Dziś
Przegląd społeczny
Pod redakcją Mieczysława F. Rakowskiego
http://www.dzis.com.pl
=================================================

Od autora strony

Prezentuję wybrane fragmenty publikacji z miesięcznika „Dziś”. Do niektórych z nich dodam - nieco później - własne uwagi, wyróżnione inną czcionką i inicjałami „Z.U.” lub pseudonimem „Anonimus”. Skupiam się na zagadnieniach ekonomicznych i częściowo społecznych. Unikam, w miarę możliwości, zagadnień stricto politycznych i światopoglądowych.* Strona będzie stopniowo rozwijana a poszczególne pozycje, w miarę moich możliwości czasowych, uzupełniane. Przykro mi, że nie mogę od razu zaprezentować pełniejszego opracowania, ale, po prostu, ilość wątków, które podjąłem w swojej prezentacji literatury, jest tak duża, że zwyczajnie nie nadążam. Jednocześnie ich zaprezentowanie uważam za celowe.
Dziwi mnie trochę niski nakład „Dziś  niezbyt pochlebnie świadczący o głębszych zainteresowaniach polityczno-społecznych, szczególnie polskiej lewicy, bo że nie chcą czytać czytelnicy o poglądach prawicowych, to rzecz w pewnym sensie zrozumiała. Zrozumiała, ale niezbyt mądra: poglądy nawet przeciwników warto znać.
Warto też zawsze pamiętać,  „nikt nie ma patentu na nieomylność”.

Wrzesień / grudzień 2001

Anonimus

*  Taki
miałem początkowo zamiar. W trakcie opracowywania jednak go zmieniłem.  Prezentacja zawiera więc także sporo elementów społeczno-politycznych. 
luty 2003
Anonimus 
.................
........................................................................................................................................................

Od października 2003 r. w witrynie „Dziś”  publikowane pełne teksty wszystkich artykułów. Gratuluję!  Zatem przerywam swoje cytowanie „wybranych fragmentów”.  Nadal pozostaję wiernym i w miarę uważnym czytelnikiem „Dziś”. Nadal też  „od czasu do czasu” zamierzam wtrącać w Internecie swoje trzy grosze, ale w zmienionej formie, już bez obszernego cytowania fragmentów. Do moich uwag proponuję podchodzić bardzo ostrożnie:   to po prostu uwagi hobbysty w paru dziedzinach, któremu nie są obojętne również i problemy społeczne.

Zmieniam adres swojej strony poświeconej miesięcznikowi „Dziś”,  na:
http://www.anonimus.com.pl/psg.html 

Dotychczasową  moją prezentację „Wybranych fragmentów” z miesięcznika „Dziś”, obejmującą okres od nr 10/2000 do nr  2/2003, pozostawiam bez zmian, mogę jedynie coś w niej poprawić lub dodać. 
Anonimus

Uwagi, komentarze

Na razie – odkładam. Po prostu – brakuje mi czasu, i muszę lepiej przemyśleć.
Anonimus .    

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Spis treści (wybrane fragmenty od nr 10/2000 do nr 2/2003):

- Igor Timofiejuk: Analiza bezrobocia, 2/2003, str. 60

- Eugeniusz Kośmicki: Ruch antyglobalistyczny, 1/2003, str. 39

- Jan Golec: Przemiany warunków bytowych w Polsce, 12/2002, str. 48

- Marian Dobrosielski:  Symbioza ekologii i ekonomii, 12/2002, str. 55

- Jerzy Krasuski: Bezrobocie jako cecha kapitalizmu, 11/2002, str. 39

- Alfred Mielczarek: Jaki kapitalizm w Polsce, 11/2002, str. 49

- Anna Delick: Polska droga do kapitalizmu, 8/2002, str. 24

- Zdzisław Sadowski: Co ze sprawiedliwością społeczną?, 4/2002, str. 5

- Jan Maltecki: Polnische Wirtschaft, 4/2002, str. 50

- Krzysztof Lubczyński: Depresja, 3/2002, str. 20

- Jerzy Maciąg: Obraz Polski A.D. 2000, 3/2002, str. 30

- Radosław S. Czarnecki: recenzja książki J.Rifkina, „Koniec pracy (Schyłek siły roboczej w świecie i początek ery postrynkowej)”, 3/2002, str.134

- Piotr Klara: Prywatyzacja, czy prywata, 3/2002, str. 137

- Zdzisław Sadowski: Pośród kryzysów, 12/2001, str. 7

- Grzegorz W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze, prognoza rozwoju gospodarczego Polski, cz.2, 12/2001, str. 43

- Władysław Baka: Kusząca propozycja?, 11/2001, str. 5

- Zdzisław Sadowski: Gospodarka i demokracja, 11/2001, str. 7

- Grzegorz W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze, prognoza rozwoju gospodarczego Polski, cz.1, 11/2001, str. 22

- Kazimierz Barcikowski (półka z książkami): Grzegorz Kołodko, „Na skraju globalnej wioski”, 11/2001, str. 129

- Konrad W. Studnicki-Gizbert: Grzechy główne polskich reformatorów, 10/2001, str.31

- Marian Dobrosielski: Unia Europejska a USA, 10/2001, str.37

- Zdzisław Sadowski: Czy będzie nowa polityka gospodarcza, 9/2001, str. 7

- Jerzy Kleer: Jak zapewnić wysokie tempo wzrostu, 9/2001, str. 32

- Władysław Baka: Jakość rządzenia, 8/2001, str. 5

- Zdzisław Sadowski: Gorący lipiec, 8/2001, str. 7

- Jadwiga Błahut: Teoria alienacji a kapitalizm, 8/2001, str. 30

- Radosław S. Czarnecki (półka z książkami): Noam Chomsky,  „Zysk ponad ludzi”, 8/2001, str. 134

- Władysław Baka: Na krawędzi, 7/2001, str. 5

- Zdzisław Sadowski: Zarobki, zdrowie i państwo, 7/2001, str. 6

- Zdzisław Sadowski: Ciągle o polityce pieniężnej, 5/2001, str. 7

- Józef Kaleta: Spór o strategię gospodarczą, 5/2001, str. 26

- Marian Dobrosielski: Nieludzkie koncerny (Naomi Klein: No Logo), 5/2001, str. 33

- Władysław Baka: Silna waluta, 4/2001, str. 6

- Zdzisław Sadowski: Mocna złotówka i słaba przyszłość, 4/2001, str. 8

- Jerzy Hausner: Polityka równości szans, 4/2001, str. 23

- Marek Ross: Sieciokracja, 4/2001, str. 50

- Władysław Baka: Wielkie błędy transformacji, 3/2001, str. 5

- Zdzisław Sadowski: Nie mamy czasu, 3/2001, str. 7

- Eugeniusz Kośmicki: Globalizacja a kwestia społeczna, 3/2001, str. 21

- Alfred Mielczarek: Metarmofoza współczesnego kapitalizmu, 3/2001, str. 40

- Anna Delick: Mitologizowanie małych firm, 3/2001, str. 48

- Jan Maltecki: Szalone krowy, 3/2001, str. 61

- Władysław Baka: Test wrażliwości społecznej , 2/2001, str. 6

- Zdzisław Sadowski: Rozważania na progu stulecia, 2/2001, str. 7

- Marek Tabin: Gospodarka a tło kulturowe, 2/2001, str. 38

- Marek Ross: Problemy „trzeciej drogi”, 10/2000, str. 40

- Marian Dobrosielski: Unia Europejska a Rosja, 10/2000, str. 59

- Jan Golec: Polska a Rosja, 10/2000, str. 66

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Wybrane  fragmenty:

---------------------

Igor Timofiejuk: Analiza bezrobocia, nr 2/2003, str. 60

Bezpowrotnie stracona szansa pracy    Rodzaje bezrobocia przymusowego    Istota i przyczyny bezrobocia    Aktualność Marksa    Sposoby walki z bezrobociem

Bezrobocie spędza  dzisiaj sen z powiek wszystkim bez wyjątku politykom na całym świecie. Wiadomo dlaczego. Dlatego, że coraz większy odsetek ludzi wpada w społeczne upodlenie. Ale dlaczego brakuje pracy? Na to pytanie wszelkiego rodzaju „mędrcy”, niezależnie od tego, czy są na lewicy czy prawicy, odpowiadają na ogół tak samo: winę ponosi współczesny postęp techniczny. Mówi się np., że do zaspokojenia  obecnych potrzeb wystarczy 20 proc. zatrudnionych, którzy są w stanie wytworzyć tyle, że wystarczy dla nich i pozostałych 80 procent. Ale rodzą się zasadnicze pytania: gdzie?, dla kogo?, w jakich krajach?, czy w całym świecie?, itp. Ostatnie pytanie „mędrcy” od ekonomii na ogół zbywają milczeniem. Natomiast mają wiele do powiedzenia we własnych krajach, zwykle rozwiniętych lub przynajmniej nie cierpiących głodu, a więc z dochodem tysięcy dolarów na jednego mieszkańca. Ten typ doświadczeń rodzi ich odpowiedzi, które chcą rozciągnąć na cały świat.  Jakie to doświadczenie i jakie są z niego wyprowadzane racje?

To tzw. strukturalne bezrobocie, czyli bezrobotny musi rodzić bezrobotnego i przy wysokim poziomie technicznym ten proces bezwzględnie będzie postępował. Do kiedy?  Jak długo? I po co? To są pytania podstawowe. Czy można zatem uzyskać na nie odpowiedzi?
...
(...) 
Rozróżnia się bezrobocie dobrowolne, występujące wtedy, gdy przy istniejących stawkach płac ludzie nie podejmują pracy. Przymusowe bezrobocie to liczba tych, którzy są gotowi podjąć pracę przy danych stawkach, jednakże nie mogą pracy znaleźć. 
Rozróżnia się następujące rodzaje bezrobocia przymusowego: frykcyjne, strukturalne i wynikające z braku popytu, zwane keynesowskim lub koniunkturalnym. Bezrobocie frykcyjne, tworzone jest przez osoby o pewnych ułomnościach fizycznych lub psychicznych ...
Bezrobocie strukturalne, to takie, którego źródła tkwią w zmieniających się warunkach w dłuższym czasie, przede wszystkim skutkiem postępu technicznego i cywilizacyjnego, w produkcji i popycie. (...) zanik niektórych branż i gałęzi wytwórczości lub znaczące zmniejszenie na nie popytu.
Bezrobocie koniunkturalne (keynesowskie) powstaje wtedy, gdy popyt globalny zmniejsza się, a płace (dochody) i ceny nie zdążyły się do tego dostosować i przywrócić poprzedni poziom zatrudnienia.

Polską gospodarkę narodową gnębi bezrobocie strukturalne, które pojawiło się w wyniku tzw. transformacji ustrojowej i w jej efekcie niezbędnej restrukturyzacji gałęzi produkcji. Oczywiście, swoją rolę odegrał tu także kapitał zagraniczny oraz błędy popełnione przy prywatyzacji. Rzecz w tym, że jeśli przedsiębiorstwo o określonym profilu produkcyjnym sprzedano kapitałowi zagranicznemu (tzw. inwestorom strategicznym) o tym samym profilu produkcyjnym w kraju macierzystym, to efekt był łatwy do przewidzenia. Kapitał zagraniczny, po wywiązaniu się z umowy zakupu, często doprowadzał do upadku przedsiębiorstwa w Polsce lub znacznie ograniczał ich produkcję. Znany to sposób na pozbycie się konkurenta.

Równie istotne jest bezrobocie keynesowskie, czyli wynikające z braku popytu wewnętrznego i zewnętrznego (ujemny bilans handlowy). Dane statystyczne o zachowaniu się konsumpcji i inwestycji ewidentnie ten fakt potwierdzają. Konkludując, polityka gospodarczo-społeczna musi być nastawiona na zwalczanie przyczyn wywołujących bezrobocie typu strukturalnego i keynesowskiego.

Współczesny postęp techniczny ma w swej istocie wybitnie antyzatrudnieniowy charakter...
Słynny ekonomista, laureat Nagrody Nobla, W.W. Leontief stwierdził kiedyś: „
Człowiek znika ze świata pracy, jak koń z rolnictwa”.

 Historia nie zna kapitalistycznego systemu gospodarowania bez bezrobocia.
W długim istnieniu gospodarki kapitalistycznej praktyka gospodarowania i myśl ekonomiczna wypracowały całą gamę działań, które łagodzą skutki bezrobocia, a zarazem powodują jego redukcję.  Są to powszechnie znane sposoby: w zakresie wymiany zagranicznej pobudzanie eksportu i hamowanie importu, kursy walutowe, operacje otwartego rynku, stopy procentowe, roboty publiczne, zbrojenia itp. To doskonale wypróbowano w ramach gospodarek narodowych. Jednakże w związku z nasilającymi się procesami globalizacji, gdy kapitał traci swój narodowy stempel, na wiele sposobów należy spojrzeć po nowemu. 

Przedstawię kilka metod, które, moim zdaniem, mogą okazać się skuteczne w obecnej sytuacji gospodarczej Polski.
Zacznijmy od rolnictwa. Bez wątpienia nasze rolnictwo jest zacofane w porównaniu z rolnictwem Europy Zachodniej lub Ameryki Północnej. Czy jednak w aktualnych warunkach zacofanie można obrócić w sukces? Sądzę, że jest to w pełni możliwe, a stać się tak może za sprawą tzw. rolnictwa ekologicznego.
...
Oczywiście, i to jest bezsporne, rolnictwo ekologiczne nie może wypełnić całej wiejskiej przestrzeni.
Rozpatrzmy teraz problem emerytur i rent.
...
Jeśli chodzi o rozwiązanie krótkoterminowe, to uważam, że należałoby podnieść emerytury i renty o określoną miesięczną kwotę, np.50 lub 100 złotych. To niewątpliwie wymaga odważnej decyzji polityczno-gospodarczej, szczególnie przy obecnym kryzysie finansów publicznych. Rzecz w tym, że taka operacja może w poważnym stopniu sfinansować się sama. Stanie się tak  za sprawą wzrostu popytu wewnętrznego  (niezbędny warunek wzrostu produkcji), gdyż cala podwyżka dla dominującej części biorców zostanie przeznaczona na zakup dóbr konsumpcyjnych, przede wszystkim żywności. Tak więc operacja ta da znaczący impuls wzrostowi produkcji i zatrudnienia*, i w efekcie uruchomi procesy mnożnikowe. Wzrosną dochody państwa z tytułu VAT, podatków od osób prywatnych i fizycznych, a spadek bezrobocia obniży kwoty przeznaczone w różnych formach na pomoc i zasiłki dla bezrobotnych.*

*  Tak zapewne by się stało, gdyby „biorcy” podwyżek wydali je na  polskie wyroby i w polskiej sieci handlowej.  Jak ich do tego nakłonić?  Jeśli pozostawić wszystko „niewidzialnej ręce rynku”, z tego „impulsu: raczej niewiele wyjdzie, natychmiast wzrost popytu zaplanują i odpowiednio uwzględnią importerzy, supermarkety itp., choć niewątpliwie biorcy emerytur i rent trochę zyskają. Autor, w swoim artykule, wyraźnie to markuje.
Gdyby zarządzanie było u nas sprawniejsze! Jak będzie w ramach Unii Europejskiej?
Anonimus

W skali społecznej (gospodarki narodowej i państwa), należy tymi sposobami działać równolegle, to znaczy rozsądnie redukować i racjonalizować wydatki, i intensywnie poszukiwać i kreować nowe dochody. Inaczej mówiąc, polskiej gospodarce potrzeba więcej keynesizmu, a coraz mniej liberalizmu, czy też neoliberalizmu. Dodam, że propozycja ta wymaga stworzenia przez decydentów ekonomicznych odpowiednich warunków i instrumentów. Mam tu na myśli zmiany w zakresie polityki podatkowej, inwestycji i zatrudnienia, a szczególnie taką strategię, żeby wzrost efektywnego popytu konsumpcyjnego przyniósł korzyści producentom krajowym, a nie importerom dostarczającym miejsca pracy nie w kraju, ale za granicą.

Jest jeszcze inny sposób: skracanie czasu pracy, co praktykowane jest, w różnym nasileniu, w innych krajach (np. we Francji). Problem wielce kontrowersyjny, ponieważ natychmiast pojawia się pytanie: czy przy zachowaniu tych samych płac, czy obniżonych proporcjonalnie do skróconego dnia, czy też tygodnia pracy. Z ekonomicznego, a raczej księgowego punktu widzenia, odpowiedź jest jednoznaczna. Oczywiście, płaca robocza powinna być obniżona... 
Ale w przypadku rosnącej godziwej stawki płac, może ona stać się silnym bodźcem lepszej organizacji, dyscypliny i intensywności pracy, skutkujących wzrostem wydajności. To z kolei obniży jednostkowe koszty produkcji.*

*  Sensowne systemy motywacyjne, nastawione na wykorzystanie i podniesienie wiedzy i kreatywności pracowników, mogą dokonać tu niemal „cudów”, przynajmniej na tle typowej „prozy życia”. Sprawa jest jednak mocno złożona. Cztery główne uwarunkowania:
1)  Pracownicy
muszą być wykwalifikowani i kreatywni.
2)  Zarządzający też muszą być wykwalifikowani i kreatywni.
3) 
Narzędzia ekonomiczne muszą być lepsze.
4) 
Konkurencja i egoizm w firmach muszą być ograniczone na rzecz lojalnej współpracy. 
Jak do tego doprowadzić?
Temat „konkretyzacji” rozwiązań przewija się na wielu moich stronach. Zjawiska są jednak złożone, a opór „materii” bardzo silny.
Anonimus

 
Całość nie jest prostą sumą elementów składowych. Zatem z punktu widzenia gospodarki narodowej i społeczeństwa jako całości, skracanie czasu pracy może wyglądać nieco inaczej. Po pierwsze, społeczny koszt operacji musi być pomniejszony o wydatkowane zasiłki i inne świadczenia dla bezrobotnych. Po drugie, ogólne zwiększenie popytu będzie poważnym impulsem wzrostu produkcji w wyniku poprawy koniunktury. Po trzecie, większy margines czasu wolnego, poza wartością samą w sobie, spowoduje większy popyt na świadczenia usług związanych z zagospodarowaniem czasu wolnego. Po czwarte, zmniejszenie bezrobocia zawsze przynosi korzyści w zakresie ogólnego stanu etyki społeczeństwa, większego bezpieczeństwa, ładu,  porządku itp.
Ta metoda walki z bezrobociem zawsze oczywiście wymaga dokładnego rozważenia i analiz.  Ale zawsze zależy od odwagi poszukiwania niekonwencjonalnych metod i rozwiązań.
----------------- 
Igor Timofiejuk, prof. zwyczajny na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego;
zajmuje się ekonomią, statystyką ekonomiczną i teoretyczną.
-----------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------

Eugeniusz Kośmicki: Ruch antyglobalistyczny, nr 1/2003, str. 39

Początek ruchu    Określenie celów i zadań    Opozycja wobec neoliberalizmu    Potęga koncernów transnarodowych     Problem demokratycznej kontroli

Główne problemy ruchu antyglobalistycznego

Początki ruchu antyglobalistycznego wiążą się z pięciodniowymi wystąpieniami przeciwko spotkaniu Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO) w listopadzie 1999 roku. Miasto Seattle – dotąd znane jako siedziba międzynarodowego koncernu Microsoft Billa Gatesa i symbol współczesnego kapitalizmu, opartego na informatyce i telekomunikacji – stało się tym samym miejscem narodzin ruchu antyglobalistycznego. Po rozpadzie dotychczasowego bloku państw socjalistycznych w latach 1989-1991, szefowie rządów Zachodu oraz wielkich transnarodowych koncernów byli przekonani o ogromnej przewadze, a nawet wyłączności gospodarki rynkowej i zachodniej demokracji nad wszelkimi innymi formami społecznymi. Dał temu wyraz amerykański intelektualista i doradca rządu amerykańskiego, Francis Fukuyama, publikując słynną książkę „Koniec historii”, gdzie kapitalizm wydawał się dominujący w świecie i pozbawiony całkowicie alternatywy. Jednakże już dziesięć lat później (1999 r.) pojawił się szeroki ruch społeczny, kwestionujący dotychczasową neoliberalną globalizację z jej priorytetem „zysków ponad wszystko”. Co więcej, antyglobaliści są przekonani, że inny świat społeczny  jest całkowicie możliwy do urzeczywistnienia. 
...
Współczesne warunki społeczeństwa i gospodarki są zdecydowanie odmienne niż w latach 60. i 70. ubiegłego wieku. Już w latach 90. nastąpiła redukcja keynesowskiego państwa dobrobytu, a świadczenia społeczne i państwowa podaż podstawowych dóbr publicznych zostały potraktowane jako przeszkody w powiększaniu zysków i wzrostu gospodarczego. W 2001 r. nastąpiło załamanie gospodarcze w Stanach Zjednoczonych i jego negatywne oddziaływanie na świat, łącznie z Europą. Wszędzie obecnie występują niestabilności finansowe i nadmiernie rozbudowane moce produkcyjne. Stany Zjednoczone, jako „lokomotywa” światowej gospodarki, znacznie osłabły. Próbują obecnie zwiększyć wewnętrzną koniunkturę gospodarczą poprze rosnące wydatki państwowe (zwłaszcza na zbrojenia), obniżanie podatków i ograniczenia importowe. Jest nawet możliwe, że postępująca w ostatnich dziesięcioleciach nieformalna integracja gospodarki światowej może przerodzić się w fazę dezintegracji. Wskazują na to rosnące wpływy  prawicowego antyglobalizmu, w postaci różnych form nacjonalizmu.

Neoliberalna ofensywa

W latach 50 i 60. dwudziestego wieku, w  „złotym okresie” kapitalizmu, w gospodarce i polityce Zachodu dominowały idee wybitnego ekonomisty, Johna Maynarda Keynesa. Polityka gospodarcza była wtedy pod jego całkowitym wpływem. Jednakże w połowie lat 70. wystąpiły zjawiska inflacji i bezrobocia, a szefowie wielkich koncernów zaczęli poszukiwać nowych źródeł zysków. Stanowiło to pożywkę dla szybkiego rozwoju i zwycięstwa w gospodarce neoliberalizmu.
...
We współczesnej gospodarce nastąpiło wyraźne  wzmocnienie nastawienia na wzrost wartości dla udziałowców.
...
Totalne, wydawałoby się, zwycięstwo neoliberalizmu we wszystkich aspektach życia społecznego i jego ogromny „sukces” doprowadził jednak do narodzin jego „przeciwnika”. Ponawiane wciąż przez neoliberalnych polityków ataki na państwo dobrobytu i warunki życia doprowadziły wkrótce do rozwoju społecznego oporu. Stopniowo narastało przekonanie, że niszczenie środowiska, rosnące ubóstwo i wyzysk krajów Trzeciego Świata mają wspólną przyczynę – neoliberalną globalizację. Już w połowie lat 90. nastąpiło wyraźne przesuniecie się na lewo w świadomości ludności, co przejawiło się w wyborze licznych rządów socjaldemokratycznych i lewicowo-liberalnych. Jednakże dotychczasowa polityka nie zmieniła się, odpowiadając całkowicie interesom wielkich koncernów i reprezentujących je elit politycznych.
...
W latach 90. ubiegłego wieku gospodarka amerykańska wydawała się kwitnąć, jak nigdy przedtem. Wysokie notowania giełdowe firm, rozwój tzw. new economy, opartej na informatyce, wywoływał przekonanie o możliwościach nieograniczonego wzrostu gospodarczego. Jednakże realne płace większości Amerykanów spadły, wprowadzenie elastycznego rynku pracy w USA spowodowało utratę bezpieczeństwa pracy, a wielu ludzi zaczęło pracować w nisko płatnych zawodach (tzw. macjobs) powiększając liczbę tzw. biednych pracujących (working poor).
W tych warunkach doszło w USA do słynnego strajku w UPS, który uchodził jako symbol new economy i elastycznego czasu pracy. Zakończył się zwycięstwem pracowników, którzy otrzymali lepsze płace i pełne etaty. 
...
W krajach Trzeciego Świata programy przystosowań strukturalnych narzucane przez światowe organizacje wywołują sprzeciw ludności. Przykładem takim była m.in. próba prywatyzacji zaopatrzenia w wodę w  Boliwii. Pod wpływem protestów Boliwijczyków transnarodowy koncern Bechtel Corp. musiał odstąpić od swoich planów prywatyzacyjnych. Na przełomie 2001/2002 r. nastąpiło załamanie się gospodarki argentyńskiej i masowa rewolta związana z „reformami” MFW w tym kraju, które doprowadziły ten „spichlerz świata” do ogromnych różnic w osiąganych dochodach.
...
Istotne znaczenie ma w ruchu antyglobalistycznym Światowe Forum Społeczne  w Porto Alegre w Brazylii. W 2001 zgromadziło 12 tys. uczestników a w 2002 r. już 60 tysięcy.  Próbuje się na nim wypracować  alternatywę  wobec współczesnego kapitalizmu, a neoliberalnej TINIE przeciwstawia się hasło: „Inny świat jest całkiem możliwy”.

Międzynarodowy system gospodarczy i finansowy

Współczesny międzynarodowy system gospodarczy i finansowy został w pełni opanowany przez transnarodowe koncerny przemysłowe i finansowe (TNU) i opiera się na wolności: inwestowania; obrotu kapitałem; handlu wszystkimi dobrami i usługami, łącznie z żywymi organizmami i własnością intelektualną. Jak twierdzi S.George: „Transnarodowe przedsiębiorstwa znajdują się  ponad prawem, także wtedy jeśli trwale szkodzą ludziom i środowisku” (s.47). Koncerny uprawiają politykę określaną  współcześnie jako corporate welfare, a więc  domagają się deregulacji i ścisłego ograniczania ingerencji państwa, przy zachowaniu przywilejów podatkowych dla siebie i państwowego poparcia dla badań naukowych. Wielkie korporacje unikają płacenia podatków i domagają się przerzucenia ich na konsumentów i pracobiorców.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat konserwatywne amerykańskie fundacje i komisje ekspertów wydały setki milionów dolarów, aby przekonać całe społeczeństwo amerykańskie, że system społeczny w USA jest dobry i wszelki opór przeciwko niemu jest bezcelowy. Wydaje się jednak, że ideologiczne argumenty tzw. konsensusu waszyngtońskiego są fałszywe, a wprowadzona przez transnarodowe koncerny neoliberalna globalizacja  nie jest żadnym prawem przyrody...  Co więcej, dotychczasowe zwycięstwa  wielkich koncernów wydają się tylko częściowe i są niestabilne, a one same znajdują się często w niepewnej sytuacji gospodarczej. Okazuje się, że w wielu przypadkach pozycja rynkowa koncernów była nawet skutkiem zwyczajnego oszustwa w rachunkowości. Wielkie koncerny nie są wcale zainteresowane wzrostem zatrudnienia czy poprawy stanu środowiska – interesują się tylko wartością rynkową swoich akcji.

Obecnie już 85 proc. ludności świata żyje w krajach, gdzie nierówności społeczne nie zmniejszają się, ale ciągle narastają. 

Globalizacja, jaką obecnie znamy, zaczęła się wraz z upadkiem muru berlińskiego. Odtąd wielkie koncerny  uzyskały faktycznie nieograniczone możliwości dla swojego działania. Odpowiedzią na tę sytuację stał się masowy rozwój obywatelskiego ruchu antyglobalistycznego. Współczesny  ruch antyglobalistyczny ma charakter międzynarodowy i obejmuje związkowców, drobnych rolników i ich organizacje, konsumentów, obrońców środowiska, studentów, organizacje kobiece, bezrobotnych, tubylcze grupy ludności, zwolenników różnych religii.  

Do najważniejszych wyzwań ruchu antyglobalistycznego  należą – według S. George’a – następujące problemy: uczciwy a nie wolny handel; opodatkowanie międzynarodowego kapitału i zniesienie „rajów podatkowych”; wprowadzenie skutecznych ustaw ochrony środowiska, rozpoczynając od środków zapobiegawczych; finansowa i prawna odpowiedzialność przedsiębiorstwa za wszystkie jego działania.

W handlu międzynarodowym potrzeba nadal rozwiniętego systemu uregulowań – muszą być odmienne, niż dotychczasowy system Światowej Organizacji Handlu (WTO). Wykształcenie, zdrowie, kultura, środowisko nie powinny być traktowane jako towary, a bezpieczeństwo żywnościowe powinno mieć priorytet w stosunku do handlu rolnego.

Globalne rynki finansowe powstały jako wynik  prawidłowości ekonomicznych, które rozwinęły się na świecie w efekcie przymusów globalizacji.

Obecna globalizacja wyraża się w konkurencji o lokalizację produkcji.   ...

Gdy wyczerpała się dynamika gospodarcza rozwoju...  Międzynarodowa współpraca ekonomiczna została ograniczona na korzyść  nieograniczonej konkurencji. Liberalizacja międzynarodowego obrotu kapitału stworzyła nie tylko ramy międzynarodowej bezwzględnej konkurencji, ale była ciosem dla dotychczasowej polityki reform.
...  

Deregulacja rynku światowego nie była uwarunkowana naukowo, a wynikała jedynie ze zmiany znaczenia sił politycznych.   ...

Kraje Trzeciego Świata nadal są bardzo atrakcyjnym miejscem dla instytucjonalnych inwewstorów (wspieranych przez MFW i Bank Światowy), zwłaszcza dla kapitału krótkookresowego.   ...

W poszukiwaniu nowych możliwości zysków, międzynarodowe koncerny zajmują się coraz bardziej zasobami  biologicznymi.
...

Kapitał dąży do maksymalnie wysokich zysków w krótkim czasie, nie uwzględniając żadnych innych „wyższych” wartości.  Poszczególne przedsiębiorstwa próbują jednak swój cel maksymalizacji zysków uzyskać przy pomocy możliwie niskich płac.   Taka postawa powoduje ciągły spadek siły nabywczej ludności.  Państwo narodowe tworzyło dotąd elementarne przesłanki  dla akumulacji kapitału. Dotyczyło to dobrej infrastruktury, wykształcenia, czy „spokoju i porządku” dla maksymalizowania zysku. Pojawia się tutaj pytanie: co stanie się z gospodarką, gdy wszystko będzie sprywatyzowane? Czy wtedy MFW i transnarodowe koncerny przejmą rzeczywiste panowanie nad światem?
...
----------------- 
Eugeniusz
Kośmicki, prof. dr hab. w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Rolniczej w Poznaniu,
zajmuje się socjologią ogólną, socjologią wsi i biologią teoretyczną.
-----------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------

Jan Golec: Przemiany warunków bytowych w Polsce, nr 12/2002, str. 48

Sytuacja powojenna    Plan sześcioletni i dekady PRL    Czas „Solidarności”    Warunki współczesne  

W wyniku 2. wojny światowej Polska była najbardziej zniszczonym krajem europejskim. Zniszczenia materialne wyniosły 39 proc. majątku produkcyjnego na ziemiach w granicach 1945 roku. Stan biologiczny społeczeństwa określano wówczas jako krytyczny. Współczynnik śmiertelności w większych miastach w drugim półroczu 1945 r. był dwa razy wyższy, niż przed wojną. Niedożywienie, ciężkie przeżycia, odbiły się na zdrowiu fizycznym i psychicznym narodu. Zwiększyła się znacznie liczba zachorowań na gruźlicę. W 1945 r. tyfus brzuszny i plamisty, czerwonka przybrały rozmiary epidemii. Choroby weneryczne były klęską społeczną – notowano 1,5 mln zarażonych. Nienormalne warunki życia sprzyjały szerzeniu się pijaństwa. Produkcja i handel bimbrem osiągnęły rozmiary nie notowane nawet w czasie okupacji. Spirytus i bimber  stanowiły środek płatniczy, szczególnie w handlu z żołnierzami radzieckimi. Wartość odżywcza pożywienia była przeciętnie niższa od norm fizjologicznych. Braki artykułów pierwszej potrzeby, w części tylko łagodzone przez dostawy UNRRA, zmusiły władze do utrzymania systemu kartkowego.

Bardzo ciężka sytuacja aprowizacyjna utrzymywała się przez cały rok 1945 i pierwsze półrocze 1946 roku.
...
Całkowicie z systemu kartkowego zrezygnowano w 1948 r.
...
Powojennego społeczeństwa polskiego nie należy postrzegać jako w całości niechętnego ZSRR, komunistom i reprezentowanej przez nich władzy. Było ono podzielone, a linie podziałów były bardzo skomplikowane.
...
W latach 1949-1955 realizowano Plan 6-letni.
...
Przełom październikowy 1956 r. wykazał, że w okresie kryzysów władza musiała liczyć się z robotnikami.
...
W 1945 r. dylemat, czy to „wyzwolenie” czy raczej „nowa okupacja”, stawiali jedynie przywódcy antykomunistycznego podziemia, całkowicie oderwani od realnego życia  kraju i sytuacji międzynarodowej.
...      
Początek lat 80. to historia „Solidarności”, która formalnie była związkiem zawodowym, a w rzeczywistości organizacją o charakterze ogólnospołecznym i politycznym.
...
Po odzyskaniu przez Polskę pełnej suwerenności i niepodległości, z dobrodziejstwa demokracji skorzystały głównie elity postsolidarnościowe.
...
Z perspektywy dnia dzisiejszego uświadamiamy sobie ogromny rozziew między nadzieją, jaką społeczeństwo  pokładało w tym ruchu, a rzeczywistością.
...
Skrajnie liberalna polityka gospodarcza prawicowych rządów, nasycona pseudoreformatorską demagogią, doprowadziła kraj do braku perspektyw rozwoju gospodarczego, znacznej utraty suwerenności ekonomicznej oraz zmniejszenia szans poprawy warunków życia ludzi pracy najemnej, rolników, emerytów i rencistów, a szczególnie młodzieży.  
...
Nostalgia za PRL jest ciągle żywa. Przewaga zwolenników uczczenia pamięci Edwarda Gierka (36 proc.) nad stronnikami historycznego przywódcy „Solidarności” Lecha Wałęsy (21 proc.) dowodzi, że wiele osób z sentymentem wspomina tamte czasy. Ludzie oceniają dekadę Gierka znacznie lepiej, niż tzw. III Rzeczpospolitą. Sympatii do Gierka nie są w stanie przesłonić argumenty o dużym zadłużeniu kraju pod jego rządami czy woluntarystycznych decyzjach w zarządzaniu państwem. Obecnym elitom politycznym, żyjącym często ponad stan, warto przypomnieć, że komunistyczni przywódcy żyli bardzo skromnie. Władysław Gomułka palił najtańsze papierosy „Sport”, przez dłuższy czas mieszkał w blokowisku na Saskiej Kępie19.  Polska Ludowa gwarantowała wszystkim obywatelom pracę, szeroki zakres świadczeń socjalnych, bezpłatny dostęp do nauki, oświaty i służby zdrowia. Zaspokajała więc  elementarne potrzeby ludzkie. W tzw. III RP ludzie są wolni, ale jednocześnie duża część naszego społeczeństwa pozbawiona jest środków do korzystania z wolności. 

W manifeście Międzynarodowego Stowarzyszenia Liberałów z 1981 r. stwierdzono, że ideałów liberalizmu, czyli wolności osobistej i tolerancji powszechnej, nie da się osiągnąć w społeczeństwie, w którym istnieją wielkie obszary bezrobocia i nędzy, w którym nie ma troski o ochronę zdrowia, dostęp do wiedzy, kultury itp. Transformacja przeprowadzona według doktryny liberalizmu zmarginalizowała kilka milionów obywateli pozbawiając ich pracy, a dalsze miliony zepchnęła na skraj ubóstwa i nędzy.  Czy zatem należy się dziwić, że bezrobotni, skrzywdzeni i poniżeni, nie mający zapewnionego minimum egzystencji, zwracają się ku przeszłości i z sentymentem wspominają czasy Polski Ludowej. Ostatnie sondaże wskazują , że dodatnie oceny PRL  przeważają nad ujemnymi. Sukcesy wyborcze postkomunistów w wolnych demokratycznych wyborach w krajach Europy Środkowo-Wschodniej nie są przejawem historycznej amnezji, lecz świadomego politycznie wyboru ludzi, którzy chcą budować sprawiedliwą przyszłość  dla wszystkich obywateli, a nie tylko dla swoich. Obraz tzw. III RP jako gospodarczego tygrysa Europy, nawet jeśli funkcjonował w latach 90. w Europie Zachodniej, to jedynie wśród elit.  Ponad dziesięć lat po upadku realnego socjalizmu, Polska jest krajem wciąż nie spełniającym zachodnich standardów na płaszczyźnie społecznej, gospodarczej i politycznej; jest krajem zapóźnionym cywilizacyjnie.
----------------- 
Jan Golec, dr nauk humanistycznych, specjalizuje się  w naukach politycznych, publicysta. 
-----------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------

Marian Dobrosielski: Symbioza ekologii i ekonomii, nr 12/2002, str. 55

Przeciwko amerykańskiemu ideałowi sukcesu   Wołanie o ocalenie planety   Kondycja przyrody i ludzi Etyka ekologiczna Rola organizacji pozarządowych

Lipiec 1962 roku. Camp Sierra, gdzieś w masywie Sierra Nevada. Przeżywam tam cudowny tydzień na spotkaniu młodzieży zorganizowanym przez kwakrów. Jestem jednym z referentów i uczestników dyskusji o poszukiwaniu sensu czy celu życia i skutecznych dróg do wzajemnego zrozumienia i pokoju miedzy ludźmi różnych narodowości, religii, światopoglądów. Takimi są właśnie młodzi i starsi uczestnicy tego spotkania. Nie tylko jednak dyskutujemy. Wędrujemy, czytamy, medytujemy, opowiadamy o naszych krajach i naszych różnorodnych doświadczeniach, gramy w siatkówkę śpiewamy, bawimy się. Warunki życia kwakierskie, czy, jak kto woli, spartańskie. Atmosfera ateńska (peryklejsko-sokratejska). Pogoda idealna. Flora i fauna niezwykle bogata i urzekająca. Życie jest piękne. Pod koniec spotkania, jego główny organizator, Cecil Thomas podarował mi niewielką książeczkę Henry Davida Thoreau:  „Walden”, która wpłynęła w pewnym stopniu na moje poglądy – szczególnie słynny esej o obywatelskim nieposluszeństwie1.

Te szczęśliwe chwile mego pobytu w USA (a było ich sporo) przypomniały mi się z niezwykłą wyrazistością przy lekturze znakomitej, realistycznej i w sumie optymistycznej książki Edwarda O. Wilsona o przyszłości życia na naszej planecie2. Przypomniały mi się dlatego, ponieważ w prologu autor pisze fikcyjny list do Thoreau3, którego uważa za „bratnią duszę”, „Waldenzadzieło sztuki, testament obywatela Concord, który przez pięć pokoleń, nie stracił na aktualności i nadal precyzyjnie określa kondycję człowieka”.

Edmund O. Wilson jest jednym z najwybitniejszych żyjących biologów i ekologów. Studiował biologię w Uniwersytecie Harvarda, z którym związał się od początków swej kariery naukowej i gdzie pracuje do dziś. Jest autorem wielu książek, dwukrotnym laureatem nagrody Pulitzera za „O naturze ludzkiej” (1978) i „Mrówki” (1990), licznych nagród i wyróżnień różnych narodowych i międzynarodowych instytucji naukowych i stowarzyszeń ochrony środowiska naturalnego. Ostatnio opublikował bardzo dobrze przyjętą w różnych krajach książkę  „Konsiliencja – jedność wiedzy”, wydaną również w Polsce. Jeszcze nie przebrzmiały pełne zachwytu nad nią recenzje, gdy wydał omawianą „Przyszłość życia”, chyba najlepszą swą książkę, będącą w pewnym sensie, podobnie jak „Walden”, testamentem dla obecnych i przyszłych pokoleń ludzkości.

„Przyszłość życia” jest przejmującym wołaniem o szybkie i zdecydowane działania dla ocalenia bogatego biologicznego dziedzictwa naszej planety. Wilson opisuje dokładnie i z olbrzymią troską, które skarby naturalnego świata straciliśmy już, które jeszcze stracić możemy na zawsze i wskazuje, co możemy i powinniśmy uczynić teraz, by skarby te i nas samych ocalić. Największą chyba praktyczno-polityczną zasługą tej książki jest wszechstronne, racjonalne, głęboko uzasadnione obalenie hołubionego przez wielu neoliberałów mitu, że radykalna polityka ochrony środowiska jest sprzeczna z polityką wzrostu i rozwoju gospodarczego. Wilson przekonuje, że odpowiednia polityka ekologiczna jest nie tylko warunkiem zdecydowanej poprawy jakości życia, lecz i zapewnienia długoterminowego rozwoju gospodarczego. Na tym wątku skoncentruję się przede wszystkim.

(...)  Przypomina, że Thoreau uzasadniał, iż świat naturalny, z jego fauną i florą, jest naszym naturalnym domem, a ich ochrona jest naszym etycznym obowiązkiem i warunkiem przetrwania ludzkości. Zmuszony jest jednak w zakończeniu swego fikcyjnego listu przekazać  Thoreau i nam wszystkim złe wieści. Świat naturalny znika w bezprecedensowym tempie. Połowa lasów tropikalnych  została już zniweczona. Gatunki roślin i zwierząt giną sto lub więcej razy szybciej, niż przed pojawieniem się człowieka. Prawie połowa istniejących obecnie gatunków może zginąć  jeszcze przed końcem obecnego stulecia. „Sytuacja jest rozpaczliwa – lecz istnieją pozytywne oznaki, że stojące przed nami problemy  mogą być rozwiązane”. W tym celu konieczne jest jednak przestrzeganie nowej, globalnej etyki odpowiedzialności wobec przyrody.

Wilson rozpoczyna właściwą treść swej książki od syntetycznego opisu biosfery.
...
Wilson charakteryzuje aktualną kondycję świata i ludzi.
...
Jego zdaniem wkroczyliśmy w Wiek Środowiska Naturalnego. „Z rozpaczliwej sytuacji, w którą wpędziliśmy się przez niewłaściwe, bezmyślne i uparte używanie osiągnięć nauki i technologii, nauka i technologia w połączeniu z przezornością i moralną odwagą mogą nas z niej wyprowadzić”.
...
Ekonomista koncentruje się na produkcji i konsumpcji. Jego parametry to przede wszystkim produkt krajowy brutto (PKB), bilans handlowy i indeks konkurencyjności. Nasza planeta jest według niego wiecznie płodna, bogata w niewyczerpalne zasoby i ciągle niedostatecznie wykorzystana dla rozwoju gospodarczego. Ekolog z kolei stwierdza, że środki proponowane przez ekonomistę mogłyby być skuteczne, gdyby Ziemia była nieograniczenie wielka i dysponowała ciągle odnawiającymi się zasobami. Oblicza się np., że gdyby obecna liczba ludzi na świecie miała osiągnąć poziom życia i zużycia zasobów naturalnych USA, to trzeba by dodać do naszej Ziemi jeszcze cztery tego typu planety.

Wilson stwierdza, że różnice w podejściu radykalnych ekonomistów i ekologów można przezwyciężyć.
...
Wilson obszernie opisuje związki przyczynowe między liczbą ludności Ziemi a jej wydolnością utrzymania i wyżywienia ludzi. Przypomina, że w 20. wieku liczba ludności świata gwałtownie wzrosła o więcej ludzi, niż wynosiłaby liczba wszystkich ludzi żyjących w ciągu dotychczasowej historii. W 1800 roku było nas około miliarda, w 1900 roku 1,6 miliarda, a w 2000 roku dobrze ponad 6 miliardów. „My i pozostałe gatunki nie możemy pozwolić sobie na drugie takie stulecie”.   
...
Istnieją oznaki uzasadniające umiarkowany optymizm dotyczący wspomnianej liczby ludzi. „Kobiety mające możliwość wyboru i dostęp do środków antykoncepcyjnych, praktykują kontrolę urodzin. Procent tych, które to czynią, różni się ogromnie między poszczególnymi krajami”. 
...
Koniecznym warunkiem możliwości życia 9-10 miliardów ludzi na Ziemi jest m.in. ochrona środowiska naturalnego.
...
Pominę fascynujące, przenikliwe i przerażające opisy Wilsona dotyczące aktualnego stanu naszej biosfery i aktywności „planetarnego mordercy”, jak nazywa się rodzaj ludzki. Wilson pokazuje w sposób konkretny, różnorodny i wszechstronnie uzasadniony, że „Jak dotąd, ludzkość  odgrywa rolę planetarnego mordercy, troszcząc się jedynie o swoje krótkoterminowe przetrwanie...”     
...
Wilson pisze o szansach i zagrożeniach inżynierii genetycznej w dziedzinie rolnictwa. Wskazuje, że w tej sprawie zarówno opinia publiczna jak i oficjalna polityka różnią się w poszczególnych krajach. „Francja i Anglia gwałtownie się jej sprzeciwiają, Chiny zdecydowanie ją popierają, a Brazylia, Indie, Japonia i Stany Zjednoczone podchodzą do niej pozytywnie, lecz ostrożnie”.
...
Koncentracja na rabunkowej eksploatacji naturalnych zasobów Ziemi doprowadziła do dwu skutków ubocznych. Po pierwsze, do stale powiększającego się rozziewu między bogatymi a ubogimi tego świata. Bogaci bogacą się, a biedni ubożeją.  Drugim skutkiem ubocznym jest coraz większe przyspieszenie często nieodwracalnego niszczenia fauny i flory Ziemi. Obydwa zjawiska nawzajem na siebie oddziałują i warunkują się.
...
W debacie ekologicznej przejawiają się dwa skrajne podejścia etyczne. Zwolennicy poglądu „człowiek nade wszystko”, kierują się krótkowzrocznymi, aktualnymi jego potrzebami i uważają, że temu służy dotychczasowy sposób „ujarzmiania” przyrody. Zwolennicy ochrony środowiska także kierują się dobrem człowieka, lecz patrzą nań perspektywicznie.  
...
Według Wilsona rozwój współczesnego kapitalizmu, opowiadającego się dogmatycznie za wzrostem gospodarczym w oparciu o rozwój technologii, nie może być powstrzymany. Jego kierunek może być jednak zmieniony przez przyjęcie imperatywów etyki ekologicznej odpowiedzialności.
...
Główną siłą napędową globalnej ekologii są organizacje pozarządowe (NGO), lokalne i międzynarodowe.
...
Wilson przytacza przykłady działalności międzynarodowych i amerykańskich organizacji pozarządowych na rzecz ochrony środowiska, w których uczestniczy. Wskazuje na olbrzymi wzrost liczby ich członków w ostatniej dekadzie i coraz większą pomysłowość i skuteczność działania. Mimo to, w 2000 roku z potrzebnych 30 miliardów USD dla realizacji globalnej strategii ekologicznej zdołano zebrać jedynie 6 miliardów. Jeśli pomyślimy przez chwilę, że ludzkość wydała w 2001 r. na zbrojenia ponad 800 miliardów USD, a na ochronę środowiska 6 miliardów, czyli ponad 130 razy mniej, to zdamy sobie sprawę, w jak pełnym absurdów świecie żyjemy.

Wilson podkreśla  znaczenie ugrupowań, mylnie nazywanych antyglobalizacyjnymi, protestujących podczas konferencji Światowej Organizacji Handlu, Banku Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowego Forum Gospodarczego. Ich protesty to system wczesnego ostrzegania przed grożącymi katastrofalnymi globalnymi kryzysami. Są głosem tych, którzy czują się wykluczeni z licznych dyskusji, na których podejmuje się tajne decyzje dotyczące życia nas wszystkich. „Ich mądrość jest głębsza niż sugerują to ich śpiewy i tupanie, głębsza od mądrości wielu przywódców, przeciwko którym występują”. Im zawdzięczamy to, że rozwija się publiczna debata dotycząca wielu żywotnych problemów. „A to, że są lewicowi w swojej ideologii, to niech już tak będzie. Ich młodzieńcza energia  terapeutycznie zakłóca spokój i przeciwstawia się nagminnemu cynizmowi konserwatywnego temperamentu”.

W zakończeniu Wilson raz jeszcze podkreśla, że według niego centralny problem nowego wieku to: podnieść standard życia ubogich na całym świecie do przyzwoitego poziomu, przy równoczesnym ocaleniu naturalnego środowiska świata.
---------------
Przypisy
1  Henry
David Thoreau, „Wolden or, Life in the Woods and On the Duty of Civil Disobedience”. Signet Classic Edition. New York 1960.
2  Edward  O. Wilson, „The Future of Life”. Little, Brown. London 2002. pp.230.
3  Thoreau
  (1817-1862) żył, jak wiadomo, przez dwa lata (1845-1847) w zbudowanej przez siebie prymitywnej chacie nad jeziorkiem Walden, niedaleko miasteczka Concord, w Nowej Anglii, z dala od zgiełku świata i ludzi. Wiele tam czytał, pisał, a nade wszystko podziwiał przyrodę i przyjaźnił się ze zwierzętami, ptakami, rybami. Opisał to we wspomnianej, fascynującej książce, „Walden”. Thoreau był zdecydowanym nonkonformistą, przeciwstawiającym się w teorii i praktyce popularnemu wówczas i dziś amerykańskiemu ideałowi osiągania sukcesu (szczególnie materialnego) za niemal wszelką cenę. Obecnie jest uznawany za jednego z wielkich prekursorów ekologii i ruchów ekologicznych na całym świecie. 
---------------

Marian Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
------------------------------------------------------------------------------------------------

 Jerzy Krasuski: Bezrobocie jako cecha kapitalizmu, nr 11/2002, str. 39

Rezerwowa armia pracy   Interwencjonizm państwowy   Przyrost naturalny a miejsca pracy Wypieranie pracy z procesu produkcji Popyt a bezrobocie Prywatyzacja a rynek pracy

Bezrobocie towarzyszyło kapitalizmowi od początku i było dlań korzystne, ponieważ pozwalało utrzymywać płace na niskim poziomie. Przyznać trzeba, że dzięki niskim płacom następuje akumulacja kapitału, czyli wzrost gospodarczy. Gdyby nie było bezrobocia, to utrzymywanie płac na niskim poziomie nie byłoby możliwe, gdyż masy pracujące byłyby w stanie wywalczyć ich wzrost, powodując jednak, tym samym, zahamowanie akumulacji kapitału. Bez przyrostu ludności, choć pociągającego nędzę znacznej jej części, kapitalizm nie mógłby osiągnąć swoich wielkich sukcesów. 

W rezultacie trzeba powiedzieć, że starania o pełne zatrudnienie są w kapitalizmie albo godne politowania i bezskuteczne, albo zgoła obłudne, albo wręcz godzą w prawa przysługujące masom pracującym. Przed 1. wojną światową nikt się bezrobociem nie przejmował. Dawid Ricardo (Anglik, zm. 1883) pisał beznamiętnie  orezerwowej armii pracy” jako nieodzownym warunku funkcjonowania kapitalizmu. Zaniepokojenie pojawiło się w związku z powstaniem ZSRR, a zwłaszcza zaś w związku z wybuchem światowego kryzysu gospodarczego w 1929 r., który zakończył się w istocie dopiero wybuchem 2. wojny światowej. Nie był on – wbrew uporczywej legendzie – wyrazem immanentnej wady kapitalizmu (tego typu kryzys już się nie powtórzył, chociaż komuniści niecierpliwie nań czekali), lecz skutkiem 1. wojny światowej w sensie powszechnego olbrzymiego zadłużenia wobec USA oraz skandalicznych postanowień wersalskiego traktatu pokojowego dotyczących odszkodowań niemieckich (Lenin zgadzał się co do tego z Keynesem, który przewidział katastrofę publikując w 1919 r. książkę „Economic Consequences of the Peace”).

Po 2. wojnie światowej kryzys na taką skalę, jak w latach 1929-1932, ku rozczarowaniu komunistów się nie powtórzył, ponieważ USA z obawy przed ZSRR i komunizmem anulowały długi wojenne, a nawet udzieliły Europie Zachodniej olbrzymiej pomocy (plan Marshalla).*
(* Co wtedy robiła „niewidzialna ręka rynku”? Anonimus).
Równocześnie znoszenie barier handlowych , czyli globalizacja gospodarki (określenie używane od 1997 r.), umożliwiła krajom rozwiniętym, zwłaszcza USA, coraz większy eksport zapobiegając dawniej periodycznej pladze nadprodukcji. Kapitalizm, dążąc do globalizacji gospodarki (co Marks i Engels przewidzieli w „Manifeście komunistycznym” z 1848 r.), uruchamiał swoje proste rezerwy. Nie ziściły się dzięki temu przepowiednie... „udławi się on” swoją produkcją.

Po 2. wojnie światowej nastał okres pełnego zatrudnienia trwający 30 lat, do 1975 roku. Miało to różne przyczyny, spośród których najważniejszą był silny udział państwa w gospodarce, czyli wysoki stopień etatyzmu, w postaci zarówno własności państwowej, jak i różnych form interwencji. Było to, jak mówią Francuzi, trzydzieści świetnych lat (les trente glorieuses années) – lat niespotykanego w dziejach rozwoju produkcji i konsumpcji, wzrostu stopy życiowej, braku bezrobocia, państwowej opieki socjalnej, jaką niegdyś obiecywał zapewnić tylko socjalizm.
Jest czystym absurdem, że gorączkowym w ostatnich latach zabiegom o przeciwdziałaniu bezrobociu towarzyszy od 1990 r. (czyli od załamania się obozu socjalistycznego) likwidacja wszelkich form etatyzmu. Prywatyzacja i deregulacja gospodarki na pewno nie przyczynią się do likwidacji bezrobocia, lecz je zwiększą. 

Jakiego interwencjonizmu pragną kapitaliści

W czystym, modelowym systemie kapitalistycznym wszystkie problemy gospodarcze są regulowane „niewidzialną ręką rynku”. Interwencja państwa jest niepożądana. Jest jednak jeden wyjątek – zbrojenia. Zbrojenia są formą interwencji państwa  mieszczącą się w ramach koncepcji Keynesa (o czym niżej), którą kapitaliści w pełni akceptują. Zakupu uzbrojenia dokonuje bowiem państwo u kapitalistów, nakręcając tym samym koniunkturę i to w dziedzinach bardzo rozległych... Zbrojenia nie wywoływały protestów ze strony ekonomistów, ponieważ leżały w interesie kapitalistów; nakręcały koniunkturę i redukowały bezrobocie...  Światowemu kryzysowi gospodarczemu położyła kres 2. wojna światowa dlatego, że spowodowała  olbrzymie zbrojenia oraz zaciąg ogromnej liczby ludzi do wojska.

Demograficzne przyczyny bezrobocia

Strukturalną i nieusuwalną przyczyną bezrobocia był zawsze postęp techniczny, powodujący zastępowanie pracy ludzkiej przez maszyny i automaty. Drugą przyczyną bezrobocia był przez bardzo długi czas napływ ludności ze wsi do przemysłu...  Do tego dochodził wysoki przyrost naturalny proletariatu zarówno wiejskiego jak i miejskiego. Toteż ostateczne rozwiązanie problemu bezrobocia musiałoby polegać na położeniu kresu odwiecznemu zjawisku przyrastania z roku na rok liczby rąk do pracy. Rozwiązanie to przyjdzie więc dopiero wtedy, gdy na rynku zacznie się pojawiać tylko tyle rąk do pracy, ile z niego odchodzi  albo nawet mniej; innymi słowy, gdy rozpocznie się spadek zaludnienia – zjawisko, które jest pożądane również po to, aby uratować  naturalne środowisko człowieka na Ziemi. Jeśli bowiem przyrost ludności trwać będzie w nieskończoność, to środowisko naturalne ulegnie całkowitemu zniszczeniu.

Prawda ta, choć oczywista, musi wywołać sprzeciw, ponieważ od początku dziejów po dzień dzisiejszy przyrost ludności uważano za korzystny.
 ...
Przedmiotem obowiązkowej drwiny demografów jest pogląd Thomasa Malthusa (zm.1834), odnoszący się (co jest ważne) do Anglii, że ludność przyrasta szybciej niż produkcja żywności. Pastor Malthus próbował zaradzić biedzie wzywając do powściągliwości w rozrodczości. Przemilcza się, że jego prognoza nie sprawdziła się dlatego, że rokrocznie setki tysięcy ludzi z Wysp Brytyjskich emigrowało, dzięki czemu język angielski jest obecnie językiem światowym.

Z Polski ludność odpływa masowo od 120 lat, skazując się na poniewierkę  i często śmierć w opuszczeniu od Boga i ludzi.  Dowiadujemy się tylko o tych, którym się mniej lub bardziej powiodło. Olbrzymi przyrost naturalny w latach 80., latach przecież nędzy, ale w tym również niedoboru środków antykoncepcyjnych , a zarazem latach wzmożonej religijności i patriotyzmu – jest przyczyną narastającego obecnie bezrobocia. Ówczesne hasła religijne i patriotyczne piętnowały komunistów jako tych, którzy dopuszczając aborcję i środki antykoncepcyjne chcą dokończyć dzieła zagłady narodu polskiego, rozpoczętego przez hitlerowców.
...   
Wypieranie pracy ludzkiej jako pułapka

Ważną prawidłowością kapitalizmu jest to, że z upływem czasu, od chwili wynalezienia maszyn włókienniczych i tkackich oraz maszyny parowej w latach 1765-1785, wzrost produkcji był większy, niż wzrost zatrudnienia. Dzięki zaś wspaniałemu rozwojowi informatyki i automatyzacji ogromny rozwój gospodarczy od 1990 r. osiągano już bez wzrostu zatrudnienia.

Niemniej, wypieranie pracy ludzkiej z procesu produkcji jest pułapką. 
... 

Redukcja czasu pracy

Lewica zachodnioeuropejska widzi rozwiązanie problemu bezrobocia w redukcji czasu pracy, ale bez redukcji zarobków. Na to przedsiębiorcy oczywiście się nie godzą.
...

Rentowność gospodarki socjalistycznej

W systemie uspołecznionej gospodarki socjalistycznej problem kosztów pracy był podporządkowany zasadzie pełnego zatrudnienia, ale stąd też wynikała nierentowność przedsiębiorstw, w których występował przerost zatrudnienia.
...

Teoria Keynesa

Olbrzymie rozmiary bezrobocia w latach 30. ubiegłego wieku na tle śmiertelnego zagrożenia kapitalizmu przez komunizm skłoniły Anglika J.M. Keynesa (zm. 1946) do sformułowania w 1936 r. teorii zrywającej z dotychczasową zasadą neutralności państwa wobec gospodarki. Trzeba jednak powiedzieć nagą prawdę, że teorię Keynesa  wyprzedziła praktyka walki z bezrobociem zastosowana przez prezydenta  Franklina D. Roosevelta (1933-1945) w USA, Mussoliniego we Włoszech, Hitlera w Niemczech  i – od 1936 r. – polskiego ministra skarbu, Eugeniusza Kwiatkowskiego. Keynes uważał, że państwo musi interweniować w dwojaki sposób: dokonując inwestycji oraz kształtując stopę dyskontową kredytu w celu popierania inwestycji prywatnych. Wbrew panującemu ówcześnie, i zdawałoby się,  oczywistemu poglądowi, że budżet państwa powinien być zrównoważony, tzn. że wydatki nie mogą przekraczać przychodów, Keynes  wypowiedział się za „wydatkowaniem deficytowym”. Kontrolowana inflacja miała służyć zwiększeniu popytu, a tym samym stać się bodźcem dla produkcji, a więc dla zatrudnienia. Oczywiście inflacja mogła być stosowana tylko dopóty, dopóki siła nabywcza pieniądza w obiegu nie przekroczyła zbytnio istniejącej masy towarowej. W Niemczech hitlerowskich większość „wydatków deficytowych” pochłonęły zbrojenia i inne nieprodukcyjne inwestycje (stadiony sportowe, budowle partyjne, autostrady). W tych warunkach prędzej czy później musiało dojść do spadku wartości pieniądza. Pojawienie się tego zjawiska odwlekano przez kontrolę  cen i płac  w warunkach terroru policyjnego, wkrótce zaś, uzbroiwszy się, rozpoczęto wojnę.

Niemniej „wydatkowanie deficytowe” na cele nieprodukcyjne lub produkcyjne dopiero na długą metę (jak budowane przez Roosevelta elektrownie wodne lub prze Hitlera autostrady) nie było sprzeczne z teorią Keynesa. Odnosiła się ona przecież do gospodarek cierpiących na nadprodukcję, tzn. takich, które aż nadto zapewniały podaż. 

Niestety, koncepcja  walki z bezrobociem przez napędzanie popytu nie ma już obecnie sensu. Wyłuszczono to niemieckiemu ministrowi finansów w pierwszych miesiącach rządów Gerharda Schrödera, Oskarowi Lafontaine. Wobec nieistnienia ochrony celnej ani kontyngentowej w ramach Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej, obejmującej 18 państw (z których 15 tworzy Unię Europejską; trzy pozostałe to: Islandia, Lichtenstein i Norwegia), oraz wobec bardzo nikłej ochrony w ramach Światowej Organizacji Handlu, obejmującej 124 państwa (w tym Polskę), zwiększenie siły nabywczej ludności jednego państwa, nawet jeśli spowoduje pewien wzrost produkcji w tym państwie, wywoła przede wszystkim napływ towarów z innych państw – i to one będą głównymi  beneficjantami tej operacji. Lafontaine nie miał co na to odrzec i zrezygnował ze stanowiska ministra, z przewodnictwa SPD, a nawet z mandatu poselskiego, po czym pogrążył się w milczeniu.   

Należy podkreślić, że keynesowska koncepcja zwalczania bezrobocia przez napędzanie popytu jest sprzeczna z przyrodzoną postawą człowieka. Każdy bowiem uważa, że droga do wzbogacenia się wiedzie przez oszczędność, a więc przez ograniczenie popytu. Przysłowie ludowe mówi, że „oszczędnością i pracą ludy się bogacą”. Nad tą naturalną postawą nie wolno przechodzić do porządku dziennego.  Tymczasem Keynes uważał, że nadmierne oszczędzanie jest przyczyną recesji i kryzysu.  Za słuszne jednak należy uznać jego postulat, aby nie pozostawiać kwestii poziomu stopy dyskontowej w rozporządzeniu banków prywatnych, lecz poddać ją kontroli państwa. W warunkach  prosperity powinno ono podwyższać stopę dyskontową, w warunkach zaś recesji, obniżać ją.

Wbrew przyrodzonej skłonności człowieka do ograniczania swoich wydatków (choćby w postaci prób kupowania towarów za cenę raczej niższą, niż wyższą), nieustanną troską ekonomistów kapitalistycznych jest nakłanianie ludzi do większej konsumpcji. Większa konsumpcja pociąga bowiem większą produkcję, a tym samym zwiększa zysk przedsiębiorców. Tymczasem, z punktu widzenia zdrowego rozsądku i skłonności przyrodzonych, są to nawoływania niemądre. Kto kupi nowy telewizor, jeśli dotychczas posiadany działa bez zarzutu? Zdaniem jednak ekonomistów, powinno się mimo to kupić nowy telewizor, ponieważ w ten sposób „nakręcałoby się koniunkturę”.   

Manipulowanie kursem waluty

Pośrednio z keynesizmu wynika stosowana głównie po 2. wojnie światowej polityka manipulowania kursem wymiennym walut.  Z chwilą ostatecznego zniesienia ceł i kontyngentów w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej  (1 lipca 1968 r.), a w ramach prawie całej kapitalistycznej Europy (EWG i EFTA, 1 lipca 1977 r.), ustalanie kursu waluty w stosunku do innych stało się ostatnim narzędziem rządów regulowania handlu zagranicznego. Spekulanci giełdowi wnet zdali sobie z tego sprawę. Niestety od tamtego czasu, czyli od ponad 30 lat, rządy ulegają złudzeniu – mimo iż doświadczenie historyczne zadaje mu kłam -  że aprecjacja ( wzrost wartości)  waluty utrudnia eksport i raz po raz uciekają się do dewaluacji (obniżenia wartości) wymiennej waluty. Prawdą jest, że przez pewien czas eksport z kraju z walutą zdewaluowaną  jest tańszy, czyli łatwiejszy  (choć na jednostkę towaru eksportowanego przynosi zysk mniejszy), eksport zaś z kraju z walutą zrewaluowaną  jest droższy, czyli trudniejszy (choć na jednostkę towaru eksportowanego przynosi zysk większy). Wkrótce jednak te zyski i straty zostają wyrównane przez wzrost, względnie spadek kosztów importu. Koszty importu paliw, surowców i półfabrykatów mają bowiem wpływ na kształtowanie kosztów produkcji, czyli pośrednio na cenę towarów eksportowanych. W ogólnym zatem rozrachunku, po upływie trzech do sześciu miesięcy, sytuacja w eksporcie wraca do stanu sprzed dewaluacji względnie rewaluacji, natomiast trwałym skutkiem pozostaje obniżenie względnie podwyższenie wartości pieniądza, a tym samym stopy życiowej.

Zarówno w Polsce jak i na Zachodzie dyskusje wokół kursu waluty dotyczą (ze względów propagandowych)  wyłącznie eksportu, na który jego wpływ, jak powiedziano, jest minimalny.   Przemilcza się natomiast  wpływ na import. Tymczasem wysoce wartościowa waluta jest majątkiem.    Nikt chętnie majątku się nie pozbywa. Każde państwo chciałoby utrzymać kurs swojej waluty na wysokim poziomie, gdyby mogło. Wartościowa waluta umożliwia bowiem obfity import i wzbogacenie nim swojego rynku.

Ujemnym skutkiem wysokiego kursu waluty jest tylko zachęta do turystyki zagranicznej, która jest równoznaczna z wywozem dóbr wytworzonych w kraju i pozostawianiem ich zagranicą. Natomiast dla silnie zadłużonego kraju wysoki kurs waluty jest korzystny, ponieważ spłacane długi są tym samym tańsze.

Jeśli jednak wysoki kurs waluty jest tylko skutkiem wysokiej stopy dyskontowej, a nie siły gospodarczej państwa, to sprawa ma się inaczej. Wysoka stopa dyskontowa utrudnia bowiem zaciąganie kredytu tłumiąc tym samym inwestycje. Deprecjacja (spadek wartości) waluty lub jej dewaluacja (obniżenie wartości) jest klęską,  ponieważ utrudnia zakup towarów zagranicznych. Dziwne, że się o tym nie mówi.  

Teoria Keynesa jest nadal aktualna zachęcając do ingerencji państwa w gospodarkę i do państwowych inwestycji.
... 

(...) Czy rzeczywiście chcemy zlikwidować bezrobocie? Po upadku komunizmu ekonomiści zachodni mierzyli w pierwszej fazie postępy przekształceń społeczno-gospodarczych (transformacji) pozytywnie przez nich ocenianymi rozmiarami bezrobocia . Potem zaczęło to być już niebezpieczne. Badania opinii publicznej we wszystkich krajach potwierdzają to, co słyszało się tysiąc razy przed wojną: że kto chce naprawdę pracować, ten pracuje. Syty bowiem głodnego nigdy nie zrozumie. W czasach komunistycznych panowało przekonanie, że przyczyną ówczesnych trudności był brak bezrobocia, powodujący niską wydajność pracy. „Ludzie muszą pracę szanować – słyszało się – nie będzie dobrze, dopóki nie będzie bezrobocia i dopóki gospodarka nie zostanie sprywatyzowana”. Bezrobocie miało dotknąć nierobów, bumelantów, pijaków, „urodzonych w niedziele” i mających dwie lewe ręce. Natomiast nikomu z nas nie miało zagrozić. Tymczasem dotknęło milionów ludzi.   

 -----------------
Jerzy Krasuski , prof. zwyczajny dr hab. w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu; zajmuje się naukami historycznymi i historią najnowszą.
-----------------------
Uwagi
Popularne powiedzenie z lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych :
Gdyby zarobki i zaopatrzenie były takie jak na Zachodzie, a ceny takie jak w Polsce, to by dopiero się żyło!”.
W „realnym socjalizmie” nie tylko nie było bezrobocia, ale występował ciągły niedobór „rąk do pracy”.  Zmartwieniem władzy było, „nie jak zapewnić pełne zatrudnienie”, ale „jak zapewnić wzrost produkcji, żeby dla wszystkich starczyło.”
Trochę więcej uwag dodam po pełniejszym zaprezentowaniu treści prezentowanego artykułu, a jeszcze więcej -  po pełniejszym uzupełnieniu i rozbudowie całości prezentowanej literatury.
 
Jeszcze raz przepraszam, że wybrałem taki, niedogodny dla  Czytelnika, system ciągłego, stopniowego uzupełniania i poprawiania, zamiast od razu wszystko porządnie dopracować i dopiero publikować: po prostu „czas ucieka, życie nie czeka”, swoją publikację internetową traktuję tylko sygnalnie i o wiele bardziej zależy mi na rozwiązywaniu i wyprzedzaniu problemów, niż na jej powodzeniu.   
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------

Alfred Mielczarek: Jaki kapitalizm w Polsce, nr 11/2002, str. 49

Cichy głos większości •  Kwestia proporcji własnościowych a suwerenność państwa • Wady współczesnego kapitalizmu • Zła polityka informacyjna Unii Europejskiej • Potrzeba określenia „polskiej drogi”

Wbrew wielu oświadczeniom „pogromców komuny” w Polsce, nikt nie spodziewał się ani rychłego upadku „realnego socjalizmu”, ani też takich skutków transformacji, jakie nastąpiły. Elity, odpowiedzialne za rozwój Polski po 4 czerwca 1989 r., ciągle są dalekie od spojrzenia prawdzie w oczy, głoszą,  że trudności są ceną za budowanie, podobno zresztą oczekiwanego, kapitalizmu. Natomiast większość społeczeństwa, zdziwiona rzeczywistą ofertą nowego ustroju, zaczyna wyzwalać się z narzuconej iluzji i w sposób nieco spóźniony usiłuje jednak dociec realnych podstaw przemian. 

Rzadko się zdarza, żeby interpretacje rzeczywistości społecznej tak bardzo różniły się od siebie, jak obecnie. Słabo uwzględniany jest znaczący, chociaż „cichy”, głos większości. Krzysztof Teodor Teoplitz, powołując się na wyniki sondażu TNS OBOP-u, dotyczącego stosunku Polaków do prywatyzacji (ogłoszone w czerwcu 2002) pisał:  „Okazało się, że 87 proc. ankietowanych uważa, iż gospodarka nasza wyszła na prywatyzacji źle, a tylko 6 proc. sądzi, że dobrze. Jest to z grubsza stosunek ilościowy rzeczywistych beneficjentów prywatyzacji do tych, którzy wyszli na niej kiepsko.  Zapytani czy prywatyzację uważają  za «grabież»,  «wyprzedaż» majątku narodowego, czy też po prostu jego «sprzedaż», 41 proc. ankietowanych opowiedziało się za  «grabieżą» , 33 proc. nazwało to delikatniej «wyprzedażą», za  «sprzedażą»  zaś było 18 proc. 
78 proc. Polaków uważa, że na przestrzeni  13 lat sprzedano za dużo majątku narodowego, a tylko 3 proc. sądzi, że jeszcze za mało. W rezultacie tego aż 69 proc. ankietowanych sądzi, że korzystna byłaby renacjonalizacja części sprzedanego majątku, tak jak to się stało ze Stocznią Szczecińską”1.

Autorzy prywatyzacji wcale jednak nie są skorzy do weryfikacji swoich poglądów, choćby post factum i podjęcia – jak przystało na demokrację – dyskusji z narodem.
„Najinteligentniejszy z polityków liberalnych – jak dalej pisze Teoplitz – p. Janusz Lewandowski, ów fatalny dla prywatyzacji wynik przypisuje złej, a właściwie żadnej kampanii medialnej po stronie prywatyzacji i zaleca przystąpienie do kontrofensywy, która wytłumaczyłaby narodowi korzyści, jakie osiągnął on w procesie prywatyzacji majątku narodowego”.
Według Lewandowskiego, faktycznie nie istnieje zatem wola narodu, nie mówiąc już o świadomości narodu, lecz jedynie sprawność propagandowa środków masowego przekazu, skądinąd nieomylnych w wytłumaczeniu zwykłemu obywatelowi korzyści płynących z prywatyzacji i to nawet takich, których on nie odczuwa, a podobno ma.  A przecież propaganda prywatyzacyjna uprawiana przez środki przekazu rozmija się z opinią  87 proc. ankietowanych Polaków.

Bez przesady można powiedzieć, że żadna z dotychczasowych doktryn ekonomicznych w Polsce tak nie zawiodła, jak ta, którą po 4 czerwca 1989 r. głosili i realizowali  tzw. liberałowie. Takiego zachwiania świadomości społecznej nikt dotychczas jeszcze nie spowodował. Prawdopodobnie tylko wyjątkowe okoliczności mogły sprawić, że spora część Polaków uwierzyła w ideę bogacenia się poprzez błyskawiczną wyprzedaż majątku narodowego po zaniżonych cenach, nie mówiąc już o takich metodach tej „wyprzedaży”, które dzisiaj nazywa się grabieżą.

Świadomość  narodu polskiego późno, bo późno, ale jednak uchwyciła istotę sytuacji.
...
Niestety, polscy liberalni ekonomiści zaczęli budować swe koncepcje właśnie w oderwaniu od myślenia perspektywicznego. Na domiar złego, obecnie rządząca lewica, chcąc nie chcąc, zaczęła prowadzić  podobną politykę. Z doniesień prasowych wynika, iż minister Wiesław Kaczmarek zapowiedział kontynuowanie prywatyzacji do 2005 r., kiedy to własność państwowa ma wynieść nie więcej, niż 15 procent. Z opublikowanego w czerwcu 2002 r. raportu Ministerstwa Skarbu Państwa  wynika, że w 2006 r., kiedy zostaną zakończone przekształcenia własnościowe, udział własności publicznej zmniejszy się w Polsce  do 10-15  proc. i będzie odpowiadał strukturze własnościowej  krajów Unii Europejskiej.

Gdy idzie o wstępowanie państw-kandydatów do UE, to co chwila pojawiają się zaskakujące doniesienia, dotyczące przecież nader ważnych spraw. Na przykład,  struktura własności państwa przyjmowanego do UE powinna być rozpatrywana na początku pertraktacji ...

Na zasadzie dygresji powiem, że latem br. wielu Polaków w kraju i zagranicą zostało zaalarmowanych wiadomością, ogłoszoną przez jedną z polskich radiostacji, że wraz ze zmianą stosunków własnościowych, m.in. wszystkie budynki mieszkalne (bloki), wybudowane na gruntach dawniej prywatnych, przechodzą na rzecz właścicieli tych gruntów. Innymi słowy,  w Warszawie można by na tej podstawie zabrać prawo własności  wszystkim lokatorom, którzy swe mieszkania wykupili. Oczywiście po takiej wiadomości niejeden uczestnik przyszłego referendum przestał być  eurooptymistą.  

To skandal, że milczy w takich sprawach specjalny minister rządu d/s  informacji o UE. Wstyd powiedzieć, ale na dobrą sprawę trzeba by wręcz zacząć od początku i najpierw, choćby w ogromnym skrócie, wyjaśnić ewolucję ekonomiczną dotychczasowych państw narodowych UE. Widać ją zresztą wyraźnie, gdy bada się stosunek własności  państwowej do kapitałowej, mając na myśli udział kapitału narodowego i obcego. „W bogatych krajach kapitalistycznych – stwierdził Kazimierz Poznański – udział obcych inwestorów jest bardzo niski, zwłaszcza w bankowości. Ten udział jest szczególnie niski w bankowości Niemiec i Austrii, wynosi on poniżej 5 proc. całości do kapitałów własnych. A to właśnie te banki zdołały przejąć większość sektora finansowego Węgier i Polski. Tak więc przynajmniej te dwa postkomunistyczne kraje wykupywane są nie przez kapitał  «beznarodowy», ale przez kapitał ciągle jak najbardziej «narodowy»2.

 Dlatego też  dziwi w tej kwestii stanowisko polskich autorów transformacji, i to ze szczebla naczelnego. Prezydent  Aleksander Kwaśniewski uważa nawet, że „w sferze gospodarki  (obecna) Polska może służyć jako wzór. Zaledwie 12 lat  temu 70 procent produktu krajowego brutto pochodziło z sektora państwowego. Dziś ponad 70 procent wypracowuje sektor prywatny3.  Prezydent przyjmuje więc za wzór takie kryteria stosunków własnościowych, jakby w Polsce była przewaga kapitału narodowego, a nie obcego, nie mówiąc już o utożsamianiu kapitalistycznej struktury własnościowej ze wzorami uniwersalnymi, mającymi również być nader przydatnymi dla krajów postsocjalistycznych. Swoją drogą, zdecydowani zwolennicy systemu kapitalistycznego  chyba akurat teraz będą musieli się niemało natrudzić, żeby udowodnić jego uniwersalizm. Powracając do próby analizy ewolucji ekonomicznej państw narodowych, klarownym przykładem, właściwie nie zauważonym, są Niemcy. Państwo niemieckie, począwszy od czasów Bismarcka, nigdy bowiem nie zrezygnowało z  aktywnej  roli w  gospodarce, którą w naszych czasach nazywa się interwencjonizmem państwowym, daleko zresztą wychodzącym poza sam udział państwa w ogólnym systemie własnościowym.

W kontekście niemieckiej tradycji państwowej, warto zastanowić się  nad stosunkiem Polaków do własności wspólnej.
...
Fakt, że kryzys patriotyzmu zbiegł się z ideologicznym i moralnym kryzysem postaw Polaków, najwyraźniej było widać podczas zmian orientacji politycznych.
...
(...) 
Warto zrozumieć fakt,  że kraje wchodzące zbyt późno w system kapitalistyczny, mają trudności nie tylko dlatego, że nie nadążają za współczesnym, dynamicznym kapitalizmem, ale również dlatego, że sam wzorzec zmienił się niekorzystnie.
...   
(...)  Patrząc zatem realnie, samobójcze byłoby założenie, że wraz z wejściem Polski do UE nastąpi przełom i wyręczy się Polaków z zadania uporządkowania państwa i kraju, co przede wszystkim miałoby zapewnić narodowi polskiemu wyraźne perspektywy rozwojowe. Zmęczony Polak musi jednak dopuścić  do swej świadomości myśl, że nawet „dobry” Zachód nie zwolni go od troski o dalszy los własnego kraju i państwa. Innymi słowy, biorąc pod uwagę zarówno historycznie ukształtowaną  swoistość gospodarczą Polski, jak też rzeczywiste cechy współczesnego kapitalizmu, polska droga rozwojowa wymaga oryginalnych, własnych rozwiązań. I chyba w  wypracowaniu koncepcji takiej drogi tkwi bodajże ostatnia nasza szansa na podmiotowe, nie przedmiotowe, traktowanie naszego kraju w przyszłości.  

Przypisy
1  Krzysztof
Teodor Teoplitz, „Lepiej późno niż wcale”, „Przegląd” 17.06.2002.
2  Kazimierz Poznański, „Handlarze «złomem»”, Trybuna, 26 – 28 .02.2000.  
3 „The New York Times”, „Solidarność z Ameryką”, 17.07.2002. (Cyt. za: „Forum”, 22.07.2002.) 
--
----------
Alfred Mielczarek, dziennikarz (pracował w Naczelnej Redakcji Programów Oświatowych TVP), reżyser i scenarzysta filmowy, publicysta.

------------------------------------------------------------------------------------------------

Anna Delick: Polska droga do kapitalizmu, nr 8/2002, str. 24

Obrona człowieka w kapitalizmie •  Milczenie elit •  Stereotypy inteligentów •  Degradacje społeczne •  Cywilizacyjne opóźnienie Polski

 „Lansowanie powrotu do kapitalizmu w Polsce wydaje mi się kompletnym nonsensem. Skąd ma się wziąć wielki kapitał i kapitaliści?”
(Z listu Jana Nowaka-Jeziorańskiego do Jerzego Giedroycia1).
-------
1 List z 23.08.1987 r. (w:) Jan Nowak-Jeziorański, Giedroyc, „Listy 1952 – 1998. Towarzystwo Przyjaciół Ossolineum, Wrocław 2001.

W dawnym Berlinie Wschodnim, na ulicy, która pól wieku temu nazywała się Stalinalle, znajduje się dziwny punkt handlowy – skrzyżowanie księgarni ze sklepem z pamiątkami. Wszystkie sprzedawane tam artykuły, od książek do zapalniczek i od słodyczy do filmów video, mają coś wspólnego z dawną NRD. Z zachodniej perspektywy, przejawy nostalgii za czasami najbardziej dogmatycznej, a jednocześnie ponurej dyktatury tzw. realnego socjalizmu, są niezrozumiałe. A jednak różne objawy tego dziwnego sentymentu zaobserwowane zostały przez licznych dziennikarzy i zwykłych turystów. Z jednej ze szwedzkich gazet2 dowiedziałam się nawet, że w Magdeburgu ponownie uruchomiono produkcje kawy „Rondo”, która odniosła wielki sukces rynkowy. Informacja ta musi szokować każdego, kto pamięta, że wschodnioniemiecka kawa słynęła z ohydnego smaku wygotowanej ścierki. (…)  Już sam fakt, że na rynku znajdują się produkty z czasów Honeckera, musi dawać sporo do myślenia. Gdy stałam na berlińskiej ulicy, oglądając na wystawie czekoladki z wizerunkami Marksa i Engelsa oraz grę „Stalinalle – ein Spiel auf Ehre und Gewissen”, przypomniały mi się nagle „Jacka Kuronia pytania o Polskę”3.
-------
2
Dagens Nyheter”, 10.05. 2002.
3 
Mieczys
ław F.Rakowski, „Jacka Kuronia pytania o Polskę”, (w): „Przegląd, 8.01.2002. 

Korzyść oddalenia
Jeden z najważniejszych „ojców-założycieli” polskiej opozycji demokratycznej, Jacek Kuroń zaproponował w swoim głośnym artykule4 powołanie Obywatelskiego Ruchu Obrony Człowieka, potrzebnego – jego zdaniem – w kraju „wilczego kapitalizmu”, w którym „większość społeczeństwa jest życiowo dyskryminowana”. Wydawałoby się, że apel osobistości przecież wybitnej i historycznej, wywoła jakiś odzew jego kolegów z dawnej opozycji – z pokolenia 68, z KOR-u, z SKSów czy wreszcie z „Solidarności”. Tymczasem nie odezwał się nikt z polityków III RP i architektów tzw. transformacji. Tak zwane elity posłużyły się wobec Jacka Kuronia niezawodną bronią - milczeniem. Jedynym chyba byłym politykiem – i to z przeciwnego obozu – który zabrał głos , żądając jakiejś odpowiedzi od dawnych tuzów Unii Wolności, był Mieczysław F. Rakowski.
Od wielu lat mam przywilej oglądania sytuacji w Polsce z korzystnej perspektywy innego kraju. Szwedzi, żyjący z eksportu, a więc bardzo wyczuleni na konteksty międzykulturowe, mają świetny idiom hemmablind, który na inne języki tłumaczony może być tylko w sposób opisowy5 i mało adekwatny. Jego sens wyraża przekonanie, że członek danej kultury za oczywiste i „naturalne” traktuje wiele jej cech, które obserwatorowi z zewnątrz wydają się wysoce osobliwe. Nie tylko w ewangelicznej przypowieści trudno jest dostrzec belkę we własnym oku. Z mojej, od dziecka dwu-, a dziś – trójkulturowej perspektywy muszę też patrzeć na dwugłos Kuroń-Rakowski.
Otóż dla obserwatora z oddali nie jest przypadkiem, że na artykuł Kuronia odpowiedział właśnie Rakowski, gdyż – niezależnie od wszelkich różnic biograficznych – ci dwaj politycy mają jedną wspólną, a bardzo w Polsce niemodną, cechę: wiarę w możliwość urzeczywistnienia ideału elementarnej sprawiedliwości społecznej. I chyba właśnie wierność temu ideałowi spowodowała, że w gruncie rzeczy żaden z nich nie zrobił w Polsce wielkiej kariery politycznej. M.F. Rakowski – jako twórca najlepszego tygodnika „w obozie” – miał wprawdzie przez lata wielki wpływ na kształtowanie poglądów polskiej inteligencji, ale przez aparatczyków PZPR nieustannie podejrzewany był o odchylenie socjaldemokratyczne i na szczyty władzy dostał się dopiero w ostatniej, schyłkowej fazie PRL. Choć we wspomnianym artykule Kuroń sam określa się jako polityk bardzo znaczący w ciągu pierwszych dziesięciu lat pełnej suwerenności, możemy w to wątpić. Gdy na posiedzeniu OKP rzucił hasło „ich prezydent – nasz rząd” (powtórzone w dwa dni później w głośnym artykule Adama Michnika „Wasz prezydent, nasz premier”), spotkałam koleżankę ze studiów, młodą  Niemkę, zawodowo przyglądającą się Europie Wschodniej dla potrzeb najsilniejszego kapitałowo w całym Norden holdingu finansowego. Na moją uwagę, iż być może Kuroń zostanie szefem rządu, wzruszyła tylko ramionami, mówiąc: „Wałęsa musi uzgodnić to z Glempem. A więc premierem na pewno nie zostanie ani Kuroń, ani Geremek”. I rzeczywiście, Kuroń, który w okresie KORu był dla Zachodu wręcz personifikacją polskiej opozycji i którego słowa największe agencje prasowe cytowały jako wyrocznię, otrzymał w III RP ministerstwo uznane za boczny tor, służące głównie do łagodzenia nastrojów i bynajmniej nie on decydował o formie transformacji.
W jednym ze swych artykułów dla „Dziś” wspominałam głośną książkę  „The Silent Takeower”6, której autorka jest często (choć niezbyt słusznie) uznawana za brytyjski odpowiednik sławnej Naomi Klein7. W rzeczywistości obie panie swoją krytykę prowadzą z różnych pozycji. Klein jest przede wszystkim świetną dziennikarką i interesuje się bardziej tym, w jaki sposób ponadnarodowe koncerny degradują ludzi w ich człowieczeństwie. Noreena Hertz jest ekonomistką i zajmuje się tym, co neoliberalizm czyni z demokratycznym państwem. Hertz bardziej wierzy w demokrację niż w rynek i w oparciu o swoje kwalifikacje – studia na elitarnej uczelni w USA, później doktorat w Cambridge i praca dla Banku Światowego w Rosji – dokonuje krytyki globalnego kapitalizmu niejako od wewnątrz. Jest też oczywiście świadoma faktu, iż konsekwentne stosowanie neoliberalnych recept musi nieuchronnie niszczyć tzw. społeczeństwo otwarte i demokratyczne państwo prawa. Myśl ta – nie będąca zresztą specjalną nowością8 – jest też z pewnością bliska i Kuroniowi, i Rakowskiemu, co czyni ich sympatycznie egzotycznymi ptakami w polskiej menażerii politycznej. Jednak z ich artykułami nie do końca można się zgodzić.
-------
4
„Gazeta Wyborcza”, 16.12. 2001.
5 
Blind to defects In one’s home; blind für die eigene Umgebung etc.
6 Noreena Hertz, „The Silent Takeover: Global Capitalism  and the Death of Demokracy“. William Heineman, London 2001.
7 
Książka Naomi  Klein, „No logo” omówiona była obszernie w „Dziś” 2001 nr 5.

8 Już Karl Polanyi, którego “The Great Transformation” (1944) nadal jest lekturą   na ekonomicznych kierunkach szwedzkich uczelni, uważał, iż utopijna wiara liberalizmu w samoregulującą moc rynku prowadzi do katastrofy.

…jak na Zachodzie
Dziwię się, że Rakowski miał nadzieję, iż opozycyjna „elita przedstawi narodowi własny, polski, oryginalny pomysł budowy ustroju społecznego…”. Ostatecznie MFR powinien był wiedzieć, że w ówczesnej opozycji nikt nie zajmował się kształtem przyszłego ustroju. Owszem, jeden Jerzy Gedroyc postulował powołanie różnych zespołów problemowych (było nawet na to  dość pieniędzy z sum, które Zachód dawał opozycji), ale postulatu tego nikt nie chciał słuchać, mówiono wręcz, że „Stary zwariował”. Taka nonszalancja występuje często w ruchach rewolucyjnych, przecież bolszewicy też uważali , że wpierw trzeba dokonać przewrotu, a potem się zastanawiać. Podobnie polscy opozycjoniści byli przekonani, że wpierw trzeba „obalić komunę”, a potem się zobaczy. Wierzyli też głęboko, że dostaną z Zachodu mnóstwo pieniędzy (nowy plan Marshalla), niejako w nagrodę za ucięcie głów czerwonej hydrze. Gwoli sprawiedliwości należy nadmienić, że właśnie Kuroń zdawał sobie sprawę - przynajmniej post factum – że ta atrofia koncepcyjna jego obozu jest faktem nieco wstydliwym. Tłumaczył to jednak w ten sposób, że „program rządzenia i kadry może mieć opozycja przygotowane tylko wtedy, gdy jest w parlamencie”9. Ze strony Kuronia był to jednak tylko zgrabny unik, gdyż czym innym jest kształcenie kadr  czy program konkretnego rządu, a czym innym studia nad modelem ustrojowym.  Ostatecznie istnieją różne wersje kapitalizmu i nawet najbardziej zbliżone do siebie modele, nadreński i szwedzki, różnią się od siebie rozwiązaniami.
Jacek Kuroń jest jednak wyjątkowym talentem politycznym. Większość jego kolegów w ogóle sobie takich pytań nie stawiała, rozumując według szablonu: po co się w ogóle zastanawiać, skoro ma być tak, jak na Zachodzie, a jak tam jest, to wszyscy wiedzą; po prostu raj, każdy ma willę z ogrodem, daczę i jacht, a w garażu dwa mercedesy.
Piotr Kuncewicz,  w nawiązaniu do dwugłosu Kuroń-Rakowski, napisał: „ani przywódcy «posierpniowi», ani zresztą my wszyscy nie znaliśmy Zachodu”10. Szczerość to godna pochwały. Sama przecież pamiętam, jak przebywający na placówce w Sztokholmie Tomasz Jastrun dziwił się, że w rankingach najbogatszych Szwedów nie ma imigrantów czy pisał, że szwedzcy robotnicy o twarzach inteligentów wsiadają po pracy do mercedesów i jadą do swoich domów. Szwedzcy robotnicy nie jeżdżą naturalnie mercedesami, ale fizjonomiczna obserwacja Jastruna była prawdziwa. Ciekawa naturalnie byłaby odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że szwedzcy robotnicy polskich inteligentów przypominają nie tylko z twarzy, ale także z ogólnego poziomu intelektualnego – choć z reguły lepiej mówią po angielsku – ale na przestudiowanie tego problemu nasz dyplomata-publicysta nie miał czasu.
Czesław Miłosz zarzucał Stefanowi Kisielewskiemu nieznajomość Zachodu: „Chociaż dużo podróżował i czytał (…) zawsze pozostawał na zewnątrz życia krajów zachodnich, nie próbując wczuć się w ich specyficzne problemy” 11. Nader trafna to konstatacja, gdyż popularny Kisiel był wręcz archetypem polskiego inteligenta. Choć z lubością pisywał na tematy ekonomiczne , jego wiedza o gospodarce nowoczesnego kapitalizmu była bardzo powierzchowna. Cechował go też bezrefleksyjny, wręcz instynktowny proamerykanizm i zupełna obojętność na nędzę Trzeciego Świata oraz ubóstwo różnych grup na bogatym Zachodzie. Kisiel wiedział oczywiście, że w kapitalistycznym raju nie dla wszystkich dostępne jest filmowe dolce vita, ale uważał, że jeżeli ktoś w tamtym świecie jest ubogi, to sam jest sobie winien. Stereotyp ten jest bardzo typowy dla polskich inteligentów. Ileż to razy słyszałam od przyjezdnych Polaków, że bezrobotnymi, nawet w III RP, są tylko „nieudacznicy” czy leniwi osobnicy, którzy ulegli sowietyzacji. 
Ponadto moment polskiej zmiany ustrojowej przypadł akurat na okres ideologicznego triumfu neoliberalizmu. Po co się nad czymś zastanawiać i prowadzić żmudne studia, skoro wszystko – mieszkania i nowe miejsca pracy, światłowody i Internet wysokiej szybkości dla gospodarstw domowych, nowoczesną służbę  zdrowia, autostrady etc. – da nam „niewidzialna ręka rynku”?  Z salonów polskich liberałów głoszono przecież, że najważniejsza jest szybka prywatyzacja wszystkiego, a główne zadanie państwa, to „nie przeszkadzać niewidzialnej ręce” i dbać o niską inflację. Jak Polska wyszła na stosowaniu tej recepty, każdy widzi.

Najbardziej groźne jest jednak, że osławiona  „niewidzialna ręka” bynajmniej nie przygotowuje Polaków do tzw. gospodarki opartej na wiedzy.

-------
10
Przegląd”, 25.02. 2002.
11 
Abecadło Miłosza”. WL. Kraków 1997.

Woda sodowa
Mam powody, by sądzić, że w roku 1989 istniała bardzo niewielka grupa polskich intelektualistów, którzy zdawali sobie sprawę, że jeżeli w naszych warunkach budowany będzie „czysty kapitalizm”, to jedynie wilczy, bezwzględny. Były to osoby, które dobrze znały Zachód i dostrzegały ogromne różnice (także mentalne!) miedzy Polską a krajami rozwiniętymi. Ostatecznie Andrzej Kraszewski – wybitny publicysta, który 30 lat spędził  w  Europie Zachodniej – twierdził wprost, że jeżeli biednemu krajowi  zaaplikuje się model amerykański, to otrzymamy wprawdzie Amerykę, ale Łacińską.
Niewątpliwie żyły też w Polsce osoby, które właśnie wilczy kapitalizm uznawały za „naturalny porządek” świata.
(…) „naturalny porządek”: w salonie przyzwoici mieszczanie, a w służbówce kuchta – do użytku wszechstronnego.  Do tego nawiązywały też wszelkie próby rehabilitacji „Polski dworków” – ziemiaństwa, które przecież było ostoją „naturalnego porządku”: na ganku państwo piją kawę, a przy bramie stoi „cham” z czapką w ręku, mając nadzieję że go „zgodzą” do roboty…  Na „pański” rodowód większości polskiej inteligencji humanistycznej słusznie zwróciła uwagę Anna Tatarkiewicz16, nawiązując do tekstu „Jacka Kuronia pytania o Polskę”. O feudalnej mentalności polskich elit – i wynikającej z niej pogardy dla chłopów – dużo też pisał Andrzej Kraszewski.
(…) 
Jednak oprócz dwóch powyższych, nielicznych grup, polskie elity wpadły w jakiś dziwny amok, sądząc że już, już – najwyżej za 5 lat – będzie jak na Zachodzie (czyli w USA). Wszelkie wątpliwości były bardzo źle widziane. W fazie przechodzenia od PRL do III RP przyjeżdżali na Zachód intelektualiści różnych orientacji i odbywali spotkania także z emigracją. Pamiętam, że na jednym z takich kameralnych spotkań na szwedzkim uniwersytecie zacytowałam prognozę sowietologa z Upsali, Stefana Hedlunda,  który twierdził, że jeżeli Polska prowadzić będzie rozsądną politykę gospodarczą, to poziom rozwoju najbiedniejszych krajów Unii, Grecji i Portugalii, osiągnie za jakieś 35 lat, a poziom Szwecji (która wówczas jeszcze nie należała do UE) – za lat 80. Uczestniczący w spotkaniu matador opozycyjny uznał to za absurd.  Tymczasem o trafności przewidywań szwedzkiego profesora może świadczyć fakt, że wg oceny konsultingowej firmy McKinsey z początku maja 2002, poziom najbiedniejszych krajów dzisiejszej „15” Polska osiągnie w jakieś 20 lat po przyjęciu do Unii (a więc najwcześniej w roku 2024). Sama też słyszałam w początku lat 90. – gdy Szwecja akurat przechodziła kryzys finansowy – jak pewien znany polski intelektualista powiedział, że jeżeli plan Balcerowicza będzie kontynuowany, to „za 5 lat Szwedzi będą do nas przyjeżdżać na zbieranie truskawek”. Gdy minęło te 5 lat… gazety każdego lata opisywały tragiczny los bezrobotnych Polaków, którzy przyjechali do Szwecji na zbieranie jagód, a oszukani przez bezwzględnych rodaków-cwaniaków, musieli żebrać lub kraść, żeby jeść.
Polskie tzw. elity bardzo uporczywie podkreślały w setkach artykułów i innych wypowiedziach, że nikt na Zachodzie nie przewidział „zwycięstwa «Solidarności»” i upadku realnego socjalizmu. Otóż twierdzenie to mija się z prawdą. Już od roku 1985 – gdy Andriej Gromyko zasugerował w Wiedniu, iż wobec Europy Wschodniej można by ewentualnie zastosować rozwiązanie austriackie (czyli wycofanie wojsk radzieckich za neutralność) – analitycy firm multinarodowych rozważali, choć głównie w poufnych opracowaniach, możliwość rezygnacji przez ZSRR z tzw. imperium zewnętrznego. Gdy Polscy opozycjoniści wskazywali na siebie samych, jako na „pogromców komuny”, to mieli nadzieje, że spotka ich za to nagroda w postaci nowego planu Marshalla. Zabawne, że dygnitarze KPZR mieli z kolei nadzieję, że za wycofanie się z państw satelickich Zachód im dobrze zapłaci. Operetkowy pucz Janajewa można rzeczywiście uznać za wyraz frustracji tych, którzy poczuli się oszukani. Jednak ci wszyscy, którzy liczyli na sowite honorarium za zabicie czerwonego smoka, nie potrafili zadać jednego podstawowego pytania; dlaczego Zachód miałby płacić za coś, co już dostał za darmo? 
Niektórym przedstawicielom nowej polskiej „klasy politycznej” woda sodowa tak dalece uderzyła do głowy, iż chyba rzeczywiście uwierzyli, iż to oni obalili radzieckie imperium i świat za to będzie się im ścielić u stóp.
-------
16
„Przegląd”, 21.01. 2002.

Pierwsza degradacja
Nie wiemy, o czym myślał Krzysztof Wyszkowski, gdy z wykutą na pamięć deklaracją założycielską Wolnych Związków Zawodowych (WZZ) wracał w końcu kwietnia 1978 r. od Jacka Kuronia do Gdańska. Możemy jednak założyć, iż ten inteligentny robotnik na pewno nie przypuszczał, że właśnie rozpoczyna się ciąg wydarzeń, w wyniku których jego klasa utraci moc kreowania wydarzeń historycznych w swoim kraju. W Polsce zawsze panowały feudalne maniery i stosunek innych grup społecznych do robotników był wysoce ambiwalentny. Opozycyjna inteligencja (z wyjątkiem niektórych wrażliwych członków KOR) miała z jednej strony sporo pogardy do robotników, jako do ludzi, którzy buntują się tylko wtedy, gdy drożeje kiełbasa i którym obce są potrzeby wolnościowe, wartości wyższego rzędu etc., z drugiej  - zdawała sobie sprawę, że tylko robotnicy są w stanie wymusić na władzy jakieś zmiany i ustępstwa. Aparat PZPR, składający się w dużej mierze z awansowanych chłopów, przejął od inteligencji pogardliwy dystans do „roboli”, a jednocześnie  przechodził jednak różne szkolenia partyjne i ulegał marksistowskiemu mitowi klasy robotniczej. W PRL kadra menedżerska upokarzała często „fizycznych” w sposób, który np. w Szwecji byłby absolutnie wykluczony, ale aparatczycy partyjni mieli jednak świadomość, że nominalnie sprawują władzę  w imieniu proletariatu. Walcząc z tamtą władzą , robotnicy wysuwali postulaty skrajnie egalitarne (nikt nie odważyłby się wtedy zająknąć o powrocie do kapitalizmu), bardzo naiwne, ale mimochodem kwestionowali swoją pozycję klasy wiodącej i skromne przywileje (bo np. stoczniowcowi, hutnikowi czy metalowcowi było łatwiej dostać mieszkanie niż nauczycielowi czy pielęgniarce, a sklepiki w dużych zakładach były lepiej zaopatrzone). Chyba jednak najinteligentniejszy członek WZZtów, Andrzej Gwiazda, nie zdawał sobie sprawy, że wielkimi przegranymi zmiany ustroju będą ci, którzy jej dokonają – robotnicy wielkich zakładów. 
Na początku 1975 r. (sic!) Jerzy Gedroyc udzielił wywiadu kwartalnikowi „Aneks”17,  w którym zauważył mimochodem: „Rewolucje robią robotnicy, nikt inny. A rewolucja zwycięża, jeśli popiera ją inteligencja. To jest abecadło. Inna sprawa, że ci robotnicy są później nabijani w butelkę (…) Jerzy Gedroyc nie był socjalistą (wyśmiewał się nawet z socjalistycznych sympatii głównego publicysty „Kultury”, Juliusza Mieroszewskiego), ale trafność jego uwagi wyjaśnia fakt, iż interesował się on postacią Machajskiego18 i przez pewien czas nosił się z zamiarem wydania jego książek, zwłaszcza „Umstwiennogo raboczego”.
Strajkiem w Stoczni Gdańskiej przejmowało się nie tylko polskie Politbiuro, ale i kamraci z Kremla; strajkiem w Stoczni Gdynia w lutym 2002 r. nie przejął się nawet arogancki prezes Szlanta. Ale też gdy spisywano te sławne 21 postula6tów, nikomu nie przyszło do głowy, że za 21 lat prawie co piąty Polak będzie bez pracy, że dla 10 milionów głównym lub jedynym źródłem utrzymania będą różnorodne zasiłki, 52 proc. Polaków będzie żyło poniżej minimum socjalnego19, zaś agresywna propaganda antystrajkowa będzie wręcz kopią propagandy PRL. Ta agresja wobec strajkujących jest zresztą bardzo Polska, endecka. „Na dnie duszy konserwatywni Polacy, którzy stanowią większość w naszym społeczeństwie , uważają, że strajk jest czymś złym, nielegalnym i organizowanym zawsze przez wywrotowców. W Polsce przedwrześniowej policja również strzelała do demonstrujących robotników , a rotmistrz Bochenek, kawaler Virtuti Militari poległ na bruku krakowskim  na czele swego szwadronu ułanów – tłumiąc rozruchy robotnicze. Wówczas strajkujący robotnicy to byli bolszewicy, a dziś strajkujący robotnicy to są chuligani i wywrotowcy20. Słowa te Juliusz Mieroszewski napisał w roku 1971, a zarzut konserwatyzmu odnosił się do polskiej emigracji w Londynie, rzeczywiście skrajnie reakcyjnej. Ale świetnie pasują też one do wielu Polaków  A.D. 2002, a już zwłaszcza do tzw. elit. Tyle tylko, że dziś robotnicy nie   w stanie wstrząsnąć podstawami ustroju, gdyż nastąpiła ich degradacja jako siły społecznej. Tak zwana deregulacja rynku pracy  - i to wg modelu amerykańskiego, a nie korporacyjnego, który np. wybrały Dania czy Holandia – niewątpliwie odbierze robotnikom resztę godności i wybije z głowy wszelkie protesty. Przegranymi transformacji są zresztą nie tylko oni sami, ale także ich dzieci, skazane na międzypokoleniowy transfer biedy i społecznego upośledzenia. Jak to w swojej pracy21 wykazał H. Domański, w naszym kraju przejście od „realnego socjalizmu” do kapitalizmu  „spowodowało usztywnienie barier społecznych związanych z przywilejami płynącymi z tytułu pochodzenia” (dotyczy to zresztą nie tylko robotników, gdyż – jak stwierdza autor – synowie rolników są ponad sto razy rzadziej reprezentowani wśród inteligentów, w porównaniu z dziećmi inteligentów). Dlatego do opisu obecnej Polski jeden z socjologów22 wprowadził termin „społeczeństwo półotwarte”: nie funkcjonuje zasada równości szans, a zasada merytokracji działa w sposób ułomny, gdyż o awansie decyduje pochodzenie i miejsce w hierarchii towarzyskiej.     
-------
17
Po przejrzeniu tekstu wywiadu, Gedroyc nie zgodził się wówczas na jego opublikowanie. Ukazał się on dopiero 11 lat później: Aneks 1986 nr 44.
18 Wacław Achajski, pseudonim: Jan Wolski (1866 – 1926), rosyjski działacz rewolucyjny polskiego pochodzenia, nb. bliski znajomy Stefana Żeromskiego. Twierdził, że inteligencja – którą uznawał za odrębną klasę społeczną – dołącza do rewolucji dlatego, że chce zająć miejsce burżuazji; po obaleniu starego porządku celem inteligencji jest wiec atomizacja czy wręcz likwidacja ruchu robotniczego. 
19
Trzeba tu pamiętać, że granice ubóstwa ustalane są w III RP na bardzo niskim poziomie, np. granica ubóstwa skrajnego, poniżej której w roku 1999 żyło 7 proc. polskich rodzin, to 273 zł na osobę!
20  Kultura”  1971 nr
3 
21 Henryk Romański, „Hierarchie i bariery społeczne w latach dziewięćdziesiątych”. ISP. Warszawa 2000.
22 Witold Morawski, „Socjologia ekonomiczna”. PWN. Warszawa 2001.

Druga degradacja
Wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce Andrzej Wajda nazwał zemstą na elitach, a prawicowi publicyści uznali za dowód „sowietyzacji” społeczeństwa. Natomiast obserwatorzy szwedzcy wyniki te ocenili jako objaw normalności: społeczeństwo buntujące się przeciwko recesji jest społeczeństwem normalnym. Zwłaszcza w kraju bardzo biednym…
Gwoli sprawiedliwości nadmienię, że po dojściu AWS-UW do władzy dziennikarze wszystkich szwedzkich gazet (a już szczególnie prawicowych) przewidywali dla Polski płacz i zgrzytanie zębów, a więc później, z pewną  Schadenfreude odnotowali spełnianie się ich przewidywań. Zresztą w ostatnich miesiącach o Polsce pisano rzadko i w tonie bardzo minorowym, wymowne były już same tytuły dwóch najobszerniejszych, analitycznych artykułów: „Polska droga do Unii wybrukowana znakami zapytania”23,  „Dziecko opóźnione w rozwoju w kandydackiej rodzinie”24. Choć na sytuację w Polsce musiała rzutować gorsza kondycja jej głównego partnera handlowego, Niemiec, to wszyscy eksperci zagraniczni są zgodni, że przyczyny polskiej recesji mają przede wszystkim charakter wewnętrzny. Był wiec już najwyższy czas, żeby polskie społeczeństwo poszukało sobie innych elit niż – jak to sarkastycznie określił szwedzki komentator – „specjaliści od wartości”.
W systemie kapitalistycznym głównym miernikiem jakiegokolwiek sukcesu są pieniądze. Elitą są wiec przede wszystkim ludzie dysponujący wielkimi kapitałami lub przynajmniej mający wysokie uposażenia.
W Polsce tzw. elity zachowywały się dość schizofrenicznie, z jednej strony dążąc ze wszystkich sił do budowy kapitalizmu i to w wersji amerykańskiej, a z drugiej – narzekając na okropność tego świata, w którym do elity należy np. świetnie opłacana modelka, a nie należy autor ambitnych powieści. W Polsce nie do końca zdawano też sobie sprawę, że dzisiejszy prymat gospodarki nad polityką prowadzi niestety do eliminowania wartości z procesów decyzyjnych. Znany z prasy komiczny żal ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Krzysztofa Skubiszewskiego, który jechał do Brukseli dyskutować o wartościach, a trafił na spór o ceny wołowiny.
Ponadto opuszczając…
W Szwecji każdy uczeń gimnazjum o kierunku ekonomicznym wie, że polityka wysokich stóp procentowych podraża kredyt, a więc zmniejsza popyt konsumpcyjny  i tempo inwestycji, a zachęca do tzw. inwestycji portfelowych, czyli kupowania papierów wartościowych. Związany z tym napływ kapitału powoduje aprecjację  krajowej waluty, potaniając import, a podcinając eksport. Choć taka antyinflacyjna polityka jest czasami konieczna, hamuje rozwój gospodarczy i zmniejsza zatrudnienie.  Ponadto – o czym chyba w Polsce się zapomina – zbyt silny zloty wpływa niekorzystnie na zagraniczne inwestycje bezpośrednie, zwłaszcza tzw. inwestycje w polu (od zera), gdyż praca, tereny budowlane, surowce, energia elektryczna etc., wcale nie są dla zagranicznych inwestorów tanie. Polityka wysokich stóp procentowych jest więc przede wszystkim korzystna dla zagranicznego kapitału spekulacyjnego, który rzeczywiście osiąga w Polsce zyski wyjątkowe, ale uderza w rodzimego przedsiębiorcę, któremu nie opłacają się ani inwestycje (bo drogi kredyt), ani eksport, a często nawet produkcja. Tajemnicą luminarzy UW pozostaje więc,  w jaki sposób tzw. gospodarka popytu miałaby być korzystna dla polskich przedsiębiorców. UW odepchnęła od siebie klasę średnią, a także wierne jej tradycyjnie środowiska akademickie (bo zapaść polskiej nauki jest faktem) i spauperyzowaną inteligencję budżetową. A na nienawiść zwykłych ludzi zasłużyła tą swoją bezwzględną, zimną racjonalizacją polskiej biedy, tymi frazesami , że świat należy do przedsiębiorczych, różnice socjalne mają swoje dobre strony etc., etc. Co UW mogła zaoferować  tym „dziedziczącym biedę”, permanentnie niedożywionym dzieciom o przezroczystych twarzach, które nie zawsze mają na zeszyt?  Chyba tylko dochód z dobroczynnych bali w hotelach sieci Sheraton!  I od takiej partii M.F. Rakowski oczekiwał odpowiedzi na apel Jacka Kuronia?
Musi też  nasunąć się niewygodne pytanie, dlaczego Jacek Kuroń ocknął się dopiero w październiku 2001 r., a nie wtedy, gdy Polską współrządziła partia jego przyjaciół, uczniów i wychowanków? Czy nie wiedział wcześniej, jak bardzo utopijna wiara w Doskonały Rynek przypomina wiarę w utopię komunizmu? Bo np. filozof Jon Gray zauważył to bez trudności 25 – analogie są zresztą uderzające, łącznie z wiarą w istnienie bytu idealnego (partia, rynek), który zawsze ma rację i z ochoczym wysyłaniem na „śmietnik Historii” („pryszczaci” chcieli tam ekspediować „wyzyskiwaczy”, dzisiejsi neopryszczaci – „zbędnych ludzi”).
-------
23
Dagens Nyheter”, 22.03.2002
24 „Fran Riksdag&Department”, 24.05.2002 (artykuł brukselskiej korespondentki tego urzędowego biuletynu).
25 
Pisał też o tym Stefan Abner, omawiając Sympozjum Noblowskie SITE (Stockholms Institute of Transition Economics) we wrześniu 1999; Kultura 1999 nr 11. Ciekawe, że John Gray był kiedyś wielbicielem pani Thatcher i ideologiem brytyjskiej Nowej Prawicy; teraz doszedł do wniosku, że leseferystyczny wolny rynek jest zawsze sztucznym tworem politycznego przymusu i musi sam siebie doprowadzić do upadku.

Polska choroba
Karol Modzelewski powiedział, że brak solidaryzmu jest „ciężką chorobą moralną, która toczy polskie społeczeństwo”26. Podzielam tę opinię, choć uważam, że choroba ta nie jest zrodzona przez transformację – ona istniała zawsze.
Za cywilizacyjne opóźnienie Polski i niezdrowe stosunki społeczne odpowiada nie 45 lat „komuny” czy 12 transformacji,  ale ostatnie trzysta lat historii naszego kraju, Polski przedwojennej nie wyłączając. Istnieje dziś moda na idealizowanie tamtej Polski, którą J.K. Bielecki  przyrównał do szwajcarskiego zegarka. Ale były premier nie pamięta II RP, żył w niej natomiast i obracał się w kręgu rządowej elity Jerzy Gedroyc. Radziłabym poczytać, co pisał o polskiej biedzie, zacofaniu i bałaganie. Tym co najbardziej raziło mnie w Polsce przedwojennej, była niepraworządność obecna we wszystkich dziedzinach. Wyrażająca się w powszechnej korupcji, w roli protekcji, w bardzo niezdrowych stosunkach w wojsku, (…) W sumie, w Polsce panowały bałagan i bezhołowie. (…) Mówiąc o braku przemyślanej polityki państwa mam na myśli nie tylko politykę narodowościową. Również politykę społeczną i politykę rolną”27. Tak się o „szwajcarskim zegarku” wyrażał wierny do śmierci piłsudczyk i sanator.
Z pewnych względów musiałam kiedyś przeczytać , co o naszej II RP pisali odwiedzający nasz kraj szwedzcy dyplomaci, kupcy, dziennikarze i przedsiębiorcy. Wszyscy byli ludźmi znającymi wiele krajów i wszyscy byli autentycznie zaszokowani społecznymi kontrastami w Polsce, tą „nędzą zaraz za bramą pałacu”  Szwedzki konsul generalny w Warszawie, Carl Herslow zanotował:  „Przeraziłem się, gdy z okazji polowania po raz pierwszy zobaczyłem polską wieś, a warunki życia robotników rolnych uznał „za poniżej poziomu ludzkiej egzystencji” (zaznaczam, że Herslow nie był żadnym socjaldemokratą, ale bogatym, biznesmenem, byłym dyrektorem monopolu zapałczanego i pułkownikiem elitarnej jednostki). Sven Grafstrom – dość zafascynowany Polską, gdzie „hrabiowie są prawie tak liczni jak zające w ich włościach – w swoich „Antecknigar” opisywał bale u Róży Tyszkiewiczowej w poetyce „Balu w Operze”, a Polskę– „Popiołu i wiatru”, choć szwedzki dyplomata z oczywistych względów nie mógł znać ani poematu Tuwima, ani sławnego wiersza Słonimskiego28. Boheman oceniał polską elitę jako „pozbawioną uczuć  i bez śladu ideologii demokratycznej”, a biznesmen Roger Baumgarten zanotował, że dominującą potrzebą Polaków jest „sukces towarzyski, bywanie we «właściwym» salonie”.
Z podobnych cytatów mogłabym zestawić całą broszurę. Istnieją bardzo liczne przykłady na to, że polska „pańskość”, wywyższanie się i patrzenie z góry na „chamów”  bardzo nam szkodziły.

(…)  Kontrasty społeczne w przedwojennej Polsce były większe , niż w innych krajach Europy (nawet Wschodniej) i dziś nadal są większe. Trafna jest obserwacja prof. Kowalika, że dzisiejsza Polska wyróżnia się jednym z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia drugiej polowy 20. wieku. Nawet zachodni dziennikarze pism nieskazitelnie prawicowych z osłupieniem piszą „o różnych światach Polaków”30 i artykułują zdumienie, iż tak wyjątkowy brak solidaryzmu występuje w społeczeństwie, które ostatecznie stworzyło kiedyś ruch społeczny o nazwie „Solidarność”.   
-------
26
Przegląd”, 25.02.2002.
27 Jerzy Giedroyc, Krzysztof Pomian,  „Autobiografia na cztery ręce”. „Czytelnik”. Warszawa 1994.
28 Jedzie miastem chłop polski, żeby wóz ziemniaków  / za garstkę soli sprzedać ku chwale Polaków (…) / Porzuć na chwile złudne śródmieścia bogactwo! / Zajrzyj w suterenę wilgotną i czarną / Gdzie się dzieci warszawskie gnieżdżą jak robactwo (…).
30 Dokładnie tak zatytułował jedną ze swoich polskich korespondencji Tomas Lundin z prawicowej „Swenska Dagblated” z 6.10.2000: „Polackernas skilda världar”.

Fałszywy zając
Niniejsze rozważania rozpoczęłam od zanotowania przejawów nostalgii wielu obywateli wschodnich landów za dawną NRD. Tęsknota ta nie oznacza naturalnie, iż „wschodniakom” żal czasów Honeckera i Mielkiego. Pucując troskliwie starego trabanta, często stojącego w garażu obok nowego BMW, czy używając demonstracyjnie dawnych produktów,  „wschodniak” podkreśla tylko, że nie godzi się na status tubylca w kraju kolonialnym. Według oficjalnej statystyki, obywatele dawnej NRD posiadają zaledwie 6 proc. jej nieruchomości i 5 proc. aktywów w jej dawnym przemyśle. Znikomy jest też odsetek osób ze wschodnich landów na wyższych stanowiskach w biznesie, armii, na uczelniach etc. Nie mają niezbędnych kontaktów i powiązań, a jeżeli nawet mają stosowne wykształcenie i nieposzlakowaną przeszłość, to brakuje im praktyki w zachodnich instytucjach (a więc ich sytuacja w dużej mierze przypomina błędne koło, w jakim w Unii krążą imigranci z Europy Wschodniej). Sytuację tę tłumaczy się często tym, iż elita NRD była wyłącznie partyjnej proweniencji: opozycja była słaba, najzaradniejsze jednostki – które np. dziś  mogłyby błysnąć działalnością polityczną i gospodarczą – dawno uciekły do RFN, a niezależnych intelektualistów często tam ekspulsowano, czy wręcz sprzedawano z więzień za pieniądze. 
Wydawałoby się, że sytuacja Polski była znacznie lepsza. Jesteśmy krajem znacznie większym, także ludnościowo, mieliśmy wyjątkowo liczną i zróżnicowaną ideowo opozycję, otrzymującą sporą pomoc z Zachodu, swobodnie działał u nas potężny Kościół, a elitami – przynajmniej w ich własnym  mniemaniu – moglibyśmy obdarować całą Europę. Chyba w oparciu o takie rozumowanie M.F. Rakowski postawił Kuroniowi swoje pytania.
W bardzo rosyjskich dysputach o istnieniu Boga, jeden z bohaterów „Biesów” powtarzał kalambur, że aby przygotować pieczeń z zająca, trzeba mieć zająca. Nawiązując do tego spostrzeżenia Stawrogina zauważę, że żeby przygotować najbardziej optymalny  wariant rozwiązania olbrzymiego problemu ustrojowej transformacji, trzeba mieć prawdziwą elitę, a nie tzw. elitę. A my mieliśmy elitę wschodnioeuropejską, a więc dbającą przede wszystkim o rozmiar dystansu, dzielącego ją od reszty społeczeństwa, elitę przez wieki popełniającą grzech salonowego ekskluzywizmu, który niedawno wypomniał jej Janusz A. Majcherek31: „(…) rozdźwięk miedzy elitami, hołdującymi wysokim standardom i gustom, a tkwiącymi w ciemnocie  i zacofaniu masami, był także charakterystyczny dla Rosji i wielu innych krajów wschodnioeuropejskich. (…) Taki model wyrafinowanej elity, żyjącej na olimpie czy parnasie, w wyniosłej izolacji od pogrążonego w cywilizacyjnym zacofaniu społeczeństwa, to nie wzorzec, to przestroga”.  W dodatku jakże papuzia i komiczna była ta nasza tzw. elita, zabiegająca głównie o namaszczenie płynące z Paryża (dziś z USA). Z genialną złośliwością wykpiwał to Zygmunt Hertz32:  wpierw wyjazd na Zachód, zadęcie na parnas Europy, ale w oczkach strach „Oj, czy ja czasem nie Azjata, proszę pana?”, zakupy na wyprzedażach  „I właśnie wcale nie chodzi o wyjazd, ale o powrót, o to entree do kawiarni z krawatem na szyi kupionym w złym sklepie New Yorku czy Londynu. I to skromnie wtrącone zdanie: «Sartre mi powiedział», «Pierre źle wygląda»,  «Genet chory»”.       
I jaką płytkość i brak oczytania demonstruje dziś tzw. elita w polskiej, jakże wątłej, dyskusji o skutkach globalizacji!  Kto ma jednak czas na czytanie grubych tomów, często szpikowanych matematycznym aparatem, skoro trzeba się uwijać za pieniędzmi, aby móc „bywać”  i „żyć na poziomie”!  Podzielam zdanie Krzysztofa Kłopotowskiego33, że „Polska elita polityczna i kulturalna, te «wyższe dziesięć tysięcy», przecenia się, jeśli sądzi, że społeczeństwo jej potrzebuje. Myślę, że potrzebuje mniej niż w przeszłości, a z czasem będzie potrzebować jeszcze mniej”. Coraz mniejsze będzie zapotrzebowanie na ludzi, których kwalifikacje sprowadzają się do tzw. oczytania skrzydełkowego (na skrzydełkach okładki wydawcy często zamieszczają streszczenie książki), znajomości salonowych snobizmów i umiejętności żonglowania frazesami Nowej Wiary w „niewidzialną rękę”.
A swoją drogą, Stawrogin się mylił: zamiast pieczystego z zająca marynowanego w winie i podlanego śmietaną, można też podać nieśmiertelnego schabowego z rozgotowaną kapustą oraz wmawiać sobie i otoczeniu, że to zając.
-------
31
Rzeczpospolita”, „Plus-Minus”, 16.02.2002.
32 Zygmunt Hertz,  Listy do Czesława Miłosza 1952-1979”. IL Paryż 1992.

33Rzeczpospolita”,  „Plus-Minus”, 29.12.2001
--------------
Anna Delick studiowała w Szwecji ekonomię i antropologię kulturową, zajmuje się marketingiem, publikowała w paryskiej "Kulturze" i prasie szwedzkiej.
--------------
Cytuję kilka fragmentów z innych źródeł.
Anonimus
----------------------------------------------
Jacek Kuroń w „Przekroju” o sobie i władzy:
„Przedtem byłem po prostu gówniarzem, zaś po roku 1989 powinienem być odpowiedzialnym ministrem, a zachowywałem się jak zakompleksiony ekonomista, który małpuje liberalny kapitalizm. 
To jest, oczywiście, moja wina i mój rachunek. Władzy nie wolno nie umieć, a ja nie umiałem.
I jak dziś władza mówi, że ludzie są winni, to doskonale wiadomo, że winna jest władza”.

polityka i obyczaje
Polityka
nr 33 z 17 sierpnia 2002, str.98
----------------------------------------------
Alfred Mielczarek,  „Przekręt wartości”:
 „Upadek indywidualizmu • Zdegradowana kultura • Wolność słowa? • Zdegradowane klasy i grupy społeczne • Odpowiedzialność neoliberałów    Poszukiwanie innej drogi
Indywidualizm czy egoizm
Pozorna rewolucja kontrkulturowa
Przemiana ludu w masy
Spadek poczucia własnej wartości
Alternatywa koncepcji ładu światowego

Przegląd społeczny dziś, nr 8 z sierpnia 2002, str. 38-46
---------------------------------------------- 
Joseph Stiglitz, Vincent Jauvert © Le Nouvel Observateur, 18.07.2002:
Kapitalizm musi  przejść radykalną kurację higieniczną, jeśli nie chce utonąć w brudach – uważa noblista Joseph Stiglitz
Encron, WorldCom Andersen… dlaczego w amerykańskim kapitalizmie coś się zacięło?
Joseph Stiglitz: Bo jest on podminowany przez różne konszachty, układy, interesy i brak przejrzystości. Stał się kapitalizmem kolesiów i wspólników.
Fanatycy liberalizmu wierzą w teorię „niewidzialnej ręki”, według której rynek sam się reguluje. Ale jak widać, ta samoregulacja jest mitem. Świat gospodarki jest za mało przejrzysty i zbyt złożony. Po to, by kapitalizm był skuteczny i „czysty”, państwo musi narzucić pewne reguły i pilnować ich przestrzegania.
(…) 
W wielu byłych krajach komunistycznych kiepska prywatyzacja doprowadziła do koncentracji władzy w rękach małej grupy wpływowych cwaniaków. To główny problem młodych demokracji.
Joseph Stiglitz. W istocie, w wielu byłych krajach komunistycznych, gdzie prywatyzację przeprowadzono byle jak, taka koncentracja władzy audiowizualnej w rękach nielicznej grupy jest moim zdaniem, najpoważniejszym problemem, z jakim te młode demokracje muszą się zmierzyć. Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest po części odpowiedzialny za tę skandaliczną sytuację. To właśnie on narzucił słynną „kurację wstrząsową” dawnemu blokowi wschodniemu, co doprowadziło do niepomiernego wzbogacenia się niektórych ze szkodą dla przytłaczającej większości.

Joseph Stiglitz – laureat Nagrody Nobla z ekonomii za rok 2001 . Wykłada na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, były doradca prezydenta Clintona i główny ekonomista Banku Światowego.

Forum, najciekawsze artykuły z prasy światowej, nr 32 z 5 sierpnia 2002, str. 22-23
----------------------------------------------
Milton Friedman, Olaf  Gersemann © Wirtschaftswoche, 25.07.2002:
Państwu dziękujemy
Jak przetrwać recesję? Nie wtrącać się do gospodarki, a pazernych menedżerów po prostu wsadzać do więzień – to recepta Miltona Friedmana, guru ekonomicznego liberalizmu.

Forum, najciekawsze artykuły z prasy światowej, nr 33 z 12 sierpnia 2002, str. 20-22
………….
Hamish  McRAE © The Independent, 24.07.2002:
Kapitalizm potrzebuje katastrof
Młodzi, zdolni, wykształceni ludzie mogą teraz odwrócić się od wielkiego biznesu i szukać szansy na godne życie w mniej „ubrudzonej” profesji.

Forum, najciekawsze artykuły z prasy światowej, nr 33 z 12 sierpnia 2002, str. 22-23
………….

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Co ze sprawiedliwością społeczną?, nr 4/2002, str. 5

Czy rząd lewicowy realizuje lewicowe postulaty, czy też kontynuuje neoliberalną politykę poprzedników? Rozważania na ten temat stają się modne. Tymczasem w zaproponowanym przez rząd budżecie na rok bieżący nie widać istotnych zmian co do koncepcji polityki gospodarczej.
(...) Jednocześnie zapisy dotyczące bezrobocia świadczą o bezradności. Przyjmuje się po prostu, że bezrobocie nadal będzie dalej rosło, powtarzając zaklęcie, że wstrzymanie tego procesu nastąpi wtedy, gdy odpowiednio przyspieszony zostanie wzrost gospodarczy. Powtarza się też narzekanie na niską elastyczność płac i tezę o potrzebie "uelastycznienia rynku pracy", co jest przecież kryptonimem dla koncepcji wspomagania pracodawców kosztem pracowników.
(...) Konkurencyjny system rynkowy, który odegrał i odgrywa nadal doniosłą rolę w rozwoju gospodarczym świata, ma jednocześnie wrodzoną tendencję do wytwarzania rosnącej nierówności społecznej, a w rezultacie do tworzenia obszarów nędzy i do spychania znacznych grup społecznych na margines życia. Samoczynnie działający rynek sprzyja tym, którzy już są zamożni i mogą
czerpać dochody z własności.
Wolny rynek, niezdolny do samoczynnego odwrócenia tych negatywnych tendencji, wymaga współdziałania ze strony "widzialnej ręki państwa", a więc świadomie prowadzonej polityki rozwojowej, której podstawowym zadaniem powinno być kojarzenie celów gospodarczych i społecznych. Sprawa ta jest dobrze rozumiana w Unii Europejskiej, która kładzie istotny nacisk na realizowanie właściwej polityki społecznej przez państwa członkowskie. Ogłoszona niedawno "strategia rządowa", nie wyraża takiego nacisku.
Wiadomo, że istnieje sprzeczność między dążeniem do efektywności ekonomicznej a dążeniem do sprawiedliwego podziału. Stymulowanie niezbędnych dla wzrostu gospodarczego oszczędności, inwestycji i przedsiębiorczości wymaga utrzymywania opodatkowania na umiarkowanym poziomie, a także kierowania wydatków budżetowych państwa przede wszystkim na cele rozwojowe, a nie socjalne. Sprzeczność ta jest zasadniczym problemem do rozwiązania dla współczesnego kapitalizmu.
W Polsce występuje ona bardzo ostro. Okres transformacji przyniósł pogorszenie warunków życia znacznej części społeczeństwa, a w rezultacie rozczarowanie do przemian i nasilenie się populistycznej krytyki. Trudność redukowania bezrobocia w Polsce wynika z tego, że ma ono korzenie głęboko strukturalne. Nie został znaleziony sposób skojarzenia społecznej potrzeby zwiększania zatrudnienia z ekonomiczną potrzebą wysokiej wydajności opartej na automatyzacji, robotyzacji i elektronizacji. Sposobu tego nie dostarcza ograniczenie możliwości zarobkowania dla emerytów. Trzeba go szukać przede wszystkim w samozatrudnieniu, czyli ożywieniu i wspomaganiu drobnej przedsiębiorczości i masowych inicjatyw o niewielkiej skali.
Może rząd chce to robić, ale nie ujmuje tego w spójną koncepcję nowej polityki gospodarczej. W dodatku wydaje się zapominać o tym, że dla realizacji swego programu potrzebuje nieustannego poparcia społecznego. Tymczasem poparcie to będzie musiało słabnąć, jeśli będą nadal podejmowane dziwaczne i niespójne działania, mało znaczące dla budżetu, a wiele dla położenia materialnego ważnych grup społecznych. W pierwszych miesiącach rząd zrobił już dużo dla zniechęcenia do siebie drobnych ciułaczy oszczędności w bankach, studentów, drobnych handlarzy granicznych, importerów używanych samochodów, a teraz stara się zniechęcić emerytów. Może naprawdę było lepiej wprowadzić podatek importowy, niż szukać po parę milionów dochodu kosztem społecznego niezadowolenia?
Rządowi lewicowemu musimy stawiać wyraźne pytanie, co robi i ma zamiar robić na rzecz takiej koncepcji rozwoju, która zapewnia sprawiedliwe uczestnictwo obywatelskie w dochodzie narodowym i nie dopuszcza do rozszerzania się obszarów bezrobocia i biedy.
.........
Uwagi
W zniechęcaniu do siebie szerokich grup społecznych, Rząd rzeczywiście wykazuje dużo niezamierzonego talentu. Chyba trochę "słów" i czynów było nie do końca przemyślanych. Trzeba wyciągnąć wnioski.
To tak na marginesie. Ja na inny temat: bezrobocie. Cudu się nie dokona. To jasne. Ale, że problemy ze znalezieniem pracy mają także absolwenci kierunków zarządzania i ekonomicznych wyższych uczelni, to dla mnie też jasne, lecz "diabli mnie biorą", gdy porównuję to ze stanem wiedzy i poziomem zarządzania w przeciętnych polskich przedsiębiorstwach. Nie, wcale nie uważam, że świeżo "upieczeni" absolwenci, nawet jeśli "liznęli" trochę praktyki, są już "fachowcami całą gębą", ale uważam, że pod kierunkiem odpowiednio przygotowanych i przyjaznych im osób, mogą szybko wnieść ożywczą nowoczesną wiedzę do zakładów, mogą pomóc tym zakładom w utrzymaniu się na powierzchni, mogą także pomóc w szukaniu lepszych sposobów efektywności gospodarczej niż częstokroć bezmyślne zwalnianie ludzi, wykorzystywane też zresztą dość często, do zwalniania tych, najbardziej kreatywnych, którzy komuś w czymś zawadzają.
I tu jest problem, niestety w znacznej mierze polityczny: zasiedziałe, niedouczone i idące w zaparte kierownictwa, ze starej czy też nowej nomenklatury, zrobią wszystko, aby nie dopuścić do utraty swej autokratycznej władzy i związanych z nią przywilejów. Niestety - wiedza, którą sami nie posiadają, to dla nich zagrożenie. Problem skądinąd z literatury i praktyki doskonale znany. U nas zaostrzył się dodatkowo, w wyniku poczucia zagrożenia przez "elity" ze strony nowoczesnego świata, szukania ratunku siłą lub podstępem, póki jeszcze się da, a na końcu zapewnienia sobie "miękkiego lądowania" nawet kosztem doprowadzenia do bankructwa zakładu, nawet z nadzieją, że ktoś to doceni, mogąc taniej kupić.
Czy tak jest w rzeczywistości? Jak często? Jak temu skuteczniej przeciwdziałać, gdy nadal zbyt często?
Duża nadzieja w wiedzy, także całego społeczeństwa! Ale znowu, jak z tą wiedzą szybko dotrzeć do kogo trzeba. Jak ją szybko wykorzystać dla dobra większości ludzi dobrej woli? Jak odróżnić "ziarno od plew"?

Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------

Jan Maltecki: Polnische Wirtschaft nr 4/2002, str. 50

Pośród niewątpliwie licznych cnót naszego ludu, gospodarność wymienić trudno. Udana aktywność ekonomiczna wymaga bowiem rozumu, umiejętności przewidywania, znajomości przepisów i rachunków. A tego ci u nas, akurat, od wieków brakuje. W "Popularnej encyklopedii staropolskiej" Z. Przyrowskiego czytamy:
"Wielcy panowie i bogata szlachta nie zajmowali bezpośrednio gospodarowaniem w swoich dobrach, lecz sprawy gospodarcze i nadzór nad wykonywanymi pracami zlecali płatnym urzędnikom". Zarządcy ci, arendarzami lub pachciarzami zwani (od pacht - dzierżawa), traktowani byli przez szlachtę z wyższością a zarazem z niechęcią. Słusznie przypuszczano bowiem, że osoby sprawne umysłowo i obrotne ekonomicznie, potrafią też wyciągnąć korzyści kosztem przygłupich właścicieli, czy nierozgarniętego pospólstwa.
Odsłona drugiej, międzywojennej państwowości ukazuje heroiczne, ale nieudane próby uzyskania sprawności i suwerenności ekonomicznej. Warto pamiętać, że kluczowe gałęzie przemysłu i banki pozostawały w Drugiej Rzeczypospolitej w rękach kapitału zagranicznego. O swarach, partyjniactwie i głupocie polityków międzywojnia lepiej nie wspominać. W naszej, Trzeciej Rzeczypospolitej, nie dzieje się zatem nic nadzwyczajnego. Korupcja, powszechne przekonanie, że liczą się intencje, nie skutki, gnicie administracji, prywata i krótkowzroczność w Sejmie, samorządach i zarządach - to wszystko było, jest i będzie.*
(* Autor raczej "przeholował", przynajmniej z tym "będzie". Anonimus).
Nasze życie gospodarcze codziennie bawi i poraża. Obecny rząd ujawnia wstrząsające afery i niegospodarność solidarnościowych ministrów i prezesów państwowych spółek. Problem polega na tym, że w Polsce trudno odróżnić szkodnictwo gospodarcze, płynące z matołectwa zarządzających, od szkód poczynionych przez łapowników. W obu wypadkach efekty są takie same: krociowe straty skarbu państwa i budżetów lokalnych. Do tego dochodzą rozpowszechnione cechy naszych menedżerów: nieodpowiedzialność, nieuczciwość, brak wyobraźni i chęć zagarnięcia grosza publicznego. Osoba o mocnych nerwach może - każdego dnia - wziąć do ręki gazetę i przeczytać np.:
- Właścicielowi jednego z czołowych konsorcjów finansowo-inwestycyjnych Colloseum postawiono zarzut wyłudzenia 354 milionów złotych.
- Jeden z najbogatszych Polaków (wg rankingu "Wprost") dorobił się w ten sposób, że wymyślił systemy finansowe, które miały umożliwić państwowym (sic!) firmom niepłacenie podatku dochodowego.
- Biznesmen kościelny, ksiądz, prezes salezjańskiej Fundacji Pomocy dla Młodzieży im. Św. Jana Bosko, wyłudził z banków ponad 133 miliony złotych.
To naprawdę wiadomości tylko z jednego dnia.*
(* Dziesiątki razy więcej wiadomości, gdyby to było "medialne", można by przytoczyć o ludziach, którzy mając nawet "okazje", nic nie ukradli, nic nie wyłudzili, nic publicznego nie spartaczyli. Żartuję. Po prostu chcę zwrócić uwagę, że duże zło, odbijające się na losach wielu, wyrządzają zazwyczaj dość nieliczni, a że mają duże możliwości, więc są i duże, nie tylko medialne szkody. Inna sprawa, że media, z natury rzeczy, sensacje "rozdmuchują", a jak się to później "nie tak" kończy, zbyt często zakończenie "skromnie przemilczają".
Anonimus).

Wielu zdumiewa tempo, w jakim nasz kraj wyzbył się kontroli mad rodzimym przemysłem, bankowością, wydawnictwami i środkami masowego przekazu. Okazuje się, że nieodrodni potomkowie mociumpanków - okadzeni przez kościół, za parawanem ideologicznej reprywatyzacji i przy pełnej absencji instynktu państwowego, wyprzedali to, co się dało, często za bezcen. Poszło to w obce ręce, bo przecież rodzimy kapitał jest tradycyjnie mikry. Procedurę tę - z rozbrajającą szczerością - przedstawia na łamach "Gazety Wyborczej " (2002 nr 40) były poseł, orzeł Porozumienia Centrum i Unii Wolności, obecnie niezależny kapitalista Andrzej Czarnecki. O polskich politykach współczesnych mówi on, a wie, co mówi: "Za odpowiednią działkę goli ludzie stawali się miliarderami a dnia na dzień (...) Jak można było sprywatyzować fabrykę X za 100 mln, a przyszedł facet, który dawał 10 i bokiem jeszcze milion, to się szybko sprzedawało za dychę" (s.8).
Radosna aktywność gospodarcza polityków rozmodlonej prawicy nieuchronnie wiodła nas w stronę katastrofy katolickiej Argentyny. Oto w kraju głodnawych dzieci, ubogich nauczycieli, lekarzy*, policjantów itd., Sejm zdominowany przez odmawiających pacierze posłów Akcji Wyborczej "Solidarność" i Unii Wolności, wykazał niesłychane wyczulenie na potrzeby akcjonariuszy wielkich spółek. Jak informuje tygodnik "Nie" (2002 nr 7), jesienią 2000 roku Ministerstwo Finansów zadbało w Sejmie o nowelizację ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, zwalniając od jego płacenia znaczącą grupę akcjonariuszy, założycieli spółek giełdowych. Ta inicjatywa, pachnąca na milę płatnym lobbyingiem splecionym z masową głupotą i niekompetencją solidarnościowych posłów - poszerza dziurę budżetową o ogromne kwoty. Na przykład, akcjonariusze Agory SA (wydawca "Gazety Wyborczej") mogą uniknąć podatku na sumę 575 milionów 907 tysięcy 960 złotych.** Akcjonariusze spółki EFL - 142 milionów 884 tysięcy złotych**, itd. Po ogłoszeniu tych faktów przez pismo Jerzego Urbana - trwa grobowa cisza. Rząd natomiast usilnie i skutecznie szuka oszczędności w kieszeniach ciężarnych kobiet, emerytów i budżetówki. Ot, Polnische Wirrtschaft.

(Uwagi
* Nie chcę być złośliwy, nie mam też nic przeciwko lekarzom, nawet "wprost przeciwnie", ale jak już pisać prawdę, to do końca. Gdzieś w Polsce - nieoficjalna nazwa osiedla domków jednorodzinnych: "Osiedle wdzięcznych pacjentów".
** Milczenie merytoryczne, raczej nie na miejscu, bez względu na to, co sądzimy o języku "Nie". Ja osobiście zwróciłem uwagę na "groszową" dokładność wyliczeń. Przeważnie taka "perfekcja" mi "podpada", przypomina księgowego szukającego "groszy", a nie widzącego milionów. W tej sprawie - nie wiem i nie mam nawet czasu ani chęci na sprawdzanie.
Odpowiedni urzędnicy powinni jednak mieć.
Anonimus).

Znękani tymi wieściami zdawać się mogło, że chociaż na sukcesie sportowym Małysza zarobimy. Okazuje się jednak, że dzielni menedżerowie z Polskiego Związku Narciarskiego już dawno sprzedali dochody reklamowe tego zawodnika firmie Federa z Austrii. Jak informuje "Newsweek" (2002 nr 6), "jest w umowie Federa z PZN parę kwiatków świadczących o zdumiewającym braku profesjonalizmu strony polskiej". Zwraca uwagę zwłaszcza "brak zapisu, powszechnego w takich umowach, że w przypadku, gdy zawodnik zacznie odnosić sukcesy, warunki umowy zostaną zmienione". W rezultacie, ponoć ponad połowa krociowych zysków z reklam i gadżetów, czy nawet znaczków pocztowych z Małyszem, idzie do kieszeni austriackiej. Oznacza to, że prawdziwy Polak na niczym interesu zrobić nie potrafi.
Gdy się patrzy na to wszystko, to są dwa wyjścia: albo odmawiać różaniec, czekając na rozkosze życia pozagrobowego, albo jeść, pić i popuszczać pasa. Ta druga rada dotyczy niestety tylko tych, którzy mają co jeść, co pić, a i pas też posiadają, w pacht nie oddany.

........
Uwagi
Przytoczyłem niemal całość artykułu. Autor "nie przebiera w słowach". Nie czuję się kompetentny do komentowania. Mogę jedynie podzielić pogląd, że z polskimi menedżerami nie dzieje się dobrze. Z "matołectwem", to zapewne przesada, ale zwykłe niedouczenie w zarządzaniu jest zjawiskiem powszechnym. Szkody też. Jak na tych ludzi wpłynąć, aby chociaż zwyczajnie zechcieli się uczyć? Jak ich - w ostateczności - zastąpić lepiej przygotowanymi?
Problem trzeba rozwiązać w miarę szybko, bo nie dość, że oni sami nie potrafią porządnie organizować pracy, to jeszcze tworzą niekorzystny klimat w zakładach pracy, klimat, którym w znacznym stopniu przesiąkają także młodzi, ich potencjalni następcy.
Źle to wróży na teraźniejszość i przyszłość, jeśli nie potrafimy się z tym szybko uporać.
Nie rozwiąże tego też sam rynek. Niedouczeni uczestnicy rynku są też dla poniektórych wyśmienitą okazją.
Tematy są trudne. Teoria też daleko jeszcze wielu zagadnień "ekonomii i zarządzania" nie zdołała rozwiązać. Nie rozwiąże ich także tylko sama improwizowana praktyka.
Anonimus

-----------------------------------------------------------------------------------------------
Krzysztof Lubczyński: Depresja, nr 3/2002, str. 20

Elitarne sukcesy - Smutny naród - Depresja schyłku dekady - Dramatyzm obecnej sytuacji
Ucichły przechwałki baronów, książąt i książątek polskiego kapitalizmu. "Gazeta Wyborcza" od dłuższego czasu od dłuższego czasu nie drukuje już reportaży o "młodych wilkach" z banków, konsorcjów i giełdowego parkietu, o beneficjantach wolności (zajęła się za to niezadowoleniem seksualnym Polek). Te akty strzeliste do kapitanów i generałów rynku niejednemu krwi napsuły, zwłaszcza że eksponowane były na tle - w wyjątkowo szybkim tempie narastającej ostatnimi laty - biedy i bezrobocia. Owi chłoptysie w nienagannie skrojonych, kosztownych garniturach, z młodzieńczą lekkomyślnością chełpiący się swoim powodzeniem, z pogardą odnoszący się do tych, którym się nie powiodło w nowym ustroju i podkreślający tę okoliczność z osobliwą satysfakcją, byli swoistym symbolem sytuacji polskiej, odznaczający się skrajną elitaryzacją sukcesu ekonomicznego lat 1993 - 1998. Dziś owe przechwałki wyraźnie ucichły, jakby zawstydzone panującą wokół atmosferą depresji gospodarczej i będącej jej konsekwencją depresji psychicznej, zataczającej szerokie kręgi w społeczeństwie.
...
(...) Przy wszystkich bowiem winach, głupocie oraz ślepocie ludzi identyfikujących się z tradycją Sierpnia, była ona potrzebna jako żywa idea, zdolna zmobilizować do wysiłku, choćby w konkurencji z innymi poglądami. Depcząc ideały społeczne "Solidarności" i nurzając w błocie jej sztandary, ludzie AW"S" uczynili krzywdę nie tylko sobie, ale także społeczeństwu, zadając mu ciężkie rany moralne.
(...) Niestety, nie bardzo widać, żeby rządząca obecnie lewica była w stanie sprostać ideotwórczemu wyzwaniu. Przy pogłębiającej się recesji gospodarczej, presji społecznych oczekiwań na jakąkolwiek poprawę i bardzo ograniczonych możliwościach ich spełnienia, lewicowa formacja nie ma wolnego pola na rozwiniecie skrzydeł Jej rządy będą niewątpliwie dużo bardziej spokojne i kompetentne... Lewica może więc zaprezentować lepszą technikę kierowania państwem, ale to za mało na szybkie wydobycie z zapaści obezwładnionego niepowodzeniami polskiego organizmu.  
Czy zatem skazani jesteśmy na depresyjny pesymizm?
...
Jedno wiem na pewno: chciałbym się mylić w swoich pesymistycznych przewidywaniach.
------------
Opinie na te i podobne tematy   
Aleksander
Małachowski
poseł Unii Pracy
"- Złe refleksje budzi niewątpliwie sfera życia politycznego. Ujawniła się wielka nieodpowiedzialność rządzących na dobro społeczne, stan państwa a społeczeństwo wciąż myśli plebiscytowo. Naiwnie wierzy w to, że jacyś cudotwórcy przyjdą i zbawią. Wciąż głosuje raz na tych, raz na tamtych i wciąż spotyka je zawód. Bo sytuacja wymaga nie cudotwórców, a wielu lat ciężkiej pracy. Transformacja się nam nie udała. Mówię to jako poseł X kadencji, który zagłosował na tę transformację - to myśmy przyjęli, doprowadzili do jej rozpoczęcia. Niewątpliwie zwycięstwo doktryny liberalnej stało się katastrofą, nieporozumieniem. Może dlatego, że przeprowadzali ją zarażeni amerykańskim liberalizmem dawni komuniści."*
* Polityka nr 11 (2341), 16 marca 2002, str.98
------------
Uwagi.
W moim odczuciu - praktyka patrzącego oddolnie, katastrofą też było nieprzygotowanie kadry zarządzającej i specjalistycznej do gospodarki rynkowej. Błędy popełniane "na co dzień" i w procesach restrukturyzacyjnych oraz prywatyzacyjnych, to niemal szczyty niekompetencji, żeby nie użyć mocniejszych oskarżeń. Nie wiem, na ile to zjawisko było powszechne, ale jako praktyk widziałem wokół siebie, że zjawisko niekompetencji zdecydowanie dominowało: inwestycje, podejmowane z naruszeniem elementarnych podręcznikowych zasad, zamiast poprawy - rozkładały firmy; niezbyt mądre, socjalistyczne planowanie, zostało zastąpione improwizacją "bez pojęcia i talentu"; socjalistyczne, niezbyt mądre systemy motywacyjne pracowników, zostały zastąpione "dzikim", niemal dziewiętnastowiecznym kapitalistycznym przymusem.
Dlaczego tak się stało? - Niekompetencja, i "pozagrobowa zemsta Partii": kapitalizm został zrozumiany tak, jak Partia niegdyś o nim uczyła?
To jednak tylko część powodów. Dalszym, ale chyba bardzo istotnym, jest słabość nauk ekonomicznych w ogóle. Nie chcę się w kółko powtarzać: temat "zarysowałem" już dość mocno, szczególnie na stronach: "konkretyzacja", "ekonomika i zarządzanie", "mleczarstwo" i w dziesiątkach komentarzy przy "Prezentacji literatury".
Zgadzam się z Aleksandrem Małachowskim, że "sytuacja wymaga nie cudotwórców, a wielu lat ciężkiej pracy". Musi to być jednak praca mądra, z jasno i konkretnie sprecyzowanymi celami i metodami. W wielu firmach częściowe efekty można osiągnąć zresztą prawie natychmiast: wystarczy zmienić kierownictwo na mądrzejsze (skąd je wziąć, i jeszcze się nie pomylić?).
Trochę żałuję, że kiedyś nie wykazałem wystarczająco silnej woli, żeby przeforsować swoje poglądy. A chciałem tylko, chociaż przynajmniej lokalnie:
- kierownictwa firm i "specjalistów" zawczasu przygotować do gospodarki rynkowej. Pierwszy raz wystąpiłem z takim "żądaniem" jeszcze w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych - mając co prawda na myśli pełną reformę gospodarczą a nie upadek socjalizmu - później pod koniec lat osiemdziesiątych, później na początku lat dziewięćdziesiątych, później w połowie lat dziewięćdziesiątych, później..., najpóźniej robią to do dzisiaj, analizując głęboko zakorzenione najgorsze nawyki z gospodarki centralnie "zbiurokratyzowanej", uzupełniające się z najgorszymi wzorcami prymitywnego, "dzikiego" kapitalizmu",
- nakłonić wszystkich co trzeba, aby byli mniej ogólnoteoretyczni, a bardziej konkretnie, kompleksowo a zarazem interdyscyplinarnie praktyczni, i - o zgrozo - panowali nad istotnymi szczegółami,
- nakłonić bardzo wielu bardzo wąskich specjalistów aby patrzyli trochę szerzej, gdy dla dobra sprawy jest to konieczne, a przynajmniej zechcieli sobie uświadomić, że świat jest "trochę bardziej złożony" niż to wynika z ich wąskiej specjalizacji.

Pozwoliłem też sobie w paru miejscach zażartować, że "socjalizm najwięcej rozłożyli ekonomiści, dzielnie wspomagani przez księgowych, co prawda niechcący i jakby mimochodem, a teraz zabrali się za kapitalizm". Chwilami jednak trochę się zastanawiam, czy w tych żartach nie ma "źdźbła" prawdy.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Jerzy Maciąg: Obraz Polski A.D. 2000, nr 2/2002, str. 30

Wzrost sfery ubóstwa - Geografia poziomu życia - Wydatki gospodarstwa domowego - Kwestia mieszkaniowa - Ochrona zdrowia - Oświata - Kultura i sztuka

Pięćdziesiąt cztery procent obywateli z rodzin, w których poziom wydatków był niższy od minimum socjalnego i 8 proc. pozostających na poziomie minimum egzystencji, z pewnością bilansuje rok 2000 negatywnie. Tak wynika z publikacji pt. "Warunki życia ludności w 2000 r.", wydanej w listopadzie 2001 r. przez Departament Warunków Życia Głównego Urzędu Statystycznego. Szczegółowe, zespołowe opracowanie pod redakcją Marii Daszyńskiej, pozostawia przygnębiające wrażenie. Niby wszyscy bowiem - no, prawie wszyscy - wiedzą, że w latach 90 z roku na rok pogarszały się warunki życia materialnego i duchowego społeczeństwa, rosło bezrobocie, zmniejszało się spożycie artykułów żywnościowych i przemysłowych, malał dostęp do opieki lekarskiej i kultury, ale czym innym jest prawda podawana w postaci sieczki informacyjnej w środkach masowego przekazu (przy tym opakowana w kolorowe i błyszczące klipy i spoty, odsłonięcia i wręczania, pokropki i pyskówki, kwesty i bale), a czym innym konfrontacja z nieubłaganą wymową liczb, świadczących o powolnej , ale konsekwentnej degradacji cywilizacyjnej szerokich rzesz społeczeństwa.
...
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Pośród kryzysów, nr 12/2001, str. 7

Mamy na szczęście już za sobą spory wokół ustawy podatkowej przedstawionej przez rząd. Warto jednak odnotować, że wykazały one daleko idącą słabość rozumienia spraw ekonomicznych zarówno w kręgach pierwszej władzy, czyli parlamentu, jak czwartej władzy, czyli mediów, nie mówiąc już o szerokiej publiczności. Okazało się bardzo trudne do zrozumienia, że zmiany podatkowe to tylko niewielki fragment programu polityki gospodarczej, wybity na czoło jedynie ze względu na formalne wymagania kalendarza sejmowego. Co gorsze, trudne do zrozumienia okazało się to, że rząd najpierw zabiera się do rozwiązania najpilniejszego, a przy tym stosunkowo najprostszego problemu ratowania finansów publicznych. Zupełnie nie pojmowano tego, że w dziedzinie polityki budżetowej nie ma innych posunięć ratowniczych, poza obcinaniem wydatków i podnoszeniem podatków, as żaden z tych kierunków działania nie może jednocześnie służyć przyśpieszaniu wzrostu gospodarczego. Dlatego nie można było się pozbyć zdumienia, gdy poważni, zdawałoby się, działacze biczowali koncepcje związane z podniesieniem obciążeń podatkowych argumentem, że to dławi gospodarkę, trzeba więc tylko ścinać wydatki. Zupełnie tak, jak gdyby ścinanie wydatków mogło pomagać rozwijaniu gospodarki i był tylko wybór - rozwijać czy dławić.
Powtórzmy: w ramach rozwiązań budżetowych nie ma takiego sposobu wyjścia z kryzysu finansów publicznych, który jednocześnie mógłby się przyczyniać do przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Takiego sposobu trzeba szukać w innym zestawie narzędzi, przede wszystkim w polityce pieniężnej.
Potrzeba istotnego obniżenia stóp procentowych została już tak bardzo nagłośniona, że pewnie nawet dzieci szkolne zdają sobie z niej sprawę. Rada Polityki Pieniężnej z pewną dumą może podkreślać swoją dobrą wolę, bo w ciągu bieżącego roku obniżyła stopy już czterokrotnie, w sumie o 5 punktów procentowych.(
już sześciokrotnie, w sumie o 7,5 punktów procentowych. Przypis Z.U.). Cóż, kiedy tempo inflacji zmniejszyło się w tym czasie co najmniej o 5 punktów, realne stopy procentowe pozostały więc bez zmiany - na poziomie wielokrotnie wyższym niż w innych krajach Europy.
Znajdująca się w recesji polska gospodarka jest więc nadal dławiona. Przedsiębiorstwa zwijają produkcję i zwalniają pracowników. Nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw weszły w fazę absolutnego spadku. Taka recesja ma to do siebie, że wprowadza gospodarkę w samowzmacniający się układ deflacyjny. Wraz ze spadkiem popytu maleje produkcja, spadają dochody, a tym samym popyt dalej się zmniejsza. Potrzebny jest jakiś bodziec, który pobudzi przedsiębiorczość i pozwoli na odwrócenie tendencji recesyjnej. (
Oby tym "bodźcem" lub, jak kto woli, "rozrusznikiem", nie stała się, jak w czasach "wielkiego kryzysu lat trzydziestych", perspektywa jakiejś "większej wojenki". Żartuję. Sytuacja jest inna. Z.U.).

Takim bodźcem mogłoby się stać zdecydowane obniżenie stóp procentowych. Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że rosnący z powodu kryzysu finansów publicznych deficyt budżetowy wymaga finansowania. Im jest większy, tym wyższe oprocentowanie obligacji skarbowych musi oferować rząd, aby je sprzedawać. Powstaje więc bariera dla rzeczywistej obniżki stóp i koło się zamyka.
Sytuacja jest do rozwiązania, ale niestety nie od razu. Nie sądzę, aby można było liczyć na wyraźne przyspieszenie wzrostu gospodarczego w roku 2002. Jeśli w ciągu tego roku uda się doprowadzić do uporządkowania finansów publicznych , to stworzy to podstawę do ożywienia w roku 2003. Nadmierny optymizm w planowaniu wyników najbliższego roku może tylko zaszkodzić. Takie są realia ekonomiczne.
Mamy jednak również realia społeczne, określane przez masowe i rosnące bezrobocie i jego szerokie następstwa w postaci rozszerzającej się strefy biedy oraz różnych patologii społecznych, wynikających ze spychania wielkich grup ludzi na margines życia.
Wielkim - bez żadnej przesady - osiągnięciem ekonomicznym ostatniego półtora roku jest zdecydowane obniżenie płatniczego deficytu obrotów bieżących.
...
Jednakże został on osiągnięty wyłącznie w wyniku ostrego zmniejszenia popytu krajowego, zarówno inwestycyjnego, jak i konsumpcyjnego, co doprowadziło do zupełnego zahamowania wzrostu importu. Ustała więc główna przyczyna powstawania i wzrostu deficytu płatniczego, jaką była wysoka dynamika importu, znacznie przewyższająca tempo wzrostu eksportu.
Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że osiągnięcie to nie oznacza rozwiązania problemu. Wróci on wraz z ożywieniem popytu i przyspieszeniem wzrostu gospodarczego. Nic bowiem nie zmieniło się w naszej strukturze gospodarczej. Byłoby to do uniknięcia tylko wtedy, gdyby nastąpiła zasadnicza zmiana na korzyść pod względem konkurencyjności naszej produkcji krajowej wobec importu To jednak na razie nie następuje i nie nastąpi, jeśli rząd nie rozpocznie polityki intensywnego wspomagania procesów modernizacji struktury polskiej produkcji i eksportu.
Trzeba również zdawać sobie sprawę z tego, jaki był koszt tego osiągnięcia. Jest nim obecna recesja ze wszystkimi swymi skutkami, łącznie z kryzysem finansów publicznych. Deficyt bieżących obrotów płatniczych został w pewnej mierze zamieniony w dziurę budżetową. Tę zmianę można uznać za korzystną, ponieważ - przy wszystkich bolesnościach - finanse publiczne będzie znacznie łatwiej naprawić, niż skutki ewentualnego kryzysu płatniczego.
Natomiast wielką czarną chmurą, której dotychczas nikt nie usiłował rozproszyć, a która dalej się zbiera i nadciąga, jest potencjalny kryzys społeczny.
...
------
Uwagi
Patrząc na niektóre problemy z punktu widzenia mikroekonomii, zupełnie nie wiem czemu kojarzy mi się książka: "
Zmiana Warty w Zarządzaniu. Dramat i Szansa" - poz. 57 prezentowanej literatury.
Z.U.

-----------------------------------------------------------------------------------------------
Grzegorz W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze
Prognoza rozwoju gospodarczego Polski cz.2, nr 12/2001, str. 43
Marzenie o ustroju sprawiedliwości społecznej - Nierówność a wzrost gospodarczy - szanse europejskiej integracji - Rola państwa - Wizja roku 2025
Sprawiedliwy podział

Ustrój sprawiedliwości społecznej nie istnieje. To odwieczne marzenie filozofów nie ziściło się również podczas historycznego epizodu socjalizmu, u którego podstaw intencjonalnie leżało. Tym bardziej odlegli od niego byliśmy we wcześniejszych formacjach ekonomicznych, a także później - podczas posocjalistycznej transformacji i ponownego rozwoju gospodarki kapitalistycznej, w jakże odmiennych wszak warunkach i okolicznościach. Utopia "sprawiedliwości społecznej" to skądinąd jedno z piękniejszych (choć szkoda, że nieziszczalnych ) dążeń ludzkości. Ma ona jednak praktyczne implikacje, także w Polsce na początku obecnej dekady i w obecnej fazie transformacji systemowej. Nie istnieje przy tym jakaś jedna "sprawiedliwość", gdyż o tym, co jest, a co nie jest sprawiedliwe, decydują procesy historyczne i społeczne, a nie nauka. Może ona tu najwyżej pomóc, ale rozstrzygnąć tej kwestii nie jest w stanie.
Jedno wszak wiedzieć wypada: nie jest sprawiedliwe to, czego pryncypialnie nie akceptuje społeczeństwo. Z tego też punktu widzenia  pojecie sprawiedliwości – także w odniesieniu do stosunków podziału – ewoluuje historycznie. To, co kiedyś uznawano za sprawiedliwe, dzisiaj traktowane jest jako wyraz niesprawiedliwości, i odwrotnie.

Na rym tle wiara, że przejście do gospodarki rynkowej przynieść powinno automatycznie więcej sprawiedliwości społecznej, niż dawał jej realny socjalizm, musi zdumiewać.  Rzadko bowiem zdarza się, że w społeczeństwach wydawałoby się zachowujących się racjonalnie, górę bierze  tak wielka doza naiwności. Jeśli sięgnąć pamięcią do ideałów Solidarności sprzed 21 lat, czy też do ducha (a nawet litery) wielu zapisów porozumień wynegocjowanych przy Okrągłym Stole przed  laty  12., trudno nie dostrzec ogromnego ładunku postulatów, których wdrażanie miało jakoby przynieść więcej sprawiedliwości (Baka 1999).  Stąd też, z dzisiejszej perspektywy, tamte porozumienia wydają się raczej wielkim nieporozumieniem.

Do refleksji skłaniać też musi fakt, że zmiany, które przecież musiały daleko większe niż poprzednio nierówności społeczne, dokonane zostały przy niebywale silnym wsparciu politycznym tych, którzy wierzyli, że walczą o coś wręcz odwrotnego – o większą sprawiedliwość, pojmowaną przez nich samych jako niwelacja istniejących wcześniej umiarkowanych skądinąd nierówności. W miejsce jednak eliminacji i zanikania jednego rodzaju nierówności, natychmiast pojawiło się wiele nowych, idących zdecydowanie dalej niż podczas minionych dziesięcioleci (Milanowic 1998).  Ludzie mają zatem prawo czuć się oszukani.  I tak też jest, gdyż nowa rzeczywistość – wbrew zapowiedziom – przyniosła coś zgoła odmiennego od lepszego, wymarzonego świata (Kowalik 2000). 
Zapowiedzi te brały się nie tylko z naiwnej wiary niektórych intelektualistów, polityków, ekonomistów czy działaczy związkowych.  Wynikały one także – a w pewnych kręgach politycznych przede wszystkim – z celowego zamysłu politycznego. Po prostu ludzi okłamywano (a niektórzy czynią to z całą premedytacją nadal), aby zyskać ich przychylność, a co najmniej neutralność i bierne przyzwolenie dla przeprowadzanych zmian, które komu innemu, węższym grupom interesu, przynoszą korzyści. 

Polska, oczywiście, raz jeszcze nie jest tutaj żadnym wyjątkiem.  A jeśli już, to w pozytywnym znaczeniu, choć ostatnimi laty coraz mniej, gdyż nierówności społeczne i skala niesprawiedliwości w podziale dochodów po roku 1997 ponownie w szybkim tempie narastają. 
...
Do coraz większego i coraz mniej akceptowanego społecznie zróżnicowania sytuacji materialnej ludności w warunkach posocjalistycznej transformacji, przyczynia się nie tylko ruch strumieni (dochodów), ale także zasobów (majątku). Wiąże się to z procesami denacjonalizacji aktywów państwowych. Prywatyzacja okazuje się kolejnym zaprzeczeniem „dziejowej sprawiedliwości”.

Zrozumiałe jest, że w trakcie przechodzenia od socjalistycznej gospodarki centralnego planowania do kapitalistycznej gospodarki rynkowej, istotnie muszą się zmienić stosunki podziału, a zatem także proporcje dochodów. Tym bardziej oczywiste powinno być, że radykalnie zmienić się muszą relacje majątku, którym dysponują różne jednostki i grupy społeczne – z wszystkimi tego implikacjami dla strukturalnego zróżnicowania ich położenia materialnego. Kapitalizm, który budowany jest w Polsce, prowadzić musi bowiem  do dywersyfikacji społecznej i tworzenia się nowej struktury społecznej, w której jedni będą bogatsi, a inni z pewnością nie. Rzecz w tym, żeby proces wzbogacenia się jednych nie odbywał się kosztem zubożania – absolutnego lub względnego innych, a przynajmniej by działo się  to na jak najmniejszą skalę i nie obracało się przeciwko wzrostowi gospodarczemu. 

W długofalowej, mierzonej na pokolenie strategii rozwoju społeczno-gospodarczego, chodzić musi o to, żeby znaleźć dobry sposób rozwiązywania rodzących się  na tym tle sprzeczności interesów. Jeśli nie są one rozwiązywane we właściwym czasie i właściwymi metodami, wówczas sytuacje konfliktogenne przeradzają się w otwarte konflikty, co nie tylko samo w sobie jest niedobre, lecz zakłóca przebieg procesów wzrostu gospodarczego. Sprawiedliwość  z pewnością nie może oznaczać również takiego podziału majątku i dochodów, gdzie zamożność i bogactwo niewiele mają wspólnego z własną zapobiegliwością i kwalifikacjami, z wkładem uczciwie pozyskanego kapitału i własnej pracy do tworzenia dochodu narodowego. Jeśli ktoś – jednostka, grupa, region, branża – bierze więcej ze wspólnej kasy, jaką jest PKB, niż do jego wytwarzania wkłada w długim okresie, to też jest niesprawiedliwe.
Oczywiście, mówiąc o pewnej proporcjonalności i ekwiwalentności na tym polu, brać trzeba pod uwagę takie czynniki, jak redystrybucja międzypokoleniowa oraz solidaryzm społeczny, wyrażający się w gotowości społeczeństwa do łożenia na utrzymywanie tych, którym zagraża, z różnych względów, wykluczenie na jego marginesy.
 
Łatwiej jest zatem orzec, co sprawiedliwym podziałem nie jest, aniżeli stwierdzić, co nim jest. Można jednak na zasadzie kontrapunktu stwierdzić – i bynajmniej nie jest to ogólnik, tylko pragmatyczna wytyczna dla polityki gospodarczej, zwłaszcza fiskalnej i dochodowej – że sprawiedliwy jest taki podział (w tym zakres nierówności), który zyskuje zrozumienie i akceptację społeczną.   Nie jest przy tym prawdą, że w Polsce dominują postawy rewindykacyjne i populistyczne.  Po prostu nie ma przyzwolenia na ewidentnie nieuzasadnione dysproporcje w sytuacji materialnej, zwłaszcza wynikające z panoszącej się korupcji władzy i nieekwiwalentnej wyprzedaży majątku publicznego. 

Kilka wszakże konkluzji dla polityki gospodarczej na wiele następnych lat wypada sformułować.   Tym bardziej, że w miarę sprawiedliwy podział uzasadniają nie tylko argumenty natury normatywnej; po prostu ludzie mają prawo do korzystania z owoców wzrostu społecznej wydajności pracy. W tym świetle wzrost realnych dochodów dotyczyć  musi także emerytów i rencistów, aczkolwiek na bieżąco do wzrostu wydajności pracy już się nie przyczyniają. Na tym, między innymi, polega sens społecznej gospodarki rynkowej.  Nasza zaś gospodarka – po tym, jak zaczęła coraz bardziej nabierać takiego właśnie charakteru – ostatnio znowu od tego wzorca się oddala. 

Sprawiedliwy podział jest także potrzebny ze względów czysto pragmatycznych.  Także tym, którym materialnie już powodzi się dobrze, czy wręcz znakomicie. Otóż od niedawna nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy odszedł od naiwnego dogmatyzmu i twierdzi, że względnie zrównoważony społecznie (czyli bardziej sprawiedliwy) podział dochodu przyczynia się do szybszego tempa wzrostu produkcji (Tanzi, Chu i Gupta 1999).

W Polsce po 1997 roku drastycznie spadla dynamika PKB również i z tej przyczyny, że narastają nierówności w podziale dochodów.  Zbyt daleko posunięta nierówność obraca się przeciwko wzrostowi gospodarczemu, a w konsekwencji przeciwko interesom nie tylko biedniejszej ludności, ale i bogatych właścicieli, inwestorów i przedsiębiorców. Wydaje się, że wielu spośród nich coraz wyraźniej to dostrzega, aczkolwiek może bardziej z punktu widzenia niedogodności płynących dla nich z wadliwej konstrukcji polityki finansowej, niż bezpośrednio poprzez pryzmat stosunków podziału.

Co zatem czynić?  Otóż polityka sprawiedliwego podziału dochodu narodowego staje się nie tylko koniecznością polityczną, ale także imperatywem ekonomicznym. Bez pożądanych zmian na tym polu, nie uda się trwale przyspieszyć tempa wzrostu. Patrząc od strony czysto ilościowej, oczywiste jest, że niwelowanie nadmiernych nierówności wymaga szybkiego tempa wzrostu dochodów relatywnie mniej zamożnych grup ludności. Wyłączając  poza nawias najuboższe grupy, których sytuacja materialna – zwłaszcza w okresie kilkuletnim – poprawić może się jedynie wskutek politycznie rozstrzyganych zmian proporcji dochodów i wydatków systemu finansów publicznych (a więc poprzez działania redystrybucyjne), tylko działania sprzyjające szybkiemu wzrostowi wydajności pracy tych grup ludności mogą nie być sprzeczne z prowzrostową orientacją polityki gospodarczej. Jest to wielki problem, gdyż najczęściej tym właśnie grupom ludności – bez radykalnego przekwalifikowania się – nie udaje się ponadprzeciętnie zwiększać wydajności pracy.  Przesuniecie zatem do gałęzi i sektorów o wyższej wydajności wymaga daleko posuniętych, kosztownych i zajmujących wiele lat zmian strukturalnych w gospodarce.

Redukcji skali niesprawiedliwości sprzyjać ponadto musi aktywna polityka przeciwdziałania bezrobociu, także przy pomocy interwencjonizmu państwowego, polityki przemysłowej i handlowej oraz sięgania do instrumentów fiskalnych. Tak państwo, jak samorządy regionalne, a także sami przedsiębiorcy aktywnie uczestniczyć muszą w znojnym procesie przekwalifikowania siły roboczej i jej sukcesywnym przenoszeniu do dziedzin...  (Bardzo wielu pracownikom, nie czekając, aż staną się bezrobotnymi, też by się przydało trochę więcej aktywności w zakresie przekwalifikowywania i podnoszenia kwalifikacji. Anonimus)

Temu z kolei służyć musi odpowiednio ukierunkowana polityka edukacyjna oraz wspieranie przedsiębiorczości. W tym kontekście szczególne znaczenie przez najbliższe dziesięciolecia będzie miała oświata, a także kompleks gospodarki oparty na nauce oraz wdrożeniach nowych technik i technologii, również dla sektora usług. Innymi słowy, dbałość  o ogólny poziom edukacji i kultury oraz rozwój gospodarki opartej na wiedzy, to nie tylko niezbywalne elementy polityki stymulowania długookresowego i zrównoważonego wzrostu gospodarczego, ale także kształtowania społecznie akceptowalnej struktury dochodów, przy równoczesnym sukcesywnym dźwiganiu ich na coraz wyższy poziom. Im wyższy poziom wykształcenia społeczeństwa, tym szybsze tempo wzrostu gospodarczego i tym mniejsze nierówności społeczne.*  I chociaż odwieczny dylemat „efektywność a sprawiedliwość” nadal będzie występował, to można będzie wytwarzać zarazem coraz efektywniej i dzielić coraz sprawiedliwiej.

* Aż „prosi się” bardzo dużo większe wykorzystanie  Internetu, do szybkiej, odpowiednio ukierunkowanej edukacji społeczeństwa. Tego, z przyczyn chyba oczywistych, nie załatwi sama „Niewidzialna ręka rynku”. Konieczna jest ingerencja Państwa. Koszty, jeśli się właściwe i bez wybujałych ambicji technicznych zorganizuje, mogą być niewielkie, a efekty stosunkowo duże i względnie szybkie.
Anonimus
 
Korzystna
integracja

W polskiej gospodarce najbliższe lata - tak do czasu wejścia za kilka lat do Unii Europejskiej, jak i przez co najmniej następne dwie dekady - będą przebiegały pod wielkim wpływem procesów integracji naszej gospodarki z zewnętrznym otoczeniem. Proces ten trzeba wszakże postrzegać pod o wiele szerszym kątem, niż to się najczęściej czyni, nie tylko zresztą w zmaganiach bieżącej polityki (gdzie jest bardziej zrozumiałe), ale także w rozważaniach naukowych. W rezultacie włączanie się polskiej gospodarki w nurt współczesnej gospodarki światowej zdominowane jest nie tyle przez globalizację, ale przede wszystkim przez europeizację.
Takie skrzywienie nie jest korzystne, gdyż można zgubić z pola widzenia wiele poważnych szans, które przynosi nam globalizacja. Europa to nie Świat, a Unia Europejska to nie gospodarka światowa. Prawdą wszak jest, że kwestia integracji z Unią Europejską ma dla długofalowej strategii rozwoju społeczno-gospodarczego Polski - podobnie jak w odniesieniu do niektórych innych gospodarek posocjalistycznych, zważywszy na ich położenie - znaczenie kluczowe. W tym kontekście trzeba realizować politykę korzystnej integracji z otaczającym nas zewnętrznym układem gospodarczym, którego częścią w coraz większej mierze się stajemy.
...
Skuteczne państwo

Rola państwa we współczesnym świecie ulega istotnym zmianom, przy czym konieczność jego aktywnego zaangażowania w sterowanie przebiegiem procesów rozwoju społeczno-gospodarczego wcale nie jest w poważnych gremiach kwestionowana (World Bank 1997). Dokonujące się przeobrażenia odzwierciedlają przede wszystkim zmiany wzajemnych relacji oraz interakcje występujące między państwem i jego ogniwami oraz sektorem prywatnym z jednej strony, i organizacjami pozarządowymi - z drugiej. Zatem rzecz nie sprowadza się do ograniczania roli państwa w gospodarce, ale do jego redefinicji oraz restrukturyzacji form i sposobów zaangażowania w społeczny proces reprodukcji (Hausner 1999).
...
Rok 2025

Jak będzie zatem wyglądała sytuacja polskiej gospodarki i społeczeństwa w roku 2025? Jaką przyjdzie nam napisać  wtedy historię gospodarczą minionego już ćwierćwiecza, które wciąż jeszcze przed nami?  To zależy zasadniczo od obranej strategii rozwoju i realizowanej dla jej urzeczywistnienia polityki gospodarczej. W tym przypadku nie ma determinizmu historycznego. Zarazem daleko nie wszystko jest możliwe i nie wszystko leży w zasięgu polityki gospodarczej, nawet gdyby była ona oparta o najlepszą teorię ekonomiczną. A pamiętać należy, że w realnym świecie polityka częściej jest wypadkową kompromisów – nie zawsze zdrowych – pomiędzy sprzecznymi interesami, niż konsekwencją naukowej logiki.
...

Bibliografia
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław Baka: Kusząca propozycja?, nr 11/2001, str. 5

Wśród licznych propozycji uzdrawiania gospodarki przedkładanych nowemu rządowi coraz częściej wymieniane jest wykorzystanie rezerwy dewizowej do pobudzenia wzrostu gospodarczego, np. w formie kredytowania rozwoju produkcji eksportowej. Jest to kusząca propozycja, zwłaszcza że wielkość tej rezerwy jest znaczna, wynosi bowiem 27 mld USD, co sytuuje nasz kraj, pod tym względem, na czołowym miejscu wśród państw Europy środkowej.
Głównym celem rezerwy walutowej państwa jest zabezpieczenie gospodarki przed ewentualnymi zaburzeniami, wynikającymi z załamania równowagi zewnętrznej. Chodzi głównie o to, żeby w przypadku gwałtownego spadku wpływów walutowych, utrzymać import towarów i usług na poziomie zapewniającym zaopatrzenie gospodarki w skali niezbędnej do jej funkcjonowania.
Nie ma uniwersalnych norm, które określałyby optymalny poziom rezerwy dewizowej. W praktyce banków centralnych i rządów wielkość niezbędnej rezerwy ustala się najczęściej w relacji do wartości miesięcznego importu towarów i usług. Z danych statystyki światowej wynika, że relacja ta zawiera się w przedziale od 3 do 6. Oznacza to, że w jednych państwach rezerwa będąca trzykrotnością importu uznawana jest za wystarczającą, w innych natomiast musi być znacznie większa.
...
(...) Jak na tym tle przedstawiają się parametry charakteryzującą naszą gospodarkę?
...
(...) Na marginesie kilka słów o genezie i strukturze zadłużenia, zwłaszcza że w ostatnim czasie było na ten temat dość głośno.
...
(...) W celu optymalizowania polityki rezerw dewizowych, banki centralne najczęściej dokonują podziału rezerwy na dwie transze. Transzę pierwszą utrzymuje się nieustannie w postaci najbardziej płynnej (w postaci gotówki i na rachunku bieżącym), z przeznaczeniem do natychmiastowego wykorzystania w przypadku koniecznej interwencji na rynku walutowym. Natomiast transzę drugą, będącą swego rodzaju odwodem strategicznym gospodarki narodowej, lokuje się w formie oprocentowania lokat terminowych bądź wykorzystuje się na zakup pierwszorzędnych dłużnych papierów wartościowych, najczęściej bonów skarbowych i obligacji rządowych USA.
Takie podejście można byłoby - mutatis mutandis - zastosować przy rozważaniu ewentualności wykorzystania części rezerwy dewizowej na wspomaganie rozwoju eksportu, pod warunkiem, że zabezpieczony zostałby zwrot użyczonych środków dewizowych na konto w banku centralnym na z góry określonych zasadach. Zacząć należałoby oczywiście od projekcji bilansu płatniczego kraju na najbliższe pięciolecie. Uwzględnić zwłaszcza należy utrzymującą się wysoką nadwyżkę importu nad eksportem (ok. 1 mld USD w skali miesięcznej) oraz bliską perspektywę nieuchronnego wzrostu obciążeń z tytułu spłat zadłużenia. Wydaje się, że okoliczność ta nie rokuje zbyt dobrze.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Gospodarka i demokracja, nr 11/2001, str. 7

Charakter bieżących działań gospodarczych nowego rządu jest z góry określony przez nieszczęsne dziedzictwo w postaci kryzysu finansów publicznych. Jest to ciężka choroba, z której trzeba się możliwie szybko wyleczyć. Nie ma wątpliwości, że potrzebny jest w tym celu cały szeroki zestaw leków, którymi są przede wszystkim instrumenty polityki budżetowej i pieniężnej. Można mieć różne poglądy na słuszność i skuteczność poszczególnych elementów tego zestawu, ale roztrząsanie ich tutaj byłoby zajęciem jałowym, ponieważ pewne jest to, że każdy zestaw będzie mało przyjemny dla społeczeństwa. Ono musi ostatecznie ponieść koszty tego kryzysu.
Ale która część społeczeństwa ma je przede wszystkim ponieść? Czy miliony ludzi dotkniętych skrajną biedą? Zdawałoby się, że nikt nie będzie ich chciał na to skazywać. A jednak. Jak pieśń z innej epoki brzmią podejmowane na nowo przez niektórych neoliberałów próby obrony zamożniejszych przed udziałem w pokrywaniu tych kosztów. Wysuwa się przy tym z powagą argument, że zwiększone obciążenie tych grup rzekomo przeszkodzi przyspieszeniu wzrostu gospodarczego i redukowaniu bezrobocia. Chyba nikt rozsądny nie będzie tego traktował poważnie. Chyba jest jasne, że obrona bogatych to obciążanie biednych, których trzeba bronić a nie dodatkowo obciążać.
Miejmy nadzieję, że nowy rząd poradzi sobie z tym pierwszym swoim zadaniem w sposób, który społeczeństwo potrafi zrozumieć i przyjąć. Nie będzie to łatwe. Nowy rząd zawsze otrzymuje kredyt zaufania, ale nie jest to nigdy kredyt długookresowy. Ludzie łatwo się zniechęcają w trudnej sytuacji gospodarczej. W naszych obecnych warunkach takie zniechęcenie oznaczałoby jeszcze bardziej zdecydowane, niż dotąd, zwrócenie się z poparciem dla radykalnych kierunków politycznych. Taka perspektywa stanowi poważne zagrożenie dla demokracji, którego nie można lekceważyć.
Dlatego nowy rząd nie może ograniczać się do działań z zakresu polityki finansowej. Przy całym uznaniu dla osoby nowego ministra finansów niepokojące jest to, że - jak w poprzednich układach - znowu przyjęta została niedobra koncepcja dominującej roli tego właśnie urzędu w kształtowaniu polityki gospodarczej rządu. Dlaczego niedobra? Dlatego, że - nawet w okresie załamania finansów publicznych - od polityki gospodarczej rządu trzeba oczekiwać znacznie szerszego spojrzenia, niż to, które wynika z samej optyki budżetowej. Doświadczenie zaś uczy, że najmądrzejszy nawet minister finansów łatwo dostaje się w gorset trudności budżetowania i traci oddech pod presją murów gmachu na ulicy Świętokrzyskiej.
Ktoś inny więc, niż minister finansów, powinien być odpowiedzialny za tworzenie szerszej wizji rozwoju polskiej gospodarki i szerokiej koncepcji polityki gospodarczej rządu, w której polityka budżetowa odgrywa bardzo ważną rolę, ale jej nie wyczerpuje.
(...) Każdy rząd, jeśli tylko ma się kierować rozsądkiem, musi dążyć do osiągnięcia możliwie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego, do redukowania bezrobocia, do promowania eksportu i modernizowania struktury gospodarki, pomagając jej w dostosowywaniu się do wymagań współczesnej gospodarki rynkowej, opanowywanej przez cywilizację informacyjną. Każdy rząd musi zajmować się unowocześnianiem rolnictwa i rozwijaniem budownictwa mieszkaniowego. Każdy rząd musi też dbać o szybkie dostosowywanie układu prawnego, instytucjonalnego, ekonomicznego i społecznego do norm Unii Europejskiej. Nie jest to bowiem kwestia wyboru, lecz kierunek określony przez dominujące tendencje światowe. Każdy rząd też będzie natrafiał na podobne trudności kojarzenia różnych, wzajemnie sprzecznych celów.
Trzeba będzie mianowicie dokonywać ciągłych wyborów dotyczących sposobów tego kojarzenia. Stwarzać to będzie nieustanną potrzebę zagłębiania się w sprawy szczegółowe. Właśnie z tego powodu nie powinno być zadaniem dla premiera.
A przecież na polityce gospodarczej sprawa się nie kończy. Doświadczenia światowe wskazują, że dzisiejsze państwo, bez względu na to, przez kogo jest rządzone, musi spełniać liczne funkcje zarówno wspomagające rozwój społeczny, jak i opiekuńcze.
...
Głównym pytaniem jest obecnie to, czy nowy rząd potrafi i zdoła realizować nowoczesną koncepcję państwa rzeczywiście demokratycznego, służącego jednakowo wszystkim obywatelom?
...
(...) Utrwaleniu i umocnieniu naszej demokracji może stanąć na przeszkodzie każde niepowodzenie w dziedzinie ochrony socjalnej grup dotkniętych bezrobociem i biedą. Są to grupy zdesperowane, którym trzeba pomóc. Dzięki interwencjonizmowi państwowemu, formułom państwa opiekuńczego oraz społecznej gospodarki rynkowej wydawało się, że współczesny kapitalizm stworzył już metody korygowania rynku w kierunku bardziej sprawiedliwego podziału dochodów. Okazało się to jednak zawodne. Jedną z charakterystycznych cech współczesnego rozwoju gospodarczego jest szybki wzrost nierówności społecznych w krajach wysoko rozwiniętych, jak w szczególności w USA, gdzie ogromny wzrost rozpiętości dochodowych budzi rosnące zaniepokojenie. Gospodarka rynkowa znów wytwarza i pogłębia nierówności społeczne.
Otóż my w Polsce nie możemy już dopuścić do dalszego wzrastania tych nierówności, bo utracimy tę najcenniejszą zdobycz ostatnich lat, jaką jest demokracja.
To jest naczelne wyzwanie, przed jakim stoi nowy rząd.
........................................................................................................................
Uwagi

- "Kapitalizm wcale nie jest taki słodki. Trzeba uważniej było czytać ulotki" - z kabaretu Olgi Lipińskiej,

- "Wracają problemy kryzysu gospodarczego" - Paul Krugman, poz. 71 prezentowanej literatury,

- "Unia Europejska - Polska" - Andrzej Karpiński, poz. 67 prezentowanej literatury,

- "Gdzie kończy się rozum, tam rozpoczyna się Polska" - "gdzieś czytałem, nie pamiętam",

- " Lepperiada" - z mediów,

- "Heblowanie Belki" - Jerzy Urban, "Nie" nr 48 (583) z 29 listopada 2001,

- "Ekonomio! A ja tak ci wierzyłem!!!" - biznesmen, który wierzył,

- "Sprawność zarządzania" - "Jak widać, jak słychać, jak czuć",

- "Opadają ręce i nogi" - zasłyszane, z podsumowania.

Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------
Grzegorz W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze
Prognoza rozwoju gospodarczego Polski cz.1, nr 11/2001, str. 22
Filary strategii rozwoju - Przesłanki optymizmu - Dobrodziejstwa globalizacji - Strategia dla Polski w 21. wieku

Jest rok 2025. Minęły kolejne lata – aż 25 lat – integrowania się z gospodarką światową w warunkach narastającej konkurencji.  Od 20 lat Polska jest członkiem Unii Europejskiej, która teraz wytwarza w sumie więcej, niż USA.  Czy Polski udział w globalnym PKB przekracza 1 proc.?  Czy nasz udział  w światowym handlu jest bliższy 2 proc.?  Czy PKB, liczony w kategoriach parytetu siły nabywczej  (PPP), przekroczył już  30 tysięcy dolarów na mieszkańca, czyli poziom, którego Unia Europejska i USA, przeciętnie, sięgały już przed ćwierćwieczem? To byłoby możliwe, gdyby w pierwszych 25 latach 21. wieku udało się  podwajać poziom dochodu narodowego co 12,5 roku. Wymaga to przeciętnej rocznej stopy wzrostu w wysokości 5,7 proc.

Czy może też w roku 2025 udział Polski w światowej produkcji sięga ledwie 0,7-0,8 proc., niewiele więcej, niż pokolenie wcześniej?  Czy nasz wkład do światowego handlu utrzymuje się na równie mizernym poziomie, a tempo wzrostu, oscylując przez całe pokolenie wokół 3 proc. rocznie, doprowadziło tylko do podwojenia PKB na mieszkańca (w ujęciu PPP) i osiągnięcia poziomu około 15 tysięcy dolarów – tyle, ile Słowenia przekroczyła już w roku 2001?1

Jeden i drugi scenariusz jest możliwy.  Oczywiście, możliwych jest także wiele innych...

Dla dalszego postępu i nadrabiania zaległości rozwojowych, niezbędna jest realizacja długofalowej strategii rozwoju społeczno-gospodarczego, opierającej się na czterech głównych filarach:
-  szybki
wzrost;
-  sprawiedliwy podział;
-  korzystna integracja;
-  skuteczne państwo.

To może stworzyć szanse urzeczywistnienia scenariusza sukcesywnego zmniejszania dystansu dzielącego Polskę od najbardziej gospodarczo rozwiniętej części świata. Kreśląc zatem ambitne, ale zarazem możliwe do wykonania scenariusze rozwoju, nie chodzi tylko o ćwiczenie  intelektualne. Rzecz w reżyserii, we wskazaniu uwarunkowań i perspektyw rozwojowych, a nade wszystko w podpowiedzeniu polityce społeczno gospodarczej możliwości wyboru oraz zasugerowaniu jej instrumentów, dzięki którym – być może – uda się ziścić  najkorzystniejszy z kreślonych scenariuszy.

Strategia dla Polski - 21 wiek

W wiek 21. wkraczamy w zupełnie innych okolicznościach, niż to całkiem niedawno niektórzy mylnie zakładali, nieroztropnie zapowiadając dużo wcześniej dużo szybszy wzrost. Pomimo wielu poważnych ostrzeżeń i alternatywnych propozycji (Łaski 1990, Nuti 1990, Kołodko 1992), górę wzięły  błędne koncepcje i nierealistyczne prognozy (Gomułka 1990, MFW 1991). Zawód w wyniku nie spełnionych, nadmiernie optymistycznych oczekiwań, jawi się teraz  jako smutna prawda w stosunku do całego obszaru transformacyjnych gospodarek postsocjalistycznych (Mundell 1995, Lavigne 1999, Kornai 2000), aczkolwiek Polska  znalazła się na tym tle w szczególnej sytuacji.  

Jednakże nawet najwięksi sceptycy nie przewidywali, że na początku bieżącej dekady tak marna może być dynamika gospodarcza. Dla niejednego przy tym określenie "dynamika" brzmi jak szyderstwo,  skoro coraz wyraźniej występują tendencje stagnacyjne. A tak właśnie jest, gdyż tempo wzrostu PKB, wynoszące wiosną 1997 roku 7,5 proc., spadło na wiosnę 2001 roku poniżej 2 proc. 
...
(...) Są
wszakże i przesłanki do optymizmu. Otóż defetystyczne prognozy na przyszłość i narastający na tym tle pesymizm – także wielu przedsiębiorców i inwestorów, co już może mieć groźne implikacje dla akumulacji kapitału i wzrostu gospodarczego – oparte są na fałszywych założeniach. Przyjmują one, że w nadchodzących latach niewiele zmieni się na lepsze, ponieważ – ogólnie biorąc – kontynuowana będzie aktualna linia polityki gospodarczej.
...
 Powodów do umiarkowanego optymizmu jest więcej. Otóż dobrą politykę gospodarczą oprzeć można tylko na dobrej teorii ekonomicznej, a zarys takiej istnieje.
...
Dostatecznie źle przysłużyła się nam polityka naiwnego neoliberalizmu, która jest coraz bardziej skompromitowana w odbiorze społecznym. Teraz przeto pojawia się realna szansa zastosowania bardziej twórczych koncepcji ekonomicznych, które zarazem powinny okazać się bardziej nośne społecznie.  Podstawą nowej polityki gospodarczej musi stać się współczesna ekonomia instytucjonalna, w oparciu o którą  konstruować można strategię rozwoju prowadzącą do rzeczywistego kształtowania społecznej gospodarki rynkowej (North 1997). 

(...)  Sama transformacja i wprowadzanie rynkowych mechanizmów akumulacji i alokacji kapitału, to podstawowy argument na rzecz długookresowej poprawy efektywności mikroekonomicznej, pod warunkiem jednak, że poprawie ulega także jakość zarządzania firmami.  A tu wciąż wiele mamy do zrobienia  (Koźmiński 1993). W  zawansowanej ustrojowej transformacji, dźwignięcie dynamiki  PKB na wyższy poziom musi opierać się na podniesieniu efektywności na szczeblu mikroekonomicznym, co wymaga zasadniczego przełomu w jakości zarządzania.*

*  Uwagi. Temat wyjątkowo złożony.  O jakość zarządzania, można, moim zdaniem,  mieć pretensje zarówno do „starego”, jak i  do „nowego”. Stare jest już „przestarzale i niedouczone”,  nowe, młode i wykształcone, nadal „buja”  w „ogólnoteoretycznych obłokach”. Najwyraźniej widać  to właśnie w mikroekonomice.  Przykłady, którymi operuję na swoich stronach, powinny być żenujące tak dla praktyki, jak i dla nauki. Na tym tle, między innymi oczywiście,  rodzi się negatywne dostosowanie  nie tylko przeróżnych „cwaniaczków”, ale i całych społeczeństw.
Anonimus   

(...)  Dalej. Polska ma swoje historyczne szczęście, a to dlatego, że współcześnie mamy  bodaj najkorzystniejsze we współczesnym świecie położenie geopolityczne. Znaleźć się   w tej fazie ewolucji globalnej gospodarki w takim miejscu – pomiędzy Unią Europejską, której już prawie jesteśmy częścią, a Wspólnotą Niepodległych Państw z rozpędzającą się gospodarką Rosji i wchodzącą w fazę wzrostu Ukrainą ( w sumie to dla nas także „wyłaniające się rynki” z 200-milionową ludnością) – to zaiste istotny czynnik, na którym można po części budować  własną strategię rozwojową.
...  
Szybki wzrost

Pojęcie szybkiego wzrostu gospodarczego nie jest jednoznaczne ani w teorii, ani tym bardziej w praktyce. To, co jedni mogą uznać za wzrost „szybki”, inni traktują bardziej sceptycznie. Ponadto dynamika produkcji, która w pewnych okolicznościach zasługuje na miano wysokiej, w innych bynajmniej nie musi być tak oceniana. 

Oczywiście, wzrost produkcji – nawet szybki – to nie wszystko. Umożliwiając bowiem realizację obranej strategii rozwoju społeczno-gospodarczego, powinien być postrzegany tylko jako swoisty instrument, a nie cel sam w sobie. Wzrost musi mieć odpowiednią jakość przejawiającą się przede wszystkim w trosce o równowagę społeczną i środowiskową. Musi on być nie tyle szybki, ale i cechować się sprawiedliwymi relacjami podziału oraz uwzględniać wymogi ekologiczne, w tym stan nieodnawialnych zasobów, na które oddziałuje aktywność produkcyjna.

Aby wzrost produkcji owocował zdrowym rozwojem społeczno-gospodarczym, musi on nie tylko opierać się na istniejącym już kapitale ludzkim, ale nade wszystko musi jego tworzeniu sprzyjać.

Bywa i tak, że tempo wzrostu gospodarczego jest nadmierne.   Tak dzieje się, kiedy wyśrubowana dynamika wytrąca układ gospodarczy i finansowy z równowagi, co grozi miedzy innymi pojawianiem się wąskich gardeł w produkcji i handlu oraz nasilaniem się napięć inflacyjnych i idącą za tym niekontrolowaną redystrybucją dochodów, a także gdy wzrost dokonuje się za cenę dewastacji środowiska naturalnego, prowadząc miast do poprawy, do pogarszania się warunków życia.

Najważniejsze, że bez szybkiego wzrostu nie można budować dobrej przyszłości, a wszelkie strategie poprawy materialnego położenia społeczeństwa pozbawione są sensu, gdyż wówczas nie ma ekonomicznych podstaw do podwyższania standardu życia ludności. Wtedy ogromna część uwagi i energii społecznej koncentruje się na zagadnieniach redystrybucji, na walce o proporcje podziału ograniczonego dochodu, a nie na wytwarzaniu nowej wartości dodanej.  W takiej atmosferze najczęściej akcentuje się zagrożenie populistyczne, przejawiające się w rozmaitych zabiegach uboższych i pasywnych grup społecznych o zwiększenie ich udziału w zbyt wolno zwiększającym się dochodzie narodowym. Zachowaniom tych grup trudno się dziwić, choć i popierać najczęściej też się ich nie da.

Nie sposób jednak nie dostrzec innego poważnego zagrożenia, jakim jest zachłanność bogatszych warstw, które miast koncentrować się na przedsiębiorczości i maksymalizacji swego wkładu do dalszego wzrostu produkcji i na tym tle dalszego wzrostu własnego dobrobytu, w harmonii z poprawą sytuacji innych warstw ludności – politycznie naciskają na rozwiązania mające jeszcze bardziej polepszyć ich sytuację kosztem innych. Żądania obniżenia podatków bez oglądania się na negatywne skutki budżetowe czy też „uelastycznienia” rynku pracy z lekceważeniem konsekwencji dla praw pracowniczych, są klasyczną ilustracją tego typu postaw.

To nie tempo wzrostu ulega przyspieszeniu, gdy redukuje się podatki, ale podatki redukuje się wtedy, gdy przyspiesza tempo wzrostu.

Uwzględniając szerszy kontekst nie zakończonej wciąż posocjalistycznej transformacji ustrojowej, a także integracji europejskiej oraz globalizacji, strategia przyspieszonego wzrostu polskiej gospodarki musi opierać się na czterech solidnych podstawach.

Po pierwsze, niezbędny jest wyraźny priorytet dla formowania się rodzimego kapitału. Sprzyjać temu musi wzrost krańcowej skłonności do oszczędzania, co z kolei wymaga większego niż w ostatnich latach, wzrostu dochodów realnych gospodarstw domowych oraz rozwoju narodowych instytucji pośrednictwa finansowego, a także wzmocnienia rynku kapitałowego. Pod tym kątem trzeba widzieć między innymi kontynuację reformy, z pewnymi niezbędnymi modyfikacjami systemu zabezpieczeń społecznych, a zwłaszcza emerytur.

Po drugie, postępująca stabilizacja finansowa wymaga pełnej konsolidacji w stabilność, przy uwzględnieniu imperatywu tworzenia eksportowej orientacji polskiej gospodarki.  Nie da się tego osiągnąć w połączeniu z przyspieszaniem tempa wzrostu, przy kontynuacji dotychczasowej polityki pieniężnej. Jest ona najsłabszym ogniwem całokształtu polityki finansowej, która musi być gruntownie zreformowana.  Kierunek tych reform wyznacza konieczność (i możliwość, bo to jest możliwe) odwrócenia dotychczas dominującej zależności. To nie stopy procentowe (cena kapitału) mają być w dużym stopniu ex post dostosowywane do zmian cen towarów i usług (inflacja), a kurs walutowy stawać się tylko wypadkową manipulacji tymi stopami (oraz poczynań kapitału spekulacyjnego), ale problem musi być zaatakowany od strony kursu walutowego, co – poprzez postęp w sferze relatywnej stabilizacji cen – sprzyjać (i wymuszać) będzie radykalne i trwałe obniżenie realnych stóp procentowych (a więc i kosztów finansowych  oraz kosztów obsługi długu publicznego). 
Działania na tym polu muszą też zasadniczo zmienić relacje kosztowo-cenowe na rzecz skokowego wzrostu opłacalności produkcji eksportowej oraz względnego zmniejszenia importu ograniczającego stopień wykorzystania krajowych zdolności wytwórczych. W ślad za tym, w Polsce będą rosły i wydatki konsumpcyjne, i produkcja, i zatrudnienie, dochody budżetowe (a więc i możliwości zwiększania realnych wydatków publicznych, także na inwestycje w kapitał ludzki). Obecna zaś polityka finansowa po części daje zatrudnienie ludziom zagranicą, a nie w kraju. To właśnie wskutek polityki pieniężnej bezrobocie w Polsce rośnie, ale zarazem spada w krajach (Zwłaszcza w Unii Europejskiej), w stosunkach z którymi mamy głębokie deficyty finansowe.

Po trzecie,  Polska będzie mogła przyspieszyć tempo wzrostu i długo utrzymać je na wysokim poziomie jedynie wtedy, gdy siła robocza będzie sukcesywnie przesuwana z gałęzi wytwórczości, o niskim stanie techniki, do nowocześniejszych przemysłów i usług o relatywnie większej wartości dodanej. Młody, wyłaniający się wciąż mechanizm rynkowy, sam z siebie tego nie gwarantuje. To wymaga aktywnego zaangażowania się państwa poprze światłą politykę naukową, przemysłową i handlową oraz odpowiednich form interwencjonizmu państwowego, także przez sięganie do kasy publicznej. Z czasem tylko ją to wzbogaci. W tym nurcie widzieć też trzeba fundamentalną rolę kapitału ludzkiego w powrocie na trwałe na ścieżkę szybkiego wzrostu.   

Po czwarte,  nawet perfekcyjna (a ze względów politycznych nigdy taka nie będzie) makroekonomiczna polityka strukturalna i finansowa oraz dalsze, konieczne także dla przeciwdziałania korupcji i ograniczania biurokracji, instytucjonalne wzmacnianie rynku, nie wystarczą dla zdynamizowania produkcji . Nieodzowna jest stała poprawa jakości zarządzania przedsiębiorstwami*  i systematyczne podnoszenie poziomu konkurencyjności mikroekonomicznej.  Niedostatku tych umiejętności nie da się zastąpić  polityką fiskalną i monetarną. To może tylko dopomóc, ale tak naprawdę to firmy przesądzą o powodzeniu strategii przyspieszania tempa wzrostu. Ta faza przemian  będzie trudniejsza niż osiem lat temu, ponieważ mniej jest teraz tzw. płytkich rezerw dynamizacji produkcji.

*  Sprawa  chyba oczywista i niemal ponad podziałami politycznymi. Tu też „aż się prosi” odpowiednie wykorzystanie Internetu. Obawiam się jednak, że bez tzw. „podejścia konkretyzacyjnego”,  wypracowanego przez „praktyczną teorię” (konieczna, kompleksowa, interdyscyplinarna znajomość istotnych szczegółów), poszczególni praktycy nadal będą się kierować głównie „własnym nosem”, i poważniejszy przełom w jakości zarządzania nie nastąpi. Szkoda, że tak opornie idzie przekonywanie do rzeczy niemal oczywistych!
Anonimus   

Bibliografia

...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Kazimierz Barcikowski: (półka z książkami) "Na skraju globalnej wioski", recenzja książki Grzegorza W. Kołodko , pt. "Globalizacja a perspektywy rozwojowe krajów posocjalistycznych", nr 11/2001, str. 129

Najnowsza książka Grzegorza Kołodki stanowi przedłużenie jego rozważań o współczesnych tendencjach kształtujących rozwój gospodarki światowej, o poszukiwaniu przez różne kraje, a więc i Polskę, miejsca w powstającym globalnym układzie społeczno-ekonomicznym. Autor pisze w streszczeniu: "Globalizacja i posocjalistyczna transformacja to dwa znaki współczesności. Czy pomiędzy tymi epokowymi wydarzeniami występują wzajemne związki? Czy ustrojowe przeobrażenia w Europie Środkowo-Wschodniej i na olbrzymim obszarze Azji miałyby taki sam charakter, gdyby nie globalizacja? Czy z kolei globalizacja zasługiwałaby na swoje miano, gdyby nie równocześnie toczące się zmiany w byłych gospodarkach centralnie planowanych i ich sukcesywna integracja z układem światowym? Jak w końcu zaowocuje całokształt tych wielkich zmian i kto na tym najwięcej zyska, kto zaś poniesie straty?". W tym właśnie kontekście Kołodko poszukuje miejsca i szans dla Polski.

Sformułowawszy główne pytania, autor chyba świadomie odsuwa na dalszy plan problemy i doświadczenia krajów zwanych kiedyś Trzecim Światem. Obecnym statusem krajów najuboższych posługuje się głównie jako realną groźbą dla krajów posocjalistycznych, które nie sprostają wymogom globalizacji. W ten sposób znajduje odzwierciedlenie znany ekonomistom fakt, ale dziś w dużej mierze przesłonięty przez problematykę transformacji. Mam na myśli liczną grupę krajów najbiedniejszych dawnej kapitalistycznej hemisfery. Swoje nadzieje wiążemy z dołączeniem do grupy najbogatszych krajów formacji, która już wcześniej miała swoje peryferia cywilizacyjnego zapóźnienia i biedy. Ich los dowodnie świadczy, że wejście w układ globalny nie gwarantuje automatycznie powodzenia. Podsumowaniem dotychczasowej obecności grupy krajów najbiedniejszych w procesach rozwojowych globu, jest wielki ciężar nie spłaconego zadłużenia gospodarczego, co najlepiej świadczy o niepowodzeniu ich włączenia się w dominujący nurt gospodarki światowej. Potwierdza to trwająca obecnie dyskusja nad umorzeniem ich zadłużenia, co autor uważa za przejaw realizmu wierzycieli, ale przecież nikt nie może tego uznać za sukces tych rozlicznych projektów rozwojowych, proponowanych tym krajom w przeszłości, łącznie ze wsparciem finansowym. Trudno oczekiwać, że wybawienie z biedy przyniesie im globalizacja. Natomiast realna jest groźba spadnięcia do tej kategorii co najmniej części krajów przechodzących transformację posocjalistyczną. Jest to groźba wręcz przerażająca i nie ma zbyt wielkiej ceny za uniknięcie takiego losu.

Powracając do głównego pytania o związki globalizacji z transformacją gospodarek posocjalistycznych, autor przeprowadza dowód na wzajemne sprzężenie tych procesów. Wraz z rozpadem systemu socjalistycznego, na świecie powstały bowiem warunki niczym nie skrępowanej dominacji gospodarki rynkowej. Postulat swobodnego przepływu kapitału, technologii, towarów jest realizowany przy pomocy międzynarodowych organizacji. Inaczej przedstawia się kwestia swobodnego przepływu siły roboczej. Tu ograniczenia zostały w dużej mierze zachowane, a właśnie na tej wolności mogłyby skorzystać kraje uboższe. Na tym polu ujawnia się konflikt społeczny, w postaci konkurencji o płacę i pracę.

Analizując dotychczasowy przebieg transformacji, Kołodko prezentuje bogaty materiał statystyczny, ilustrujący głębokość depresji transformacyjnej w poszczególnych krajach oraz drogi wychodzenia z tego kryzysu. Wyłączając Chiny, które idą swoją drogą, wszystkie kraje przechodzące przeobrażenia przeżyły głębokie załamanie gospodarcze.
...
Analizując zmiany zachodzące w poszczególnych krajach, Kołodko udowadnia tezę, że największe koszty transformacji, czyli głęboką depresję, kraje te mają już za sobą. W każdym z nich trwa proces wychodzenia z załamania gospodarczego, ale tylko nieliczne państwa, a wśród nich Polska, osiągnęły poziom dochodu narodowego przekraczający stan sprzed transformacji. Można więc oczekiwać, że powstają szanse na odrobienie strat i skrócenie dystansu do krajów bogatszych. Zakładając hipotetyczne ścieżki rozwoju dowodzi, że nawet przyjmując najbardziej korzystne założenia, zbliżenie się do poziomu dochodów w krajach najbogatszych jest procesem rozłożonym na dziesiątki lat ciężkiej pracy. Co więcej, jest wysoce prawdopodobne, że wcale niemała część krajów posocjalistycznych nie ma nawet takiej szansy i realnie grozi im spadek do krajów trwałej biedy. Pod wieloma względami autor sprowadza nas z obłoków na ziemię.

Nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od dygresji. Ile są warte tak częste u nas odwoływania się do praktyki krajów bogatych, jeżeli dzieli nas od nich ogromna przepaść dochodów? Ile było naiwności i zwykłej niewiedzy w szumnych zapowiedziach osiągnięcia szybkiego sukcesu? O ile większy jest koszt społecznych rozczarowań, niesionych przez wzrastające bezrobocie i rozszerzające się pole biedy, zamiast oszałamiających rezultatów? Z dużym trudem powracamy na ziemię, ku zgrzebnej rzeczywistości i do realistycznego myślenia.

W procesie dochodzenia do uznania realiów ekonomicznych, praca profesora Kołodki może stanowić cenną pomoc. Dotyczy to również jego rozważań o wpływie warunków zewnętrznych i wewnętrznych na kierunek zmian transformacyjnych, w tym również polityki ekonomicznej ekip rządzących.
...
Kołodko często odwołuje się do opinii wybitnych ekonomistów zagranicznych. W ten sposób wprowadza czytelnika, który nie ma możności śledzenia literatury obcojęzycznej, w światową dyskusję. Rzeczowo, powiedziałbym nawet, że powściągliwie, przedstawia zmiany opinii zachodzące w samym podejściu do skutków globalizacji oraz przyjętych zasad transformacji. Są to opinie tym istotniejsze, że wypowiadają je zagorzali zwolennicy liberalizmu. Dotyczy to zarówno znanych w Polsce wypowiedzi Sorosa o nadpłynności kapitałów i niewystarczalności rynku do regulowania procesów społeczno-gospodarczych, jak i publikacji prof. Sachsa, niezbyt zachwyconego realizacją swoich wcześniejszych koncepcji. Te i inne przytaczane przez autora wypowiedzi świadczą, że bezrefleksyjny samozachwyt gospodarką rynkową i globalizacją odchodzi w przeszłość. Narasta natomiast krytyczna refleksja i rodzą się poglądy o potrzebie interwencji w samoczynne procesy zachodzące np. na rynku kapitałowym. Okazuje się, że interwencja na tym rynku istnieje o tyle, że w jego funkcjonowanie z powodzeniem ingerują spekulanci finansowi, nie ponoszący prze nikim odpowiedzialności.

Znów nie sposób nie poczynić uwagi na marginesie. W polskich środkach masowej informacji wystąpienia uliczne przeciwko globalizacji traktuje się lekceważąco, a nawet prześmiewczo. Nowi nawróceni już tradycyjnie są nadgorliwi w manifestowaniu świeżej wiary. Myślę, że będą jednak zaskoczeni, kiedy przeczytają u Kołodki, że demonstrowane niezadowolenie niewątpliwie wspierają finansowo sami kapitaliści. Świat nie jest taki prosty, jak zdają się sądzić nuworysze ze skraju wioski.

Do wywodów profesora można dodać nowe i to bardzo ważne przestrogi z najmniej oczekiwanej strony. Niedawno prasę światową obiegł raport CIA, sygnalizujący zagrożenia dla światowego porządku, pobudzone przez nasilenie niekontrolowanego procesu globalizacji. W podobnym duchu wypowiedział się też papież. Rzecz znamienna, że te, ważne przecież, wypowiedzi zostały prawie całkowicie przemilczane przez polskie środki masowego przekazu. Czyżby rzeczywiście nie zasługiwały na uwagę, nie były dosyć miarodajne?

To bardzo dobrze, że poglądy na politykę gospodarczą różnicują się i w sposób naturalny wygasa monopol neoliberałów na rację. Dotyczy to także rodzimych monetarystów. Ludziom, którzy w praktyce mieli do czynienia z polityką gospodarczą, nie trzeba tłumaczyć, że łatwiej teoretykom zmieniać poglądy, aniżeli politykom zmieniać rzeczywistość. Gospodarka ma swoją siłę bezwładu. Trzeba wiele lat, żeby zmienić jej kierunek, czego dowodzi transformacja. Potrzeba również czasu, żeby o kilka stopni zmienić kurs polityki gospodarczej. Trzeba bać się w niej skrajności. Cóż z tego, że prof. Sachs zmienia poglądy, kiedy aktywnie przyczynił się do stanu, który bardzo trudno będzie zmienić. A co będzie, kiedy znowu zmieni poglądy? Bójmy się doktrynerów, już ich poznaliśmy. Ceńmy pragmatyzm i organizację. Prostujmy drogi dla pozytywnej aktywności ludzi.

Zachęcam czytelnika do zapoznania się z pracą Grzegorza Kołodki. Każdy, kto interesuje się biegiem spraw ekonomicznych, znajdzie w niej bogaty materiał do przemyśleń.
-----------
Grzegorz W. Kołodko, "Globalizacja a perspektywy rozwojowe krajów posocjalistycznych". Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierowania. Toruń 2001, s. 235.
-----------
Z tytułami prac prof. Grzegorza Kołodki można zapoznać się na stronie:
http://kolodko.tiger.edu.pl. Przypis Z.U.

..........
Refleksje "na marginesie"

- "Kiedy będzie lepiej? - Lepiej, to już było" - popularne "porzekadło";

- "Obyś żył w ciekawych czasach" - życzenie raczej nieżyczliwe;

- "Ekonomia nie jest nauką ścisłą, a jednocześnie obejmuje szeroki zestaw trudnych problemów. Rozbieżności poglądów są naturalne" - znane, choć trochę upraszczam;

- "Ekonomiści - też ludzie. Mogą się mylić" - uwagi zbędne;

- "Pomyłki "wielkich" mogą czasami przesądzać losy narodów na długie lata, i losy całych pokoleń" - już te życie takie jest;

- "Kryzys, bezrobocie w Japonii?" - w głowie się nie mieści;

- "Powracają problemy kryzysu gospodarczego?" - a któż to był w stanie przewidzieć?

- "Narzędzia ekonomiczno-finansowe są mocno niedoskonałe" - a kto ośmiela się tak twierdzić?

- "Narzędzia ekonomiczno-finansowe są czasami używane "po partacku" lub świadomie powierzchownie" - a to już prędzej uchodzi tak mówić;

- "Księgowość, poza funkcjami pożytecznymi, masowo produkuje dezinformacje" - oburzające, potwarz, oszczerstwo;

- "Controlling? - a co to jest?" - nie komentuję;

- "Rachunkowość zarządcza? - a mamy, mamy. Zarząd korzysta z księgowości, a więc jest zarządcza!" - autentyczne, choć nie wiem, jak masowe;

- "Ekonomiści wspólnie z księgowymi, niechcący, wręcz nawiasowo najwięcej się przyczynili do upadku socjalizmu, a teraz zabrali się za kapitalizm" - żart, półprawda , prawda? - pogardliwe milczenie;

- "Niska sprawność zarządzania? - ależ skąd! Wysokie dochody elit świadczą dobitnie, że jest inaczej!" - brak mnie słów;

- "Bezrobocie, praca "na kartki" i "komercyjna" - to nie żarty. Są też i takie "wizje" przyszłości Świata. Całkiem poważne;

- "Marzenia o dwudziestogodzinnym tygodniu pracy? - mogą się ziścić, nawet z silną motywacją do odchudzania. Dla zdrowia oczywiście;

- "Unia Europejska a Polska? - Powinno być tak: zarobki jak w Unii, praca jak w Polsce, życie jak na Hawajach" - marzenia. Dlaczego akurat "na Hawajach" - nie wiem;

Trochę mnie poniosło. Skojarzenia z pracą Autora i recenzją - odległe. Irytacja przechodzi w wesołość. To już niebezpieczne. Przerywam.

Mimo wszystko staram się wierzyć, że będzie lepiej. Nawet nie za dziesięciolecia tylko znacznie wcześniej. Liczę na upowszechnienie pożytecznej wiedzy i mądre jej wykorzystanie - obyś się nie przeliczył, często słyszę w odpowiedzi.
Co tu więcej dodać?
Anonimus.

------------------------------------------------------------------------------------------------

Konrad W. Studnicki-Gizbert: Grzechy główne polskich reformatorów, 10/2001, str.31

Reformy dla reform - Brak zrozumienia kosztów zmian - Doktrynerstwo i brak wyobraźni - Bałwochwalstwo wobec Zachodu

Nie lubię być krytyczny. Do autorów polskich żywię głęboki szacunek za ich odwagę i dążenie do poprawy gospodarki i instytucji państwowych. Trudno jednak nie zauważyć, że wiele reform przeprowadzonych od 1990 r., nie przyniosło oczekiwanych rezultatów albo, co gorsza, przyniosły nieoczekiwanie negatywne wyniki. Obserwacje te prowadzą do zastanowienia się, dlaczego tak się stało i co spowodowało rozczarowanie reformami.

I. Reformy są celem samym w sobie. Przekształcenie systemu panującego w PRL1 na system gospodarki rynkowej i demokracji wielopartyjnej, opartej na wolnych wyborach. Nie oznacza to jednak, że reformy są celem samym w sobie. Są narzędziem, czy środkiem do osiągnięcia pewnych celów. Logicznie pierwszym, zasadniczym krokiem w planowaniu reform powinno być określenie, co pragniemy osiągnąć. Wytyczenie celów nie powinno być deklamacją pięknie brzmiących ogólników, ale wynikiem zrozumienia istniejącej sytuacji i zastanowienia się, co wymaga poprawy. Oznacza to konkretne odpowiedzi na pytania: co i jak funkcjonuje?, co trzeba zmienić?, dlaczego, kiedy i w jakiej kolejności?, jakie czynniki sprzyjają lub utrudniają przeprowadzenie zmian?, jakie warunki trzeba spełnić, żeby proponowane reformy osiągnęły zamierzone cele?

Podkreślam wymagania realistycznego określenia celów i diagnozy sytuacji, co wymaga trudnego i żmudnego wysiłku i jest mniej interesujące, niż wypowiadanie pięknych deklamacji. Zatem o diagnozie się zapomina, zastępując obiektywną analizę sporami ideologicznymi. Ale warto przypomnieć zasadę praktyki medycznej: "diagnoza poprzedza terapię". Pomyślmy o chirurgu przystępującym do operacji bez zbadania pacjenta, a operacja na systemie społecznym i gospodarczym jest bez porównania trudniejsza.
........................................................................................................................
1
Pisząc o "systemie PRL" myślę o systemie panującym w latach 80., aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że nie jest to termin najszczęśliwszy, bowiem ogromne różnice istniały między Polską okresu przed Gomułką, okresu Gierka, a Polską w latach 80. Ale inne terminy są również błędne: "system marksistowski" jest określeniem nieprawidłowym, bowiem Marks nie stworzył modelu państwa czy gospodarki, a ponieważ wiele, zupełnie odmiennych systemów określanych jest jako "systemy socjalistyczne", termin ten stracił jakiekolwiek znaczenie (pomyślmy o Szwecji i Korei Północnej albo o Chinach Mao i dzisiejszych).
........................................................................................................................
II. Liczy się wielka idea, a nie szczegóły. Ludwik Mies van der Rohe, wielki archtekt 20. wieku mawiał: "Pan Bóg jest w szczegółach". Niestety, u nas utarło się przekonanie, że liczą się tylko wielkie idee, czy wielkie koncepty, natomiast szczegóły, opracowanie konkretnych sposobów wprowadzania "wielkich idei" w życie, są nieważne i mogą być pozostawione mniejszym umysłom.

(Uwagi. Lekceważenie szczegółów, pozostawienie ich "mniejszym umysłom", jest chyba w ogóle "grzechem głównym" nauk ekonomicznych, ze skutkami fatalnymi dla gospodarki. Zdaję sobie sprawę, że to stwierdzenie może być bulwersujące dla wielu czytelników, sam nie mam pewności, czy na pewno się nie mylę, albo, w oparciu o znajomość zaledwie drobnego fragmentu gospodarki, zanadto nie uogólniam, więc, nic z góry nie przesądzając, po prostu czekam, czy ktoś potrafi obalić to, co piszę na stronach: "konkretyzacja", "ekonomika" i "mleczarstwo", plus w bardzo wielu uwagach do prezentowanej literatury. Z.U.)

W pierwszych latach ostatniego dziesięciolecia niektóre przedsięwzięcia musiały być podejmowane mimo braku doświadczenia i przy zdemoralizowanym aparacie administracyjnym. Brutalne stłumienie hiperinflacji mogło nie być teoretycznie najlepszym rozwiązaniem, ale Balcerowicz nie miał ani wielkich kredytów stabilizacyjnych, ani doświadczonej administracji, żeby szukać innego rozwiązania. Ze względu na wymagania chwili i brak doświadczenia, "akcje z marszu" były konieczne, ale musiały przynieść - i przyniosły - zarówno sukcesy jak i porażki, a za błędy i porażki społeczeństwo drogo zapłaciło.

W następnych latach sytuacja się zmieniła. Był czas na diagnozę, na przemyślenie możliwych następstw wprowadzanych reform i na wypracowanie szczegółów. Bez przyzwoitej diagnozy, opracowania szczegółów i wzmocnienia aparatu administracyjnego, "nieoczekiwane" negatywne wyniki musiały się pojawić. Piszę "nieoczekiwane", bowiem to, co jest "nieoczekiwane", staje się jak najbardziej "oczekiwane", jeśli skutki wprowadzanych zmian nie są dobrze przemyślane. Po doświadczeniu ostatnich lat można by się spodziewać, że konieczność przemyślenia szczegółów stała się ogólnie zrozumiała. Niestety tak nie jest. Mówi się o wielkich koncepcjach i o konieczności reform, ale systematycznie zapomina się o szczegółach i unika się zastanowienia nad rzeczywistością. Przykładami wyników braku przemyślenia problemów praktycznych były źle przeprowadzone reformy: samorządowa, wprowadzenie nowego systemu administracji terytorialnej, służby zdrowia itp.

(Uwagi. Żeby zapanować "nad szczegółami", trzeba się najpierw na nich znać i "nie zagubić w szczegółach". Niestety, nie jest to mocny punkt zarówno nauk ekonomicznych jak i w ogóle organizacyjno-gospodarczych, "darując" już sobie "ideologiczno-polityczne". Co tu dużo szukać: nawet w zwykłej średniej firmie trudno o pełne sensowne powiązanie pomiędzy wiedzą ogólną naczelnego kierownictwa (bez znajomości szczegółów), a specjalistyczną wycinkową wiedzą pracowników - działów funkcjonalnych i liniowych ( ze znajomością wycinkowych szczegółów, ale bez znajomości ich powiązań i całokształtu firmy). Brakuje ogniwa spójnego, z mądrymi powiązaniami, a przyczyny tkwią chyba w całej filozofii zarządzania, która "nie rozumie i lekceważy". Nie był bym więc zbyt surowy dla polityków. Przyczyn i środków zaradczych trzeba szukać "głębiej". Już pod koniec dziewiętnastego wieku, na skutek gwałtownego rozwoju i komplikowania się dotąd dość prostych spraw, rozeszły się dotychczasowe względnie harmonijne drogi, pomiędzy tym, co ogólne, a tym, co szczegółowe. "Do szczegółów też zaczął być potrzebny inżynier, nie zawsze wystarczał technik". Niestety, chyba nie wszyscy to zrozumieli, nawet do dzisiaj.
Jak na nowo porządnie zbudować pomost między nimi? (zasadami ogólnymi a szczegółami): w mikroekonomice szczegółowej (branżowej) próbuję przynajmniej zamarkować konkretne a zarazem szczegółowe rozwiązania - strona "mleczarstwo". Natomiast w makro...??? Z.U.).

III. Jeśli reforma jest wskazana, powinna być wprowadzona jak najszybciej. Kiedy powstał rząd Buzka, poprzednicy byli krytykowani za wolne tempo wprowadzania reform. "Błąd" ten koalicja AW"S"-UW miała naprawić przez szybkie wprowadzenie reform i jeszcze szybszą prywatyzację. Wyniki były do przewidzenia. Powinno było być oczywiste, że szybkie tempo nigdy nie powinno być celem samym w sobie i że tak wprowadzane zmiany zawsze związane są z dodatkowymi kosztami.

Niezrozumienie kosztów transformacji jest zastanawiające. W ekonomii przemysłowej pojęcie "krzywej uczenia się" albo "funkcji doświadczenia" jest dobrze znane. "Funkcja doświadczenia", uogólniająca praktykę wielu przemysłów i organizacji stwierdza, że koszty produkcji, czyli koszty spełniania pewnych zadań, maleją w miarę nabierania doświadczenia. Im głębsze zmiany i im mniej dokładnie są przygotowane, tym większe są "koszty zmian"2.
........................................................................................................................
2
A. Alchian, wybitny ekonomista amerykański, w swoich pracach poświęconych teorii "funkcji doświadczenia" albo "krzywych uczenia się" (learning curves) podkreślał znaczenie "przygotowania zmian" jako czynnika zmniejszającego koszty. Może lepiej to określił stary angielski podręcznik kawalerii "czas poświęcony na rozpoznanie sytuacji, nigdy* nie jest czasem straconym".
(* Niby prawda, gdyby nie słowo "nigdy". "Militaria" nie są najlepszym porównaniem do gospodarki, choć i w gospodarce czasami ważniejsza jest szybkość, ze świadomością ryzyka, niż przewlekłe rozpoznanie. Z.U.)
........................................................................................................................
Teoria ta jest łatwo zrozumiała, zgodna ze zdrowym rozsądkiem i potwierdzona wieloma doświadczeniami. Jeśli jest to zrozumiałe w przypadku systemów produkcji przemysłowej, tym bardziej powinno być jasne w odniesieniu do systemów współczesnych i ekonomicznych, bez porównania bardziej skomplikowanych niż produkcja samolotów, czy komputeryzacja jakiegokolwiek przedsiębiorstwa. Ponieważ im szybciej wprowadzane są zmiany, tym większe ponosimy koszty, trudno przyjmować szybkie tempo reform za coś szczególnie godnego pochwały.

(Uwagi. Nie zawsze szybkie, nawet gruntowne zmiany powodują większe koszty. Czasami, a nawet całkiem często, może być "wręcz przeciwnie". Zgadzam się jednak z Autorem, że zmiany muszą być bardzo dobrze przemyślane i przygotowane. Po prostu decyduje fachowość postępowania, a ta nie tylko zależy od czasu. Z.U.).

IV. Istnieje tylko jedna droga. Kilka lat temu wpadł mi w ręce artykuł pt. "Nie ma trzeciej drogi", napisany przez pewnego wybitnego profesora ekonomii3. Przeczytałem tytuł ze zdziwieniem. Świat, w którym istnieją tylko dwie drogi - ta prawdziwa i ta fałszywa - nie jest światem w którym żyjemy i który możemy obserwować. Stany Zjednoczone wybrały jedną drogę, Kanada inną, Francja jeszcze inną, nie mówiąc już o Japonii czy Korei. Każdy prawie kraj wybiera swój sposób rozwiązywania podobnych problemów, nieraz lepszy, czasem gorszy, ale zwykle inny. Przyjęte cele można osiągnąć w rozmaity sposób i w różnym czasie. Uczciwe przedstawienie kosztów i korzyści różnych rozwiązań i odkrywanie możliwych alternatyw, powinno być jednym z pierwszych kroków w przygotowaniu reform. Zwykle trudno jest uznać, że "droga A" jest całkowicie słuszna, a "droga B" całkowicie fałszywa. W naszym skomplikowanym świecie, "droga A" może przynieść lepsze rezultaty w jednym zakresie, ale gorsze w innym wymiarze. Reklamowanie "jedynej prawdziwej drogi" i "rozwiązań uniwersalnych" jest analogiczne do zachwalania "uniwersalnych leków"* przez znachorów i szalbierzy.
(*
Zgadzam się, że "nie ma jednej prawdziwej drogi", ale muszę zaprotestować przeciwko totalnej krytyce "uniwersalnych leków". Przecież uniwersalnym lekiem jest także zwyczajny "zdrowy tryb życia". Wprawdzie nie wszystko on leczy i nie wszystkiemu zapobiega, ale zawsze... jest lepszy niż "niezdrowy tryb życia". Żartuję. Choć i z tymi "znachorami" też różnie bywa. Przypomniał mi się film "Znachor". Z.U.).
........................................................................................................................
3
Unikam podawania nazwisk, aby nikogo nie obrażać. W tym wypadku piszę "wybitny profesor ekonomii", bowiem autorzy tego rodzaju wypowiedzi zwykle uważają się za wybitnych. Mógłbym też wspomnieć, że cytowany autor nie wiedział, że szukanie "trzeciej drogi" stało się bardzo popularne - Tony Blair w Wielkiej Brytanii, Jean Chretien w Kanadzie, Bill Clinton w USA często określali się jako "zwolennicy trzeciej drogi".
........................................................................................................................
V. Mądrość istnieje tylko za granicą albo na górze. Mickiewicz pisał: "co Francuz wymyśli, to Polak pokocha". Rzeczywiście, przez lata, nawet w okresie międzywojennym, Francja była natchnieniem polskich myślicieli i polityków. Paradoksalnie, powojenne odrodzenie intelektualne i unowocześnienie gospodarki francuskiej zbiegło się w Polsce z okresem niechęci do tego kraju, być może dlatego, że Francja przyjęła idee uwolnienia się od dominacji amerykańskiej. Czytając wypowiedzi naszych luminarzy, jest oczywiste, że obecnie Stany Zjednoczone mają monopol na mądrość i rozwiązania amerykańskie muszą być naśladowane w myśl rozumowania: Ameryka jest potęgą, zatem ma zawsze rację. Byłoby nonsensem ignorować osiągnięcia USA. Amerykanie mają wiele znakomitych rozwiązań, a wiele błędnych. Aczkolwiek znajomość i obiektywna ocena doświadczeń amerykańskich jest pomocna, zbyt wiele nas różni od Stanów Zjednoczonych, żeby przyjmować "amerykański model". Jeśli szukamy natchnienia, lepszym wzorem są kraje niezamożne, które potrafiły się wybić do światowej czołówki, albo te, którym udało się zmodernizować i podnieść obciążone tradycjami społeczeństwa.

Warto uczyć się na cudzym doświadczeniu , ale bezkrytyczne przyjmowanie rozwiązań stosowanych w innych krajach, jest wysoce niebezpieczne. Rola intelektualnego satelity jest nie tylko upokarzająca, ale przynosi negatywne rezultaty. Niewątpliwie kopiowanie wzorów zachodnich i opinii zagranicznych doradców miało poważny i, często, negatywny wpływ na wyniki wielu reform. Bałwochwalstwo w stosunku do Zachodu idzie w parze z przekonaniem tak zwanych "elit", że posiadają monopol na mądrość, oraz traktowaniem z góry tak zwanych "dołów", a także unikaniem uczenia się od ludzi mających doświadczenie.

Friedrich von Hayek, wybitny ekonomista i ideolog prawicy, wprowadził ciekawą i płodną teorię o "podziale wiedzy", jako elemencie równie ważnym dla rozwoju, co podział pracy. Społeczeństwo ma więcej wiedzy i zrozumienia rzeczywistości, niż poszczególne, nawet najbardziej wykształcone, jednostki. Ta ogromna, zdecentralizowana wiedza powinna być wykorzystana. W praktyce oznacza to wciągnięcie największej liczby ludzi, specjalistów w swoich dziedzinach, do procesu przygotowania decyzji. Zasada ta była w znacznej mierze ignorowana, aczkolwiek należy stwierdzić pewien postęp i próby stworzenia systemów konsultacji. Ale teoretycznie najlepsze struktury konsultacyjne nie mogą dobrze działać, kiedy "góra" jest przekonana, że ma monopol na wiedzę i mądrość.

Przykładem konieczności prawdziwego dialogu i bolesnych skutków przekonania "góry", że jest najmądrzejsza, jest brak racjonalnej strategii przekształceń rolnictwa. Sytuacja polskiego rolnictwa jest bardzo trudna, a kłopoty rolników oznaczają też kryzys małych miast i miasteczek oraz narastające problemy społeczne. Rolnictwo to nie abstrakcja, czy jednolita struktura, ale wiele odmiennych gałęzi produkcji, borykających się z bardzo różnymi problemami - inne problemy mają hodowcy świń, inne sadownicy, a jeszcze inne producenci rzepaku. Rozmaitość problemów oznacza szukanie specyficznych rozwiązań, opartych na praktycznej znajomości danej branży. Podczas gdy myślenie szablonowe o rolnictwie jest bezprzedmiotowe, postęp w tej trudnej dziedzinie wymaga wciągnięcia do dialogu ludzi znających z praktyki swoje specyficzne problemy.
VI. Przekonanie o nieomylności. Ostatni na mojej liście, ale może najważniejszy grzech reformatorów, to ich przekonanie o własnej nieomylności. Jest ono w znacznej mierze źródłem pogardy dla rzeczywistości i niechęci do prowadzenia prawdziwego dialogu. Ludzie nieomylni zawsze mają rację, a ponieważ wierzą, że nigdy nie popełniają błędów, nie myślą o ich naprawianiu. Niestety, popełnianie błędów jest zjawiskiem normalnym, a naprawianie i uczenie się na nich jest warunkiem postępu.
(...) W kołach pedagogicznych uważa się, że największą korzyścią z nauczania matematyki jest wpojenie zrozumienia, że liczy się dowód, a nie autorytety. Zasada nieomylności jest odwrotna: decyduje nie weryfikacja faktów, ani analiza doświadczeń, ale autorytet przyjętej doktryny. Koszty nieomylności są ogromne - pogarda dla faktów, niechęć do analizowania uzyskanych doświadczeń prowadzą do powtarzania tych samych błędów i opóźniania naprawy popełnionych błędów.

Piszę o grzechach reformatorów, popełnionych w przeszłości. Nie jestem jednak przekonany, że w przyszłości zniknie tendencja do ich powtarzania. Przemyślenie błędów przeszłości nie oznacza gromadzenia materiału do potępienia poprzednich reformatorów, ale ostrzeżenie przed popełnieniem podobnych błędów, wynikających z podobnych - niestety, głęboko zakorzenionych - tendencji. Naprawa błędów polskich reform i następne próby przekształcenia struktury instytucjonalnej i gospodarczej kraju, są zasadniczymi zadaniami przyszłych reform. Mam nadzieję, że ci którzy przyjmą zadanie naprawy popełnionych błędów, będą kierowali się zasadą: diagnoza powinna wyprzedzać terapię. Błędem wczesnych reformatorów był brak analizy poprzedniego systemu, jego osiągnięć i przyczyn niepowodzeń.
(Uwagi. Każda porządna analiza ukierunkowana "na przyszłość",  w jakimś zakresie powinna odnieść się zarówno do teraźniejszości, jak i - odpowiednio - do przeszłości. Rzecz w tym, że przeprowadzenie takiej analizy wymaga nie tylko obiektywizmu, nie tylko wszechstronnej wiedzy ogólnej, ale także znajomości szczegółowych mechanizmów gospodarczych, często głęboko ukrytych i zniekształconych z przeróżnych powodów. Temat niewątpliwie bardzo ciekawy i pożyteczny, ale zarazem bardzo trudny, i bardzo łatwo może zostać "wmanewrowany", jeśli nie w zwykłe spory ideologiczno-polityczne, to przynajmniej w "ogólnoteoretyczne bujanie w obłokach". Z.U.).
Myśląc o naprawie skutków reform, nie można ignorować faktu, że reformy zmieniły istniejące sytuacje, weszły do naszego systemu postępowania i pewnych zmian nie można łatwo i bezboleśnie usunąć. Wymaga to zbadania wyników, powodzeń i niepowodzeń poprzednich modyfikacji.
Demokracja jest okrutnym system. Wyborców nie obchodzi dobra wola decydentów, ale tylko odczuwane skutki sprawowanych rządów. Czasem wyborcy winią polityków niesprawiedliwie, za wyniki zdarzeń, na które nie mieli oni wpływu, ale częściej sprawiedliwie. Bezlitosna ocena polityków prowadzi do brutalnego odsunięcia ich od władzy w następnych wyborach. Wspomnienie o grzechach przeszłości, jest ostrzeżeniem przed popełnieniem podobnych grzechów w przyszłości.

---------------

Konrad W. Studnicki-Gizbert, urodził się w Warszawie, studia ekonomiczne odbył w London School of Economics i Uniwersytecie McGill w Montrealu. Profesor na wielu kanadyjskich uniwersytetach, pracownik administracji państwowej Kanady i międzynarodowej (doradca ekonomiczny Komisji Ekonomicznej ONZ dla Ameryki  Łacińskiej w Santiago, Chile); pracował jako konsultant w 20. krajach.
........................................................................................................................
Uwagi. Ciekawy jestem, czy artykuł prof. Konrada W. Studnickiego-Gizberta, wywoła jakiś odzew? Ze względu na mały nakład miesięcznika "Dziś", artykuł zaprezentowałem niemal w całości. Z.U.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marian Dobrosielski: Unia Europejska a USA, 10/2001, str.37

W poszukiwaniu spoiwa sojuszu atlantyckiego - Polityka Busha - Spór o wizję globalnego i europejskiego bezpieczeństwa - Problem ochrony środowiska

Wielokrotnie na łamach "Dziś" wskazywałem, że arogancja i rusofobia rządu Jerzego Buzka w stosunkach z Rosją, dodatkowo obciążają naszą pozycję negocjacyjną z Unią Europejską. Nieufnie bowiem patrzy ona na potencjalnego członka, który komplikowałby i utrudniał jej współpracę z Rosją i niemal zawsze zajmował proamerykańkie stanowisko w licznych spornych problemach między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi.

W art. "Unia Europejska a Rosja" ("Dziś" 2000 nr 10) omówiłem rozbieżności jakie w stosunku do Rosji występują między państwami UE (zwłaszcza Niemcami) a Polską. Teraz przejdźmy do niektórych ważnych spornych problemów między UE a USA. Polska - jak wspomniałem - zajmuje najczęściej stanowisko proamerykańskie. Mam nadzieję, że polityka zagraniczna nowego rządu przywróci normalność zarówno w stosunkach z Rosją, jak i USA. Wzmocniłoby to naszą pozycję negocjacyjną, zwiększyło zaufanie i wiarygodność naszych poczynań i ułatwiło możliwie rychłe przystąpienie do UE.

Sojusz euroatlantycki był w latach 1949 - 1989 cementowany przez poczucie wspólnego - rzeczywistego czy rzekomego - "zagrożenia ze Wschodu", a jego głównym spoiwem i symbolem było - i pozostaje do dziś - NATO. Formalnie ogłoszone w Karcie Paryskiej z 1990 r. zakończenie zimnej wojny, rozwiązanie Układu Warszawskiego oraz rozpad ZSRR, zapoczątkowały nowy etap w stosunkach Europy Zachodniej i USA. Okazało się, że po zniknięciu "wspólnego wroga", wspólne wartości, takie jak: demokracja, gospodarka rynkowa, praworządność, prawa człowieka (różnie zresztą interpretowane i realizowane w USA i Europie Zachodniej), nie są wystarczającym spoiwem sojuszu świata zachodniego. Unia Europejska dąży do coraz większego usamodzielnienia polityczno-gospodarczego, wyzwolenia się spod militarnej hegemonii USA i stania się ich równoprawnym - i pod wieloma względami równorzędnym partnerem. Amerykanie, z kolei, nie zamierzają zrezygnować z pozycji "dobrotliwego hegemona" Europy i świata, z utrzymania wpływów militarnych, gospodarczych i politycznych w Europie, szczególnie przez umacnianie spoistości i rozszerzenie NATO. Emocjonalne więzi Europy Zachodniej z USA, tak silne po zakończeniu w. wojny światowej, zastąpione zostały obecnie chłodnym rachunkiem konkretnych interesów.
...
---------------

Marian Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Czy będzie nowa polityka gospodarcza, nr 9/2001, str. 7

Po zwycięstwie wyborczym Labour Party w Wielkiej Brytanii, przywódca konserwatystów William Hague, pogratulował swojemu adwersarzowi wyniku wyborów i zwrócił się do narodu z apelem, aby poparł działania nowego rządu Tony Blaira, w dobrze przyjętym interesie kraju. Ciekawe, czy można się spodziewać tego rodzaju gestu w Polsce. Jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne.

A tymczasem przed wyborami słyszy się nierzadko zdanie, że nowy rząd - według wszelkiego prawdopodobieństwa lewicowy - będzie kontynuował politykę gospodarczą swoich poprzedników. Mówi się, że SLD jest opanowane przez takich samych liberałów, jak ci z Unii Wolności, tylko przebranych w inny kostium. Nie sądzę, aby była w tym prawda, ale okaże się, jak będzie. Liberałowie czy nie, z pewnością nowy rząd stanie wobec potężnych trudności i będzie miał bardzo ograniczone pole manewru. Z pewnością też będzie kontynuacja w sensie zachowania głównych form ustrojowych, jakie zostały wytworzone w ostatnich latach. Nikt nie będzie próbował likwidować gospodarki rynkowej.

Na tle naszych dążeń do zintegrowania się z Unią Europejską, za najważniejszą sprawę dla kraju o wielkich aspiracjach rozwojowych, jakim jest Polska, można uznać umocnienie państwa w sensie ustrojowym i podniesienie sprawności jego działania na zasadach demokracji. Byłoby nonsensem odczytywanie tego jako wezwania do centralizmu i etatyzmu. W tym sensie należy spodziewać się kontynuacji.

Gdyby jednak kontynuacja miała dotyczyć podstawowej linii polityki gospodarczej, byłoby to prawdziwym nieszczęściem. Obecny rząd pozostawia polską gospodarkę w bardzo złym stanie... Gospodarka jest w stanie tendencji recesyjnej, tempo wzrostu gospodarczego spada z kwartału na kwartał, bezrobocie osiągnęło ogromne rozmiary i nadal rośnie, inwestycje zamarły, przedsiębiorstwa upadają, finanse publiczne są w głębokim kryzysie. Sfera inwestowania w kapitał ludzki znajduje się w upadku.

Wprawdzie nie wszystkie te zjawiska są w całości zawinione przez władze, ale nie ulega wątpliwości, że prowadzona przez rząd w ciągu czterech lat polityka gospodarcza okazała się fatalna. Zaczęło się od przyjęcia już w 1997r. koncepcji "chłodzenia gospodarki".
...
(...) Wprowadzono bowiem płynny kurs złotego. Trudno zrozumieć, po co, skoro jednocześnie realizowana była restryktywna polityka pieniężna z bardzo wysokimi stopami procentowymi, zachęcającymi do napływu kapitału spekulacyjnego. Kurs złotego musiał więc iść do góry, zachęcając do importu, a utrudniając eksport. W rezultacie deficyt płatniczy dalej silnie wzrastał... Funkcja redukowania deficytu płatniczego przypadła więc polityce fiskalnej...

Ten zestaw polityki doprowadził w końcu do skutecznego zdławienia popytu krajowego, a z nim - importu...

(...) Co więcej, poprawa sytuacji płatniczej została osiągnięta bardzo poważnym kosztem. Zdławienie wzrostu gospodarczego przyczyniło się do ostrego zwiększenia bezrobocia... Towarzyszyło temu dalsze rozszerzanie się obszaru biedy...

Błędem polityki gospodarczej rządu było od początku kładzenie głównego nacisku na równowagę finansową i redukowanie inflacji, a nie na wzrost gospodarczy. Błędem było przyjęcie stanowiska Rady Polityki Pieniężnej, że głównym celem polityki gospodarczej było hamowanie inflacji. Pogląd ten może być właściwy dla wysoko rozwiniętych krajów Unii Europejskiej, ale przenoszenie go na siłę do Polski, która musi się szybko rozwijać, nie ma uzasadnienia. Błędem też było dopuszczenie do silnego rozwierania się nierówności podziałowych, rodzących coraz ostrzejsze problemy społeczne.

Właśnie uporczywe trzymanie się tej linii doprowadziło do obecnej tendencji recesyjnej i do masowego bezrobocia oraz całej patologii społecznej. Jednocześnie zaś nie zapewniło równowagi finansowej. Wyjście z wielkiego kryzysu finansów publicznych będzie musiał znaleźć nowy rząd.

Z tych powodów twierdzę, że kontynuacja tej linii przez nowy rząd byłaby nieszczęściem. Aby Polska znowu weszła na drogę rozwoju, nowy rząd musi zasadniczo zmienić filozofię ekonomiczną. Za naczelny priorytet powinien uznać przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Powinien natychmiast podjąć działania zmierzające do ożywienia popytu inwestycyjnego. Powinien wprowadzić zabezpieczenie przed nadmiernym wzrostem importu. Powinien wreszcie podjąć działania, których poza deklaracjami nie podjął jeszcze żaden z poprzednich rządów, które zmierzałyby do dostosowywania kraju do światowych tendencji współczesnej gospodarki rynkowej, związanych z kluczową rolą wiedzy jako czynnika wytwórczego.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Jerzy Kleer: Jak zapewnić wysokie tempo wzrostu*, nr 9/2001, str. 32

Przesłanki rozwoju - Bariery wzrostu - Zjawiska specyficzne - Miary zacofania

....................................I
Szybkie tempo wzrostu z reguły jest funkcją istniejących możliwości ekonomicznych, barier rozwojowych oraz polityki społeczno-gospodarczej. Jeśli kraj dysponuje dostateczną podażą tradycyjnych i nowoczesnych czynników produkcji, a także odpowiednio dużą grupą przedsiębiorców w rozumieniu schumpeterowskim, to podstawowym problemem jest przezwyciężenie barier rozwojowych, czym zajmuje się , lub powinna się zajmować, polityka ekonomiczno-społeczna.

Polska w najbliższych dwudziestu latach zmuszona jest uzyskiwać wysokie tempo wzrostu. Jest to oczywiste, jeśli nie ma się znaleźć na marginesie gospodarek przynależnych do Unii Europejskiej. Należy wszakże być świadomym, że nie będzie to zadaniem łatwym, zarówno ze względu na kontekst międzynarodowy, jak i sytuację wewnętrzną.

Polska u progu 21 wieku znajdowała się pod względem PKB na mieszkańca, licząc zarówno wg kursu walut, jak i siły nabywczej, na 83 miejscu wśród państw świata, a pod względem masy PKB na miejscu 25. Aby przesunąć się w rankingu światowym, gospodarka musi osiągać tempo wzrostu szybsze nie tylko w porównaniu do średniej światowej, ale także dużo szybsze w porównaniu do krajów OECD, a zwłaszcza zaś państw Unii Europejskiej.
W tym kontekście chciałbym sformułować trzy tezy, być może banalne, ale o dużym znaczeniu teoretycznym, a zwłaszcza praktycznym.

Pierwsza: kraj taki, jak Polska, może współcześnie dokonać skoku gospodarczego i cywilizacyjnego tylko w większym ugrupowaniu, głównie związku integracyjnym. Jeśli ów rozwój ma się powieść, musi w dużym stopniu mieć charakter imitacyjny. To znaczy wykorzystujący istniejące w owym ugrupowaniu nowoczesne technologie, nowoczesne instytucje rynkowe i obywatelskie, jak również nowoczesne systemy organizacji i zarządzania.

Druga: skuteczność rozwoju imitacyjnego w dużym stopniu zależna jest od wyboru właściwych priorytetów rozwojowych. Mają bowiem zapewnić nie tylko wysoką stopę wzrostu, ale i umiejętność przyswajania nowych rozwiązań ekonomicznych, organizacyjnych i naukowych, zapewniających w konsekwencji zwiększenie rodzimych możliwości innowacyjnych. Skuteczny rozwój imitacyjny musi bowiem być związany ze stale wzrastającą krajową działalnością innowacyjną. Tylko dzięki tego typu rozwojowi stanie się możliwe skrócenie dystansu w stosunku do krajów rozwiniętych.

Trzecia: realizacja tego typu zadań wymaga istnienia silnego państwa, zdolnego stwarzać warunki dla upowszechnienia nowych wzorców, zachowań, sprawnego funkcjonowania instytucji, a także zapewniającego odpowiednią podaż dóbr publicznych.

Jaka jest gospodarka i jakie jest społeczeństwo polskie u progu 21 wieku?
...

...................................................II
Podział gospodarki na tę, która rządzi się regułami rynkowymi i na tę, w której owe reguły nie są w pełni obowiązujące, jest trudny. Dzieje się to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy wiąże się z koniecznością podziału na sektor publiczny, którego odbiciem są w przytłaczającej mierze finanse publiczne, i na sektor prywatny. Taki dualizm występuje w każdej, nawet najbardziej rozwiniętej gospodarce. Jednakże w przypadku Polski problem jest szerszy, bowiem wiele obszarów, które powinny podlegać regułom rynkowym, jest z tych reguł w pełni lub częściowo wyłączonych. Dzieje się tak głównie dlatego, że kształtowanie nowoczesnej gospodarki rynkowej dalekie jest od zakończenia.
...
(...) W tym kontekście chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kilka specyficznych zjawisk, nie związanych tylko z podziałem na gospodarkę prywatną i publiczną.

Po pierwsze, niski stopień monetyzacji gospodarki...

Po drugie, instytucje rynkowe są słabo rozwinięte...

Po trzecie, państwo i jego instytucje tolerują niepodporządkowanie się regułom rynkowym wielu przedsiębiorstw czy wręcz branż... Istotnymi mankamentami sektora publicznego są: niejasność i zmienność reguł postępowania, tolerowanie i akceptowanie przez państwo (rząd) roszczeniowości poszczególnych grup zawodowych, popieranie "swoich ludzi", tworzenie struktur tzw. kapitalizmu politycznego, a także niedostateczna walka z korupcją.

Po czwarte, na nierynkowy charakter gry ekonomicznej olbrzymi wpływ ma klientelizm, niezależnie od tego czy jest polityczny, gospodarczy, czy tylko koleżeńsko-układowy.

Po piąte, na podział na sferę rynkową i nierynkową w gospodarce wpływ ma niejasne zróżnicowanie na dobra publiczne i prywatne.
...

W powyższej charakterystyce pominięto wiele przejawów dualizmu rynkowego związanego głównie z rolnictwem, a także z branżami schyłkowymi itp. Istota problemu wszakże polega nie na tym, by całą gospodarkę poddać regułom rynkowym, co nie jest ani potrzebne, ani możliwe, ale by między obu tymi częściami istniała jakaś względna równowaga...

...................................................III
Dualność druga dotyczy podziału gospodarki na rozwiniętą i zacofaną, czy mniej rozwiniętą, tj. taką, która nie zapewnia szybkiego awansu gospodarczego przedsiębiorstwom i branżom, ani też szybkiego ich dostosowywania się do wymogów UE. Wymaga zatem głębokich zmian, rekonstrukcji lub restrukturyzacji.
Miar tego zacofania może być wiele. W tym miejscu zwracam uwagę jedynie na 10 wyznaczników, nie wdając się w szczegółową analizę.

Pierwszy wiąże się z udziałem nowoczesnych gałęzi produkcji. Polska w 1999r. miała strukturę przemysłowo-rolniczą, w której pracowało ponad 55 proc. ogółu zatrudnionych. Nowoczesny sektor wytwarzał nie więcej, niż 1/3 produkcji. Musimy być świadomi, że taka struktura produkcji wymaga głębokich i, co ważniejsze, szybkich zmian.

Drugi dotyczy nasycenia gospodarki kadrami z wyższym wykształceniem. Wśród ogółu aktywnych zawodowo było ich ok. 12 proc... Dystans w porównaniu do państw rozwiniętych jest co najmniej dwukrotny.

Trzeci dotyczy spadających nakładów na działalność naukową i badawczą. W roku 1999 nakłady te wynosiły 0,7 proc. PKB, łącznie z nakładami przedsiębiorstw, a z budżetu pochodziło jedynie 0,43 proc. PKB. Zjawisko spadających nakładów ze źródeł państwowych obserwujemy od dłuższego czasu. Jest to, praktycznie rzecz biorąc, odrzucenie długookresowej polityki gospodarczo-innowacyjnej. A także niezrozumienie, iż przyszłościowy rozwój musi być oparty na wiedzy.

Czwarty dotyczy spadającej liczby zgłoszonych wynalazków i udzielonych patentów.
...
Piąty wiąże się z życiem produktu, które jest w Polsce dwu, trzykrotnie dłuższe, niż w krajach rozwiniętych. Zjawisko to... Wynika zarówno z biedy, jak i w pewnym zakresie z koncepcji rozwojowych.

Szósty: stopa oszczędzania w gospodarstwach domowych w minionym dziesięcioleciu była niska.
...
Siódmy związany jest z zacofaniem przedsiębiorstw.
...
Ósmy dotyczy struktury PKB.
..
Dziewiąty: jednym z istotnych skutków zacofania gospodarki polskiej jest niski udział towarów technologicznie intensywnych w eksporcie...
...
Dziesiąty dotyczy rolnictwa. Udział rolnictwa w wartości dodanej brutto w 1999r. wyniósł 3,8 proc., przy zatrudnieniu wynoszącym 27,5 proc. O rolnictwie napisano już bardzo wiele i w tym miejscu jego bliższą charakterystykę można pominąć. To, na co należy zwrócić szczególną uwagę, wiąże się z tym, że na unowocześnienie rolnictwa potrzeba co najmniej dwóch, trzech dziesięcioleci. Z punktu widzenia rozwoju, zwłaszcza szybkiego, będzie ono poważnym hamulcem.

Cechy charakteryzujące względne i absolutne zacofanie gospodarki polskiej można mnożyć, podobnie zresztą jak i siły dynamizujące gospodarkę. Stąd też ich przezwyciężenie stanowi największe wyzwanie , stojące przed społeczeństwem i gospodarką polską.

...................................................IV
Dualność trzecia dotyczy podziału społeczeństwa pod względem cywilizacyjnym i wynika w dużym stopniu ze skokowego przejścia do gospodarki rynkowej. Ten typ przejścia spowodował pojawienie się różnych szans dla poszczególnych grup zawodowych i społecznych. Pełny opis tej dualności przekracza ramy tego tekstu, a ponadto powinien być raczej przedmiotem analizy socjologa, w mniejszym stopniu ekonomisty. Niemniej chciałbym sformułować trzy hipotezy.

Hipoteza pierwsza: społeczeństwo polskie podlega bardzo szybkiemu zróżnicowaniu dochodowemu, większemu aniżeli w Czechach, na Węgrzech, w Niemczech Wschodnich czy Słowenii. I, co ważniejsze, zróżnicowanie to stale się powiększa. Przyczyn tego zróżnicowania jest - jak sądzę - wiele. W tym miejscu chciałbym zasygnalizować tylko dwie. Po pierwsze, przyjęcie liberalnej opcji transformacji, po wtóre, zarzucenie pewnego typu działań ze strony państwa łagodzących owe dysproporcje, nie tyle przez system redystrybucji dochodów, ile poprze popieranie pracochłonnych dziedzin rozwojowych.
Według koncepcji niektórych socjologów , społeczeństwo dzieli się wyraźnie na trzy grupy: kapitałową, etatową i zasiłkową. Z tego podziału wynikają...
(...) wreszcie wszędzie tam, gdzie jest to możliwe, korzyści z działalności zostają sprywatyzowane, zaś koszty upublicznione. Widać to wyraźnie np. w służbie zdrowia, w której prywatyzacja usług została daleko posunięta, ale koszty zostały przerzucone na sektor publiczny - korzysta się bowiem darmowo ze sprzętu i wyposażenia.
Podział taki niewątpliwie wpływa negatywnie na stabilizację polityczną kraju, a także na charakter rozwoju.

Hipoteza druga: przeprowadzone w ostatnim dziesięcioleciu reformy w poważnym stopniu naruszyły pewną niezbędną równowagę w podaży dóbr publicznych i podaży dóbr prywatnych. Wprawdzie udział wydatków publicznych nadal jest duży, można jednak mieć wątpliwości, czy skala i zakres prywatyzowania poszczególnych dóbr dokonuje się we właściwej kolejności i we właściwym tempie. Nie mówiąc już o tym, że tempo ich ograniczania dokonuje się szybciej niż np. w Czechach i na Węgrzech. W konsekwencji znaczna część społeczeństwa ma ograniczony dostęp do wielu dóbr, które w przeszłości uznano za trwałe atrybuty współczesnego społeczeństwa. Dotyczy to ochrony zdrowia, dostępu do edukacji, bezpieczeństwa etc. Nie jest także oczywiste, czy nowoczesna gospodarka rynkowa ma tego typu dobra publiczne ograniczać, czy wręcz eliminować.

Hipoteza trzecia: mamy duże, ale jednocześnie słabe państwo. Instytucje w dużym stopniu mają charakter hybrydalny, jakość rządzenia jest niska, egzekutywa prawa ograniczona, a stopień korupcyjności aparatu państwowego i samorządowego znaczny.

...................................................V
Wnioski z powyższej analizy są być może banalne, niemniej istotne dla zapewnienia wysokiej stopy wzrostu w przyszłości. Sprowadzają się one do następujących: bez szybkiego usuwania barier i ograniczeń, związanych z dualnością w gospodarstwie i społeczeństwie, trudno będzie osiągnąć wysoką stopę wzrostu; wszystkich ograniczeń nie sposób przezwyciężyć w krótkim okresie; musi natomiast pojawić się spójny program, nakreślający kolejność i tempo ich minimalizacji; w innym przypadku wewnętrzne, autonomiczne siły pchające ku szybkiemu wzrostowi ulegną zahamowaniu, czego ostatnie dwa, trzy lata były wystarczającym dowodem; jeśli tempo wzrostu poważnie się obniży, nastąpi zmniejszenie dopływu kapitału zagranicznego.

Doceniając rolę mechanizmu rynkowego w przekształcaniu gospodarki i społeczeństwa, należy być świadomym, że bez silnej i wspomagającej roli państwa urzeczywistnienie niezbędnych przemian będzie trudne bądź wręcz niemożliwe.

Państwo i jego instytucje wymagają zarówno przebudowy, jak i wzmocnienia. Centralną kwestią jest - i będzie w przyszłości - jakość rządzenia; obecnie funkcjonująca nie zapewnia nawet minimalnie niezbędnego poziomu.

Ambitne cele zawarte w strategii czy strategiach dla Polski, nie będą możliwe do osiągnięcia, jeżeli powyższe bariery nie zostaną przezwyciężone, a nowa jakość rządzenia nie zostanie wprowadzona w życie.

* Rozszerzona wersja wystąpienia na konferencji u prezydenta RP. Aleksandra Kwaśniewskiego, przy prezentacji "Strategii rozwoju Polski do roku..." (Synteza), opracowanej przez Komitet Prognoz "Polska 2000 PLUS" przy Prezydium PAN.

Jerzy Kleer, prof. zwyczajny dr hab., kierownik Katedry Ekonomii Sfery Publicznej Wydziału Nauk Ekonomicznych UW., rektor Wyższej Szkoły Bankowości, Finansów i Zarządzania im. Kudlińskiego w Warszawie.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Władysław Baka: Jakość rządzenia, nr 8/2001, str. 5

Szybko rozkręca się kampania wyborcza do parlamentu. Poszczególne partie i ugrupowania polityczne przedstawiają swoje programy jako najlepsze dla Rzeczypospolitej. Z największą jednak gorliwością atakują konkurentów, nie troszcząc się zbytnio o zachowanie elementarnych zasad kultury politycznej. Tymczasem Polsce nie są potrzebne igrzyska, których notabene nie brakowało w ostatnim czasie, lecz poważna debata nad stanem gospodarki i państwa oraz drogami naprawy. Zwłaszcza że zjawiska i procesy, które obecnie determinują sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą, stwarzają coraz większe zagrożenie dla przyszłości. Wiele wskazuje na to, że przekroczona została już granica określająca możliwości przezwyciężenia negatywnych tendencji na drodze zwykłych posunięć politycznych.

Syntetycznym wyrazem tego, że w ostatnich latach źle się działo w państwie polskim, może być zmiana procentowego rozkładu odpowiedzi na pytanie: "Czy zdaniem Pana (i) reformy w Polsce po 1989 r. udały się ogólnie, czy raczej nie udały się?". O ile w 1997 r. odpowiedzi pozytywnych udzieliło ok. 50 % respondentów, to w 2000 r. udział odpowiedzi na "tak" nie przekroczył 30 proc. Nie ulega wątpliwości, że gdyby podobny sondaż został przeprowadzony w połowie 2001 r., wyniki byłyby jeszcze gorsze.

Dlaczego tak się dzieje? Wbrew oficjalnej wykładni, to nie czynniki obiektywne, jak np. niekorzystna koniunktura na rynkach wschodnich, ani też zaszłości historyczne, stanowią główną przyczynę trudności w jakich znalazł się nasz kraj. Źródła tych zjawisk mają charakter wewnętrzny, par excellence zależny od sposobu funkcjonowania i decyzji władz państwowych, od ich trafności i skuteczności, słowem - od jakości rządzenia krajem. Kreśląc diagnozę przyczyn, które drastycznie obniżyły jakość rządzenia w Polsce w latach 1997 - 2001, zwrócić należy zwłaszcza uwagę na narastające upartyjnienie wszystkich szczebli aparatu państwowego, korupcjogenność związków między polityką a biznesem oraz ułomność właściwych demokracji mechanizmów kontroli.

Po zwycięstwie AW"S" w wyborach parlamentarnych i utworzeniu w październiku 1997 r. rządu koalicyjnego AW"S"-UW, na masową skalę przeprowadzone zostały rugi kadrowe, obejmujące swoim zakresem najniższe nawet stanowiska w sektorze publicznym, zarówno w instytucjach państwowo-samorządowych, jak i w funduszach i fundacjach oraz w spółkach z udziałem skarbu państwa lub władz terenowych. Nigdy w przeszłości zasada "mierny ale wierny", nie została tak szeroko i konsekwentnie wprowadzona w życie. W pewnym sensie sam doświadczyłem, jak w owym okresie "głęboko orał lemiesz "<<Solidarności>>". Otóż po objęciu władzy przez nową ekipę długo wahano się, czy utrzymać działalność Rady Strategii Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów, w której skład wchodziło kilkunastoosobowe grono ekonomistów, z dominacją ludzi o proweniencji solidarnościowej. W końcu podjęto decyzję. Prof. Jan Mujżel - przewodniczący Rady - poinformował mnie, że w rządzie postanowiono kontynuować działalność Rady, jednakże z dokonaniem korekty jej składu osobowego, polegającej na skreśleniu dwóch osób: prof. Dariusza Rosatiego i mnie. Podziękowałem profesorowi za współpracę i przeszedłem nad sprawą do porządku dziennego. Nie mogłem jednak oprzeć się porównaniu tego wydarzenia z tym, jakie miało miejsce w lutym 1982 r. Wówczas to, po wprowadzeniu stanu wojennego, niektóre nadgorliwe instancje partyjne wystąpiły do Wojciecha Jaruzelskiego z wnioskiem o usunięcie działaczy i członków "Solidarności" ze składu Komisji reformy Gospodarczej. Generał stanowczo odrzucił tego rodzaju żądania. Przyznam, że porównanie tych dwóch wydarzeń sprawiło mi satysfakcję.

Wprowadzenie na masową skalę czystek politycznych po 1997 r. i uznanie zawołania TKM za główną zasadę kadrową, zaowocowało generalnym zwiększeniem liczby i ogólnym obniżeniem poziomu kadr. System naboru ludzi na stanowiska kierownicze zaczął się upodabniać do wzorców charakterystycznych dla niektórych państw afrykańskich, gdzie w ślad za wysoko postawionym ziomkiem na stanowiska ciągną kuzyni, znajomkowie etc. Sprawy te są na ogół skrzętnie ukrywane. Wychodzą na jaw najczęściej w przypadku wystąpienia skandali finansowych w tej lub innej instytucji państwowej czy samorządowej, w tej lub innej firmie publicznej, kiedy dochodzi do opublikowania składu rady nadzorczej, zarządu i szerokiego kierownictwa. Okoliczności te nie mogły pozostać bez wpływu na poziom kompetencji kadr, zdolność do podejmowania i tworzenia warunków do wykonywania decyzji, a w rezultacie na jakość rządzenia. Podjęcie z takimi kadrami czterech dużych reform instytucjonalno-systemowych okazało się zaiste przedsięwzięciem karkołomnym. Niezależnie od błędu strategicznego, jakim było przyjęcie niewłaściwej sekwencji reform, opartym na mylnym politycznym przekonaniu wynikającym z ignorancji i "chciejstwa", że "jakoś to będzie" i reformy zapoczątkowane u progu kadencji przyniosą żniwa na jej zakończenie oraz dadzą polityczny wiatr w żagle rządzących partii podczas następnych wyborów, popełnione zostały liczne błędy o charakterze realizacyjnym, dowodnie świadczące, że kadry z nowego naboru miały niewielkie pojęcie o funkcjonowaniu mechanizmów administracyjnych i gospodarczo-finansowych.

Warto w kontekście kwestii jakości rządzenia posłużyć się spostrzeżeniem starożytnego filozofa Antystensea, że "państwa giną wtedy, kiedy nie umieją odróżnić ludzi złych od dobrych" oraz będącego rozwinięciem tej myśli tekstem Hezjoda, że: "ten jest bezsprzecznie najlepszym, kto działa w granicach rozsądku, myśląc o wszystkim, co przyjdzie". W historii świata tylko te społeczeństwa, które doceniały duże znaczenie czynnika rozumności władzy oraz potrafiły zadbać o jego przestrzeganie w praktyce, wygrywały przyszłość. Jest to ważne memento dla klasy politycznej w Polsce, niezależnie od tego, jak ułożą się wyniki wyborów parlamentarnych.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Gorący lipiec, nr 8/2001, str. 7

Lipiec roku 2001 rozpoczął się w Polsce pod znakiem zamieszania politycznego, wywołanego skłóceniem kręgów prawicowych reprezentowanych w rządzie, a także wielkiego zaniepokojenia stanem finansów publicznych. Pierwsze zagrożenie przetrzymamy pewnie łatwiej niż drugie, które stwarza konieczność podjęcia uciążliwych dla społeczeństwa zadań.

Dla szerokiej publiczności nie są jasne dwie sprawy. Po pierwsze, jakim sposobem doszło do niebywałej zapaści finansów publicznych, wyrażającej się zjawiskiem potocznie zwanym dziurą budżetową o bardzo poważnych rozmiarach, bo aż 1,5 - 3 proc. produktu krajowego brutto. Po drugie, dlaczego tak bardzo różnią się od siebie oceny wielkości tej dziury, prezentowane przez rozmaitych ekspertów w środowiskach masowego przekazu.

Odpowiedź na pierwsze z tych pytań jest prosta. Otóż budżet tegoroczny od początku opierał się na bardzo wątpliwych założeniach. Planowanie dochodów budżetowych zawsze wymaga przyjmowania określonych założeń co do przewidywanego tempa wzrostu gospodarczego, tempa inflacji i niektórych innych wielkości makroekonomicznych, zawsze więc towarzyszy temu element niepewności. Jest jednak różnica między założeniami realistycznymi i pozbawionymi tej cechy. Założenie rocznego tempa wzrostu PKB przekraczającego 4 proc. w okresie, kiedy tempo to uległo szybkiemu spadkowi, było dalekie od prawdopodobieństwa. Od narodzin więc budżet państwa był zagrożony niespełnieniem oczekiwań dochodowych. Prawdopodobnie jednak bardziej realistyczny budżet okazałby się trudny do przyjęcia przez parlament i to chyba wyjaśnia przyczyny popełnionego błędu. W rezultacie, wobec znacznego spadku wzrostu gospodarczego oraz tempa inflacji, dochody przedsiębiorstw, a z nimi podatki od nich, są o wiele niższe od przewidywanych. To sprawia, że rozległa dziura ujawniła się już w pierwszej połowie roku.

Dlaczego jednak tak bardzo różnią się od siebie oceny wielkości dziury budżetowej? Minister finansów zaczął od określenia jej na poziomie 6 - 7 miliardów złotych . Różni eksperci oceniali ją na około 10 miliardów lub więcej. W toku wymiany ocen jej wielkość rosła. W końcu minister przedstawił niedawno koncepcję nowelizacji budżetu, zaskakując wszystkich najwyższą z dotychczasowych oceną wielkości deficytu, który według niego wzrósł już do około 17 miliardów złotych. Skąd te różnice? Otóż stąd, że po sześciu miesiącach można z całą pewnością określić, jak ukształtują się ostatecznie do końca roku dochody budżetowe. Zależy to od rozwoju sytuacji gospodarczej, ten zaś jest wyjątkowo trudny do przewidzenia.

Według przewidywań optymistycznych, jeszcze do niedawna lansowanych przez koła rządowe, w drugiej połowie roku miałoby nastąpić przyspieszenie wzrostu gospodarczego. Gdyby tak się stało, pomogłoby to w zmniejszeniu dziury budżetowej. Jest to jednak mało prawdopodobne. Dzisiaj już coraz mniej osób wierzy w możliwość uzyskania takiej poprawy, a wyrazem tego stała się już zmiana postawy ministra finansów, który przeszedł na pozycję wyraźnie pesymistyczną.

Przewidywania realistyczne określają tegoroczne tempo wzrostu na 1,5 - 2 proc. Pesymiści określają je jeszcze niżej, ale i to jest dla nas tempem bardzo niskim, przy którym znaczna część obywateli odczuwa pogardzanie się położenia materialnego, a wiele przedsiębiorstw boryka się ze słabym popytem i musi zmniejszać produkcję i zatrudnienie. Wprawdzie więc, ściśle biorąc, nie jest to recesja w znaczeniu absolutnego spadku dochodu narodowego, ale niewątpliwie można tę sytuację określać jako recesyjną, czyli wyrażającą tendencję spadkową. Im dłużej ona trwa, tym bardziej niekorzystnie odbija się to na gospodarczej i społecznej sytuacji kraju, zwłaszcza wobec nieuniknionego narastania bezrobocia, z którym w takich okolicznościach nie udaje się skutecznie walczyć.

Jednym ze skutków takiej sytuacji jest dziura budżetowa, na którą ostatecznie są tylko takie lekarstwa: albo można silnie obciąć wydatki, albo zwiększyć deficyt budżetowy. Obcięcie wydatków może się okazać w jakimś zakresie nieuniknione, ale jest to zabieg bardzo bolesny, a w dodatku przyczynia się do dalszego osłabienia popytu rynkowego i nasilenia recesji. Natomiast zwiększenie deficytu w pewnych granicach mogłoby być korzystne dla gospodarki, gdyby odegrało rolę stymulującą. To jednak byłoby osiągalne tylko pod warunkiem, że deficyt posłużyłby do sfinansowania wydatków typu inwestycyjnego - tak publicznych, na przykład w dziedzinie budownictwa mieszkaniowego i infrastruktury, jak prywatnych, pobudzanych przez wprowadzenie ulg i zwolnień podatkowych dla przedsiębiorstw. Trzeba jednak również pamiętać, że skala dopuszczalnego deficytu zależy od możliwości jego sfinansowania zwiększoną emisją obligacji skarbowych, co z kolei zależy od rynku i może się wiązać z potrzebą podniesienia stóp procentowych.

W dodatku zaś zwiększenie deficytu budżetowego może przyczynić się do zwiększenia deficytu obrotów bieżących w bilansie płatniczym państwa. Ci z państwa, którzy zadają sobie trud czytania moich tekstów, pewnie pamiętają, że od dawna temu tematowi poświęcałem dużo uwagi, traktując wzrost tego deficytu płatniczego jako bardzo groźny dla gospodarki. Przypominam, że deficyt rósł przez kilka lat i w pierwszym kwartale roku 2000 osiągnął alarmującą wysokość 8 proc. PKB. Na szczęście jednak, od tego czasu rozpoczął się jego silny spadek, który doprowadził go do poziomu bliskiego 5 proc. PKB, co obiektywnie biorąc jest wciąż wysokim deficytem, ale oznaczało wyraźną poprawę sytuacji. Poprawa ta nastąpiła dzięki temu, że ogólne osłabienie popytu spowodowało zahamowanie importu, a jednocześnie silnie wzrósł eksport. Gdyby można było uznać to za trwałe odwrócenie tendencji do wzrostu deficytu płatniczego, należałoby to uznać za sygnał bardzo korzystny na przyszłość. Niestety jednak było od początku jasne, że nie można było oczekiwać trwałej zmiany, ponieważ nie nastąpiły żadne przekształcenia strukturalne. I rzeczywiście, już obecnie powróciliśmy na ścieżkę ponownego wzrostu deficytu płatniczego.

Zagrożenie polega na tym, że wzrost ten jest zawsze sygnałem ostrzegawczym dla kapitału zagranicznego. Obserwujemy właśnie skutki tego sygnału w postaci zachwiania złotego. Jak wiadomo, przez szereg miesięcy utrzymywał się bardzo wysoki kurs złotego w stosunku do dolara i do euro, spowodowany w znacznej mierze przez napływ kapitału spekulacyjnego, zachęcany przez wysokie stopy procentowe. Taki układ, przy gasnącym wzroście gospodarczym, gasnącym popycie rynkowym i słabej pozycji produkcji krajowej wobec konkurencji zagranicznej jest groźny, bo zwiastuje możliwość nagłego odpływu tego kapitału, co w przypadkach ostrych może spowodować kryzys finansowy. Pierwszym przejawem takiego kryzysu byłby nagły głęboki spadek kursu złotego.

Nagły spadek tego kursu o około 8 proc., jaki nastąpił w pierwszych dniach lipca, jest sygnałem niepokojącym, świadczy bowiem o wahliwości zainwestowanego u nas zagranicznego kapitału krótkoterminowego. Kapitał ten może kupować obligacje skarbowe, dopóki to mu się opłaca, ale każdego dnia może zacząć je sprzedawać, jeśli uzna je za ryzykowną lokatę. To zaś nie zależy od takiej czy innej wypowiedzi wyborczej, tylko od oceny sytuacji gospodarczej kraju, która jest odczytywana na podstawie faktów, a nie wezwań. Kłopot z tą sytuacją polega nie tylko na tym, że jest ona obiektywnie bardzo trudna, lecz także na tym, że zanadto zależymy w tej chwili od decyzji inwestorów zagranicznych.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jadwiga Błahut: Teoria alienacji a kapitalizm, nr 8/2001, str. 30

Marksowski rodowód teorii alienacji jako narzędzie krytyki kapitalizmu - Ericha Fromma krytyka cywilizacji zachodniej - Choroby współczesnego kapitalizmu - Jana Pawła II teoria alienacji

Teoria alienacji zawdzięcza swą popularność pracom Marksa. Autor "Kapitału", demaskując negatywne zjawiska w 19.-wiecznym kapitalizmie, doszukiwał się genezy wyobcowania w stosunkach społecznych, a ściślej, w ekonomicznej działalności człowieka. Jego zdaniem, kapitalistyczne stosunki przyczyniają się do zakłócenia samorealizacji człowieka, załamaniu ulega podstawa jego człowieczeństwa, a wraz z tym także inne formy ludzkiego istnienia podlegają degradacji.

Choć w wymiarze teoretycznym, współczesny kapitalizm niewiele różni się od 19.-wiecznego, to w praktyce przeszedł znaczne zmiany. Wraz z upadkiem bipolarnego świata, uległ też znacznemu rozszerzeniu, stając się globalnie podstawową formą ustrojową. We współczesnym kapitalizmie społeczeństwo coraz częściej ma wpływ na zarządzanie i kontrolę przedsiębiorstw, uprawnione jest do tworzenia stowarzyszeń lub związków chroniących prawa pracownicze; m.in. z tego powodu kapitalizm nie budzi już tak wielu kontrowersji. Ale czy powszechne uznanie zasad wolnego rynku, oznacza jednocześnie zanik zjawisk leżących u źródeł alienacji?

Chociaż podstawowy fundament Marksowskiej alienacji, czyli rozczłonkowanie społeczeństwa na dwie przeciwstawne klasy: burżuazję i proletariat, współcześnie nie przejawia się z ubiegłowieczną ostrością, okazuje się, że jej poszczególne formy - w zmienionej, a często w spotęgowanej postaci - wciąż są obecne. Czy alienacja pracy, produktu pracy i człowieka, znajduje swój wyraz w dzisiejszej rzeczywistości? Twierdzącą odpowiedź na to pytanie dają prace znaczących myślicieli współczesnych.

Najbogatsze studium na ten temat znajdziemy u Ericha Fromma. Mówiąc o alienacji, często posługuje się on sformułowanym przez proroków pojęciem bałwochwalstwa (idolatrii), definiowanym jako ubóstwianie rzeczy, poszczególnych aspektów świata, jako uległość człowieka wobec nich. Istotę bałwochwalstwa sprowadza do tego, że człowiek wydatkuje swoją energię tworząc tzw. idoli, których następnie czci. Krytyka Fromma skupia się na wszelkich formach posiadania, w najszerszym tego słowa znaczeniu. Za zbiorową i potężną formę bałwochwalstwa uznaje kult siły, sukcesu, autorytetu rynku, pieniądza, prestiżu, konsumpcji - czyli te aspekty ludzkiego życia, które dla dzisiejszego człowieka stanowią często wartość nadrzędną.
We współczesnej cywilizacji Zachodu, nastawionej na sukces, rywalizację, konformizm, samorealizacja okazuje się czymś niesłychanie trudnym, wiele form alienacji trafia na podatny grunt.
Krytykując współczesne społeczeństwo, Fromm zwraca uwagę na te czynniki, które ograniczają potrzeby twórczości i indywidualnego rozwoju. Ukazuje paradoksy opacznie obecnie rozumianej wolności, która okazując się ułudą, coraz bardziej zniewala człowieka, potęgując jego osamotnienie w świecie.
Najbardziej społecznie wyrazistymi mechanizmami ucieczki są autorytaryzm i konformizm, ujawniające się w dążeniach do podporządkowania i dominacji, czyli w zachowaniach masochistycznych i sadystycznych. Współcześnie najczęściej mamy do czynienia z autorytetem anonimowym, niewidzialnym, wyalienowanym. Zdaniem Fromma, w społeczeństwie technologicznym autorytetem stał się zysk, konieczność gospodarcza, rynek, zdrowy rozsądek, opinia publiczna. Dopóki istniał autorytet jawny, istniał konflikt i bunt, dzięki czemu rozwijała się osobowość, a zwłaszcza poczucie "ja". W przypadku autorytetu niewidzialnego nawet sobie nie uświadamiamy, że podporządkowujemy się, tracąc poczucie własnego ja1.
Mechanizm, za którego pośrednictwem działa anonimowy autorytet, to konformizm, nakazujący jednostce być przystosowaną, nie różnić się. Uciekając przed izolacją i samotnością, rezygnuje ona z własnej osobowości, przyjmuje natomiast rodzaj osobowości oferowany przez kulturę, kieruje się pseudouczuciami i pseudomyślami. Człowiek musi być wciąż gotowy na zmiany i zmieniać się zgodnie ze zmianami wzorca. Nieustannie musi potwierdzać identyczność nie z sobą i swoimi przekonaniami, ale z opinią innych na swój temat. Podobieństwo, identyczność ceni wyżej, niż własną oryginalność. Indywidualność człowieka stanowi bezwartościowe obciążenie. Indywidualizm oznacza jeszcze większą izolację2.
Konformizm, który wydaje się jedynym sposobem uniknięcia nieznośnego niepokoju, często jednak okazuje się niewystarczający. Toteż człowiek popada w bierność, która jest tylko jednym z symptomów " zespołu wyobcowania". Człowiek bierny nie próbuje znaleźć sobie miejsca w świecie i zmuszony jest rezygnować ze swoich ideałów. Dlatego też czuje się bezsilny, samotny i pełen niepokoju. Ma kłopoty z samookreśleniem i niewielkie poczucie integralności3.
Według Fromma, współczesne społeczeństwo kapitalistyczne jest chore, brakuje mu bowiem wielkich ideałów humanistycznych. Cywilizacja okazuje się cywilizacją bez celów, bogatą w środki w o wiele większym stopniu niż inne epoki, lecz źle ich używa, ponieważ nie ma żadnego nadrzędnego ideału. Jednocześnie pozostaje pod presją stworzonych przez siebie warunków alienacyjnych. Jedynym imperatywem okazuje się nakaz potęgowania możliwości technicznych.
Analiza współczesnej technokratycznej rzeczywistości prowadzi do wniosku, że obietnica nieograniczonego postępu, nadzieje pokładane w technice i nauce, które miały uczynić nas wszechmocnymi i wszechwiedzącymi, okazały się mrzonką. Epoka przemysłowa poniosła porażkę, nie spełniła swoich obietnic. Natomiast stworzyła nowe społeczne i psychologiczne problemy, których nie potrafi rozwiązać, gdyż sytuują się one poza sferą jej kompetencji.

Głównym problemem epoki społeczeństw industrialnych jest groźba wystąpienia licznych form alienacji, poważnie zagrażających zdrowiu psychicznemu człowieka. Zdaniem Fromma groźba stała się faktem - choroba psychiczna jest zjawiskiem powszechnym, a całe społeczeństwa świata zachodniego stanowią swoją wyalienowaną formę. Człowiek wyalienował się od swej istoty, od społeczeństwa, od swego rozumu, jest w gruncie rzeczy człowiekiem chorym. W nowoczesnym społeczeństwie alienacja stała się niemal zjawiskiem totalnym, przenika stosunek człowieka do jego pracy, do przedmiotów konsumpcji, do państwa, do bliźnich, do siebie samego. Świat przez niego stworzony przerasta go - człowiek nie jest już jego panem, lecz sługą4.
We współczesnym kapitalizmie również rozwój nauki i techniki żyje własnym życiem i rządzi człowiekiem. Człowiek popadł w zależność od własnych wytworów, tracąc władanie nad sobą. Rządzą nim anonimowe siły społeczne, które w coraz większym stopniu poddają go próbom unifikacji, zniewolenia, dezindywidualizacji. Człowiek mistrzowsko opanował przyrodę, lecz nie panuje nad własnym rozwojem społecznym.
Do najbardziej uchwytnych i fundamentalnych cech ekonomicznych współczesnego kapitalizmu, noszących znamię alienacji, Fromm zaliczał procesy kwantyfikacji i abstrahowania. Cechy abstrakcyjnego i ilościowego charakteru stosunków produkcji przeniosły się z dziedziny ekonomicznej do sfery postaw człowieka w stosunku do rzeczy, innych ludzi, siebie samego. Dobitny tego wyraz stanowi tzw. orientacja rynkowa, czyli traktowanie wszystkich i wszystkiego jako towaru. Lekceważymy konkretność i wyjątkowość zarówno cech ludzi, jak i rzeczy. Doświadczamy je jako towary, jako wcielenie wartości wymiennej, którą zawsze można zastąpić.
Gospodarka towarowo-pieniężna wpływa na stosunki międzyludzkie - depersonalizuje i dehumanizuje je. Ekonomiczne funkcjonowanie rynku opiera się na rywalizacji wielu jednostek, które pragną sprzedać swoje towary, swoją pracę, swoją osobowość. Konieczność ekonomicznego współzawodnictwa doprowadziła do coraz większej rywalizacji i w tym wyścigu do sukcesu załamują się społeczne i moralne reguły ludzkiej solidarności.

Kwestię tę - za Leonem XII - podejmuje również Jan Paweł II zwracając uwagę, że w społeczeństwie zachodnim, pomimo przezwyciężenia wyzysku - w tych formach, o których mówił Marks - alienacja nie została wyeliminowana w tych obszarach, gdzie ludzie posługują się sobą wzajemnie, celem zaspokajania w coraz bardziej wyrafinowany sposób swoich interesów. Warunki takie sprzyjają rozwojowi tzw. alienacji Narcyza (jej teoretyczną interpretację przedstawił Emmauel Mounier). Rodzi się ona w kapitalistycznych stosunkach społecznych sprzyjających izolacji, osamotnieniu i zagrożeniu poszczególnych jednostek przez niezrozumiały dla nich splot stosunków i kontrowersji społecznych. Wzmocniona przekonaniem o bezradności i bezcelowości wszelkich usiłowań zmierzających do zmian, prowadzi do przeświadczenia o absurdalności życia.
Jednak współczesny człowiek nie tylko innych traktuje przedmiotowo, we własnych oczach również staje się przedmiotem - towarem. W naszych czasach dominujące znaczenie uzyskała tzw. orientacja merkantylna, a wraz z nią powstał nowy "rynek osobowości". Sukces zależy w dużym stopniu od tego, w jaki sposób dana osoba sprzedaje się na rynku, siłą rzeczy więc traktuje siebie - w swoim własnym odczuciu - jako towar, produkt opatrzony znakiem jakości. Cały proces życia doświadczany jest jako inwestycja kapitału: moje życie i moja osoba to kapitał, w który inwestuję. Dana osobowość istnieje, ponieważ jest na nią zapotrzebowanie, jest wartościowa, jeśli odnosi sukces, jeśli nie, staje się zbędna. Jej ocena zewnętrzna, jak i samoocena zależą od warunków pozostających poza jej kontrolą, ujmowana jest w kategoriach wartości ekonomicznej lub wymiennej. Człowiek-towar, pełen nadziei obnosi się ze swą etykietką, stara się wyróżnić spośród "asortymentu" i zasłużyć na dostanie kartki z najwyższą oceną. Jeśli jednak zostanie pominięty, podczas gdy innych kupuje się jak okazję, zostaje skazany na poczucie niższości i bezwartościowości5. W orientacji wymiennej człowiek traci swą własną identyczność i ulega alienacji od samego siebie.

Orientacja rynkowa, ograniczenie indywidualizmu, kwantyfikacja i abstrahowanie, mają w swych skutkach spełnić wymóg maksymalnej wydajności i produkcji. Są to dwie podstawowe zasady, które rządzą wysiłkami i myślami każdego uczestnika współczesnego stechnicyzowanego świata.
Wydajność jest jedynym motorem działań gospodarczych. Określając wydajność przedsiębiorstwa, zainteresowanie budzą jedynie dane dotyczące nakładu i produkcji. Jednocześnie nie bierze się pod uwagę, że tak wąskie jej pojmowanie, wyłącznie jako korzyść, paradoksalnie prowadzi do demoralizującego i kosztownego braku wydajności w sensie indywidualnym i społecznym. Człowiek, zamiast stanowić cel sam w sobie, staje się środkiem do zaspokajania interesów ekonomicznych innego człowieka, swoich własnych albo machiny gospodarczej.
Praca nastawiona wyłącznie na zysk, staje się coraz bardziej powtarzalna i bezmyślna. Nie jest ludzką aktywnością sensowną samą w sobie, ponieważ do jej wykonywania motywuje nie płynąca z niej satysfakcja, lecz zysk, coraz większa wydajność.
...
Podobnie jak w sferze produkcji, alienacja ma miejsce także w sferze konsumpcji, która straciła wszelkie powiązanie z rzeczywistymi potrzebami człowieka. Społeczeństwo produkuje coraz więcej bezużytecznych przedmiotów, jak i wielu bezużytecznych ludzi. We współczesnym społeczeństwie masowej konsumpcji, człowiek przestał być podmiotem swoich pragnień, jego potrzeby tworzy przemysł. Szybko zmieniające się upodobania wynikają z błyskawicznych przemian technologicznych. Konsumpcją rządzi reklama oraz inne metody psychologicznego nacisku, które narzucają zarówno sposoby zaspokajania potrzeb, jak i samo ich istnienie.
Konsumpcja stanowi najważniejszą formę posiadania. Dążenie do posiadania jest wspólną cechą wszystkich zachowań, traktowanych jako przejawy postawy "mieć". Postawa "mieć" jest obecnie najbardziej rozpowszechnioną formą patologii społecznej. Społeczeństwo owładnięte jest pragnieniem nabywania własności, opanowane głodem zysku, obsesją posiadania. Cała jego energia i troska koncentrują się na wartościach i dobrach materialnych. Postawa praktycznego materializmu i konsumpcjonizmu nie wymaga żadnych dalszych starań skierowanych na utrzymanie własności bądź uczynienie z niej twórczego wysiłku.

Zdaniem Fromma, bierność jest jedną z najbardziej charakterystycznych i patologicznych cech współczesnego człowieka: "Człowiek chce być karmiony, sam jednak nie porusza się, nie przejawia inicjatywy, nie trawi dostarczanego mu pożywienia. Nie jest twórczy w stosunku do tego, co odziedziczył - gromadzi jedynie lub konsumuje"9. Cywilizacja budowana przez ludzi pozbawionych poczucia sensu bytu, staje się cywilizacją panowania przedmiotu nad podmiotem, posiadania nad bytem.

Powyższa analiza wykazuje, że jakkolwiek problem alienacji nie jest nowy, to jednak nigdy tak silnie, jak współcześnie, nie narzucała się potrzeba jego teoretycznej interpretacji. Niewątpliwie należy tu przywołać refleksję Jana Pawła II nad teorią alienacji. Chociaż samą Marksowską koncepcję alienacji uważa on za błędną i nieadekwatną, gdyż wywodzącą się ze sfery stosunków produkcji i własności, czyli opartą jedynie na materialistycznym fundamencie, a ponadto negującą prawomocność regulacji rynkowych w dziedzinie, która jest im właściwa10, to dokonując analizy współczesnej rzeczywistości, w dużej mierze korzysta z inspiracji marksistowskiej. Tak jak Marks, za główny czynnik urzeczywistnienia siebie jako człowieka, spełniania swego osobowego powołania, uznaje pracę ludzką, nadając jej podstawowe i decydujące znaczenie w procesie samorealizacji. W świetle takiego założenia, dyskutuje kwestię pracy dowodząc, że pomimo fałszywości marksistowskiej analizy i rozumienia postaw alienacyjnych, alienacja połączona z utratą autentycznego sensu istnienia jest wciąż obecna.
Jan Paweł II zwraca uwagę, że z punktu widzenia problematyki ekonomicznej, nacechowanej przesłankami ekonomizmu materialistycznego, wciąż istnieje niebezpieczeństwo traktowania pracy ludzkiej jajko sui generis "towaru", czy anonimowej "siły", potrzebnej li tylko do celów produkcji.

"Systematyczną okazję, a poniekąd nawet podnietę do tego rodzaju myślenia i wartościowania, stanowi cały rozwój, przyspieszony postęp cywilizacji jednostronnie materialnej, w której przywiązuje się wagę przede wszystkim do przedmiotowego wymiaru pracy, natomiast wymiar podmiotowy - to wszystko, co pozostaje w bezpośrednim lub pośrednim związku z samym podmiotem pracy - pozostaje na dalszym planie. W każdym takim wypadku, w każdej tego typu sytuacji społecznej zachodzi pomieszanie, a nawet wręcz odwrócenie porządku wyznaczonego po raz pierwszy już słowami Księgi rodzaju; człowiek zostaje potraktowany jako narzędzie produkcji, podczas gdy powinien on - on jeden, bez względu na to, jaką pracę wypełnia - być traktowany jako jej sprawczy podmiot, a więc właściwy sprawca i twórca. (...) błąd kapitalizmu pierwotnego może powtórzyć się wszędzie tam, gdzie człowiek zostaje potraktowany poniekąd na równi z całym zespołem materialnych środków produkcji, jako narzędzie, a nie - jak to odpowiada właściwej godności jego pracy - jako podmiot i sprawca, a przez to sam także jako właściwy cel całego procesu produkcji"11.

Wobec współczesnej rzeczywistości, w której środki produkcji grają pierwszorzędną rolę, papież przypomina jedną z zasad Kościoła: zasadę pierwszeństwa "pracy" przed kapitałem, prymatu człowieka wobec rzeczy.
W tym kontekście, w dzisiejszej dobie szczególnego znaczenia nabiera technika. Z jednej strony, jako sprzymierzeniec człowieka i podstawowy współczynnik postępu ekonomicznego, z drugiej - w przypadku gdy mechanizacja pracy wypiera człowieka, pozbawiając go osobistego zadowolenia w pracy oraz podniety do twórczego myślenia i odpowiedzialności - jako zagrożenie noszące wszelkie znamiona alienacji.
...
Zagrożenie człowieka przez jego własne wytwory - zdaniem Jana Pawła II - jest dramatem współczesnej ludzkiej egzystencji w jej najszerszym i najpoważniejszym wymiarze. Powoduje, że człowiek coraz bardziej bytuje w lęku, który na różne sposoby udziela się współczesnym społeczeństwom, ujawniając się w różnych postaciach12.
...
Emancypacja człowieka, polegająca na ustanowieniu siebie na miejscu Boga, domagająca się bezwarunkowej wolności, sprowadziła go do rzędu rzeczy, uprawniając wszelkie formy jego zniewolenia i zniszczenia. Zagrożenia te wynikają - zdaniem Jana Pawła II - z rozbicia spójnego obrazu, zasady prymatu osoby nad rzeczą, z tzw. błędnego ekonomizmu, czyli traktowania pracy wyłącznie w kategoriach celowości ekonomicznej, polegającej na oddzieleniu pracy od kapitału i przeciwstawieniu ich sobie jako dwóch anonimowych sił, dwóch czynników produkcji, zestawionych w tej samej perspektywie ekonomicznej. W ten sposób praca, stając się organizacją nastawioną wyłącznie na zysk, maksymalizację produkcji, pomija ten aspekt, który daje możliwość samorealizacji człowieka.

Przypisy
1 E. Fromm, "Zdrowe społeczeństwo", Warszawa 1996, s. 158-159.
2 Ibidem, s. 158 -169; E. Fromm, "Ucieczka od wolności", Warszawa 1978, s. 179 - 197.
3 E. Fromm, "rewolucja nadziei", Poznań 1996, s. 64.
4 E. Fromm, "Zdrowe społeczeństwo", Wyd. cyt., s. 132.
10 Encyklika "Centesimus annus", s. 403.
11 Encyklika "Laborem exercens" (w:) Jan Paweł II, "Encykliki i adhortacje". Warszawa 1983, s. 118.
12 Szerzej zob. encyklika "Redemptor hominis (w:) Jan Paweł II, "Encykliki...". Wyd. cyt.

------------
Jadwiga Błahut, doktorantka w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie.

------------------------------------------------------------------------------------------------

Radosław S. Czarnecki: (półka z książkami) Noam Chomsky, "Zysk ponad ludzi", nr 8/2001, str. 134

Noam Chomsky znany jest z zaangażowania w walkę z neoliberalizmem i zagrożeniami, jakie niesie on demokracji i społeczeństwu obywatelskiemu. Niedawno ukazała się na naszym rynku nowa praca Chomsky'ego, pt. "Zysk ponad wszystko". Zawiera ona 6 tekstów z ostatnich dziesięciu lat, opublikowanych w zachodnich specjalistycznych czasopismach (jeden z nich, to wykład wygłoszony na Uniwersytecie w Kapsztadzie w maju 1997 r.). Wszystkie mają jeden wspólny mianownik: opisują funkcjonowanie globalnej gospodarki w neoliberalnym wydaniu i jej skutki w różnych częściach świata. Opisano w nich m.in. powody wybuchu powstania zapatystów w meksykańskim stanie Chiapas (na tle deregulacji gospodarki Meksyku i powstania NAFTA), liberalizację gospodarki i jej efektywność w Chile, kryzys rosyjski, jego przebieg oraz skutki szokowej terapii przejścia od systemu nakazowo-rozdzielczego do quasi-liberalnego na terenach byłego ZSRR, opór wobec funkcjonowania tzw. umowy waszyngtońskiej i multilateralnej umowy inwestycyjnej..

Autor wykazuje, że współczesny gigantyczny rynek światowy dóbr, idei czy kapitału, jest wolny tylko z nazwy. W rzeczywistości jest tworem jak najbardziej protekcjonistycznym, spekulatywnym i antydemokratycznym. Działania w myśl zasad H. Spencera, teoretyka darwinizmu społecznego, są nie do pogodzenia z porządkiem demokratycznym, prawami człowieka i swobodami obywatelskimi. Chomsky uważa, że lesseferyzm, który poniósł porażkę na przełomie 19. i 20. wieku, tak samo przegra w 21. wieku. Opór stawi mu poczucie wolności, społeczna potrzeba demokracji i powszechna konieczność posiadania swobód obywatelskich. Jest to może sąd naiwny i idealistyczny, lecz konsekwentny.
...
(...) Historyczne korzenie współczesnej sytuacji tkwią w skutkach 2. wojny światowej, kiedy to USA, kierując się własnym interesem, wzięły odpowiedzialność za cały kapitalistyczny świat (czy on tego chciał, czy nie, to już inna sprawa). Ówczesny podział ideologiczny był im jak najbardziej na rękę. Takie stwierdzenie osoby kompetentnej i odpowiedzialnej (G. Haines - historyk dyplomacji amerykańskiej i współpracownik CIA), przytacza Chomsky na poparcie swoich wywodów o amerykanizacji gospodarki światowej i jej korporatyzacji (w imię interesów Stanów Zjednoczonych). Na dodatek, głosząc liberalny program dla innych, Amerykanie od lat stosują centralizm i protekcjonizm wobec swoich - działających globalnie - narodowych podmiotów gospodarczych.

Według Chomsky'ego, polityka i megabiznes są obecnie powiązane w sposób absolutny. Korporacyjno-globalne środki masowego przekazu, służące opacznie rozumianemu wolnemu rynkowi, stwarzają przy tym swoistą atmosferę aprioryczności i nieodwracalności aktualnie funkcjonującego modelu. Możni tego świata nie muszą spiskować, jak wielu z nas uważa. Wykorzystują tylko mechanizmy instytucjonalne do podawania mediom czy dyżurnym autorytetom intelektualnym odpowiednio spreparowanych sygnałów i uzasadnień, wedle których obecne status quo jest najbardziej pożądane. Stąd wynika teza, iż nasz świat jest najlepszy z możliwych. A wiemy przecież, że brak ruchu myśli jest przeciwny demokracji; bezruch to dogmat.

Chomsky kreśli czarną wizję świata. Dla Polaków, zachłyśniętych urokami gospodarki wolnorynkowej,  może być ona szokująca, czy przesadzona. Jednak jednego nie można autorowi zarzucić - nieuczciwości intelektualnej i koniunkturalizmu. Dlatego warto zachęcić wszystkich refleksyjnie podchodzących do otaczającej nas rzeczywistości, do sięgnięcia po tę interesującą pozycję.
-----------
Noam Chomsky, "Zysk ponad ludzi". Wydawnictwo Dolnośląskie. Wrocław 2000, s. 146.
------------------------------------------------------------------------------------------------


Władysław Baka:
Na krawędzi, nr 7/2001, str. 5

Jak wykazały badania przeprowadzone przez GUS, w końcu pierwszego kwartału bez pracy pozostawało w Polsce 3,2 mln osób, czyli ok. 18,2 proc. ludności w wieku aktywności zawodowej (bez uczniów i studentów). Liczba ta jest znacznie wyższa od danych oficjalnych, podawanych przez urzędy pracy, gdyż obejmuje wszystkich poszukujących zatrudnienia, a nie tylko osoby zarejestrowane. Najbardziej szokujący jest wskaźnik bezrobocia wśród młodzieży (ok. 40 proc.). Wiele wskazuje na to, że sytuacja na rynku pracy w ciągu najbliższych miesięcy ulegnie dalszemu pogorszeniu, bowiem zastępy poszukujących pracy zwiększą się o kilkaset tysięcy absolwentów szkół i wyższych uczelni. Tymczasem podaż miejsc pracy nie rokuje poprawy. Przeciwnie, coraz bardziej słabnąca aktywność gospodarcza rokuje jak najgorzej.
Od kilku miesięcy dynamika gospodarcza systematycznie maleje. Obecnie szacuje się, że na koniec roku wskaźnik wzrostu PKB wyniesie najwyżej 3 proc. i nic nie wskazuje na zahamowanie tendencji spadkowej. Przeciwnie, mnożą się sygnały, iż ta negatywna tendencja ulegnie w najbliższej przyszłości dalszemu zaostrzeniu. Głównym tego powodem jest drastyczne pogorszenie się sytuacji finansowej przedsiębiorstw. Jak informuje GUS, polskie przedsiębiorstwa w pierwszym kwartale br. w ogóle nie osiągnęły zysku. W najgorszym położeniu znajdują się przedsiębiorstwa państwowe. W rezultacie nagminnie nie płacą one podatków, składek ZUS, a także nie regulują swoich zobowiązań wobec innych przedsiębiorstw. Niewiele lepsza jest sytuacja w firmach prywatnych. W wyniku tego w gospodarce powstają duże zatory płatnicze, obejmujące coraz więcej podmiotów. To sprawia, że w kłopoty finansowe wpadają liczne przedsiębiorstwa, w tym także te, które z powodzeniem radzą sobie z wymaganiami gospodarki rynkowej i osiągają dobre wyniki ekonomiczne. Wszystko to negatywnie rzutuje na perspektywy wzrostu gospodarczego.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest sztucznie wywindowany, nie odpowiadający tzw. fundamentom gospodarczym, kurs złotego względem walut obcych.
...
Paradoks obecnej sytuacji gospodarczej polega między innymi na tym, że nawet zjawiska, które powinny cieszyć, budzą mniejszy lub większy niepokój. W pierwszych dniach czerwca, w ślad za komunikatem NBP o bilansie płatniczym, środki masowego przekazu triumfalnie obwieściły, że mocny złoty nie zaszkodził eksportowi. Rzeczywiście, w kwietniu br. deficyt obrotów bieżących uległ poważnemu zmniejszeniu, zwłaszcza za sprawą wzrostu eksportu oraz sezonowego zwiększenia salda tzw. obrotów niesklasyfikowanych, czyli głównie handlu bazarowego. Pamiętać przy tym należy, że nasz eksport w skali miesięcznej jest nadal mniejszy od importu o około 800 mln USD. Pytanie brzmi: czy rzeczywiście utrzymujący się wysoki kurs złotego nie hamuje ekspansji eksportowej? Wg optymistycznej wersji - tak, ponieważ przyspieszenie dynamiki eksportu to nic innego, jak swego rodzaju "żniwa eksportowe", będące rezultatem dokonanych przekształceń własnościowych, a głównie wkroczenia kapitału zagranicznego do polskich przedsiębiorstw, oraz przeprowadzonych restrukturyzacji i zmian instytucjonalnych. Mniej optymistyczna wykładnia sprowadza się do konstatacji, że wobec ograniczeń popytu wewnętrznego, do czego walnie przyczyniła się restrykcyjna polityka pieniężna, a zwłaszcza irracjonalnie wysoki poziom stopy procentowej, dla wielu przedsiębiorstw eksport stał się swego rodzaju sprawą "być albo nie być". W rezultacie, aż do granic bólu redukowane są koszty, zaś produkcję przesterowuje się w kierunku eksportu, nawet krańcowo nieopłacalnego, żeby tylko jakoś przeżyć ten trudny czas. Takiej praktyki nie można utrzymywać na dłuższą metę, gdyż niechybnie doprowadziłaby do bankructwa. Oznacza to, że wiele przedsiębiorstw, i chyba cała gospodarka, znalazły się na krawędzi.

Analiza ostatniej publikacji o bilansie płatniczym dostarcza ponadto wielu innych, interesujących i wymownych obserwacji. Po pierwsze, chodzi o zmniejszenie się w okresie czterech pierwszych miesięcy( w stosunku do sytuacji sprzed roku) salda dopływu zagranicznych inwestycji bezpośrednich z 2,4 mld USD do 1,8 mld USD oraz zmniejszenie się salda przepływu zagranicznych inwestycji portfelowych (czyli kapitału spekulacyjnego) z 2,4 mld USD do 2,2 mld USD. Bardziej szczegółowa analiza danych wykazuje, że inwestorzy zagraniczni na coraz większą skalę realizują zyski i transferują je za granicę. Szczególnie wymowne jest pozbywanie się przez nich polskich papierów wartościowych (głównie obligacji rządowych) o dalszych terminach wykupu. Oznaczałoby to, iż przewidują, że era wybujałego kursu złotego w stosunku do walut zachodnich zbliża się ku końcowi.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Zarobki, zdrowie i państwo, nr 7/2001, str. 6

Ostatnio wiele uwagi w parlamencie i w środkach masowego przekazu wzbudził spór wokół zarobków prezesa Narodowego Banku Polskiego i członków Rady Polityki Pieniężnej. Zdaje się, że szeroka publiczność znowu wykazała się przywiązaniem do racjonalności, przyjmując ten rozdęty spór tak, jak na to zasługiwał, czyli z brakiem zainteresowania. Cóż to bowiem kogo obchodzi, ile zarabiają te osoby? Ich niemałe dochody nie są ani jedynym , ani najbardziej wyrazistym przejawem ogromnych nierówności dochodowych, jakie pojawiły się w naszym kraju. Jaki sens ma porównywanie zarobków prezesa NBP z zarobkami prezydenta RP skoro wiadomo, że jest cały tłum ludzi, zarabiających kilka razy więcej od prezesa NBP, a tym bardziej od członków Rady Polityki Pieniężnej. Najbardziej dotkliwym przejawem nierówności nie są zarobki tego ostatniego, lecz pielęgniarek, którym parlament przyznał podwyżkę w kwocie 203 zł miesięcznie, a i tej znakomita ich część nie dostała. Dwieście trzy złote! A jeden prezes banku komercyjnego, gdyby zrezygnował ze swoich miesięcznych poborów, mógłby wypłacić taką podwyżkę tysiącowi pielęgniarek.

Czy tak jest dobrze? Nie, nie jest. Trzeba jednak zapytać, dlaczego tak się dzieje i cóż można z tym zrobić? Otóż dzieje się tak dlatego, że odeszliśmy daleko od centralnego ustalania taryfikatorów płacowych dla wszystkich zawodów i stanowisk, a zrobiliśmy to z tego powodu, że system taki okazał się bardzo wadliwy. Przyznaliśmy więc swobodę działania mechanizmom rynkowym, opartym na autonomicznych decyzjach poszczególnych podmiotów. W zasadzie jest to znacznie lepsze dla gospodarki, ale tylko dla części jej uczestników. Bardzo źle wyszli na tym pracownicy znaczącej części sfery finansowanej z budżetu państwa, tacy jak lekarze, pielęgniarki i nauczyciele, ponieważ dla nich nie znaleziono ogólnego, zadowalającego rozwiązania. Budżet bowiem od początku naszej transformacji znalazł się w sytuacji permanentnego braku środków, a sytuacja ta nie poprawia się i nie może się poprawić w okresie silnego spowolnienia wzrostu gospodarczego. Natomiast w bardzo dobrej sytuacji znalazł się sektor bankowy, do którego ta jego sytuacja w tak wielkiej skali przyciągnęła kapitał zagraniczny, że prawie już nie mamy banków opartych na kapitale krajowym. Prywatne banki komercyjne, ogólnie biorąc, mają tak wielkie zyski, że ich zarządy mogą nie tylko budować wspaniałe gmachy, lecz także przyznawać sobie bardzo wysokie pensje.

Można zapytać, czy tak musi być? Pewnie nie musi. Banki mają tak wielkie zyski między innymi dlatego, że korzystają z polityki wysokich stóp procentowych, zbierając znaczne marże z różnicy pomiędzy odsetkami pobieranymi za kredyty i wypłacanymi za depozyty. Polityka ta, prowadzona uporczywie przez Radę Polityki Pieniężnej, znakomicie służy kapitałowi zagranicznemu, natomiast dławi polską gospodarkę. Nie jest to z pewnością powód do rozważania wielkości zarobków członków Rady, natomiast jest to powód do szukania odpowiedzi na pytanie, jak wyjść z klinczu stwarzanego przez taką politykę Rady. Ale o tym już pisałem wielokrotnie.

A jak z sytuacją w publicznej ochronie zdrowia? Pewne jest, że poprawa losu jej pracowników nie nastąpi szybko. Żeby w ogóle nastąpiła, rząd musi opracować i wprowadzić w życie specjalny wieloletni program stopniowego zwiększania zarobków tej służby. Przed tym oczywiście zasadniczym zmianom musi ulec koszmarny system, wprowadzony przez podjętą dwa lata temu reformę. Jeżeli jednak prawdziwe są doniesienia prasowe o zamiarach SLD dotyczących tego systemu, to muszą one budzić niepokój. Istota sprawy polega na tym, żeby znaleźć właściwy sposób doprowadzenia pieniędzy do placówek służby zdrowia. To prawda, że system Kas Chorych zasługuje na likwidację. Od samego początku wyraźnie się skompromitował, tworząc ciężką strukturę biurokratyczną, działającą w sposób przypominający początki planowania centralnego w Polsce. Określanie z góry przez urzędników sztywnej granicy zabiegów chirurgicznych w szpitalach, czy w ogóle liczby pacjentów - to przykłady zarzynania celu działania przez biurokrację.
...
------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Ciągle o polityce pieniężnej, nr 5/2001, str. 7

Z porządku dziennego nie schodzi sprawa polityki pieniężnej. Już pewnie nawet dzieci w przedszkolach wiedzą, że stopy procentowe NBP są za wysokie, hamują wzrost gospodarczy i trzeba je porządnie obniżyć. Nawet Rada Polityki Pieniężnej uznała w końcu te racje i przystąpiła do obniżania stóp po kawałku, na razie po jednym punkcie procentowym na miesiąc. Nie wiadomo jednak, czy zamierza kontynuować te działania, czy chwilowo na tym poprzestanie. Być może sama Rada nie jest jeszcze co do tego zdecydowana.

Widać wszakże, iż dotychczasowe obniżki wyraźnie nie wystarczają. Skoro bowiem inflacja ulega spowolnieniu, to przy niewielkich redukcjach realny poziom stóp procentowych, który wyraża różnicę między stopą nominalną a tempem inflacji, wciąż pozostaje bardzo wysoki.

Podstawowym kryterium polityki pieniężnej jest tzw. cel inflacyjny...
...
Mechanizm ten jest dobrze uzasadniony teoretycznie i może działać bezbłędnie w ustabilizowanej, dobrze rozwiniętej gospodarce rynkowej...
...
Inaczej sprawy przedstawiają się w gospodarce niezbyt rozwiniętej...
...
Istnieją bardzo poważne powody do niezadowolenia z polityki pieniężnej prowadzonej przez Radę Polityki Pieniężnej, wyrażającej się w utrzymywaniu ogromnie wysokich stóp procentowych, które przyczyniają się w istotny sposób do dławienia naszego wzrostu gospodarczego. Ponieważ zaś Rada korzysta z pełnej niezależności decyzyjnej... Wysunięty został bardzo łagodny pomysł, aby prawo wyznaczania celu inflacyjnego przyznać rządowi, a zadaniem Rady byłoby określanie polityki służącej do realizacji tego celu. Natychmiast zawrzało, że jest to zamach na autonomię Narodowego Banku Polskiego.
(...)Przyznając absolutne pierwszeństwo wzrostowi gospodarczemu, rząd mógłby w danym roku zrezygnować z hamowania inflacji. Taka możliwość budzi natychmiast zgrozę u specjalistów od pieniądza, choć nie podzielają tego uczucia fachowcy troszczący się o ekspansję produkcji i eksportu oraz redukcję bezrobocia.
Pomysł może więc być wart dyskusji. Nie wydaje się jednak najlepszy, bo nie sięga istoty problemu. Problemem jest mianowicie to, że Rada Polityki Pieniężnej jest ciałem, które podejmuje decyzje o kluczowym znaczeniu dla gospodarki, ale odpowiada za te decyzje wyłącznie przed Bogiem i historią. Jest to jedyny organ w Rzeczypospolitej, mający takie uprawnienia. Dlaczego?

(...) Tego, że w ciągu roku 2000 polska gospodarka zupełnie straciła dynamikę, nie można pewnie składać wyłącznie na barki Rady Polityki Pieniężnej i jej skłonności utrzymywania wysokich stóp procentowych.
...
(...) W tym stanie rzeczy, rozwiązanie ustrojowe, w którym Rada Polityki Pieniężnej nie musi liczyć się z żadną opinią, trzeba uznać za problematyczne. Radzie, jako ciału eksperckiemu, powinno się zapewnić maksimum niezależności od układu politycznego. Jednocześnie jednak należałoby wprowadzić jakąś jej odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Przez analogię do postępowania z budżetem państwa, można by na przykład przyjąć zasadę, że Rada przedstawia Sejmowi do aprobaty zarówno założenia polityki pieniężnej, jak też sprawozdania z ich realizacji. Wtedy Sejm, przed podjęciem decyzji, mógłby zasięgać opinii innych niezależnych ekspertów oraz rządu. Być może byłaby to droga do należytego uzgadniania wszystkich elementów polityki makroekonomicznej.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Józef Kaleta: Spór o strategię gospodarczą, nr 5/2001, str. 26

Istotny dla naszego kraju spór toczył się 4. Kongresie Ekonomistów Polskich (25 - 26.01.2001). Uwidocznił się tam konflikt zwolenników dwóch strategii: prospołecznej i liberalnej. Zwolennicy nurtu liberalnego dowodzili, że naturalne działania niczym nie skrępowanych wolnych przedsiębiorców, zapewniają optymalny wzrost gospodarczy i dobrobyt bardzo dużej liczbie ludzi. Usiłowali także dowieść, że interwencjonizm państwa w gospodarce przekreśla obiektywne prawa ekonomiczne, powoduje ogromny wzrost biurokracji rządowej i samorządowej oraz ogranicza swobodę przedsiębiorców i obywateli.

Sympatycy nurtu liberalnego lekceważyli w swoich wypowiedziach negatywne efekty gospodarki liberalnej w postaci dużego i powiększającego się bezrobocia oraz ogromnych i konfliktogennych dysproporcji majątkowych obywateli. Dowodzili nawet, że takie dysproporcje, powiększające sferę nędzy i ubóstwa są motorem postępu we współczesnym świecie.

Szczególnie gorliwi zwolennicy strategii liberalnej starali się dowieść, że kraje zachodnie już od dawna odchodzą od strategii prospołecznej, od społecznej gospodarki rynkowej, państwa opiekuńczego, oraz że w ostatnim okresie ta tendencja wyraźnie się nasila. Głosy krytyczne wobec strategii liberalnej traktowali jako nostalgię za czasami PRL. Wielu dyskutantów usiłowało nawet dowieść, że strategia liberalna jest nowoczesna i postępowa, a prospołeczna - wsteczna.

Nie odpowiada to prawdzie. Dwa czołowe kraje Europy - Francja i Wielka Brytania - wcale nie potwierdzają tych tendencji. Lionel Lospil i Tony Blair wielokrotnie oświadczali, że "chcą Europy bardziej socjalnej, która będzie gwarantem pokoju i dostatku". Podobne stanowisko w tej sprawie zajmuje także kanclerz Niemiec Gerhard Schröder twierdząc, że przyszła zjednoczona Europa powinna być Europą socjalną. Były przewodniczący Komisji Wspólnoty Europejskiej, Jacques Delors oświadczył, że ład gospodarczy Wspólnoty Europejskiej musi mieć postać socjalnej gospodarki rynkowej. Konieczne jest - jego zdaniem - połączenie elementów gospodarki planowej i rynkowej1.

Wybitna parlamentarzystka niemiecka, wielokrotna przewodnicząca Bundestagu, Rita Sismuth wielokrotnie twierdziła, że ani w Niemczech, ani w żadnym innym kraju zachodnim nie ma liczącego się uczonego, polityka, instytutu naukowo-badawczego, który kwestionowałby celowość wprowadzenia i utrzymania społecznej gospodarki rynkowej. Niestety, w Polsce wielu polityków reprezentujących opcję liberalną pyta, co to takiego społeczna gospodarka rynkowa. Diametralnie inne stanowisko w tej sprawie reprezentują Margaret Thatcher i Helmut Kohl. Na pytanie, jaka ma być przyszła zjednoczona Europa, stwierdzili, że będzie to Europa wielkiego kapitału, przedsiębiorczości, maksymalnego zysku, gospodarczego liberalizmu, bez ingerencji państwa.

Rozpowszechnianych w Polsce opinii o rzekomym zmierzchu państw socjalnych i zwycięstwie w Europie liberalnej strategii gospodarczej nie potwierdza także udział finansów publicznych w produkcie krajowym brutto w krajach gospodarczo rozwiniętych. Zakres redystrybucji dochodów publicznych w PKB zwiększył się w krajach Unii Europejskiej w latach 1981 - 1999 z 43,2 proc. do 45,4 %, w tym w... (...)

Bardzo istotnym wskaźnikiem, obrazującym stopień redystrybucji finansów publicznych, jest także udział długu publicznego w produkcie krajowym brutto. W państwach Unii Europejskiej zwiększył się on z 50,8 w 1981 r. do 76,1 proc. w 1999 r., w tym... (...)
...
Z tych danych liczbowych wyraźnie wynika zatem, że w krajach zachodnich wcale nie ogranicza się zakresu opiekuńczych funkcji państwa, ale przeciwnie, rozszerza się go. Jest to zupełnie zrozumiałe, zważywszy, że zwiększa się w ostatnim okresie liczba krajów rządzonych przez partie lewicowe, stojące na gruncie neokeynesizmu.

Polityka prospołeczna stała się w ostatnim okresie podstawą wzrostu gospodarczego i narodowego dobrobytu we wszystkich wysoko uprzemysłowionych krajach, w tym zwłaszcza w Europie Zachodniej, Japonii, Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie. Natomiast kraje, które najczęściej identyfikowały się ze strategią liberalną, np. Stany Zjednoczone za rządów Ronalda Reagana i Georga Busha, Wielka Brytania za rządów Margaret Thatcher, kraje latynoamerykańskie i afrykańskie, osiągały  znacznie gorsze wyniki ekonomiczne. A jest tak dlatego, że o rozwoju społeczno-gospodarczym współczesnych państw nie decyduje tylko liczba przedsiębiorstw ani wielkość produkcji, ale przede wszystkim nauka i edukacja, które wymagają coraz większych nakładów finansowych ze środków publicznych.

Jak silna jest korelacja udziału finansów publicznych w PKB z efektywnością gospodarki, świadczy z jednej strony wysoki poziom rozwoju państw zachodnich o stosunkowo dużym stopniu redystrybucji PKB, z drugiej - ogromne zacofanie gospodarcze państw o niskim poziomie redystrybucji.  (...)

Podręcznikowym przykładem efektywności neoliberalnej i prospołecznej strategii gospodarczej są Stany Zjednoczone. W 1981 r. prezydent Reagan odrzucił dominującą w USA od 50 lat prospołeczną politykę gospodarczą i zastąpił ją, głównie za pomocą polityki fiskalnej i pieniężnej, polityką skrajnie liberalną. To doprowadziło  w Stanach Zjednoczonych do regresu gospodarczego. (...)

W tym czasie regulowana w dużym stopniu przez państwo bardzo efektywna gospodarka Japonii zaczęła realnie zagrażać gospodarce Stanów Zjednoczonych. (...)

Na łamach popularnego tygodnika amerykańskiego "Business Week" z 15 kwietnia 1993r. został opublikowany list otwarty 100 wybitnych intelektualistów amerykańskich o poglądach lewicowych (głównie ekonomistów), w tym 6 laureatów nagrody Nobla, do prezydenta USA, Kongresu i prezydenta Rezerwy Federalnej. Autorzy listu domagali się zwiększenia wydatków budżetowych państwa, nawet kosztem wzrostu deficytu budżetowego, na pobudzenie rozwoju gospodarki, m.in. na inwestycje, naukę, oświatę, zdrowie, walkę z bezrobociem. Wzrost deficytu budżetowego z tego tytułu nie zwiększy - pisali - inflacji, ale przeciwnie, spowoduje wzrost podaży artykułów rynkowych i wzmocni siłę nabywczą pieniądza. Wzrost gospodarczy umożliwia bowiem nieinflacyjne finansowanie deficytu budżetowego. Stymulowanie podaży może być znacznie korzystniejsze - dowodzili - niż polityka restrykcyjna, trzymająca inflację w ryzach w warunkach recesji gospodarczej i dużego bezrobocia. Intelektualiści amerykańscy odrzucili zatem liberalną strategię gospodarczą i opowiedzieli się za prospołeczną strategią.

Prezydent Clinton uwzględnił w swoim programie wyborczym postulaty intelektualistów i zaproponował znaczne rozszerzenie interwencji państwowej w gospodarce, m.in. poprzez zwiększenie wydatków budżetowych na roboty publiczne, budownictwo mieszkaniowe, walkę z bezrobociem, rozwój badań naukowych i ich wdrażanie w gospodarce. Opowiedział się także za podwyższeniem podatków dla obywateli bogatych i obniżeniem dla biednych. Clinton z dużym powodzeniem zrealizował swoje programy wyborcze. Bezrobocie w Stanach Zjednoczonych spadło do około 3 proc., po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat zamiast deficytu budżetowego powstała duża nadwyżka budżetowa. Dynamicznie wzrosły inwestycje, poprawił się bilans handlowy.
Bill Clinton ogłosił, że gospodarka USA znajduje się "u szczytu siły sukcesu". Ten moment należy - jego zdaniem - wykorzystać do rozbudowania systemów socjalnych; 4,5 bln dolarów z nadwyżek budżetowych trzeba, jak stwierdził, w najbliższych 15 latach przeznaczyć na wzmocnienie wielkich programów socjalnych.

Zwycięstwa socjalistów w wyborach parlamentarnych Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec były na pewno protestem przeciwko liberalizmowi w gospodarce. Nowe władze w Wielkiej Brytanii podjęły działania zmierzające do poprawy warunków życia ludzi najuboższych, nierzadko kosztem najbogatszych. Między innymi o 10 proc. obniżono najniższy próg podatkowy, podwyższono zasiłki dla dzieci, obniżono podatki dla emerytów, osoby zarabiające powyżej średniej płacą nieco wyższe składki na fundusz emerytalny. Dochody realne rolników wzrosły w dwóch ubiegłych latach o 12 proc. Wielka Brytania podpisała Europejską Kartę Socjalną i planuje dalsze obniżanie podatku dla ubogich5.

Podobne preferencje dla ludzi ubogich wprowadzili także socjaliści we Francji. Lewicowy rząd francuski podniósł minimalne płace o 4 proc. i podjął walkę z bezrobociem, w czym pomóc ma redukcja czasu pracy do 35 godzin tygodniowo. Odziedziczone po prawicowej ekipie 3-milionowe bezrobocie spada6. We Francji istnieją obecnie liczne podatki od kapitałów, a niezależnie od tego wprowadzono specjalny podatek majątkowy, zwany "solidarnościowym", od fortun, który wymaga od podatników szczegółowych deklaracji podatkowych. Francuzi twierdzą, że to właśnie głównie dzięki temu Francja należy do krajów o stosunkowo niskiej korupcji i niewielkiej szarej strefie gospodarczej (4,5 proc. PKB). We Francji panuje dość powszechna opinia, że Lionel Jospin ożywił gospodarkę francuską, która przez długi czas była w stagnacji, wywołanej właśnie polityką wolnorynkową.
Liczne preferencje podatkowe dla ubogich podatników wprowadzono także w ostatniej reformie podatkowej w Niemczech. Socjalistyczny rząd Niemiec podjął energiczną walkę z bezrobociem, które najbardziej dotyka ludzi ubogich.

Nie można, jak sądzę, zgodzić się z rozpowszechnioną w Polsce opinią, że państwo powinno szczególnie popierać bogatych biznesmenów, bo to właśnie oni tworzą nowe miejsca pracy i decydują o wzroście gospodarczym. Oczywiście, biznesmenom trzeba stwarzać sprzyjające warunki do rozwijania działalności gospodarczej. W tym celu konieczne jest zwłaszcza rozszerzenie zakresu inwestycyjnych ulg podatkowych, a nie obniżanie stawek podatkowych, tak jak tego domagają się biznesmeni.

O tworzeniu nowych miejsc pracy i o wzroście gospodarczym na pewno decydują w dużym stopniu biznesmeni, ale nie w mniejszym także konsumenci dóbr przez nich produkowanych. Nadmierne uprzywilejowanie biznesmenów w polityce podatkowej, dochodowej oraz upośledzenie pracowników najemnych i tzw. strefy budżetowej, może przecież skutecznie ograniczyć popyt na produkowane wyroby. Nie będą zatem potrzebne nowe miejsca pracy, niepotrzebny będzie także wzrost gospodarczy, ograniczone są bowiem zawsze możliwości eksportu.
Potwierdzają to ostatnie doświadczenia Polski. Nie przynosi oczekiwanych rezultatów znaczne obniżenie stawek w podatku dochodowym od osób prawnych. Budżet państwa traci z tego tytułu rocznie ponad 1 mld złotych. Operacja ta miała przynieść wzrost inwestycji i zmniejszenie bezrobocia, tymczasem nakłady inwestycyjne... uległy zmniejszeniu..., a bezrobocie wzrosło...
Nadmierne preferencje podatkowe dla biznesmenów i niedocenianie roli pracowników najemnych w przedsiębiorstwach tworzy zawsze duże dysproporcje dochodowe pomiędzy pracownikami i biznesmenami i może stać się istotnym hamulcem dalszego rozwoju społeczno-gospodarczego kraju.

Na potrzebę walki z nędzą i ubóstwem zwracano już także uwagę w Deklaracji Praw Człowieka, uchwalonej przez ONZ w 1948 r. (...)  Deklaracja ta została potwierdzona i znacznie rozszerzona w Paktach Praw Człowieka, uchwalonych przez ONZ w 1966 r., które zostały przez Polskę ratyfikowane.
Na ostatnim spotykaniu kierownictw Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, jakie odbyło się w roku ubiegłym w Pradze, jego uczestnicy jednomyślnie zgodzili się, iż kluczowym problemem świata jest obecnie walka z ubóstwem i bezrobociem. Oznacza to, że instytucje te nie powinny się dalej kierować koncepcjami liberalnymi, tak jak to jest dotychczas, ale prospołecznymi.

Wybitny uczony amerykański John Kenneth Galbraith, wypowiadając się na ten temat powiedział: "ci, którzy mówią , a mówią czasem bez zastanowienia, o powrocie do wolnego rynku Adama Smitha, są w tak grubym błędzie, że można u nich podejrzewać pustkę umysłową klinicznych rozmiarów. Jest to coś, czego my na Zachodzie nie mamy, czego nie tolerowalibyśmy i nie mogłoby u nas przetrwać"7. Czołowy zaś przedstawiciel najbardziej konserwatywnego nurtu liberalizmu, laureat nagrody Nobla Friedrich A. von Hayek pisze "Tam, gdzie nie jest możliwe powstanie warunków niezbędnych do efektywnej konkurencji, musimy odwoływać się do innych niż rynkowe metod sterowania działalnością gospodarczą (...) skuteczne wykorzystanie konkurencji dopuszcza pewne typy wtrącania przymusu w życie gospodarcze i podejmowania zatem działań rządu. Tworzenie warunków, w których konkurencja jest najbardziej efektywna, to zadania, które stanowią niekwestionowaną dziedzinę aktywności państwa"8.

Profesor Friedman, twórca szkoły liberalnej, w rozmowie z profesorem Zawiślakiem powiedział m.in., że polski system finansowy w okresie transformacji przejdzie do annałów historii nonsensu, a logika polskich liberałów jest logiką z pogranicza surrealizmu. Friedman powiedział także, że łapie się za głowę, ponieważ u nas koncepcja monetarystyczna została sprowadzona do absurdu.

Dominujący obecnie w gospodarce polskiej liberalizm nie odpowiada już także współczesnej teorii liberalnej, wyznawanej w państwach zachodnich. Nowoczesny liberalizm został określony w Manifeście Międzynarodowego Stowarzyszenia Liberałów w 1981 r. Manifest ten stanowi, że ideałów liberalizmu nie udaje się osiągnąć w społeczeństwie, w którym istnieją wielkie obszary bezrobocia i nędzy, w którym nie ma dostatecznej troski o ochronę zdrowia, dostępu do wiedzy, kultury. Itp. Należy żałować, że polscy liberałowie wciąż stoją na gruncie ortodoksyjnego, dziewiętnastowiecznego liberalizmu i nie akceptują Manifestu Międzynarodowego Stowarzyszenia Liberałów.

Obecnie interwencjonizm państwowy w gospodarce jest stosowany w większym lub mniejszym stopniu we wszystkich krajach kapitalistycznych na świecie. Szerszy jest zakres interwencjonizmu w krajach wysoko rozwiniętych, niż w krajach zacofanych gospodarczo. W gospodarce krajów rozwiniętych gospodarczo interwencję państwa ułatwia w dużym stopniu sektor publiczny, obejmujący m.in. energetykę, gazownictwo, przemysł lotniczy, nuklearny, stoczniowy, stalowy, telekomunikację, banki, zakłady komunalne. W Polsce, niestety, postępuje totalna prywatyzacja wszystkich dziedzin gospodarki.

Tendencje światowe zmierzają od lat 30. do stałego rozszerzania zakresu interwencji państwa w gospodarkę. Rekonstrukcję gospodarki Europy Zachodniej po 2. wojnie światowej także zawdzięcza się w dużej mierze interwencji państw w sferę gospodarki. Państwa kontrolowały i nadal kontrolują politykę kursów walutowych, wymianę międzynarodową, obroty kapitałowe, subsydiują rolnictwo, budownictwo mieszkaniowe, opracowują wieloletnie plany rozwoju gospodarki, wprowadzają reformy monetarne i fiskalne. W czołowych państwach kapitalistycznych funkcjonuje po kilkadziesiąt agencji rządowych, za pomocą których dokonuje się redystrybucji znacznej części środków publicznych. Państwa tworzą i utrzymują infrastrukturę społeczną i techniczną, chronią i kształtują środowisko naturalne, promują eksport, przeciwdziałają tworzeniu się monopoli gospodarczych, podejmują aktywne formy walki z bezrobociem, ograniczają dysproporcje dochodowe ludności, prowadzą aktywną politykę finansową, pieniężną, regionalną społeczną, naukową. Rolnictwo krajów Unii Europejskiej jest praktycznie całkowicie wyłączone z gry rynkowej i podlega w bardzo dużym stopniu interwencji państwa. Tylko kraje latynoamerykańskie rezygnują z interwencji państwa w sferę gospodarki, ale właśnie z tego powodu jest ona wysoce nieefektywna.  

Bez skutecznej interwencji państw zachodnich w gospodarkę niemożliwe byłyby: globalizacja ekonomiczna, rewolucja informatyczna, szybki rozwój przemysłu wysokiej techniki, produkcja komputerów, satelitów, laserów, Internet.

W Polsce i w innych państwach środkowej i wschodniej Europy, istnieje szczególnie silna potrzeba wzmacniania interwencjonizmu państwowego w gospodarce. Bez aktywnego udziału państwa w gospodarce tych krajów nie ma żadnych szans na ewolucyjne przejście od gospodarki zarządzanej centralnie do gospodarki rynkowej. W krajach postsocjalistycznych tylko państwo może zapewnić cywilizowany przebieg przekształceń własnościowych, restrukturyzację gospodarki, jej demonopolizację, może stworzyć rynek kapitałowy, zreformować systemy finansowe i bankowe, dostosowując je do gospodarki rynkowej. Bez aktywnego interwencjonizmu państwowego, kraje środkowej i wschodniej Europy nie są także w stanie wyjść z nękających je kryzysów gospodarczych. Pozostawienie tych krajów żywiołowi rynku może tylko pogłębić ten kryzys.

Istotnym argumentem za rozszerzeniem interwencjonizmu państwowego w gospodarce polskiej i innych krajów środkowej i wschodniej Europy jest także postępujący proces integracji naszej gospodarki z gospodarką krajów zachodnich, w których - jak wiadomo - interwencjonizm państwowy jest stosowany w szerokim zakresie. Chcąc integrować się z krajami zachodnimi i wejść do Unii Europejskiej, powinniśmy zatem bardziej korzystać z doświadczeń tych krajów w dziedzinie dominującej tam społecznej gospodarki rynkowej.

---------
Józef Kaleta, prof. dr hab., w Katedrze Finansów Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu zajmuje się ekonomią, finansami przedsiębiorstw i gospodarką budżetową.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Marian Dobrosielski: Nieludzkie koncerny, nr 5/2001, str. 33

"No Logo" to tytuł rewelacyjnej, w każdym tego słowa znaczeniu, książki Naomi Klein1. "New York Times", "Newsweek", "Nation", "New Statesman", "Globe and mail" publikują jej prace. Jest zapraszana na wykłady przez uniwersytety Harvarda, Yale, New York. "No logo" wywołała falę entuzjastycznych recenzji w wielkonakładowych i mniej popularnych dziennikach i czasopismach w Anglii, Kanadzie, USA. Krytycy określają tę książkę jako inspirującą, proroczą, fantastyczną, błyskotliwą, wyśmienicie udokumentowaną itp. itd., co z uwagi na jej treść i wymowę, jest czymś niezwykłym.

Książka traktuje bowiem o praktykach wielkich transanarodowych korporacji w ich bezwzględnym dążeniu do maksymalizacji zysków, o ich pomysłowych próbach podporządkowywania sobie mass mediów, szkół, uniwersytetów, polityków, a niekiedy i całych rządów. Naomi  Klein wykazuje różnorodne, negatywne  skutki tych praktyk.  Beznamiętne, rzeczowe opisy setek faktów i wydarzeń, wymowne statystyki, przeciwstawianie losów tych, którzy wytwarzają towary dla wielkich korporacji w różnych państwach świata, i tych, którzy z tej pracy  czerpią niebotyczne zyski, obnażają mechanizmy funkcjonowania i założenia polityki gospodarczej tych korporacji. Dążące do maksymalnego obiektywizmu, racjonalne opisy i zestawienia faktów i liczb budzą i budzić muszą  potężne uczucie sprzeciwu „u wszystkich tych, którzy uważają, że ludzi nie wolno traktować jak narzędzi”, pisze jeden z recenzentów książki.

„No Logo” jest wynikiem czteroletnich studiów, badań i poszukiwań Naomi Klein: przestudiowaniu kilkudziesięciu książek za i przeciw globalizacji, skrupulatnego śledzenia poczynań wielkich transanarodowych korporacji, takich jak Nike, Shell, McDonald’s; podróży do Filipin, Indonezji, Nigerii w celu zbadania warunków, w jakich powstają  produkty reklamowane i sprzedawane przez wspomniane i inne korporacje; kontaktów z ruchami antykorporacyjnymi w licznych miastach i uniwersytetach USA, Kanady, Anglii.

Książka Naomi  Klein opatrzona jest blisko 600 przypisami, 20 tabelami i zestawieniami statystycznymi, a bibliografia do niej zawiera około 60 pozycji. Podaję te dane, by „uczeni mężowie”, adepci neoliberalizmu, „naukowo” uzasadniający politykę gospodarczą  wielkich korporacji  i  ich wizję  globalizacji, nie mogli zbywać argumentacji autorki twierdzeniem, że jest ona populistyczna, demagogiczna, nienaukowa, jednostronna itp. 

W przeciwieństwie do wielu autorów, którzy rozpoczynają swoje prace od prezentacji określonych tez czy hipotez, a następnie starają się je uzasadnić, m.in. przytaczając rozmaite przykłady, Naomi  Klein  obiera metodę indukcyjną. Opisuje wiele różnorodnych faktów, podaje setki przykładów praktyk stosowanych przez wielkie korporacje wobec różnych instytucji i ludzi. Uogólnienia nasuwają się same i składają  na spójną, usystematyzowaną, niesprzeczną, logicznie uzasadnioną całość.

Autorka wykazuje, że „astronomiczny wzrost bogactwa i wpływów  transnarodowych korporacji” w ostatnich dwu dekadach ubiegłego wieku jest m.in. wynikiem zastosowania pozornie prostej idei, rozwiniętej w owych latach przez teoretyków zarządzania. Głosili oni, że żeby osiągać maksymalne zyski, korporacje powinny przede wszystkim dbać o stworzenie imponujących znaków firmowych i rozwinąć wokół nich potężną kampanię reklamową, a produkcję towarów traktować jako rzecz drugorzędną.  Dotychczasowe koncentrowanie się wielkich przedsiębiorstw na produkcji dóbr prowadziło, zdaniem ekspertów, do zbytniego rozrostu administracji, przerostu biurokracji, nadmiernego wzrostu zatrudnienia. Proces produkcji, zarządzania własnymi zakładami produkcyjnymi, zatrudnianie dziesiątek tysięcy stałych, etatowych pracowników uznali oni za niepotrzebne, dotkliwe obciążenie, a nie za drogę do sukcesu.  

Pionierami realizacji tej idei były takie koncerny, jak Nike, Microsoft, Intel.  Dzięki „postępowi” w liberalizacji handlu światowego, firmy te zawierały kontrakty na produkcję swych towarów z zagranicznymi kontrahentami, przeważnie w tzw. państwach  Trzeciego Świata, a same koncentrowały się na kształtowaniu wizerunku swych znaków firmowych. O wiele ważniejszy od produkcji stał się dla nich marketing. Wspomniana formuła okazała się niezwykle skuteczna.  Kto posiada  najmniej nieruchomości, opłaca najmniejszą liczbę zatrudnionych, a tworzy najpotężniejsze wizerunki swojej firmy, ten wygrywa współzawodnictwo2.  Logo, jego znaczenie i wizerunek stają się kluczowymi elementami rozwoju nowoczesnych korporacji, a reklama głównym  środkiem uzmysłowienia tego znaczenia opinii publicznej. 

Do wzrostu zysków  i wpływów wielkich korporacji na różne dziedziny życia i znaczenia ich znaków firmowych  przyczyniła się polityka drastycznego obniżenia podatków wielkim korporacjom w USA, Kanadzie, Anglii i wielu innych państwach. Tak np. w USA w 1952 r. podatki od koncernów stanowiły  32,1 proc. dochodu państwa, a w 1998 r. wynosiły jedynie 11,5 proc. W latach 70. rozpoczęła się też, inspirowana przez koncerny, histeryczna wręcz kampania przeciwko molochowi administracji rządowej, jej gigantycznym wydatkom. Oskarżano każdy polityczny ruch, dążący do ograniczenia wolności i regulacji działania wielkich korporacji, o zmierzanie do narodowego bankructwa.

Od lat 80, szybko wzrastał sponsoring wielkich korporacji. Wydatki amerykańskich korporacji  na ten cel wzrosły  od niecałego miliarda w 1985 r. do prawie 7 mld  USD w 1998 r. Rzecz jasna, to sponsorowanie nie odbywa się bezinteresownie. Dofinansowywanie najróżnorodniejszych imprez sportowych, koncertów, filmów, zgromadzeń religijnych składa się na dość powszechne przekonanie, że twórczość kulturalna czy organizowanie wielkich imprez, byłyby niemożliwe bez szczodrości wielkich firm, które w rzeczywistości sprzedają nam w ten sposób swój wizerunek, swoje logo.*
---
* Bo i przeważnie nie byłoby to możliwe, chyba, żeby dofinansowywał je Budżet, który specjalnie się w kapitalizmie do tego nie kwapi, podobnie zresztą jak i podatnicy do płacenia podatków.
Trudno się dziwić, że firmy wystawione na konkurencję, dofinansowywanie... traktują jako biznes, a nie czystą filantropię. Owszem, czasami budzi to pewien niesmak. Łatwo się jednak rozgrzeszyć: pieniądze się przydadzą.
Anonimus
---   

Naomi Klein podaje liczne przykłady  wpływania na organizatorów  różnych imprez, by właściwie lansowali wizerunek danej korporacji. (...)   
 
(...)  ...logomania  rozszerzyła się na wszystkie wielkie korporacje transnarodowe. 
Logo stało się nie tyle znakiem produktu, co określonym symbolem stylu życia, postawy, zbioru wartości, ideą.
Analizy ekonomiczne i demograficzne różnych regionów świata z początków lat 90. skłoniły wielkie koncerny do skierowania agresywnej kampanii reklamowej przede wszystkim do nastolatków i ich podstarzałych  naśladowców...  By jak najskuteczniej dotrzeć do młodzieży, korporacje rozpoczęły
penetrację szkół wszystkich szczebli.  Odbywało się to i odbywa pod hasłem przybliżenia szkołom osiągnięć nowoczesnych technologii i umożliwienia zatrudnienia w przyszłości uczniów i studentów w swych firmach. Zachęcają studentów do zainteresowania się ich koncernem, pisania na temat ich logo, a nawet projektowania reklam. (...) Nie tylko o reklamę jednak w tych kontraktach chodzi. Pracownikom naukowym i studentom nie wolno wyrażać negatywnych opinii czy podejmować jakichkolwiek akcji szkodzących dobremu imieniu danej korporacji.
Koncerny zamawiają i finansują badania naukowe... (...) ...szczególnie z firmami farmaceutycznymi, które dają zamawiającej firmie prawo veta w razie publikacji niekorzystnych dla firmy wyników badań.
Zdarzają się pojedyncze przypadki rebelii wśród naukowców przeciw tego typu praktykom... (...)
Koncerny fundują też katedry i profesury. (...)  Egoistyczny interes wielu nauczycieli akademickich wyraża się w cichej zgodzie na gwałcenie zasad wolności badań i wolności słowa. (...)
Naomi Klein podaje liczne przykłady tego typu cenzury, których z braku miejsca relacjonować nie będę. Przytoczę tylko jej ogólny wniosek: „Zebrane razem, przykłady te stwarzają obraz korporacyjnej przestrzeni jako państwa faszystowskiego, w którym my wszyscy oddajemy hołd logo i mamy niewiele okazji do krytycyzmu, ponieważ nasze gazety, stacje telewizyjne , serwery Internetu, ulice i supermarkety kontrolowane są przez korporacje”.  Naomi Klein stwierdza jednak, że kontrola nie jest totalna i zdarzają się publikacje książkowe, reportaże, filmy godzące w interesy korporacji, czego przykładem  jest jej książka. Naomi Klein obala 
mit
, że różnego rodzaju ulgi podatkowe i poparcie państwa dla polityki gospodarczej wielkich koncernów , przyczyniają się do tworzenia nowych miejsc pracy w ich rodzinnych krajach. John Ermatinger, prezes Levi Strausa, tak wyjaśniał strategię korporacji po zamknięciu 22 fabryk w USA i w Kanadzie oraz zwolnieniu 13 tys. robotników między listopadem 1997 a lutym 1999 r.:  Naszą strategią w Ameryce Północnej jest skoncentrowanie się na promocji naszego logo, marketingu i projektowaniu ubiorów. (...) Przerzucanie produkcji do różnych części świata  i powierzenie jej naszym kontrahentom uczyni naszą firmę bardziej elastyczną i konkurencyjną”.

Olbrzymie wydatki na fuzje, marketing i kształtowanie wizerunku firm prowadzą do radykalnego zmniejszenia inwestycji na tworzenie nowych zakładów produkcyjnych i miejsc pracy we własnych państwach. Coraz częściej  wielkie koncerny Nike, Reebok, IBM, General Motors, Levi Strauss poszukują po całym świecie możliwie tanich producentów swych towarów. Interesują ich jedynie jak najniższe koszty produkcji, a nie warunki pracy, dzięki którym je osiągają. Ta strategia doprowadziła m.in. do powstania np. w Indonezji , Meksyku, Wietnamie, Chinach, na Haitii i Filipinach, rozlicznych stref wolnocłowych, stref produkcji dla eksportu, zwanych „rajami podatkowymi”. (...)

Niezależnie od kraju, na obszarze którego znajdują się takie strefy, losy robotników są bardzo do siebie podobne.  Dzień pracy  jest długi – czternaście godzin w Sri-Lance, dwanaście w Indonezji, szesnaście w Południowych Chinach, dwanaście na Filipinach. Olbrzymia większość robotników to kobiety, zawsze młode, pracujące na zamówienie firm z USA, Anglii, Japonii, Niemiec czy Kanady. Panuje tam dryl wojskowy. Nadzorcy często seksualnie je molestują. Płaca poniżej kosztów  utrzymania. Praca nużąca i nie wymagająca wysokich kwalifikacji”. 

Burmistrz Rosario w rozmowie z Naomi Klein stwierdza, że jedynie 30 spośród 207 zakładów Cavite płaci minimalne podatki. Zwolnienie od podatków obowiązuje przez pięć lat. Większość przedsiębiorców zamyka zakłady pracy przed upływem tego terminu, by po krótkim czasie otworzyć ten sam zakład pod inną nazwą i znów korzystać z pięcioletniego zwolnienia od podatków. „Nie możemy zapewnić podstawowych usług naszej ludności – mówi zrozpaczony burmistrz. Potrzebujemy wody, dróg, opieki zdrowotnej, oświaty. Oczekują tego od nas mieszkańcy Rosario, przekonani, że otrzymujemy pieniądze z podatków strefy bezcłowej”.  Filipiny, jak i inne ubogie państwa, utrzymują strefy bezcłowe w mniemaniu, że tworzą one miejsca pracy, a zarobki robotników przyczynią się do wzrostu gospodarczego kraju. Problem polega jednak na tym, że zarobki są tak niskie, iż w całości wydawane są na nędzne utrzymanie. W Rosario, jak i we wszystkich strefach bezcłowych na Filipinach, przestrzegana jest zasada zakazu strajków i organizowania związków zawodowych.

Koncerny domagają się od rządów państw, w których wytwarzane są dla nich towary, by ustalały jak najniższe minimalne płace. Tak np. uznano, że w Chinach minimalna płaca powinna wynosić 87 centów za godzinę (przeciętna płaca za podobną pracę wynosi w USA – 10 USD za godzinę, a w Niemczech – 18,50 USD). Mimo to, jak wykazuje raport sporządzony w 1998 r. przez Charlesa Kernaghana z Narodowego Komitetu Pracy, wielkie korporacje płacą w Chinach o wiele mniej: Nike i Adidas 16-22 centów za godzinę. W zakładach  produkujących dla tych, jak i innych korporacji (Sears, Kmart, Wal-Mart), pracuje się 10-15 godzin dziennie, w warunkach urągających wszelkim cywilizowanym standardom.       

Innym elementem maksymalizacji zysków koncernów*  w ich własnych krajach, jest
dążenie do minimalnego zatrudnienia etatowego, gwarantującego świadczenia społeczne, płatne urlopy itp., przez zapewnienie sobie płynnej rezerwy pracowników okresowych, gorzej płatnych i nie korzystających z żadnych tego typu uprawnień. Zatrudnia się okresowo ludzi z wyższym wykształceniem, zwolnione pielęgniarki, nauczycieli, studentów, którzy nie mogą znaleźć pracy zgodnej z ich kwalifikacjami. Płace są bardzo niskie, wynoszą około połowy uposażenia etatowych pracowników.
W USA od 1986 r. liczba okresowo zatrudnionych wzrosła trzykrotnie. Microsoft, firma Billa Gatesa, najbogatszego człowieka na świecie (55 mld USD), była pionierem w pozbywaniu się etatowych i angażowaniu okresowo zatrudnianych pracowników. (...)
---
*Maksymalizacja zysków koncernów, może wynikać zarówno z chciwości ich kierownictwa, dążenia do prestiżu, jak i  z walki konkurencyjnej: przyciągnięcie inwestorów, udziałowców itp. Ograniczanie zatrudnienia etatowego personelu, i  obniżanie płac niektórym pracownikom okresowym, społecznie może się nie podobać, negatywnie może oddziaływać na całą gospodarkę danego kraju, ale firmy, w myśl akceptowanej doktryny, walczą o własne interesy, a o resztę powinna się martwić „sama reszta”, „niewidzialna ręka rynku” i opatrzność. 
Anonimus
---
Praktykę licznych transnarodowych korporacji autorka ilustruje  wieloma przykładami. Warto przybliżyć czytelnikowi treść tej opowieści.

 Rosnąca fala nieufności opinii publicznej w licznych państwach świata
przyczynia się do powstawania coraz potężniejszego międzynarodowego ruchu skierowanego przeciwko tym trzem spośród najpotężniejszych i najbardziej wpływowych korporacji. (...)

(...)  Zaczęło się w lutym 1995 r., kiedy Shell finalizował swoje plany zatopienia zardzewiałej i przestarzałej...platformy wiertniczej... w Oceanie Atlantyckim, 150 mil od wybrzeży Szkocji. Greenpeace przeciwstawiała się temu zamiarowi. Shell  zignorował protesty...   (...)

Kapitulacja Shella skompromitowała też Johna Majora i była jednym z czynników, które doprowadziły do jego śmierci politycznej. W roku 1995 Shell „wsławił” się jeszcze głośniejszym 

zbrodniczym
skandalem.

Od 1950 r. koncern wydobył naftę wartości 30 mld. USD z ziemi Ogoni w delcie Nigru. Większość ludności cierpi tam na brak wody pitnej, żyje bez elektryczności, na ziemi skażonej wydobywaną ropą naftową. Ruch Przetrwania Ludu Ogoni (MOSOP) od lat domagał się reform społecznych i odszkodowań od Shella. Wojska rządowe tłumiły bunty, mordując i torturując tysiące ludzi. Wobec narastającej fali protestów, Shell wycofał się z Ziemi Ogoni w 1993 r.
Władze Nigerii postanowiły zlikwidować Ruch, by umożliwić Shellowi powrót i dalsze wydobywanie ropy naftowej. (...) 
Do protestujących przyłączył się też międzynarodowy PEN-Club. Nadine Gordimer, laureatka nagrody Nobla, w artykule w „New York Times” pisała: „kupować ropę naftową z Nigerii znając panujące tam warunki, to kupowanie ropy naftowej w zamian za krew”. (...)

Shell przeznaczył 9 mln USD na różne akcje charytatywne, które miały podreperować wizerunek, lecz w niewielkim tylko stopniu zmienił swoje postępowanie. W marcu 1999 r. doszło w Nigerii do nowych, tym razem już z użyciem przemocy, protestów przeciwko tej korporacji.
 
Trzecia opowieść dotyczy McDonald’sa.  (...)
W
1990 r. McDonald’s  zaskarżył autorów pamfletu o zniesławienie. (...)

(...)  Proces trwał siedem lat
Zeznania 180 świadków były dla koncernu w większości upokarzające.  (...)
Sąd uznał  niektóre zarzuty pamfletu za przesadne, lecz większość z nich za odpowiadające rzeczywistości. (...)

W coraz większym stopniu

łączą się wysiłki

ekologów, ruchów w obronie prawa pracy i praw człowieka, przedstawicieli  związków zawodowych, młodych i starszych pokoleń, studentów, naukowców i intelektualistów o wrażliwości społecznej, a nawet lewicowych polityków. (...)
W kwietniu 1998 r. organizacje antyglobalizacyjne i antykorporacyjne odniosły znaczący sukces. Udało im się zmusić Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), grupującą państwa najbardziej rozwinięte, do rezygnacji z zawarcia przygotowywanego w tajemnicy Wielostronnego Układu (MAI) Inwestycyjnego. Wspomniane organizacje wykazały, że projekt tego układu, opracowywany w ścisłej tajemnicy, zmierzał do zapewnienia transnarodowym korporacjom globalnej dominacji.  18 czerwca 1999 r. ruchy antykorporacyjne zorganizowały    

globalny
karnawał przeciw kapitałowi

w związku ze spotkaniem na szczycie  G-8 w Kolonii. Tego dnia odbyły się demonstracje w siedemdziesięciu różnych miastach świata przed giełdami, bankami, supermarketami i centralami korporacji. Naomi Klein opisuje przebieg tych protestów w Kolonii, Madrycie, Montevideo, Genewie, Port Harcourt w Nigerii. Jej książka  kończy się stwierdzeniem, że powstaje społeczny ruch „równie globalny i równie zdolny do skoordynowanej akcji, jak transnarodowe korporacje, których władze i wpływy zamierza zdecydowanie zwalczać”).

Zdołałem w ograniczonym tylko stopniu przedstawić bogactwo informacji, faktów, liczb i myśli zawartych w książce Naomi Klein. Wprost nie do wiary, że książka została napisana przed demonstracjami ruchów antyglobalizacyjnych przeciw takim międzynarodowym organizacjom, jak Światowa Organizacja Handlu, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy, oraz przeciw przywódcom G-8, w Seattle, Waszyngtonie, Seulu, Pradze, Davos i konferencją w Porto Alegre. Prognoza Naomi Klein, sformułowana w zakończeniu książki, sprawdza się.  

Nie ulega wątpliwości, że Klein jest pod dużym wpływem myśli społecznej  Noama Chomsky’ego (Polecam jego wydaną w Polsce książkę „Zysk ponad ludzi. Neoliberalizm i ład globalny”). O ile jednak wybitny językoznawca, Noam Chomsky, koncentruje się szczególnie na aspektach polityki wewnętrznej i zagranicznej rządów USA, Naomi Klein wzięła na warsztat politykę gospodarczą transnarodowych koncernów. Jest to wielką zaletą tej książki. Można jej zarzucić, że nie omawia bardziej szczegółowo związków tych korporacji z własnymi i obcymi rządami, politykami, mass mediami, że nie pisze o praktykach koncernów zbrojeniowych. Byłyby to jednak zbyt daleko idące wymagania, a próby ich uwzględnienia prowadzić by mogły do abstrakcyjnych i niezbyt przekonujących ogólników. Zresztą nie brak jest opracowań dotyczących tych zagadnień. 

Powtórzę: książka Naomi  Klein jest rewelacyjna pod każdym względem i napawa nadzieją wyeliminowania z czasem tak nieludzkich,

brutalnych, antyspołecznych praktyk wielkich korporacji

i stworzenia usankcjonowanego przez prawo międzynarodowe kodeksu ich postępowania.
Jeszcze kilka lat temu różnego rodzaju ruchy społeczne i organizacje pozarządowe koncentrowały się przede wszystkim na krytyce, obnażaniu hipokryzji  i wykazywaniu sprzeczności między wzniosłymi deklaracjami a rzeczywistym działaniem  koncernów. Koncerny z kolei  określały akcje tych ruchów i ich uczestników jako nieodpowiedzialne i szkodliwe burdy anarchistów, zadymiarzy, demagogów, oszczerców, z którymi nie ma sensu podejmować jakichkolwiek dyskusji.
W ciągu niespełna dwu lat sytuacja zmieniła się radykalnie. Wspomniane ruchy, nie odstępując od krytyki, dążą do wypracowania alternatywnej  koncepcji globalizacji, opartej na rzeczywistym przestrzeganiu praw człowieka wszędzie i przez wszystkich, na zniwelowaniu przepaści  między bogatymi i biednymi państwami, jak i między bogatymi i biednymi wewnątrz poszczególnych państw, na przywróceniu pełnego znaczenia i realizacji autentycznej wolności i autentycznej sprawiedliwości społecznej.

Wyrazem tego było odbywające się w tym samym czasie (25-30 stycznia br.) co tradycyjne doroczne Światowe Forum Gospodarcze  w Davos, Światowe Forum Społeczne w Porto Alegre w Brazylii, określone przez wielu jako anty-Davos. Uczestniczyło w nim 12 tys. osób ze 100 krajów, reprezentujących kilkaset organizacji pozarządowych, związkowych, politycznych, etnicznych, kobiecych, ekologicznych. Znamienne, że uczestniczyło w nim 463 parlamentarzystów reprezentujących różne partie polityczne z 27 krajów. „Inny świat jest możliwy”, było hasłem tego forum. Postawiło ono sobie za zadanie wypracowanie alternatywnej koncepcji globalizacji przez współpracę społeczeństw obywatelskich, lecz nie przez dyktat korporacyjnej, neoliberalnej polityki ekonomicznej.

Uczestnicy spotkania w Davos nie mogli już ignorować czy zbywać  obraźliwymi  epitetami ruchów reprezentowanych w Porto Alegre.  Wyświetlili nawet na zaśnieżonym zboczu tego miasta olbrzymie hasło: „Utrzymujmy dialog”. Pocieszający jest fakt, że rozszerzają się i łączą ruchy społeczne, obywatelskie, które coraz bardziej skutecznie przeciwstawiają się nieludzkim praktykom korporacji i neoliberalnej polityce gospodarczej. Smutne natomiast, że w Polsce tak mało jest informacji  i dyskusji na tematy poruszane w książce Naomi Klein, że polska młodzież nie interesuje się zbytnio tą problematyką i nie uczestniczy w społecznych, europejskich i globalnych ruchach przeciw nieludzkiej polityce wielkich korporacji.

1 Naomi Klein, "No Logo". Flamingo. London 2001, str. 511
2 Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.

---------
Marian Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
----------
Rozmowa z Naomi Klein:  Polityka z 23 października 2004 roku, str. 48-51. Rozmawiał Jacek Żakowski.
Książka „No logo” ukazała się już w przekładzie na język polski  (2004 r.). W Internecie jest dużo informacji na jej temat.  Z tych powodów jeszcze się nie zdecydowałem, czy będę ją szerzej prezentował na swoich stronach. Wstrzymuję się też – przynajmniej na razie - z komentarzami w odniesieniu do całości tematów.
Uważam jednak za celowe wnieść, także w tym miejscu,  kilka uwag, na jeden wątek „konkurencja” (bez jego szerszego rozwijania):
  Konkurencja jest niewątpliwie motorem postępu techniczno-organizacyjnego.
  Konkurencja wśród firm jest niewątpliwie korzystna dla konsumentów jako takich, tj. bez wnikania, z jakich źródeł mają pieniądze.
 
Konkurencja wśród firm, jeśli na rynku występuje nadwyżka „rąk do pracy”, może stać się bardzo łatwo niekorzystna dla tych konsumentów, którzy żyją z pracy i przegrali w swojej walce konkurencyjnej o pracę.
 
Konkurencja, ze wszystkimi jej pozytywnymi i negatywnymi skutkami, coraz łatwiej i skuteczniej, dzięki/lub na skutek globalizacji, obejmuje cały świat. 

Każdy kij ma dwa końce. Jeden ten, który my trzymamy w ręku, drugi ten, którym sami możemy oberwać.

„Nieludzkie koncerny” prawdopodobnie o wiele mniej byłyby nieludzkie, gdyby:
-  same
nie musiały walczyć o przetrwanie,
-  na świecie występował niedobór, a nie nadwyżka rąk do pracy.

Na świecie występuje nadwyżka rąk do pracy, bo:
-  procesy
demograficzne,
-  konkurencja,
-  postęp techniczno-organizacyjny.

Problemy nabrzmiewają! Czy można je rozwiązać, ograniczając negatywne skutki konkurencji, a wzmacniając pozytywne?  Rzucę tylko kilka haseł, dość zresztą znanych, ale trudnych do prawidłowego urzeczywistnienia.

  Rozwiązania prawne.
  Umowy międzynarodowe.
  Przestrzeganie.
 
Fachowość zarządzających, mądre i wyważone decyzje.
 
Odpowiedni sektor publiczny w gospodarce, traktowany jako „wentyl bezpieczeństwa”, w tym
-  zapewnienie
dla tego sektora fachowego zarządzania,
-  zapewnienie dla tego sektora ochrony na tyle, żeby w ramach konkurencji nie musiał/nie mógł sięgać do rozwiązań antyspołecznych, nie upadł, a jednocześnie nie pozwolił do nadużywania jego roli.

Co mogę powiedzieć na uzasadnienie. Też argumenty dość znane, choć jakby lekceważone.

  Gdyby, „władcy świata”, w porę i skuteczniej rozwiązywali narastające napięcia,
  Gdyby, „władcy świata”, w porę przestali lekceważyć  „komunizm”  i „faszyzm”
-  na świecie nie doszło by do niewyobrażalnych tragedii. 

Historia „nie lubi” powtarzać się dosłownie. „Generałowie wiedzą, jak można było wygrać wojnę, która się zakończyła. Zaskakują ich jedynie warunki nowej”. Ruchy idealistyczne, w pewnych warunkach, przekształcają się w rozwiązania skrajne, będące zaprzeczeniem ideałów, które same głosiły/głoszą. Czysty racjonalizm, nawet bez egoistycznego wyrachowania, nie zawsze jest nieomylny.  Wyszydzanie  idei sprawiedliwości społecznej raczej nie jest zbyt mądre, nawet gdy mamy na myśli, co z tej „sprawiedliwości społecznej” czasami/często naprawdę w praktyce wychodzi.  Godzenie się na to, żeby coraz więcej ludzi na świecie czuło się odrzuconymi, jest nie tylko nieetyczne, ale wręcz niebezpieczne. „Zadymy” ruchu globalistycznego, mniejsza z tym, na ile zamierzone, a na ile przez kogoś wykorzystane lub sprowokowane, są po prostu „śmiesznie niepoważne” w porównaniu do tego, do czego może dojść, gdy ktoś bardziej radykalny w działaniu, mający środki  i pozbawiony skrupułów, może zrobić dla wykorzystania gniewu miliardów ludzi.

Dalej nie rozwijam, bo zbyt daleko musiałbym odejść od skutków samej tylko konkurencji (i tak już mocno odbiegłem) . Nawiasem mówiąc, sam się w tym wszystkim czuję „mocno zagubiony”, to jest w czytaniu i analizowaniu  przeróżnych poglądów, i dlatego, w pewnym  sensie nawet dla relaksu, postanowiłem na swoich stronach zaprezentować nieco filozofii.

Na marginesie. Do porównań międzynarodowych proponuję podchodzić dość ostrożnie: dane mogą być nie w pełni porównywalne. Nie specjalizuję się w tym temacie, nie chcę więc go bliżej komentować.
Grudzień 2004
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------

Władysław Baka: Silna waluta, nr 4/2001, str. 6

Tego nikt się nie spodziewał. Na początku marca br. średni kurs dolara spadł poniżej 4,00 zł.
(...) Nieoczekiwane i nadzwyczajne umocnienie się złotego przyjmowane jest przez większość obywateli z zadowoleniem. Powoduje bowiem obniżenie cen towarów importowanych i ogólnego poziomu inflacji, prowadzi do zmniejszenia kosztów i zwiększenia dostępności atrakcyjnych wyjazdów turystycznych za granicę itd. Ważny jest również aspekt psychologiczny. Mocny złoty dowartościowuje obywateli polskich na arenie międzynarodowej. Chciałoby się, aby tak było zawsze. Ekonomiści i politycy nie mogą jednak nie zadać pytania, czy obecne umocnienie się złotego jest zjawiskiem trwałym, czy też ma charakter koniunkturalny i zniknie równie łatwo, jak się pojawiło, a może jeszcze gorzej: przekształci się w swoje przeciwieństwo, głęboką i trwałą deprecjację i dewaluację.

Na to zasadnicze pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zdania na ten temat są podzielone nawet w takim gremium, jak Rada Polityki Pieniężnej NBP...
...
------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Mocna złotówka i słaba przyszłość, nr 4/2001, str. 8

Złoty polski coraz bardziej się umacnia. Chyba mało kto przypuszczał, że po tym, jak kilka miesięcy temu kurs dolara wynosił 4,70 zł i zastanawiano się, kiedy osiągnie poziom 5 zł, teraz kurs ten spadnie aż poniżej 4 zł. Tanieje również euro, choć nieco mniej spektakularnie. Te zmiany są ważne dla charakterystyki obecnej sytuacji gospodarczej Polski.

Czy można cieszyć się z tego, że złoty staje się taki mocny? Otóż nie można, bo on wcale nie staje się mocny, mimo że jego kurs idzie do góry. Ten kurs podnosi się t6ylko i wyłącznie dzięki napływowi kapitału zagranicznego, który chętnie lokuje się w obligacjach skarbowych i innych papierach wartościowych, zachęcany przez najwyższe w Europie stopy procentowe i przez sam wzrost kursu. Napływ ten jednak nie czyni złotego silną walutą, gdyż jest on całkowicie zdany na międzynarodowe ruchy kapitału. Gdy nadejdzie moment wycofywania kapitału z lokat w Polsce, kurs złotego natychmiast spadnie. Co więcej, im wyżej się winduje, tym bardziej niebezpieczny może stać się upadek.

Wysoki i rosnący kurs złotego byłby bardzo korzystnym zjawiskiem, gdyby stanowił odzwierciedlenie mocnej pozycji kraju na rynkach światowych, gdyby więc Polska miała dodatnie saldo w bilansie handlowym, czyli nadwyżkę eksportu nad importem, a jej eksport miał wysoką dynamikę i dobre perspektywy. Niestety...
...
------------------------------------------------------------------------------------------------

Jerzy Hausner: Polityka równości szans,
Przesłanki teoretyczne i założenia programowe
, nr 4/2001, str. 23

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat w krajach o rozwiniętej gospodarce rynkowej wystąpiły zjawiska, które przyczyniły się do pojawienia się nowych i zaostrzenia dotychczasowych nierówności społecznych:
- masowe i długotrwałe bezrobocie,
- biedni pracujący, którzy mimo zatrudnienia nie są w stanie uzyskać dochodów na poziomie minimum socjalnego,
- elastyczne zatrudnienie, podważenie klasycznej umowy o pracę,
- różnicowanie się jednorodnych dotychczas grup zawodowych, między innymi z powodu deregulacji rynku pracy i nowych form umowy o pracę,
- nietypowe niepełne rodziny, przy braku odpowiedniej reakcji po stronie opieki społecznej,
- zanik rodziny wielopokoleniowej,
- zanik klasy robotniczej jako siły integrującej i nadającej tożsamość,
- dżungla prawna - gąszcz przepisów i faktyczna nierówność wobec prawa, wynikająca z wysokich kosztów zapewnienia sobie pomocy prawnej,
- narastanie przestępczości - socjalizacja przez przestępczość i zbiorową agresję.

Summa summarum, w wielu społeczeństwach zachodnich w ciągu dwudziestu lat problemem przestało być faktyczne społeczne uzależnienie, a stało się osamotnienie i wyobcowanie. Życie zaczęło w coraz większym stopniu przypominać loterię czy kasyno, a jednocześnie społeczeństwa w coraz większym stopniu stają się społeczeństwami abstrakcyjnymi, bez solidarności. Te fakty są dostrzegane nie tylko przez lewicowych krytyków kapitalistycznego porządku. Przypomnę choćby doroczny raport Banku Światowego za rok 2000, którego główną tezą jest potrzeba walki z ubóstwem. Przywołać też można raport BŚ za rok 1997 dotyczący roli państwa, w którym jako jedną z podstawowych funkcji wskazano ochronę najsłabszych.

Mamy więc wyraźnie do czynienia z poszukiwaniem nowego modelu rozwoju, odwrotem od neoliberalnej rewolucji; jest to jednak odwrót, a nie zanegowanie wszystkich jej haseł. Nowe poszukiwania dotyczą, po pierwsze, relacji wzrostu gospodarczego i zatrudnienia. Wiadomo, że nie ma mechanicznej zależności między stopą wzrostu a poziomem zatrudnienia. Można oczywiście zmierzyć jaką korelację między nimi, ale to nie oznacza, że działa mechanizm, który występowanie takiego statystycznego związku mógłby gwarantować i utrwalać.

Bezrobocie było w gospodarkach rynkowych przez wiele lat tolerowane, bo nie groziło kryzysem konsumpcji, ponieważ państwo opiekuńcze zapewniało bezrobotnym dochody. Koszty wysokiego bezrobocia przenoszone na system zabezpieczenia społecznego stały się jednak tak wysokie, że dzisiaj prawie żadne z państw nie jest już w stanie dalej prowadzić takiej polityki. Stąd obecnie kładzie się akcent nie na zabezpieczenie w sytuacji  utraty pracy, ale na utrzymanie tracących pracę na rynku pracy. Próbuje się to osiągać różnymi sposobami. W krajach anglosaskich takim sposobem jest liberalizacja, uelastycznienie i segmentacja rynku pracy, a przede wszystkim strategia niskich płac i kosztów pracy. Skutkiem jest rzeczywiście niskie bezrobocie, ale także ubóstwo i narastanie nierówności. Inny problem, to bardzo częsta pułapka zatrudnienia w niektórych segmentach rynku pracy, gdzie nie ma żadnej drogi przejścia do pracy związanej z wykorzystywaniem coraz bardziej zaawansowanych technologii.

Wzorem neoliberalnej polityki była przez wiele lat Nowa Zelandia, ponieważ kraj ten przeszedł transformację od klasycznego państwa opiekuńczego do radykalnego modelu neoliberalnego. Po dwudziestu latach tej praktyki mamy tam dzisiaj do czynienia z gwałtownym wzrostem nierówności dochodowej, wzrostem liczby podopiecznych pomocy społecznej we wszystkich jej segmentach, nasileniem zachorowalności, eksplozją przestępczości i liczby więźniów.  

Drugim sposobem utrzymania tracących pracę na rynku pracy jest ekspansja zatrudnienia socjalnego, przede wszystkim w sektorze pomocy społecznej i administracji publicznej. Tak postępuje się w krajach skandynawskich. Taka polityka pociąga jednak wysokie koszty i prowadzi do nadmiernej feminizacji zatrudnienia w części sektora publicznego.

Trzecim modelem reagowania państwa na kryzys zatrudnienia jest wzorzec kontynentalny, w którym nadal dominuje trzymanie części siły roboczej poza rynkiem pracy i zapewnienie jej zaopatrzenia (trwałe wyjście z rynku pracy na zasiłek).

Każde z tych trzech rozwiązań ma słabości. Mimo wszystko najmniejsze wydaje się mieć te przyjęte w krajach skandynawskich. Warto na ten temat poważnie dyskutować, skoro dla Polski bezrobocie stało się najpoważniejszym problemem. Jeżeli nie podejmie się zdecydowanych i konkretnych działań zaradczych, będzie ono nieuchronnie rosnąć, bo wynika to między innymi z niekorzystnej tendencji demograficznej. Najbardziej wątpliwe w naszych warunkach wydaje mi się rozwiązanie związane z radykalną deregulacją rynku pracy.    

Drugi ważny przedmiot światowej debaty – to wzrost nierówności. Często podkreśla się, że wynika on z systematycznego wzrostu we współczesnej gospodarce udziału dochodów nie pochodzących z pracy najemnej, mimo długotrwałego wzrostu wydajności pracy. Przede wszystkim jest to powodowane polityką wysokich stóp procentowych, która prowadzi do kumulacji i reprodukcji nierówności. Ważne są dwa aspekty tego problemu. Po pierwsze, dzięki wysokim stopom procentowym ludzie, którzy mają kapitał, mają szansę na pomnażanie go, po drugie, ci, którzy nim nie dysponują – nie mają szans na uzyskanie kapitału założycielskiego, kredyt bowiem jest bardzo drogi. Dlatego, między innymi, eksperci Banku Światowego twierdzą obecnie, że zatrudnienie i usuwanie ubóstwa muszą znaleźć się w centrum  każdego programu dostosowań strukturalnych. To zupełnie inny sposób myślenia, niż sprzed 10 lat, kiedy rozpoczynała się nasza transformacja.
Konkluzja jest następująca: wzrost gospodarczy bez dbania o równość jest możliwy (co Polska zresztą udowadnia), ale wcześniej czy później taki wzrost zostanie podważony. Jednocześnie usuniecie ubóstwa strukturalnego, przezwyciężenie wykluczenia, które się dokonało, jest niezwykle trudne i kosztowne, jeśli w ogóle możliwe. Polityka wzrostu bez względu na nierówności, skazuje całe pokolenia na społeczne wykluczenie.
  
Trzeci wielki dyskutowany problem, to kwestia równości i sprawiedliwości. Oswoiliśmy się ze sloganem, że równy nie znaczy sprawiedliwy; usprawiedliwia on wszelką nierówność. Teza „równy, nie znaczy sprawiedliwy”, powinna wyznaczać konieczność poszukiwania właściwych kryteriów równości, a nie rezygnowanie z niej jako politycznego postulatu i kryterium oceny. Polityka nastawiona powinna być nie na znoszenie nierówności, lecz na zapobieganie zbyt wielkiej nierówności i wykluczeniu społecznemu.  Stąd ogniskowanie działań raczej na warunkach osiągania, niż na wyrównywaniu osiągnięć.     

Czwarte wielkie zagadnienie obecnych poszukiwań i nowego myślenia, to kwestia instrumentów. Tutaj coraz mocniej podkreśla się, że mamy do czynienia z dwoma wymiarami nierówności – strukturalnym i koniunkturalnym. Tradycyjna polityka dochodów, w tym polityka podatkowa, koncentruje się na nierównościach koniunkturalnych. To jest jednak dalece niewystarczające , aby sobie radzić z nierównościami strukturalnymi. Chodzi o nierówności warunków wyjściowych, czy – inaczej powiedziawszy – w zakresie dóbr pierwotnych bądź kapitału wyjściowego. Jeżeli te różnice są bardzo znaczne, to korygowanie ich przez mechanizm redystrybucji, przez politykę dochodową, jest bardzo kosztowne i konfliktogenne, a czasami wręcz niemożliwe. Dlatego przesłaniem staje się polityka minimalnego kapitału wyjściowego, który jednostka musi uzyskać aby zapewnić rzeczywistą równość szans. 
Taki minimalny kapitał wyjściowy obejmuje: wykształcenie i kwalifikacje; mieszkanie; ochronę zdrowia; transport (dostępność fizyczna) i komunikację (dostępność informacyjna); kredyt.

Nowoczesna i skuteczna polityka równości szans powinna być budowana wokół tych pięciu punktów. Wymaga ona innego, niż obowiązujący, modelu służb publicznych. W przypadku takiej polityki muszą się one zajmować przede wszystkim przywracaniem i wzmacnianiem więzi społecznych oraz redukowaniem nierówności strukturalnych, a nie tylko zapewnianiem osłony w przypadkach nieszczęśliwych okoliczności.

Jednocześnie z tej światowej debaty wynikają pewne postulaty ogólne.
Po pierwsze,  polityka gospodarcza musi być także nakierowana na spójność społeczną, na jej przestrzenny, socjalny i ekonomiczny wymiar.    
Po drugie,  prawa i wolności aktualizują się wyłącznie przez uczestnictwo. Tylko uczestnictwo tworzy zdolność do korzystania z praw. Bez niego, w tym uczestnictwa w rynku pracy, nie ma faktycznej możliwości korzystania z praw i swobód.    
Po trzecie,  osłabienie i demontaż państwa opiekuńczego w dobie globalizacji, nie jest ekonomiczną koniecznością – jak się często mechanicznie utrzymuje – lecz konsekwencją doktrynalnego wyboru.
Nie wszędzie takiego wyboru dokonano i nie wszędzie zdemontowano państwo opiekuńcze. Są bardzo różne drogi i modele systemowego dostosowania państwa opiekuńczego do warunków globalizacji. Przy czym globalizacja wcale nie blokuje, przeciwnie, wymusza znalezienie właściwej drogi dla danego społeczeństwa. Nie podważa też ona potrzeby opiekuńczej funkcji państwa. Działalność taka powinna być jednak silnie nakierowana na umożliwianie zmian społecznych.
Wiąże się to jednak z formowaniem trzech filarów nowej polityki równości szans:  indywidualnej aktywności, grupowej solidarności i spójności społecznej. Bez tego wyrównywanie warunków wyjściowych nie jest możliwe, a hasło równości szans staje się fikcją  i usprawiedliwieniem nierówności, liberalnym frazesem, równością czysto formalną, którą Anatol France kiedyś nazwał „
równością prawa biednego i bogatego do spania pod mostem”.
 
Z powyższego wynika, że trwają intensywne poszukiwania nowego modelu rozwoju, który w centrum zainteresowania polityki umieszcza następujące zagadnienia:  wzrost promujący zatrudnienie; wzrost niwelujący nierówności; równość i sprawiedliwość; przeciwdziałanie nierównościom strukturalnym.

W próbach formułowania takiego modelu rozwoju najczęściej przyjmuje się następujące ogólne założenia i postulaty:  
-  nie ma mechanicznej zależności między stopą wzrostu i poziomem zatrudnienia;
-  ogólnogospodarcze koszty masowego i wysokiego bezrobocia są bardzo wysokie i nie mogą być tolerowane;
-  wysokie stopy procentowe prowadzą do kumulowania i reprodukcji nierówności społecznych;
-  zatrudnienie i ubóstwo muszą znaleźć się w centrum każdego programu dostosowań strukturalnych;
-  wzrost gospodarczy bez dbania o równość społeczną jest możliwy, ale prędzej czy później załamie się;
-  usunięcie ubóstwa i przezwyciężenie społecznego wykluczenia jest niezwykle trudne i kosztowne;
-  „równy, nie znaczy sprawiedliwy”, stało się sloganem usprawiedliwiającym nierówność;
-  polityka powinna zostać nastawiona nie na znoszenie nierówności, lecz zapobieganie nadmiernej nierówności i społecznemu wykluczeniu z niej wynikającemu, czyli raczej na wyrównywanie warunków osiągnięć niż samych osiągnięć;
-  polityka równości szans musi się koncentrować na warstwach najbardziej zagrożonych, w przypadku których występuje kumulacja  czynników nierówności;
-  klasyczna polityka dochodów, w tym polityka podatkowa, koncentruje się na nierównościach koniunkturalnych, co jest dalece niewystarczające;
-  jeśli nierówności warunków wyjściowych (w zakresie dóbr pierwotnych, czyli kapitału wyjściowego) są zbyt znaczne, korygowanie ich przez mechanizm redystrybucji jest kosztowne i konfliktogenne, a w konsekwencji, nawet niemożliwe;
-  służby publiczne powinny przede wszystkim zajmować się przywracaniem więzi społecznych i redukowaniem nierówności strukturalnych, a nie tylko zapewnieniem osłony w przypadku nieszczęśliwych okoliczności;
-  najskuteczniejszym instrumentem polityki spójności społecznej jest zapewnienie jednostkom uczestnictwa w rynku pracy;
-  prawa i wolności aktualizują się przez uczestnictwo;
-  osłabienie i demontaż państwa opiekuńczego, to nie ekonomiczna konieczność w dobie globalizacji, ale konsekwencja doktrynalnego wyboru;
-  globalizacja nie podważa potrzeby opiekuńczej działalności państwa, jednakże działalność taka powinna być nakierowana na umożliwienie społecznej zmiany.

Jak, w świetle tej debaty, wygląda sytuacja w Polsce? Poniżej minimum socjalnego żyje ponad 50 proc. społeczeństwa. Tak wielka jest więc strefa zagrożenia wykluczeniem. Poniżej granicy ubóstwa absolutnego, a więc w strefie elementarnego zagrożenia zdrowia i życia, żyje 6 proc. ludności, w tym na wsi około 10 proc.
Znaczna cześć naszego społeczeństwa jest już obecnie uzależniona od transferów społecznych, co dotyczy zwłaszcza ludności wiejskiej. Bardzo wysoki jest udział rent inwalidzkich w całym systemie świadczeń. Jeżeli w Niemczech na 1000 zatrudnionych jest 66 rent inwalidzkich, to w Polsce aż 153. Ponad 14 proc. ludności stanowią osoby uznane prawnie za niepełnosprawne, przy czym 5 proc. ogółu społeczeństwa to ludzie, którzy – choć prawnie za takie uznane – nie są faktycznie niepełnosprawnymi.
Wzrasta koncentracja ubóstwa. Co druga osoba żyjąca poniżej absolutnej granicy ubóstwa ma poniżej 18 lat, co trzecia  - poniżej 14. Duża część dzieci jest niedożywiona. Wśród długotrwale bezrobotnych 60 proc. stanowią osoby, które nigdy nie pracowały, w ogóle nie weszły na rynek pracy.
Liczba bezdomnych nie jest znana, ale można szacować, że jest ich co najmniej 80, a być może nawet 200 tys. Ogólnie, brakuje półtora miliona mieszkań.
Około 24 proc. zatrudnionych w sektorze prywatnym otrzymuje wynagrodzenie poniżej granicy ubóstwa. TRo polscy biedni pracujący. W sektorze publicznym także się to zjawisko pojawia, ale w znacznie mniejszym stopniu.
Nierówności dochodowe w Polsce narastają. Można przyjąć, że obecnie są one wyższe o 50 proc. w stosunku do punktu wyjścia, czyli początku systemowej transformacji. Trwa dyskusja – czy to dużo. Czy mało?  Jedno jest pewne, że aktualnie są one dwukrotnie wyższe niż w Czechach, na Węgrzech i w Słowacji.
Tylko 22 proc. Polaków uważa, że Polska jest krajem równych szans. W ostatnich latach wskaźnik ten wyraźnie spada. Jest on przy tym znacznie niższy, niż w społeczeństwach Unii Europejskiej.

Wnioski z tego pobieżnego przeglądu danych i obserwacji są następujące:
-  nie ulega wątpliwości, że gospodarka rośnie;
-  rośnie też konsumpcja, i tym samym polskie społeczeństwo się bogaci;
-  rosną nierówności dochodowe i społeczne;
-  rośnie strefa ubóstwa i skala wykluczenia społecznego, a to oznacza, że
-  wyczerpują się możliwości wzrostu gospodarczego oraz konieczne jest dokonanie zwrotu w polityce gospodarczej.

Polityka to zawsze arbitraż i wybór, jej sednem jest regulowanie nierówności. Trzeba więc decydować o tym: równość czego i w imię czego. Nie ma bowiem równości absolutnej. To oznacza, że trzeba ustalić pewne priorytety. Sądzę, że jest przynajmniej 8 obszarów polityki gospodarczej, które powinny znaleźć się w centrum programu lewicowego rządu.

Zatrudnienie i walka z bezrobociem
Są tu dwie kluczowe kwestie. Pierwsza, to absolwenci wchodzący na rynek pracy. Nie można się godzić na to, że nie mają oni szansy na uzyskanie pierwszej pracy. Po drugie, lada moment narastać będzie problem osób w średnim wieku, które będą usuwane z firm prywatnych, jako wiekowo zaawansowane, czyli „zbyt stare”. To są dwie grupy newralgiczne, wobec których muszą się pojawiać nowe rozwiązania. Przy czym wyraźnie widać, że nie wystarczy polityka wspierania i tworzenia nowych miejsc pracy. Niezbędne są także instrumenty zwiększające szanse zatrudnienia, które byłyby adresowane wprost do poszukującego pracy, a nie tylko potencjalnego pracodawcy.
Najpewniejsze perspektywy na stopniowe przeciwstawianie się tej klęsce społecznej, którą stanowi już w Polsce masowe i strukturalne bezrobocie powiązane ze wschodzącą falą wyży demograficznego, stanowi koncepcja samozatrudnienia związanego z pobudzaniem gospodarki lokalnej.  Warunkami koniecznymi jej realizacji jest tani kredyt i mikroprzedsiębiorczość. To jednak wymaga innego spojrzenia na kwestie makroekonomiczne, a przede wszystkim zupełnie innego spojrzenia na dotychczasowy system zatrudnienia. Jednocześnie przestrzegam przed deregulacją rynku pracy, to postulat, którego nie należy bezkrytycznie przyjmować. Liberalizacja niektórych przepisów Kodeksu Pracy jest wskazana, ale tylko wówczas, kiedy równocześnie będą uregulowane kwestie zbiorowych stosunków pracy. Nie można rozpatrywać  jednej kwestii w oderwaniu od drugiej.

Oświata
Reforma, która miała zwiększyć szanse dostępności młodzieży wiejskiej do wykształcenia, w rzeczywistości tę szansę zmniejsza. Taka reforma społecznie nas cofa, tylko czy można jeszcze cofnąć  tę reformę?

Ochrona zdrowia
Tu najważniejsze jest podkreślenie, że wprowadzone rozwiązania ograniczają faktycznie dostępność świadczeń. Po części prowadzi to do racjonalizacji zachowań zdrowotnych, ale w znacznej mierze oznacza realne zmniejszenie opieki na poziomie elementarnym, czemu trzeba skutecznie zaradzić. Określony koszyk świadczeń musi być rzeczywiście powszechnie gwarantowany. Skoncentrowanie się na tym jest najważniejsze, bowiem dyskusja, czy utrzymać, czy rozwiązać kasy chorych, jest obłudą w sytuacji, gdy potrzeby zdrowotne nie są zaspokajane na poziomie uznanym za elementarny. Działania powinny iść nie w kierunku nowych jeszcze bardziej skomplikowanych modeli organizacyjnych, a w kierunku przywrócenia podstawowej opieki. Tym bardziej że jednocześnie narasta w służbie zdrowia żywiołowy proces prywatyzacji albo raczej patologicznej komercjalizacji usług. Sens ekonomiczny tego procesu polega na tym, że nakłady na utrzymanie placówek zdrowia w dalszym ciągu ponosić będzie państwo lub nie będą one ponoszone w ogóle, co oznacza postępującą dekapitalizację i degradację ich majątku, natomiast dochody z usług medycznych przejmować będą „uwłaszczający się” pracownicy służby zdrowia.

Budownictwo mieszkaniowe
W tym przypadku koncentracja działań powinna dotyczyć osłabienia bariery pierwszego mieszkania. W tej dziedzinie zasadnicze pytanie dotyczy tego, czy istniejące systemy wspomagające oszczędzanie na mieszkanie są wystarczające pod względem sprawności i skali uruchomionych w nich środków.

Inwestycje publiczne
Nie chodzi o inwestycje centralne w tradycyjnym znaczeniu, lecz przede wszystkim o lokalne i regionalne, wspierane jednak ze środków krajowych. Obecnie najbardziej pilne stają się inwestycje dotyczące niektórych obszarów wielkich miast, gdzie już koncentrują się środowiskowe patologie.
...  
Zabezpieczenie społeczne
SLD powinien zdecydowanie mocniej opowiedzieć się za trzecim sektorem – organizacjami społecznymi i wolontariatem. Konkretnie oznacza to poparcie dla przygotowywanej jeszcze w 1996 r. ustawy o działalności pożytku publicznego. To bardzo ważne, ponieważ pomoc społeczna musi być coraz bardziej adresowana i organizowana w skali mikro. To oznacza, że administracja publiczna potrzebuje partnerów do jej efektywnego zapewniania. Pożądany kierunek wiedzie od państwa do społeczeństwa opiekuńczego.
Tutaj jednym z najtrudniejszych problemów jest odkładana reforma Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS), która w obecnej postaci działa bardziej jako organizacja opieki społecznej niż instytucja ubezpieczenia społecznego.

Równouprawnienie kobiet i mężczyzn
Nowy system emerytalny – co szczególnie podkreślam – rzeczywiście ogranicza szanse kobiet na uzyskanie porównywalnej do mężczyzn emerytury. Dlatego należy spokojnie powrócić do problemu wieku emerytalnego kobiet, gdyż krótszy okres zatrudnienia kobiet, będący kiedyś przywilejem, staje się dziś dyskryminacją.*

*  Jeszcze większą dyskryminacją jest podwyższenie wieku emerytalnego kobiet bez możliwości zapewnienia im pracy..
Anonimus


Rozwój regionalny
Naprawdę poważne różnice międzyregionalne występują nie na poziomie 16 województw, lecz wewnątrz nich. Wewnętrznie zróżnicowane są województwa ekonomicznie mocne (mazowieckie), jak i słabe (podkarpackie). Niestety, zwłaszcza na politykę wewnątrzregionalną, nie ma środków i to wymaga zmiany. Grupę słabych województw, do których trzeba zaliczyć: podlaskie, podkarpackie, warmińsko-mazurskie, świętokrzyskie i lubuskie, w zasadzie wyróżnia jeden wspólny czynnik – słaby potencjał naukowo-techniczny i niewątpliwie tutaj potrzebne jest działanie, które dotyczy ich wszystkich. Pytanie, jak niwelować te strukturalną różnicę, czy wystarczy wspieranie ośrodków uniwersyteckich i tworzenie nowych wyższych szkół zawodowych, czy trzeba iść dalej, wspomagając formowanie się regionalnych i lokalnych centrów transferu technologii.
Aktywnego podejścia i krajowego wsparcia wymagają niektóre obszary. Zaliczam do nich obszary popegeerowskie, które zamieszkuje 400 tysięcy osób – w zasadzie bez żadnych szans na zmianę swego położenia. Drugim trudnym obszarem problemowym  są małe gminy górnicze.  Im więcej środków budżetowych lokuje się w restrukturyzację kopalń, tym mocniej działa spirala zapaści gmin górniczych. Nie jest to więc rozwiązywanie, a jedynie przesuwanie problemu. Kolejny obszar, to niektóre stolice byłych województw, o których – mimo szumnych zapowiedzi rząd zapomniał – może oferując im dialog, ale nic na rozwój.

Odrębnego skomentowania  wymagają dwa zagadnienia tradycyjnie wpisywane w program lewicy. Pierwsze – to kwestia dochodu gwarantowanego. Moim zdaniem, ustanowienie dochodu gwarantowanego rodzi groźbę zerwania więzi między pracą a dochodem. A to w istocie oznacza oddzielenie gospodarki od solidarności społecznej, a w dalszej konsekwencji wyzwolenie rynku z wszelkich zobowiązań natury społecznej.

Drugie zagadnienie – to kwestia umowy społecznej.  Watro ją podnieść, zwłaszcza w kontekście rozmów na temat „paktu dla wsi”, czy też natarczywie ostatnio zgłaszanego pomysłu „paktu dla pracy”.  Umowa społeczna to porozumienie kluczowych grup społecznych, a nie tylko rządzących z wyborcami. Nie należy sprowadzać polityki i demokracji  do pasywnego rejestrowania woli i nastroju wyborców. Polityka powinna polegać na kreowaniu wspólnoty.  SLD, mając wyraźnie zarysowane  tezy programu rządowego, powinien teraz podjąć rozmowę z zorganizowanymi grupami społecznymi, by rozpocząć obywatelską debatę o trudnych i skomplikowanych problemach. Celem ma być nie tylko zyskiwanie poparcia wyborczego, ale także poszukiwanie szczegółowych rozwiązań i tworzenie społecznej bazy dla ich wprowadzenia.

Demokracja to bowiem nie technika, a kultura.  Nie jest możliwe jej kultywowanie bez realnego dialogu społecznego, który w Polsce w ostatnich latach został całkowicie podminowany i zerwany. Bez rzeczywistego i zinstytucjonalizowanego dialogu, żadne pakty dla rolnictwa czy kontrakty regionalne nie mają społecznego znaczenia. Są grą polityczną, techniką, a nie kulturą.

Jednocześnie czym innym jest deklaracja wyborcza, a czym innym przygotowywanie programu działań rządowych. SLD ma dobry, świeży manifest programowy. Jednocześnie stale pojawiają się dylematy, jak choćby związany z opodatkowaniem kapitału i dochodów od kapitału.

To tylko przykłady wielowątkowych zagadnień, których nie da się rozstrzygać w wąskich i sektorowo wyprofilowanych zespołach programowych. Wymagają one szerszej debaty przed podjęciem wiążących decyzji politycznych. Jest ona niezbędna również dlatego, że każde ugrupowanie zyskujące duże poparcie wyborców i formujące rząd staje wobec natłoku słusznych celów. To poważne wyzwanie, zwłaszcza gdy wielkie stają się oczekiwania i aspiracje społeczne. Można mu sprostać tylko wtedy, gdy podejmie się obywatelską debatę i podsumuje ją w programie działania, zawierającym sekwencję realizacji celów i jej uzasadnienie.

--------
Jerzy Hausner, prof. dr hab. w Katedrze Gospodarki i Administracji Publicznej Akademii Ekonomicznej w Krakowie. ............
Starcy wierzą we wszystko; dorośli we wszystko wątpią; młodzi wszystko wiedzą (O. Wilde)
Lubię mówić o niczym. Jest to jedyna rzecz, o której cokolwiek wiem (O. Wilde)

Łatwiej jest nie wejść, niż wyjść (M. Twain)  
------------------------------------------------------------------------------------------------

Marek Ross: Sieciokracja, nr 4/2001, str. 50

Przeczytałem właśnie interesującą pracę, której tytuł w tłumaczeniu na język polski brzmi: „Sieciokracja - książka o elektronicznym społeczeństwie klasowym”1. Mówiąc w dużym uproszczeniu, główna teza autorów jest następująca. Ponieważ najważniejszym czynnikiem gospodarczym w tzw. knowledgebased economy jest informacja, obserwujemy właśnie zastępowanie kapitalizmu dawnego typu przez nową formację; autorzy pracy wyraźnie lubiący neologizmy, nazywają ją „informacjonalizmem”. Prowadzi to do powstania dwóch nowych klas : „sieciokratów”, dysponujących ekskluzywną informacją i kierujących globalną gospodarką (obiegiem kapitału, lokalizacją inwestycji etc.) oraz „konsumtariatu”: ludzi znarkotyzowanych konsumpcją, którzy zatracili ambicje przekształcania świata i zdolność kierowania swoim życiem, a jedynie łykają „przeżutą rozrywkę” masowych mediów, jaką każą im dostarczać „sieciokraci”. Gdzieś na marginesie tych dwóch klas plączą się coraz mniej potrzebni politycy, skoncentrowani głównie na budowie swojego medialnego wizerunku, coraz lepiej prowadzący kampanie wyborcze, ale coraz gorzej rozwiązujący konkretne problemy.

Nowa polaryzacja socjalna
Należy zaznaczyć, iż praca Barda i Söderqvista jest unikającym wartościowania, beznamiętnym opisem procesu, który przyrównują oni do czasów, gdy feudalizm ustępował miejsca kapitalizmowi. Nie jest to też książka wybitnie odkrywcza – wiele tez sformułowali już wcześniej i w sposób bardziej zniuansowany inni autorzy ...
Dyskusyjna jest też teza autorów, iż powszechnie dostępna sieć multimedialna ogranicza demokrację. Pamiętajmy, że sukcesy  akcji przeróżnych NGO (Non-Governmental Organisations) nie byłyby możliwe bez wykorzystania Internetu.  Sądzę, że Internet jest neutralny, jak każde inne medium. Wszystko zależy od tego, kto i w jakim celu z niego korzysta.
Natomiast coraz więcej danych statystycznych potwierdza główną tezę książki Barda-Söderqvista i wskazuje, iż efektem rewolucji informatycznej jest to, co agendy ONZ nazwały Digital Divide; prowadzi on do marginalizacji i proletaryzacji  całych grup społecznych, a w dalszej perspektywie – także całych narodów4.
...
Schyłek państwa narodowego
W czasie 19.-wiecznej rewolucji przemysłowej, business i państwa narodowe żyły w swoistej symbiozie. Była ona możliwa dzięki ekspansji kolonialnej, przybierającej często formy wręcz ludobójcze (np. amerykański badacz Adam Hochschild wykazał, że działalność firm Leopolda II w Kongu Belgijskim kosztowała przynajmniej 9 mln ofiar5).  Nie istniały wówczas ponadnarodowe korporacje a rywalizacja firm o surowce i rynki zbytu miała odbicie w stosunkach międzypaństwowych.  Załamanie się systemu kolonialnego po 2. wojnie światowej spowodowało, że interesy businessu i państw narodowych zaczęły być rozbieżne.  Nieuchronny konflikt był względnie podskórny dopóki istniało zagrożenie komunizmem, później przybrał formy bardziej otwarte.   (...)
Aby polskiemu czytelnikowi uzmysłowić, że teza o wycofywaniu się państwa nie jest przesadna, posłużę się przykładem z własnego życia. Mieszkam w Sztokholmie, w domu będącym własnością międzynarodowego holdingu finansowego. Jeżdżę  metrem zarządzanym przez angielską filię koncernu francuskiego. Korzystam z usług amerykańskiego operatora telefonicznego, a domowy Internet zapewnia mi operator norweski. Rachunek bieżący mam w banku duńsko-szwedzko-norwesko-fińskim,  prywatne ubezpieczenie emerytalne – w firmie brytyjsko-holenderskiej. Jeżeli źle zaparkuję samochód, mandat wypisuje mi kontrolerka szwedzkiej firmy prywatnej. Jedyną instytucją szwedzkiego państwa, z którą mam kontakt dwa razy w roku, jest urząd podatkowy.
Trudno o lepszy symbol globalizacji niż gazeta, którą codziennie wyjmuję ze skrzynki: nazywa się wprawdzie „Svenska Dagbladet”, ale jest własnością koncernu norweskiego, a jej naczelny ma obywatelstwo fińskie.
   
Powinności państwa
Nie trzeba ukrywać faktu, że abdykacja państwa w wielu dziedzinach ma powody finansowe. Przytoczę tu tylko jeden znamienny przykład. Na badania podstawowe, stosowane i rozwojowo-wdrożeniowe Szwecja wydaje największy w świecie procent produktu krajowego, bo 3,85 proc. PKB (...)  Jednakże tylko 28 proc. wszystkich badań naukowych w Szwecji odbywa się w instytutach wyższych uczelni, reszta – w laboratoriach i placówkach badawczych szwedzkich firm. W dodatku także na wyższych uczelniach coraz większą rolę odgrywają środki pochodzące nie z budżetu, ale z tzw. zewnętrznych źródeł finansowych, np. na politechnice sztokholmskiej z tych zewnętrznych źródeł pochodzi ca  70 proc. środków przeznaczonych na badania. Po prostu, nawet bogatego państwa szwedzkiego nie stać już na finansowanie coraz kosztowniejszych badań naukowych. Nawiasem mówiąc, smętna sytuacja Polski i na tym też polega, że nie ma ona i już nie będzie miała własnych wielkich kapitalistów, a trudno się spodziewać, aby kapitaliści zagraniczni finansowali naukę polską lub lokowali nad Wisłą swoje najnowocześniejsze placówki badawcze.    
Jednakże z faktu, iż wiele problemów skomplikowanego świata można dziś efektywnie rozwiązywać tylko na szczeblu ponadpaństwowym, np. Unii Europejskiej, wcale nie wynika, że państwo narodowe – jak to twierdzili „nawiedzeni” neoliberałowie –ma tylko pilnować dyscypliny finansowej i nie przeszkadzać wielkim korporacjom, gdyż wszystkie problemy najlepiej rozwiąże osławiona niewidzialna ręka rynku.   Przeciętny młody Polak, od roku 1990 wychowywany przez dominujące w kraju media prawicowe, zdaje sobie sprawę, że państwo powinno prowadzić jakąś politykę ekonomiczną (która jednak ex definitione nie może sprowadzać się tylko do kształtowania podaży pieniądza!) oraz chronić swoich obywateli z zewnątrz (przy pomocy sił zbrojnych) i wewnątrz kraju (przy pomocy policji).   Na ogół jednak nie jest świadomy, że w wielu krajach Europy Zachodniej obowiązki państwa dotyczą także trzech innych, równie ważnych obszarów. Są nimi:
1)  dostępne dla każdego szkolnictwo wszystkich szczebli na możliwie wysokim poziomie; 
2)  opieka nad najsłabszymi obywatelami;   
3)  nowoczesna infrastruktura w całym kraju.  
Dziedzinom tym poświęcę chwilę uwagi. 

Edukacja dla wszystkich
Aczkolwiek żyję w kraju, w którym konieczność opłat za naukę kojarzy się wręcz z „horrorem ekonomicznym”, charakterystycznym tylko dla „socjalnie niedorozwiniętych społeczeństw klasowych”, nie chcę tu wdawać się w spór, czy lepsze jest szkolnictwo bezpłatne, czy płatne. Praktyka poucza, że szkolnictwo płatne też częściowo niwelować może różnice socjalne, ale jedynie w kraju tak bogatym, że stać go na bardzo rozbudowany system stypendialny. Polska krajem tak bogatym nie jest i niestety jeszcze długo nie będzie.
...  
Opieka nad najsłabszymi
Nikt rozsądny nie jest dziś tylko z powodów ideologicznych przeciwnikiem prywatyzacji. Nie znaczy to oczywiście, że firma państwowa zawsze i wszędzie ustępować musi firmie prywatnej. Niedawny, z początków września 2000 r., raport szacownego amerykańskiego banku inwestycyjnego Merrill Lynch o gospodarce Szwecji, jest istnym peanem na cześć efektywności i sprawności szwedzkich firm państwowych. Jednak takich firm dochodowych, skutecznie walczących z prywatnymi konkurentami, jest już bardzo niewiele...  W ostatnich dziesięciu latach przeszła przez Szwecję fala bardzo szerokich prywatyzacji i dla obywateli  był to proces korzystny, z jednym wszak istotnym wyjątkiem. Otóż po pewnym czasie  do szwedzkich mediów zaczęły się zgłaszać pielęgniarki i opowiadać o skandalicznych praktykach w niektórych sprywatyzowanych zakładach opieki dla ludzi starych, zwłaszcza z demencjami (odwodnione staruszki, drastyczne ograniczenie wizyt lekarzy, faszerowanie środkami nasennymi etc.), czy w placówkach dla niepełnosprawnych dzieci.  Należy skądinąd podziwiać wysokie morale tych pielęgniarek i opiekunek, które wiedziały, co je czeka – wszystkie bez wyjątku zostały przez pracodawców ukarane natychmiastowym zwolnieniem z pracy, choć przytoczone przez nie fakty zostały potwierdzone przez inspekcje nadzoru. (
I co dalej? Jak to się skończyło? Anonimus).  Wkrótce potem okazało się, że także prywatne kursy językowe i zawodowe dla imigrantów osiągnęły poziom ponurej groteski. Zaczęto kontrolować inne sektory: mówiąc krótko, prywatyzacja czy wydzierżawienie usług  na zasadzie przetargu okazało sił mało udane wszędzie tam, gdzie klienci z powodu ograniczonej sprawności czy zwykłego strachu (przypadek imigrantów) nie mogli się skarżyć  na ich jakość. W takich przypadkach ogromna jest pokusa oszczędzania na etatach stałego personelu, na lekach i kosztownych urządzeniach wspomagających (które często są trzymane zamknięte w szafie), na wizytach lekarzy i innych specjalistów, nawet na produktach żywnościowych.

Celem każdego przedsiębiorcy jest zysk i nikt na świecie nie zakłada firmy w celu charytatywnym. Gdy prywatny zarządca przejął w tym roku podmiejską kolejkę wahadłową w Sztokholmie, to tak „zracjonalizował” warunki pracy, że zwolniło się 76 maszynistów, w komunikacji zapanował chaos, a demonstracje rozwścieczonych podróżnych szybko zmusiły władze miasta do interwencji. 
...
Infrastruktura
(...)  Cerf nie mógł się nadziwić, iż wiodącymi informatycznie krajami świata jest, oprócz USA, akurat pięć peryferyjnych państw nordyckich: Finlandia, Szwecja, Islandia, Norwegia i Dania. Jego zdaniem, decydujące znaczenie miało tu państwowe wsparcie rozwoju informatycznej infrastruktury. Z tą opinią trudno się nie zgodzić. ...  W Szwecji  55 proc. wszystkich uczniów ma własny adres elektroniczny, a normy, które inne państwa Unii Europejskiej (Internet w każdej szkole, 1 komputer na 5 uczniów w gimnazjum i na 10 uczniów w szkole podstawowej) chcą osiągnąć dopiero w końcu roku 2001, już zostały przekroczone, ale nie byłoby to nigdy możliwe bez pomocy państwa.   

Skazani na dwie Polski
W Polsce wielkie różnice w poziomie życia obserwuje się nie tylko między ludnością miejską i wiejską, ale także między wschodnią i zachodnią częścią kraju. Różnice te, znacznie jaskrawsze niż w innych państwach Europy, są chyba naszą specjalnością narodową.
Jeden z dzisiejszych polskich liberałów wsławił się powiedzeniem, że II Rzeczpospolita była szwajcarskim zegarkiem, który zepsuła komuna. Jednak żyjący w przedwojennej Polsce, obiektywni i życzliwi naszemu krajowi obserwatorzy zagraniczni często wyrażali opinię, iż było to państwo skazane na zagładę z powodu swoich przerażających kontrastów socjalnych i konfliktów narodowościowych. Posłużę się tylko jednym przykładem.  W roku 1989 wydano w Sztokholmie dziennik przedwojennego sekretarza szwedzkiego poselstwa w Warszawie, Svena Grafström9. Ten pochodzący ze środowiska urzędników państwowych liberał i antynazista, nie miał nic wspólnego z żadnym socjalizmem, a Polaków darzył wręcz zdumiewającą życzliwością – reprezentował nawet polskie interesy w Niemczech od początku wojny do końca listopada 1939, kiedy to III Rzesza przestała uznawać to pełnomocnictwo Szwecji – przekazał z polskiej placówki w Sztokholmie znaczną sumę pieniędzy „we właściwe ręce” w Warszawie, w Gestapo interweniował, czasami skutecznie, w obronie aresztowanych etc. A jednak jego opis Polski, „
gdzie hrabiowie są prawie tak liczni, jak zające w ich włościach”, jest wielkim oskarżeniem stosunków społecznych w naszym kraju. O sławnych balach u Róży Tyszkiewiczowej Grafström pisał w sposób kojarzący się raczej z późniejszą propagandą PRL.  Był przerażony polskim zacofaniem gospodarczym, a zwłaszcza niewiarygodną nędzą na wsi, np. z okazji polowania na Podlasiu odnotował ze zdumieniem łodzie z wydrążonych pni bukowych, które w innych krajach „wywołują ślinotok u archeologów, gdy uda im się coś takiego odkopać w torfowisku”. Nadmienię, że poziom życia polskiej ludności wiejskiej w ogóle szokował Szwedów, np. Carl Herslow – wrogi lewicowości dyplomata i oficer elitarnego pułku, dyrektor Polskiego Monopolu Zapałczanego, a później konsul generalny w Warszawie – również napisał we wspomnieniach:  Przeraziłem się, gdy z okazji polowania po raz pierwszy zobaczyłem polską wieś10.   W  Szwecji luterański solidaryzm nie pozwalał na taką nędzę najemnych robotników rolnych, choć ówczesny szwedzki system fornalski nie zapewnił im szczególnej radości życia.

Niestety, zdaniem dzisiejszych szwedzkich obserwatorów, sytuacja ludności wiejskiej w niektórych rejonach Polski jest znowu przerażająca.  Prawicowa „Svenska Dagbladet” opublikowała 6 X 2000 r. reportaż ze wsi Grabówka i z pobliskich Mikołajek.  Autor, ze szwedzką pedanterią, nazwiskami i fotografiami, przedstawił losy dwóch rodzin. Jedna to tylko średnio zamożni przedsiębiorcy:  willa w Warszawie warta 5 milionów SEK, letnisko w Mikołajkach, właśnie przez firmę Inter  Commerce zbudowane (15 tysięcy SEK za metr kwadratowy), duża łódź żaglowa na jeziorze, świetny samochód. Druga rodzina to Anna Lisowska, jej mąż Misza i córeczka Weronika. W popierającej prokreację katolickiej Polsce Annę zwolniono z pracy, gdy tylko zaszła w ciążę. Ta młoda kobieta, razem z rodziną mieszka u teściów – dwupokojowe  mieszkanie zajmuje łącznie 6 osób, a z nich tylko Misza ma pracę i zarabia 700 zł miesięcznie. Prawicowy dziennikarz szwedzki stwierdza rzeczowo, że dla takiej Anny i milionów osób w podobnej sytuacji, bogata Warszawa nie jest nawet inną Polską, ale po prostu „obcą planetą”.     

Jest dość przerażające, że tak podobne są te dwa, przykładowe opisy Polski, choć dzieli je ponad sześćdziesiąt lat.  Jeszcze bardziej przerażające, że polska tzw. klasa polityczna praktycznie nie prowadzi rzeczowej debaty o tym, czy i jak można zasypać przepaść dzielącą dwie tak różne Polski. Jak to jest możliwe przy realizacji modelu gospodarki z obcym kapitałem i rodzimą, prostą pracą?  Jak, choć częściowo, zlikwidować kryzys mieszkaniowy, bez czego niemożliwa jest wewnętrzna migracja „za pracą”?   Jak finansować podwyższanie kwalifikacji i niezbędne w nowoczesnej gospodarce zmiany zawodów?  Jak nie dopuścić do sytuacji, w której najzdolniejsi absolwenci kierunków ścisłych i przyrodniczych zostaną „wyssani” do krajów bogatego Zachodu, a w Polsce pozostanie siła robocza produkcji nisko przetworzonej i grupa menedżerów do nadzoru obcych interesów?
  
Nie zajmuję się polityką, jestem tylko praktykiem businessu, a więc o pewną konfuzję przyprawia mnie fakt, iż muszę tu przypomnieć, że żaden kraj świata  nie przeszedł ze stadium biedy do grupy państw rozwiniętych bez likwidacji różnic między miastem a wsią (z nieuchronną zmianą struktury zatrudnienia), bez rozwoju  powszechnie dostępnego szkolnictwa, zwłaszcza średniego, na wysokim poziomie i bez inwestycji w infrastrukturę.
Jeden z wybitnych intelektualistów Norwegii, Johan Galtung... jest autorem określenia, które zrobiło niewiarygodną karierę światową:
społeczeństwo 20/80 – zdaniem profesora, nader realna jest groźba, iż w bliskiej już przyszłości 20 proc. ludzi alfa zajmować się będzie nauką oraz kontrolą obiegu informacji i kapitału, a 80 proc. ludzi beta  - prostą produkcją , kopulacją, konsumpcją rozrywki i obsługiwaniem ludzi alfa. Podobny podział dotyczyć ma państw, z których tylko czołówka korzystać będzie z dobrodziejstw cywilizacyjnego rozwoju;  w nich liczba ludzi alfa będzie większa, podczas gdy w krajach podrzędnych podział może się nawet kształtować według proporcji 10:90.  Zauważmy, iż prognoza Galtunga pokrywa się z główną tezą książki Barda-Söderqvista, od której rozpocząłem niniejszy tekst; współbrzmi też ona z pracami takich intelektualistów jak np. Manuel Castells, Vivianne Forrester,...lista mogłaby być bardzo długa.

Wszystkie sondaże i inne oznaki wskazują, iż na szczęście lewica powróci w Polsce do władzy. Wierzę, iż żaden uczciwy lewicowiec nie chciałby Polski według modelu 20:80, nie czułby się dobrze w kraju, w którym przeważająca większość społeczeństwa zalicza się do „gawiedzi” (jak to większość swych rodaków elegancko określiła pewna pani profesor na łamach nobliwego „Tygodnika Powszechnego”). Jako szwedzkiego socjaldemokratę niepokoi mnie jednak, iż dość wątła jest dyskusja polskiej lewicy o strategii rozwoju kraju i sposobach konkretnych rozwiązań. Przecież ani ogólny model gospodarki rynkowej, ani przyjęcie do Unii Europejskiej nie gwarantują automatycznego sukcesu, co dobrze ilustruje chociażby smętny przypadek Grecji. Przykład hiszpańskiego bezrobocia też nie wzmacnia polskiego optymizmu. Brak poważnej i szerokiej debaty polskiej lewicy o modelu rozwojowym kraju jest o tyle dziwny, iż z różnych sondaży wynika, że z ideami i celami SLD utożsamia się przecież dużo osób świetnie wykształconych.     

---------
Marek Ross, biznesmen i publicysta pochodzenia polskiego, mieszka w Sztokholmie.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Władysław Baka: Wielkie błędy transformacji, nr 3/2001, str. 5

W dniach 25 - 26 stycznia obradował Kongres Ekonomistów Polskich. Było to wydarzenie ważne nie tylko dlatego, że w sposób odpowiadający potrzebie czasu zakreślona została wiodąca tematyka obrad (czy ekonomia nadąża za wyjaśnianiem rzeczywistości?; Jaka polityka gospodarcza dla Polski?), lecz także dlatego, że PTE - organizator kongresu - stworzyło warunki do publicznej prezentacji swoich poglądów przez reprezentantów różnych nurtów i szkół myślenia. Ten ostatni aspekt jest tym ważniejszy, iż od początków transformacji , w środkach masowego przekazu (prasa, radio, tv), prawo do przedstawiania opinii i ocen dotyczących zarówno teoretycznych problemów ekonomii, jak i praktycznych zagadnień społeczno-gospodarczych w Polsce i na świecie, zarezerwowane zostało - generalnie biorąc - dla nielicznych instytucji i osób, wyznających podobny, neoliberalno-prawicowy system poglądów. Dzięki kongresowi możliwe stało się, chwilowe przynajmniej, przełamanie tego monopolu. Na podstawie referatów i wystąpień jego uczestników można było dowiedzieć się znacznie więcej o rzeczywistych poglądach środowiska polskich ekonomistów na temat transformacji, aniżeli w oparciu o mass media.

Duże wrażenie wywarł odczytany referat jednego z najwybitniejszych ekonomistów starszego pokolenia, profesora Jana Drewnowskiego, zmarłego pod koniec ubiegłego roku, który mieszkając stale w Anglii - od lat prowadził badania teoretyczne nad procesem transformacji ustrojowej w Polsce. Podstawową konstatacją wynikającą z tych badań jest, że od początku proces transformacji w Polsce był źle prowadzony, o czym zadecydowały cztery zasadnicze błędy popełnione przez kierujących tym procesem.

Błąd pierwszy polegał na nadmiernej wierze w samorzutną dynamikę transformacji i przyjęciu koncepcji "mocnego uderzenia", opartej na przekonaniu, że gdy tylko unicestwi się aparat centralnego planowania, to nowy ustrój powstanie spontanicznie. Bardzo szkodliwe - jak pisze autor - było mylne przekonanie, że rozpoczynając transformację należy znacznie ograniczyć aktywność organów państwowych, kiedy "w rzeczywistości rola państwa powinna ulec zasadniczej zmianie, a w czasie trwania procesu transformacji powinna być ona nawet intensywniejsza i sprawniejsza".

Błąd drugi wynikał z pierwszego. Licząc na automatyzm procesu transformacji, zaniedbano i opóźniono przeprowadzenie ważnych działań instytucjonalnych, mających na celu dostosowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego i działów gospodarki do zasad gospodarki rynkowej, a także wprowadzenie odpowiednich regulacji, dotyczących np. miejsca i roli kapitału zagranicznego w gospodarce. Brak takiej przebudowy i regulacji powoduje, że gospodarka nie funkcjonuje jak należy.

Błąd trzeci wyrażał się w poważnych niedociągnięciach organizacyjnych , kompromitujących ideę transformacji i zmian instytucjonalnych. Przykładem jest fakt, że zadania i funkcje, które mają spełniać nowe instytucje (służba zdrowia, szkolnictwo, samorządy), nie znalazły odpowiedniego wsparcia finansowego. Złamana została kardynalna zasada współmierności środków do zadań i funkcji.

Błąd czwarty ma charakter polityczny. Zapomniano bowiem, iż "najważniejszym zadaniem nowego ustroju miało być podnoszenie stopy życiowej całej ludności". Takie były deklaracje i tego wyborcy oczekują od demokratycznie wybranej władzy. Tymczasem w rezultacie źle prowadzonego procesu transformacji powiększa się bezrobocie, a w poziomie stopy życiowej występują coraz bardziej jaskrawe różnice.

Z referatem prof. Drewnowskiego koresponduje artykuł pt. "Wielki Szwindel", autorstwa prof. Józefa Rutkowskiego, wybitnego znawcy międzynarodowych stosunków gospodarczych, opublikowany w "Trybunie" z 17 stycznia br. Na podstawie przedstawionych danych i obliczeń autor stwierdza, że w drugiej połowie lat 90. Polska stała się absolutnym rajem podatkowym dla kapitału zagranicznego, bijącym na głowę pod tym względem wszystkie inne państwa. I nie chodzi tutaj o prawnie usankcjonowane ulgi i tzw. wakacje podatkowe dla kapitału zagranicznego, lecz o nieuczciwe praktyki. Z obliczeń prof. Rutkowskiego wynika, że w latach 1997 - 1999 wpływy podatkowe, należne od firm zagranicznych, zostały uszczuplone o ok. 6,9 mld zł, w rezultacie machinacji finansowych dokonywanych przez nie przy użyciu tzw. cen transferowych. Chodzi mianowicie o sprzedaż i kupno towarów między spółkami działającymi w kraju macierzystym, a ich zagranicznymi oddziałami i filiami, według cen wewnętrznych, arbitralnie ustalanych w ramach spółki, na poziomie znacznie odbiegającym (w górę lub w dół) od cen rynkowych. Stosuje się tu, jak stwierdza autor, korzystne dla towarzystw macierzystych fakturowanie po cenach zawyżonych towarów i usług do oddziałów i filii za granicą, a po cenach zaniżonych - kupowanych od nich towarów i usług. Przy takiej praktyce łatwo kształtować sytuację finansową oddziałów i filii za granicą tak, aby wykazywały nie zysk, lecz stratę i nie płaciły podatku dochodowego w kraju goszczącym.

Rzeczywiście, nie mogą nie zdumiewać informacje, że kapitał zagraniczny, w którego posiadaniu znajduje się już ok. 1/3 całości firm produkcyjnych i usługowych działających w Polsce, jako całość nie przynosi żadnego zysku, lecz straty. W 1997 r. wykazał on straty w kwocie 25 mln USD, w 1998 r. - 264 mln USD, a w 1999 r. - 453 mln USD. Zdaniem prof. Rutkowskiego, którego kompetencje merytoryczne oraz rzetelność są wysoko cenione w środowisku ekonomistów, dane te nie odzwierciedlają prawdziwego stanu rzeczy. Według przybliżonych rachunków, w 1997 r. firmy zagraniczne osiągnęły zysk rzędu 1,4 mld USD, 1,6 mld USD w 1998 r. i 2,1 mld USD w 199 roku. Tymczasem, nie nękane przez fiskus, z roku na rok wykazują one coraz większą skalę "strat" ponoszonych w Polsce. Dokonując porównań międzynarodowych, autor stwierdza, że przypadek Polski jest wyjątkowy, niewyobrażalny w krajach cywilizowanych, dobrze rządzonych.

Sprawa jest niezwykle poważna. Wymaga pilnego wyjaśnienia. A swoją drogą zdumiewa, iż mimo że od czasu opublikowania tych danych upłynęło już kilka tygodni, to ani Ministerstwo Finansów, ani Rząd, ani Sejm, ani nawet NIK, nie zainteresowały się tą sprawą. Nawiązując raz jeszcze do referatu prof. Drewnowskiego, można postawić tezę, że brak szybkiej reakcji na patologie ujawnione w mechanizmach przebudowywane gospodarki, również należy uznać za wielki błąd polskiej transformacji.

------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Nie mamy czasu, nr 3/2001, str. 7

Sondaże wskazują, że znaczna część polskiego społeczeństwa, zwłaszcza mieszkańcy mniejszych miast i wsi, ocenia obecną sytuację kraju jako złą lub nawet kryzysową. Coraz więcej osób i rodzin dotyka rosnące bezrobocie, w wielu ośrodkach likwiduje się przedsiębiorstwo za przedsiębiorstwem, ceny rosną, dochody zostają w tyle, a dochody znacznej części rolników wręcz spadają, dostęp do publicznej opieki zdrowotnej w rezultacie reformy uległ wyraźnemu pogorszeniu, szerzy się złodziejstwo i bandytyzm, świadczące o rozchwianiu więzi społecznej. Zjawiska te razem wzięte muszą spowodować napięcie i ostry spadek zaufania do państwa i jego przedstawicieli.

Nie przekonuje przeciwstawianie temu wskaźników makroekonomicznych, świadczących o tym, że tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 4 proc. rocznie jest wciąż zupełnie dobre, a inflacja słabnie. Trzeba sobie zadać pytanie, co dzieje się ze wzrostem PKB, skoro go nie odczuwamy, a bezrobocie rośnie na potęgę niemal z dnia na dzień? Otóż wskaźnika tempa wzrostu PKB nie można traktować zbyt serio. Po pierwsze, podnosi je wzrost podatków pośrednich, które w rachunku PKB są doliczane do bardziej miarodajnej wielkości, jaką jest wartość dodana. Po drugie, podnosi je również wzrost wydatków na administrację, który trudno uznać za zdrowe zjawisko w części związanej z trwającym wzrostem biurokracji.
...

------------------------------------------------------------------------------------------------
Eugeniusz Kośmicki: Globalizacja a kwestia społeczna, nr 3/2001, str. 21

Poszczególne gospodarki są coraz bardziej wzajemnie powiązane - rozwija się zjawisko globalizacji. Dotyczy to także różnorodnych skutków społecznych i ekologicznych. Coraz częściej poszczególne państwa koncentrują się na aspektach "czysto" ekonomicznych. Znajduje to wyraz w dążeniach do obniżania dotychczasowych standardów socjalnych, jako obciążeń niezgodnych z warunkami międzynarodowej konkurencyjności gospodarczej. W rozwiniętych państwach Europy wysokie bezrobocie stało się współcześnie zjawiskiem normalnym, tracąc swoją moc straszaka społecznego. Obecnie konieczne jest pilne wypracowanie nowych regulacji kwestii socjalnej w gospodarce Unii Europejskiej, a nawet w skali międzynarodowej. Jednocześnie poszczególne państwa nadal mają obowiązek prowadzenia aktywnej polityki społecznej.

Globalizacja jako podstawa funkcjonowania gospodarki

Współcześnie globalizacja rozwija się szybko; wszystkie kraje naszej planety tworzą coraz większą jedność społeczno-ekonomiczną i ekologiczną. Globalizację rozumieć trzeba jako rozszerzenie społecznej współzależności działań ponad granice narodowe, sięgające coraz bardziej wymiaru światowego.
... 
Współczesne wyzwania społeczne

Bezrobocie nigdy nie było jeszcze tak wysokie, jak współcześnie. Sytuacja społeczno-ekonomiczna była bardziej dramatyczna tylko w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego w latach 30.
...
Podstawowe zasady społecznej gospodarki rynkowej

W nawiązaniu do analiz teoretycznych i warunków funkcjonowania gospodarki, wyróżnia się najczęściej następujące systemy gospodarowania: wolną gospodarkę rynkową, regulowaną gospodarkę i gospodarkę zarządzaną centralnie.
...
Nowy kompromis między kapitałem a pracą

Począwszy od lat 80., następuje erozja państwa socjalnego, co jest wynikiem narastania globalizacji w gospodarce, komunikacji, technologii czy transporcie.
...
Podstawowymi cechami globalizacji staje się liberalizacja kontaktów handlowych , deregulacja państwa socjalnego i prywatyzacja. W tych warunkach zagrożone zostają dotychczasowe osiągnięcia społeczne, a światu zaczyna zagrażać globalny „kasynowy kapitalizm”, oparty na imperatywie rynku światowego i globalnej konkurencji.

Globalizacja coraz bardziej wymaga ram instytucjonalnych i politycznej regulacji, gdyż dotychczasowe struktury państw narodowych stają się mało efektywne pod względem skuteczności społecznej.
...
(...) Dotychczasowa globalizacja gospodarki spowodowała przesunięcie podziału dochodów w stronę kapitału, a narodowa polityka gospodarcza i społeczna straciły możliwość zapewnienia pełnego zatrudnienia przy pomocy środków oddziaływania na popyt. Bez nowych instytucji i regulacji w skali globalnej i europejskiej, podstawowe wartości społecznej gospodarki rynkowej stają się coraz bardziej zagrożone.
...
Niedawno pojawiła się koncepcja „trzeciej drogi” między neoliberalizmem a klasycznymi założeniami socjaldemokracji. Odrzuca ona w sposób zdecydowany idee „realnego socjalizmu”. Jej twórca, T. Blair17, wymienia cztery podstawowe wartości niezbędne dla funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa: taka sama wartość każdej jednostki, szanse dla wszystkich, odpowiedzialność, wspólnotowość (community).
...
Integrację gospodarczą w Europie traktuje się ogólnie jako ochronę przed najbardziej negatywnymi skutkami globalizacji gospodarczej.
...
Koncepcja neoliberalizmu - w gospodarstwie i społeczeństwie - odpowiedzialna jest już obecnie za wiele zjawisk negatywnych we współczesnej gospodarce oraz odchodzenie od wartości „społecznej gospodarki rynkowej”. Powinni to uwzględnić rodzimi wyznawcy neoliberalnej ekonomii, którzy wierzą we wszechmoc mechanizmów wolnej gospodarki rynkowej.

-----------

Eugeniusz Kośmicki, prof. dr hab. w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Rolniczej w Poznaniu, zajmuje się socjologią wsi i biologią teoretyczną.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Alfred Mielczarek: Metarmofoza współczesnego kapitalizmu, nr 3/2001, str. 40

W ślad za prokapitalistyczną transformacją Polski i innych państw postsocjalistycznych, wiedza społeczna wcale nie rośnie stosownie do obecnych potrzeb, podyktowanych rozumieniem zachodzących przeobrażeń samego kapitalizmu. Faktycznie niewiele odbiega ona obecnie od poziomu, na jakim przedstawiano kapitalizm w okresie zimnej wojny, dzieląc wtedy ustroje polityczno-społeczne wyłącznie na dwa przeciwstawne, tj. kapitalizm i socjalizm, nazywany zresztą na wyrost "komunizmem". Mimo upływu całego już dziesięciolecia od zakończenia zimnej wojny, nadal w zasadzie stosuje się pojęcia i terminologię uproszczoną, przede wszystkim nie zwracając uwagi na różne rodzaje i etapy rozwojowe kapitalizmu.

Kapitalizm kapitalizmowi nierówny

W Polsce  jedną z pierwszych prac, zwracających społeczną uwagę na fakt, że są różne rodzaje kapitalizmu, była książka francuskiego ekonomisty Michela  Alberta , pt. „Kapitalizm kontra kapitalizm” (Wydawnictwo „Signum”, Kraków 1994). Autor, analizując obiektywną sytuację ekonomiczną w ostatnim ćwierćwieczu w USA i w  Europie, wyodrębnił dwa modele współczesnego kapitalizmu:  nadreński i neoamerykański.

Model nadreński – obejmujący Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Szwecję, a nawet Japonię – ma w zasadzie rodowód socjaldemokratyczny, żeby już nie wnikać w ogólną społeczno-gospodarczą swoistość samych Niemiec, począwszy od Bismarcka i nie wchodzić w specyfikę Japonii, dobrze zresztą opisaną przez Pawła Bożyka1.

Poza widoczną ręką państwa

Paradoksalnie, model nadreński przegrał konkurencję z modelem neoamerykańskim właśnie dlatego, że działał poprawnie, że będąc wiernym europejskiemu kapitalistycznemu porządkowi ekonomicznemu, trzymał się właśnie praw rynku i nie forsował władzy samego pieniądza. Do czasów hegemonii amerykańskiej, pieniądz był przecież traktowany jako ekwiwalent towarów, środek wyrażania wartości i środek wymiany. Oczywiście te trzy funkcje przez 4-6 tys. lat  istnienia pieniądza były nader ważne, ale zawsze rozumiano, że w rozstrzygających sytuacjach życiowych pieniądz nigdy nie może stanowić  wartości samoistnej.

Amerykanie, odwracając stosunek: towar – pieniądz, zarazem z samego operowania pieniądzem uczynili wręcz sztukę. Najpierw po wojnie szybko przekonali świat, że dolar wcale nie musi mieć pokrycia w złocie. Wystarczy – twierdzili – że stoi zanim potęga militarna i ekonomiczna Stanów Zjednoczonych.

(...)  W Europie problem ten solidnie rozpracował Oskar  Lafontaine, skupiając szczególną uwagę na liberalizacji rynków kapitałowych, jaka nastąpiła w latach 80.   Lafontaine udowadnia, że wcale zresztą nie miała  ona charakteru ekonomicznego, lecz polityczny.  W istocie bowiem „nastąpiła rewolucja: nie dokonywano już międzynarodowej wymiany pieniądza dla sfinansowania wymiany towarowej lub inwestycji, lecz dla osiągnięcia krótkoterminowych spekulacyjnych zysków6. Co więcej – zdaniem Lafontaine’a – ta rewolucja miała po prostu charakter zorganizowanej przestępczości.   Większość zwolenników deregulowanych światowych rynków finansowych nie spostrzegła, że kształtowanie cen na nich nie następuje według prawideł podaży i popytu, a raczej kieruje się oczekiwaniami i psychologicznymi czynnikami. Z tego powodu jest ona często nieracjonalna i prowadzi do wielkich gospodarczych wypaczeń7.  

Regulacja rynków finansowych jako problem społeczny

Istota tej rewolucji niestety nie doczekała się jeszcze odpowiedniego społecznego nagłośnienia, co zresztą spowodowało sytuacje wręcz paradoksalną. „Ku memu zdumieniu - ...  Przekonałem się ...  Już założyciele partii socjaldemokratycznych i socjalistycznych wiedzieli, że społeczeństwo jest niesprawiedliwe wówczas, gdy prywatyzuje się zyski, a straty uspołecznia”.

Wszystkie ruchy społeczne, niezależnie od stopnia zaangażowania się ich w obronie świata pracy, miałyby zatem najpierw obowiązek wyjaśnienia społeczeństwom, na czym polega ten niesamowity mechanizm, prowadzący w końcu do osiągania przez niektóre elity finansowe podwójnych zysków: raz w typowy na ogół sposób, drugi raz, przez przerzucanie konsekwencji strat na barki społeczeństwa.

W latach 80. tak też zmieniła się społeczna sytuacja;  dawny wyzysk zaczął teraz uchodzić  za objaw lokalny (narodowy) i za zbyt prosty, sprowadzający się do jawnego przechwytywania wartości dodatkowej. Teraz natomiast powstał międzynarodowy, skomplikowany system, „nadużywany przez bezwzględnych spekulantów, przez uczestników rynku, którzy nie wahają się przed wciągnięciem całych gospodarek narodowych, krajów i ich mieszkańców w kryzysy. Łatwowierni politycy popierający deregulację i liberalizację, całkowicie nie doceniają deregulowanego światowego systemu finansowego. Aczkolwiek jestem przekonany, że alokację kapitału w dużej mierze należy pozostawić rynkowi, to wiem, że tak zwaną niewidzialną rękę uzupełnić należy widoczną ręką rządu, by przywrócić rynkom równowagę”9.    

Prawa natury czy kultury

Niewidzialna ręka rynku, czy widoczna ręka rządu (państwa), to zarazem wyraźna linia podziału przechodząca już nie tylko między współczesnymi ekonomistami i politykami, ale również między dwiema orientacjami typu ideologicznego. Jedna, uznająca uniwersalizm praw natury, wynika z przekonań, że nie tylko w przyrodzie, ale również w sferze stosunków społeczno-ekonomicznych mogą one działać skutecznie, w każdym razie lepiej, niż jakiekolwiek intencjonalne planowanie.    Druga, genetycznie wywodząca się z uznawania prymatu kultury, zakłada zarówno potrzebę jak i możliwości interwencji człowieka we wszystkie formy życia zbiorowego, w tym również w sferę  stosunków ekonomiczno-społecznych.

Od lat też sama idea wolnego rynku bywa interpretowana zupełnie jednostronnie, bez troski o wierność faktom historycznym. Chyba najkrócej i najwyraźniej wyjaśnił te kwestię Roj A. Miedwiediew, pisząc:  „całkowicie wolny rynek nie istniał w Europie ani w 19., ani w 20. wieku. W żadnym kraju «niewidzialna ręka rynku» nigdy nie była głównym czynnikiem rozwoju, a państwo nigdy nie pełniło roli wyłącznie «nocnego stróża». Najwybitniejsi ekonomiści 20. wieku używali innego porównania – mówili o sterze i żaglu”10.

Obecna afirmacja działania praw natury sferze ekonomicznej wynika już nie tylko z chęci usprawiedliwienia kapitalizmu, ale również z „moralnej” podbudowy i praktyki otwierania bram dla silniejszych, a raczej najsilniejszych. 

Gdy więc zwycięża idea wolnego rynku, to lepiej zorientowani wiedzą, iż nie dzieje się to poprzez rzeczywisty postęp społeczny, lecz przede wszystkim w interesie rej wodzących koncernów i korporacji, skądinąd nie zainteresowanych jakąkolwiek kontrolą państwa, lecz właśnie uwalnianiem się od wszystkiego, co łączy się z ponoszeniem odpowiedzialności. Wielu ludzi od paru lat wręcz tęskni za ekonomiczną aktywnością państwa, nie mówiąc o tym, że przegrani i oszukani chcą widzieć w państwie jeśli już nie opiekuna, to przynajmniej sprawiedliwego arbitra. W każdym razie w obecnej sytuacji, gdy nastąpiła deregulacja rynków finansowych, potrzebne jest państwo, co najmniej utrudniające deregulatorom swobodę działania.

Im bardziej konsekwentnie kapitalizm będzie odchodził od interwencjonizmu państwa (od modelu nadreńskiego), tym mniej będzie można liczyć na skuteczną regulację, dokonywaną w interesie ogólnospołecznym.

Przestrogi Marksa

Na fali pewnego otrzeźwienia, już nie mówiąc o pesymizmie, wzrasta odwoływanie się do przestróg Marksa. Nie bez satysfakcji  zresztą czyni to Oskar Lafontaine w swej książce „Serce bije po lewej stronie”. Niestety, wśród dzisiejszej lewicy lafontainowcy prymu nie wiodą, natomiast wiodą go ci, którzy łaskawie pożegnali się z Marksem bądź to z uwagi na dostosowanie się do nowych prądów ideologiczno-politycznych, bądź z przekonania, że marksizm jest już martwą ideologią. Co bardziej wyrozumiali nie mają zresztą pretensji do samego Marksa, że 130 lat temu (gdy kończył swój „Kapitał”), nie przewidział kierunku rozwoju współczesnego kapitalizmu.

Dużym zaskoczeniem była wypowiedź Adama Schaffa, w której wyraźnie sformułował wniosek, „że  marksizm, szczególnie w dużej części, którą ludzie uważali za główną (tj. za teorię funkcjonowania społeczeństwa kapitalistycznego – AM)  - przeżył się.  Co więcej, wstępna koncepcja nowego socjalizmu, sformułowana przez profesora, m.in. zasadzająca się na tym, że w nowym socjalizmie „odpadnie przede wszystkim uspołecznienie produkcji”14, w ogóle rozmija się  z marksistowską genezą teorii stosunków społecznych.  Twórczy marksiści oczywiście nie traktowali i – mniemam – nie traktują marksizmu jako zbioru dogmatów.  Nie porzucali go też tylko dlatego, że z aktualnych politycznych względów stawał się on niejako niemodny.  Rzecz w końcu nie sprowadza się ani do afirmowania danej teorii, ani do jej negacji, lecz do ewentualnego opracowania teorii (orientacji) doskonalszych, byle oczywiście takowe powstawały.   W każdym razie marksistowska teoria funkcjonowania społeczeństwa kapitalistycznego ciągle nie przegrywa konkurencji z innymi teoriami, którym zresztą daleko do tego, aby stworzyć nową, przekonującą teorię rozwoju społecznego.

Paradoks historyczny pozwala też stwierdzić, że na szczęście ani dzisiejsza lewica polska, ani też lewica zachodnia, pozostająca pod wpływem obecnych przywódców ciągnących do centrum, wcale nie mają monopolu na ocenę przydatności marksizmu. Pomału wyłania się bowiem coraz większa grupa intelektualistów, zainteresowanych marksizmem właśnie w aspekcie czysto badawczym.

W lipcu 1999  roku Anja Müller opublikowała w „Die Zeit”15 artykuł, w którym po głębokiej, fachowej analizie zarówno „Kapitału”  Marksa, jak też po prześledzeniu całej historii jego powstawania, tak oto sformułowała aktualną przydatność Marksa:
„To wszakże, co Marks przewidywał, wydaje się w końcu tysiąclecia wręcz niesamowite. Jak na przyspieszonym filmie dostrzegł on inną stronę kapitalizmu, gdzie wielka armia bezrobotnych stoi naprzeciw stale rosnącego i skoncentrowanego kapitału. Faktycznie coraz mniejsza liczba robotników produkuje coraz większą ilość towarów. Przepaść między biedą a bogactwem rośnie...”.
Marks również przewidział „metodę”  rozwiązywania trudności rozwojowych kapitalizmu, a mianowicie bezpardonowe wywłaszczanie kapitalistów słabszych przez silniejszych.  Do Marksa – przypomnę za Müller – należy „przepowiednia”, że wszystkie narody będą uwikłane w sieci międzynarodowego porządku kapitalistycznego, nazwanym już wtedy przez niego
„widmem globalizacji”.

Inną oczywiście kwestią byłoby ukazanie samego procesu rozwojowego kapitalizmu, począwszy od jego dawnych form narodowych, kończąc na globalizacji. Poza tym samą faktografię Marksa, opartą na obserwacji dziewiętnastowiecznego kapitalizmu, trzeba by uzupełnić dokumentacją współczesną.  

W każdym razie w naszych czasach ani marksizm nie uzyskał solidnego rozwinięcia  (żeby nie powiedzieć – doskonalszego następnika), ani też współczesna nauka nie zdobyła się na poszerzone, wszechstronne oświetlenie współczesnych stosunków społecznych. Po prostu zaistniała niepokojąco duża luka informacyjna.

Charakterystyczne zresztą, że pogłębianymi analizami rzeczywistych mechanizmów  i – co za tym idzie – perspektywami rozwojowymi współczesnego kapitalizmu (w swej metodzie nader bliskie marksizmowi) obecnie zaczynają zajmować się głównie ludzie pracujący w centralach sztabów kapitalizmu. W Polsce czeka przede wszystkim na opublikowanie analiza współczesnego kapitalizmu  według koncepcji amerykańskiego makroekonomisty Edwarda Luttwaka. O niej trzeba by jednak napisać oddzielnie.

--------
Alfred Mielczarek, dziennikarz (pracował w Naczelnej Redakcji Programów Oświatowych TVP), reżyser i scenarzysta filmowy, publicysta

.....................

Jeśli poślubiłeś głupotę, to przynajmniej nie bądź jej wierny. (W. Kania)

Głupcy i mędrcy są nieszkodliwi. Najniebezpieczniejsi to półgłówki i przemądrzali. (J.W. Goethe)

Nie można oddzielać sprawiedliwości od wolności, ani kultury od pracy. (A. Camus)

Władza częściej przechodziła z rąk do rąk, niż z głowy do głowy. (St. J. Lec)

W większości religii kapłan uważa się za ważniejszego od Boga. (N. Iorga)
------------------------------------------------------------------------------------------------


Anna Delick: Mitologizowanie małych firm, nr 3/2001, str. 48

Problem z ekonomistami polega na tym, iż bardzo chcieliby, aby ich dyscyplina miała status nauki ścisłej. Od lat 70. ubiegłego wieku, kiedy to jeden z twórców ekonomii neoklasycznej, Léon Walras zaczął śmiało stosować metody analizy matematycznej, wielu ekonomistów obdarza matematyczne formalizacje raczej przesadnym zaufaniem. Przed czteroma laty sama widziałam...
...
Stawianie pytań bardziej szczegółowych byłoby nietaktem, gdyż jeszcze w roku 1994 wszyscy wiodący ekonomiści - włącznie z tymi, którzy przyznają "ekonomicznego Nobla" - twierdzili, że upowszechnianie technik informatycznych (IT), wraz z przemysłową robotyzacją, spowoduje likwidację wielu zawodów i wzrost bezrobocia; zmniejszenie przeludnienia wielkich miast (wszak w wielu wypadkach możliwa jest praca na odległość, głównie przez Internet); korzystne efekty proekologiczne. W rzeczywistości...
...
No cóż, ekonomia nie jest jednak fizyką...
...
Trwałość pewnego przesądu

Jest faktem bardzo interesującym, że tak często artykułuje się przekonanie, iż wyjątkowo skutecznym środkiem na bezrobocie i biedę jest powstawanie małych firm.

Gdy tezę tę lansują politycy, jest to poniekąd zrozumiałe, choć naganne.
...
Trudniejsze do zrozumienia jest natomiast, gdy mit zbawienności małych firm propagują niezależni ekonomiści, którzy przecież mają dostęp do różnych danych statystycznych.
...
Dlaczego zakłada się własną firmę

Odpowiedź jest dwojaka: dlatego, że albo się chce, albo się musi.
...
Nie dajmy się zwariować

Nie twierdzę, że małe firmy w ogóle nie są potrzebne. Często są bardzo efektywne i zapewniają bardziej osobisty stosunek do klienta. Dla krajów biednych i zacofanych są zresztą koniecznością - jak się nie ma imperiów typu Nokia, Motorola czy Ericsson, General Eletric, ABB czy Siemens, stawiać trzeba i na małe firmy, nawet jednoosobowe. W sumie lepiej mieć takich przedsiębiorców, niż ludzi żyjących na zasiłkach. Konieczności wynikającej z biedy nie należy jednak prezentować jako symbolu rzekomego cudu gospodarczego.
...
--------
Anna Delick studiowała w Szwecji ekonomię i antropologię kulturową, zajmuje się marketingiem, publikowała w paryskiej „Kulturze” i prasie szwedzkiej.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Jan Maltecki: Szalone krowy, nr 3/2001, str. 61

Krowa nie człowiek, nie zje wszystkiego. Hodowcy zachodni, gwałcąc prawa natury, "wzbogacali" roślinną paszę krów o mielone szczątki ich zgładzonych koleżanek. Od tych praktyk kabalistycznych niektórym krowom pomieszało się w głowach. Oszalały pod wpływem chorobotwórczych i zaraźliwych prionów, atakujących ich mózgi i wnętrzności. Priony te - co warto podkreślić - nie występują w mięsie, ale w mało atrakcyjnych kulinarnie częściach krowy: mózgu, gałkach ocznych, układzie nerwowym i jelicie biodrowym. Smakosz, który zjada te części krowy może - choć nie musi - zapaść na śmiertelną chorobę Creutzfeldta-Jakoba, zwaną w skrócie CDJ. Ta rzadka choroba (jeden przypadek na milion) atakuje zwykłe osoby w bardzo podeszłym wieku. W krajach europejskich notuje się rocznie od kilku do kilkunastu takich wypadków (w Polsce średnio ok. 10). Gdy choroba wystąpi u osób młodszych - podejrzewa się (pewności nadal nie ma) zakażenie prionami "wściekłych krów". Skala tych hipotetycznych zakażeń jest niewielka. W Wielkiej Brytanii podejrzewa się, że dotyczy kilkudziesięciu wypadków, we Francji - dwóch. Zagrożenie "wściekłych krów" wobec ludzi jest zatem setki razy mniejsze niż jazda samochodem, jedzenie grzybów czy pływanie. Tysiąckrotnie większe niebezpieczeństwo niosą zarazki AIDS, syfilisa, gruźlicy czy grypy.

A jednak wokół krów rozpętano histeryczną kampanię propagandową. Tytuły porażają...
...

Jak widać, temat "szalonych krów" usypia elementarną logikę i odpowiedzialność za słowo. Z równym sensem można puścić materiał z pytaniem, czy jabłka nie zagrażają naszemu zdrowiu?, czy bada się producentów?, a może ogrodnik był chory na gruźlicę, a jego dziadek na chorobę weneryczną itp. itd.

W poszukiwaniu nowych obszarów grozy gnębi się pięknisie sugerując, że - hipotetycznie - jadowite mogą być kosmetyki, skoro zawierają produkty pochodzenia zwierzęcego, to może od wściekłych krów?, a może zawierają priony?, a może to przeniknie przez skórę? Straszne są te łakomczuchy, a na podstawie podobnego logicznego rozumowania: skoro produkty cukiernicze często zawierają żelatynę, a żelatyna może pochodzić od krów, a krowy mogły być wściekłe, to może przez przewód pokarmowy - przepływając żołądkowe kwasy - rozpełzną się u nas priony...

Za zdecydowanie groźne uznano też spożywanie mięsa wołowego w każdej postaci, choć nikt nie wykazał chorobotwórczych efektów obżerania się befsztykami. U podstaw tej propagandy leży teza: to, co z krowy, jest potencjalnie groźne i trujące. Teza ta jest głupia i fałszywa.
...
W wymiarze realnym problem "szalonych krów" to przede wszystkim poważny cios w dotychczasowe praktyki hodowlane i model konsumpcji, to wyraźna destabilizacja europejskiego przemysłu spożywczego, kosmetycznego i handlu. Może o to chodziło? Kryją się za tym ogromne straty jednych i zyski drugich, co wywołuje napięcia polityczne, nie pozostaje bez wpływu na wymianę towarową, politykę celną, nawet stosunki międzynarodowe. Polska - jak na razie - wolna jest od choroby wściekłych krów i histeria na ten temat napływa głównie z Zachodu.

Poza propagandą, problem ma też dla nas wymiar ekonomiczny. Organizacje europejskie wymuszają na Polsce m.in. wprowadzenie systemu kosztownych badań i testów dla krów. W wymiarze ludzkim skala zagrożeń życia z powodu kontaktu z wołowiną jest w naszym kraju bliska statystycznie tym zagrożeniom, jakie niesie jazda na hulajnodze czy namiętne dłubanie w nosie.

"Szalone krowy" tępione są bezlitośnie, a wraz z nimi ich zaraźliwe priony. Ubój dziennikarzy produkujących lawinę strachu i histerię milionów konsumentów befsztyka wołowego - nie jest przewidziany. Radośnie ustawiają się oni w kolejce po zasłużone honoraria za kolejny odcinek bydlęcego horroru.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Władysław Baka: Test wrażliwości społecznej, nr 2/2001, str. 6

Jednym z naczelnych celów polityki gospodarczej w krajach Unii Europejskiej, co z reguły znajduje wyraz w odpowiednich zapisach budżetu państwa, jest wzmacnianie spójności społecznej. Pod tym pojęciem kryje się rozległy wachlarz działań, takich jak: tworzenie nowych miejsc pracy, szkolenia oraz pomoc ludziom w znalezieniu zatrudnienia, rozbudowane formy pomocy społecznej, mające zapobiec alienacji słabszych ekonomicznie grup społeczeństwa, a także rozwiązania systemowe, których celem jest niedopuszczenie do nadmiernej rozpiętości dochodów. Dokłada się starań, aby pod względem spójności społecznej z roku na rok działo się coraz lepiej. Uznaje się to za ważny czynnik cementujący Wspólnotę Europejską.

Patrząc z tego punktu widzenia na politykę gospodarczą w Polsce, zwłaszcza na rządowy projekt budżetu na rok 2001, można powiedzieć, że mamy do czynienia z sytuacją odwrotną. Szybko zwiększa się liczba ludzi nie znajdujących zatrudnienia, a jeszcze szybciej - liczba bezrobotnych pozbawionych zasiłku. Nie widać jakichkolwiek istotniejszych działań ze strony władz, mających na celu stworzenie nowych miejsc pracy w gospodarce. Na ironię zakrawa fakt, że jedyną dziedziną, w której dynamicznie wzrasta zatrudnienie, jest administracja państwowo-samorządowa. Jest wielce prawdopodobne, że - jak prognozuje wielu ekspertów - pod koniec 2001 r. stopa bezrobocia może wynieść 18 - 20 proc.

Od początku lat 90. w Polsce stale pogłębia się rozwarstwienie dochodowe ludności. W ciągu dziesięciu lat transformacji zróżnicowanie poziomu zamożności w naszym społeczeństwie wykroczyło już poza cywilizowane standardy. Wielkość dochodów osiąganych przez blisko połowę ogólnej  liczby gospodarstw domowych nie pozwala na zaspokojenie bieżących potrzeb życiowych, a ok. 20 proc. gospodarstw cierpi dramatyczne ubóstwo.  Ostremu pogorszeniu uległa sytuacja mieszkaniowa. Bezdomność i nędza, wpędzające  w przymus żebractwa, stały się już trwałą cechą pejzażu miast polskich. 

Nic nie wskazuje na to, aby w roku 2001 miało się cokolwiek zmienić na lepsze. Przeciwnie, w projekcie budżetu przedstawionym przez rząd, cała inwencja została skierowana na dalsze ograniczanie wydatków socjalnych.  Chodzi m.in. o takie inicjatywy rządu, jak : zaniechanie waloryzacji zasiłków rodzinnych i wychowawczych o wskaźnik wzrostu cen, utrzymanie na dotychczasowym poziomie zasiłku rodzinnego dla rodzin o najniższych dochodach; zmniejszenie realnej wartości dodatków mieszkaniowych itp.  Z determinacją godną lepszej sprawy rząd podchodzi również do hamowania wzrostu płac w odniesieniu do najniżej wynagradzanych grup społecznych. Przeforsowano usunięcie  z Karty Nauczyciela zasady, że wysokość stawki wynagrodzenia zasadniczego dla nauczycieli stanowi co najmniej 75 proc. średniego wynagrodzenia, gdyż – jak wyjaśniano – doprowadziłoby to do „nadmiernego”... zwiększenia wydatków budżetowych...  Jeszcze bardziej dramatycznie wygląda sytuacja w środowisku pielęgniarek.
...
Jakże inaczej rządzące elity odnoszą się do bogatszej części społeczeństwa. Dwa lata temu, w ramach reformy systemu emerytalnego, wprowadzono przepis ustawy stanowiący, że osoby o dochodach  rocznych przekraczających trzydzieści miesięcznych średnich krajowych – gdy osiągną ten poziom – zaprzestają wpłacania kolejnych składek na fundusz emerytalny i rentowy. A oto ilustracja działania tej zasady... 
...
W sumie, beneficja wynikające z funkcjonowania  tego systemu, oczywiście zróżnicowane co do wielkości, odniosło ok. 175 000 osób. Jednakże największe pieniądze trafiły do kieszeni osób najzamożniejszych. Ocenia się, że wprowadzenie obowiązku płacenia składki na fundusz emerytalny i rentowy przez okrągły rok  przez wszystkich, nie tylko przez najmniej i średnio zarabiających, zwiększyłoby dochody ZUS  o ok. 3 mld zł rocznie.  Pozwoliłoby to na odpowiednie  odciążenie budżetu państwa i zwiększenie możliwości finansowania pomocy socjalnej, zwłaszcza w odniesieniu do osób znajdujących się w skrajnie trudnej sytuacji materialnej. Rozwiązanie takie mogłoby zostać wprowadzone przejściowo, na przykład na 5-7 lat, czyli na okres przezwyciężania  drastycznych przejawów ubóstwa. Kwestia ta już od ponad pół roku jest przedmiotem rozważań w różnych instytucjach, kołach politycznych i środowiskach opiniotwórczych. Niestety, jak do tej pory, ani po stronie polityki, klubów i kół poselskich, ani też po stronie środków masowego przekazu nie widać skłonności do zaangażowania się w tę sprawę.  Można to potraktować jako swoisty test wrażliwości społecznej, którego wymowa nie wymaga komentarza. 
------------------------------------------------------------------------------------------------

Zdzisław Sadowski: Rozważania na progu stulecia, nr 2/2001, str. 7

Początek nowego stulecia, a z nim i tysiąclecia, znamionuje i podkreśla tę wielką zmianę, która dokonuje się w świecie, a która polega na przejściu od dawnej cywilizacji przemysłowej do cywilizacji informacyjnej. Jeszcze nie jest to powszechne; kraje mniej rozwinięte, w tym również i Polska, tkwią głęboko w cywilizacji 20. wieku. Ich rozwój gospodarczy związany jest ciągle ze wzrostem produkcji materialnej, od którego zależą warunki bytu ich ludności i możliwości poprawy jakości życia. Wzrost ten zaś zależy od inwestycji rzeczowych, rozwijających i unowocześniających potencjał produkcyjny oraz zwiększających uzbrojenie techniczne pracy, czyli jej wyposażenie w coraz wydajniejsze i doskonalsze narzędzia i urządzenia.

W rozwiniętym świecie jest jednak inaczej. Tam główną formę inwestowania stało się już rozwijanie kapitału intelektualnego, czyli potencjału wiedzy ludzkiej. Siłą napędową rozwoju gospodarczego nie są już inwestycje rzeczowe, lecz rozmaitego rodzaju innowacje, czyli przenoszone szybko do produkcji nowe, wciąż rodzące się rozwiązania i pomysły dotyczące zaspokajania potrzeb ludzkich, a nawet samego tworzenia tych potrzeb.
Kraj mniej rozwinięty, taki jak Polska, tkwiący z przyczyn historycznych w cywilizacji z poprzedniej epoki, aby dotrzymać kroku przemianom światowym musi zdawać sobie sprawę ze swego położenia i podjąć wysiłek dostrojenia się do rozwoju światowego. Skoro świat rozwinięty opiera swoją gospodarkę na wiedzy, jako podstawowym czynniku wytwórczym, to nie ma innej odpowiedzi na pytanie o sposób dostosowania się do wymagań stawianych przez współczesne otoczenie zewnętrzne, niż podjecie wielkiego, zbiorowego wysiłku w kierunku możliwie szybkiego podniesienia poziomu edukacyjnego naszego społeczeństwa oraz zapewnienia nie mniej szybkiego rozwoju nauki, jako czynnika decydującego o przyszłości kraju.

Intensywne inwestowanie w edukację powinno zacząć się już zaraz, w tym roku. Wiadomo już, że się nie zacznie, a więc zacznijmy je w roku 2002. W następnej kolejności powinno się przystąpić do dynamizacji budownictwa mieszkaniowego i uporządkowania gospodarki mieszkaniowej. Jest to niezbędne zarówno do rozwiązywania bardzo już nabrzmiałego problemu społecznego, jak też jako czynnik pobudzania wzrostu gospodarczego, który przy odpowiednich zabezpieczeniach może nie powodować  zwiększenia importu, lecz tworzyć popyt na produkcję krajową. W kolejnym roku powinna rozpocząć się intensyfikacja nakładów na rozwój nauki.

Jeżeli uda się zrealizować takie zamierzenia, będziemy mogli powiedzieć, że rozpoczęła się na serio nasza droga do współczesności.
...
------------------------------------------------------------------------------------------------

Marek Tabin: Gospodarka a tło kulturowe, nr 2/2001, str. 38

Ponad dwa wieki temu ukształtowało się w Europie przekonanie, iż szybki wzrost gospodarczy wiąże się z wolnością gospodarowania, czyli własnością prywatną. Później socjalizm zaproponował znaczne ograniczenie tej wolności, w zamian obiecując jeszcze szybszy wzrost , a przy tym poszanowanie godności zatrudnionych i zagwarantowanie im wpływu na decyzje o wytworach ich pracy; jak wiadomo obietnica ta raczej nie została dotrzymana. Te dwa poglądy zdominowały 20.-wieczne dyskusje nad wzrostem gospodarczym. Zgodnie zakładały one, że forma własności środków produkcji gra tu rolę decydującą, choć opinie o tym, jaka forma własności jest najlepsza, były przeciwstawne.
Przekonanie o wyższości własności bądź prywatnej bądź państwowej niepostrzeżenie  uogólniło się w pogląd o istnieniu jednego, uniwersalnie najlepszego ustroju gospodarczego. Nauką badającą szczegóły tego najlepszego porządku miała być ekonomia: kapitalizmu w krajach zachodnich, socjalizmu u nas.
Ekonomia określiła się jako nauka poszukująca najogólniejszych, naukowych praw rządzących rozwojem gospodarki. Sam mechanizm rozwoju nauki powodował jednak, że pojawiało się coraz więcej wątpliwości dotyczących  tego właśnie podstawowego założenia, które w gruncie rzeczy zrodziło tę naukę. Dzięki temu, że formułowano prawa ekonomiczne, można było coraz łatwiej i częściej wskazywać przykłady  świadczące o ich nieprzydatności w różnych szczególnych sytuacjach. Pochodziły one z bardzo różnych poziomów ogólności i dotyczyły rozmaitych spraw: od odkrycia przez antropologów, że w społeczeństwach prymitywnych cała gospodarka podlega zupełnie innym prawom, aż po stwierdzenie, że reakcją Polaków na kryzys gospodarczy jest poszukiwanie innych źródeł dochodu, zaś Amerykanów – zmniejszenie konsumpcji (W. Adamski); od zakwestionowania roli zarobku jako motywacji do pracy (w krajach afrykańskich), do znalezienia kulturowych modyfikacji prawa elastyczności cenowej (efekt Giffena).
Przykładem tego samego, i to na wielką skalę, jest niemal cały Trzeci Świat, w którym na ogół obowiązują kapitalistyczne reguły własności, co jednak nie przekłada się wcale na ich rozwój. Wyjaśnienia tych zjawisk szły w dwóch zasadniczych kierunkach. Jeden polegał na wskazywaniu różnych defektów demokracji w tych krajach – ale w ten sposób przyznawano, że zmienne kulturowe mogą być istotniejsze niż forma własności i wolność gospodarowania. Drugi (teorie zależności) zakładał, że winne są tu dominujące gospodarczo państwa rozwinięte, które w imię własnych korzyści utrzymują kraje Trzeciego Świata w stanie niedorozwoju. Teoria ta okazała się bardziej pożyteczna ideologicznie niż naukowo, a przy tym pozostawiała otwartą kwestię, dlaczego niektóre kraje słabiej rozwinięte o wiele łatwiej można utrzymywać w stanie niedorozwoju, niż inne. Jeśli bowiem przyczyną tego ostatniego zjawiska miałyby być jakieś zmienne kulturowe, związane z religią bądź tradycją, to znów docieramy do pytania: czy naprawdę forma własności jest elementem decydującym o rozwoju gospodarczym?
Założenie, iż forma własności jest decydująca, wiązało się jednak z jednym tylko – ale nie jedynym – nurtem myślenia o gospodarce.  Dominował aż tak bardzo, że przez trzy czwarte wieku określał dwa wrogie obozy polityczne świata. Nurt drugi reprezentowali przede wszystkim socjologowie, którzy uwarunkowań postępu gospodarczego dopatrywali się w czynnikach kulturowych.
... 
(...)  Książka Fukuyamy jest chyba szerzej znana, a jej podtytuł brzmi: „Kapitał społeczny a droga do dobrobytu”.  Tym kapitałem społecznym jest właśnie powszechność wzajemnego zaufania między ludźmi, co przekłada się na sprawność gospodarczą. Podstawowa teza jest następująca: zaufanie – wynikające przede wszystkim z socjalizacji w rodzinie – jest podstawowym warunkiem tworzenia „strefy środkowej”, czyli wielości dobrowolnych instytucji społecznych przeznaczonych do wypełniania najrozmaitszych zadań, dających jednostkom poczucie bezpieczeństwa  i zakotwiczenia w życiu społecznym, i dzięki temu walnie przyczyniających się do efektywnej pracy, inicjatywy i przedsiębiorczości. 
Wzajemne zaufanie powoduje też, że pracownik identyfikuje się z celem pracy (a nie jedynie z zarobkiem) i nie trzeba go zamykać w sztywnym gorsecie poleceń czy to prawnych, czy płynących bezpośrednio od zwierzchnika, co również bardzo zwiększa jakość i wydajność pracy. 
„Polityczna poprawność” zakazuje co prawda wartościowania kultur, ale – zdaniem autora – nie ma wątpliwości, iż z punktu widzenia rozwoju gospodarczego istnieją kultury lepsze i gorsze.

(...)  Warto zauważyć, że na naszych oczach powstaje nowa orientacja teoretyczna w ekonomii politycznej: orientacja kulturowa.
...
(...)  Natomiast postawa najgorszego ucznia („od kogo ściągnąć”)  raczej nie przyspieszy rozwoju. Żaden kraj nie jest taki sam, każdy ma swoje własne uwarunkowania kulturowe, tradycje i wynikające z niej wady i zalety.  Gdyby Niemcy próbowały zorganizować gospodarkę  według tradycji amerykańskiej lub odwrotnie, to oba te państwa niewiele miałyby światu do zaoferowania. Rozwój można stymulować organizując produkcję tylko w sposób zgodny z własną kulturą, a przedtem trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jaka jest ta kultura i jaki to powinien być sposób. Wszelkie zaś formuły  w rodzaju „należy opierać się na sprawdzonych wzorach”  „dosyć już mamy eksperymentów”  itd., potwierdzają jedynie własną  niesamodzielność i dążenie do tego, by gospodarka była odbiciem pewnej ideologii, choćby to miało przynieść szkody jej efektywności.
...
Przykładem - opisywanym przez Kowalika – samodzielności intelektualnej japońskich przedsiębiorców  była zmiana ich stosunku do pracowników w okresie powojennym.  Przedwojenne japońskie prawo pracy nie dawało robotnikom niemal żadnych uprawnień, a wyrzucenie z pracy z dnia na dzień było rzeczą normalną. W Europie podobne warunki panowały chyba tylko na początku 19. wieku.  Co ważniejsze, związki zawodowe były bardzo słabe, a prawo pracodawcy do pomiatania robotnikiem było właściwie uznawane przez nich samych.
...
Po 1945 roku amerykańscy okupanci  narzucili Japończykom swoje własne stosunki pracy – a więc kodeks pracy – znacznie bardziej przyjazne robotnikom...  Tego już japońskim pracodawcom było za wiele. Kultura japońska bardzo niechętnie odnosi się do konfliktu wewnątrz własnej grupy i stara się go unikać. Pracodawcy japońscy zaczęli więc tworzyć system maksymalnie sprzyjający identyfikacji pracownika z własnym zakładem pracy.  Można powiedzieć,  że pozbawieni prawa do pomiatania pracownikami postanowili ich pokochać, byle tylko nie dopuścić do tego, że konflikt będzie normalnym elementem pejzażu... I w ten sposób powstał dzisiejszy japoński przemysł. 

Nasza niesamodzielność  w rozwiązywaniu własnych problemów nie jest jednak efektem tylko intelektualnym; wydaje mi się, że przede wszystkim jest to defekt emocjonalny.  Chodzi tu o te same emocje, które każą nam stosować powszechnie angielskie nazwy przedsiębiorstw, czy np. sklepów, zastępować nazwę jednostki monetarnej „złoty” jakimś skrótem „PLN”, mówić..., a także prowadzić antyrosyjską  politykę zagraniczną,  i wyzbywać się wszystkich instrumentów suwerenności gospodarczej. Chodzi o umacnianie w sobie poczucia przynależności do Zachodu przez małpowanie różnych drugo- i trzeciorzędnych cech zachodnich społeczeństw. Schemat postępowania  jest następujący : wybieramy ideał, po czym przeszczepiamy na nasz grunt wszystkie te jego cechy, które się przeszczepić dadzą. Na ogół nie są to cechy, które warunkowały ich rozwój gospodarczy  - zgodnie z poglądami kulturalistów ekonomicznych i zgodnie ze zdrowym rozsądkiem, główną przyczyną ich sukcesu była bowiem samodzielność w rozwiązywaniu własnych problemów. My zaś dążymy raczej do stopienia się z tamtym światem, uważanym za „naprawdę cywilizowany”,  „normalny”  a że jest to poczucie złudne i że mieszkańcy tamtych krajów nawet nie zauważyli, że my już należymy do Zachodu – to widać dopiero, jak się tam wyjedzie. Nie ma się zresztą co dziwić – dla tamtych społeczeństw samodzielność jest zasadniczym warunkiem poważnego traktowania partnera.

(...)  Zapewne nie tylko dlatego żyliśmy przez pół wieku w cieniu konfliktu jądrowego, że jedni woleli własność państwową, a inni prywatną. Podział na bloki określone przez socjalizm i kapitalizm wiązał się z wieloma innymi czynnikami, np. z dążeniem do powiększenia zakresu władzy, z nieufnością obywateli wobec swego własnego państwa a także  z nieufnością państwa wobec obywateli. A jednak właśnie podział według formy własności stal się punktem ogniskującym wiele innych interesów. Tymczasem, z punktu widzenia efektywności gospodarczej jest to w gruncie rzeczy sprawa techniczna,* wymagająca, oczywiście rozwiązań, ale bardzo pragmatycznych, zróżnicowanych, dostosowanych do kultury i gospodarki kraju.  
...   
---------------
Dr Marek Tabin jest pracownikiem naukowym Instytutu Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.
---------------
*  Z
punktu widzenia „efektywności gospodarczej” może to być  rzeczywiście, kiedyś,  tylko sprawa techniczna, ale z punktu widzenia osiągania osobistych korzyści przez osoby dysponujące kapitałem, forma własności nie jest wcale sprawą obojętną. Pomijam jakieś wyjątkowe kultury. Trochę inaczej mogą na to patrzeć zwykli „pracobiorcy”, którym, w odpowiednich warunkach, może być obojętne, czyją własnością jest firma. 
Anonimus

------------------------------------------------------------------------------------------------

Marek Ross: Problemy „trzeciej drogi”, nr 10/2000, str. 40

W Polsce termin „trzecia droga” kojarzy się dzisiaj z manifestem premiera Blaira i kanclerza Schrödera. Nie jest to asocjacja całkowicie poprawna . Wśród intelektualistów lewicy nigdy nie brakowało osób, które usiłowały wypracować ofertę programową sytuującą się między komunizmem a kapitalizmem. Byli wśród nich także polscy socjaliści – chociażby kompletnie zapomniana dziś ekonomistka i socjolog, Zofia Daszyńska-Golińska (1866-1934). Ponieważ jednak w polityce program urzeczywistniony ma przewagę nad programem istniejącym tylko na papierze, „trzecią drogą”  nazywa się najczęściej model nordycki, w literaturze anglosaskiej określany jako the Swedish model. Nazwa ta nie jest zbyt ścisła, gdyż model ów istnieje przecież – z pewnymi modyfikacjami – we wszystkich pięciu państwach nordyckich. Natomiast w literaturze szwedzkiej używa się z reguły określenia „droga środkowa”...

Tutaj terminem „trzecia droga” nazywać będziemy więc tzw. model szwedzki. Mówiąc w wielkim uproszczeniu, opiera się on o następujące założenia systemowe:
1)  większe niż w innych krajach Europy Zachodniej spłaszczenie poborów i redystrybucja w postaci niektórych transferów niezależnych od dochodów (np. zasiłek wypłacany każdemu dziecku, niezależnie od wysokości zarobków rodziców)1;
2)  aktywne kształtowanie przez państwo rynku pracy ...;
3)  kompromis z Saltsjöbaden, zawarty w 1938 (i odnowiony w 1982 r.) między konfederacją pracodawców SAF i krajową centralą związków zawodowych LO, dzięki któremu strajki były i nadal są bardzo rzadkie;
4) „duch Harpsund”2, w której to letniej rezydencji szwedzkich premierów odbywały się nieformalne spotkania wiodących socjaldemokratów z szefami wielkich firm (wprawdzie Olaf Palme wprowadził wśród szwedzkich elit modę spędzania urlopów na wyspie Gotland, dokąd też przeniosło się wiele spotkań, ale nazwa pozostała).

Nadmieńmy, iż sporą osobliwością modelu szwedzkiego jest zdumiewająca – w stosunku do mieszkańców – liczba potężnych i konkurencyjnych na rynku światowym koncernów przemysłowych.
...
Zaniepokojeni premierzy  

„Nie uda się utrzymać egalitarnego modelu nordyckiego, gdy w społeczeństwie zniknie świadomość, że każdy ma przyzwoitą szansę i nie jest odsunięty od ciastka do podziału” – powiedział premier Szwecji, Göran Person po spotkaniu ze swoim norweskim kolegą w maju 2000 r. A premier Jens  Stoltenberg dodał, że właśnie Norwegia i Szwecja są dobrym przykładem, iż model sprawiedliwej redystrybucji dochodów nie tylko umożliwia, ale wręcz ułatwia dynamiczny rozwój nowoczesnej gospodarki (knowledge economy).

Zagranicznym obserwatorom przesadne może się wydawać zaniepokojenie  premierów dwóch największych państw nordyckich, których gospodarki wręcz kwitną.  
...
Skąd więc obawy premierów Szwecji i Norwegii, że model nordycki może ulec korozji?
W latach 1996-1999 pobory wyższej kadry największych szwedzkich, notowanych na giełdzie, koncernów wzrosły o 61 proc. Jeżeli uwzględnimy zupełnie niewiarygodny bonus 34474000 SEK, jaki w roku ubiegłym otrzymał szef budowlanego koncernu Skanska, Claes Björk, to wzrost ten wyniesie już 105 proc.6.  W tym samym okresie pensje pracobiorców sektora prywatnego zrzeszonych w krajowej centrali związków zawodowych LO wzrosły o 16 proc.  Nikt w Szwecji naturalnie nie postuluje, aby szef wielkiego koncernu czy jego dyrektor ekonomiczny zarabiali tyle, ile recepcjonistka lub chłopak sortujący listy.
Urawniłowka nigdy nie była celem socjaldemokracji, w razie potrzeby – partii bardzo pragmatycznej (np. dopuszczającej w trosce o poziom nauczania, aby gimnazjalni nauczyciele przedmiotów ścisłych zarabiali więcej niż nauczyciele przedmiotów humanistycznych). Także szwedzkim robotnikom – bardzo często posiadającym akcje, czytającym prasę businessu  i dysponującym wcale dużą wiedzą ekonomiczną – pomysł zrównania wynagrodzeń nigdy nie przyszedłby do głowy. Jednak w modelu nordyckim istnieją pewne granice społecznie akceptowanej nierówności.

Tradycyjnie szwedzcy politycy zarabiają skromnie, np. pobory premiera Perssona tylko sześciokrotnie przewyższają pensję sprzątaczki. Wśród wyższej kadry wielkich firm uposażenia 10.-12.-krotnie wyższe od pensji premiera nie są niczym nadzwyczajnym. Zwłaszcza dyrektorzy świetnie zarabiają i nikt im tego prawa nie wymawia. W całej debacie chodzi więc  nie o poziom dyrektorskich dochodów, ale o szaleńcze tempo ich przyrostu w ostatnich latach.

Sami bohaterowie dyskusji o płacowych kominach reagują na nią rozmaicie. Jedni wzruszają ramionami...  Inni bronią się, przytaczając astronomiczne dochody gwiazd sportu... Jednak na ten argument nie dał się nabrać nawet dziennikarz prawicowej  skądinąd..., konstatując pewną istotną różnicę:  żaden sławny tenisista...  nie ma tysięcy podległych sobie pracowników, którym wmawia, że oni sami mają zadowolić się jak najniższymi podwyżkami płac. Z jednej strony panowie dyrektorzy sami przyznają sobie podwyżki rzędu 25-30 proc. rocznie, z drugiej pouczają – za pośrednictwem ekonomistów z finansowanych przez swoje koncerny think tanks – że wszyscy inni kontentować się muszą podwyżkami jak najniższymi, najwyżej 3.-procentowymi, bo tego wymaga interes kraju, bo inaczej grozi inflacja etc. Teoretycznie pensję i bonus  każdego dyrektora określa board of directors danej firmy; w praktyce chodzi jednak o kilkusetosobową (w warunkach szwedzkich) grupę najwyższych managerów, którzy krzyżowo zasiadają w zarządach swoich firm, przyznając sobie łącznie miliardy koron. I to jest druga ważna różnica między nimi a gwiazdami sportu czy rocka. Taki amerykański golfista, Tiger Woods  rzeczywiście zarobił w ubiegłym roku 49 mln USD, ale tej przyjemnej sumki nie przyznali mu koledzy z golfowego pola.  

Wiadomo, że powodem niedawnego, poważnego strajku w Norwegii była wściekłość, jaką w norweskich pracobiorcach wywołały szokujące podwyżki uposażeń najwyższej kadry. Podobna sytuacja w Szwecji nie jest wykluczona i dlatego musiały zareagować związki zawodowe.    

Wolne żarty, panowie dyrektorzy!

Gdyby debatę o menedżerskich kominach płacowych w Szwecji i Norwegii mógł śledzić jakiś przedstawiciel polskiej prawicy, to najprawdopodobniej uznałby ją  za „komunistyczną dewiację”... A jak na debatę tę patrzy szwedzka prawica?
Stockholm  School  of  Economics  - założona w roku 1909 z inicjatywy i dzięki hojności rodziny „właścicieli Szwecji”, Wallenbergów – jest elitarną uczelnią prywatną, której reputacji nigdy nie skaził nawet cień  żadnej lewicowej herezji. A jednak jej wykładowcy także mają bardzo krytyczny pogląd na wielomilionowe dochody roczne szwedzkich dyrektorów.
(...)  ...
abstract greed... zarabia dziś 100 tys. dolarów miesięcznie i oczywiście chce więcej. Czy jednak gdyby dostał milion miesięcznie, to żyłby lub pracowałby lepiej? Odpowiedź jest negatywna. Jego majątek i bieżące dochody już dziś pozwalają na zaspokojenie wszelkich potrzeb luksusowej konsumpcji, na którą zresztą... i tak nie ma czasu. Żądanie podwyżki jest więc objawem czystej abstrakcyjnej chciwości.
...
Społeczeństwo ryzyka” i wspólnota lęku

Jeden z najwybitniejszych ekonomistów 20. wieku, John Kenneth Galbraith wyraził przekonanie, że kapitalizm, zwłaszcza w Europie Zachodniej, przetrwał tylko dzięki jego ucywilizowaniu przez system zwany welfare state7. Obawiający się komunizmu pracodawcy uważali, iż we własnym interesie  muszą się dzielić z tymi „nieudacznikami”, którzy sprzedają własną pracę. Tę nader prawdopodobną tezę potwierdziło wkrótce samo życie. Im bardziej komunizm tracił zęby, tym szybciej rozbestwiał się kapitał, a po upadku wschodniego imperium  w wielu krajach przystąpiono do demontażu  welfare state. USA zawsze były krajem najwyżej połowicznego welfare’u, wprowadzonego w okresie prezydentury Roosevelta. Zauważmy jednak, że to nie prezydent Reagan przekreślił system zabezpieczeń i opieki, uczynił to prezydent Clinton, któremu już żaden upiór z Moskwy nie zagrażał. Dopiero Clinton mógł zlikwidować wszystkie federalne normy pomocy i wprowadzić system work for your welfare, który sami Amerykanie zaraz nazwali ironicznie two years and you’re out (kto w ciągu dwóch lat nie wróci na rynek pracy, zostaje odcięty od wszelkiej pomocy, a łączny okres otrzymywania tejże pomocy w całym życiu jednostki nie może przekraczać 5 lat).   

Rezultaty tej reformy wszechstronnie podsumował laureat Nagrody Nobla (1987) w dziedzinie ekonomii Robert Merton Solow w swojej „Work and Welfare” (Princeton 1998); główna konkluzja sprowadza się do tego, że liczba bezrobotnych wprawdzie zmalała, ale za to znacznie wzrosła liczba the working poor – tych nieszczęśników, którzy z jednej pełnoetatowej pracy nawet najnędzniej nie mogą wyżyć. 

Jest niewątpliwym paradoksem, że po zakończeniu zimnej wojny wcale nie nastąpił sławny „koniec Historii” i nie wkroczyliśmy w okres bezkonfliktowej szczęśliwości;  przeciwnie, świat znacznie stwardniał czy też – jak to ujął inny ekonomista-laureat Nobla, Paul A. Samuelson – „nastał czas dla bezwzględnych”. Najwyraźniej widać to w Afryce. Gdy tylko ZSRR musiał opuścić swoich afrykańskich „klientów”, Zachód natychmiast odciął pomoc dla „swoich murzynów”. Słabe, postkolonialne państwa nie wytrzymały neoliberalnej kuracji, jaką narzuciły im międzynarodowe instytucje kredytowe, a miejsce rozsypujących się państw zaczęli według czystych reguł mafijnych zajmować– jak to William Reno8 określa -  plemienni „władcy wojny”.

Jednak to zlodowacenie serc i stwardnienie świata widać nawet w państwach nordyckich.*  Mniej więcej rok temu szwedzki miliarder Robert Weil ogłosił w „Dagens Nyheter” znamienny artykuł „Kapitaliści, łączcie się i dziękujcie”. Miliarder Weil twierdzi, iż kapitaliści powinni stworzyć własną Międzynarodówkę i podziękować za to, że pracobiorcy pokornie zrezygnowali. Jeszcze nigdy w historii, pisał Weil, podział dochodu nie był tak dla nas korzystny, nigdy praca nie znaczyła tak mało, a kapitał – tak wiele. 

Wyskok miliardera sowizdrzała przyjęto w Szwecji z zażenowaniem, jako kalanie własnego gniazda. Jest jednak faktem, że praca – nawet kadry inżynierów-menedżerów średniego szczebla – opłacana jest coraz gorzej i przybiera coraz dziwaczniejsze formy. Osławiony downsizing został wprawdzie zatrzymany, nowych miejsc pracy przybywa, ale... prawie nigdy, nawet w przypadku osób z wyższym wykształceniem, nie jest to stała praca. Należy pamiętać, że choć osoba mająca pracę dorywczą (umowa-zlecenie, ...) może nawet przyzwoicie zarabiać, ale jej sytuacja jest ponura. Przede wszystkim taki pracownik nie dostanie żadnego kredytu (a więc na raty nie może kupić...), żadna firma nie zechce też mu mieszkania nawet wynająć, nie obejmuje go wiele zabezpieczeń wywalczonych przez związki zawodowe etc. Ze zrozumiałych względów szczególnie trudna jest więc sytuacja ludzi młodych: w Sztokholmie, gdzie przecież bezrobocie jest wyjątkowo niskie, aż 22 proc. osób poniżej 34. roku życia ma jedynie pracę dorywczą!    Ten właśnie fakt wyjaśnia, dlaczego tylu młodych ludzi, zwłaszcza z wyższym wykształceniem, rozczarowało się rządzącą socjaldemokracją i popiera postkomunistyczną Partię Lewicy. Dawniej „wolnymi strzelcami” byli głównie dziennikarze; dziś pracują tak urzędnicy, pielęgniarki, specjaliści komputerowi, księgowi, hydraulicy etc. W sektorze prywatnym, a nawet publicznym, rozpowszechniła się ponadto szczególna moda: zwalnia się pracownika, natychmiast oferując mu np. krótkoterminową umowę-zlecenie na tym samym stanowisku. Nawet w centralnych urzędach państwowych wiele osób pracuje tylko w oparciu o kilkumiesięczne umowy, które mogą być przedłużone lub nie.

W całej Unii Europejskiej, a już zwłaszcza w bogatych państwach nordyckich, nikt nie jest głodny i nie musi się zastanawiać, co będzie jeść jutro. Zaspokojenie elementarnych potrzeb dostępne jest dla każdego. Natomiast społeczeństwa podlegają różnym lękom, nie tylko przed utratą stałej pracy, także przed brytyjską wołowiną czy rakotwórczymi związkami w rybach z Bałtyku, przed kiepsko przetestowanymi lekami, reaktorami jądrowymi, dziurą ozonową i zanieczyszczeniami środowiska, załamaniem kursów na giełdzie, cudzoziemcami z obcego kulturowo świata etc. Podstawowy jest jednak lęk przed utratą poczucia stabilizacji egzystencji, względnie pewnych ram życia, jakie wyznacza stałe zajęcie.

Czy fundamentem „domu ludu” może być zbiorowy lęk? Podstawową zasadą modelu nordyckiego jest społeczny solidaryzm, ale czy jest on możliwy w społeczeństwie, w którym np. szef budowlanego koncernu Skanska otrzymuje uposażenie równe 70. pensjom inżynierów budownictwa ze średniego szczebla menedżerskiego?  W którym dyrektorzy funduszy emerytalnych spać nie mogą z powodu nadmiaru kapitału, a najniższe emerytury podnosi się o sumę odpowiadającą kosztowi 8 paczek najtańszych papierosów? Czy można jeszcze mówić o egalitaryzmie w kraju, w którym trzeba było wymienić programy komputerowe urzędu podatkowego (gdyż nie dawały sobie rady z liczbą zer w majątkach miliarderów), a w którym 14 proc. pełnoetatowych pracobiorców nie ma grosza oszczędności, gdyż z trudnością żyje od wypłaty do wypłaty?

Szwedzcy socjaldemokraci są partią, która zdecydowanie dominowała na tutejszej scenie politycznej przez ponad pół  wieku i której osiągnięcia godne są najwyższego podziwu. Ostatnio odnosi się jednak wrażenie, że globalizacja – którą technicznie umożliwiła rewolucja informatyczna, ale która jest ideowym dzieckiem neoliberalizmu – trochę ich zaskoczyła.  Dysponując najlepszym z wszystkich szwedzkich partii zapleczem intelektualnym, socjaldemokraci dobrze wiedzą, iż globalizacji nie można się przeciwstawić, ale nie bardzo wiedzą, co zrobić z jej skutkami. Neoliberałowie uważają, iż ostre różnice socjalne są wskazane, gdyż „wymuszają na jednostce pożądaną zmianę zachowania” (wszak „najlepiej polują głodne wilki”). Socjaldemokraci wiedzą, że to ideologiczna bzdura, duże różnice socjalne uważają za przykre, ale po raz pierwszy w swej historii nie bardzo wiedzą, jak im przeciwdziałać. Główny  szwedzki tygodnik businessu zwrócił uwagę, że na niedawnym kongresie postkomunistycznej Partii Lewicy jej przewodnicząca, Gundrun Schyman odesłała komunizm do lamusa historii, a w wyjątkowo ciepłych słowach mówiła o duchowym ojcu „domu ludu”, jakim był socjaldemokratyczny premier Per Albin Hansson. W wypowiedziach socjaldemokratów nazwisko to ostatnio nigdy się nie pojawia. Obawiam się jednak, że jeżeli szwedzcy socjaldemokraci nie chcą podzielić się władzą, to nazwisko i idee twórcy „trzeciej drogi” będą musieli sobie przypomnieć.  

 ---------------

Marek Ross, biznesmen i publicysta pochodzenia polskiego, mieszka w Sztokholmie.
..................
*  Szkoda, że sam Autor, którego trudno przecież  posądzać o brak „wrażliwości społecznej”, trzy lata później, w artykule pt. Ofiary ideologii (Dziś 11/2003, str. 68), napisał: „Zawsze zdumiewało mnie – żyjącego na styku kultur roszczeniowe rozbestwienie  8 milionów polskich emerytów i rencistów (liczba to unikalna w Europie!) oraz pokora, z jaką szwedzcy emeryci godzą się z tym, że de facto są obywatelami drugiej kategorii,  że przepisuje im się tańsze leki zastępcze, że gdy są ubodzy , to muszą się przeprowadzać do mniejszego mieszkania etc. etc.     [Podkreślenie – Anonimus].
Osobiście „
roszczeniowe rozbestwienie” potraktowałem jako „wypadek przy pracy” Autora, polegający na przesadnym uogólnieniu pewnych negatywnych zjawisk. Oczywiście, na tle biedy w Polsce, takie określenie może być zasadne, ale tylko w stosunku pewnej grupy emerytów i rencistów, natomiast nie odzwierciedla ani prawdziwego wizerunku przeciętnego polskiego emeryta lub rencisty, ani tym bardziej wizerunku tych najbiedniejszych. Nawet te 8 milionów, to też nie wina tych przeciętnych i najuboższych. To są chyba sprawy oczywiste, i wg mnie raczej nie ma potrzeby specjalnie tego uzasadniać, chyba że w obronie najsłabszych, żeby ich „nie wsypano do jednego worka” i też im nie zabrano.
A co z tymi emerytami godzącymi się, że są de facto obywatelami drugiej kategorii? Prawdopodobnie gdyby byli wystarczający bogaci, mało kto by się ośmielił tak ich traktować. Ot i główna przyczyna poparta zwykłym wyrachowaniem, graniczącym nieraz z głupotą, bo w końcu nawet niezbyt majętni emeryci, to coraz bardziej rosnąca grupa wyborców i  klientów, którzy, jeśli się dobrze zorganizują, mogą wymusić przynajmniej poszanowanie własnej godności. 
Anonimus

-----------------------------------------------------------------------------------------------

Marian Dobrosielski: Unia Europejska a Rosja, nr 10/2000, str. 59

Wiadomo, że spośród wszystkich 19. Państw- członków NATO, najgorsze stosunki z Rosją ma Polska. W porównaniu z polityką państw Unii Europejskiej wobec Rosji, polityka obecnego rządu Polski wypada jeszcze bardziej negatywnie. Różni się zasadniczo od przyjętej przez szefów rządów i państw tego ugrupowania, 4 czerwca 1999 r. w Kolonii, „Wspólnej Strategii Unii Europejskiej dla Rosji”. Wprawdzie profesor Geremek, jeszcze jako minister spraw zagranicznych, opowiadał na pożegnalnej konferencji prasowej 30 czerwca br., że „bilans stosunków Polski z Rosją jest znakomity”, lecz kontynuacja tej „znakomitej” polityki stać się może dodatkową poważną przeszkodą w naszych staraniach o przyjęcie do UE. Wspomniany dokument wzywa bowiem państwa ubiegające się o członkostwo UE do aktywnego udziału w realizacji tej wspólnej strategii.
...
---------------

Marian Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
------------------------------------------------------------------------------------------------

Jan Golec: Polska a Rosja. Spojrzenie politologiczne, nr 10/2000, str. 66

Współcześni Polacy postrzegani są przez cudzoziemców jako naród opętany historią, wdziewający z zapałem stare, zbutwiałe kostiumy, wsłuchany z uwagą w tzw. lekcję historii, kochający "argumenty z przeszłości", nurzający się z upodobaniem w historycznej mitologii, stawiający przodkom liczne pomniki1. Mamy niezłą historiografię, której naród w swej masie nie zna i nie zawsze jej ufa, a ulegamy urokom i mrokom wielu legend, odbrązawiamy i idealizujemy II Rzeczpospolitą. Jesteśmy codziennie pouczani przez rządowe mass media i Kościół jak mamy prawidłowo rozumieć historię i jaka historia jest jedynie słuszna. Ignorancja przeplata się z wiedzą, manipulacja socjologiczna z porywami emocji. Czego Polakom brakuje? Refleksji historycznej, odwagi intelektualnej i politycznej roztropności, odrzucenia łatwych mitów oraz fatalnego obyczaju postrzegania przeszłości przez pryzmat czarno-białych schematów.

W ostatnich bez mała 300. latach Polska nie była krajem suwerennym i niepodległym. Zależna – w różnym stopniu – była i jest znaczna część narodów świata. Nasz kraj zaczął popadać  w stan podległości w drugiej połowie 17. wieku, a od początku 18. stulecia był uzależniony od obcych mocarstw. W ogóle zależność to sytuacja długotrwała (występuje także w okresie niepodległości). Po 2. wojnie światowej Polska była w strefie wpływów ZSRR, choć formalnie niepodległa. Zależność  polityczno-państwowa ma swoje poziomy, stadia, stopnie nasilenia. Nie jest oczywiście dla nas obojętne, czy posiadamy jakiekolwiek państwo, czy też nie. Istnienie państwa ma dla narodu istotne znaczenie nawet wtedy, gdy wpływ społeczeństwa na jego aparat jest mocno ograniczony. PRL była państwem  w znacznym stopniu niepodległym w sensie administracyjnym czy dyplomatycznym, z pewną autonomią w dziedzinie polityki wewnętrznej, lecz uzależniona politycznie i wojskowo od Związku Radzieckiego. Zależność  jest pojęciem znacznie szerszym od braku wolności i niepodległości państwa. Odciska się na sferze gospodarki, strukturach społecznych, mentalności, języku itd.  Kraj zależny podlega daleko idącym deformacjom rozwoju społeczno-gospodarczego2. 

Rosjanie i Polacy są sobie bliscy geograficznie, historycznie, łączy ich przynależność do tej samej cywilizacji, która powstała w oparciu o uniwersalne wartości chrześcijaństwa. Jednocześnie Rosjan i Polaków od dawna dzieli przestrzeń wzajemnej niechęci.  Dzisiejsi Rosjanie i Polacy, żeby wejść do współczesnej Europy oraz uczestniczyć w budowaniu jej struktur, powinni wzajemnie się zrozumieć, pokonując dzielący ich obszar duchowej i intelektualnej niechęci. Do tej pory narody i państwa dzieliła polityka. Ukazując prawdę, objaśniając ją narodom, sprzyja się oświeceniu polityków, których działania mogą nie tylko szkodzić, ale też przyczyniać się do budowania mostów ponad obszarami etnicznej odrębności.

W odległej przeszłości carskiej Rosji, w byłym Związku Radzieckim i w dzisiejszej Rosji, która uznaje się za państwo demokratyczne, stosunek do Polski i do Polaków określił rosyjski sposób myślenia o narodzie i jednostce, a także rosyjska świadomość potrzeb własnego państwa. Tu właśnie leży przyczyna łańcucha konfliktów, krzywd, wzajemnych pretensji i nieporozumień3. Na poziomie pamięci społecznej odzwierciedliło się to w stereotypach o „niewdzięcznych Polakach” w czasach carskich. Po kongresie wiedeńskim w 1815 r. Polacy dostali od Aleksandra I konstytucję, o której Rosjanie nawet nie marzyli, a odpowiedzieli na to powstaniami w  1830 r. i 1863 r.
Czasy radzieckie i okres 2. wojny światowej: my im pomagamy utworzyć armię, żeby wspólnie walczyć z Niemcami, a oni nas zostawiają (wyjście armii gen. Andersa z ZSRR po ujawnieniu przez Niemców masowych grobów polskich oficerów w Katyniu).  „Niewdzięczni Polacy” – oswobodziliśmy ich spod niemieckiej okupacji (na naszych ziemiach poległo 600 tys. żołnierzy Armii Czerwonej), a oni do nas strzelają (antykomunistyczne podziemie zbrojne z lat 1944 – 1948). 
 „Niewdzięczni Polacy” – pomagamy im budować socjalizm, odejmując sobie od ust, aby im żyło się lepiej, a oni buntują się (poznański czerwiec 1956 r., grudzień 1970 r. na Wybrzeżu, Radom  i Ursus 1976 r., aż do powstania „Solidarności”).
Czasy współczesne:  „niewdzięczni Polacy” – stanowimy razem z nimi Wschód Europy, jesteśmy Słowianami, lecz oni odwrócili się od nas ku Zachodowi wstępując do NATO, pogarszają tym samym stosunki z Rosją4.

Rosyjska myśl polityczna zwrócona ku przeszłości musi budzić  niepokój nie tylko na Zachodzie, ale także i w krajach postkomunistycznych. Roszczenie przez Rosjan prawa do pełnienia szczególnej roli wśród Słowian...- było związane z państwowo-polityczną doktryną imperium i jemu wyłącznie służyło. W tym tkwią korzenie konfliktu nie tylko z katolicką Polską, ale też z innymi państwami, np. prawosławną Bułgarią czy Ukrainą.
...
Dziewiętnastowieczny poeta rosyjski Fiodor Tiutczew pisał, że Rosji nie można pojąć, ani zmierzyć, można w nią tylko wierzyć. Okrucieństwo i przemoc kładące się cierpieniem na życiu mieszkańców Rosji było źródłem nie tylko masochistycznego zachwytu, lecz także maksymalizmu w działaniu. Knut, zsyłka i szubienica – nieodłącznie towarzyszyły Rosjaninowi. W dążeniu do celu Rosjanin potrafiłby zniszczyć wiele wartości, nieświadom nawet ich istnienia. Przykładów nie trzeba szukać daleko: w literaturze Raskolnikow, w historii – rewolucja październikowa 1917 r., gigantyczne czystki stalinowskie polegające na likwidowaniu i więzieniu niewinnych ludzi. Życie w Rosji przez wieki było ponure i prymitywne, zaś prawa nim rządzące trzeba uznać za rażąco anachroniczne, a nigdy za wzór godny naśladowania. Koncepcja panslawizmu prowadziła w konsekwencji do wynaradawiania Polaków i innych narodów słowiańskich. Państwo było dla Rosjan czymś więcej niż instytucją prawną, regulującą życie społeczeństwa. Formalizm ustępował uczuciowości oraz religijnej pokorze. Osobę cara w Rosji uważano za świętą, był więcej niż pomazańcem Bożym, był zastępcą Boga na ziemi5. Bolszewicka metafora wodza była budowana na użytek rosyjskiej mentalności, prymitywnie rozumianej religijności, potrzeby wypełnienia pustego miejsca po „batiuszce carze”.

W stosunkach z Rosją  potrzebna jest umiejętność szerszego spojrzenia na przeszłość. Trzeba uwzględnić, że Rosjanie nie znali demokracji, jeśli nie liczyć sześciu miesięcy wolności i demokracji w 1917 r. Zdaniem Władimira Bukowskiego, aktywnego działacza opozycji demokratycznej w ZSRR, komunizm nawiedził Rosję jako kara za jej grzechy7. Rosjan wychowywano w przekonaniu, iż ustrój komunistyczny jest nienaruszalny, nieomylny i najlepszy. Żadne decyzje nie mogły być w nim podjęte, jeżeli nie były zainicjowane odgórnie przez władze. Ludzie zatem woleli milczeć, iść na kompromisy, ustępstwa i poświęcenia. Protestowała tylko garstka dysydentów.  
...
Opór przeciw przejmowaniu wzorów radzieckich był w Polsce nieporównanie silniejszy, niż w pozostałych krajach bloku radzieckiego.
...
Polska była przez wieki ofiarą innych państw: Niemiec i Rosji, a także Związku Radzieckiego. Wolna, niepodległa Polska ma ogromne znaczenie właśnie dla Rosji, dla rozwoju demokracji w tym kraju. Pod tym względem całkowicie należy podzielić zdanie Lenina, który powiedział, że nie może być wolny naród uciskający inne narody.
...
Odrzucenie przez Rosję obcej ideologicznie mentalności polskiej, psychologiczna nietolerancja przechodząca w pogardę, znalazły odzwierciedlenie nawet w języku. Wzięte z języka polskiego „honor”  i  „Za pan brat”, nabrały w języku rosyjskim znaczenia przeciwnego w stosunku do pierwotnego.  Honor nie oznacza zaszczytu, cnoty, ale polską pychę. „Za pan brat” , zwrot określający charakter stosunków i styl kontaktów między szlachtą  sobie równą, niezależnie od statusu majątkowego i zajmowanego stanowiska (szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie) – na gruncie rosyjskim znaczy tyle, co bezceremonialny, familiarny ton, lekceważący subordynację, nie liczący się z hierarchią rang. 

Stereotyp Rosjanina i Polaka kształtował się przez wieki, a zwłaszcza w dobie zaborów, a więc w warunkach najmniej sprzyjających obiektywizmowi.
...
Stosunki między obu państwami  obciążone są bolesną przeszłością.
...
Socjologowie twierdzą, że walka  i wszelkie postacie konfliktu bardziej zbliżają do siebie przeciwników, niż stosunki wynikające z przyjaźni9. Dwie namiętności odróżniają Słowian od pozostałych nacji: zamiłowanie  mężczyzn do napojów alkoholowych oraz dobroduszność  i gościnność przy wszystkich możliwych okazjach. Nigdzie w Europie nie wyrabiano wódki tak mocnej jak w Rosji i w Polsce, żeby już nie wspominać o nie dających się policzyć rodzajach nalewek czy samogonu. Pobożność,  choć tylko na pokaz, zawsze była na pierwszym planie10.

Stosunki polsko-rosyjskie oparte być muszą na zasadzie partnerstwa  i obustronnym respektowaniu interesów państw oraz na poszanowaniu suwerenności. Zaangażowanie Polski w popieranie ruchów separatystycznych dążących do rozbicia Rosji, w żadnym wypadku nie przyczyni się do poprawy wzajemnych stosunków11. Polska musi dać wyraźny sygnał, iż protesty przeciwko wojnie w Czeczenii  płyną wyłącznie z pobudek humanitarnych, są skierowane przeciwko nieludzkim metodom prowadzenia wojny, nie zaś przeciw rosyjskiemu państwu, z którym pragniemy utrzymywać dobre stosunki. Świata nie zbawimy, próbując na nowo chrystianizować „pogańską” Europę Zachodnią i nawracając na katolicyzm Rosję, Białoruś i Ukrainę. Polska jest niewielkim krajem we współczesnym świecie, musimy znać  swoje miejsce wśród innych narodów i możliwości oddziaływania... 

Obecnie dla Polski większym zagrożeniem jest wysokie bezrobocie, rosnące rzesze biednych, trwałe osłabienie tempa wzrostu gospodarczego, korupcja, aniżeli postimperialne siły w Rosji. Niezależnie od zmian zachodzących w świecie, Polska – ze względu na swoje położenie geopolityczne – pozostanie w sferze uwagi każdego państwa rosyjskiego, dlatego więc  z tym państwem trzeba umieć ułożyć sobie stosunki, tego wymaga interes polskiej racji stanu. Powtarzanie, że załamanie naszego eksportu na Wschód związane jest niemal wyłącznie z kryzysem rosyjskim, jest banałem. Przecież w tym samym czasie kraje Unii Europejskiej, a także Węgry i Czechy, zwiększyły wymianę handlową z Rosją. Nie zachodzi też obawa, że Moskwa wykorzysta stosunki gospodarcze do wywierania wpływu politycznego na Polskę.   Niepokój budzić musi zarówno rozniecanie antyrosyjskich, jak też antypolskich emocji i fobii.  

Rosja prezydenta Władimira Putina dojrzała  do zmian politycznych i gospodarczych, umożliwiających zajęcie przez nią poczesnego miejsca w świecie. Obok postaw imperialnych, reprezentowanych przez blok nacjonalistyczno-komunistyczny, przeciwny demokracji, istnieją w Dumie siły występujące w obronie prawa Polski i innych byłych krajów socjalistycznych do swobodnej decyzji o własnym losie, więc  również o wstąpieniu do Unii Europejskiej i  NATO. Wpływów i oddziaływania tych sił nie należy bynajmniej lekceważyć. Wyniki ankiety przeprowadzonej przez niezależne Centrum Międzynarodowych Badań Socjologicznych w dziewięciu rejonach Rosji wykazały, że 2/3 Rosjan uważa, że przystąpienie do NATO jest wewnętrzną sprawą Polski. Co więcej,  aż 68 proc. deklarowało swoją sympatię do Polski12.

Czy Rosji grozi powrót do komunizmu?  Ustrój ten jest zbyt skompromitowany, zbyt wielu Rosjan cierpiało  za Stalina, żeby jego restauracja była możliwa. Prawdopodobna jest budowa silnego państwa, z zachowaniem przez długi czas interwencjonizmu państwowego, szczególnie jeśli idzie o realizację  spójnej polityki gospodarczej, opartej na strategicznym, długofalowym planowaniu. Należy pamiętać – ostrzega Zbigniew Brzeziński – że mechanizmy rynkowe nie są nieomylne, szczególnie w krajach postkomunistycznych, gdzie gospodarka nadal wymaga interwencjonizmu państwowego, nie tylko dla zapobieżenia załamaniom rynku, ale także dlatego, że prywatny sektor gospodarki w tych krajach jest niedojrzały, a rynki słabo rozwiniete13. Czasy bezwzględnej dyktatury, wszechwładza  partii komunistycznej już się w Rosji nie powtórzą. Inny jest kraj, inny jest świat.
..........
Przypisy
1  J. Tazbir, „Walka na pomniki i o pomniki”, „Kultura i Społeczeństwo” 1997 nr 1, s. 3-9.
2. Por. T. Łepkowski, „Polska XVII-XX wieku. Naród rewolucyjny?”, „Puls”. Londyn 1985-1986, nr 18, s. 99-111.
4. Por. A.W. Lipatow, „Rosja i Polska. Spór domowy Słowian lub przeciwieństwo mentalności”, „Przegląd Humanistyczny” 1999 nr 5, s. 77-87.
5. J. Kulicki,  „Zdziechowski i Rosja”, „Przegląd Polityczny” 1986 nr 7, s. 123.
6. Wątek kreowania tzw. bolszewickich świętych, zastępowania religii ideologią został omówiony w pracy A. Leinwand, „Sztuka w służbie utopii. O funkcjach politycznych i propagandowych sztuk plastycznych w Rosji  Radzieckiej...”  Rosyjskiemu nacjonalizmowi poświecone są też prace...
7. W. Bukowski, „Dusza w komunizmie”, Warszawa 1983, s. 16.
8. Termin homo sovieticus wprowadził do obiegu A. Zinowiew, a w polskiej publicystyce upowszechnił  ks. Prof. J. Tischner...
9. J. Szczepański,  „ZSRR a polityczne oblicze Europy”, „Dzieje Najnowsze” 1996 nr 1, s. 234.
10. L. Bazylow, „Historia nowożytnej kultury rosyjskiej”, Warszawa 1986...
11. Carl von Clausewitz pierwszy zauważył, że wielkiego państwa – takiego jak Rosja – nie można ostatecznie inaczej pokonać jak poprzez sprowokowanie wewnętrznego podziału, rozbicie, wojnę domową...
12.  J. Bardach, „Polska a Rosja – spojrzenie wstecz a współczesność”, „Kultura i społeczeństwo” 1997 nr 1, s. 103.
13.  Zb. Brzeziński, „Bezład. Polityka Światowa na progu XXI wieku”. Warszawa 1999, s. 136.

---------------
Jan Golec, dr nauk humanistycznych, specjalizuje się w naukach politycznych, publicysta.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------------------------------------------
| Literatura | Strona główna |