Dziś
Przegląd
społeczny
Pod redakcją
Mieczysława F. Rakowskiego
http://www.dzis.com.pl
=================================================
Od autora strony
Prezentuję
wybrane fragmenty publikacji z miesięcznika „Dziś”. Do niektórych z nich dodam - nieco później - własne uwagi,
wyróżnione inną czcionką i inicjałami „Z.U.”
lub pseudonimem „Anonimus”.
Skupiam się na zagadnieniach ekonomicznych i częściowo społecznych. Unikam, w
miarę możliwości, zagadnień stricto politycznych i światopoglądowych.* Strona będzie stopniowo rozwijana a poszczególne
pozycje, w miarę moich możliwości czasowych, uzupełniane. Przykro mi, że nie
mogę od razu zaprezentować pełniejszego opracowania, ale, po prostu, ilość
wątków, które podjąłem w swojej prezentacji literatury, jest tak duża, że
zwyczajnie nie nadążam. Jednocześnie ich zaprezentowanie uważam za celowe.
Dziwi mnie trochę niski nakład „Dziś” niezbyt pochlebnie świadczący o
głębszych zainteresowaniach polityczno-społecznych, szczególnie polskiej
lewicy, bo że nie chcą czytać czytelnicy o poglądach prawicowych, to rzecz w
pewnym sensie zrozumiała. Zrozumiała, ale niezbyt mądra: poglądy nawet
przeciwników warto znać.
Warto też zawsze pamiętać,
„nikt nie ma patentu na nieomylność”.
Wrzesień /
grudzień 2001
Anonimus
*
Taki miałem
początkowo zamiar. W trakcie opracowywania jednak go zmieniłem. Prezentacja zawiera więc także sporo
elementów społeczno-politycznych.
luty 2003
Anonimus
.........................................................................................................................................................................
Od
października 2003 r. w witrynie „Dziś” są publikowane pełne teksty wszystkich
artykułów. Gratuluję! Zatem
przerywam swoje cytowanie „wybranych fragmentów”. Nadal pozostaję wiernym i w miarę
uważnym czytelnikiem „Dziś”. Nadal też „od czasu do czasu” zamierzam wtrącać
w Internecie swoje trzy grosze, ale w zmienionej formie, już bez obszernego
cytowania fragmentów. Do moich uwag proponuję podchodzić bardzo ostrożnie: są to po prostu uwagi
hobbysty w paru dziedzinach, któremu nie są obojętne również i problemy
społeczne.
Zmieniam adres swojej strony poświeconej miesięcznikowi „Dziś”, na:
http://www.anonimus.com.pl/psg.html
Dotychczasową moją prezentację „Wybranych fragmentów” z
miesięcznika „Dziś”, obejmującą okres od nr 10/2000 do nr 2/2003, pozostawiam bez zmian, mogę jedynie
coś w niej poprawić lub dodać.
Anonimus
Uwagi, komentarze
Na
razie – odkładam. Po prostu – brakuje mi czasu, i muszę lepiej przemyśleć.
Anonimus .
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Spis treści (wybrane
fragmenty od nr 10/2000 do nr 2/2003):
- Igor
Timofiejuk: Analiza bezrobocia, 2/2003, str. 60
- Eugeniusz
Kośmicki: Ruch antyglobalistyczny, 1/2003, str. 39
- Jan
Golec: Przemiany warunków bytowych w Polsce, 12/2002, str. 48
- Marian Dobrosielski: Symbioza
ekologii i ekonomii, 12/2002, str. 55
- Jerzy
Krasuski: Bezrobocie jako cecha kapitalizmu, 11/2002, str. 39
- Alfred Mielczarek: Jaki kapitalizm w Polsce, 11/2002, str. 49
- Anna
Delick: Polska droga do kapitalizmu, 8/2002, str. 24
- Zdzisław Sadowski: Co ze sprawiedliwością społeczną?, 4/2002, str. 5
- Jan Maltecki: Polnische Wirtschaft, 4/2002, str. 50
- Krzysztof
Lubczyński: Depresja, 3/2002, str. 20
- Jerzy
Maciąg: Obraz Polski A.D. 2000, 3/2002, str. 30
- Radosław
S. Czarnecki: recenzja książki J.Rifkina, „Koniec pracy (Schyłek siły roboczej
w świecie i początek ery postrynkowej)”, 3/2002, str.134
- Piotr
Klara: Prywatyzacja, czy prywata, 3/2002, str. 137
- Zdzisław
Sadowski: Pośród kryzysów, 12/2001, str. 7
- Grzegorz
W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze, prognoza rozwoju gospodarczego Polski,
cz.2, 12/2001, str. 43
- Władysław
Baka: Kusząca propozycja?, 11/2001, str. 5
- Zdzisław
Sadowski: Gospodarka i demokracja, 11/2001, str. 7
- Grzegorz
W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze, prognoza rozwoju gospodarczego Polski,
cz.1, 11/2001, str. 22
- Kazimierz
Barcikowski (półka z książkami): Grzegorz Kołodko, „Na skraju globalnej
wioski”, 11/2001, str. 129
- Konrad W.
Studnicki-Gizbert: Grzechy główne polskich reformatorów, 10/2001, str.31
- Marian
Dobrosielski: Unia Europejska a USA, 10/2001, str.37
- Zdzisław
Sadowski: Czy będzie nowa polityka gospodarcza, 9/2001, str. 7
- Jerzy
Kleer: Jak zapewnić wysokie tempo wzrostu, 9/2001, str. 32
- Władysław
Baka: Jakość rządzenia, 8/2001, str. 5
- Zdzisław
Sadowski: Gorący lipiec, 8/2001, str. 7
- Jadwiga
Błahut: Teoria alienacji a kapitalizm, 8/2001, str. 30
- Radosław
S. Czarnecki (półka z książkami): Noam Chomsky, „Zysk ponad ludzi”, 8/2001, str. 134
- Władysław
Baka: Na krawędzi, 7/2001, str. 5
- Zdzisław
Sadowski: Zarobki, zdrowie i państwo, 7/2001, str. 6
- Zdzisław
Sadowski: Ciągle o polityce pieniężnej, 5/2001, str. 7
- Józef
Kaleta: Spór o strategię gospodarczą, 5/2001, str. 26
- Marian
Dobrosielski: Nieludzkie koncerny (Naomi Klein: No Logo), 5/2001, str. 33
- Władysław
Baka: Silna waluta, 4/2001, str. 6
- Zdzisław
Sadowski: Mocna złotówka i słaba przyszłość, 4/2001, str. 8
- Jerzy
Hausner: Polityka równości szans, 4/2001, str. 23
- Marek
Ross: Sieciokracja, 4/2001, str. 50
- Władysław
Baka: Wielkie błędy transformacji, 3/2001, str. 5
- Zdzisław
Sadowski: Nie mamy czasu, 3/2001, str. 7
- Eugeniusz
Kośmicki: Globalizacja a kwestia społeczna, 3/2001, str. 21
- Alfred
Mielczarek: Metarmofoza współczesnego kapitalizmu, 3/2001, str. 40
- Anna
Delick: Mitologizowanie małych firm, 3/2001, str. 48
- Jan
Maltecki: Szalone krowy, 3/2001, str. 61
- Władysław
Baka: Test wrażliwości społecznej , 2/2001, str. 6
- Zdzisław
Sadowski: Rozważania na progu stulecia, 2/2001, str. 7
- Marek
Tabin: Gospodarka a tło kulturowe, 2/2001, str. 38
- Marek
Ross: Problemy „trzeciej drogi”, 10/2000, str. 40
- Marian
Dobrosielski: Unia Europejska a Rosja, 10/2000, str. 59
- Jan
Golec: Polska a Rosja, 10/2000, str. 66
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wybrane
fragmenty:
---------------------
Igor
Timofiejuk: Analiza bezrobocia, nr 2/2003, str. 60
Bezpowrotnie stracona szansa pracy • Rodzaje
bezrobocia przymusowego • Istota i przyczyny bezrobocia •
Aktualność Marksa • Sposoby walki z bezrobociem
Bezrobocie spędza dzisiaj sen z
powiek wszystkim bez wyjątku politykom na całym świecie. Wiadomo
dlaczego. Dlatego, że coraz większy odsetek ludzi wpada w społeczne
upodlenie. Ale dlaczego brakuje pracy? Na to pytanie wszelkiego rodzaju
„mędrcy”, niezależnie od tego, czy są na lewicy czy prawicy, odpowiadają na
ogół tak samo: winę ponosi współczesny postęp techniczny. Mówi się np., że do zaspokojenia obecnych
potrzeb wystarczy 20 proc. zatrudnionych, którzy są w stanie wytworzyć tyle, że
wystarczy dla nich i pozostałych 80 procent. Ale rodzą się zasadnicze pytania:
gdzie?, dla kogo?, w jakich
krajach?, czy w całym świecie?, itp.
Ostatnie pytanie „mędrcy” od ekonomii na ogół zbywają milczeniem. Natomiast
mają wiele do powiedzenia we własnych krajach, zwykle rozwiniętych lub
przynajmniej nie cierpiących głodu, a więc z dochodem
tysięcy dolarów na jednego mieszkańca. Ten typ doświadczeń rodzi ich
odpowiedzi, które chcą rozciągnąć na cały świat. Jakie to doświadczenie i jakie są z
niego wyprowadzane racje?
To tzw.
strukturalne bezrobocie, czyli bezrobotny musi rodzić bezrobotnego i przy
wysokim poziomie technicznym ten proces bezwzględnie będzie postępował. Do kiedy? Jak długo? I
po co? To są pytania podstawowe. Czy można zatem uzyskać na nie odpowiedzi?
...
(...) Rozróżnia się bezrobocie
dobrowolne, występujące wtedy, gdy przy istniejących stawkach płac ludzie
nie podejmują pracy. Przymusowe bezrobocie to liczba tych, którzy są
gotowi podjąć pracę przy danych stawkach, jednakże nie mogą pracy znaleźć.
Rozróżnia się następujące rodzaje bezrobocia przymusowego: frykcyjne,
strukturalne i wynikające z braku popytu, zwane keynesowskim lub
koniunkturalnym. Bezrobocie frykcyjne, tworzone jest przez osoby o pewnych
ułomnościach fizycznych lub psychicznych ...
Bezrobocie strukturalne, to takie, którego źródła tkwią w
zmieniających się warunkach w dłuższym czasie, przede wszystkim skutkiem
postępu technicznego i cywilizacyjnego, w produkcji i popycie. (...) zanik niektórych branż i gałęzi wytwórczości lub znaczące
zmniejszenie na nie popytu.
Bezrobocie koniunkturalne (keynesowskie) powstaje wtedy, gdy popyt globalny
zmniejsza się, a płace (dochody) i ceny nie zdążyły się do tego dostosować i
przywrócić poprzedni poziom zatrudnienia.
Polską
gospodarkę narodową gnębi bezrobocie strukturalne, które pojawiło się w wyniku
tzw. transformacji ustrojowej i w jej efekcie niezbędnej restrukturyzacji
gałęzi produkcji. Oczywiście, swoją rolę odegrał tu także kapitał zagraniczny
oraz błędy popełnione przy prywatyzacji. Rzecz w tym, że jeśli przedsiębiorstwo
o określonym profilu produkcyjnym sprzedano kapitałowi zagranicznemu (tzw.
inwestorom strategicznym) o tym samym profilu produkcyjnym w kraju
macierzystym, to efekt był łatwy do przewidzenia. Kapitał zagraniczny, po
wywiązaniu się z umowy zakupu, często doprowadzał do upadku przedsiębiorstwa w
Polsce lub znacznie ograniczał ich produkcję. Znany to sposób na pozbycie się
konkurenta.
Równie istotne
jest bezrobocie keynesowskie, czyli wynikające z braku popytu wewnętrznego i
zewnętrznego (ujemny bilans handlowy). Dane statystyczne o zachowaniu się
konsumpcji i inwestycji ewidentnie ten fakt potwierdzają. Konkludując, polityka
gospodarczo-społeczna musi być nastawiona na zwalczanie przyczyn wywołujących
bezrobocie typu strukturalnego i keynesowskiego.
Współczesny
postęp techniczny ma w swej istocie wybitnie antyzatrudnieniowy charakter...
Słynny ekonomista, laureat Nagrody Nobla, W.W. Leontief stwierdził kiedyś: „Człowiek znika ze świata pracy, jak koń z rolnictwa”.
Historia nie zna kapitalistycznego systemu
gospodarowania bez bezrobocia.
W długim istnieniu gospodarki kapitalistycznej praktyka gospodarowania i myśl
ekonomiczna wypracowały całą gamę działań, które łagodzą skutki bezrobocia, a
zarazem powodują jego redukcję. Są to powszechnie znane sposoby: w
zakresie wymiany zagranicznej pobudzanie eksportu i hamowanie importu, kursy
walutowe, operacje otwartego rynku, stopy procentowe, roboty publiczne,
zbrojenia itp. To doskonale wypróbowano w ramach gospodarek narodowych.
Jednakże w związku z nasilającymi się procesami globalizacji, gdy kapitał traci
swój narodowy stempel, na wiele sposobów należy spojrzeć po nowemu.
Przedstawię
kilka metod, które, moim zdaniem, mogą okazać się skuteczne w obecnej sytuacji
gospodarczej Polski.
Zacznijmy od rolnictwa. Bez wątpienia nasze rolnictwo jest zacofane w
porównaniu z rolnictwem Europy Zachodniej lub Ameryki Północnej. Czy jednak w
aktualnych warunkach zacofanie można obrócić w sukces? Sądzę, że jest to w
pełni możliwe, a stać się tak może za sprawą tzw. rolnictwa ekologicznego.
...
Oczywiście, i to jest bezsporne, rolnictwo ekologiczne nie może wypełnić całej
wiejskiej przestrzeni.
Rozpatrzmy teraz problem emerytur i rent.
...
Jeśli chodzi o rozwiązanie krótkoterminowe, to uważam, że należałoby podnieść
emerytury i renty o określoną miesięczną kwotę, np.50 lub 100 złotych. To
niewątpliwie wymaga odważnej decyzji polityczno-gospodarczej, szczególnie przy
obecnym kryzysie finansów publicznych. Rzecz w tym, że taka operacja może w
poważnym stopniu sfinansować się sama. Stanie się tak za sprawą wzrostu popytu
wewnętrznego (niezbędny warunek wzrostu
produkcji), gdyż cala podwyżka dla dominującej części biorców zostanie
przeznaczona na zakup dóbr konsumpcyjnych, przede wszystkim żywności. Tak więc operacja ta da znaczący impuls wzrostowi produkcji
i zatrudnienia*, i w efekcie uruchomi procesy
mnożnikowe. Wzrosną dochody państwa z tytułu VAT, podatków od osób prywatnych i
fizycznych, a spadek bezrobocia obniży kwoty przeznaczone w różnych formach na
pomoc i zasiłki dla bezrobotnych.*
* Tak
zapewne by się stało, gdyby „biorcy” podwyżek wydali je na polskie wyroby i w polskiej sieci
handlowej. Jak ich do tego nakłonić? Jeśli
pozostawić wszystko „niewidzialnej ręce rynku”, z tego „impulsu: raczej
niewiele wyjdzie, natychmiast wzrost popytu zaplanują i odpowiednio uwzględnią
importerzy, supermarkety itp., choć niewątpliwie
biorcy emerytur i rent trochę zyskają. Autor, w swoim artykule, wyraźnie to
markuje.
Gdyby zarządzanie było u nas sprawniejsze! Jak będzie w ramach Unii
Europejskiej?
Anonimus
W skali
społecznej (gospodarki narodowej i państwa), należy tymi sposobami działać równolegle,
to znaczy rozsądnie redukować i racjonalizować wydatki, i intensywnie
poszukiwać i kreować nowe dochody. Inaczej mówiąc, polskiej gospodarce potrzeba
więcej keynesizmu, a coraz mniej liberalizmu, czy też neoliberalizmu. Dodam, że
propozycja ta wymaga stworzenia przez decydentów ekonomicznych odpowiednich
warunków i instrumentów. Mam tu na myśli zmiany w zakresie polityki podatkowej,
inwestycji i zatrudnienia, a szczególnie taką strategię, żeby wzrost efektywnego popytu konsumpcyjnego
przyniósł korzyści producentom krajowym, a nie importerom dostarczającym
miejsca pracy nie w kraju, ale za granicą.
Jest jeszcze
inny sposób: skracanie czasu pracy, co praktykowane jest, w różnym nasileniu, w
innych krajach (np. we Francji). Problem wielce kontrowersyjny, ponieważ
natychmiast pojawia się pytanie: czy przy zachowaniu tych samych płac, czy
obniżonych proporcjonalnie do skróconego dnia, czy też tygodnia pracy. Z
ekonomicznego, a raczej księgowego punktu widzenia, odpowiedź jest
jednoznaczna. Oczywiście, płaca robocza powinna być obniżona...
Ale w przypadku rosnącej godziwej stawki płac, może ona stać się silnym
bodźcem lepszej organizacji, dyscypliny i intensywności pracy, skutkujących
wzrostem wydajności. To z kolei obniży jednostkowe koszty produkcji.*
* Sensowne systemy motywacyjne, nastawione na wykorzystanie i
podniesienie wiedzy i kreatywności pracowników, mogą dokonać tu niemal „cudów”,
przynajmniej na tle typowej „prozy życia”. Sprawa jest jednak mocno złożona.
Cztery główne uwarunkowania:
1) Pracownicy muszą być
wykwalifikowani i kreatywni.
2) Zarządzający też muszą być
wykwalifikowani i kreatywni.
3) Narzędzia ekonomiczne muszą
być lepsze.
4) Konkurencja i egoizm w firmach
muszą być ograniczone na rzecz lojalnej współpracy.
Jak do tego doprowadzić?
Temat „konkretyzacji” rozwiązań przewija się na wielu moich stronach. Zjawiska
są jednak złożone, a opór „materii” bardzo silny.
Anonimus
Całość nie jest prostą sumą elementów składowych. Zatem z punktu widzenia
gospodarki narodowej i społeczeństwa jako całości, skracanie czasu pracy może
wyglądać nieco inaczej. Po pierwsze, społeczny koszt operacji musi być
pomniejszony o wydatkowane zasiłki i inne świadczenia dla bezrobotnych. Po drugie,
ogólne zwiększenie popytu będzie poważnym impulsem wzrostu produkcji w wyniku
poprawy koniunktury. Po trzecie, większy margines czasu wolnego, poza wartością
samą w sobie, spowoduje większy popyt na świadczenia usług związanych z
zagospodarowaniem czasu wolnego. Po czwarte, zmniejszenie bezrobocia zawsze
przynosi korzyści w zakresie ogólnego stanu etyki społeczeństwa, większego
bezpieczeństwa, ładu,
porządku itp.
Ta metoda walki z bezrobociem zawsze oczywiście wymaga dokładnego rozważenia i
analiz. Ale zawsze zależy od odwagi
poszukiwania niekonwencjonalnych metod i rozwiązań.
-----------------
Igor
Timofiejuk, prof. zwyczajny na Wydziale Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu
Warszawskiego;
zajmuje się ekonomią, statystyką ekonomiczną i teoretyczną.
-----------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------
Eugeniusz Kośmicki: Ruch antyglobalistyczny, nr 1/2003, str. 39
Początek ruchu • Określenie
celów i zadań • Opozycja wobec neoliberalizmu •
Potęga koncernów transnarodowych
• Problem
demokratycznej kontroli
Główne problemy ruchu
antyglobalistycznego
Początki ruchu
antyglobalistycznego wiążą się z pięciodniowymi wystąpieniami przeciwko
spotkaniu Międzynarodowej Organizacji Handlu (WTO) w listopadzie 1999 roku.
Miasto Seattle – dotąd znane jako siedziba międzynarodowego koncernu Microsoft
Billa Gatesa i symbol współczesnego kapitalizmu, opartego na informatyce i
telekomunikacji – stało się tym samym miejscem narodzin ruchu antyglobalistycznego.
Po rozpadzie dotychczasowego bloku państw
socjalistycznych w latach 1989-1991, szefowie rządów Zachodu oraz wielkich
transnarodowych koncernów byli przekonani o ogromnej przewadze, a nawet
wyłączności gospodarki rynkowej i zachodniej demokracji nad wszelkimi innymi
formami społecznymi. Dał temu wyraz amerykański intelektualista i
doradca rządu amerykańskiego, Francis Fukuyama, publikując słynną książkę „Koniec historii”, gdzie kapitalizm wydawał się
dominujący w świecie i pozbawiony całkowicie alternatywy. Jednakże już dziesięć
lat później (1999 r.) pojawił się szeroki ruch społeczny, kwestionujący
dotychczasową neoliberalną globalizację z jej priorytetem „zysków ponad wszystko”. Co
więcej, antyglobaliści są przekonani, że inny świat społeczny jest całkowicie możliwy do
urzeczywistnienia.
...
Współczesne warunki społeczeństwa i gospodarki są zdecydowanie odmienne niż w
latach 60. i 70. ubiegłego
wieku. Już w latach 90. nastąpiła redukcja
keynesowskiego państwa dobrobytu, a świadczenia społeczne i państwowa podaż
podstawowych dóbr publicznych zostały potraktowane jako przeszkody w
powiększaniu zysków i wzrostu gospodarczego. W 2001 r. nastąpiło załamanie
gospodarcze w Stanach Zjednoczonych i jego negatywne oddziaływanie na świat,
łącznie z Europą. Wszędzie obecnie występują niestabilności finansowe i
nadmiernie rozbudowane moce produkcyjne. Stany Zjednoczone, jako „lokomotywa”
światowej gospodarki, znacznie osłabły. Próbują obecnie zwiększyć wewnętrzną
koniunkturę gospodarczą poprze rosnące wydatki państwowe (zwłaszcza na
zbrojenia), obniżanie podatków i ograniczenia importowe. Jest nawet możliwe, że
postępująca w ostatnich dziesięcioleciach nieformalna integracja gospodarki
światowej może przerodzić się w fazę dezintegracji. Wskazują na to rosnące wpływy prawicowego
antyglobalizmu, w postaci różnych form nacjonalizmu.
Neoliberalna ofensywa
W latach 50 i
60. dwudziestego wieku, w
„złotym okresie” kapitalizmu, w gospodarce i polityce Zachodu dominowały
idee wybitnego ekonomisty, Johna Maynarda Keynesa. Polityka gospodarcza była
wtedy pod jego całkowitym wpływem. Jednakże w połowie
lat 70. wystąpiły zjawiska inflacji i bezrobocia,
a szefowie wielkich koncernów zaczęli poszukiwać nowych źródeł zysków.
Stanowiło to pożywkę dla szybkiego rozwoju i zwycięstwa w gospodarce
neoliberalizmu.
...
We współczesnej gospodarce nastąpiło wyraźne wzmocnienie nastawienia na wzrost
wartości dla udziałowców.
...
Totalne, wydawałoby się, zwycięstwo neoliberalizmu we wszystkich aspektach
życia społecznego i jego ogromny „sukces” doprowadził jednak do narodzin jego
„przeciwnika”. Ponawiane wciąż przez neoliberalnych polityków ataki na państwo
dobrobytu i warunki życia doprowadziły wkrótce do rozwoju społecznego oporu.
Stopniowo narastało przekonanie, że niszczenie środowiska, rosnące ubóstwo i
wyzysk krajów Trzeciego Świata mają wspólną przyczynę – neoliberalną
globalizację. Już w połowie lat 90. nastąpiło wyraźne
przesuniecie się na lewo w świadomości ludności, co przejawiło się w wyborze
licznych rządów socjaldemokratycznych i lewicowo-liberalnych. Jednakże
dotychczasowa polityka nie zmieniła się, odpowiadając całkowicie interesom
wielkich koncernów i reprezentujących je elit politycznych.
...
W latach 90. ubiegłego wieku gospodarka amerykańska
wydawała się kwitnąć, jak nigdy przedtem. Wysokie notowania giełdowe firm,
rozwój tzw. new economy, opartej na
informatyce, wywoływał przekonanie o możliwościach nieograniczonego wzrostu
gospodarczego. Jednakże realne płace większości
Amerykanów spadły, wprowadzenie elastycznego rynku pracy w USA
spowodowało utratę bezpieczeństwa pracy, a wielu ludzi zaczęło pracować w nisko
płatnych zawodach (tzw. macjobs) powiększając liczbę tzw. biednych pracujących
(working poor).
W tych warunkach doszło w USA do słynnego strajku w UPS, który uchodził jako
symbol new economy i elastycznego czasu pracy. Zakończył
się zwycięstwem pracowników, którzy otrzymali lepsze płace i pełne etaty.
...
W krajach Trzeciego Świata programy przystosowań
strukturalnych narzucane przez światowe organizacje wywołują sprzeciw ludności.
Przykładem takim była m.in. próba prywatyzacji zaopatrzenia w wodę w Boliwii. Pod
wpływem protestów Boliwijczyków transnarodowy koncern Bechtel Corp. musiał odstąpić od swoich planów prywatyzacyjnych. Na
przełomie 2001/2002 r. nastąpiło załamanie się gospodarki argentyńskiej i
masowa rewolta związana z „reformami” MFW w tym kraju, które doprowadziły ten
„spichlerz świata” do ogromnych różnic w osiąganych dochodach.
...
Istotne znaczenie ma w ruchu antyglobalistycznym Światowe Forum Społeczne w Porto
Alegre w Brazylii. W 2001 zgromadziło 12 tys. uczestników a w 2002 r. już 60 tysięcy. Próbuje się
na nim wypracować
alternatywę wobec
współczesnego kapitalizmu, a neoliberalnej TINIE przeciwstawia się hasło: „Inny świat jest całkiem możliwy”.
Międzynarodowy system
gospodarczy i finansowy
Współczesny
międzynarodowy system gospodarczy i finansowy został w pełni opanowany przez
transnarodowe koncerny przemysłowe i finansowe (TNU) i opiera się na wolności:
inwestowania; obrotu kapitałem; handlu wszystkimi dobrami i usługami, łącznie z
żywymi organizmami i własnością intelektualną. Jak twierdzi S.George: „Transnarodowe
przedsiębiorstwa znajdują się
ponad prawem, także wtedy jeśli trwale szkodzą ludziom i
środowisku” (s.47). Koncerny
uprawiają politykę określaną
współcześnie jako corporate
welfare, a więc domagają się deregulacji i ścisłego
ograniczania ingerencji państwa, przy zachowaniu przywilejów podatkowych dla
siebie i państwowego poparcia dla badań naukowych. Wielkie korporacje unikają
płacenia podatków i domagają się przerzucenia ich na konsumentów i
pracobiorców.
W ciągu
ostatnich dwudziestu lat konserwatywne amerykańskie fundacje i komisje
ekspertów wydały setki milionów dolarów, aby przekonać całe społeczeństwo
amerykańskie, że system społeczny w USA jest dobry i wszelki opór przeciwko
niemu jest bezcelowy. Wydaje się jednak, że ideologiczne argumenty tzw.
konsensusu waszyngtońskiego są fałszywe, a wprowadzona przez transnarodowe
koncerny neoliberalna globalizacja nie jest żadnym prawem
przyrody... Co więcej, dotychczasowe zwycięstwa wielkich
koncernów wydają się tylko częściowe i są niestabilne, a one same znajdują się
często w niepewnej sytuacji gospodarczej. Okazuje się, że w wielu przypadkach
pozycja rynkowa koncernów była nawet skutkiem zwyczajnego oszustwa w
rachunkowości. Wielkie koncerny nie są wcale
zainteresowane wzrostem zatrudnienia czy poprawy stanu środowiska – interesują
się tylko wartością rynkową swoich akcji.
Obecnie już 85
proc. ludności świata żyje w krajach, gdzie nierówności społeczne nie
zmniejszają się, ale ciągle narastają.
Globalizacja,
jaką obecnie znamy, zaczęła się wraz z upadkiem muru berlińskiego. Odtąd
wielkie koncerny
uzyskały faktycznie nieograniczone możliwości dla swojego
działania. Odpowiedzią na tę sytuację stał się masowy rozwój obywatelskiego
ruchu antyglobalistycznego. Współczesny ruch antyglobalistyczny ma charakter
międzynarodowy i obejmuje związkowców, drobnych rolników i ich organizacje,
konsumentów, obrońców środowiska, studentów, organizacje kobiece, bezrobotnych,
tubylcze grupy ludności, zwolenników różnych religii.
Do
najważniejszych wyzwań ruchu antyglobalistycznego należą – według S. George’a –
następujące problemy: uczciwy a nie wolny handel; opodatkowanie
międzynarodowego kapitału i zniesienie „rajów podatkowych”; wprowadzenie
skutecznych ustaw ochrony środowiska, rozpoczynając od środków zapobiegawczych;
finansowa i prawna odpowiedzialność przedsiębiorstwa za wszystkie jego
działania.
W handlu
międzynarodowym potrzeba nadal rozwiniętego systemu uregulowań – muszą być
odmienne, niż dotychczasowy system Światowej Organizacji Handlu (WTO). Wykształcenie, zdrowie, kultura, środowisko nie powinny być
traktowane jako towary, a bezpieczeństwo żywnościowe powinno mieć priorytet w
stosunku do handlu rolnego.
Globalne rynki
finansowe powstały jako wynik
prawidłowości ekonomicznych, które rozwinęły się na świecie w
efekcie przymusów globalizacji.
Obecna
globalizacja wyraża się w konkurencji o lokalizację produkcji. ...
Gdy
wyczerpała się dynamika gospodarcza rozwoju... Międzynarodowa współpraca ekonomiczna
została ograniczona na korzyść nieograniczonej konkurencji.
Liberalizacja międzynarodowego obrotu kapitału stworzyła nie tylko ramy
międzynarodowej bezwzględnej konkurencji, ale była ciosem dla dotychczasowej
polityki reform.
...
Deregulacja
rynku światowego nie była uwarunkowana naukowo, a wynikała jedynie ze zmiany
znaczenia sił politycznych.
...
Kraje Trzeciego
Świata nadal są bardzo atrakcyjnym miejscem dla instytucjonalnych inwewstorów
(wspieranych przez MFW i Bank Światowy), zwłaszcza dla kapitału krótkookresowego. ...
W poszukiwaniu
nowych możliwości zysków, międzynarodowe koncerny zajmują się coraz bardziej zasobami biologicznymi.
...
Kapitał dąży
do maksymalnie wysokich zysków w krótkim czasie, nie uwzględniając żadnych
innych „wyższych” wartości.
Poszczególne przedsiębiorstwa próbują
jednak swój cel maksymalizacji zysków uzyskać przy pomocy możliwie niskich płac. Taka postawa
powoduje ciągły spadek siły nabywczej ludności. Państwo
narodowe tworzyło dotąd elementarne przesłanki dla akumulacji kapitału. Dotyczyło to
dobrej infrastruktury, wykształcenia, czy „spokoju i porządku” dla
maksymalizowania zysku. Pojawia się tutaj pytanie: co
stanie się z gospodarką, gdy wszystko będzie sprywatyzowane? Czy wtedy MFW i
transnarodowe koncerny przejmą rzeczywiste panowanie nad światem?
...
-----------------
Eugeniusz Kośmicki, prof. dr hab.
w Katedrze Nauk Społecznych Akademii Rolniczej w Poznaniu,
zajmuje się socjologią ogólną, socjologią wsi i biologią teoretyczną.
-----------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jan Golec: Przemiany warunków bytowych w Polsce, nr 12/2002, str. 48
Sytuacja powojenna • Plan
sześcioletni i dekady PRL • Czas „Solidarności” •
Warunki współczesne
W wyniku 2. wojny światowej Polska była najbardziej zniszczonym krajem europejskim.
Zniszczenia materialne wyniosły 39 proc. majątku produkcyjnego na ziemiach w
granicach 1945 roku. Stan biologiczny społeczeństwa określano wówczas jako
krytyczny. Współczynnik śmiertelności w większych miastach w drugim półroczu
1945 r. był dwa razy wyższy, niż przed wojną. Niedożywienie, ciężkie przeżycia,
odbiły się na zdrowiu fizycznym i psychicznym narodu. Zwiększyła się znacznie
liczba zachorowań na gruźlicę. W 1945 r. tyfus brzuszny i plamisty, czerwonka
przybrały rozmiary epidemii. Choroby weneryczne były klęską społeczną –
notowano 1,5 mln zarażonych. Nienormalne warunki życia sprzyjały szerzeniu się
pijaństwa. Produkcja i handel bimbrem osiągnęły rozmiary nie
notowane nawet w czasie okupacji. Spirytus i bimber stanowiły środek płatniczy,
szczególnie w handlu z żołnierzami radzieckimi. Wartość odżywcza pożywienia
była przeciętnie niższa od norm fizjologicznych. Braki artykułów pierwszej
potrzeby, w części tylko łagodzone przez dostawy UNRRA, zmusiły władze do
utrzymania systemu kartkowego.
Bardzo ciężka
sytuacja aprowizacyjna utrzymywała się przez cały rok 1945 i pierwsze półrocze
1946 roku.
...
Całkowicie z systemu kartkowego zrezygnowano w 1948 r.
...
Powojennego społeczeństwa polskiego nie należy postrzegać jako w całości
niechętnego ZSRR, komunistom i reprezentowanej przez nich władzy. Było ono
podzielone, a linie podziałów były bardzo skomplikowane.
...
W latach 1949-1955 realizowano Plan 6-letni.
...
Przełom październikowy 1956 r. wykazał, że w okresie kryzysów władza musiała
liczyć się z robotnikami.
...
W 1945 r. dylemat, czy to „wyzwolenie” czy raczej „nowa okupacja”, stawiali
jedynie przywódcy antykomunistycznego podziemia, całkowicie oderwani od
realnego życia kraju
i sytuacji międzynarodowej.
...
Początek lat 80. to historia „Solidarności”, która
formalnie była związkiem zawodowym, a w rzeczywistości organizacją o
charakterze ogólnospołecznym i politycznym.
...
Po odzyskaniu przez Polskę pełnej suwerenności i niepodległości, z
dobrodziejstwa demokracji skorzystały głównie elity postsolidarnościowe.
...
Z perspektywy dnia dzisiejszego uświadamiamy sobie ogromny rozziew między
nadzieją, jaką społeczeństwo
pokładało w tym ruchu, a rzeczywistością.
...
Skrajnie liberalna polityka gospodarcza prawicowych rządów, nasycona pseudoreformatorską
demagogią, doprowadziła kraj do braku perspektyw rozwoju gospodarczego,
znacznej utraty suwerenności ekonomicznej oraz zmniejszenia szans poprawy
warunków życia ludzi pracy najemnej, rolników, emerytów i rencistów, a
szczególnie młodzieży.
...
Nostalgia za PRL jest ciągle żywa. Przewaga zwolenników uczczenia
pamięci Edwarda Gierka (36 proc.) nad stronnikami historycznego przywódcy
„Solidarności” Lecha Wałęsy (21 proc.) dowodzi, że wiele osób z sentymentem
wspomina tamte czasy. Ludzie oceniają dekadę Gierka znacznie lepiej, niż tzw.
III Rzeczpospolitą. Sympatii do Gierka nie są w stanie przesłonić argumenty o
dużym zadłużeniu kraju pod jego rządami czy woluntarystycznych decyzjach w
zarządzaniu państwem. Obecnym elitom politycznym, żyjącym często ponad stan,
warto przypomnieć, że komunistyczni przywódcy żyli bardzo skromnie. Władysław
Gomułka palił najtańsze papierosy „Sport”, przez dłuższy czas mieszkał w
blokowisku na Saskiej Kępie19. Polska Ludowa gwarantowała wszystkim
obywatelom pracę, szeroki zakres świadczeń socjalnych, bezpłatny dostęp do
nauki, oświaty i służby zdrowia. Zaspokajała więc elementarne potrzeby ludzkie. W tzw.
III RP ludzie są wolni, ale jednocześnie duża część naszego społeczeństwa
pozbawiona jest środków do korzystania z wolności.
W
manifeście Międzynarodowego Stowarzyszenia Liberałów z 1981 r. stwierdzono, że
ideałów liberalizmu, czyli wolności osobistej i tolerancji powszechnej, nie da
się osiągnąć w społeczeństwie, w którym istnieją wielkie obszary bezrobocia i
nędzy, w którym nie ma troski o ochronę zdrowia, dostęp do wiedzy, kultury itp. Transformacja
przeprowadzona według doktryny liberalizmu zmarginalizowała kilka milionów
obywateli pozbawiając ich pracy, a dalsze miliony zepchnęła na skraj ubóstwa i nędzy. Czy zatem należy się
dziwić, że bezrobotni, skrzywdzeni i poniżeni, nie mający zapewnionego minimum
egzystencji, zwracają się ku przeszłości i z sentymentem wspominają czasy
Polski Ludowej. Ostatnie sondaże wskazują , że
dodatnie oceny PRL
przeważają nad ujemnymi. Sukcesy wyborcze postkomunistów w
wolnych demokratycznych wyborach w krajach Europy Środkowo-Wschodniej nie są
przejawem historycznej amnezji, lecz świadomego politycznie wyboru ludzi,
którzy chcą budować sprawiedliwą przyszłość dla wszystkich obywateli, a nie tylko
dla swoich. Obraz tzw. III RP jako gospodarczego tygrysa Europy, nawet jeśli funkcjonował w latach 90. w Europie Zachodniej,
to jedynie wśród elit.
Ponad dziesięć lat po upadku realnego socjalizmu, Polska jest
krajem wciąż nie spełniającym zachodnich standardów na
płaszczyźnie społecznej, gospodarczej i politycznej; jest krajem zapóźnionym
cywilizacyjnie.
-----------------
Jan Golec,
dr nauk humanistycznych, specjalizuje się w naukach politycznych,
publicysta.
-----------------------
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marian Dobrosielski: Symbioza ekologii i ekonomii, nr 12/2002, str. 55
Przeciwko amerykańskiemu ideałowi sukcesu • Wołanie o ocalenie planety • Kondycja
przyrody i ludzi • Etyka
ekologiczna • Rola
organizacji pozarządowych
Lipiec 1962
roku. Camp Sierra, gdzieś w masywie Sierra Nevada. Przeżywam tam cudowny
tydzień na spotkaniu młodzieży zorganizowanym przez kwakrów. Jestem jednym z
referentów i uczestników dyskusji o poszukiwaniu sensu czy celu życia i
skutecznych dróg do wzajemnego zrozumienia i pokoju miedzy ludźmi różnych
narodowości, religii, światopoglądów. Takimi są właśnie młodzi i starsi
uczestnicy tego spotkania. Nie tylko jednak dyskutujemy. Wędrujemy, czytamy,
medytujemy, opowiadamy o naszych krajach i naszych różnorodnych
doświadczeniach, gramy w siatkówkę śpiewamy, bawimy się. Warunki życia
kwakierskie, czy, jak kto woli, spartańskie. Atmosfera ateńska
(peryklejsko-sokratejska). Pogoda idealna. Flora i fauna niezwykle bogata i
urzekająca. Życie jest piękne. Pod koniec spotkania, jego główny organizator,
Cecil Thomas podarował mi niewielką książeczkę Henry Davida Thoreau: „Walden”, która wpłynęła w pewnym
stopniu na moje poglądy – szczególnie słynny esej o obywatelskim
nieposluszeństwie1.
Te szczęśliwe
chwile mego pobytu w USA (a było ich sporo) przypomniały mi się z niezwykłą
wyrazistością przy lekturze znakomitej, realistycznej i w sumie optymistycznej książki
Edwarda O. Wilsona o przyszłości życia na naszej planecie2.
Przypomniały mi się dlatego, ponieważ w prologu autor
pisze fikcyjny list do Thoreau3, którego uważa za „bratnią duszę”, „Walden” za „dzieło sztuki, testament obywatela Concord, który przez pięć
pokoleń, nie stracił na aktualności i nadal precyzyjnie określa kondycję
człowieka”.
Edmund O.
Wilson jest jednym z najwybitniejszych żyjących biologów i ekologów. Studiował
biologię w Uniwersytecie Harvarda, z którym związał się od początków swej kariery
naukowej i gdzie pracuje do dziś. Jest autorem wielu książek, dwukrotnym
laureatem nagrody Pulitzera za „O naturze ludzkiej” (1978) i „Mrówki” (1990),
licznych nagród i wyróżnień różnych narodowych i międzynarodowych instytucji
naukowych i stowarzyszeń ochrony środowiska naturalnego. Ostatnio opublikował
bardzo dobrze przyjętą w różnych krajach książkę „Konsiliencja – jedność wiedzy”,
wydaną również w Polsce. Jeszcze nie przebrzmiały pełne zachwytu nad nią
recenzje, gdy wydał omawianą „Przyszłość życia”, chyba najlepszą swą książkę,
będącą w pewnym sensie, podobnie jak „Walden”, testamentem dla obecnych i
przyszłych pokoleń ludzkości.
„Przyszłość
życia” jest przejmującym wołaniem o szybkie i zdecydowane działania dla
ocalenia bogatego biologicznego dziedzictwa naszej planety. Wilson opisuje dokładnie i z olbrzymią troską,
które skarby naturalnego świata straciliśmy już, które jeszcze stracić możemy
na zawsze i wskazuje, co możemy i powinniśmy uczynić teraz, by skarby te i nas
samych ocalić. Największą chyba praktyczno-polityczną
zasługą tej książki jest wszechstronne, racjonalne, głęboko uzasadnione
obalenie hołubionego przez wielu neoliberałów mitu, że radykalna polityka
ochrony środowiska jest sprzeczna z polityką wzrostu i rozwoju gospodarczego.
Wilson przekonuje, że odpowiednia polityka ekologiczna
jest nie tylko warunkiem zdecydowanej poprawy jakości życia, lecz i zapewnienia
długoterminowego rozwoju gospodarczego. Na tym wątku skoncentruję się
przede wszystkim.
(...) Przypomina,
że Thoreau uzasadniał, iż świat naturalny, z jego fauną i florą, jest naszym
naturalnym domem, a ich ochrona jest naszym etycznym obowiązkiem i warunkiem
przetrwania ludzkości. Zmuszony jest jednak w zakończeniu swego fikcyjnego
listu przekazać
Thoreau i nam wszystkim złe wieści. Świat naturalny znika w
bezprecedensowym tempie. Połowa lasów tropikalnych została już zniweczona. Gatunki roślin
i zwierząt giną sto lub więcej razy szybciej, niż przed pojawieniem się
człowieka. Prawie połowa istniejących obecnie gatunków może zginąć jeszcze przed końcem obecnego
stulecia. „Sytuacja jest rozpaczliwa – lecz istnieją
pozytywne oznaki, że stojące przed nami problemy mogą być rozwiązane”. W tym celu konieczne jest jednak przestrzeganie nowej,
globalnej etyki odpowiedzialności wobec przyrody.
Wilson
rozpoczyna właściwą treść swej książki od syntetycznego opisu biosfery.
...
Wilson charakteryzuje aktualną kondycję świata i ludzi.
...
Jego zdaniem wkroczyliśmy w Wiek Środowiska Naturalnego. „Z rozpaczliwej sytuacji, w którą wpędziliśmy się przez
niewłaściwe, bezmyślne i uparte używanie osiągnięć nauki i technologii, nauka i technologia w połączeniu z przezornością i moralną
odwagą mogą nas z niej wyprowadzić”.
...
Ekonomista koncentruje się na produkcji i konsumpcji. Jego parametry to przede
wszystkim produkt krajowy brutto (PKB), bilans handlowy i indeks
konkurencyjności. Nasza planeta jest według niego wiecznie płodna, bogata w
niewyczerpalne zasoby i ciągle niedostatecznie wykorzystana dla rozwoju
gospodarczego. Ekolog z kolei stwierdza, że środki proponowane przez ekonomistę
mogłyby być skuteczne, gdyby Ziemia była nieograniczenie wielka i dysponowała
ciągle odnawiającymi się zasobami. Oblicza się np., że
gdyby obecna liczba ludzi na świecie miała osiągnąć poziom życia i zużycia zasobów
naturalnych USA, to trzeba by dodać do naszej Ziemi jeszcze cztery tego typu
planety.
Wilson stwierdza, że różnice w podejściu radykalnych ekonomistów i ekologów
można przezwyciężyć.
...
Wilson obszernie opisuje związki przyczynowe między liczbą ludności Ziemi a jej
wydolnością utrzymania i wyżywienia ludzi. Przypomina, że w 20. wieku liczba ludności świata gwałtownie wzrosła o więcej
ludzi, niż wynosiłaby liczba wszystkich ludzi żyjących w ciągu dotychczasowej
historii. W 1800 roku było nas około miliarda, w 1900 roku 1,6 miliarda, a w
2000 roku dobrze ponad 6 miliardów. „My i pozostałe
gatunki nie możemy pozwolić sobie na drugie takie stulecie”.
...
Istnieją oznaki uzasadniające umiarkowany optymizm
dotyczący wspomnianej liczby ludzi. „Kobiety mające możliwość wyboru i dostęp
do środków antykoncepcyjnych, praktykują kontrolę urodzin. Procent tych, które
to czynią, różni się ogromnie między poszczególnymi krajami”.
...
Koniecznym warunkiem możliwości życia 9-10 miliardów ludzi na Ziemi jest
m.in. ochrona środowiska naturalnego.
...
Pominę fascynujące, przenikliwe i przerażające opisy Wilsona dotyczące
aktualnego stanu naszej biosfery i aktywności „planetarnego mordercy”, jak
nazywa się rodzaj ludzki. Wilson pokazuje w sposób konkretny, różnorodny i
wszechstronnie uzasadniony, że „Jak dotąd, ludzkość odgrywa rolę
planetarnego mordercy, troszcząc się jedynie o swoje krótkoterminowe
przetrwanie...”
...
Wilson pisze o szansach i zagrożeniach inżynierii genetycznej w dziedzinie
rolnictwa. Wskazuje, że w tej sprawie zarówno opinia publiczna jak i oficjalna
polityka różnią się w poszczególnych krajach. „Francja i Anglia gwałtownie się
jej sprzeciwiają, Chiny zdecydowanie ją popierają, a Brazylia, Indie, Japonia i
Stany Zjednoczone podchodzą do niej pozytywnie, lecz ostrożnie”.
...
Koncentracja na rabunkowej eksploatacji naturalnych
zasobów Ziemi doprowadziła do dwu skutków ubocznych. Po pierwsze, do stale
powiększającego się rozziewu między bogatymi a ubogimi tego świata. Bogaci
bogacą się, a biedni ubożeją.
Drugim skutkiem ubocznym jest coraz większe przyspieszenie często
nieodwracalnego niszczenia fauny i flory Ziemi. Obydwa zjawiska nawzajem na
siebie oddziałują i warunkują się.
...
W debacie ekologicznej przejawiają się dwa skrajne podejścia etyczne.
Zwolennicy poglądu „człowiek nade wszystko”, kierują się krótkowzrocznymi,
aktualnymi jego potrzebami i uważają, że temu służy dotychczasowy sposób
„ujarzmiania” przyrody. Zwolennicy ochrony środowiska także kierują się dobrem
człowieka, lecz patrzą nań perspektywicznie.
...
Według Wilsona rozwój współczesnego kapitalizmu, opowiadającego się
dogmatycznie za wzrostem gospodarczym w oparciu o rozwój technologii, nie może
być powstrzymany. Jego kierunek może być jednak zmieniony przez przyjęcie imperatywów
etyki ekologicznej odpowiedzialności.
...
Główną siłą napędową globalnej ekologii są organizacje pozarządowe (NGO),
lokalne i międzynarodowe.
...
Wilson przytacza przykłady działalności międzynarodowych i amerykańskich
organizacji pozarządowych na rzecz ochrony środowiska, w których uczestniczy.
Wskazuje na olbrzymi wzrost liczby ich członków w ostatniej dekadzie i coraz
większą pomysłowość i skuteczność działania. Mimo to, w 2000 roku z potrzebnych
30 miliardów USD dla realizacji globalnej strategii ekologicznej zdołano zebrać
jedynie 6 miliardów. Jeśli pomyślimy przez chwilę, że
ludzkość wydała w 2001 r. na zbrojenia ponad 800 miliardów USD, a na ochronę
środowiska 6 miliardów, czyli ponad 130 razy mniej, to zdamy sobie sprawę, w
jak pełnym absurdów świecie żyjemy.
Wilson podkreśla
znaczenie ugrupowań, mylnie nazywanych antyglobalizacyjnymi,
protestujących podczas konferencji Światowej Organizacji Handlu, Banku
Światowego, Międzynarodowego Funduszu Walutowego, Światowego Forum
Gospodarczego. Ich protesty to system wczesnego ostrzegania przed grożącymi
katastrofalnymi globalnymi kryzysami. Są głosem tych, którzy czują się
wykluczeni z licznych dyskusji, na których podejmuje się tajne decyzje
dotyczące życia nas wszystkich. „Ich mądrość jest głębsza niż sugerują to ich
śpiewy i tupanie, głębsza od mądrości wielu przywódców, przeciwko którym
występują”. Im zawdzięczamy to, że rozwija się publiczna debata dotycząca wielu
żywotnych problemów. „A to, że są lewicowi w swojej ideologii, to niech już tak
będzie. Ich młodzieńcza energia terapeutycznie zakłóca spokój i
przeciwstawia się nagminnemu cynizmowi konserwatywnego temperamentu”.
W zakończeniu Wilson raz jeszcze podkreśla, że według
niego centralny problem nowego wieku to: podnieść standard życia ubogich na
całym świecie do przyzwoitego poziomu, przy równoczesnym ocaleniu naturalnego
środowiska świata.
---------------
Przypisy
1 Henry David
Thoreau, „Wolden or, Life in the Woods and On the Duty of Civil Disobedience”. Signet
Classic Edition.
2 Edward O.
3
Thoreau
(1817-1862) żył, jak wiadomo, przez dwa lata (1845-1847) w zbudowanej
przez siebie prymitywnej chacie nad jeziorkiem Walden, niedaleko miasteczka
Concord, w Nowej Anglii, z dala od zgiełku świata i ludzi. Wiele tam czytał,
pisał, a nade wszystko podziwiał przyrodę i przyjaźnił się ze zwierzętami,
ptakami, rybami. Opisał to we wspomnianej, fascynującej książce, „Walden”.
Thoreau był zdecydowanym nonkonformistą, przeciwstawiającym się w teorii i
praktyce popularnemu wówczas i dziś amerykańskiemu ideałowi osiągania sukcesu
(szczególnie materialnego) za niemal wszelką cenę. Obecnie jest uznawany za
jednego z wielkich prekursorów ekologii i ruchów ekologicznych na całym świecie.
---------------
Marian Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się
naukami filozoficznymi oraz współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jerzy Krasuski: Bezrobocie jako cecha
kapitalizmu, nr 11/2002, str. 39
Rezerwowa armia pracy • Interwencjonizm państwowy • Przyrost
naturalny a miejsca pracy •
Wypieranie pracy z procesu produkcji • Popyt a
bezrobocie •
Prywatyzacja a rynek pracy
Bezrobocie
towarzyszyło kapitalizmowi od początku i było dlań korzystne, ponieważ
pozwalało utrzymywać płace na niskim poziomie. Przyznać trzeba, że dzięki
niskim płacom następuje akumulacja kapitału, czyli wzrost gospodarczy. Gdyby
nie było bezrobocia, to utrzymywanie płac na niskim poziomie nie byłoby
możliwe, gdyż masy pracujące byłyby w stanie wywalczyć ich wzrost, powodując
jednak, tym samym, zahamowanie akumulacji kapitału. Bez przyrostu ludności,
choć pociągającego nędzę znacznej jej części, kapitalizm nie mógłby osiągnąć
swoich wielkich sukcesów.
W rezultacie
trzeba powiedzieć, że starania o pełne zatrudnienie są w kapitalizmie albo
godne politowania i bezskuteczne, albo zgoła obłudne, albo wręcz godzą w prawa
przysługujące masom pracującym. Przed 1. wojną
światową nikt się bezrobociem nie przejmował. Dawid Ricardo (Anglik, zm. 1883)
pisał beznamiętnie o
„rezerwowej armii pracy” jako nieodzownym warunku funkcjonowania
kapitalizmu. Zaniepokojenie pojawiło się w związku z powstaniem ZSRR, a
zwłaszcza zaś w związku z wybuchem światowego kryzysu gospodarczego w 1929 r.,
który zakończył się w istocie dopiero wybuchem 2. wojny
światowej. Nie był on – wbrew uporczywej legendzie – wyrazem immanentnej wady
kapitalizmu (tego typu kryzys już się nie powtórzył, chociaż komuniści
niecierpliwie nań czekali), lecz skutkiem 1. wojny
światowej w sensie powszechnego olbrzymiego zadłużenia wobec USA oraz
skandalicznych postanowień wersalskiego traktatu pokojowego dotyczących
odszkodowań niemieckich (Lenin zgadzał się co do tego z Keynesem, który
przewidział katastrofę publikując w 1919 r. książkę „Economic Consequences of
the Peace”).
Po 2. wojnie światowej kryzys na taką skalę, jak w latach
1929-1932, ku rozczarowaniu komunistów się nie powtórzył, ponieważ USA z obawy
przed ZSRR i komunizmem anulowały długi wojenne, a nawet udzieliły Europie
Zachodniej olbrzymiej pomocy (plan Marshalla).*
(* Co wtedy robiła „niewidzialna ręka rynku”? Anonimus).
Równocześnie znoszenie barier handlowych , czyli
globalizacja gospodarki (określenie używane od 1997 r.), umożliwiła krajom
rozwiniętym, zwłaszcza USA, coraz większy eksport zapobiegając dawniej
periodycznej pladze nadprodukcji. Kapitalizm, dążąc do globalizacji gospodarki (co Marks i Engels przewidzieli w „Manifeście
komunistycznym” z 1848 r.), uruchamiał swoje proste rezerwy. Nie ziściły się
dzięki temu przepowiednie... „udławi się on” swoją
produkcją.
Po 2. wojnie światowej nastał okres pełnego zatrudnienia trwający
30 lat, do 1975 roku. Miało to różne przyczyny, spośród których najważniejszą
był silny udział państwa w gospodarce, czyli wysoki stopień etatyzmu, w postaci
zarówno własności państwowej, jak i różnych form interwencji. Było to, jak
mówią Francuzi, trzydzieści świetnych lat (les trente glorieuses années) – lat
niespotykanego w dziejach rozwoju produkcji i konsumpcji, wzrostu stopy
życiowej, braku bezrobocia, państwowej opieki socjalnej, jaką niegdyś obiecywał
zapewnić tylko socjalizm.
Jest czystym absurdem, że gorączkowym w ostatnich latach zabiegom o
przeciwdziałaniu bezrobociu towarzyszy od 1990 r. (czyli
od załamania się obozu socjalistycznego) likwidacja wszelkich form etatyzmu.
Prywatyzacja i deregulacja gospodarki na pewno nie przyczynią się do likwidacji
bezrobocia, lecz je zwiększą.
Jakiego interwencjonizmu pragną kapitaliści
W czystym,
modelowym systemie kapitalistycznym wszystkie problemy gospodarcze są
regulowane „niewidzialną ręką rynku”. Interwencja państwa jest niepożądana.
Jest jednak jeden wyjątek – zbrojenia. Zbrojenia są formą interwencji państwa mieszczącą
się w ramach koncepcji Keynesa (o czym niżej), którą kapitaliści w pełni
akceptują. Zakupu uzbrojenia dokonuje bowiem państwo u
kapitalistów, nakręcając tym samym koniunkturę i to w dziedzinach bardzo
rozległych... Zbrojenia nie wywoływały protestów ze strony ekonomistów,
ponieważ leżały w interesie kapitalistów; nakręcały koniunkturę i redukowały bezrobocie... Światowemu
kryzysowi gospodarczemu położyła kres 2. wojna światowa dlatego, że spowodowała olbrzymie
zbrojenia oraz zaciąg ogromnej liczby ludzi do wojska.
Demograficzne przyczyny bezrobocia
Strukturalną i
nieusuwalną przyczyną bezrobocia był zawsze postęp techniczny, powodujący
zastępowanie pracy ludzkiej przez maszyny i automaty. Drugą przyczyną
bezrobocia był przez bardzo długi czas napływ ludności ze wsi do przemysłu... Do tego
dochodził wysoki przyrost naturalny proletariatu zarówno wiejskiego jak i
miejskiego. Toteż ostateczne rozwiązanie problemu bezrobocia musiałoby polegać
na położeniu kresu odwiecznemu zjawisku przyrastania z roku na rok liczby rąk
do pracy. Rozwiązanie to przyjdzie więc dopiero wtedy, gdy na rynku zacznie się
pojawiać tylko tyle rąk do pracy, ile z niego odchodzi albo nawet mniej; innymi słowy, gdy
rozpocznie się spadek zaludnienia – zjawisko, które jest pożądane również po
to, aby uratować naturalne środowisko
człowieka na Ziemi. Jeśli bowiem przyrost ludności trwać będzie w
nieskończoność, to środowisko naturalne ulegnie całkowitemu zniszczeniu.
Prawda ta,
choć oczywista, musi wywołać sprzeciw, ponieważ od początku dziejów po dzień
dzisiejszy przyrost ludności uważano za korzystny.
...
Przedmiotem obowiązkowej drwiny demografów jest pogląd
Thomasa Malthusa (zm.1834), odnoszący się (co jest ważne) do Anglii, że
ludność przyrasta szybciej niż produkcja żywności. Pastor Malthus próbował
zaradzić biedzie wzywając do powściągliwości w rozrodczości. Przemilcza się, że
jego prognoza nie sprawdziła się dlatego, że
rokrocznie setki tysięcy ludzi z Wysp Brytyjskich emigrowało, dzięki czemu
język angielski jest obecnie językiem światowym.
Z Polski
ludność odpływa masowo od 120 lat, skazując się na poniewierkę i często śmierć w opuszczeniu od Boga
i ludzi. Dowiadujemy się tylko o tych,
którym się mniej lub bardziej powiodło. Olbrzymi przyrost naturalny w latach
80., latach przecież nędzy, ale w tym również
niedoboru środków antykoncepcyjnych , a zarazem latach wzmożonej religijności i
patriotyzmu – jest przyczyną narastającego obecnie bezrobocia. Ówczesne hasła
religijne i patriotyczne piętnowały komunistów jako tych, którzy dopuszczając
aborcję i środki antykoncepcyjne chcą dokończyć dzieła zagłady narodu
polskiego, rozpoczętego przez hitlerowców.
...
Wypieranie pracy ludzkiej jako
pułapka
Ważną
prawidłowością kapitalizmu jest to, że z upływem czasu, od chwili wynalezienia
maszyn włókienniczych i tkackich oraz maszyny parowej w latach 1765-1785,
wzrost produkcji był większy, niż wzrost zatrudnienia. Dzięki zaś wspaniałemu
rozwojowi informatyki i automatyzacji ogromny rozwój gospodarczy od 1990 r.
osiągano już bez wzrostu zatrudnienia.
Niemniej,
wypieranie pracy ludzkiej z procesu produkcji jest pułapką.
...
Redukcja czasu pracy
Lewica
zachodnioeuropejska widzi rozwiązanie problemu bezrobocia w redukcji czasu
pracy, ale bez redukcji zarobków. Na to przedsiębiorcy oczywiście się nie
godzą.
...
Rentowność gospodarki socjalistycznej
W systemie
uspołecznionej gospodarki socjalistycznej problem kosztów pracy był
podporządkowany zasadzie pełnego zatrudnienia, ale stąd też wynikała
nierentowność przedsiębiorstw, w których występował przerost zatrudnienia.
...
Teoria Keynesa
Olbrzymie
rozmiary bezrobocia w latach 30. ubiegłego wieku na
tle śmiertelnego zagrożenia kapitalizmu przez komunizm skłoniły Anglika J.M.
Keynesa (zm. 1946) do sformułowania w 1936 r. teorii zrywającej z dotychczasową
zasadą neutralności państwa wobec gospodarki. Trzeba jednak powiedzieć nagą
prawdę, że teorię Keynesa
wyprzedziła praktyka walki z bezrobociem zastosowana przez
prezydenta Franklina D. Roosevelta
(1933-1945) w USA, Mussoliniego we Włoszech, Hitlera w Niemczech i – od 1936 r. – polskiego ministra
skarbu, Eugeniusza Kwiatkowskiego. Keynes uważał, że państwo musi interweniować
w dwojaki sposób: dokonując inwestycji oraz kształtując stopę dyskontową
kredytu w celu popierania inwestycji prywatnych. Wbrew panującemu ówcześnie, i
zdawałoby się,
oczywistemu poglądowi, że budżet państwa powinien być
zrównoważony, tzn. że wydatki nie mogą przekraczać przychodów, Keynes wypowiedział
się za „wydatkowaniem deficytowym”. Kontrolowana inflacja miała służyć
zwiększeniu popytu, a tym samym stać się bodźcem dla produkcji, a więc dla
zatrudnienia. Oczywiście inflacja mogła być stosowana tylko dopóty, dopóki siła
nabywcza pieniądza w obiegu nie przekroczyła zbytnio istniejącej masy
towarowej. W Niemczech hitlerowskich większość „wydatków deficytowych”
pochłonęły zbrojenia i inne nieprodukcyjne inwestycje (stadiony sportowe,
budowle partyjne, autostrady). W tych warunkach prędzej czy później musiało
dojść do spadku wartości pieniądza. Pojawienie się tego zjawiska odwlekano
przez kontrolę cen
i płac w warunkach terroru policyjnego,
wkrótce zaś, uzbroiwszy się, rozpoczęto wojnę.
Niemniej
„wydatkowanie deficytowe” na cele nieprodukcyjne lub produkcyjne dopiero na
długą metę (jak budowane przez Roosevelta elektrownie wodne lub prze Hitlera
autostrady) nie było sprzeczne z teorią Keynesa. Odnosiła się ona przecież do
gospodarek cierpiących na nadprodukcję, tzn. takich, które aż nadto zapewniały podaż.
Niestety, koncepcja walki z
bezrobociem przez napędzanie popytu nie ma już obecnie sensu. Wyłuszczono to
niemieckiemu ministrowi finansów w pierwszych miesiącach rządów Gerharda
Schrödera, Oskarowi Lafontaine. Wobec nieistnienia ochrony celnej ani
kontyngentowej w ramach Europejskiej Przestrzeni Gospodarczej, obejmującej 18
państw (z których 15 tworzy Unię Europejską; trzy pozostałe to: Islandia,
Lichtenstein i Norwegia), oraz wobec bardzo nikłej ochrony w ramach Światowej
Organizacji Handlu, obejmującej 124 państwa (w tym Polskę), zwiększenie siły
nabywczej ludności jednego państwa, nawet jeśli spowoduje pewien wzrost
produkcji w tym państwie, wywoła przede wszystkim napływ towarów z innych
państw – i to one będą głównymi beneficjantami tej operacji.
Lafontaine nie miał co na to odrzec i zrezygnował ze stanowiska ministra, z
przewodnictwa SPD, a nawet z mandatu poselskiego, po czym pogrążył się w milczeniu.
Należy
podkreślić, że keynesowska koncepcja zwalczania bezrobocia przez napędzanie
popytu jest sprzeczna z przyrodzoną postawą człowieka. Każdy
bowiem uważa, że droga do wzbogacenia się wiedzie przez oszczędność, a
więc przez ograniczenie popytu. Przysłowie ludowe mówi, że „oszczędnością i
pracą ludy się bogacą”. Nad tą naturalną postawą nie wolno przechodzić do
porządku dziennego. Tymczasem
Keynes uważał, że nadmierne oszczędzanie jest przyczyną recesji i kryzysu. Za słuszne
jednak należy uznać jego postulat, aby nie pozostawiać kwestii poziomu stopy
dyskontowej w rozporządzeniu banków prywatnych, lecz poddać ją kontroli
państwa. W warunkach
prosperity powinno ono podwyższać stopę dyskontową, w warunkach
zaś recesji, obniżać ją.
Wbrew
przyrodzonej skłonności człowieka do ograniczania swoich wydatków (choćby w
postaci prób kupowania towarów za cenę raczej niższą, niż wyższą), nieustanną
troską ekonomistów kapitalistycznych jest nakłanianie ludzi do większej
konsumpcji. Większa konsumpcja pociąga bowiem większą
produkcję, a tym samym zwiększa zysk przedsiębiorców. Tymczasem, z punktu
widzenia zdrowego rozsądku i skłonności przyrodzonych, są to nawoływania niemądre.
Kto kupi nowy telewizor, jeśli dotychczas posiadany działa bez zarzutu? Zdaniem
jednak ekonomistów, powinno się mimo to kupić nowy telewizor, ponieważ w ten
sposób „nakręcałoby się koniunkturę”.
Manipulowanie kursem waluty
Pośrednio z keynesizmu
wynika stosowana głównie po 2. wojnie światowej polityka manipulowania kursem
wymiennym walut. Z
chwilą ostatecznego zniesienia ceł i kontyngentów w ramach Europejskiej
Wspólnoty Gospodarczej
(1 lipca 1968 r.), a w ramach prawie całej kapitalistycznej
Europy (EWG i EFTA, 1 lipca 1977 r.), ustalanie kursu waluty w stosunku do
innych stało się ostatnim narzędziem rządów regulowania handlu zagranicznego.
Spekulanci giełdowi wnet zdali sobie z tego sprawę. Niestety od tamtego czasu,
czyli od ponad 30 lat, rządy ulegają złudzeniu – mimo iż doświadczenie
historyczne zadaje mu kłam -
że aprecjacja ( wzrost wartości)
waluty utrudnia eksport i raz po raz uciekają się do dewaluacji
(obniżenia wartości) wymiennej waluty. Prawdą jest, że przez pewien czas
eksport z kraju z walutą zdewaluowaną jest tańszy, czyli łatwiejszy (choć na jednostkę towaru eksportowanego
przynosi zysk mniejszy), eksport zaś z kraju z walutą zrewaluowaną jest droższy, czyli trudniejszy (choć na jednostkę
towaru eksportowanego przynosi zysk większy). Wkrótce jednak te zyski i straty
zostają wyrównane przez wzrost, względnie spadek kosztów importu. Koszty
importu paliw, surowców i półfabrykatów mają bowiem
wpływ na kształtowanie kosztów produkcji, czyli pośrednio na cenę towarów eksportowanych.
W ogólnym zatem rozrachunku, po upływie trzech do
sześciu miesięcy, sytuacja w eksporcie wraca do stanu sprzed dewaluacji
względnie rewaluacji, natomiast trwałym skutkiem pozostaje obniżenie względnie
podwyższenie wartości pieniądza, a tym samym stopy życiowej.
Zarówno w
Polsce jak i na Zachodzie dyskusje wokół kursu waluty dotyczą (ze względów propagandowych) wyłącznie
eksportu, na który jego wpływ, jak powiedziano, jest minimalny. Przemilcza się natomiast wpływ na import. Tymczasem wysoce
wartościowa waluta jest majątkiem. Nikt chętnie majątku się nie
pozbywa. Każde państwo chciałoby utrzymać kurs swojej waluty na wysokim
poziomie, gdyby mogło. Wartościowa waluta umożliwia bowiem
obfity import i wzbogacenie nim swojego rynku.
Ujemnym skutkiem
wysokiego kursu waluty jest tylko zachęta do turystyki zagranicznej, która jest
równoznaczna z wywozem dóbr wytworzonych w kraju i pozostawianiem ich
zagranicą. Natomiast dla silnie zadłużonego kraju wysoki kurs waluty jest
korzystny, ponieważ spłacane długi są tym samym tańsze.
Jeśli jednak
wysoki kurs waluty jest tylko skutkiem wysokiej stopy dyskontowej, a nie siły
gospodarczej państwa, to sprawa ma się inaczej. Wysoka stopa dyskontowa utrudnia bowiem zaciąganie kredytu tłumiąc tym samym
inwestycje. Deprecjacja (spadek wartości) waluty lub jej dewaluacja (obniżenie
wartości) jest klęską,
ponieważ utrudnia zakup towarów zagranicznych. Dziwne, że się o
tym nie mówi.
Teoria Keynesa
jest nadal aktualna zachęcając do ingerencji państwa w gospodarkę i do
państwowych inwestycji.
...
(...) Czy
rzeczywiście chcemy zlikwidować bezrobocie? Po upadku komunizmu ekonomiści
zachodni mierzyli w pierwszej fazie postępy przekształceń
społeczno-gospodarczych (transformacji) pozytywnie przez nich ocenianymi rozmiarami
bezrobocia . Potem zaczęło to być już niebezpieczne.
Badania opinii publicznej we wszystkich krajach potwierdzają to, co słyszało
się tysiąc razy przed wojną: że kto chce naprawdę
pracować, ten pracuje. Syty bowiem głodnego nigdy nie
zrozumie. W czasach komunistycznych panowało przekonanie, że przyczyną
ówczesnych trudności był brak bezrobocia, powodujący niską wydajność pracy.
„Ludzie muszą pracę szanować – słyszało się – nie będzie dobrze, dopóki nie
będzie bezrobocia i dopóki gospodarka nie zostanie sprywatyzowana”. Bezrobocie
miało dotknąć nierobów, bumelantów, pijaków, „urodzonych w niedziele” i
mających dwie lewe ręce. Natomiast nikomu z nas nie miało zagrozić. Tymczasem
dotknęło milionów ludzi.
-----------------
Jerzy Krasuski , prof. zwyczajny dr hab. w Wyższej Szkole Nauk
Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu; zajmuje się naukami historycznymi
i historią najnowszą.
-----------------------
Uwagi
Popularne powiedzenie z lat siedemdziesiątych-osiemdziesiątych
:
„Gdyby zarobki i zaopatrzenie
były takie jak na Zachodzie, a ceny takie jak w Polsce, to by dopiero się żyło!”.
W „realnym socjalizmie” nie tylko nie było bezrobocia, ale występował ciągły
niedobór „rąk do pracy”.
Zmartwieniem władzy było, „nie jak zapewnić pełne zatrudnienie”,
ale „jak zapewnić wzrost produkcji, żeby dla wszystkich starczyło.”
Trochę więcej uwag dodam po pełniejszym zaprezentowaniu treści prezentowanego
artykułu, a jeszcze więcej -
po pełniejszym uzupełnieniu i rozbudowie całości prezentowanej
literatury.
Jeszcze raz przepraszam, że wybrałem taki, niedogodny dla Czytelnika, system ciągłego,
stopniowego uzupełniania i poprawiania, zamiast od razu wszystko porządnie
dopracować i dopiero publikować: po prostu „czas ucieka, życie nie czeka”,
swoją publikację internetową traktuję tylko sygnalnie i o wiele bardziej zależy
mi na rozwiązywaniu i wyprzedzaniu problemów, niż na jej powodzeniu.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------
Alfred Mielczarek: Jaki kapitalizm w Polsce, nr 11/2002, str. 49
Cichy głos
większości • Kwestia
proporcji własnościowych a suwerenność państwa • Wady współczesnego kapitalizmu
• Zła polityka informacyjna Unii Europejskiej • Potrzeba określenia „polskiej drogi”
Wbrew wielu oświadczeniom „pogromców komuny” w Polsce, nikt nie spodziewał się ani rychłego upadku „realnego socjalizmu”, ani też takich skutków transformacji, jakie nastąpiły. Elity, odpowiedzialne za rozwój Polski po 4 czerwca 1989 r., ciągle są dalekie od spojrzenia prawdzie w oczy, głoszą, że trudności są ceną za budowanie, podobno zresztą oczekiwanego, kapitalizmu. Natomiast większość społeczeństwa, zdziwiona rzeczywistą ofertą nowego ustroju, zaczyna wyzwalać się z narzuconej iluzji i w sposób nieco spóźniony usiłuje jednak dociec realnych podstaw przemian.
Rzadko się zdarza, żeby interpretacje
rzeczywistości społecznej tak bardzo różniły się od siebie, jak obecnie. Słabo
uwzględniany jest znaczący, chociaż „cichy”, głos większości. Krzysztof Teodor
Teoplitz, powołując się na wyniki sondażu TNS OBOP-u, dotyczącego stosunku
Polaków do prywatyzacji (ogłoszone w czerwcu 2002) pisał: „Okazało się, że 87 proc.
ankietowanych uważa, iż gospodarka nasza wyszła na prywatyzacji źle, a tylko 6
proc. sądzi, że dobrze. Jest to z grubsza stosunek ilościowy rzeczywistych
beneficjentów prywatyzacji do tych, którzy wyszli na niej kiepsko. Zapytani czy prywatyzację uważają za
«grabież», «wyprzedaż» majątku
narodowego, czy też po prostu jego «sprzedaż», 41 proc. ankietowanych
opowiedziało się za «grabieżą» , 33
proc. nazwało to delikatniej «wyprzedażą», za
«sprzedażą» zaś było 18 proc.
78 proc. Polaków uważa, że na przestrzeni
13 lat sprzedano za dużo majątku narodowego, a tylko 3 proc. sądzi, że
jeszcze za mało. W rezultacie tego aż 69 proc. ankietowanych sądzi, że
korzystna byłaby renacjonalizacja części sprzedanego majątku, tak jak to się
stało ze Stocznią Szczecińską”1.
Autorzy prywatyzacji wcale jednak nie są skorzy
do weryfikacji swoich poglądów, choćby post
factum i podjęcia – jak przystało na demokrację – dyskusji z narodem.
„Najinteligentniejszy z polityków liberalnych – jak dalej pisze Teoplitz – p.
Janusz Lewandowski, ów fatalny dla prywatyzacji wynik przypisuje złej, a
właściwie żadnej kampanii medialnej po stronie prywatyzacji i zaleca
przystąpienie do kontrofensywy, która wytłumaczyłaby narodowi korzyści, jakie
osiągnął on w procesie prywatyzacji majątku narodowego”.
Według Lewandowskiego, faktycznie nie istnieje zatem wola narodu, nie mówiąc
już o świadomości narodu, lecz jedynie sprawność propagandowa środków masowego
przekazu, skądinąd nieomylnych w wytłumaczeniu zwykłemu obywatelowi korzyści
płynących z prywatyzacji i to nawet takich, których on nie odczuwa, a podobno ma. A przecież propaganda
prywatyzacyjna uprawiana przez środki przekazu rozmija się z opinią 87 proc. ankietowanych Polaków.
Bez przesady można powiedzieć, że żadna z dotychczasowych doktryn ekonomicznych w Polsce tak nie zawiodła, jak ta, którą po 4 czerwca 1989 r. głosili i realizowali tzw. liberałowie. Takiego zachwiania świadomości społecznej nikt dotychczas jeszcze nie spowodował. Prawdopodobnie tylko wyjątkowe okoliczności mogły sprawić, że spora część Polaków uwierzyła w ideę bogacenia się poprzez błyskawiczną wyprzedaż majątku narodowego po zaniżonych cenach, nie mówiąc już o takich metodach tej „wyprzedaży”, które dzisiaj nazywa się grabieżą.
Świadomość narodu polskiego późno, bo późno, ale
jednak uchwyciła istotę sytuacji.
...
Niestety, polscy liberalni ekonomiści zaczęli budować swe koncepcje właśnie w
oderwaniu od myślenia perspektywicznego. Na domiar złego, obecnie rządząca
lewica, chcąc nie chcąc, zaczęła prowadzić podobną politykę. Z doniesień
prasowych wynika, iż minister Wiesław Kaczmarek zapowiedział kontynuowanie
prywatyzacji do 2005 r., kiedy to własność państwowa ma wynieść nie więcej, niż
15 procent. Z opublikowanego w czerwcu 2002 r. raportu Ministerstwa Skarbu Państwa wynika, że w
2006 r., kiedy zostaną zakończone przekształcenia własnościowe, udział
własności publicznej zmniejszy się w Polsce
do 10-15 proc. i będzie
odpowiadał strukturze własnościowej
krajów Unii Europejskiej.
Gdy idzie o wstępowanie państw-kandydatów do UE, to co chwila pojawiają się zaskakujące doniesienia, dotyczące przecież nader ważnych spraw. Na przykład, struktura własności państwa przyjmowanego do UE powinna być rozpatrywana na początku pertraktacji ...
Na zasadzie dygresji powiem, że latem br. wielu
Polaków w kraju i zagranicą zostało zaalarmowanych wiadomością, ogłoszoną przez
jedną z polskich radiostacji, że wraz ze zmianą stosunków własnościowych, m.in.
wszystkie budynki mieszkalne (bloki), wybudowane na gruntach dawniej
prywatnych, przechodzą na rzecz właścicieli tych gruntów. Innymi słowy, w Warszawie
można by na tej podstawie zabrać prawo własności wszystkim lokatorom, którzy swe mieszkania
wykupili. Oczywiście po takiej wiadomości niejeden uczestnik przyszłego
referendum przestał być
eurooptymistą.
To skandal, że milczy w takich sprawach specjalny minister rządu d/s informacji o UE.
Wstyd powiedzieć, ale na dobrą sprawę trzeba by wręcz zacząć od początku i
najpierw, choćby w ogromnym skrócie, wyjaśnić ewolucję ekonomiczną
dotychczasowych państw narodowych UE. Widać ją zresztą wyraźnie, gdy bada się
stosunek własności
państwowej do kapitałowej, mając na myśli udział kapitału
narodowego i obcego. „W bogatych krajach
kapitalistycznych – stwierdził Kazimierz Poznański – udział obcych inwestorów jest bardzo niski, zwłaszcza w
bankowości. Ten udział jest szczególnie niski w bankowości Niemiec i Austrii,
wynosi on poniżej 5 proc. całości do kapitałów własnych. A to właśnie te banki
zdołały przejąć większość sektora finansowego Węgier i Polski. Tak więc
przynajmniej te dwa postkomunistyczne kraje wykupywane są nie przez kapitał «beznarodowy»,
ale przez kapitał ciągle jak najbardziej «narodowy»2.
Dlatego też dziwi w tej kwestii stanowisko polskich autorów transformacji, i to ze szczebla naczelnego. Prezydent Aleksander Kwaśniewski uważa nawet, że „w sferze gospodarki (obecna) Polska może służyć jako wzór. Zaledwie 12 lat temu 70 procent produktu krajowego brutto pochodziło z sektora państwowego. Dziś ponad 70 procent wypracowuje sektor prywatny”3. Prezydent przyjmuje więc za wzór takie kryteria stosunków własnościowych, jakby w Polsce była przewaga kapitału narodowego, a nie obcego, nie mówiąc już o utożsamianiu kapitalistycznej struktury własnościowej ze wzorami uniwersalnymi, mającymi również być nader przydatnymi dla krajów postsocjalistycznych. Swoją drogą, zdecydowani zwolennicy systemu kapitalistycznego chyba akurat teraz będą musieli się niemało natrudzić, żeby udowodnić jego uniwersalizm. Powracając do próby analizy ewolucji ekonomicznej państw narodowych, klarownym przykładem, właściwie nie zauważonym, są Niemcy. Państwo niemieckie, począwszy od czasów Bismarcka, nigdy bowiem nie zrezygnowało z aktywnej roli w gospodarce, którą w naszych czasach nazywa się interwencjonizmem państwowym, daleko zresztą wychodzącym poza sam udział państwa w ogólnym systemie własnościowym.
W kontekście niemieckiej tradycji państwowej,
warto zastanowić się
nad stosunkiem Polaków do własności wspólnej.
...
Fakt, że kryzys patriotyzmu zbiegł się z ideologicznym i moralnym kryzysem
postaw Polaków, najwyraźniej było widać podczas zmian orientacji politycznych.
...
(...) Warto zrozumieć fakt, że kraje
wchodzące zbyt późno w system kapitalistyczny, mają trudności nie tylko
dlatego, że nie nadążają za współczesnym, dynamicznym kapitalizmem, ale również
dlatego, że sam wzorzec zmienił się niekorzystnie.
...
(...) Patrząc zatem
realnie, samobójcze byłoby założenie, że wraz z wejściem Polski do UE nastąpi
przełom i wyręczy się Polaków z zadania uporządkowania państwa i kraju, co
przede wszystkim miałoby zapewnić narodowi polskiemu wyraźne perspektywy
rozwojowe. Zmęczony Polak musi jednak dopuścić do swej świadomości myśl, że nawet
„dobry” Zachód nie zwolni go od troski o dalszy los własnego kraju i państwa.
Innymi słowy, biorąc pod uwagę zarówno historycznie ukształtowaną swoistość gospodarczą Polski, jak też
rzeczywiste cechy współczesnego kapitalizmu, polska droga rozwojowa wymaga
oryginalnych, własnych rozwiązań. I chyba w wypracowaniu koncepcji takiej drogi
tkwi bodajże ostatnia nasza szansa na podmiotowe, nie przedmiotowe, traktowanie
naszego kraju w przyszłości.
Przypisy
1 Krzysztof Teodor Teoplitz, „Lepiej późno niż wcale”,
„Przegląd” 17.06.2002.
2 Kazimierz Poznański,
„Handlarze «złomem»”, Trybuna, 26 – 28 .02.2000.
3 „The New York Times”, „Solidarność z Ameryką”, 17.07.2002. (Cyt.
za: „Forum”, 22.07.2002.)
------------
Alfred
Mielczarek, dziennikarz (pracował w Naczelnej Redakcji Programów Oświatowych
TVP), reżyser i scenarzysta filmowy, publicysta.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Anna Delick: Polska droga do kapitalizmu, nr 8/2002, str. 24
Obrona człowieka w kapitalizmie • Milczenie
elit • Stereotypy inteligentów • Degradacje społeczne • Cywilizacyjne opóźnienie Polski
„Lansowanie powrotu do kapitalizmu w Polsce
wydaje mi się kompletnym nonsensem.
Skąd ma się wziąć wielki kapitał i kapitaliści?”
(Z listu Jana Nowaka-Jeziorańskiego do Jerzego Giedroycia1).
-------
1 List z 23.08.1987 r. (w:) Jan
Nowak-Jeziorański, Giedroyc, „Listy 1952 – 1998. Towarzystwo Przyjaciół Ossolineum, Wrocław 2001.
W dawnym
Berlinie Wschodnim, na ulicy, która pól wieku temu nazywała się Stalinalle,
znajduje się dziwny punkt handlowy – skrzyżowanie księgarni ze sklepem z
pamiątkami. Wszystkie sprzedawane tam artykuły, od książek do zapalniczek i od
słodyczy do filmów video, mają coś wspólnego z dawną NRD. Z zachodniej
perspektywy, przejawy nostalgii za czasami najbardziej dogmatycznej, a
jednocześnie ponurej dyktatury tzw. realnego socjalizmu, są niezrozumiałe. A
jednak różne objawy tego dziwnego sentymentu zaobserwowane zostały przez
licznych dziennikarzy i zwykłych turystów. Z jednej ze szwedzkich gazet2
dowiedziałam się nawet, że w Magdeburgu ponownie uruchomiono produkcje kawy
„Rondo”, która odniosła wielki sukces rynkowy. Informacja ta musi szokować
każdego, kto pamięta, że wschodnioniemiecka kawa słynęła z ohydnego smaku
wygotowanej ścierki. (…)
Już sam fakt, że na rynku znajdują się produkty z czasów
Honeckera, musi dawać sporo do myślenia. Gdy stałam na berlińskiej ulicy,
oglądając na wystawie czekoladki z wizerunkami Marksa i Engelsa oraz grę
„Stalinalle – ein Spiel auf Ehre und Gewissen”, przypomniały mi się nagle
„Jacka Kuronia pytania o Polskę”3.
-------
2 „Dagens Nyheter”, 10.05. 2002.
3 Mieczysław F.Rakowski, „Jacka Kuronia pytania o Polskę”, (w): „Przegląd, 8.01.2002.
Korzyść oddalenia
Jeden z najważniejszych „ojców-założycieli” polskiej opozycji demokratycznej,
Jacek Kuroń zaproponował w swoim głośnym artykule4 powołanie
Obywatelskiego Ruchu Obrony Człowieka, potrzebnego – jego zdaniem – w kraju
„wilczego kapitalizmu”, w którym „większość społeczeństwa jest życiowo
dyskryminowana”. Wydawałoby się, że apel osobistości przecież wybitnej i
historycznej, wywoła jakiś odzew jego kolegów z dawnej opozycji – z pokolenia
68, z KOR-u, z SKSów czy wreszcie z „Solidarności”. Tymczasem nie odezwał się
nikt z polityków III RP i architektów tzw. transformacji. Tak zwane elity
posłużyły się wobec Jacka Kuronia niezawodną bronią - milczeniem. Jedynym chyba
byłym politykiem – i to z przeciwnego obozu – który zabrał głos
, żądając jakiejś odpowiedzi od dawnych tuzów Unii Wolności, był
Mieczysław F. Rakowski.
Od wielu lat mam przywilej oglądania sytuacji w Polsce z korzystnej perspektywy
innego kraju. Szwedzi, żyjący z eksportu, a więc bardzo wyczuleni na konteksty
międzykulturowe, mają świetny idiom hemmablind, który na inne języki tłumaczony
może być tylko w sposób opisowy5 i mało adekwatny. Jego sens wyraża
przekonanie, że członek danej kultury za oczywiste i „naturalne” traktuje wiele
jej cech, które obserwatorowi z zewnątrz wydają się wysoce osobliwe. Nie tylko
w ewangelicznej przypowieści trudno jest dostrzec belkę we własnym oku. Z
mojej, od dziecka dwu-, a dziś – trójkulturowej perspektywy muszę też patrzeć
na dwugłos Kuroń-Rakowski.
Otóż dla obserwatora z oddali nie jest przypadkiem, że na artykuł Kuronia
odpowiedział właśnie Rakowski, gdyż – niezależnie od wszelkich różnic
biograficznych – ci dwaj politycy mają jedną wspólną, a bardzo w Polsce niemodną,
cechę: wiarę w możliwość urzeczywistnienia ideału elementarnej sprawiedliwości
społecznej. I chyba właśnie wierność temu ideałowi spowodowała, że w gruncie
rzeczy żaden z nich nie zrobił w Polsce wielkiej kariery politycznej. M.F.
Rakowski – jako twórca najlepszego tygodnika „w obozie” – miał wprawdzie przez
lata wielki wpływ na kształtowanie poglądów polskiej inteligencji, ale przez
aparatczyków PZPR nieustannie podejrzewany był o odchylenie socjaldemokratyczne
i na szczyty władzy dostał się dopiero w ostatniej, schyłkowej fazie PRL. Choć we wspomnianym artykule Kuroń sam określa się jako
polityk bardzo znaczący w ciągu pierwszych dziesięciu lat pełnej suwerenności,
możemy w to wątpić. Gdy na posiedzeniu OKP rzucił hasło „ich prezydent – nasz
rząd” (powtórzone w dwa dni później w głośnym artykule Adama Michnika „Wasz
prezydent, nasz premier”), spotkałam koleżankę ze studiów, młodą Niemkę, zawodowo przyglądającą się
Europie Wschodniej dla potrzeb najsilniejszego kapitałowo w całym Norden
holdingu finansowego. Na moją uwagę, iż być może Kuroń zostanie szefem rządu,
wzruszyła tylko ramionami, mówiąc: „Wałęsa musi uzgodnić to z Glempem. A więc
premierem na pewno nie zostanie ani Kuroń, ani Geremek”. I rzeczywiście, Kuroń,
który w okresie KORu był dla Zachodu wręcz personifikacją polskiej opozycji i
którego słowa największe agencje prasowe cytowały jako wyrocznię, otrzymał w
III RP ministerstwo uznane za boczny tor, służące głównie do łagodzenia
nastrojów i bynajmniej nie on decydował o formie transformacji.
W jednym ze swych artykułów dla „Dziś” wspominałam głośną książkę „The Silent Takeower”6,
której autorka jest często (choć niezbyt słusznie) uznawana za brytyjski
odpowiednik sławnej Naomi Klein7. W rzeczywistości obie panie swoją
krytykę prowadzą z różnych pozycji. Klein jest przede wszystkim świetną
dziennikarką i interesuje się bardziej tym, w jaki sposób ponadnarodowe
koncerny degradują ludzi w ich człowieczeństwie. Noreena Hertz jest ekonomistką
i zajmuje się tym, co neoliberalizm czyni z demokratycznym państwem. Hertz
bardziej wierzy w demokrację niż w rynek i w oparciu o swoje kwalifikacje –
studia na elitarnej uczelni w USA, później doktorat w Cambridge i praca dla
Banku Światowego w Rosji – dokonuje krytyki globalnego kapitalizmu niejako od
wewnątrz. Jest też oczywiście świadoma faktu, iż konsekwentne stosowanie
neoliberalnych recept musi nieuchronnie niszczyć tzw. społeczeństwo otwarte i
demokratyczne państwo prawa. Myśl ta – nie będąca
zresztą specjalną nowością8 – jest też z pewnością bliska i
Kuroniowi, i Rakowskiemu, co czyni ich sympatycznie egzotycznymi ptakami w
polskiej menażerii politycznej. Jednak z ich artykułami nie do końca można się
zgodzić.
-------
4 „Gazeta
Wyborcza”, 16.12. 2001.
5 Blind to defects In one’s home; blind für die eigene Umgebung
etc.
6 Noreena Hertz, „The Silent Takeover:
Global Capitalism and the Death of
Demokracy“. William Heineman, London
2001.
7 Książka Naomi Klein, „No
logo” omówiona była obszernie w „Dziś” 2001 nr 5.
8 Już Karl Polanyi, którego “The Great Transformation” (1944)
nadal jest lekturą na ekonomicznych
kierunkach szwedzkich uczelni, uważał, iż
utopijna wiara liberalizmu w samoregulującą moc rynku prowadzi do katastrofy.
…jak na Zachodzie
Dziwię się, że Rakowski miał nadzieję, iż opozycyjna „elita przedstawi narodowi
własny, polski, oryginalny pomysł budowy ustroju społecznego…”. Ostatecznie MFR
powinien był wiedzieć, że w ówczesnej opozycji nikt nie zajmował się kształtem
przyszłego ustroju. Owszem, jeden Jerzy Gedroyc postulował powołanie różnych
zespołów problemowych (było nawet na to dość pieniędzy z sum, które Zachód
dawał opozycji), ale postulatu tego nikt nie chciał słuchać, mówiono wręcz, że
„Stary zwariował”. Taka nonszalancja występuje często w ruchach rewolucyjnych,
przecież bolszewicy też uważali , że wpierw trzeba
dokonać przewrotu, a potem się zastanawiać. Podobnie polscy opozycjoniści byli
przekonani, że wpierw trzeba „obalić komunę”, a potem się zobaczy. Wierzyli też
głęboko, że dostaną z Zachodu mnóstwo pieniędzy (nowy plan
Marshalla), niejako w nagrodę za ucięcie głów czerwonej hydrze. Gwoli
sprawiedliwości należy nadmienić, że właśnie Kuroń zdawał sobie sprawę -
przynajmniej post factum – że ta atrofia koncepcyjna
jego obozu jest faktem nieco wstydliwym. Tłumaczył to jednak w ten sposób, że
„program rządzenia i kadry może mieć opozycja przygotowane tylko wtedy, gdy
jest w parlamencie”9. Ze strony Kuronia był to jednak tylko zgrabny
unik, gdyż czym innym jest kształcenie kadr czy program konkretnego rządu, a czym
innym studia nad modelem ustrojowym.
Ostatecznie istnieją różne wersje kapitalizmu i nawet najbardziej
zbliżone do siebie modele, nadreński i szwedzki,
różnią się od siebie rozwiązaniami.
Jacek Kuroń jest jednak wyjątkowym talentem politycznym. Większość jego kolegów
w ogóle sobie takich pytań nie stawiała, rozumując według szablonu:
po co się w ogóle zastanawiać, skoro ma być tak, jak na Zachodzie, a jak
tam jest, to wszyscy wiedzą; po prostu raj, każdy ma willę z ogrodem, daczę i
jacht, a w garażu dwa mercedesy.
Piotr Kuncewicz, w
nawiązaniu do dwugłosu Kuroń-Rakowski, napisał: „ani przywódcy «posierpniowi»,
ani zresztą my wszyscy nie znaliśmy Zachodu”10. Szczerość to godna
pochwały. Sama przecież pamiętam, jak przebywający na placówce w Sztokholmie
Tomasz Jastrun dziwił się, że w rankingach najbogatszych Szwedów nie ma
imigrantów czy pisał, że szwedzcy robotnicy o twarzach inteligentów wsiadają po
pracy do mercedesów i jadą do swoich domów. Szwedzcy robotnicy nie jeżdżą
naturalnie mercedesami, ale fizjonomiczna obserwacja Jastruna była prawdziwa.
Ciekawa naturalnie byłaby odpowiedź na pytanie, jak to się stało, że szwedzcy
robotnicy polskich inteligentów przypominają nie tylko z twarzy, ale także z
ogólnego poziomu intelektualnego – choć z reguły
lepiej mówią po angielsku – ale na przestudiowanie tego problemu nasz
dyplomata-publicysta nie miał czasu.
Czesław Miłosz zarzucał Stefanowi Kisielewskiemu nieznajomość Zachodu: „Chociaż dużo podróżował i czytał (…) zawsze pozostawał na zewnątrz
życia krajów zachodnich, nie próbując wczuć się w ich specyficzne problemy” 11.
Nader trafna to konstatacja, gdyż popularny Kisiel był wręcz archetypem
polskiego inteligenta. Choć z lubością pisywał na tematy ekonomiczne
, jego wiedza o gospodarce nowoczesnego kapitalizmu była bardzo
powierzchowna. Cechował go też bezrefleksyjny, wręcz instynktowny
proamerykanizm i zupełna obojętność na nędzę Trzeciego Świata oraz ubóstwo
różnych grup na bogatym Zachodzie. Kisiel wiedział oczywiście, że w
kapitalistycznym raju nie dla wszystkich dostępne jest filmowe dolce vita, ale
uważał, że jeżeli ktoś w tamtym świecie jest ubogi, to sam jest sobie winien.
Stereotyp ten jest bardzo typowy dla polskich inteligentów. Ileż to razy
słyszałam od przyjezdnych Polaków, że bezrobotnymi, nawet w III RP, są tylko
„nieudacznicy” czy leniwi osobnicy, którzy ulegli sowietyzacji.
Ponadto moment polskiej zmiany ustrojowej przypadł akurat na okres
ideologicznego triumfu neoliberalizmu. Po co się nad czymś zastanawiać i
prowadzić żmudne studia, skoro wszystko – mieszkania i nowe miejsca pracy,
światłowody i Internet wysokiej szybkości dla gospodarstw domowych, nowoczesną służbę zdrowia,
autostrady etc. – da nam „niewidzialna ręka rynku”? Z salonów polskich liberałów głoszono
przecież, że najważniejsza jest szybka prywatyzacja wszystkiego, a główne
zadanie państwa, to „nie przeszkadzać niewidzialnej ręce” i dbać o niską
inflację. Jak Polska wyszła na stosowaniu tej recepty, każdy widzi.
…
Najbardziej groźne jest jednak, że osławiona „niewidzialna ręka” bynajmniej nie
przygotowuje Polaków do tzw. gospodarki opartej na wiedzy.
…
-------
10 „Przegląd”,
25.02. 2002.
11 „Abecadło Miłosza”. WL. Kraków 1997.
Woda sodowa
Mam powody, by sądzić, że w roku 1989 istniała bardzo niewielka grupa polskich
intelektualistów, którzy zdawali sobie sprawę, że jeżeli w naszych warunkach
budowany będzie „czysty kapitalizm”, to jedynie wilczy, bezwzględny. Były to
osoby, które dobrze znały Zachód i dostrzegały ogromne różnice (także
mentalne!) miedzy Polską a krajami rozwiniętymi.
Ostatecznie Andrzej Kraszewski – wybitny publicysta, który 30 lat spędził w Europie Zachodniej – twierdził wprost, że
jeżeli biednemu krajowi zaaplikuje się
model amerykański, to otrzymamy wprawdzie Amerykę, ale Łacińską.
Niewątpliwie żyły też w Polsce osoby, które właśnie wilczy kapitalizm uznawały
za „naturalny porządek” świata.
(…) „naturalny porządek”: w salonie przyzwoici mieszczanie, a w służbówce
kuchta – do użytku wszechstronnego. Do tego nawiązywały też wszelkie próby
rehabilitacji „Polski dworków” – ziemiaństwa, które przecież było ostoją
„naturalnego porządku”: na ganku państwo piją kawę, a przy bramie stoi „cham” z
czapką w ręku, mając nadzieję że go „zgodzą” do roboty… Na „pański” rodowód większości
polskiej inteligencji humanistycznej słusznie zwróciła uwagę Anna Tatarkiewicz16,
nawiązując do tekstu „Jacka Kuronia pytania o Polskę”. O feudalnej mentalności
polskich elit – i wynikającej z niej pogardy dla chłopów – dużo też pisał
Andrzej Kraszewski.
(…) Jednak oprócz dwóch
powyższych, nielicznych grup, polskie elity wpadły w jakiś dziwny amok, sądząc że już, już – najwyżej za 5 lat – będzie jak na
Zachodzie (czyli w USA). Wszelkie wątpliwości były bardzo źle widziane. W fazie
przechodzenia od PRL do III RP przyjeżdżali na Zachód intelektualiści różnych
orientacji i odbywali spotkania także z emigracją. Pamiętam, że na jednym z
takich kameralnych spotkań na szwedzkim uniwersytecie zacytowałam prognozę
sowietologa z Upsali, Stefana Hedlunda, który twierdził, że jeżeli Polska
prowadzić będzie rozsądną politykę gospodarczą, to poziom rozwoju
najbiedniejszych krajów Unii, Grecji i Portugalii, osiągnie za jakieś 35 lat, a
poziom Szwecji (która wówczas jeszcze nie należała do UE) – za lat 80.
Uczestniczący w spotkaniu matador opozycyjny uznał to za absurd. Tymczasem o trafności przewidywań
szwedzkiego profesora może świadczyć fakt, że wg oceny konsultingowej firmy
McKinsey z początku maja 2002, poziom najbiedniejszych krajów dzisiejszej „15”
Polska osiągnie w jakieś 20 lat po przyjęciu do Unii (a więc najwcześniej w
roku 2024). Sama też słyszałam w początku lat 90. – gdy
Szwecja akurat przechodziła kryzys finansowy – jak pewien znany polski
intelektualista powiedział, że jeżeli plan Balcerowicza będzie kontynuowany, to
„za 5 lat Szwedzi będą do nas przyjeżdżać na zbieranie truskawek”. Gdy minęło
te 5 lat… gazety każdego lata opisywały tragiczny los bezrobotnych Polaków,
którzy przyjechali do Szwecji na zbieranie jagód, a oszukani przez
bezwzględnych rodaków-cwaniaków, musieli żebrać lub kraść, żeby jeść.
Polskie tzw. elity bardzo uporczywie podkreślały w setkach artykułów i innych
wypowiedziach, że nikt na Zachodzie nie przewidział „zwycięstwa «Solidarności»”
i upadku realnego socjalizmu. Otóż twierdzenie to mija się z prawdą. Już od roku 1985 – gdy Andriej Gromyko zasugerował w Wiedniu, iż
wobec Europy Wschodniej można by ewentualnie zastosować rozwiązanie austriackie
(czyli wycofanie wojsk radzieckich za neutralność) – analitycy firm
multinarodowych rozważali, choć głównie w poufnych opracowaniach, możliwość
rezygnacji przez ZSRR z tzw. imperium zewnętrznego. Gdy Polscy opozycjoniści
wskazywali na siebie samych, jako na „pogromców komuny”, to mieli nadzieje, że
spotka ich za to nagroda w postaci nowego planu Marshalla. Zabawne, że
dygnitarze KPZR mieli z kolei nadzieję, że za wycofanie się z państw
satelickich Zachód im dobrze zapłaci. Operetkowy pucz Janajewa można
rzeczywiście uznać za wyraz frustracji tych, którzy poczuli się oszukani.
Jednak ci wszyscy, którzy liczyli na sowite honorarium za zabicie czerwonego
smoka, nie potrafili zadać jednego podstawowego pytania; dlaczego Zachód miałby
płacić za coś, co już dostał za darmo?
Niektórym przedstawicielom nowej polskiej „klasy politycznej” woda
sodowa tak dalece uderzyła do głowy, iż chyba rzeczywiście uwierzyli, iż to oni
obalili radzieckie imperium i świat za to będzie się im ścielić u stóp.
-------
16 „Przegląd”, 21.01. 2002.
Pierwsza degradacja
Nie wiemy, o czym myślał Krzysztof Wyszkowski, gdy z wykutą na pamięć deklaracją
założycielską Wolnych Związków Zawodowych (WZZ) wracał w końcu kwietnia 1978 r.
od Jacka Kuronia do Gdańska. Możemy jednak założyć, iż ten inteligentny
robotnik na pewno nie przypuszczał, że właśnie rozpoczyna się ciąg wydarzeń, w wyniku których jego klasa utraci moc kreowania wydarzeń
historycznych w swoim kraju. W Polsce zawsze panowały feudalne maniery i
stosunek innych grup społecznych do robotników był wysoce ambiwalentny.
Opozycyjna inteligencja (z wyjątkiem niektórych wrażliwych członków KOR) miała
z jednej strony sporo pogardy do robotników, jako do ludzi, którzy buntują się
tylko wtedy, gdy drożeje kiełbasa i którym obce są potrzeby wolnościowe,
wartości wyższego rzędu etc., z drugiej - zdawała sobie sprawę, że tylko
robotnicy są w stanie wymusić na władzy jakieś zmiany i ustępstwa. Aparat PZPR,
składający się w dużej mierze z awansowanych chłopów, przejął od inteligencji
pogardliwy dystans do „roboli”, a jednocześnie przechodził jednak różne szkolenia
partyjne i ulegał marksistowskiemu mitowi klasy robotniczej. W PRL kadra
menedżerska upokarzała często „fizycznych” w sposób, który np. w Szwecji byłby
absolutnie wykluczony, ale aparatczycy partyjni mieli jednak świadomość, że
nominalnie sprawują władzę
w imieniu proletariatu. Walcząc z tamtą władzą
, robotnicy wysuwali postulaty skrajnie egalitarne (nikt nie odważyłby
się wtedy zająknąć o powrocie do kapitalizmu), bardzo naiwne, ale mimochodem
kwestionowali swoją pozycję klasy wiodącej i skromne przywileje (bo np.
stoczniowcowi, hutnikowi czy metalowcowi było łatwiej dostać mieszkanie niż
nauczycielowi czy pielęgniarce, a sklepiki w dużych zakładach były lepiej
zaopatrzone). Chyba jednak najinteligentniejszy członek WZZtów, Andrzej
Gwiazda, nie zdawał sobie sprawy, że wielkimi przegranymi zmiany ustroju będą
ci, którzy jej dokonają – robotnicy wielkich zakładów.
Na początku 1975 r. (sic!) Jerzy Gedroyc udzielił wywiadu kwartalnikowi
„Aneks”17,
w którym zauważył mimochodem: „Rewolucje
robią robotnicy, nikt inny. A rewolucja zwycięża, jeśli popiera ją
inteligencja. To jest abecadło. Inna sprawa, że ci robotnicy są później
nabijani w butelkę (…) Jerzy Gedroyc nie był socjalistą (wyśmiewał się
nawet z socjalistycznych sympatii głównego publicysty „Kultury”, Juliusza
Mieroszewskiego), ale trafność jego uwagi wyjaśnia fakt, iż interesował się on
postacią Machajskiego18 i przez pewien czas nosił się z zamiarem
wydania jego książek, zwłaszcza „Umstwiennogo raboczego”.
Strajkiem w Stoczni Gdańskiej przejmowało się nie tylko polskie Politbiuro, ale
i kamraci z Kremla; strajkiem w Stoczni Gdynia w lutym 2002 r. nie przejął się
nawet arogancki prezes Szlanta. Ale też gdy spisywano
te sławne 21 postula6tów, nikomu nie przyszło do głowy, że za 21 lat prawie co
piąty Polak będzie bez pracy, że dla 10 milionów głównym lub jedynym źródłem
utrzymania będą różnorodne zasiłki, 52 proc. Polaków będzie żyło poniżej
minimum socjalnego19, zaś agresywna propaganda antystrajkowa będzie
wręcz kopią propagandy PRL. Ta agresja wobec strajkujących jest zresztą bardzo
Polska, endecka. „Na dnie duszy konserwatywni Polacy,
którzy stanowią większość w naszym społeczeństwie , uważają,
że strajk jest czymś złym, nielegalnym i organizowanym zawsze przez
wywrotowców. W Polsce przedwrześniowej policja również strzelała do
demonstrujących robotników , a rotmistrz Bochenek, kawaler Virtuti Militari
poległ na bruku krakowskim
na czele swego szwadronu ułanów – tłumiąc rozruchy robotnicze.
Wówczas strajkujący robotnicy to byli bolszewicy, a dziś strajkujący robotnicy
to są chuligani i wywrotowcy20. Słowa te Juliusz Mieroszewski
napisał w roku 1971, a zarzut konserwatyzmu odnosił się do polskiej emigracji w
Londynie, rzeczywiście skrajnie reakcyjnej. Ale świetnie pasują też one do
wielu Polaków A.D.
2002, a już zwłaszcza do tzw. elit. Tyle tylko, że
dziś robotnicy nie są
w stanie wstrząsnąć podstawami ustroju, gdyż nastąpiła ich
degradacja jako siły społecznej. Tak zwana deregulacja rynku pracy - i to wg modelu amerykańskiego, a nie
korporacyjnego, który np. wybrały Dania czy Holandia – niewątpliwie odbierze
robotnikom resztę godności i wybije z głowy wszelkie protesty. Przegranymi
transformacji są zresztą nie tylko oni sami, ale także ich dzieci, skazane na
międzypokoleniowy transfer biedy i społecznego upośledzenia. Jak to w swojej
pracy21 wykazał H. Domański, w naszym kraju
przejście od „realnego socjalizmu” do kapitalizmu „spowodowało usztywnienie barier społecznych związanych z przywilejami
płynącymi z tytułu pochodzenia” (dotyczy to zresztą nie tylko
robotników, gdyż – jak stwierdza autor – synowie rolników są ponad sto razy
rzadziej reprezentowani wśród inteligentów, w porównaniu z dziećmi
inteligentów). Dlatego do opisu obecnej Polski jeden z socjologów22
wprowadził termin „społeczeństwo półotwarte”:
nie funkcjonuje zasada równości szans, a zasada merytokracji działa w sposób
ułomny, gdyż o awansie decyduje pochodzenie i miejsce w hierarchii towarzyskiej.
-------
17 Po przejrzeniu
tekstu wywiadu, Gedroyc nie zgodził się wówczas na jego opublikowanie. Ukazał się on dopiero 11 lat później: Aneks 1986 nr 44.
18 Wacław Achajski, pseudonim: Jan Wolski (1866 – 1926), rosyjski
działacz rewolucyjny polskiego pochodzenia, nb. bliski znajomy Stefana
Żeromskiego. Twierdził, że inteligencja – którą uznawał za odrębną klasę
społeczną – dołącza do rewolucji dlatego, że chce zająć miejsce burżuazji; po
obaleniu starego porządku celem inteligencji jest wiec atomizacja czy wręcz
likwidacja ruchu robotniczego.
19 Trzeba tu pamiętać, że granice ubóstwa ustalane są
w III RP na bardzo niskim poziomie, np. granica ubóstwa skrajnego, poniżej
której w roku 1999 żyło 7 proc. polskich rodzin, to 273 zł na osobę!
20 „Kultura” 1971 nr 3
21 Henryk Romański, „Hierarchie i
bariery społeczne w latach dziewięćdziesiątych”. ISP. Warszawa 2000.
22
Witold Morawski, „Socjologia ekonomiczna”. PWN. Warszawa 2001.
Druga degradacja
Wyniki ostatnich wyborów parlamentarnych w Polsce Andrzej Wajda nazwał zemstą
na elitach, a prawicowi publicyści uznali za dowód „sowietyzacji”
społeczeństwa. Natomiast obserwatorzy szwedzcy wyniki te ocenili jako objaw
normalności: społeczeństwo buntujące się przeciwko recesji jest społeczeństwem
normalnym. Zwłaszcza w kraju bardzo biednym…
Gwoli sprawiedliwości nadmienię, że po dojściu AWS-UW do władzy dziennikarze
wszystkich szwedzkich gazet (a już szczególnie prawicowych) przewidywali dla
Polski płacz i zgrzytanie zębów, a więc później, z pewną Schadenfreude odnotowali spełnianie
się ich przewidywań. Zresztą w ostatnich miesiącach o Polsce pisano rzadko i w
tonie bardzo minorowym, wymowne były już same tytuły dwóch najobszerniejszych,
analitycznych artykułów: „Polska droga do Unii
wybrukowana znakami zapytania”23, „Dziecko opóźnione w rozwoju w
kandydackiej rodzinie”24. Choć na sytuację w Polsce musiała
rzutować gorsza kondycja jej głównego partnera handlowego, Niemiec, to wszyscy
eksperci zagraniczni są zgodni, że przyczyny polskiej recesji mają przede
wszystkim charakter wewnętrzny. Był wiec już najwyższy czas, żeby polskie
społeczeństwo poszukało sobie innych elit niż – jak to sarkastycznie określił
szwedzki komentator – „specjaliści od wartości”.
W systemie kapitalistycznym głównym miernikiem jakiegokolwiek sukcesu są
pieniądze. Elitą są wiec przede wszystkim ludzie dysponujący wielkimi
kapitałami lub przynajmniej mający wysokie uposażenia.
W Polsce tzw. elity zachowywały się dość schizofrenicznie, z jednej strony
dążąc ze wszystkich sił do budowy kapitalizmu i to w wersji amerykańskiej, a z
drugiej – narzekając na okropność tego świata, w którym do elity należy np.
świetnie opłacana modelka, a nie należy autor ambitnych powieści. W Polsce nie
do końca zdawano też sobie sprawę, że dzisiejszy prymat gospodarki nad polityką
prowadzi niestety do eliminowania wartości z procesów decyzyjnych. Znany z
prasy komiczny żal ówczesnego ministra spraw zagranicznych, Krzysztofa
Skubiszewskiego, który jechał do Brukseli dyskutować o wartościach, a trafił na
spór o ceny wołowiny.
Ponadto opuszczając…
W Szwecji każdy uczeń gimnazjum o kierunku ekonomicznym wie, że polityka
wysokich stóp procentowych podraża kredyt, a więc zmniejsza popyt konsumpcyjny i tempo
inwestycji, a zachęca do tzw. inwestycji portfelowych, czyli kupowania papierów
wartościowych. Związany z tym napływ kapitału powoduje aprecjację krajowej waluty, potaniając import, a
podcinając eksport. Choć taka antyinflacyjna polityka jest czasami konieczna,
hamuje rozwój gospodarczy i zmniejsza zatrudnienie. Ponadto – o czym chyba w Polsce się
zapomina – zbyt silny zloty wpływa niekorzystnie na zagraniczne inwestycje
bezpośrednie, zwłaszcza tzw. inwestycje w polu (od zera), gdyż praca, tereny
budowlane, surowce, energia elektryczna etc., wcale nie są dla zagranicznych
inwestorów tanie. Polityka wysokich stóp procentowych jest
więc przede wszystkim korzystna dla zagranicznego kapitału spekulacyjnego,
który rzeczywiście osiąga w Polsce zyski wyjątkowe, ale uderza w rodzimego
przedsiębiorcę, któremu nie opłacają się ani inwestycje (bo drogi kredyt), ani
eksport, a często nawet produkcja. Tajemnicą luminarzy UW pozostaje więc, w jaki sposób
tzw. gospodarka popytu miałaby być korzystna dla polskich przedsiębiorców. UW
odepchnęła od siebie klasę średnią, a także wierne jej tradycyjnie środowiska akademickie (bo zapaść polskiej nauki jest faktem) i
spauperyzowaną inteligencję budżetową. A na nienawiść zwykłych ludzi zasłużyła
tą swoją bezwzględną, zimną racjonalizacją polskiej biedy, tymi frazesami , że
świat należy do przedsiębiorczych, różnice socjalne mają swoje dobre strony
etc., etc. Co UW mogła zaoferować tym „dziedziczącym biedę”,
permanentnie niedożywionym dzieciom o przezroczystych twarzach, które nie
zawsze mają na zeszyt? Chyba tylko
dochód z dobroczynnych bali w hotelach sieci Sheraton! I od takiej partii M.F. Rakowski
oczekiwał odpowiedzi na apel Jacka Kuronia?
Musi też nasunąć
się niewygodne pytanie, dlaczego Jacek Kuroń ocknął się dopiero w październiku
2001 r., a nie wtedy, gdy Polską współrządziła partia jego przyjaciół, uczniów
i wychowanków? Czy nie wiedział wcześniej, jak bardzo utopijna wiara w
Doskonały Rynek przypomina wiarę w utopię komunizmu? Bo np. filozof Jon Gray
zauważył to bez trudności 25 – analogie są zresztą uderzające,
łącznie z wiarą w istnienie bytu idealnego (partia, rynek), który zawsze ma
rację i z ochoczym wysyłaniem na „śmietnik Historii” („pryszczaci” chcieli tam
ekspediować „wyzyskiwaczy”, dzisiejsi neopryszczaci – „zbędnych ludzi”).
-------
23 „Dagens Nyheter”,
22.03.2002
24 „Fran Riksdag&Department”, 24.05.2002 (artykuł brukselskiej
korespondentki tego urzędowego biuletynu).
25 Pisał też o
tym Stefan Abner, omawiając Sympozjum Noblowskie SITE (Stockholms Institute of
Transition Economics) we wrześniu 1999; Kultura 1999 nr 11. Ciekawe, że John Gray był kiedyś wielbicielem pani Thatcher i ideologiem
brytyjskiej Nowej Prawicy; teraz doszedł do wniosku, że leseferystyczny wolny
rynek jest zawsze sztucznym tworem politycznego przymusu i musi sam siebie
doprowadzić do upadku.
Polska choroba
Karol Modzelewski powiedział, że brak solidaryzmu jest „ciężką chorobą moralną,
która toczy polskie społeczeństwo”26. Podzielam tę opinię, choć
uważam, że choroba ta nie jest zrodzona przez transformację – ona istniała
zawsze.
Za cywilizacyjne opóźnienie Polski i niezdrowe stosunki społeczne odpowiada nie
45 lat „komuny” czy 12 transformacji, ale ostatnie trzysta lat historii
naszego kraju, Polski przedwojennej nie wyłączając. Istnieje dziś moda na
idealizowanie tamtej Polski, którą J.K. Bielecki przyrównał do szwajcarskiego zegarka.
Ale były premier nie pamięta II RP, żył w niej natomiast i obracał się w kręgu
rządowej elity Jerzy Gedroyc. Radziłabym poczytać, co pisał o polskiej biedzie,
zacofaniu i bałaganie. „Tym co
najbardziej raziło mnie w Polsce przedwojennej, była niepraworządność obecna we
wszystkich dziedzinach. Wyrażająca się w powszechnej korupcji, w roli protekcji,
w bardzo niezdrowych stosunkach w wojsku, (…) W sumie, w Polsce panowały
bałagan i bezhołowie. (…) Mówiąc o braku przemyślanej polityki państwa mam na
myśli nie tylko politykę narodowościową. Również politykę społeczną i politykę
rolną”27. Tak się o „szwajcarskim zegarku” wyrażał wierny do
śmierci piłsudczyk i sanator.
Z pewnych względów musiałam kiedyś przeczytać , co o
naszej II RP pisali odwiedzający nasz kraj szwedzcy dyplomaci, kupcy,
dziennikarze i przedsiębiorcy. Wszyscy byli ludźmi znającymi wiele krajów i
wszyscy byli autentycznie zaszokowani społecznymi kontrastami w Polsce, tą „nędzą zaraz za bramą pałacu” … Szwedzki
konsul generalny w Warszawie, Carl Herslow zanotował: „Przeraziłem się, gdy z okazji polowania po
raz pierwszy zobaczyłem polską wieś, a warunki życia robotników rolnych uznał
„za poniżej poziomu ludzkiej egzystencji” (zaznaczam, że Herslow nie był żadnym
socjaldemokratą, ale bogatym, biznesmenem, byłym dyrektorem monopolu
zapałczanego i pułkownikiem elitarnej jednostki). Sven Grafstrom – dość
zafascynowany Polską, gdzie „hrabiowie są prawie tak liczni jak zające w ich
włościach – w swoich „Antecknigar” opisywał bale u Róży Tyszkiewiczowej w
poetyce „Balu w Operze”, a Polskę– „Popiołu i wiatru”, choć szwedzki dyplomata
z oczywistych względów nie mógł znać ani poematu Tuwima, ani sławnego wiersza
Słonimskiego28. Boheman oceniał polską elitę jako „pozbawioną uczuć i bez śladu
ideologii demokratycznej”, a biznesmen Roger Baumgarten zanotował, że
dominującą potrzebą Polaków jest „sukces towarzyski, bywanie we «właściwym»
salonie”.
Z podobnych cytatów mogłabym zestawić całą broszurę. Istnieją bardzo liczne
przykłady na to, że polska „pańskość”, wywyższanie się i patrzenie z góry na „chamów” bardzo nam
szkodziły.
…
(…) Kontrasty społeczne w przedwojennej
Polsce były większe , niż w innych krajach Europy
(nawet Wschodniej) i dziś nadal są większe. Trafna jest obserwacja prof.
Kowalika, że dzisiejsza Polska wyróżnia się jednym z najbardziej
niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie zna historia drugiej polowy 20. wieku. Nawet zachodni dziennikarze pism nieskazitelnie
prawicowych z osłupieniem piszą „o różnych światach Polaków”30 i
artykułują zdumienie, iż tak wyjątkowy brak solidaryzmu występuje w
społeczeństwie, które ostatecznie stworzyło kiedyś ruch społeczny o nazwie „Solidarność”.
-------
26 „Przegląd”,
25.02.2002.
27 Jerzy Giedroyc, Krzysztof Pomian, „Autobiografia na cztery ręce”.
„Czytelnik”. Warszawa 1994.
28 Jedzie miastem chłop polski, żeby wóz ziemniaków / za garstkę soli sprzedać ku chwale
Polaków (…) / Porzuć na chwile złudne śródmieścia bogactwo! / Zajrzyj w
suterenę wilgotną i czarną / Gdzie się dzieci warszawskie gnieżdżą jak robactwo
(…).
30 Dokładnie tak zatytułował jedną ze swoich polskich korespondencji
Tomas Lundin z prawicowej „Swenska Dagblated” z 6.10.2000: „Polackernas skilda
världar”.
Fałszywy zając
Niniejsze rozważania rozpoczęłam od zanotowania przejawów nostalgii wielu
obywateli wschodnich landów za dawną NRD. Tęsknota ta nie oznacza naturalnie,
iż „wschodniakom” żal czasów Honeckera i Mielkiego. Pucując troskliwie starego
trabanta, często stojącego w garażu obok nowego BMW, czy używając
demonstracyjnie dawnych produktów, „wschodniak” podkreśla tylko, że nie
godzi się na status tubylca w kraju kolonialnym. Według oficjalnej statystyki,
obywatele dawnej NRD posiadają zaledwie 6 proc. jej nieruchomości i 5 proc.
aktywów w jej dawnym przemyśle. Znikomy jest też odsetek osób ze wschodnich
landów na wyższych stanowiskach w biznesie, armii, na uczelniach etc. Nie mają
niezbędnych kontaktów i powiązań, a jeżeli nawet mają stosowne wykształcenie i
nieposzlakowaną przeszłość, to brakuje im praktyki w zachodnich instytucjach (a
więc ich sytuacja w dużej mierze przypomina błędne koło, w jakim w Unii krążą imigranci
z Europy Wschodniej). Sytuację tę tłumaczy się często tym, iż elita NRD była
wyłącznie partyjnej proweniencji: opozycja była słaba, najzaradniejsze
jednostki – które np. dziś
mogłyby błysnąć działalnością polityczną i gospodarczą – dawno
uciekły do RFN, a niezależnych intelektualistów często tam ekspulsowano, czy
wręcz sprzedawano z więzień za pieniądze.
Wydawałoby się, że sytuacja Polski była znacznie lepsza. Jesteśmy krajem
znacznie większym, także ludnościowo, mieliśmy wyjątkowo liczną i zróżnicowaną
ideowo opozycję, otrzymującą sporą pomoc z Zachodu, swobodnie działał u nas
potężny Kościół, a elitami – przynajmniej w ich własnym mniemaniu – moglibyśmy obdarować całą
Europę. Chyba w oparciu o takie rozumowanie M.F. Rakowski postawił Kuroniowi swoje
pytania.
W bardzo rosyjskich dysputach o istnieniu Boga, jeden z bohaterów „Biesów”
powtarzał kalambur, że aby przygotować pieczeń z zająca, trzeba mieć zająca.
Nawiązując do tego spostrzeżenia Stawrogina zauważę, że żeby przygotować
najbardziej optymalny
wariant rozwiązania olbrzymiego problemu ustrojowej
transformacji, trzeba mieć prawdziwą elitę, a nie tzw. elitę. A my mieliśmy
elitę wschodnioeuropejską, a więc dbającą przede wszystkim o rozmiar dystansu,
dzielącego ją od reszty społeczeństwa, elitę przez wieki popełniającą grzech
salonowego ekskluzywizmu, który niedawno wypomniał jej Janusz A. Majcherek31:
„(…) rozdźwięk miedzy elitami, hołdującymi wysokim standardom i gustom, a
tkwiącymi w ciemnocie
i zacofaniu masami, był także charakterystyczny dla Rosji i wielu
innych krajów wschodnioeuropejskich. (…) Taki model wyrafinowanej elity,
żyjącej na olimpie czy parnasie, w wyniosłej izolacji od pogrążonego w
cywilizacyjnym zacofaniu społeczeństwa, to nie wzorzec, to przestroga”. W dodatku jakże papuzia i komiczna
była ta nasza tzw. elita, zabiegająca głównie o namaszczenie płynące z Paryża
(dziś z USA). Z genialną złośliwością wykpiwał to Zygmunt Hertz32: wpierw wyjazd na Zachód, zadęcie na
parnas Europy, ale w oczkach strach „Oj, czy ja czasem nie Azjata, proszę
pana?”, zakupy na wyprzedażach „I właśnie wcale nie chodzi o wyjazd,
ale o powrót, o to entree do kawiarni z krawatem na szyi kupionym w złym
sklepie New Yorku czy Londynu. I to skromnie wtrącone zdanie: «Sartre mi
powiedział», «Pierre źle wygląda», «Genet chory»”.
I jaką płytkość i brak oczytania demonstruje dziś tzw. elita w polskiej, jakże
wątłej, dyskusji o skutkach globalizacji! Kto ma jednak czas na czytanie grubych
tomów, często szpikowanych matematycznym aparatem, skoro trzeba się uwijać za
pieniędzmi, aby móc „bywać”
i „żyć na poziomie”!
Podzielam zdanie Krzysztofa Kłopotowskiego33, że „Polska
elita polityczna i kulturalna, te «wyższe dziesięć tysięcy», przecenia się,
jeśli sądzi, że społeczeństwo jej potrzebuje. Myślę, że potrzebuje mniej niż w
przeszłości, a z czasem będzie potrzebować jeszcze mniej”. Coraz mniejsze
będzie zapotrzebowanie na ludzi, których kwalifikacje sprowadzają się do tzw.
oczytania skrzydełkowego (na skrzydełkach okładki wydawcy często zamieszczają
streszczenie książki), znajomości salonowych snobizmów i umiejętności
żonglowania frazesami Nowej Wiary w „niewidzialną rękę”.
A swoją drogą, Stawrogin się mylił: zamiast pieczystego z zająca marynowanego w
winie i podlanego śmietaną, można też podać nieśmiertelnego schabowego z
rozgotowaną kapustą oraz wmawiać sobie i otoczeniu, że to zając.
-------
31 „Rzeczpospolita”,
„Plus-Minus”, 16.02.2002.
32 Zygmunt Hertz,
Listy do Czesława Miłosza 1952-1979”. IL Paryż 1992.
33 „Rzeczpospolita”, „Plus-Minus”,
29.12.2001
--------------
Anna Delick
studiowała w Szwecji ekonomię i antropologię kulturową, zajmuje się
marketingiem, publikowała w paryskiej "Kulturze" i prasie szwedzkiej.
--------------
Cytuję kilka fragmentów z innych źródeł.
Anonimus
----------------------------------------------
Jacek Kuroń w „Przekroju” o sobie i władzy:
„Przedtem byłem po prostu gówniarzem, zaś po roku 1989 powinienem być
odpowiedzialnym ministrem, a zachowywałem się jak zakompleksiony ekonomista,
który małpuje liberalny kapitalizm.
To jest, oczywiście, moja wina i mój rachunek. Władzy nie wolno nie
umieć, a ja nie umiałem.
I jak dziś władza mówi, że ludzie są winni, to doskonale wiadomo, że winna jest
władza”.
…
polityka i obyczaje
Polityka nr 33 z 17 sierpnia 2002, str.98
----------------------------------------------
Alfred Mielczarek,
„Przekręt wartości”:
„Upadek indywidualizmu • Zdegradowana
kultura • Wolność słowa? • Zdegradowane klasy i grupy społeczne •
Odpowiedzialność neoliberałów
• Poszukiwanie innej drogi
Indywidualizm czy egoizm
Pozorna rewolucja kontrkulturowa
Przemiana ludu w masy
Spadek poczucia własnej wartości
Alternatywa koncepcji ładu światowego
…
Przegląd społeczny dziś, nr 8 z sierpnia 2002, str. 38-46
----------------------------------------------
Joseph Stiglitz, Vincent Jauvert ©
Le Nouvel Observateur, 18.07.2002:
Kapitalizm musi przejść radykalną kurację higieniczną,
jeśli nie chce utonąć w brudach – uważa noblista Joseph Stiglitz
Encron, WorldCom Andersen… dlaczego
w amerykańskim kapitalizmie coś się zacięło?
Joseph Stiglitz: Bo jest on podminowany przez
różne konszachty, układy, interesy i brak przejrzystości. Stał się kapitalizmem
kolesiów i wspólników.
Fanatycy liberalizmu wierzą w teorię „niewidzialnej ręki”, według której rynek
sam się reguluje. Ale jak widać, ta samoregulacja jest mitem. Świat gospodarki
jest za mało przejrzysty i zbyt złożony. Po to, by kapitalizm był skuteczny i
„czysty”, państwo musi narzucić pewne reguły i pilnować ich przestrzegania.
(…) W
wielu byłych krajach komunistycznych kiepska prywatyzacja doprowadziła do
koncentracji władzy w rękach małej grupy wpływowych cwaniaków. To główny
problem młodych demokracji.
Joseph Stiglitz. W istocie, w wielu
byłych krajach komunistycznych, gdzie prywatyzację przeprowadzono byle jak,
taka koncentracja władzy audiowizualnej w rękach nielicznej grupy jest moim
zdaniem, najpoważniejszym problemem, z jakim te młode demokracje muszą się
zmierzyć. Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest po części odpowiedzialny za tę
skandaliczną sytuację. To właśnie on narzucił słynną „kurację wstrząsową”
dawnemu blokowi wschodniemu, co doprowadziło do niepomiernego wzbogacenia się
niektórych ze szkodą dla przytłaczającej większości.
…
Joseph Stiglitz – laureat Nagrody Nobla z ekonomii za rok
2001 . Wykłada na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, były doradca prezydenta Clintona i główny ekonomista Banku Światowego.
…
Forum, najciekawsze artykuły z prasy
światowej, nr 32 z 5 sierpnia 2002, str. 22-23
----------------------------------------------
Milton Friedman, Olaf Gersemann © Wirtschaftswoche, 25.07.2002:
Państwu dziękujemy
Jak przetrwać recesję? Nie wtrącać się
do gospodarki, a pazernych menedżerów po prostu wsadzać do więzień – to recepta
Miltona Friedmana, guru ekonomicznego liberalizmu.
…
Forum, najciekawsze artykuły z prasy
światowej, nr 33 z 12 sierpnia 2002, str. 20-22
………….
Hamish McRAE © The Independent, 24.07.2002:
Kapitalizm potrzebuje katastrof
Młodzi, zdolni, wykształceni ludzie mogą
teraz odwrócić się od wielkiego biznesu i szukać szansy na godne życie w mniej
„ubrudzonej” profesji.
…
Forum, najciekawsze artykuły z prasy
światowej, nr 33 z 12 sierpnia 2002, str. 22-23
………….
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Co ze sprawiedliwością
społeczną?, nr 4/2002, str. 5
Czy rząd
lewicowy realizuje lewicowe postulaty, czy też kontynuuje neoliberalną politykę
poprzedników? Rozważania na ten temat stają się modne. Tymczasem w zaproponowanym
przez rząd budżecie na rok bieżący nie widać istotnych zmian
co do koncepcji polityki gospodarczej.
(...) Jednocześnie zapisy dotyczące bezrobocia świadczą o bezradności.
Przyjmuje się po prostu, że bezrobocie nadal będzie dalej rosło, powtarzając
zaklęcie, że wstrzymanie tego procesu nastąpi wtedy, gdy odpowiednio
przyspieszony zostanie wzrost gospodarczy. Powtarza się też narzekanie na niską
elastyczność płac i tezę o potrzebie "uelastycznienia rynku pracy",
co jest przecież kryptonimem dla koncepcji wspomagania pracodawców kosztem
pracowników.
(...) Konkurencyjny system rynkowy, który odegrał i odgrywa nadal doniosłą rolę
w rozwoju gospodarczym świata, ma jednocześnie wrodzoną tendencję do
wytwarzania rosnącej nierówności społecznej, a w rezultacie do tworzenia
obszarów nędzy i do spychania znacznych grup społecznych na margines życia.
Samoczynnie działający rynek sprzyja tym, którzy już są zamożni i mogą czerpać
dochody z własności.
Wolny rynek, niezdolny do samoczynnego odwrócenia tych negatywnych tendencji,
wymaga współdziałania ze strony "widzialnej ręki państwa", a więc
świadomie prowadzonej polityki rozwojowej, której podstawowym zadaniem powinno
być kojarzenie celów gospodarczych i społecznych. Sprawa ta jest dobrze rozumiana
w Unii Europejskiej, która kładzie istotny nacisk na realizowanie właściwej
polityki społecznej przez państwa członkowskie. Ogłoszona niedawno
"strategia rządowa", nie wyraża takiego nacisku.
Wiadomo, że istnieje sprzeczność między dążeniem do efektywności ekonomicznej a
dążeniem do sprawiedliwego podziału. Stymulowanie niezbędnych dla wzrostu
gospodarczego oszczędności, inwestycji i przedsiębiorczości wymaga utrzymywania
opodatkowania na umiarkowanym poziomie, a także kierowania wydatków budżetowych
państwa przede wszystkim na cele rozwojowe, a nie socjalne. Sprzeczność ta jest
zasadniczym problemem do rozwiązania dla współczesnego kapitalizmu.
W Polsce występuje ona bardzo ostro. Okres transformacji przyniósł pogorszenie
warunków życia znacznej części społeczeństwa, a w rezultacie rozczarowanie do
przemian i nasilenie się populistycznej krytyki. Trudność redukowania
bezrobocia w Polsce wynika z tego, że ma ono korzenie głęboko strukturalne. Nie
został znaleziony sposób skojarzenia społecznej potrzeby zwiększania zatrudnienia
z ekonomiczną potrzebą wysokiej wydajności opartej na automatyzacji,
robotyzacji i elektronizacji. Sposobu tego nie dostarcza ograniczenie
możliwości zarobkowania dla emerytów. Trzeba go szukać przede wszystkim w
samozatrudnieniu, czyli ożywieniu i wspomaganiu drobnej przedsiębiorczości i
masowych inicjatyw o niewielkiej skali.
Może rząd chce to robić, ale nie ujmuje tego w spójną koncepcję nowej polityki
gospodarczej. W dodatku wydaje się zapominać o tym, że dla realizacji swego
programu potrzebuje nieustannego poparcia społecznego. Tymczasem poparcie to
będzie musiało słabnąć, jeśli będą nadal podejmowane dziwaczne i niespójne
działania, mało znaczące dla budżetu, a wiele dla położenia materialnego
ważnych grup społecznych. W pierwszych miesiącach rząd zrobił już dużo dla
zniechęcenia do siebie drobnych ciułaczy oszczędności w bankach, studentów,
drobnych handlarzy granicznych, importerów używanych samochodów, a teraz stara
się zniechęcić emerytów. Może naprawdę było lepiej wprowadzić podatek importowy,
niż szukać po parę milionów dochodu kosztem społecznego niezadowolenia?
Rządowi lewicowemu musimy stawiać wyraźne pytanie, co robi i ma zamiar robić na
rzecz takiej koncepcji rozwoju, która zapewnia sprawiedliwe uczestnictwo
obywatelskie w dochodzie narodowym i nie dopuszcza do rozszerzania się obszarów
bezrobocia i biedy.
.........
Uwagi
W zniechęcaniu do siebie szerokich grup społecznych, Rząd rzeczywiście wykazuje
dużo niezamierzonego talentu. Chyba trochę "słów" i czynów było nie
do końca przemyślanych. Trzeba wyciągnąć wnioski.
To tak na marginesie. Ja na inny temat: bezrobocie. Cudu się nie dokona. To
jasne. Ale, że problemy ze znalezieniem pracy mają także absolwenci kierunków
zarządzania i ekonomicznych wyższych uczelni, to dla mnie też jasne, lecz
"diabli mnie biorą", gdy porównuję to ze stanem wiedzy i poziomem
zarządzania w przeciętnych polskich przedsiębiorstwach. Nie, wcale nie uważam,
że świeżo "upieczeni" absolwenci, nawet jeśli
"liznęli" trochę praktyki, są już "fachowcami całą gębą",
ale uważam, że pod kierunkiem odpowiednio przygotowanych i przyjaznych im osób,
mogą szybko wnieść ożywczą nowoczesną wiedzę do zakładów, mogą pomóc tym
zakładom w utrzymaniu się na powierzchni, mogą także pomóc w szukaniu lepszych
sposobów efektywności gospodarczej niż częstokroć bezmyślne zwalnianie ludzi,
wykorzystywane też zresztą dość często, do zwalniania tych, najbardziej
kreatywnych, którzy komuś w czymś zawadzają.
I tu jest problem, niestety w znacznej mierze polityczny: zasiedziałe,
niedouczone i idące w zaparte kierownictwa, ze starej czy też nowej
nomenklatury, zrobią wszystko, aby nie dopuścić do utraty swej autokratycznej
władzy i związanych z nią przywilejów. Niestety - wiedza, którą sami nie
posiadają, to dla nich zagrożenie. Problem skądinąd z literatury i praktyki
doskonale znany. U nas zaostrzył się dodatkowo, w wyniku poczucia zagrożenia
przez "elity" ze strony nowoczesnego świata, szukania ratunku siłą
lub podstępem, póki jeszcze się da, a na końcu zapewnienia sobie
"miękkiego lądowania" nawet kosztem doprowadzenia do bankructwa
zakładu, nawet z nadzieją, że ktoś to doceni, mogąc taniej kupić.
Czy tak jest w rzeczywistości? Jak często? Jak temu skuteczniej przeciwdziałać,
gdy nadal zbyt często?
Duża nadzieja w wiedzy, także całego społeczeństwa! Ale znowu, jak z tą wiedzą
szybko dotrzeć do kogo trzeba. Jak ją szybko
wykorzystać dla dobra większości ludzi dobrej woli? Jak odróżnić "ziarno
od plew"?
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Jan Maltecki: Polnische Wirtschaft nr 4/2002, str. 50
Pośród
niewątpliwie licznych cnót naszego ludu, gospodarność wymienić trudno. Udana
aktywność ekonomiczna wymaga bowiem rozumu,
umiejętności przewidywania, znajomości przepisów i rachunków. A tego ci u nas,
akurat, od wieków brakuje. W "Popularnej encyklopedii staropolskiej"
Z. Przyrowskiego czytamy:
"Wielcy panowie i bogata szlachta nie zajmowali bezpośrednio
gospodarowaniem w swoich dobrach, lecz sprawy gospodarcze i nadzór nad wykonywanymi
pracami zlecali płatnym urzędnikom". Zarządcy ci, arendarzami lub
pachciarzami zwani (od pacht - dzierżawa), traktowani byli przez szlachtę z
wyższością a zarazem z niechęcią. Słusznie przypuszczano
bowiem, że osoby sprawne umysłowo i obrotne ekonomicznie, potrafią też
wyciągnąć korzyści kosztem przygłupich właścicieli, czy nierozgarniętego
pospólstwa.
Odsłona drugiej, międzywojennej państwowości ukazuje heroiczne, ale nieudane
próby uzyskania sprawności i suwerenności ekonomicznej. Warto pamiętać, że
kluczowe gałęzie przemysłu i banki pozostawały w Drugiej Rzeczypospolitej w
rękach kapitału zagranicznego. O swarach, partyjniactwie i głupocie polityków
międzywojnia lepiej nie wspominać. W naszej, Trzeciej Rzeczypospolitej, nie
dzieje się zatem nic nadzwyczajnego. Korupcja,
powszechne przekonanie, że liczą się intencje, nie skutki, gnicie
administracji, prywata i krótkowzroczność w Sejmie, samorządach i zarządach -
to wszystko było, jest i będzie.*
(* Autor
raczej "przeholował", przynajmniej z tym "będzie". Anonimus).
Nasze życie gospodarcze codziennie bawi i poraża. Obecny rząd ujawnia
wstrząsające afery i niegospodarność solidarnościowych ministrów i prezesów
państwowych spółek. Problem polega na tym, że w Polsce trudno odróżnić
szkodnictwo gospodarcze, płynące z matołectwa zarządzających, od szkód
poczynionych przez łapowników. W obu wypadkach efekty są takie same: krociowe
straty skarbu państwa i budżetów lokalnych. Do tego dochodzą rozpowszechnione
cechy naszych menedżerów: nieodpowiedzialność, nieuczciwość, brak wyobraźni i
chęć zagarnięcia grosza publicznego. Osoba o mocnych nerwach może - każdego
dnia - wziąć do ręki gazetę i przeczytać np.:
- Właścicielowi jednego z czołowych konsorcjów finansowo-inwestycyjnych
Colloseum postawiono zarzut wyłudzenia 354 milionów złotych.
- Jeden z najbogatszych Polaków (wg rankingu "Wprost") dorobił się w
ten sposób, że wymyślił systemy finansowe, które miały umożliwić państwowym
(sic!) firmom niepłacenie podatku dochodowego.
- Biznesmen kościelny, ksiądz, prezes salezjańskiej Fundacji Pomocy dla
Młodzieży im. Św. Jana Bosko, wyłudził z banków ponad 133 miliony złotych.
To naprawdę wiadomości tylko z jednego dnia.*
(*
Dziesiątki razy więcej wiadomości, gdyby to było "medialne", można by
przytoczyć o ludziach, którzy mając nawet "okazje", nic nie ukradli,
nic nie wyłudzili, nic publicznego nie spartaczyli. Żartuję. Po prostu chcę
zwrócić uwagę, że duże zło, odbijające się na losach wielu, wyrządzają
zazwyczaj dość nieliczni, a że mają duże możliwości, więc są i duże, nie tylko
medialne szkody. Inna sprawa, że media, z natury rzeczy, sensacje
"rozdmuchują", a jak się to później "nie tak" kończy, zbyt
często zakończenie "skromnie przemilczają".
Anonimus).
Wielu zdumiewa tempo, w jakim nasz kraj wyzbył się kontroli mad rodzimym
przemysłem, bankowością, wydawnictwami i środkami masowego przekazu. Okazuje
się, że nieodrodni potomkowie mociumpanków - okadzeni przez kościół, za
parawanem ideologicznej reprywatyzacji i przy pełnej absencji instynktu
państwowego, wyprzedali to, co się dało, często za bezcen. Poszło to w obce
ręce, bo przecież rodzimy kapitał jest tradycyjnie mikry. Procedurę tę - z
rozbrajającą szczerością - przedstawia na łamach "Gazety Wyborczej "
(2002 nr 40) były poseł, orzeł Porozumienia Centrum i Unii Wolności, obecnie
niezależny kapitalista Andrzej Czarnecki. O polskich politykach współczesnych
mówi on, a wie, co mówi: "Za odpowiednią działkę goli ludzie stawali się
miliarderami a dnia na dzień (...) Jak można było sprywatyzować fabrykę X za
100 mln, a przyszedł facet, który dawał 10 i bokiem jeszcze milion, to się
szybko sprzedawało za dychę" (s.8).
Radosna aktywność gospodarcza polityków rozmodlonej prawicy nieuchronnie wiodła
nas w stronę katastrofy katolickiej Argentyny. Oto w
kraju głodnawych dzieci, ubogich nauczycieli, lekarzy*, policjantów itd., Sejm
zdominowany przez odmawiających pacierze posłów Akcji Wyborczej
"Solidarność" i Unii Wolności, wykazał niesłychane wyczulenie na
potrzeby akcjonariuszy wielkich spółek. Jak informuje tygodnik "Nie"
(2002 nr 7), jesienią 2000 roku Ministerstwo Finansów zadbało w Sejmie o
nowelizację ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, zwalniając od jego
płacenia znaczącą grupę akcjonariuszy, założycieli spółek giełdowych.
Ta inicjatywa, pachnąca na milę płatnym lobbyingiem splecionym z masową
głupotą i niekompetencją solidarnościowych posłów - poszerza dziurę budżetową o
ogromne kwoty. Na przykład, akcjonariusze Agory SA (wydawca "Gazety
Wyborczej") mogą uniknąć podatku na sumę 575 milionów 907 tysięcy 960
złotych.** Akcjonariusze spółki EFL - 142 milionów 884 tysięcy złotych**, itd.
Po ogłoszeniu tych faktów przez pismo Jerzego Urbana - trwa grobowa cisza. Rząd
natomiast usilnie i skutecznie szuka oszczędności w kieszeniach ciężarnych
kobiet, emerytów i budżetówki. Ot, Polnische Wirrtschaft.
(Uwagi
* Nie chcę być złośliwy, nie mam też nic przeciwko lekarzom, nawet "wprost
przeciwnie", ale jak już pisać prawdę, to do końca. Gdzieś w Polsce -
nieoficjalna nazwa osiedla domków jednorodzinnych: "Osiedle wdzięcznych pacjentów".
** Milczenie merytoryczne, raczej nie na miejscu, bez względu na to, co sądzimy
o języku "Nie". Ja osobiście zwróciłem uwagę na "groszową"
dokładność wyliczeń. Przeważnie taka "perfekcja" mi
"podpada", przypomina księgowego szukającego "groszy", a nie widzącego milionów. W tej sprawie - nie wiem i nie mam
nawet czasu ani chęci na sprawdzanie.
Odpowiedni urzędnicy powinni jednak mieć.
Anonimus).
Znękani tymi wieściami zdawać się mogło, że chociaż na sukcesie sportowym
Małysza zarobimy. Okazuje się jednak, że dzielni menedżerowie z Polskiego
Związku Narciarskiego już dawno sprzedali dochody reklamowe tego zawodnika
firmie Federa z Austrii. Jak informuje "Newsweek" (2002 nr 6),
"jest w umowie Federa z PZN parę kwiatków świadczących o zdumiewającym
braku profesjonalizmu strony polskiej". Zwraca
uwagę zwłaszcza "brak zapisu, powszechnego w takich umowach, że w
przypadku, gdy zawodnik zacznie odnosić sukcesy, warunki umowy zostaną
zmienione". W rezultacie, ponoć ponad połowa krociowych zysków z reklam i
gadżetów, czy nawet znaczków pocztowych z Małyszem, idzie do kieszeni
austriackiej. Oznacza to, że prawdziwy Polak na niczym interesu zrobić nie
potrafi.
Gdy się patrzy na to wszystko, to są dwa wyjścia: albo odmawiać różaniec,
czekając na rozkosze życia pozagrobowego, albo jeść, pić i popuszczać pasa. Ta
druga rada dotyczy niestety tylko tych, którzy mają co
jeść, co pić, a i pas też posiadają, w pacht nie oddany.
........
Uwagi
Przytoczyłem niemal całość artykułu. Autor "nie przebiera w słowach".
Nie czuję się kompetentny do komentowania. Mogę jedynie podzielić pogląd, że z
polskimi menedżerami nie dzieje się dobrze. Z "matołectwem", to
zapewne przesada, ale zwykłe niedouczenie w zarządzaniu jest zjawiskiem
powszechnym. Szkody też. Jak na tych ludzi wpłynąć, aby chociaż zwyczajnie
zechcieli się uczyć? Jak ich - w ostateczności - zastąpić lepiej
przygotowanymi?
Problem trzeba rozwiązać w miarę szybko, bo nie dość, że oni sami nie potrafią
porządnie organizować pracy, to jeszcze tworzą niekorzystny klimat w zakładach
pracy, klimat, którym w znacznym stopniu przesiąkają także młodzi, ich
potencjalni następcy.
Źle to wróży na teraźniejszość i przyszłość, jeśli nie potrafimy się z tym
szybko uporać.
Nie rozwiąże tego też sam rynek. Niedouczeni uczestnicy rynku są też dla
poniektórych wyśmienitą okazją.
Tematy są trudne. Teoria też daleko jeszcze wielu zagadnień "ekonomii i
zarządzania" nie zdołała rozwiązać. Nie rozwiąże ich także tylko sama
improwizowana praktyka.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Krzysztof
Lubczyński: Depresja, nr 3/2002, str. 20
Elitarne
sukcesy - Smutny naród - Depresja schyłku dekady - Dramatyzm obecnej sytuacji
Ucichły przechwałki baronów, książąt i książątek polskiego kapitalizmu.
"Gazeta Wyborcza" od dłuższego czasu od dłuższego czasu nie drukuje
już reportaży o "młodych wilkach" z banków, konsorcjów i giełdowego
parkietu, o beneficjantach wolności (zajęła się za to niezadowoleniem
seksualnym Polek). Te akty strzeliste do kapitanów i generałów rynku niejednemu
krwi napsuły, zwłaszcza że eksponowane były na tle - w
wyjątkowo szybkim tempie narastającej ostatnimi laty - biedy i bezrobocia. Owi
chłoptysie w nienagannie skrojonych, kosztownych garniturach, z młodzieńczą
lekkomyślnością chełpiący się swoim powodzeniem, z pogardą odnoszący się do
tych, którym się nie powiodło w nowym ustroju i podkreślający tę okoliczność z
osobliwą satysfakcją, byli swoistym symbolem sytuacji polskiej, odznaczający
się skrajną elitaryzacją sukcesu ekonomicznego lat 1993 - 1998. Dziś owe
przechwałki wyraźnie ucichły, jakby zawstydzone panującą wokół atmosferą
depresji gospodarczej i będącej jej konsekwencją depresji psychicznej, zataczającej
szerokie kręgi w społeczeństwie.
...
(...) Przy wszystkich bowiem winach, głupocie oraz
ślepocie ludzi identyfikujących się z tradycją Sierpnia, była ona potrzebna
jako żywa idea, zdolna zmobilizować do wysiłku, choćby w konkurencji z innymi
poglądami. Depcząc ideały społeczne "Solidarności" i nurzając w
błocie jej sztandary, ludzie AW"S" uczynili krzywdę nie tylko sobie,
ale także społeczeństwu, zadając mu ciężkie rany moralne.
(...) Niestety, nie bardzo widać, żeby rządząca obecnie lewica była w stanie
sprostać ideotwórczemu wyzwaniu. Przy pogłębiającej się recesji gospodarczej,
presji społecznych oczekiwań na jakąkolwiek poprawę i bardzo ograniczonych
możliwościach ich spełnienia, lewicowa formacja nie ma wolnego pola na
rozwiniecie skrzydeł Jej rządy będą niewątpliwie dużo bardziej spokojne i
kompetentne... Lewica może więc zaprezentować lepszą technikę kierowania
państwem, ale to za mało na szybkie wydobycie z zapaści obezwładnionego
niepowodzeniami polskiego organizmu.
Czy zatem skazani jesteśmy na depresyjny pesymizm?
...
Jedno wiem na pewno: chciałbym się mylić w swoich pesymistycznych
przewidywaniach.
------------
Opinie na te i podobne tematy
Aleksander Małachowski
poseł
Unii Pracy
"- Złe refleksje budzi niewątpliwie sfera życia politycznego. Ujawniła się
wielka nieodpowiedzialność rządzących na dobro społeczne, stan państwa a
społeczeństwo wciąż myśli plebiscytowo. Naiwnie wierzy w to, że jacyś
cudotwórcy przyjdą i zbawią. Wciąż głosuje raz na tych, raz na tamtych i wciąż
spotyka je zawód. Bo sytuacja wymaga nie cudotwórców, a wielu lat ciężkiej
pracy. Transformacja się nam nie udała. Mówię to jako poseł X kadencji, który
zagłosował na tę transformację - to myśmy przyjęli, doprowadzili do jej
rozpoczęcia. Niewątpliwie zwycięstwo doktryny liberalnej stało się katastrofą,
nieporozumieniem. Może dlatego, że przeprowadzali ją
zarażeni amerykańskim liberalizmem dawni komuniści."*
* Polityka
nr 11 (2341), 16 marca 2002, str.98
------------
Uwagi.
W moim odczuciu - praktyka patrzącego oddolnie, katastrofą też było
nieprzygotowanie kadry zarządzającej i specjalistycznej do gospodarki rynkowej.
Błędy popełniane "na co dzień" i w procesach
restrukturyzacyjnych oraz prywatyzacyjnych, to niemal szczyty niekompetencji,
żeby nie użyć mocniejszych oskarżeń. Nie wiem, na ile to zjawisko było
powszechne, ale jako praktyk widziałem wokół siebie, że zjawisko niekompetencji
zdecydowanie dominowało: inwestycje, podejmowane z naruszeniem elementarnych
podręcznikowych zasad, zamiast poprawy - rozkładały firmy; niezbyt mądre,
socjalistyczne planowanie, zostało zastąpione improwizacją "bez pojęcia i
talentu"; socjalistyczne, niezbyt mądre systemy motywacyjne pracowników,
zostały zastąpione "dzikim", niemal dziewiętnastowiecznym
kapitalistycznym przymusem.
Dlaczego tak się stało? - Niekompetencja, i "pozagrobowa zemsta
Partii": kapitalizm został zrozumiany tak, jak Partia niegdyś o nim
uczyła?
To jednak tylko część powodów. Dalszym, ale chyba bardzo istotnym, jest słabość
nauk ekonomicznych w ogóle. Nie chcę się w kółko powtarzać: temat
"zarysowałem" już dość mocno, szczególnie na stronach:
"konkretyzacja", "ekonomika i zarządzanie",
"mleczarstwo" i w dziesiątkach komentarzy przy "Prezentacji
literatury".
Zgadzam się z Aleksandrem Małachowskim, że "sytuacja wymaga nie
cudotwórców, a wielu lat ciężkiej pracy". Musi to być jednak praca mądra,
z jasno i konkretnie sprecyzowanymi celami i metodami. W wielu firmach
częściowe efekty można osiągnąć zresztą prawie natychmiast: wystarczy zmienić
kierownictwo na mądrzejsze (skąd je wziąć, i jeszcze się nie pomylić?).
Trochę żałuję, że kiedyś nie wykazałem wystarczająco silnej woli, żeby
przeforsować swoje poglądy. A chciałem tylko, chociaż przynajmniej lokalnie:
-
kierownictwa firm i "specjalistów" zawczasu przygotować do gospodarki
rynkowej. Pierwszy raz wystąpiłem z takim "żądaniem" jeszcze w
pierwszej połowie lat osiemdziesiątych - mając co
prawda na myśli pełną reformę gospodarczą a nie upadek socjalizmu - później pod
koniec lat osiemdziesiątych, później na początku lat dziewięćdziesiątych,
później w połowie lat dziewięćdziesiątych, później..., najpóźniej
robią to do dzisiaj, analizując głęboko zakorzenione najgorsze nawyki z
gospodarki centralnie "zbiurokratyzowanej", uzupełniające się z
najgorszymi wzorcami prymitywnego, "dzikiego" kapitalizmu",
- nakłonić wszystkich co trzeba, aby byli mniej ogólnoteoretyczni, a bardziej
konkretnie, kompleksowo a zarazem interdyscyplinarnie praktyczni, i - o zgrozo
- panowali nad istotnymi szczegółami,
- nakłonić bardzo wielu bardzo wąskich specjalistów aby patrzyli trochę
szerzej, gdy dla dobra sprawy jest to konieczne, a przynajmniej zechcieli sobie
uświadomić, że świat jest "trochę bardziej złożony" niż to wynika z
ich wąskiej specjalizacji.
Pozwoliłem też sobie w paru miejscach zażartować, że "socjalizm najwięcej
rozłożyli ekonomiści, dzielnie wspomagani przez księgowych, co prawda niechcący
i jakby mimochodem, a teraz zabrali się za kapitalizm". Chwilami jednak
trochę się zastanawiam, czy w tych żartach nie ma "źdźbła" prawdy.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Jerzy
Maciąg: Obraz Polski A.D. 2000, nr 2/2002, str. 30
Wzrost
sfery ubóstwa - Geografia poziomu życia - Wydatki gospodarstwa domowego -
Kwestia mieszkaniowa - Ochrona zdrowia - Oświata - Kultura i sztuka
Pięćdziesiąt
cztery procent obywateli z rodzin, w których poziom wydatków był niższy od
minimum socjalnego i 8 proc. pozostających na poziomie minimum egzystencji, z
pewnością bilansuje rok 2000 negatywnie. Tak wynika z publikacji pt.
"Warunki życia ludności w 2000 r.", wydanej w listopadzie 2001 r.
przez Departament Warunków Życia Głównego Urzędu Statystycznego. Szczegółowe,
zespołowe opracowanie pod redakcją Marii Daszyńskiej, pozostawia przygnębiające
wrażenie. Niby wszyscy bowiem - no, prawie wszyscy - wiedzą, że w latach 90 z
roku na rok pogarszały się warunki życia materialnego i duchowego
społeczeństwa, rosło bezrobocie, zmniejszało się spożycie artykułów
żywnościowych i przemysłowych, malał dostęp do opieki lekarskiej i kultury, ale
czym innym jest prawda podawana w postaci sieczki informacyjnej w środkach
masowego przekazu (przy tym opakowana w kolorowe i błyszczące klipy i spoty,
odsłonięcia i wręczania, pokropki i pyskówki, kwesty i bale), a czym innym
konfrontacja z nieubłaganą wymową liczb, świadczących o powolnej
, ale konsekwentnej degradacji cywilizacyjnej szerokich rzesz
społeczeństwa.
...
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Pośród kryzysów, nr 12/2001, str. 7
Mamy na
szczęście już za sobą spory wokół ustawy podatkowej przedstawionej przez rząd.
Warto jednak odnotować, że wykazały one daleko idącą słabość rozumienia spraw
ekonomicznych zarówno w kręgach pierwszej władzy, czyli parlamentu, jak
czwartej władzy, czyli mediów, nie mówiąc już o szerokiej publiczności. Okazało
się bardzo trudne do zrozumienia, że zmiany podatkowe to tylko niewielki
fragment programu polityki gospodarczej, wybity na czoło jedynie ze względu na
formalne wymagania kalendarza sejmowego. Co gorsze, trudne do zrozumienia
okazało się to, że rząd najpierw zabiera się do rozwiązania najpilniejszego, a
przy tym stosunkowo najprostszego problemu ratowania finansów publicznych. Zupełnie nie pojmowano tego, że w dziedzinie
polityki budżetowej nie ma innych posunięć ratowniczych, poza obcinaniem
wydatków i podnoszeniem podatków, as żaden z tych kierunków działania nie może
jednocześnie służyć przyśpieszaniu wzrostu gospodarczego. Dlatego nie można było
się pozbyć zdumienia, gdy poważni, zdawałoby się, działacze biczowali koncepcje
związane z podniesieniem obciążeń podatkowych argumentem, że to dławi
gospodarkę, trzeba więc tylko ścinać wydatki. Zupełnie
tak, jak gdyby ścinanie wydatków mogło pomagać rozwijaniu gospodarki i był
tylko wybór - rozwijać czy dławić.
Powtórzmy: w ramach rozwiązań budżetowych nie ma takiego sposobu wyjścia z
kryzysu finansów publicznych, który jednocześnie mógłby się przyczyniać do
przyspieszenia wzrostu gospodarczego. Takiego sposobu trzeba szukać w innym
zestawie narzędzi, przede wszystkim w polityce pieniężnej.
Potrzeba istotnego obniżenia stóp procentowych została już tak bardzo
nagłośniona, że pewnie nawet dzieci szkolne zdają sobie z niej sprawę. Rada
Polityki Pieniężnej z pewną dumą może podkreślać swoją dobrą wolę, bo w ciągu
bieżącego roku obniżyła stopy już czterokrotnie, w sumie o 5 punktów
procentowych.(już sześciokrotnie, w sumie o 7,5 punktów
procentowych. Przypis Z.U.). Cóż, kiedy
tempo inflacji zmniejszyło się w tym czasie co
najmniej o 5 punktów, realne stopy procentowe pozostały więc bez zmiany - na
poziomie wielokrotnie wyższym niż w innych krajach Europy.
Znajdująca się w recesji polska gospodarka jest więc
nadal dławiona. Przedsiębiorstwa zwijają produkcję i zwalniają pracowników.
Nakłady inwestycyjne przedsiębiorstw weszły w fazę absolutnego spadku. Taka
recesja ma to do siebie, że wprowadza gospodarkę w samowzmacniający się układ
deflacyjny. Wraz ze spadkiem popytu maleje produkcja, spadają dochody, a tym
samym popyt dalej się zmniejsza. Potrzebny jest jakiś bodziec, który pobudzi
przedsiębiorczość i pozwoli na odwrócenie tendencji recesyjnej. (Oby tym
"bodźcem" lub, jak kto woli, "rozrusznikiem", nie stała
się, jak w czasach "wielkiego kryzysu lat trzydziestych", perspektywa
jakiejś "większej wojenki". Żartuję. Sytuacja jest inna. Z.U.).
Takim bodźcem
mogłoby się stać zdecydowane obniżenie stóp procentowych. Trzeba jednak zdawać
sobie sprawę z tego, że rosnący z powodu kryzysu finansów publicznych deficyt
budżetowy wymaga finansowania. Im jest większy, tym wyższe oprocentowanie
obligacji skarbowych musi oferować rząd, aby je sprzedawać. Powstaje
więc bariera dla rzeczywistej obniżki stóp i koło się zamyka.
Sytuacja jest do rozwiązania, ale niestety nie od razu. Nie sądzę, aby można
było liczyć na wyraźne przyspieszenie wzrostu gospodarczego w roku 2002. Jeśli
w ciągu tego roku uda się doprowadzić do uporządkowania finansów publicznych , to stworzy to podstawę do ożywienia w roku
2003. Nadmierny optymizm w planowaniu wyników najbliższego roku może tylko
zaszkodzić. Takie są realia ekonomiczne.
Mamy jednak również realia społeczne, określane przez masowe i rosnące
bezrobocie i jego szerokie następstwa w postaci rozszerzającej się strefy biedy
oraz różnych patologii społecznych, wynikających ze spychania wielkich grup
ludzi na margines życia.
Wielkim - bez żadnej przesady - osiągnięciem ekonomicznym ostatniego półtora
roku jest zdecydowane obniżenie płatniczego deficytu obrotów bieżących.
...
Jednakże został on osiągnięty wyłącznie w wyniku ostrego zmniejszenia popytu
krajowego, zarówno inwestycyjnego, jak i konsumpcyjnego, co doprowadziło do
zupełnego zahamowania wzrostu importu. Ustała więc
główna przyczyna powstawania i wzrostu deficytu płatniczego, jaką była wysoka
dynamika importu, znacznie przewyższająca tempo wzrostu eksportu.
Trzeba jednak zdawać sobie sprawę z tego, że osiągnięcie to nie oznacza
rozwiązania problemu. Wróci on wraz z ożywieniem popytu i przyspieszeniem wzrostu
gospodarczego. Nic bowiem nie zmieniło się w naszej
strukturze gospodarczej. Byłoby to do uniknięcia tylko wtedy, gdyby nastąpiła
zasadnicza zmiana na korzyść pod względem konkurencyjności naszej produkcji
krajowej wobec importu To jednak na razie nie następuje i nie nastąpi, jeśli
rząd nie rozpocznie polityki intensywnego wspomagania procesów modernizacji
struktury polskiej produkcji i eksportu.
Trzeba również zdawać sobie sprawę z tego, jaki był koszt tego osiągnięcia.
Jest nim obecna recesja ze wszystkimi swymi skutkami, łącznie z kryzysem
finansów publicznych. Deficyt bieżących obrotów płatniczych został w pewnej
mierze zamieniony w dziurę budżetową. Tę zmianę można uznać za korzystną,
ponieważ - przy wszystkich bolesnościach - finanse publiczne będzie znacznie
łatwiej naprawić, niż skutki ewentualnego kryzysu płatniczego.
Natomiast wielką czarną chmurą, której dotychczas nikt nie usiłował rozproszyć,
a która dalej się zbiera i nadciąga, jest potencjalny kryzys społeczny.
...
------
Uwagi
Patrząc na niektóre problemy z punktu widzenia mikroekonomii, zupełnie nie wiem czemu kojarzy mi się książka: "Zmiana Warty w
Zarządzaniu. Dramat i Szansa" - poz. 57 prezentowanej literatury.
Z.U.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Grzegorz
W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze
Prognoza rozwoju
gospodarczego Polski cz.2, nr 12/2001, str. 43
Marzenie o ustroju
sprawiedliwości społecznej - Nierówność a wzrost gospodarczy - szanse
europejskiej integracji - Rola państwa - Wizja roku 2025
Sprawiedliwy podział
Ustrój
sprawiedliwości społecznej nie istnieje. To odwieczne marzenie filozofów nie
ziściło się również podczas historycznego epizodu socjalizmu, u którego podstaw
intencjonalnie leżało. Tym bardziej odlegli od niego byliśmy we wcześniejszych
formacjach ekonomicznych, a także później - podczas posocjalistycznej
transformacji i ponownego rozwoju gospodarki kapitalistycznej, w jakże
odmiennych wszak warunkach i okolicznościach. Utopia "sprawiedliwości społecznej"
to skądinąd jedno z piękniejszych (choć szkoda, że nieziszczalnych
) dążeń ludzkości. Ma ona jednak praktyczne implikacje, także w Polsce
na początku obecnej dekady i w obecnej fazie transformacji systemowej. Nie
istnieje przy tym jakaś jedna "sprawiedliwość", gdyż o tym, co jest,
a co nie jest sprawiedliwe, decydują procesy historyczne i społeczne, a nie
nauka. Może ona tu najwyżej pomóc, ale rozstrzygnąć tej kwestii nie jest w
stanie.
Jedno wszak wiedzieć wypada: nie jest sprawiedliwe to, czego pryncypialnie
nie akceptuje społeczeństwo. Z tego
też punktu widzenia
pojecie sprawiedliwości – także w odniesieniu do stosunków
podziału – ewoluuje historycznie. To, co kiedyś uznawano za sprawiedliwe,
dzisiaj traktowane jest jako wyraz niesprawiedliwości, i odwrotnie.
Na rym tle
wiara, że przejście do gospodarki rynkowej przynieść powinno automatycznie
więcej sprawiedliwości społecznej, niż dawał jej realny socjalizm, musi zdumiewać. Rzadko
bowiem zdarza się, że w społeczeństwach wydawałoby się zachowujących się
racjonalnie, górę bierze
tak wielka doza naiwności. Jeśli sięgnąć pamięcią do ideałów
Solidarności sprzed 21 lat, czy też do ducha (a nawet litery) wielu zapisów
porozumień wynegocjowanych przy Okrągłym Stole przed laty
12., trudno nie dostrzec ogromnego ładunku postulatów, których wdrażanie
miało jakoby przynieść więcej sprawiedliwości (Baka
1999). Stąd też, z dzisiejszej
perspektywy, tamte porozumienia wydają się raczej wielkim nieporozumieniem.
Do refleksji
skłaniać też musi fakt, że zmiany, które przecież musiały daleko większe niż
poprzednio nierówności społeczne, dokonane zostały przy niebywale silnym
wsparciu politycznym tych, którzy wierzyli, że walczą o coś wręcz odwrotnego –
o większą sprawiedliwość, pojmowaną przez nich samych jako niwelacja
istniejących wcześniej umiarkowanych skądinąd nierówności. W miejsce jednak
eliminacji i zanikania jednego rodzaju nierówności, natychmiast pojawiło się
wiele nowych, idących zdecydowanie dalej niż podczas minionych dziesięcioleci (Milanowic 1998). Ludzie
mają zatem prawo czuć się oszukani. I tak też jest, gdyż nowa
rzeczywistość – wbrew zapowiedziom – przyniosła coś zgoła odmiennego od
lepszego, wymarzonego świata (Kowalik 2000).
Zapowiedzi te brały się nie tylko z naiwnej wiary niektórych intelektualistów,
polityków, ekonomistów czy działaczy związkowych. Wynikały one także – a w pewnych
kręgach politycznych przede wszystkim – z celowego zamysłu politycznego. Po
prostu ludzi okłamywano (a niektórzy czynią to z całą premedytacją nadal), aby
zyskać ich przychylność, a co najmniej neutralność i bierne przyzwolenie dla
przeprowadzanych zmian, które komu innemu, węższym grupom interesu, przynoszą korzyści.
Polska,
oczywiście, raz jeszcze nie jest tutaj żadnym wyjątkiem. A jeśli już, to w pozytywnym
znaczeniu, choć ostatnimi laty coraz mniej, gdyż nierówności społeczne i skala niesprawiedliwości w podziale dochodów po
roku 1997 ponownie w szybkim tempie narastają.
...
Do coraz większego i coraz mniej akceptowanego społecznie
zróżnicowania sytuacji materialnej ludności w warunkach posocjalistycznej
transformacji, przyczynia się nie tylko ruch strumieni (dochodów), ale także
zasobów (majątku). Wiąże się to z procesami denacjonalizacji aktywów
państwowych. Prywatyzacja okazuje się
kolejnym zaprzeczeniem „dziejowej sprawiedliwości”.
Zrozumiałe
jest, że w trakcie przechodzenia od socjalistycznej gospodarki centralnego
planowania do kapitalistycznej gospodarki rynkowej, istotnie muszą się zmienić
stosunki podziału, a zatem także proporcje dochodów. Tym bardziej oczywiste
powinno być, że radykalnie zmienić się
muszą relacje majątku, którym dysponują różne jednostki i grupy społeczne –
z wszystkimi tego implikacjami dla strukturalnego zróżnicowania ich położenia
materialnego. Kapitalizm, który budowany jest w Polsce, prowadzić musi bowiem do
dywersyfikacji społecznej i tworzenia się nowej struktury społecznej, w której
jedni będą bogatsi, a inni z pewnością nie. Rzecz w tym, żeby proces
wzbogacenia się jednych nie odbywał się kosztem zubożania – absolutnego lub
względnego innych, a przynajmniej by działo się to na jak najmniejszą skalę i nie
obracało się przeciwko wzrostowi gospodarczemu.
W
długofalowej, mierzonej na pokolenie strategii rozwoju społeczno-gospodarczego,
chodzić musi o to, żeby znaleźć dobry sposób rozwiązywania rodzących się na tym tle
sprzeczności interesów. Jeśli nie są one rozwiązywane we właściwym czasie i
właściwymi metodami, wówczas sytuacje konfliktogenne przeradzają się w otwarte
konflikty, co nie tylko samo w sobie jest niedobre, lecz zakłóca przebieg
procesów wzrostu gospodarczego. Sprawiedliwość z pewnością nie może oznaczać również
takiego podziału majątku i dochodów, gdzie zamożność i bogactwo niewiele mają
wspólnego z własną zapobiegliwością i kwalifikacjami, z wkładem uczciwie
pozyskanego kapitału i własnej pracy do tworzenia dochodu narodowego. Jeśli
ktoś – jednostka, grupa, region, branża – bierze więcej ze wspólnej kasy, jaką
jest PKB, niż do jego wytwarzania wkłada w długim okresie, to też jest
niesprawiedliwe.
Oczywiście, mówiąc o pewnej proporcjonalności i ekwiwalentności na tym polu,
brać trzeba pod uwagę takie czynniki, jak redystrybucja międzypokoleniowa oraz
solidaryzm społeczny, wyrażający się w gotowości społeczeństwa do łożenia na
utrzymywanie tych, którym zagraża, z różnych względów, wykluczenie na jego marginesy.
Łatwiej jest zatem orzec, co sprawiedliwym
podziałem nie jest, aniżeli stwierdzić, co nim jest. Można jednak na zasadzie
kontrapunktu stwierdzić – i bynajmniej nie jest to ogólnik, tylko pragmatyczna
wytyczna dla polityki gospodarczej, zwłaszcza fiskalnej i dochodowej – że sprawiedliwy jest taki podział (w tym
zakres nierówności), który zyskuje zrozumienie i akceptację społeczną. Nie
jest przy tym prawdą, że w Polsce dominują postawy rewindykacyjne i populistyczne. Po
prostu nie ma przyzwolenia na ewidentnie nieuzasadnione dysproporcje w sytuacji
materialnej, zwłaszcza wynikające z panoszącej się korupcji władzy i
nieekwiwalentnej wyprzedaży majątku publicznego.
Kilka wszakże
konkluzji dla polityki gospodarczej na wiele następnych lat wypada sformułować. Tym
bardziej, że w miarę sprawiedliwy podział uzasadniają nie tylko argumenty
natury normatywnej; po prostu ludzie
mają prawo do korzystania z owoców wzrostu społecznej wydajności pracy. W
tym świetle wzrost realnych dochodów dotyczyć musi także emerytów i rencistów,
aczkolwiek na bieżąco do wzrostu wydajności pracy już się nie przyczyniają. Na
tym, między innymi, polega sens społecznej gospodarki rynkowej. Nasza zaś gospodarka – po tym, jak
zaczęła coraz bardziej nabierać takiego właśnie charakteru – ostatnio znowu od
tego wzorca się oddala.
Sprawiedliwy
podział jest także potrzebny ze względów czysto pragmatycznych. Także tym, którym materialnie już
powodzi się dobrze, czy wręcz znakomicie. Otóż od niedawna nawet Międzynarodowy
Fundusz Walutowy odszedł od naiwnego dogmatyzmu i twierdzi, że względnie
zrównoważony społecznie (czyli bardziej sprawiedliwy)
podział dochodu przyczynia się do szybszego tempa wzrostu produkcji (Tanzi, Chu
i Gupta 1999).
W Polsce po
1997 roku drastycznie spadla dynamika PKB również i z tej przyczyny, że
narastają nierówności w podziale dochodów. Zbyt
daleko posunięta nierówność obraca się przeciwko wzrostowi gospodarczemu, a
w konsekwencji przeciwko interesom nie tylko biedniejszej ludności, ale i
bogatych właścicieli, inwestorów i przedsiębiorców. Wydaje się, że wielu
spośród nich coraz wyraźniej to dostrzega, aczkolwiek może bardziej z punktu
widzenia niedogodności płynących dla nich z wadliwej konstrukcji polityki finansowej,
niż bezpośrednio poprzez pryzmat stosunków podziału.
Co zatem czynić? Otóż polityka sprawiedliwego podziału dochodu
narodowego staje się nie tylko koniecznością polityczną, ale także imperatywem
ekonomicznym. Bez pożądanych zmian na tym polu, nie uda się trwale przyspieszyć
tempa wzrostu. Patrząc od strony czysto ilościowej, oczywiste jest, że
niwelowanie nadmiernych nierówności wymaga szybkiego tempa wzrostu dochodów
relatywnie mniej zamożnych grup ludności. Wyłączając poza nawias najuboższe grupy, których
sytuacja materialna – zwłaszcza w okresie kilkuletnim – poprawić może się
jedynie wskutek politycznie rozstrzyganych zmian proporcji dochodów i wydatków
systemu finansów publicznych (a więc poprzez działania redystrybucyjne), tylko
działania sprzyjające szybkiemu wzrostowi wydajności pracy tych grup ludności
mogą nie być sprzeczne z prowzrostową orientacją polityki gospodarczej. Jest to
wielki problem, gdyż najczęściej tym właśnie grupom ludności – bez radykalnego
przekwalifikowania się – nie udaje się ponadprzeciętnie zwiększać wydajności pracy. Przesuniecie zatem
do gałęzi i sektorów o wyższej wydajności wymaga daleko posuniętych,
kosztownych i zajmujących wiele lat zmian strukturalnych w gospodarce.
Redukcji skali
niesprawiedliwości sprzyjać ponadto musi aktywna polityka przeciwdziałania
bezrobociu, także przy pomocy interwencjonizmu państwowego, polityki
przemysłowej i handlowej oraz sięgania do instrumentów fiskalnych. Tak państwo,
jak samorządy regionalne, a także sami przedsiębiorcy aktywnie uczestniczyć
muszą w znojnym procesie przekwalifikowania siły roboczej i jej sukcesywnym
przenoszeniu do dziedzin...
(Bardzo wielu pracownikom, nie
czekając, aż staną się bezrobotnymi, też by się przydało trochę więcej
aktywności w zakresie przekwalifikowywania i podnoszenia kwalifikacji. Anonimus)
Temu z kolei
służyć musi odpowiednio ukierunkowana polityka edukacyjna oraz wspieranie
przedsiębiorczości. W tym kontekście szczególne znaczenie przez najbliższe dziesięciolecia
będzie miała oświata, a także kompleks gospodarki oparty na nauce oraz
wdrożeniach nowych technik i technologii, również dla sektora usług. Innymi
słowy, dbałość o
ogólny poziom edukacji i kultury oraz rozwój gospodarki opartej na wiedzy, to
nie tylko niezbywalne elementy polityki stymulowania długookresowego i
zrównoważonego wzrostu gospodarczego, ale także kształtowania społecznie
akceptowalnej struktury dochodów, przy równoczesnym sukcesywnym dźwiganiu ich
na coraz wyższy poziom. Im wyższy poziom
wykształcenia społeczeństwa, tym szybsze tempo wzrostu gospodarczego i tym
mniejsze nierówności społeczne.* I
chociaż odwieczny dylemat „efektywność a sprawiedliwość” nadal będzie
występował, to można będzie wytwarzać zarazem coraz efektywniej i dzielić coraz
sprawiedliwiej.
* Aż „prosi się” bardzo
dużo większe wykorzystanie
Internetu, do szybkiej, odpowiednio ukierunkowanej edukacji
społeczeństwa. Tego, z przyczyn chyba oczywistych, nie załatwi sama
„Niewidzialna ręka rynku”. Konieczna jest ingerencja Państwa. Koszty, jeśli się
właściwe i bez wybujałych ambicji technicznych zorganizuje, mogą być
niewielkie, a efekty stosunkowo duże i względnie szybkie.
Anonimus
Korzystna integracja
W polskiej
gospodarce najbliższe lata - tak do czasu wejścia za kilka lat do Unii
Europejskiej, jak i przez co najmniej następne dwie dekady - będą przebiegały
pod wielkim wpływem procesów integracji naszej gospodarki z zewnętrznym
otoczeniem. Proces ten trzeba wszakże postrzegać pod o wiele szerszym kątem,
niż to się najczęściej czyni, nie tylko zresztą w zmaganiach bieżącej polityki
(gdzie jest bardziej zrozumiałe), ale także w rozważaniach naukowych. W
rezultacie włączanie się polskiej gospodarki w nurt współczesnej gospodarki
światowej zdominowane jest nie tyle przez globalizację, ale przede wszystkim
przez europeizację.
Takie skrzywienie nie jest korzystne, gdyż można zgubić z pola widzenia wiele
poważnych szans, które przynosi nam globalizacja. Europa to nie Świat, a Unia
Europejska to nie gospodarka światowa. Prawdą wszak jest, że kwestia integracji
z Unią Europejską ma dla długofalowej strategii rozwoju społeczno-gospodarczego
Polski - podobnie jak w odniesieniu do niektórych innych gospodarek
posocjalistycznych, zważywszy na ich położenie - znaczenie kluczowe. W tym
kontekście trzeba realizować politykę korzystnej integracji z otaczającym nas
zewnętrznym układem gospodarczym, którego częścią w coraz większej mierze się
stajemy.
...
Skuteczne
państwo
Rola państwa
we współczesnym świecie ulega istotnym zmianom, przy czym konieczność jego
aktywnego zaangażowania w sterowanie przebiegiem procesów rozwoju
społeczno-gospodarczego wcale nie jest w poważnych gremiach kwestionowana
(World Bank 1997). Dokonujące się przeobrażenia odzwierciedlają przede
wszystkim zmiany wzajemnych relacji oraz interakcje występujące między państwem
i jego ogniwami oraz sektorem prywatnym z jednej strony, i organizacjami
pozarządowymi - z drugiej. Zatem rzecz nie sprowadza się do ograniczania
roli państwa w gospodarce, ale do jego redefinicji oraz restrukturyzacji form i
sposobów zaangażowania w społeczny proces reprodukcji (Hausner 1999).
...
Rok
2025
Jak będzie zatem wyglądała sytuacja polskiej gospodarki i
społeczeństwa w roku 2025? Jaką przyjdzie nam napisać wtedy historię gospodarczą minionego
już ćwierćwiecza, które wciąż jeszcze przed nami? To zależy zasadniczo od obranej strategii
rozwoju i realizowanej dla jej urzeczywistnienia polityki gospodarczej. W tym
przypadku nie ma determinizmu historycznego. Zarazem daleko nie wszystko jest
możliwe i nie wszystko leży w zasięgu polityki gospodarczej, nawet gdyby była
ona oparta o najlepszą teorię ekonomiczną. A pamiętać należy, że w realnym
świecie polityka częściej jest wypadkową kompromisów – nie zawsze zdrowych – pomiędzy
sprzecznymi interesami, niż konsekwencją naukowej logiki.
...
Bibliografia
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław
Baka: Kusząca
propozycja?, nr 11/2001, str. 5
Wśród licznych
propozycji uzdrawiania gospodarki przedkładanych nowemu rządowi coraz częściej
wymieniane jest wykorzystanie rezerwy dewizowej do pobudzenia wzrostu
gospodarczego, np. w formie kredytowania rozwoju produkcji eksportowej. Jest to
kusząca propozycja, zwłaszcza że wielkość tej rezerwy
jest znaczna, wynosi bowiem 27 mld USD, co sytuuje nasz kraj, pod tym względem,
na czołowym miejscu wśród państw Europy środkowej.
Głównym celem rezerwy walutowej państwa jest zabezpieczenie gospodarki przed
ewentualnymi zaburzeniami, wynikającymi z załamania równowagi zewnętrznej.
Chodzi głównie o to, żeby w przypadku gwałtownego spadku wpływów walutowych,
utrzymać import towarów i usług na poziomie zapewniającym zaopatrzenie
gospodarki w skali niezbędnej do jej funkcjonowania.
Nie ma uniwersalnych norm, które określałyby optymalny poziom rezerwy
dewizowej. W praktyce banków centralnych i rządów wielkość niezbędnej rezerwy
ustala się najczęściej w relacji do wartości miesięcznego importu towarów i
usług. Z danych statystyki światowej wynika, że relacja ta zawiera się w
przedziale od 3 do 6. Oznacza to, że w jednych państwach rezerwa będąca
trzykrotnością importu uznawana jest za wystarczającą, w innych natomiast musi
być znacznie większa.
...
(...) Jak na tym tle przedstawiają się parametry charakteryzującą naszą
gospodarkę?
...
(...) Na marginesie kilka słów o genezie i strukturze zadłużenia, zwłaszcza że w ostatnim czasie było na ten temat dość
głośno.
...
(...) W celu optymalizowania polityki rezerw dewizowych, banki centralne najczęściej
dokonują podziału rezerwy na dwie transze. Transzę pierwszą utrzymuje się
nieustannie w postaci najbardziej płynnej (w postaci gotówki i na rachunku
bieżącym), z przeznaczeniem do natychmiastowego wykorzystania w przypadku
koniecznej interwencji na rynku walutowym. Natomiast transzę drugą, będącą
swego rodzaju odwodem strategicznym gospodarki narodowej, lokuje się w formie
oprocentowania lokat terminowych bądź wykorzystuje się na zakup
pierwszorzędnych dłużnych papierów wartościowych, najczęściej bonów skarbowych
i obligacji rządowych USA.
Takie podejście można byłoby - mutatis mutandis - zastosować przy rozważaniu
ewentualności wykorzystania części rezerwy dewizowej na wspomaganie rozwoju
eksportu, pod warunkiem, że zabezpieczony zostałby zwrot użyczonych środków
dewizowych na konto w banku centralnym na z góry określonych zasadach. Zacząć
należałoby oczywiście od projekcji bilansu płatniczego kraju na najbliższe
pięciolecie. Uwzględnić zwłaszcza należy utrzymującą się wysoką nadwyżkę
importu nad eksportem (ok. 1 mld USD w skali miesięcznej) oraz bliską
perspektywę nieuchronnego wzrostu obciążeń z tytułu spłat zadłużenia. Wydaje
się, że okoliczność ta nie rokuje zbyt dobrze.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Gospodarka i demokracja, nr 11/2001, str. 7
Charakter
bieżących działań gospodarczych nowego rządu jest z góry określony przez
nieszczęsne dziedzictwo w postaci kryzysu finansów publicznych. Jest to ciężka
choroba, z której trzeba się możliwie szybko wyleczyć. Nie ma wątpliwości, że
potrzebny jest w tym celu cały szeroki zestaw leków, którymi są przede
wszystkim instrumenty polityki budżetowej i pieniężnej. Można mieć różne
poglądy na słuszność i skuteczność poszczególnych elementów tego zestawu, ale
roztrząsanie ich tutaj byłoby zajęciem jałowym, ponieważ pewne jest to, że
każdy zestaw będzie mało przyjemny dla społeczeństwa. Ono musi ostatecznie
ponieść koszty tego kryzysu.
Ale która część społeczeństwa ma je przede wszystkim ponieść? Czy miliony ludzi
dotkniętych skrajną biedą? Zdawałoby się, że nikt nie będzie ich chciał na to
skazywać. A jednak. Jak pieśń z innej epoki brzmią podejmowane na nowo przez
niektórych neoliberałów próby obrony zamożniejszych przed udziałem w pokrywaniu
tych kosztów. Wysuwa się przy tym z powagą argument,
że zwiększone obciążenie tych grup rzekomo przeszkodzi przyspieszeniu wzrostu
gospodarczego i redukowaniu bezrobocia. Chyba nikt rozsądny nie będzie tego
traktował poważnie. Chyba jest jasne, że obrona bogatych to obciążanie
biednych, których trzeba bronić a nie dodatkowo obciążać.
Miejmy nadzieję, że nowy rząd poradzi sobie z tym pierwszym swoim zadaniem w
sposób, który społeczeństwo potrafi zrozumieć i przyjąć. Nie będzie to łatwe.
Nowy rząd zawsze otrzymuje kredyt zaufania, ale nie jest to nigdy kredyt
długookresowy. Ludzie łatwo się zniechęcają w trudnej sytuacji gospodarczej. W
naszych obecnych warunkach takie zniechęcenie oznaczałoby jeszcze bardziej
zdecydowane, niż dotąd, zwrócenie się z poparciem dla radykalnych kierunków
politycznych. Taka perspektywa stanowi poważne zagrożenie dla demokracji,
którego nie można lekceważyć.
Dlatego nowy rząd nie może ograniczać się do działań
z zakresu polityki finansowej. Przy całym uznaniu dla osoby nowego ministra
finansów niepokojące jest to, że - jak w poprzednich układach - znowu przyjęta
została niedobra koncepcja dominującej roli tego właśnie urzędu w kształtowaniu
polityki gospodarczej rządu. Dlaczego niedobra? Dlatego, że - nawet w okresie załamania finansów publicznych - od polityki
gospodarczej rządu trzeba oczekiwać znacznie szerszego spojrzenia, niż to,
które wynika z samej optyki budżetowej. Doświadczenie zaś uczy, że
najmądrzejszy nawet minister finansów łatwo dostaje się w gorset trudności
budżetowania i traci oddech pod presją murów gmachu na ulicy Świętokrzyskiej.
Ktoś inny więc, niż minister finansów, powinien być
odpowiedzialny za tworzenie szerszej wizji rozwoju polskiej gospodarki i
szerokiej koncepcji polityki gospodarczej rządu, w której polityka budżetowa
odgrywa bardzo ważną rolę, ale jej nie wyczerpuje.
(...) Każdy rząd, jeśli tylko ma się kierować rozsądkiem, musi dążyć do
osiągnięcia możliwie wysokiego tempa wzrostu gospodarczego, do redukowania
bezrobocia, do promowania eksportu i modernizowania struktury gospodarki,
pomagając jej w dostosowywaniu się do wymagań współczesnej gospodarki rynkowej,
opanowywanej przez cywilizację informacyjną. Każdy rząd musi zajmować się
unowocześnianiem rolnictwa i rozwijaniem budownictwa mieszkaniowego. Każdy rząd
musi też dbać o szybkie dostosowywanie układu prawnego, instytucjonalnego,
ekonomicznego i społecznego do norm Unii Europejskiej. Nie jest to bowiem kwestia wyboru, lecz kierunek określony przez
dominujące tendencje światowe. Każdy rząd też będzie natrafiał na podobne
trudności kojarzenia różnych, wzajemnie sprzecznych celów.
Trzeba będzie mianowicie dokonywać ciągłych wyborów
dotyczących sposobów tego kojarzenia. Stwarzać to będzie nieustanną potrzebę
zagłębiania się w sprawy szczegółowe. Właśnie z tego powodu nie
powinno być zadaniem dla premiera.
A przecież na polityce gospodarczej sprawa się nie kończy. Doświadczenia
światowe wskazują, że dzisiejsze państwo, bez względu na to, przez kogo jest
rządzone, musi spełniać liczne funkcje zarówno wspomagające rozwój społeczny,
jak i opiekuńcze.
...
Głównym pytaniem jest obecnie to, czy nowy rząd potrafi i zdoła realizować
nowoczesną koncepcję państwa rzeczywiście demokratycznego, służącego jednakowo
wszystkim obywatelom?
...
(...) Utrwaleniu i umocnieniu naszej demokracji może
stanąć na przeszkodzie każde niepowodzenie w dziedzinie ochrony socjalnej grup
dotkniętych bezrobociem i biedą. Są to grupy zdesperowane, którym trzeba pomóc.
Dzięki interwencjonizmowi państwowemu, formułom państwa opiekuńczego oraz
społecznej gospodarki rynkowej wydawało się, że współczesny kapitalizm stworzył
już metody korygowania rynku w kierunku bardziej sprawiedliwego podziału
dochodów. Okazało się to jednak zawodne. Jedną z charakterystycznych cech
współczesnego rozwoju gospodarczego jest szybki wzrost nierówności społecznych
w krajach wysoko rozwiniętych, jak w szczególności w USA, gdzie ogromny wzrost
rozpiętości dochodowych budzi rosnące zaniepokojenie. Gospodarka rynkowa znów
wytwarza i pogłębia nierówności społeczne.
Otóż my w Polsce nie możemy już dopuścić do dalszego wzrastania tych
nierówności, bo utracimy tę najcenniejszą zdobycz ostatnich lat, jaką jest
demokracja. To jest naczelne wyzwanie,
przed jakim stoi nowy rząd.
........................................................................................................................
Uwagi
- "Kapitalizm wcale nie jest taki słodki. Trzeba uważniej było czytać ulotki" - z kabaretu Olgi Lipińskiej,
- "Wracają problemy kryzysu gospodarczego" - Paul Krugman, poz. 71 prezentowanej literatury,
- "Unia Europejska - Polska" - Andrzej Karpiński, poz. 67 prezentowanej literatury,
- "Gdzie kończy się rozum, tam rozpoczyna się Polska" - "gdzieś czytałem, nie pamiętam",
- " Lepperiada" - z mediów,
- "Heblowanie Belki" - Jerzy Urban, "Nie" nr 48 (583) z 29 listopada 2001,
- "Ekonomio! A ja tak ci wierzyłem!!!" - biznesmen, który wierzył,
- "Sprawność zarządzania" - "Jak widać, jak słychać, jak czuć",
- "Opadają ręce i nogi" - zasłyszane, z podsumowania.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------
Grzegorz
W. Kołodko: Najbliższe ćwierćwiecze
Prognoza rozwoju
gospodarczego Polski cz.1, nr 11/2001, str. 22
Filary strategii rozwoju -
Przesłanki optymizmu - Dobrodziejstwa globalizacji - Strategia dla Polski w 21.
wieku
Jest rok 2025.
Minęły kolejne lata – aż 25 lat – integrowania się z gospodarką światową w
warunkach narastającej konkurencji. Od 20 lat Polska jest członkiem Unii
Europejskiej, która teraz wytwarza w sumie więcej, niż USA. Czy Polski udział w globalnym PKB
przekracza 1 proc.? Czy nasz udział w światowym handlu jest bliższy 2 proc.? Czy PKB, liczony w kategoriach parytetu siły
nabywczej (PPP), przekroczył już 30 tysięcy dolarów na mieszkańca, czyli
poziom, którego Unia Europejska i USA, przeciętnie, sięgały już przed
ćwierćwieczem? To byłoby możliwe, gdyby w pierwszych 25 latach 21. wieku udało się podwajać poziom
dochodu narodowego co 12,5 roku. Wymaga to przeciętnej rocznej stopy wzrostu w
wysokości 5,7 proc.
Czy może też w
roku 2025 udział Polski w światowej produkcji sięga ledwie 0,7-0,8 proc.,
niewiele więcej, niż pokolenie wcześniej? Czy nasz wkład do światowego handlu
utrzymuje się na równie mizernym poziomie, a tempo wzrostu, oscylując przez
całe pokolenie wokół 3 proc. rocznie, doprowadziło tylko do podwojenia PKB na
mieszkańca (w ujęciu PPP) i osiągnięcia poziomu około 15 tysięcy dolarów –
tyle, ile Słowenia przekroczyła już w roku 2001?1
Jeden i drugi
scenariusz jest możliwy.
Oczywiście, możliwych jest także wiele innych...
Dla dalszego postępu i nadrabiania zaległości
rozwojowych, niezbędna jest realizacja długofalowej strategii rozwoju
społeczno-gospodarczego, opierającej się na czterech głównych filarach:
- szybki wzrost;
- sprawiedliwy podział;
- korzystna integracja;
- skuteczne państwo.
To może
stworzyć szanse urzeczywistnienia scenariusza sukcesywnego zmniejszania
dystansu dzielącego Polskę od najbardziej gospodarczo rozwiniętej części
świata. Kreśląc zatem ambitne, ale zarazem możliwe do wykonania scenariusze
rozwoju, nie chodzi tylko o ćwiczenie intelektualne. Rzecz w reżyserii, we
wskazaniu uwarunkowań i perspektyw rozwojowych, a nade wszystko w
podpowiedzeniu polityce społeczno gospodarczej możliwości wyboru oraz
zasugerowaniu jej instrumentów, dzięki którym – być może – uda się ziścić najkorzystniejszy
z kreślonych scenariuszy.
Strategia dla Polski - 21 wiek
W wiek 21. wkraczamy w zupełnie innych okolicznościach, niż to całkiem niedawno
niektórzy mylnie zakładali, nieroztropnie zapowiadając dużo wcześniej dużo
szybszy wzrost. Pomimo wielu poważnych ostrzeżeń i alternatywnych propozycji
(Łaski 1990, Nuti 1990, Kołodko 1992), górę wzięły błędne koncepcje i nierealistyczne
prognozy (Gomułka 1990, MFW 1991). Zawód w wyniku nie spełnionych, nadmiernie
optymistycznych oczekiwań, jawi się teraz jako smutna prawda w stosunku do
całego obszaru transformacyjnych gospodarek postsocjalistycznych (Mundell 1995,
Lavigne 1999, Kornai 2000), aczkolwiek Polska
znalazła się na tym tle w szczególnej sytuacji.
Jednakże nawet
najwięksi sceptycy nie przewidywali, że na początku bieżącej dekady tak marna
może być dynamika gospodarcza. Dla niejednego przy tym określenie
"dynamika" brzmi jak szyderstwo, skoro coraz wyraźniej występują
tendencje stagnacyjne. A tak właśnie jest, gdyż tempo wzrostu PKB, wynoszące
wiosną 1997 roku 7,5 proc., spadło na wiosnę 2001 roku poniżej 2 proc.
...
(...) Są wszakże i przesłanki do optymizmu. Otóż defetystyczne prognozy
na przyszłość i narastający na tym tle pesymizm – także wielu przedsiębiorców i
inwestorów, co już może mieć groźne implikacje dla akumulacji kapitału i
wzrostu gospodarczego – oparte są na fałszywych założeniach. Przyjmują one, że
w nadchodzących latach niewiele zmieni się na lepsze, ponieważ – ogólnie biorąc
– kontynuowana będzie aktualna linia polityki gospodarczej.
...
Powodów do umiarkowanego optymizmu jest
więcej. Otóż dobrą politykę gospodarczą oprzeć można tylko na dobrej teorii
ekonomicznej, a zarys takiej istnieje.
...
Dostatecznie źle przysłużyła się nam polityka naiwnego neoliberalizmu, która
jest coraz bardziej skompromitowana w odbiorze społecznym. Teraz przeto pojawia
się realna szansa zastosowania bardziej twórczych koncepcji ekonomicznych,
które zarazem powinny okazać się bardziej nośne społecznie. Podstawą
nowej polityki gospodarczej musi stać się współczesna ekonomia instytucjonalna,
w oparciu o którą
konstruować można strategię rozwoju prowadzącą do rzeczywistego
kształtowania społecznej gospodarki rynkowej (North 1997).
(...) Sama
transformacja i wprowadzanie rynkowych mechanizmów akumulacji i alokacji
kapitału, to podstawowy argument na rzecz długookresowej poprawy efektywności
mikroekonomicznej, pod warunkiem jednak, że poprawie ulega także jakość
zarządzania firmami. A
tu wciąż wiele mamy do zrobienia (Koźmiński 1993). W zawansowanej ustrojowej transformacji,
dźwignięcie dynamiki PKB na wyższy
poziom musi opierać się na podniesieniu efektywności na szczeblu mikroekonomicznym,
co wymaga zasadniczego przełomu w jakości zarządzania.*
* Uwagi.
Temat wyjątkowo złożony.
O jakość zarządzania, można, moim zdaniem, mieć pretensje zarówno do „starego”,
jak i do „nowego”. Stare jest już
„przestarzale i niedouczone”,
nowe, młode i wykształcone, nadal „buja” w „ogólnoteoretycznych obłokach”.
Najwyraźniej widać to
właśnie w mikroekonomice. Przykłady,
którymi operuję na swoich stronach, powinny być żenujące tak dla praktyki, jak
i dla nauki. Na tym tle, między innymi oczywiście, rodzi się negatywne dostosowanie nie tylko przeróżnych „cwaniaczków”, ale i
całych społeczeństw.
Anonimus
(...) Dalej.
Polska ma swoje historyczne szczęście, a to dlatego, że współcześnie mamy bodaj
najkorzystniejsze we współczesnym świecie położenie geopolityczne. Znaleźć się w tej fazie
ewolucji globalnej gospodarki w takim miejscu – pomiędzy Unią Europejską,
której już prawie jesteśmy częścią, a Wspólnotą Niepodległych Państw z
rozpędzającą się gospodarką Rosji i wchodzącą w fazę wzrostu Ukrainą ( w sumie
to dla nas także „wyłaniające się rynki” z 200-milionową ludnością) – to zaiste
istotny czynnik, na którym można po części budować własną strategię rozwojową.
...
Szybki
wzrost
Pojęcie
szybkiego wzrostu gospodarczego nie jest jednoznaczne ani w teorii, ani tym
bardziej w praktyce. To, co jedni mogą uznać za wzrost „szybki”, inni traktują
bardziej sceptycznie. Ponadto dynamika produkcji, która w pewnych
okolicznościach zasługuje na miano wysokiej, w innych bynajmniej nie musi być
tak oceniana.
Oczywiście,
wzrost produkcji – nawet szybki – to nie wszystko. Umożliwiając
bowiem realizację obranej strategii rozwoju społeczno-gospodarczego,
powinien być postrzegany tylko jako swoisty instrument, a nie cel sam w sobie.
Wzrost musi mieć odpowiednią jakość przejawiającą się przede wszystkim w trosce
o równowagę społeczną i środowiskową. Musi on być nie tyle szybki, ale i
cechować się sprawiedliwymi relacjami podziału oraz uwzględniać wymogi
ekologiczne, w tym stan nieodnawialnych zasobów, na które oddziałuje aktywność
produkcyjna.
Aby wzrost produkcji owocował zdrowym rozwojem społeczno-gospodarczym, musi on
nie tylko opierać się na istniejącym już kapitale ludzkim, ale nade wszystko
musi jego tworzeniu sprzyjać.
Bywa i tak, że tempo wzrostu gospodarczego jest nadmierne. Tak dzieje się, kiedy wyśrubowana
dynamika wytrąca układ gospodarczy i finansowy z równowagi, co grozi miedzy
innymi pojawianiem się wąskich gardeł w produkcji i handlu oraz nasilaniem się
napięć inflacyjnych i idącą za tym niekontrolowaną redystrybucją dochodów, a także gdy wzrost dokonuje się za cenę dewastacji środowiska
naturalnego, prowadząc miast do poprawy, do pogarszania się warunków życia.
Najważniejsze,
że bez szybkiego wzrostu nie można budować dobrej przyszłości, a wszelkie
strategie poprawy materialnego położenia społeczeństwa pozbawione są sensu,
gdyż wówczas nie ma ekonomicznych podstaw do podwyższania standardu życia
ludności. Wtedy ogromna część uwagi i energii społecznej koncentruje się na
zagadnieniach redystrybucji, na walce o proporcje podziału ograniczonego
dochodu, a nie na wytwarzaniu nowej wartości dodanej. W takiej atmosferze najczęściej
akcentuje się zagrożenie populistyczne,
przejawiające się w rozmaitych zabiegach uboższych i pasywnych grup społecznych
o zwiększenie ich udziału w zbyt wolno zwiększającym się dochodzie narodowym.
Zachowaniom tych grup trudno się dziwić, choć i popierać najczęściej też się
ich nie da.
Nie
sposób jednak nie dostrzec innego poważnego zagrożenia, jakim jest zachłanność bogatszych warstw, które
miast koncentrować się na przedsiębiorczości i maksymalizacji swego wkładu do
dalszego wzrostu produkcji i na tym tle dalszego wzrostu własnego dobrobytu, w
harmonii z poprawą sytuacji innych warstw ludności – politycznie naciskają na
rozwiązania mające jeszcze bardziej polepszyć ich sytuację kosztem innych.
Żądania obniżenia podatków bez oglądania się na negatywne skutki budżetowe czy
też „uelastycznienia” rynku pracy z lekceważeniem konsekwencji dla praw pracowniczych, są klasyczną ilustracją tego typu
postaw.
To nie tempo wzrostu ulega
przyspieszeniu, gdy redukuje się podatki, ale podatki redukuje się wtedy, gdy
przyspiesza tempo wzrostu.
Uwzględniając
szerszy kontekst nie zakończonej wciąż
posocjalistycznej transformacji ustrojowej, a także integracji europejskiej
oraz globalizacji, strategia przyspieszonego wzrostu polskiej gospodarki musi
opierać się na czterech solidnych podstawach.
Po
pierwsze, niezbędny jest wyraźny priorytet
dla formowania się rodzimego kapitału. Sprzyjać temu musi wzrost krańcowej
skłonności do oszczędzania, co z kolei wymaga większego niż w ostatnich latach,
wzrostu dochodów realnych gospodarstw domowych oraz rozwoju narodowych
instytucji pośrednictwa finansowego, a także wzmocnienia rynku kapitałowego.
Pod tym kątem trzeba widzieć między innymi kontynuację reformy, z pewnymi
niezbędnymi modyfikacjami systemu zabezpieczeń społecznych, a zwłaszcza
emerytur.
Po
drugie, postępująca stabilizacja finansowa wymaga pełnej konsolidacji w
stabilność, przy uwzględnieniu imperatywu tworzenia eksportowej orientacji
polskiej gospodarki. Nie
da się tego osiągnąć w połączeniu z przyspieszaniem tempa wzrostu, przy
kontynuacji dotychczasowej polityki pieniężnej. Jest ona najsłabszym ogniwem
całokształtu polityki finansowej, która musi być gruntownie zreformowana. Kierunek tych reform wyznacza
konieczność (i możliwość, bo to jest możliwe) odwrócenia dotychczas dominującej
zależności. To nie stopy procentowe (cena kapitału) mają być w dużym stopniu ex post
dostosowywane do zmian cen towarów i usług (inflacja), a kurs walutowy stawać
się tylko wypadkową manipulacji tymi stopami (oraz poczynań kapitału
spekulacyjnego), ale problem musi być zaatakowany od strony kursu walutowego,
co – poprzez postęp w sferze relatywnej stabilizacji cen – sprzyjać (i
wymuszać) będzie radykalne i trwałe obniżenie realnych stóp procentowych (a
więc i kosztów finansowych
oraz kosztów obsługi długu publicznego).
Działania na tym polu muszą też zasadniczo zmienić relacje kosztowo-cenowe na
rzecz skokowego wzrostu opłacalności produkcji eksportowej oraz względnego
zmniejszenia importu ograniczającego stopień wykorzystania krajowych zdolności
wytwórczych. W ślad za tym, w Polsce będą rosły i wydatki konsumpcyjne, i
produkcja, i zatrudnienie, dochody budżetowe (a więc i możliwości zwiększania
realnych wydatków publicznych, także na inwestycje w kapitał ludzki). Obecna
zaś polityka finansowa po części daje zatrudnienie ludziom zagranicą, a nie w
kraju. To właśnie wskutek polityki pieniężnej bezrobocie w Polsce rośnie, ale
zarazem spada w krajach (Zwłaszcza w Unii Europejskiej), w stosunkach
z którymi mamy głębokie deficyty finansowe.
Po
trzecie, Polska
będzie mogła przyspieszyć tempo wzrostu i długo utrzymać je na wysokim poziomie
jedynie wtedy, gdy siła robocza będzie
sukcesywnie przesuwana z gałęzi wytwórczości, o niskim stanie techniki, do
nowocześniejszych przemysłów i usług o relatywnie większej wartości dodanej.
Młody, wyłaniający się wciąż mechanizm rynkowy, sam z siebie tego nie
gwarantuje. To wymaga aktywnego zaangażowania się państwa poprze światłą
politykę naukową, przemysłową i handlową oraz odpowiednich form
interwencjonizmu państwowego, także przez sięganie do kasy publicznej. Z czasem
tylko ją to wzbogaci. W tym nurcie widzieć też trzeba fundamentalną rolę
kapitału ludzkiego w powrocie na trwałe na ścieżkę szybkiego wzrostu.
Po
czwarte, nawet
perfekcyjna (a ze względów politycznych nigdy taka nie będzie) makroekonomiczna
polityka strukturalna i finansowa oraz dalsze, konieczne także dla
przeciwdziałania korupcji i ograniczania biurokracji, instytucjonalne
wzmacnianie rynku, nie wystarczą dla zdynamizowania produkcji . Nieodzowna jest
stała poprawa jakości zarządzania przedsiębiorstwami* i
systematyczne podnoszenie poziomu konkurencyjności mikroekonomicznej. Niedostatku tych umiejętności nie da się zastąpić polityką
fiskalną i monetarną. To może tylko dopomóc, ale tak naprawdę to firmy
przesądzą o powodzeniu strategii przyspieszania tempa wzrostu. Ta faza przemian będzie
trudniejsza niż osiem lat temu, ponieważ mniej jest teraz tzw. płytkich rezerw
dynamizacji produkcji.
* Sprawa chyba oczywista i
niemal ponad podziałami politycznymi. Tu też „aż się prosi” odpowiednie wykorzystanie
Internetu. Obawiam się jednak, że bez tzw. „podejścia konkretyzacyjnego”, wypracowanego przez „praktyczną
teorię” (konieczna, kompleksowa, interdyscyplinarna znajomość istotnych
szczegółów), poszczególni praktycy nadal będą się kierować głównie „własnym
nosem”, i poważniejszy przełom w jakości zarządzania nie nastąpi. Szkoda, że
tak opornie idzie przekonywanie do rzeczy niemal oczywistych!
Anonimus
Bibliografia
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Kazimierz
Barcikowski: (półka
z książkami) "Na
skraju globalnej wioski", recenzja książki Grzegorza W. Kołodko
, pt. "Globalizacja a perspektywy rozwojowe krajów
posocjalistycznych", nr 11/2001, str. 129
Najnowsza książka
Grzegorza Kołodki stanowi przedłużenie jego rozważań o współczesnych
tendencjach kształtujących rozwój gospodarki światowej, o poszukiwaniu przez
różne kraje, a więc i Polskę, miejsca w powstającym globalnym układzie
społeczno-ekonomicznym. Autor pisze w streszczeniu: "Globalizacja
i posocjalistyczna transformacja to dwa znaki współczesności. Czy pomiędzy tymi
epokowymi wydarzeniami występują wzajemne związki? Czy ustrojowe przeobrażenia
w Europie Środkowo-Wschodniej i na olbrzymim obszarze Azji miałyby taki sam
charakter, gdyby nie globalizacja? Czy z kolei globalizacja zasługiwałaby na
swoje miano, gdyby nie równocześnie toczące się zmiany w byłych gospodarkach
centralnie planowanych i ich sukcesywna integracja z układem światowym? Jak w
końcu zaowocuje całokształt tych wielkich zmian i kto na tym najwięcej zyska,
kto zaś poniesie straty?". W tym właśnie kontekście Kołodko
poszukuje miejsca i szans dla Polski.
Sformułowawszy główne pytania, autor chyba świadomie odsuwa na dalszy plan
problemy i doświadczenia krajów zwanych kiedyś Trzecim Światem. Obecnym
statusem krajów najuboższych posługuje się głównie jako realną groźbą dla
krajów posocjalistycznych, które nie sprostają wymogom globalizacji. W ten
sposób znajduje odzwierciedlenie znany ekonomistom fakt, ale dziś w dużej
mierze przesłonięty przez problematykę transformacji. Mam na myśli liczną grupę
krajów najbiedniejszych dawnej kapitalistycznej hemisfery. Swoje nadzieje
wiążemy z dołączeniem do grupy najbogatszych krajów formacji, która już wcześniej
miała swoje peryferia cywilizacyjnego zapóźnienia i biedy. Ich los dowodnie
świadczy, że wejście w układ globalny nie gwarantuje automatycznie powodzenia.
Podsumowaniem dotychczasowej obecności grupy krajów najbiedniejszych w
procesach rozwojowych globu, jest wielki ciężar nie
spłaconego zadłużenia gospodarczego, co najlepiej świadczy o
niepowodzeniu ich włączenia się w dominujący nurt gospodarki światowej.
Potwierdza to trwająca obecnie dyskusja nad umorzeniem ich zadłużenia, co autor
uważa za przejaw realizmu wierzycieli, ale przecież nikt nie może tego uznać za
sukces tych rozlicznych projektów rozwojowych, proponowanych tym krajom w
przeszłości, łącznie ze wsparciem finansowym. Trudno oczekiwać, że wybawienie z
biedy przyniesie im globalizacja. Natomiast realna jest groźba spadnięcia do
tej kategorii co najmniej części krajów przechodzących
transformację posocjalistyczną. Jest to groźba wręcz przerażająca i nie ma zbyt
wielkiej ceny za uniknięcie takiego losu.
Powracając do głównego pytania o związki globalizacji z transformacją
gospodarek posocjalistycznych, autor przeprowadza dowód na wzajemne sprzężenie
tych procesów. Wraz z rozpadem systemu socjalistycznego, na świecie powstały bowiem warunki niczym nie skrępowanej dominacji
gospodarki rynkowej. Postulat swobodnego przepływu kapitału, technologii,
towarów jest realizowany przy pomocy międzynarodowych organizacji. Inaczej
przedstawia się kwestia swobodnego przepływu siły roboczej. Tu ograniczenia
zostały w dużej mierze zachowane, a właśnie na tej wolności mogłyby skorzystać
kraje uboższe. Na tym polu ujawnia się konflikt społeczny, w postaci
konkurencji o płacę i pracę.
Analizując dotychczasowy przebieg transformacji, Kołodko prezentuje bogaty
materiał statystyczny, ilustrujący głębokość depresji transformacyjnej w
poszczególnych krajach oraz drogi wychodzenia z tego kryzysu. Wyłączając Chiny,
które idą swoją drogą, wszystkie kraje przechodzące przeobrażenia przeżyły
głębokie załamanie gospodarcze.
...
Analizując zmiany zachodzące w poszczególnych krajach, Kołodko udowadnia tezę,
że największe koszty transformacji, czyli głęboką depresję, kraje te mają już
za sobą. W każdym z nich trwa proces wychodzenia z załamania gospodarczego, ale
tylko nieliczne państwa, a wśród nich Polska, osiągnęły poziom dochodu
narodowego przekraczający stan sprzed transformacji. Można
więc oczekiwać, że powstają szanse na odrobienie strat i skrócenie
dystansu do krajów bogatszych. Zakładając hipotetyczne ścieżki rozwoju dowodzi,
że nawet przyjmując najbardziej korzystne założenia, zbliżenie się do poziomu
dochodów w krajach najbogatszych jest procesem rozłożonym na dziesiątki lat
ciężkiej pracy. Co więcej, jest wysoce prawdopodobne, że wcale niemała część
krajów posocjalistycznych nie ma nawet takiej szansy i realnie grozi im spadek
do krajów trwałej biedy. Pod wieloma względami autor
sprowadza nas z obłoków na ziemię.
Nie mogę w tym miejscu powstrzymać się od dygresji. Ile są warte tak częste u
nas odwoływania się do praktyki krajów bogatych, jeżeli dzieli nas od nich ogromna
przepaść dochodów? Ile było naiwności i zwykłej niewiedzy w szumnych
zapowiedziach osiągnięcia szybkiego sukcesu? O ile większy jest koszt
społecznych rozczarowań, niesionych przez wzrastające bezrobocie i
rozszerzające się pole biedy, zamiast oszałamiających rezultatów? Z dużym
trudem powracamy na ziemię, ku zgrzebnej rzeczywistości i do realistycznego
myślenia.
W procesie dochodzenia do uznania realiów ekonomicznych, praca profesora
Kołodki może stanowić cenną pomoc. Dotyczy to również jego rozważań o wpływie
warunków zewnętrznych i wewnętrznych na kierunek zmian transformacyjnych, w tym
również polityki ekonomicznej ekip rządzących.
...
Kołodko często odwołuje się do opinii wybitnych ekonomistów zagranicznych. W
ten sposób wprowadza czytelnika, który nie ma możności śledzenia literatury
obcojęzycznej, w światową dyskusję. Rzeczowo, powiedziałbym nawet, że
powściągliwie, przedstawia zmiany opinii zachodzące w samym podejściu do
skutków globalizacji oraz przyjętych zasad transformacji. Są to opinie tym istotniejsze,
że wypowiadają je zagorzali zwolennicy liberalizmu. Dotyczy to zarówno znanych
w Polsce wypowiedzi Sorosa o nadpłynności kapitałów i niewystarczalności rynku
do regulowania procesów społeczno-gospodarczych, jak i publikacji prof. Sachsa,
niezbyt zachwyconego realizacją swoich wcześniejszych koncepcji. Te i inne
przytaczane przez autora wypowiedzi świadczą, że bezrefleksyjny samozachwyt
gospodarką rynkową i globalizacją odchodzi w przeszłość. Narasta natomiast
krytyczna refleksja i rodzą się poglądy o potrzebie interwencji w samoczynne
procesy zachodzące np. na rynku kapitałowym. Okazuje się, że interwencja na tym
rynku istnieje o tyle, że w jego funkcjonowanie z
powodzeniem ingerują spekulanci finansowi, nie ponoszący prze nikim
odpowiedzialności.
Znów nie sposób nie poczynić uwagi na marginesie. W polskich środkach masowej
informacji wystąpienia uliczne przeciwko globalizacji traktuje się lekceważąco,
a nawet prześmiewczo. Nowi nawróceni już tradycyjnie są nadgorliwi w
manifestowaniu świeżej wiary. Myślę, że będą jednak zaskoczeni, kiedy
przeczytają u Kołodki, że demonstrowane niezadowolenie niewątpliwie wspierają
finansowo sami kapitaliści. Świat nie jest taki prosty, jak zdają się sądzić
nuworysze ze skraju wioski.
Do wywodów profesora można dodać nowe i to bardzo ważne przestrogi z najmniej
oczekiwanej strony. Niedawno prasę światową obiegł raport CIA, sygnalizujący
zagrożenia dla światowego porządku, pobudzone przez nasilenie niekontrolowanego
procesu globalizacji. W podobnym duchu wypowiedział się też papież. Rzecz
znamienna, że te, ważne przecież, wypowiedzi zostały prawie całkowicie
przemilczane przez polskie środki masowego przekazu. Czyżby rzeczywiście nie
zasługiwały na uwagę, nie były dosyć miarodajne?
To bardzo dobrze, że poglądy na politykę gospodarczą różnicują się i w sposób
naturalny wygasa monopol neoliberałów na rację. Dotyczy to także rodzimych
monetarystów. Ludziom, którzy w praktyce mieli do
czynienia z polityką gospodarczą, nie trzeba tłumaczyć, że łatwiej teoretykom
zmieniać poglądy, aniżeli politykom zmieniać rzeczywistość.
Gospodarka ma swoją siłę bezwładu. Trzeba wiele lat, żeby zmienić jej kierunek,
czego dowodzi transformacja. Potrzeba również czasu, żeby o kilka stopni
zmienić kurs polityki gospodarczej. Trzeba bać się w niej skrajności. Cóż z tego, że prof. Sachs zmienia poglądy, kiedy aktywnie
przyczynił się do stanu, który bardzo trudno będzie zmienić. A co będzie, kiedy
znowu zmieni poglądy? Bójmy się doktrynerów, już ich poznaliśmy. Ceńmy pragmatyzm i organizację. Prostujmy drogi dla
pozytywnej aktywności ludzi.
Zachęcam czytelnika do zapoznania się z pracą Grzegorza Kołodki. Każdy, kto
interesuje się biegiem spraw ekonomicznych, znajdzie w niej bogaty materiał do
przemyśleń.
-----------
Grzegorz W.
Kołodko, "Globalizacja a perspektywy rozwojowe krajów
posocjalistycznych". Towarzystwo Naukowe Organizacji i Kierowania. Toruń
2001, s. 235.
-----------
Z tytułami prac prof. Grzegorza Kołodki można zapoznać się na stronie:
http://kolodko.tiger.edu.pl. Przypis Z.U.
..........
Refleksje "na marginesie"
- "Kiedy będzie lepiej? - Lepiej, to już było" - popularne
"porzekadło";
- "Obyś żył w ciekawych czasach" - życzenie raczej
nieżyczliwe;
- "Ekonomia nie jest nauką ścisłą, a jednocześnie obejmuje szeroki zestaw trudnych
problemów. Rozbieżności poglądów są naturalne" - znane, choć trochę
upraszczam;
- "Ekonomiści - też ludzie. Mogą się mylić" - uwagi zbędne;
- "Pomyłki "wielkich" mogą czasami przesądzać losy narodów na długie lata, i losy
całych pokoleń" - już te życie takie jest;
- "Kryzys, bezrobocie w Japonii?" - w głowie się
nie mieści;
- "Powracają problemy kryzysu gospodarczego?" - a któż to był w stanie przewidzieć?
- "Narzędzia ekonomiczno-finansowe są mocno niedoskonałe"
- a kto ośmiela się tak twierdzić?
- "Narzędzia ekonomiczno-finansowe są czasami używane "po
partacku" lub świadomie powierzchownie" - a to już prędzej uchodzi
tak mówić;
- "Księgowość, poza funkcjami pożytecznymi, masowo produkuje
dezinformacje" - oburzające, potwarz, oszczerstwo;
- "Controlling? - a co to jest?" - nie
komentuję;
- "Rachunkowość zarządcza? - a mamy, mamy. Zarząd korzysta z
księgowości, a więc jest zarządcza!" - autentyczne,
choć nie wiem, jak masowe;
- "Ekonomiści wspólnie z księgowymi, niechcący, wręcz
nawiasowo najwięcej się przyczynili do upadku socjalizmu, a teraz zabrali się
za kapitalizm" - żart, półprawda , prawda? - pogardliwe milczenie;
- "Niska sprawność zarządzania? - ależ skąd! Wysokie
dochody elit świadczą dobitnie, że jest inaczej!" - brak
mnie słów;
- "Bezrobocie, praca "na kartki" i
"komercyjna" - to nie żarty. Są też i takie "wizje" przyszłości
Świata. Całkiem poważne;
- "Marzenia o dwudziestogodzinnym tygodniu pracy? - mogą
się ziścić, nawet z silną motywacją do odchudzania. Dla zdrowia oczywiście;
- "Unia Europejska a Polska? - Powinno być tak: zarobki jak w Unii, praca jak
w Polsce, życie jak na Hawajach" - marzenia. Dlaczego akurat "na
Hawajach" - nie wiem;
Trochę mnie poniosło. Skojarzenia z pracą Autora i recenzją -
odległe. Irytacja przechodzi w wesołość. To już niebezpieczne. Przerywam.
Mimo wszystko staram się wierzyć, że będzie lepiej. Nawet nie za
dziesięciolecia tylko znacznie wcześniej. Liczę na upowszechnienie pożytecznej
wiedzy i mądre jej wykorzystanie - obyś się nie przeliczył, często słyszę w
odpowiedzi.
Co tu więcej dodać?
Anonimus.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Konrad W. Studnicki-Gizbert: Grzechy główne polskich reformatorów, 10/2001, str.31
Reformy
dla reform - Brak zrozumienia kosztów zmian - Doktrynerstwo i brak wyobraźni -
Bałwochwalstwo wobec Zachodu
Nie lubię być krytyczny.
Do autorów polskich żywię głęboki szacunek za ich odwagę i dążenie do poprawy
gospodarki i instytucji państwowych. Trudno jednak nie zauważyć, że wiele
reform przeprowadzonych od 1990 r., nie przyniosło oczekiwanych rezultatów
albo, co gorsza, przyniosły nieoczekiwanie negatywne wyniki. Obserwacje te
prowadzą do zastanowienia się, dlaczego tak się stało i co spowodowało
rozczarowanie reformami.
I. Reformy
są celem samym w sobie.
Przekształcenie systemu panującego w PRL1 na system gospodarki rynkowej
i demokracji wielopartyjnej, opartej na wolnych wyborach. Nie oznacza to
jednak, że reformy są celem samym w sobie. Są narzędziem, czy środkiem do
osiągnięcia pewnych celów. Logicznie pierwszym, zasadniczym krokiem w
planowaniu reform powinno być określenie, co pragniemy osiągnąć. Wytyczenie
celów nie powinno być deklamacją pięknie brzmiących ogólników, ale wynikiem
zrozumienia istniejącej sytuacji i zastanowienia się, co wymaga poprawy.
Oznacza to konkretne odpowiedzi na pytania: co i jak
funkcjonuje?, co trzeba zmienić?, dlaczego,
kiedy i w jakiej kolejności?, jakie czynniki sprzyjają
lub utrudniają przeprowadzenie zmian?, jakie warunki
trzeba spełnić, żeby proponowane reformy osiągnęły zamierzone cele?
Podkreślam
wymagania realistycznego określenia celów i diagnozy sytuacji, co wymaga
trudnego i żmudnego wysiłku i jest mniej interesujące, niż wypowiadanie
pięknych deklamacji. Zatem o diagnozie się zapomina, zastępując obiektywną
analizę sporami ideologicznymi. Ale warto przypomnieć zasadę praktyki medycznej:
"diagnoza poprzedza terapię". Pomyślmy o chirurgu przystępującym do
operacji bez zbadania pacjenta, a operacja na systemie społecznym i
gospodarczym jest bez porównania trudniejsza.
........................................................................................................................
1 Pisząc
o "systemie PRL" myślę o systemie panującym w latach 80., aczkolwiek zdaję sobie sprawę, że nie jest to termin
najszczęśliwszy, bowiem ogromne różnice istniały między Polską okresu przed
Gomułką, okresu Gierka, a Polską w latach 80. Ale inne terminy są również
błędne: "system marksistowski" jest określeniem nieprawidłowym,
bowiem Marks nie stworzył modelu państwa czy gospodarki, a ponieważ wiele,
zupełnie odmiennych systemów określanych jest jako "systemy
socjalistyczne", termin ten stracił jakiekolwiek znaczenie (pomyślmy o
Szwecji i Korei Północnej albo o Chinach Mao i
dzisiejszych).
........................................................................................................................
II. Liczy się wielka idea, a nie szczegóły. Ludwik Mies van der Rohe, wielki
archtekt 20. wieku mawiał: "Pan Bóg jest w
szczegółach". Niestety, u nas utarło się przekonanie, że liczą się tylko
wielkie idee, czy wielkie koncepty, natomiast szczegóły, opracowanie
konkretnych sposobów wprowadzania "wielkich idei" w życie, są
nieważne i mogą być pozostawione mniejszym umysłom.
(Uwagi. Lekceważenie szczegółów, pozostawienie ich "mniejszym
umysłom", jest chyba w ogóle "grzechem głównym" nauk ekonomicznych,
ze skutkami fatalnymi dla gospodarki. Zdaję sobie sprawę, że to stwierdzenie
może być bulwersujące dla wielu czytelników, sam nie mam pewności, czy na pewno
się nie mylę, albo, w oparciu o znajomość zaledwie drobnego fragmentu
gospodarki, zanadto nie uogólniam, więc, nic z góry nie przesądzając, po prostu
czekam, czy ktoś potrafi obalić to, co piszę na stronach: "konkretyzacja",
"ekonomika" i "mleczarstwo", plus w bardzo
wielu uwagach do prezentowanej literatury. Z.U.)
W pierwszych
latach ostatniego dziesięciolecia niektóre przedsięwzięcia musiały być
podejmowane mimo braku doświadczenia i przy zdemoralizowanym aparacie
administracyjnym. Brutalne stłumienie hiperinflacji mogło nie być teoretycznie
najlepszym rozwiązaniem, ale Balcerowicz nie miał ani wielkich kredytów
stabilizacyjnych, ani doświadczonej administracji, żeby szukać innego
rozwiązania. Ze względu na wymagania chwili i brak doświadczenia, "akcje z
marszu" były konieczne, ale musiały przynieść - i przyniosły - zarówno
sukcesy jak i porażki, a za błędy i porażki społeczeństwo drogo zapłaciło.
W następnych
latach sytuacja się zmieniła. Był czas na diagnozę, na przemyślenie możliwych
następstw wprowadzanych reform i na wypracowanie szczegółów. Bez przyzwoitej
diagnozy, opracowania szczegółów i wzmocnienia aparatu administracyjnego,
"nieoczekiwane" negatywne wyniki musiały się pojawić. Piszę
"nieoczekiwane", bowiem to, co jest "nieoczekiwane", staje
się jak najbardziej "oczekiwane", jeśli skutki wprowadzanych zmian
nie są dobrze przemyślane. Po doświadczeniu ostatnich lat można by się
spodziewać, że konieczność przemyślenia szczegółów stała się ogólnie
zrozumiała. Niestety tak nie jest. Mówi się o wielkich koncepcjach i o
konieczności reform, ale systematycznie zapomina się o szczegółach i unika się
zastanowienia nad rzeczywistością. Przykładami wyników braku przemyślenia
problemów praktycznych były źle przeprowadzone reformy: samorządowa,
wprowadzenie nowego systemu administracji terytorialnej, służby zdrowia itp.
(Uwagi. Żeby zapanować "nad szczegółami", trzeba się
najpierw na nich znać i "nie zagubić w szczegółach". Niestety, nie
jest to mocny punkt zarówno nauk ekonomicznych jak i w ogóle
organizacyjno-gospodarczych, "darując" już sobie
"ideologiczno-polityczne". Co tu dużo szukać: nawet w zwykłej
średniej firmie trudno o pełne sensowne powiązanie pomiędzy wiedzą ogólną
naczelnego kierownictwa (bez znajomości szczegółów), a specjalistyczną
wycinkową wiedzą pracowników - działów funkcjonalnych i liniowych ( ze
znajomością wycinkowych szczegółów, ale bez znajomości ich powiązań i
całokształtu firmy). Brakuje ogniwa spójnego, z
mądrymi powiązaniami, a przyczyny tkwią chyba w całej filozofii zarządzania,
która "nie rozumie i lekceważy". Nie był bym więc
zbyt surowy dla polityków. Przyczyn i środków zaradczych trzeba szukać
"głębiej". Już pod koniec dziewiętnastego wieku, na skutek
gwałtownego rozwoju i komplikowania się dotąd dość prostych spraw, rozeszły się
dotychczasowe względnie harmonijne drogi, pomiędzy tym, co ogólne, a tym, co
szczegółowe. "Do szczegółów też zaczął być potrzebny inżynier, nie zawsze
wystarczał technik". Niestety, chyba nie wszyscy to zrozumieli, nawet do
dzisiaj.
Jak na nowo porządnie zbudować pomost między nimi? (zasadami
ogólnymi a szczegółami): w mikroekonomice szczegółowej (branżowej) próbuję
przynajmniej zamarkować konkretne a zarazem szczegółowe rozwiązania - strona
"mleczarstwo". Natomiast w makro...??? Z.U.).
III. Jeśli
reforma jest wskazana, powinna być wprowadzona jak najszybciej. Kiedy powstał rząd Buzka, poprzednicy byli
krytykowani za wolne tempo wprowadzania reform. "Błąd"
ten koalicja AW"S"-UW miała naprawić przez szybkie wprowadzenie
reform i jeszcze szybszą prywatyzację. Wyniki były do przewidzenia. Powinno
było być oczywiste, że szybkie tempo nigdy nie powinno być celem samym w sobie
i że tak wprowadzane zmiany zawsze związane są z dodatkowymi kosztami.
Niezrozumienie
kosztów transformacji jest zastanawiające. W ekonomii przemysłowej pojęcie
"krzywej uczenia się" albo "funkcji doświadczenia" jest
dobrze znane. "Funkcja doświadczenia", uogólniająca praktykę wielu
przemysłów i organizacji stwierdza, że koszty produkcji, czyli koszty
spełniania pewnych zadań, maleją w miarę nabierania doświadczenia. Im głębsze
zmiany i im mniej dokładnie są przygotowane, tym większe są "koszty
zmian"2.
........................................................................................................................
2 A.
Alchian, wybitny ekonomista amerykański, w swoich pracach poświęconych teorii
"funkcji doświadczenia" albo "krzywych uczenia się"
(learning curves) podkreślał znaczenie "przygotowania zmian" jako
czynnika zmniejszającego koszty. Może lepiej to określił stary angielski
podręcznik kawalerii "czas poświęcony na rozpoznanie sytuacji, nigdy* nie jest czasem
straconym".
(* Niby prawda, gdyby nie
słowo "nigdy". "Militaria" nie są najlepszym porównaniem do
gospodarki, choć i w gospodarce czasami ważniejsza jest szybkość, ze
świadomością ryzyka, niż przewlekłe rozpoznanie. Z.U.)
........................................................................................................................
Teoria ta jest łatwo zrozumiała, zgodna ze zdrowym rozsądkiem i potwierdzona
wieloma doświadczeniami. Jeśli jest to zrozumiałe w przypadku systemów
produkcji przemysłowej, tym bardziej powinno być jasne w odniesieniu do
systemów współczesnych i ekonomicznych, bez porównania bardziej skomplikowanych
niż produkcja samolotów, czy komputeryzacja jakiegokolwiek przedsiębiorstwa.
Ponieważ im szybciej wprowadzane są zmiany, tym większe ponosimy koszty, trudno
przyjmować szybkie tempo reform za coś szczególnie godnego pochwały.
(Uwagi. Nie zawsze szybkie, nawet gruntowne zmiany powodują większe
koszty. Czasami, a nawet całkiem często, może być "wręcz przeciwnie".
Zgadzam się jednak z Autorem, że zmiany muszą być bardzo dobrze przemyślane i
przygotowane. Po prostu decyduje fachowość postępowania, a ta nie tylko zależy
od czasu. Z.U.).
IV.
Istnieje tylko jedna droga. Kilka
lat temu wpadł mi w ręce artykuł pt. "Nie ma trzeciej drogi", napisany
przez pewnego wybitnego profesora ekonomii3. Przeczytałem tytuł ze
zdziwieniem. Świat, w którym istnieją tylko dwie drogi - ta prawdziwa i ta
fałszywa - nie jest światem w którym żyjemy i który
możemy obserwować. Stany Zjednoczone wybrały jedną drogę, Kanada inną, Francja
jeszcze inną, nie mówiąc już o Japonii czy Korei. Każdy prawie kraj wybiera
swój sposób rozwiązywania podobnych problemów, nieraz lepszy, czasem gorszy,
ale zwykle inny. Przyjęte cele można osiągnąć w rozmaity sposób i w różnym
czasie. Uczciwe przedstawienie kosztów i korzyści różnych rozwiązań i
odkrywanie możliwych alternatyw, powinno być jednym z pierwszych kroków w
przygotowaniu reform. Zwykle trudno jest uznać, że "droga A" jest
całkowicie słuszna, a "droga B" całkowicie fałszywa. W naszym
skomplikowanym świecie, "droga A" może przynieść lepsze rezultaty w
jednym zakresie, ale gorsze w innym wymiarze. Reklamowanie "jedynej
prawdziwej drogi" i "rozwiązań uniwersalnych" jest analogiczne
do zachwalania "uniwersalnych leków"*
przez znachorów i szalbierzy.
(* Zgadzam się, że "nie ma jednej prawdziwej
drogi", ale muszę zaprotestować przeciwko totalnej krytyce
"uniwersalnych leków". Przecież uniwersalnym lekiem jest także
zwyczajny "zdrowy tryb życia". Wprawdzie nie wszystko on leczy i nie wszystkiemu
zapobiega, ale zawsze... jest lepszy niż
"niezdrowy tryb życia". Żartuję. Choć i z tymi "znachorami"
też różnie bywa. Przypomniał mi się film "Znachor". Z.U.).
........................................................................................................................
3 Unikam
podawania nazwisk, aby nikogo nie obrażać. W tym wypadku piszę "wybitny
profesor ekonomii", bowiem autorzy tego rodzaju wypowiedzi zwykle uważają
się za wybitnych. Mógłbym też wspomnieć, że cytowany autor nie wiedział, że
szukanie "trzeciej drogi" stało się bardzo popularne - Tony Blair w
Wielkiej Brytanii, Jean Chretien w Kanadzie, Bill Clinton w USA często
określali się jako "zwolennicy trzeciej drogi".
........................................................................................................................
V. Mądrość istnieje tylko za granicą albo na górze. Mickiewicz pisał: "co Francuz wymyśli, to Polak pokocha". Rzeczywiście,
przez lata, nawet w okresie międzywojennym, Francja była natchnieniem polskich
myślicieli i polityków. Paradoksalnie, powojenne odrodzenie intelektualne i
unowocześnienie gospodarki francuskiej zbiegło się w Polsce z okresem niechęci
do tego kraju, być może dlatego, że Francja przyjęła
idee uwolnienia się od dominacji amerykańskiej. Czytając wypowiedzi naszych
luminarzy, jest oczywiste, że obecnie Stany Zjednoczone mają monopol na mądrość
i rozwiązania amerykańskie muszą być naśladowane w myśl rozumowania: Ameryka
jest potęgą, zatem ma zawsze rację. Byłoby nonsensem ignorować osiągnięcia USA.
Amerykanie mają wiele znakomitych rozwiązań, a wiele błędnych. Aczkolwiek
znajomość i obiektywna ocena doświadczeń amerykańskich jest pomocna, zbyt wiele
nas różni od Stanów Zjednoczonych, żeby przyjmować "amerykański model". Jeśli szukamy natchnienia, lepszym wzorem są
kraje niezamożne, które potrafiły się wybić do światowej czołówki, albo te,
którym udało się zmodernizować i podnieść obciążone tradycjami społeczeństwa.
Warto uczyć
się na cudzym doświadczeniu , ale bezkrytyczne
przyjmowanie rozwiązań stosowanych w innych krajach, jest wysoce niebezpieczne.
Rola intelektualnego satelity jest nie tylko upokarzająca, ale przynosi
negatywne rezultaty. Niewątpliwie kopiowanie wzorów zachodnich i opinii
zagranicznych doradców miało poważny i, często, negatywny wpływ na wyniki wielu
reform. Bałwochwalstwo w stosunku do Zachodu idzie w parze z przekonaniem tak
zwanych "elit", że posiadają monopol na mądrość, oraz traktowaniem z
góry tak zwanych "dołów", a także unikaniem uczenia się od ludzi
mających doświadczenie.
Friedrich von
Hayek, wybitny ekonomista i ideolog prawicy, wprowadził ciekawą i płodną teorię
o "podziale wiedzy", jako elemencie równie ważnym dla rozwoju, co
podział pracy. Społeczeństwo ma więcej wiedzy i zrozumienia rzeczywistości, niż
poszczególne, nawet najbardziej wykształcone, jednostki. Ta ogromna,
zdecentralizowana wiedza powinna być wykorzystana. W praktyce oznacza to
wciągnięcie największej liczby ludzi, specjalistów w swoich dziedzinach, do
procesu przygotowania decyzji. Zasada ta była w znacznej mierze ignorowana,
aczkolwiek należy stwierdzić pewien postęp i próby stworzenia systemów
konsultacji. Ale teoretycznie najlepsze struktury konsultacyjne nie mogą dobrze
działać, kiedy "góra" jest przekonana, że ma monopol na wiedzę i
mądrość.
Przykładem
konieczności prawdziwego dialogu i bolesnych skutków przekonania
"góry", że jest najmądrzejsza, jest brak racjonalnej strategii
przekształceń rolnictwa. Sytuacja polskiego rolnictwa jest bardzo trudna, a
kłopoty rolników oznaczają też kryzys małych miast i miasteczek oraz
narastające problemy społeczne. Rolnictwo to nie abstrakcja, czy jednolita
struktura, ale wiele odmiennych gałęzi produkcji, borykających się z bardzo
różnymi problemami - inne problemy mają hodowcy świń, inne sadownicy, a jeszcze
inne producenci rzepaku. Rozmaitość problemów oznacza szukanie specyficznych
rozwiązań, opartych na praktycznej znajomości danej branży. Podczas gdy
myślenie szablonowe o rolnictwie jest bezprzedmiotowe, postęp w tej trudnej
dziedzinie wymaga wciągnięcia do dialogu ludzi znających z praktyki swoje
specyficzne problemy.
VI. Przekonanie o nieomylności. Ostatni na mojej liście, ale może
najważniejszy grzech reformatorów, to ich przekonanie o własnej nieomylności.
Jest ono w znacznej mierze źródłem pogardy dla rzeczywistości i niechęci do
prowadzenia prawdziwego dialogu. Ludzie nieomylni zawsze mają rację, a ponieważ
wierzą, że nigdy nie popełniają błędów, nie myślą o ich naprawianiu. Niestety,
popełnianie błędów jest zjawiskiem normalnym, a naprawianie i uczenie się na
nich jest warunkiem postępu.
(...) W kołach pedagogicznych uważa się, że największą korzyścią z nauczania
matematyki jest wpojenie zrozumienia, że liczy się dowód, a nie autorytety.
Zasada nieomylności jest odwrotna: decyduje nie weryfikacja faktów, ani analiza
doświadczeń, ale autorytet przyjętej doktryny. Koszty nieomylności są ogromne -
pogarda dla faktów, niechęć do analizowania uzyskanych doświadczeń prowadzą do
powtarzania tych samych błędów i opóźniania naprawy popełnionych błędów.
Piszę o
grzechach reformatorów, popełnionych w przeszłości. Nie jestem jednak
przekonany, że w przyszłości zniknie tendencja do ich powtarzania. Przemyślenie
błędów przeszłości nie oznacza gromadzenia materiału do potępienia poprzednich
reformatorów, ale ostrzeżenie przed popełnieniem podobnych błędów, wynikających
z podobnych - niestety, głęboko zakorzenionych - tendencji. Naprawa błędów
polskich reform i następne próby przekształcenia struktury instytucjonalnej i
gospodarczej kraju, są zasadniczymi zadaniami przyszłych reform. Mam nadzieję,
że ci którzy przyjmą zadanie naprawy popełnionych
błędów, będą kierowali się zasadą: diagnoza powinna wyprzedzać terapię. Błędem
wczesnych reformatorów był brak analizy poprzedniego systemu, jego osiągnięć i
przyczyn niepowodzeń.
(Uwagi.
Każda porządna analiza ukierunkowana "na przyszłość", w jakimś zakresie powinna odnieść się
zarówno do teraźniejszości, jak i - odpowiednio - do przeszłości. Rzecz w tym,
że przeprowadzenie takiej analizy wymaga nie tylko obiektywizmu, nie tylko
wszechstronnej wiedzy ogólnej, ale także znajomości szczegółowych mechanizmów
gospodarczych, często głęboko ukrytych i zniekształconych z przeróżnych
powodów. Temat niewątpliwie bardzo ciekawy i pożyteczny, ale zarazem bardzo
trudny, i bardzo łatwo może zostać "wmanewrowany", jeśli nie w zwykłe
spory ideologiczno-polityczne, to przynajmniej w "ogólnoteoretyczne
bujanie w obłokach". Z.U.).
Myśląc o naprawie skutków reform, nie można ignorować faktu, że reformy
zmieniły istniejące sytuacje, weszły do naszego systemu postępowania i pewnych
zmian nie można łatwo i bezboleśnie usunąć. Wymaga to zbadania wyników,
powodzeń i niepowodzeń poprzednich modyfikacji.
Demokracja jest okrutnym system. Wyborców nie obchodzi dobra wola decydentów,
ale tylko odczuwane skutki sprawowanych rządów. Czasem wyborcy winią polityków
niesprawiedliwie, za wyniki zdarzeń, na które nie mieli oni wpływu, ale
częściej sprawiedliwie. Bezlitosna ocena polityków prowadzi do brutalnego
odsunięcia ich od władzy w następnych wyborach. Wspomnienie o grzechach
przeszłości, jest ostrzeżeniem przed popełnieniem podobnych grzechów w
przyszłości.
---------------
Konrad
W. Studnicki-Gizbert, urodził się w Warszawie, studia ekonomiczne odbył w
London School of Economics i Uniwersytecie McGill w Montrealu. Profesor na
wielu kanadyjskich uniwersytetach, pracownik administracji państwowej Kanady i
międzynarodowej (doradca ekonomiczny Komisji Ekonomicznej ONZ dla Ameryki Łacińskiej
w Santiago, Chile); pracował jako konsultant w 20. krajach.
........................................................................................................................
Uwagi. Ciekawy jestem, czy artykuł prof. Konrada W.
Studnickiego-Gizberta, wywoła jakiś odzew? Ze względu na mały nakład
miesięcznika "Dziś", artykuł zaprezentowałem niemal w całości. Z.U.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marian
Dobrosielski: Unia Europejska a USA, 10/2001, str.37
W
poszukiwaniu spoiwa sojuszu atlantyckiego - Polityka Busha - Spór o wizję
globalnego i europejskiego bezpieczeństwa - Problem ochrony środowiska
Wielokrotnie
na łamach "Dziś" wskazywałem, że arogancja i rusofobia rządu Jerzego
Buzka w stosunkach z Rosją, dodatkowo obciążają naszą pozycję negocjacyjną z
Unią Europejską. Nieufnie bowiem patrzy ona na
potencjalnego członka, który komplikowałby i utrudniał jej współpracę z Rosją i
niemal zawsze zajmował proamerykańkie stanowisko w licznych spornych problemach
między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi.
W art.
"Unia Europejska a Rosja" ("Dziś" 2000 nr 10) omówiłem rozbieżności jakie w stosunku do Rosji występują między
państwami UE (zwłaszcza Niemcami) a Polską. Teraz przejdźmy do niektórych
ważnych spornych problemów między UE a USA. Polska - jak wspomniałem - zajmuje
najczęściej stanowisko proamerykańskie. Mam nadzieję, że polityka zagraniczna
nowego rządu przywróci normalność zarówno w stosunkach z Rosją, jak i USA.
Wzmocniłoby to naszą pozycję negocjacyjną, zwiększyło zaufanie i wiarygodność
naszych poczynań i ułatwiło możliwie rychłe przystąpienie do UE.
Sojusz
euroatlantycki był w latach 1949 - 1989 cementowany przez poczucie wspólnego -
rzeczywistego czy rzekomego - "zagrożenia ze Wschodu", a jego głównym
spoiwem i symbolem było - i pozostaje do dziś - NATO. Formalnie ogłoszone w
Karcie Paryskiej z 1990 r. zakończenie zimnej wojny, rozwiązanie Układu
Warszawskiego oraz rozpad ZSRR, zapoczątkowały nowy etap w stosunkach Europy
Zachodniej i USA. Okazało się, że po zniknięciu "wspólnego wroga",
wspólne wartości, takie jak: demokracja, gospodarka rynkowa, praworządność,
prawa człowieka (różnie zresztą interpretowane i realizowane w USA i Europie
Zachodniej), nie są wystarczającym spoiwem sojuszu świata zachodniego. Unia
Europejska dąży do coraz większego usamodzielnienia polityczno-gospodarczego,
wyzwolenia się spod militarnej hegemonii USA i stania się ich równoprawnym - i
pod wieloma względami równorzędnym partnerem. Amerykanie, z kolei, nie
zamierzają zrezygnować z pozycji "dobrotliwego hegemona" Europy i
świata, z utrzymania wpływów militarnych, gospodarczych i politycznych w
Europie, szczególnie przez umacnianie spoistości i rozszerzenie NATO.
Emocjonalne więzi Europy Zachodniej z USA, tak silne po zakończeniu w. wojny światowej, zastąpione zostały obecnie chłodnym
rachunkiem konkretnych interesów.
...
---------------
Marian
Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz
współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Czy będzie nowa polityka gospodarcza, nr 9/2001, str. 7
Po zwycięstwie
wyborczym Labour Party w Wielkiej Brytanii, przywódca konserwatystów William
Hague, pogratulował swojemu adwersarzowi wyniku wyborów i zwrócił się do narodu
z apelem, aby poparł działania nowego rządu Tony Blaira, w dobrze przyjętym
interesie kraju. Ciekawe, czy można się spodziewać tego rodzaju gestu w Polsce.
Jakoś wydaje mi się to mało prawdopodobne.
A tymczasem
przed wyborami słyszy się nierzadko zdanie, że nowy rząd - według wszelkiego
prawdopodobieństwa lewicowy - będzie kontynuował politykę gospodarczą swoich poprzedników.
Mówi się, że SLD jest opanowane przez takich samych liberałów, jak ci z Unii
Wolności, tylko przebranych w inny kostium. Nie sądzę, aby była w tym prawda,
ale okaże się, jak będzie. Liberałowie czy nie, z pewnością nowy rząd stanie
wobec potężnych trudności i będzie miał bardzo ograniczone pole manewru. Z
pewnością też będzie kontynuacja w sensie zachowania głównych form ustrojowych,
jakie zostały wytworzone w ostatnich latach. Nikt nie będzie próbował
likwidować gospodarki rynkowej.
Na tle naszych
dążeń do zintegrowania się z Unią Europejską, za najważniejszą sprawę dla kraju
o wielkich aspiracjach rozwojowych, jakim jest Polska, można uznać umocnienie
państwa w sensie ustrojowym i podniesienie sprawności jego działania na
zasadach demokracji. Byłoby nonsensem odczytywanie tego jako wezwania do
centralizmu i etatyzmu. W tym sensie należy spodziewać się kontynuacji.
Gdyby jednak
kontynuacja miała dotyczyć podstawowej linii polityki gospodarczej, byłoby to
prawdziwym nieszczęściem. Obecny rząd pozostawia polską gospodarkę w bardzo
złym stanie... Gospodarka jest w stanie tendencji recesyjnej, tempo wzrostu
gospodarczego spada z kwartału na kwartał, bezrobocie osiągnęło ogromne
rozmiary i nadal rośnie, inwestycje zamarły, przedsiębiorstwa upadają, finanse
publiczne są w głębokim kryzysie. Sfera inwestowania w kapitał ludzki znajduje
się w upadku.
Wprawdzie nie
wszystkie te zjawiska są w całości zawinione przez władze, ale nie ulega
wątpliwości, że prowadzona przez rząd w ciągu czterech lat polityka gospodarcza
okazała się fatalna. Zaczęło się od przyjęcia już w 1997r. koncepcji
"chłodzenia gospodarki".
...
(...) Wprowadzono bowiem płynny kurs złotego. Trudno
zrozumieć, po co, skoro jednocześnie realizowana była restryktywna polityka
pieniężna z bardzo wysokimi stopami procentowymi, zachęcającymi do napływu
kapitału spekulacyjnego. Kurs złotego musiał więc iść
do góry, zachęcając do importu, a utrudniając eksport. W rezultacie deficyt
płatniczy dalej silnie wzrastał... Funkcja redukowania deficytu płatniczego przypadła więc polityce fiskalnej...
Ten zestaw
polityki doprowadził w końcu do skutecznego zdławienia popytu krajowego, a z
nim - importu...
(...) Co
więcej, poprawa sytuacji płatniczej została osiągnięta bardzo poważnym kosztem. Zdławienie wzrostu gospodarczego przyczyniło się do
ostrego zwiększenia bezrobocia... Towarzyszyło temu dalsze rozszerzanie się
obszaru biedy...
Błędem
polityki gospodarczej rządu było od początku kładzenie głównego nacisku na
równowagę finansową i redukowanie inflacji, a nie na wzrost gospodarczy. Błędem
było przyjęcie stanowiska Rady Polityki Pieniężnej, że głównym celem polityki
gospodarczej było hamowanie inflacji. Pogląd ten może być właściwy dla wysoko
rozwiniętych krajów Unii Europejskiej, ale przenoszenie go na siłę do Polski,
która musi się szybko rozwijać, nie ma uzasadnienia. Błędem też było
dopuszczenie do silnego rozwierania się nierówności podziałowych, rodzących
coraz ostrzejsze problemy społeczne.
Właśnie
uporczywe trzymanie się tej linii doprowadziło do obecnej tendencji recesyjnej
i do masowego bezrobocia oraz całej patologii społecznej. Jednocześnie zaś nie
zapewniło równowagi finansowej. Wyjście z wielkiego kryzysu finansów
publicznych będzie musiał znaleźć nowy rząd.
Z tych powodów
twierdzę, że kontynuacja tej linii przez nowy rząd byłaby nieszczęściem. Aby
Polska znowu weszła na drogę rozwoju, nowy rząd musi zasadniczo zmienić
filozofię ekonomiczną. Za naczelny priorytet powinien uznać przyspieszenie
wzrostu gospodarczego. Powinien natychmiast podjąć działania zmierzające do
ożywienia popytu inwestycyjnego. Powinien wprowadzić zabezpieczenie przed
nadmiernym wzrostem importu. Powinien wreszcie podjąć działania, których poza
deklaracjami nie podjął jeszcze żaden z poprzednich rządów, które zmierzałyby
do dostosowywania kraju do światowych tendencji współczesnej gospodarki
rynkowej, związanych z kluczową rolą wiedzy jako czynnika wytwórczego.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jerzy
Kleer: Jak zapewnić wysokie tempo wzrostu*, nr 9/2001, str. 32
Przesłanki
rozwoju - Bariery wzrostu - Zjawiska specyficzne - Miary zacofania
....................................I
Szybkie tempo wzrostu z reguły jest funkcją istniejących możliwości
ekonomicznych, barier rozwojowych oraz polityki społeczno-gospodarczej. Jeśli
kraj dysponuje dostateczną podażą tradycyjnych i nowoczesnych czynników
produkcji, a także odpowiednio dużą grupą przedsiębiorców w rozumieniu
schumpeterowskim, to podstawowym problemem jest przezwyciężenie barier
rozwojowych, czym zajmuje się , lub powinna się
zajmować, polityka ekonomiczno-społeczna.
Polska w
najbliższych dwudziestu latach zmuszona jest uzyskiwać wysokie tempo wzrostu.
Jest to oczywiste, jeśli nie ma się znaleźć na marginesie gospodarek
przynależnych do Unii Europejskiej. Należy wszakże być świadomym, że nie będzie
to zadaniem łatwym, zarówno ze względu na kontekst międzynarodowy, jak i
sytuację wewnętrzną.
Polska u progu
21 wieku znajdowała się pod względem PKB na mieszkańca, licząc zarówno wg kursu
walut, jak i siły nabywczej, na 83 miejscu wśród państw świata, a pod względem
masy PKB na miejscu 25. Aby przesunąć się w rankingu światowym, gospodarka musi
osiągać tempo wzrostu szybsze nie tylko w porównaniu do średniej światowej, ale
także dużo szybsze w porównaniu do krajów OECD, a zwłaszcza zaś państw Unii
Europejskiej.
W tym kontekście chciałbym sformułować trzy tezy, być może banalne, ale o dużym
znaczeniu teoretycznym, a zwłaszcza praktycznym.
Pierwsza: kraj
taki, jak Polska, może współcześnie dokonać skoku gospodarczego i
cywilizacyjnego tylko w większym ugrupowaniu, głównie związku integracyjnym.
Jeśli ów rozwój ma się powieść, musi w dużym stopniu mieć charakter imitacyjny.
To znaczy wykorzystujący istniejące w owym ugrupowaniu nowoczesne technologie,
nowoczesne instytucje rynkowe i obywatelskie, jak również nowoczesne systemy
organizacji i zarządzania.
Druga:
skuteczność rozwoju imitacyjnego w dużym stopniu zależna jest od wyboru
właściwych priorytetów rozwojowych. Mają bowiem
zapewnić nie tylko wysoką stopę wzrostu, ale i umiejętność przyswajania nowych
rozwiązań ekonomicznych, organizacyjnych i naukowych, zapewniających w
konsekwencji zwiększenie rodzimych możliwości innowacyjnych. Skuteczny rozwój
imitacyjny musi bowiem być związany ze stale
wzrastającą krajową działalnością innowacyjną. Tylko dzięki tego typu rozwojowi
stanie się możliwe skrócenie dystansu w stosunku do krajów rozwiniętych.
Trzecia:
realizacja tego typu zadań wymaga istnienia silnego państwa, zdolnego stwarzać
warunki dla upowszechnienia nowych wzorców, zachowań, sprawnego funkcjonowania
instytucji, a także zapewniającego odpowiednią podaż dóbr publicznych.
Jaka jest
gospodarka i jakie jest społeczeństwo polskie u progu 21 wieku?
...
...................................................II
Podział gospodarki na tę, która rządzi się regułami rynkowymi i na tę, w której
owe reguły nie są w pełni obowiązujące, jest trudny. Dzieje się to co najmniej z dwóch powodów. Pierwszy wiąże się z
koniecznością podziału na sektor publiczny, którego odbiciem są w
przytłaczającej mierze finanse publiczne, i na sektor prywatny. Taki dualizm
występuje w każdej, nawet najbardziej rozwiniętej gospodarce. Jednakże w
przypadku Polski problem jest szerszy, bowiem wiele obszarów, które powinny
podlegać regułom rynkowym, jest z tych reguł w pełni lub częściowo wyłączonych.
Dzieje się tak głównie dlatego, że kształtowanie
nowoczesnej gospodarki rynkowej dalekie jest od zakończenia.
...
(...) W tym kontekście chciałbym jedynie zwrócić uwagę na kilka specyficznych
zjawisk, nie związanych tylko z podziałem na
gospodarkę prywatną i publiczną.
Po pierwsze,
niski stopień monetyzacji gospodarki...
Po drugie,
instytucje rynkowe są słabo rozwinięte...
Po trzecie,
państwo i jego instytucje tolerują niepodporządkowanie się regułom rynkowym
wielu przedsiębiorstw czy wręcz branż... Istotnymi mankamentami sektora
publicznego są: niejasność i zmienność reguł postępowania, tolerowanie i
akceptowanie przez państwo (rząd) roszczeniowości poszczególnych grup zawodowych,
popieranie "swoich ludzi", tworzenie struktur tzw. kapitalizmu
politycznego, a także niedostateczna walka z korupcją.
Po czwarte, na
nierynkowy charakter gry ekonomicznej olbrzymi wpływ ma klientelizm,
niezależnie od tego czy jest polityczny, gospodarczy, czy tylko
koleżeńsko-układowy.
Po piąte, na
podział na sferę rynkową i nierynkową w gospodarce wpływ ma niejasne
zróżnicowanie na dobra publiczne i prywatne.
...
W powyższej charakterystyce pominięto wiele przejawów dualizmu rynkowego związanego głównie z rolnictwem, a także z branżami schyłkowymi itp. Istota problemu wszakże polega nie na tym, by całą gospodarkę poddać regułom rynkowym, co nie jest ani potrzebne, ani możliwe, ale by między obu tymi częściami istniała jakaś względna równowaga...
...................................................III
Dualność druga dotyczy podziału
gospodarki na rozwiniętą i zacofaną, czy mniej rozwiniętą, tj. taką, która nie
zapewnia szybkiego awansu gospodarczego przedsiębiorstwom i branżom, ani też
szybkiego ich dostosowywania się do wymogów UE. Wymaga zatem
głębokich zmian, rekonstrukcji lub restrukturyzacji.
Miar tego zacofania może być wiele. W tym miejscu zwracam uwagę jedynie na 10
wyznaczników, nie wdając się w szczegółową analizę.
Pierwszy wiąże
się z udziałem nowoczesnych gałęzi produkcji. Polska w 1999r. miała strukturę
przemysłowo-rolniczą, w której pracowało ponad 55 proc. ogółu zatrudnionych.
Nowoczesny sektor wytwarzał nie więcej, niż 1/3 produkcji. Musimy być świadomi,
że taka struktura produkcji wymaga głębokich i, co ważniejsze, szybkich zmian.
Drugi dotyczy
nasycenia gospodarki kadrami z wyższym wykształceniem. Wśród ogółu aktywnych
zawodowo było ich ok. 12 proc... Dystans w porównaniu do państw rozwiniętych jest co najmniej dwukrotny.
Trzeci dotyczy
spadających nakładów na działalność naukową i badawczą. W roku 1999 nakłady te
wynosiły 0,7 proc. PKB, łącznie z nakładami przedsiębiorstw, a z budżetu
pochodziło jedynie 0,43 proc. PKB. Zjawisko spadających nakładów ze źródeł
państwowych obserwujemy od dłuższego czasu. Jest to, praktycznie rzecz biorąc,
odrzucenie długookresowej polityki gospodarczo-innowacyjnej. A także
niezrozumienie, iż przyszłościowy rozwój musi być oparty na wiedzy.
Czwarty
dotyczy spadającej liczby zgłoszonych wynalazków i udzielonych patentów.
...
Piąty wiąże się z życiem produktu, które jest w Polsce dwu, trzykrotnie
dłuższe, niż w krajach rozwiniętych. Zjawisko to... Wynika zarówno z biedy, jak
i w pewnym zakresie z koncepcji rozwojowych.
Szósty: stopa oszczędzania
w gospodarstwach domowych w minionym dziesięcioleciu była niska.
...
Siódmy związany jest z zacofaniem przedsiębiorstw.
...
Ósmy dotyczy struktury PKB.
..
Dziewiąty: jednym z istotnych skutków zacofania gospodarki polskiej jest niski
udział towarów technologicznie intensywnych w eksporcie...
...
Dziesiąty dotyczy rolnictwa. Udział rolnictwa w wartości dodanej brutto w
1999r. wyniósł 3,8 proc., przy zatrudnieniu wynoszącym 27,5 proc. O rolnictwie
napisano już bardzo wiele i w tym miejscu jego bliższą charakterystykę można
pominąć. To, na co należy zwrócić szczególną uwagę, wiąże się z tym, że na
unowocześnienie rolnictwa potrzeba co najmniej dwóch,
trzech dziesięcioleci. Z punktu widzenia rozwoju, zwłaszcza szybkiego, będzie
ono poważnym hamulcem.
Cechy
charakteryzujące względne i absolutne zacofanie gospodarki polskiej można
mnożyć, podobnie zresztą jak i siły dynamizujące gospodarkę. Stąd też ich
przezwyciężenie stanowi największe wyzwanie , stojące
przed społeczeństwem i gospodarką polską.
...................................................IV
Dualność trzecia dotyczy podziału
społeczeństwa pod względem cywilizacyjnym i wynika w dużym stopniu ze skokowego
przejścia do gospodarki rynkowej. Ten typ przejścia spowodował pojawienie się
różnych szans dla poszczególnych grup zawodowych i społecznych. Pełny opis tej
dualności przekracza ramy tego tekstu, a ponadto powinien być raczej
przedmiotem analizy socjologa, w mniejszym stopniu ekonomisty. Niemniej
chciałbym sformułować trzy hipotezy.
Hipoteza pierwsza:
społeczeństwo polskie podlega bardzo szybkiemu zróżnicowaniu dochodowemu,
większemu aniżeli w Czechach, na Węgrzech, w Niemczech Wschodnich czy Słowenii.
I, co ważniejsze, zróżnicowanie to stale się powiększa. Przyczyn tego
zróżnicowania jest - jak sądzę - wiele. W tym miejscu chciałbym zasygnalizować
tylko dwie. Po pierwsze, przyjęcie liberalnej opcji transformacji, po wtóre,
zarzucenie pewnego typu działań ze strony państwa łagodzących owe dysproporcje,
nie tyle przez system redystrybucji dochodów, ile poprze popieranie
pracochłonnych dziedzin rozwojowych.
Według koncepcji niektórych socjologów , społeczeństwo
dzieli się wyraźnie na trzy grupy: kapitałową, etatową i zasiłkową. Z tego
podziału wynikają...
(...) wreszcie wszędzie tam, gdzie jest to możliwe,
korzyści z działalności zostają sprywatyzowane, zaś koszty upublicznione. Widać
to wyraźnie np. w służbie zdrowia, w której prywatyzacja usług została daleko
posunięta, ale koszty zostały przerzucone na sektor publiczny - korzysta się bowiem darmowo ze sprzętu i wyposażenia.
Podział taki niewątpliwie wpływa negatywnie na stabilizację polityczną kraju, a
także na charakter rozwoju.
Hipoteza
druga: przeprowadzone w ostatnim dziesięcioleciu reformy w poważnym stopniu
naruszyły pewną niezbędną równowagę w podaży dóbr publicznych i podaży dóbr
prywatnych. Wprawdzie udział wydatków publicznych nadal jest duży, można jednak
mieć wątpliwości, czy skala i zakres prywatyzowania poszczególnych dóbr
dokonuje się we właściwej kolejności i we właściwym tempie. Nie mówiąc już o
tym, że tempo ich ograniczania dokonuje się szybciej niż np. w Czechach i na
Węgrzech. W konsekwencji znaczna część społeczeństwa ma ograniczony dostęp do
wielu dóbr, które w przeszłości uznano za trwałe atrybuty współczesnego
społeczeństwa. Dotyczy to ochrony zdrowia, dostępu do edukacji, bezpieczeństwa
etc. Nie jest także oczywiste, czy nowoczesna gospodarka rynkowa ma tego typu
dobra publiczne ograniczać, czy wręcz eliminować.
Hipoteza
trzecia: mamy duże, ale jednocześnie słabe państwo. Instytucje w dużym stopniu
mają charakter hybrydalny, jakość rządzenia jest niska, egzekutywa prawa
ograniczona, a stopień korupcyjności aparatu państwowego i samorządowego
znaczny.
...................................................V
Wnioski z powyższej analizy są
być może banalne, niemniej istotne dla zapewnienia wysokiej stopy wzrostu w
przyszłości. Sprowadzają się one do następujących: bez szybkiego usuwania
barier i ograniczeń, związanych z dualnością w gospodarstwie i społeczeństwie,
trudno będzie osiągnąć wysoką stopę wzrostu; wszystkich ograniczeń nie sposób
przezwyciężyć w krótkim okresie; musi natomiast pojawić się spójny program,
nakreślający kolejność i tempo ich minimalizacji; w innym przypadku wewnętrzne,
autonomiczne siły pchające ku szybkiemu wzrostowi ulegną zahamowaniu, czego
ostatnie dwa, trzy lata były wystarczającym dowodem; jeśli tempo wzrostu
poważnie się obniży, nastąpi zmniejszenie dopływu kapitału zagranicznego.
Doceniając
rolę mechanizmu rynkowego w przekształcaniu gospodarki i społeczeństwa, należy
być świadomym, że bez silnej i wspomagającej roli państwa urzeczywistnienie
niezbędnych przemian będzie trudne bądź wręcz niemożliwe.
Państwo i jego
instytucje wymagają zarówno przebudowy, jak i wzmocnienia. Centralną kwestią
jest - i będzie w przyszłości - jakość rządzenia; obecnie funkcjonująca nie
zapewnia nawet minimalnie niezbędnego poziomu.
Ambitne cele
zawarte w strategii czy strategiach dla Polski, nie będą możliwe do
osiągnięcia, jeżeli powyższe bariery nie zostaną przezwyciężone, a nowa jakość
rządzenia nie zostanie wprowadzona w życie.
* Rozszerzona
wersja wystąpienia na konferencji u prezydenta RP. Aleksandra Kwaśniewskiego,
przy prezentacji "Strategii rozwoju Polski do roku..." (Synteza),
opracowanej przez Komitet Prognoz "Polska 2000 PLUS" przy Prezydium
PAN.
Jerzy Kleer, prof. zwyczajny dr hab., kierownik Katedry Ekonomii
Sfery Publicznej Wydziału Nauk Ekonomicznych UW., rektor Wyższej Szkoły
Bankowości, Finansów i Zarządzania im. Kudlińskiego w Warszawie.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław
Baka: Jakość
rządzenia, nr 8/2001, str. 5
Szybko
rozkręca się kampania wyborcza do parlamentu. Poszczególne partie i ugrupowania
polityczne przedstawiają swoje programy jako najlepsze dla Rzeczypospolitej. Z
największą jednak gorliwością atakują konkurentów, nie troszcząc się zbytnio o
zachowanie elementarnych zasad kultury politycznej. Tymczasem Polsce nie są
potrzebne igrzyska, których notabene nie brakowało w ostatnim czasie, lecz
poważna debata nad stanem gospodarki i państwa oraz drogami naprawy. Zwłaszcza że zjawiska i procesy, które obecnie determinują
sytuację społeczną, polityczną i gospodarczą, stwarzają coraz większe
zagrożenie dla przyszłości. Wiele wskazuje na to, że przekroczona została już
granica określająca możliwości przezwyciężenia negatywnych tendencji na drodze
zwykłych posunięć politycznych.
Syntetycznym
wyrazem tego, że w ostatnich latach źle się działo w państwie polskim, może być
zmiana procentowego rozkładu odpowiedzi na pytanie: "Czy zdaniem Pana (i)
reformy w Polsce po 1989 r. udały się ogólnie, czy raczej nie udały się?".
O ile w 1997 r. odpowiedzi pozytywnych udzieliło ok. 50 % respondentów, to w
2000 r. udział odpowiedzi na "tak" nie przekroczył 30 proc. Nie ulega
wątpliwości, że gdyby podobny sondaż został przeprowadzony w połowie 2001 r.,
wyniki byłyby jeszcze gorsze.
Dlaczego tak
się dzieje? Wbrew oficjalnej wykładni, to nie czynniki obiektywne, jak np.
niekorzystna koniunktura na rynkach wschodnich, ani też zaszłości historyczne,
stanowią główną przyczynę trudności w jakich znalazł
się nasz kraj. Źródła tych zjawisk mają charakter wewnętrzny, par excellence
zależny od sposobu funkcjonowania i decyzji władz państwowych, od ich trafności
i skuteczności, słowem - od jakości rządzenia krajem. Kreśląc diagnozę
przyczyn, które drastycznie obniżyły jakość rządzenia w Polsce w latach 1997 -
2001, zwrócić należy zwłaszcza uwagę na narastające upartyjnienie wszystkich
szczebli aparatu państwowego, korupcjogenność związków między polityką a
biznesem oraz ułomność właściwych demokracji mechanizmów kontroli.
Po zwycięstwie
AW"S" w wyborach parlamentarnych i utworzeniu w październiku 1997 r.
rządu koalicyjnego AW"S"-UW, na masową skalę przeprowadzone zostały
rugi kadrowe, obejmujące swoim zakresem najniższe nawet stanowiska w sektorze
publicznym, zarówno w instytucjach państwowo-samorządowych, jak i w funduszach
i fundacjach oraz w spółkach z udziałem skarbu państwa lub władz terenowych.
Nigdy w przeszłości zasada "mierny ale
wierny", nie została tak szeroko i konsekwentnie wprowadzona w życie. W
pewnym sensie sam doświadczyłem, jak w owym okresie "głęboko orał lemiesz
"<<Solidarności>>". Otóż po objęciu władzy przez nową
ekipę długo wahano się, czy utrzymać działalność Rady Strategii
Społeczno-Gospodarczej przy Radzie Ministrów, w której skład wchodziło
kilkunastoosobowe grono ekonomistów, z dominacją ludzi o proweniencji
solidarnościowej. W końcu podjęto decyzję. Prof. Jan Mujżel - przewodniczący
Rady - poinformował mnie, że w rządzie postanowiono kontynuować działalność
Rady, jednakże z dokonaniem korekty jej składu osobowego, polegającej na
skreśleniu dwóch osób: prof. Dariusza Rosatiego i mnie. Podziękowałem
profesorowi za współpracę i przeszedłem nad sprawą do porządku dziennego. Nie
mogłem jednak oprzeć się porównaniu tego wydarzenia z tym, jakie miało miejsce
w lutym 1982 r. Wówczas to, po wprowadzeniu stanu wojennego, niektóre
nadgorliwe instancje partyjne wystąpiły do Wojciecha Jaruzelskiego z wnioskiem
o usunięcie działaczy i członków "Solidarności" ze składu Komisji
reformy Gospodarczej. Generał stanowczo odrzucił tego rodzaju żądania.
Przyznam, że porównanie tych dwóch wydarzeń sprawiło mi satysfakcję.
Wprowadzenie
na masową skalę czystek politycznych po 1997 r. i uznanie zawołania TKM za
główną zasadę kadrową, zaowocowało generalnym zwiększeniem liczby i ogólnym
obniżeniem poziomu kadr. System naboru ludzi na stanowiska kierownicze zaczął
się upodabniać do wzorców charakterystycznych dla niektórych państw
afrykańskich, gdzie w ślad za wysoko postawionym ziomkiem na stanowiska ciągną
kuzyni, znajomkowie etc. Sprawy te są na ogół skrzętnie ukrywane. Wychodzą na
jaw najczęściej w przypadku wystąpienia skandali finansowych w tej lub innej
instytucji państwowej czy samorządowej, w tej lub innej firmie publicznej,
kiedy dochodzi do opublikowania składu rady nadzorczej, zarządu i szerokiego
kierownictwa. Okoliczności te nie mogły pozostać bez wpływu na poziom
kompetencji kadr, zdolność do podejmowania i tworzenia warunków do wykonywania
decyzji, a w rezultacie na jakość rządzenia. Podjęcie z takimi kadrami czterech
dużych reform instytucjonalno-systemowych okazało się zaiste przedsięwzięciem
karkołomnym. Niezależnie od błędu strategicznego, jakim było przyjęcie
niewłaściwej sekwencji reform, opartym na mylnym politycznym przekonaniu
wynikającym z ignorancji i "chciejstwa", że "jakoś to
będzie" i reformy zapoczątkowane u progu kadencji przyniosą żniwa na jej
zakończenie oraz dadzą polityczny wiatr w żagle rządzących partii podczas
następnych wyborów, popełnione zostały liczne błędy o charakterze
realizacyjnym, dowodnie świadczące, że kadry z nowego naboru miały niewielkie
pojęcie o funkcjonowaniu mechanizmów administracyjnych i gospodarczo-finansowych.
Warto w
kontekście kwestii jakości rządzenia posłużyć się spostrzeżeniem starożytnego
filozofa Antystensea, że "państwa giną wtedy,
kiedy nie umieją odróżnić ludzi złych od dobrych" oraz będącego
rozwinięciem tej myśli tekstem Hezjoda, że: "ten
jest bezsprzecznie najlepszym, kto działa w granicach rozsądku, myśląc o
wszystkim, co przyjdzie". W historii świata tylko te społeczeństwa,
które doceniały duże znaczenie czynnika rozumności władzy oraz potrafiły zadbać
o jego przestrzeganie w praktyce, wygrywały przyszłość. Jest to ważne memento
dla klasy politycznej w Polsce, niezależnie od tego, jak ułożą się wyniki
wyborów parlamentarnych.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław
Sadowski: Gorący lipiec, nr 8/2001, str. 7
Lipiec roku
2001 rozpoczął się w Polsce pod znakiem zamieszania politycznego, wywołanego
skłóceniem kręgów prawicowych reprezentowanych w rządzie, a także wielkiego
zaniepokojenia stanem finansów publicznych. Pierwsze zagrożenie przetrzymamy
pewnie łatwiej niż drugie, które stwarza konieczność podjęcia uciążliwych dla
społeczeństwa zadań.
Dla szerokiej
publiczności nie są jasne dwie sprawy. Po pierwsze, jakim sposobem doszło do
niebywałej zapaści finansów publicznych, wyrażającej się zjawiskiem potocznie
zwanym dziurą budżetową o bardzo poważnych rozmiarach, bo aż 1,5 - 3 proc.
produktu krajowego brutto. Po drugie, dlaczego tak bardzo różnią się od siebie
oceny wielkości tej dziury, prezentowane przez rozmaitych ekspertów w
środowiskach masowego przekazu.
Odpowiedź na
pierwsze z tych pytań jest prosta. Otóż budżet tegoroczny od początku opierał
się na bardzo wątpliwych założeniach. Planowanie dochodów budżetowych zawsze
wymaga przyjmowania określonych założeń co do przewidywanego
tempa wzrostu gospodarczego, tempa inflacji i niektórych innych wielkości
makroekonomicznych, zawsze więc towarzyszy temu element niepewności. Jest
jednak różnica między założeniami realistycznymi i pozbawionymi tej cechy.
Założenie rocznego tempa wzrostu PKB przekraczającego 4 proc. w okresie, kiedy
tempo to uległo szybkiemu spadkowi, było dalekie od prawdopodobieństwa. Od narodzin więc budżet państwa był zagrożony niespełnieniem
oczekiwań dochodowych. Prawdopodobnie jednak bardziej realistyczny budżet
okazałby się trudny do przyjęcia przez parlament i to chyba wyjaśnia przyczyny
popełnionego błędu. W rezultacie, wobec znacznego spadku wzrostu gospodarczego
oraz tempa inflacji, dochody przedsiębiorstw, a z nimi podatki od nich, są o
wiele niższe od przewidywanych. To sprawia, że rozległa dziura ujawniła się już
w pierwszej połowie roku.
Dlaczego
jednak tak bardzo różnią się od siebie oceny wielkości dziury budżetowej?
Minister finansów zaczął od określenia jej na poziomie 6 - 7 miliardów złotych . Różni eksperci oceniali ją na około 10 miliardów
lub więcej. W toku wymiany ocen jej wielkość rosła. W końcu minister
przedstawił niedawno koncepcję nowelizacji budżetu, zaskakując wszystkich
najwyższą z dotychczasowych oceną wielkości deficytu, który według niego wzrósł
już do około 17 miliardów złotych. Skąd te różnice? Otóż stąd, że po sześciu
miesiącach można z całą pewnością określić, jak ukształtują się ostatecznie do
końca roku dochody budżetowe. Zależy to od rozwoju sytuacji gospodarczej, ten
zaś jest wyjątkowo trudny do przewidzenia.
Według
przewidywań optymistycznych, jeszcze do niedawna lansowanych przez koła
rządowe, w drugiej połowie roku miałoby nastąpić przyspieszenie wzrostu
gospodarczego. Gdyby tak się stało, pomogłoby to w zmniejszeniu dziury
budżetowej. Jest to jednak mało prawdopodobne. Dzisiaj już coraz mniej osób
wierzy w możliwość uzyskania takiej poprawy, a wyrazem tego stała się już
zmiana postawy ministra finansów, który przeszedł na pozycję wyraźnie
pesymistyczną.
Przewidywania
realistyczne określają tegoroczne tempo wzrostu na 1,5 - 2 proc. Pesymiści
określają je jeszcze niżej, ale i to jest dla nas tempem bardzo niskim, przy
którym znaczna część obywateli odczuwa pogardzanie się położenia materialnego,
a wiele przedsiębiorstw boryka się ze słabym popytem i musi zmniejszać
produkcję i zatrudnienie. Wprawdzie więc, ściśle
biorąc, nie jest to recesja w znaczeniu absolutnego spadku dochodu narodowego,
ale niewątpliwie można tę sytuację określać jako recesyjną, czyli wyrażającą
tendencję spadkową. Im dłużej ona trwa, tym bardziej niekorzystnie odbija się
to na gospodarczej i społecznej sytuacji kraju, zwłaszcza wobec nieuniknionego
narastania bezrobocia, z którym w takich okolicznościach nie udaje się
skutecznie walczyć.
Jednym ze
skutków takiej sytuacji jest dziura budżetowa, na którą ostatecznie są tylko
takie lekarstwa: albo można silnie obciąć wydatki, albo zwiększyć deficyt
budżetowy. Obcięcie wydatków może się okazać w jakimś zakresie nieuniknione,
ale jest to zabieg bardzo bolesny, a w dodatku przyczynia się do dalszego
osłabienia popytu rynkowego i nasilenia recesji. Natomiast zwiększenie deficytu
w pewnych granicach mogłoby być korzystne dla gospodarki, gdyby odegrało rolę
stymulującą. To jednak byłoby osiągalne tylko pod warunkiem, że deficyt
posłużyłby do sfinansowania wydatków typu inwestycyjnego - tak publicznych, na
przykład w dziedzinie budownictwa mieszkaniowego i infrastruktury, jak
prywatnych, pobudzanych przez wprowadzenie ulg i zwolnień podatkowych dla
przedsiębiorstw. Trzeba jednak również pamiętać, że skala dopuszczalnego
deficytu zależy od możliwości jego sfinansowania zwiększoną emisją obligacji
skarbowych, co z kolei zależy od rynku i może się wiązać z potrzebą
podniesienia stóp procentowych.
W dodatku zaś
zwiększenie deficytu budżetowego może przyczynić się do zwiększenia deficytu
obrotów bieżących w bilansie płatniczym państwa. Ci z państwa, którzy zadają
sobie trud czytania moich tekstów, pewnie pamiętają, że od dawna temu tematowi
poświęcałem dużo uwagi, traktując wzrost tego deficytu płatniczego jako bardzo
groźny dla gospodarki. Przypominam, że deficyt rósł przez kilka lat i w
pierwszym kwartale roku 2000 osiągnął alarmującą wysokość 8 proc. PKB. Na
szczęście jednak, od tego czasu rozpoczął się jego silny spadek, który
doprowadził go do poziomu bliskiego 5 proc. PKB, co obiektywnie biorąc jest
wciąż wysokim deficytem, ale oznaczało wyraźną poprawę sytuacji. Poprawa ta
nastąpiła dzięki temu, że ogólne osłabienie popytu spowodowało zahamowanie
importu, a jednocześnie silnie wzrósł eksport. Gdyby można było uznać to za
trwałe odwrócenie tendencji do wzrostu deficytu płatniczego, należałoby to
uznać za sygnał bardzo korzystny na przyszłość. Niestety jednak było od
początku jasne, że nie można było oczekiwać trwałej zmiany, ponieważ nie
nastąpiły żadne przekształcenia strukturalne. I rzeczywiście, już obecnie
powróciliśmy na ścieżkę ponownego wzrostu deficytu płatniczego.
Zagrożenie
polega na tym, że wzrost ten jest zawsze sygnałem ostrzegawczym dla kapitału
zagranicznego. Obserwujemy właśnie skutki tego sygnału w postaci zachwiania
złotego. Jak wiadomo, przez szereg miesięcy utrzymywał się bardzo wysoki kurs
złotego w stosunku do dolara i do euro, spowodowany w znacznej mierze przez
napływ kapitału spekulacyjnego, zachęcany przez wysokie stopy procentowe. Taki układ, przy gasnącym wzroście gospodarczym,
gasnącym popycie rynkowym i słabej pozycji produkcji krajowej wobec konkurencji
zagranicznej jest groźny, bo zwiastuje możliwość nagłego odpływu tego kapitału,
co w przypadkach ostrych może spowodować kryzys finansowy. Pierwszym przejawem
takiego kryzysu byłby nagły głęboki spadek kursu złotego.
Nagły spadek
tego kursu o około 8 proc., jaki nastąpił w pierwszych dniach lipca, jest
sygnałem niepokojącym, świadczy bowiem o wahliwości
zainwestowanego u nas zagranicznego kapitału krótkoterminowego. Kapitał ten
może kupować obligacje skarbowe, dopóki to mu się opłaca, ale każdego dnia może
zacząć je sprzedawać, jeśli uzna je za ryzykowną lokatę. To zaś nie zależy od
takiej czy innej wypowiedzi wyborczej, tylko od oceny sytuacji gospodarczej
kraju, która jest odczytywana na podstawie faktów, a nie wezwań. Kłopot z tą
sytuacją polega nie tylko na tym, że jest ona obiektywnie bardzo trudna, lecz
także na tym, że zanadto zależymy w tej chwili od decyzji inwestorów
zagranicznych.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jadwiga
Błahut: Teoria alienacji a kapitalizm, nr 8/2001, str. 30
Marksowski
rodowód teorii alienacji jako narzędzie krytyki kapitalizmu - Ericha Fromma
krytyka cywilizacji zachodniej - Choroby współczesnego kapitalizmu - Jana Pawła
II teoria alienacji
Teoria
alienacji zawdzięcza swą popularność pracom Marksa. Autor "Kapitału",
demaskując negatywne zjawiska w 19.-wiecznym
kapitalizmie, doszukiwał się genezy wyobcowania w stosunkach społecznych, a
ściślej, w ekonomicznej działalności człowieka. Jego zdaniem, kapitalistyczne
stosunki przyczyniają się do zakłócenia samorealizacji człowieka, załamaniu
ulega podstawa jego człowieczeństwa, a wraz z tym także inne formy ludzkiego
istnienia podlegają degradacji.
Choć w
wymiarze teoretycznym, współczesny kapitalizm niewiele różni się od 19.-wiecznego, to w praktyce przeszedł znaczne zmiany. Wraz z
upadkiem bipolarnego świata, uległ też znacznemu rozszerzeniu, stając się
globalnie podstawową formą ustrojową. We współczesnym kapitalizmie
społeczeństwo coraz częściej ma wpływ na zarządzanie i kontrolę
przedsiębiorstw, uprawnione jest do tworzenia stowarzyszeń lub związków chroniących
prawa pracownicze; m.in. z tego powodu kapitalizm nie budzi już tak wielu
kontrowersji. Ale czy powszechne uznanie zasad wolnego rynku, oznacza
jednocześnie zanik zjawisk leżących u źródeł alienacji?
Chociaż
podstawowy fundament Marksowskiej alienacji, czyli rozczłonkowanie
społeczeństwa na dwie przeciwstawne klasy: burżuazję i proletariat,
współcześnie nie przejawia się z ubiegłowieczną ostrością, okazuje się, że jej
poszczególne formy - w zmienionej, a często w spotęgowanej postaci - wciąż są
obecne. Czy alienacja pracy, produktu pracy i człowieka, znajduje swój wyraz w
dzisiejszej rzeczywistości? Twierdzącą odpowiedź na to pytanie dają prace
znaczących myślicieli współczesnych.
Najbogatsze
studium na ten temat znajdziemy u Ericha Fromma. Mówiąc o alienacji, często
posługuje się on sformułowanym przez proroków pojęciem bałwochwalstwa
(idolatrii), definiowanym jako ubóstwianie rzeczy, poszczególnych aspektów
świata, jako uległość człowieka wobec nich. Istotę bałwochwalstwa sprowadza do
tego, że człowiek wydatkuje swoją energię tworząc tzw. idoli, których następnie
czci. Krytyka Fromma skupia się na wszelkich formach posiadania, w najszerszym
tego słowa znaczeniu. Za zbiorową i potężną formę bałwochwalstwa uznaje kult
siły, sukcesu, autorytetu rynku, pieniądza, prestiżu, konsumpcji - czyli te
aspekty ludzkiego życia, które dla dzisiejszego człowieka stanowią często
wartość nadrzędną.
We współczesnej cywilizacji Zachodu, nastawionej na sukces, rywalizację,
konformizm, samorealizacja okazuje się czymś niesłychanie trudnym, wiele
form alienacji trafia na podatny grunt.
Krytykując współczesne społeczeństwo, Fromm zwraca uwagę na te czynniki, które
ograniczają potrzeby twórczości i indywidualnego rozwoju. Ukazuje paradoksy
opacznie obecnie rozumianej wolności, która okazując się ułudą, coraz bardziej
zniewala człowieka, potęgując jego osamotnienie w świecie.
Najbardziej społecznie wyrazistymi mechanizmami ucieczki są autorytaryzm i
konformizm, ujawniające się w dążeniach do podporządkowania i dominacji,
czyli w zachowaniach masochistycznych i sadystycznych. Współcześnie najczęściej
mamy do czynienia z autorytetem anonimowym, niewidzialnym, wyalienowanym.
Zdaniem Fromma, w społeczeństwie technologicznym autorytetem stał się zysk,
konieczność gospodarcza, rynek, zdrowy rozsądek, opinia publiczna. Dopóki
istniał autorytet jawny, istniał konflikt i bunt, dzięki czemu rozwijała się
osobowość, a zwłaszcza poczucie "ja". W przypadku autorytetu
niewidzialnego nawet sobie nie uświadamiamy, że podporządkowujemy się, tracąc
poczucie własnego ja1.
Mechanizm, za którego pośrednictwem działa anonimowy autorytet, to konformizm,
nakazujący jednostce być przystosowaną, nie różnić się. Uciekając przed
izolacją i samotnością, rezygnuje ona z własnej osobowości, przyjmuje natomiast
rodzaj osobowości oferowany przez kulturę, kieruje się pseudouczuciami i
pseudomyślami. Człowiek musi być wciąż gotowy na zmiany i zmieniać się zgodnie
ze zmianami wzorca. Nieustannie musi potwierdzać identyczność nie z sobą i
swoimi przekonaniami, ale z opinią innych na swój temat. Podobieństwo,
identyczność ceni wyżej, niż własną oryginalność. Indywidualność człowieka
stanowi bezwartościowe obciążenie. Indywidualizm oznacza jeszcze większą
izolację2.
Konformizm, który wydaje się jedynym sposobem uniknięcia nieznośnego niepokoju,
często jednak okazuje się niewystarczający. Toteż człowiek popada w bierność,
która jest tylko jednym z symptomów " zespołu wyobcowania". Człowiek
bierny nie próbuje znaleźć sobie miejsca w świecie i zmuszony jest rezygnować
ze swoich ideałów. Dlatego też czuje się bezsilny, samotny i pełen niepokoju.
Ma kłopoty z samookreśleniem i niewielkie poczucie integralności3.
Według Fromma, współczesne społeczeństwo kapitalistyczne jest chore,
brakuje mu bowiem wielkich ideałów humanistycznych.
Cywilizacja okazuje się cywilizacją bez celów, bogatą w środki w o wiele
większym stopniu niż inne epoki, lecz źle ich używa, ponieważ nie ma żadnego
nadrzędnego ideału. Jednocześnie pozostaje pod presją stworzonych przez siebie
warunków alienacyjnych. Jedynym imperatywem okazuje się nakaz potęgowania
możliwości technicznych.
Analiza współczesnej technokratycznej rzeczywistości prowadzi do wniosku, że
obietnica nieograniczonego postępu, nadzieje pokładane w technice i nauce,
które miały uczynić nas wszechmocnymi i wszechwiedzącymi, okazały się mrzonką.
Epoka przemysłowa poniosła porażkę, nie spełniła swoich obietnic. Natomiast
stworzyła nowe społeczne i psychologiczne problemy, których nie potrafi
rozwiązać, gdyż sytuują się one poza sferą jej kompetencji.
Głównym
problemem epoki społeczeństw industrialnych jest groźba wystąpienia licznych
form alienacji, poważnie zagrażających zdrowiu psychicznemu człowieka. Zdaniem
Fromma groźba stała się faktem - choroba psychiczna jest zjawiskiem
powszechnym, a całe społeczeństwa świata zachodniego stanowią swoją
wyalienowaną formę. Człowiek wyalienował się od swej istoty, od społeczeństwa,
od swego rozumu, jest w gruncie rzeczy człowiekiem chorym. W nowoczesnym
społeczeństwie alienacja stała się niemal zjawiskiem totalnym, przenika
stosunek człowieka do jego pracy, do przedmiotów konsumpcji, do państwa, do
bliźnich, do siebie samego. Świat przez niego stworzony przerasta go - człowiek
nie jest już jego panem, lecz sługą4.
We współczesnym kapitalizmie również rozwój nauki i techniki żyje własnym
życiem i rządzi człowiekiem. Człowiek popadł w zależność od własnych wytworów,
tracąc władanie nad sobą. Rządzą nim anonimowe siły społeczne, które w coraz
większym stopniu poddają go próbom unifikacji, zniewolenia, dezindywidualizacji.
Człowiek mistrzowsko opanował przyrodę, lecz nie panuje nad własnym rozwojem
społecznym.
Do najbardziej uchwytnych i fundamentalnych cech ekonomicznych współczesnego
kapitalizmu, noszących znamię alienacji, Fromm zaliczał procesy kwantyfikacji i
abstrahowania. Cechy abstrakcyjnego i ilościowego charakteru stosunków
produkcji przeniosły się z dziedziny ekonomicznej do sfery postaw człowieka w
stosunku do rzeczy, innych ludzi, siebie samego. Dobitny tego wyraz stanowi
tzw. orientacja rynkowa, czyli traktowanie wszystkich i wszystkiego jako
towaru. Lekceważymy konkretność i wyjątkowość zarówno cech ludzi, jak i rzeczy.
Doświadczamy je jako towary, jako wcielenie wartości wymiennej, którą zawsze
można zastąpić.
Gospodarka towarowo-pieniężna wpływa na stosunki międzyludzkie -
depersonalizuje i dehumanizuje je. Ekonomiczne funkcjonowanie rynku opiera
się na rywalizacji wielu jednostek, które pragną sprzedać swoje towary, swoją pracę,
swoją osobowość. Konieczność ekonomicznego współzawodnictwa doprowadziła do
coraz większej rywalizacji i w tym wyścigu do sukcesu załamują się społeczne i
moralne reguły ludzkiej solidarności.
Kwestię tę -
za Leonem XII - podejmuje również Jan Paweł II zwracając uwagę, że w
społeczeństwie zachodnim, pomimo przezwyciężenia wyzysku - w tych formach, o
których mówił Marks - alienacja nie została wyeliminowana w tych obszarach,
gdzie ludzie posługują się sobą wzajemnie, celem zaspokajania w coraz bardziej
wyrafinowany sposób swoich interesów. Warunki takie sprzyjają rozwojowi tzw.
alienacji Narcyza (jej teoretyczną interpretację przedstawił Emmauel Mounier).
Rodzi się ona w kapitalistycznych stosunkach społecznych sprzyjających
izolacji, osamotnieniu i zagrożeniu poszczególnych jednostek przez
niezrozumiały dla nich splot stosunków i kontrowersji społecznych. Wzmocniona
przekonaniem o bezradności i bezcelowości wszelkich usiłowań zmierzających do
zmian, prowadzi do przeświadczenia o absurdalności życia.
Jednak współczesny człowiek nie tylko innych traktuje przedmiotowo, we własnych
oczach również staje się przedmiotem - towarem. W naszych czasach dominujące
znaczenie uzyskała tzw. orientacja merkantylna, a wraz z nią powstał nowy
"rynek osobowości". Sukces zależy w dużym stopniu od tego, w jaki
sposób dana osoba sprzedaje się na rynku, siłą rzeczy więc
traktuje siebie - w swoim własnym odczuciu - jako towar, produkt opatrzony
znakiem jakości. Cały proces życia doświadczany jest jako inwestycja kapitału:
moje życie i moja osoba to kapitał, w który inwestuję. Dana osobowość istnieje,
ponieważ jest na nią zapotrzebowanie, jest wartościowa, jeśli odnosi sukces,
jeśli nie, staje się zbędna. Jej ocena zewnętrzna, jak i samoocena zależą od
warunków pozostających poza jej kontrolą, ujmowana jest w kategoriach wartości
ekonomicznej lub wymiennej. Człowiek-towar, pełen nadziei obnosi się ze swą
etykietką, stara się wyróżnić spośród "asortymentu" i zasłużyć na
dostanie kartki z najwyższą oceną. Jeśli jednak zostanie pominięty, podczas gdy
innych kupuje się jak okazję, zostaje skazany na poczucie niższości i
bezwartościowości5. W orientacji wymiennej człowiek traci swą własną
identyczność i ulega alienacji od samego siebie.
Orientacja
rynkowa, ograniczenie indywidualizmu, kwantyfikacja i abstrahowanie, mają w
swych skutkach spełnić wymóg maksymalnej wydajności i produkcji. Są to dwie
podstawowe zasady, które rządzą wysiłkami i myślami każdego uczestnika
współczesnego stechnicyzowanego świata.
Wydajność jest jedynym motorem działań gospodarczych. Określając wydajność
przedsiębiorstwa, zainteresowanie budzą jedynie dane dotyczące nakładu i
produkcji. Jednocześnie nie bierze się pod uwagę, że tak wąskie jej pojmowanie,
wyłącznie jako korzyść, paradoksalnie prowadzi do demoralizującego i
kosztownego braku wydajności w sensie indywidualnym i społecznym. Człowiek,
zamiast stanowić cel sam w sobie, staje się środkiem do zaspokajania
interesów ekonomicznych innego człowieka, swoich własnych albo machiny
gospodarczej.
Praca nastawiona wyłącznie na zysk, staje się coraz bardziej powtarzalna i
bezmyślna. Nie jest ludzką aktywnością sensowną samą w sobie, ponieważ do jej
wykonywania motywuje nie płynąca z niej satysfakcja,
lecz zysk, coraz większa wydajność.
...
Podobnie jak w sferze produkcji, alienacja ma miejsce także w sferze
konsumpcji, która straciła wszelkie powiązanie z rzeczywistymi potrzebami
człowieka. Społeczeństwo produkuje coraz więcej bezużytecznych przedmiotów, jak
i wielu bezużytecznych ludzi. We współczesnym społeczeństwie masowej
konsumpcji, człowiek przestał być podmiotem swoich pragnień, jego potrzeby
tworzy przemysł. Szybko zmieniające się upodobania wynikają z błyskawicznych
przemian technologicznych. Konsumpcją rządzi reklama oraz inne metody
psychologicznego nacisku, które narzucają zarówno sposoby zaspokajania potrzeb,
jak i samo ich istnienie.
Konsumpcja stanowi najważniejszą formę posiadania. Dążenie do posiadania jest
wspólną cechą wszystkich zachowań, traktowanych jako przejawy postawy
"mieć". Postawa "mieć" jest obecnie najbardziej
rozpowszechnioną formą patologii społecznej. Społeczeństwo owładnięte jest
pragnieniem nabywania własności, opanowane głodem zysku, obsesją posiadania.
Cała jego energia i troska koncentrują się na wartościach i dobrach materialnych.
Postawa praktycznego materializmu i konsumpcjonizmu nie wymaga żadnych
dalszych starań skierowanych na utrzymanie własności bądź uczynienie z niej
twórczego wysiłku.
Zdaniem
Fromma, bierność jest jedną z najbardziej charakterystycznych i patologicznych cech
współczesnego człowieka: "Człowiek chce być karmiony, sam jednak nie
porusza się, nie przejawia inicjatywy, nie trawi dostarczanego mu pożywienia.
Nie jest twórczy w stosunku do tego, co odziedziczył - gromadzi jedynie lub
konsumuje"9. Cywilizacja budowana przez ludzi pozbawionych
poczucia sensu bytu, staje się cywilizacją panowania przedmiotu nad podmiotem,
posiadania nad bytem.
Powyższa
analiza wykazuje, że jakkolwiek problem alienacji nie jest nowy, to jednak
nigdy tak silnie, jak współcześnie, nie narzucała się potrzeba jego
teoretycznej interpretacji. Niewątpliwie należy tu przywołać refleksję Jana
Pawła II nad teorią alienacji. Chociaż samą Marksowską koncepcję alienacji
uważa on za błędną i nieadekwatną, gdyż wywodzącą się ze sfery stosunków produkcji
i własności, czyli opartą jedynie na materialistycznym fundamencie, a ponadto
negującą prawomocność regulacji rynkowych w dziedzinie, która jest im właściwa10,
to dokonując analizy współczesnej rzeczywistości, w dużej mierze korzysta z
inspiracji marksistowskiej. Tak jak Marks, za główny czynnik urzeczywistnienia
siebie jako człowieka, spełniania swego osobowego powołania, uznaje pracę
ludzką, nadając jej podstawowe i decydujące znaczenie w procesie
samorealizacji. W świetle takiego założenia, dyskutuje kwestię pracy dowodząc,
że pomimo fałszywości marksistowskiej analizy i rozumienia postaw
alienacyjnych, alienacja połączona z utratą autentycznego sensu istnienia jest
wciąż obecna.
Jan Paweł II zwraca uwagę, że z punktu widzenia problematyki ekonomicznej,
nacechowanej przesłankami ekonomizmu materialistycznego, wciąż istnieje
niebezpieczeństwo traktowania pracy ludzkiej jajko sui generis
"towaru", czy anonimowej "siły", potrzebnej li tylko do
celów produkcji.
"Systematyczną
okazję, a poniekąd nawet podnietę do tego rodzaju myślenia i wartościowania,
stanowi cały rozwój, przyspieszony postęp cywilizacji jednostronnie
materialnej, w której przywiązuje się wagę przede wszystkim do przedmiotowego
wymiaru pracy, natomiast wymiar podmiotowy - to wszystko, co pozostaje w
bezpośrednim lub pośrednim związku z samym podmiotem pracy - pozostaje na
dalszym planie. W każdym takim wypadku, w każdej tego typu sytuacji społecznej
zachodzi pomieszanie, a nawet wręcz odwrócenie porządku wyznaczonego po raz
pierwszy już słowami Księgi rodzaju; człowiek zostaje potraktowany jako
narzędzie produkcji, podczas gdy powinien on - on jeden, bez względu na to,
jaką pracę wypełnia - być traktowany jako jej sprawczy podmiot, a więc właściwy
sprawca i twórca. (...) błąd kapitalizmu pierwotnego
może powtórzyć się wszędzie tam, gdzie człowiek zostaje potraktowany poniekąd
na równi z całym zespołem materialnych środków produkcji, jako narzędzie, a nie
- jak to odpowiada właściwej godności jego pracy - jako podmiot i sprawca, a
przez to sam także jako właściwy cel całego procesu produkcji"11.
Wobec
współczesnej rzeczywistości, w której środki produkcji grają pierwszorzędną
rolę, papież przypomina jedną z zasad Kościoła: zasadę pierwszeństwa
"pracy" przed kapitałem, prymatu człowieka wobec rzeczy.
W tym kontekście, w dzisiejszej dobie szczególnego znaczenia nabiera technika.
Z jednej strony, jako sprzymierzeniec człowieka i podstawowy współczynnik
postępu ekonomicznego, z drugiej - w przypadku gdy
mechanizacja pracy wypiera człowieka, pozbawiając go osobistego zadowolenia w
pracy oraz podniety do twórczego myślenia i odpowiedzialności - jako zagrożenie
noszące wszelkie znamiona alienacji.
...
Zagrożenie człowieka przez jego własne wytwory - zdaniem Jana Pawła II -
jest dramatem współczesnej ludzkiej egzystencji w jej najszerszym i
najpoważniejszym wymiarze. Powoduje, że człowiek coraz bardziej bytuje w lęku,
który na różne sposoby udziela się współczesnym społeczeństwom, ujawniając się
w różnych postaciach12.
...
Emancypacja człowieka, polegająca na ustanowieniu siebie na miejscu Boga,
domagająca się bezwarunkowej wolności, sprowadziła go do rzędu rzeczy,
uprawniając wszelkie formy jego zniewolenia i zniszczenia. Zagrożenia te
wynikają - zdaniem Jana Pawła II - z rozbicia spójnego obrazu, zasady prymatu
osoby nad rzeczą, z tzw. błędnego ekonomizmu, czyli traktowania pracy wyłącznie
w kategoriach celowości ekonomicznej, polegającej na oddzieleniu pracy od
kapitału i przeciwstawieniu ich sobie jako dwóch anonimowych sił, dwóch
czynników produkcji, zestawionych w tej samej perspektywie ekonomicznej. W ten
sposób praca, stając się organizacją nastawioną wyłącznie na zysk,
maksymalizację produkcji, pomija ten aspekt, który daje możliwość
samorealizacji człowieka.
Przypisy
1 E. Fromm,
"Zdrowe społeczeństwo", Warszawa 1996, s. 158-159.
2 Ibidem, s. 158 -169; E. Fromm, "Ucieczka od wolności", Warszawa
1978, s. 179 - 197.
3 E. Fromm, "rewolucja nadziei", Poznań 1996, s. 64.
4 E. Fromm, "Zdrowe społeczeństwo", Wyd. cyt., s. 132.
10 Encyklika "Centesimus annus", s. 403.
11 Encyklika "Laborem exercens" (w:) Jan Paweł II, "Encykliki i
adhortacje". Warszawa 1983, s. 118.
12 Szerzej zob. encyklika "Redemptor hominis (w:) Jan Paweł II,
"Encykliki...". Wyd. cyt.
------------
Jadwiga
Błahut, doktorantka w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w
Olsztynie.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Radosław
S. Czarnecki: (półka
z książkami) Noam Chomsky, "Zysk ponad ludzi", nr 8/2001, str. 134
Noam Chomsky
znany jest z zaangażowania w walkę z neoliberalizmem i zagrożeniami, jakie
niesie on demokracji i społeczeństwu obywatelskiemu. Niedawno ukazała się na
naszym rynku nowa praca Chomsky'ego, pt. "Zysk ponad wszystko".
Zawiera ona 6 tekstów z ostatnich dziesięciu lat, opublikowanych w zachodnich
specjalistycznych czasopismach (jeden z nich, to wykład wygłoszony na
Uniwersytecie w Kapsztadzie w maju 1997 r.). Wszystkie mają jeden wspólny
mianownik: opisują funkcjonowanie globalnej gospodarki w neoliberalnym wydaniu
i jej skutki w różnych częściach świata. Opisano w nich m.in. powody wybuchu
powstania zapatystów w meksykańskim stanie Chiapas (na tle deregulacji
gospodarki Meksyku i powstania NAFTA), liberalizację gospodarki i jej
efektywność w Chile, kryzys rosyjski, jego przebieg oraz skutki szokowej
terapii przejścia od systemu nakazowo-rozdzielczego do quasi-liberalnego na
terenach byłego ZSRR, opór wobec funkcjonowania tzw. umowy waszyngtońskiej i
multilateralnej umowy inwestycyjnej..
Autor wykazuje,
że współczesny gigantyczny rynek światowy dóbr, idei czy kapitału, jest wolny
tylko z nazwy. W rzeczywistości jest tworem jak najbardziej
protekcjonistycznym, spekulatywnym i antydemokratycznym. Działania w myśl zasad
H. Spencera, teoretyka darwinizmu społecznego, są nie do pogodzenia z
porządkiem demokratycznym, prawami człowieka i swobodami obywatelskimi. Chomsky
uważa, że lesseferyzm, który poniósł porażkę na przełomie 19. i 20. wieku, tak samo przegra w 21.
wieku. Opór stawi mu poczucie
wolności, społeczna potrzeba demokracji i powszechna konieczność posiadania
swobód obywatelskich. Jest to może sąd naiwny i idealistyczny, lecz
konsekwentny.
...
(...) Historyczne korzenie współczesnej sytuacji tkwią w skutkach 2. wojny światowej, kiedy to USA, kierując się własnym
interesem, wzięły odpowiedzialność za cały kapitalistyczny świat (czy on tego
chciał, czy nie, to już inna sprawa). Ówczesny podział ideologiczny był im jak
najbardziej na rękę. Takie stwierdzenie osoby kompetentnej i odpowiedzialnej (G.
Haines - historyk dyplomacji amerykańskiej i współpracownik CIA), przytacza
Chomsky na poparcie swoich wywodów o amerykanizacji gospodarki światowej i jej
korporatyzacji (w imię interesów Stanów Zjednoczonych). Na dodatek, głosząc
liberalny program dla innych, Amerykanie od lat stosują centralizm i
protekcjonizm wobec swoich - działających globalnie - narodowych podmiotów
gospodarczych.
Według
Chomsky'ego, polityka i megabiznes są obecnie powiązane w sposób absolutny.
Korporacyjno-globalne środki masowego przekazu, służące opacznie rozumianemu
wolnemu rynkowi, stwarzają przy tym swoistą atmosferę aprioryczności i
nieodwracalności aktualnie funkcjonującego modelu.
Możni tego świata nie muszą spiskować, jak wielu z nas uważa. Wykorzystują
tylko mechanizmy instytucjonalne do podawania mediom czy dyżurnym autorytetom
intelektualnym odpowiednio spreparowanych sygnałów i uzasadnień, wedle których obecne status quo jest najbardziej pożądane.
Stąd wynika teza, iż nasz świat jest najlepszy z możliwych. A wiemy przecież,
że brak ruchu myśli jest przeciwny demokracji; bezruch to dogmat.
Chomsky kreśli
czarną wizję świata. Dla Polaków, zachłyśniętych urokami gospodarki wolnorynkowej, może
być ona szokująca, czy przesadzona. Jednak jednego nie można autorowi zarzucić
- nieuczciwości intelektualnej i koniunkturalizmu. Dlatego warto zachęcić
wszystkich refleksyjnie podchodzących do otaczającej nas rzeczywistości, do
sięgnięcia po tę interesującą pozycję.
-----------
Noam
Chomsky, "Zysk ponad ludzi". Wydawnictwo Dolnośląskie. Wrocław 2000,
s. 146.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław Baka: Na krawędzi, nr 7/2001, str. 5
Jak wykazały
badania przeprowadzone przez GUS, w końcu pierwszego kwartału bez pracy
pozostawało w Polsce 3,2 mln osób, czyli ok. 18,2 proc. ludności w wieku
aktywności zawodowej (bez uczniów i studentów). Liczba
ta jest znacznie wyższa od danych oficjalnych, podawanych przez urzędy pracy,
gdyż obejmuje wszystkich poszukujących zatrudnienia, a nie tylko osoby
zarejestrowane. Najbardziej szokujący jest wskaźnik bezrobocia wśród młodzieży
(ok. 40 proc.). Wiele wskazuje na to, że sytuacja na rynku pracy w ciągu
najbliższych miesięcy ulegnie dalszemu pogorszeniu, bowiem zastępy
poszukujących pracy zwiększą się o kilkaset tysięcy absolwentów szkół i
wyższych uczelni. Tymczasem podaż miejsc pracy nie rokuje poprawy. Przeciwnie,
coraz bardziej słabnąca aktywność gospodarcza rokuje jak najgorzej.
Od kilku miesięcy dynamika gospodarcza systematycznie maleje. Obecnie szacuje
się, że na koniec roku wskaźnik wzrostu PKB wyniesie najwyżej 3 proc. i nic nie
wskazuje na zahamowanie tendencji spadkowej. Przeciwnie, mnożą się sygnały, iż
ta negatywna tendencja ulegnie w najbliższej przyszłości dalszemu zaostrzeniu.
Głównym tego powodem jest drastyczne pogorszenie się sytuacji finansowej
przedsiębiorstw. Jak informuje GUS, polskie przedsiębiorstwa w pierwszym
kwartale br. w ogóle nie osiągnęły zysku. W najgorszym
położeniu znajdują się przedsiębiorstwa państwowe. W rezultacie nagminnie nie
płacą one podatków, składek ZUS, a także nie regulują swoich zobowiązań wobec
innych przedsiębiorstw. Niewiele lepsza jest sytuacja w firmach prywatnych. W
wyniku tego w gospodarce powstają duże zatory płatnicze, obejmujące coraz
więcej podmiotów. To sprawia, że w kłopoty finansowe wpadają liczne
przedsiębiorstwa, w tym także te, które z powodzeniem radzą sobie z wymaganiami
gospodarki rynkowej i osiągają dobre wyniki ekonomiczne. Wszystko to negatywnie
rzutuje na perspektywy wzrostu gospodarczego.
Jedną z
przyczyn takiego stanu rzeczy jest sztucznie wywindowany, nie
odpowiadający tzw. fundamentom gospodarczym, kurs złotego względem walut
obcych.
...
Paradoks obecnej sytuacji gospodarczej polega między innymi na tym, że nawet
zjawiska, które powinny cieszyć, budzą mniejszy lub większy niepokój. W
pierwszych dniach czerwca, w ślad za komunikatem NBP o bilansie płatniczym,
środki masowego przekazu triumfalnie obwieściły, że mocny złoty nie zaszkodził
eksportowi. Rzeczywiście, w kwietniu br. deficyt obrotów bieżących uległ
poważnemu zmniejszeniu, zwłaszcza za sprawą wzrostu eksportu oraz sezonowego
zwiększenia salda tzw. obrotów niesklasyfikowanych, czyli głównie handlu
bazarowego. Pamiętać przy tym należy, że nasz eksport w skali miesięcznej jest
nadal mniejszy od importu o około 800 mln USD. Pytanie brzmi: czy rzeczywiście
utrzymujący się wysoki kurs złotego nie hamuje ekspansji eksportowej? Wg
optymistycznej wersji - tak, ponieważ przyspieszenie dynamiki eksportu to nic
innego, jak swego rodzaju "żniwa eksportowe", będące rezultatem
dokonanych przekształceń własnościowych, a głównie wkroczenia kapitału
zagranicznego do polskich przedsiębiorstw, oraz przeprowadzonych
restrukturyzacji i zmian instytucjonalnych. Mniej optymistyczna wykładnia
sprowadza się do konstatacji, że wobec ograniczeń popytu wewnętrznego, do czego
walnie przyczyniła się restrykcyjna polityka pieniężna, a zwłaszcza
irracjonalnie wysoki poziom stopy procentowej, dla wielu przedsiębiorstw eksport
stał się swego rodzaju sprawą "być albo nie być". W rezultacie, aż do
granic bólu redukowane są koszty, zaś produkcję przesterowuje się w kierunku
eksportu, nawet krańcowo nieopłacalnego, żeby tylko jakoś przeżyć ten trudny
czas. Takiej praktyki nie można utrzymywać na dłuższą metę, gdyż niechybnie
doprowadziłaby do bankructwa. Oznacza to, że wiele przedsiębiorstw, i chyba
cała gospodarka, znalazły się na krawędzi.
Analiza
ostatniej publikacji o bilansie płatniczym dostarcza ponadto wielu innych, interesujących
i wymownych obserwacji. Po pierwsze, chodzi o zmniejszenie się w okresie
czterech pierwszych miesięcy( w stosunku do sytuacji sprzed roku) salda dopływu
zagranicznych inwestycji bezpośrednich z 2,4 mld USD do 1,8 mld USD oraz
zmniejszenie się salda przepływu zagranicznych inwestycji portfelowych
(czyli kapitału spekulacyjnego) z 2,4 mld USD do 2,2 mld USD. Bardziej
szczegółowa analiza danych wykazuje, że inwestorzy zagraniczni na coraz większą
skalę realizują zyski i transferują je za granicę. Szczególnie wymowne jest
pozbywanie się przez nich polskich papierów wartościowych (głównie obligacji
rządowych) o dalszych terminach wykupu. Oznaczałoby to, iż przewidują, że era
wybujałego kursu złotego w stosunku do walut zachodnich zbliża się ku końcowi.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski: Zarobki, zdrowie i państwo, nr 7/2001, str. 6
Ostatnio wiele
uwagi w parlamencie i w środkach masowego przekazu wzbudził spór wokół zarobków
prezesa Narodowego Banku Polskiego i członków Rady Polityki Pieniężnej. Zdaje
się, że szeroka publiczność znowu wykazała się przywiązaniem do racjonalności,
przyjmując ten rozdęty spór tak, jak na to zasługiwał, czyli z brakiem
zainteresowania. Cóż to bowiem kogo obchodzi, ile
zarabiają te osoby? Ich niemałe dochody nie są ani jedynym , ani
najbardziej wyrazistym przejawem ogromnych nierówności dochodowych, jakie
pojawiły się w naszym kraju. Jaki sens ma porównywanie zarobków prezesa NBP z
zarobkami prezydenta RP skoro wiadomo, że jest cały tłum ludzi, zarabiających
kilka razy więcej od prezesa NBP, a tym bardziej od członków Rady Polityki Pieniężnej. Najbardziej dotkliwym przejawem nierówności nie
są zarobki tego ostatniego, lecz pielęgniarek, którym parlament przyznał
podwyżkę w kwocie 203 zł miesięcznie, a i tej znakomita ich część nie dostała.
Dwieście trzy złote! A jeden prezes banku komercyjnego, gdyby zrezygnował ze
swoich miesięcznych poborów, mógłby wypłacić taką podwyżkę tysiącowi
pielęgniarek.
Czy tak jest
dobrze? Nie, nie jest. Trzeba jednak zapytać, dlaczego tak się dzieje i cóż
można z tym zrobić? Otóż dzieje się tak dlatego, że
odeszliśmy daleko od centralnego ustalania taryfikatorów płacowych dla
wszystkich zawodów i stanowisk, a zrobiliśmy to z tego powodu, że system taki
okazał się bardzo wadliwy. Przyznaliśmy więc swobodę
działania mechanizmom rynkowym, opartym na autonomicznych decyzjach
poszczególnych podmiotów. W zasadzie jest to znacznie lepsze dla gospodarki,
ale tylko dla części jej uczestników. Bardzo źle wyszli na tym pracownicy
znaczącej części sfery finansowanej z budżetu państwa, tacy jak lekarze,
pielęgniarki i nauczyciele, ponieważ dla nich nie znaleziono ogólnego,
zadowalającego rozwiązania. Budżet bowiem od początku
naszej transformacji znalazł się w sytuacji permanentnego braku środków, a
sytuacja ta nie poprawia się i nie może się poprawić w okresie silnego
spowolnienia wzrostu gospodarczego. Natomiast w bardzo dobrej sytuacji znalazł
się sektor bankowy, do którego ta jego sytuacja w tak wielkiej skali
przyciągnęła kapitał zagraniczny, że prawie już nie mamy banków opartych na
kapitale krajowym. Prywatne banki komercyjne, ogólnie biorąc, mają tak wielkie
zyski, że ich zarządy mogą nie tylko budować wspaniałe gmachy, lecz także
przyznawać sobie bardzo wysokie pensje.
Można zapytać,
czy tak musi być? Pewnie nie musi. Banki mają tak wielkie zyski między innymi dlatego, że korzystają z polityki wysokich stóp
procentowych, zbierając znaczne marże z różnicy pomiędzy odsetkami pobieranymi
za kredyty i wypłacanymi za depozyty. Polityka ta, prowadzona uporczywie przez
Radę Polityki Pieniężnej, znakomicie służy kapitałowi zagranicznemu, natomiast
dławi polską gospodarkę. Nie jest to z pewnością powód do rozważania wielkości
zarobków członków Rady, natomiast jest to powód do szukania odpowiedzi na
pytanie, jak wyjść z klinczu stwarzanego przez taką politykę Rady. Ale o tym
już pisałem wielokrotnie.
A jak z
sytuacją w publicznej ochronie zdrowia? Pewne jest, że poprawa losu jej
pracowników nie nastąpi szybko. Żeby w ogóle nastąpiła, rząd musi opracować i
wprowadzić w życie specjalny wieloletni program stopniowego zwiększania
zarobków tej służby. Przed tym oczywiście zasadniczym zmianom musi ulec
koszmarny system, wprowadzony przez podjętą dwa lata temu reformę. Jeżeli
jednak prawdziwe są doniesienia prasowe o zamiarach SLD dotyczących tego
systemu, to muszą one budzić niepokój. Istota sprawy polega na tym, żeby
znaleźć właściwy sposób doprowadzenia pieniędzy do placówek służby zdrowia. To
prawda, że system Kas Chorych zasługuje na likwidację. Od samego początku
wyraźnie się skompromitował, tworząc ciężką strukturę biurokratyczną,
działającą w sposób przypominający początki planowania centralnego w Polsce.
Określanie z góry przez urzędników sztywnej granicy zabiegów chirurgicznych w
szpitalach, czy w ogóle liczby pacjentów - to przykłady zarzynania celu
działania przez biurokrację.
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław Sadowski:
Ciągle
o polityce pieniężnej, nr 5/2001, str. 7
Z porządku
dziennego nie schodzi sprawa polityki pieniężnej. Już pewnie nawet dzieci w
przedszkolach wiedzą, że stopy procentowe NBP są za wysokie, hamują wzrost
gospodarczy i trzeba je porządnie obniżyć. Nawet Rada Polityki Pieniężnej
uznała w końcu te racje i przystąpiła do obniżania stóp po kawałku, na razie po
jednym punkcie procentowym na miesiąc. Nie wiadomo jednak, czy zamierza
kontynuować te działania, czy chwilowo na tym poprzestanie. Być może sama Rada
nie jest jeszcze co do tego zdecydowana.
Widać wszakże,
iż dotychczasowe obniżki wyraźnie nie wystarczają. Skoro
bowiem inflacja ulega spowolnieniu, to przy niewielkich redukcjach
realny poziom stóp procentowych, który wyraża różnicę między stopą nominalną a
tempem inflacji, wciąż pozostaje bardzo wysoki.
Podstawowym
kryterium polityki pieniężnej jest tzw. cel inflacyjny...
...
Mechanizm ten jest dobrze uzasadniony teoretycznie i może działać bezbłędnie w
ustabilizowanej, dobrze rozwiniętej gospodarce rynkowej...
...
Inaczej sprawy przedstawiają się w gospodarce niezbyt rozwiniętej...
...
Istnieją bardzo poważne powody do niezadowolenia z polityki pieniężnej
prowadzonej przez Radę Polityki Pieniężnej, wyrażającej się w utrzymywaniu
ogromnie wysokich stóp procentowych, które przyczyniają się w istotny sposób do
dławienia naszego wzrostu gospodarczego. Ponieważ zaś Rada korzysta z pełnej
niezależności decyzyjnej... Wysunięty został bardzo łagodny pomysł, aby prawo
wyznaczania celu inflacyjnego przyznać rządowi, a zadaniem Rady byłoby
określanie polityki służącej do realizacji tego celu. Natychmiast zawrzało, że
jest to zamach na autonomię Narodowego Banku Polskiego.
(...)Przyznając absolutne pierwszeństwo wzrostowi gospodarczemu, rząd mógłby w
danym roku zrezygnować z hamowania inflacji. Taka możliwość budzi natychmiast
zgrozę u specjalistów od pieniądza, choć nie podzielają tego uczucia fachowcy
troszczący się o ekspansję produkcji i eksportu oraz redukcję bezrobocia.
Pomysł może więc być wart dyskusji. Nie wydaje się
jednak najlepszy, bo nie sięga istoty problemu. Problemem jest mianowicie to,
że Rada Polityki Pieniężnej jest ciałem, które podejmuje decyzje o kluczowym
znaczeniu dla gospodarki, ale odpowiada za te decyzje wyłącznie przed Bogiem i
historią. Jest to jedyny organ w Rzeczypospolitej, mający takie uprawnienia.
Dlaczego?
(...) Tego, że
w ciągu roku 2000 polska gospodarka zupełnie straciła dynamikę, nie można
pewnie składać wyłącznie na barki Rady Polityki Pieniężnej i jej skłonności utrzymywania
wysokich stóp procentowych.
...
(...) W tym stanie rzeczy, rozwiązanie ustrojowe, w którym Rada Polityki
Pieniężnej nie musi liczyć się z żadną opinią, trzeba uznać za problematyczne.
Radzie, jako ciału eksperckiemu, powinno się zapewnić maksimum niezależności od
układu politycznego. Jednocześnie jednak należałoby wprowadzić jakąś jej
odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Przez analogię do postępowania z
budżetem państwa, można by na przykład przyjąć zasadę, że Rada przedstawia
Sejmowi do aprobaty zarówno założenia polityki pieniężnej, jak też sprawozdania
z ich realizacji. Wtedy Sejm, przed podjęciem decyzji, mógłby zasięgać opinii
innych niezależnych ekspertów oraz rządu. Być może byłaby to droga do
należytego uzgadniania wszystkich elementów polityki makroekonomicznej.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Józef
Kaleta: Spór o strategię gospodarczą, nr 5/2001, str. 26
Istotny dla naszego
kraju spór toczył się 4. Kongresie Ekonomistów Polskich (25 - 26.01.2001).
Uwidocznił się tam konflikt zwolenników dwóch strategii: prospołecznej i
liberalnej. Zwolennicy nurtu liberalnego dowodzili, że naturalne działania
niczym nie skrępowanych wolnych przedsiębiorców, zapewniają optymalny wzrost
gospodarczy i dobrobyt bardzo dużej liczbie ludzi. Usiłowali także dowieść, że
interwencjonizm państwa w gospodarce przekreśla obiektywne prawa ekonomiczne,
powoduje ogromny wzrost biurokracji rządowej i samorządowej oraz ogranicza
swobodę przedsiębiorców i obywateli.
Sympatycy
nurtu liberalnego lekceważyli w swoich wypowiedziach negatywne efekty
gospodarki liberalnej w postaci dużego i powiększającego się bezrobocia oraz
ogromnych i konfliktogennych dysproporcji majątkowych obywateli. Dowodzili
nawet, że takie dysproporcje, powiększające sferę nędzy i ubóstwa są motorem
postępu we współczesnym świecie.
Szczególnie
gorliwi zwolennicy strategii liberalnej starali się dowieść, że kraje zachodnie
już od dawna odchodzą od strategii prospołecznej, od społecznej gospodarki
rynkowej, państwa opiekuńczego, oraz że w ostatnim okresie ta tendencja
wyraźnie się nasila. Głosy krytyczne wobec strategii liberalnej traktowali jako
nostalgię za czasami PRL. Wielu dyskutantów usiłowało nawet dowieść, że
strategia liberalna jest nowoczesna i postępowa, a prospołeczna - wsteczna.
Nie odpowiada
to prawdzie. Dwa czołowe kraje Europy - Francja i Wielka Brytania - wcale nie
potwierdzają tych tendencji. Lionel Lospil i Tony Blair wielokrotnie
oświadczali, że "chcą Europy bardziej socjalnej, która będzie gwarantem
pokoju i dostatku". Podobne stanowisko w tej sprawie zajmuje także
kanclerz Niemiec Gerhard Schröder twierdząc, że przyszła zjednoczona Europa
powinna być Europą socjalną. Były przewodniczący Komisji Wspólnoty
Europejskiej, Jacques Delors oświadczył, że ład gospodarczy Wspólnoty
Europejskiej musi mieć postać socjalnej gospodarki rynkowej. Konieczne jest -
jego zdaniem - połączenie elementów gospodarki planowej i rynkowej1.
Wybitna
parlamentarzystka niemiecka, wielokrotna przewodnicząca Bundestagu, Rita
Sismuth wielokrotnie twierdziła, że ani w Niemczech, ani w żadnym innym kraju
zachodnim nie ma liczącego się uczonego, polityka, instytutu
naukowo-badawczego, który kwestionowałby celowość wprowadzenia i utrzymania
społecznej gospodarki rynkowej. Niestety, w Polsce wielu polityków
reprezentujących opcję liberalną pyta, co to takiego
społeczna gospodarka rynkowa. Diametralnie inne stanowisko w tej sprawie
reprezentują Margaret Thatcher i Helmut Kohl. Na
pytanie, jaka ma być przyszła zjednoczona Europa, stwierdzili, że będzie to
Europa wielkiego kapitału, przedsiębiorczości, maksymalnego zysku,
gospodarczego liberalizmu, bez ingerencji państwa.
Rozpowszechnianych
w Polsce opinii o rzekomym zmierzchu państw socjalnych i zwycięstwie w Europie
liberalnej strategii gospodarczej nie potwierdza także udział finansów
publicznych w produkcie krajowym brutto w krajach gospodarczo rozwiniętych.
Zakres redystrybucji dochodów publicznych w PKB zwiększył się w krajach Unii
Europejskiej w latach 1981 - 1999 z 43,2 proc. do 45,4 %, w tym w... (...)
Bardzo istotnym wskaźnikiem, obrazującym stopień redystrybucji finansów
publicznych, jest także udział długu publicznego w produkcie krajowym brutto. W
państwach Unii Europejskiej zwiększył się on z 50,8 w 1981 r. do 76,1 proc. w
1999 r., w tym... (...)
...
Z tych danych liczbowych wyraźnie wynika zatem, że w
krajach zachodnich wcale nie ogranicza się zakresu opiekuńczych funkcji
państwa, ale przeciwnie, rozszerza się go. Jest to zupełnie zrozumiałe,
zważywszy, że zwiększa się w ostatnim okresie liczba krajów rządzonych przez
partie lewicowe, stojące na gruncie neokeynesizmu.
Polityka
prospołeczna stała się w ostatnim okresie podstawą wzrostu gospodarczego i
narodowego dobrobytu we wszystkich wysoko uprzemysłowionych krajach, w tym
zwłaszcza w Europie Zachodniej, Japonii, Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie.
Natomiast kraje, które najczęściej identyfikowały się ze strategią liberalną,
np. Stany Zjednoczone za rządów Ronalda Reagana i Georga Busha, Wielka Brytania
za rządów Margaret Thatcher, kraje latynoamerykańskie i afrykańskie, osiągały znacznie
gorsze wyniki ekonomiczne. A jest tak dlatego, że o
rozwoju społeczno-gospodarczym współczesnych państw nie decyduje tylko liczba
przedsiębiorstw ani wielkość produkcji, ale przede wszystkim nauka i edukacja,
które wymagają coraz większych nakładów finansowych ze środków publicznych.
Jak silna jest korelacja udziału finansów publicznych w PKB z efektywnością gospodarki,
świadczy z jednej strony wysoki poziom rozwoju państw zachodnich o stosunkowo
dużym stopniu redystrybucji PKB, z drugiej - ogromne zacofanie gospodarcze
państw o niskim poziomie redystrybucji. (...)
Podręcznikowym przykładem efektywności neoliberalnej i prospołecznej
strategii gospodarczej są Stany Zjednoczone. W 1981 r. prezydent Reagan
odrzucił dominującą w USA od 50 lat prospołeczną politykę gospodarczą i
zastąpił ją, głównie za pomocą polityki fiskalnej i pieniężnej, polityką
skrajnie liberalną. To doprowadziło w Stanach Zjednoczonych do regresu
gospodarczego. (...)
W tym czasie regulowana w dużym stopniu przez państwo bardzo efektywna
gospodarka Japonii zaczęła realnie zagrażać gospodarce Stanów Zjednoczonych.
(...)
Na łamach popularnego tygodnika amerykańskiego "Business Week" z 15
kwietnia 1993r. został opublikowany list otwarty 100 wybitnych intelektualistów
amerykańskich o poglądach lewicowych (głównie ekonomistów), w tym 6 laureatów
nagrody Nobla, do prezydenta USA, Kongresu i prezydenta Rezerwy Federalnej.
Autorzy listu domagali się zwiększenia wydatków budżetowych państwa, nawet
kosztem wzrostu deficytu budżetowego, na pobudzenie rozwoju gospodarki, m.in.
na inwestycje, naukę, oświatę, zdrowie, walkę z bezrobociem. Wzrost deficytu budżetowego
z tego tytułu nie zwiększy - pisali - inflacji, ale przeciwnie, spowoduje
wzrost podaży artykułów rynkowych i wzmocni siłę nabywczą pieniądza. Wzrost
gospodarczy umożliwia bowiem nieinflacyjne
finansowanie deficytu budżetowego. Stymulowanie podaży może być znacznie
korzystniejsze - dowodzili - niż polityka restrykcyjna, trzymająca inflację w
ryzach w warunkach recesji gospodarczej i dużego bezrobocia. Intelektualiści
amerykańscy odrzucili zatem liberalną strategię
gospodarczą i opowiedzieli się za prospołeczną strategią.
Prezydent
Clinton uwzględnił w swoim programie wyborczym postulaty intelektualistów i
zaproponował znaczne rozszerzenie interwencji państwowej w gospodarce, m.in.
poprzez zwiększenie wydatków budżetowych na roboty publiczne, budownictwo
mieszkaniowe, walkę z bezrobociem, rozwój badań naukowych i ich wdrażanie w
gospodarce. Opowiedział się także za podwyższeniem podatków dla obywateli
bogatych i obniżeniem dla biednych. Clinton z dużym powodzeniem zrealizował
swoje programy wyborcze. Bezrobocie w Stanach Zjednoczonych spadło do około 3
proc., po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat zamiast deficytu budżetowego
powstała duża nadwyżka budżetowa. Dynamicznie wzrosły inwestycje, poprawił się
bilans handlowy.
Bill Clinton ogłosił, że gospodarka USA znajduje się "u szczytu siły
sukcesu". Ten moment należy - jego zdaniem - wykorzystać do rozbudowania
systemów socjalnych; 4,5 bln dolarów z nadwyżek budżetowych trzeba, jak
stwierdził, w najbliższych 15 latach przeznaczyć na wzmocnienie wielkich
programów socjalnych.
Zwycięstwa
socjalistów w wyborach parlamentarnych Wielkiej Brytanii, Francji i Niemiec
były na pewno protestem przeciwko liberalizmowi w gospodarce. Nowe władze w
Wielkiej Brytanii podjęły działania zmierzające do poprawy warunków życia ludzi
najuboższych, nierzadko kosztem najbogatszych. Między innymi o 10 proc.
obniżono najniższy próg podatkowy, podwyższono zasiłki dla dzieci, obniżono
podatki dla emerytów, osoby zarabiające powyżej średniej płacą nieco wyższe
składki na fundusz emerytalny. Dochody realne rolników wzrosły w dwóch
ubiegłych latach o 12 proc. Wielka Brytania podpisała Europejską Kartę Socjalną
i planuje dalsze obniżanie podatku dla ubogich5.
Podobne preferencje dla ludzi ubogich wprowadzili także socjaliści we Francji.
Lewicowy rząd francuski podniósł minimalne płace o 4 proc. i podjął walkę z
bezrobociem, w czym pomóc ma redukcja czasu pracy do 35 godzin tygodniowo.
Odziedziczone po prawicowej ekipie 3-milionowe bezrobocie spada6. We
Francji istnieją obecnie liczne podatki od kapitałów, a niezależnie od tego
wprowadzono specjalny podatek majątkowy, zwany "solidarnościowym", od
fortun, który wymaga od podatników szczegółowych deklaracji podatkowych.
Francuzi twierdzą, że to właśnie głównie dzięki temu Francja należy do krajów o
stosunkowo niskiej korupcji i niewielkiej szarej strefie gospodarczej (4,5
proc. PKB). We Francji panuje dość powszechna opinia, że Lionel Jospin ożywił
gospodarkę francuską, która przez długi czas była w stagnacji, wywołanej
właśnie polityką wolnorynkową.
Liczne preferencje podatkowe dla ubogich podatników wprowadzono także w
ostatniej reformie podatkowej w Niemczech. Socjalistyczny rząd Niemiec podjął
energiczną walkę z bezrobociem, które najbardziej dotyka ludzi ubogich.
Nie można, jak
sądzę, zgodzić się z rozpowszechnioną w Polsce opinią, że państwo powinno
szczególnie popierać bogatych biznesmenów, bo to właśnie oni tworzą nowe
miejsca pracy i decydują o wzroście gospodarczym. Oczywiście, biznesmenom
trzeba stwarzać sprzyjające warunki do rozwijania działalności gospodarczej. W
tym celu konieczne jest zwłaszcza rozszerzenie zakresu inwestycyjnych ulg
podatkowych, a nie obniżanie stawek podatkowych, tak jak tego domagają się
biznesmeni.
O tworzeniu
nowych miejsc pracy i o wzroście gospodarczym na pewno decydują w dużym stopniu
biznesmeni, ale nie w mniejszym także konsumenci dóbr przez nich produkowanych.
Nadmierne uprzywilejowanie biznesmenów w polityce podatkowej, dochodowej oraz
upośledzenie pracowników najemnych i tzw. strefy budżetowej, może przecież
skutecznie ograniczyć popyt na produkowane wyroby. Nie będą
zatem potrzebne nowe miejsca pracy, niepotrzebny będzie także wzrost
gospodarczy, ograniczone są bowiem zawsze możliwości eksportu.
Potwierdzają to ostatnie doświadczenia Polski. Nie przynosi oczekiwanych
rezultatów znaczne obniżenie stawek w podatku dochodowym od osób prawnych.
Budżet państwa traci z tego tytułu rocznie ponad 1 mld złotych. Operacja ta
miała przynieść wzrost inwestycji i zmniejszenie bezrobocia, tymczasem nakłady
inwestycyjne... uległy zmniejszeniu..., a bezrobocie wzrosło...
Nadmierne preferencje podatkowe dla biznesmenów i niedocenianie roli
pracowników najemnych w przedsiębiorstwach tworzy zawsze duże dysproporcje
dochodowe pomiędzy pracownikami i biznesmenami i może stać się istotnym
hamulcem dalszego rozwoju społeczno-gospodarczego kraju.
Na potrzebę
walki z nędzą i ubóstwem zwracano już także uwagę w Deklaracji Praw Człowieka,
uchwalonej przez ONZ w 1948 r. (...) Deklaracja ta została potwierdzona i
znacznie rozszerzona w Paktach Praw Człowieka, uchwalonych przez ONZ w 1966 r.,
które zostały przez Polskę ratyfikowane.
Na ostatnim spotykaniu kierownictw Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu
Walutowego, jakie odbyło się w roku ubiegłym w Pradze, jego uczestnicy
jednomyślnie zgodzili się, iż kluczowym problemem świata jest obecnie walka z
ubóstwem i bezrobociem. Oznacza to, że instytucje te nie powinny się dalej
kierować koncepcjami liberalnymi, tak jak to jest dotychczas, ale
prospołecznymi.
Wybitny uczony
amerykański John Kenneth Galbraith, wypowiadając się na ten temat powiedział:
"ci, którzy mówią , a mówią czasem bez
zastanowienia, o powrocie do wolnego rynku Adama Smitha, są w tak grubym
błędzie, że można u nich podejrzewać pustkę umysłową klinicznych rozmiarów.
Jest to coś, czego my na Zachodzie nie mamy, czego nie tolerowalibyśmy i nie
mogłoby u nas przetrwać"7. Czołowy zaś przedstawiciel
najbardziej konserwatywnego nurtu liberalizmu, laureat nagrody Nobla Friedrich
A. von Hayek pisze "Tam, gdzie nie jest możliwe
powstanie warunków niezbędnych do efektywnej konkurencji, musimy odwoływać się
do innych niż rynkowe metod sterowania działalnością gospodarczą (...) skuteczne wykorzystanie konkurencji dopuszcza pewne typy
wtrącania przymusu w życie gospodarcze i podejmowania zatem działań rządu.
Tworzenie warunków, w których konkurencja jest najbardziej efektywna, to
zadania, które stanowią niekwestionowaną dziedzinę aktywności państwa"8.
Profesor
Friedman, twórca szkoły liberalnej, w rozmowie z profesorem Zawiślakiem
powiedział m.in., że polski system finansowy w okresie transformacji przejdzie
do annałów historii nonsensu, a logika polskich liberałów jest logiką z
pogranicza surrealizmu. Friedman powiedział także, że łapie się za głowę,
ponieważ u nas koncepcja monetarystyczna została sprowadzona do absurdu.
Dominujący
obecnie w gospodarce polskiej liberalizm nie odpowiada już także współczesnej
teorii liberalnej, wyznawanej w państwach zachodnich. Nowoczesny liberalizm
został określony w Manifeście Międzynarodowego Stowarzyszenia Liberałów w 1981
r. Manifest ten stanowi, że ideałów liberalizmu nie udaje się osiągnąć w
społeczeństwie, w którym istnieją wielkie obszary bezrobocia i nędzy, w którym
nie ma dostatecznej troski o ochronę zdrowia, dostępu do wiedzy, kultury. Itp.
Należy żałować, że polscy liberałowie wciąż stoją na gruncie ortodoksyjnego,
dziewiętnastowiecznego liberalizmu i nie akceptują Manifestu Międzynarodowego
Stowarzyszenia Liberałów.
Obecnie
interwencjonizm państwowy w gospodarce jest stosowany w większym lub mniejszym
stopniu we wszystkich krajach kapitalistycznych na świecie. Szerszy jest zakres
interwencjonizmu w krajach wysoko rozwiniętych, niż w krajach zacofanych
gospodarczo. W gospodarce krajów rozwiniętych gospodarczo interwencję państwa ułatwia
w dużym stopniu sektor publiczny, obejmujący m.in. energetykę, gazownictwo,
przemysł lotniczy, nuklearny, stoczniowy, stalowy, telekomunikację, banki,
zakłady komunalne. W Polsce, niestety, postępuje totalna prywatyzacja
wszystkich dziedzin gospodarki.
Tendencje światowe zmierzają od lat 30. do stałego
rozszerzania zakresu interwencji państwa w gospodarkę. Rekonstrukcję gospodarki
Europy Zachodniej po 2. wojnie światowej także
zawdzięcza się w dużej mierze interwencji państw w sferę gospodarki. Państwa
kontrolowały i nadal kontrolują politykę kursów walutowych, wymianę
międzynarodową, obroty kapitałowe, subsydiują rolnictwo, budownictwo
mieszkaniowe, opracowują wieloletnie plany rozwoju gospodarki, wprowadzają
reformy monetarne i fiskalne. W czołowych państwach kapitalistycznych
funkcjonuje po kilkadziesiąt agencji rządowych, za pomocą
których dokonuje się redystrybucji znacznej części środków publicznych.
Państwa tworzą i utrzymują infrastrukturę społeczną i techniczną, chronią i
kształtują środowisko naturalne, promują eksport, przeciwdziałają tworzeniu się
monopoli gospodarczych, podejmują aktywne formy walki z bezrobociem,
ograniczają dysproporcje dochodowe ludności, prowadzą aktywną politykę
finansową, pieniężną, regionalną społeczną, naukową. Rolnictwo krajów Unii
Europejskiej jest praktycznie całkowicie wyłączone z gry rynkowej i podlega w
bardzo dużym stopniu interwencji państwa. Tylko kraje latynoamerykańskie
rezygnują z interwencji państwa w sferę gospodarki, ale właśnie z tego powodu
jest ona wysoce nieefektywna.
Bez skutecznej interwencji państw zachodnich w gospodarkę niemożliwe
byłyby: globalizacja ekonomiczna, rewolucja informatyczna, szybki rozwój
przemysłu wysokiej techniki, produkcja komputerów, satelitów, laserów,
Internet.
W Polsce i w
innych państwach środkowej i wschodniej Europy, istnieje szczególnie silna
potrzeba wzmacniania interwencjonizmu państwowego w gospodarce. Bez aktywnego
udziału państwa w gospodarce tych krajów nie ma żadnych szans na ewolucyjne
przejście od gospodarki zarządzanej centralnie do gospodarki rynkowej. W
krajach postsocjalistycznych tylko państwo może zapewnić cywilizowany przebieg
przekształceń własnościowych, restrukturyzację gospodarki, jej demonopolizację,
może stworzyć rynek kapitałowy, zreformować systemy finansowe i bankowe,
dostosowując je do gospodarki rynkowej. Bez aktywnego interwencjonizmu
państwowego, kraje środkowej i wschodniej Europy nie są także w stanie wyjść z
nękających je kryzysów gospodarczych. Pozostawienie tych krajów żywiołowi rynku
może tylko pogłębić ten kryzys.
Istotnym argumentem za rozszerzeniem interwencjonizmu państwowego w gospodarce
polskiej i innych krajów środkowej i wschodniej Europy jest także postępujący
proces integracji naszej gospodarki z gospodarką krajów zachodnich, w których -
jak wiadomo - interwencjonizm państwowy jest stosowany w szerokim zakresie.
Chcąc integrować się z krajami zachodnimi i wejść do Unii Europejskiej, powinniśmy zatem bardziej korzystać z doświadczeń tych
krajów w dziedzinie dominującej tam społecznej gospodarki rynkowej.
---------
Józef
Kaleta, prof. dr hab., w Katedrze Finansów Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu
zajmuje się ekonomią, finansami przedsiębiorstw i gospodarką budżetową.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marian
Dobrosielski: Nieludzkie koncerny, nr 5/2001, str. 33
"No Logo" to tytuł rewelacyjnej, w każdym tego słowa znaczeniu, książki Naomi Klein1. "New York Times", "Newsweek", "Nation", "New Statesman", "Globe and mail" publikują jej prace. Jest zapraszana na wykłady przez uniwersytety Harvarda, Yale, New York. "No logo" wywołała falę entuzjastycznych recenzji w wielkonakładowych i mniej popularnych dziennikach i czasopismach w Anglii, Kanadzie, USA. Krytycy określają tę książkę jako inspirującą, proroczą, fantastyczną, błyskotliwą, wyśmienicie udokumentowaną itp. itd., co z uwagi na jej treść i wymowę, jest czymś niezwykłym.
Książka traktuje bowiem
o praktykach wielkich transanarodowych korporacji w ich bezwzględnym dążeniu do
maksymalizacji zysków, o ich pomysłowych próbach podporządkowywania sobie mass
mediów, szkół, uniwersytetów, polityków, a niekiedy i całych rządów. Naomi Klein wykazuje
różnorodne, negatywne skutki tych
praktyk. Beznamiętne, rzeczowe opisy setek
faktów i wydarzeń, wymowne statystyki, przeciwstawianie losów tych, którzy
wytwarzają towary dla wielkich korporacji w różnych państwach świata, i tych,
którzy z tej pracy
czerpią niebotyczne zyski, obnażają mechanizmy funkcjonowania i
założenia polityki gospodarczej tych korporacji. Dążące do maksymalnego
obiektywizmu, racjonalne opisy i zestawienia faktów i liczb budzą i budzić muszą potężne uczucie
sprzeciwu „u wszystkich tych, którzy
uważają, że ludzi nie wolno traktować jak narzędzi”, pisze jeden z
recenzentów książki.
„No Logo” jest wynikiem czteroletnich studiów, badań i poszukiwań Naomi Klein:
przestudiowaniu kilkudziesięciu książek za i przeciw globalizacji,
skrupulatnego śledzenia poczynań wielkich transanarodowych korporacji, takich
jak Nike, Shell, McDonald’s; podróży do Filipin, Indonezji, Nigerii w celu
zbadania warunków, w jakich powstają produkty reklamowane i sprzedawane
przez wspomniane i inne korporacje; kontaktów z ruchami antykorporacyjnymi w
licznych miastach i uniwersytetach USA, Kanady, Anglii.
Książka Naomi Klein
opatrzona jest blisko 600 przypisami, 20 tabelami i zestawieniami
statystycznymi, a bibliografia do niej zawiera około 60 pozycji. Podaję te
dane, by „uczeni mężowie”, adepci neoliberalizmu, „naukowo” uzasadniający
politykę gospodarczą
wielkich korporacji i ich wizję
globalizacji, nie mogli zbywać argumentacji autorki twierdzeniem, że
jest ona populistyczna, demagogiczna, nienaukowa, jednostronna itp.
W przeciwieństwie do wielu autorów, którzy rozpoczynają swoje prace od prezentacji określonych tez czy hipotez, a następnie starają się je uzasadnić, m.in. przytaczając rozmaite przykłady, Naomi Klein obiera metodę indukcyjną. Opisuje wiele różnorodnych faktów, podaje setki przykładów praktyk stosowanych przez wielkie korporacje wobec różnych instytucji i ludzi. Uogólnienia nasuwają się same i składają na spójną, usystematyzowaną, niesprzeczną, logicznie uzasadnioną całość.
Autorka wykazuje, że „astronomiczny wzrost bogactwa i wpływów transnarodowych korporacji” w ostatnich dwu dekadach ubiegłego wieku jest m.in. wynikiem zastosowania pozornie prostej idei, rozwiniętej w owych latach przez teoretyków zarządzania. Głosili oni, że żeby osiągać maksymalne zyski, korporacje powinny przede wszystkim dbać o stworzenie imponujących znaków firmowych i rozwinąć wokół nich potężną kampanię reklamową, a produkcję towarów traktować jako rzecz drugorzędną. Dotychczasowe koncentrowanie się wielkich przedsiębiorstw na produkcji dóbr prowadziło, zdaniem ekspertów, do zbytniego rozrostu administracji, przerostu biurokracji, nadmiernego wzrostu zatrudnienia. Proces produkcji, zarządzania własnymi zakładami produkcyjnymi, zatrudnianie dziesiątek tysięcy stałych, etatowych pracowników uznali oni za niepotrzebne, dotkliwe obciążenie, a nie za drogę do sukcesu.
Pionierami realizacji tej idei były takie
koncerny, jak Nike, Microsoft, Intel. Dzięki „postępowi” w liberalizacji
handlu światowego, firmy te zawierały kontrakty na produkcję swych towarów z
zagranicznymi kontrahentami, przeważnie w tzw. państwach Trzeciego Świata, a same koncentrowały
się na kształtowaniu wizerunku swych znaków firmowych. O wiele ważniejszy od
produkcji stał się dla nich marketing. Wspomniana formuła okazała się niezwykle
skuteczna. „Kto posiada najmniej nieruchomości, opłaca
najmniejszą liczbę zatrudnionych, a tworzy najpotężniejsze wizerunki swojej
firmy, ten wygrywa współzawodnictwo”2. Logo, jego znaczenie i wizerunek stają się
kluczowymi elementami rozwoju nowoczesnych korporacji, a reklama głównym środkiem
uzmysłowienia tego znaczenia opinii publicznej.
Do wzrostu zysków i
wpływów wielkich korporacji na różne dziedziny życia i znaczenia ich znaków
firmowych przyczyniła się polityka
drastycznego obniżenia podatków wielkim korporacjom w USA, Kanadzie, Anglii i
wielu innych państwach. Tak np. w USA w 1952 r. podatki od koncernów stanowiły 32,1 proc.
dochodu państwa, a w 1998 r. wynosiły jedynie 11,5 proc. W latach 70. rozpoczęła się też, inspirowana przez koncerny, histeryczna
wręcz kampania przeciwko molochowi administracji rządowej, jej gigantycznym
wydatkom. Oskarżano każdy polityczny ruch, dążący do ograniczenia wolności i
regulacji działania wielkich korporacji, o zmierzanie do narodowego bankructwa.
Od lat 80, szybko wzrastał sponsoring wielkich
korporacji. Wydatki amerykańskich korporacji na ten cel wzrosły od niecałego miliarda w 1985 r. do prawie 7
mld USD w 1998 r. Rzecz jasna, to
sponsorowanie nie odbywa się bezinteresownie. Dofinansowywanie
najróżnorodniejszych imprez sportowych, koncertów, filmów, zgromadzeń
religijnych składa się na dość powszechne przekonanie, że twórczość kulturalna
czy organizowanie wielkich imprez, byłyby niemożliwe bez szczodrości wielkich
firm, które w rzeczywistości sprzedają nam w ten sposób swój wizerunek, swoje
logo.*
---
* Bo i
przeważnie nie byłoby to możliwe, chyba, żeby dofinansowywał je Budżet, który
specjalnie się w kapitalizmie do tego nie kwapi, podobnie zresztą jak i
podatnicy do płacenia podatków.
Trudno się dziwić, że firmy wystawione na konkurencję, dofinansowywanie... traktują jako biznes, a nie czystą filantropię. Owszem,
czasami budzi to pewien niesmak. Łatwo się jednak rozgrzeszyć: pieniądze się
przydadzą.
Anonimus
---
Naomi Klein podaje liczne przykłady wpływania na organizatorów różnych imprez, by właściwie lansowali
wizerunek danej korporacji. (...)
(...) ...logomania
rozszerzyła się na
wszystkie wielkie korporacje transnarodowe.
Logo stało się nie tyle znakiem produktu, co określonym symbolem stylu życia,
postawy, zbioru wartości, ideą.
Analizy ekonomiczne i demograficzne różnych regionów świata z początków lat 90.
skłoniły wielkie koncerny do skierowania agresywnej kampanii reklamowej przede
wszystkim do nastolatków i ich podstarzałych naśladowców... By jak najskuteczniej dotrzeć do młodzieży,
korporacje rozpoczęły
penetrację szkół wszystkich szczebli. Odbywało się to i odbywa
pod hasłem przybliżenia szkołom osiągnięć nowoczesnych technologii i
umożliwienia zatrudnienia w przyszłości uczniów i studentów w swych firmach. Zachęcają
studentów do zainteresowania się ich koncernem, pisania na temat ich logo, a
nawet projektowania reklam. (...) Nie tylko o reklamę jednak w tych kontraktach
chodzi. Pracownikom naukowym i studentom nie wolno wyrażać negatywnych opinii
czy podejmować jakichkolwiek akcji szkodzących dobremu imieniu danej
korporacji.
Koncerny zamawiają i finansują badania naukowe... (...)
...szczególnie z firmami farmaceutycznymi, które dają zamawiającej
firmie prawo veta w razie publikacji niekorzystnych dla firmy wyników badań.
Zdarzają się pojedyncze przypadki rebelii wśród naukowców przeciw tego typu
praktykom... (...)
Koncerny fundują też katedry i profesury. (...) Egoistyczny interes wielu nauczycieli
akademickich wyraża się w cichej zgodzie na gwałcenie zasad wolności badań i
wolności słowa. (...)
Naomi Klein podaje liczne przykłady tego typu cenzury, których z braku miejsca
relacjonować nie będę. Przytoczę tylko jej ogólny wniosek: „Zebrane razem,
przykłady te stwarzają obraz korporacyjnej przestrzeni jako państwa
faszystowskiego, w którym my wszyscy oddajemy hołd logo i mamy niewiele okazji
do krytycyzmu, ponieważ nasze gazety, stacje telewizyjne , serwery Internetu,
ulice i supermarkety kontrolowane są przez korporacje”. Naomi Klein stwierdza jednak, że kontrola
nie jest totalna i zdarzają się publikacje książkowe, reportaże, filmy godzące
w interesy korporacji, czego przykładem jest jej książka. Naomi Klein obala
mit, że różnego rodzaju ulgi podatkowe i poparcie państwa dla polityki
gospodarczej wielkich koncernów , przyczyniają się do tworzenia nowych miejsc
pracy w ich rodzinnych krajach. John Ermatinger, prezes Levi Strausa, tak
wyjaśniał strategię korporacji po zamknięciu 22 fabryk
w USA i w Kanadzie oraz zwolnieniu 13 tys. robotników między listopadem
1997 a lutym 1999 r.:
„Naszą strategią w
Ameryce Północnej jest skoncentrowanie się na promocji naszego logo, marketingu
i projektowaniu ubiorów. (...) Przerzucanie produkcji do różnych części świata i powierzenie
jej naszym kontrahentom uczyni naszą firmę bardziej elastyczną i konkurencyjną”.
Olbrzymie wydatki na fuzje, marketing i kształtowanie wizerunku firm prowadzą do radykalnego zmniejszenia inwestycji na tworzenie nowych zakładów produkcyjnych i miejsc pracy we własnych państwach. Coraz częściej wielkie koncerny Nike, Reebok, IBM, General Motors, Levi Strauss poszukują po całym świecie możliwie tanich producentów swych towarów. Interesują ich jedynie jak najniższe koszty produkcji, a nie warunki pracy, dzięki którym je osiągają. Ta strategia doprowadziła m.in. do powstania np. w Indonezji , Meksyku, Wietnamie, Chinach, na Haitii i Filipinach, rozlicznych stref wolnocłowych, stref produkcji dla eksportu, zwanych „rajami podatkowymi”. (...)
Niezależnie od kraju, na obszarze którego znajdują się takie strefy, losy robotników są bardzo do siebie podobne. „Dzień pracy jest długi – czternaście godzin w Sri-Lance, dwanaście w Indonezji, szesnaście w Południowych Chinach, dwanaście na Filipinach. Olbrzymia większość robotników to kobiety, zawsze młode, pracujące na zamówienie firm z USA, Anglii, Japonii, Niemiec czy Kanady. Panuje tam dryl wojskowy. Nadzorcy często seksualnie je molestują. Płaca poniżej kosztów utrzymania. Praca nużąca i nie wymagająca wysokich kwalifikacji”.
Burmistrz Rosario w rozmowie z Naomi Klein stwierdza, że jedynie 30 spośród 207 zakładów Cavite płaci minimalne podatki. Zwolnienie od podatków obowiązuje przez pięć lat. Większość przedsiębiorców zamyka zakłady pracy przed upływem tego terminu, by po krótkim czasie otworzyć ten sam zakład pod inną nazwą i znów korzystać z pięcioletniego zwolnienia od podatków. „Nie możemy zapewnić podstawowych usług naszej ludności – mówi zrozpaczony burmistrz. Potrzebujemy wody, dróg, opieki zdrowotnej, oświaty. Oczekują tego od nas mieszkańcy Rosario, przekonani, że otrzymujemy pieniądze z podatków strefy bezcłowej”. Filipiny, jak i inne ubogie państwa, utrzymują strefy bezcłowe w mniemaniu, że tworzą one miejsca pracy, a zarobki robotników przyczynią się do wzrostu gospodarczego kraju. Problem polega jednak na tym, że zarobki są tak niskie, iż w całości wydawane są na nędzne utrzymanie. W Rosario, jak i we wszystkich strefach bezcłowych na Filipinach, przestrzegana jest zasada zakazu strajków i organizowania związków zawodowych.
Koncerny domagają się od rządów państw, w których
wytwarzane są dla nich towary, by ustalały jak najniższe minimalne płace. Tak
np. uznano, że w Chinach minimalna płaca powinna wynosić 87 centów za godzinę
(przeciętna płaca za podobną pracę wynosi w USA – 10 USD za godzinę, a w
Niemczech – 18,50 USD). Mimo to, jak wykazuje raport sporządzony w 1998 r.
przez Charlesa Kernaghana z Narodowego Komitetu Pracy, wielkie korporacje płacą
w Chinach o wiele mniej: Nike i Adidas 16-22 centów za godzinę. W zakładach produkujących
dla tych, jak i innych korporacji (Sears, Kmart, Wal-Mart), pracuje się 10-15
godzin dziennie, w warunkach urągających wszelkim cywilizowanym
standardom.
Innym elementem maksymalizacji zysków koncernów* w ich własnych krajach,
jest
dążenie do minimalnego zatrudnienia
etatowego, gwarantującego świadczenia społeczne, płatne urlopy itp., przez
zapewnienie sobie płynnej rezerwy pracowników okresowych, gorzej płatnych i nie
korzystających z żadnych tego typu uprawnień. Zatrudnia się okresowo ludzi z
wyższym wykształceniem, zwolnione pielęgniarki, nauczycieli, studentów, którzy
nie mogą znaleźć pracy zgodnej z ich kwalifikacjami. Płace są bardzo niskie,
wynoszą około połowy uposażenia etatowych pracowników.
W USA od 1986 r. liczba okresowo zatrudnionych wzrosła trzykrotnie. Microsoft,
firma Billa Gatesa, najbogatszego człowieka na świecie (55 mld USD), była
pionierem w pozbywaniu się etatowych i angażowaniu okresowo zatrudnianych
pracowników. (...)
---
*Maksymalizacja zysków koncernów, może wynikać
zarówno z chciwości ich kierownictwa, dążenia do prestiżu, jak i z walki
konkurencyjnej: przyciągnięcie inwestorów, udziałowców itp. Ograniczanie
zatrudnienia etatowego personelu, i
obniżanie płac niektórym pracownikom okresowym, społecznie może się nie
podobać, negatywnie może oddziaływać na całą gospodarkę danego kraju, ale
firmy, w myśl akceptowanej doktryny, walczą o własne interesy, a o resztę
powinna się martwić „sama reszta”, „niewidzialna ręka rynku” i opatrzność.
Anonimus
---
Praktykę licznych transnarodowych korporacji autorka ilustruje wieloma przykładami. Warto przybliżyć
czytelnikowi treść tej opowieści.
Rosnąca
fala nieufności opinii publicznej w licznych państwach świata
przyczynia się do powstawania coraz potężniejszego międzynarodowego ruchu
skierowanego przeciwko tym trzem spośród najpotężniejszych i najbardziej
wpływowych korporacji. (...)
(...) Zaczęło się w lutym 1995 r., kiedy
Shell finalizował swoje plany zatopienia zardzewiałej i przestarzałej...platformy wiertniczej... w Oceanie Atlantyckim,
150 mil od wybrzeży Szkocji. Greenpeace przeciwstawiała się temu zamiarowi. Shell zignorował
protesty... (...)
Kapitulacja Shella skompromitowała też Johna Majora i była jednym z czynników,
które doprowadziły do jego śmierci politycznej. W roku 1995 Shell „wsławił” się
jeszcze głośniejszym
zbrodniczym skandalem.
Od 1950 r. koncern wydobył naftę wartości 30 mld.
USD z ziemi Ogoni w delcie Nigru. Większość ludności cierpi tam na brak wody
pitnej, żyje bez elektryczności, na ziemi skażonej wydobywaną ropą naftową.
Ruch Przetrwania Ludu Ogoni (MOSOP) od lat domagał się reform społecznych i
odszkodowań od Shella. Wojska rządowe tłumiły bunty, mordując i torturując
tysiące ludzi. Wobec narastającej fali protestów, Shell wycofał się z Ziemi Ogoni
w 1993 r.
Władze Nigerii postanowiły zlikwidować Ruch, by umożliwić Shellowi powrót i
dalsze wydobywanie ropy naftowej. (...)
Do protestujących przyłączył się też międzynarodowy PEN-Club. Nadine
Gordimer, laureatka nagrody Nobla, w artykule w „New York Times” pisała: „kupować ropę naftową z Nigerii znając
panujące tam warunki, to kupowanie ropy naftowej w zamian za krew”. (...)
Shell przeznaczył 9 mln USD na różne akcje
charytatywne, które miały podreperować wizerunek, lecz w niewielkim tylko
stopniu zmienił swoje postępowanie. W marcu 1999 r. doszło w Nigerii do nowych,
tym razem już z użyciem przemocy, protestów przeciwko tej korporacji.
Trzecia opowieść dotyczy McDonald’sa. (...)
W 1990 r. McDonald’s zaskarżył
autorów pamfletu o zniesławienie. (...)
(...) Proces trwał siedem lat
Zeznania 180 świadków były dla koncernu w większości upokarzające. (...)
Sąd uznał
niektóre zarzuty pamfletu za przesadne, lecz większość z nich za
odpowiadające rzeczywistości. (...)
W coraz większym stopniu
łączą się wysiłki
ekologów, ruchów w obronie prawa pracy i praw człowieka, przedstawicieli związków zawodowych, młodych i
starszych pokoleń, studentów, naukowców i intelektualistów o wrażliwości
społecznej, a nawet lewicowych polityków. (...)
W kwietniu 1998 r. organizacje antyglobalizacyjne i antykorporacyjne odniosły
znaczący sukces. Udało im się zmusić Organizację Współpracy Gospodarczej i
Rozwoju (OECD), grupującą państwa najbardziej rozwinięte, do rezygnacji z
zawarcia przygotowywanego w tajemnicy Wielostronnego Układu (MAI)
Inwestycyjnego. Wspomniane organizacje wykazały, że projekt tego układu,
opracowywany w ścisłej tajemnicy, zmierzał do zapewnienia transnarodowym
korporacjom globalnej dominacji. 18 czerwca 1999 r. ruchy
antykorporacyjne zorganizowały
globalny karnawał przeciw kapitałowi
w związku ze spotkaniem na szczycie
G-8 w Kolonii. Tego dnia odbyły się demonstracje w siedemdziesięciu
różnych miastach świata przed giełdami, bankami, supermarketami i centralami
korporacji. Naomi Klein opisuje przebieg tych protestów w Kolonii, Madrycie,
Montevideo, Genewie, Port Harcourt w Nigerii. Jej książka kończy się stwierdzeniem, że powstaje
społeczny ruch „równie globalny i równie
zdolny do skoordynowanej akcji, jak transnarodowe korporacje, których władze i
wpływy zamierza zdecydowanie zwalczać”).
Zdołałem w ograniczonym tylko stopniu przedstawić bogactwo informacji, faktów, liczb i myśli zawartych w książce Naomi Klein. Wprost nie do wiary, że książka została napisana przed demonstracjami ruchów antyglobalizacyjnych przeciw takim międzynarodowym organizacjom, jak Światowa Organizacja Handlu, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy, oraz przeciw przywódcom G-8, w Seattle, Waszyngtonie, Seulu, Pradze, Davos i konferencją w Porto Alegre. Prognoza Naomi Klein, sformułowana w zakończeniu książki, sprawdza się.
Nie ulega wątpliwości, że Klein jest pod dużym
wpływem myśli społecznej
Noama Chomsky’ego (Polecam jego wydaną w Polsce książkę „Zysk
ponad ludzi. Neoliberalizm i ład globalny”). O ile jednak wybitny językoznawca,
Noam Chomsky, koncentruje się szczególnie na aspektach polityki wewnętrznej i
zagranicznej rządów USA, Naomi Klein wzięła na warsztat politykę gospodarczą
transnarodowych koncernów. Jest to wielką zaletą tej książki. Można jej
zarzucić, że nie omawia bardziej szczegółowo związków tych korporacji z
własnymi i obcymi rządami, politykami, mass mediami, że nie pisze o praktykach
koncernów zbrojeniowych. Byłyby to jednak zbyt daleko idące wymagania, a próby
ich uwzględnienia prowadzić by mogły do abstrakcyjnych i niezbyt przekonujących
ogólników. Zresztą nie brak jest opracowań dotyczących tych zagadnień.
Powtórzę: książka Naomi Klein jest rewelacyjna pod każdym
względem i napawa nadzieją wyeliminowania z czasem tak nieludzkich,
brutalnych,
antyspołecznych praktyk wielkich korporacji
i stworzenia usankcjonowanego przez prawo
międzynarodowe kodeksu ich postępowania.
Jeszcze kilka lat temu różnego rodzaju ruchy społeczne i organizacje
pozarządowe koncentrowały się przede wszystkim na krytyce, obnażaniu hipokryzji i
wykazywaniu sprzeczności między wzniosłymi deklaracjami a rzeczywistym
działaniem koncernów. Koncerny z kolei określały akcje
tych ruchów i ich uczestników jako nieodpowiedzialne i szkodliwe burdy
anarchistów, zadymiarzy, demagogów, oszczerców, z którymi nie ma sensu
podejmować jakichkolwiek dyskusji.
W ciągu niespełna dwu lat sytuacja zmieniła się radykalnie. Wspomniane ruchy,
nie odstępując od krytyki, dążą do wypracowania alternatywnej koncepcji globalizacji, opartej na rzeczywistym przestrzeganiu praw człowieka
wszędzie i przez wszystkich, na zniwelowaniu przepaści między bogatymi i biednymi państwami, jak i
między bogatymi i biednymi wewnątrz poszczególnych państw, na przywróceniu
pełnego znaczenia i realizacji autentycznej wolności i autentycznej
sprawiedliwości społecznej.
Wyrazem tego było odbywające się w tym samym
czasie (25-30 stycznia br.) co tradycyjne doroczne Światowe Forum Gospodarcze w Davos,
Światowe Forum Społeczne w Porto Alegre w Brazylii, określone przez wielu jako
anty-Davos. Uczestniczyło w nim 12 tys. osób ze 100 krajów, reprezentujących
kilkaset organizacji pozarządowych, związkowych, politycznych, etnicznych,
kobiecych, ekologicznych. Znamienne, że uczestniczyło w nim 463 parlamentarzystów
reprezentujących różne partie polityczne z 27 krajów. „Inny świat jest
możliwy”, było hasłem tego forum. Postawiło ono sobie za zadanie wypracowanie alternatywnej koncepcji globalizacji przez
współpracę społeczeństw obywatelskich, lecz nie przez dyktat korporacyjnej,
neoliberalnej polityki ekonomicznej.
Uczestnicy spotkania w Davos nie mogli już ignorować czy zbywać obraźliwymi epitetami ruchów reprezentowanych w Porto
Alegre. Wyświetlili nawet na zaśnieżonym
zboczu tego miasta olbrzymie hasło: „Utrzymujmy dialog”. Pocieszający jest
fakt, że rozszerzają się i łączą ruchy społeczne, obywatelskie, które coraz
bardziej skutecznie przeciwstawiają się nieludzkim praktykom korporacji i
neoliberalnej polityce gospodarczej. Smutne natomiast, że w Polsce tak mało
jest informacji i
dyskusji na tematy poruszane w książce Naomi Klein, że polska młodzież nie
interesuje się zbytnio tą problematyką i nie uczestniczy w społecznych,
europejskich i globalnych ruchach przeciw nieludzkiej polityce wielkich
korporacji.
1 Naomi
Klein, "No Logo". Flamingo. London 2001, str. 511
2 Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
---------
Marian
Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz
współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
----------
Rozmowa z Naomi
Klein: Polityka z 23
października 2004 roku, str. 48-51. Rozmawiał Jacek Żakowski.
Książka „No logo” ukazała się już w przekładzie na język polski (2004 r.). W Internecie jest dużo
informacji na jej temat. Z tych powodów
jeszcze się nie zdecydowałem, czy będę ją szerzej prezentował na swoich
stronach. Wstrzymuję się też – przynajmniej na razie - z komentarzami w
odniesieniu do całości tematów.
Uważam jednak za celowe wnieść, także w tym miejscu, kilka uwag,
na jeden wątek „konkurencja” (bez jego szerszego rozwijania):
•
Konkurencja jest niewątpliwie motorem postępu
techniczno-organizacyjnego.
• Konkurencja wśród firm jest
niewątpliwie korzystna dla konsumentów jako takich, tj. bez wnikania, z jakich
źródeł mają pieniądze.
• Konkurencja wśród firm, jeśli
na rynku występuje nadwyżka „rąk do pracy”, może stać się bardzo łatwo
niekorzystna dla tych konsumentów, którzy żyją z pracy i przegrali w swojej
walce konkurencyjnej o pracę.
• Konkurencja, ze wszystkimi jej
pozytywnymi i negatywnymi skutkami, coraz łatwiej i skuteczniej, dzięki/lub na
skutek globalizacji, obejmuje cały świat.
Każdy kij ma dwa końce. Jeden ten, który my trzymamy w
ręku, drugi ten, którym sami możemy oberwać.
„Nieludzkie koncerny” prawdopodobnie
o wiele mniej byłyby nieludzkie, gdyby:
- same nie musiały walczyć o
przetrwanie,
- na świecie występował niedobór, a nie
nadwyżka rąk do pracy.
Na świecie występuje
nadwyżka rąk do pracy, bo:
- procesy demograficzne,
- konkurencja,
- postęp techniczno-organizacyjny.
Problemy nabrzmiewają! Czy można je rozwiązać, ograniczając negatywne skutki
konkurencji, a wzmacniając pozytywne? Rzucę tylko kilka haseł, dość zresztą
znanych, ale trudnych do prawidłowego urzeczywistnienia.
• Rozwiązania prawne.
• Umowy międzynarodowe.
• Przestrzeganie.
• Fachowość zarządzających, mądre
i wyważone decyzje.
• Odpowiedni sektor publiczny w
gospodarce, traktowany jako „wentyl bezpieczeństwa”, w tym
- zapewnienie dla tego sektora
fachowego zarządzania,
- zapewnienie dla tego sektora ochrony
na tyle, żeby w ramach konkurencji nie musiał/nie mógł sięgać do rozwiązań
antyspołecznych, nie upadł, a jednocześnie nie pozwolił do nadużywania jego
roli.
Co mogę powiedzieć na uzasadnienie. Też argumenty dość znane, choć jakby
lekceważone.
•
Gdyby, „władcy świata”, w porę i skuteczniej rozwiązywali
narastające napięcia,
• Gdyby, „władcy świata”, w porę
przestali lekceważyć „komunizm” i „faszyzm”
- na świecie nie doszło by do
niewyobrażalnych tragedii.
Historia
„nie lubi” powtarzać się dosłownie. „Generałowie
wiedzą, jak można było wygrać wojnę, która się zakończyła. Zaskakują ich
jedynie warunki nowej”. Ruchy idealistyczne, w pewnych warunkach,
przekształcają się w rozwiązania skrajne, będące zaprzeczeniem ideałów, które
same głosiły/głoszą. Czysty racjonalizm, nawet bez egoistycznego wyrachowania,
nie zawsze jest nieomylny.
Wyszydzanie idei
sprawiedliwości społecznej raczej nie jest zbyt mądre, nawet gdy mamy na myśli,
co z tej „sprawiedliwości społecznej” czasami/często naprawdę w praktyce
wychodzi. Godzenie się na to, żeby coraz
więcej ludzi na świecie czuło się odrzuconymi, jest nie tylko nieetyczne, ale
wręcz niebezpieczne. „Zadymy” ruchu globalistycznego, mniejsza z tym, na ile
zamierzone, a na ile przez kogoś wykorzystane lub sprowokowane, są po prostu
„śmiesznie niepoważne” w porównaniu do tego, do czego może dojść, gdy ktoś
bardziej radykalny w działaniu, mający środki i pozbawiony skrupułów, może zrobić
dla wykorzystania gniewu miliardów ludzi.
Dalej nie rozwijam, bo zbyt daleko musiałbym
odejść od skutków samej tylko konkurencji (i tak już mocno odbiegłem)
. Nawiasem mówiąc, sam się w tym wszystkim czuję „mocno zagubiony”, to
jest w czytaniu i analizowaniu przeróżnych poglądów, i dlatego, w pewnym sensie nawet dla relaksu, postanowiłem na
swoich stronach zaprezentować nieco filozofii.
Na marginesie. Do porównań międzynarodowych
proponuję podchodzić dość ostrożnie: dane mogą być nie w pełni porównywalne.
Nie specjalizuję się w tym temacie, nie chcę więc go bliżej komentować.
Grudzień 2004
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław
Baka: Silna
waluta, nr 4/2001, str. 6
Tego nikt się
nie spodziewał. Na początku marca br. średni kurs dolara spadł poniżej 4,00 zł.
(...) Nieoczekiwane i nadzwyczajne umocnienie się złotego przyjmowane jest
przez większość obywateli z zadowoleniem. Powoduje bowiem obniżenie cen towarów
importowanych i ogólnego poziomu inflacji, prowadzi do zmniejszenia kosztów i
zwiększenia dostępności atrakcyjnych wyjazdów turystycznych za granicę itd.
Ważny jest również aspekt psychologiczny. Mocny złoty dowartościowuje obywateli
polskich na arenie międzynarodowej. Chciałoby się, aby tak było zawsze. Ekonomiści
i politycy nie mogą jednak nie zadać pytania, czy obecne umocnienie się złotego
jest zjawiskiem trwałym, czy też ma charakter koniunkturalny i zniknie równie
łatwo, jak się pojawiło, a może jeszcze gorzej: przekształci się w swoje
przeciwieństwo, głęboką i trwałą deprecjację i dewaluację.
Na to
zasadnicze pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Zdania na ten temat są
podzielone nawet w takim gremium, jak Rada Polityki Pieniężnej NBP...
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław
Sadowski: Mocna złotówka i słaba przyszłość, nr 4/2001, str. 8
Złoty polski
coraz bardziej się umacnia. Chyba mało kto przypuszczał, że po tym, jak kilka
miesięcy temu kurs dolara wynosił 4,70 zł i zastanawiano się, kiedy osiągnie
poziom 5 zł, teraz kurs ten spadnie aż poniżej 4 zł. Tanieje również euro, choć
nieco mniej spektakularnie. Te zmiany są ważne dla charakterystyki obecnej
sytuacji gospodarczej Polski.
Czy można
cieszyć się z tego, że złoty staje się taki mocny? Otóż nie można, bo on wcale
nie staje się mocny, mimo że jego kurs idzie do góry. Ten kurs podnosi się
t6ylko i wyłącznie dzięki napływowi kapitału zagranicznego, który chętnie
lokuje się w obligacjach skarbowych i innych papierach wartościowych, zachęcany
przez najwyższe w Europie stopy procentowe i przez sam wzrost kursu. Napływ ten
jednak nie czyni złotego silną walutą, gdyż jest on całkowicie zdany na
międzynarodowe ruchy kapitału. Gdy nadejdzie moment wycofywania kapitału z
lokat w Polsce, kurs złotego natychmiast spadnie. Co więcej, im wyżej się
winduje, tym bardziej niebezpieczny może stać się upadek.
Wysoki i
rosnący kurs złotego byłby bardzo korzystnym zjawiskiem, gdyby stanowił
odzwierciedlenie mocnej pozycji kraju na rynkach światowych, gdyby więc Polska
miała dodatnie saldo w bilansie handlowym, czyli nadwyżkę eksportu nad
importem, a jej eksport miał wysoką dynamikę i dobre perspektywy. Niestety...
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jerzy
Hausner: Polityka równości szans,
Przesłanki teoretyczne i założenia programowe, nr 4/2001, str. 23
W ciągu
ostatnich kilkudziesięciu lat w krajach o rozwiniętej gospodarce rynkowej
wystąpiły zjawiska, które przyczyniły się do pojawienia się nowych i
zaostrzenia dotychczasowych nierówności społecznych:
- masowe i długotrwałe bezrobocie,
- biedni pracujący, którzy mimo zatrudnienia nie są w stanie uzyskać dochodów
na poziomie minimum socjalnego,
- elastyczne zatrudnienie, podważenie klasycznej umowy o pracę,
- różnicowanie się jednorodnych dotychczas grup zawodowych, między innymi z
powodu deregulacji rynku pracy i nowych form umowy o pracę,
- nietypowe niepełne rodziny, przy braku odpowiedniej reakcji po stronie opieki
społecznej,
- zanik rodziny wielopokoleniowej,
- zanik klasy robotniczej jako siły integrującej i nadającej tożsamość,
- dżungla prawna - gąszcz przepisów i faktyczna nierówność wobec prawa,
wynikająca z wysokich kosztów zapewnienia sobie pomocy prawnej,
- narastanie przestępczości - socjalizacja przez przestępczość i zbiorową
agresję.
Summa
summarum, w wielu społeczeństwach zachodnich w ciągu dwudziestu lat problemem
przestało być faktyczne społeczne uzależnienie, a stało się osamotnienie i
wyobcowanie. Życie zaczęło w coraz większym stopniu przypominać loterię czy
kasyno, a jednocześnie społeczeństwa w coraz większym stopniu stają się
społeczeństwami abstrakcyjnymi, bez solidarności. Te fakty są dostrzegane nie
tylko przez lewicowych krytyków kapitalistycznego porządku. Przypomnę choćby
doroczny raport Banku Światowego za rok 2000, którego główną tezą jest potrzeba
walki z ubóstwem. Przywołać też można raport BŚ za rok 1997 dotyczący roli
państwa, w którym jako jedną z podstawowych funkcji wskazano ochronę
najsłabszych.
Mamy więc
wyraźnie do czynienia z poszukiwaniem nowego modelu rozwoju, odwrotem od
neoliberalnej rewolucji; jest to jednak odwrót, a nie zanegowanie wszystkich
jej haseł. Nowe poszukiwania dotyczą, po pierwsze, relacji wzrostu
gospodarczego i zatrudnienia. Wiadomo, że nie ma mechanicznej zależności między
stopą wzrostu a poziomem zatrudnienia. Można oczywiście zmierzyć jaką korelację
między nimi, ale to nie oznacza, że działa mechanizm, który występowanie
takiego statystycznego związku mógłby gwarantować i utrwalać.
Bezrobocie
było w gospodarkach rynkowych przez wiele lat tolerowane, bo nie groziło
kryzysem konsumpcji, ponieważ państwo opiekuńcze zapewniało bezrobotnym
dochody. Koszty wysokiego bezrobocia przenoszone na system zabezpieczenia
społecznego stały się jednak tak wysokie, że dzisiaj prawie żadne z państw nie
jest już w stanie dalej prowadzić takiej polityki. Stąd obecnie kładzie się
akcent nie na zabezpieczenie w sytuacji
utraty pracy, ale na utrzymanie tracących pracę na rynku pracy. Próbuje
się to osiągać różnymi sposobami. W krajach anglosaskich takim sposobem jest
liberalizacja, uelastycznienie i segmentacja rynku pracy, a przede wszystkim
strategia niskich płac i kosztów pracy. Skutkiem jest rzeczywiście niskie
bezrobocie, ale także ubóstwo i narastanie nierówności. Inny problem, to bardzo
częsta pułapka zatrudnienia w niektórych segmentach rynku pracy, gdzie nie ma
żadnej drogi przejścia do pracy związanej z wykorzystywaniem coraz bardziej
zaawansowanych technologii.
Wzorem
neoliberalnej polityki była przez wiele lat Nowa Zelandia, ponieważ kraj ten
przeszedł transformację od klasycznego państwa opiekuńczego do radykalnego
modelu neoliberalnego. Po dwudziestu latach tej praktyki mamy tam dzisiaj do
czynienia z gwałtownym wzrostem nierówności dochodowej, wzrostem liczby
podopiecznych pomocy społecznej we wszystkich jej segmentach, nasileniem
zachorowalności, eksplozją przestępczości i liczby więźniów.
Drugim
sposobem utrzymania tracących pracę na rynku pracy jest ekspansja zatrudnienia
socjalnego, przede wszystkim w sektorze pomocy społecznej i administracji
publicznej. Tak postępuje się w krajach skandynawskich. Taka polityka pociąga
jednak wysokie koszty i prowadzi do nadmiernej feminizacji zatrudnienia w
części sektora publicznego.
Trzecim modelem
reagowania państwa na kryzys zatrudnienia jest wzorzec kontynentalny, w którym
nadal dominuje trzymanie części siły roboczej poza rynkiem pracy i zapewnienie
jej zaopatrzenia (trwałe wyjście z rynku pracy na zasiłek).
Każde
z tych trzech rozwiązań ma słabości. Mimo wszystko najmniejsze wydaje się mieć
te przyjęte w krajach skandynawskich.
Warto na ten temat poważnie dyskutować, skoro dla Polski bezrobocie stało się najpoważniejszym problemem. Jeżeli
nie podejmie się zdecydowanych i konkretnych działań zaradczych, będzie ono
nieuchronnie rosnąć, bo wynika to między innymi z niekorzystnej tendencji
demograficznej. Najbardziej wątpliwe w naszych
warunkach wydaje mi się rozwiązanie związane z radykalną deregulacją rynku
pracy.
Drugi ważny
przedmiot światowej debaty – to wzrost
nierówności. Często podkreśla się, że wynika on z systematycznego wzrostu
we współczesnej gospodarce udziału dochodów nie pochodzących z pracy najemnej,
mimo długotrwałego wzrostu wydajności pracy. Przede wszystkim jest to powodowane
polityką wysokich stóp procentowych, która prowadzi do kumulacji i reprodukcji
nierówności. Ważne są dwa aspekty tego problemu. Po pierwsze, dzięki wysokim
stopom procentowym ludzie, którzy mają kapitał, mają szansę na pomnażanie go,
po drugie, ci, którzy nim nie dysponują – nie mają szans na uzyskanie kapitału
założycielskiego, kredyt bowiem jest bardzo drogi. Dlatego, między innymi,
eksperci Banku Światowego twierdzą obecnie, że zatrudnienie i usuwanie ubóstwa
muszą znaleźć się w centrum każdego
programu dostosowań strukturalnych. To zupełnie inny sposób myślenia, niż
sprzed 10 lat, kiedy rozpoczynała się nasza transformacja.
Konkluzja jest następująca: wzrost
gospodarczy bez dbania o równość jest możliwy (co Polska zresztą udowadnia),
ale wcześniej czy później taki wzrost zostanie podważony. Jednocześnie
usuniecie ubóstwa strukturalnego, przezwyciężenie wykluczenia, które się
dokonało, jest niezwykle trudne i kosztowne, jeśli w ogóle możliwe. Polityka wzrostu bez względu na nierówności, skazuje całe
pokolenia na społeczne wykluczenie.
Trzeci wielki dyskutowany problem, to kwestia równości i sprawiedliwości.
Oswoiliśmy się ze sloganem, że równy nie znaczy sprawiedliwy; usprawiedliwia on
wszelką nierówność. Teza „równy, nie znaczy sprawiedliwy”, powinna wyznaczać
konieczność poszukiwania właściwych kryteriów równości, a nie rezygnowanie z
niej jako politycznego postulatu i kryterium oceny. Polityka nastawiona powinna
być nie na znoszenie nierówności, lecz na zapobieganie zbyt wielkiej
nierówności i wykluczeniu społecznemu.
Stąd ogniskowanie działań raczej na warunkach osiągania, niż na
wyrównywaniu osiągnięć.
Czwarte wielkie zagadnienie obecnych poszukiwań i nowego myślenia, to kwestia
instrumentów. Tutaj coraz mocniej podkreśla się, że mamy do czynienia z dwoma
wymiarami nierówności – strukturalnym i koniunkturalnym. Tradycyjna polityka
dochodów, w tym polityka podatkowa, koncentruje się na nierównościach
koniunkturalnych. To jest jednak dalece niewystarczające , aby sobie radzić z
nierównościami strukturalnymi. Chodzi o nierówności warunków wyjściowych, czy –
inaczej powiedziawszy – w zakresie dóbr pierwotnych bądź kapitału wyjściowego.
Jeżeli te różnice są bardzo znaczne, to korygowanie ich przez mechanizm
redystrybucji, przez politykę dochodową, jest bardzo kosztowne i
konfliktogenne, a czasami wręcz niemożliwe. Dlatego przesłaniem staje się
polityka minimalnego kapitału wyjściowego, który jednostka musi uzyskać aby
zapewnić rzeczywistą równość szans.
Taki minimalny kapitał wyjściowy obejmuje:
wykształcenie i kwalifikacje; mieszkanie; ochronę zdrowia; transport
(dostępność fizyczna) i komunikację (dostępność informacyjna); kredyt.
Nowoczesna i skuteczna polityka równości szans powinna być budowana wokół tych
pięciu punktów. Wymaga ona innego, niż obowiązujący, modelu służb publicznych.
W przypadku takiej polityki muszą się one zajmować przede wszystkim
przywracaniem i wzmacnianiem więzi społecznych oraz redukowaniem nierówności
strukturalnych, a nie tylko zapewnianiem osłony w przypadkach nieszczęśliwych
okoliczności.
Jednocześnie z
tej światowej debaty wynikają pewne postulaty ogólne.
Po pierwsze, polityka gospodarcza musi być także
nakierowana na spójność społeczną, na jej przestrzenny, socjalny i ekonomiczny
wymiar.
Po drugie, prawa i wolności aktualizują
się wyłącznie przez uczestnictwo. Tylko uczestnictwo tworzy zdolność do
korzystania z praw. Bez niego, w tym uczestnictwa w rynku pracy, nie ma
faktycznej możliwości korzystania z praw i swobód.
Po trzecie, osłabienie i demontaż
państwa opiekuńczego w dobie globalizacji, nie jest ekonomiczną koniecznością –
jak się często mechanicznie utrzymuje – lecz konsekwencją doktrynalnego wyboru.
Nie wszędzie takiego wyboru dokonano i nie wszędzie zdemontowano państwo
opiekuńcze. Są bardzo różne drogi i modele systemowego dostosowania państwa
opiekuńczego do warunków globalizacji. Przy czym globalizacja wcale nie
blokuje, przeciwnie, wymusza znalezienie właściwej drogi dla danego
społeczeństwa. Nie podważa też ona potrzeby opiekuńczej funkcji państwa.
Działalność taka powinna być jednak silnie nakierowana na umożliwianie zmian
społecznych.
Wiąże się to jednak z formowaniem trzech filarów nowej polityki równości
szans: indywidualnej aktywności,
grupowej solidarności i spójności społecznej. Bez tego wyrównywanie warunków
wyjściowych nie jest możliwe, a hasło równości szans staje się fikcją i usprawiedliwieniem nierówności, liberalnym
frazesem, równością czysto formalną, którą Anatol France kiedyś nazwał „równością prawa biednego i bogatego do
spania pod mostem”.
Z powyższego wynika, że trwają intensywne poszukiwania nowego modelu rozwoju,
który w centrum zainteresowania polityki umieszcza następujące
zagadnienia: wzrost promujący
zatrudnienie; wzrost niwelujący nierówności; równość i sprawiedliwość;
przeciwdziałanie nierównościom strukturalnym.
W próbach formułowania takiego modelu rozwoju najczęściej przyjmuje się
następujące ogólne założenia i postulaty:
- nie ma mechanicznej zależności między
stopą wzrostu i poziomem zatrudnienia;
- ogólnogospodarcze koszty masowego i
wysokiego bezrobocia są bardzo wysokie i nie mogą być tolerowane;
- wysokie stopy procentowe prowadzą do
kumulowania i reprodukcji nierówności społecznych;
- zatrudnienie i ubóstwo muszą znaleźć
się w centrum każdego programu dostosowań strukturalnych;
- wzrost gospodarczy bez dbania o
równość społeczną jest możliwy, ale prędzej czy później załamie się;
- usunięcie ubóstwa i przezwyciężenie
społecznego wykluczenia jest niezwykle trudne i kosztowne;
- „równy, nie znaczy sprawiedliwy”,
stało się sloganem usprawiedliwiającym nierówność;
- polityka powinna zostać nastawiona nie
na znoszenie nierówności, lecz zapobieganie nadmiernej nierówności i
społecznemu wykluczeniu z niej wynikającemu, czyli raczej na wyrównywanie
warunków osiągnięć niż samych osiągnięć;
- polityka równości szans musi się
koncentrować na warstwach najbardziej zagrożonych, w przypadku których
występuje kumulacja czynników
nierówności;
- klasyczna polityka dochodów, w tym
polityka podatkowa, koncentruje się na nierównościach koniunkturalnych, co jest
dalece niewystarczające;
- jeśli nierówności warunków wyjściowych
(w zakresie dóbr pierwotnych, czyli kapitału wyjściowego) są zbyt znaczne,
korygowanie ich przez mechanizm redystrybucji jest kosztowne i konfliktogenne,
a w konsekwencji, nawet niemożliwe;
- służby publiczne powinny przede
wszystkim zajmować się przywracaniem więzi społecznych i redukowaniem
nierówności strukturalnych, a nie tylko zapewnieniem osłony w przypadku
nieszczęśliwych okoliczności;
- najskuteczniejszym instrumentem
polityki spójności społecznej jest zapewnienie jednostkom uczestnictwa w rynku
pracy;
- prawa i wolności aktualizują się przez
uczestnictwo;
- osłabienie i demontaż państwa
opiekuńczego, to nie ekonomiczna konieczność w dobie globalizacji, ale
konsekwencja doktrynalnego wyboru;
- globalizacja nie podważa potrzeby
opiekuńczej działalności państwa, jednakże działalność taka powinna być
nakierowana na umożliwienie społecznej zmiany.
Jak, w świetle tej debaty, wygląda sytuacja w Polsce? Poniżej minimum
socjalnego żyje ponad 50 proc. społeczeństwa. Tak wielka jest więc strefa
zagrożenia wykluczeniem. Poniżej granicy ubóstwa absolutnego, a więc w strefie
elementarnego zagrożenia zdrowia i życia, żyje 6 proc. ludności, w tym na wsi
około 10 proc.
Znaczna cześć naszego społeczeństwa jest już obecnie uzależniona od transferów
społecznych, co dotyczy zwłaszcza ludności wiejskiej. Bardzo wysoki jest udział
rent inwalidzkich w całym systemie świadczeń. Jeżeli w Niemczech na 1000
zatrudnionych jest 66 rent inwalidzkich, to w Polsce aż 153. Ponad 14 proc.
ludności stanowią osoby uznane prawnie za niepełnosprawne, przy czym 5 proc.
ogółu społeczeństwa to ludzie, którzy – choć prawnie za takie uznane – nie są
faktycznie niepełnosprawnymi.
Wzrasta koncentracja ubóstwa. Co druga osoba żyjąca poniżej absolutnej granicy
ubóstwa ma poniżej 18 lat, co trzecia -
poniżej 14. Duża część dzieci jest niedożywiona. Wśród długotrwale bezrobotnych
60 proc. stanowią osoby, które nigdy nie pracowały, w ogóle nie weszły na rynek
pracy.
Liczba bezdomnych nie jest znana, ale można szacować, że jest ich co najmniej
80, a być może nawet 200 tys. Ogólnie, brakuje półtora miliona mieszkań.
Około 24 proc. zatrudnionych w sektorze prywatnym otrzymuje wynagrodzenie
poniżej granicy ubóstwa. TRo polscy biedni pracujący. W sektorze publicznym
także się to zjawisko pojawia, ale w znacznie mniejszym stopniu.
Nierówności dochodowe w Polsce narastają. Można przyjąć, że obecnie są one
wyższe o 50 proc. w stosunku do punktu wyjścia, czyli początku systemowej
transformacji. Trwa dyskusja – czy to dużo. Czy mało? Jedno jest pewne, że aktualnie są one
dwukrotnie wyższe niż w Czechach, na Węgrzech i w Słowacji.
Tylko 22 proc. Polaków uważa, że Polska jest krajem równych szans. W ostatnich
latach wskaźnik ten wyraźnie spada. Jest on przy tym znacznie niższy, niż w
społeczeństwach Unii Europejskiej.
Wnioski z tego
pobieżnego przeglądu danych i obserwacji są następujące:
- nie ulega wątpliwości, że gospodarka
rośnie;
- rośnie też konsumpcja, i tym samym
polskie społeczeństwo się bogaci;
- rosną nierówności dochodowe i
społeczne;
- rośnie strefa ubóstwa i skala
wykluczenia społecznego, a to oznacza, że
- wyczerpują się możliwości wzrostu
gospodarczego oraz konieczne jest dokonanie zwrotu w polityce gospodarczej.
Polityka to zawsze arbitraż i wybór, jej sednem jest regulowanie nierówności.
Trzeba więc decydować o tym: równość czego i w imię czego. Nie ma bowiem
równości absolutnej. To oznacza, że trzeba ustalić pewne priorytety. Sądzę, że
jest przynajmniej 8 obszarów polityki gospodarczej, które powinny znaleźć się w
centrum programu lewicowego rządu.
Zatrudnienie i walka z bezrobociem
Są tu dwie kluczowe kwestie. Pierwsza, to absolwenci wchodzący na rynek pracy. Nie
można się godzić na to, że nie mają oni szansy na uzyskanie pierwszej pracy. Po
drugie, lada moment narastać będzie problem osób w średnim wieku, które będą
usuwane z firm prywatnych, jako wiekowo zaawansowane, czyli „zbyt stare”. To są
dwie grupy newralgiczne, wobec których muszą się pojawiać nowe rozwiązania.
Przy czym wyraźnie widać, że nie wystarczy polityka wspierania i tworzenia
nowych miejsc pracy. Niezbędne są także instrumenty zwiększające szanse
zatrudnienia, które byłyby adresowane wprost do poszukującego pracy, a nie
tylko potencjalnego pracodawcy.
Najpewniejsze perspektywy na stopniowe przeciwstawianie się tej klęsce
społecznej, którą stanowi już w Polsce masowe i strukturalne bezrobocie
powiązane ze wschodzącą falą wyży demograficznego, stanowi koncepcja
samozatrudnienia związanego z pobudzaniem gospodarki lokalnej. Warunkami koniecznymi jej realizacji jest
tani kredyt i mikroprzedsiębiorczość. To jednak wymaga innego spojrzenia na
kwestie makroekonomiczne, a przede wszystkim zupełnie innego spojrzenia na
dotychczasowy system zatrudnienia. Jednocześnie przestrzegam przed deregulacją
rynku pracy, to postulat, którego nie należy bezkrytycznie przyjmować.
Liberalizacja niektórych przepisów Kodeksu Pracy jest wskazana, ale tylko
wówczas, kiedy równocześnie będą uregulowane kwestie zbiorowych stosunków
pracy. Nie można rozpatrywać jednej
kwestii w oderwaniu od drugiej.
Oświata
Reforma, która miała zwiększyć szanse dostępności młodzieży wiejskiej do
wykształcenia, w rzeczywistości tę szansę zmniejsza. Taka reforma społecznie
nas cofa, tylko czy można jeszcze cofnąć
tę reformę?
Ochrona zdrowia
Tu najważniejsze jest podkreślenie, że wprowadzone rozwiązania ograniczają
faktycznie dostępność świadczeń. Po części prowadzi to do racjonalizacji zachowań
zdrowotnych, ale w znacznej mierze oznacza realne zmniejszenie opieki na
poziomie elementarnym, czemu trzeba skutecznie zaradzić. Określony koszyk
świadczeń musi być rzeczywiście powszechnie gwarantowany. Skoncentrowanie się
na tym jest najważniejsze, bowiem dyskusja, czy utrzymać, czy rozwiązać kasy
chorych, jest obłudą w sytuacji, gdy potrzeby zdrowotne nie są zaspokajane na
poziomie uznanym za elementarny. Działania powinny iść nie w kierunku nowych
jeszcze bardziej skomplikowanych modeli organizacyjnych, a w kierunku
przywrócenia podstawowej opieki. Tym bardziej że jednocześnie narasta w służbie
zdrowia żywiołowy proces prywatyzacji albo raczej patologicznej komercjalizacji
usług. Sens ekonomiczny tego procesu polega na tym, że nakłady na utrzymanie placówek
zdrowia w dalszym ciągu ponosić będzie państwo lub nie będą one ponoszone w
ogóle, co oznacza postępującą dekapitalizację i degradację ich majątku,
natomiast dochody z usług medycznych przejmować będą „uwłaszczający się”
pracownicy służby zdrowia.
Budownictwo mieszkaniowe
W tym przypadku koncentracja działań powinna dotyczyć osłabienia bariery
pierwszego mieszkania. W tej dziedzinie zasadnicze pytanie dotyczy tego, czy
istniejące systemy wspomagające oszczędzanie na mieszkanie są wystarczające pod
względem sprawności i skali uruchomionych w nich środków.
Inwestycje publiczne
Nie chodzi o inwestycje centralne w tradycyjnym znaczeniu, lecz przede
wszystkim o lokalne i regionalne, wspierane jednak ze środków krajowych.
Obecnie najbardziej pilne stają się inwestycje dotyczące niektórych obszarów
wielkich miast, gdzie już koncentrują się środowiskowe patologie.
...
Zabezpieczenie społeczne
SLD powinien zdecydowanie mocniej opowiedzieć się za trzecim sektorem –
organizacjami społecznymi i wolontariatem. Konkretnie oznacza to poparcie dla
przygotowywanej jeszcze w 1996 r. ustawy o działalności pożytku publicznego. To
bardzo ważne, ponieważ pomoc społeczna musi być coraz bardziej adresowana i
organizowana w skali mikro. To oznacza, że administracja publiczna potrzebuje
partnerów do jej efektywnego zapewniania. Pożądany kierunek wiedzie od państwa
do społeczeństwa opiekuńczego.
Tutaj jednym z najtrudniejszych problemów jest odkładana reforma Kasy
Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego (KRUS), która w obecnej postaci działa
bardziej jako organizacja opieki społecznej niż instytucja ubezpieczenia
społecznego.
Równouprawnienie kobiet i mężczyzn
Nowy system emerytalny – co szczególnie podkreślam – rzeczywiście ogranicza
szanse kobiet na uzyskanie porównywalnej do mężczyzn emerytury. Dlatego należy
spokojnie powrócić do problemu wieku emerytalnego kobiet, gdyż krótszy okres
zatrudnienia kobiet, będący kiedyś przywilejem, staje się dziś dyskryminacją.*
* Jeszcze większą dyskryminacją jest
podwyższenie wieku emerytalnego kobiet bez możliwości zapewnienia im pracy..
Anonimus
Rozwój regionalny
Naprawdę poważne różnice międzyregionalne występują nie na poziomie 16
województw, lecz wewnątrz nich. Wewnętrznie zróżnicowane są województwa
ekonomicznie mocne (mazowieckie), jak i słabe (podkarpackie). Niestety,
zwłaszcza na politykę wewnątrzregionalną, nie ma środków i to wymaga zmiany.
Grupę słabych województw, do których trzeba zaliczyć: podlaskie, podkarpackie,
warmińsko-mazurskie, świętokrzyskie i lubuskie, w zasadzie wyróżnia jeden
wspólny czynnik – słaby potencjał naukowo-techniczny i niewątpliwie tutaj
potrzebne jest działanie, które dotyczy ich wszystkich. Pytanie, jak niwelować
te strukturalną różnicę, czy wystarczy wspieranie ośrodków uniwersyteckich i
tworzenie nowych wyższych szkół zawodowych, czy trzeba iść dalej, wspomagając
formowanie się regionalnych i lokalnych centrów transferu technologii.
Aktywnego podejścia i krajowego wsparcia wymagają niektóre obszary. Zaliczam do
nich obszary popegeerowskie, które zamieszkuje 400 tysięcy osób – w zasadzie
bez żadnych szans na zmianę swego położenia. Drugim trudnym obszarem
problemowym są małe gminy górnicze. Im więcej środków budżetowych lokuje się w
restrukturyzację kopalń, tym mocniej działa spirala zapaści gmin górniczych.
Nie jest to więc rozwiązywanie, a jedynie przesuwanie problemu. Kolejny obszar,
to niektóre stolice byłych województw, o których – mimo szumnych zapowiedzi
rząd zapomniał – może oferując im dialog, ale nic na rozwój.
Odrębnego
skomentowania wymagają dwa zagadnienia
tradycyjnie wpisywane w program lewicy. Pierwsze – to kwestia dochodu
gwarantowanego. Moim zdaniem, ustanowienie dochodu gwarantowanego rodzi groźbę
zerwania więzi między pracą a dochodem. A to w istocie oznacza oddzielenie
gospodarki od solidarności społecznej, a w dalszej konsekwencji wyzwolenie
rynku z wszelkich zobowiązań natury społecznej.
Drugie zagadnienie – to kwestia umowy społecznej. Watro ją podnieść, zwłaszcza w kontekście
rozmów na temat „paktu dla wsi”, czy też natarczywie ostatnio zgłaszanego
pomysłu „paktu dla pracy”. Umowa
społeczna to porozumienie kluczowych grup społecznych, a nie tylko rządzących z
wyborcami. Nie należy sprowadzać polityki i demokracji do pasywnego rejestrowania woli i nastroju
wyborców. Polityka powinna polegać na kreowaniu wspólnoty. SLD, mając wyraźnie zarysowane tezy programu rządowego, powinien teraz
podjąć rozmowę z zorganizowanymi grupami społecznymi, by rozpocząć obywatelską
debatę o trudnych i skomplikowanych problemach. Celem ma być nie tylko
zyskiwanie poparcia wyborczego, ale także poszukiwanie szczegółowych rozwiązań
i tworzenie społecznej bazy dla ich wprowadzenia.
Demokracja to bowiem nie technika, a kultura.
Nie jest możliwe jej kultywowanie bez realnego dialogu społecznego, który
w Polsce w ostatnich latach został całkowicie podminowany i zerwany. Bez
rzeczywistego i zinstytucjonalizowanego dialogu, żadne pakty dla rolnictwa czy
kontrakty regionalne nie mają społecznego znaczenia. Są grą polityczną,
techniką, a nie kulturą.
Jednocześnie
czym innym jest deklaracja wyborcza, a czym innym przygotowywanie programu
działań rządowych. SLD ma dobry, świeży manifest programowy. Jednocześnie stale
pojawiają się dylematy, jak choćby związany z opodatkowaniem kapitału i
dochodów od kapitału.
To tylko
przykłady wielowątkowych zagadnień, których nie da się rozstrzygać w wąskich i
sektorowo wyprofilowanych zespołach programowych. Wymagają one szerszej debaty
przed podjęciem wiążących decyzji politycznych. Jest ona niezbędna również
dlatego, że każde ugrupowanie zyskujące duże poparcie wyborców i formujące rząd
staje wobec natłoku słusznych celów. To poważne wyzwanie, zwłaszcza gdy wielkie
stają się oczekiwania i aspiracje społeczne. Można mu sprostać tylko wtedy, gdy
podejmie się obywatelską debatę i podsumuje ją w programie działania,
zawierającym sekwencję realizacji celów i jej uzasadnienie.
--------
Jerzy
Hausner, prof. dr hab. w Katedrze Gospodarki i Administracji Publicznej
Akademii Ekonomicznej w Krakowie. ............
Starcy
wierzą we wszystko; dorośli we wszystko wątpią; młodzi wszystko wiedzą (O.
Wilde)
Lubię mówić o niczym. Jest to jedyna rzecz, o której cokolwiek wiem (O. Wilde)
Łatwiej jest nie wejść, niż wyjść (M. Twain)
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marek
Ross: Sieciokracja, nr 4/2001, str. 50
Przeczytałem
właśnie interesującą pracę, której tytuł w tłumaczeniu na język polski brzmi:
„Sieciokracja - książka o elektronicznym społeczeństwie klasowym”1.
Mówiąc w dużym uproszczeniu, główna teza autorów jest następująca. Ponieważ
najważniejszym czynnikiem gospodarczym w tzw. knowledgebased economy jest
informacja, obserwujemy właśnie zastępowanie kapitalizmu dawnego typu przez
nową formację; autorzy pracy wyraźnie lubiący neologizmy, nazywają ją
„informacjonalizmem”. Prowadzi to do powstania dwóch nowych klas :
„sieciokratów”, dysponujących ekskluzywną informacją i kierujących globalną
gospodarką (obiegiem kapitału, lokalizacją inwestycji etc.) oraz
„konsumtariatu”: ludzi znarkotyzowanych konsumpcją, którzy zatracili ambicje
przekształcania świata i zdolność kierowania swoim życiem, a jedynie łykają
„przeżutą rozrywkę” masowych mediów, jaką każą im dostarczać „sieciokraci”.
Gdzieś na marginesie tych dwóch klas plączą się coraz mniej potrzebni politycy,
skoncentrowani głównie na budowie swojego medialnego wizerunku, coraz lepiej
prowadzący kampanie wyborcze, ale coraz gorzej rozwiązujący konkretne problemy.
Nowa
polaryzacja socjalna
Należy zaznaczyć, iż praca Barda i Söderqvista jest unikającym wartościowania,
beznamiętnym opisem procesu, który przyrównują oni do czasów, gdy feudalizm
ustępował miejsca kapitalizmowi. Nie jest to też książka wybitnie odkrywcza –
wiele tez sformułowali już wcześniej i w sposób bardziej zniuansowany inni
autorzy ...
Dyskusyjna jest też teza autorów, iż powszechnie dostępna sieć multimedialna
ogranicza demokrację. Pamiętajmy, że sukcesy
akcji przeróżnych NGO (Non-Governmental Organisations) nie byłyby
możliwe bez wykorzystania Internetu. Sądzę,
że Internet jest neutralny, jak każde inne medium. Wszystko zależy od tego, kto
i w jakim celu z niego korzysta.
Natomiast coraz więcej danych statystycznych potwierdza główną tezę książki
Barda-Söderqvista i wskazuje, iż efektem rewolucji informatycznej jest to, co
agendy ONZ nazwały Digital Divide; prowadzi on do marginalizacji i
proletaryzacji całych grup społecznych,
a w dalszej perspektywie – także całych narodów4.
...
Schyłek państwa narodowego
W czasie 19.-wiecznej rewolucji przemysłowej, business i państwa narodowe żyły
w swoistej symbiozie. Była ona możliwa dzięki ekspansji kolonialnej,
przybierającej często formy wręcz ludobójcze (np. amerykański badacz Adam
Hochschild wykazał, że działalność firm Leopolda II w Kongu Belgijskim
kosztowała przynajmniej 9 mln ofiar5). Nie istniały wówczas ponadnarodowe korporacje
a rywalizacja firm o surowce i rynki zbytu miała odbicie w stosunkach
międzypaństwowych. Załamanie się systemu
kolonialnego po 2. wojnie światowej spowodowało, że interesy businessu i państw
narodowych zaczęły być rozbieżne.
Nieuchronny konflikt był względnie podskórny dopóki istniało zagrożenie
komunizmem, później przybrał formy bardziej otwarte. (...)
Aby polskiemu czytelnikowi uzmysłowić, że teza o wycofywaniu się państwa nie jest
przesadna, posłużę się przykładem z własnego życia. Mieszkam w Sztokholmie, w
domu będącym własnością międzynarodowego holdingu finansowego. Jeżdżę metrem zarządzanym przez angielską filię
koncernu francuskiego. Korzystam z usług amerykańskiego operatora
telefonicznego, a domowy Internet zapewnia mi operator norweski. Rachunek
bieżący mam w banku duńsko-szwedzko-norwesko-fińskim, prywatne ubezpieczenie emerytalne – w firmie
brytyjsko-holenderskiej. Jeżeli źle zaparkuję samochód, mandat wypisuje mi kontrolerka
szwedzkiej firmy prywatnej. Jedyną instytucją szwedzkiego państwa, z którą mam
kontakt dwa razy w roku, jest urząd podatkowy.
Trudno o lepszy symbol globalizacji niż gazeta, którą codziennie wyjmuję ze
skrzynki: nazywa się wprawdzie „Svenska Dagbladet”, ale jest własnością
koncernu norweskiego, a jej naczelny ma obywatelstwo fińskie.
Powinności państwa
Nie trzeba ukrywać faktu, że abdykacja państwa w wielu dziedzinach ma powody
finansowe. Przytoczę tu tylko jeden znamienny przykład. Na badania podstawowe,
stosowane i rozwojowo-wdrożeniowe Szwecja wydaje największy w świecie procent
produktu krajowego, bo 3,85 proc. PKB (...)
Jednakże tylko 28 proc. wszystkich badań naukowych w Szwecji odbywa się
w instytutach wyższych uczelni, reszta – w laboratoriach i placówkach
badawczych szwedzkich firm. W dodatku także na wyższych uczelniach coraz
większą rolę odgrywają środki pochodzące nie z budżetu, ale z tzw. zewnętrznych
źródeł finansowych, np. na politechnice sztokholmskiej z tych zewnętrznych
źródeł pochodzi ca 70 proc. środków
przeznaczonych na badania. Po prostu, nawet bogatego państwa szwedzkiego nie
stać już na finansowanie coraz kosztowniejszych badań naukowych. Nawiasem
mówiąc, smętna sytuacja Polski i na tym też polega, że nie ma ona i już nie
będzie miała własnych wielkich kapitalistów, a trudno się spodziewać, aby
kapitaliści zagraniczni finansowali naukę polską lub lokowali nad Wisłą swoje
najnowocześniejsze placówki badawcze.
Jednakże z faktu, iż wiele problemów skomplikowanego świata można dziś
efektywnie rozwiązywać tylko na szczeblu ponadpaństwowym, np. Unii
Europejskiej, wcale nie wynika, że państwo narodowe – jak to twierdzili
„nawiedzeni” neoliberałowie –ma tylko pilnować dyscypliny finansowej i nie
przeszkadzać wielkim korporacjom, gdyż wszystkie problemy najlepiej rozwiąże
osławiona niewidzialna ręka rynku.
Przeciętny młody Polak, od roku 1990 wychowywany przez dominujące w
kraju media prawicowe, zdaje sobie sprawę, że państwo powinno prowadzić jakąś
politykę ekonomiczną (która jednak ex definitione nie może sprowadzać się tylko
do kształtowania podaży pieniądza!) oraz chronić swoich obywateli z zewnątrz
(przy pomocy sił zbrojnych) i wewnątrz kraju (przy pomocy policji). Na ogół jednak nie jest świadomy, że w wielu
krajach Europy Zachodniej obowiązki państwa dotyczą także trzech innych, równie
ważnych obszarów. Są nimi:
1) dostępne dla każdego szkolnictwo
wszystkich szczebli na możliwie wysokim poziomie;
2) opieka nad najsłabszymi
obywatelami;
3) nowoczesna infrastruktura w całym
kraju.
Dziedzinom tym poświęcę chwilę uwagi.
Edukacja dla wszystkich
Aczkolwiek żyję w kraju, w którym konieczność opłat za naukę kojarzy się wręcz
z „horrorem ekonomicznym”, charakterystycznym tylko dla „socjalnie niedorozwiniętych
społeczeństw klasowych”, nie chcę tu wdawać się w spór, czy lepsze jest
szkolnictwo bezpłatne, czy płatne. Praktyka poucza, że szkolnictwo płatne też
częściowo niwelować może różnice socjalne, ale jedynie w kraju tak bogatym, że
stać go na bardzo rozbudowany system stypendialny. Polska krajem tak bogatym
nie jest i niestety jeszcze długo nie będzie.
...
Opieka nad najsłabszymi
Nikt rozsądny nie jest dziś tylko z powodów ideologicznych przeciwnikiem
prywatyzacji. Nie znaczy to oczywiście, że firma państwowa zawsze i wszędzie
ustępować musi firmie prywatnej. Niedawny, z początków września 2000 r., raport
szacownego amerykańskiego banku inwestycyjnego Merrill Lynch o gospodarce
Szwecji, jest istnym peanem na cześć efektywności i sprawności szwedzkich firm
państwowych. Jednak takich firm dochodowych, skutecznie walczących z prywatnymi
konkurentami, jest już bardzo niewiele...
W
ostatnich dziesięciu latach przeszła przez Szwecję fala bardzo szerokich
prywatyzacji i dla obywateli był to
proces korzystny, z jednym wszak istotnym wyjątkiem. Otóż po pewnym
czasie do szwedzkich mediów zaczęły się
zgłaszać pielęgniarki i opowiadać o skandalicznych
praktykach w niektórych sprywatyzowanych zakładach opieki dla ludzi starych,
zwłaszcza z demencjami (odwodnione staruszki, drastyczne ograniczenie wizyt
lekarzy, faszerowanie środkami nasennymi etc.), czy w placówkach dla
niepełnosprawnych dzieci. Należy skądinąd podziwiać wysokie morale tych pielęgniarek i opiekunek, które wiedziały, co
je czeka – wszystkie bez wyjątku zostały przez pracodawców ukarane
natychmiastowym zwolnieniem z pracy, choć przytoczone przez nie fakty zostały
potwierdzone przez inspekcje nadzoru. (I
co dalej? Jak to się skończyło? Anonimus). Wkrótce
potem okazało się, że także prywatne kursy językowe i zawodowe dla imigrantów
osiągnęły poziom ponurej groteski. Zaczęto kontrolować inne sektory: mówiąc krótko,
prywatyzacja czy wydzierżawienie usług
na zasadzie przetargu okazało sił mało udane wszędzie tam, gdzie klienci
z powodu ograniczonej sprawności czy zwykłego strachu (przypadek imigrantów)
nie mogli się skarżyć na ich jakość. W takich przypadkach ogromna jest pokusa
oszczędzania na etatach stałego personelu, na lekach i kosztownych urządzeniach
wspomagających (które często są trzymane zamknięte w szafie), na wizytach
lekarzy i innych specjalistów, nawet na produktach żywnościowych.
Celem każdego
przedsiębiorcy jest zysk i nikt na świecie nie zakłada firmy w celu
charytatywnym. Gdy prywatny zarządca przejął w tym roku podmiejską kolejkę
wahadłową w Sztokholmie, to tak „zracjonalizował” warunki pracy, że zwolniło
się 76 maszynistów, w komunikacji zapanował chaos, a demonstracje
rozwścieczonych podróżnych szybko zmusiły władze miasta do interwencji.
...
Infrastruktura
(...) Cerf nie mógł się nadziwić, iż
wiodącymi informatycznie krajami świata jest, oprócz USA, akurat pięć
peryferyjnych państw nordyckich: Finlandia, Szwecja, Islandia, Norwegia i
Dania. Jego zdaniem, decydujące znaczenie miało tu państwowe wsparcie rozwoju
informatycznej infrastruktury. Z tą opinią trudno się nie zgodzić. ... W Szwecji
55 proc. wszystkich uczniów ma własny adres elektroniczny, a normy,
które inne państwa Unii Europejskiej (Internet w każdej szkole, 1 komputer na 5
uczniów w gimnazjum i na 10 uczniów w szkole podstawowej) chcą osiągnąć dopiero
w końcu roku 2001, już zostały przekroczone, ale nie byłoby to nigdy możliwe
bez pomocy państwa.
Skazani
na dwie Polski
W Polsce wielkie różnice w poziomie życia obserwuje się nie tylko między
ludnością miejską i wiejską, ale także między wschodnią i zachodnią częścią
kraju. Różnice te, znacznie jaskrawsze niż w innych państwach Europy, są chyba
naszą specjalnością narodową.
Jeden z dzisiejszych polskich liberałów wsławił się powiedzeniem, że II
Rzeczpospolita była szwajcarskim zegarkiem, który zepsuła komuna. Jednak żyjący
w przedwojennej Polsce, obiektywni i życzliwi naszemu krajowi obserwatorzy
zagraniczni często wyrażali opinię, iż było to państwo skazane na zagładę z
powodu swoich przerażających kontrastów socjalnych i konfliktów
narodowościowych. Posłużę się tylko jednym przykładem. W roku 1989 wydano w Sztokholmie dziennik
przedwojennego sekretarza szwedzkiego poselstwa w Warszawie, Svena Grafström9.
Ten pochodzący ze środowiska urzędników państwowych liberał i antynazista, nie
miał nic wspólnego z żadnym socjalizmem, a Polaków darzył wręcz zdumiewającą
życzliwością – reprezentował nawet polskie interesy w Niemczech od początku
wojny do końca listopada 1939, kiedy to III Rzesza przestała uznawać to pełnomocnictwo
Szwecji – przekazał z polskiej placówki w Sztokholmie znaczną sumę pieniędzy
„we właściwe ręce” w Warszawie, w Gestapo interweniował, czasami skutecznie, w
obronie aresztowanych etc. A jednak jego opis Polski, „gdzie hrabiowie są prawie tak liczni, jak
zające w ich włościach”, jest wielkim
oskarżeniem stosunków społecznych w naszym kraju. O sławnych balach u Róży
Tyszkiewiczowej Grafström pisał w sposób kojarzący się raczej z późniejszą
propagandą PRL. Był przerażony polskim
zacofaniem gospodarczym, a zwłaszcza niewiarygodną nędzą na wsi, np. z okazji
polowania na Podlasiu odnotował ze zdumieniem łodzie z wydrążonych pni
bukowych, które w innych krajach „wywołują
ślinotok u archeologów, gdy uda im się coś takiego odkopać w torfowisku”. Nadmienię, że poziom życia polskiej ludności
wiejskiej w ogóle szokował Szwedów, np. Carl Herslow – wrogi lewicowości
dyplomata i oficer elitarnego pułku, dyrektor Polskiego Monopolu Zapałczanego,
a później konsul generalny w Warszawie – również napisał we wspomnieniach: „Przeraziłem
się, gdy z okazji polowania po raz pierwszy zobaczyłem polską wieś”10.
W Szwecji luterański solidaryzm
nie pozwalał na taką nędzę najemnych robotników rolnych, choć ówczesny szwedzki
system fornalski nie zapewnił im szczególnej radości życia.
Niestety, zdaniem dzisiejszych szwedzkich obserwatorów, sytuacja ludności
wiejskiej w niektórych rejonach Polski jest znowu przerażająca. Prawicowa „Svenska Dagbladet” opublikowała 6
X 2000 r. reportaż ze wsi Grabówka i z pobliskich Mikołajek. Autor, ze szwedzką pedanterią, nazwiskami i
fotografiami, przedstawił losy dwóch rodzin. Jedna to tylko średnio zamożni
przedsiębiorcy: willa w Warszawie warta
5 milionów SEK, letnisko w Mikołajkach, właśnie przez firmę Inter Commerce zbudowane (15 tysięcy SEK za metr
kwadratowy), duża łódź żaglowa na jeziorze, świetny samochód. Druga rodzina to
Anna Lisowska, jej mąż Misza i córeczka Weronika. W popierającej prokreację
katolickiej Polsce Annę zwolniono z pracy, gdy tylko zaszła w ciążę. Ta młoda
kobieta, razem z rodziną mieszka u teściów – dwupokojowe mieszkanie zajmuje łącznie 6 osób, a z nich
tylko Misza ma pracę i zarabia 700 zł miesięcznie. Prawicowy dziennikarz
szwedzki stwierdza rzeczowo, że dla takiej Anny i milionów osób w podobnej
sytuacji, bogata Warszawa nie jest nawet inną Polską, ale po prostu „obcą
planetą”.
Jest dość
przerażające, że tak podobne są te dwa, przykładowe opisy Polski, choć dzieli
je ponad sześćdziesiąt lat. Jeszcze
bardziej przerażające, że polska tzw. klasa polityczna praktycznie nie prowadzi
rzeczowej debaty o tym, czy i jak można zasypać przepaść dzielącą dwie tak
różne Polski. Jak to jest możliwe przy realizacji modelu gospodarki z obcym
kapitałem i rodzimą, prostą pracą? Jak,
choć częściowo, zlikwidować kryzys mieszkaniowy, bez czego niemożliwa jest
wewnętrzna migracja „za pracą”? Jak
finansować podwyższanie kwalifikacji i niezbędne w nowoczesnej gospodarce
zmiany zawodów? Jak nie dopuścić do
sytuacji, w której najzdolniejsi absolwenci kierunków ścisłych i przyrodniczych
zostaną „wyssani” do krajów bogatego Zachodu, a w Polsce pozostanie siła
robocza produkcji nisko przetworzonej i grupa menedżerów do nadzoru obcych
interesów?
Nie zajmuję się polityką, jestem tylko praktykiem businessu, a więc o pewną
konfuzję przyprawia mnie fakt, iż muszę tu przypomnieć, że żaden kraj
świata nie przeszedł ze stadium biedy do
grupy państw rozwiniętych bez likwidacji różnic między miastem a wsią (z
nieuchronną zmianą struktury zatrudnienia), bez rozwoju powszechnie dostępnego szkolnictwa, zwłaszcza
średniego, na wysokim poziomie i bez inwestycji w infrastrukturę.
Jeden z wybitnych intelektualistów Norwegii, Johan Galtung... jest autorem
określenia, które zrobiło niewiarygodną karierę światową: społeczeństwo 20/80 – zdaniem profesora, nader realna jest groźba, iż
w bliskiej już przyszłości 20 proc. ludzi alfa zajmować się będzie nauką
oraz kontrolą obiegu informacji i kapitału, a 80 proc. ludzi beta - prostą produkcją , kopulacją, konsumpcją
rozrywki i obsługiwaniem ludzi alfa. Podobny podział dotyczyć ma państw, z
których tylko czołówka korzystać będzie z dobrodziejstw cywilizacyjnego
rozwoju; w nich liczba ludzi alfa będzie
większa, podczas gdy w krajach podrzędnych podział może się nawet kształtować
według proporcji 10:90. Zauważmy, iż prognoza Galtunga pokrywa się z
główną tezą książki Barda-Söderqvista, od której rozpocząłem niniejszy tekst;
współbrzmi też ona z pracami takich intelektualistów jak np. Manuel Castells,
Vivianne Forrester,...lista mogłaby być bardzo długa.
Wszystkie
sondaże i inne oznaki wskazują, iż na szczęście lewica powróci w Polsce do
władzy. Wierzę, iż żaden uczciwy lewicowiec nie chciałby Polski według modelu
20:80, nie czułby się dobrze w kraju, w którym przeważająca większość
społeczeństwa zalicza się do „gawiedzi” (jak to większość swych rodaków elegancko
określiła pewna pani profesor na łamach nobliwego „Tygodnika Powszechnego”).
Jako szwedzkiego socjaldemokratę niepokoi mnie jednak, iż dość wątła jest
dyskusja polskiej lewicy o strategii rozwoju kraju i sposobach konkretnych
rozwiązań. Przecież ani ogólny model gospodarki rynkowej, ani przyjęcie do Unii
Europejskiej nie gwarantują automatycznego sukcesu, co dobrze ilustruje
chociażby smętny przypadek Grecji. Przykład hiszpańskiego bezrobocia też nie
wzmacnia polskiego optymizmu. Brak poważnej i szerokiej debaty polskiej lewicy
o modelu rozwojowym kraju jest o tyle dziwny, iż z różnych sondaży wynika, że z
ideami i celami SLD utożsamia się przecież dużo osób świetnie wykształconych.
---------
Marek Ross,
biznesmen i publicysta pochodzenia polskiego, mieszka w Sztokholmie.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław
Baka: Wielkie
błędy transformacji, nr 3/2001, str. 5
W dniach 25 -
26 stycznia obradował Kongres Ekonomistów Polskich. Było to wydarzenie ważne
nie tylko dlatego, że w sposób odpowiadający potrzebie czasu zakreślona została
wiodąca tematyka obrad (czy ekonomia nadąża za wyjaśnianiem rzeczywistości?;
Jaka polityka gospodarcza dla Polski?), lecz także dlatego, że PTE -
organizator kongresu - stworzyło warunki do publicznej prezentacji swoich
poglądów przez reprezentantów różnych nurtów i szkół myślenia. Ten ostatni
aspekt jest tym ważniejszy, iż od początków transformacji , w środkach masowego
przekazu (prasa, radio, tv), prawo do przedstawiania opinii i ocen dotyczących
zarówno teoretycznych problemów ekonomii, jak i praktycznych zagadnień
społeczno-gospodarczych w Polsce i na świecie, zarezerwowane zostało - generalnie
biorąc - dla nielicznych instytucji i osób, wyznających podobny,
neoliberalno-prawicowy system poglądów. Dzięki kongresowi możliwe stało się,
chwilowe przynajmniej, przełamanie tego monopolu. Na podstawie referatów i
wystąpień jego uczestników można było dowiedzieć się znacznie więcej o
rzeczywistych poglądach środowiska polskich ekonomistów na temat transformacji,
aniżeli w oparciu o mass media.
Duże wrażenie
wywarł odczytany referat jednego z najwybitniejszych ekonomistów starszego
pokolenia, profesora Jana Drewnowskiego, zmarłego pod koniec ubiegłego roku,
który mieszkając stale w Anglii - od lat prowadził badania teoretyczne nad
procesem transformacji ustrojowej w Polsce. Podstawową konstatacją wynikającą z
tych badań jest, że od początku proces transformacji w Polsce był źle
prowadzony, o czym zadecydowały cztery zasadnicze błędy popełnione przez
kierujących tym procesem.
Błąd pierwszy
polegał na nadmiernej wierze w samorzutną dynamikę transformacji i przyjęciu
koncepcji "mocnego uderzenia", opartej na przekonaniu, że gdy tylko
unicestwi się aparat centralnego planowania, to nowy ustrój powstanie
spontanicznie. Bardzo szkodliwe - jak pisze autor - było mylne przekonanie, że
rozpoczynając transformację należy znacznie ograniczyć aktywność organów
państwowych, kiedy "w rzeczywistości rola państwa powinna ulec zasadniczej
zmianie, a w czasie trwania procesu transformacji powinna być ona nawet
intensywniejsza i sprawniejsza".
Błąd drugi
wynikał z pierwszego. Licząc na automatyzm procesu transformacji, zaniedbano i
opóźniono przeprowadzenie ważnych działań instytucjonalnych, mających na celu
dostosowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego i działów gospodarki do
zasad gospodarki rynkowej, a także wprowadzenie odpowiednich regulacji,
dotyczących np. miejsca i roli kapitału zagranicznego w gospodarce. Brak takiej
przebudowy i regulacji powoduje, że gospodarka nie funkcjonuje jak należy.
Błąd trzeci
wyrażał się w poważnych niedociągnięciach organizacyjnych , kompromitujących
ideę transformacji i zmian instytucjonalnych. Przykładem jest fakt, że zadania
i funkcje, które mają spełniać nowe instytucje (służba zdrowia, szkolnictwo,
samorządy), nie znalazły odpowiedniego wsparcia finansowego. Złamana została
kardynalna zasada współmierności środków do zadań i funkcji.
Błąd czwarty
ma charakter polityczny. Zapomniano bowiem, iż "najważniejszym zadaniem
nowego ustroju miało być podnoszenie stopy życiowej całej ludności". Takie
były deklaracje i tego wyborcy oczekują od demokratycznie wybranej władzy.
Tymczasem w rezultacie źle prowadzonego procesu transformacji powiększa się
bezrobocie, a w poziomie stopy życiowej występują coraz bardziej jaskrawe
różnice.
Z referatem
prof. Drewnowskiego koresponduje artykuł pt. "Wielki Szwindel",
autorstwa prof. Józefa Rutkowskiego, wybitnego znawcy międzynarodowych
stosunków gospodarczych, opublikowany w "Trybunie" z 17 stycznia br.
Na podstawie przedstawionych danych i obliczeń autor stwierdza, że w drugiej
połowie lat 90. Polska stała się absolutnym rajem podatkowym dla kapitału
zagranicznego, bijącym na głowę pod tym względem wszystkie inne państwa. I nie
chodzi tutaj o prawnie usankcjonowane ulgi i tzw. wakacje podatkowe dla
kapitału zagranicznego, lecz o nieuczciwe praktyki. Z obliczeń prof.
Rutkowskiego wynika, że w latach 1997 - 1999 wpływy podatkowe, należne od firm
zagranicznych, zostały uszczuplone o ok. 6,9 mld zł, w rezultacie machinacji
finansowych dokonywanych przez nie przy użyciu tzw. cen transferowych. Chodzi
mianowicie o sprzedaż i kupno towarów między spółkami działającymi w kraju
macierzystym, a ich zagranicznymi oddziałami i filiami, według cen
wewnętrznych, arbitralnie ustalanych w ramach spółki, na poziomie znacznie
odbiegającym (w górę lub w dół) od cen rynkowych. Stosuje się tu, jak stwierdza
autor, korzystne dla towarzystw macierzystych fakturowanie po cenach zawyżonych
towarów i usług do oddziałów i filii za granicą, a po cenach zaniżonych -
kupowanych od nich towarów i usług. Przy takiej praktyce łatwo kształtować
sytuację finansową oddziałów i filii za granicą tak, aby wykazywały nie zysk,
lecz stratę i nie płaciły podatku dochodowego w kraju goszczącym.
Rzeczywiście,
nie mogą nie zdumiewać informacje, że kapitał zagraniczny, w którego posiadaniu
znajduje się już ok. 1/3 całości firm produkcyjnych i usługowych działających w
Polsce, jako całość nie przynosi żadnego zysku, lecz straty. W 1997 r. wykazał
on straty w kwocie 25 mln USD, w 1998 r. - 264 mln USD, a w 1999 r. - 453 mln
USD. Zdaniem prof. Rutkowskiego, którego kompetencje merytoryczne oraz rzetelność
są wysoko cenione w środowisku ekonomistów, dane te nie odzwierciedlają
prawdziwego stanu rzeczy. Według przybliżonych rachunków, w 1997 r. firmy
zagraniczne osiągnęły zysk rzędu 1,4 mld USD, 1,6 mld USD w 1998 r. i 2,1 mld
USD w 199 roku. Tymczasem, nie nękane przez fiskus, z roku na rok wykazują one
coraz większą skalę "strat" ponoszonych w Polsce. Dokonując porównań
międzynarodowych, autor stwierdza, że przypadek Polski jest wyjątkowy,
niewyobrażalny w krajach cywilizowanych, dobrze rządzonych.
Sprawa jest
niezwykle poważna. Wymaga pilnego wyjaśnienia. A swoją drogą zdumiewa, iż mimo
że od czasu opublikowania tych danych upłynęło już kilka tygodni, to ani
Ministerstwo Finansów, ani Rząd, ani Sejm, ani nawet NIK, nie zainteresowały
się tą sprawą. Nawiązując raz jeszcze do referatu prof. Drewnowskiego, można
postawić tezę, że brak szybkiej reakcji na patologie ujawnione w mechanizmach
przebudowywane gospodarki, również należy uznać za wielki błąd polskiej
transformacji.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław
Sadowski: Nie mamy czasu, nr 3/2001, str. 7
Sondaże
wskazują, że znaczna część polskiego społeczeństwa, zwłaszcza mieszkańcy
mniejszych miast i wsi, ocenia obecną sytuację kraju jako złą lub nawet
kryzysową. Coraz więcej osób i rodzin dotyka rosnące bezrobocie, w wielu
ośrodkach likwiduje się przedsiębiorstwo za przedsiębiorstwem, ceny rosną,
dochody zostają w tyle, a dochody znacznej części rolników wręcz spadają,
dostęp do publicznej opieki zdrowotnej w rezultacie reformy uległ wyraźnemu
pogorszeniu, szerzy się złodziejstwo i bandytyzm, świadczące o rozchwianiu
więzi społecznej. Zjawiska te razem wzięte muszą spowodować napięcie i ostry
spadek zaufania do państwa i jego przedstawicieli.
Nie przekonuje
przeciwstawianie temu wskaźników makroekonomicznych, świadczących o tym, że
tempo wzrostu gospodarczego na poziomie 4 proc. rocznie jest wciąż zupełnie
dobre, a inflacja słabnie. Trzeba sobie zadać pytanie, co dzieje się ze
wzrostem PKB, skoro go nie odczuwamy, a bezrobocie rośnie na potęgę niemal z
dnia na dzień? Otóż wskaźnika tempa wzrostu PKB nie można traktować zbyt serio.
Po pierwsze, podnosi je wzrost podatków pośrednich, które w rachunku PKB są
doliczane do bardziej miarodajnej wielkości, jaką jest wartość dodana. Po
drugie, podnosi je również wzrost wydatków na administrację, który trudno uznać
za zdrowe zjawisko w części związanej z trwającym wzrostem biurokracji.
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Eugeniusz
Kośmicki: Globalizacja a kwestia społeczna, nr 3/2001, str. 21
Poszczególne
gospodarki są coraz bardziej wzajemnie powiązane - rozwija się zjawisko
globalizacji. Dotyczy to także różnorodnych skutków społecznych i
ekologicznych. Coraz częściej poszczególne państwa koncentrują się na aspektach
"czysto" ekonomicznych. Znajduje to wyraz w dążeniach do obniżania
dotychczasowych standardów socjalnych, jako obciążeń niezgodnych z warunkami
międzynarodowej konkurencyjności gospodarczej. W rozwiniętych państwach Europy
wysokie bezrobocie stało się współcześnie zjawiskiem normalnym, tracąc swoją
moc straszaka społecznego. Obecnie konieczne jest pilne wypracowanie nowych
regulacji kwestii socjalnej w gospodarce Unii Europejskiej, a nawet w skali
międzynarodowej. Jednocześnie poszczególne państwa nadal mają obowiązek
prowadzenia aktywnej polityki społecznej.
Globalizacja
jako podstawa funkcjonowania gospodarki
Współcześnie
globalizacja rozwija się szybko; wszystkie kraje naszej planety tworzą coraz
większą jedność społeczno-ekonomiczną i ekologiczną. Globalizację rozumieć
trzeba jako rozszerzenie społecznej współzależności działań ponad granice
narodowe, sięgające coraz bardziej wymiaru światowego.
...
Współczesne
wyzwania społeczne
Bezrobocie
nigdy nie było jeszcze tak wysokie, jak współcześnie. Sytuacja
społeczno-ekonomiczna była bardziej dramatyczna tylko w okresie wielkiego
kryzysu gospodarczego w latach 30.
...
Podstawowe zasady społecznej gospodarki rynkowej
W nawiązaniu
do analiz teoretycznych i warunków funkcjonowania gospodarki, wyróżnia się
najczęściej następujące systemy gospodarowania: wolną gospodarkę rynkową,
regulowaną gospodarkę i gospodarkę zarządzaną centralnie.
...
Nowy kompromis między kapitałem a pracą
Począwszy od
lat 80., następuje erozja państwa socjalnego, co jest wynikiem narastania
globalizacji w gospodarce, komunikacji, technologii czy transporcie.
...
Podstawowymi cechami globalizacji staje się liberalizacja kontaktów handlowych
, deregulacja państwa socjalnego i prywatyzacja. W tych warunkach zagrożone
zostają dotychczasowe osiągnięcia społeczne, a światu zaczyna zagrażać globalny
„kasynowy kapitalizm”, oparty na imperatywie rynku światowego i globalnej
konkurencji.
Globalizacja coraz bardziej wymaga ram instytucjonalnych i politycznej
regulacji, gdyż dotychczasowe struktury państw narodowych stają się mało
efektywne pod względem skuteczności społecznej.
...
(...) Dotychczasowa globalizacja gospodarki spowodowała przesunięcie podziału
dochodów w stronę kapitału, a narodowa polityka gospodarcza i społeczna
straciły możliwość zapewnienia pełnego zatrudnienia przy pomocy środków
oddziaływania na popyt. Bez nowych instytucji i regulacji w skali globalnej i
europejskiej, podstawowe wartości społecznej gospodarki rynkowej stają się
coraz bardziej zagrożone.
...
Niedawno pojawiła się koncepcja „trzeciej drogi” między neoliberalizmem a
klasycznymi założeniami socjaldemokracji. Odrzuca ona w sposób zdecydowany idee
„realnego socjalizmu”. Jej twórca, T. Blair17, wymienia cztery
podstawowe wartości niezbędne dla funkcjonowania nowoczesnego społeczeństwa:
taka sama wartość każdej jednostki, szanse dla wszystkich, odpowiedzialność,
wspólnotowość (community).
...
Integrację gospodarczą w Europie traktuje się ogólnie jako ochronę przed
najbardziej negatywnymi skutkami globalizacji gospodarczej.
...
Koncepcja neoliberalizmu - w gospodarstwie i społeczeństwie - odpowiedzialna
jest już obecnie za wiele zjawisk negatywnych we współczesnej gospodarce oraz
odchodzenie od wartości „społecznej gospodarki rynkowej”. Powinni to uwzględnić
rodzimi wyznawcy neoliberalnej ekonomii, którzy wierzą we wszechmoc mechanizmów
wolnej gospodarki rynkowej.
-----------
Eugeniusz Kośmicki, prof. dr hab. w Katedrze Nauk Społecznych
Akademii Rolniczej w Poznaniu, zajmuje się socjologią wsi i biologią
teoretyczną.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Alfred
Mielczarek: Metarmofoza współczesnego kapitalizmu, nr 3/2001, str. 40
W ślad za
prokapitalistyczną transformacją Polski i innych państw postsocjalistycznych,
wiedza społeczna wcale nie rośnie stosownie do obecnych potrzeb, podyktowanych
rozumieniem zachodzących przeobrażeń samego kapitalizmu. Faktycznie niewiele
odbiega ona obecnie od poziomu, na jakim przedstawiano kapitalizm w okresie
zimnej wojny, dzieląc wtedy ustroje polityczno-społeczne wyłącznie na dwa
przeciwstawne, tj. kapitalizm i socjalizm, nazywany zresztą na wyrost
"komunizmem". Mimo upływu całego już dziesięciolecia od zakończenia
zimnej wojny, nadal w zasadzie stosuje się pojęcia i terminologię uproszczoną,
przede wszystkim nie zwracając uwagi na różne rodzaje i etapy rozwojowe
kapitalizmu.
Kapitalizm
kapitalizmowi nierówny
W Polsce jedną z pierwszych prac, zwracających
społeczną uwagę na fakt, że są różne rodzaje kapitalizmu, była książka
francuskiego ekonomisty Michela Alberta
, pt. „Kapitalizm kontra kapitalizm” (Wydawnictwo „Signum”, Kraków 1994).
Autor, analizując obiektywną sytuację ekonomiczną w ostatnim ćwierćwieczu w USA
i w Europie, wyodrębnił dwa modele
współczesnego kapitalizmu: nadreński i
neoamerykański.
Model
nadreński – obejmujący Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Szwecję, a nawet Japonię –
ma w zasadzie rodowód socjaldemokratyczny, żeby już nie wnikać w ogólną
społeczno-gospodarczą swoistość samych Niemiec, począwszy od Bismarcka i nie
wchodzić w specyfikę Japonii, dobrze zresztą opisaną przez Pawła Bożyka1.
Poza
widoczną ręką państwa
Paradoksalnie,
model nadreński przegrał konkurencję z modelem neoamerykańskim właśnie dlatego,
że działał poprawnie, że będąc wiernym europejskiemu kapitalistycznemu
porządkowi ekonomicznemu, trzymał się właśnie praw rynku i nie forsował władzy
samego pieniądza. Do czasów hegemonii amerykańskiej, pieniądz był przecież
traktowany jako ekwiwalent towarów, środek wyrażania wartości i środek wymiany.
Oczywiście te trzy funkcje przez 4-6 tys. lat
istnienia pieniądza były nader ważne, ale zawsze rozumiano, że w
rozstrzygających sytuacjach życiowych pieniądz nigdy nie może stanowić wartości samoistnej.
Amerykanie,
odwracając stosunek: towar – pieniądz, zarazem z samego operowania pieniądzem
uczynili wręcz sztukę. Najpierw po wojnie szybko przekonali świat, że dolar
wcale nie musi mieć pokrycia w złocie. Wystarczy – twierdzili – że stoi zanim
potęga militarna i ekonomiczna Stanów Zjednoczonych.
(...) W Europie problem ten solidnie rozpracował
Oskar Lafontaine, skupiając szczególną
uwagę na liberalizacji rynków kapitałowych, jaka nastąpiła w latach 80. Lafontaine udowadnia, że wcale zresztą nie
miała ona charakteru ekonomicznego, lecz
polityczny. W istocie bowiem „nastąpiła
rewolucja: nie dokonywano już międzynarodowej wymiany pieniądza dla
sfinansowania wymiany towarowej lub inwestycji, lecz dla osiągnięcia
krótkoterminowych spekulacyjnych zysków”6. Co więcej – zdaniem Lafontaine’a – ta rewolucja miała
po prostu charakter zorganizowanej przestępczości. „Większość zwolenników deregulowanych światowych rynków finansowych
nie spostrzegła, że kształtowanie cen na nich nie następuje według prawideł
podaży i popytu, a raczej kieruje się oczekiwaniami i psychologicznymi
czynnikami. Z tego powodu jest ona często nieracjonalna i prowadzi do wielkich
gospodarczych wypaczeń”7.
Regulacja
rynków finansowych jako problem społeczny
Istota tej
rewolucji niestety nie doczekała się jeszcze odpowiedniego społecznego
nagłośnienia, co zresztą spowodowało sytuacje wręcz paradoksalną. „Ku memu
zdumieniu - ... Przekonałem się ... Już założyciele partii socjaldemokratycznych
i socjalistycznych wiedzieli, że społeczeństwo jest niesprawiedliwe wówczas,
gdy prywatyzuje się zyski, a straty uspołecznia”.
Wszystkie
ruchy społeczne, niezależnie od stopnia zaangażowania się ich w obronie świata
pracy, miałyby zatem najpierw obowiązek wyjaśnienia społeczeństwom, na czym
polega ten niesamowity mechanizm, prowadzący w końcu do osiągania przez
niektóre elity finansowe podwójnych zysków: raz w typowy na ogół sposób, drugi
raz, przez przerzucanie konsekwencji strat na barki społeczeństwa.
W latach 80.
tak też zmieniła się społeczna sytuacja;
dawny wyzysk zaczął teraz uchodzić
za objaw lokalny (narodowy) i za zbyt prosty, sprowadzający się do
jawnego przechwytywania wartości dodatkowej. Teraz natomiast powstał
międzynarodowy, skomplikowany system, „nadużywany
przez bezwzględnych spekulantów, przez uczestników rynku, którzy nie wahają się
przed wciągnięciem całych gospodarek narodowych, krajów i ich mieszkańców w
kryzysy. Łatwowierni politycy popierający deregulację i liberalizację,
całkowicie nie doceniają deregulowanego światowego systemu finansowego.
Aczkolwiek jestem przekonany, że alokację kapitału w dużej mierze należy
pozostawić rynkowi, to wiem, że tak zwaną niewidzialną rękę uzupełnić należy
widoczną ręką rządu, by przywrócić rynkom równowagę”9.
Prawa
natury czy kultury
Niewidzialna
ręka rynku, czy widoczna ręka rządu (państwa), to zarazem wyraźna linia
podziału przechodząca już nie tylko między współczesnymi ekonomistami i
politykami, ale również między dwiema orientacjami typu ideologicznego. Jedna,
uznająca uniwersalizm praw natury, wynika z przekonań, że nie tylko w
przyrodzie, ale również w sferze stosunków społeczno-ekonomicznych mogą one
działać skutecznie, w każdym razie lepiej, niż jakiekolwiek intencjonalne
planowanie. Druga, genetycznie
wywodząca się z uznawania prymatu kultury, zakłada zarówno potrzebę jak i
możliwości interwencji człowieka we wszystkie formy życia zbiorowego, w tym również
w sferę stosunków ekonomiczno-społecznych.
Od lat też
sama idea wolnego rynku bywa interpretowana zupełnie jednostronnie, bez troski
o wierność faktom historycznym. Chyba najkrócej i najwyraźniej wyjaśnił te
kwestię Roj A. Miedwiediew, pisząc: „całkowicie wolny rynek
nie istniał w Europie ani w 19., ani w 20. wieku. W żadnym kraju «niewidzialna
ręka rynku» nigdy nie była głównym czynnikiem rozwoju, a państwo nigdy nie
pełniło roli wyłącznie «nocnego stróża». Najwybitniejsi ekonomiści 20. wieku
używali innego porównania – mówili o sterze i żaglu”10.
Obecna
afirmacja działania praw natury sferze ekonomicznej wynika już nie tylko z
chęci usprawiedliwienia kapitalizmu, ale również z „moralnej” podbudowy i
praktyki otwierania bram dla silniejszych, a raczej najsilniejszych.
Gdy więc
zwycięża idea wolnego rynku, to lepiej zorientowani wiedzą, iż nie dzieje się
to poprzez rzeczywisty postęp społeczny, lecz przede wszystkim w interesie rej
wodzących koncernów i korporacji, skądinąd nie zainteresowanych jakąkolwiek
kontrolą państwa, lecz właśnie uwalnianiem się od wszystkiego, co łączy się z
ponoszeniem odpowiedzialności. Wielu ludzi od paru lat wręcz tęskni za
ekonomiczną aktywnością państwa, nie mówiąc o tym, że przegrani i oszukani chcą
widzieć w państwie jeśli już nie opiekuna, to przynajmniej sprawiedliwego
arbitra. W każdym razie w obecnej sytuacji, gdy nastąpiła deregulacja rynków
finansowych, potrzebne jest państwo, co najmniej utrudniające deregulatorom
swobodę działania.
Im bardziej
konsekwentnie kapitalizm będzie odchodził od interwencjonizmu państwa (od
modelu nadreńskiego), tym mniej będzie można liczyć na skuteczną regulację,
dokonywaną w interesie ogólnospołecznym.
Przestrogi
Marksa
Na fali
pewnego otrzeźwienia, już nie mówiąc o pesymizmie, wzrasta odwoływanie się do
przestróg Marksa. Nie bez satysfakcji
zresztą czyni to Oskar Lafontaine w swej książce „Serce bije po lewej
stronie”. Niestety, wśród dzisiejszej lewicy lafontainowcy prymu nie wiodą,
natomiast wiodą go ci, którzy łaskawie pożegnali się z Marksem bądź to z uwagi
na dostosowanie się do nowych prądów ideologiczno-politycznych, bądź z
przekonania, że marksizm jest już martwą ideologią. Co bardziej wyrozumiali nie
mają zresztą pretensji do samego Marksa, że 130 lat temu (gdy kończył swój
„Kapitał”), nie przewidział kierunku rozwoju współczesnego kapitalizmu.
Dużym
zaskoczeniem była wypowiedź Adama Schaffa, w której wyraźnie sformułował
wniosek, „że marksizm, szczególnie w
dużej części, którą ludzie uważali za główną (tj. za teorię funkcjonowania społeczeństwa
kapitalistycznego – AM) - przeżył
się. Co więcej, wstępna koncepcja nowego
socjalizmu, sformułowana przez profesora, m.in. zasadzająca się na tym, że w
nowym socjalizmie „odpadnie przede wszystkim uspołecznienie produkcji”14,
w ogóle rozmija się z marksistowską
genezą teorii stosunków społecznych.
Twórczy marksiści oczywiście nie traktowali i – mniemam – nie traktują
marksizmu jako zbioru dogmatów. Nie
porzucali go też tylko dlatego, że z aktualnych politycznych względów stawał
się on niejako niemodny. Rzecz w końcu
nie sprowadza się ani do afirmowania danej teorii, ani do jej negacji, lecz do
ewentualnego opracowania teorii (orientacji) doskonalszych, byle oczywiście
takowe powstawały. W każdym razie
marksistowska teoria funkcjonowania społeczeństwa kapitalistycznego ciągle nie
przegrywa konkurencji z innymi teoriami, którym zresztą daleko do tego, aby
stworzyć nową, przekonującą teorię rozwoju społecznego.
Paradoks
historyczny pozwala też stwierdzić, że na szczęście ani dzisiejsza lewica polska,
ani też lewica zachodnia, pozostająca pod wpływem obecnych przywódców
ciągnących do centrum, wcale nie mają monopolu na ocenę przydatności marksizmu.
Pomału wyłania się bowiem coraz większa grupa intelektualistów,
zainteresowanych marksizmem właśnie w aspekcie czysto badawczym.
W lipcu
1999 roku Anja Müller opublikowała w
„Die Zeit”15 artykuł, w którym po głębokiej, fachowej analizie
zarówno „Kapitału” Marksa, jak też po
prześledzeniu całej historii jego powstawania, tak oto sformułowała aktualną przydatność
Marksa:
„To
wszakże, co Marks przewidywał, wydaje się w końcu tysiąclecia wręcz
niesamowite. Jak na przyspieszonym filmie dostrzegł on inną stronę kapitalizmu,
gdzie wielka armia bezrobotnych stoi naprzeciw stale rosnącego i
skoncentrowanego kapitału. Faktycznie coraz mniejsza liczba robotników
produkuje coraz większą ilość towarów. Przepaść między biedą a bogactwem
rośnie...”.
Marks również przewidział „metodę”
rozwiązywania trudności rozwojowych kapitalizmu, a mianowicie
bezpardonowe wywłaszczanie kapitalistów słabszych przez silniejszych. Do Marksa – przypomnę za Müller – należy
„przepowiednia”, że wszystkie narody będą uwikłane w sieci międzynarodowego
porządku kapitalistycznego, nazwanym już wtedy przez niego „widmem
globalizacji”.
Inną oczywiście
kwestią byłoby ukazanie samego procesu rozwojowego kapitalizmu, począwszy od
jego dawnych form narodowych, kończąc na globalizacji. Poza tym samą
faktografię Marksa, opartą na obserwacji dziewiętnastowiecznego kapitalizmu,
trzeba by uzupełnić dokumentacją współczesną.
W każdym razie
w naszych czasach ani marksizm nie uzyskał solidnego rozwinięcia (żeby nie powiedzieć – doskonalszego
następnika), ani też współczesna nauka nie zdobyła się na poszerzone,
wszechstronne oświetlenie współczesnych stosunków społecznych. Po prostu
zaistniała niepokojąco duża luka informacyjna.
Charakterystyczne
zresztą, że pogłębianymi analizami rzeczywistych mechanizmów i – co za tym idzie – perspektywami
rozwojowymi współczesnego kapitalizmu (w swej metodzie nader bliskie
marksizmowi) obecnie zaczynają zajmować się głównie ludzie pracujący w
centralach sztabów kapitalizmu. W Polsce czeka przede wszystkim na
opublikowanie analiza współczesnego kapitalizmu
według koncepcji amerykańskiego makroekonomisty Edwarda Luttwaka. O niej
trzeba by jednak napisać oddzielnie.
--------
Alfred
Mielczarek, dziennikarz (pracował w Naczelnej Redakcji Programów Oświatowych
TVP), reżyser i scenarzysta filmowy, publicysta
.....................
Jeśli poślubiłeś głupotę, to przynajmniej nie bądź jej wierny.
(W. Kania)
Głupcy i mędrcy są nieszkodliwi. Najniebezpieczniejsi to
półgłówki i przemądrzali. (J.W. Goethe)
Nie można oddzielać sprawiedliwości od wolności, ani kultury od
pracy. (A. Camus)
Władza częściej przechodziła z rąk do rąk, niż z głowy do głowy.
(St. J. Lec)
W większości religii kapłan uważa się za ważniejszego od Boga.
(N. Iorga)
------------------------------------------------------------------------------------------------
Anna Delick:
Mitologizowanie
małych firm, nr 3/2001, str. 48
Problem z
ekonomistami polega na tym, iż bardzo chcieliby, aby ich dyscyplina miała
status nauki ścisłej. Od lat 70. ubiegłego wieku, kiedy to jeden z twórców
ekonomii neoklasycznej, Léon Walras zaczął śmiało stosować metody analizy
matematycznej, wielu ekonomistów obdarza matematyczne formalizacje raczej
przesadnym zaufaniem. Przed czteroma laty sama widziałam...
...
Stawianie pytań bardziej szczegółowych byłoby nietaktem, gdyż jeszcze w roku
1994 wszyscy wiodący ekonomiści - włącznie z tymi, którzy przyznają
"ekonomicznego Nobla" - twierdzili, że upowszechnianie technik
informatycznych (IT), wraz z przemysłową robotyzacją, spowoduje likwidację
wielu zawodów i wzrost bezrobocia; zmniejszenie przeludnienia wielkich miast
(wszak w wielu wypadkach możliwa jest praca na odległość, głównie przez
Internet); korzystne efekty proekologiczne. W rzeczywistości...
...
No cóż, ekonomia nie jest jednak fizyką...
...
Trwałość pewnego przesądu
Jest faktem
bardzo interesującym, że tak często artykułuje się przekonanie, iż wyjątkowo
skutecznym środkiem na bezrobocie i biedę jest powstawanie małych firm.
Gdy tezę tę
lansują politycy, jest to poniekąd zrozumiałe, choć naganne.
...
Trudniejsze do zrozumienia jest natomiast, gdy mit zbawienności małych firm
propagują niezależni ekonomiści, którzy przecież mają dostęp do różnych danych
statystycznych.
...
Dlaczego zakłada się własną firmę
Odpowiedź jest
dwojaka: dlatego, że albo się chce, albo się musi.
...
Nie dajmy się zwariować
Nie twierdzę,
że małe firmy w ogóle nie są potrzebne. Często są bardzo efektywne i zapewniają
bardziej osobisty stosunek do klienta. Dla krajów biednych i zacofanych są
zresztą koniecznością - jak się nie ma imperiów typu Nokia, Motorola czy Ericsson,
General Eletric, ABB czy Siemens, stawiać trzeba i na małe firmy, nawet
jednoosobowe. W sumie lepiej mieć takich przedsiębiorców, niż ludzi żyjących na
zasiłkach. Konieczności wynikającej z biedy nie należy
jednak prezentować jako symbolu rzekomego cudu gospodarczego.
...
--------
Anna Delick
studiowała w Szwecji ekonomię i antropologię kulturową, zajmuje się
marketingiem, publikowała w paryskiej „Kulturze” i prasie szwedzkiej.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jan
Maltecki: Szalone krowy, nr 3/2001, str. 61
Krowa nie
człowiek, nie zje wszystkiego. Hodowcy zachodni, gwałcąc prawa natury,
"wzbogacali" roślinną paszę krów o mielone szczątki ich zgładzonych
koleżanek. Od tych praktyk kabalistycznych niektórym krowom pomieszało się w
głowach. Oszalały pod wpływem chorobotwórczych i zaraźliwych prionów,
atakujących ich mózgi i wnętrzności. Priony te - co warto podkreślić - nie
występują w mięsie, ale w mało atrakcyjnych kulinarnie częściach krowy: mózgu,
gałkach ocznych, układzie nerwowym i jelicie biodrowym. Smakosz, który zjada te
części krowy może - choć nie musi - zapaść na śmiertelną chorobę
Creutzfeldta-Jakoba, zwaną w skrócie CDJ. Ta rzadka choroba (jeden przypadek na
milion) atakuje zwykłe osoby w bardzo podeszłym wieku. W krajach europejskich
notuje się rocznie od kilku do kilkunastu takich wypadków (w Polsce średnio ok.
10). Gdy choroba wystąpi u osób młodszych - podejrzewa się (pewności nadal nie
ma) zakażenie prionami "wściekłych krów". Skala tych hipotetycznych
zakażeń jest niewielka. W Wielkiej Brytanii podejrzewa się, że dotyczy
kilkudziesięciu wypadków, we Francji - dwóch. Zagrożenie "wściekłych
krów" wobec ludzi jest zatem setki razy mniejsze niż jazda samochodem,
jedzenie grzybów czy pływanie. Tysiąckrotnie większe niebezpieczeństwo niosą
zarazki AIDS, syfilisa, gruźlicy czy grypy.
A jednak wokół
krów rozpętano histeryczną kampanię propagandową. Tytuły porażają...
...
Jak widać,
temat "szalonych krów" usypia elementarną logikę i odpowiedzialność
za słowo. Z równym sensem można puścić materiał z pytaniem, czy jabłka nie
zagrażają naszemu zdrowiu?, czy bada się producentów?, a może ogrodnik był
chory na gruźlicę, a jego dziadek na chorobę weneryczną itp. itd.
W poszukiwaniu
nowych obszarów grozy gnębi się pięknisie sugerując, że - hipotetycznie -
jadowite mogą być kosmetyki, skoro zawierają produkty pochodzenia zwierzęcego,
to może od wściekłych krów?, a może zawierają priony?, a może to przeniknie
przez skórę? Straszne są te łakomczuchy, a na podstawie podobnego logicznego
rozumowania: skoro produkty cukiernicze często zawierają żelatynę, a żelatyna
może pochodzić od krów, a krowy mogły być wściekłe, to może przez przewód
pokarmowy - przepływając żołądkowe kwasy - rozpełzną się u nas priony...
Za
zdecydowanie groźne uznano też spożywanie mięsa wołowego w każdej postaci, choć
nikt nie wykazał chorobotwórczych efektów obżerania się befsztykami. U podstaw
tej propagandy leży teza: to, co z krowy, jest potencjalnie groźne i trujące.
Teza ta jest głupia i fałszywa.
...
W wymiarze realnym problem "szalonych krów" to przede wszystkim
poważny cios w dotychczasowe praktyki hodowlane i model konsumpcji, to wyraźna
destabilizacja europejskiego przemysłu spożywczego, kosmetycznego i handlu.
Może o to chodziło? Kryją się za tym ogromne straty jednych i zyski drugich, co
wywołuje napięcia polityczne, nie pozostaje bez wpływu na wymianę towarową,
politykę celną, nawet stosunki międzynarodowe. Polska - jak na razie - wolna
jest od choroby wściekłych krów i histeria na ten temat napływa głównie z
Zachodu.
Poza
propagandą, problem ma też dla nas wymiar ekonomiczny. Organizacje europejskie
wymuszają na Polsce m.in. wprowadzenie systemu kosztownych badań i testów dla
krów. W wymiarze ludzkim skala zagrożeń życia z powodu kontaktu z wołowiną jest
w naszym kraju bliska statystycznie tym zagrożeniom, jakie niesie jazda na
hulajnodze czy namiętne dłubanie w nosie.
"Szalone
krowy" tępione są bezlitośnie, a wraz z nimi ich zaraźliwe priony. Ubój
dziennikarzy produkujących lawinę strachu i histerię milionów konsumentów
befsztyka wołowego - nie jest przewidziany. Radośnie ustawiają się oni w
kolejce po zasłużone honoraria za kolejny odcinek bydlęcego horroru.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Władysław
Baka: Test
wrażliwości społecznej, nr 2/2001, str. 6
Jednym z
naczelnych celów polityki gospodarczej w krajach Unii Europejskiej, co z reguły
znajduje wyraz w odpowiednich zapisach budżetu państwa, jest wzmacnianie
spójności społecznej. Pod tym pojęciem kryje się rozległy wachlarz działań,
takich jak: tworzenie nowych miejsc pracy, szkolenia oraz pomoc ludziom w
znalezieniu zatrudnienia, rozbudowane formy pomocy społecznej, mające zapobiec
alienacji słabszych ekonomicznie grup społeczeństwa, a także rozwiązania
systemowe, których celem jest niedopuszczenie do nadmiernej rozpiętości
dochodów. Dokłada się starań, aby pod względem spójności społecznej z roku na
rok działo się coraz lepiej. Uznaje się to za ważny czynnik cementujący
Wspólnotę Europejską.
Patrząc z tego
punktu widzenia na politykę gospodarczą w Polsce, zwłaszcza na rządowy projekt
budżetu na rok 2001, można powiedzieć, że mamy do czynienia z sytuacją
odwrotną. Szybko zwiększa się liczba ludzi nie znajdujących zatrudnienia, a
jeszcze szybciej - liczba bezrobotnych pozbawionych zasiłku. Nie widać
jakichkolwiek istotniejszych działań ze strony władz, mających na celu
stworzenie nowych miejsc pracy w gospodarce. Na ironię zakrawa fakt, że jedyną
dziedziną, w której dynamicznie wzrasta zatrudnienie, jest administracja
państwowo-samorządowa. Jest wielce prawdopodobne, że - jak prognozuje wielu
ekspertów - pod koniec 2001 r. stopa bezrobocia może wynieść 18 - 20 proc.
Od początku
lat 90. w Polsce stale pogłębia się rozwarstwienie dochodowe ludności. W ciągu
dziesięciu lat transformacji zróżnicowanie poziomu zamożności w naszym
społeczeństwie wykroczyło już poza cywilizowane standardy. Wielkość dochodów
osiąganych przez blisko połowę ogólnej
liczby gospodarstw domowych nie pozwala na zaspokojenie bieżących
potrzeb życiowych, a ok. 20 proc. gospodarstw cierpi dramatyczne ubóstwo. Ostremu pogorszeniu uległa sytuacja
mieszkaniowa. Bezdomność i nędza, wpędzające
w przymus żebractwa, stały się już trwałą cechą pejzażu miast
polskich.
Nic nie
wskazuje na to, aby w roku 2001 miało się cokolwiek zmienić na lepsze.
Przeciwnie, w projekcie budżetu przedstawionym przez rząd, cała inwencja
została skierowana na dalsze ograniczanie wydatków socjalnych. Chodzi m.in. o takie inicjatywy rządu, jak :
zaniechanie waloryzacji zasiłków rodzinnych i wychowawczych o wskaźnik wzrostu
cen, utrzymanie na dotychczasowym poziomie zasiłku rodzinnego dla rodzin o
najniższych dochodach; zmniejszenie realnej wartości dodatków mieszkaniowych
itp. Z determinacją godną lepszej sprawy
rząd podchodzi również do hamowania wzrostu płac w odniesieniu do najniżej
wynagradzanych grup społecznych. Przeforsowano usunięcie z Karty Nauczyciela zasady, że wysokość
stawki wynagrodzenia zasadniczego dla nauczycieli stanowi co najmniej 75 proc.
średniego wynagrodzenia, gdyż – jak wyjaśniano – doprowadziłoby to do
„nadmiernego”... zwiększenia wydatków budżetowych... Jeszcze bardziej dramatycznie wygląda
sytuacja w środowisku pielęgniarek.
...
Jakże inaczej rządzące elity odnoszą się do bogatszej części społeczeństwa. Dwa
lata temu, w ramach reformy systemu emerytalnego, wprowadzono przepis ustawy
stanowiący, że osoby o dochodach
rocznych przekraczających trzydzieści miesięcznych średnich krajowych –
gdy osiągną ten poziom – zaprzestają wpłacania kolejnych składek na fundusz
emerytalny i rentowy. A oto ilustracja działania tej zasady...
...
W sumie, beneficja wynikające z funkcjonowania
tego systemu, oczywiście zróżnicowane co do wielkości, odniosło ok. 175
000 osób. Jednakże największe pieniądze trafiły do kieszeni osób
najzamożniejszych. Ocenia się, że wprowadzenie obowiązku płacenia składki na
fundusz emerytalny i rentowy przez okrągły rok
przez wszystkich, nie tylko przez najmniej i średnio zarabiających,
zwiększyłoby dochody ZUS o ok. 3 mld zł
rocznie. Pozwoliłoby to na
odpowiednie odciążenie budżetu państwa i
zwiększenie możliwości finansowania pomocy socjalnej, zwłaszcza w odniesieniu
do osób znajdujących się w skrajnie trudnej sytuacji materialnej. Rozwiązanie
takie mogłoby zostać wprowadzone przejściowo, na przykład na 5-7 lat, czyli na
okres przezwyciężania drastycznych
przejawów ubóstwa. Kwestia ta już od ponad pół roku jest przedmiotem rozważań w
różnych instytucjach, kołach politycznych i środowiskach opiniotwórczych.
Niestety, jak do tej pory, ani po stronie polityki, klubów i kół poselskich,
ani też po stronie środków masowego przekazu nie widać skłonności do
zaangażowania się w tę sprawę. Można to
potraktować jako swoisty test wrażliwości społecznej, którego wymowa nie wymaga
komentarza.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdzisław
Sadowski: Rozważania na progu stulecia, nr 2/2001, str. 7
Początek
nowego stulecia, a z nim i tysiąclecia, znamionuje i podkreśla tę wielką
zmianę, która dokonuje się w świecie, a która polega na przejściu od dawnej
cywilizacji przemysłowej do cywilizacji informacyjnej. Jeszcze nie jest to
powszechne; kraje mniej rozwinięte, w tym również i Polska, tkwią głęboko w
cywilizacji 20. wieku. Ich rozwój gospodarczy związany jest ciągle ze wzrostem
produkcji materialnej, od którego zależą warunki bytu ich ludności i możliwości
poprawy jakości życia. Wzrost ten zaś zależy od inwestycji rzeczowych, rozwijających
i unowocześniających potencjał produkcyjny oraz zwiększających uzbrojenie
techniczne pracy, czyli jej wyposażenie w coraz wydajniejsze i doskonalsze
narzędzia i urządzenia.
W rozwiniętym
świecie jest jednak inaczej. Tam główną formę inwestowania stało się już
rozwijanie kapitału intelektualnego, czyli potencjału wiedzy ludzkiej. Siłą
napędową rozwoju gospodarczego nie są już inwestycje rzeczowe, lecz rozmaitego
rodzaju innowacje, czyli przenoszone szybko do produkcji nowe, wciąż rodzące
się rozwiązania i pomysły dotyczące zaspokajania potrzeb ludzkich, a nawet
samego tworzenia tych potrzeb.
Kraj mniej rozwinięty, taki jak Polska, tkwiący z przyczyn historycznych w
cywilizacji z poprzedniej epoki, aby dotrzymać kroku przemianom światowym musi
zdawać sobie sprawę ze swego położenia i podjąć wysiłek dostrojenia się do
rozwoju światowego. Skoro świat rozwinięty opiera swoją gospodarkę na wiedzy,
jako podstawowym czynniku wytwórczym, to nie ma innej odpowiedzi na pytanie o
sposób dostosowania się do wymagań stawianych przez współczesne otoczenie
zewnętrzne, niż podjecie wielkiego, zbiorowego wysiłku w kierunku możliwie
szybkiego podniesienia poziomu edukacyjnego naszego społeczeństwa oraz
zapewnienia nie mniej szybkiego rozwoju nauki, jako czynnika decydującego o
przyszłości kraju.
Intensywne
inwestowanie w edukację powinno zacząć się już zaraz, w tym roku. Wiadomo już,
że się nie zacznie, a więc zacznijmy je w roku 2002. W następnej kolejności
powinno się przystąpić do dynamizacji budownictwa mieszkaniowego i
uporządkowania gospodarki mieszkaniowej. Jest to niezbędne zarówno do
rozwiązywania bardzo już nabrzmiałego problemu społecznego, jak też jako
czynnik pobudzania wzrostu gospodarczego, który przy odpowiednich
zabezpieczeniach może nie powodować
zwiększenia importu, lecz tworzyć popyt na produkcję krajową. W kolejnym
roku powinna rozpocząć się intensyfikacja nakładów na rozwój nauki.
Jeżeli uda się
zrealizować takie zamierzenia, będziemy mogli powiedzieć, że rozpoczęła się na
serio nasza droga do współczesności.
...
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marek
Tabin: Gospodarka a tło kulturowe, nr 2/2001, str. 38
Ponad dwa
wieki temu ukształtowało się w Europie przekonanie, iż szybki wzrost
gospodarczy wiąże się z wolnością gospodarowania, czyli własnością prywatną.
Później socjalizm zaproponował znaczne ograniczenie tej wolności, w zamian
obiecując jeszcze szybszy wzrost , a przy tym poszanowanie godności
zatrudnionych i zagwarantowanie im wpływu na decyzje o wytworach ich pracy; jak
wiadomo obietnica ta raczej nie została dotrzymana. Te dwa poglądy zdominowały
20.-wieczne dyskusje nad wzrostem gospodarczym. Zgodnie zakładały one, że forma
własności środków produkcji gra tu rolę decydującą, choć opinie o tym, jaka
forma własności jest najlepsza, były przeciwstawne.
Przekonanie o wyższości własności bądź prywatnej bądź państwowej
niepostrzeżenie uogólniło się w pogląd o
istnieniu jednego, uniwersalnie najlepszego ustroju gospodarczego. Nauką
badającą szczegóły tego najlepszego porządku miała być ekonomia: kapitalizmu w
krajach zachodnich, socjalizmu u nas.
Ekonomia określiła się jako nauka poszukująca najogólniejszych, naukowych praw
rządzących rozwojem gospodarki. Sam mechanizm rozwoju nauki powodował jednak,
że pojawiało się coraz więcej wątpliwości dotyczących tego właśnie podstawowego założenia, które w
gruncie rzeczy zrodziło tę naukę. Dzięki temu, że formułowano prawa ekonomiczne,
można było coraz łatwiej i częściej wskazywać przykłady świadczące o ich nieprzydatności w różnych
szczególnych sytuacjach. Pochodziły one z bardzo różnych poziomów ogólności i
dotyczyły rozmaitych spraw: od odkrycia przez antropologów, że w społeczeństwach
prymitywnych cała gospodarka podlega zupełnie innym prawom, aż po stwierdzenie,
że reakcją Polaków na kryzys gospodarczy jest poszukiwanie innych źródeł
dochodu, zaś Amerykanów – zmniejszenie konsumpcji (W. Adamski); od
zakwestionowania roli zarobku jako motywacji do pracy (w krajach afrykańskich),
do znalezienia kulturowych modyfikacji prawa elastyczności cenowej (efekt
Giffena).
Przykładem tego samego, i to na wielką skalę, jest niemal cały Trzeci Świat, w
którym na ogół obowiązują kapitalistyczne reguły własności, co jednak nie
przekłada się wcale na ich rozwój. Wyjaśnienia tych zjawisk szły w dwóch
zasadniczych kierunkach. Jeden polegał na wskazywaniu różnych defektów
demokracji w tych krajach – ale w ten sposób przyznawano, że zmienne kulturowe
mogą być istotniejsze niż forma własności i wolność gospodarowania. Drugi
(teorie zależności) zakładał, że winne są tu dominujące gospodarczo państwa
rozwinięte, które w imię własnych korzyści utrzymują kraje Trzeciego Świata w
stanie niedorozwoju. Teoria ta okazała się bardziej pożyteczna ideologicznie
niż naukowo, a przy tym pozostawiała otwartą kwestię, dlaczego niektóre kraje
słabiej rozwinięte o wiele łatwiej można utrzymywać w stanie niedorozwoju, niż
inne. Jeśli bowiem przyczyną tego ostatniego zjawiska miałyby być jakieś
zmienne kulturowe, związane z religią bądź tradycją, to znów docieramy do
pytania: czy naprawdę forma własności jest elementem decydującym o rozwoju
gospodarczym?
Założenie, iż forma własności jest decydująca, wiązało się jednak z jednym
tylko – ale nie jedynym – nurtem myślenia o gospodarce. Dominował aż tak bardzo, że przez trzy
czwarte wieku określał dwa wrogie obozy polityczne świata. Nurt drugi
reprezentowali przede wszystkim socjologowie, którzy uwarunkowań postępu
gospodarczego dopatrywali się w czynnikach kulturowych.
...
(...) Książka Fukuyamy jest chyba
szerzej znana, a jej podtytuł brzmi: „Kapitał społeczny a droga do
dobrobytu”. Tym kapitałem społecznym
jest właśnie powszechność wzajemnego zaufania między ludźmi, co przekłada się
na sprawność gospodarczą. Podstawowa teza jest następująca: zaufanie –
wynikające przede wszystkim z socjalizacji w rodzinie – jest podstawowym
warunkiem tworzenia „strefy środkowej”, czyli wielości dobrowolnych instytucji
społecznych przeznaczonych do wypełniania najrozmaitszych zadań, dających
jednostkom poczucie bezpieczeństwa i
zakotwiczenia w życiu społecznym, i dzięki temu walnie przyczyniających się do
efektywnej pracy, inicjatywy i przedsiębiorczości.
Wzajemne zaufanie powoduje też, że pracownik identyfikuje się z celem pracy (a
nie jedynie z zarobkiem) i nie trzeba go zamykać w sztywnym gorsecie poleceń
czy to prawnych, czy płynących bezpośrednio od zwierzchnika, co również bardzo
zwiększa jakość i wydajność pracy.
„Polityczna poprawność” zakazuje co prawda wartościowania kultur, ale – zdaniem
autora – nie ma wątpliwości, iż z punktu widzenia rozwoju gospodarczego
istnieją kultury lepsze i gorsze.
(...) Warto zauważyć, że na naszych oczach powstaje
nowa orientacja teoretyczna w ekonomii politycznej: orientacja kulturowa.
...
(...) Natomiast postawa najgorszego
ucznia („od kogo ściągnąć”) raczej nie
przyspieszy rozwoju. Żaden kraj nie jest taki sam, każdy ma swoje własne
uwarunkowania kulturowe, tradycje i wynikające z niej wady i zalety. Gdyby Niemcy próbowały zorganizować
gospodarkę według tradycji amerykańskiej
lub odwrotnie, to oba te państwa niewiele miałyby światu do zaoferowania.
Rozwój można stymulować organizując produkcję tylko w sposób zgodny z własną
kulturą, a przedtem trzeba sobie odpowiedzieć na pytanie, jaka jest ta kultura
i jaki to powinien być sposób. Wszelkie zaś formuły w rodzaju „należy opierać się na sprawdzonych
wzorach” „dosyć już mamy
eksperymentów” itd., potwierdzają
jedynie własną niesamodzielność i
dążenie do tego, by gospodarka była odbiciem pewnej ideologii, choćby to miało
przynieść szkody jej efektywności.
...
Przykładem - opisywanym przez Kowalika – samodzielności intelektualnej
japońskich przedsiębiorców była zmiana
ich stosunku do pracowników w okresie powojennym. Przedwojenne japońskie prawo pracy nie dawało
robotnikom niemal żadnych uprawnień, a wyrzucenie z pracy z dnia na dzień było
rzeczą normalną. W Europie podobne warunki panowały chyba tylko na początku 19.
wieku. Co ważniejsze, związki zawodowe
były bardzo słabe, a prawo pracodawcy do pomiatania robotnikiem było właściwie
uznawane przez nich samych.
...
Po 1945 roku amerykańscy okupanci
narzucili Japończykom swoje własne stosunki pracy – a więc kodeks pracy
– znacznie bardziej przyjazne robotnikom...
Tego już japońskim pracodawcom było za wiele. Kultura japońska bardzo
niechętnie odnosi się do konfliktu wewnątrz własnej grupy i stara się go
unikać. Pracodawcy japońscy zaczęli więc tworzyć system maksymalnie sprzyjający
identyfikacji pracownika z własnym zakładem pracy. Można powiedzieć, że pozbawieni prawa do pomiatania
pracownikami postanowili ich pokochać, byle tylko nie dopuścić do tego, że
konflikt będzie normalnym elementem pejzażu... I w ten sposób powstał
dzisiejszy japoński przemysł.
Nasza niesamodzielność w rozwiązywaniu
własnych problemów nie jest jednak efektem tylko intelektualnym; wydaje mi się,
że przede wszystkim jest to defekt emocjonalny.
Chodzi tu o te same emocje, które każą nam stosować powszechnie angielskie
nazwy przedsiębiorstw, czy np. sklepów, zastępować nazwę jednostki monetarnej
„złoty” jakimś skrótem „PLN”, mówić..., a także prowadzić antyrosyjską politykę zagraniczną, i wyzbywać się wszystkich instrumentów
suwerenności gospodarczej. Chodzi o umacnianie w sobie poczucia przynależności
do Zachodu przez małpowanie różnych drugo- i trzeciorzędnych cech zachodnich
społeczeństw. Schemat postępowania jest
następujący : wybieramy ideał, po czym przeszczepiamy na nasz grunt wszystkie
te jego cechy, które się przeszczepić dadzą. Na ogół nie są to cechy, które
warunkowały ich rozwój gospodarczy -
zgodnie z poglądami kulturalistów ekonomicznych i zgodnie ze zdrowym
rozsądkiem, główną przyczyną ich sukcesu była bowiem samodzielność w
rozwiązywaniu własnych problemów. My zaś dążymy raczej do stopienia się z
tamtym światem, uważanym za „naprawdę cywilizowany”, „normalny”
a że jest to poczucie złudne i że mieszkańcy tamtych krajów nawet nie
zauważyli, że my już należymy do Zachodu – to widać dopiero, jak się tam
wyjedzie. Nie ma się zresztą co dziwić – dla tamtych społeczeństw samodzielność
jest zasadniczym warunkiem poważnego traktowania partnera.
(...) Zapewne nie tylko dlatego żyliśmy przez pół
wieku w cieniu konfliktu jądrowego, że jedni woleli własność państwową, a inni
prywatną. Podział na bloki określone przez socjalizm i kapitalizm wiązał się z
wieloma innymi czynnikami, np. z dążeniem do powiększenia zakresu władzy, z
nieufnością obywateli wobec swego własnego państwa a także z nieufnością państwa wobec obywateli. A
jednak właśnie podział według formy własności stal się punktem ogniskującym
wiele innych interesów. Tymczasem, z punktu widzenia efektywności gospodarczej
jest to w gruncie rzeczy sprawa techniczna,* wymagająca, oczywiście rozwiązań, ale
bardzo pragmatycznych, zróżnicowanych, dostosowanych do kultury i gospodarki
kraju.
...
---------------
Dr Marek Tabin jest pracownikiem naukowym Instytutu
Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego.
---------------
* Z punktu
widzenia „efektywności gospodarczej” może to być rzeczywiście, kiedyś, tylko sprawa techniczna, ale z punktu
widzenia osiągania osobistych korzyści przez osoby dysponujące kapitałem, forma
własności nie jest wcale sprawą obojętną. Pomijam jakieś wyjątkowe kultury.
Trochę inaczej mogą na to patrzeć zwykli „pracobiorcy”, którym, w odpowiednich
warunkach, może być obojętne, czyją własnością jest firma.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------------------
Marek
Ross: Problemy
„trzeciej drogi”, nr 10/2000, str. 40
W Polsce
termin „trzecia droga” kojarzy się dzisiaj z manifestem premiera Blaira i
kanclerza Schrödera. Nie jest to asocjacja całkowicie poprawna . Wśród intelektualistów
lewicy nigdy nie brakowało osób, które usiłowały wypracować ofertę programową
sytuującą się między komunizmem a kapitalizmem. Byli wśród nich także polscy
socjaliści – chociażby kompletnie zapomniana dziś ekonomistka i socjolog, Zofia
Daszyńska-Golińska (1866-1934). Ponieważ jednak w polityce program
urzeczywistniony ma przewagę nad programem istniejącym tylko na papierze,
„trzecią drogą” nazywa się najczęściej
model nordycki, w literaturze anglosaskiej określany jako the Swedish model. Nazwa ta nie jest zbyt ścisła, gdyż model ów
istnieje przecież – z pewnymi modyfikacjami – we wszystkich pięciu państwach
nordyckich. Natomiast w literaturze szwedzkiej używa się z reguły określenia
„droga środkowa”...
Tutaj terminem
„trzecia droga” nazywać będziemy więc tzw. model szwedzki. Mówiąc w wielkim
uproszczeniu, opiera się on o następujące założenia systemowe:
1) większe niż w innych krajach Europy
Zachodniej spłaszczenie poborów i redystrybucja w postaci niektórych transferów
niezależnych od dochodów (np. zasiłek wypłacany każdemu dziecku, niezależnie od
wysokości zarobków rodziców)1;
2) aktywne kształtowanie przez państwo
rynku pracy ...;
3) kompromis z Saltsjöbaden, zawarty w
1938 (i odnowiony w 1982 r.) między konfederacją pracodawców SAF i krajową
centralą związków zawodowych LO, dzięki któremu strajki były i nadal są bardzo
rzadkie;
4) „duch Harpsund”2, w której to letniej rezydencji szwedzkich
premierów odbywały się nieformalne spotkania wiodących socjaldemokratów z
szefami wielkich firm (wprawdzie Olaf Palme wprowadził wśród szwedzkich elit
modę spędzania urlopów na wyspie Gotland, dokąd też przeniosło się wiele
spotkań, ale nazwa pozostała).
Nadmieńmy, iż
sporą osobliwością modelu szwedzkiego jest zdumiewająca – w stosunku do
mieszkańców – liczba potężnych i konkurencyjnych na rynku światowym koncernów
przemysłowych.
...
Zaniepokojeni premierzy
„Nie uda się
utrzymać egalitarnego modelu nordyckiego, gdy w społeczeństwie zniknie
świadomość, że każdy ma przyzwoitą szansę i nie jest odsunięty od ciastka do
podziału” – powiedział premier Szwecji, Göran Person po spotkaniu ze swoim
norweskim kolegą w maju 2000 r. A premier Jens
Stoltenberg dodał, że właśnie Norwegia i Szwecja są dobrym przykładem,
iż model sprawiedliwej redystrybucji dochodów nie tylko umożliwia, ale wręcz
ułatwia dynamiczny rozwój nowoczesnej gospodarki (knowledge economy).
Zagranicznym
obserwatorom przesadne może się wydawać zaniepokojenie premierów dwóch największych państw
nordyckich, których gospodarki wręcz kwitną.
...
Skąd więc obawy premierów Szwecji i Norwegii, że model nordycki może ulec
korozji?
W latach 1996-1999 pobory wyższej kadry największych szwedzkich, notowanych na
giełdzie, koncernów wzrosły o 61 proc. Jeżeli uwzględnimy zupełnie
niewiarygodny bonus 34474000 SEK, jaki w roku ubiegłym otrzymał szef
budowlanego koncernu Skanska, Claes Björk, to wzrost ten wyniesie już 105 proc.6.
W tym samym okresie pensje
pracobiorców sektora prywatnego zrzeszonych w krajowej centrali związków
zawodowych LO wzrosły o 16 proc. Nikt w
Szwecji naturalnie nie postuluje, aby szef wielkiego koncernu czy jego dyrektor
ekonomiczny zarabiali tyle, ile recepcjonistka lub chłopak sortujący listy. Urawniłowka nigdy nie była celem socjaldemokracji, w razie potrzeby – partii
bardzo pragmatycznej (np. dopuszczającej w trosce o poziom nauczania, aby
gimnazjalni nauczyciele przedmiotów ścisłych zarabiali więcej niż nauczyciele
przedmiotów humanistycznych). Także szwedzkim robotnikom – bardzo często
posiadającym akcje, czytającym prasę businessu
i dysponującym wcale dużą wiedzą ekonomiczną – pomysł zrównania
wynagrodzeń nigdy nie przyszedłby do głowy. Jednak w modelu nordyckim istnieją
pewne granice społecznie akceptowanej nierówności.
Tradycyjnie
szwedzcy politycy zarabiają skromnie, np. pobory premiera Perssona tylko
sześciokrotnie przewyższają pensję sprzątaczki. Wśród wyższej kadry wielkich
firm uposażenia 10.-12.-krotnie wyższe od pensji premiera nie są niczym
nadzwyczajnym. Zwłaszcza dyrektorzy świetnie zarabiają i nikt im tego prawa nie
wymawia. W całej debacie chodzi więc nie
o poziom dyrektorskich dochodów, ale o szaleńcze tempo ich przyrostu w
ostatnich latach.
Sami
bohaterowie dyskusji o płacowych kominach reagują na nią rozmaicie. Jedni
wzruszają ramionami... Inni bronią się, przytaczając
astronomiczne dochody gwiazd sportu... Jednak na ten argument nie dał się
nabrać nawet dziennikarz prawicowej
skądinąd..., konstatując pewną istotną różnicę: żaden sławny tenisista... nie ma tysięcy podległych sobie pracowników,
którym wmawia, że oni sami mają zadowolić się jak najniższymi podwyżkami płac.
Z jednej strony panowie dyrektorzy sami przyznają sobie podwyżki rzędu 25-30
proc. rocznie, z drugiej pouczają – za pośrednictwem ekonomistów z
finansowanych przez swoje koncerny think
tanks – że wszyscy inni kontentować się
muszą podwyżkami jak najniższymi, najwyżej 3.-procentowymi, bo tego wymaga
interes kraju, bo inaczej grozi inflacja etc. Teoretycznie pensję i bonus każdego dyrektora określa board of directors danej firmy; w praktyce chodzi jednak o
kilkusetosobową (w warunkach szwedzkich) grupę najwyższych managerów, którzy
krzyżowo zasiadają w zarządach swoich firm, przyznając sobie łącznie miliardy
koron. I to jest druga ważna różnica między nimi a gwiazdami sportu czy rocka.
Taki amerykański golfista, Tiger Woods
rzeczywiście zarobił w ubiegłym roku 49 mln USD, ale tej przyjemnej
sumki nie przyznali mu koledzy z golfowego pola.
Wiadomo, że
powodem niedawnego, poważnego strajku w Norwegii była wściekłość, jaką w
norweskich pracobiorcach wywołały szokujące podwyżki uposażeń najwyższej kadry.
Podobna sytuacja w Szwecji nie jest wykluczona i dlatego musiały zareagować
związki zawodowe.
Wolne żarty, panowie dyrektorzy!
Gdyby debatę o
menedżerskich kominach płacowych w Szwecji i Norwegii mógł śledzić jakiś
przedstawiciel polskiej prawicy, to najprawdopodobniej uznałby ją za „komunistyczną dewiację”... A jak na
debatę tę patrzy szwedzka prawica?
Stockholm School of
Economics - założona w roku 1909
z inicjatywy i dzięki hojności rodziny „właścicieli Szwecji”, Wallenbergów –
jest elitarną uczelnią prywatną, której reputacji nigdy nie skaził nawet
cień żadnej lewicowej herezji. A jednak
jej wykładowcy także mają bardzo krytyczny pogląd na wielomilionowe dochody
roczne szwedzkich dyrektorów.
(...) ...abstract greed... zarabia dziś 100 tys. dolarów miesięcznie i
oczywiście chce więcej. Czy jednak gdyby dostał milion miesięcznie, to żyłby
lub pracowałby lepiej? Odpowiedź jest negatywna. Jego majątek i bieżące dochody
już dziś pozwalają na zaspokojenie wszelkich potrzeb luksusowej konsumpcji, na
którą zresztą... i tak nie ma czasu. Żądanie podwyżki jest więc objawem czystej
abstrakcyjnej chciwości.
...
Społeczeństwo ryzyka” i wspólnota lęku
Jeden z
najwybitniejszych ekonomistów 20. wieku, John Kenneth Galbraith wyraził
przekonanie, że kapitalizm, zwłaszcza w Europie Zachodniej, przetrwał tylko
dzięki jego ucywilizowaniu przez system zwany welfare state7. Obawiający się
komunizmu pracodawcy uważali, iż we własnym interesie muszą się dzielić z tymi „nieudacznikami”,
którzy sprzedają własną pracę. Tę nader prawdopodobną tezę potwierdziło wkrótce
samo życie. Im bardziej komunizm tracił zęby, tym szybciej rozbestwiał się
kapitał, a po upadku wschodniego imperium
w wielu krajach przystąpiono do demontażu welfare state.
USA zawsze były krajem najwyżej połowicznego welfare’u, wprowadzonego w okresie
prezydentury Roosevelta. Zauważmy jednak, że to nie prezydent Reagan
przekreślił system zabezpieczeń i opieki, uczynił to prezydent Clinton, któremu
już żaden upiór z Moskwy nie zagrażał. Dopiero Clinton mógł zlikwidować
wszystkie federalne normy pomocy i wprowadzić system work for your welfare, który sami Amerykanie zaraz nazwali ironicznie two years and you’re out (kto w ciągu dwóch lat nie wróci na rynek pracy,
zostaje odcięty od wszelkiej pomocy, a łączny okres otrzymywania tejże pomocy w
całym życiu jednostki nie może przekraczać 5 lat).
Rezultaty tej
reformy wszechstronnie podsumował laureat Nagrody Nobla (1987) w dziedzinie
ekonomii Robert Merton Solow w swojej „Work and Welfare” (Princeton 1998);
główna konkluzja sprowadza się do tego, że liczba bezrobotnych wprawdzie
zmalała, ale za to znacznie wzrosła liczba the working poor – tych
nieszczęśników, którzy z jednej pełnoetatowej pracy nawet najnędzniej nie mogą
wyżyć.
Jest
niewątpliwym paradoksem, że po zakończeniu zimnej wojny wcale nie nastąpił
sławny „koniec Historii” i nie wkroczyliśmy w okres bezkonfliktowej
szczęśliwości; przeciwnie, świat
znacznie stwardniał czy też – jak to ujął inny ekonomista-laureat Nobla, Paul
A. Samuelson – „nastał czas dla
bezwzględnych”. Najwyraźniej widać to w
Afryce. Gdy tylko ZSRR musiał opuścić swoich afrykańskich „klientów”, Zachód
natychmiast odciął pomoc dla „swoich murzynów”. Słabe, postkolonialne państwa
nie wytrzymały neoliberalnej kuracji, jaką narzuciły im międzynarodowe
instytucje kredytowe, a miejsce rozsypujących się państw zaczęli według
czystych reguł mafijnych zajmować– jak to William Reno8 określa
- plemienni „władcy wojny”.
Jednak
to zlodowacenie serc i stwardnienie świata widać nawet w państwach nordyckich.* Mniej więcej rok temu szwedzki miliarder
Robert Weil ogłosił w „Dagens Nyheter” znamienny artykuł „Kapitaliści, łączcie się
i dziękujcie”. Miliarder Weil twierdzi, iż kapitaliści powinni stworzyć własną
Międzynarodówkę i podziękować za to, że
pracobiorcy pokornie zrezygnowali. Jeszcze nigdy w historii, pisał Weil,
podział dochodu nie był tak dla nas korzystny, nigdy praca nie znaczyła tak
mało, a kapitał – tak wiele.
Wyskok miliardera sowizdrzała przyjęto w Szwecji z zażenowaniem, jako
kalanie własnego gniazda. Jest jednak faktem, że praca – nawet kadry
inżynierów-menedżerów średniego szczebla – opłacana jest coraz gorzej i
przybiera coraz dziwaczniejsze formy. Osławiony downsizing został wprawdzie zatrzymany, nowych miejsc pracy
przybywa, ale... prawie nigdy, nawet w przypadku osób z wyższym wykształceniem,
nie jest to stała praca. Należy pamiętać, że choć osoba mająca pracę dorywczą
(umowa-zlecenie, ...) może nawet przyzwoicie zarabiać, ale jej sytuacja jest
ponura. Przede wszystkim taki pracownik nie dostanie żadnego kredytu (a więc na
raty nie może kupić...), żadna firma nie zechce też mu mieszkania nawet
wynająć, nie obejmuje go wiele zabezpieczeń wywalczonych przez związki zawodowe
etc. Ze zrozumiałych względów szczególnie trudna jest więc sytuacja ludzi
młodych: w Sztokholmie, gdzie przecież bezrobocie jest wyjątkowo niskie, aż 22
proc. osób poniżej 34. roku życia ma jedynie pracę dorywczą! Ten właśnie fakt wyjaśnia, dlaczego tylu
młodych ludzi, zwłaszcza z wyższym wykształceniem, rozczarowało się rządzącą
socjaldemokracją i popiera postkomunistyczną Partię Lewicy. Dawniej „wolnymi
strzelcami” byli głównie dziennikarze; dziś pracują tak urzędnicy,
pielęgniarki, specjaliści komputerowi, księgowi, hydraulicy etc. W sektorze
prywatnym, a nawet publicznym, rozpowszechniła się ponadto szczególna moda:
zwalnia się pracownika, natychmiast oferując mu np. krótkoterminową umowę-zlecenie
na tym samym stanowisku. Nawet w centralnych urzędach państwowych wiele osób
pracuje tylko w oparciu o kilkumiesięczne umowy, które mogą być przedłużone lub
nie.
W całej Unii Europejskiej, a już zwłaszcza w bogatych państwach nordyckich, nikt nie jest głodny i nie musi się zastanawiać, co będzie jeść jutro. Zaspokojenie elementarnych potrzeb dostępne jest dla każdego. Natomiast społeczeństwa podlegają różnym lękom, nie tylko przed utratą stałej pracy, także przed brytyjską wołowiną czy rakotwórczymi związkami w rybach z Bałtyku, przed kiepsko przetestowanymi lekami, reaktorami jądrowymi, dziurą ozonową i zanieczyszczeniami środowiska, załamaniem kursów na giełdzie, cudzoziemcami z obcego kulturowo świata etc. Podstawowy jest jednak lęk przed utratą poczucia stabilizacji egzystencji, względnie pewnych ram życia, jakie wyznacza stałe zajęcie.
Czy fundamentem „domu ludu” może być zbiorowy lęk? Podstawową zasadą modelu nordyckiego jest społeczny solidaryzm, ale czy jest on możliwy w społeczeństwie, w którym np. szef budowlanego koncernu Skanska otrzymuje uposażenie równe 70. pensjom inżynierów budownictwa ze średniego szczebla menedżerskiego? W którym dyrektorzy funduszy emerytalnych spać nie mogą z powodu nadmiaru kapitału, a najniższe emerytury podnosi się o sumę odpowiadającą kosztowi 8 paczek najtańszych papierosów? Czy można jeszcze mówić o egalitaryzmie w kraju, w którym trzeba było wymienić programy komputerowe urzędu podatkowego (gdyż nie dawały sobie rady z liczbą zer w majątkach miliarderów), a w którym 14 proc. pełnoetatowych pracobiorców nie ma grosza oszczędności, gdyż z trudnością żyje od wypłaty do wypłaty?
Szwedzcy socjaldemokraci są partią, która
zdecydowanie dominowała na tutejszej scenie politycznej przez ponad pół wieku i której osiągnięcia godne są
najwyższego podziwu. Ostatnio odnosi się jednak wrażenie, że globalizacja –
którą technicznie umożliwiła rewolucja informatyczna, ale która jest ideowym
dzieckiem neoliberalizmu – trochę ich zaskoczyła. Dysponując najlepszym z wszystkich szwedzkich
partii zapleczem intelektualnym, socjaldemokraci dobrze wiedzą, iż globalizacji
nie można się przeciwstawić, ale nie bardzo wiedzą, co zrobić z jej skutkami.
Neoliberałowie uważają, iż ostre różnice socjalne są wskazane, gdyż „wymuszają na jednostce pożądaną zmianę
zachowania” (wszak „najlepiej polują
głodne wilki”). Socjaldemokraci wiedzą, że to ideologiczna bzdura, duże
różnice socjalne uważają za przykre, ale po raz pierwszy w swej historii nie
bardzo wiedzą, jak im przeciwdziałać. Główny
szwedzki tygodnik businessu zwrócił uwagę, że na niedawnym kongresie
postkomunistycznej Partii Lewicy jej przewodnicząca, Gundrun Schyman odesłała
komunizm do lamusa historii, a w wyjątkowo ciepłych słowach mówiła o duchowym
ojcu „domu ludu”, jakim był socjaldemokratyczny premier Per Albin Hansson. W
wypowiedziach socjaldemokratów nazwisko to ostatnio nigdy się nie pojawia.
Obawiam się jednak, że jeżeli szwedzcy socjaldemokraci nie chcą podzielić się
władzą, to nazwisko i idee twórcy „trzeciej drogi” będą musieli sobie
przypomnieć.
---------------
Marek
Ross, biznesmen i publicysta pochodzenia polskiego, mieszka w Sztokholmie.
..................
* Szkoda, że sam
Autor, którego trudno przecież posądzać
o brak „wrażliwości społecznej”, trzy lata później, w artykule pt. Ofiary ideologii (Dziś 11/2003, str. 68), napisał: „Zawsze zdumiewało mnie – żyjącego na styku kultur – roszczeniowe
rozbestwienie 8 milionów polskich emerytów i
rencistów (liczba to unikalna w Europie!) oraz pokora, z jaką szwedzcy emeryci godzą się z tym, że de facto są
obywatelami drugiej kategorii, że
przepisuje im się tańsze leki zastępcze, że gdy są ubodzy , to muszą się
przeprowadzać do mniejszego mieszkania etc. etc. [Podkreślenie – Anonimus].
Osobiście „roszczeniowe rozbestwienie” potraktowałem jako „wypadek przy pracy” Autora, polegający
na przesadnym uogólnieniu pewnych negatywnych zjawisk. Oczywiście, na tle biedy
w Polsce, takie określenie może być zasadne, ale tylko w stosunku pewnej grupy
emerytów i rencistów, natomiast nie odzwierciedla ani prawdziwego wizerunku
przeciętnego polskiego emeryta lub rencisty, ani tym bardziej wizerunku tych
najbiedniejszych. Nawet te 8 milionów, to też nie wina tych przeciętnych i
najuboższych. To są chyba sprawy oczywiste, i wg mnie raczej nie ma potrzeby
specjalnie tego uzasadniać, chyba że w obronie najsłabszych, żeby ich „nie
wsypano do jednego worka” i też im nie zabrano.
A co z tymi emerytami godzącymi się, że są de facto obywatelami drugiej
kategorii? Prawdopodobnie gdyby byli wystarczający bogaci, mało kto by się
ośmielił tak ich traktować. Ot i główna przyczyna poparta zwykłym
wyrachowaniem, graniczącym nieraz z głupotą, bo w końcu nawet niezbyt majętni
emeryci, to coraz bardziej rosnąca grupa wyborców i klientów, którzy, jeśli się dobrze
zorganizują, mogą wymusić przynajmniej poszanowanie własnej godności.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Marian
Dobrosielski: Unia Europejska a Rosja, nr 10/2000, str. 59
Wiadomo, że spośród wszystkich
19. Państw- członków NATO, najgorsze stosunki z Rosją ma Polska. W porównaniu z
polityką państw Unii Europejskiej wobec Rosji, polityka obecnego rządu Polski
wypada jeszcze bardziej negatywnie. Różni się zasadniczo od przyjętej przez
szefów rządów i państw tego ugrupowania, 4 czerwca 1999 r. w Kolonii, „Wspólnej
Strategii Unii Europejskiej dla Rosji”. Wprawdzie profesor Geremek, jeszcze
jako minister spraw zagranicznych, opowiadał na pożegnalnej konferencji
prasowej 30 czerwca br., że „bilans stosunków Polski z Rosją jest znakomity”,
lecz kontynuacja tej „znakomitej” polityki stać się może dodatkową poważną
przeszkodą w naszych staraniach o przyjęcie do UE. Wspomniany dokument wzywa
bowiem państwa ubiegające się o członkostwo UE do aktywnego udziału w
realizacji tej wspólnej strategii.
...
---------------
Marian
Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz
współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Jan
Golec: Polska a Rosja. Spojrzenie politologiczne, nr 10/2000, str. 66
Współcześni
Polacy postrzegani są przez cudzoziemców jako naród opętany historią, wdziewający
z zapałem stare, zbutwiałe kostiumy, wsłuchany z uwagą w tzw. lekcję historii,
kochający "argumenty z przeszłości", nurzający się z upodobaniem w
historycznej mitologii, stawiający przodkom liczne pomniki1. Mamy
niezłą historiografię, której naród w swej masie nie zna i nie zawsze jej ufa,
a ulegamy urokom i mrokom wielu legend, odbrązawiamy i idealizujemy II
Rzeczpospolitą. Jesteśmy codziennie pouczani przez rządowe mass media i Kościół
jak mamy prawidłowo rozumieć historię i jaka historia jest jedynie słuszna.
Ignorancja przeplata się z wiedzą, manipulacja socjologiczna z porywami emocji.
Czego Polakom brakuje? Refleksji historycznej, odwagi intelektualnej i
politycznej roztropności, odrzucenia łatwych mitów oraz fatalnego obyczaju
postrzegania przeszłości przez pryzmat czarno-białych schematów.
W ostatnich
bez mała 300. latach Polska nie była krajem suwerennym i niepodległym. Zależna
– w różnym stopniu – była i jest znaczna część narodów świata. Nasz kraj zaczął
popadać w stan podległości w drugiej
połowie 17. wieku, a od początku 18. stulecia był uzależniony od obcych
mocarstw. W ogóle zależność to sytuacja długotrwała (występuje także w okresie
niepodległości). Po 2. wojnie światowej Polska była w strefie wpływów ZSRR,
choć formalnie niepodległa. Zależność
polityczno-państwowa ma swoje poziomy, stadia, stopnie nasilenia. Nie
jest oczywiście dla nas obojętne, czy posiadamy jakiekolwiek państwo, czy też
nie. Istnienie państwa ma dla narodu istotne znaczenie nawet wtedy, gdy wpływ
społeczeństwa na jego aparat jest mocno ograniczony. PRL była państwem w znacznym stopniu niepodległym w sensie
administracyjnym czy dyplomatycznym, z pewną autonomią w dziedzinie polityki
wewnętrznej, lecz uzależniona politycznie i wojskowo od Związku Radzieckiego.
Zależność jest pojęciem znacznie
szerszym od braku wolności i niepodległości państwa. Odciska się na sferze
gospodarki, strukturach społecznych, mentalności, języku itd. Kraj zależny podlega daleko idącym
deformacjom rozwoju społeczno-gospodarczego2.
Rosjanie i
Polacy są sobie bliscy geograficznie, historycznie, łączy ich przynależność do
tej samej cywilizacji, która powstała w oparciu o uniwersalne wartości
chrześcijaństwa. Jednocześnie Rosjan i Polaków od dawna dzieli przestrzeń
wzajemnej niechęci. Dzisiejsi Rosjanie i
Polacy, żeby wejść do współczesnej Europy oraz uczestniczyć w budowaniu jej
struktur, powinni wzajemnie się zrozumieć, pokonując dzielący ich obszar
duchowej i intelektualnej niechęci. Do tej pory narody i państwa dzieliła
polityka. Ukazując prawdę, objaśniając ją narodom, sprzyja się oświeceniu
polityków, których działania mogą nie tylko szkodzić, ale też przyczyniać się
do budowania mostów ponad obszarami etnicznej odrębności.
W odległej
przeszłości carskiej Rosji, w byłym Związku Radzieckim i w dzisiejszej Rosji,
która uznaje się za państwo demokratyczne, stosunek do Polski i do Polaków
określił rosyjski sposób myślenia o narodzie i jednostce, a także rosyjska
świadomość potrzeb własnego państwa. Tu właśnie leży przyczyna łańcucha konfliktów,
krzywd, wzajemnych pretensji i nieporozumień3. Na poziomie pamięci
społecznej odzwierciedliło się to w stereotypach o „niewdzięcznych Polakach” w
czasach carskich. Po kongresie wiedeńskim w 1815 r. Polacy dostali od
Aleksandra I konstytucję, o której Rosjanie nawet nie marzyli, a odpowiedzieli
na to powstaniami w 1830 r. i 1863 r.
Czasy radzieckie i okres 2. wojny światowej: my im pomagamy utworzyć armię,
żeby wspólnie walczyć z Niemcami, a oni nas zostawiają (wyjście armii gen.
Andersa z ZSRR po ujawnieniu przez Niemców masowych grobów polskich oficerów w
Katyniu). „Niewdzięczni Polacy” –
oswobodziliśmy ich spod niemieckiej okupacji (na naszych ziemiach poległo 600
tys. żołnierzy Armii Czerwonej), a oni do nas strzelają (antykomunistyczne
podziemie zbrojne z lat 1944 – 1948).
„Niewdzięczni Polacy” – pomagamy im
budować socjalizm, odejmując sobie od ust, aby im żyło się lepiej, a oni
buntują się (poznański czerwiec 1956 r., grudzień 1970 r. na Wybrzeżu, Radom i Ursus 1976 r., aż do powstania „Solidarności”).
Czasy współczesne: „niewdzięczni Polacy”
– stanowimy razem z nimi Wschód Europy, jesteśmy Słowianami, lecz oni odwrócili
się od nas ku Zachodowi wstępując do NATO, pogarszają tym samym stosunki z
Rosją4.
Rosyjska myśl
polityczna zwrócona ku przeszłości musi budzić
niepokój nie tylko na Zachodzie, ale także i w krajach
postkomunistycznych. Roszczenie przez Rosjan prawa do pełnienia szczególnej
roli wśród Słowian...- było związane z państwowo-polityczną doktryną imperium i
jemu wyłącznie służyło. W tym tkwią korzenie konfliktu nie tylko z katolicką
Polską, ale też z innymi państwami, np. prawosławną Bułgarią czy Ukrainą.
...
Dziewiętnastowieczny poeta rosyjski Fiodor Tiutczew pisał, że Rosji nie można
pojąć, ani zmierzyć, można w nią tylko wierzyć. Okrucieństwo i przemoc kładące
się cierpieniem na życiu mieszkańców Rosji było źródłem nie tylko
masochistycznego zachwytu, lecz także maksymalizmu w działaniu. Knut, zsyłka i
szubienica – nieodłącznie towarzyszyły Rosjaninowi. W dążeniu do celu Rosjanin
potrafiłby zniszczyć wiele wartości, nieświadom nawet ich istnienia. Przykładów
nie trzeba szukać daleko: w literaturze Raskolnikow, w historii – rewolucja
październikowa 1917 r., gigantyczne czystki stalinowskie polegające na
likwidowaniu i więzieniu niewinnych ludzi. Życie w Rosji przez wieki było
ponure i prymitywne, zaś prawa nim rządzące trzeba uznać za rażąco
anachroniczne, a nigdy za wzór godny naśladowania. Koncepcja panslawizmu
prowadziła w konsekwencji do wynaradawiania Polaków i innych narodów
słowiańskich. Państwo było dla Rosjan czymś więcej niż instytucją prawną,
regulującą życie społeczeństwa. Formalizm ustępował uczuciowości oraz
religijnej pokorze. Osobę cara w Rosji uważano za świętą, był więcej niż
pomazańcem Bożym, był zastępcą Boga na ziemi5. Bolszewicka metafora
wodza była budowana na użytek rosyjskiej mentalności, prymitywnie rozumianej
religijności, potrzeby wypełnienia pustego miejsca po „batiuszce carze”.
W stosunkach z
Rosją potrzebna jest umiejętność
szerszego spojrzenia na przeszłość. Trzeba uwzględnić, że Rosjanie nie znali
demokracji, jeśli nie liczyć sześciu miesięcy wolności i demokracji w 1917 r.
Zdaniem Władimira Bukowskiego, aktywnego działacza opozycji demokratycznej w
ZSRR, komunizm nawiedził Rosję jako kara za jej grzechy7. Rosjan
wychowywano w przekonaniu, iż ustrój komunistyczny jest nienaruszalny,
nieomylny i najlepszy. Żadne decyzje nie mogły być w nim podjęte, jeżeli nie
były zainicjowane odgórnie przez władze. Ludzie zatem woleli milczeć, iść na
kompromisy, ustępstwa i poświęcenia. Protestowała tylko garstka
dysydentów.
...
Opór przeciw przejmowaniu wzorów radzieckich był w Polsce nieporównanie
silniejszy, niż w pozostałych krajach bloku radzieckiego.
...
Polska była przez wieki ofiarą innych państw: Niemiec i Rosji, a także Związku
Radzieckiego. Wolna, niepodległa Polska ma ogromne znaczenie właśnie dla Rosji,
dla rozwoju demokracji w tym kraju. Pod tym względem całkowicie należy
podzielić zdanie Lenina, który powiedział, że nie może być wolny naród uciskający
inne narody.
...
Odrzucenie przez Rosję obcej ideologicznie mentalności polskiej, psychologiczna
nietolerancja przechodząca w pogardę, znalazły odzwierciedlenie nawet w języku.
Wzięte z języka polskiego „honor” i „Za pan brat”, nabrały w języku rosyjskim
znaczenia przeciwnego w stosunku do pierwotnego. Honor nie oznacza zaszczytu, cnoty, ale
polską pychę. „Za pan brat” , zwrot określający charakter stosunków i styl
kontaktów między szlachtą sobie równą,
niezależnie od statusu majątkowego i zajmowanego stanowiska (szlachcic na
zagrodzie równy wojewodzie) – na gruncie rosyjskim znaczy tyle, co
bezceremonialny, familiarny ton, lekceważący subordynację, nie liczący się z
hierarchią rang.
Stereotyp
Rosjanina i Polaka kształtował się przez wieki, a zwłaszcza w dobie zaborów, a
więc w warunkach najmniej sprzyjających obiektywizmowi.
...
Stosunki między obu państwami obciążone
są bolesną przeszłością.
...
Socjologowie twierdzą, że walka i
wszelkie postacie konfliktu bardziej zbliżają do siebie przeciwników, niż
stosunki wynikające z przyjaźni9. Dwie namiętności odróżniają
Słowian od pozostałych nacji: zamiłowanie
mężczyzn do napojów alkoholowych oraz dobroduszność i gościnność przy wszystkich możliwych
okazjach. Nigdzie w Europie nie wyrabiano wódki tak mocnej jak w Rosji i w
Polsce, żeby już nie wspominać o nie dających się policzyć rodzajach nalewek
czy samogonu. Pobożność, choć tylko na
pokaz, zawsze była na pierwszym planie10.
Stosunki
polsko-rosyjskie oparte być muszą na zasadzie partnerstwa i obustronnym respektowaniu interesów państw
oraz na poszanowaniu suwerenności. Zaangażowanie Polski w popieranie ruchów
separatystycznych dążących do rozbicia Rosji, w żadnym wypadku nie przyczyni
się do poprawy wzajemnych stosunków11. Polska musi dać wyraźny
sygnał, iż protesty przeciwko wojnie w Czeczenii płyną wyłącznie z pobudek humanitarnych, są
skierowane przeciwko nieludzkim metodom prowadzenia wojny, nie zaś przeciw
rosyjskiemu państwu, z którym pragniemy utrzymywać dobre stosunki. Świata nie
zbawimy, próbując na nowo chrystianizować „pogańską” Europę Zachodnią i
nawracając na katolicyzm Rosję, Białoruś i Ukrainę. Polska jest niewielkim
krajem we współczesnym świecie, musimy znać
swoje miejsce wśród innych narodów i możliwości oddziaływania...
Obecnie dla
Polski większym zagrożeniem jest wysokie bezrobocie, rosnące rzesze biednych,
trwałe osłabienie tempa wzrostu gospodarczego, korupcja, aniżeli postimperialne
siły w Rosji. Niezależnie od zmian zachodzących w świecie, Polska – ze względu
na swoje położenie geopolityczne – pozostanie w sferze uwagi każdego państwa
rosyjskiego, dlatego więc z tym państwem
trzeba umieć ułożyć sobie stosunki, tego wymaga interes polskiej racji stanu.
Powtarzanie, że załamanie naszego eksportu na Wschód związane jest niemal
wyłącznie z kryzysem rosyjskim, jest banałem. Przecież w tym samym czasie kraje
Unii Europejskiej, a także Węgry i Czechy, zwiększyły wymianę handlową z Rosją.
Nie zachodzi też obawa, że Moskwa wykorzysta stosunki gospodarcze do wywierania
wpływu politycznego na Polskę. Niepokój
budzić musi zarówno rozniecanie antyrosyjskich, jak też antypolskich emocji i
fobii.
Rosja
prezydenta Władimira Putina dojrzała do
zmian politycznych i gospodarczych, umożliwiających zajęcie przez nią
poczesnego miejsca w świecie. Obok postaw imperialnych, reprezentowanych przez
blok nacjonalistyczno-komunistyczny, przeciwny demokracji, istnieją w Dumie
siły występujące w obronie prawa Polski i innych byłych krajów socjalistycznych
do swobodnej decyzji o własnym losie, więc
również o wstąpieniu do Unii Europejskiej i NATO. Wpływów i oddziaływania tych sił nie
należy bynajmniej lekceważyć. Wyniki ankiety przeprowadzonej przez niezależne
Centrum Międzynarodowych Badań Socjologicznych w dziewięciu rejonach Rosji
wykazały, że 2/3 Rosjan uważa, że przystąpienie do NATO jest wewnętrzną sprawą
Polski. Co więcej, aż 68 proc.
deklarowało swoją sympatię do Polski12.
Czy Rosji
grozi powrót do komunizmu? Ustrój ten
jest zbyt skompromitowany, zbyt wielu Rosjan cierpiało za Stalina, żeby jego restauracja była
możliwa. Prawdopodobna jest budowa silnego państwa, z zachowaniem przez długi
czas interwencjonizmu państwowego, szczególnie jeśli idzie o realizację spójnej polityki gospodarczej, opartej na
strategicznym, długofalowym planowaniu. Należy pamiętać – ostrzega Zbigniew
Brzeziński – że mechanizmy rynkowe nie są nieomylne, szczególnie w krajach
postkomunistycznych, gdzie gospodarka nadal wymaga interwencjonizmu
państwowego, nie tylko dla zapobieżenia załamaniom rynku, ale także dlatego, że
prywatny sektor gospodarki w tych krajach jest niedojrzały, a rynki słabo
rozwiniete13. Czasy bezwzględnej dyktatury, wszechwładza partii komunistycznej już się w Rosji nie
powtórzą. Inny jest kraj, inny jest świat.
..........
Przypisy
1 J. Tazbir,
„Walka na pomniki i o pomniki”, „Kultura i Społeczeństwo” 1997 nr 1, s. 3-9.
2. Por. T. Łepkowski, „Polska XVII-XX wieku. Naród rewolucyjny?”,
„Puls”. Londyn 1985-1986, nr 18, s. 99-111.
4. Por. A.W. Lipatow, „Rosja i Polska. Spór domowy Słowian lub
przeciwieństwo mentalności”, „Przegląd Humanistyczny” 1999 nr 5, s. 77-87.
5. J. Kulicki, „Zdziechowski
i Rosja”, „Przegląd Polityczny” 1986 nr 7, s. 123.
6. Wątek kreowania tzw. bolszewickich świętych, zastępowania religii
ideologią został omówiony w pracy A. Leinwand, „Sztuka w służbie utopii. O
funkcjach politycznych i propagandowych sztuk plastycznych w Rosji Radzieckiej...” Rosyjskiemu nacjonalizmowi poświecone są też
prace...
7. W. Bukowski, „Dusza w komunizmie”, Warszawa 1983, s. 16.
8. Termin homo sovieticus
wprowadził do obiegu A. Zinowiew, a w polskiej publicystyce upowszechnił ks. Prof. J. Tischner...
9. J. Szczepański, „ZSRR a
polityczne oblicze Europy”, „Dzieje Najnowsze” 1996 nr 1, s. 234.
10. L. Bazylow, „Historia nowożytnej kultury rosyjskiej”, Warszawa
1986...
11. Carl von Clausewitz pierwszy zauważył, że wielkiego państwa –
takiego jak Rosja – nie można ostatecznie inaczej pokonać jak poprzez
sprowokowanie wewnętrznego podziału, rozbicie, wojnę domową...
12. J. Bardach, „Polska a Rosja
– spojrzenie wstecz a współczesność”, „Kultura i społeczeństwo” 1997 nr 1, s.
103.
13. Zb. Brzeziński, „Bezład.
Polityka Światowa na progu XXI wieku”. Warszawa 1999, s. 136.
---------------
Jan Golec, dr nauk humanistycznych, specjalizuje
się w naukach politycznych, publicysta.
-----------------------------------------------------------------------------------------------
-----------------------------------------------------------------------------------------------
| Literatura | Strona główna |