za głęboka,
niż to było konieczne. Problemy nierówności i biedy, w których rozwiązywaniu
poczyniliśmy pewien, choć ograniczony postęp, pogłębiły się, gdy zaczęło rosnąć
bezrobocie, a zasiłki dla bezrobotnych za nim nie nadążały, gdy obniżki
podatków obejmowały tych, którzy i tak już wiele zyskali (a w pewnych
przypadkach właściwie „się nakradli”) w latach dziewięćdziesiątych), natomiast
cięcia wydatków państwa były wymierzone w tych, którzy nie skorzystali w pełni
z tamtej koniunktury. Inwestowanie w pewne dziedziny badań podstawowych i
rozwojowych zostało ograniczone, a deficyt handlowy się powiększył.
Niezadowolenie z globalizacji, widoczne już pod koniec lat dziewięćdziesiątych,
osiągnęło nowe szczyty.
Nic z tego nie musiało się zdarzyć.
I nie mówię tego wyłącznie z obecnej perspektywy. Kierunek działań, jakie
należało podjąć, był jasny już wtedy, gdy gospodarka zaczęła popadać w recesję.
Mimo nieuniknionej niepewności w sprawie polityki na początku 2001 roku
opowiadałem się wraz z innymi za takimi posunięciami, które oszczędziłyby
gospodarce wielu kłopotów w nadchodzących latach. Chodzi więc nie tyle o to, że
administracja George’a W. Busha nie wyciągnęła nauk z lat dziewięćdziesiątych,
nie nauczyła się, jak sobie radzić z zagrożeniami nowej gospodarki, ile o to,
że miała ona, jestem pewny, inny program.
Niewłaściwe
kierowanie całością gospodarki
Gdy George W. Bush objął urząd, przeforsował obniżkę
podatków, która nie była pomyślana jako bodziec i nie zadziałała jako bodziec.
Gospodarka straciła werwę. Obniżka podatków przyniosła ogromną ulgę dobrze
sytuowanym, ale dała niewiele tym, którzy muszą wydawać pieniądze, aby
gospodarka funkcjonowała. Odwołując się do argumentów Keynesa przy uzasadnianiu
tej obniżki, prezydent Bush i jego doradcy powinni byli wiedzieć, że jej
oddziaływanie będzie minimalne i niewystarczające. Być może prezydent miał nadzieję,
że można zrobić jakąś sztuczkę z polityką pieniężną. Jednak doświadczenie lat
dziewięćdziesiątych powinno go nauczyć, że poleganie na niej jest ryzykowne.
Ostatecznie polityka pieniężna nie wyciągnęła gospodarki z zastoju, niższe
stopy procentowe nie ożywiły inwestycji – firmy o nadmiernych zdolnościach
produkcyjnych nie rozpoczęły budowy nowych fabryk światłowodów tylko dlatego,
że koszty kredytów stały się niższe. Niższe stopy procentowe nie skłoniły wielu
właścicieli domów do refinansowania pożyczek hipotecznych, a pieniądze
podtrzymywały tylko konsumpcję. Postawiło to gospodarkę w jeszcze bardziej
niebezpiecznej sytuacji na przyszłość, z bardziej zadłużonymi gospodarstwami
domowymi.
Zamiast obdarowywać bogatych dużymi
obniżkami podatków, należało zastosować posunięcia, które stymulowałyby
gospodarkę szybciej, pewniej i sprawiałyby, że za swego dolara dostawałoby się
więcej. Wiadomo, jak stworzyć silne i skuteczne bodźce podatkowe. Trzeba dawać
pieniądze tym, którzy je wydadzą, i to wydadzą szybko: bezrobotnym, miastom i
stanom, które są głodne funduszy, oraz mało zarabiającym robotnikom.
Inwestycyjne ulgi podatkowe powinny być przyznawane tylko tym przedsiębiorstwom
i osobom, które zwiększają inwestycje1. Bodziec silny jest także bodźcem
sprawiedliwym, gdyż pieniądze, ogólnie mówiąc, pójdą do najbiedniejszych
Amerykanów, którzy najmniej skorzystali ze wzrostu gospodarczego w ostatniej
ćwierci ubiegłego wieku. Dając pieniądze miastom i stanom, zapobiegnie się
cięciom wydatków na edukację i ochronę zdrowia, które uderzają szczególnie
mocno w ludzi biednych.
Chociaż już na początku 2001 roku
wydawało mi się, a także większości innych bacznych obserwatorów gospodarki, że
przy istniejącym przeroście zdolności produkcyjnych w sektorach, które odegrały
wielką rolę w ożywieniu, czeka ją poważny spadek koniunktury, to jednak zawsze
jest pewien zakres niepewności. Mając te wątpliwości, ostrzegaliśmy, że trzeba
uruchomić pewne automatyczne stabilizatory: rozszerzyć ubezpieczenia na wypadek
utraty pracy i wprowadzić pomoc rekompensującą niedobór w dochodach podatkowych
wynikający z recesji, bo gdyby recesja trwała dłużej, stany i miasta byłyby
zmuszone obcinać wydatki i podnosić podatki, przez co recesja by się
przedłużała i pogarszała.
Ostrzegaliśmy także- nie dzielcie
skóry na niedźwiedziu. Na liczbach z budżetu nie można polegać. Nadwyżki mogą
się w magiczny sposób na naszych oczach zmienić w deficyt. Pracując nad
projektami budżetu w czasie mego członkostwa w Zespole Doradców Ekonomicznych
prezydenta Clintona, widziałem, jak niepewne są to projekty, jak niewielka
zmiana założeń, czy warunków gospodarczych może dużą nadwyżkę zmienić w duży
deficyt. Różowe prognozy z czasów Ronalda Reagana i Georghe’a Busha I
zdyskredytowały rząd i zaufanie do jego zapewnień. (...) Prezydent Bush miał kilku dobrych ekonomistów
i ci musieli wiedzieć to, co my wiedzieliśmy. W istocie, przy dużych wpływach z
podatku od zysków kapitałowych, osiągniętych dzięki bańce, która zaczęła pękać
jeszcze przed uchwaleniem obniżek tego podatku, było jasne, że to źródło
dochodów szybko wyschnie. Było też oczywiste, że prognozy budżetowe będą
musiały być zrewidowane w dół, i to zapewnie radykalnie.
Ojciec George’a W. Busha ostrzegał
przed szamańską ekonomią, przed pomysłem, że obcinając podatki, można zwiększyć
dochody, gdyż będzie duża reakcja po stronie podaży. Kraj przeszedł już trudną
lekcję o niebezpieczeństwach szachrajstw księgowych w sektorze prywatnym. Ale
George W. forsował „dynamiczne rachunki”, twierdząc, że faktyczny deficyt
będzie mniejszy od przewidywanego wskutek dynamizmu, do którego doprowadzi
obniżka podatków.
Zdecydował się zignorować rady
płynące z przeszłości. Interesowała go tylko jedna jedyna rzecz – obniżka
podatków, taka, która nie tylko przyniesie korzyść tym, którzy i tak już się
obłowili w szalonych latach dziewięćdziesiątych, ale nawet przekroczy to, na co
kraj może sobie pozwolić. Najwyraźniej nauczył się w latach dziewięćdziesiątych
od swoich kolegów, członków zarządów firm, jak wykorzystywać prognozy – choćby
byle jakie – do sprzedaży swojego towaru. Sprzedawał jednak nie akcje o
zawyżonej wartości, lecz obniżkę podatków, która wykraczała poza możliwości
finansowe nawet najbogatszego kraju świata.
Jak przepowiadano, obniżka podatków
nie była tym bodźcem, którego kraj potrzebował, nie wystarczyła też – mimo
rekordowych obniżek stopy procentowej – polityka pieniężna. Gospodarka nadal
funkcjonowała znacznie poniżej swego potencjału. W miarę jak przedłużała się
recesja, dawały o sobie znać inne problemy, przed którymi ostrzegano
prezydenta. W obliczu rosnących deficytów miasta i stany były zmuszone podnosić
podatki i zmniejszać wydatki. Spadek aktywności gospodarczej prowadził do
wzrostu bezrobocia, które z kolei wpływało na większe zapotrzebowanie na pomoc
socjalną oraz wzrost przestępczości.
Przepowiednie budżetowe George’a W.
Busha okazały się nawet bardziej optymistyczne od przewidywań Ronalda Reagana
sprzed dwóch dziesięcioleci. W ciągu osiemnastu miesięcy olbrzymia nadwyżka
odziedziczona po Billu Clintonie zamieniła się w olbrzymi deficyt. Zwrot ten
nastąpił częściowo dlatego, że nadwyżek, na które liczono, po prostu nie było,
częściowo dlatego, że obniżka podatków nie była wystarczającym bodźcem dla
gospodarki – tak jak to przewidywano, a częściowo z powodu samej obniżki
podatków. Za wszystkie te trzy rzeczy trzeba winić George’a Busha. Był
ostrzegany, żeby nie wydawać pieniędzy, których nie ma, był ostrzegany, że jego
plan cięć podatkowych nie będzie dobrym stymulatorem, był wreszcie ostrzegany,
że obniżka podatków będzie kosztowna.
Obniżka podatków nie była bynajmniej
obniżką czasową, wprowadzoną jedynie w celu pobudzenia gospodarki. Jest obniżką
permanentną, o dalekosiężnych skutkach. Tylko na rok 2008 (uwzględniając
nadzieję, że do tego czasu gospodarka wyzdrowieje mimo błędnej polityki)
przewidywany jest 190-miliardowy deficyt, a będzie na pewno o wiele większy2.
Ale nawet te liczby nie doszacowują
opłakanej sytuacji finansowej Stanów Zjednoczonych. Prezydent Bush obłudę w
sprawach budżetowych wzniósł na nowe wyżyny, kiedy przekonał Kongres do
uchylenia tylko na rok podatków od spadków i darowizn. Już na pierwszy rzut oka
widać absurdalność tego pomysłu. Dlaczego ci, których krewni zmarli w tym konkretnym
roku, a nie rok wcześniej lub rok później, mieliby dostawać więcej? Oczywiście
prezydent mógł nie mieć zamiaru stworzenia perwersyjnego bodźca dla rodzin do
przyspieszenia odejścia szykujących się do pożegnania bogatych krewnych, by móc
zaoszczędzić miliony. Zakładał natomiast, że każdy zrozumie, iż nie chodzi
tylko on zawieszenie tego podatku tylko na rok. Był to po prostu tani chwyt
budżetowy. Prezydent nie chciał, aby ktokolwiek poznał pełne koszty obniżki
podatków, które będą odczuwane przez dziesięciolecia. Zawieszenie podatku
spadkowego wyłącznie na jeden rok sprawiało wrażenie, że koszt obniżki podatku
był o wiele niższy, niż byłby w rzeczywistości, gdyby Kongres – czego prezydent
był pewien – był zmuszony przedłużyć to zawieszenie.
Kiedy recepta z tymi cięciami
podatkowymi nic nie dała i gospodarka nadal funkcjonowała na wolnych obrotach,
prezydent wysunął to samo wadliwe rozwiązanie – dalsze obniżki podatku dla
bogatych. Znowu przeszedł samego siebie, występując z zuchwałą propozycją
wyeliminowania podatku od dywidendy – arogancką pod względem kosztów, pod
względem swej niesprawiedliwości i pod względem nieskuteczności w pobudzaniu
gospodarki. Jak napisałem w artykule o obniżce tego podatku w „The New York
Review of Books”: „Nigdy tak niewielu nie otrzymało tak wiele od tak wielu”3.
Obliczono, że 226 tys. amerykańskich podatników o dochodach przekraczających 1
milion dolarów uzyska w sumie mniej więcej tyle samo co 120 milionów podatników
o dochodach mniejszych niż 100 tys. dolarów. Połowa podatników otrzyma 100
dolarów lub mniej, dwie trzecie – 500 dolarów lub mniej, natomiast przynajmniej
jeden bardzo wysoki urzędnik administracji może otrzymać, jak podano 600 tys.
dolarów. Te wyliczenia Urban Institute-Brookings Institution Tax Policy Center
wskazują, że więcej niż połowa korzyści z wyłączenia dywidend wypłacanych przez
korporacje z podatku dochodowego od osób fizycznych przepłynie do górnych 5%
ludności – do grupy, w której każdy zarabia więcej niż 140 tys. dolarów, a
średni dochód wynosi 350 tys. dolarów. Chociaż coraz więcej Amerykanów ma dziś
akcje, to jednak większość posiadanych przez nich aktywów finansowych stanowią
zwolnione od podatku wkłady na rachunkach emerytalnych oraz indywidualnych
kontach emerytalnych. W związku z tym ze zniesienia podatku od dywidendy
skorzystają tylko bardzo bogaci. Teoria Busha głosiła, że tych paru ludzi
zechce nabyć więcej akcji, co podniesie ich cenę, a ta z kolei doprowadzi do
większego inwestowania. Jednak każdy krok w tym rozumowaniu można podważyć.
(...)
Prezydent Bush usiłował sprzedać
plan obniżenia podatków jako pakiet pobudzający wzrost i stymulujący
gospodarkę. Jeżeli jednak celem tego planu było pobudzenie wzrostu i
dostarczenie bodźca gospodarce, to istniały rozwiązania, które mogłyby bardziej
niezawodnie doprowadzić do tego celu i byłyby o wiele bardziej sprawiedliwe. W
sytuacji krachu biznesu wykorzystującego Internet i najnowsze technologie wielu
naukowców znalazło się bez pracy, byłoby więc sensowne powiększenie wydatków
państwa na badania naukowe. Tymczasem na obcięciu podatków od dywidendy
skorzystały firmy „starej gospodarki”- na przykład z przemysłu aluminiowego i
kolejnictwa, skąd George W. Bush powołał swoich ministrów skarbu – nie zaś
dynamiczne firmy nowej gospodarki, które z reguły wypłacały niewielkie
dywidendy, jeśli je w ogóle płaciły, i których byt opierał się głównie na
zyskach kapitałowych. Propozycja prezydenta przechylała gospodarkę w stronę
wolno rozwijających się sektorów przemysłowych.
Jeżeli ktoś chciałby szybkiego
bodźca do rozwoju, to najskuteczniejszym takim bodźcem byłoby wsparcie dla
bezrobotnych oraz dla stanów i miejscowości. Wspomnieliśmy już o tym, że –
zgodnie z przewidywaniami sprzed dwóch lat – kiedy recesja się utrzymywała, liczba
ludzi przez długi czas pozostających bez pracy wzrosła przeszło dwukrotnie. Dla
coraz większej liczby Amerykanów nastały ciężkie czasy, gdy skończyły im się
zasiłki dla bezrobotnych, a stany i miasta borykały się z ogromnymi deficytami,
musiały obcinać wydatki i podnosić podatki, co z kolei wywierało ujemny wpływ
na gospodarkę.
Gdybym miał sporządzić krótki wykaz
posunięć stymulujących gospodarkę , to zniesienie podatku od dywidendy i inne
środki forsowane przez prezydenta Busha w ogóle nie znalazłyby się na takiej
liście... Gdybym miał sporządzić krótki
wykaz posunięć reformujących nasz system podatkowy w celu zwiększenia jego
wpływu na wzrost gospodarczy, to zniesienie podatku od dywidendy i inne środki
forsowane przez prezydenta Busha także nie znalazłyby się w pobliżu jego
początku. Ale nawet jeśli ktoś uważa, że należy skończyć z sytuacją podwójnego
opodatkowania dywidend (problem polegał na tym, że, jak widzieliśmy we
wcześniejszych rozdziałach, korporacje i ich zarządy zbyt często potrafiły unikać
opodatkowania, chodzi więc nie o podwójne opodatkowanie, lecz o zerowe
opodatkowanie), to istniały łatwiejsze i bardziej sprawiedliwe sposoby. Na
przykład można by to zrobić przez dopuszczenie odliczania dywidend od podatku
dochodowego od przedsiębiorstw (tak jak spłaty odsetek są odliczane od podatku)
albo przez przypisanie dochodów spółki z powrotem jej udziałowcom4. Było oczywiste, że propozycja zlikwidowania
podatku od dywidendy nie była podyktowana ani chęcią promowania wzrostu, ani
chęcią promowania gospodarki. Była próbą wsparcia tych, którzy pomogli
George’owi W. Bushowi wygrać wybory, polegającą na zmniejszeniu podatków
najbogatszym.
Choć więc korzyści z tej polityki
były w najlepszym razie wątpliwe, to koszty olbrzymie. Oznaczała ona bowiem
konieczność pożyczania przez Stany Zjednoczone olbrzymich sum, w większości
prawdopodobnie za granicą. W związku z tym Ameryka jeszcze bardziej się
zadłuży. Jej deficyt handlowy będzie nadal wzrastał – kiedy padały te
propozycje, pobił już nowe rekordy. To nie była tylko kwestia braku szczęścia.
To był wynik złej polityki. Odkąd ćwierć wieku temu Ronald Reagan wprowadził
kraj na drogę wysokiego deficytu, Stany Zjednoczone przestały być największym
na świecie kredytodawcą, a stały się największym dłużnikiem.
Pewna część rosnących pożyczek musi
jednak pochodzić od Amerykanów... (...) Bez względu na to, jak finansowany jest
deficyt, czy pożyczkami od Amerykanów, czy też pożyczkami zagranicznymi,
dochody Amerykanów będą niższe... i mimo tej szczodrości podatkowej, której
doświadczy niewielka grupa bogatych, ciężar tych niższych dochodów odczują
wszyscy Amerykanie6.
W latach dziewięćdziesiątych czasami
myślałem, że redukcję deficytu posunęliśmy zbyt daleko, ale mieliśmy do
czynienia z olbrzymią presją ze strony rynków finansowych i konserwatystów.
Nagle w latach 2002 i 2003, gdy zaczął zagrażać deficyt, wielu konserwatystów
zmieniło ton. Ronald Reagan usiłował uchylić prawa ekonomii i dokładnie to samo
chcieli zrobić Bush II oraz niektórzy jego doradcy. Normalnie, według prawa
podaży i popytu, jeśli rośnie popyt, to rosną ceny. Jeśli popyt na pożyczki
rośnie, to i stopy procentowe rosną. W nowej gospodarce prezydenta Busha w
sposób oczywisty tak nie było. Ekonomia podażowa raz jeszcze postawiła sprawę
na głowie: tym razem nie twierdzono, że niższe podatki przyniosą większe wpływy
podatkowe – takie twierdzenia już się całkowicie skompromitowały. W takim
zakresie, w jakim można sobie wyobrazić to, co się kryje w tzw. nowej
gospodarce, chodziło o to, że obniżki podatków tak pobudzą oszczędzanie, iż
podaż pieniędzy będzie przewyższać wielobilionowy rządowy popyt na fundusze, a
stopy procentowe nie wzrosną. Była to idea, która z pewnością skompromituje się
tak samo, jak podażowy
mistycyzm z lat Ronalda Reagana.
Bardziej umiarkowani republikanie
nie chcieli przyzwolić na propozycję cięć podatkowych. Nawet jeśli nie zwracali
uwagi na niesprawiedliwość, to dostrzegali poważne ryzyko dla ekonomicznej
przyszłości kraju w szybującym w górę deficycie oraz to, że ta obniżka tak jak
została skonstruowana, będzie słabiutkim bodźcem dla gospodarki. (...)
Gospodarka niewątpliwie wyjdzie
kiedyś z obecnej recesji, a gdy to nastąpi, George W. Bush z pewnością uzna to
za sukces swojego planu podatkowego. Lekcja na przyszłość z tego epizodu – iż
każdy rodzaj wzrostu deficytu będzie stymulował gospodarkę – będzie w każdym
calu równie błędna jak lekcja z poprzedniego – że każdy rodzaj redukcji
deficytu spowoduje ożywienie. Lekcje z ekonomii u naszych polityków możemy
pobierać tylko na własne ryzyko.
Niewłaściwe
radzenie sobie ze skandalami w spółkach
Jednym z powodów, dla których w nowym tysiącleciu
gospodarka nadal nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału, jest wyraźny brak
determinacji w zajmowaniu się licznymi problemami, które ujawniły się w wyniku
skandalicznych zachowań firm audytorskich, korporacji i banków. Akcjonariusze
już wiedzą, że liczbom, jakie im przedstawiano w przeszłości, nie można ufać.
Jaki więc mają powód, by ufać nowym liczbom bez przeprowadzenia istotnych
reform? Potrzebny jest powrót do bardziej zrównoważonej regulacji, tymczasem
administracja Busha chciała więcej tego samego – większej deregulacji. Jak
widzieliśmy w rozdziale 10, gdy narastały problemy z energią elektryczną w Kalifornii,
administracja niezłomnie trzymała się polityki nie wtrącania się i stanowczo
twierdziła, że kłopoty nie mają nic wspólnego z deregulacją czy manipulacjami
rynkiem. Jej przedstawiciele mówili, że kłopoty spowodowała nadmierna
regulacja, zwłaszcza przepisy dotyczące ochrony
środowiska. Rezultatem była katastrofa, która dotknęła i odbiorców
energii i podatników kalifornijskich. W końcu wskutek bankructwa Enronu prawda
wyszła na jaw. Brazylia zaś pokazała, że ostrożna interwencja państwa mogła
zapobiec oszukaniu konsumentów, a zarazem utrzymać ogólną skuteczność rynku.
Ale taką drogą administracja Busha pójść nie chciała.
Istniały prawdopodobnie inne powody
braku ostrej reakcji – zbyt wiele osób z administracji i ich przyjaciół było
beneficjantami tych przekrętów, by szeroko podzielano pragnienie rzucenia się
do ich potępiania. W końcu jednak nacisk opinii publicznej skłonił niechętnego
prezydenta do zaaprobowania pewnych reform, ale i wówczas pojawił się niepokój,
że pójdą one „za daleko”. Na przykład niczego nie zrobiono z tym, co uważałem
za jeden z podstawowych problemów, a mianowicie w sprawie traktowania opcji
zakupu akcji, aż w końcu wielu ludzi ze środowiska korporacyjnego zdecydowało
się podjąć działania na własną rękę – między innymi ujawnić więcej, niż trzeba
było, i opcje zakupu akcji zaliczyć w koszty. Kiedy ludzie z administracji
zaczęli gorączkowo poszukiwać kogoś powszechnie poważanego, któremu mogliby
zaufać, że nie pójdzie „za daleko”, ich pierwszym wyborem nie był po prostu
jakiś dyrektor, ale ktoś z komisji rewizyjnej jednej z firm zaangażowanych w te
dziwne praktyki.
Niewłaściwe
podejście do globalizacji
Nie można było gorzej*
kierować gospodarką niż to robiła .administracja George’a W. Busha, ale to, w jaki sposób podeszła do
globalizacji, było jeszcze gorsze.
Ameryka była jedyną superpotęgą zarówno gospodarczą, jak i
militarną. Globalizacja oznaczała, że
powstała konieczność wspólnego działania wszystkich krajów świata, współpracy w
rozwiązywaniu wspólnych problemów. Administracja Billa Clintona była czasem
ambiwalentna w sposobie, w jaki podchodziła do globalizacji. Mocno wsparła ONZ,
zajmując się w końcu zadawnionym problemem amerykańskich zaległości w opłacaniu
składek. Ale jednocześnie na arenie
gospodarczej zmieniła dictum Theodoroe’a Roosevelta: „Mów po cichu, ale nie
wypuszczaj z ręki grubego kija” na: „Mów głośno i noś ciężką pałę”. Kiedy w czasie kryzysu w Azji Wschodniej
Japonia zaproponowała utworzenie Azjatyckiego Funduszu Walutowego, szybko
pogrążyła tę ideę w obawie, że taka instytucja może wpłynąć na Amerykańską
hegemonię w tym regionie, nie zwracając przy tym większej uwagi na jego
kłopoty. Ministerstwo Skarbu usilnie
pracowało nad zdławieniem odmiennych stanowisk od swego i, mają skuteczne weto
w Międzynarodowym Funduszu Walutowym – jako jedyny kraj z takim prawem –
skutecznie narzucało swoją wolę w wielu dziedzinach. Nie istniał żaden multilateralizm – jednym
schlebiano, a innym wiercono dziurę w brzuchu, aby robili to, czego chce
Ameryka.
Przy całej krytyce podejścia
administracji prezydenta Clintona do globalizacji trzeba jednak powiedzieć, że
postawa prezydenta George’a W. Busha była tysiąc**
razy gorsza. Wycofywał się on z traktatu
za traktatem – i z tego, który ma opanować problem globalnego ocieplenia, i z
traktatów o broni strategicznej. Jeśli zaś idzie o rządy prawa, to
administracja wykazała się całkowitą pogardą dla prawa na szczeblu
międzynarodowym i sprzeciwiła się uznaniu jurysdykcji Międzynarodowego
Trybunału Karnego.
Nawet w tych dziedzinach
globalizacji ekonomicznej, w których w latach dziewięćdziesiątych źle
rozwiązaliśmy sprawy, administracja George’a W. Busha wykorzystała powstałe
niezadowolenie, aby jeszcze bardziej pogorszyć sytuację. Do wcześniejszych
zarzutów o hipokryzję doszły nowe – subsydia dla rolnictwa i cła na wyroby
stalowe wzrosły jeszcze bardziej. (...)
Jak widzieliśmy w rozdziale 9, przed
11 września minister skarbu w administracji Busha, Paul O’Neil, sprzeciwił się
podejmowanym przez OECD („klub” krajów rozwiniętych) próbom doprowadzenia do
większej przejrzystości operacji w rajach podatkowych. Ośrodki te powinny były wzbudzać podejrzenia.
.Dlaczego na Kajmanach dokonywano operacji bankowych o wartości pół biliona
dolarów? Jest oczywiste, że bankowcy na wyspach Bahama czy na Kajmanach nie
znali się lepiej na bankowości niż bankierzy z Wall Street. To przecież nie
lepsza pogoda zapewniała lepsze warunki naturalne dla bankowości. Ośrodki te
dysponowały jednym produktem bankowym – tajemnicą, a także możliwością obejścia
przepisów. Umożliwiały wielu dobrze sytuowanym Amerykanom unikanie płacenia
podatków, jeżeli nie uczestniczenie w bardziej nikczemnych działaniach. A oczywiście transferowanie pieniędzy do
tych rajów podatkowych i zawieranie umów za ich pośrednictwem przynosiły niezłe
honoraria osobom należącym do finansjery. Te sekretne banki zagraniczne
działały dzięki naszej łaskawości. Gdybyśmy naszym bankom zakazali robienia z
nimi interesów, najprawdopodobniej szybko by zmarniały. Uchwaliliśmy przepisy i prawa podatkowe,
następnie zaś ni stąd, ni zowąd
otworzyliśmy ogromną dziurę, przez którą można uciec od przepisów, a
przynajmniej mogą to zrobić wielkie korporacje i bardzo bogate jednostki.
Podobnie jednak jak wiele innych
rzeczy zmieniło się to 11 września 2001 roku.
Wkrótce wyszło na jaw, że terroryści byli przynajmniej częściowo
finansowani z tajnych kont w rajach podatkowych i że jeżeli się czegoś w tej
sprawie nie zrobi, to nie będzie żadnej możliwości kontrolowania ich dostępu do
czekających już funduszy. Nagle więc to, co wydawało się tak trudne, niemożliwe
i niepożądane, stało się bardzo pilne. Stany Zjednoczone zaczęły popierać
przejrzystość – chociaż tylko w zakresie związanym z finansowaniem terroryzmu.
Tajność, która pozwala ukryć się od płacenia podatków, korupcję i inne
nikczemne działania, jest nadal, jak się wydaje, absolutnie akceptowalna.
Administracja Billa Clintona być może niepewnie postępowała w sprawie
globalizacji w pierwszych dniach po zakończeniu zimnej wojny, ale uczciwie
poszukiwała właściwej drogi w nagle skomplikowanym, nowym świecie. Usiłowała
zachować równowagę między twardymi negocjacjami a dyplomacją, budowaniem
stosunków opartych na długotrwałej dobrej woli. Może osiągnęliśmy niedobrą równowagę
– myślę, że tak było – ale myślę też, że byliśmy gotowi do uczenia się na
błędach. Reżim dotyczący praw własności
intelektualnej, jaki wprowadziliśmy, skazywał tysiące, a może miliony ludzi w
świecie rozwijającym się na przedwczesną śmierć, ale kiedy to się stało jasne,
wypracowaliśmy – po krótkim okresie wahań – zmianę tej polityki w takim
kierunku, aby firmy farmaceutyczne dobrowolnie godziły się na udostępnianie
[patentów] leków. Ale administracja George’a
W. Busha po tym, jak z ociąganiem przystała na postawienie tej sprawy w
rozmowach zwanych Rundą Rozwoju, stanowczo sprzeciwiła się światu i odmówiła
zgody na taką zmianę. Znowu interesy
firm farmaceutycznych przedłożyła nad interesy cierpiących w krajach rozwijających
się.
Lata dziewięćdziesiąte –
pierwsza dekada nowej ery po
zakończeniu zimnej wojny – mogą się nie stać tak słynną dekadą, jak się kiedyś
wydawało. Zasialiśmy ziarna, które mogą doprowadzić do destrukcji właśnie tej
dobrej koniunktury, z której byliśmy tak dumni. Jednakże wzrost się utrzymał, a
bieda zmalała. Oczywiście musimy jeszcze w pełni zrozumieć lekcje, jakie
przyniosły nam nasze sukcesy i nasze porażki. Mam skromną nadzieję, że tą
książką przyczynię się nieco do zrozumienia tych burzliwych lat. Może następna
administracja uniknie pułapek, w jakie wpadła Ameryka. Może następna
administracja będzie miała więcej sukcesów w zajmowaniu się naszymi
dalekosiężnymi potrzebami, i to w sposób, który zapewni, że w nowo osiągniętym
dobrobycie będą uczestniczyć wszyscy Amerykanie i naprawdę wszyscy obywatele
świata.
----------
Przypisy
1 Kiedy
byłem w Zespole Doradców Ekonomicznych, opracowaliśmy nawet różnorodne
„niskokosztowe” bodźce – m.in. zezwalające firmom, które więcej inwestują, na
przenoszenie zysków i strat wstecz na więcej lat – które nawet powiększają
ogólną wydajność gospodarki. Natomiast propozycja G. Busha zabraniała tego
firmom, które wystąpiły o zgodę na nieopodatkowanie dywidendy.
4 Tak
właśnie zrobiono w niektórych państwach
europejskich w odniesieniu do niewielkich spółek. Dochód spółki jest traktowany
tak, jakby był całkowicie
rozdysponowany wśród akcjonariuszy. Każdy indywidualnie otrzymany dochód jest
następnie traktowany tak, jakby go
akcjonariusz ponownie zainwestował. W efekcie każdy akcjonariusz płaci podatek
według odpowiedniej stawki: osoby o wysokich dochodach płacą podatek bliski
40%, a osoby o niskich dochodach płacą mniej lub nie płacą podatku w ogóle.
Natomiast według projektu prezydenta Busha zarówno osoby o wysokich dochodach,
jak i osoby o niskich dochodach płacą taki sam 35-procentowy podatek.
6 Nawet ludzie z administracji George’a W.
Busha byli świadomi tych słabości, chociaż ich nie nagłaśniali. Jakkolwiek
przyznawali, że w latach 2003-2008 średni wzrost będzie wynosił zaledwie 0,1%,
to na dłuższą metę przewidywany był spadek tego tempa.
----------
-----------
* „Gorzej” można prawie zawsze.
**
„Tysiąc razy ci mówiłem, żebyś nie przesadzał!”. Cytat z poz. 29 prez. literatury.
Z retoryką, w tak poważnych sprawach, lepiej ostrożnie. Krasomówstwo działa
obustronnie. W umysłach ludzkich łatwo zbudzić wątpliwości, a nawet solidnie
namieszać.
Merytorycznie, na tej stronie, do
niczego się nie odnoszę.
Anonimus
-----------
Prezentacja rozszerzona z
uwagi na kryzys/recesję?
Nie zdążę wyczerpująco zaprezentować „wybranych myśli” z całości książki.
Przyczyny – strony: główna, „Credo” i „konkretyzacja”. Tam
też zawartych jest trochę uwag na temat aktualnego kryzysu (recesji), z mini przewodnikiem
po innych moich stronach. Z uwagi na kryzys,
początkowo dość mocno rozbudowałem fragmenty do części awizowanej na wstępie
(też poszerzona w stosunku do pierwotnej wersji z lipca 2008 roku). Doszedłem
jednak do wniosku, że, to co zdążę, powinienem chociaż szeroko zamarkować z
dalszych rozdziałów. Tak też i robię. Wyróżnienia tekstów – pogrubienia, inna
czcionka i kolory – pochodzą ode
mnie. Uwagi własne, które wtrącam od
czasu do czasu, mają coś z charakteru „powtórnej
burzy mózgów”- na ten sam problem co poprzednio, ale nadal nie
rozwiązany. Taki sam charakter mają wszystkie nawiązania do aktualnego kryzysu
(recesji), szczególnie na stronach „konkretyzacja”, „Wybory”, „Człowiek, rynek
i sprawiedliwość”.
Najkrótszy zarys idei
„powtórnej burzy mózgów”: Uczestnicy nie
rzucają już pomysłów spontanicznie. Są względnie dobrze przygotowani. Wiedzą,
ile, pozornie doskonałych rozwiązań,
zawiodło. Wiedzą, że nie wolno nic z góry przesądzać. Uwarunkowania się
zmieniają. Wiedza ludzka jest ułomna. Są przekonani, że wszystkie etapy burzy
mózgów trzeba zorganizować inaczej niż standardowo. – ale jak? . (...) Internet
też tu można wykorzystać – ale jak organizacyjnie, aby to miało sens? Inna sprawa, czy zorganizowanie w Polsce
takiej „powtórnej burzy mózgów” (można przyjąć inną nazwę, i inny
wyjściowy punkt odniesienia ) jest w
ogóle realne? Jestem raczej sceptykiem, przynajmniej w odniesieniu do
najbliższych lat. Może jednak ktoś będzie miał pomysł i dojdzie do wniosku, że
warto podjąć się realizacji, w takiej czy innej formie, może nawet w wersji
najbardziej uproszczonej: edukacyjno-sondażowej, z próbą wyłuskania ciekawych
pomysłów. Może to być wersja zarówno otwarta dla wszystkich, jak i ograniczona,
np. do zajęć uniwersyteckich, kół zainteresowań, różnych organizacji, partii
politycznych itp. Warto przy tym byłoby
doprowadzić do otwartości poglądów (chociaż w zamkniętym kręgu) i nie peszyć
nie przygotowanych lub tylko nieśmiałych. To są tylko bardzo luźne pomysły.
Watro zastanowić się także nad innymi. Sam też nie daję i nie dam dobrego
przykładu w ich realizacji, co jednak wcale nie świadczy o nietrafności czy też
trafności samej idei; świadczy najwyżej coś o mnie, a co – to też nie takie
proste. Nie dam dobrego przykładu, bo po prostu kończę lub tylko zawieszam
swoją przygodę z ekonomią (przyczyny – strona „Credo).
Na marginesie: prawie na pewno daleko
nie do końca zostały jeszcze odkryte/wykorzystane wszystkie możliwości
organizacyjne wykorzystania siły Internetu do ułatwienia racjonalnej
komunikacji, szczególnie w sprawach trudnych, wymagających pewnej wiedzy i
umiejętności słuchania innych, ale także i pewnej szybkości w szukaniu
przemyślanych rozwiązań. Kryzys/recesja, wygląda na to, że mają już istotne
oddziaływanie globalne. Warto więc próbować rozwiązać sposoby lepszego i tu
wykorzystania Internetu.
Wracając
do tematu.
Mnie osobiście najbardziej
zainteresował rozdział 12: „Ku nowemu
demokratycznemu idealizmowi. Wizja i wartości.”. Wiem, że to nie
jest „błyskawiczna” rada na aktualny kryzys. Ale, może chociaż na przyszłość
jest to realna wizja? Może warto ją bardziej skonkretyzować? A co zrobić, możliwie szybko, ale w sposób
przemyślany, z aktualnymi problemami? Wg mnie, z niewielkiej wiarygodnej
wiedzy, jaką w tej chwili posiadam na te tematy, punktem wyjścia do przemyśleń
może być np. Rozdział 2 „Dzieło
cudotwórców czy szczęśliwe błędy?” a
w nim podrozdział „Czy redukcję
deficytu posunęliśmy zbyt daleko?”
Oczywiście, chcąc za punkt wyjścia przyjąć rozważania J. Stiglitza,
przedstawione w tej książce, dobrze byłoby najpierw rozeznać, jaki miała ona
oddźwięk w USA, co się zmieniło w USA w czasie od wydania tej książki aż do
chwili obecnej, jak rozwija się sytuacja w Unii Europejskiej i Polsce, a może i
na całym świecie (w tym, jaki wpływ mają
zewnętrzne uwarunkowania). Czy opracowanie takiej wstępnej informacji, w miarę
jednak wszechstronnej i obiektywnej, może być bardzo trudne i długotrwałe? –
Mam nadzieję, że nie! W końcu jest na świecie tylu wybitnych uczonych... Nawet przy bardzo rozbieżnych
poglądach/ocenach (oczywiście konkretnie wypunktowanych), pożytek z takiej
wyjściowej/wstępnej informacji byłby chyba bardzo duży, a i sama „powtórna
burza mózgów” (nazwa tymczasowa), też by miała lepszy organizacyjny punkt startu i chyba dużo większe możliwości
zakończenia jej konstruktywnymi wnioskami, niż gdyby liczyć głównie na „żywioł
i improwizację”. Tak samo z dalszymi etapami...
To zresztą tylko taka luźna propozycja, sam zresztą mam zasadnicze
wątpliwości, czy w ogóle realna/sensowna?
Jest jeszcze jedna sprawa, związana z
interesem publicznym i obecnym kryzysem (recesją). Pozycje takie jak ta książka
(i wiele innych) powinny być, wg mnie, niezależnie od normalnego trybu
publikacji, zeskanowane i bezpłatnie umieszczone
w Internecie, z krótkim wstępem i streszczeniem. Sytuacja, już w tej
chwili, gdy piszę te słowa (marzec 2009), jest na tryle groźna, że warto chyba
się zastanowić nad możliwościami realizacji, naturalnie w uzgodnieniu z
autorami i wydawnictwami, myśląc przy tym o interesie społecznym, wraz z
wszystkimi jego uwarunkowaniami.
Ja sam, przez chwilę miałem ochotę, żeby próbę ze skanowaniem
rozpocząć od książki: „Człowiek, rynek,
sprawiedliwość” (też ujęta w mojej prezentacji literatury), i
bezpłatnego umieszczenia jej w Internecie. Miałem zamiar zrobić to w dwóch
plikach. Pierwszy: tylko sama książka – bez żadnych moich późniejszych dodatków
internetowych. Druga – łącznie ze wszystkim plus ewentualnie z jakimś bardzo
syntetycznym wstępem, nawiązującym do aktualnej sytuacji. Książka ta pasowała
mi głównie dlatego, że, po jej wykupieniu przez SLD, niemal w całości poszła na
„przechowanie do piwnicy” (o polska
„lewico”!). Sądzę więc, że autorzy i wydawca nie mieliby mi za złe, gdybym
to zrobił, nawet bez pytania ich o zgodę. Na to jednak nie mogę sobie pozwolić
w normalnych sytuacjach. Zrezygnowałem jednak. Po prostu, zwyczajnie, brakuje
mi czasu ...
Książka J. Stiglitza
„Szalone lata...”, uważam za
wyjątkowo cenną (choć oczywiście, dla wielu, na pewno kontrowersyjną), nie
tylko z powodu wizji „Ku nowemu demokratycznemu
idealizmowi...”, ale także z powodu wnikliwej analizy, tego, co było
przed latami 90. ubiegłego wieku i po
nich – w pierwszych latach nowego stulecia, wraz z zarysem, co może być dalej.
Tę analizę warto pogłębić i rozwinąć,
choćby w oparciu o to, co już wiemy obecnie. „Klimat” na świecie jest na pewno
ku temu sprzyjający, choć niestety, trzeba było aż kryzysu..., nie wystarczyły
wcześniejsze ostrzeżenia.
Mnie
osobiście zaciekawiły także tematy „kreatywnej księgowości” i pokrewne,
przedstawione przez Autora syntetycznie ale jasno. Po prostu, problemy
wynikające z błędnych informacji, tak w księgowości jak i statystyce, błędnych
informacji i analiz ekonomicznych, błędnych rachunków ekonomicznych oraz
kalkulacji finansowych itp., przewijają
się na kilkudziesięciu moich stronach, i po prostu byłem ciekawy, co nowego i
jak się z tym walczy. Naturalnie, skupiam się na błędach systemowych lub
powtarzających się masowo, unikając przedstawiania indywidualnych wyczynów i
działań umyślnych, chyba że wymuszonych okolicznościami. Nie wiem, co napisać. Rynek papierów
wartościowych nie jest moją specjalnością. Znam go tylko teoretycznie, bez niuansów,
które się poznaje z długoletniej analitycznej praktyki. To co znam względnie
dobrze z PRL, i gorzej z polskiej
transformacji, nie ma bezpośredniego odniesienia do możliwości błędów i
celowych manipulacji na rynkach finansowych. Podobieństwo z polskimi, znanymi
mi niekompetencjami lub celowymi retuszami albo manipulacjami, jest tylko jedno
ale zasadnicze: to co zna i stosuje
tysiące albo i dziesiątki tysięcy praktyków a nie może rozszyfrować
administracja państwowa ani teoria, nie świadczy wcale o jakichś rewelacyjnych
zdolnościach praktyków; świadczy jedynie o tym, że administracja i teoria słabo
znają praktykę, słabo potrafią kojarzyć, to co ogólne, z tym co szczegółowe i
specjalistyczne. A, co chyba jeszcze gorzej, słabo odczuwają potrzebę
posiadania takich umiejętności. To miało i chyba ma, oprócz innych powodów,
zasadniczy wpływ na słabość fachową państwa w bezpośrednim gospodarowaniu, a
nawet w kontroli i regulacji. Zapomina się przy tym, często celowo – żeby
podkreślić przesadnie sprawność rynku, a niesprawność państwa, że podmioty
gospodarcze mogą myśleć tylko o swoich problemach, a państwo, w mniejszym lub
większym stopniu, musi myśleć o wszystkim, co jest jednak znacznie trudniejsze
do zrozumienia, wyważenia i pogodzenia. Jeśli więc chcemy, trafnie
zauważając niedostatki rynku, ponownie zwiększyć rolę państwa w gospodarowaniu,
trzeba, niestety myśleć nie tylko o
formalnych kompetencjach ale także o faktycznych umiejętnościach administracji
państwowej. To jest trudne, ale celowe i nie ponad ludzkie możliwości, lecz
bez przekonania o tym decydentów, może zostać zrealizowane – nigdy.
Niebagatelny (albo nawet duży) wpływ na to ma także poziom nauk ekonomicznych,
niestety, pomimo swego wyrafinowania teoretycznego, nadal zbyt słabo znających
praktykę. Przykładowo, techniki
retuszowania danych w budownictwie PRL, opisane co nie co na stronie
„konkretyzacja”, powinny być, wg mojego rozeznania, rozpoznane już pod koniec
lat sześćdziesiątych a najpóźniej na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego
wieku, a nie zostały solidnie rozpoznane chyba do końca PRL. Ich
wyeliminowanie, zarówno przez system kontroli jak i usunięcie przyczyn oraz zmianę systemu planowania i
rozliczeń (z planów, wskaźników ekonomicznych i finansowych, funduszu płac,
zadań rzeczowych), było trudniejsze z uwagi na przyzwyczajenia i wiedzę aparatu
administracyjnego i bankowego, ale wykonalne w ciągu kilku lat. A jednak...!
Gdyby sławy naukowe temat dobrze rozpoznały1 na pewno
miały by więcej szans ode mnie, nieznanego praktyka z niskiego szczebla, na
naprawienie systemu, albo przynajmniej szansę własnego, lepszego
poznania praktyki i niedostatków teorii w ogóle, nie tylko w odniesieniu do budownictwa i paru
innych branż. Po prostu, przypuszczam, że dobre rozpoznanie jednej branży w
przekroju teoria-praktyka, miało szansę, przynajmniej u niektórych myślicieli
akademickich, nie tylko do zainteresowania się całością gospodarki, ale nawet
do zastanowienia się nad kondycją samych nauk o gospodarce. Taki i był cel
mojej „pisaniny”, najpierw tylko służbowej, a później również i prywatnej.
Gdyby się powiodło, obojętnie komu, mogło się to przydać: podczas polskiej
reformy gospodarczej w latach osiemdziesiątych, podczas transformacji
ustrojowej i gospodarczej w latach dziewięćdziesiątych, także i teraz. Także i
teraz, zastanawiając się, na poziomie akademickim, nad problemami uzdrowienia gospodarki, może warto wyjść poza tradycyjną teorię abstrahującą z zasady
od szczegółów gospodarki, tworząc coś na kształt teorii praktycznej,
opierającej się na znajomości także istotnych, interdyscyplinarnych szczegółów
w ich wzajemnym powiązaniu. W
podejściu mikroekonomicznym taką potrzebę chyba powinno już być widać dobitnie
(każdy wybitniejszy praktyk, tworzący swoje własne oryginalne szczegółowe
rozwiązania ma po prostu zbyt słabe wsparcie w teorii; nie wykorzystuje więc
wielu możliwości; doświadczenia, szczególnie w podejściu interdyscyplinarnym,
słabo się rozpowszechniają). Racjonalne zastosowanie tego podejścia w
makroekonomii jest na pewno trudniejsze, ale chyba okaże się w końcu konieczne,
choćby nawet tylko po to, żeby nie forsować „księżycowych” ideologii.
Co Autor sądzi o aktualnym kryzysie - na razie prezentuję tylko
fragment wywiadu dla Junge Freiheit,
wybranego przez FORUM nr 6 (9.02. – 15.02.2009). Podtytuł wywiadu: Laureat
Nagrody Nobla z ekonomii profesor Josef
Stiglitz twierdzi, że „nie sposób było
nie zauważyć nadciągającego kryzysu”2.
Z przyczyn oczywistych warto się też
zapoznać szerzej z aktualnymi poglądami J. Sachsa, skądinąd kojarzonego w
Polsce z terapią szokową Balcerowicza, o
tym, jak zmienił poglądy3.
Nie tylko o kryzysie, ale także o
stanie nauk ekonomicznych, zastanawiające są wypowiedzi wybitnych ekonomistów
świata4.
Wracając do teraźniejszości – też
nie wiem, co dalej będzie, i prawdę mówiąc, nie bardzo mam ochotę dalej się nad
tym zastanawiać. Po prostu zdaję sobie sprawę z tego, że nawet tylko do
prawidłowego rozpoznania całokształtu sytuacji potrzebne jest silne zaplecze,
albo liczenie na przypadek lub cud. Inaczej, zazwyczaj kończy się na
„niedoinformowaniu i iluzjach”. Gdyby, jakimś cudem, udało się połączyć siły
ludzi dobrej woli na całym świecie, to być może zbudowanie lepszego świata dla
ogółu ludzkości byłoby realne, może nawet i dość szybko? „Bez cudu” jest to też realne, ale nie
wiadomo, za ile pokoleń, i ile nieszczęść jeszcze może się wydarzyć. Szkoda, że po obaleniu „muru berlińskiego” elity
ludzkości zachowały się niezbyt mądrze, i nazbyt egoistycznie. Została zaprzepaszczona wręcz niezwykła
szansa. Na pocieszenie: silniejszym życiowo zawsze pozostaje
możliwość ucieczki w prywatność. Co z pozostałymi?
marzec 2009 r.
Anonimus
Przypisy do uwag
1 Traktowanie na serio tak jaskrawo retuszowanych lub
czymś innym zniekształconych danych, opisywane na bardzo wielu moich stronach,
wg mnie ośmiesza po prostu ekonomię i ekonomistów oraz ich analityczne metody.
To samo, przynajmniej w takich przypadkach, można powiedzieć o księgowości i
statystyce. Naturalnie, wypowiadam się tak dobitnie tylko o konkretnych
problemach niemal kuriozalnego braku rozeznania rzeczywistego stanu rzeczy, nie
oceniając całości. Gospodarka planowa
była niewydolna a państwo słabe w sterowaniu gospodarką, nie tylko z powodu wielkich pryncypiów
ustrojowo-politycznych, ale także z powodu przeróżnych „drobiazgów technicznych”, skutkujących
masowością błędnych decyzji, łącznie z powstawaniem niewykonalnych racjonalnie
teorii. Z tych samych powodów trudne
było pogodzenie planowania państwowego z rynkiem, przy czym, rynek, to też
tylko „ludzie”, z wszystkimi ich niedoskonałościami. Problem, niestety, dotyczy
także kapitalizmu, przy czym „kreatywność inaczej” stoi tu na znacznie wyższym
poziomie niż za realnego socjalizmu. Większa jest też złożoność „materii”.
Liberalizm gospodarczy (w granicach rozsądku) oczywiście jest bardzo potrzebny,
ale trzeba nad nim czuwać, żeby nie poszedł w złym kierunku. Państwo, żeby móc
prawidłowo czuwać, musi być kompetentne. Rzetelna wiedza leży w interesie ogółu
społeczeństwa. Mówiąc najkrócej: nauki
ekonomiczne, żeby móc pomóc opanować
sytuację, muszą po prostu „zejść z obłoków na ziemię”, nie tylko w sprawach
„wielkich idei”, lecz także w sprawach pozornych drobiazgów, uważanych dotąd za niegodnych głów wielkich
mędrców. Rozwój teorii praktycznej bardzo by się tu przydał.
2 Laureat Nagrody Nobla z ekonomii profesor Joseph Stiglitz
twierdzi, że nie sposób było nie
zauważyć nadciągającego kryzysu
(Fragmenty
wywiadu dla Junge Freiheit, 2009; FORUM nr 6 (9.02 – 15.02.2009). W tym samym
numerze FORMUM, w ramach RADY NA KRYZYS, także Ferguuson, Roubini, Rogoff,
Roach).
W 2001 r. otrzymał pan Nagrodę Nobla
za teorię zawodności rynku w związku ze zjawiskiem tzw. asymetrii informacji.
Czy obecny kryzys był tak nieprzewidywalny, jak utrzymują obecnie ludzie,
którzy są za niego odpowiedzialni?
Joseph Stiglitz: Ależ skąd,
przecież ja sam go przepowiedziałem. Byłem nawet nieco zaskoczony, że tak długo
na niego czekaliśmy.
Na całym świecie dla ratowania banków
i koncernów finansowych wystawiane są poręczenia warte biliony. Nawet jeśli
zostanie wykorzystana tylko ich część – jak płatnik podatków kiedykolwiek
miałby spłacić te kwoty? Czy na koniec nie pozostaniemy jedynie z inflacją?
Nie jest powiedziane, że doprowadzi to do
inflacji. Większym niebezpieczeństwem je lęk prze inflacją, bo może on
doprowadzić do niewspółmiernej dla sytuacji reakcji i tylko
osłabi gospodarkę. Poza tym inflacja tak czy inaczej nie jest głównym
problemem, bo dysponujemy środkami do trzymania jej w ryzach. Naszym
podstawowym problemem jest bezrobocie. Banki domagają się powściągliwości od
rządu aż do momentu, kiedy same potrzebują pomocy! Wtedy nagle okazuje się, że
bardzo pragną ingerencji rządu. A jak ich zdaniem wygląda „najlepsza” państwowa
interwencja? To oczywiste – dostać możliwie dużo pieniędzy na możliwie dobrych
warunkach. A jaki jest tego rezultat? Dopóki napełniamy kiesę bankom, te
napełniają kiesy swoim akcjonariuszom.
Stwierdził pan, że kryzys finansowy
jest dla neoliberalnego rynkowego fundamentalizmu tym, czym dla komunizmu był
upadek muru berlińskiego. A teraz do akcji mają wkroczyć rządy. Jednak w
kontekście ekonomicznego upadku socjalizmu, czy można sądzić, że państwo jako
mega koncern jest faktycznie lepszym graczem na rynku?
Tak naprawdę to kwestia równowagi:
zachowania odpowiednich proporcji między rynkiem a wpływami rządu. Komunizm nie
zachował tej równowagi, podobnie zresztą jak „reagonomika” czy thatcheryzm: w
pierwszym przypadku interwencje były zbyt silne, w dwóch pozostałych –
niedostateczne. Teraz musimy na nowo ustanowić tę równowagę. Oczywiście nikt
rozsądny nie powie, że rządy na dłuższą metę są w stanie sterować gospodarką.
Jednak również wiadomo, że potrzebny jest nadzór, by banki nie zaczęły bawić
się powierzonymi im pieniędzmi. To sprawia, że cały system gospodarczy jest w
niebezpieczeństwie.
Czy wypada nam dziś przyznać, że
gospodarki nigdy nie da się skontrolować w taki sposób, jak byśmy chcieli? I
czy to stawia kapitalizm pod znakiem zapytania?
To stwierdzenie jest słuszne, ale nie
stawia kapitalizmu pod znakiem zapytania. Żaden system nie jest doskonały,
każdy ma swoje wady. Takie kryzysy są ceną, jaką płacimy za kapitalizm. Dlatego
powinniśmy wreszcie przyjąć do wiadomości, że gospodarka danego państwa musi
być sterowana przez rząd, aby uniknąć ekscesów tego typu. Nie jest to przecież
pierwszy kryzys – już20 lat temu
musieliśmy ratować amerykańskie banki.
Prezydent Bush pozostawił w
spadku Barackowi Obamie dwie wojny i górę długów. Czy w tych warunkach
ekonomicznych obecnemu prezydentowi uda się dokonać obiecywanej zmiany?
Jestem przekonany, że Obama dokona
zmiany! To nie była tylko pusta retoryka wyborcza, jak przypuszczają niektórzy.
Pewność siebie i poczucie własnej wartości Amerykanów doznały w ciągu ostatnich
ośmiu lat poważnego uszczerbku. Wybór Obamy stał się dla całego kraju
odmładzającym impulsem i przyniósł nową nadzieję.
Tak, ale jak ona będzie w stanie
spełnić te pokładane w nim nadzieje w obliczu istniejących problemów?
Brzemię problemów jest istotnie
przytłaczające i przewiduję, że stopa życiowa w USA się obniży.
Dostrzegam tu dwa główne zagrożenia. Że deficyt zmusi Obamę do działań
niewskazanych z punktu widzenia uzdrowienia gospodarki USA i że będzie za bardzo
słuchał bankierów, chociaż to przecież właśnie oni wpakowali nas w tę kabałę.
To by także odsunęło perspektywę uzdrowienia gospodarki, bo te typy nie mają
przecież zielonego pojęcia o ekonomii. Oni chcą przede wszystkim jednego – a
mianowicie pieniędzy od rządu.
Wygląda na to, że Chiny – uznawane za głównego konkurenta USA w XXI wieku –
radą sobie z kryzysem lepiej niż Stany Zjednoczone. Dlaczego tak się dzieje?
Kryzys dotkliwie ugodził także w
Chiny. Chińczycy podjęli jednak skuteczne środki i mieli znaczne rezerwy
zgromadzone w czasach prosperity: blisko dwa biliony dolarów. Mają więc dziś o
wiele lepsze warunki, by należycie reagować na kryzys. Ironia historii poza tym
polega na tym, że to amerykańscy bankierzy pokazali Chinom, jak należy to robić.
Nic dziwnego, że teraz oni śmieją się z
nas w kułak.
Niektórzy zwolennicy liberalnej
gospodarki rynkowej powiadają, że lepiej byłoby nie robić nic i spokojnie
czekać, aż nadciągnie oczyszczająca burza. Czy nie byłoby to bardziej sensowne
niż łatanie dziur, w wyniku czego coraz to nowe miliardy z pieniędzy podatników
giną w czarnej dziurze kryzysu?
Nie. Gdybyśmy nie robili nic, koszty
okazałyby się olbrzymie. Obecne problemy są podobne, jak w okresie
transformacji systemu komunistycznego w kapitalizm. Pytanie brzmi: inwestować w
stare struktury czy stworzyć nowe? Rosja w latach 90. próbowała ratować stare
dinozaury i borykała się z tego powodu z wielkimi problemami. Chiny natomiast
utworzyły nowe struktury, które następnie przejęły te stare. Ta strategia
Pekinu przyniosła sukces. Nie powinniśmy się więc szybko zniechęcać. Kryzysy są po prostu charakterystycznymi
cechami kapitalizmu. Chodzi tylko o to, jak je przezwyciężać. Także z obecnym
kryzysem się uporamy – prędzej czy później.
3 Rozmowa Polityki z Jeffreyem Sachsem,
o tym, jak zmienił poglądy ( Polityka nr 4 z 24 stycznia 2009 roku),
przedstawiona na stronie „crs” (Człowiek, rynek, sprawiedliwość) – poz. 84 prezentowanej literatury.
4 Ucieczka z domu wariatów. Najwięksi
światowej ekonomii zastanawiają się, co się w światowym kapitalizmie popsuło, i
co należy naprawić. Sęk w tym, że trudno coś znaleźć, co się nie popsuło i
czego naprawiać nie trzeba. (Jacek Żakowski z Nowego Jorku, Polityka z 28
lutego 2009 r.; na moich stronach
prezentacja w pliku „Wybory”, otwieranym ze strony głównej).
-------------------------
Rozdział 2
Dzieło cudotwórców
czy szczęśliwe błędy .........
66
Od początku istnienia kapitalizmu występowały okresy
ożywienia i spadku koniunktury. W ubiegłym stuleciu zdarzył się jeden z
najpoważniejszych boomów wszech czasów – szalone lata dwudzieste – po którym
nastąpiła najgorsza zapaść wszech czasów, Wielki Kryzys, podczas którego co
czwarty robotnik amerykański stracił pracę i podobnie było w innych krajach uprzemysłowionych.
Po drugiej wojnie światowej fluktuacje były bardziej umiarkowane, boomy trwały
dłużej, a zapaści krócej i były płytsze. Jednak, jak zauważyliśmy w poprzednim
rozdziale, gdy stulecie zbliżało się ku końcowi, przeżyliśmy największy boom w
ostatnim trzydziestoleciu, a mianowicie szalone lata dziewięćdziesiąte, w ciągu
których stopa wzrostu podskoczyła do 4,4%1, po czym nadeszła jedna z
najdłużej ciągnących się recesji.
Wiele za tego, co się zdarza
gospodarce, wcale nie zależy od państwa. Kiedy się jednak podejmuje pracę w
administracji nowo wybranego prezydenta, można być pewnym, że tak jak jego, tak
i nasza własna reputacja oraz długość okresu pozostawania na stanowisku będą
prawdopodobnie zależały od stanu gospodarki. (...) [Naturalnie dotyczy to
ustabilizowanych demokracji. W innych państwach bywa z tym różnie. Anonimus].
Politolodzy i ekonomiści wykazali, że
powiązanie między polityką a gospodarką to nie jest żadna bajka. Istnieje tu
wyraźna zależność statystyczna, a stan gospodarki jest równie dobrym
wskaźnikiem wyników wyborów jak
większość sondaży przedwyborczych. (...) [W Polsce niekoniecznie. Błędy polityczne jednych
polityków, umiejętnie wykorzystane przez drugich polityków już parokrotnie
miały większy wpływ na wyniki wyborów niż stan gospodarki. Anonimus].
W tym wszystkim jest pewna
niesprawiedliwość: wiele ważnych wydarzeń oddziałujących na gospodarkę nie jest
dziełem prezydenta, a jeden z najważniejszych instrumentów kontroli nad
gospodarką – polityka pieniężna, która obejmuje ustalanie stóp procentowych i
kontrolowanie podaży pieniądza – został scedowany ma niezależną Rezerwę
Federalną. Gospodarkę Geralda Forda zrujnowało embargo na ropę naftową z 1973
roku, które raptownie zwiększyło bezrobocie, jakkolwiek w okresie wyborów
gospodarka powróciła już do zdrowia. Recesja 1979 roku, która się przyczyniła
do odejścia z urzędu Jimmy’ego Cartera, była wynikiem nałożenia się na siebie
szoku cenowego na rynku ropy i ustalenia przez Rezerwę Federalną wysokich stóp
procentowych.
Gospodarka wysuwa się na pierwszy plan
......... 67
Ekonomia nigdy nie była ulubionym przedmiotem George’a Busha. W przeciwieństwie
do tego Bill Clinton od samego początku dał jasno do zrozumienia, że na
pierwszym miejscu stawia politykę wewnętrzną. Nieoficjalnym sloganem swojej
kampanii wyborczej: „Chodzi o gospodarkę, głupcze!” zaproponował Amerykanom
posługiwanie się gospodarką jako kartą ocen prezydenta (co tak i inaczej by
robili). Dzięki hasłu: „Praca, praca i jeszcze raz praca dla wszystkich”, jasno
określił, że będzie się skupiał na zatrudnieniu a nie na inflacji. Zaproponował
konkretną miarę sukcesu – 8 milionów miejsc pracy w ciągu czterech lat. Jego
plan redukcji deficytu (któremu Partia Republikańska sprzeciwiała się niemal
jak jeden mąż) cechowała śmiałość. Było więc rzeczą naturalną, że gdy
gospodarka zaczęła się piąć w górę, Amerykanie byli bardziej wspaniałomyślni
niż zazwyczaj i udzielili prezydentowi, oraz jego zespołowi, kredytu zaufania.
W istocie wbrew ostrym słowom, które krytycy powiedzą o dwóch kadencjach Billa
Clintona, gospodarka pozostała niezdobytą redutą aprobaty dla niego. Wyglądało
na to, iż giełda oddaje mu salut pożegnalny, zwyżkując w ostatnim roku jego
prezydentury. (...)
W miarę wzrostu gospodarki rosło też
zainteresowanie nią w społeczeństwie. Biznes, technika i technologia, finanse
zaczęły się spotykać z taką uwagą prasy, jaka była przedtem zarezerwowana dla
sportu show-biznesu. Media oczywiście lubią wybitne osobistości, toteż na ogół
wolą, żeby analizy polityki były krótkie i przyjemne. W gazetach i
czasopismach..., w całodobowych wiadomościach CNN i MSNBC dziennikarze
ekonomiczni rozpływali się nad błyskotliwością i mistrzostwem ekipy Billa
Clintona. (...)
Prawda była oczywiście znacznie
bardziej skomplikowana. (...) Daleki od jednolitości, był to w rzeczywistości
niespójny zlepek decyzji, czasem odważnych, a czasem tchórzliwych, czasem
podjętych na zasadzie konsensusu, a czasem przeforsowanych przez mniejszość, która
chwilowo zyskała zaufanie prezydenta. Niektóre wynikały z jak najlepszych
intencji (gdyż myśleliśmy, że kraj odniesie sukcesy), a przynajmniej kilka – z
jak najgorszych (ponieważ jakiś partykularny interes przeważył w nich nad
interesem publicznym). Z całą pewnością nie byliśmy bogami. Mieliśmy swój
udział w popełnionych błędach. To, co było postrzegane jako największy sukces
naszej polityki – ograniczenie deficytu – udało się nam z przyczyn całkiem
odmiennych od wysuwanych przez wielu spośród jego orędowników. Koniec końców
spis dokonań każdej administracji jest w dużej mierze konsekwencją rozdania
kart przez Historię i przez wydarzenia, takie jak atak terrorystyczny z 11
września 2001 roku, na które nie ma ona wpływu. Odnosi się to również do nas.
Jednakże dokonuje się wyborów i podejmuje decyzje, które prędzej czy później
odbiją się na spuściźnie pozostawionej po danej administracji.
Spadek odziedziczony przez Clintona: gra otrzymanymi kartami .........
69
Po przyjściu do Białego Domu w 1993 roku zastaliśmy ogromne problemy.
Gospodarka była w słabym stanie „bezzatrudnieniowej rekonwalescencji” po
kryzysie lat 1990–1991, ale zaczęła wychodzić z recesji już dość długo przed
objęciem urzędu prezydenta przez Billa Clintona. (...) Pozostawiono nam
uporanie się z głębokim deficytem budżetowym, który się powiększał od czasu
szaleństwa cięć podatkowych za prezydentury Ronalda Reagana. Te cięcia
podatkowe miały zapłacić same za siebie, zgodnie z nabazgroloną na serwetce
teorią, nazywaną krzywą Laffera – od nazwiska, pracującego podówczas na
Uniwersytecie Chicagowskim, Arthura Laffera, który twierdził, że w miarę
wzrostu podatków ludzie mniej pracują i mniej oszczędzają, tak że przychody z
podatków w rzeczywistości spadają! (Pomysł ten wywodzi się z ekonomii
podażowej, która kładzie nacisk na ograniczenia nakładane na gospodarkę przez
gotowość jednostek do pracy i oszczędzania – stanowiącej przeciwieństwo
ekonomii popytowej, która kładzie nacisk na ograniczenia nakładane na
gospodarkę przez popyt: firmy nie będą wytwarzały dóbr, jeśli nikt ich nie
kupi. Nieodpartym tego dowodem było to, że stawki podatkowe nigdzie nie
znajdowały się na poziomie, przy którym ich obniżenie zwiększyłoby wpływy).
(...)
Kiepska sytuacja finansowa Ameryki
była tylko najbardziej widoczną oznaką problemów kraju. (...) Ameryka od dawna
była dumna ze swojej przewagi w dziedzinie techniki. (...) Jak się wydaje,
nawet nasz prymat w dziedzinie techniki opierał się na drenażu mózgów – Ameryka
brała najlepszych i najzdolniejszych z całego świata.
Poziom przestępczości i odsetek ludzi
za kratkami, należące do najwyższych w świecie, także wskazywały, że działo się
coś bardzo niedobrego. Niektóre stany wydawały więcej pieniędzy na więzienia
niż na college’e i uniwersytety. (...) Tymczasem w Stanach Zjednoczonych w ciągu
dwóch dziesięcioleci nierówności się powiększyły. Jakkolwiek Reaganowcy mogli
wierzyć w „teorię przepływania korzyści w dół”... – to jednak biedni nie
odnieśli korzyści ze wzrostu w latach osiemdziesiątych. W rzeczy samej od 1973
roku najubożsi ludzie w Ameryce tak naprawdę stali się jeszcze ubożsi.
Pod innymi względami mieliśmy jednak
szczęście. Chociaż nie przepuszczaliśmy żadnej okazji, żeby utrzymywać (a
czasem nawet w to wierzyliśmy), że wyzdrowienie było naszym własnym dziełem ,
wiele z tego, co zdarzyło się w latach dziewięćdziesiątych, można przypisać
siłom uruchomionym na dość długo przed wkroczeniem administracji Billa Clintona
na scenę. Na przykład inwestycje w najnowocześniejszą technikę zaczęły się
właśnie zwracać, przynosząc wzrost produktywności. W licznych największych
miastach amerykańskich przestępczość zaczęła spadać, częściowo z powodów
demograficznych, a częściowo z powodu zanikania straszliwej plagi kokainowej
lat osiemdziesiątych.
(...) Koniec zimnej wojny oznaczał,
że jeśli tylko obniżymy wydatki wojskowe do bardziej rozsądnego poziomu – z
maksymalnej 6,2% w epoce Reagana do, powiedzmy, 3% - to będziemy się mogli
pozbyć przeszło połowy deficytu. Nie było tak, żeby ktokolwiek z nas podjął tę
pracę z głębokiego wewnętrznego pragnienia zrównoważenia budżetu. Od prezydenta
poczynając, wszyscy przyszliśmy do Waszyngtonu z całkiem odmiennym zestawem
pragnień, które znalazły odbicie w programie kampanii Stawiamy
ludzi na pierwszym miejscu.
Graliśmy jednak kartami, które nam
rozdano. Prezydenta przekonano, iż jest takie zadanie, którym trzeba zająć się
w pierwszej kolejności – zadanie, które, jak się okazało, zdominowało jego
program działania w następnych ośmiu latach. Miał mianowicie wziąć deficyt pod
kontrolę.
Było jasne, że deficytu budżetowego
nie da się utrzymywać przez długi czas. (...) Tak więc ostatecznie albo trzeba
by podnieść podatki, albo ograniczyć wydatki. Należało szybko stawić czoła
rzeczywistości, a nie czekać na destrukcyjne skutki narastających długów.
Problem polegał na tym, że był to
najgorszy moment do stawienia czoła tej rzeczywistości. Gospodarka jeszcze
całkiem nie wyszła z recesji 1991 roku, a standardowa teoria ekonomii – której
naucza się na każdym kursie ekonomii od pięćdziesięciu lat mówi, że
podniesienie podatków bądź ograniczenie wydatków w celu zredukowania deficytu
spowolni tempo wzrostu gospodarczego. Wraz ze spowolnieniem wzrostu i
zwiększaniem się bezrobocia wzrosną zasiłki socjalne i dla bezrobotnych,
prowadząc do niezadawalających dochodów podatkowych. Wydatki zwiększą się w
miarę, jak wpływy z podatków będą malały lub co najmniej nie będą rosły, tak
jak to było w zdrowej gospodarce. Próba zredukowania deficytu okaże się
donkiszoterią.
Koniec końców okazało się jednak, że
Clintonowska strategia redukcji deficytu się powiodła. W ciągu paru lat deficyt odziedziczony
po administracji George’a Busha przekształcił się w ogromną nadwyżkę i
gospodarka wyzdrowiała, jakkolwiek z powodów charakterystycznych dla lat
dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia. Ważne jest, aby zrozumieć, dlaczego
redukcja deficytu wówczas się udała i dlaczego był to wyjątek potwierdzający
regułę.
Zaszłości .........
71
Aby zrozumieć, jaką rolę odegrała redukcja deficytu w uzdrowieniu gospodarki w
latach dziewięćdziesiątych, należy wrócić do końca lat siedemdziesiątych i
początku lat osiemdziesiątych, kiedy Zarząd Rezerwy Federalnej, kierowany
wówczas przez Paula Volekera, obawiał się o inflację i w związku z tym podniósł
stopy procentowe do niespotykanego poziomu. Chciał schłodzić coś, co postrzegał
jako przegrzanie gospodarki – pod koniec 1981 roku i na początku 1982 roku
oprocentowanie długoterminowych obligacji spółek przekraczało 15%. Rezerwa
szczyciła się swoim sukcesem w obniżeniu inflacji z 13,5% w 1980 roku do
zaledwie 3,2% w 1983 roku. Niektóre koszty tych osiągnięć ujawniły się
natychmiast – bezrobocie
podskoczyło do 9,7%, to jest do poziomu nie notowanego w Stanach Zjednoczonych
od Wielkiego Kryzysu. Ale upłynęło więcej niż 10 lat, zanim odczuto wszystkie
koszty tego wysiłku zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i za granicą.
W kraju niebotyczne stopy procentowe
oprócz tego, że zabiły inflację, zniszczyły banki, przede wszystkim
stowarzyszenia czy kasy oszczędnościowo-pożyczkowe, które specjalizowały się w
pożyczkach hipotecznych. Chociaż odsetki, które otrzymały one od już
udzielonych kredytów hipotecznych, były stałe, to odsetki, które musiały płacić
deponentom, poszły gwałtownie w górę i w efekcie kasy te zbankrutowały. Powinno
to być jasne ,mniej więcej w roku 1985; w istocie problem mógł być wówczas
rozpoznany i rozwiązany, gdyby rząd federalny nie uciekł się do drobnych
machlojek księgowych w celu podretuszowania rzeczywistości. Administracja
Ronalda Reagana postanowiła ratować banki, pomagając im w „odkrywaniu” wartych
miliardy dolarów aktywów, których istnienia nikt dotąd nie podejrzewał.
Przeprowadzono to w drodze zezwolenia bankom na zaklasyfikowanie ogromnych
wartości w bieżącym bilansie do ich „renomy” – ich antycypowanych zysków w
przyszłości. Ale oczywiście zmiany na papierze nie zmieniają rzeczywistości:
banki były nadal zobowiązane do wypłacania dysponentom więcej, niż uzyskiwały z
udzielonych pożyczek. Potrzebny był jeszcze jeden składnik – taki, który też
wymagał nieprawidłowej księgowości. Prezydent Reagan forsował deregulację, a
dzięki pozwoleniu bankom na inwestowanie w nowe, ryzykowne przedsięwzięcia –
nawet na kupowanie obligacji śmieciowych...
Oczywiście przy właściwych procedurach księgowych... odłożyć
rezerwy... (...) Chodziło im jednak nie
o dobrą ekonomię, dobrą księgowość czy dobrą praktykę udzielania kredytów, lecz
o przełożenie dnia rozliczeń na czas, gdy będzie się o nie martwił już ktoś inny.
„Stawiając na zmartwychwstanie” - ... miały szanse przetrwać4.
Przyparte do muru, kasy
oszczędnościowo-pożyczkowe zaczęły rzucać pożyczki na rynek nieruchomości.
Reaganowska „reforma” podatkowa z 1981 roku skomplikowała sprawy, obdarzając
inwestujących w nieruchomości szybkimi odpisami amortyzacyjnymi i innymi dużymi
ulgami. Inwestorzy ci sprytnie ocenili, że nowe reguły są zbyt dobre, żeby
mogły się szybko utrzymać, i postanowili wyciągnąć z nich maksymalne korzyści
tu i teraz. Tarcze podatkowe związane z inwestycjami w nieruchomości rosły jak
grzyby po deszczu, a puste biurowce górowały nad kolejnymi miastami. W połowie
lat osiemdziesiątych pustostany lokali użytkowych w niektórych aglomeracjach
przekraczały 30%. Następnie, wobec narastającej krytyki tej szczodrości
podatkowej, administracja prezydenta Reagana zmieniła kurs, wprowadzając w 1986
roku reformę podatkową, która nie tylko odebrała ogromne przywileje, ale
również nałożyła ścisłe ograniczenia na tarcze podatkowe.
Dokładnie tak samo, jak prawo
podatkowe z 1981 roku podtrzymało boom, prawo podatkowe z 1986 roku
przyspieszyło nieuchronne załamanie. Bez ulg podatkowych bańka na rynku
nieruchomości pękła. Ceny spadły, pożyczki hipoteczne przestały być spłacane, a
drapacze chmur niszczały. W 1988 roku kasy oszczędnościowo-pożyczkowe mało że
były chore – wymagały intensywnej kuracji. I ją otrzymały – w formie ogromnego
dofinansowania przez państwo. Ale prezydent Reagan osiągnął to, co
prawdopodobnie zamierzał. Upłynęło prawie dziesięć lat, zanim błędy popełnione
na początku lat osiemdziesiątych – wygórowane stopy procentowe, bezmyślna
deregulacja i cudaczne sposoby księgowania – w pełni się ujawniły i trzeba było
się nimi zająć. Była to część spadku przekazanego przez Ronalda Reagana swojemu
byłemu zastępcy, George’owi Bushowi, który musiał dofinansować banki wysokim
kosztem – ponad 100 miliardów dolarów – dla budżetu federalnego i gospodarki
narodowej, jako że stopniowo torowało to drogę recesji, która nadeszła dwa lata
później.
Międzynarodowe konsekwencje polityki
pieniężnej Stanów Zjednoczonych
......... 73
Nadmierne podniesienie stóp procentowych przez Rezerwę Federalną w toku jej
walki z inflacją miało też inny skutek: zrujnowane zostały nie tylko krajowe
kasy oszczędnościowo-pożyczkowe, lecz również wiele latynoamerykańskich. Przez
całą dekadę lat siedemdziesiątych zachęcano kraje Ameryki Łacińskiej do
pożyczania petrodolarów, które kraje naftowe trzymały w bankach Stanów
Zjednoczonych i Europie. Więc pożyczyły miliardy. Latynoamerykańskie zadłużenie
w bankach komercyjnych wzrastało w skumulowanym tempie rocznym wynoszącym 20%,
o wiele szybciej niż PKB, tak że w roku 1981 całkowite zadłużenie zagraniczne
tych krajów stanowiło prawie 40% PKB.
Nie można się więc dziwić, że gdy
Amerykańska Rezerwa Federalna w 1981 roku podwyższyła stopy procentowe do
niespotykanego poziomu, kraje Ameryki Łacińskiej miały trudności z wywiązaniem
się ze swych zobowiązań i w okresie do 1983 roku jeden kraj za drugim przestał
to robić. Jeden z ówczesnych gubernatorów Rezerwy Federalnej opisywał mi swoją
konsternację z powodu braku zainteresowania tej instytucji konsekwencjami jej
poczynań w skali światowej. Broniąc się, Rezerwa twierdziła, że jej mandat
wymaga, aby skupiała się na konsekwencjach dla Stanów Zjednoczonych.
Tymczasem mimo iż Stany Zjednoczone
być może wsparły swoje krótkoterminowe interesy, to nasza wyraźnie
niefrasobliwa obojętność wobec wpływu na Amerykę Łacińską podważyła prawa
naszego kraju do światowego przywództwa. Niespłacenie należności w Ameryce
Łacińskiej doprowadziło do osłabienia także naszego systemu bankowego, a tym
samym całej naszej gospodarki.
Recesja
1991 roku .........
73
Jednakże to kryzys kas oszczędnościowo-pożyczkowych w latach 1988-1989 wywarł
przemożny wpływ na naszą gospodarkę. W następstwie tego kryzysu administracja
prezydenta Busha seniora wprowadziła nowe, ostre regulacje w sektorze
bankowości, które zniechęcały do podejmowania ryzykownych inwestycji i,
przynajmniej w tej jednej dziedzinie, częściowo cofnęły deregulację ery Reagana.
Rezultatem tego było, jak zakładano, postawienie banków powrotem na zdrowszych
podstawach, co ograniczało prawdopodobieństwo wystąpienia konieczności
kolejnego dofinansowania ich w przyszłości. Ale była również bardziej mroczna
konsekwencja, którą przewidywało niewiele osób. Ponieważ banki starały się
przywrócić porządek w swoich bilansach i sprostać nowym regulacjom, ograniczyły
udzielanie kredytów. Strumień kapitału wysechł, tak samo jak – stopniowo – cała
gospodarka amerykańska. W wyniku nieuchwycenia głównego źródła problemu Rezerwa
Federalna jeszcze go pogorszyła. Nieznaczny błąd w regulacjach dotyczących
banków – decyzja, żeby traktować długoterminowe obligacje państwowe, bardzo
wrażliwe na zmiany stóp procentowych, tak jakby były całkowicie bezpieczne – w
dalszym ciągu zachęcał je do lokowania pieniędzy w te obligacje, a nie do
robienia tego, czego się od nich oczekuje, czyli do udostępniania środków
finansowych biznesowi, żeby mógł się rozwijać i tworzyć miejsca pracy.
Gdy gospodarka pogrążyła się w
recesji, Rezerwa Federalna ostatecznie obniżyła stopy procentowe w 1991 roku,
czyli niewystarczająco szybko. Recesja była w pewnym sensie końcowym aktem
tragedii, która została zapoczątkowana podwyższeniem stóp procentowych we
wczesnych latach osiemdziesiątych, śmiesznie niskimi podatkami z 1981 roku oraz
źle zaprojektowaną deregulacją sektora finansowego przeprowadzoną za Ronalda
Reagana. I chociaż recesja była przez wielu określana jako krótkotrwała i
płytka, to nie tak ją odczuwało 3,5 miliona ludzi, którzy powiększyli rzeszę
bezrobotnych między 1990 a 1992 rokiem, czy dalsze miliony, które po utracie
pracy znalazły nową, tyle że gorzej płatną. W istocie z bliższego przyjrzenia
się danym wynika, że spadek aktywności gospodarczej był poważny: mierzona
rozziewem między potencjałem gospodarki a jej rzeczywistymi dokonaniami,
recesja 1991 roku była równie głęboka jak średni powojenny spadek koniunktury.
Bill Clinton swój wybór w dużej
mierze zawdzięczał chwiejącej się gospodarce i temu, że Rezerwa Federalna nie
zareagowała na czas. Kiedy obejmował urząd w styczniu 1993 roku, bezrobocie
wynosiło 7,3% ... Zaostrzony przez
recesję deficyt budżetowy w 1992 roku wzrósł do 4,7% PKB, z 2,8% w roku 1989.
Było jasne, że gospodarką nie kierowano dobrze.
Walka o obniżenie deficytu .........
74
Prezydenta Clintona przekonano, żeby z redukcji deficytu uczynił swój
priorytet. Oznaczało to oczywiście odsunięcie na bok programu socjalnego, który
stanowił najważniejszy bodziec zarówno dla niego, jak i dla większości jego
zwolenników. Prezydent nie brał nawet pod uwagę wątpliwości, czy ta strategia
się powiedzie: jak powiedziałem, standardowa ekonomia utrzymywała, że
zmniejszenie deficytu spowolni proces dochodzenia gospodarki do zdrowia i zwiększy
bezrobocie. Ci z nas, którzy doradzali prezydentowi, naturalnie byli świadomi,
że tradycyjnie uważano, iż obniżenie deficytu pogorszy stan gospodarki, a jeśli
tak się stanie, to cała strategia spali na panewce: wolniejszy wzrost
doprowadzi do jeszcze większego deficytu. Dlatego staraliśmy się, jak tylko
mogliśmy, „odłożyć” redukcję deficytu – zagwarantować jeszcze większą jego
redukcję w następnych latach. Mieliśmy nadzieję, że gospodarka będzie już wtedy
w wystarczająco dobrym stanie, by mogła wytrzymać wstrząs. (...)
Podjęta strategia była ryzykowna,
zwłaszcza dla prezydenta wybranego dzięki deklaracji: „Praca, praca i jeszcze
raz praca dla wszystkich”. Najwyraźniej pod presją polityki i czasu ekonomiści
Billa Clintona unieważnili wyniki półwiecza badań ekonomicznych. Przez całe
dziesięciolecia konserwatyści usiłowali uśmiercić Keynesa i jego wezwanie do
interwencji państwa w okresie spadku koniunktury gospodarczej. A tu w krótkim
okresie my, zgraja ekonomistów Clintona, tak zwani nowi demokraci, przeprowadziliśmy
to, co od dawna nie udawało się konserwatystom: gospodarka odżyła i doceniono
znaczenie redukcji deficytu.
Czy Keynes naprawdę umarł? Czy
podręczniki trzeba napisać na nowo? Czy mniej państwa i mniejszy deficyt to był
klucz do sukcesu gospodarczego? Jeżeli standardowa interpretacja historii
weźmie górę, to wygląda na to, że odpowiedź brzmiałaby: tak..
Przywiązani do redukcji deficytu
wystąpili z nową teorią. Zmniejszenie deficytu – żywili nadzieję – doprowadzi
do obniżenia długoterminowych stóp procentowych, niższe długoterminowe stopy
procentowe doprowadzą do zwiększenia inwestycji, a większe inwestycje znowu
pobudzą gospodarkę. Mieli nadzieję, że tym razem, w wyniku ostrożnego
przeprowadzenia redukcji deficytu, zwiększone inwestycje w wyniku niższych
długoterminowych stóp procentowych z nawiązką zrekompensują bezpośrednie skutki
wyższych podatków i niższych wydatków państwa.
Było jednak kilka problemów z tą
teorią, oprócz tego oczywistego, wspomnianego wcześniej, że stanowiła ona
policzek dla teorii dowodów i tego, czego na świecie nauczano podczas każdego
cyklu wykładów z makroekonomii. Jeśli rynek obligacji uwierzy, że w przyszłości
deficyt się zmniejszy, to stopy procentowe pójdą w dół. Zdaliśmy się na łaskę
zmiennych rynków obligacji, tych samych ludzi, którzy czasem wykazywali
irracjonalną euforię, a czasem irracjonalny pesymizm. Nasz los będzie zależał
od dokonywanych przez handlujących obligacjami
- w większości wrogo nastawionych do prezydenta Clintona i jego podwyżek
podatków – ocen tego, czy zdołamy zrealizować nasze zobowiązanie do redukcji
deficytu.
Dlaczego redukcja deficytu tym razem się
udała? ......... 76
Skoro redukcja deficytu, ogólnie biorąc, powinna spowolnić powrót do zdrowia,
to czemu należy przypisać wigor, z jakim ten proces następował? Sekwencja
zdarzeń wcześniej nie przewidzianych, a później nie w pełni zrozumianych.
Dzięki zmniejszeniu deficytu administracja Billa Clintona skończyła z
refinansowaniem pewnej liczby amerykańskich banków; był to akt mimowolny, który
ponownie pobudził gospodarkę.
Oto jak to przebiegało: w następstwie
krachu kas oszczędnościowo-pożyczkowych wprowadzono nowe przepisy, nakazujące
bankom utrzymywanie odpowiedniego kapitału, do którego mogłyby sięgać w
przypadku pogorszenia się ich portfela pożyczek. Wielkość potrzeb kapitałowych
banków jest oczywiście związana ze stopniem ryzyka, jakie podejmują.
Ekonomiści, którzy rozważali ten problem, między innymi Michael Boskin, są
zgodni, że ryzyko, w tym kontekście, wykraczało poza możliwość bankructwa;
istniało też niebezpieczeństwo spadku wartości aktywów. Z tego punktu widzenia
obligacje państwowe o długim terminie wykupu są obarczone ryzykiem, nawet gdy
nie ma niebezpieczeństwa, że nie zostaną wykupione, ponieważ mogą stracić na
wartości, jeśli wzrosną stopy procentowe. Ale mimo że rząd w 1989 roku nałożył
na banki ostrzejsze ograniczenia, Rezerwa Federalna postanowiła pozwolić im
traktować długoterminowe obligacje państwowe jako papiery wolne od ryzyka.
Oczywiście uszczęśliwiło to banki, bo zwiększyło ich krótkoterminową
rentowność, gdyż długoterminowe obligacje przynoszą wysoki dochód.
Przeznaczając fundusze deponentów na zakup długoterminowych obligacji, były w
stanie osiągnąć ładny zysk. Była to jednak bardzo niebezpieczna strategia.
Jeśliby stopy procentowe wzrosły – a z powodzeniem mogłyby, gdyby deficyt nadal
szybko się powiększał – to ceny obligacji by spadły, co zmusiłoby rząd
federalny do ratowania sytuacji po raz drugi.
Tak więc po raz kolejny nadmiernie
ofensywna księgowość doprowadziła do wprowadzających w błąd informacji, złych
decyzji i poważnych konsekwencji dla gospodarki Stanów Zjednoczonych.
Długoterminowe obligacje państwowe są wyżej oprocentowane niż obligacje
krótkoterminowe, żeby zrekompensować inwestorom ryzyko spadku ich wartości.
Jednakże Rezerwa Federalna przyzwoliła na pewien sposób księgowania i zestaw
regulacji, które nie odzwierciedlały w ogóle tego ryzyka. I to właśnie uczyniło
tę strategię „zyskowną”. Zapewne należało zmusić banki do kontynuowania
odkładania rezerw w celu zabezpieczenia się przed ryzykiem spadku cen
długoterminowych obligacji państwowych, ale ich nie zmuszono, więc tego nie
robiły.
Na szczęście, częściowo dzięki
sukcesowi prezydenta Clintona w obcinaniu deficytu, długoterminowe stopy
procentowe gwałtownie spadły, z 9% we wrześniu 1990 roku do poniżej 6% w
październiku 1994b roku. W związku z tym cena długoterminowych obligacji
państwowych wzrosła. W konsekwencji tej ryzykownej gry raptownie poprawiły się
bilanse banków. A ponieważ długoterminowe stopy procentowe były teraz
niskie, czyniąc długoterminowe obligacje mniej atrakcyjną inwestycją, banki
zaczęły się rozglądać za zyskami gdzie indziej. Wróciły do swojej właściwej
działalności, którą jest pożyczanie. To właśnie ta zwiększona gotowość banków
do udzielania kredytów, która stanowiła rzeczywistą różnicę, oraz program
redukcji deficytu administracji Billa Clintona i jego mimowolny wpływ na
rekapitalizację kas oszczędnościowo-pożyczkowych sprowadził z powrotem gospodarkę
na właściwe tory.
Redukcję deficytu można więc określić
jako szczęśliwy błąd – była to słuszna decyzja podjęta z niesłusznych powodów.
Jej sukces opierał się na innym szczęśliwym błędzie – na zaniechaniu przez
Rezerwę Federalną windowania stóp procentowych we wczesnych stadiach ponownego
powracania gospodarki do zdrowia, co na pewno by zrobiła, gdyby zbyt nisko nie
oszacowała stopnia tego wyzdrowienia, tak jak poważnie zaniżyła wielkość
wcześniejszego upadku.
Gra na zaufaniu: alternatywne wyjaśnienie .........
77
Tak więc redukcja deficytu się powiodła, ale jej przebieg był skomplikowany i
nieoczekiwany oraz w sposób kłopotliwy kłócił się z przekonaniami i osobistym
interesem potężnych osób i instytucji ,
których prawdziwym planem było obalenie ekonomii keynesistowskiej i(lub)
zmniejszenie roli państwa. Dzięki obcięciu deficytu – mówiono – administracja
odbudowała zaufanie bankowców i inwestorów, które było nadwyrężone wskutek nie
poddanego dyscyplinie wydawania pieniędzy przez państwo. W efekcie biznes znowu
zaczął inwestować we wzrost i innowacje, konsumenci znowu zaczęli wydawać
pieniądze i dochodzenie gospodarki do zdrowia nabrało impetu. Plan jastrzębi w
sprawach deficytu był jasny: utrzymać deficyt na niskim poziomie (nawet w
okresach recesji) i słuchać tego, co chcą rynki finansowe – bo jeśli się je
zrazi, to jest się zgubionym.
Jest ziarnko prawdy w tej często
powtarzanej interpretacji, skupiającej się na zaufaniu, jednak nauka, jaka
powinna być z niej wyciągnięta, jest z pewnością bardziej
wstrzemięźliwa. Poświęciliśmy wiele
czasu na próby budowy zaufania czy, wyrażając się mniej elegancko,
„przedstawienie” statystyk tak, by podkreślić sukcesy naszej polityki. Ale to
nie były czary marketingowe wcześniejszych administracji, według których
obniżki podatków miały się same spłacić, i to nie tylko dzięki wzrostowi
produkcji, który by wywołały. Nasze przewidywania były realistyczne. Mimo to
usilnie pracowaliśmy nad zapewnieniem, żeby gospodarka spełniła te
przewidywania. Weźmy te 8 milionów miejsc pracy, które Bill Clinton chciał
stworzyć – była to obietnica, którą zrealizował z nawiązką, tworząc 16 milionów
w ciągu ośmiu lat. To nie my stworzyliśmy te miejsca pracy; zrobiła to
gospodarka amerykańska, a chyba każde wyzdrowienie godne tej nazwy musiało temu
sprostać. Gdyby gospodarce nie udało się wygenerować co najmniej 8 milionów
miejsc pracy, bezrobocie byłoby tak duże, że Bill Clinton właściwie nie mógłby
być ponownie wybrany. Został przedstawiony taki cel, co do którego prawie
mieliśmy pewność, że zostanie osiągnięty, jeśli dobrze pokierujemy gospodarką.
Był to cel istotny zwłaszcza dla tych, którzy otrzymali pracę – tylko w ciągu
dwóch pierwszych lat rządów Billa Clintona stworzono 5,5 miliona nowych
możliwości zatrudnienia. Przekroczyło to zdecydowanie nasze zamierzenia i
oznaczało coś na pewno znacznie lepszego niż utrata ponad 2 milionów miejsc
pracy na początku kadencji drugiego prezydenta Busha.
Kiedy ukazały się miesięczne dane o
gospodarce, przedstawiające sugestywne potwierdzenie niższego poziomu
bezrobocia i ustabilizowania się inflacji, wykorzystaliśmy tę okazję, żeby
pomóc dziennikarzom zrozumieć, dlaczego gospodarka mogła teraz wytrzymać spadek
bezrobocia bez napędzania inflacji. (...)
Zaufanie się liczy, ale nie bierze
się znikąd. To powracająca do zdrowia gospodarka zapewniła zaufanie. (...)
Z biegiem lat doszedłem do
przekonania, że ostatnią deską ratunku dla tych, którzy nie mogą znaleźć
lepszych argumentów, jest argument o zaufaniu. Kiedy nie ma bezpośrednich
dowodów, że deficyt sprzyja wyzdrowieniu lub niekorzystnie oddziałuje na
wzrost, wtedy mówi się, że tak się dzieje z powodu zaufania. Kiedy nie ma
bezpośrednich, że niższe stawki podatkowe stymulują wzrost, wtedy mówi się, że
tak się dzieje z powodu zaufania. Przyczyną, dla której tak wiele osób uważa
argument o zaufaniu za pociągający, jest to, że jest on trudny do obalenia.
Możemy zmierzyć deficyt i szacować jego wpływ na wzrost; możemy zmierzyć stawki
podatkowe i oszacować ich wpływ na wzrost. Lecz zaufanie jest zbyt trudne do
zdefiniowania, by można je było dokładnie zmierzyć6. Dlatego polityk
stający się biznesmenem może twierdzić, że ma wiedzę z pierwszej ręki na temat
tego, jak myśli biznes – i nie będzie to kwestionowane.*
Redukcja deficytu z perspektywy czasu .........
78
Do dnia dzisiejszego w sporej liczbie książek opisano odwagę i dyscyplinę
prezydenta Clintona w walce o zmniejszenie deficytu budżetowego. Kandydując na
urząd prezydenta, myślał on o dokonaniu zmian w sferze społecznej – o reformie
systemu opieki społecznej i ochrony zdrowia, o poprawie edukacji i szkolenia
zawodowego, o postępie w dziedzinie praw obywatelskich, natomiast na drugą
kadencję został wybrany dlatego, że nacisk, jaki kładł na gospodarkę, znalazł
odzew u wyborców. Redukcja deficytu była tylko jedną z kilku rzeczy, które
należało zrobić, żeby gospodarka bardziej tryskała życiem. Mimo tak
okrzyczanych reform ery Reaganowskiej nastawionych na „stronę podażową” –
obniżenia podatków i deregulacji – które w założeniu miały przyspieszyć wzrost,
był on w długim okresie prawie o połowę mniejszy niż w latach pięćdziesiątych i
sześćdziesiątych. A ponieważ z tego wzrostu, który został osiągnięty,
najbardziej skorzystali najbogatsi Amerykanie, podczas gdy realny dochód
znajdujących się na dole drabiny społecznej spadł, Ameryka stanęła w obliczu
coraz większych nierówności.
Nierówności i wzrost to był przedmiot
naszej uwagi. Odpowiedzialność w sprawach finansowych była uważana za domenę
konserwatywnych republikanów, jednak po dwunastu latach fiskalnej rozrzutności
obniżka podatków, która według prezydenta Reagana miała zapłacić sama za siebie poprzez
wzmocnienie gospodarki, nie osiągnęła tego celu. Billowi Clintonowi została
więc do wykonania brudna robota bez pomocy republikanów, którzy jednomyślnie
głosowali przeciwko jego planowi redukcji deficytu. Ich sprzeciw potwierdził
raczej diaboliczną interpretację obniżek podatków Ronalda Reagana. Otóż oni tak
naprawdę wcale nie wierzyli w ekonomię propodażową, teorię, że obniżenie
podatków tak bardzo pobudzi gospodarkę, iż dochody podatkowe w rzeczywistości
wzrosną. Przeciwnie, wiedzieli, że będą występowały deficyty budżetowe, i mieli
nadzieję, że te deficyty wymuszą cięcia w wydatkach państwowych. Prawdziwy plan
polegał zatem na wymuszeniu znaczącego zmniejszenia roli państwa – a ponieważ
prezydent Reagan forsował duży wzrost wydatków wojskowych i niewiele zrobił,
żeby ograniczyć subsydia dla korporacji, oznaczało to, że nastąpią ogromne
ograniczenia w innych dziedzinach sfery publicznej. Ale uruchomiwszy ten
proces, republikanie nigdy nie mogli doprowadzić do końca cięć w usługach
publicznych, więc nigdy nie zdołali zapanować nad deficytem7.
„Szamańska ekonomia” nie zadziałała, a odwagi politycznej starczyło na
niewiele: łatwiej było obniżać podatki niż wydatki. Krytykując demokratów jako
tych, którzy „opodatkowują i wydatkują”, republikanie mieli zapewne nadzieję,
gdy Bill Clinton objął urząd prezydenta, że znowu będą mogli obwiniać
demokratów o deficyt budżetowy. Jednak Clinton ich zaskoczył: zaproponował nie
tylko cięcia wydatków, ale również podniesienie podatków. Koszty dostosowań
zostałyby w ten sposób podzielone.
Z analitycznego punktu widzenia
ograniczenie deficytu jest łatwe: należy zmniejszyć wydatki i zwiększyć
podatki. Jednak żadne z tych działań nie jest pożądane z politycznego punktu
widzenia. Bill Clinton dzielnie postanowił nie tylko obciąć wydatki, lecz także
podwyższyć podatki – głównie dla najbogatszych, którzy zgarnęli lwią część
korzyści w dwóch poprzednich dziesięcioleciach. Nawet po tej podwyżce podatków
i tak powodziłoby im się znacznie lepiej niż tuż przedtem i w niczym by to nie
przypominało spadku dochodów ludzi ubogich. Jak można się było spodziewać,
sprzeciw był silny: republikanie upierali się, że te podatki utrudnią wzrost
gospodarczy. Nie utrudniły, a wręcz bogaci stawali się jeszcze bogatsi w
porównaniu z resztą ludności.
Prezydent Clinton miał nawet nowy
znakomity pomysł: dlaczego nie opodatkować rzeczy „złych” zanieczyszczeń –
zamiast „dobrych” – ciężkiej pracy i oszczędności? Jednak sprawcy
zanieczyszczeń, ci, którzy emitowali gazy cieplarniane, prowadzące do
globalnego ocieplenia i w efekcie do dużych zmian pogodowych, które spowodowały
takie zniszczenia w ostatnich latach, nie chcieli oczywiście o tym słyszeć. (Na marginesie: część
klimatologów – będąca co prawda w zdecydowanej mniejszości – wcale nie podziela
poglądów o grożącym „globalnym ociepleniu”. Stoi nawet na stanowisku o
nadciągającym nowym zlodowaceniu. Anomalia pogodowe różnie też są
interpretowane. Anonimus).
Przedsiębiorstwa energetyczne połączyły się więc z producentami samochodów i z
przemysłem węglowym – reprezentując rozległe spektrum żywotnych interesów
własnych – w wysiłkach zmierzających do przekształcenia podatku opartego na
szerokiej podstawie, który by zwiększył naszą niezależność energetyczną i naszą
efektywność ekonomiczną, a jednocześnie poprawił jakość atmosfery, w żałosny
4,3-procentowy podatek od benzyny.
Czy redukcję posunęliśmy zbyt daleko? .........
80
Abstrahując od problemów polityki partyjnej, uważam dzisiaj, że redukcję
deficytu posunęliśmy zbyt daleko i jeśli nie zrozumiemy, jak należy traktować
deficyt budżetowy, to polityka gospodarcza będzie w przyszłości wypaczona, a
prosperity gospodarcza wystawiona na ryzyko. W miarę upływu czasu nawet
administracja Billa Clintona i jego Ministerstwo Skarbu jakby się coraz
bardziej gubiły w podchodzeniu do roli obniżania deficytu. Skoro wyprowadziło
nas ono z recesji, to i inne kraje przeżywające recesje też powinny
zredukować swoje deficyty – to była polityka, jaką, za naszą namową, MFW
narzucał krajom rozwijającym się. Przyniosło
to katastrofalne skutki , zwłaszcza w Azji Wschodniej i w Ameryce
Łacińskiej. Ale kiedy przyszła kolej na Europę i Japonię, których wzrost
gospodarczy ma niezwykle duży wpływ na nasz eksport, a tym samym na nasz
wzrost, nie byliśmy już tak przekonujący. (...)
Stale wzywaliśmy Japonię i Europę, żeby stymulowały swoją gospodarkę.
Pogląd Ameryki był jasny: Japonia potrzebowała większego finansowania
deficytowego oraz silniejszych bodźców makroekonomicznych.
W gospodarce borykającej się ze
spadkiem koniunktury korzyści z, powiedzmy, zwiększonych wydatków ogromnie
przekraczają koszty, nawet jeśli wydatki są finansowane wyłącznie z deficytu, i
jest to przypadek, kiedy wydatki są inwestycjami o wysokim zwrocie. Gdy
gospodarka funkcjonuje, nie wykorzystując w pełni swojego potencjału – jest w
okresie recesji – zwiększenie wydatków o 100 miliardów dolarów zazwyczaj
powoduje znacznie zwiększy wzrost PKB (nazywa się to mnożnikiem). (...)
Pożyteczne może być przeprowadzenie
pewnego eksperymentu myślowego: co by się stało, gdybyśmy dokonali znacznie
bardziej umiarkowanej redukcji deficytu? (...)
Powinniśmy zacząć od ogólnej lekcji,
często umykającej z pola widzenia w sytuacji spadku koniunktury gospodarczej:
każdy taki spadek kiedyś się kończy. Polityka gospodarcza ma znaczenie: może
sprawić, że będzie on trwał krócej lub dłużej, że będzie płytszy lub głębszy,
może doprowadzić do dłuższej ekspansji. Jednakże wahania koniunktury cechowały
kapitalizm od zarania jego istnienia; każda bańka pryska, a po każdej recesji
następuje ożywienie.
Możemy być zatem pewni, że gdybyśmy
dokonali mniejszej redukcji deficytu, to i tak w końcu doszłoby do ożywienia.
Nie wystarczy po prostu zaobserwować, że deficyt został zmniejszony i
gospodarka się ożywiła, i powiedzieć, iż to właśnie obniżenie deficytu
spowodowało ożywienie. Redukcja deficytu przyspieszyła spadek stóp procentowych,
co się przyczyniło do dokapitalizowania banków. Ale stopy procentowe tak czy
inaczej by spadły. Spadały, zanim Bill Clinton objął urząd prezydenta. Siły
poskramiające inflację – słabsza pozycja związków zawodowych, większa
konkurencja międzynarodowa, zwiększona wydajność – były już w grze i to właśnie
niższa inflacja wraz z redukcją deficytu budżetowego obniżyły długoterminowe
stopy procentowe.
Te same siły doprowadziły następnie
do boomu znamionującego lata dziewięćdziesiąte. Być może boom zacząłby się
troszkę wcześniej lub troszkę później.
Niemniej, znowu jak się patrzy z perspektywy czasu, nieco bardziej umiarkowany
boom byłby bardzo pomocny dla gospodarki w długim okresie.
Jednocześnie argument ten jest
związany z mistycznym słowem „zaufanie”, o którym mówiliśmy wcześniej. Bez
zmniejszenia deficytu istniałyby obawy, że Stany Zjednoczone staną się kolejną
republiką bananową, czyli krajem, w którym zarówno wydatki, jak i deficyt
wymknęły się spod kontroli. Jacy inwestorzy poprawnie rozumujący
zainwestowaliby w takim kraju? – tak brzmiała argumentacja. Takie argumenty
uważam za nieprzekonujące. Jednym z najbogatszych, najszybciej rozwijających
się regionów na świecie są północne Włochy, gdzie stosunek zadłużenia do PKB
przekracza 100%.
Różne rozwiązania wzbudzają zaufanie
różnych ludzi – niektórzy martwią się deficytem, inni wysokimi stawkami
podatkowymi nakładanymi po to, by zmniejszyć deficyt, a jeszcze inni
niepokojami społecznymi, do których często dochodzi w przypadku zbyt małych
wydatków na cele społeczne – ale nic tak nie zwiększa zaufania jak wzrost
gospodarczy. Jeżeli deficyt stymuluje gospodarkę, jak twierdzi tradycyjna
ekonomia, to deficyt umiarkowany i tak skonstruowany, żeby go można stopniowo
likwidować w miarę powracania gospodarki do zdrowia, jest najlepszym sposobem
na odbudowę zaufania.
Innowacje techniczne i technologiczne
– rewolucja komputerowa – oraz proces globalizacji, zmiany w gospodarce
rozpoczęte jeszcze przed objęciem urzędu przez Billa Clintona, na które
redukcja deficytu miała niewielki wpływ, sprawiły, że inwestowanie w Ameryce
stało się bardziej atrakcyjne. To te realne zmiany w gospodarce, w połączeniu z
ograniczonym wzrostem płac, doprowadziły do wysokich zysków i dużej
rentowności, a nie jakieś mistyczne poczucie zaufania.
Jeżeli ta argumentacja jest poprawna,
jeżeli to rzeczywiste zmiany w gospodarce, postęp techniczny, otwieranie rynków
w procesie globalizacji były prawdziwym motorem ożywienia, to deficyt
znacząco by się zmniejszył nawet wtedy, gdyby Bill Clinton trochę mniej obciął
wydatki.
Załóżmy na przykład, że prezydent
przeznaczył dodatkowe fundusze na sfinansowanie większych inwestycji na prace
badawczo-rozwojowe, w technologie, infrastrukturę i edukację. W wyniku wysokich
zwrotów z tych inwestycji PKB byłby w roku 2000 wyższy, a gospodarka
dysponowałaby większym potencjałem wzrostu. (W szczegółach inwestycji i jej
efektów różnie może wyjść. Przykładowo, w aktualnych warunkach polskich, gdyby
inwestycje w edukację przeznaczyć głównie na „nową politykę historyczną”,
to mógłby z tego wyjść ani wzrost, ani edukacja. Anonimus).
Oczywiście dług krajowy byłby
większy, ale większe byłyby także nasze aktywa. Problem polega na tym, że nasze
zasady rachunkowości koncentrują się na uznawaniu naszych zobowiązań (długów),
a nie naszych aktywów. Jeśli zwroty z inwestycji o żywotnym znaczeniu są tak
wysokie, jak wskazują obliczenia, to cięcia w tych inwestycjach wymuszane przez
redukcję deficytu zubożyłyby nasza kraj. (Kilka „hasłowych” warunków, na
przyszłość, realia polskie: Inwestycje powinny być trafne do końca, a nie tylko
kierunkowo. Zwroty powinny być ocenione prawidłowo – nawet bez żadnej złej woli
może wyjść odwrotnie: wystarczą same niedostatki „sztuki ekonomicznej”; łatwo
też, świadomie, coś w wyliczeniach zmanipulować; księgowość też wiele potrafi. Anonimus). Mądrzy inwestorzy
dostrzegliby, że w końcu będziemy
musieli pokryć nasz deficyt w zakresie infrastruktury, tak samo jak w końcu prawdopodobnie będziemy musieli spłacić wszelkie długi. Dostrzegliby, że
w każdym przypadku, gdy przyjdzie „dzień rozliczeń”, podatki mogą być
podniesione. Niemniej jeśli inwestycje przyniosłyby dochody przewyższające
niską stopę, po której rząd zaciągnął pożyczkę, a rząd mógłby rozporządzać tymi
dochodami, to w rzeczywistości można by obniżyć opodatkowanie reszty
gospodarki.
Było wiele okazji podejmowania
inwestycji w sektorze publicznym, przynoszącym duży zysk w wymiarze
ekonomicznym i społecznym, które musieliśmy przepuścić. Jak wspomniałem w
poprzednim rozdziale, żywiliśmy się owocami wcześniejszych inwestycji w badania
podstawowe. Przez dwa dziesięciolecia Stany Zjednoczone zbyt mało inwestowały w
infrastrukturę , do tego stopnia, że zaczęły się pojawiać problemy z systemem
kontroli powietrznej, z mostami, z drogami. Ostatecznie takie niedoinwestowanie
w sektorze publicznym zaszkodzi dochodom z inwestycji prywatnych. Nie
doinwestowaliśmy też centrów naszych miast. Gdy Zespół Doradców Ekonomicznych zaproponował
ograniczony program poprawy opłakanych warunków w niektórych szkołach w takich
zdewastowanych rejonach miast, Ministerstwo Skarbu, mające bzika na punkcie
redukcji deficytu, wypowiedziało się przeciwko temu pomysłowi. Nędzne szkoły
przyczyniają się do utrwalania się problemów trapiących centra naszych miast,
co znajduje odzwierciedlenie w wysokim poziomie przestępstw, a to z kolei
sprawia, że inwestowanie tam jest mało atrakcyjne. Tworzy się błędne koło,
które doprowadziło Amerykę do pozycji światowego lidera (jak na kraj o naszym
dochodzie) w wielu wymiarach, z których nie powinniśmy być dumni, takich jak
jeden z najwyższych wskaźników liczby więźniów w krajach zachodnich czy
najwyższa stopa umieralności noworodków.
Kusiło nas poddanie się krótkowzroczności rynków finansowych – i jej
ulegliśmy. Niektóre z krętactw budżetowych wychodzą na jaw dopiero z biegiem
lat. Podczas prywatyzacji U.S. Enrichment Corporation (USEC), przedsiębiorstwa
wzbogającego uran (zubożony uran jest używany w reaktorach jądrowych, a wysoko
wzbogacony – do produkcji bomb atomowych), mogliśmy narazić na szwank
bezpieczeństwo narodowe, czego koszty nawet trudno ocenić. Ale na bardziej
prozaicznym poziomie sprzedaż bardzo szybko poprawiła budżet federalny. Kiedy
jednak podliczaliśmy przychody z tej sprzedaży nie braliśmy pod uwagę faktu, że
USEC przynosiła roczny zysk rzędu 120 milionów dolarów i że ten strumień
wpływów do budżetu po przeprowadzeniu do prywatyzacji zniknie. (A co można
powiedzieć o skutkach naszej, polskiej prywatyzacji? – poz. 54 prezentowanej literatury! Anonimus). Sytuacja budżetowa Stanów
Zjednoczonych w długim okresie w rzeczywistości się pogorszyła. Tymczasem
krótkowzroczne rynki finansowe najwidoczniej wcale nie przeprowadziły takich
kalkulacji. Brały dane za dobrą monetę i, zgodnie z mantrą redukcji deficytu,
czuły się coraz bardziej zadowolone, ponieważ końcowy wynik na dzisiaj wyglądał
coraz lepiej – niezależnie od tego, co to oznaczało dla przyszłości8.
(Wierząc
K. Poznańskiemu, u nas, często same koszty prywatyzacji były wyższe od
przychodów z prywatyzacji. A myśmy sprzedawali, tracąc jakby instynkt
państwowy, z reguły co mieliśmy najlepsze. Mam nadzieję, że K. Poznański sporo
przesadził w krytyce, bo wprost trudno mi uwierzyć, żebyśmy aż tak nisko
upadli! Anonimus).
Nawet jeśli tak zwani eksperci
finansowi najwyraźniej nie mogą zrozumieć wad systemu rachunkowości i są
wystarczająco krótkowzroczni by przeoczyć jaskrawe niedostatki w naszej
infrastrukturze edukacyjnej, badawczej czy rzeczowej, my nie
powinniśmy być tak głupi czy krótkowzroczni. Kiedyś prawda wyjdzie na jaw.
W końcu niedostatków w infrastrukturze, w nauce czy w oświacie
nie da się zignorować. (Jeśli tak pisze sam Stiglitz! – to ja, na swoich
stronach - chyba aż tak za bardzo się
nie wygłupiam, wypisując oburzające treści o ekonomii, ekonomice, księgowości,
statystyce, itd. itp. A jeśli nawet się wygłupiam, to przynajmniej w doborowym
towarzystwie. Anonimus).
Płyną z tego trzy proste lekcje. Dwie
pierwsze współgrają ze sprawami, którym będziemy się przyglądali raz po raz:
złe zasady rachunkowości dają w efekcie złe informacje i prowadzą do złych
decyzji ekonomicznych, a tak zwani czarodzieje rynku finansowego są nader
krótkowzroczni: pokładają w tych zasadach zbyt duże zaufanie na nasze ryzyko.
Trzecia lekcja jest taka, że redukcja deficytu normalnie nie tylko nie stanowi
lekarstwa na krótkotrwały spadek koniunktury, lecz może nawet zagrozić
długookresowemu wzrostowi gospodarczemu. Sytuacja w 1992 roku była niezwykła;
w normalnych warunkach obniżenie deficytu nie doprowadzi do ożywienia
gospodarczego. (Ale można, dygresja do aktualnych warunków
polskich, obniżyć wydatki na luksus, na życie ponad stan; nie obniżać natomiast
bezkrytycznie podatków, gdy wzrost z tego jest wątpliwy, a kasa pusta; stosować ulgi podatkowe tylko dla
wyraźnie określonych, sprawdzalnych celów itp. Ponadto, choćby tylko ze
względów humanitarnych, nie pogrążać w kryzysie najsłabszych, i nie kpić z nich
złotówkowymi obniżkami podatków lub takimi samymi waloryzacjami, gdy inni, bez
żadnych widocznych zasług, otrzymują tysiące. Anonimus).
Ostatnia z tych lekcji ma szczególne
znaczenie dla Europy, której polityka gospodarcza została skrępowana przez pakt
stabilności, ograniczający rozmiary deficytu budżetowego. Jastrzębie w sprawach
deficytu głosiły pogląd, że suwerenność fiskalna – obcinanie wydatków i
podwyższanie podatków - przywróci
zaufanie, a ono z kolei przywróci gospodarkę do zdrowia. Odrzucając nieodparte
dowody, że ekspansywna polityka fiskalna jest lekarstwem niezbędnym w okresie
recesji gospodarczej, osoby te przyłączyły się do chóru sugerującego, że Keynes
został pochowany. Tymczasem w wyniku [wprowadzenia w życie] tych doktryn,
recesja, która się zaczęła w 2001 roku, trwa i w chwili oddawania tej książki
do druku pojawia się uzasadnione prawdopodobieństwo, że co najmniej niektóre
części Europy będą musiały się z nią uporać. Nawet Europejski Bank Centralny
ostrzegł prze deflacją. Zmniejszenie deficytu nie przyniosło wyzdrowienia w
Europie i jest mało prawdopodobne, że odniesie taki skutek.
Lekcja ta ma niezwykły rezonans także
w rozwijającym się świecie. Wiele krajów rozwijających się skutecznie zmuszono
do zastosowania środków służących obniżeniu deficytu budżetowego w chwili, gdy
wchodziły w okres spadku koniunktury, i wielokrotnie środki te jedynie
zaostrzały ten spadek. Tak było w Korei Południowej, Tajlandii, Indonezji i
Argentynie, by podać tylko małą próbkę ostatnich niepowodzeń. Czasami to MFW,
popierający prekeynesowskie idee – i znajdujący wsparcie w retoryce
administracji Billa Clintona dotyczącej redukcji deficytu – zmuszał te kraje do
robienia czegoś przeciwnego do tego, co według ich wiedzy leżało w ich
najlepiej pojętym interesie. Czasami po prostu nie mogły one zdobyć funduszy na
sfinansowanie deficytu. Oczywiście MFW został utworzony, pod intelektualną
egidą Keynesa, właśnie dlatego: w celu dostarczania krajom pieniędzy
niezbędnych do prowadzenia ekspansywnej polityki fiskalnej w okresie spadku
koniunktury. Zapomniał jednak o swojej pierwotnej misji i najwyraźniej zaczął
się bardziej interesować zapewnieniem spłaty zagranicznych pożyczek niż
pomaganiem biednym krajom w utrzymywaniu gospodarki w stanie tak bliskim
pełnego zatrudnienia, jak to tylko możliwe.
Żyjemy
dziś w dziwnym świecie, w którym ponoć zachowawczy w sprawach
fiskalnych republikanie twierdzą, iż deficyt budżetowy nie ma znaczenia – stali
się oni keynesistami dnia dzisiejszego – natomiast demokraci, dumni ze swego
zwycięstwa w 1992 roku, głoszą konieczność jego ograniczania nawet w czasie
recesji! Podobne debaty toczą się w Europie. Prawica opowiada się w nich za
złamaniem paktu stabilności, a wielu socjaldemokratów obstaje przy
ograniczeniach budżetowych. Demokraci mają rację w tym, że w długim okresie
deficyt hamuje wzrost, a w krótkim okresie może stymulować gospodarkę ale wcale
nie musi. Wprowadzone przez prezydenta Busha w 2001 roku obniżki podatków
spowodują utrzymywanie się deficytu w długim okresie, lecz bez wystarczająco silnych
bodźców do odtworzenia siły gospodarki – a więc zawiodą zarówno na krótką, jak
i na długą metę. W przeciwieństwie do tego ostrożnie adresowane finansowanie
deficytowe mogłoby stymulować gospodarkę w krótkim okresie i wzmocnić wzrost w
długim okresie.
----------
Przypisy
1 Wielokrotnie będziemy
wracali do tego, że dane takie trzeba traktować ostrożnie: podawane wówczas
stopy wzrostu zostały później znacznie skorygowane w dół.
6 Są pewne badania, ale nie wynika z nich, aby
na zmierzenie zaufania duży wpływ miał deficyt budżetowy; zaufanie jest
znacznie bardziej wrażliwe na inne zmienne, takie jak bezrobocie i wzrost jako
taki. Jednak ci, którzy nawiązują do „zaufania”, są niezbyt zainteresowani
zweryfikowaniem swoich twierdzeń w statystykach.
7 Chociaż prezydent Reagan i demokraci w
Kongresie nie zgadzali się co do tego, na co wydawać pieniądze (Reagan chciał
więcej na obronę, a mniej na programy socjalne), to nie było między nimi
większych różnic co do poziomu
wydatków, za jakim się opowiadali.
----------
* Uczciwi politycy i uczciwi badacze, powinni być
także zainteresowani tym, co myśli całe społeczeństwo jako całość i w
przekrojach odpowiednich grup społecznych, i to po ograniczeniu skutków
propagandowego oddziaływania. Temat jest jednak bardzo trudny zarówno do
obiektywnego zbadania, jak i, politycznie, do ujawnienia wyników i wyjaśniania,
dlaczego tak a nie inaczej władza postępuje. Jak łatwo o nieumyślne przekręty,
lub tylko nieporozumienia w badaniach i opiniach, starałem się pokazać na
stronie „Dobre samopoczucie nie tylko prezesów” (otwierana ze strony głównej).
Po prostu, tam chodziło tylko o wyniki ankiet przeprowadzonych wśród fachowców,
i to w sprawach apolitycznych, fachowych. A jednak!. O ile trudniej jest w
sprawach mających silny wydźwięk społeczny i polityczny, i gdy nie tylko
fachowcy się wypowiadają!!!
Ogólnoteoretycznie można podpowiadać sporo rozwiązań, od dawna
stosowanych lub nowych. Jak je jednak tak skonkretyzować, żeby z nich znowu nie
wyszło to, co zwykle wychodzi?
Anonimus
----------
Rozdział
3
Wszechpotężna Rezerwa
Federalna
i jej rola w nadmuchaniu bańki .........
86
(...) ...w grudniu 1996 roku, Alain Greenspan po raz
pierwszy wypowiedział te przyciągające uwagę słowa: „irracjonalna euforia”.
(...) Greenspan nie miał tego wieczoru
odpowiedzi, miał tylko pytania, a jedno z tych pytań zrobiło niezapomniane
wrażenie: „Skąd możemy wiedzieć, kiedy irracjonalna euforia nadmiernie rozdyma
wartość aktywów...?”
(...) O co dokładnie chodziło
Greenspanowi? Jeżeli myślał, że ceny
akcji wymykają się spod kontroli – jeżeli obawiał się szerszych efektów nagłego
wzrostu cen – to dlaczego nie zaczął działać?
Cząstkowa odpowiedź pojawiła się... później... W rozmowie z kolegami, członkami zarządu,
Greenspan przedstawił swoje niepokoje związane z ówczesną bańką oraz argumenty
przemawiające za niepodejmowaniem żadnych działań. Bańki są naprawdę niebezpieczne, ponieważ
wówczas, gdy pękają – a pękają zawsze – mogą pozostawić po sobie
spustoszenia... Praca Rezerwy Federalnej
polega na stabilizowaniu gospodarki...
Problem sprowadza się do tego, w jaki sposób wypuścić to powietrze, nie
powodując katastrofalnych dodatkowych szkód. Podniesienie stóp procentowych,
wskazywał Greenspan, niekoniecznie było skuteczną reakcją, a w każdym razie
jego skutki nie ograniczyłyby się do giełdy. Wyższe stopy procentowe mogłyby
spowolnić rozwój gospodarki – czyli prowadziłyby dokładnie do rezultatu,
któremu wypuszczenie powietrza z bańki miało zapobiec.
Była alternatywa, rozwiązanie
znacznie mniej kosztowne: być może wyłącznie dzięki powiedzeniu na głos o
sprawie Greenspan mógł zainspirować wystarczającą korektę na rynku, tak że
podejmowanie dalszych środków byłoby niepotrzebne. Krótko mówiąc, wyglądało na
to, że miał on nadzieję na opanowanie nagłego wzrostu cen – i uchronienie kraju
przed pęknięciem bańki – samymi tylko słowami.
Jak wyraźnie pokazał z czasem bieg
wydarzeń, Greenspan przeceniał swoje możliwości oddziaływania. Same słowa nie
załatwiły sprawy. Aby mu jednak oddać sprawiedliwość, w owych czasach również
inni wydawali się przypisywać przewodniczącemu Rezerwy Federalnej nadludzką
moc. Wysiłki zmierzające do zrobienia z Greenspana świętości w zakresie
polityki gospodarczej straciły trochę impetu dopiero w ostatnich kilku
latach.
Nie zamierzam w tej książce wystawiać
stopni naszym przywódcom gospodarczym; ma ona pomóc w zrozumieniu, w jaki
sposób lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia przygotowały grunt pod krach,
jaki potem nastąpił. Ma także wyjaśnić* to i owo z ekonomii, co posłuży nam do
zapamiętania paru lekcji, tak abyśmy nie byli skazani na powtarzanie błędów z
przeszłości. Do lekcji tych należy następująca: za dużą wiarę pokładaliśmy w
słowa, w mistyczne pojęcie zaufania, w tak zwaną mądrość rynków finansowych; za
mało uwagi poświęciliśmy leżącej u podłoża rzeczywistej gospodarce. Bardziej
polegaliśmy na wierze niż na nauce ekonomicznej, bez względu na to, jak
niedoskonała może być nasza wiedza. A czyniąc tak, przedkładaliśmy niektóre
partykularne interesy nad inne.
*
„Wyjaśniania” podjął się teraz aktualny, „solidniejszy” kryzys! Czy wyjaśni?
Anonimus
Słowa kontra rzeczywistość
......... 88
Były faktycznie trzy godne uwagi aspekty przemówienia o „nadmiernej euforii” i
jego następstw.
Pierwszy... to nie było potem
następnego kroku, żadnego innego działania: bańka nadal się powiększała w
sposób niekontrolowany.
Drugi aspekt: gdyby przemówienie
odniosło skutek, to ten jego sukces świadczyłby o uczestnikach rynku.
Wyobrażenie o uczestnikach rynku finansowego jest takie, że są to błyskotliwi
analitycy, doprowadzający do perfekcji swoje obliczenia, dostrzegający istotę
tego, co się naprawdę dzieje – w każdym razie jest to wizerunek tego, jaki
chcieliby mieć. Tymczasem Greenspan mówił w gruncie rzeczy, że tylko w wyniku
przypomnienia im faktu występowania baniek wszyscy nagle przerobią swoje
kalkulacje, zweryfikują swoje oceny i zdecydują, że Enron, GM czy Amazon są
warte mniej, niż poprzednio myśleli. (...)
Problem z tymi, którzy są pochłonięci
przez rynek finansowy, jest taki, że dla nich dzień czy tydzień to długi czas;
skupiają się na „tu i teraz”. Ruch na rynku, nawet jednodniowy, to wielka
sprawa: można zyskać lub stracić fortunę.*
* Hazard!
Ach ten hazard!!! Co zrobić, żeby skutki hazardu ponosili tylko
hazardziści, i, co najwyżej, ich rodziny? (jeśli
wygrają, też nie ma im co żałować).
Anonimus
Irracjonalna euforia a efektywność rynku .........
89
Alan Greespan, jak wielu jego ziomków z Wall Street, żywi głęboką wiarę w
rynek. Nie jestem pewien, czy podkreślając jego irracjonalną euforię (mógł też
podkreślić jego częsty irracjonalny pesymizm), zdawał sobie sprawę, do jakiego
stopnia faktycznie zbliżył się do niektórych swoich najgłośniejszych krytyków.
Z punktu widzenia zaufania w
gospodarce rynkowej rozstrzygające znaczenie mają ceny. Służą one jako sygnały
kierujące alokacją zasobów. Jeżeli ceny są w większości przypadkowe, opierają
się na irracjonalnych zachciankach graczy giełdowych i zmieniają pod wpływem
słówka rzuconego gdzieś przez urzędnika państwowego, to inwestowanie będzie
dokonywane na łapu capu. I tu właśnie mieliśmy do czynienia z sytuacją, że
Greenspan, jeden z najzagorzalszych zwolenników rynku, najwyraźniej zgadzał się
z długoletnimi krytykami, iż ceny – przynajmniej bieżące – w znacznym stopniu
wynikały z kaprysu.
W środowisku ekonomistów od dawna
toczyła się debata nad efektywnością rynków kapitałowych. Niektórzy opisywali
giełdę jako kasyno dla bogaczy. John Maynard Keynes (w epoce, gdy analogia ta
nie zostałaby ocenzurowana z powodu swej niepoprawności politycznej) porównał
rynek akcji do przewidywania, kto wygra konkurs piękności: należy wytypować nie
najpiękniejszą kobietę, lecz tę, która zostanie uznana za najpiękniejszą przez
sędziów2.
Wyraźnie losowa natura rynków akcji
może oczywiście iść w parze albo z wysoce nieefektywnymi rynkami, na których
ceny zmieniają się jak popadnie, powiedzmy, reagują na wszelkiego rodzaju
poboczne zdarzenia, albo z wysoce efektywnymi rynkami, na których ceny
odzwierciedlają wszystkie informacje o podstawowych faktach. Jeżeli zaś ceny
rynkowe odzwierciedlają wszelkie dostępne informacje, to zmieniają się jedynie
w reakcji na to, co jest nieoczekiwane, na „nowe wiadomości”. Nie można jednak przewidzieć, jaka nowa wiadomość wprawi
rynek w ruch, toteż rynki są ze swej natury nieodmiennie nieprzewidywalne.
Jedną z powszechnie obserwowanych
implikacji efektywnych rynków, na których ceny odzwierciedlają wszelkie mające
znaczenie informacje, jest to, że nie można ich pokonać. Fundusze inwestycyjne
wydały miliony na badania, ale jak pokazały kolejne wyniki, większość z nich
nie osiąga lepszych rezultatów w doborze akcji, niż osiągnęłaby w rzucaniu
strzałkami do tarczy3. Są tu dwie łamigłówki: dlaczego uczestnicy
rynku marnują pieniądze, płacąc innym ludziom za dobór akcji? I skoro wszelkie
informacje właściwie natychmiast znajdują odbicia w cenach, to racjonalnie
postępujący inwestorzy nie wydawaliby pieniędzy na zbieranie informacji i w
związku z tym jedyną informacją odzwierciedloną w cenie byłaby ta, którą
uzyskałby przypadkowo bez wydawania grosza4.
Z biegiem lat jest coraz więcej
dowodów, że rynki, pod tym czy innym względem, często nie funkcjonują dobrze.
(...)
(...) Podczas bańki oczywiście
marnują się wszelkiego rodzaju zasoby – w ilościach niejednokrotnie trudnych do
pojęcia, przy których marnotrawstwo państwa wygląda na niewielkie. Weźmy bańkę
na rynku nieruchomości w latach osiemdziesiątych... (...) ...była ona częściowo odpowiedzialna za
krach kas oszczędnościowo-pożyczkowych... Dalsze koszty poniosły banki... i
inwestorzy... Do tych kosztów należy dodać makroekonomiczne
koszty dla społeczeństwa jako całości w postaci recesji, która tak często
następuje po pęknięciu bańki.
Załóżmy, że wskutek bańki wyniki
gospodarcze są przez dwa lata o 2% niższe od potencjalnych (wygląda na to, że
straty spowodowane zapaścią firm internetowych będą nawet większe). W
gospodarce wartej 10 bilionów dolarów oznacza to, że całkowity dolarowy koszt
następstw bańki wynosi w przybliżeniu 400 miliardów dolarów. Nawet bogaty kraj
nie może sobie pozwolić na wyrzucanie takich kwot. Wiele osób myślało, że do
obowiązków Rezerwy Federalnej należy nie tylko zapobieganie inflacji, lecz także
stabilizowanie gospodarki, a stabilizowanie gospodarki oznacza, iż trzeba było
coś zrobić z tą bańką. Jak widać, Rezerwa nie zrobiła. Zaniechanie to jest
jednak o tyle zagadkowe, że Greenspan rozpoznał, iż w 1996 roku mieliśmy do
czynienia z bańką, i wyraźnie starał się z nią coś zrobić. Jeśli jednak w 1996
roku mieliśmy bańkę, to zaiste zwyżka na rynku akcji w ostatnich latach
zeszłego wieku powinna budzić trwogę.
Greenspan zostaje własnym obrońcą
......... 91
Jak można się było spodziewać, w sierpniu 2002 roku, gdy zastój w gospodarce
wkraczał w swój drugi rok, Greenspan został obrońcą Rezerwy Federalnej przed
zazwyczaj przyjaznym audytorium na dorocznym spotkaniu decydentów i naukowców w
Jackson Hole, w stanie Wyoming. Spotkanie... Greenspan przypomniał, że rozważył
problem dokładnie i zrezygnował z podejmowania działań z dwóch powodów. Po
pierwsze, nie był całkiem pewny swej diagnozy. („Bardzo trudno było
definitywnie zidentyfikować bańkę przed faktem – to znaczy dopóki jej pęknięcie
nie potwierdziło jej istnienia”6). Po drugie, nie był pewien, czy
dysponuje skutecznym remedium. Podniesienie stóp procentowych mogło z
powodzeniem przekłuć bańkę, jednak koszt tego dla całej gospodarki mógł być
ogromny.
Oba człony tej argumentacji budzą
wątpliwości, mimo że, z grubsza biorąc, nie zostały zakwestionowane. (...)
(...) Greenspan miał prawdopodobnie
rację, że wykluczył podwyżkę stóp procentowych, ale to nigdy nie była jedyna
opcja, jaką dysponował. Żeby wymienić jedną – mógł za kulisami naciskać, aby w
1997 roku nie dokonywać ogromnej obniżki podatku od zysków kapitałowych, która
skierowała świeży potok kapitału inwestycyjnego na rynek w czasie, gdy
przesunięcie kapitału w przeciwnym kierunku byłoby bardziej właściwe.
Uprawnienia Greenspana jako
przewodniczącego Rezerwy Federalnej pozwalały mu także na inne wyjście z
sytuacji: podniesienie wymaganego udziału wpłat ze środków własnych przy
zakupie papierów wartościowych. Od 1974 roku wynosi on 50%: połowę każdej
ilości akcji trzeba kupić za gotówkę, a na połowę można zaciągnąć kredyt. (...)
Rola Greenspana mogła być nawet
większa: nie tylko nie wypowiedział się on otwarcie przeciwko obniżaniu
podatków, które podsyciło gorączkę, nie tylko nie zrobił tego, co mógł, żeby
utemperować rynek, lecz po okresie namawiania do rozwagi najwyraźniej się
przestawił i stał się kibicem boomu na rynku, niemal zagrzewał do niego, raz po
raz twierdząc, że „nowa gospodarka” przynosi z sobą nową erę wzrostu
produktywności. Tak, produktywność wzrastała, ale czy wystarczało to do
usprawiedliwienia stopnia wzrostu cen akcji?
Reminiscencje
......... 93
Jako ekonomista nie byłem zaskoczony omylnością Rezerwy Federalnej czy jej
przewodniczącego. W rzeczy samej moje większe zdziwienie budziła rewerencja, z
jaką podchodzono do urzędników Rezerwy w latach dziewięćdziesiątych. Było oni
śmiertelnikami powołanymi do podejmowania bardzo trudnych decyzji, dokonywania
na bieżąco interpretacji szybko zmieniającej się gospodarki. (...)
Historia gospodarcza jest pełna nie
tylko drobnych, lecz także dużych błędów popełnianych przez Rezerwę Federalną.
(...) ... – prawie nie ma wątpliwości, że wiele spośród powojennych recesji
zostało wywołanych przez Rezerwę, kiedy naciskała na hamulce za mocno w niezmiennym
przekonaniu, iż jeśli tego nie zrobi, to wybuchnie inflacja9.
Ale Greenspan wniósł do Rezerwy
Federalnej ogromny talent i doświadczenie, jak również zadziwiające mistrzostwo
w interpretowaniu danych. (...)
Oprócz interpretowania danych i
dochodzenia do konkluzji w sprawie tego, co on uważał za konieczne do
zrobienia, Greenspan musiał kierować skomplikowanym procesem politycznym. (...)
Podziwiałem zręczność, z jaką potrafił postawić na swoim, nawet w konfrontacji
z twardogłowymi.
Lubiłem Alana Greenspana i byłem mu
bardzo zobowiązany. Niedługo po objęciu przeze mnie przewodnictwa Zespołu
Doradców Ekonomicznych republikanie w swojej orgii ograniczania budżetu
postanowili Zespół zlikwidować. Pozbycie się nas niewiele by się przyczyniło do
zrównoważenia budżetu państwa nasz całkowity budżet wynosił kilka milionów
dolarów. Jednak jastrzębie
w sprawach deficytu pragnęły symbolicznego zwycięstwa – policzenia trupów
ubitych agencji. A my stanowiliśmy łatwą zdobycz, no bo przecież nie stały za
nami wielkie korporacje. Tymczasem właśnie dlatego Zespół został utworzony:
jako instytucja usytuowana wewnątrz Białego Domu, składająca się nie z
polityków ani zwykłych urzędników, lecz z obywateli-urzędników służby cywilnej,
ludzi, którzy w większości zostawili swą pracę na uniwersytetach i w różnych
gremiach doradczych, którzy nie mieli innej motywacji, jak tylko dobrze służyć
swojemu krajowi przez rok czy dwa. Na szczęście wiarygodność Zespołu jako
instytucji, tworzona przez lata, dobrze nam się przysłużyła w czasie tego
kryzysu. Na odsiecz pospieszyli nam senatorowie i kongresmeni z obu stron
sali... Wszyscy byli szefowie Zespołu zjednoczyli się w tej sprawie, a
najbardziej pomocny okazał się Greenspan (który był jego przewodniczącym za
kadencji prezydenta Forda), mający wieloletnie, ważkie koneksje
polityczne.
(...)
Greenspan na pewno wiedział o
rozbieżnościach w poglądach między mną i Zespołem, z jednej strony, a
Ministerstwem Skarbu i większą częścią
rynku finansowego, z drugiej strony. Pozostawanie przeze mnie w cieniu bez
wątpienia dobrze służyło jego interesom. A ja przyjąłem jego radę, dostosowałem
ją do nowych okoliczności i dobrze mi ona służyła: często można zrobić o wiele
więcej za kulisami niż na forum publicznym.
Zespół Doradców Ekonomicznych
zawdzięczał Greenspanowi nie tylko swoje przetrwanie. Większość z nas wywodziła
się ze środowiska akademickiego, chociaż poświęciliśmy sporą część naszego
życia na myślenie o o sprawach polityki państwa. Musieliśmy jednak wiele się nauczyć,
kiedy w Waszyngtonie zetknęliśmy się z praktyczną ekonomią i polityką.
Nauczyliśmy się na przykład „rezerwomowy”, a nawet trochę tego, jak sobie
radzić z prasą. Było wiele obrosłych legendą opowieści o Greenspanie, o jego
pracy, o tym, jak sobie torował drogę w Waszyngtonie, pozostawiając możliwie
najmniej śladów, co pozwalało mu na pozorne zachowywanie dystansu i bycie ponad
polityką. Co do niektórych z tych opowieści mieliśmy swoje podejrzenia, później
częściowo potwierdzone przez innych – mówię częściowo potwierdzone, bo ślady
były nieliczne; czasami nikt, nawet tak pierwszorzędny dziennikarz śledczy jak
Bob Woodward, nie mógł być niczego pewny10.
Powrót do zdrowia i miękkie lądowanie .........
96
Obserwowanie Greenspana było ważnym zajęciem w Zespole i w ogóle w Białym Domu.
Bill Clinton ubiegał się o prezydenturę, głosząc hasło: „Praca! Praca! I
jeszcze raz praca dla każdego!” Tymczasem było jasne, że nie jest to główna
troska Greenspana; jego oczkiem w głowie była raczej inflacja.
Oczekiwano, że zmniejszenie deficytu
budżetowego przywróci w gospodarce stan pełnego zatrudnienia przez
doprowadzenie do niższych stóp procentowych, które pobudzą inwestycje. Kontrolą
stóp procentowych miała się zajmować Rezerwa Federalna. Dlaczego zatem nie
kontynuowała obniżek tych stóp w celu pobudzenia gospodarki? Z deficytem czy
bez, standardowa teoria monetarna głosi, że w celu utrzymania pełnego
zatrudnienia Rezerwa powinna obniżyć stopy procentowe. Większy deficyt oznacza
tylko tyle, że poziom, do jakiego muszą być doprowadzone stopy procentowe, żeby
przywrócić pełne zatrudnienie, jest wyższy, niż byłby wówczas, gdyby nie było
deficytu. (...)
Zgodnie z teorią wyłączna
odpowiedzialność Rezerwy Federalnej ma charakter technokratyczny: utrzymać pełne
zatrudnienie bez powodowania inflacji czy, dokładniej, obniżyć bezrobocie do
tak niskiego poziomu, jak to tylko możliwe, bez rozniecania większej inflacji.
(...)
Ponieważ stopa bezrobocia coraz
bardziej spadała, wydawało mi się nieuchronne, że Rezerwa zacznie się w końcu
martwić kiełkującą inflacją. Istnieje dobrze ugruntowana teoria, stwierdzająca,
że poniżej pewnego poziomu stopy bezrobocia inflacja zaczyna rosnąć. Ta
krytyczna stopa bezrobocia jest w skrócie nazywana NAIRU [non-accelarating inflation
rate of unemployment] – stopa bezrobocia nie przyspieszająca inflacji12.
W tamtym czasie z ekonometrycznych modeli Rezerwy Federalnej wynikało, że NAIRU
znajdowało się gdzieś pomiędzy 6,0 a 6,2%. Innymi słowy, jeśli bezrobocie
spadłoby poniżej 6,0 czy 6,2%, to inflacja zaczęłaby się zwiększać. (...)
(...) Wyznawana wówczas teoria (przez
Rezerwę Federalną przy pewnym poparciu Ministerstwa Skarbu) głosiła, że należy
uśmiercić smoka inflacji, zanim się zobaczy białka jego oczu. Jeżeli bowiem
podejdzie do ciebie, bez twojej zgody, tak blisko... to jest już za późno.
Zostanie wyrządzona szkoda...
U podstaw tego poglądu leżały cztery
hipotezy, z których tylko jedna mogła rościć pretensje do słuszności z
naukowego punktu widzenia. Pozostałe, mimo że były szeroko podzielane przez
przedstawicieli banków centralnych, nie przeszły weryfikacji opartej na
dowodach statystycznych. Pierwsza hipoteza, że pełne efekty zmian w polityce
pieniężnej są odczuwalne po upływie sześciu miesięcy do roku, jest prawdziwa i
ważna.
Druga hipoteza głosi, że wysoka
inflacja szkodzi wzrostowi gospodarczemu w długim okresie. Znalazło to jednak
potwierdzenie wyłącznie w krajach, w których stopy inflacji były o wiele wyższe
ode kiedykolwiek obserwowanych w Stanach Zjednoczonych13.
Z równym przekonaniem bankierzy z
banków centralnych utrzymywali, że inflację, raz uruchomioną, jest niezwykle
trudno wziąć pod kontrolę. Niepodważalne dane nie potwierdzają tej hipotezy...
Podobnie jastrzębie inflacyjne w
Zarządzie Rezerwy (i w innych bankach centralnych) twierdzą, że muszą
podejmować działania wyprzedzające, ponieważ koszty zwalczania inflacji będą
prawdopodobnie wysokie, znacznie przeważające jakiekolwiek korzyści, jakie
gospodarka może odnotować w okresie wyśrubowanego wzrostu. I znowu dowody,
między innymi wyniki badań przeprowadzonych przez Zespół Doradców Ekonomicznych
oraz samą Rezerwę Federalną, prowadzą do przeciwnego wniosku.
W maju 1994 roku bezrobocie spadło do
6,1% ... by w grudniu dojść 5,5%. Jednakże, inaczej niż w modelu Rezerwy
Federalnej, inflacja się nie podniosła. Ostatecznie bezrobocie zmniejszyło
się... do poziomu 3,8%, i nadal nie pobudziło to inflacji. W porównaniu z
innymi rzeczami, które zrobiliśmy lub mogliśmy zrobić, ten niski poziom bezrobocia
był dla ubogich ogromnym dobrodziejstwem... Był to nasz najważniejszy program
zwalczania ubóstwa. Odegrał on dużą rolę w doprowadzeniu do innych
ozdrowieńczych zmian – w szczególności do gwałtownego spadku poziomu
przestępczości.
Jednak dla wielu osób z Rezerwy
Federalnej było tylko kwestią czasu, kiedy przyjdzie nam zapłacić cenę
flirtowania z niskim bezrobociem i towarzyszącym mu ryzykiem inflacji.
Administracja była podzielona w
kwestii mądrości posunięć Rezerwy Federalnej. (...)
Prezydent zdawał sobie sprawę z tego, iż
poniesie koszty, jeśli oceny Greenspana okażą się błędne. Zdecydowanie uważał,
że 6-procentowe bezrobocie to nie jest wystarczająco dobry poziom. Jeżeli
gospodarka mogłaby wytrzymać stopę bezrobocia w wysokości 4% bez wzrostu
inflacji, to podniesienie stóp procentowych doprowadziłoby do wyższego niż
koniecznie bezrobocia i skrupiłoby się to na biednych. (Oczywiście gdyby
inflacja się podniosła, wartość obligacji posiadanych przez graczy na Wall
Street obniżyłaby się i ponieśliby straty; ale kto był bardziej w stanie
ponosić ryzyko – spekulujący obligacjami czy robotnicy zagrożeni bezrobociem?).
[Nawiązując do obecnego
kryzysu: dla najbiedniejszych, np. utrzymujących się tylko z
niskich emerytur lub niskich rent, bardzo mało zarabiających itp., dla których
inflacja jest chyba największym ciosem, można wprowadzić/zwiększyć odpowiednie
dodatki osłonowe. Byłby to nie tylko gest humanitarny, ale także krok do
zwiększenia popytu: oni muszą wydawać.
Na marginesie: Ostatnie obniżki podatków w Polsce, były nie tylko
niesprawiedliwe, ale i niemądre ekonomicznie. Anonimus]*.
(...)
Gdy się patrzy wstecz – interesujące
jest to, że obie strony tych wczesnych debat nie miały racji. My w Zespole
Doradców Ekonomicznych nie doceniliśmy siły gospodarki. Wytrzymała ona atak
Rezerwy Federalnej, jakkolwiek pewnym kosztem. Gdyby stopy procentowe pozostały
niższe, bezrobocie na pewno spadłoby szybciej, a wzrost nastąpiłby wcześniej. Z
kolei Rezerwa i Skarb nie miały racji w tym, że tak bardzo martwiły się o
inflację i nie doceniły potencjału wzrostu gospodarki. Tyle jest warta mądrość
rynków finansowych.
* Wiele
korzyści z mądrych posunięć ekonomicznych, po prostu jest wyprowadzana z
Polski, a nawet z Unii Europejskiej. Dotyczy to także skutków zwiększenia
popytu.
Poza tym myśmy „dużo za dużo”
przesadzili z amokiem prywatyzacji. Postąpiliśmy wcale nie tak, że „jak ktoś
potrzebuje szybko pieniędzy, to za bezcen sprzedaje mleczną krowę”. Myśmy ją zwyczajnie zabili, żeby zaoszczędzić na paszy. Tyle była warta nasza „mądra” polityka i makroekonomia.
Anonimus
Lekcje ......... 101
Lekcja płynąca z tego rozdziału nie sprowadza się do tego, żeby unikać
popełniania błędów: błędy są nieuniknione. Należy natomiast zwrócić uwagę, iż w
latach dziewięćdziesiątych występował systematyczny wzorzec błędów. Nadmiernym
zaufaniem obdarzono mądrość rynków finansowych, odstąpiono zaś od stosowania
normalnych mechanizmów zapewnienia równowagi. (...)
Pogląd, że polityka pieniężna powinna
być przeniesiona do Rezerwy Federalnej, był oczywiście zawsze popularny wśród
liderów świata finansów. Skoro „niezależna” Rezerwa z reguły robiła to, co
chcieli, to dlaczego mieli chcieć czegoś innego? Jednak w latach dziewięćdziesiątych
pogląd ten zdobył uznanie dziennikarzy, zwykłych obywateli i, co
najdziwniejsze, administracji wywodzącej się z Partii Demokratycznej.
(...)
Dzisiaj przeciętny Amerykanin nie
jest zadłużonym farmerem, lecz jest zadłużonym pracownikiem najemnym.
Prawie we wszystkich sprawach,
którymi zajmuje się Rezerwa Federalna, jest coś za coś... Istnieje alternatywa: albo ryzyko wzrostu
inflacji, albo niepotrzebnie wysoki poziom bezrobocia. Decyzja co do tego
powinna być domeną polityków, a nie technokratów i nie wolno jej powierzać
szczególnej grupie interesów, jaką tworzą rynki finansowe...
Występowanie takich alternatyw
wywołuje pytania dotyczące samej idei niezależnego – czyli nie poddanego
oddziaływaniu sił politycznych – banku centralnego. Jako absolutne minimum
sugerowana jest potrzeba wprowadzenia pewnego mechanizmu, który by zapewniał,
że zostaną wysłuchane wszystkie głosy w danej sprawie i uwzględnione wszystkie
punkty widzenia. Na przykład w Szwecji świat pracy ma w banku centralnym swoją
reprezentację.
Amerykański Zarząd Rezerwy Federalnej
stanowi dziwaczną mieszankę: jest niezależny, a zarazem zdominowany i w drugiej
kolejności z kręgów biznesu, natomiast głosy pracujących i konsumentów są w nim
słabo słyszalne. Tymczasem statut zobowiązuje go nie tylko do dbania o
stabilność cen, lecz również do pobudzania wzrostu i zwiększania poziomu
zatrudnienia.
W 1996 roku senator Connie Mack,
republikanka z Florydy, przedstawiła projekt ustawy zmieniającej statut Rezerwy
Federalnej w kierunku ograniczenia jej mandatu wyłącznie do dbania o stabilność
cen. Gdyby ta próba się powiodła, Rezerwa Federalna byłaby prawnie zobowiązana
po prostu do ignorowania, we wszystkich swoich rozważaniach, interesów
Amerykanów żyjących z pracy. Na szczęście prezydent Clinton zdecydowanie się
sprzeciwił propozycji senator Mack, której udaremnienie było jednym z
niedocenionych zwycięstw polityki gospodarczej administracji Clintona.
Prezydentowi było łatwo storpedować tę inicjatywę – wystarczyła zapowiedź, iż
jest gotów zrobić z tej sprawy jeden z elementów kampanii wyborczej.
Republikanie wiedzieli, za czym opowiedzą się wyborcy.
(...)
Dokonania lat dziewięćdziesiątych
stawiają na porządku dziennym pytania nie tylko o zdolność Rezerwy Federalnej
do kierowania gospodarką, lecz także o jej wiarygodność jako
instytucji. (...)
W latach dziewięćdziesiątych w
sprawach polityki gospodarczej przekonano wielu Amerykanów, że era ideologii,
interesów i polityki się skończyła. Ameryka wkroczyła w erę konsensusu, w
ramach którego każdy
zasadnie zgodzi się na „słuszne” rozwiązania ekonomiczne. Było to nonsensowne
twierdzenie – ale stanowiło znakomitą strategię dla tych, których interesom
służyło. I w dużej mierze ta strategia odniosła godny uwagi skutek, w tym
sensie, że przy gospodarce na wysokich obrotach Amerykanie w większości kupili
to twierdzenie. Dotyczyło to między innymi tych, którzy postrzegali siebie jako
reprezentantów tych segmentów populacji, których interesy były systematycznie
lekceważone.
Szalone lata dziewięćdziesiąte należą
dziś do przeszłości. Nasi liderzy finansowi okazali się zwykłymi
śmiertelnikami. Popełniali błędy. Niektóre z nich były szczęśliwymi błędami i w
ich wyniku doszło do ożywienia. Niektóre miały niewielkie konsekwencje:
przetrwaliśmy podwyżki stóp procentowych z połowy dekady. Niektóre jednak miały
wysoką cenę – ich koszty będziemy ponosili w nadchodzących latach.
----------
Przypisy
2 Zob. John Maynard Keynes, Ogólna teoria zatrudnienia, procentu i
pieniądza, ... (poz. 87 prezent. lit. Anonimus)
3 Doskonałe omówienie tych
spraw zawiera: Burton Malkiel, A Random
Walk Down Wall Street, W.W. Norton & Company, New York 1974, wyd.
poprawione 2002.
4 Moje badania przeprowadzone
razem ze Stanfordem Grossmanem, który potem został profesorem finansów i
dyrektorem Center for Quantitative Finance w Wharton School na Uniwersytecie w
Pensylwanii, a następnie moim kolegą w Stanfordzie, pokazały, że w pewnym sensie w idei doskonale
efektywnego rynku tkwi wewnętrzna sprzeczność. Jak to określiliśmy, zawiera ona
równoważną ilość braku równowagi. ...
5 Znaczenie tego nurtu badań znalazło uznanie w
formie przyznania Nagrody Nobla w 2002 roku Danny’emu Kahnemanowi z
Uniwersytetu Princeton. W „Journal of Economic Perspectives” Richard H. Thaler
prowadzi stałą rubrykę poświęconą takim „anomaliom” rynkowym.
10 Oczywiście, w wielu przypadkach Greenspan
miał sprzymierzeńców, którzy mogli wykonać część pracy za niego. A w kilku
przypadkach, gdy istniało niebezpieczeństwo, że terytorium Rezerwy Federalnej
może zostać naruszone, bywał o wiele bardziej otwarty. Na samym początku
kadencji Billa Clintona podjęto próbę zmiany regulacji dotyczących bankowości.
Banki podlegały dotychczas trzem, czterem, a czasem nawet pięciu organom
regulacyjnym, więc dążąc do usprawnienia państwa, chcieliśmy uprościć ten
system, który powstawał w mniej lub bardziej bezładny sposób (...)
11 Jest jedna przewrotna możliwość: niższe
krótkoterminowe stopy procentowe mogą prowadzić do wyższych długoterminowych
stóp procentowych, jeżeli te niższe stopy krótkoterminowe doprowadzą do
powstania oczekiwań inflacyjnych; jednak, jak powiedzieliśmy, nie było powodu,
żeby się tego spodziewać.
12 W rzeczywistości termin ten jest mylący.
Stopa ta powinna się nazywać NIIRU [non-increasing inflation of unemployment] –
stopa bezrobocia nie zwiększająca inflacji.
13 Ostatnio bardzo wysoka inflacja występowała
przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej. W Argentynie, Boliwii, Brazylii, Chile ,
Peru i Urugwaju, traktowanych łącznie, średnia roczna stopa inflacji wynosiła
121%. W okresie tym zanotowano jeden przypadek prawdziwej hiperinflacji. W
Boliwii w 1985 r. ceny wzrosły o 12000%.
(...)
15 Udaremniono też nominację do Rezerwy
Federalnej osoby o jeszcze bardziej liberalnym nastawieniu, Alicji Munnell,
wybitnej ekonomistki, która była zastępcą sekretarza skarbu. Później została
ona członkiem Zespołu Doradców Ekonomicznych i wniosła szczególnie duży wkład
do debaty na temat reformy systemu ubezpieczeń społecznych.
----------
Rozdział 4
Amok deregulacji .........
108
Rezerwa Federalna wprawdzie nie zrobiła wszystkiego,
co w jej mocy, żeby nie dopuścić do rozdęcia bańki do rozmiarów, jakie
osiągnęła, ale to nie ona ją stworzyła. Bańki są po prostu przejawami
irracjonalnego optymizmu, który czasami opanowuje gospodarkę i po którym często
następuje nie mniej irracjonalny pesymizm. W związku z tym na ogół trudno jest
przewidzieć początek danej bańki i wiedzieć, kiedy się skończy. W pewnych
okolicznościach prawdopodobieństwo wystąpienia kryzysów gospodarczych czy
poważnych recesji jest jednak większe. W minionych trzech dziesięcioleciach
doszło na świecie do blisko stu kryzysów, a wiele z nich zostało spowodowanych
przez taką czy inną zbyt szybką deregulację. Jakkolwiek recesja w 2001 roku
była jedynie łagodną formą tej raczej złośliwej choroby, to jednak nie ulega
kwestii, że w dużej części była rezultatem deregulacji przeprowadzonej w latach
dziewięćdziesiątych.
Deregulacja sektora telekomunikacji
utorowała drogę bańce nadmiernych inwestycji, która potem z hukiem pękła w roku
2001. Deregulacja rynku energii
elektrycznej doprowadziła do manipulacji rynkiem, które zaszkodziły gospodarce
Kalifornii, serca tak wielu innowacji w Ameryce. Deregulacja bankowości –
zwłaszcza uchylenie Ustawy Glassa Stengalla – stworzyła możliwości powstawania
nowych konfliktów interesów w sytuacji, gdy potrzebne były ostrzejsze
regulacje, żeby móc się uporać z dotychczasowymi, narastającymi konfliktami
interesów, które w końcu tak bardzo się przyczyniły do poderwania zaufania do
naszych rynków papierowych wartościowych. Rozluźniona regulacja sektora
rachunkowości stworzyła okazje i bodźce do podawania bałamutnych czy błędnych
informacji.
Rynki to delikatne organizmy, a błędy
drogo kosztują, mimo że Stany Zjednoczone są wystarczająco bogate, by móc
relatywnie łatwo ponieść te koszty.
Gdzie indziej rządy zmuszone do
naprawiania błędów deregulacji, przede wszystkim w bankowości i finansach,
musiały w niektórych przypadkach poświęcić znaczną część PKB. Chile nadal spłaca..., a system bankowy w
Meksyku... Jednakże mimo niezliczonych
lekcji z przeszłości deregulacja stała się ulubienicą polityki lat
dziewięćdziesiątych. Oczywiście w niektórych przypadkach okazała się rzeczą
dobrą, jednak należy ją przeprowadzać ostrożnie, a nazbyt często tak nie
postępowano.
Nie trzeba dodawać, że coś tak
skomplikowanego jak recesja ma wiele przyczyn: niewłaściwe zarządzanie przez
Rezerwę Federalną może wraz z deregulacją i zmianami w prawie podatkowym
współdziałać w tworzeniu i nadymaniu bańki, która w końcu pęka. Jak
zauważyliśmy w rozdziale 2, deregulacja dotycząca kas
oszczędnościowo-pożyczkowych za czasów prezydenta Reagana w połączeniu z
rujnacją bilansów banków spowodowaną podnoszeniem stóp procentowych przez
Rezerwę Federalną do bezprecedensowych poziomów, przyczyniła się do powstania
bańki na rynku nieruchomości, której pęknięcie nie tylko kosztowało
amerykańskich podatników z górą 100 miliardów dolarów, lecz także doprowadziło
do recesji lat 1990-1991.
(...)
W jaki sposób deregulacja telekomunikacji
przyczyniła się do wielkiej bańki .........
111
Samo słowo „telekomunikacja” przywodzi na myśl hossę i bessę: w ciągu zaledwie
dziewięciu lat, od roku 1992 do roku 2001, udział tej gałęzi w gospodarce się
podwoił, stwarzając dwie trzecie nowych miejsc pracy i jedną trzecią nowych
inwestycji. Powstały nowe fortuny, zrobione zarówno przez ludzi z tej gałęzi,
jak i przez finansistów, którzy wspólnie ubijali interesy.
Jednakże w 2002 roku obraz był już
całkiem inny. Eksperci konkurowali między sobą w przedstawianiu ponurego stanu
tej gałęzi: pół miliona ludzi pozbawionych pracy, spadek wartości rynkowej firm
rzędu 2 bilionów dolarów. Spadek wskaźnika Dow Jones dla spółek
telekomunikacyjnych o 86%. Bankructwa na prawo i lewo. (...)
(...)
Problemy deregulacji ......... 117
Skupiłem się na deregulacji w komunikacji częściowo ze względu na główną rolę,
jaką odegrała w powstaniu boomu w szalonych latach dziewięćdziesiątych i
późniejszej bańki, ale również dlatego, że dobrze ilustruje ona wiele zagadnień
deregulacji jako takiej.
System regulacyjny gospodarki
amerykańskiej, nie tylko dotyczący telekomunikacji, powstał w większości w latach
trzydziestych XX wieku w następstwie ostatniego wielkiego okresu boomu i
załamania. Szerzyło się wówczas niezadowolenie z rynku. Jednak siła gospodarki
amerykańskiej w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych odbudowała wiarę w
rynek. (...)
W latach dziewięćdziesiątych
złożoność nowego świata gospodarczego – nowe technologie, nowe instrumenty
finansowe, większa integracja gospodarki w skali światowej – powodowała coraz
większą presję na stary system regulacyjny. Zmiana stała się niezbędna. (...)
Dobrze opłacone zespoły doradców konserwatystów masowo produkowały
opracowania dokumentujące... wygórowane
koszty regulacji w jednej dziedzinie po drugiej. Gdyby te dane były
wiarygodne... (...) W latach
dziewięćdziesiątych artykułem wiary dla wielu republikanów, jak również dla
sporej liczby demokratów, stało się to, że rynek sam z siebie może rozwiązać
prawie każdy problem – a państwo z definicji, pogarsza sprawy.
W czasie, gdy Bill Clinton sprowadził
się do Waszyngtonu, historia już pokazała, że deregulacja nie jest absolutnym
błogosławieństwem, jak utrzymywali jej orędownicy. (...)
Jeżeli deregulacja dotycząca linii
lotniczych dowiodła, że znoszenie ograniczeń nie zawsze przynosi wszystkie
spodziewane korzyści, to deregulacja bankowości ukazała jeszcze ciemniejszą jej
stronę. (...)
Krach kas
oszczędnościowo-pożyczkowych pokazał, że wówczas, gdy bodźce zawodzą, jak to
się dzieje w przypadku niewłaściwej księgowości i błędnie zaprojektowanej
deregulacji, może dojść do tragicznych konsekwencji. (...)
W istocie dokładnie wtedy, gdy idee
deregulacji i wolnego rynku znalazły najszerszy oddźwięk w świecie polityki,
były najsilniej kwestionowane e świecie akademickim. W latach siedemdziesiątych
i osiemdziesiątych wyniki badań ekonomicznych ukazały wachlarz ułomności
rynków, przypadków, w których rynki nie funkcjonują dobrze... Te „niesprawności
rynku” są związane z niedoskonałościami konkurencji, z brakiem pewnych rynków i
czynnikami zewnętrznymi (takimi jak zanieczyszczenia, to jest sytuacjami, gdy
działania jednej osoby odbijają się niekorzystnie na dostatku innej osoby).
Badania, za które dostałem Nagrodę Nobla, koncentrowały się na pewnym zbiorze
wszechobecnych tego typu problemów, mianowicie na niesprawnościach rynku wynikających
z niedoskonałości i asymetrii informacji. Jednak na długo przed tym, nim
teoretycy ekonomii „wyjaśnili”, dlaczego nie można zdać się na rynek, ludzie
dostrzegli, że w niektórych ważnych przypadkach niesprawności rynku państwo
może się przydać. (...)
Jedna z najważniejszych wad rynku –
na którą zwracał uwagę sam Adam Smith – wynika z dążeń przedsiębiorstw do
ograniczenia konkurencji.* Polityka
antytrustowa powstała z powodu tendencji firm do ograniczenia konkurencji.
Polityka antytrustowa powstała z powodu tendencji firm dla zachowań
antykonkurencyjnych, do wykorzystywania własnej pozycji rynkowej, do
wyzyskiwania konsumentów przez pobieranie wysokich cen i do podejmowania,
różnymi kanałami, prób odmawiania nowym konkurentom prawa wejścia na rynek.
(...)
*
Problem nie jest chyba taki prosty.
Z powodu
nieograniczonej konkurencji możemy mieć tańsze towary, ale jeszcze mniej
pieniędzy na ich zakup. Najlepiej to rozumieją „wyrzucani na bruk” z powodu
cięć w kosztach pracy. Nieograniczona konkurencja w windowaniu cen akcji, nawet
metodami całkowicie legalnymi, też łatwo doprowadza do walki o przetrwanie,
wcale nie z korzyścią dla społeczeństwa. „Każdy kij ma dwa końce”, a sama
konkurencja ma „wiele twarzy”, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych.
Gospodarka „realnego socjalizmu” przesadziła z ograniczaniem konkurencji, a
„realny kapitalizm”, z jego wolnym rynkiem, chyba przesadza w drugą stronę.
Anonimus
Świadczenia dla firm i ich hipokryzja .........
121
Niewykluczone, iż deregulacja była motywowana bardziej dążeniem do zwiększenia
zysków niż prawdziwą troską o efektywność gospodarki amerykańskie. Przecież wyszło na jaw wiele ciemnych spraw
dotyczących tych, którzy nalegali na deregulację i zmniejszenie roli państwa,
kiedy zbadano ich nastawienie do subsydiów dla firm i ich ochrony przez
państwo. Jako przewodniczący Zespołu
Doradców Ekonomicznych zauważyłem u tych, którzy przychodzili do nas po pomoc,
trzy prawie zawsze występujące postawy:
Po pierwsze, ludzie biznesu na ogół
sprzeciwiali się subsydiom dla każdego z wyjątkiem siebie. Zawsze była chmara
argumentów ...
Po drugie, każdy był za konkurencją w
każdym sektorze z wyjątkiem własnego. I znowu była cała masa argumentów ...
Po trzecie, każdy był za otwartością
i przejrzystością w każdym sektorze z wyjątkiem własnego. We własnym sektorze
przejrzystość mogłaby między innymi prowadzić do niepotrzebnych zakłóceń czy
stępić ostrze konkurencji.
W związku z tym większość
przedsiębiorstw traktowała wszelkie otrzymywane subsydia lun inne formy
interwencji państwa jako w pełni należne (nie odczuwała potrzeby uzasadniania
ich niezbędności dla siebie w dziwnym języku ekonomistów). Zespół na ogół
patrzył na to krzywo.
Ale coś, co mogło być po prostu
dyskusją akademicką, przekształciło się w pełną napięcia kontrowersję w obrębie
Białego domu, wiążącą się z nigdy nie kończącym się poszukiwaniem równowagi
budżetowej . Zostaliśmy zmuszeni do porzucenia wielu przedsięwzięć, które
stanowiły rdzeń programu wyborczego Billa Clintona, takich jak inwestycje w
edukację i służbę zdrowia, poprawa sytuacji w nauce, które pozwoliłyby nam
utrzymanie przywództwa w dziedzinie techniki. Prezydent podkreślał znaczenie
reformy opieki społecznej, a większość ludzi z administracji chciała programu,
który pomagałby otrzymującym świadczenia w przechodzeniu na rynek pracy, co
wymagało oświaty, szkoleń, być może nawet opieki nad dziećmi, a to z kolei
wymagało pieniędzy. Jednakże wobec rygorystyczności budżetu stawało się coraz
bardziej jasne, że reforma systemu opieki społecznej, jaką przeprowadzimy, może
pozbawić uprawnień ludzi korzystających z pomocy, lecz nie zamieni zasiłków na
dobrą pracę czy w ogóle pracę.
Skoro musieliśmy obciąć świadczenia
społeczne dla biednych, to tym bardziej należało zlikwidować świadczenia
społeczne dla bogatych, w szczególności ograniczyć subsydia i czasowe
zwolnienia podatkowe dla firm.
Okazało się jednak, że ta inicjatywa
prowadzi do podziałów. Ministerstwo Skarbu gwałtownie sprzeciwiło się całemu
temu pomysłowi, sugerując, iż samo słownictwo, „świadczenia społeczne dla
firm”, ma posmak walki klas... (...)
Mimo naszych usilnych starań sprzeciw
Ministerstwa Skarbu i rozgrywki w Kongresie nie pozwoliły na zrobienie czegoś
więcej w tym zakresie i w efekcie postęp był niewielki. Udało się nam zacisnąć
pasa biednym i poluzować go bogatym... (...)
W kilku przypadkach byliśmy bliscy
osiągnięcia sukcesu w ograniczeniu świadczeń dla firm, jednak nawet gdy
administracja mogła się zgodzić na podjęcie politycznego ryzyka, Kongres się
sprzeciwiał.
Firmowe odrzutowce
......... 122
Pierwszy taki prawie sukces miał w większym stopniu symboliczne znaczenie, niż
przyniósł konsekwencje ekonomiczne – chociaż, jak się okazało, był bardziej
doniosły pod względem politycznym niż cokolwiek innego. Firmowe odrzutowce
błyskawicznie przewożące dyrektorów z jednego spotkania na drugie, a także z
siedzib firm do ośrodków narciarskich, od dawna symbolizowały różnice między
życiem tych sterników gospodarki i zwykłych śmiertelników, którzy muszą stać w
długich kolejkach do odprawy na zatłoczonych lotniskach... Mało kto wiedział
jednak, że zwykli podatnicy w efekcie subsydiowali te firmowe odrzutowce
kwotami rzędu kilku miliardów dolarów rocznie. Ameryka, tak jak każdy inny kraj,
ma skomplikowany i kosztowny system kontroli ruchu powietrznego – takich,
wspomaganych przez komputery radary, policjantów drogówki powietrznej, którzy
śledzą trasy przelotów samolotów i starają się zapobiec zderzeniom. Samoloty
lotniczych przewoźników komercyjnych wnoszą wysokie opłaty za lądowanie,
przeznaczone na utrzymywanie tego systemu, natomiast odrzutowce firmowe ani
wówczas nie musiały, ani teraz nie muszą płacić za siebie. Ograniczenia
budżetowe zaś doprowadziły do niedoinwestowania nie tylko lotnisk, lecz także
systemu kontroli ruchu powietrznego.
Na szczęście większość Amerykanów nie
wiedziała, jak źle się sprawy miały, bo inaczej bałaby się latać.
Przeprowadziłem osobiście inspekcję na miejscu na lotnisku obsługującym stolicę
naszego kraju i stwierdziłem, że było wyposażone w tak stare komputery z
kineskopami próżnioszczelnymi, iż trzeba je było sprowadzać z Polski, gdyż
niemal wszędzie indziej przestano je produkować. Cała sala przestarzałych
komputerów miała mniejszą moc obliczeniową niż laptop, na którym teraz piszę.
Baterie rezerwowe wypełnione przestarzałymi chemikaliami zajmowały następny
pokój, zaopatrzony w prysznic na wypadek wycieku kwasu, ale największy dramat
polegał na tym, że w przypadku przerwy w dostawie prądu wystarczyłyby one tylko
mniej więcej na pół godziny, o wiele krócej niż bateria w moim laptopie.*
----------
* Chyba był
przynajmniej awaryjny agregat
prądotwórczy – Autor w tej książce na ten temat nic nie wspomina. A jeśli nawet nie
był? – Przypuszczam, że inspekcja odniosła skutek.
Anonimus
----------
Budżetowe reguły gry popychały nas w
kierunku jakiejś formy prywatyzacji7, dzięki które nowo utworzona
spółka kontroli powietrznej mogłaby pożyczyć pieniądze na modernizację. Dla
gospodarki jako całości było oczywiście obojętne, czy to państwo, czy też nowa
spółka pożyczy pieniądze na unowocześnienie systemu kontrolnego. Lecz
krótkowzroczni analitycy finansowi patrzyli na to inaczej: jeżeli pożyczało
państwo, to niezależnie od celu tej pożyczki było źle; oni po prostu nie
zawracali sobie głowy zastanawianiem się nad tym, o co naprawdę chodziło.
Była jednak inna korzyść z
prywatyzacji, mianowicie każdy nastawiony na ostateczny
wynik zmusiłby odrzutowce firmowe do płacenia za siebie, co
wyeliminowałoby ten szczególnie ohydny przykład świadczeń dla firm. Powinien
był jednak zdawać sobie sprawę, że lobbyści działający na rzecz firm to
sprytni, bardzo sprytni ludzie – jakkolwiek system rynkowy dobrze im
rekompensował czynione starania, to ukierunkowywał ich talenty w sposób
przynoszący korzyści firmom, kosztem ogółu społeczeństwa. Lobbyści natychmiast
pojęli, co implikuje prywatyzacja, toteż chociaż zazwyczaj bronili sektora
prywatnego i zacięcie atakowali państwo robiące cokolwiek, tym razem zajęli
odwrotne stanowisko. Sprzeciwili się tej inicjatywie właśnie dlatego, że
wiedzieli, iż oznacza ona koniec ukrytych subsydiów . I wygrali.
Widmo elektromagnetyczne
......... 124
Świadczenia dla firm przybierały czasami formę rozdawania bogatych zasobów
naturalnych kraju. Na przykład kopalnie dostawały te zasoby niemal za
„dziękuję. Na początku urzędowania usiłowaliśmy doprowadzić do tego, by za nie
płaciły, zostaliśmy jednak zmuszeni do odwrotu przez zwykle prorynkowo
nastawionych konserwatystów. Kiedy potrzeba zrównoważenia budżetu stała się
nagląca, zabraliśmy się do sprzedaży widma elektromagnetycznego – praw do
użytkowania publicznych częstotliwości nadawczych. Są to również zasoby,
których właścicielem jest naród jako całość. Jedną z korzystnych stron ograniczeń
budżetowych było to, iż w końcu zaczęliśmy próbować użytkowania tych zasobów
dla dobra publicznego. W przeszłości aż do 1993 roku rozdawaliśmy prawa do
korzystania z fal radiowych i w efekcie krajowe stacje telewizyjne i radiowe,
nasi magnaci medialni, dorobili się fortun. Postępy w teorii ekonomi pokazały,
jak można przeprowadzać aukcje, które by oddawały obywatelom amerykańskim
wartość tego zasobu, która im słusznie się należała. Jeśli się wierzy w system
cen, to takie aukcje pomogłyby przy tym zapewnić, że te rzadkie zasoby byłyby
użytkowane w możliwie najlepszy sposób. Można by też przy sprzedaży w ramach
takich aukcji wprowadzać klauzule „odpowiedzialności społecznej” zobowiązujące
wygrywającego przetarg do nadawania iluś godzin programów edukacyjnych.
Osiągnęliśmy porozumienie z przywódcą większości republikańskiej w senacie
Bobem Dole’em co do pobierania od stacji telewizyjnych opłat za korzystanie z
częstotliwości nadawczych i przez chwilę wydawało się, że to przejdzie. Jednak
w końcu reakcja mediów uśmierciła ten plan. Potęga mediów wynika nie tylko z
ich wpłat na kampanie wyborcze, lecz także z prezentowania przez nie kandydatów
i ich spraw. Politycy następują im na odcisk na własne ryzyko.
Rozdawnictwo trwa, a jego koszty
polityczne przypuszczalnie nie ograniczają się do tych związanych z budżetem.
Gdybyśmy sprzedawali częstotliwości na aukcjach, moglibyśmy nalegać nie tylko
na programy dla dzieci, lecz również na relacje z kampanii wyborczych. Takie
relacje ograniczyłyby zapotrzebowanie na wpłaty na fundusz wyborczy, a tym
samym zmniejszyłyby możliwości oddziaływania korporacji. Tymczasem media, które
otrzymały rzadkie zasoby w użytkowanie za darmo – a nawet rozszerzyły zakres
użytkowanych częstotliwości, twierdząc, że potrzebują większego w celu
gładkiego przestawienia się na telewizję cyfrową – traktowały je jako swoją
własność i przeciwstawiły się presji na zmiany tego stanu rzeczy.
To były nasze prawie sukcesy w eliminowaniu
świadczeń dla firm. W większości dziedzin, gdzie wydatki z tego tytułu czy
utracone dochody z podatków sięgały
miliardów dolarów rocznie, nawet nie proponowaliśmy większych cięć.
Wiedzieliśmy, że polityka jest przeciwko nam. Ogromne dotacje dla rolnictwa
nadal szły w większości dla farm przemysłowych... (...)
Najczęściej stosowanymi formami
ukrytych świadczeń dla firm były czasowe zwolnienia podatkowe i ochrona przed
konkurencją. (...) Jest uderzające, jaki mały postęp uczyniliśmy w eliminacji
takich subwencji mimo presji na redukcję deficytu. Od dawna stosowaliśmy
wielomiliardowe subsydia podatkowe w odniesieniu do eksportu, które tak
rozwścieczyły naszych partnerów handlowych, że w 1998 roku wnieśli przeciwko
nam oskarżenie do Światowej Organizacji Handlu i wygrali.
Lekcje ......... 125
Zmiany zachodzące na świecie oznaczały, że Ameryka musi zmienić swój system
regulacji. Istniała potrzeba zdefiniowania na nowo roli państwa. W
administracji Billa Clintona wiedziano, że w niektórych dziedzinach należy
ograniczyć jego rolę – między innymi zmniejszyć świadczenia dla firm. Ale
wiedzieliśmy też, że w pewnych dziedzinach państwo jest nadal potrzebne – na
przykład w opiece społecznej i w inwestycjach w badania podstawowe. Zdawaliśmy
sobie sprawę z potrzeby regulacji – większość przepisów wprowadzono ze słusznych
powodów. Wiedzieliśmy jednak również, że podobnie jak rynek, także państwo
zawodzi, w związku z czym regulacja powinna być ostrożna i ograniczona. Właśnie
dlatego, że zarówno rynek, jak i państwo tak często zawodzą, jest szczególnie
ważne, by ze sobą współdziałały. Mocne strony jednego mogą bowiem równoważyć
słabości drugiego. Jednak mimo iż niektórzy w administracji to rozumieli, w
zbyt wielu przypadkach – energetyka, telekomunikacja, bankowość – poddaliśmy
się mantrze deregulacji, zamiast zastanowić się nad właściwą strukturą
regulacji, która oznaczałaby więcej przepisów w pewnych dziedzinach (na
przykład w rachunkowości czy dotyczących operacji bankowych w oazach
podatkowych), a mniej w innych. Nawet jednak gdyby administracji udało się
opracować odpowiednie projekty ustaw, jest nieprawdopodobne, by zdołała
przeprowadzić je przez Kongres. Jeszcze dzisiaj, mimo spowodowanych przez nią
nieszczęść, mantra deregulacji pozostaje silna. Ci, którzy dzięki niej porobili
fortuny, znajdują się w znacznie lepszym położeniu od tych, którzy na niej
stracili, i mogą lobbować za jeszcze szerzej zakrojonym i szybszym znoszeniem
wszelkich ograniczeń.
Problemy nadmiernej niestabilności i
przerostu zdolności produkcyjnych nękały gospodarkę kapitalistyczną od niepamiętnych
czasów. Nazbyt uproszczona teoria ekonomiczna wyobraża sobie system gospodarczy
jako samoregulujący się mechanizm: kiedy podaż przewyższa popyt, ceny spadają,
redukując podaż i odwrotnie. Wprawdzie takie dostosowania rzeczywiście
następują, ale nie przebiegają gładko i bez kosztów. W przypadku
telekomunikacji były błędne oceny i irracjonalna euforia. (...) Jednak
niepowodzeń tej branży nie można tłumaczyć wyłącznie irracjonalną euforią,
błędnymi ocenami: to poszukiwanie zysków monopolowych w nowym świecie
deregulacji wytrąciło system z równowagi, powodując tak duże koszty nie tylko
dla inwestorów, lecz również dla całego narodu, i przyczyniło się do ogólnej
dekoniunktury.
W przeszłości hossy i bessy były
czasem związane z nadmiernymi inwestycjami w nowe technologie: bańkę w
telekomunikacji w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku można porównać do
doświadczeń łączności telefonicznej i telegraficznej oraz kolei w ich wczesnych
okresach, zanim stały się monopolami poddanymi regulacji. Bywały też związane z
inicjatywami de regulacyjnymi, zwłaszcza dotyczącymi finansów – krach kas
oszczędnościowo-pożyczkowych w Stanach Zjednoczonych stanowi tego najświeższy
przykład. Szalone lata dziewięćdziesiąte połączyły jedne i drugie przyczyny, co
dało w efekcie bezprecedensowe podniecenie i późniejsze rozczarowanie.
----------
Przypisy
6 Nazywano to „gotowością do
walki”. Nawet jeśli doświadczenie potwierdzało, iż główne założenie,
sprowadzające się do tego, że do zapewnienia zerowych zysków i niskich cen
wystarczy potencjalna konkurencja, to
teoria ekonomii wyjaśnia ograniczenia tego założenia. Zob. ...
7 Lub korporatyzacji, w ramach której tworzy
się korporację państwową, taką jak Amtrak. W propozycji przesłanej przez nas do
Kongresu faktycznie postulowaliśmy utworzenie nowego przedsiębiorstwa
państwowego, a nie prywatyzację. Sądziliśmy bowiem, że probiznesowo nastawionym
orędownikom odrzutowców firmowych prywatyzacja może się wydać zbyt „radykalnym”
posunięciem.
8 Był też inny element tej historii, jednego z
naszych kilku ruchów zmierzających do obcięcia dotacji dla przedsiębiorstw: tak
się złożyło, że odrzutowce dla firm produkowano w Nebrasce, rodzinnym stanie
przywódcy republikanów w senacie ..., oraz w Georgii, z której pochodzi ich
[ówczesny] lider w Kongresie ...
Odrzutowce firmowe symbolizowały
świadczenia państwowe dla przedsiębiorstw, ale może w naszej inicjatywie
polityka też odegrała pewną rolę?
9 Mimo to w listopadzie 2000 r. , zaledwie
dziewięć miesięcy po wprowadzeniu nowego ustawodawstwa, WTO orzekła, że również
ono nie było z nimi zgodne. Konflikt zaczął się w styczniu 2000 r., kiedy inny
sąd WTO orzekł, iż ustawa o Foreign Sales Corporation (FSC) była nielegalna z
moczy tych samych zasad WTO. Kongres zastąpił tę ustawę nową, ale i ona została
uznana za nielegalną. (W kwietniu 2003 r. sprawa nie była zakończona).
----------
Rozdział 5
Kreatywna księgowość .........
128
Jednym z istotnych pytań z gatunku „co by było,
gdyby w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku czegoś nie zrobiono” jest
pytanie dotyczące osobliwej praktyki, polegającej na dawaniu przez firmy swoim
dyrektorom opcji zakupu akcji, czyli prawa do kupna akcji spółki po cenach
niższych od rynkowych, i udawaniu, że ani trochę wartości nie przeszło w inne
ręce. Wprawdzie zjawisko przyznawania opcji nie zaczęło się w sektorze
najnowocześniejszych technologii, ale występowało tam częściej niż w innych,
bardziej tradycyjnych
sektorach. (...)
W
2001 roku opcje stanowiły szacunkowo 80% wynagrodzenia dyrektorów
przedsiębiorstw amerykańskich i ich wpływ na bilanse też nie był błahy. Gdyby
Microsoft musiał uwzględnić wartość opcji, które rozdzielił w tym roku, to w
efekcie jego zyski (oficjalnie 7,3 miliarda dolarów) zmniejszyłyby się o jedną
trzecią1. Taka sama gra pozwoliła między innymi spółkom Starbucks i
Cisco na zwiększenie zysków o 20% czy więcej. Zyski Intela spadłyby do jednej
piątej – z 1,3 miliarda dolarów do 254
milionów dolarów, a straty Yahoo! wzrosłyby dziesięciokrotnie – z 93 milionów
do 983 milionów dolarów.
Kontrowersja wokół opcji zakupu akcji
to była prosta sprawa uczciwego ujawniania informacji. Tymczasem wskutek
perfidnej logiki, którą objaśnię później w tym rozdziale, opcje te odgrywały
istotną rolę w rozprzestrzenianiu się innych form finansowego matactwa. Enron,
WorldCom i Adelphia – to najbardziej rażące i najszerzej znane spośród wielu
spółek, w których tak okrzyczana w latach dziewięćdziesiątych energia i
kreatywność coraz mniej koncentrowały się na nowych produktach i usługach, a
coraz bardziej na wynajdywaniu nowych sposobów maksymalizowania dochodów ich
kierownictwa kosztem nieostrożnych inwestorów.
Kiedy przyjechałem do Waszyngtonu,
problem ten był jeszcze stosunkowo mało rozpowszechniony. Niemniej niektórzy
ludzie dostrzegali już wystarczająco dużo. W czerwcu 1993 roku Rada ds.
Standardów Rachunkowości Finansowej (FASB), mało znany, ale ważny niezależny
organ odpowiedzialny za formułowanie zasad księgowania, wystąpiła z projektem przepisu,
którego intencją było skłonienie przedsiębiorstw do przypisywania opcjom
rozsądnej wartości i zaliczania ich do kosztów. FASB była tworem sektora
rachunkowości – przykładem samoregulacji. „Gnomy z Norwalk”, jak nazywano jej
członków (od siedziby w Norwalk w stanie Connecticut), miały reputację ciała
działającego powoli i zabiegającego o wkład branży w każdym stadium spraw, co
powodowało, że to prorocze zaniepokojenie opcjami i prostolinijność rozwiązania
były tym bardziej godne uwagi.
Środowisko przedsiębiorstw jednak
żadną miarą nie chciało proponowanego przepisu. Jak można się było spodziewać,
Dolina Krzemowa była niewzruszona, a przy tym nie odosobniona. Jeżeli opcje
miały być „wliczone w koszty”, to spółki po prostu przestałyby je przyznawać, a
bez tego eliksiru motywacyjnego gospodarka popadłaby w zastój – to było sedno
argumentacji wysuwanej przez niezliczone rzesze ludzi na kierowniczych
stanowiskach oraz przez lobbystów. W gorącej dyskusji z przewodniczącym Komisji
Papierów Wartościowych i Giełdy (SEC) Arthurem Levittem, juniorem, prezes Home
Depot Bernard Marcus scharakteryzował proponowany przez FASB przepis jako
„straszny cios w system wolnej przedsiębiorczości”, który „uniemożliwiałby
nowym firmom podjęcie działalności”2.
Oponenci chodzili z tą sprawą nie
tylko do SEC (która ściśle współpracowała z FASB), lecz również do czołowych
osobistości w administracji i w Kongresie. Minister skarbu Lloyd Bentsen i
minister handlu Ron Brown napisali list otwarcie sprzeciwiający się propozycji.
Wkrótce podobnym nastrojom dał upust Kapitol, gdzie boom w dziedzinie
nowoczesnych technologii budził wielkie zainteresowanie. Senator Joe Lieberman z Connecticut (który w
2000 roku był kandydatem na wiceprezydenta u boku Ala Gore’a) ostro zaatakował
FASB i jej przepis z pełnym przekonaniem o słuszności swoich racji. Lieberman
był autorem rezolucji senackiej, przyjętej stosunków głosów 88 do 9, wzywającej
FASB do wycofania się i ostrzegającej przed „poważnymi konsekwencjami dla
amerykańskich przedsiębiorców”, jeżeli proponowany przepis zostałby przyjęty.
Wyglądało na to, że konsekwencje dla samej FASB też mogłyby nie być zanadto
przyjemne. Przy wsparciu między innymi pań senator z Kalifornii Barbary Boxer i
Dianne Feinstein oraz senator Connie Mack z Florydy Lieberman wprowadził
przepis, który skutecznie pozbawił radę siły oddziaływania – nie bacząc zresztą
na to, że właściwie nie była to agencja państwowa.
Wybory z 1994 roku i wyniesienie na
stanowisko przewodniczącego Izby Reprezentantów Newta Gingricha, zdecydowanie
przychylnego wobec nowoczesnych gałęzi i przeciwnika regulacji,
przypieczętowały los propozycji FASB. Nikt bardziej niż Arthur Levitt wraz z
SEC nie starał się rozprawić z oszukańczymi praktykami stosowanymi w
księgowości przedsiębiorstw w latach dziewięćdziesiątych, ale to w końcu on
dopuścił do tego, że FASB przyjęła rozwodniony przepis, wymagający od spółek
tylko wymieniania wszystkich przyznawanych opcji w przypisach do sprawozdań
finansowych. Później nazwał to „największym błędem” popełnionym przez SEC za
jego kadencji3.
Płace kierownictwa firm stały się
przedmiotem rosnących kontrowersji w późniejszych latach dekady, gdy opcje
zakupu akcji umożliwiły takim ludziom, jak ... zagarnięcie... Ale choć było
wielkie oburzenie z powodu wysokości wchodzących w grę kwot pieniędzy –
powszechnie uważano, że ci dyrektorzy po prostu zarabiali za dużo – inne
aspekty sprawy nie wzbudziły większego zainteresowania.
Jako osoba przez długi cza badająca
znaczenie informacji dla dobrego funkcjonowania gospodarki trochę inaczej
odczytuję tę historię: dyrektorom płaci się za dużo po części dlatego, że nie jest
powszechnie wiadomo, ile naprawdę się im płaci4. A gdy nikt nie wie, ile zarabiają szefowie, oznacza to,
że nikt również nie wie, jaki zysk (lub stratę) ma przedsiębiorstwo. Nikt nie
wie, ile naprawdę jest ono warte. Bez tej informacji ceny nie mogą spełniać
takiej funkcji, jaką powinny w kierowaniu inwestycjami. Jak w sposób nieco
techniczny określają to ekonomiści, „alokacja inwestycji ulegnie
zakłóceniu”.
Po raz pierwszy zetknąłem się z tym
problemem w 1993 roku, gdy zwrócono się do administracji, żeby coś zrobiła w
sprawie przepisu zaproponowanego przez FASB.
Zespół Doradców Ekonomicznych poproszono o przyjrzenie się sprawie i im
dłużej się przyglądaliśmy, tym silniejsze było nasze odczucie, że FASB miała
rację i że źle byśmy zrobili, gdybyśmy podjęli interwencję wymierzoną przeciwko
niej. Rada miała być niezależna i wolna od wpływów politycznych. (...)
Przekonanie Zespołu, że zajmujemy
słuszne stanowisko, umocniło się, kiedy zobaczyliśmy słabość argumentów
wysuwanych przeciwko traktowaniu opcji zakupu akcji jako kosztów. Jednym z
argumentów, który słyszeliśmy wciąż od nowa, było to, że bardzo trudno byłoby
tym opcjom przypisać jakąś wartość. Tyle że oczywiście nie był to powód, żeby w
ogóle nie określać ich wartości. (...) W każdym razie – podkreśliliśmy –
uznanie, iż mają wartość zerową, jest w sposób oczywisty błędne. Ludzie chcą
tych opcji, bo one mają wartość.
Podczas debat na temat opcji zakupu
akcji często nas zapewniano, że wszystko
jest wyjaśnione w przypisach do rocznych sprawozdań finansowych
przedsiębiorstw. Tymczasem nawet wyrafinowani analitycy mają niekiedy trudności
z interpretacją tego rodzaju finansowych szczegółów5. Cały sens
posiadania standardów rachunkowości polega na ułatwieniu – a nie na utrudnieniu
– inwestorom oceny stanu spraw finansowych spółki.
Przeciwnicy przepisu zaproponowanego
przez FASB uparcie twierdzili, że przedstawiony wzór na obliczanie wartości
opcji potencjalnie wprowadzał w błąd. Większość inwestorów – mówili – nie
będzie dostatecznie doświadczona, żeby móc dokonać niezbędnych korekt, jeśli
szacunek okaże się błędny. Po czym ci sami ludzie, którzy tak twierdzili, jak
gdyby nigdy nic przechodzili do argumentu, że inwestorzy nie muszą oglądać
kosztów omawianych opcji w bilansie, ponieważ informacje są „w całości w
przypisach”, więc można łatwo obliczyć, co implikują. Intelektualna niespójność
tych twierdzeń była uderzająca.
Przypuszczalnie najsłabszym
argumentem przeciwko przepisowi autorstwa FASB był ten, którzy jego zwolennicy
uważali za najmocniejszy. Otóż obawiano się, że gdy akcjonariusze poznają
wartość rozdawanych opcji zakupu akcji (lub, co gorsza, wartość opcji do
pokrycia), wartość wielu firm spadnie. Mówili tym samym, że gdyby tylko
akcjonariusze wiedzieli, ile daje się szefom spółek, zorientowaliby się, iż
mniej pozostaje dla nich samych. Był to argument za tym, że lepsza informacja
czyni różnicę – i, jak sądzę, był to argument za wliczaniem opcji w koszty6.
Opcje zakupu akcji a wartość
firmy ......... 132
Gdy członkowie zarządu (czy inni
pracownicy) otrzymują opcje zakupu akcji, przedsiębiorstwo zobowiązuje się do
wyemitowania nowych akcji, „rozcieńczając” w ten sposób wartość dotychczasowego
kapitału akcyjnego. Załóżmy na przykład, że wyemitowało już ono milion akcji, z
których każda warta jest 30 dolarów; tym samym wartość tego przedsiębiorstwa
(czy „kapitalizacja rynkowa”) wynosi 30 milionów dolarów. Jeżeli dyrektorzy
dostaną za darmo, powiedzmy,..., to
starzy akcjonariusze będą się musieli podzielić... W ten sposób w efekcie
akcjonariusze zapłacą dyrektoriom... – nie bezpośrednio z własnych kieszeni,
lecz poprzez obniżenie wartości swoich akcji.
Sprawy mają się trochę, ale tylko
trochę inaczej, gdy członkowie kierownictwa muszą zapłacić jakąś część ceny za
swoje akcje. (...)
Jeżeli weźmie się pod uwagę skutki
podatkowe, to koszty dla przedsiębiorstwa będą jeszcze wyższe... (...)
Miałem raz okazję spotkać się z grupą
wysokich rangą przedstawicieli największych firm w kraju. Wykorzystałem tę
okazję, żeby ich zapytać, całkiem otwarcie, dlaczego tak skonstruowali swoje
płace, że płacili wyższe podatki, niż musieliby, i wprowadzali inwestorów w
błąd, co do wielkości zarobków personelu kierowniczego. Ich odpowiedzi
wskazywały, że w większości nie zastanawiali się nad pełnymi implikacjami
podatkowymi. Ale nawet teraz, gdy już zrozumieli te skutki, nie zmieniliby tej
praktyki. Ich praca polegała bowiem na
maksymalizowaniu wartości firmy, a maksymalizowanie wartości firmy w krótkim
okresie oznacza konieczność wykorzystywania niewiedzy rynku zakupu akcji dla
emitujących je spółek.
W mniej kulturalnych kręgach można
było mówić o tych opcjach jako o korporacyjnym złodziejstwie – o kierownikach
wysokiego szczebla kradnących pieniądze nieostrożnym akcjonariuszom. Jednakże
gdy ceny akcji rosły z 10 do 20 i 30 dolarów, mało akcjonariuszy to zauważało.
Uważało się za wygranych. Wyglądało to na grę, w której nikt nie traci.
Tymczasem oni rzeczywiście tracili. Na akcjach sprzedawanych po 30 zamiast po
40 dolarów...
Używam mocnych słów – „kradzież”,
„złodziejstwo” – do opisu jednej z praktyk umożliwiających szefom firm
pozbawianie akcjonariuszy tego, co do nich należało. Bo to właśnie było
okradanie – czyli zabieranie komuś czegoś bez jego zgody. Ofiary nie były w
stanie wyrażać zgody, bo w większości przypadków nie zdawały sobie sprawy, że
coś im się zabiera. Naturalnie akcjonariusze mieli być beneficjantami tej
praktyki. Stosowanie opcji zakupu akcji jako formy wynagrodzenia wyrosło z
powstałego w latach osiemdziesiątych ruchu na rzecz „zwiększenia wartości firmy
dla akcjonariusza”, Opcje, mówiono, łączą w jedno interesy menedżerów i akcjonariuszy.
Była to kusząca argumentacja, ale, jak się okazało, nader wadliwa.
Podczas boomu na rynku akcji wzrost
ich wartości na ogół nie ma nic wspólnego z wysiłkami kierownictwa firm. W
latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku niemal każda akcja poszła w
górę - czasami sporo. W takich
okolicznościach jest tylko jeden sposób prawdziwego wynagradzania za wyniki:
menedżerów powinno się uszeregować na krzywej osiągnięć i przyznawać premie
tym, którzy plasują się powyżej średniej... Mało firm wprowadziło takie systemy
wynagradzania oparte na wynikach w ujęciu względnym – bardzo mało. Krótko
mówiąc, jeśli się pominie kwestie podatkowe, to z punktu widzenia teorii
ekonomii opcje zakupu nie powinny być częścią dobrze zaprojektowanego systemu
wynagrodzeń. Dobrze zaprojektowany system maksymalizuje bodźce, a jednocześnie
ogranicza ryzyko, natomiast mawiane tu opcje powodowały ryzyko, nie stwarzając
bodźców, co sprawiało, że wynagrodzenia menedżerów zależały głównie od wyników
uzyskiwanych w kasynie, jakim jest rynek akcji.
Większość menedżerów była za sprytna,
by uwierzyć w rzetelność systemu przyznawania opcji zakupu akcji. ...
W konsekwencji w latach
dziewięćdziesiątych całkowite płace amerykańskich kierowników wysokiego
szczebla przestały wykazywać związek z normalnymi relacjami ekonomicznymi9*.
...
----------
Refleksja nad relacjami ekonomicznymi. W znanym mi dobrze PRL,
dużo uwagi poświęcano prawidłowym relacjom ekonomicznym, i od tego, w różny
sposób, uzależniano płace nie tylko kierownictwa, ale całych załóg. Systemy
powiązania wynagrodzeń z wynikami ekonomicznymi, finansowymi i rzeczowymi, były
bardzo rozbudowane, i, dla kogoś, kto nie znał zagadnień „od podszewki”,
wyglądały na bardzo mądre – i niemal nie do przechytrzenia. A tu, to co teoretycznie
wyglądało na bardzo mądre i nie do przechytrzenia, w praktyce, dla tego kto się
znał i chciał – całkiem łatwo dawało się
obchodzić. Moja strona „konkretyzacja” – to tylko mały drobiazg. „Realny
socjalizm” nie poradził sobie z tym – aż do samego swego końca, choć bardzo
chciał, szarpał się na wszystkie strony, a tu – dalej „coś nie tak”. Było zaś
stale „coś nie tak”, bo wielka, niesłychanie wyrafinowana i „perfekcyjnie”
zmatematyzowana nauka ekonomii – wraz z przystawkami – nie znała się na szczegółach,
na których znał się „byle praktyk”(naturalnie, na swoim wąskim odcinku). To nie
problem tylko byłej gospodarki „socjalistycznej”.
Anonimus
----------
Problemy z uposażeniem dyrektorów są
charakterystyczne dla współczesnych przedsiębiorstw z rozproszonym
akcjonariatem. Jeżeli właścicielem firmy jest jedna osoba , to gdy zapłaci
menedżerowi za dużo, sama poniesie koszty tego błędu. Przeszło siedemdziesiąt
lat temu Adolf A. Berle i Gardiner C. Means zwrócili uwagę na to, że w
powstających wówczas przedsiębiorstwach własność była oddzielona od kontroli10.
Akcjonariusze nominalnie byli właścicielami firmy i ją kontrolowali, ale w
rzeczywistości dysponowali ograniczonymi informacjami... i ograniczonymi
możliwościami... (pewna
analogia do „socjalizmu”: nominalnie
każdy robotnik był współwłaścicielem fabryki, w której pracował. Miał w niej
także swoją Radę Robotniczą, miał w niej
swoją podstawową komórkę Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, itd. Anonimus). Były rady nadzorcze, znowu nominalnie
wybierane przez akcjonariuszy. (...)
Występował tu kolejny konflikt
interesów. Rady nadzorcze mają w założeniu bronić interesów wszystkich akcjonariuszy.
Ameryka od dawna była źródłem
innowacji, eksportującym swoje idee i produkty. Także w zakresie oszukiwania
firm, ku wielkiemu rozczarowaniu Europejczyków.
Bodźce się liczą – ale zależy
jakie ......... 135
Paradoks polega na tym, że choć
zwolennicy opcji zakupu mówili o bodźcach, to tak naprawdę nie troszczyli się o
wprowadzenie ich właściwego rodzaju. Opcje stosowane w praktyce nie stwarzały
wielkiej motywacji do robienia rzeczy, które zwiększyłyby wartość firmy w
długim okresie. Oznaczały one, że płace dyrektorów zależały od cen akcji w
krótkim okresie, a w krótkim okresie łatwiej było poprawić pozory zysków niż
zwiększyć prawdziwe zyski.
Nawet w dobrych czasach Wielu
kierującym przedsiębiorstwami nie wystarczyło unoszenie się w górę na fali
przypływu. Znajdowali sposoby powiększania swoich zarobków – zawieranie
fikcyjnych transakcji, które pozwalały im na księgowanie przychodów, gdy ich
faktycznie nie mieli, bądź wyksięgowywanie kosztów, albo też... Ich celem było stworzenie pozorów
zachęcającego sukcesu... zanim świat dowie się prawdy. W ten sposób jedna forma
oszustwa pociągała za sobą wiele innych. A inwestorzy w żadnym razie nie byli
jedynymi ofiarami.
Kiedy ceny akcji odzwierciedlają
nieprawdziwe informacje, zasoby będą prawdopodobnie źle rozlokowane. Pod koniec
lat dziewięćdziesiątych były bardzo źle rozlokowane. Rosnące ceny mówiły:
inwestuj więcej! (...)
Nietraktowanie opcji zakupu akcji
jako kosztu oznaczało, że akcjonariusze nie mieli dokładnych informacji o
„rozwodnieniu” wartości posiadanych przez siebie akcji... (...)
Opcje zakupu akcji stanowią dobry
przykład dostarczania przez księgowość informacji wprowadzających w błąd. (...)
Rozmiary zniekształceń informacji wynikających z samego tylko niewykazywania
opcji są olbrzymie. (...)
Podręcznik zwodniczego
księgowania ......... 136
Sprawozdania finansowe firm są
niesamowicie skomplikowane. To dlatego zatrudnia się firmy księgowe. W
raportach tych mają być przedstawiane między innymi zyski i straty oraz kapitał
własny w znormalizowany sposób, tak aby było to powszechnie zrozumiałe. Niektórzy
twierdzą, że kapitalizm (i współczesne przedsiębiorstwo) nie powstałby bez
solidnej księgowości... (...)
Państwo zawsze odgrywało ważną rolę w
ustanawianiu standardów...
Niezależni księgowi są potrzebni
między innymi dlatego... (...)
Mimo że księgowi od dawna byli
obiektem żartów... mają oni do wykonania trudne i ważne zadanie. Ich obowiązki
wykraczają poza mechaniczne stosowanie pewnych reguł. (...)
(...) Jeżeli firma chce zredukować
swój dochód z powodów podatkowych... (...)
Jeżeli zaś chce rozdąć swój dochód,
mając na uwadze inwestorów... (...)
W przeszłości
takie manewry z wyolbrzymianiem dochodu pociągały za sobą duży koszt: oznaczały
wyższe podatki. Jednak w ostatnich latach pomysłowi
konsultanci i księgowi wynaleźli sposób załatwiania tych dwóch spraw naraz,
polegający na przeniesieniu kosztów z bilansu na specjalną jednostkę,
specjalnie stworzoną w celu czerpania korzyści z jak najszybszych możliwych
odpisów podatkowych.
Niektóre z takich manipulacji stały się
modne już na początku lat osiemdziesiątych, chociaż kontekst był wtedy inny.
Etos owych czasów polegał na unikaniu tak wielu podatków, jak tylko możliwe...
(...)
Umowy leasingowe stwarzały dalsze
możliwości działań uznaniowych, które firmy wykorzystywały w celu osiągnięcia
korzyści na krótką metę. (...)
W następnych latach wymyślono jeszcze
bardziej skomplikowane sposób, częściowo po to, by wykorzystać różnice w prawie
podatkowym między poszczególnymi krajami. (...)
Specjaliści od tego rodzaju sztuczek
księgowych byli z nich dumni. Nie było żadnych skrupułów moralnych co do
oszukiwania państwa – przy małym ryzyku. (...)
Pod koniec lat dziewięćdziesiątych,
gdy bańka się powiększyła, korzyści podatkowe stały się sprawą drugorzędną; dla
niektórych firm liczyło się tylko to, żeby księgi wyglądały dobrze. Techniki wymyślone po to, by oszukać urząd podatkowy, po
niewielkich modyfikacjach były teraz stosowane, aby zwieść akcjonariuszy.
Oczywiście kalkulacje natury moralnej były odmienne. Większość dyrektorów
spółek nie bardzo się poczuwała do winy z powodu oszukiwania urzędu skarbowego
– mogli nawet mówić, że było to ich obowiązkiem, bo zwiększali w ten sposób
cenę akcji. Kiedy jednak przychodziło do przekazania informacji
akcjonariuszom... Bądź co bądź akcjonariusze są właścicielami, a menedżerowie
pracują dla właścicieli. Gdy menedżerowie dostarczają mylnych informacji
rynkowi, mogą uspokoić swoje sumienie, mówiąc, że dzięki windowaniu ceny akcji
zadbali o akcjonariuszy – przynajmniej o tych, którzy kupili akcje po niskiej
cenie i sprzedali po wysokiej. Najwyraźniej w ogóle nie
myśleli o tym, co się stanie, kiedy prawda wyjdzie na jaw; po prostu zakładali,
że dzień rozliczeń znajdzie się w kalendarzu kogoś innego. A poza tym
motywacyjny system płac nagradzał ich właśnie za maksymalizowanie dzisiejszej
wartości.
Gdy zmieniła się struktura
gospodarki, zwiększyły się problemy stojące przed księgowymi i do wykorzystania
było nawet więcej możliwości, które rozwinęli oni do poziomu sztuki pięknej. Z
biegiem lat wypracowali standardowe sposoby traktowania takich rzeczy, jak
inwestycje w fabrykach czy nieruchomości. Tymczasem wraz z wyłonieniem się
„nowej gospodarki” profesjonaliści z dziedziny rachunkowości musieli zacząć
zmagać się z aktywami, które były czasami dokuczliwie trudne do wycenienia, co
dawało spółkom będącym ich klientami wszelkiego rodzaju nowe sposoby
manipulowania danymi. Spółki były sprzedawane na podstawie liczby subskrybentów
swoich akcji – którą to liczbę powszechnie traktowano jako namacalny majątek,
mimo że w praktyce subskrybenci mogą szybko zniknąć. Niektóre firmy osiągnęły
olbrzymią wartość rynkową, bez osiągania zysku; a nawet jeśli były zyski, to
czy istniała pewność, że będą długotrwałe? W przemyśle stalowym ogromne inwestycje,
jakie trzeba wnieść na początku, sprawiają, że wejście do tej gałęzi jest
trudne. Spece od nowej gospodarki mówili, jak widzieliśmy w poprzednim
rozdziale, o rozstrzygającym znaczeniu przewagi rozpoczynającego. Innymi słowy,
wejdź pierwszy na rynek, a innym będzie trudno pójść twoim śladem. Ale nowa gospodarka to był także świat, w
którym nowe firmy mogą powstawać na poczekaniu i stawać się dużymi graczami z
dnia na dzień. Wszystko to były złożone sprawy, trudne do uchwycenia przez
księgowych.
Derywaty, te skomplikowane nowe
produkty finansowe, ponoć dawały przedsiębiorstwom nowe, potężne narzędzie
podziału i przesuwania ryzyka12. Ale mogą one być również środkami
do zdejmowania pieniędzy z bilansu, a przez to ukrywaniu ogromnego ryzyka.
Osoby wewnątrz bywały niejednokrotnie zwodzone tak samo jak osoby z zewnątrz. Z
biegiem lat opinia publiczna mogła obserwować, jak potężne firmy, takie jak
Barings, były doprowadzane do upadku w wyniku handlu derywatami przez własnych
pracowników, czego ich wewnętrzny system księgowy nie był w stanie wykryć.
Również władze publiczne, na przykład w
hrabstwie Orange w Kalifornii, były doprowadzone na skraj bankructwa. Kiedy
nieświadomi klienci odkrywali faktyczne ryzyko wiążące się z derywatami,
ponieważ tracili miliony, zamiast, jak im obiecano, zarabiać miliony, ostre
pyskówki prawne były toczone między instytucjami finansowymi sprzedającymi
derywaty, a tymi, które je kupowały.
W miarę wychodzenia na światło
dzienne kolejnych przypadków niewłaściwego wykorzystywania derywatów rosło
zaniepokojenie ryzykiem, jakie z sobą niosą. Co miesiąc odbywało się spotkanie
najwyższych urzędników państwowych zajmujących się rynkami finansowymi... Zasadnicza kwestia w naszych dyskusjach była
zawsze taka sama: jesteśmy świadomi ryzyka i jesteśmy świadomi korzyści.
Byliśmy świadomi trudności, jakie sprawiają derywaty w ocenie prawdziwego stanu
finansowego banku, czy w tym przypadku dowolnej firmy, ale zdawaliśmy sobie
sprawę, że niewiele możemy zrobić, zwłaszcza w erze, w której usuwane były
regulacje. Po części pokładaliśmy wiarę w rynek... Patrząc wstecz, można
powiedzieć, że mogliśmy zrobić o wiele więcej dla poprawy jakości sprawozdań i
ograniczenia rozmiarów ekspozycji na ryzyko.
Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy .........
140
Była jednak jedna agencja rządowa,
która nie poddała się mantrze deregulacji, która widziała, że są problemy na
rynkach papierów wartościowych i należy się nimi zająć, jeżeli te rynki mają
funkcjonować tak, jak powinny, oraz w interesie przeciętnego inwestora. Była to
Komisja Papierów Wartościowych i Giełdy, kierowana przez Arthura Levitta...
Levitt rozumiał, że występuje mnogość
problemów... Niepokoił się trudnościami, jakie nowa gospodarka stwarzała dla
księgowych, i tym, że prawo do podejmowania decyzji uznaniowych umożliwia
księgowym dostarczanie informacji wprowadzających w błąd. Ale jeszcze bardziej niepokoiły go bodźce:
obawiał się, że audytorzy nie tylko nie mają motywacji do robienia tego, co
powinni, lecz mają bodźce do robienia czegoś wręcz przeciwnego.
W celu zajęcia się problemami
związanymi z coraz większymi trudnościami, jakie nowa gospodarka stwarzała dla
księgowych, Lewitt powołał komisję mającą się przyjrzeć wycenom w nowej
gospodarce, do której to komisji mnie zaprosił. Grupie przewodniczył energiczny
i rozważny dziekan Szkoły Zarządzania Uniwersytetu Yale Jeffrey Gartner,
którego znałem jako wiceministra handlu w rządzie prezydenta Clintona. Była to
wyważona grupa, w skład której wchodzili członkowie zarządów spółek
technologicznych, naukowcy i księgowi. Rozumieliśmy znaczenie wysłuchania
samych ludzi zaangażowanych w nową gospodarkę: oni bez wątpienia najlepiej
wiedzieli, co się dzieje. Ale tkwił w tym pewien problem. Otóż niektórzy
członkowie komisji – w tym założyciel Enronu Ken Lay oraz inni z Doliny
Krzemowej, którzy zbierali owoce zakupu akcji – mieli osobiste interesy.
Wiedzieli, co się dzieje, ale czerpali z tego korzyści i chcieli możliwie jak
najmniejszych zmian. Powtarzali standardowe hasło dnia: bój się „dużego”
państwa, powierz rynkowi opiekę nad wszystkim.
Levitt doszedł do wniosku, że
niezależnie od tego, jakie wytyczne będą mieli księgowi, jakie zasady, zawsze
będą mieli prawo do decydowania. Dlatego muszą mieć właściwe bodźce, żeby tego
prawa używali w ten sposób, który zapewni lepsze i dokładniejsze informacje.
Kłopot polegał na tym, że księgowi nie mieli właściwych bodźców. Tu zawsze
występował pewien problem: audytorzy byli opłacani przez firmy, w których
przeprowadzali kontrolę, i naturalnie chcieli zadowolić klientów; bądź co bądź
firma (i jej dyrektorzy) podejmowała decyzję o tym, kogo zatrudnić jako
rewidenta. Do tego potencjalnie kłopotliwego obrazu doszedł jeszcze jeden nowy
składnik..
Z biegiem lat w księgowości wykształciły
się dwie specjalizacje: poradnictwo i rewizja ksiąg rachunkowych. Istniała
naturalna synergia: wiedza, którą księgowi zyskiwali dzięki przeglądowi ksiąg,
pozwalała im na udzielanie porad... Ale
w miarę rozwoju „strony konsultingowej” działalności księgowych wzrastała też
pokusa zwodzenia „strony rewizyjnej”. (...)
Derywaty – wielki wynalazek finansowy ubiegłych dziesięcioleci – były
narzędziem dobrze nadającym się do tego rodzaju oszustw. (...)
Levitt naciskał na wprowadzenie
przepisów, które by uniemożliwiały firmom księgowym występowanie wobec jednego
klienta w obu rolach. Odpowiedź firm księgowych i ich stronników brzmiała, w
gruncie rzeczy „zaufajcie nam”, i niestety to oni wzięli górę.
Jednej firmie szczególnie trudno było
oprzeć się pokusom. Spółka Arthur Andersen, która cieszyła się niemal
nieskazitelną reputacją prawie przez cały czas od chwili powstania w 1913 roku,
wdała się w zaciekłą wojnę wewnętrzną. Jak to się często zdarza w firmach
sektora usług, różne jej działy twierdziły, że nie otrzymują należnego im
udziału w zyskach. W tym przypadku dział konsultingowy, który zarabiał
najwięcej pieniędzy, uważał, że jest nieodpowiednio wynagradzany. Niezdolne do
ugody poszczególne działy rozpoczęły trudny rozwód. Dział poradnictwa się uniezależnił; wobec
zakazu używania nazwy Andersen, przybrał nową , wraz z nowym logo i nowym
wizerunkiem rynkowym. Powstała w ten sposób firma – która przybrała nazwę
Accenture – myślała, że straciła coś drogocennego; tymczasem parę lat później
ta porażka sądowa stała się darem niebios.
Pozbawiona najbardziej dochodowej
części swych interesów stara spółka Arthur Andersen postanowiła odbudować
działalność konsultingową – i to szybko. A szybkość oznacza ryzyko. W ekonomii
mówimy o „franszyzowej wartości” danej firmy – to jest o wartości przyszłych
zysków trwającego przedsięwzięcia. Jednym z głównych bodźców do rozważnego
działania firmy (w tym przypadku do dostarczenia klientom przyzwoitych usług)
jest utrzymanie własnej wartości franszyzowej. Na skutek znacznego obniżenia
tej wartości w wyniku bratobójczej wojny u Arthura Andersena osłabły bodźce do
roztropnego działania. Może więc wcale nie jest dziwne, że firma ta była w
dużym stopniu zamieszana w skandale lat dziewięćdziesiątych, z których najbardziej
znane były te dotyczące WorldComu i Enronu, ale ich lista z biegiem lat się
wydłużyła i obejmowała między innymi takie firmy, jak: Sunbeam, Waste
Management, Global Crossing, Dynegry, Halliburton, Colonial Realty i Qwest13.
To było coś więcej niż pech.
W każdym motywacyjnym systemie płac są kije i marchewki. Było mnóstwo
marchewek zachęcających firmy księgowe do przymykania oczu. Natomiast
tradycyjnie we wspomnianym systemie był jeden duży kij zniechęcający – gdy
sprawy poszły w złą stronę, firma mogła być pozwana do sądu. (...) W 1995 roku Kongres przyjął projekt ustawy
mającej na celu ograniczenie sporów sądowych dotyczących papierów wartościowych
mimo weta prezydenta, co zapewniło istotną ochronę audytorom. Ale może
posunęliśmy się zbyt daleko: chronieni przed oskarżeniami sądowymi audytorzy
byli teraz skłonni podejmować większe ryzyko i bardziej iść na rękę firmom
uprawiającym agresywne praktyki księgowe.
Lekcje .........
143
W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, kiedy Ameryka usiłowała
wyeksportować swoją wersję kapitalizmu do reszty świata, wychwalała między
innymi swoje systemy księgowania. W następstwie kryzysu w Azji Wschodniej
tamtejszym krajom powiedziano: musicie przyjąć solidne, to znaczy amerykańskie
metody księgowania. Jednakże paradoksalnie, gdyby to Stany Zjednoczone
przyswoiły sobie standardy rachunkowości stosowane w większej części świata,
mogłoby nie dojść do niektórych skandali w firmach. Chociaż były podobieństwa
między praktykami stosowanymi w Ameryce i gdzie indziej, to jednak była jedna
decydująca różnica. W Ameryce audytorzy byli związani regułami; musieli
przestrzegać zasad. Cokolwiek mogło im ujść na sucho w ramach reguł, było postrzegane jako świetne. W rzeczy samej
wyzwanie stojące przed audytorem konsultantem polegało na sprawieniu, by firma
wyglądała tak dobrze, jak to tylko możliwe, bez przekraczania reguł.* W przeciwieństwie do tego standardy stosowane
w większości krajów wymagają od audytora poświadczenia, że ogólne sprawozdania
przedstawiają dokładny obraz sytuacji finansowej firmy.*
----------
* Sprawozdania
mogą przedstawiać dokładny obraz sytuacji finansowej firmy, tylko niekoniecznie
prawdziwy. Istnieją dziesiątki sposobów jak to zrobić najzupełniej legalnie,
albo z pogranicza legalności, nie mówiąc, naturalnie, o przestępstwach. O
niektórych sposobach nawet wspomniano ogólnoteoretycznie w ogólnoteoretycznych
podręcznikach akademickich. Żeby jednak zgłębić wciąż rozwijającą się
pomysłowość, trzeba jednak trochę coś więcej, albo zmienić warunki, żeby ta
pomysłowość nie miała sensu. Przeciętny audytor, znający tak firmę, jak
przeciętny audytor, po prostu nie ma możliwości wniknięcia we wszystkie niuanse
i w ich wzajemnych powiązaniach. Jeśli nawet coś wie o nich i nie ma obaw (a
przeważnie ma), że zleceniodawcy lub w jego własnym środowisku nie spodoba
się nadmierna dociekliwość, to rozsądek
podpowiada mu, żeby się nie wtrącał. Skoro więc rutynowe zasady audytu
ułatwiają mu nie wtrącanie się, to się i nie wtrąca: wie prywatnie, ale nie
musi wiedzieć służbowo. Po co sobie komplikować życie? Żeby się wtrącić, musiał by mieć albo bardzo
silną motywację, albo być szaleńcem.
Problem rozpoczyna się od tego, że
zarówno wiarygodna księgowość wcale nie jest aż tak bardzo wiarygodna, jak
dogmatycy, nie znający życia, głoszą, ma po prostu swoje ograniczenia, które
trzeba znać. Podobnie jest ze statystyką, ekonomią itd. Do tego dochodzą grupy
interesów, które wykorzystują, niekoniecznie zawsze perfidnie i z chciwości,
tylko... dogmaty..., ideologia..., powszechna moda... (...)
... po prostu, może być i tak, że często także i dlatego, żeby nie dać się
„zdeptać” konkurencji, może faktycznie dogmat „Bogać się sam, bogacisz innych”,
zamroczył im umysł na tyle, że mu bezkrytycznie uwierzyli. Nie wiem.
Problem, z ograniczoną wiarygodnością
wiarygodnych danych, powinien był dobitnie ujawnić się już w okresie realnego
socjalizmu. (Mówię o Polsce, bo ją znam). Był to obraz niemal kliniczny, jak
ograniczona jest ogólnoteoretyczna wiedza książkowa o gospodarce i oparte na
niej systemy informacyjne. Jeśli wtedy, zadziałały jakieś siły, że tego nie
zrozumiano lub nie chciano zrozumieć aż do końca, pomimo podejmowanych ... to
chociaż (...)
W PRL był to obraz niemal kliniczny,
bo, po prostu, aż rzucało się w oczy, że Centralny Planista nie panuje nad
sytuacją: można go stosunkowo łatwo oszukiwać, obchodzić, jego poronione lub
tylko nam niewygodne zasady, wykonywać plany „sposobem”, również „sposobem” z
pogranicza metod spekulantów osiągać „właściwe relacje ekonomiczne”,
wypracowywać fundusz płac, specjalne premie, nagrody itd., a on, mający do
dyspozycji tylu dobrze wykształconych ludzi, miota się tylko bezradnie, jakby w
ogóle nie rozumiał prawdziwego życia. A wystarczyło, miejscami, tak niewiele
(jak na siły gigantycznej nieomal administracji gospodarczej). (...)
W sytuacji obecnej (nawiązuję do
kryzysu z lat 2008 ...) te wcześniejsze rozpracowanie klinicznego przykładu, z
dopracowaniem jego do gospodarki rynkowej i roli oraz zadań władzy państwowej,
nie wiem czy w jakikolwiek sposób zapobiegło by obecnemu kryzysowi lub
ograniczyły jego rozmiar (sprawy w rozwiązaniach politycznych i mentalności
społeczeństw zaszły już za daleko...), ale może by się przydały w wizji Ku nowemu demokratycznemu idealizmowi.
Anonimus
----------
Być może kiedyś standardy zawodowe pozwolą traktować takie oceny jako coś
oczywistego. Jednak w Ameryce lat dziewięćdziesiątych przeważyły pieniądze i
rynek, a to oznaczało, iż pomimo przestrzegania reguł ogólny obraz mógł być – i
często bywał – złudny.
Dla większości Amerykanów najbardziej
niepokojąca w skandalach związanych z Enronem i innymi firmami była
niesprawiedliwość. Ludzie z firmy, nie
dość że obficie wynagradzani, to jeszcze zamieniali swoje informacje na
pieniądze, a nawet zachęcali pracowników do siedzenia cicho i trzymania
pieniędzy przeznaczonych na okres emerytury w akcjach spółki. Chcąc
usprawiedliwić swe wysokie nagrody, szefowie przedsiębiorstw twierdzili, że
„wytworzyli wartość” i zrobili ze swoich firm istne lokomotywy. Tymczasem w
niemałej liczbie przypadków zbudowali domki z kart.
Stawką było coś więcej niż fair play.
Aby gospodarka rynkowa dobrze funkcjonowała, wszystkie podmioty muszą mieć do
niej zaufanie. W następstwie skandali lat dwudziestych i trzydziestych
ubiegłego stulecia w Stanach Zjednoczonych przyjęto ustawy próbujące rozwiązać
problemy ujawnione przez krach gospodarczy. Przepisy dotyczyły wszystkiego – od
monopolizowania rynku po wykorzystywanie poufnych informacji w firmie. W 1934
roku utworzono Komisję Papierów Wartościowych i Giełdy, która wraz z innymi
mechanizmami kontrolnymi (łącznie z pozwami grupowymi) przyczyniła się do
wykształcenia się poczucia etyki zawodowej wśród menedżerów, audytorów i innych
uczestników rynku. Dzięki temu powstał rynek papierów wartościowych o
bezprecedensowych rozmiarach i z bezprecedensową liczbą uczestników. W
szczytowym momencie rozwoju, w marcu 2000 roku, kapitalizacja rynkowa akcji
amerykańskich (mierzona wskaźnikiem Wilshire’a) wynosiła 17 bilionów dolarów, czyli
była 1,7 razy większa od PKB Stanów Zjednoczonych. Połowa amerykańskich
gospodarstw domowych posiadała akcje przynoszące dywidendy.
W ciągu minionych sześćdziesięciu lat
świat jednak sporo się zmienił. Wymyślono nowe formy oszustw. W spekulacyjnej atmosferze
lat dziewięćdziesiątych wartości rynkowe szły gwałtownie w górę, natomiast
wartości ludzkie ulegały erozji, a szanse uczestników gry rynkowej ponownie
stały się bardzo nierówne. Przyczyniło się to do powstania bańki, która pękła
wkrótce po tym, jak zaczęło się nowe milenium.
Kontrowersje wokół opcji zakupu akcji
powstałe na początku ubiegłej dekady wydawały mi się istotnym znakiem czasu,
być może na skutek moich własnych badań, które podkreślały znaczenie rzetelnych
i dokładnych informacji dla funkcjonowania gospodarki rynkowej. Ale w czasie
boomu było trudno zainteresowanie tym zagadnieniem obudzić u wielu osób, poza
tymi, którzy czerpali korzyści ze złej rachunkowości. Był to kolejny przykład
sytuacji, kiedy zaufaliśmy ocenom ekspertów, w tym do spraw finansowych i
księgowych. Arthur Levitt miał rację. Istniała potrzeba większej liczby, i
ostrzejszych, przepisów prawnych. Chociaż w żadnym razie nie mogliśmy być
pewni, że informacje zawsze będą akuratne, to jednak mogliśmy przynajmniej
zapewnić właściwe bodźce. Opcje zakupu akcji zniekształciły bodźce menedżerów,
a konsulting zniekształcił bodźce audytorów. Marchewki były teraz inaczej
rozdzielane, a jednocześnie zmiany w prawie o zobowiązaniach osłabiły kij. A
wszystko to zachodziło akurat wtedy, gdy wzrastały trudności z dostarczaniem
dokładnych informacji, gdy istniały możliwości dostarczania informacji
wprowadzających w błąd.
Zacząłem ten rozdział od ważnego
pytania: co by było, gdyby? Czy gdybyśmy zapewnili lepsze księgowanie opcji zakupu
akcji dla dyrektorów, to zapobiegłoby do bańce?
Nigdy nie poznamy odpowiedzi. Ale jednego możemy być pewni: w połączeniu
z innymi problemami omówionymi w tym rozdziale złe księgowanie opcji
zdecydowanie pogorszyło sytuację. I przyczyniło się do powstania etosu lat
dziewięćdziesiątych, który powiększył bańkę, sprawiając że krach był jeszcze
większy.
Konflikty interesów, o których
mówiliśmy, były czymś wystarczająco złym, jednak ich konsekwencje zostały
wzmocnione przez podobne, czy nawet gorsze problemy w sektorze finansowym,
którymi się teraz zajmiemy.
----------
Przypisy
3 Była to kwestia oceny
politycznej. Levitt obawiał się, że konsekwencje niewycofania się, wystawienia
się na gniew Kongresu mogą być jeszcze gorsze i w końcu propozycja dotycząca
opcji tak czy inaczej upadnie.
4 Wymagania dotyczące publikacji sprawozdań
finansowych spółek akcyjnych... Ale te informacje nie były udostępniane
systematycznie i w sposób, który pozwoliłby inwestorom ocenić ich wpływ na
wartość akcji, a przy tych wszystkich zafałszowaniach w księgowości ... Dopóki
ceny akcji rosły, nie budziło to wielkiego niepokoju, lecz gdy boom się
skończył, inwestorzy zdecydowali, że muszą się bliżej przyjrzeć, co się
dzieje.
5 Po bankructwie Enronu wszyscy analitycy,
którzy rekomendowali jego akcje, oraz bankowcy, którzy pożyczali mu pieniądze,
utrzymywali, że nikt, nawet eksperci, nie mogli rozgryźć tych przepisów.
6 Niektóre firmy przyznające te opcje
twierdziły, że jest różnica między przyznaniem członkowi zarządu 10 milionów
dolarów a daniem mu opcji zakupu akcji wartej 10 milionów dolarów. Chociaż obie
możliwości oznaczają uszczuplenie tego, co zostaje dla akcjonariuszy, to jednak
mają odmienne implikacje dla pozycji gotówkowej firmy. W branżach, w których
firmy często napotykają duże ograniczenia płynności, te różnice mogą być
istotne. Odpowiednim sposobem uporania się z tym problemem jest posiadanie
takiego systemu rachunkowości, który dostarcza wyczerpujących informacji o
płynności finansowej firmy.
7 Istnieją pewne techniczne ograniczenia,
którymi nie musimy się tu zajmować.
8 W powyższym akapicie jest mowa o traktowaniu
przez system podatkowy motywacyjnych opcji zakupu akcji ...
11 Prace badawcze w dziedzinie ekonomii
informacji, za które George Akerlof, A. Maichael Spence i Joseph Stiglitz
otrzymali nagrodę Nobla, koncentrowały się właśnie na asymetriach
informacyjnych, sytuacjach, w których jedna strona (tu menedżer) wie więcej niż
druga strona (tu akcjonariusz).
12 Nie ma prostej definicji derywatów. Są to
aktywa będące pochodnymi innych aktywów – stąd ich nazwa. Opcja zakupu akcji po
stałej cenie (zwanej ceną wykonania opcji) jest derywatem w tym sensie, że jej
wartość zależy od ceny wchodzącej w grę akcji; jej nabywca otrzymuje wszystko
to, co przekracza cenę wykonania opcji. Opcja sprzedaży akcji po stałej cenie
zapewnia jej nabywcy różnicę między ceną wykonania opcji a ceną rynkową, kiedy
wartość akcji spada poniżej ceny wykonania opcji. Derywaty mogą być oparte na
stopach procentowych, cenach ropy naftowej bądź kombinacji dwóch lub więcej
cen.
13 „Oszukańcze machinacje biznesowe nie były Andersenowi obce. Pomagał on innym
spółkom, które uprawiały praktykę oskubywania społeczeństwa”, powiedział główny
sędzia stanu Connecticut Richard Blumenthal. „Andersen był głęboko wplątany w
skandal z Waste Management ... [i był]
kluczowym rozgrywającym w oszustwie popełnionym przez Colonial Realty
...” – komunikat prasowy Connecticut Attorney General’s Office z 5 lutego 2002
r. Zob. www...
----------
Rozdział 6
Rola banków .........
146
W spekulacyjnych latach dziewięćdziesiątych XX wieku
wielu ludzi ze świata biznesu i finansów dało się ponieść pogoni za pieniędzmi
i w wyścigu do kasy obniżyło swoje standardy etyczne. Nigdzie jednak nie było
to tak zaskakujące jak w bankowości. Bankierzy byli przecież zawsze postrzegani
jako stateczni, rozważni panowie w szarych garniturach, mający oko na firmy,
którym pożyczali pieniądze, bo nade
wszystko zależało im na spłacie długu. Bankierzy nie lubili skandali i złych
kredytów, a poza tym sektor bankowy zapewniał mającą duże znaczenie kontrolę
działalności przedsiębiorstw. Dzięki skrupulatnemu monitorowaniu portfela
udzielanych przez siebie pożyczek banki przyczyniały się do zapobieganiu
bankructwom i nadmiernemu zadłużaniu się świata biznesu.
Sytuacja znacznie się zmieniła w
latach dziewięćdziesiątych: analitycy bankowi zachwalali marne akcje, bankierzy
ułatwiali Enronowi zakładanie podejrzanych podmiotów za granicą, które pomagały
mu w ukrywaniu zobowiązań, rozdawali przyjaciołom gorące akcje z pierwotnej
oferty publicznej1 i angażowali się w najróżniejsze niejasne
przedsięwzięcia. W 2001 i 2002 roku wiele ważnych banków w Stanach
Zjednoczonych wplątywało się w jeden skandal po drugim. Dotyczyło to między innymi banków o takich
otoczonych legendą nazwach, jak J.P. Morgan Chase, Merril Lynch, Credit Suisse
First Boston, Citigroup i jej szacowny dom maklerski Salomon Smith Barney czy
Goldman Sachs, i skończyło się nałożeniem przez głównego sędziego stanu Nowy
Jork Eliota Spitzera, w ramach ugody sądowej , grzywien w wysokości 1,4
miliarda dolarów2.
Mnie obchodzą nie tyle poszczególne
historie i przestępcze czyny kilku zachłannych analityków, ile wpływ tej
transformacji amerykańskiej bankowości na funkcjonowanie gospodarki w ogóle.
Tradycyjnie w Stanach Zjednoczonych istniały dwa rodzaje banków: banki
inwestycyjne, emitujące obligacje i akcje, oraz banki komercyjne, pożyczające
zdeponowane w nich pieniądze. W latach dziewięćdziesiątych przyjęto ustawy
zezwalające na fuzje między tymi dwoma rodzajami banków, w wyniku czego
powstały konglomeraty finansowe, takie jak J.P. Morgan Chase czy Citigroup.
Większość tych banków miała lub przejęła, oddział maklerski, taki jak Salomon
Smith Barney, należący do Citibanku.
Opowiadana tu historia dotyczy przede wszystkim banków inwestycyjnych, w
tym konfliktów interesów między ich podstawową działalnością, a innymi jej
rodzajami, w jakie się angażowały. Rentowność banków inwestycyjnych była
tradycyjnie oparta na posiadaniu informacji: dobrą reputację zdobywały dzięki
rzetelności. Ale zmiany w gospodarce w latach dziewięćdziesiątych zmieniły ich
motywację; podobnie jak dyrektorzy firm, których akcje umieszczały na rynku,
miały teraz bodziec do dostarczania rynkowi zniekształconych informacji.
Aby rynek papierów wartościowych mógł
dobrze funkcjonować, potrzebne są rzetelne informacje o wartości poszczególnych
przedsiębiorstw. Przez zaciemnienie problemów istniejących w wielu firmach,
które wprowadzały na rynek lub którym pomagały powiększyć kapitał dzięki emisji
akcji, banki te przyczyniły się do pogorszenia jakości informacji.
To, dlaczego bankierzy i analitycy
byli gotowi dostarczać wprowadzających w błąd informacji, ma związek z kwestią
motywacji. Na organizowaniu publicznych ofert pierwotnych i innych transakcjach
mogli oni zarobić bardzo duże pieniądze, zwłaszcza wtedy, gdy nagrody za
dostarczanie błędnych informacji były znacznie większe od nagród za
dostarczanie informacji rzetelnych.
Kilka zmian, jakie zaszły w latach
dziewięćdziesiątych, przekształciło ukryte problemy w coś, co dla wielu stało
się katastrofą gospodarczą. Deregulacja, która stworzyła nowe źródła konfliktów
interesów, oraz opcje zakupu akcji i inne źle zaprojektowane systemy
rekompensat finansowych , które zachęcały do skupiania się na „tu i teraz”, a nie na długim
okresie, okazały się problematyczne
zarówno w sektorze finansowym, jak i gdzie indziej. Bankierzy lat
dziewięćdziesiątych nie różnili się zasadniczo od członków kierownictwa
wyższego szczebla w innych „gorących” sektorach gospodarki. Nauczyli się
podbijać ceny własnych akcji, tak jak pomagali to robić innym.
To samo
odnosiło się do analityków... Oskarżono ich potem o dostarczanie nieostrożnym
klientom, którzy na nich polegali, analiz pełnych szumu informacyjnego, a
zawierających niewiele informacji o prawdziwej wartości firm4. (...)
Niektórzy analitycy z Wall Street naprawdę nie znali się na firmach, które
zachwalali, a inni, jak wiemy z ich obraźliwych e-maili, znali się na nich aż
za dobrze. Nie miało to większego znaczenia.
Nowe techniki inżynierii finansowej
zapewniły nie tylko nowe sposoby zniekształcania informacji księgowych... lecz
również dawały nowe możliwości współuczestnictwa banków w tym procederze.
Deregulacja powiększyła pole
konfliktów interesów. Miała też zapowiadany skutek w postaci wzrostu
konkurencji. W normalnych warunkach większa konkurencja jest korzystna, ale w
latach dziewięćdziesiątych banki stały się tak żądne krótkoterminowych zysków,
że przekształciła się ona w wyścig prowadzący do upadku. Każdy bank wiedział,
że jego konkurenci uprawiają podobne praktyki, więc gdyby sam nie włączył się
do rywalizacji, pozostałby w tyle; każdy zaś urzędnik bankowy wiedział, co to
oznacza: niższe premie, a może nawet zwolnienie z pracy.*
----------
* Naturalnie,
podobna sytuacja występuje nie tylko w bankach i wcale nie musi wynikać z żądzy
zysku. To jest sytuacja typowa, gdy na skutek zbyt ostrej konkurencji, w walce
o przetrwanie dochodzi niemal do „walki na noże”. W odległym „socjalizmie”,
powszechny obyczaj retuszowania statystyki (zapewne z dużymi stratami dla
gospodarki), wcale nie wynikał ani z żądzy zysku, ani nawet z rządzy władzy. Po
prostu: kto nie retuszował, ten miał gorsze wyniki. Jak miał gorsze wyniki, to
nie tracił tylko dyrektor (nawet wysoce partyjny mógł zostać zdjęty ze
stanowiska), ale, w wyraźny sposób traciła cała załoga, i to nie tylko premie
lub nagrody, ale w ogóle podlegał obniżeniu fundusz płac. Współcześnie, nawet w
normalnych warunkach, „większa konkurencja” wcale nie zawsze jest korzystna.
Całkiem często, dla wszystkich, a nie tylko dla „konkurentów”, korzystniejsza
jest współpraca. Chyba powinno być to tak oczywiste, że w teorii ekonomii
problemom, zarówno skutkom zwiększania, jak i ograniczania konkurencji, raczej
powinno się więcej poświęcać uwagi.
Anonimus
----------
Bańka na rynku – i niewłaściwe
postępowanie – sama się wzmacniała: im większy był wzrost cen akcji, tym
silniejsze występowały bodźce do podejmowania działań podtrzymujących. Banki
musiały z pewnością wiedzieć, że kiedy bańka pęknie, liczne pożyczki, których
udzieliły, nie zostaną spłacone. (...)
Kluczowe znaczenie dla szalonych lat
dziewięćdziesiątych, jak również dla problemów, które ostatecznie wyszły na jaw
w pierwszych dniach nowego stulecia, miała symbiotyczna zależność między Wall
Street i Doliną Krzemową. Znajdowałem się w doskonałej sytuacji do obserwowania
tego, co się działo w Dolinie Krzemowej, która już wcześniej stała się centrum innowacji,
oraz na Wall Street. Byłem bowiem niejako przerzucony między dwiema
zdecydowanie odmiennymi kulturami – innowacyjną kulturą najwyżej rozwiniętych
technologii na zachodzie i kulturą robienia interesów na wschodzie kraju. Od
1979 roku aż do czasu przeniesienia się
w 1993 roku do Waszyngtonu dzieliłem swój czas między Uniwersytet Stanforda,
znajdujący się w sercu Doliny Krzemowej, a Uniwersytet Princeton, zlokalizowany
w miejscu oddalonym o godzinę jazdy pociągiem podmiejskim od Manhattanu i Wall
Street. Na zachodnim Wybrzeżu zaabsorbowanie komputerami, sieciami i handlem
elektroniką sięgnęło zenitu. Prawie nie można było znaleźć restauracji czy
kawiarni, w której nie słyszałoby się toczonych z przejęciem rozmów o
najnowszych, szalonych technologiach czy pomysłach biznesowych. Tymczasem na
Wschodnim Wybrzeżu wszystkie rozmowy kręciły się wokół finansów, dotyczyły
publicznych oferty pierwotnych, fuzji, przejęć i tego, która firma czy branża
może niedługo poszybować w górę.
Jakkolwiek Nowy Jork i Dolina
Krzemowa różnią się pod wieloma względami, to jednak są od siebie zależne i
zdają sobie z tego sprawę. Aby nowe pomysły mogły przynieść owoce, potrzebują
kapitału, stąd w Dolinie Krzemowej wymyślono nową instytucję – firmę lokującą
kapitał w ryzykowne przedsięwzięcia. Takie firmy mogą finansować nowe
przedsięwzięcia tylko wtedy, gdy zarobią na sukcesach przedsięwzięć
poprzednich. I chociaż Wall Street mogła zarobić mnóstwo pieniędzy na składaniu
na nowo kawałków „starej gospodarki”, to prawdziwa fortuna leżała w promowaniu
„nowej gospodarki”. Nie liczyło się zbytnio, że niektórzy ludzie z Wall Street
niewiele wiedzieli o tym, co sprzedawali: podczas bańki w gospodarce cokolwiek
sprzedawali, oznaczało to sukces.
Każdy chciał brać w tym udział. Kiedy
nowe przedsięwzięcia wystartowały do lotu, duże domy inwestycyjne zaczęły
sprzedawać ich papiery wartościowe w ofercie publicznej – funduszom emerytalnym
i innym inwestorom instytucjonalnym oraz klientom detalicznym za pośrednictwem
szerokiej sieci maklerów. W latach dziewięćdziesiątych zdolność Ameryki do
finansowania innowacji budziła zazdrość na całym świecie.
Było wiele podobieństw między tym, co
się wydarzyło na obu wybrzeżach. Oba rodzaje działalności wymagały
kreatywności, tyle że całkiem odmiennej. Oba były napędzane przez pieniądze, z
tym że na zachodzie było to łagodzone dzięki nauce i często moderowane przez
idealizm, troskę o środowisko czy zaangażowanie w działalność społeczną. Na obu
wybrzeżach tajemnicą sukcesu była informacja –
w Dolinie kod komputera, a na Wall Street dane finansowe. Dolina Krzemowa i jej
firmy inwestujące kapitał spekulacyjny prosperowały dzięki informacjom o
technologii, umiejętności oceny, co się może powieść, i wiedzy, jak umożliwić
rozpoczęcie działalności przez nową firmę. Banki inwestycyjne ze Wschodniego
Wybrzeża skutecznie wykorzystywały wiedzę o źródłach finansowania, zaufanie,
jakie miały do nich źródła, umiejętności niezbędne do organizowania
skomplikowanych transakcji i zdolność do ich przeprowadzenia. Obie kultury
wzbudzały zaufanie – do tego co robią i co mogą zrobić. A jednak w postawach,
manierach i, co najbardziej rzucało się w oczy, ubiorach ich reprezentantów
była uderzająca różnica. Na zachodzie każdy dzień był „swobodnym piątkiem”, a
może i więcej. W Yahoo! nie było zaskoczeniem, gdy zobaczyło się
współzałożyciela tego portalu (i błyskawicznego miliardera) Davida Filo w
obszarpanym podkoszulku i niechlujnych dżinsach, na dodatek na bosaka. Był to
sposób ubierania się, który podkreślał przedkładanie treści nad formę. Wielu
menedżerów i inżynierów definiowało wybór przez siebie takiej, a nie innej
kariery, używając wysoce idealistycznych sformułowań: Dolina Krzemowa to
miejsce, gdzie możesz rozmawiać o możliwościach zmiany świata tkwiących w czymś
takim, jak sprzedaż karmy dla psów i kotów przez Internet, i nie być wyśmianym.
Było to również miejsce, gdzie wydawało się, że ludzie skupiają swoje myśli tak
dokładnie jak laser na zadaniu do wykonania.
Ci którzy robili pieniądze, stosując
się do rad Wall Street, skłonni byli obdarzać analityków i bankierów
inwestycyjnych pełnym kredytem zaufania, tak samo jak większość tych, którzy
skorzystali z boomu gospodarczego, była gotowa zaufać mężczyznom i kobietom
kierującym gospodarką w Waszyngtonie. Bankierzy, w nie mniejszym stopniu niż
decydenci, brali sobie te pochwały do serca.
Zarabianie na zwyżkującym rynku
......... 150
Zmiany w gospodarce spowodowały zmianę roli banków, tak samo jak zmieniły rolę
firm. W poprzednim rozdziale widzieliśmy, że wzrost dużych przedsiębiorstw
prowadził do oddzielenia własności od kontroli: zarządzający firmami czynili to
w imieniu milionów akcjonariuszy, o których interesy mieli w założeniu dbać.
Jednak faktycznie dbali o własne interesy kosztem przeciętnego akcjonariusza, a
opcje zakupu akcji i inne mechanizmy utrudniające właścicielom akcji
zorientowanie się, co się rzeczywiście dzieje, jeszcze bardziej pogarszały
sytuację.
Wobec tego, że drobni akcjonariusze
nie byli w stanie dopilnować, by menedżerowie robili to, co należy, banki
zaczęły odgrywać coraz ważniejszą rolę. (...)
Od czasu do czasu firmy potrzebowały
więcej pieniędzy; wówczas szły do banków inwestycyjnych, żeby wyemitować
obligacje lub akcje. (...)
Bank inwestycyjny, który
zarekomendowałby niedobre akcje lub obligacje, ryzykowałby utratę pozycji w
biznesie... (...)
Wydarzeniem, które prawdopodobnie
oddawało... nowe nastawienie banków, była decyzja Goldmana Sachsa, jednego z
najbardziej renomowanych banków inwestycyjnych ... o wejściu na giełdę5.
(...) Przekształcenie w spółkę akcyjną zdejmowało ten ciężar odpowiedzialności
z ich barków i dawało możliwość czerpania korzyści ze wzrostu cen akcji oraz
szybkiego i łatwego zarobienia pieniędzy. Teoria ekonomii podpowiedziałaby, że
takie posunięcia banków będą prowadziły do podejmowania większego ryzyka, do
większego skupiania się na krótkim okresie – i w istocie wygląda na to, że tak
się właśnie stało.
Analitycy ......... 151
Kiedy wybuchły skandale, największe oburzenie wywołał – jako że dotykał
większości ludzi i był najłatwiejszy do zrozumienia – ten spośród nich, w który
zamieszani byli analitycy, czyli eksperci z Wall Street. Oczekiwano bowiem od
nich, że będą się dokładnie przyglądali, co robi każda spółka, i mówili
inwestorom, jakie akcje kupować, a jakie sprzedawać. Rzesze Amerykanów były
zdane na raporty analityków, przekazywane im przez maklerów przy podejmowaniu
decyzji o zakupie bądź sprzedaży akcji. Ponieważ w latach siedemdziesiątych,
osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych miliony Amerykanów stały się drobnymi
inwestorami, zaczęły ufać maklerom i analitykom, od których były uzależnione.
Uznano ich za profesjonalistów, a nie za przekupniów usiłujących zarobić
dodatkowego dolara prowizji. W latach dziewięćdziesiątych to zaufanie do
amerykańskich banków inwestycyjnych się załamało, bo inwestorzy zauważyli, że
zachwalają one akcje, o których prywatnie analitycy wyrażali się lekceważąco. W
niektórych przypadkach analitycy zdawali się chełpić swoją umiejętnością
nabierania nieostrożnych klientów na „śmiecie”, które im sprzedawali. Kiedy się
okazało, że ich „wewnętrzny” ogląd był o wiele bardziej rzetelny niż ten
„publiczny”, oburzenie okazało się jeszcze większe.
Możliwości powstawania konfliktu
interesów istniały od dawna. Banki inwestycyjne większość pieniędzy zarabiały
przecież na załatwianiu interesów, na wypuszczaniu akcji i obligacji.
Przedsiębiorstwa do nich przychodził, bo mogły one „uplasować” nowe emisje ich
akcji, to znaczy sprzedać je innym. Spółki maklerskie, będące własnością banków
inwestycyjnych, służyły zatem dwóm panom – swoim klientom detalicznym i
centralom banków. Starały się równoważyć interesy obu, choć zapewne nie w
sposób doskonały, zdając sobie sprawę, że jeśli utracą zaufanie klientów, to
poniosą straty i u jednych, i u drugich.
Sprawy zaczęły się zmieniać ponad
ćwierć wieku temu. W 1975 roku zniesiono
ustalone prowizje maklerskie (konkurencja w tej branży nigdy nie była bardzo
silna), kładąc podwaliny pod rozkwit maklerstwa dyskontowego. Podkopało to
rentowność maklerskiej strony biznesu i spowodowało położenie całego nacisku na
„robienie interesów”.(...) Skoro analitycy nie mogli zarobić na siebie, służąc
bezpośrednio interesom klientów detalicznych, to mogli to robić, pomagając w
załatwianiu transakcji. Domy inwestycyjne stały się w ten sposób sprzedawcami.
Robiły wszystko, co tylko możliwe, żeby sprzedawać tyle, ile się uda sprzedać.
Na rynku pierwotnych ofert
publicznych inwestorzy chcieli wierzyć opowieściom analityków nawet wtedy, gdy
nie miały one sensu - gdy forsowali
spółki nie mające rozsądnych biznesplanów lub, co jeszcze gorsze, mające
biznesplany, ale takie, o których było wiadomo, że prawie na pewno spalą na panewce. Praca analityków polega na
badaniu, czy przewidywania zysków mają sens. (...)
Najgorsze nie były te wykroczenia,
które wynikały z braku analizy czy nawet z lekkiego podkolorowania sytuacji.
Najgorzej było, gdy jakiś analityk doszedł do negatywnej konkluzji na temat
firmy, z którą jego macierzysty bank inwestycyjny chciał zrobić interes. Dyrektorzy firm, których akcje miały zostać
uplasowane na rynku, szliby po trupach, grożąc bankowi wycofaniem się z
interesów z nim, gdyby ten dał złe oceny
ich firmom.
Obrońcy Wall Street w istocie mówili:
„Inwestorzy powinni byli wiedzieć”. A oto, jak uzasadniali to twierdzenie: nie
trzeba przecież być specjalnie inteligentnym, żeby się zorientować, iż analityk
może się znajdować pod presją, by zachwalał akcje firmy, z którą jego
pracodawca, czyli bank inwestycyjny, robi w tym samym czasie zyskowne interesy.
Skoro każdy zarabiał mnóstwo pieniędzy, to nie ma się co dziwić, że tak
niewiele osób pytało, czy liczby się zgadzają. (...) Jeżeli zarządzający takimi
funduszami i doradcy inwestycyjni są tacy świetni w doborze akcji, to dlaczego
ryzykują czyimiś pieniędzmi, a nie własnymi? (...)
Mimo nader często wyrażanego
przeświadczenia, że rynek funkcjonuje dobrze, wyniki dużej liczby badań
wskazują, iż wielu inwestorów po prostu nie zachowuje się racjonalnie. (...)
(...)
Menedżerowie przedsiębiorstw, w
odróżnieniu od ekonomistów, zawsze byli świadomi znaczenia irracjonalności.
Eksperci od marketingu zarabiają na niej na życie. (...)
Teraz, kiedy te sprawy są już dobrze
znane, firmy z Wall Street zaproponowały remedium na powstałe szkody w postaci
opłacania analityków z niezależnych źródeł. To samo przez się nie załatwi
sprawy. (...) Żeby zaś ta nowa
„niezależność” nie okazała się farsą... informacje o tym, kto dostaje jakie
honoraria za forsowanie których transakcji jakimi akcjami, także powinny być
dostępne.
Uczciwe ujawnianie informacji .........
156
Chociaż dla inwestorów odkrycie, że analitycy co innego im mówili, a w co
innego sami wierzyli, było szokiem, to Wall Street wcale nie ukrywała swej
niechęci wobec idei uczciwego traktowania drobnych inwestorów – nawet wtedy,
gdy głosiła kazania na temat cnót nowego „kapitalizmu dla ludzi”, w którym
każdy dysponuje jakimś udziałem właścicielskim. (...)
Analityków naprawdę słuchano. Jednym
z głównych powodów respektu, jakim się cieszyli, było założenie, że mają dostęp
do wewnętrznych informacji. Gdyby wszystko, o czym wiedzieli, było powszechnie
dostępne, każdy inwestor chcący poświęcić trochę czasu mógłby wyrobić sobie
własny pogląd na zalety danej akcji. W rzeczywistym świecie dużej
asymetryczności informacji nawet inwestorzy najbardziej pewni siebie wiedzieli,
iż pod względem informacyjnym znajdują się w niekorzystnej sytuacji. W związku
z tym zdawali się na wewnętrznych analityków, żeby im pomogli się przeistoczyć
w wewnętrznych inwestorów.
Kiedy Levitt ogłosił swój plan
uczciwego ujawniania informacji, Wall Street i jej klienci ze świata biznesu
podnieśli olbrzymią, wyrachowaną wrzawę. Gdybyśmy zostali zmuszeni do upublicznienia
informacji i zapewnienia równego do nich dostępu, mówili, nie udostępnialibyśmy
żadnych informacji i sytuacja wszystkich inwestorów by się pogorszyła. Był to
argument, gdyby brać go na serio, który postawiłby pod znakiem zapytania całą
gospodarkę rynkową. (...)
Mimo olbrzymiego sprzeciwu propozycja
Levitta została przyjęta 23 października 2000 roku. Przewidywane przez wielu
okropne konsekwencje wcale się nie ujawniły. Strumień informacji nie wysechł.
Przynajmniej na papierze wygląda na troszkę bardziej uczciwy i troszkę lepiej
poinformowany niż przedtem. Przynajmniej na papierze drobni inwestorzy mają
więcej powodów do uznawania pola gry za równe dla wszystkich i do niepłacenia
analitykowi czy domowi maklerskiemu za wewnętrzne informacje, które przypuszczalnie
okażą się niewiarygodne i, co bardzo prawdopodobne, nieuczciwe.
Przyczyną, dla której firmy
inwestycyjne tak bardzo się opierały ujawnianiu informacji, było to, że
preferencyjne traktowanie pewnych klientów przez poszczególnych analityków było
częścią sieci „wymiany prezentów”, dzięki której rynek funkcjonował – to znaczy
funkcjonował w interesie Wall Street i firm starających się sprzedać zbyt
wysoko wycenione papiery wartościowe, generujące olbrzymie zyski, ale
niekoniecznie w interesie inwestora i, szerzej, gospodarki8.
Wcześniej widzieliśmy, że analitycy sporządzali pozytywne raporty o firmach, z
którymi współpracowali, żeby zapewnić bankom inwestycyjnym intratne transakcje.
Posiadanie przez analityków dostępu do poufnych informacji dawało domom
maklerskim i inwestycyjnym zatrudniającym analityków przewagę nad maklerami
dyskontowymi, którzy świadczyli usługi drobnym inwestorom, stosując niskie
marże. Bank inwestycyjny posiadający dużą bazę klientów kupujących akcje u
maklerów miał przewagę w robieniu lukratywnych interesów związanych z emisją
papierów wartościowych, bo mógł łatwiej plasować akcje. Uczciwe ujawnianie
informacji osłabiłoby fundamenty takich układów.
Oferty publiczne pierwotne
......... 157
Niektóre wymiany prezentów były tak utajnione, że aż do wybuchu skandali prawie
nikt o nich nie wiedział. Ekonomistów od dawna zastanawiało na przykład to,
dlaczego oferty publiczne pierwotne (to znaczy oferty, w których akcje danej
spółki są oferowane publiczności) były zwykle wyceniane znacznie poniżej
„słusznej ceny rynkowej”, którą pokazywał poziom, do jakiego szybko wzrastała
wartość. To bankierzy z banków inwestycyjnych, odpowiadający za lokowanie tych
ofert na rynku (i przypuszczalnie świetnie poinformowani o perspektywach danej
spółki), ustalali te sztucznie zaniżone ceny. Praktycznie rzecz biorąc,
rozdawali w ten sposób pieniądze akcjonariuszy, co można zasadnie traktować
jako formę rozkradania przedsiębiorstwa9. Problem z ofertami
publicznymi pierwotnymi jest więc analogiczny do problemu opcji zakupu akcji,
omówionego w rozdziale 4. (...)
Jak można się było spodziewać,
wszyscy chcieli wziąć udział w grze – kto by nie chciał, skoro banki
inwestycyjne de facto rozdawały pieniądze! Dawały je faworyzowanym klientom,
często w zamian za dodatkowe transakcje lub pokaźniejsze niż zazwyczaj
prowizje. Oferty publiczne pierwotnie stwarzały możliwości wynagradzania
dyrektorów instytucji, które zawierały transakcje za pośrednictwem działu
maklerskiego banku inwestycyjnego. Korzyści z pierwszego rozdania były też
zaklepane dla dyrektorów spółek, które plasowały swoje oferty na rynku za
pośrednictwem danego banku. Niektóre banki miały „przyjacielsko-rodzinną” listę
beneficjentów tych ofert. Był to kumoterski układ.
Ciemna gra z rozdawaniem akcji z
pierwszych emisji uprzywilejowanym, podobnie jak równie niejasna gra z
wiązaniem ocen analityków z operacjami plasowania papierów wartościowych na
rynku, okazała się nader rozpowszechniona – najwyraźniej była standardową
praktyką w...
Dla kilku osób z Wall Street nic z
tego nie stanowiło problemu. Obrońcy szwindli wokół publicznych ofert
porównywali je z udzielaniem spółce rabatu. Jeżeli bank inwestycyjny pobierał
100 milionów dolarów za przeprowadzenie pewnej transakcji, to co złego było w
tym, że przyznawał 10 milionów bonifikaty menedżerom firm, którzy mu ją
zlecili? Sędzia Eliot Spitzer ze stanu Nowy Jork został oszkalowany przez
niektórych ludzi z Wall Street z powodu robienia szumu wokół takich praktyk.
Nazwano go populistą z teatrzyku rewiowego, grającym pod publiczkę. Ale miał on
rację, traktując te rzeczy poważnie. Skro akcje z oferty pierwotnej stanowiły
po prostu bonifikatę, to dlaczego ich tak nie nazwać i nie być w tej sprawie
szczerym? Zamiast żądać 100 milionów dolarów i zwracać z tego 10 milionów,
dlaczego nie pobierać tylko 90 milionów? Korupcja kwitnie wtedy, gdy pewne
sprawy się ukrywa. Przejrzystość i otwartość są tak samo ważne w sektorze
prywatnym, jak w kwestiach publicznych. A to wcale nie była bonifikata, bo
prowizje bankom inwestycyjnym płaci spółka, a korzyści w formie pożądanych
akcji z oferty pierwotnej przypadają jej dyrektorowi naczelnemu i innym
członkom najwyższego kierownictwa10.
Podejrzane transakcje
......... 158
Wprawdzie banki inwestycyjne najbardziej skompromitował skandal z analitykami,
ale były one też zamieszane w przebiegające bez rozgłosu skandale, które
dotknęły miliony inwestorów. W tych przypadkach można by je bardziej trafnie
określić jako „pomocników w rozkradaniu przedsiębiorstw”, otrzymujących niezłe
sumy za wspólnictwo, za pomoc w tworzeniu spółek pozabilansowych i
niezliczonych innych tajemnych „interesików” na potrzeby menedżerów
przedsiębiorstw, którzy starali się ukryć ważne informacje przed
akcjonariuszami. W rozdziale 5 pisałem o księgowych i o tym, jak pomagali
firmom osiągać korzyści z luk w przepisach podatkowych. To smutne, że niektóre
najbystrzejsze umysły w amerykańskiej bankowości też się zajęły lukami i
tarczami podatkowymi i otrzymywały za swe wysiłki sowite nagrody. Po
doprowadzeniu do perfekcji swych umiejętności w oszukiwaniu Wuja Sama przeszły
do podobnych technik... które służyły
oszukiwaniu inwestorów, a w niektórych przypadkach samych banków. (...)
Oczywiście było źle, że banki
odgrywały taką rolę, ale w sytuacji, gdy zysk netto był napędem wszystkiego,
pieniądze triumfowały nad moralnością. Banki rywalizowały o prowizje, które w
wielu przypadkach były bardzo niskie, w przekonaniu, że ustawiają się w kolejce
do robienia znacznie bardziej lukratywnych interesów z tymi samymi spółkami. To
prawda, banki wierzyły, że
nie będą musiały ponosić żadnego prawdziwego ryzyka. Były jedynie fasadami,
przyjmowały pieniądze, a potem je wypłacały. Jednak to przekonanie było oparte
na cichym i, jak się okazało, niebezpiecznym założeniu – że Enron nie
zbankrutuje. Mimo swego wyrafinowania niektóre największe banki w kraju w końcu
z przerażeniem odkryły, że przynajmniej w paru przypadkach mają zobowiązania
bez dochodu. Sprawa ta wywołuje pytania o kompetencje bankowców, a także
wątpliwości co do systemów regulacyjnych w bankowości, opracowanych przez
społeczność międzynarodową (Basel II Accord). Zasady te mówią bankom handlowym
między innymi, ile powinny mieć kapitału. Formuły zaś opierają się na systemach
zarządzania ryzykiem danego banku – na takich samych systemach jak w Enronie i
WorldComie.
Ustawa Glassa–Steagalla .........
159
Ten rozdział – a do pewnego stopnia cała książka – jest opowieścią o
konfliktach interesów, które wymknęły się spod kontroli. Problemy te są typowe
dla bankowości i od dawna były znane. Niestety, deregulacja przeprowadzona w
latach dziewięćdziesiątych bardzo je zaostrzyła.
Więcej niż pół wieku banki handlowe,
które przyjmują depozyty od gospodarstw domowych i udzielają konwencjonalnych
pożyczek, były oddzielone od bankowości inwestycyjnej, polegającej na pomaganiu
firmom w emisji nowych obligacji i akcji. Innymi słowy, ten sam bank nie mógł
pożyczać pieniędzy i jednocześnie sprzedawać papierów wartościowych. Ustawa
Glassa-Stengalla, która tego zabraniała, była jedną z reform przeprowadzonych
przez administrację prezydenta Franklina Roosevelta w reakcji na falę upadków
banków, zapoczątkowaną wielkim krachem w 1929 roku. Jednak myśl zawarta w tej
ustawie sięgała jeszcze dawniejszych czasów – prezydenta Theodore’a Roosevelta
i jego wysiłków zmierzających do rozbicia trustów, tych wielkich firm, które
dysponowały olbrzymią siłą ekonomiczną. (...)
Ustawa
Glassa-Steagalla z 1933 roku dotyczyła bardzo realnego problemu.
Banki inwestycyjne rozprowadzają akcje, a gdy spółka, której akcje
rozprowadziły, potrzebuje gotówki, bardzo kuszące staje się udzielenie jej
kredytu. System amerykański dobrze działał po części dlatego, że gdy
obowiązywała Ustawa Glassa-Steagalla, banki
stanowiły źródło niezależnych ocen zdolności kredytowej przedsiębiorstw. Kiedy
bank „o pełnym zakresie usług” zarabia większość pieniędzy na sprzedawaniu
akcji i obligacji czy aranżowaniu „interesów”, udzielanie pożyczek staje się
czymś podrzędnym – działalnością uboczną.
Przyjmując ustawę Ustawę Glassa-Steagalla Stany
Zjednoczone ... Jednak banki
amerykańskie postrzegały tę ustawę jako akt ograniczający ich możliwości
osiągania zysków...
W połowie lat dziewięćdziesiątych
banki zorganizowały wspólną kampanię zmierzającą do uchylenia Ustawy Glassa-Steagalla. Warunki były sprzyjające. (...)
Banki z jednej strony wynosiły pod
niebiosa zalety integracji, ale z drugiej przysięgały, że będą trzymać różne
operacje oddzielnie. W twierdzeniu tym tkwiła oczywista niekonsekwencja
intelektualna: skoro dwie części są w rzeczywistości rozdzielone, to jakie
korzyści daje integracja? Sektor bankowy i jego rzecznicy z Ministerstwa Skarbu
wymyślili też inny argument: uchylenie tego prawa – mówili – nie będzie miało
konsekwencji, bo banki nauczyły się je tak czy inaczej obchodzić.
Konsekwencje przewidywane przez
krytyków zniesienia Ustawy Glassa-Steagalla zaczęły się ujawniać dopiero wraz z wybuchem
skandali związanych z firmami i bankami. Najbardziej godne uwagi było to, że
banki kontynuowały udzielanie kredytu Enronowi nawet wtedy, gdy jego widoki na
przyszłość stawały się coraz bardziej mroczne. Nawet gdy został rzucony na
kolana, nie był znokautowany: dopóki były widoki na następne duże transakcje,
na nowe emisje papierów wartościowych, dalsze pożyczanie pieniędzy tej spółce
miało sens. I banki to robiły także wówczas, gdy jej porażające problemy
zaczęły wychodzić na światło dzienne12. W serii skandali, jakie
wyszły po skandalu związanym z Enronem, wyszły na jaw liczne inne przypadki
pożyczania pieniędzy przez banki niemal do samego dnia bankructwa. Banki znały
lub powinny znać ryzyko, ale wabik w postaci kolosalnych zysków z nowych
transakcji, gdyby firma przetrwała najgorsze, sprawiał, że kredytowanie było
mimo wszystko atrakcyjne.
W starym systemie inwestorzy mieli
przynajmniej pewną gwarancję, że gdy firma wpadnie w kłopoty, będzie miała
kłopoty z pożyczaniem pieniędzy. Był to ważny test, który przyczyniał się do
funkcjonowania całego systemu. Istniały powody utrzymywania rozdziału
bankowości inwestycyjnej i komercyjnej... Kiedy zdarzały się takie przypadki,
wówczas banki – a nie całe społeczeństwo – ostatecznie płaciły cenę. Paradoksalnie menedżerowie tych banków często
sami unikali płacenia sporej części tej ceny, ponieważ znaleźli sposoby
zachowania swoich płac nawet przy spadku cen akcji.
Fuzje .........
162
Uchylenie Ustawy Glassa-Steagalla jedynie powiększyło możliwości powstawania
konfliktów interesów. Niektóre praktyki, na przykład Teb związane z ofertami
publicznymi pierwotnymi, przez jakiś czas niepokoiły ekonomistów, ale nie
kończyły się skandalami aż do lat dziewięćdziesiątych. Natomiast fuzje od dawna
były podstawowym „pokarmem” Wall Street i od dawna uważano je za źródło
nadużyć.
Banki lubią fuzje i przejęcia...
(...) Z punktu widzenia bankowca nie ma czegoś takiego jak zła fuzja: robi się
bowiem pieniądze, gdy transakcja dojdzie do skutku, i robi się więcej
pieniędzy, gdy transakcja nie dojdzie do skutku. Fuzje wchodzą w modę i wychodzą
z mody, a każdej towarzyszy odrębna opowieść o „synergii” i oszczędności
kosztów, która potem ani trochę się nie sprawdza. Lata osiemdziesiąte
przyniosły nam efektowne fuzje pod hasłem „barbarzyńcy u bram”. W latach
dziewięćdziesiątych zaś wydawało się, że każda spółka związana z mediami musi
się stać spółką multimedialną.
Mania fuzji w latach
dziewięćdziesiątych, podobnie jak w innych dekadach, opierała się na osobliwej
arytmetyce, z której wynikało, że 2 + 2 = 5. Dodaj do siebie dwie firmy, z których
każda jest warta 2 miliardy dolarów, a otrzymasz firmę wartą 5 miliardów
dolarów – wystarczająco dużo pieniędzy, by móc zapłacić bankierowi
inwestycyjnemu przyzwoitą prowizję w wysokości 300 tysięcy dolarów, dać
dyrektorowi naczelnemu sowitą premię i odpowiednio dużą liczbę opcji zakupu
akcji, wręczyć poprzedniemu dyrektorowi naczelnemu (który przez krótki okres
grał drugie skrzypce albo przez jeszcze krótszy czas współkierował firmą) ładny
pakiet emerytalny i jeszcze mieć dużo dla akcjonariuszy, żeby byli zadowoleni.
Nazywa się to premią
konglomeracyjną, czyli synergią, nadwyżką wynikającą z połączenia zasadniczo
odmiennych elementów. Problem polega jednak na tym, że nader często 2 + 2 =
3,5, co jest nazywane konglomeracyjnym opustem. Ujawnia się
on zazwyczaj w kilka lat po fuzji, gdy efekt synergii po prostu nie wystąpi.
(...)
Czasami 2 + 2 = 4 lub 4,5, więc gdy
koszt zrobienia interesu wyniesie 0,75, sytuacja akcjonariuszy nadal będzie
gorsza, natomiast bankom i dyrektorom będzie się dobrze powodziło. Bankierzy
inwestycyjni powinni dostarczać informacji, które pozwoliłyby ocenić, czy w
wyniku utworzenia konglomeratu wystąpi premia czy strata. W rzeczywistości
mieli oni motywację tylko do przeprowadzenia transakcji. Oczywiście, gdy
wystąpi strata, będzie czas na rozmontowanie konglomeratu i wyprzedanie
poszczególnych kawałków: suma części będzie większa niż całość.
Do sił, które zwykle były w grze, w
latach dziewięćdziesiątych doszły nowe. W latach osiemdziesiątych do
przejmowania innych firm wielu dyrektorów pchała nieposkromiona próżność:
stanie na czele większego przedsiębiorstwa zapewniało wyższy status i trochę
większą płacę, niezależnie od rentowności. Szalone lata dziewięćdziesiąte
dostarczyły nowych bodźców i nowych możliwości dokonywania fuzji. Dyrektorzy,
których wynagrodzenie było powiązane z ceną akcji, byli oczywiście bardzo
zainteresowani tym, by ceny szły w górę tak wysoko, jak to tylko możliwe,
niezależnie od sposobu, w jaki do tego dochodziło. (...)
Najważniejsze było jednak to, że
przegrzana gospodarka dostarczyła tym, których akcje poszły w górę, pewnej
formy pieniądza do gier hazardowych, za które mogli kupować inne firmy. Ci,
którzy byli dostatecznie bystrzy, tacy jak... wiedzieli, że najlepiej zamienić
go na coś solidnego, zanim zniknie. (...)
To samo AOL-u dotyczyło też WorldComu
i wielu innych firm w latach dziewięćdziesiątych: bańka ze swymi przesadnie
wygórowanymi cenami dała im możliwość i środki do angażowania się w fuzje. Był
to klasyczny schemat piramidy, w którym cała generacja inwestorów dostarczała
pieniędzy na nagrody dla poprzedniej generacji – aż cały gmach z hukiem
runął.
WorldCom: studium przypadku
......... 164
Kiedy bańka pękła i ulotniły się możliwości dokonywania fuzji, spółki musiały
znaleźć inne sposoby robienia pieniędzy, więc uciekały się do coraz bardziej
szkodliwych trików księgowych. W niektórych przypadkach od mieszczenia się
jeszcze w granicach prawa przeszły do jego przekraczania (...)
Gdy 21 lipca 2002 roku WorldCom ogłaszał
bankructwo, był drugim co do wielkości dostawcą połączeń telefonicznych na
długie dystanse w kraju i największym internetowych, mającym 32 miliardów
długów i twierdzącym, że posiada aktywa o wartości 107 miliardów dolarów. W tej
kwocie jednak mieściła się wyceniana na 50 miliardów dolarów „renoma firmy” –
mityczna wielkość, która wprawdzie mogła być zgodna ze standardowymi praktykami
stosowanymi w rachunkowości, ale nie odzwierciedlała żadnych realnych
składników majątku trwałego. Te zaś
stanowiły równowartość mniej niż 40 miliardów dolarów – przy czym wiele z nich
oszacowano na podstawie wysokich cen, jakie występowały przed załamaniem się
sektora telekomunikacji. Problemy WorldComu wyszły na światło dzienne, gdy
spółka wyjawiła, że niewłaściwie zaksięgowała 4 miliardy dolarów po stronie
wydatków, po czym kwota ta ostatecznie wzrosła do 7 miliardów. Jedna duża
kategoria oszustw polegała na traktowaniu zwykłych wydatków jako inwestycji;
jako takie nie musiały być odejmowane od dochodu, w związku z czym zyski
wyglądały na znacznie wyższe. We wcześniejszym stadium fałszu WorldCom uciekał
się do bardziej konwencjonalnych oszustw księgowych...
Podobnie jak sprawa Enronu, upadłość spółki WorldCom odsłoniła sieć
podejrzanych interesów między firmą a członkami jej kierownictwa. Raport
dotyczący upadłości mówił o „licznych nieprawidłowościach, wadach i
uchybieniach w wielowarstwowym systemie zaprojektowanym w celu ochrony
integralności systemu sprawozdawczości finansowej w WordComie, obejmującego
zarząd, komisję nadzoru, wewnętrzny system kontroli w spółce i niezależnych
audytorów”13. Powiedziałbym, że problem tkwił głębiej i występował
nie tylko w tej spółce:
dotyczył motywacji – kierownictwa i tych, którzy mieli na nie baczyć.
(...) Jack B. Grubman, analityk rynku
telekomunikacyjnego, od dawna polecał akcje WorldComu. (...) I nawet, gdy już problemy WorldComu wyszły na
jaw, nadal jego rekomendacja brzmiała: „Kupować”. W połowie 1999 roku wzmocnił
ją do: „Zdecydowanie kupować”, przewidując wzrost ceny z 75 do 130 dolarów za
akcję. Według Grubmana akcje WorldComu należało kupować aż do 23 kwietnia 2002
roku, czyli jeszcze na trzy miesiące przed złożeniem przez spółkę wniosku o
orzeczenie upadłości i długo po tym, jak ruszyła lawina przekrętów w księgowości.
Gtrubman w końcu złożył rezygnację, a
w piśmie ją zawierającym sporo powiedział o szalonych latach
dziewięćdziesiątych: „Wykonywałem swoją
pracę analityka w szeroko rozumianych ramach zgodnych z praktyką w tej branży, która
jest teraz szeroko kontestowana”15. Była to więc praktyka stosowana
w branży – i to jest właśnie problem.
Lekcje .........
166
Wiele spraw poszło nie tak w latach dziewięćdziesiątych, ślady banków można
znaleźć w miejscach popełniania jednego podejrzanego czynu po drugim. Od banków
inwestycyjnych oczekuje się dostarczania informacji, które prowadzą do lepszej
alokacji zasobów. Zamiast tego nazbyt często handlowały one zniekształconymi i
nieścisłymi informacjami oraz uczestniczyły w intrygach, które pomagały innym
zniekształcać dostarczane przez nie informacje i wzbogaciły innych kosztem
akcjonariuszy.
Przy przestępstwach, jakie popełniły
Enron i WorldCom – a także Citigroup i Merrill Lynch – większość aktów
nieuczciwości w świecie polityki wydaje się mało znacząca. Typowy skorumpowany
urzędnik państwowy bierze do kieszeni marne parę tysięcy dolarów – najwyżej
kilka milionów. Kwoty ukradzione w wyniku splądrowania ... szły w miliardy
dolarów ...
Adam Smith uważał, że gdy jednostki
dbają o własne interesy, służy to na ogół interesom społeczeństwa jako całości16. Jest to nader kusząca hipoteza i czasami się
sprawdza. Jednak nazbyt często się nie sprawdza, gdyż niedoskonałości
informacji dają niektórym jednostkom możliwości działania w sposób przynoszący
im korzyści kosztem innych, którym w
założeniu miały służyć. Czasami nazywa się to „problemem mocodawcy i
pełnomocnika”... Główny problem we współczesnej ekonomii sprowadza się do tego,
jak sprzymierzyć interesy – jak zapewnić taką strukturę bodźców, która by
zwiększyła szanse, że pełnomocnik będzie reprezentował swoich prawowitych
klientów17.
Konfliktów interesów nigdy się nie
wyeliminuje ani w sektorze publicznym, ani w sektorze prywatnym. Jednak w
latach dziewięćdziesiątych w dążeniu do deregulacji zniesiono bądź zmniejszono
istniejące ograniczenia, co doprowadziło do łatwych do przewidzenia skutków.
Jak możemy sobie poradzić z takimi problemami? Możemy, przede wszystkim,
bardziej się wyczulić na potencjalne konflikty interesów i zniekształcone
bodźce, które stwarzają. A przez wprowadzenie przepisów... (...)
Ci, którzy długo słuchali pouczeń
„ekspertów finansowych” w Ameryce – i w każdym innym kraju – jak należy
prowadzić gospodarkę, od redukcji deficytu do modelu polityki podatkowej, mogą
tylko dostrzec paradoksy. Perorując o częstym marnotrawieniu pieniędzy przez
państwo, „eksperci” ci przewodzili jednocześnie systemowi rynkowemu, który
marnotrawił więcej pieniędzy, niż większość rządów mogła sobie wyobrazić w
najbardziej nieprawdopodobnych snach. Rozprawiając o dużym znaczeniu „kreowania
wartości”, przyczyniali się do niweczenia... Krytykując korupcję i konflikty
interesów w sektorze publicznym oraz kumoterski kapitalizm za granicą, nie
tylko pozwalali kwitnąć takim konfliktom i sprzeciwiali się próbom ich
zahamowania, lecz również sami... Mówiąc
o znaczeniu dobrej księgowości, sami angażowali się w złe praktyki
księgowe...
Eksperci finansowi ponieśli jedynie
część konsekwencji swego niewłaściwego postępowania. Zaakceptowali grzywny o
bezprecedensowej wysokości – przekraczające miliard dolarów – ale w większości
przypadków dopiero po tym, jak zostali zapewnieni, że ich dyrektorzy nie pójdą
siedzieć. Jednak grzywny nie naprawiły szkód, a w licznych przypadkach to nie dyrektorzy
je płacili, lecz spółki; w istocie grzywny nałożone na korporacje za takie złe
zachowania stanowią kuriozalny przypadek podwójnego karania ofiary. Bo
ostatecznie to akcjonariusze – którzy zostali już oszukani przez kierownictwo
przedsiębiorstw – ponosili koszty tych grzywien18.
Ostatni paradoks polega na tym, że
choć środowisko finansistów prawiło rządowi kazania na temat prawości w
sprawach finansowych, to jeszcze usilniej starało się znaleźć sposoby pomocy
Enronowi i innym firmom w unikaniu płacenia podatków – co pogarszało sytuację
finansową państwa. I, jak zobaczymy w następnym rozdziale, wspierało obniżki
podatków od zysków kapitałowych, które mogły wprawdzie sprawić, że księgi
budżetowe na krótką metę wyglądały lepiej, lecz pogarszały sytuację fiskalną w
długim okresie, a co jeszcze gorsze, pomagały podsycać gorączkę szalonych lat
dziewięćdziesiątych – i może o to właśnie im chodziło.
----------
Przypisy
1 Zwane w skrócie IPOs od
Initial Public Offeringe – akcje oferowane po raz pierwszy na rynku. Na ogół są
sprzedawane po znacznie niższej cenie od wartości, jaką osiągają niemal
natychmiast po emisji, i właśnie dlatego ich otrzymanie jest tak cenne. Później
zajmiemy się nimi bliżej.
2 Czytelnicy zainteresowani opisem
nieprawidłowości w działalności prawie wszystkich czołowych banków
inwestycyjnych i komercyjnych w Ameryce mogą znaleźć orzeczenia Eliota Spitzera
na stronie www.oag.state.ny.us/press/statements/global_resolution.html.
4 W ramach ugody zawartej w
kwietniu w kwietniu 2003 r. Jack Grubman i Henry Blodget zgodzili się na
dożywotni zakaz pracy w tym zawodzie i zapłacenie grzywny w wysokości prawie 20
milionów dolarów, ale nie przyznali się do winy. W ramach tej samej ugody
prezesowi i dyrektorowi naczelnemu Citigroup ... zabroniono rozmawiania z
własnymi analitykami o spółkach, którymi się zajmują, chyba że w obecności
prawnika. Przed swym upadkiem Grubman został przez „Institutional Investor”
uznany za najlepszego analityka sektora telekomunikacji. Jedynie Meeker nie
straciła pracy.
5 Opinia Goldmana Sachsa nie zawsze była taka
nieskazitelna: wygląda na to, że w latach poprzedzających Wielki Kryzys został
przyłapany na podejrzanych praktykach. Zob. ...
Zwięzłe podsumowanie tego, co robił Goldman Sachs na http...
8 Wymiana prezentów polega na
tym...
9 Rozmiary tej „kradzieży”
były kolosalne. Trzysta dziewięć publicznych ofert pierwotnych, głównie akcji
spółek technologicznych, przyniosło pierwszego dnia sprzedaży przeszło 50 miliardów dolarów zysku ponad
rzeczywistą kwotę zebraną przez emitentów, tj. dwadzieścia razy więcej od
wielkości opłat za uplasowanie tych emisji
- co oznacza, że gdyby tylko 5% tej sumy wróciło do banków
inwestycyjnych, podwoiłyby one swoje dochody z tych transakcji.
10 Oczywiście, gdyby
informacja była doskonała, mogłoby to nie mieć znaczenia. ... Jednak w świecie.
W którym panuje chciwość i brak jest przejrzystości, a to cechowało Amerykę w
szalonych latach dziewięćdziesiątych, menedżerowie nie ujawniali otrzymywanych
przydziałów akcji w ramach publicznej oferty pierwotnej ...
12 Zapewne nie jest przypadkiem, że oba banki inwestycyjne Citigroup
i J.P. Morgan, najbardziej wplątane w skandal z Enronem, przeprowadzały znaczną
liczbę operacji z zakresu bankowości handlowej i zostały stworzone dopiero w
wyniku uchylenia Ustawy Glassa-Steagalla ... Warto jednak zauważyć, iż nawet
gdyby nie uchylono Ustawy Glassa-Steagalla, wystąpiłyby wszystkie inne omówione
problemy; to uchylenie nie było najważniejsze, tyle że pogorszyło i tak już złą
sytuację.
15 List Jacka Grubmana z 15
sierpnia 2002 r. zawierający rezygnację z pracy w firmie Salomon Smith Barney
jest dostępny na www...
16 Oczywiście, jak odnotowuję
gdzie indziej w tej książce, Smith był bardziej świadom ograniczeń własnego
twierdzenia – tego, że gdy jednostki gonią za własnymi interesami, zwiększają
ogólny dobrobyt społeczeństwa – niż wielu współczesnych wyznawców jego
doktryny. Jednak nie w pełni zdawał sobie sprawę z ograniczeń wynikających z
niedoskonałości informacji.
17 Zwolennicy opcji jako sposobu wynagradzania menedżerów często
zakładali nie wprost, że rynek jest racjonalny i dobrze poinformowany, bo, w
tym przypadku, cena rynkowa wzrośnie wtedy, i tylko wtedy, gdy menedżerowie
zwiększą rentowność firmy w długim okresie. Menedżerów obarczono
odpowiedzialnością za dostarczanie informacji, które pozwalały rynkowi
dokładnie wyceniać firmę, ale jednocześnie stworzono motywację, żeby tego nie
robili.
18 Są tu pewne subtelności
związane z tym, którzy akcjonariusze ponoszą, a którzy powinni ponosić te
koszty.
----------
Rozdział 7
Obniżki podatków
Podsycanie
szaleństwa ......... 168
Bańka
wzbogaciła Amerykanów bardziej, niż wyobrażali sobie w najśmielszych
wyobrażeniach, ale niekoniecznie ożywiła w nich poczucie obowiązku publicznego.
Dyrektorzy, tak jak chcieli wierzyć, że to ich przenikliwość doprowadziła do
poszybowania cen ich spółek w górę, tak samo chcieli wierzyć, że to ich
przenikliwość i ciężka praca, a nie szczęście, doprowadziły do tego, że ich
portfele miały się tak dobrze. Nie byli w nastroju dzielenia się swoimi
zyskami, a w każdym razie nie w większym stopniu, niż to było absolutnie
konieczne. Takie poglądy – w połączeniu z wymaganiami bieżącej polityki,
wadliwą księgowością i manią redukcji deficytu – prowadziły do polityki
podatkowej, która pogarszała bańkę i sprawiała, że jej następstwa były bardziej
burzliwe.
Ci, którym w latach
dziewięćdziesiątych XX wieku dobrze się finansowo wiodło, naciskali na
zmniejszenie podatków, które mieliby płacić od nowo zdobytego majątku. Ich
celem było obniżenie opodatkowania ogromnych zysków, jakie osiągali między
innymi z opcji zakupu akcji, którymi coraz hojniej wynagradzano wyższe
kierownictwo przedsiębiorstw. Ponieważ zyski kapitałowe nadal były opodatkowane
niżej niż dywidendy i inne rodzaje dochodu, inwestorzy byli zachęcani do
lokowania większych pieniędzy w firmy technologiczne, które zapewniały nie
dywidendy (wiele nie miało zysku, z którego mogłyby je płacić), lecz właśnie
zyski z kapitału.
W związku z tym, że skupiano się na
równoważeniu budżetu, nie doszłoby do obniżek podatków, tak pożądanych przez
zamożnych (Amerykanie o niskich i średnich dochodach odnieśli z nich niewielkie
korzyści), gdyby nie osobliwa mieszanka wadliwej księgowości i wymagań bieżącej
polityki.
W 1980 roku Ronald Reagan obiecał
obniżkę podatków, mającą doprowadzić do wzrostu wpływów podatkowych – czyli
coś, co nawet jego wiceprezydent George Bush nazwał „szamańską ekonomią”.
Teoria ta głosiła, że przy niższych stawkach podatkowych pracownicy będą
pracowali o wiele ciężej, znacznie więcej ludzi znajdzie pracę, bezzwłocznie
wzrosną oszczędności i te efekty po dyiastronie podażowej
wygenerują o tyle większe dochody, iż nawet przy niższych stawkach podatkowych
wzrosną wpływy z podatków do budżetu państwa. W rzeczywistości oszczędności
utrzymywały się na kiepskim poziomie, a nawet nieco spadły, obniżka zaś
wywołała niewielki wpływ na podaż pracy. (Oczywiście niektórzy sądzili potem, i
nadal sądzą, że doradcy prezydenta Reagana wcale święcie nie wierzyli w
szamańską ekonomię. Mieli inny plan: stworzenia deficytu, który wymusi cięcia w
wydatkach, ograniczając w ten sposób rolę państwa. Krótko mówiąc, ich plan
polegał na sprawdzeniu, czy eksperyment z obniżeniem podatków przebiegnie tak,
jak przewidywano, czy też nie.).
Malejące wpływy (względnie, w
stosunku do tych, które zostałyby osiągnięte bez obniżek), nie zrównoważone
ograniczeniami w wydatkach1, spowodowały trwający całą dekadę kryzys
fiskalny, z którym ostatecznie uporał się Bill Clinton w 1993 roku2.
Ale według księgowych sprawdzających księgi rządowe pozostała jedna dziedzina,
w której nadal funkcjonowała „szamańska ekonomia” i można by w niej zwiększyć
wpływy podatkowe dzięki obniżeniu stawek podatkowych. Obniżka podatków od
zysków kapitałowych – podatków od przyrostu wartości akcji i nieruchomości –
mogłaby faktycznie zwiększyć wpływy, zwłaszcza gdyby była czasowa. Rząd,
zgodnie ze specyficznym sposobem sporządzania analiz budżetowych przez sektor
państwowy, patrzy na budżet w perspektywie dziesięciu lat i pyta, jakie będą
wpływy w tym okresie. Jest to oczywiście duży postęp w porównaniu z patrzeniem
każdorazowo tylko na jeden rok czy na dwa lub trzy lata naprzód. Jednak skutki
rozwiązań stosowanych przez państwo trwają dłużej niż dziesięć lat, toteż każdy
ograniczony horyzont czasowy obniżki, nawet dziesięcioletni, sprzyja wszelkiego
rodzaju krętactwom. W 1996 roku obserwowaliśmy te siły w grze.
Wspomniałem wcześniej, że po wyborach
w 1994 roku, w których republikanie uzyskali kontrolę nad Kongresem, plan
prezydenta Clintona został skutecznie ograniczony. Bill Clinton był człowiekiem
czynu, ale bez aprobaty Kongresu miał związane ręce. Tylko wtedy, gdy jego
zamierzenia były zgodne z zamysłami republikanów, mógł coś zrobić. Tak właśnie
doszło do „reformy” opieki społecznej i do deregulacji. Jak widzieliśmy w
rozdziale 4, republikanie chcieli zredukować rolę państwa w zakresie regulacji
i to się zgadzało z planami nowych demokratów. Jednym z haseł kampanii Billa
Clintona było „skończenie z opieką społeczną taką, jaką znamy”. Republikanie
też chcieli skończyć z opieką społeczną. Koniec, kropka. Po obu stronach było
pole manewru, więc dobito targu. Podobnie, obie strony chciały obniżki
podatków, a zarazem pragnęły uchodzić za odpowiedzialne w sprawach
finansowych. Dzięki specyficznemu księgowaniu obniżka podatku od zysków
kapitałowych mogła cudownym sposobem sprawić, że budżet wyglądał lepiej.
W wąskim horyzoncie budżetowym
stosowanym przez księgowych rządowych czasowe obniżki podatku od zysków
kapitałowych przynoszą na krótką metę dochód podatkowy, ponieważ działają tak
jak podatkowe „wyprzedaże”. Jednym z problemów związanych z podatkami od zysków
kapitałowych jest „zatrzaśnięcie” inwestorów. Dopóki nie sprzedadzą posiadanych
aktywów, nie płacą podatku od nich. Płacą go dopiero w chwili realizacji zysków
kapitałowych. (...)
(...)
----------
Przypisy
1 Obie partie obwiniały się nawzajem za
niedokonanie cięć w wydatkach. Faktem jest, że administracja Ronalda Reagana i
George’a Busha nie zaproponowały takich cięć, które by zrównoważyły budżet.
Różnice zdań między administracją a Kongresem dotyczyły nie tyle poziomu
wydatków, ile tego, na co mają być przeznaczone, np. czy na obronę, czy na
świadczenia socjalne.
2 Z kolejną dawką
„szamańskiej ekonomii” opowiadał się w czasie kampanii prezydenckiej w 1996
roku kandydat republikanów Robert Dole. Demokraci i, szerzej, ludzie w Ameryce
nie chcieli żadnego jej elementu.
----------
Celowe przeczytanie całego rozdziału. Tematy
ciekawe. Trzeba je jednak przeanalizować w kontekście konkretnego kraju, a w
naszym przypadku – także w kontekście Unii Europejskiej.
Anonimus
----------
Rozdział 8
Ryzyko sposobem na życie
......... 175
W szalonych latach dziewięćdziesiątych robiono
fortuny, a przywódcy, zarówno polityczni, jak i świata biznesu, mogli sobie
przypisywać , i faktycznie przypisywali, za to zasługi. Byliśmy na fali ... Ale
się skończyło. A gdy się skończyło ... W dużej mierze tak jak fala odpływu ...
coraz więcej gorszących aspektów boomu – problemy z księgowością, z dyrektorami
i bankami, z powiązaniami między rynkiem a polityką i z deregulacją – które
były tematem poprzednich rozdziałów.
Ale były jeszcze inne problemy, nawet
bardziej ukryte. Pewne zmiany w gospodarce, które doprowadziły do gwałtownego
wzrostu cen, sprawiły jednocześnie, że gospodarka stała się bardziej wrażliwa:
kiedy bańka pękła, spadek koniunktury był większy. Nie tylko wystawiliśmy
gospodarkę na większe ryzyko, ale również osłabiliśmy naszą zdolność do
radzenia sobie z nim. Zmiany w systemie emerytalnym i w rozwiązaniach
dotyczących zatrudnienia oznaczały, że jednostki były bardziej narażone na
skutki zmienności rynku: kiedy rynek akcji zniżkował, wiedziały, że ich
przyszłe emerytury będą niższe; kiedy zaś gospodarka zwalniała, wiedziały, że
jest większe prawdopodobieństwo zwolnień. Jednocześnie zmieniała się także
polityka państwa: ubezpieczenia na wypadek bezrobocia nie dotrzymywały kroku
zmianom w gospodarce, a świadczenia z opieki społecznej zostały ograniczone. W
przeszłości programy te wstrzykiwały środki finansowe do gospodarki, kiedy
następowało osłabienie koniunktury, łagodząc jego skutki dla osób, które
najbardziej by ucierpiały, a zarazem pomagając w ponownym ożywieniu gospodarki
i ograniczeniu rozmiarów dekoniunktury.*
Tymczasem my bezwiednie wykreowaliśmy mniej stabilną gospodarkę.
*
Tak by było
albo w gospodarce zamkniętej w ramach danego kraju lub np. w Unii Europejskiej
(chronionej odpowiednimi barierami przed obcymi i ucieczką własnych środków, w
tym kapitałów za granicę; naturalnie, na zasadzie „wet za wet” byłyby tego
ujemne konsekwencje, łącznie z rozszerzaniem i pogłębianiem się kryzysu ), albo
w całkowicie zintegrowanej gospodarce światowej. W obecnej sytuacji, w naszych
aktualnych warunkach, sprawa jest prawie beznadziejna. W budżecie środków
brakuje. Gdyby je sfinansować z deficytu (zapis w Konstytucji o
ograniczeniach... można łatwo zmienić: nie w tym rzecz), to biednym chwilowo
się tylko ulży (późnie nastąpi inflacja i będzie im jeszcze gorzej), a
koniunktury gospodarczej wcale to nie poprawi, bo chyba z 90% korzyści, w taki
czy inny sposób, zostanie z kraju wyprowadzonych. Całkowita albo chociaż
dominująca integracja gospodarki światowej, jest chyba, w najbliższych
dziesięcioleciach, prawie zupełnie nierealna. Zamknięcie się Polski – w jej
wewnętrznych sprawach – byłoby raczej kompletną katastrofą. Pozostaje chyba jedynie szukać rozwiązań w ramach
Unii Europejskiej, naturalnie wyważając odpowiednie rozwiązania w otwieraniu
się na gospodarkę światową, w tym także „ucieczkę” własnych środków i kapitałów
poza granice Unii Europejskiej. Tematy bardzo trudne i kontrowersyjne.
Niestety, otwartej dyskusji nie sprzyjają niespójne interesy..., słabość klasy
politycznej, słabość wyborców.
Anonimus
Co takiego przytrafiło się nowej gospodarce
Nowy miecz obosieczny
......... 176
Nowa gospodarka – oznaczająca wyraźne zmiany w gospodarce w latach
dziewięćdziesiątych, z naciskiem na najbardziej zaawansowane technologie i
lepsze sposoby komunikowania się – miała przynieść kres cyklu koniunkturalnego.
Nowe technologie miały umożliwić lepszą kontrolę zapasów – nadmierne inwestycje
w zapasy były jedną z podstawowych przyczyn wahań koniunkturalnych w okresie po
drugiej wojnie światowej. Poza tym, w związku z przemieszczeniem się punktu
ciężkości gospodarki z produkcji na usługi (w połowie lat dziewięćdziesiątych w
produkcji pracowało mniej niż 14,1% ogółu zatrudnionych w Stanach
Zjednoczonych) rola zapasów w gospodarce i tak zmalała. Ale nowa gospodarka nie
wyeliminowała cyklu koniunkturalnego. Stworzyła natomiast podstawę do tego, by
boom i późniejsze załamanie były większe niż przeciętnie w okresie powojennym.
Choć nowa gospodarka była może
przereklamowana, to jednak była czymś realnym. (...)
W istocie nawet gdy gospodarka
ześlizgnęła się w recesję, produktywność ciągle wzrastała, potęgując trudności
z tworzeniem miejsc pracy. To właśnie dlatego można mówić o obosiecznym mieczu
wzrostu produktywności. (...)
Zwiększona
niestabilność na rynku pracy
......... 177
Krótko mówiąc, przy rosnącym tempie wzrostu produktywności musielibyśmy dojść
do zastoju! Gdy na początku 2001 roku rozpoczęła się recesja, potrzeba było
jeszcze mniej pracowników. W przeszłości firmy zatrzymywały pracowników podczas
recesji, nawet jeśli tak naprawdę nie byli potrzebni. Firmy wiedzą, że na długą
metę opłaca się dobrze traktować pracowników, nie zwalniać ich, kiedy nie są na
bieżąco potrzebni; pozwala im to na przyciąganie i zatrzymywanie najlepszych
pracowników, a lojalność sprawia, że pracują oni pilnie na rzecz swoich pracodawców.
W latach dziewięćdziesiątych
wykształciła się nowa kultura, zgodnie z którą firmy skupiają się na wyniku
netto – na dzisiejszych, a nie na długookresowych zyskach... Firmy zatrzymujące
niepotrzebnych w danej chwili pracowników postrzegano jako mające miękkie serca
i niemądre. Lojalność zarówno pracowników wobec firmy, jak i firmy wobec
pracowników stała się wartością z minionej epoki. Oznaczało to znacznie szybszy
niż kiedyś spadek zatrudnienia, gdy zaczęła się pogarszać koniunktura
gospodarcza.
Narastanie obaw pracowników
......... 177
Ponieważ zmniejszyła się lojalność spółek wobec własnych pracowników, a wzrost
produktywności sprawiał, że opłacało się zwalniać, nie było dziwne, iż narastał
wśród nich niepokój. (...) Coraz więcej zatrudnionych stawało w obliczu
redukcji. Niestety, zabezpieczenia pozostawały w tyle: wypłaty z tytułu
ubezpieczeń na wypadek bezrobocia stanowiły niewielką cząstkę dotychczasowych
zarobków, a wielu pracowników w ogóle ich nie miało. (...)
Chociaż niektórzy konserwatyści
obawiali się, że zasiłki dla bezrobotnych osłabią bodźce do poszukiwania pracy,
to problem polegał na tym, że po prostu nie było pracy, którą można byłoby
znaleźć.
(...)
W jaki sposób „reforma” emerytur zwiększyła niestabilność gospodarki .........
178
Zmiany w gospodarce latach dziewięćdziesiątych zmusiły pracowników do
ponoszenia większego ryzyka związanego nie tylko z miejscem pracy, lecz także z
emeryturą, co również się przyczyniło do większej wrażliwości gospodarki.
Ludzie musieli się zdawać na prywatne programy emerytalne, z których mieli
otrzymywać coraz większą część dochodu na emeryturze. Są dwa rodzaje programów
emerytalnych: programy z ustaloną wysokością świadczeń, w których spółka
gwarantuje pewne świadczenie zależne od dochodów pracownika i długości okresów
pracy, oraz programy z ustaloną wysokością wkładów, w których spółka wpłaca
określoną kwotę na indywidualne konto emerytalne (IRA). Zmiany w obu systemach
dokonane w latach dziewięćdziesiątych stworzyły problemy dla gospodarki w nowym
milenium.
Wiele firm ..., a wiele osób,
zwiedzionych wysokimi zwrotami na rynku papierów wartościowych, postanowiło
większość posiadanych pieniędzy w akcje. Był to istotny element tworzenia
kapitalizmu „ludowego” ... Najpierw ludzie
stracili to, w co nigdy nie wierzyli... Potem zaś spadki na rynku akcji były
tak duże ... (...)
Gdy rynek akcji się załamał,
niespodziewanie okazało się, że programy emerytalne były zdecydowanie nie
dofinansowane. (...)
Rozmiary niedofinansowania były
astronomiczne. (...)
(...) Jak na ironię, gdy nagromadziły
się dowody złego zarządzania prywatnymi programami emerytalnymi, administracja
prezydenta Busha rozpoczęła kampanię na rzecz częściowej prywatyzacji
Ubezpieczeń Społecznych – tej części systemu emerytalnego, która funkcjonuje
dziś nadzwyczaj dobrze.
Pomaganie jednostkom w zarządzaniu ryzykiem emerytalnym .........
181
Chociaż firmy finansowe rozprawiały o zarządzaniu ryzykiem, to tym, na które
same były narażone, wcale nie zarządzały dobrze, a rady, jakich udzielały
przedsiębiorstwom, w rzeczywistości wystawiały gospodarkę, i pracujących, na
coraz większe ryzyko. W administracji prezydenta Clintona zadanie zarządzania
ryzykiem - zapewniania większego
bezpieczeństwa po przejściu na emeryturę w coraz mniej bezpiecznym świecie –
traktowaliśmy poważnie. Spore znaczenie miały zwłaszcza dwie inicjatywy,
Możliwość przenoszenia oszczędności emerytalnych i obniżenie kosztów programów
emerytalnych .........
181
...
Indeksowane obligacje .........
182
(...) Wypłaty z Ubezpieczeń Społecznych są indeksowane względem inflacji, to
znaczy świadczenia rosną w miarę wzrostu kosztów utrzymania. Jest to istotna
cecha istniejącego programu, ponieważ zapewnia przynajmniej częściową ochronę
jednostek. Lecz z biegiem lat każdy w coraz większym stopniu musiał polegać na
emeryturach prywatnych, a w tym sektorze niewiele mógł zrobić, żeby się
zabezpieczyć przed możliwością zmniejszenia wartości emerytury w wyniku
inflacji.
Był to jednak problem, który państwo
mogło łatwo rozwiązać, emitując obligacje indeksowane względem inflacji. W
przypadku takich obligacji osoba oszczędzająca 100 dolarów ma zagwarantowane,
że otrzyma 100 dolarów w wyrazie realnym – to znaczy taką ilość pieniędzy, która
pozwoli jej kupić tyle samo dóbr co za pierwotne 100 dolarów, z odsetkami też
zagwarantowanymi w wyrażeniu realnym. (Prawdopodobnie sektor prywatny mógłby
zrobić to samo, ale wysuwane były obawy co do rodzaju rezerw, jakie prywatny
sektor ubezpieczeniowy musiałby odłożyć w celu wypełnienia obietnic; tak czy
inaczej, sektor prywatny nie oferował annuitetów ani innych długoterminowych
instrumentów finansowych indeksowanych w stosunku do inflacji).
Kolejnym argumentem nie do odparcia
za podjęciem w tym czasie działania przez państwo było nasze niemal
jednostronne ukierunkowanie na budżet. Państwo płaciło wyższe odsetki od
obligacji długoterminowych, bo inwestorzy bali się inflacji; a więc skoro
państwo ubezpieczało ludzi od ryzyka , koszty zaciągania pożyczek powinny
spaść. Był to cudowny pomysł: mogliśmy polepszyć sytuację finansową państwa i
jednocześnie poprawić bezpieczeństwo socjalne starszych osób.
Ale urzędnicy z Ministerstwa Skarbu
patrzyli na ten plan sceptycznie – może lepiej powiedzieć z wrogością. Dużo
czasu zajęło dowiedzenie się, dlaczego... Częścią wyjaśnienia był wrodzony
konserwatyzm.
Był jeszcze inny powód. Otóż maklerzy
handlujący obligacjami w Wielkiej Brytanii, gdzie od dawna emitowano takie
indeksowane obligacje, narzekali, iż ludzie je kupują i trzymają na okres po
przejściu na emeryturę; dla maklerów jest to niekorzystne, gdyż
zarabiają na ich nieustannym kupowaniu i sprzedawaniu. Ideę odkładania przez
jednostki pieniędzy na emeryturę w przekonaniu, że zapewnią one bezpieczny
zwrot w wyrażeniu realnym, powinno się postrzegać jako coś pozytywnego, choć
dla handlujących obligacjami oznaczała ona katastrofę3.
Argumentacja wysuwana przez
urzędników z Ministerstwa Skarbu była inna. Twierdzili oni, iż obawiają się, że
„będzie to impreza, na którą nikt nie przyjdzie”. (...) Zespół Doradców
Ekonomicznych zwrócił się bezpośrednio do największych funduszy emerytalnych i
największych funduszy inwestycyjnych, do ludzi, których praca polegała na
zapewnianiu bezpieczeństwa dochodu osobom starszym i którzy byli w kontakcie z
klientami. Wyrazili oni ogromne poparcie dla idei obligacji.
Kiedy Ministerstwo Skarbu
zorientowało się, co zrobiliśmy, wpadło we wściekłość. Wkroczyliśmy na ich
teren, i to w sposób wysoce niebezpieczny. Przecież Ministerstwo twierdziło, że
występuje w interesie środowiska inwestycyjnego i artykułuje jego niepokoje. Po
prostu nie chciało mieć nikogo innego, kto by miał dostęp do takich
„wewnętrznych” informacji. Ale dobrze o nim świadczy, że potem pozbyło się
małostkowych obaw... i wiceminister Larry Summers wykonał robotę członka
pospolitego ruszenia, przekonując Ministerstwo do poparcia tej
zdroworozsądkowej przecież inicjatywy. Indeksowane obligacje ostatecznie
wprowadzono w styczniu 1997 roku. Jak na ironię, inflacja była wtedy przez
długi czas umiarkowana... Jednakże była to innowacja, której waga będzie bez
wątpienia odczuwana znacznie silniej kiedyś w przyszłości, kiedy znowu zacznie
wisieć w powietrzu groźba deficytu budżetowego i niebezpieczeństwo inflacji
będzie znacznie poważniejsze niż dzisiaj4.
Reformy ubezpieczeń społecznych
......... 184
Szeroka debata na temat zabezpieczenia emerytalnego dotyczyła jednak nie tylko
emerytur prywatnych oraz indeksowanych
przez państwo obligacji, lecz przede wszystkim Ubezpieczeń Społecznych [Social
Security] – państwowego programu emerytalnego utworzonego w 1935 roku, którym
objęci są dziś niemal wszyscy pracownicy w Stanach Zjednoczonych.
Jest to niezwykle udany system.
Doprowadził on do dosłownego wyeliminowania nędzy wśród osób starszych,
zapewniając milionom Amerykanów pewność otrzymywania dochodu na emeryturze.
Chroni obywateli przed skutkami inflacji – czyli stanowi rodzaj ubezpieczenia,
którego, jak wspomniałem, po prostu nie można nabyć, bezpośrednio bądź nawet
pośrednio, na rynku – jak również przed wahaniami na rynku papierów
wartościowych, które były tak ewidentne w minionych latach. Koszty transakcyjne
tego programu są niskie, stanowią ułamek kosztów ubezpieczeń prywatnych, zwłaszcza
w przypadku annuitetów. Jest to system wysoce „wrażliwy na klientów” – na
miliony Amerykanów, których dochód na emeryturze zależy od jego funkcjonowania5.
Przeprowadził jedną z niewielu udanych dużych komputeryzacji instytucji
państwowych. Poza tym dokonuje odrobiny redystrybucji, zapewniając
najbiedniejszym podstawowy poziom utrzymania.
Mimo tych sukcesów raz po raz
ponawiano wezwania nie tylko do zreformowania tego systemu, ale wręcz do jego
sprywatyzowania, przy czym wezwania te stały się głośniejsze w latach
dziewięćdziesiątych. Można by zasadnie zapytać – dlaczego? Mówiąc wprost,
odpowiedź obejmuje zestaw tych samych elementów, które wymienialiśmy wcześniej:
ideologię, interesy i chciwość.
Kiedy niektórzy ludzie zobaczyli, że
ceny na rynku akcji pną się w górę, zapomnieli o korzyściach z programu
Ubezpieczeń Społecznych – o fakcie, że naprawdę zapewnia on zabezpieczenie na emeryturę. Ktoś taki
myślał sobie: jeśli tylko, zamiast wpłacać pieniądze do ubezpieczeń, mógłbym je
inwestować na giełdzie, to też bym się wzbogacił ponad moje najśmielsze
wyobrażenia. Ludzie tacy wierzyli, lub chcieli wierzyć, że boom na rynku będzie
trwał wiecznie. Wall Street zachęcała do
takiego myślenia, zestawiając niskie zwroty z Ubezpieczeń Społecznych z wysokimi
zwrotami na rynku akcji. Wall Street miała oczywiście bardzo silną motywację do
forsowania prywatyzacji. Toż to byłaby istna żyła złota – setki miliardów
dolarów dodatkowych dochodów. Spółki prywatne pobierają opłaty (z tego się
utrzymują) za nabywanie udziałów w swoich funduszach, za sprzedawanie, za
zarządzanie, za kupowanie akcji, za ich sprzedawanie. Każda z takich opłat może
się wydawać mała, ale gdy się je zsumuje...
Krytycy nie narzekają na
nieefektywność Ubezpieczeń Społecznych; po prostu nie mogą. Jest bowiem faktem,
że ten państwowy system jest prawie na pewno bardziej efektywny pod względem
kluczowej wielkości, jaką są koszty transakcyjne, niż mógłby być jakikolwiek
system prywatny. Oczywiście, to, co dla jednych (beneficjantów systemu, którzy
postrzegają go jako coś złego) jest kosztem transakcyjnym, dla innych (tych z
Wall Street, którzy prowadziliby sprywatyzowane rachunki) jest dochodem. Wall
Street lubi koszty transakcyjne – im są wyższe, tym lepiej. Ideolodzy wolnego
rynku mówią, że konkurencja sprowadza pobierane opłaty do minimalnego poziomu
czy de facto do zera. Tymczasem nigdzie jej się to nie udało. Nawet w Stanach
Zjednoczonych... w wielu funduszach utrzymują się wysokie opłaty, nie mające
związku z dokonaniami. Ekonomia informacji dostarcza częściowego wyjaśnienia.
Otóż jest dziedzina, w której niedoskonałości informacji są szczególnie
istotne. Badania wskazują, że większość Amerykanów nie odróżnia obligacji od
akcji; jak zatem można oczekiwać, że będą podejmowali oparte na pełnych
informacjach decyzje o tym, które akcje kupić czy nawet którego maklera wybrać?
Niektórzy usiłowali argumentować, że
dochody z funduszu powierniczego Ubezpieczeń Społecznych (inwestowane wyłącznie
w bony skarbowe) są niskie i że byłyby większe, gdyby te pieniądze inwestować w
akcje. Ale oczywiście inwestowanie w akcje niesie ze sobą większe ryzyko.
Ideolodzy mają skłonność do wierzenia, że rynki funkcjonują dobrze. Jeżeli tak
jest, to naturalnie większy dochód z inwestowania w akcje jedynie odzwierciedla większe ryzyko. (...)
W praktyce jednak rynki kapitałowe
często nie działają dobrze – na przykład dochód z akcji prawie na pewno
przekracza poziom, który byłby usprawiedliwiony ryzykiem8. Problem
ten oczywiście po części wynika z tego, że wielu inwestorów nie jest dobrze
poinformowanych i ich podejście do ryzyka niejednokrotnie cechuje duża
irracjonalność9.
W tym miejscu konserwatyści stają
przed dylematem. Skoro mówią, że rynek działa dobrze, to nie mogą się uskarżać
na niewielkie dochody z funduszu powierniczego Ubezpieczeń