Ekonomika i
zarządzanie
w przemyśle mleczarskim
(Wybrane
fragmenty)
Cel strony
- Analiza, edukacja, pomoc
Strona jest branżowym fragmentem całej
spójnej witryny pod ogólnym tytułem: „Ekonomika i
zarządzanie”.
Zdecydowanie najważniejszą częścią całości
- przynajmniej pod kątem ogólnej edukacji w zakresie zarządzania - jest: „Prezentacja literatury”.
Dotychczas ujmują ją tylko w układzie podmiotowym (wg książek i innych
publikacji). Zamierzam (w odrębnym zestawie) dokonać przekształcenia w układ przedmiotowy
(wg tematów), wybiórczo mocno go rozwijając. Kiedy? I czy w ogóle sam dam radę? Mam
zasadnicze wątpliwości.
Specyfikę mojego podejścia do tematów,
poza ogólnym „wyznaniem wiary” na stronach głównych1 najlepiej
charakteryzują strony „konkretyzacja”2
i „Credo”.
Odnosi się to zarówno do teorii jak i do praktyki.
Ogólny przykład, jak wiedzę czerpaną z
książek można z dużymi pożytkami wdrożyć do praktyki, przy okazji
„co nie co” ulepszając, zawarty jest w czterech pierwszych odcinkach na
stronie „Ekonomika i zarządzanie”3.
Niestety, „można”! Ale
żeby możność można było przekształcić w czyn, książki muszą trafić do
właściwych ludzi i we właściwym czasie, i powinny być przeczytane, a nie odłożone na półkę. Mam nadzieję, że ten czas kiedyś
nastąpi i chcę go trochę przyspieszyć i „umasowić”.
Specyfikę mleczarstwa, wybiórczo
(niestety, bardzo mocno niekompletnie) oddaje blok stron: „Restrukturyzacja”, „Jakość”,
„Ekonomia” i dodany później „Przegląd mleczarski”. Widzę konieczność dalszego poszerzenia
„bloku” i jego ciągłej aktualizacji tak, aby wypowiadane wcześniej poglądy na
nieaktualne już sprawy, nikogo nie myliły. Czy zdołam to zrobić? Sam? – raczej
wątpię, a właściwie mam pewność: nic z tego. Tu potrzebny jest zespół! Bardzo silny zespół interdyscyplinarny.
Mnie ograniczają nawet czas i techniczne możliwości. Nie mogę sam „wszystkiego”
prenumerować, wszystko sam kupić, do wszystkiego sam dotrzeć, wszystko
sam zorganizować. Dlaczego sam?- tak jakoś wyszło.
Obecna strona, „mleczarstwo”, na którą,
drogi Czytelniku, jakoś trafiłeś, ma charakter głównie analityczny, zakładający, że sam
już dużo wiesz na tematy, które ja poruszam i traktujesz tę stronę jako głos w
dyskusji, propozycje rozwiązań itp. Proponuję też szczególnie ostrożnie
podchodzić do moich osobistych poglądów. W sprawach jednostkowych, konkretnych
rozwiązań itp., mnie raczej rzadko zdarza się mylić (po prostu staram się nie
zabierać głosu w sprawach, na których się nie znam), ale to nie jest szerzej zweryfikowane.
Strona ta jest pomyślana w trzech wariantach (wersjach):
- minimum,
- pośrednim,
- mocno rozwiniętym.
We Wstępie,
„kilka kartek dalej”,
bliżej to precyzuję.
Tu tylko sygnalnie:
- minimum, to tylko moja, pisana skrótowo, hobbystycznie,
„pisanina”. Aktualnie (maj 2002) mam ją dopracowaną w około 30 procentach.
Waham się, czy na niej poprzestać, traktując całą sprawę tylko sygnalnie,
hobbystycznie, czy jednak ją jakoś dokończyć, udostępniając też, mocno nie
dopracowane, ale miejscami bardzo merytorycznie mocne, oprogramowanie
analityczno-informacyjne. Po prostu, od
początku nastawiałem się na kompleksowe, zespołowe opracowanie całości
problematyki, narozpoczynałem, sygnalnie, masę wątków, z myślą, że wzajemnie ze
sobą współpracując, tematy podejmie przynajmniej kilkuosobowy a może nawet i
większy zespół. Z braku chętnych, a z mojej strony środków – sprawa utknęła.
Waham się też, czy „dać sobie spokój z
całością”, ograniczając się tylko do pełnego dopracowania jakiegoś drobnego
fragmentu. Mam jednak psychologiczne opory: dobre rozpracowanie całości może,
mam nadzieję, dokonać wręcz przełomu w zarządzaniu przemysłem mleczarskim.
Natomiast, nawet bardzo dobrze rozpracowany fragment, niespójny z całością
praktycznego zarządzania, użytkownikom da niewiele, a w skrajnych przypadkach
może prowadzić nawet do dezorientacji;
- pośrednim, to pełniejsze, ale nadal niekompletne zespołowe
dopracowanie, i
udostępnienie oprogramowania analityczno-informacyjnego. Być może
nawet bezpośrednie usługi szkoleniowo-wdrożeniowe. Zespół kilkuosobowy.
Organizacja własna. Wprawdzie to nie będzie jeszcze „kompleksowe rozpracowanie
całości”, do czego sygnalnie zmierzam, ale zawsze dużo więcej i lepiej niż ja
sam jestem w stanie zrobić.
Próbowałem przyuczyć i nakłonić do intensywnej nauki własnej kilka,
co zdolniejszych i pracowitszych osób, które były „pod ręką”, aby stworzyć
odpowiedni zespół. Niewiele, a praktycznie prawie nic z tego wyszło. Wszyscy
mieli swoją zwykłą rutynową pracę oraz inne obowiązki, i chyba zabrakło im siły woli i
motywacji, żeby się jeszcze dodatkowo wysilać przy tym, co nie daje im szybkich
efektów finansowych. Lokalnie, tych, co by sami umieli i chcieli, nie
znalazłem. Sprawa utknęła. Właściwie, lokalnie, niemal od samego początku była
prawie beznadziejna. „To
nie te siły na takie zamiary”. Od samego też początku uczciwie mówiłem: „jeśli
nie przyłączy się do nas ktoś silniejszy (albo my się do niego nie przyłączymy) , szanse powodzenia wahają się w granicach 5 –
10 %.” Jak go jednak odszukać, namówić? Ale jeśli się powiedzie – dokonamy
wręcz rewolucji w mocno już gnuśnej ekonomice, rachunkowości i zarządzaniu;
- mocno rozwiniętym, to „pójście na całego” pod patronatem kogoś
bardzo silnego, który zrozumie i zaryzykuje, przynajmniej prace badawcze4.
Moje dotychczasowe próby w tym kierunku, podejmowane parokrotnie począwszy od
wczesnych lat osiemdziesiątych, powtarzane na przełomie lat 80/90, obiecujące czasami na początku,
zawsze dotychczas kończyły się niepowodzeniem. Nikt nie chciał. Czasami jedynie,
poszczególni specjaliści przyznawali mi rację, ale jednocześnie mówili „To
jeszcze nie te czasy”. „Kto już ma ugruntowaną pozycję naukową - nie będzie ryzykował, nawet jeśli w duchu
przyzna trochę racji. Może jakiś ambitny i niewiele mający do stracenia a dużo
do zyskania docent, podchwyci temat? Ja nie. Wyżej – to raczej nie ma pan
co szukać. To
musiałby robić ten, kto ma coś znacznie więcej do zaoferowania.” Wracam do koncepcji uparcie, bo z
rozwoju sytuacji widzę coraz dobitniej, że to nie ja się myliłem. Chyba jednak przekraczało moje siły,
aby przekonać lub próbować samemu, wszystko. Gdyby mnie jednak posłuchano, prawie na pewno inaczej by
wyglądały losy wielu mleczarni, a może nawet i innych branż i całej
gospodarki. Nie wszystko też jeszcze
stracone, choć jest już bardzo mocno trudniej niżby było, gdyby rozpocząć
wcześniej, jeszcze pod koniec lat osiemdziesiątych, najpóźniej – na początku
dziewięćdziesiątych. Można było choć trochę lepiej ukierunkować przygotowanie
kadr do tego, co
wkrótce w gospodarce nastąpiło. Można było, na fali euforii społecznej zaraz po zmianie
ustroju, korzystając przy tym z ogólnej wtedy sympatii do Polski, o wiele
mądrzej wykorzystać „Zachodnią” pomoc szkoleniową i materialną, lepiej wszystko
organizować, nawet gdy wymagało to początkowo dużych wyrzeczeń (było wtedy na to przyzwolenie
społeczne), a nie rzucić zupełnie nie
przygotowane społeczeństwo, razem z jego nie przygotowanymi fachowo kadrami, na
łup silniejszej, brutalnej a czasami nawet niezbyt uczciwej konkurencji. Aby to zrozumieć nie trzeba było specjalnych badań. Wystarczył
zwykły rozsądek i „trochę” wiedzy. Nie docierało!
Można było, choć to już naprawdę niemal ostatni dla żyjącego pokolenia „dzwonek
alarmowy”, zacząć wreszcie porządne, fachowe przygotowania pod koniec lat dziewięćdziesiątych w
perspektywie bliskiej i prawie już pewnej integracji z Unią Europejską. To
znowu, nie tylko rząd i politycy, ale także setki tysięcy fachowców, przede
wszystkim mających wpływ na jakość zarządzania lub którzy sami rządzą. Mówiąc bez ogródek: integracja z
Unią Europejską, to dla Polski olbrzymia szansa, ale ta szansa, na wielu
szczeblach zarządzania może być bardzo głupio zmarnowana, może wyjść nawet na
to, że dla większości społeczeństwa będzie jeszcze gorzej i to przez długie
lata.
Jak korzystać z mojej witryny w jej wszystkich powiązaniach? Kłopot wynika z
tego, że aktualnie (maj 2002) liczy ona już sobie, w przeliczeniu na wydruk w
formacie A-4, około 1600 - 1700 stron maszynopisu (na
początku 2004 r. już około
2,7 tys. stron) na przeróżne tematy związane z zarządzaniem,
ekonomiką, ekonomią, finansami,
marketingiem itd. Ja ciągle coś dodaję i uzupełniam, odkładając „na później”
dopracowanie bardziej przejrzystego układu,
przedkładając, tymczasowo, „treść
nad formę”. Jeśli więc do przeglądania zabierze się analityk, który orientuje
się w całokształcie tematów, to sam będzie wiedział, „co i jak”. Każdy inny,
może mieć problemy
ze znalezieniem i zrozumieniem.
Jeśli ktoś szuka czegoś wybiórczo, np.
do napisania pracy dyplomowej, to może mieć problemy, bo ja nie pod tym kątem
dobieram „Prezentację literatury”, choć trochę przydatnych rzeczy ująłem (i
dalej będę uzupełniał), także do egzaminów. Poza tym, muszę ostrzec: moje uwagi
i komentarze, dość często są „bardzo nieprawomyślne”.
Jeśli jest to potrzebne praktykowi do rozwiązania konkretnego problemu, czy
nawet kompleksowego zagadnienia, to znowu głównie wszystko zależy od tego,
jakie on ma przygotowanie: czy dobrze zna teorię, czy nie zna jej prawie wcale,
czy dobrze zna praktykę, czy też nie zna jej prawie wcale, czy dobrze zna
specyfikę branży, czy też zna bardzo powierzchownie. Patrząc też na problem
znajomości praktyki, sprawy zupełnie inaczej wyglądają z „fotela” dyrektora -
prezesa itp., który nigdy nie był w niczym specjalistą, inaczej gdy on się w
miarę dobrze zna na
czymś konkretnym a akurat potrzebnym w danej sprawie. Inaczej problemy będzie
widział wąski specjalista, inaczej ten, kto ma mniejszą wąską specjalistyczną
wiedzę, ale szersze horyzonty powiązań kompleksowych itp.
Myślałem o zrobieniu pod tym kątem
jakiegoś poradnika „szkoleniowego”, na tle przejrzystego spisu treści (który też na razie „w powijakach”) ale znowu, są
sprawy pilniejsze, i sporo niewiadomych...
Wracam do celu całej witryny, na tle
sytuacji gospodarczej i wiedzy w firmach na tematy ekonomiki i zarządzania.
Pod naciskiem sytuacji rozpocząłem publikację odcinkową (październik 1999) w
stanie bardzo daleko nie dopracowanym, mając tylko wizję, co chcę osiągnąć,
ogólny szkic, jak to zrobić, i przekonanie, że wbrew własnym interesom trzeba
działać bardzo szybko, w interesie ogółu, który trzeba jakoś zaktywizować, aby
zrozumiał, że w gospodarce nie można „po staremu”, na oko i intuicję oraz
stosowanie się tylko do przepisów, że tu potrzebna jest wiedza, że niestety, ta
wiedza jest „trochę” kontrowersyjna, że słowem, trzeba analizować, wyciągać
wnioski, uczyć się nie tylko konwencjonalnie itp.
Miałem nadzieję, że przy pomocy autorytetu wielu
wybitnych naukowców, których książki będę prezentował; przy pomocy cytowania wybranych fragmentów tych książek „aby zachęcić do czytania
wybranych całości”; przy pomocy swoich fragmentów, jak to wdrażać, uda mi się w
końcu pokonać siłę bezwładu... (nie chcę czytać, nie
chcę słuchać, nie chcę znać, nie chcę nic zmieniać, nie i już!).
Chciałem więc, po prostu, wiedząc, że te kilka
czy też kilkanaście idących „w zaparte” spółdzielni (ściśle się wyrażając, to wcale nie spółdzielni, tylko
zazwyczaj kilku decydentów i kilku „specjalistów”), z którymi przeważnie miałem do czynienia, to
jeszcze nie cała Polska ani nie całe polskie mleczarstwo, zwyczajnie więc, dla
szerszego ogółu, chociaż jak najszybciej zamarkować, to co uważałem za celowe,
nie kryjąc zresztą bardzo wielu swoich wątpliwości ani nie przeceniając
własnych „odkryć”. Ot, jeden z pomysłów, jak uzdrowić sytuację, stawiając na
wiedzę i kreatywność oraz prawidłową motywację.
Wg mnie, sama choćby tylko
ogólnoteoretyczna znajomość fachowej literatury na tematy zarządzania, znana w
porę decydentom, odwróciłaby losy wielu mleczarni, zarówno tych, które już
padły, jak i tych, które dopiero „zamierzają paść”. Pomogłaby chyba też i tym,
którzy jeszcze jakoś się trzymają, a nawet mają się względnie dobrze.
Oczywiście, przypuszczam
że taka sytuacja „niedostatku wiedzy”, występuje, z przyczyn zresztą
dość oczywistych, głównie w spółdzielniach małych i średnich. Te większe, nie
mówiąc już o większych prywatnych i zagranicznych zakładach mleczarskich, nawet
ich nie znając, mogę
prawie na pewno zgadywać, że mają dużo lepszą kadrę ekonomiczno-finansowo-marketingowo-organizacyjną,
lepiej się znają na wymogach gospodarki globalno-rynkowej,
prawie na pewno mają inny stosunek do literatury fachowej, do konsultingu itp.
Przyczyny też są oczywiste, jak i to, że nawet najsilniejsi początkowo wcale
nie byli najsilniejszymi.
Wnioski
…
Czasami treść mojej publikacji (uwag, komentarzy) przybiera ostry, przez
niektórych odbierany jako wręcz „napastliwy ton”. Narastał on stopniowo: pierwsze
odcinki pisałem niemal „kurtuazyjnie”, później doszedłem do wniosku, że
powinienem jednak bardziej otwarcie.
Nie mam zamiaru nikogo urażać, ale
trudno mi pozostać obojętnym, jak z powodu, powiedzmy, przeróżnych wad
zarządzania i ekonomiki,
przesądza się losy bardzo wielu ludzi, którzy chcą tylko
normalnie żyć.
Zwykle bardzo długo staram się
postępować układnie5, ale czasami już „nie wytrzymuję”, zaczyna mnie
„ponosić.”
Czasami, celowo, „z zimną krwią”, z
„premedytacją” zaostrzam ton aby przerwać obojętność,
szkodliwą rutynę, skłonić do dyskusji, przemyśleń, do mądrego działania.
Moja krytyka, choć wcale nie „krytykanctwo”, może się nie podobać wielu
menedżerom, specjalistom, doradcom czy teoretykom, ale w końcu ma na celu
poprawę losu spółdzielców, pracowników i całych spółdzielni, a także innych firm-zakładów bez
względu na formę własności.
Staram się też nigdy nie ograniczać do
samej krytyki, zawsze coś proponując, albo przynajmniej w postaci wielokropka, sygnalizując,
że temat jest przewidziany do rozwinięcia. Jestem też otwarty na wszystkie
rzeczowe pomysły i argumenty, nawet gdyby obalały moje koncepcje. W końcu
głównie piszę po to, aby w ekonomice i zarządzaniu coś ulepszyć, tu nikt nie ma
patentu na nieomylność i z góry nic nie powinno się przesądzać, choć szczerze
mówiąc, czasami mam „dość” dyskutantów, którzy uparcie twierdzą swoje, równie
uparcie nie chcąc się zapoznać z argumentacją przeciwną.
Rozpoczynając publikację sam do końca
nie byłem pewny swoich racji, ani czy ona w ogóle ma sens.
Bardzo nieliczne osoby, którym przed
laty przedstawiłem swój zamysł, prosząc o radę, szczególnie w sprawie wyboru
fragmentów do prezentacji literatury, i to z uwypukleniem takich fragmentów, których
praktyka nie zna lub nie chce znać,
wpadły wręcz w „przerażenie”:
„Przecież
tych książek prawie nikt u nas nie czyta. Czytają profesorowie, bo to ich
interesuje. Czytają studenci, bo muszą. Czytają jeszcze jacyś dziwacy, ale nie
ogół, nie normalni ludzie, nawet ci, którzy siebie uważają za menedżerów.
Do takich rewolucji w zarządzaniu, jak piszą „twoi profesorowie” i inni mędrcy,
to w Polsce trzeba jeszcze wymiany całego pokolenia. Polska, to nie Zachód.
Zrozum to wreszcie! Mówisz, że to nie ty to wymyślasz. Że o tym przekonują
autorytety, że ty tylko wybierasz fragmenty aby
skłonić do czytania, do zmiany postaw, do usprawnień! Kto ciebie tak zrozumie?
Przecież każdy, kogo będziesz zmuszał do czytania, a sam rządzi inaczej, będzie
myślał, że robisz mu to na złość. Zastanów się. A ty jeszcze chcesz krytykować
także teoretyków? Chcesz wymyślać jakieś tam swoje konkretyzacje i podejścia
branżowe? Nie podobają ci się ekonomiści i
księgowi? Chcesz do końca wszystkich zdenerwować? Zresztą, ja swoje
powiedziałam (powiedziałem). Rób jak chcesz.”
No i zrobiłem. Co prawda, trochę za późno. Trzeba było kilka lat wcześniej przestać marnować
czas na rutynę i indywidualne przekonywanie tych, którzy „nie chcą”; tylko, nic nie
mówiąc, nie namawiając, nie szkoląc w elementarzu komputerowym i rutynowych
wdrożeniach programów użytkowych, samemu lepiej się przygotować do tego, co
faktycznie było moją pasją. To tak, na marginesie.
Ci co mnie ostrzegali mieli bardzo dużo racji. A
jednak powodzenie stron w Internecie, pomimo tego że
są „nudne, trudne i bardzo jeszcze nie dopracowane”, utwierdza mnie w przekonaniu,
że chyba dobrze zrobiłem. I chyba dobrze, że nie czekałem jeszcze kilku lat aż
wszystko będzie „zapięte na ostatni guzik”, bo wtedy byłaby to typowa
„musztarda po obiedzie”.
A tak..., przynajmniej jest jeszcze nadzieja, choć szczerze mówiąc, niezbyt duża
i wraz z upływem czasu – coraz mniejsza, że może jednak ktoś skorzysta zanim
ostatnie szanse poprawy dla szerszego ogółu zostaną pogrzebane - być
może na bardzo długie lata. Znowu
zostałem skrytykowany, że to jest megalomania, i co
ja sobie w ogóle wyobrażam! „Największe
autorytety naukowe przekonują do zmian postaw i nie wiele w Polsce udało się im
wskórać. A ty chcesz swoim pisaniem w
Internecie coś zmienić?
Kto to w ogóle czyta!”
Znowu sporo racji. Faktycznie nie bardzo wiem, kto czyta, z jakim
skutkiem, i czy akurat czytają ci, którym najbardziej by się to przydało?
Można by, oczywiście, przeprowadzić na ten temat odpowiednie badania. Zorganizować sondy w Internecie itp. Ano można. Gdyby jeszcze było komu, albo gdybym ja sam
uznał, że akurat jest
to zadanie priorytetowe, dla którego warto odłożyć wszystkie inne.
-
„Oczywiście, że jest to zadanie priorytetowe. Dawno już pan powinien to zrobić”
[Życzliwe rady].
- „To może mi pani trochę pomoże.
Pomysł bardzo dobry, ale ja sam nie dam rady go zrealizować. Nie wiem tylko,
czy zdołam się zrewanżować. To strona nie komercyjna.”
- „Ja nie mam czasu. Zresztą...-
nie znam się na tym.”
- „Szkoda.”
A co z tym
moim wyobrażeniem?
Generalnie rzecz biorąc wyobrażam
sobie, że tą swoją „prezentacją literatury” i własnymi uwagami, nikomu
uczciwemu szkody nie wyrządzam, a nawet może trochę pomagam w zdobywaniu
wiedzy, przemyśleniach, praktycznym działaniu. Już to jedno, mam nadzieję, mnie
usprawiedliwia. W końcu przeważnie jest lepiej, gdy się więcej wie i umie, niż
odwrotnie. A to, co ja sobie wyobrażam, do ilu ludzi dotrę i przekonam - co to
ma za znaczenie. Nawiasem mówiąc, zbyt dużo tu sobie nie wyobrażam; prędzej przypuszczam, że ktoś znacznie
silniejszy pewne pomysły „podchwyci” i
je rozwinie.
Kilka z tych moich, nieco osobistych
wyobrażeń:
Po prostu wyobrażam sobie, że istnieją nadal dwie luki w zarządzaniu,
ekonomii, ekonomice, finansach itp., i trzeba je jakoś lepiej niż dotychczas,
do końca, sensownie zapełnić, stąd też moje podejście „konkretyzacyjno-interdyscyplinarne”,
nacisk na współpracę a nie konkurencję, prawidłowe systemy motywacyjne, dbania
także o interes społeczny – nie tylko własny, itp.
Pierwsza luka, występująca w samych przedsiębiorstwach, to luka pomiędzy wiedzą specjalistów z określonych dziedzin, a
wiedzą organizatorów całości (szefów
pionów, dyrektorów, prezesów, zarządów itp.).
Druga luka, to luka w ogóle pomiędzy teorią a praktyką zarządzania, tak w
całości, jak i w określonych dziedzinach; niestety, daleko nie końca wypełniona
przez konsulting.
Wyobrażam sobie ponadto, że wiedza o, najogólniej mówiąc, nowoczesnej
gospodarce i zarządzaniu, jest w Polsce stosunkowo niska, i warto ją wszelkimi
sensownymi sposobami starać się podnieść. Niestety, przynajmniej tak sądzę,
spółdzielczy przemysł mleczarski w tej wiedzy raczej lokuje się
znacznie poniżej średniej krajowej.
Wyobrażam też sobie, że dziesiątki znanych mi spraw o dużym ciężarze
gatunkowym dla danych firm, które zakończyły się źle, przy odrobinie wyższych
kwalifikacjach kierownictwa oraz odpowiednich pracowników, a także przy
odpowiedniej współpracy i motywacji,
zakończyły by się dobrze.
Wyobrażam także sobie, że dopracowanie i wdrożenie rozwiązań
szczegółowych, które proponuję w oparciu o znajomość literatury i praktyki,
znacznie by zmniejszyło ilość zakończeń złych a zwiększyło dobrych.
Wyobrażam sobie również, że tak jak socjalizmowi przydało by się kiedyś
mniej frazesów, a więcej mądrości i „ludzkiej twarzy”, tak i kapitalizmowi wcale by nie zaszkodziło
„więcej mądrości i ludzkiej twarzy” a mniej manipulowania „egoistyczną stroną
ludzkiej natury”.
Na końcu wyobrażam sobie, że „poprzeczka” konkurencji, podnoszona coraz wyżej, bez umiaru i
zwracania uwagi na dobro całej planety,
w końcu znajdzie się na wysokościach
nie tylko niedostępnych dla „zwykłych śmiertelników”, ale także
doprowadzi do „krachu” społecznego i gospodarczego, jeśli się w końcu nie
opamiętamy. Przy wyścigu zbrojeń
ludzkość już to dawno zrozumiała, i choć nie do końca wszyscy dali się
opamiętać, do kataklizmu nie doszło. Wyobrażam sobie, że nie dojdzie także
w gospodarce i stosunkach społeczno-politycznych.
Autorytety i moja „pisanina” w
Internecie
Owszem, do świadomości
Polaków poglądy wybitnych autorytetów chyba dość opornie i
wybiórczo docierają, a jeszcze znacznie mniej z nich jest z sensem realizowana.
Nie wyciągał bym z tego jednak zbyt pochopnych wniosków. Stopniowo świat się zmienia, my też; z dnia na dzień, nawet możemy tego nie
zauważać. Te zmiany nie następują „znikąd”. Po przystąpieniu do Unii proces
ulegnie przyspieszeniu. Wymusi to samo życie. Główne niebezpieczeństwo tkwi w tym, że może się
znacznie pogłębić rozwarstwienie społeczne, na tych, co sobie jakoś poradzą, i
na tych, co pozostaną „w tyle”, zdani na „łaskę losu” i słabnących funkcji
opiekuńczych państwa. W poradzeniu sobie – wiedza i dostęp do informacji
powinny się przydać. Chyba lepiej jest, gdy ktoś, na miarę swych możliwości,
próbuje coś dla ogółu zrobić, niż gdyby przyjął postawę: „A co mnie to obchodzi? Niech o
interesy ogółu dbają ci, który biorą za to pieniądze. Ja dbam tylko o swoje własne!”
A moja „internetowa pisanina”? Przede wszystkim składa się ona głównie
z „prezentacji fachowej literatury”, co samo w sobie przedstawia, dla naprawdę
zainteresowanych, chyba sporą wartość. Swoich „dodatków” – nie przeceniam. Wszystko
to razem pochłania
bardzo dużo czasu (dla jednej osoby. Już dla kilku – niekoniecznie); możliwości
dotarcia do wszystkich zainteresowanych są ogromne (przynajmniej w niedalekiej
przyszłości), a czy już dociera i jakie odnosi skutki – nie wiem. Teoretycznie
analizując, powinno chyba trochę docierać i stopniowo na coś pozytywnie wpływać. Sadzę też,
że sama idea na
pewno jest trafna. A z realizacją? – chyba każdy rozumie różnice pomiędzy
możliwościami małej/średniej
firmy/instytucji, nie mówiąc już o potężnych, a możliwościami pojedynczego, niezbyt
zasobnego człowieka, nawet jeśli się mocno zaangażował i sporo (grubo jednak
nie wszystko) umie.
Inna dyskusja
- „Dlaczego pan, prawnik z wykształcenia, znający dobrze ekonomię, komputerowiec,
wdrażał pan programy księgowe,
handlowe upiera się przy działalności,
której nikt wokół nie chce? Można różnie
o ludziach myśleć, ale nie można stale iść pod prąd! Przecież pan wie, na co jest popyt, a
na co nie ma. Trzeba
najpierw zarobić, zdobyć majątek, dopiero później zająć się swoim hobby. Wtedy inaczej
by pana słuchali. I
po co w ogóle koncentruje się pan na przemyśle mleczarskim? Tam nie ma perspektyw!”
- Nie wiem co odpowiedzieć. Ja sam chwilami nie rozumiem swojego
postępowania. Widocznie już taką mam naturę.
Co ja mogę dodać. Takich
i innych prywatnych sondaży nieco przeprowadziłem, choć na pewno za mało, żeby
coś obiektywniej wnioskować.
Mimo to sporo mi dały do myślenia. A z tymi perspektywami w przemyśle
mleczarskim? Nie podzielam opinii, że tu
nie ma perspektyw. Zależy jak się na to patrzy. Ja zaś skoncentrowałem się na przemyśle mleczarskim tylko
dlatego, że po prostu najlepiej go znam ze wszystkich swoich miejsc pracy, i
wiem, że w swojej Internetowej publikacji wnoszę sporo wiedzy, czasami w ogóle
prawie nie znanej tym, co powinni znać,
a czy się ta publikacja komuś podoba czy nie, i co ja sam z tego mam, to
zupełnie inne sprawy, na których specjalnie mi nie zależy. Rozumiem, że to może być uznane za dziwactwo trudne do
zrozumienia. Cóż. Ludzie są różni. Ich
motywacje też.
Przypisy
...
(uzupełnię)
Do kogo jest adresowana?
- Do wszystkich, kogo to interesuje.
• Prezentacja literatury najbardziej chyba przyda się tym, co
tej literatury nie znają. Jest ona, swego rodzaju przewodnikiem i zachętą, że
warto znać, wiedzieć czego i gdzie szukać, orientować
się w całej złożoności zagadnień i prezentowanych poglądów. Obszernie cytowane
fragmenty powinny chyba istotnie w tym pomóc. Rozważam możliwość wprowadzenia
także jakiejś skróconej wersji prezentacji, syntetycznego streszczenia,
wybrania w miarę jednolitych najbardziej przydatnych w praktyce poglądów itp.
Jeszcze nie wiem - i czuję się niezbyt kompetentny- ale
jednocześnie wydaje mi się, że to mogłoby się przydać.
• Moje uwagi wnoszone przy prezentacji literatury, a
także prezentowane na stronach „konkretyzacja”, „ekonomika”5 ,
„mleczarstwo” i dalszych, powinny, mam nadzieję, przydać się także „teoretykom”
piszącym o praktyce. Po prostu, z jednej strony, pokazuję praktykę nieco „od
podszewki”. O tym trudno się dowiedzieć z oficjalnych sondaży. Po drugie, i
chyba ważniejsze, staram się pokazać luki istniejące pomiędzy teorią a
praktyką. Też myślę, jak to usystematyzować i rozwinąć, ale trochę utknąłem w
luźnych szkicach.
• Prezentacja literatury, a także całość opracowania, powinna
przydać się firmom przy organizowaniu szkolenia, analizowaniu swojej
działalności, opracowywaniu planów, programów, systemów organizacyjnych,
kalkulacji, w operatywnym oraz strategicznym zarządzaniu itp.
• Całość opracowania powinna przydać się, mam nadzieję,
również wszystkim otwartym na postęp, wiedzę i rozum, szczególnie tym, którzy
tą wiedzę i rozum chcą wykorzystać także, wedle swoich możliwości, dla dobra
społeczeństwa, w tym dla dobra polskiego mleczarstwa.
Przypisy
...
(uzupełnię)
Wstęp do
zarządzania w przemyśle mleczarskim w Polsce
Sprawa trudna. Z jednej strony
praktyka zarządzania w polskim przemyśle mleczarskim daleko odstaje od tego, co
jest promowane w światowej, współczesnej literaturze na tematy organizacji,
zarządzania, ekonomiki, rachunkowości menedżerskiej, controllingu, marketingu
itp., z drugiej zaś literatura ta, zbyt ogólnoteoretyczna, jak na potrzeby
praktyki, nie ułatwia jej promowania w kierowniczym środowisku technicznym1) i
księgowym, wyrosłym w znacznej mierze w okresie PRL, z jego nadopiekuńczym
systemem dotacji2) . Do tego dochodzi wyjątkowo słabo rozpoznana,
zarówno w teorii, jak i praktyce, ekonomika branży, co kładzie się „cieniem” na
sprawność całego systemu zarządzania, a widoczne „gołym okiem”, np.
zniekształcenia rachunku kosztów, wręcz zniechęcają do „podręcznikowej wiedzy”,
utrwalając pozycję rządów „na oko i intuicję”.
---------------
1. Mam na myśli
wykształcenie prezesów zarządów spółdzielni a nie stanowiska techniczne.
Zagadnienia techniczne dominowały też zdecydowanie w zarządzaniu spółdzielniami.
Zasadniczy wpływ miał na to system centralnego planowania ale
nie tylko. Przy mądrzejszym systemie dotacji można było skłonić spółdzielnie do poważniejszego traktowania zagadnień
ekonomicznych i finansowych. Wcześniejsza nauka tego bardzo by im się przydała
po uzyskaniu samodzielności. Próbowałem coś w tym kierunku robić w latach
osiemdziesiątych w ramach reformy gospodarczej. W pewnym momencie jednak
przerwałem (po pełniejszym rozwinięciu tej strony jak i innych [konkretyzacja,
reforma]dodam, w których miejscach jest to szerzej naświetlone)*.
2. Dotacje, z uwagi na system cen, były oczywiście konieczne. Nadopiekuńczość
wynikała z praktyki przesuwania pod koniec roku dotacji ze spółdzielni, które
miały lepsze wyniki finansowe, do spółdzielni, które miały wyniki
gorsze, tak aby w przybliżeniu nikt specjalnie się ani nie wyróżniał, ani nie
odstawał i wszyscy mieli „jakie takie” zyski.
Pierwszych to zniechęcało do starań o gospodarność, drugich zachęcało do
nie przejmowania się gospodarnością. Wszystkich odzwyczajało od myślenia
kategoriami ekonomiczno-finansowymi. Na to nałożyły się jeszcze fatalne
techniki i przyzwyczajenia przy planowaniu dotacji (rozwiniecie
– jw.*).
---------------
Sytuacja gospodarcza jest znana! Czy
można wiele zdziałać samą sprawnością organizacji zarządzania, w tym
podniesieniem kwalifikacji zarządzających i zarządzanych? Pytanie retoryczne
pod warunkiem, że to będzie faktyczne podniesienie kwalifikacji - sprawności ... a nie tylko „pro forma”. Naturalnie, do
pełnego wypracowania a później wdrożenia sensownych, dostosowanych do specyfiki
branży zasad, potrzebny jest bardzo silny i otwarty na postęp zespół, umiejący
i chcący podchodzić do zagadnień interdyscyplinarnie i kompleksowo. Z tym
zapewne mogą być zasadnicze problemy, ale do pokonania, jeśli wziąłby się za to
ktoś mający odpowiednie możliwości. Ja takich możliwości nie mam. Ograniczam się więc do przedstawienia tego, co w ciągu wielu lat, na
marginesie normalnej pracy, w ramach swego hobby, zdołałem „co nie co” rozpracować.
Plan strony opracowany jest w trzech
wariantach (wersjach): minimum, pośrednim i mocno rozwiniętym.
Wariant
minimum
Zakładam w nim, że do końca będę zdany
tylko na własne niewielkie możliwości oraz podejście wyłącznie hobbystyczne,
niekomercyjne.
Zamierzam w nim:
1. Trochę
szerzej naświetlić istotę zniekształceń rachunku opłacalności (rachunku ekonomiczno-finansowego)
poszczególnych asortymentów.
Dotychczas zwięzłe uwagi na ten temat
zrobiłem w kilkudziesięciu miejscach, głównie przy prezentacji wybranej
literatury oraz na stronie „konkretyzacja”. Zniekształcenia rachunku
opłacalności (rachunku ekonomiczno - finansowego) mają istotny wpływ niemal na
całą działalność firm, poczynając od użyteczności systemu informacji
wewnętrznej, trafności planowania , w tym
inwestycyjnego, strategicznego, poprzez marketing, systemy motywacyjne
pracowników, bieżące zagospodarowanie surowca, politykę asortymentową,
jakościową, cenową itp., czyli niemal na całe zarządzanie zarówno operacyjne
jak i strategiczne.
Pełne rozpracowanie tematu wymaga
interdyscyplinarnej współpracy wielu fachowców, i to z bardzo „otwartymi
głowami” i odpowiednią wiedzą. Ja mam go rozpracowany tylko częściowo. Nawet
jednak znajomość tego „częściowego rozpracowania” powinna, tym
co chcą analizować, znacznie pomóc w orientacji, jaka jest rzeczywista
rentowność poszczególnych asortymentów, ile są warte standardowe, rutynowe
metody jej ustalania, i jakie są skutki, gdy o systemowych standardowych
zniekształceniach się nie wie, traktując otrzymane z nich przetworzenia jako
wiarygodne.
2.
W ogólnym zarysie pokazać metody, jak tych zniekształceń, przynajmniej
zasadniczych, można uniknąć
Pełne rozwinięcie - znowu wymaga
interdyscyplinarnej współpracy na bardzo wysokim poziomie. Nie zdecydowałem się
jeszcze, czy w ramach tego zarysu udostępnić ramowy, uproszczony program
opracowany w arkuszach kalkulacyjnych, pozwalający - dobrze znającym
komputerowe arkusze kalkulacyjne - lepiej zrozumieć, o co tu chodzi. Nie
zdecydowałem się z prozaicznych przyczyn: zagadnienia są na ogół mało i
powierzchownie znane, albo, możliwe, że część z nich niemal w ogóle nie jest
szerzej znana. Istnieje więc kilka powodów do
zachowania umiaru w prezentacji. Jednak znowu, nawet to, co w wersji minimum
udostępnię, powinno pomóc, tym którzy chcą myśleć bez
powziętych z góry uprzedzeń, uniknąć przynajmniej elementarnych błędów
systemowych, akceptowanych bo „tak zawsze było”, bo „tak w szkołach uczą”, bo
„tak wszyscy robią” itp.
Może tak i „wszyscy” robią, ale gdyby
ci „wszyscy” trochę lepiej
znali fachową literaturę, umieli odpowiednio posługiwać się
komputerem i orientowali się w całokształcie zagadnień, to zapewne dość szybko
przestali by być „wszystkimi”, i stali by się mądrzejszymi.
3. W
ogólnym zarysie pokazać schemat - przykład wewnętrznej informacji ekonomiczno -
finansowo - handlowej i technicznej, opracowanej też w arkuszach kalkulacyjnych
Mam jednak zasadnicze wątpliwości, czy udostępnić nawet ten najbardziej ramowy,
uproszczony program. Po prostu, bez urazy, najpierw dane bazowe u konkretnego
użytkownika powinny być poprawne ekonomicznie a nie tylko formalnie. Nie chcę
przyczyniać się do krytyki
„komputerów” i narzędzi ekonomicznych, gdy przyczyny wadliwych przetworzeń
tkwią w wadliwych materiałach bazowych (inna rzecz, że nawet prawidłowe
materiały bazowe mogą być łatwo wadliwie przetworzone przy pomocy - formalnie –
„doskonałych” technik a jeszcze łatwiej: interpretowane „jak komu wygodniej”,
szczególnie wtedy, gdy liczymy na przekonanie „niezbyt zorientowanych”, albo
nam się po prostu nie chce wgłębiać) .
Nawet ci, którym udostępniłem oprogramowanie, wyjaśniając dość
dokładnie, na czym polegają wady ich materiałów do przetworzeń i jak je
zmienić, i jakie będą skutki, jak nie zmienią, - nie zmienili, a potem się
dziwili rezultatom, i jakby nie pamiętali, że byli uprzedzani. W ramach tego
zarysu mam pewien pomysł, jak nieco „odbiurokratyzować” budżetowanie i
rachunkowość zarządczą, tak aby nie zniechęcały „nie
mających etatów”, były nadal nie mniej pożyteczne, a jednocześnie nie dały
powodów do wtrącania się fiskusowi i biegłym. Nie wiem jednak, czy - w wersji
minimum - go rozwinę: zbyt łatwo o nieporozumienia i narobienie sobie kłopotów,
gdy ktoś nieuważnie przeczyta i tak samo nieuważnie wdroży albo ja sam czegoś niedopatrzę, dając powód do kwestionowania biegłemu
badającemu bilans lub kontroli skarbowej.
(rachunkowość zarządcza w czystej postaci, to
wyłącznie sprawa wewnętrzna firmy, i
nikomu z zewnątrz nic do tego, jak się ją prowadzi. Sprawy się jednak
komplikują, gdy bazy danych są wspólnie użytkowane z rachunkowością finansową,
podlegającą urzędowej kontroli, albo pewne rozwiązania z rachunkowości
zarządczej, dostosowane do własnych potrzeb a nie „standardów” i „wymogów”
zewnętrznych, przenikają do rachunkowości finansowej).
4. Trochę
szerzej naświetlić problem motywacji przy pomocy prowizji - premii „od
ukierunkowanego obrotu”, omówiony ramowo w czterech pierwszych odcinkach na mojej
stronie głównej o adresie „...pro.onet...”* lub na stronie
„Ekonomika i zarządzanie” o adresie „...com.pl”
*
Przepraszam, od lutego 2003 r., przez zaskoczenie, przestała się uruchamiać z
przyczyn nie leżących po mojej stronie. Z.U.
Główną barierą w próbie jego wdrożenia
w spółdzielczości mleczarskiej są przekłamania kalkulacyjne i ewidencyjne w
liczeniu opłacalności poszczególnych asortymentów. Nie jest to chyba
rozwiązanie (ukierunkowany obrót) w literaturze specjalnie znane (czy w ogóle jest znane? Może pod innymi nazwami, jako fragmenty?). Szkoda. Dobrze wdrożone - może być bardzo
skuteczne, bardziej niż „prowizja od marży pokrycia”, nie mówiąc już o
przeważnie bezsensownej, często wręcz szkodliwej, prowizji od obrotu ogółem.
Chcę tu dobitnie podkreślić jeden element: system
dobrze opracowany i dobrze wdrożony wprowadza motywację, która sama musi
wypracować środki na motywację. Nie ma efektów - nie ma dodatkowych pieniędzy
na wynagrodzenia, nawet dla tego, co system opracował i wdrożył. Nie
ryzykuje firma, że będzie płacić za cząstkowe osiągnięcia, które całościowo nie
dają efektu, nie ryzykują pracownicy*, że im się coś nagle odbierze, co już
sobie wypracowali (* Niestety. Tej zasady nie zawsze można dochować. Czasami w
dotychczasowym systemie tak jest „namotane”, że nie ma innej rady
aby, „odkręcając” nie było konieczne coś zlikwidować i wprowadzić nowe,
mądrzejsze. Trzeba to jednak przeprowadzić nie tylko zgodnie z prawem, ale
także z przekonaniem ludzi myślących). Słowem, jeśli nic dodatkowo nie
osiągnięto, nikt też nic dodatkowo nie dostanie. Ryzyko
zasadnicze istnieje tylko wtedy, gdy, bez prawdziwego rozpoznania opłacalności,
skutecznie motywowano zwiększenie sprzedaży nie w tym kierunku
co trzeba, pogłębiając tym samym złe wyniki. Niestety, przy
obecnym stanie przeciętnej wiedzy, nawet gdy
prawidłowo rozpracuje się system i odpowiednio przeszkoli pracowników, ryzyko
błędnego ukierunkowania sprzedaży, wadliwej kalkulacji itp., jest duże. Można
je zminimalizować, ale tu naprawdę potrzebny jest zespół, który nie tylko
dobrze się zna, ale także ma „otwarte głowy” na wszystkie niespodzianki i
zmienne sytuacje. Pisząc
„zespół”, mam na myśli zarówno zespół formalnie utworzony, jak i też
odpowiednią współpracę
odpowiednich fachowców
pracujących indywidualnie. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji.
Oczywiście, prowizja-premia od
ukierunkowanego obrotu, to tylko pierwszy etap do porządnego rozwinięcia całego
systemu motywacji, tak aby on był spójny z całym
systemem zarządzania, a cele doraźne nie kolidowały z celami strategicznymi.
Ideę „ukierunkowanego obrotu” można wykorzystać zarówno w stosunku do wyrobów
własnych jak i towarów obcych. Szczególnie pasuje ona do „obcych wyrobów
mleczarskich”, które sprowadzamy dla uzupełnienia asortymentu. Z rutynowych,
pozornie „księgowo” precyzyjnych wyliczeń rentowności sprzedaży towarów obcych,
szczególnie we własnej sieci handlowej, prawdopodobnie, wcale nie rzadko, więcej wynika dezinformacji i nie pełnej
informacji, niż prawdziwej pełnej informacji. Przyczyn tego stanu rzeczy jest
wprawdzie mniej niż w odniesieniu do własnych wyrobów, ale i tak wystarczająco
dużo, aby bezkrytycznie na tych danych móc polegać.
Po prostu „analityka opłacalności”
musi pokazać prawdziwe (a nie uśrednione) indywidualne
koszty zakupu od poszczególnych dostawców, w rozbiciu na poszczególne
asortymenty (cena zakupu + transport + coś więcej konkretnego +, oczywiście,
rozmiary zakupu) i porównać je z możliwymi do uzyskania cenami sprzedaży i
rzeczywistymi a nie uśrednionymi, kosztami sprzedaży, czyli wyliczyć
opłacalność zakupu i sprzedaży w przekroju asortymentów i kontrahentów. Pozwoli
nam to:
- „wyczyścić” swój program handlowy od przypadkowych
nieopłacalnych zakupów towarów obcych,
- promować i motywować to, co się nam opłaci i od kogo się opłaci, starając się
o zapewnienie wzajemności,
- przynajmniej częściowo stosunki konkurencyjne z innymi producentami zmienić
na stosunki partnerskie,
- wyczyścić swój własny program produkcyjny z elementów, które nie rokują
szans. Naturalnie, to ostatnie może być ze
względów społecznych, dość trudne lub wręcz „niemożliwe”. Warto jednak
przeprowadzić przynajmniej porządną analizę, aby nie zostać zaskoczonym
wymuszonym jeszcze gorszym rozwiązaniem,
- więcej uwagi poświęcić najważniejszym dla nas kontrahentom
(dostawcom, odbiorcom, grupom indywidualnych klientów itp.).
5. Nieco
szerzej, niż komentowałem to przy prezentacji literatury, chcę nawiązać do
aspektów zarządzania w ogóle w przemyśle mleczarskim
Sądzę, że w procesach
restrukturyzacji, aspekty sprawnego zarządzania, szczególnie ekonomiczno -
finansowego, motywacyjnego i strategicznego, powinny znaleźć się wręcz na
czołowym miejscu. Bez nich, o spodziewanym sukcesie restrukturyzacji, można
sobie tylko głównie „pomówić”, i niezbyt racjonalnie wykorzystać przeznaczone
na restrukturyzację środki finansowe. Przynajmniej tak mi się wydaje. Wydaje mi
się tak, bo konkurencja jest po prostu za silna aby w
prosty sposób można było jej sprostać. Oczywiście, pełne, na możliwie
najwyższym poziomie potraktowanie tematu, wymaga wręcz wyjątkowej współpracy
interdyscyplinarnej, w tym praktyków i teoretyków.
Wersja minimum, jak i
całość dotychczasowej prezentacji pod ogólnymi tytułami „Ekonomika i
zarządzanie”, „Konkretyzacja”, „Prezentacja literatury” i dalsze pozycje, są w
moim założeniu, tylko impulsem do zespołowego rozpracowania wielu tematów na
styku teorii i praktyki. Może się mylę, ale wydaje mi się, że trzeba przy tym
bardzo daleko wybiec w przyszłość zarządzania, tak daleko, że na tle
powszechnej rutyny, wygląda to niemal na utopię. A jednak jest to „realna utopia”, i w sprzyjających warunkach może
wybuchnąć niemal nagle.
W końcu, zmierzam jedynie do konkretyzacji tego, że w
praktyce zarządzania warto, w sposób mądry, zasady ogólne zawsze łączyć i sprawdzać
na tle szczegółowych, kompleksowych, interdyscyplinarnych rozwiązań, bo inaczej wszystko może
się „rypnąć”, albo co najmniej rozczaruje.
Wydaje mi się też, że świat „teorii i praktyki zarządzania” niemal już dojrzał
do „wielkiego zachwiania”:
„Sceptycy mają okazję uśmiechać się i powtarzać, że „im więcej się
zmienia, tym bardziej wszystko pozostaje po staremu”. O tyle mają oni rację, że
rzeczywiście za parawanem ruchów intelektualnych kontynuowane są stare
praktyki. Każda nowa idea wyzwala niebywały entuzjazm i wciąż te same trudności
z jej urzeczywistnieniem, to samo zmęczenie po pewnym czasie, to samo
zniechęcenie i tę samą gotowość na przyjęcie następnej mody. Mylą się oni
jednak o tyle, że w wyniku tych kolejnych wysiłków i
porażek realny świat mimo wszystko nieustannie i głęboko się zmienia. Problem
polega na tym, że zmiany te nie tylko nie znajdują wyraźnego i adekwatnego
odzwierciedlenia intelektualnego, ale pozostają mało widoczne, nie wnosząc
wiele do filozofii i ogólnych zasad zarządzania. Jednak ich kumulowanie się
przygotowuje grunt pod wielkie zachwianie i spektakularną zmianę, jaka nastąpi
wówczas, gdy już w pełni uświadomimy sobie jej konieczność.”
(Michel Crozier : Przedsiębiorstwo
na podsłuchu. Jak uczyć się zarządzania postindustrialnego, Państwowe
Wydawnictwo Ekonomiczne, Warszawa 1993, str. 30 „Konieczność rewolucji
menedżerskiej” - poz. 1 z "prezentowanej literatury".
Także - fragment z odcinka 5 mojej strony głównej, lub strony
„ekonomika” - publikuję strony w dwóch wariantach organizacyjnych: „...pro onet...” i
„...com.pl” . Z.U).
Szczerze mówiąc, mam nieskromną ochotę
trochę się przyczynić do tego „Wielkiego zachwiania” i „Spektakularnej
zmiany”. Sądzę też, że w mleczarstwie bardzo by się one przydały, z
przyczyn zupełnie oczywistych dla każdego, kto ze znajomością rzeczy głębiej
mleczarstwo analizował. Możliwe, że jest to też droga, która, bazując na wiedzy
i rozumie, choć w części wyrówna szanse firm słabszych kapitałowo.
Mądre, jak najszybsze zmiany, leżą w
interesie bardzo wielu ludzi, nawet zwykłych konsumentów, którzy w końcu także
przegrają, gdy przegra krajowe mleczarstwo, albo jego rozwój pójdzie nie w tym
kierunku, co trzeba.
Wersja
pośrednia
Do rozpracowania wersji
pośredniej poszukuję partnerów, którzy na własne ryzyko, wzajemnie wspierając
się wiedzą, rozpracują - wspólnie ze mną - do końca to co
trzeba, a następnie, już na zasadach komercyjnych spróbujemy to wdrożyć, jeśli
uznamy, że faktycznie istnieją duże szanse na poprawienie sytuacji przynajmniej
części polskiego mleczarstwa. Nikogo jednak do tej współpracy nie namawiam.
Wręcz ostrzegam - proszę się dobrze zastanowić: ryzyko niepowodzenia jest duże,
a tu trzeba wiele poświęcić czasu, najpierw tylko po to aby
w zespole dobrze się rozumieć, później wzajemnie od siebie się uczyć, a
rezultat?
- Występuje silny opór
przeciwko jakimkolwiek zmianom utrwalonych zasad, brak motywacji do tych zmian,
prawdopodobnie również względy ambicjonalne itp. W dodatku stawia się wyzwanie zarówno
rutynowej praktyce, jak i rutynowemu stosowaniu „ogólnoteoretycznej” teorii
tam, gdzie trzeba konkretnie, interdyscyplinarnie i kompleksowo. To jest prawie „nie do strawienia”
nawet dla wielu mądrych ludzi skądinąd otwartych na postęp. Wiem
co piszę! Nie chcę tej myśli dalej rozwijać, przynajmniej teraz i w tym
miejscu.
Swój adres kontaktowy podam
trochę później. Może nawet nie „trochę” a znacznie później. Po prostu ciągle
analizuję sytuację, ciągle mi wychodzi, że materiał jest jeszcze za słabo
dopracowany, nawet na początek i dla „wtajemniczonych”, żeby stanowił dobry
punkt wyjścia do zespołowego przeanalizowania i osiągnięcia konsensusu, co
dalej.
Wszystkim tym, którzy
poważnie potraktują moją ofertę współpracy, względnie tylko sami chcą zgłębić
tematy, proponuję:
- uważnie zapoznać się z moimi stronami, w miarę możliwości przeanalizować
krytyczne uwagi, wyrobić sobie własne zdanie;
- opublikować w Internecie swoje własne, choćby cząstkowe i wstępne
przemyślenia na tematy kierunkowe, w odniesieniu do przemysłu mleczarskiego,
takie jak np. zarządzanie, ekonomika, rachunkowość, marketing, systemy
informatyczne, systemy informacyjno-analityczne i planistyczne, systemy
motywacyjne, współpraca dostawców mleka z pracownikami, problemy związane z UE itp. Szczególnie
zależy mi na podejściu w miarę kompleksowym, nie ograniczającym się jedynie do
wąskiego specjalistycznego przedstawienia zagadnień.
Dlaczego w Internecie? - szybkość i większa swoboda.
Jeśli znajdą się chętni - przypuszczam, że powinno to wnieść sporo do
rozpoznania sytuacji, nawet w kierunkach:
- nie warto
„zawracać sobie głowy”,
- wszystko w praktyce przebiega w zasadzie prawidłowo, a jeśli nawet nie, to i
tak niewiele się poradzi,
- dotychczasowa literatura jest w pełni wystarczająca, i nie potrzeba „żadnych
tam konkretyzacji” ani „interdyscyplinarnej znajomości szczegółów”,
- dotychczasowe oprogramowanie komputerowe jest w pełni wystarczające.
Zintegrowane systemy wspomagające zarządzanie nie potrzebują już żadnych
zasadniczych ulepszeń. Wystarczy kupić, wdrożyć i stosować.
Może warto temat
„mleczarstwo” (z bliższym sprecyzowaniem) „podsunąć” jakiejś grupie
dyskusyjnej, względnie ją zorganizować?
----------
Aktualnie sprawa „zawisła w próżni”. Nawet gdybym dysponował odpowiednimi środkami
finansowymi, to do pomocy w realizacji musiał bym
szukać osób „obcych”. Tych, których znam „lokalnie”, zadanie przerasta tak
daleko, że przez kilka lat musieliby sami zechcieć intensywnie się uczyć.
Wielokrotnie próbowałem kiedyś do tej nauki, co zdolniejszych, nakłonić: prawie nic z tego nie
wyszło. Nawet z nauki, oczywiście, poza
rutyną, bo z nią nie było poważniejszych problemów.
Myślałem też nad tym, czy nie
spróbować wdrażać jeszcze raz, samemu, szukając jedynie firm lepiej
przygotowanych i bardziej otwartych na postęp? W końcu, większość zagadnień, do
których usiłuję przekonać, powinna być dla fachowców zupełnie oczywista,
korzyści też. Konieczne jest jedynie, żeby ci fachowcy już w danej firmie byli,
a naczelne kierownictwo było nie tylko pozytywnie nastawione do całej idei szukania lepszych rozwiązań, ale i samo
bardzo mocno włączyło się do jej realizacji. W końcu sam w kółko popełniałem te
same błędy usiłując „na siłę” przekonywać tych, co nie chcieli (tacy tylko byli
lokalnie „pod ręką”) i
prawdopodobnie w ogóle nie mieli najmniejszej ochoty do zbytniego wychylania
się ze środowiska, dla jakichś tam celów, niby słusznych i bardzo konkretnych,
ale przy takim poziomie kwalifikacji ogółu, uznawanych za „mrzonki”. Myślałem nad tym, ale w końcu doszedłem do wniosku,
że sam, z wielu powodów, nie powinienem
więcej próbować.
Wersja mocno
rozwinięta
Wersja „mocno
rozwinięta”, to nic innego, jak wyzwanie „rutynowej praktyce” i „rutynowej
teorii” przekazać w ręce kogoś silniejszego niż paroosobowy zespół, nie mówiąc
już o jednoosobowym hobby.
Moja inicjatywa w tym
zakresie ogranicza się aktualnie do internetowych publikacji, które rozpocząłem
w październiku 1999 r.
Zamierzam na niej poprzestać.
Po prostu są to tematy
raczej dla pasjonatów, być może nawet, że dla menedżerów myślących
strategicznie, ale aktualnie niezbyt pasują dla firm myślących kategoriami
zysku dnia dzisiejszego. Przyczyna prosta - aktualny rynek: słaby popyt. Słaby
popyt, bo brak wiary w skuteczność. Brak wiary w skuteczność, bo...
Wcale się więc też i nie zdziwię, że potencjalnie
zainteresowani usługami z tego zakresu, tj. firmy mleczarskie, samorząd
mleczarski, mogą się odnieść z rezerwą do pomysłu zainteresowania problematyką
jakiejś bardzo silnej firmy konsultingowej - na zasadach strategicznej
współpracy - z odpowiedzialnością za skutki, a nie tylko doraźnego świadczenia
usług bez pełniejszej odpowiedzialności za rezultaty. Prawdopodobnie i druga
strona też miałaby obiekcje, co do tej „odpowiedzialności”.
Prawdopodobnie ta
rezerwa by zmalała, gdyby znana firma konsultingowa, starając się o rynek
mleczarski, w swoich ofertach przynajmniej zasygnalizowała, że zna się już
konkretnie na mleczarstwie i jest w stanie pomóc mu poprawić wyniki, a nie, że będzie
świadczyć jedynie usługi, z efektami końcowymi dla mleczarstwa, „to nie my”.
Czy z tego coś wyjdzie, zanim większość padnie?
---------
Coś w rodzaju obecnie
proponowanej „wersji rozwiniętej”, próbowałem, niestety nieudanie, zorganizować
w przeszłości. Kilka zdań o
najbardziej zaawansowanej próbie.
W połowie lat
osiemdziesiątych, po wielu
„dyplomatycznych zabiegach”, udało mi
się zdobyć środki (i zapewnienie, że
będą także w przyszłości, jeśli się powiedzie) na to, aby móc
zlecić komuś bardzo silnemu, kilkuletni cykl szkolenia prezesów, wiceprezesów, księgowych,
ekonomistów, handlowców itp., w
zakresach: ekonomicznym, finansowym, kosztowym, organizacyjnym, handlowym,
słowem we wszystkim tym, co będzie kiedyś potrzebne samodzielnie myślącym i
samodzielnie decydującym firmom. Znalazłem też firmę, która się tego podjęła.
Była to firma bardzo znana w owych czasach - z materiałów o reformie
gospodarczej: Agencja Omnipress, chlubiąca się, w
materiałach reklamowych, ze współpracy z wieloma wybitnymi polskimi praktykami
i teoretykami, pracującymi w zespołach interdyscyplinarnych. Wydawało mi się,
żeśmy się wstępnie dogadali.
Z mojej strony było:
- zapewnienie, że nie będzie
żadnych problemów finansowych za wykłady, ćwiczenia, skrypty, specjalne analizy
itp., oby tylko wszystko było formalnie poprawne. Może to zapewnienie wyglądało
„trochę na wyrost”, ale ja tak świetnie znałem techniki manipulacyjne dotacjami
i „popiwkiem”, korzystając z nich bardzo rzadko, „tylko w słusznych sprawach”,
że „w razie kłopotów z finansowaniem”, byłem zdecydowany „postawić je na szali”,
- zapewnienie, że zapewnię
przygotowanie materiałów źródłowych z firm, które będą uczestniczyć w
szkoleniu, tak, aby można było opierać się na materiałach autentycznych i
analizować autentyczne problemy, występujące w tych firmach, oraz spodziewane w
przyszłości,
- zapewnienie, że nie będę nikogo niczym zaskakiwał.
Prowadzący zajęcia będą znali materiały i „znaki zapytania” wcześniej, tak aby mogli się przygotować. Oczywiście, zawsze może coś
wypaść dodatkowo, to chyba zrozumiałe,
- sugerowałem, żeby wyszukać i
nakłonić do współpracy kogoś ze znanych teoretyków interesujących się
praktyką. To może być z dużą korzyścią dla obu stron. Poza tym będzie autorytet
pozwalający łatwiej przekonać opornych,
- był warunek: szkolenie musi być konkretne, w pełni
dostosowane do specyfiki branży i wiedzy konkretnych praktyków, a nie tylko
ogólnoteoretyczne,
- był warunek: wykładowcami - prowadzącymi zajęcia – powinny być osoby,
które w żadnym wypadku nie znajdą się w sytuacji „przełożonych” w stosunku do
szkolonych. Chodziło mi po prostu o
otwartość szkolenia, w tym uniknięcie jakichkolwiek zależności służbowych,
- była sugestia: do zespołu
szkolących-analizujących, wprowadzić też osoby spoza branży. Po prostu chodziło
mi o realizacje znanej zasady „nowego spojrzenia”,
- podałem też trochę (ale tylko trochę i bardzo
ogólnych, nic „imiennie”) przykładów uzasadniających, dlaczego zabiegam o takie, bardzo praktyczne w perspektywie celów
reformy gospodarczej, a nie o inne, np. ogólnoteoretyczne, szkolenie, choćby
też było pod kątem reformy…
Wydawało mi się, że przekonałem i że dobrze się
rozumiemy, przynajmniej co do intencji. Takie przynajmniej odniosłem wrażenie w
czasie dwóch pierwszych spotkań. Niestety, firma
nagle przysłała pismo, że może tylko „ogólnoteoretycznie”. Próbowałem jeszcze telefonicznie wyjaśniać,
ale nic z tego nie wyszło – i dałem „za wygraną”.
Być może, że wtedy przedwcześnie
zrezygnowałem. Być może, powinienem był dalej przekonywać lub szukać innych. Być może, że szkoda było olbrzymiego nakładu
pracy, przynajmniej z mojej strony, aby, co mogłem, przygotować, a moje zapewnienia nie
były gołosłowne. Być może, należało wykazać więcej wytrwałości
- proponowany przeze mnie
kierunek prawie na pewno był trafny a jego prawidłowe zrealizowanie, za kilka
lat miałoby wręcz olbrzymie znaczenie, może nawet dla większości polskiego
mleczarstwa. Nie wiem. Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć tylko tyle, że w końcu, formalnie,
byłem tylko zwykłym kierownikiem działu ekonomicznego, w przeciętnym
(przymusowym) wojewódzkim związku spółdzielni mleczarskich, i tak, „za bardzo”,
to i sam nie miałem ochoty „przebijać głową muru” we wszystkich kierunkach.
Naturalnie, miałem pewne możliwości zmiany swego statusu, dużo większe zresztą
„poza mleczarstwem” niż „w samym mleczarstwie”, ale, szczerze mówiąc,
zwyczajnie „mi się nie chciało” walczyć o stanowiska i władzę, a poza tym chyba
trafnie oceniałem, że i nie mam do tego predyspozycji.
Zresztą, wkrótce znalazłem sobie nowe
„hobby”: opanowanie informatyki (z formalnego wykształcenia jestem prawnikiem,
z praktyki głównie ekonomistą w przedsiębiorstwach, byłem trochę inspektorem
kontroli w urzędach skarbowych (inaczej się wtedy nazywały), zawadziłem też o
wojewódzką komisję planowania i kierowanie rozpracowywaniem informacji
gospodarczych dla wojewody,
trochę czymś tam jeszcze –
właściwie, to chyba niemal zawsze czymś
więcej niż to wynikało formalnie.
Wkrótce doszło mi jeszcze jedno hobby:
przebogata, choć dość kontrowersyjna literatura na temat zarządzania, prawie
całkowicie nie znana w moim lokalnym środowisku mleczarskim. Pierwsze zapędy, aby nakłonić innych
do jej czytania, zakończyły się moją niemal całkowitą porażką. O tym, żeby nie tylko czytać, ale
jeszcze, „o zgrozo”, także stosować, lepiej nie mówić. Tak samo zakończyły się
niemal całkowitą porażką próby nakłonienia prezesów i głównych księgowych do
zapoznania się z technikami informatycznymi i chociaż z prostą
pracą na komputerze, tak, „aby w sprawach analityki, analizy wyników i
możliwości, planowania, informacji,
motywacji i organizacji”, w ogóle można
się było z nimi sensownie porozumieć. „Nie ma takiej potrzeby” – dość często
powtarzana deklaracja.
Słowem, przekonywałem do bardzo wielu
rzeczy, na pewno merytorycznie słusznych i
praktycznie wykonalnych, tylko nie pasujących do konkretnych osób, mojej
pozycji i stanowiska. Bardzo trafne jest popularne przysłowie: „Nie wystarczy
mieć rację, trzeba mieć jeszcze i siłę...”.
PS. Może trochę „ubarwiłem”, ale nie
za bardzo. Te
„lokalne środowisko”, to też synonim. Prawdopodobnie występuje ono w Polsce
znacznie powszechniej niż się powszechnie sądzi.
Dnia 22 września 2000 r. i
uzupełnienie październik - listopad 2000 r. oraz retusz i trochę uzupełnień -
kwiecień - październik 2001. Uzupełnienia i przeredagowanie – maj 2002. Dalsze uzupełnienia – maj
2004 r.
Anonimus
d.c.n.
ps.
Rozwój strony chyba jeszcze trochę odłożę. Prawdopodobnie gdzieś do końca listopada
2000r., może dłużej.
Uzupełnienie
post factum: odłożyłem na „znacznie dłużej” i nadal będę „przeciągał”. Po
prostu doszedłem do wniosku, że najpierw powinienem szerzej zaprezentować
odpowiednią literaturę i dodać do niej trochę przeglądu informacji i analiz
bieżących. Wszystko jednak zajmuje dużo czasu. Ciągle dochodzą też nowe wątki.
Widzę też coraz wyraźniej, że chyba trafnie sygnalizuję pewne problemy i
kierunki ich rozwiązywania, ale ich rozwinięcie zdecydowanie przerasta moje
możliwości.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Całe dalsze opracowanie, to,
w zasadzie, niekomercyjna wersja minimum, z tym, że jednocześnie jest ona
pewnym szkieletem do pełniejszego, już komercyjnego rozwinięcia. Wolał bym, i
zapewne leży to też w interesie mleczarstwa, żeby tego rozwinięcia, sprawdzenia
rozwiązań, analizy wszystkiego co trzeba itp., dokonał
w pełni kompetentny interdyscyplinarny zespół. To już jednak niewiele zależy
ode mnie.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Szersze
wprowadzenie
1. Informacja w systemie
zarządzania
Nie chcę powtarzać sloganów w
rodzaju „Dobra informacja, to połowa sukcesu”.
Albo: „Informacja fałszywa jest gorsza od żadnej”.
To są sprawy oczywiste. Pozostaje jednak konkretyzacja tej dobrej informacji i
fałszywej informacji, a tu już rzeczy przestają być oczywistymi.
Właściwie to już kilkadziesiąt lat
temu zacząłem się „czepiać” i kontynuuję to nadal (patrz strona
„konkretyzacja”), że dobra informacja w systemach zarządzania, oprócz
wszystkich cech jakie musi spełniać wg wymogów
akademickich podręczników, konsultingowych poradników i służbowych instrukcji,
powinna posiadać jeszcze jedną cechę, bodaj najważniejszą: musi koniecznie być prawdziwa! Oczywiście, dopuszczam wyjątki: np.
gdy chcemy celowo kogoś wprowadzić w błąd, coś ukryć lub samemu się
pocieszyć. Przepraszam, jeśli kogoś uraziłem zbytnim uogólnieniem. Po prostu
napisałem to pod wpływem wspomnień, gdy każde, choćby bardzo delikatne
zwrócenie, uwagi, że księgowość, statystyka i informacja ekonomiczna wcale nie
są tak wiarygodne, jak wielu fachowców twierdzi, budziło wręcz gniew. Niestety,
dla gospodarki, to nie ja się myliłem. Nie przypisuję zresztą tu sobie jakiś
nadzwyczajnych zdolności analitycznych. Dużo osób myślało tak samo, a że nie
wychodziło to specjalnie na szersze forum, to już zupełnie inna sprawa.
Przechodzę do teraźniejszości. Każdy człowiek w zasadzie chce dysponować informacją
prawdziwą, przynajmniej w sprawach, które go interesują. No, może nie każdy,
nie zawsze i nie we wszystkim. Życie jest skomplikowane, i dość często lepiej
wszystkiego nie wiedzieć, a jak się wie, jeszcze częściej jest lepiej
wszystkiego nie mówić.
Czasami, głównie w środowisku niezbyt nam życzliwym, lub tylko zwyczajnie
konkurencyjnym, lepiej w ogóle jest zachowywać się „dyplomatycznie”. Dotyczy to
zarówno życia prywatnego, jak i zawodowego. Nie odkrywam nic nowego. Te proste
prawdy, „instynktownie” lub w drodze doświadczeń, zna prawie każdy i prawie
każdy do nich się „mniej więcej” stosuje, choć „nie wypada” specjalnie się tym
afiszować. Nie wypada szczególnie w życiu zawodowym, które, niestety, pomimo
marzeń „o lepszym jutrze”, coraz bardziej dryfuje w kierunku bezwzględnej
konkurencji i egoizmu, z metodami nie zawsze uczciwymi, etycznymi lub tylko z
pogranicza prawa, etyki, poczucia przyzwoitości, albo, choć rzadziej, wcale
„nie z pogranicza”, a raczej mocno i często bezkarnie, a nawet z korzyścią, mocno
przekraczając „granice”...
Jaki jest stosunek menedżerów do
informacji potrzebnych im w pracy zawodowej? Chyba mało jest takich, którzy by
nie chcieli dysponować informacją pełną, prawdziwą, zrozumiałą dla nich i im
przydatną!
Dlaczego, w takim razie, tak dużo jest menedżerów, którzy tą informacją nie
dysponują, i rządzą, nie wiem jak często, ale chyba za często, w oparciu o złe
informacje, błędne własne rozeznanie lub wręcz „na oko” lub, delikatniej
mówiąc, na intuicję opartą na nie pełnych i nie do końca przeanalizowanych
danych?
Prawie cała ogólna odpowiedź na to pytanie zawarta jest już w samym wstępie. O
szczegółach dalej.
d.c.n.
Grudzień 2000
Anonimus
............................................................................................................................
Trochę
szczegółów
(ale tylko trochę!)
Zniekształcenia rachunku
opłacalności (rachunku ekonomiczno-finansowego) poszczególnych asortymentów
Zniekształcenia rachunku
opłacalności poszczególnych asortymentów, szczególnie w przeliczeniach
jednostkowych, nakładają się warstwowo oraz krzyżują wielopoziomowo, zależnie
od przyjętych rozwiązań ewidencyjnych, rozliczeniowych i kalkulacyjnych.
Nawet w tej samej jednostce
organizacyjnej, zupełnie inaczej to może wyglądać w oficjalnej księgowości i
typowych ramowych arkuszach kalkulacyjnych, inaczej w systemie wewnętrznej
rutynowej informacji sporządzanej dla własnych potrzeb, a jeszcze inaczej w
bardziej wnikliwych analizach lub tylko w bardziej wnikliwej zwykłej
kalkulacji. Oczywiście, jeszcze większe różnice w podejściu do tematu oraz w
rezultatach, występują pomiędzy poszczególnymi firmami mleczarskimi.
Wynika z tego dość oczywisty wniosek: danym źródłowym, pojawiającym się w
przeróżnych publikacjach, zestawieniach itp., mającym świadczyć o trendach,
różnicach w sytuacji gospodarczej itp., nie wolno bezkrytycznie wierzyć, bo nie
wiadomo, co i jak kto liczył. Podkreślam, to nie są indywidualne „błędy i
wypaczenia”. To jest cały system „błędów i wypaczeń”, w kierunku „nikt, nic tak
naprawdę do końca nie wie”.
O ironio, o ile jeszcze w „socjalizmie” można było, od biedy, podciągnąć to
„pod walkę z totalitarnym ustrojem”, poprzez szkodzenie mu gospodarcze, to teraz pod co to podciągnąć? Chyba tylko pod hasło: „jakoś to
będzie”.
Najczęstsze, wycinkowe, nakładające i
krzyżujące się przyczyny zniekształceń, to:
1) nie
rozróżnianie kosztów zmiennych od stałych.
Zjawisko w mleczarstwie niemal powszechne.
Zniekształcenia z tego powodu występują niemal na każdym kroku zarówno w
ewidencji, jak i informacji, kalkulacji, a nawet w udających mądre poważnych
analizach. Temat w literaturze światowej od dawna dobrze znany, choć
oczywiście, nie do końca we wszystkich szczegółach rozpracowany. W Polsce
mniej, ale przynajmniej od pierwszych lat dziewięćdziesiątych nie można było
zasłaniać się niewiedzą i brakiem literatury. Na swoich stronach też bardzo
drobny fragment tej literatury prezentuję. Pomimo, że to co
prezentuję, to są tylko „wybrane myśli” z drobnego fragmentu literatury, to i
tak, kto chce, nawet z tego może zrozumieć, o co chodzi a jak jeszcze sięgnie
do oryginałów prezentowanych książek, to już prawie może wdrażać.
Wszystkie, bardziej otwarte na twórcze myślenie ekonomiczne, zapewne nieliczne
firmy, które posługują się w informacji i kalkulacji nie tylko jednostkami
kalkulacyjnymi opartymi na jednostkach białka (nie plazmy) i tłuszczu, ale
także opracowanymi przez siebie wskaźnikami kosztochłonności
poszczególnych wyrobów, uzyskałyby dużo lepsze prawdziwe rozpoznanie
rentowności, gdyby te wskaźniki opracowały i stosowały odrębnie do kosztów
zmiennych i odrębnie do kosztów stałych (Może tacy w polskim mleczarstwie już
są? Ja się nie spotkałem). Oczywiście, wskaźniki nie mogą być opracowywane „na
oko”. Nawet „grubszy” szacunek powinien być oparty na wiedzy i sprawdzonych
materiałach źródłowych, powinien pokazywać wyliczenia oparte na podziale
kosztów rodzajowych w poszczególnych układach kalkulacyjnych oraz chociaż
domyślnie pokazywać związki przyczynowo-skutkowe itp.;
2) wadliwe pojmowanie
kosztów zmiennych i stałych.
Najczęściej polega to na tym, że analizujący stosuje mechanicznie jakieś
kryterium podziału, nie zastanawiając się zbytnio nad faktycznymi związkami
przyczynowo-skutkowymi, które w dodatku, zależnie od sytuacji, a nawet
przekroju czasowego, często się zmieniają.
Firmy, które już mają wdrożoną rachunkowość zarządczą, względnie do niej się
przymierzają, wypada ostrzec, że rozwiązania przyjęte w rachunkowości
zarządczej, jakby nie były solidne i przez dobrych fachowców stosowane, dużo
pomagają w zrozumieniu procesów, mocno przybliżają prawidłowość analizy
kosztów, szczególnie pod kątem przyszłości, ale ze względu na swoje trochę
sztywne i nieco, jak to w księgowości, sformalizowane zasady, nie analizują
każdego przypadku oddzielnie. Niestety, w sprawach ważnych, dane z
rachunkowości zarządczej o kosztach zmiennych i kosztach stałych, możemy
traktować tylko jako wstępne, uproszczone, uśrednione, i dalej powinniśmy je
analizować pod kątem konkretnego przedsięwzięcia;
3) nie rozróżnianie kosztów
przesądzonych od nie przesądzonych, połączone często z wadliwym ich pojmowaniem. Nie
ma to znaczenia na przeszłość (chyba, że koniecznie chcemy kogoś z niej
rozliczyć), ale ma istotne znaczenie na przyszłość. Oczywiście, czy coś jest
kosztem już przesądzonym i w jakim zakresie, czy też jeszcze nie, też zależy
między innymi i od zakresu czasowego oraz od bardzo konkretnej sytuacji. Tego
nie da się sensownie sformalizować. Za każdym razem, przynajmniej w sprawach
istotnych, trzeba podchodzić do zagadnienia indywidualnie;
4) wadliwa wycena jednostek
białka i jednostek tłuszczu w poszczególnych wyrobach finalnych.
Najbardziej rażący przykład, to
jednostki plazmy rozliczane jak jeden do jednego z jednostkami tłuszczu. Wynik
finansowy, liczony wstecz, oczywiście nic się tu nie zmieni w zależności od
tego, jak rozpisaliśmy wycenę surowca na poszczególne wyroby; ale gdy taki
wypaczony obraz rentowności poszczególnych wyrobów odniesiemy do polityki na
przyszłość, to chyba wiadomo, co z tego wyjdzie. Tym co
zastosowali odpowiednie współczynniki przeliczeniowe, najczęściej 3/1, i
na tym poprzestali, warto przypomnieć, że to wprawdzie usunęło najbardziej
jaskrawe niedorzeczności przy ustalaniu cen metodą kosztową, ale daleko do
rachunku poprawnego merytorycznie (usunięto
tylko zniekształcenia w zakresie wyceny surowca. A co z pozostałymi!);
5) nie panowanie nad
kompleksowym rachunkiem ekonomicznym zagospodarowania jednostek białka i
jednostek tłuszczu.
Po prostu istnieje silny związek przyczynowo skutkowy, zarówno w technologii
jak i technice oraz w
kosztach, sprzedaży i rentowności, pomiędzy tzw. „wyrobami
białkowymi” (z dużą przewagą w wyrobach białka nad tłuszczem, np. twaróg chudy,
mleko chude), a tzw. „wyrobami tłuszczowymi” (z dużą przewagą w wyrobach
tłuszczu nad białkiem, np. masło, śmietana).
Nazwy
„wyroby białkowe”, „wyroby tłuszczowe” wprowadziłem doraźnie na użytek
ekonomiki przemysłu mleczarskiego. W oficjalnym nazewnictwie one nie występują.
Jest to temat specyficzny dla
mleczarstwa i dlatego ogólnoteoretycznie chyba niemal w ogóle nie znany.
Mówiąc dobitnie, jest bezsensem rozpatrywanie np.
rentowności (nierentowności) masła bez uwzględnienia tego, co się stało z
białkiem w mleku, z którego wyprodukowano masło. Jeśli z tego białka
wyprodukowano np. twaróg chudy lub mleko w proszku chude, to sensowna analiza
rentowności rozwiązań musi uwzględnić łączny wynik na maśle i twarogu/mleku. Inaczej, w analizie rentowności, nie
łączącej masła z twarogiem / mlekiem, tylko traktującej każdy z tych
wyrobów wyłącznie oddzielnie, możemy otrzymać gruntowną dezinformację.
Oczywiście, jest to zupełnie inne zagadnienie, niż znany w literaturze kosztów
problem produktów ubocznych i odpadów użytkowych.
Praktycy z reguły temat znają, a nie panują w pełni
nad nim, bo nie jest to praktycznie możliwe bez odpowiedniego wsparcia
ewidencyjnego, komputerowego i teoretycznego (gdyby takie wsparcie było, oczywiście przedstawiające
dane do końca prawdziwe, to wtedy, w wielu przypadkach faktycznie można
by było prawidłowo kalkulować „na kartce papieru”, a prawidłowo szacować –
czasami nawet w pamięci).
Wsparcia odpowiedniego nie ma, bo brak wiedzy,
umiejętności, zasad, czasu, chęci i czegoś tam jeszcze, mniejsza z tym, czego
jeszcze, wystarczy już i to.
Radzą sobie jakoś za pomocą „spieniężenia surowca” (rozwinę później),
„na oko” i intuicję, przeważnie uważając, i zazwyczaj mają rację, że pomimo wad
takiego podejścia, jest ono mimo wszystko trafniejsze i użyteczniejsze od
oficjalnych danych rachunkowości o rentowności poszczególnych wyrobów.
Niestety, to, iż jest trafniejsze, wcale nie oznacza, że jest trafne. Po prostu
zamiast połowy fałszywych danych, jest ich tylko
jedna czwarta. Gdyby problem sprowadzał się tylko do spieniężenia
surowca, w komputerowych arkuszach kalkulacyjnych można by go rozpracować w 100
%. Niestety, w grę wchodzą problemy kosztowe przedstawione wyżej i niżej, też
możliwe do rozpracowania w arkuszach kalkulacyjnych, ale wiarygodność
przetworzeń uzależniona jest od poprawności danych, czyli mówiąc inaczej, od
oceny i weryfikacji danych bazowych przez osoby/zespół posiadające odpowiednią
interdyscyplinarną wiedzę i umiejętność analitycznego myślenia.
Czy opracować do tego celu normalny program komputerowy, czy też tylko zwykłe
wzorcowe arkusze kalkulacyjne, z widocznymi algorytmami, jest sprawą otwartą. Normalny program będzie dużo droższy, łatwiejszy w
obsłudze, ale o mniejszych możliwościach dostosowania do sytuacji. Wzorcowe
arkusze kalkulacyjne: dokładnie odwrotnie. Ja, na własny użytek, pomysł i
wykonanie, wybrałem rozwiązanie drugie. Sprawa jest jednak otwarta i
najprawdopodobniej najlepszym rozwiązaniem byłoby jakieś połączenie obu metod;
6) posługiwanie się różnymi kluczami podziału kosztów
pod kątem zasad i wygody księgowości a nie w miarę obiektywnych
, ale niestety, złożonych i zmiennych związków przyczynowo-skutkowych.
Klasycznym tego przykładem są jednostki kalkulacyjne oparte na ilości jednostek
plazmy i tłuszczu. Nawet jeśli ktoś stosował - przy
wycenie surowca - odpowiedni przelicznik, np. 3/1 - 4/1 itp., to z reguły nie
stosował odpowiedniego przelicznika w jednostkach kalkulacyjnych, wypaczając
je, jak np. na maśle, niemal gruntownie. Mniej wypaczają, ale też nie mają
obiektywnego związku z rzeczywistością, jednostki kalkulacyjne oparte na
jednostkach białka i tłuszczu. Pominę inne jednostki kalkulacyjne, jak np.
różne kombinacje jednostek wagowych, wartościowych itp. Najbliższe prawdy będą
bezwzględnie wyliczenia oparte na wskaźnikach kosztochłonności,
fachowo opracowanych metodami techniczno-ekonomicznymi, oczywiście, z
odpowiednią szczegółowością, oddzielnie dla kosztów zmiennych i oddzielnie dla
kosztów stałych. Powtarzam jeszcze raz: w zarządzaniu
problem nie polega na tym, żeby koszty „perfekcyjnie” księgowo rozpisać wstecz
na poszczególne wyroby, tylko na tym, żeby uchwycić rzeczywiste związki
przyczynowo-skutkowe, przydatne w bieżącym i długookresowym
sterowaniu/planowaniu. Natomiast w księgowości, która „na papierze” musi
być perfekcyjnie dokładna i musi stosować się do pewnych zasad..., problem można w znacznej mierze rozwiązać poprzez wyraźne rozdzielenie tzw. funkcji rachunkowości zarządczej
(dla własnych potrzeb: termin szerszy od księgowości), i rachunkowości
(księgowości) finansowej, regulowanej głównie zewnętrznymi przepisami.
Napisałem „w znacznej mierze”, bo i w rachunkowości zarządczej nie można
praktycznie bezustannie zmieniać zasad, skutkiem czego
mogą one akurat nie pasować do danej sytuacji i przez to dezinformować.
Bardziej elastycznie można do tego podejść w informacji wewnętrznej a
najbardziej elastycznie w analizach, kalkulacjach i rachunku
ekonomiczno-finansowym. Mówiąc o elastycznym postępowaniu mam na myśli
obiektywizację i optymalizację rozwiązań dostosowywanych nieustannie do każdej
sytuacji, a nie podpasowywanie tak jak nam wygodniej. Gwoli ścisłości: nawet
„podpasowywanie” i tym podobne manewry, robione w określonym celu, np. w celu
wprowadzenia kogoś w błąd lub czegoś ukrycia, też czasami mogą być działaniami
racjonalnymi dla nas, mniej dla wprowadzanego w błąd, a dla firmy? Jakie
wyjście? Niestety, wiedza i rozum;
7) dokumentacja źródłowa i
ewidencja dostosowane do minimalnych, w znacznej mierze odgórnie narzucanych
wymogów (szczególnie pod kątem fiskusa), zbyt często i mocno z pominięciem
własnych potrzeb analityczno-informacyjnych.
Ma to pewne racjonalne uzasadnienie: po co
rozbudowywać biurokrację? Klasyczny przykład z odległej, a wciąż – przez
niektórych - pamiętanej przeszłości: powołanie w latach sześćdziesiątych tzw. „służb
ekonomicznych”. Miało być pięknie. A co wyszło? - Wyszło to, co wyjść musiało przy
ówczesnym niedostatku wiedzy i nadmiernych zapędach centralistycznych w
zarządzaniu.
Czy rozbudowa ewidencji i baz danych nie grozi, także i teraz, przerodzeniem
się w jakąś odmianę „komputerowej biurokracji”? Grozi! – jeśli ktoś się do tego
niefachowo zabiera. Rzecz
w tym jednak, że komputerowa rozbudowa może być bardzo prosta, mało
pracochłonna i bardzo użyteczna pod warunkiem, że zostanie przeprowadzona przez
ludzi, którzy się dobrze na tym znają, dobrze wszystko przemyślą i racjonalnie
zorganizują. Co tu rozwijać poza tym, iż porządną, dostosowaną do potrzeb i
możliwości, edukację komputerowo-organizacyjno- ekonomiczną, najefektywniej dla
firm mleczarskich byłoby rozpoczynać od ich szefów i głównych księgowych. Informatykom też by nie zaszkodziło nieco
poszerzyć zainteresowania. A wszystkim bardzo by się przydała solidna
interdyscyplinarna współpraca. Zaczęto inaczej. Może jeszcze coś da się
naprawić? Jeśli się nie naprawi, a tylko rozbuduje, to faktycznie może dojść do
bezsensownej biurokracji, niepotrzebnych wydatków itp. Znowu, niestety,
potrzebna wiedza. Bardzo konkretna wiedza. Tak ogólnie „to można sobie
podyskutować przy czarnej kawie”;
8) różne wymyślne pomysły z
rozliczaniem surowca i produkcji.
Dawniej „królowała” plazma łącznie z tłuszczem. Później, z ogromnym oporem
włączyło się białko. Teraz...? Warto zastanowić się, czy , poza
ułatwianiem samych rozliczeń, w dostatecznej mierze uwzględniliśmy ekonomiczny
i analityczny aspekt zagadnień? Niestety, to też wymaga kompleksowego myślenia
i interdyscyplinarnej wiedzy. Ja sam, chcąc zaoszczędzić sobie trochę czasu na
nie wnikanie w szczegóły technologiczne, na których się nie znam, zawierzyłem
kiedyś „jednostronnym specjalistom” od rozliczeń, przygotowałem odpowiedni
fragment arkusza kalkulacyjnego ściśle powiązany z innymi przetworzeniami, i -
musiałem przerabiać „niemal wszystko od początku”, bo „jednostronni specjaliści
od rozliczeń” zwyczajnie „namotali” tak aby było
wygodniej rozliczać, a nie obiektywnie analizować (same rozliczenia były
„technicznie” wygodniejsze, ale bynajmniej nie mądrzejsze pod kątem zapewnienia
lepszej gospodarności, nawet wręcz przeciwnie);
9) różne niuanse odnoszenia
niektórych kosztów bezpośrednio do wyniku finansowego. Formalnie jest to zapewne robione w pełni
poprawnie, tylko znowu, jeśli dany koszt faktycznie był poniesiony tylko w
związku z konkretnym wyrobem, to odniesienie jego do wyniku ogółem, z
pominięciem tego wyrobu, jakby co nie co dezinformuje
o rentowności danego wyrobu. Oddzielna sprawa, to, nie wiem
czemu, dezinformacja uprawiana w niektórych rozwiązaniach rachunkowości
zarządczej, w której odchylenia pomiędzy kosztami planowanymi (budżetowanymi) a
faktycznymi też odnosi się bezpośrednio do wyniku, z pominięciem miejsc, w
których te odchylenia powstają. Oczywiście, tak wygodniej. Ale czy to nie może
mylić? Właściwie, to „nie tylko może”, ale przeważnie i myli: kto w ogóle wie i
długo pamięta, co i jak zaksięgowano?
10) różne niuanse
kosztowo-cenowe z wyceną zapasów, wewnętrznymi obrotami, przekazywaniem części
wyrobów do własnej sieci detalicznej (inaczej to wygląda w rachunkowości zarządczej i tradycyjnej).
Bardzo łatwo o dezinformację. Temat trochę rozwinę przy prezentacji systemu
wewnętrznej informacji ekonomiczno-finansowej;
11) różne uśrednienia kosztów, np. kosztów sprzedaży
(samych kosztów sprzedaży, bez tzw. „technicznego kosztu wytworzenia”), w tym
kosztów transportu.
Wiadomo, że trudno jest dokładnie a zarazem prawdziwie, ustalić koszty
sprzedaży na poszczególne wyroby (kto i jak to będzie
liczył?), a że księgowość „na papierze” musi być
dokładna, więc rozlicza się je „precyzyjnie” jakimś standardowym miernikiem,
np. proporcjonalnie do wagi wyrobów. Z drugiej strony wiadomo, że koszty te
mogą się znacznie różnić zależnie od trasy, odbiorcy, przewoźnika itp.
Pozornie, kilka, rzadziej kilkanaście groszy kosztów sprzedaży, jakie
przeciętnie przypada w przeliczeniu na 1 kg wyrobu, prawie nic nie znaczy pod
kątem szukania oszczędności, jednak gdy się okaże, że
na średnią składają się i istotne pozycje, nie po kilka a kilkanaście lub nawet
kilkadziesiąt groszy na kg, to już raczej nie można przechodzić nad tym do
porządku dziennego bez analizy rentowności-celowości.
Znowu „kłania” się system porządnej komputerowej ewidencji, analizy i
informacji, w tym połączony z analizą sprzedaży dla głównych odbiorców
(asortyment, ilości, ceny, koszty, reklama, poszerzanie rynku, transakcje
wiązane itp.). „Kłania” się tu także dość częste nieco opaczne rozumienie
marketingu, jako systemu abstrahującego w swoich poczynaniach od konkretnej
znajomości rentowności - racjonalności poszczególnych rozwiązań, nie mówiąc już
o produktach, na zasadzie: „jak będziemy dbali o klienta, jakość, zwiększanie
udziału w rynku, zwiększanie sprzedaży itp., ogólnie o obniżanie kosztów, to
wyniki same przyjdą. Po co kompleksowo i konkretnie wszystko
analizować?” A
później niektórzy się dziwią: „sprzedaż rośnie, a zyski spadają!”. Inna
rzecz, że w ostatnich czasach, zyski, owszem spadają, ale i sprzedaż też nie
rośnie. Chcieliśmy konkurencji? No to ją mamy!
Powyżej ograniczyłem się do
zasygnalizowania, z pewnym
rozwinięciem dla znających ekonomikę branży, tylko ewidentnych, znanych sobie
dość dobrze typów „systemowych” zniekształceń konkretnego, asortymentowego
rachunku opłacalności.
Pominąłem w tym zasygnalizowaniu wszystkie
zagadnienia, które sam znam tylko powierzchownie, bądź nawet dokładniej
ale tylko w oparciu o jednostkowe przypadki lub literaturę:
- „Dałem sobie spokój” z analizą
wskaźnikową, z „przepływami...”, z projektowaniem i
późniejszą oceną ekonomiczną zrealizowanych inwestycji, z różnymi
nieporozumieniami związanymi ze strategicznym planowaniem i zarządzaniem.
Przypuszczalnie, większość praktyków, gdy nie musi, wcale się tym nie zajmuje,
a jak już „musi”, to traktuje to jako „pro forma” dla kogoś, „na odczepnego”, a
nie rozpracowanie merytoryczne;
- pominąłem problemy kosztów sprzedaży
wyrobów własnych a towarów obcych, wraz z całą analityką rentowności handlu
obcymi wyrobami-towarami. Po prostu ewidencję zgodną z jakimiś zasadami musi
prowadzić każdy, analiz nie musi. Zawsze to dodatkowy wysiłek i dodatkowe
koszty, a rezultat? Rezultat prawdopodobnie by był a dodatkowe koszty mogłyby
się zwrócić, gdyby nie kwalifikacje, organizacja, chęci, motywacja itp.;
- dałem też sobie „spokój” ze
stosunkowo pozornie łatwą analizą sprzedaży w podziale na poszczególnych
kontrahentów, jak i obrotów z poszczególnymi kontrahentami (Znane twierdzenie:
20% kontrahentów daje nam 80% obrotów, a mimo to traktujemy ich jednakowo, jak
pozostałych). Po prostu taka analiza, póki naprawdę nie wiemy, które kierunki
obrotów przynoszą nam zyski, a które pogłębiają tylko straty, mija się nieco z
celem. Pisząc o zyskach, naturalnie upraszczam. Często utrzymanie czy
pozyskanie klienta, jest dużo ważniejsze od doraźnego zysku. Zgoda, ale to musi
być działanie świadome, a nie tylko traktowane jako alibi, bo nie wiemy i jakoś
staramy się wytłumaczyć, gdy ktoś lub coś „przypiera nas do muru”, dlaczego
rozwijamy działalność nieopłacalną. Tak samo jest pomiędzy celami
strategicznymi a operacyjnymi. Naturalnie, dla celów strategicznych często
warto poświęcić bieżące zyski, ale znowu, musi to być decyzja celowa, świadoma,
dobrze przemyślana, a nie tylko alibi dla wytłumaczenia bieżących klęsk;
- dałem sobie również spokój z analizą
zniekształceń i dezinformacji, wynikających ze zwykłej inflacji, szczególnie
„skokowej”, jak np. ta w roku 1989 (uwolnienie cen). Owszem, dużo osób
dało się wtedy nabrać początkowymi fantastycznymi zyskami, i nie chciało
uwierzyć prostym wyliczeniom, że już za kilka miesięcy „księgowy cud się
skończy”.
Po prostu tematy wydawały mi się dość oczywiste: wystarczy przyjrzeć się cenom,
wycenom zapasów, podstawom wyliczenia amortyzacji, kosztom „przyszłych
okresów”, pamiętać o „wartości pieniądza w czasie” itp., a nie ma w tym „nic
specjalnego”, na co powinniśmy szczególnie zwracać uwagę. Chyba się trochę
myliłem, niedoceniając niebezpieczeństw z tym związanych, ale zrozumiałem to za
późno żeby tematy „zgłębić”.
Pominąłem to wszystko, bo do odpowiedzialnego rozpracowania całości - nawet
wariant pośredni byłby mocno za słaby. Gdzie mnie tam samemu i to w cieniu
innej pracy. Praktycznie raczej nie ma tu (tzn.
pełnego rozpracowania) żadnych szans bez wariantu mocno rozwiniętego, chyba, że
ograniczymy się do „czarowania” słusznymi hasłami.
Ale z tym wariantem „mocno rozwiniętym” też lepiej ostrożnie:
- wcale nie mam pewności, czy to jest właściwy kierunek badań,
- tym bardziej nie mam pewności, czy on się opłaci dla firmy, która się ich
podejmie, a jak się podejmie - czy potrafi?
- najmniej mam pewności, czy to się opłaci
użytkownikom.
Sytuacja w polskim mleczarstwie
wygląda jednak na tyle źle, że nie powinno się z góry odrzucać żadnej
koncepcji, która usiłuje znaleźć jakieś rozwiązanie.
Jeszcze jedno wyjaśnienie: nawet
absurdalne relacje jakie niekiedy wychodzą z
oficjalnej księgowości i oficjalnej analizy ekonomicznej bądź finansowej, wcale
ich nie dyskwalifikują, przynajmniej pod powszechnie przyjętym kątem formalnym,
tak samo jak nikogo nie dyskwalifikuje powiedzenie „dzień dobry”, w sytuacji,
gdy ten dzień wcale nie jest dobry, a nawet bardzo zły. Tym bardziej nie
dyskwalifikują stosujących je ludzi, którzy się trochę przyzwyczaili do
praktycznych dla siebie rozwiązań i „nie zaprzątania sobie głowy” sprawami
powszechnie akceptowanymi, nie dotyczącymi ich
bezpośrednio, choćby ta akceptacja była wyraźnie nie mądra i wynikała ze
zwykłego oportunizmu. Ludzie ci mogą być „prywatnie” nawet bardzo mądrzy i
spostrzegawczy, mogą się „prywatnie” orientować, jaki jest stan faktyczny, a
jednak „służbowo” robić rzeczy niemal „idiotyczne”, aby się nie narazić, nie
podpaść, nie wychylać „innością” itp. Prawdopodobnie jest to w znacznej mierze
przypadłość typowo polska, ukształtowana w okresie historycznym, począwszy od
okresu zaborów, poprzez ostatnie doświadczenia socjalistyczne: „Mówimy Partia, myślimy Lenin..., Mówimy Lenin, myślimy
Partia, i tak towarzysze, od... już lat, co innego
myślimy, co innego mówimy a co innego robimy".
Poważnie. Przypomnę fragment o
„relacjach ekonomicznych” i „wydajności pracy” przy „przerzutach...”, przedstawiony na stronie „konkretyzacja.”
- jak w
statystyce wartość produkcji w jakimś zakładzie rosła, to faktycznie spadała
(zwiększały się przerzuty surowca, zmniejszała faktyczna produkcja);
konsekwentnie: największa wartość produkcji wypadała wtedy, gdy nic nie produkowano, a tylko „przerzucano”,
- jak
wydajność pracy rosła (wydajność umowna: wartość produkcji podzielona przez
liczbę zatrudnionych), to faktycznie spadała i odwrotnie. Konsekwentnie: największa wydajność
pracy przypadała wtedy, gdy nic nie produkowano a tylko przerzucano,
Przecież to
był niemal „idiotyzm statystyczno-ekonomiczny”! Przecież to
rozumiał niemal każdy , kto się z tym zetknął, a mimo to,
wcale tego nie traktował jako „idiotyzm”, tylko, coś w tym rodzaju, jako
„dopust boży”, „siłę wyższą”, „tak być nie powinno ale jest”, „co mnie to
obchodzi” itp., i nawet, gdy nie musiał, z własnej nieprzymuszonej woli i
przyzwyczajenia tak liczył, także w wewnętrznych materiałach, gdy nie musiano
się stosować do oficjalnej metodologii i nie było potrzeby „czarowania”. Po
prostu liczący wiedział, że on wie, słuchający też wiedzą, przyjęte jest
powszechnie tak liczyć i przedstawiać, po co więc się wysilać, a jeszcze
gorzej, wyróżniać. To także występuje w znacznej mierze i dzisiaj. Nie tylko
socjalizm miał patent na nie pełne wykorzystywanie rozumu, nie mówiąc wręcz o
głupocie i jeszcze afiszowaniu się nią.
Prywatnie
z reguły wie się i rozumie znacznie więcej niż służbowo, bo tak działa
„tresura”, poczynając od szkoły, zakładu pracy, otoczenia. Wpływa też na to,
oprócz tresury, niestety, pewne „bujanie w obłokach” przez wiedzę
podręcznikową, której, oficjalnie nie wypada zbytnio krytykować.
To trzeba jakoś zmienić, nakłonić do
większej otwartości, wręcz zachęcać do myślenia i nie ulegania potulnie
nonsensom występującym w życiu, jeśli można je naprawić lub zmienić. A
możliwości rozsądnych zmian, bez „przewracania wszystkiego do góry nogami”,
jest sporo, w tym także przybliżenia teorii do praktyki, i odwrotnie.
I jeszcze jedno, zapewne każdy, kto
stara się w miarę możliwości śledzić literaturę w zakresie organizacji
zarządzania, ekonomii i finansów, spotkał się niekiedy z poglądami, wyrażanymi
nieraz przez bardzo znanych autorów, że:
- „firma powinna dbać o zwiększanie
swojego udziału w rynku, o jakość, zadowolenie klientów, długofalową strategię
rozwoju, obniżanie kosztów, a wyniki przyjdą same.” Domyślnie - po co śledzić
rentowność - na bieżąco i w perspektywie, skoro ona jest tylko wynikiem
opisanych działań, a bieżące jej śledzenie może mimowolnie przesunąć punkt
ciężkości na działania doraźne, kosztem długofalowych, strategicznych,
- „od firmy nic albo niewiele zależy.
O wszystkim decyduje rynek!”
- „najważniejsze są mierniki
finansowe. One odzwierciedlają wszystko.” Po co analityk finansowy, a tym
bardziej naczelne kierownictwo dużej firmy, ma wnikać w szczegóły, skąd się
dane do tych mierników biorą, i co z tego może wyniknąć, gdy się o tym nie wie?
Kierownictwo i „analitycy” finansowi mają ważniejsze problemy, brak czasu na
„drobiazgi” oraz doskonałe narzędzia pracy, teoretyczne i informatyczne, co
niemal wyklucza zasadnicze błędy (???). Od dopracowania „szczegółów” są inni,
na niższym szczeblu organizacji, słowem "mierniejsze umysły".
Domyślnie: wszystko w zasadzie toczy się prawidłowo. Ważne są generalne
założenia, szczegóły wykonawcze, to tylko mało istotne drobiazgi.
No cóż. Człowiek
ma rozum po to, żeby starać się robić z niego właściwy użytek. Jeśli ktoś
prawidłową wiedzę o rentowności wykorzystuje tylko do działań doraźnych, bez
myślenia o przyszłości, to on po prostu ze swojej wiedzy robi zły użytek.
Błędem jest więc tu nie wiedza, lecz raczej
niedostatek rozumu przy jej wykorzystaniu.
O tym, że wyniki przyjdą same, nawet
bez wiedzy o rentowności poszczególnych wyrobów, jeśli poza tym wszystko jest
wykonywane prawidłowo - nie chcę w ogóle dyskutować! Oczywiście, mogą przyjść,
mogą, bo ktoś się jednak w firmie orientuje, choć naczelne kierownictwo może o
tym nie wiedzieć, może to być wynikiem przypadku albo specyfiki sytuacji, może
czuwać opatrzność, tak jak podobno czuwa nad pijakami, może
... - nieważne co jeszcze może, lepiej jednak, gdyby ta wiedza była.
Poglądy: „Ja
nic nie mogę, bo rynek...”, trudno traktować
inaczej niż „przekorę”, albo „wyrafinowaną filozofię”.
Nie mam nic przeciwko „filozofowaniu”, nawet nad sprawami oczywistymi, ale we
właściwym miejscu i czasie, np. w kawiarni, ale nie w zakładzie pracy,
który „ledwo zipie”, a cała jego kadra i pracownicy
zaczną filozofować, że od nich nic nie zależy, oni nic nie mogą, bo rynek!
Zachwyt nad ogólnymi
miernikami, w tym nad
finansowymi, z jednoczesnym lekceważeniem szczegółów, to nic innego niż próba „utrzymania dobrego samopoczucia” poprzez „zamykanie
oczu” i „zatykanie uszu” na rzeczy trudne, których
nie rozumiemy i metodą strusia, „chowając głowę w piasek” wmawiamy sobie:
problemu nie ma. Niestety, problem jest, a analiza „mało istotnych drobiazgów
wykonawczych”, może doprowadzić do konieczności zmiany całej „wielkiej
strategii” i obrócić wniwecz ustalenia dokonane przy pomocy rzekomo
„doskonałych narzędzi...”, stosowanych przez
niedoskonałego użytkownika.
W następnym odcinku, jak praktycznie
poprawić trafność wewnętrznych analiz i informacji ekonomiczno - finansowych.
d.c.n.
luty/kwiecień
2001
Anonimus
.....................................................................................................................
2.
Jak praktycznie poprawić trafność
wewnętrznych analiz i informacji
ekonomiczno - finansowych
Jak uniknąć zniekształceń rachunku opłacalności
(rachunku ekonomiczno-finansowego) poszczególnych asortymentów własnej
produkcji
Oczywiście nasze działania w
kierunku poprawienia trafności analiz i informacji ekonomiczno-finansowych,
muszą różnić się zasadniczo, zależnie od wyjściowego stanu faktycznego.
Jaki by jednak nie był stan faktyczny,
jeśli jest tylko wola naczelnego kierownictwa dysponowania prawdziwym obrazem
rentowności poszczególnych asortymentów, logika kolejności poczynań nasuwa się
niemal sama:
1. opanowanie wstępnego arkusza
kalkulacyjno- analitycznego,
2. zapoczątkowanie systemu, w
miarę prawdziwej i pożytecznej informacji ekonomiczno-finansowo-technicznej,
3. przystąpienie do wdrożenia
rachunkowości zarządczej (menedżerskiej, controllingu),
4. dodatkowe rozwiązania,
przeanalizowanie wszystkiego od początku i zgranie całości (także tego, co w
ogóle znajduje się poza zakresem mojej publikacji).
Są to rozwiązania, że tak powiem, „ściśle
techniczne” na przedstawiony temat.
Warunkiem ogólnym trafności i skuteczności jest bowiem w ogóle poziom
wiedzy w danej firmie i praktyczny stosunek do jej rozwijania, a także stosunki
w firmie (kultura organizacyjna, stosunki społeczne, styl zarządzania itp.).
Kształtujące się prawidłowo warunki ogólne są tym bardziej konieczne, ponieważ
to co proponuję daleko wybiega poza rutynę, i wymaga dopracowania pod konkretne
firmy, i to dopracowania szczegółów w interdyscyplinarnym powiązaniu,
których po prostu nie ma w ogólnych podręcznikach, ani nawet w bardzo
szczegółowych, ale „jednokierunkowych” specjalistycznych instrukcjach.
Uzasadnienie
„Wstępny
arkusz kalkulacyjno-analityczny” można zacząć wdrażać nie dysponując
niczym więcej poza wiedzą, komputerem i odpowiednim oprogramowaniem tego arkusza. Oczywiście,
trudniej, o wiele bardziej pracochłonnie niż wtedy, gdy wszystko „jest pod
ręką”. Trzeba dużo szacować, dobrze się orientować, umieć się poruszać w nie
przygotowanych warunkach. Trzeba rozpoznawać sytuację, przygotowywać grunt pod
system informacji a w dalszej kolejności - pod rachunkowość menedżerską (controlling).
W tym miejscu, dla niezbyt
wtajemniczonych, trochę wyjaśnień. Słynne na całym świecie arkusze kalkulacyjne
typu „Excel” czy wcześniej „Lotus”, to oczywiście coś w rodzaju bardzo dobrego,
wszechstronnie przygotowanego stanu surowego, uzupełnionego o odpowiednie
narzędzia, żeby można było „budować dalej”, ale, naturalnie, nie są one gotowym produktem do konkretnej
analityki i informacji. To trzeba dopiero zrobić. Zrobić może każdy, kto się po
prostu na tym zna, a zrobi tak, jak się zna, chce i może. Kłopoty informatyczne ze „zrobieniem”
są stosunkowo niewielkie, a problemem są dopiero (jeśli „robiący” w ogóle się
nad tym zastanawia),
interdyscyplinarne problemy związane z całym szeregiem
niespójności, najogólniej mówiąc,
pomiędzy zaszłościami gospodarczymi a ich ewidencją podstawową,
księgowością, ekonomiką, finansami, statystyką
itp. Te niespójności, z wąskiego punktu widzenia są prawie
niezauważalne, a zauważone, z reguły okazują się, z wąskiego specjalistycznego
punktu widzenia, formalnie poprawne, a że całościowo wychodzi z tego zwykła
dezinformacja, to już „siła wyższa”.
Zresztą, niewiele osób w ogóle pełniej dostrzega dezinformację i jej
skutki.
Inna jeszcze informacja wstępna dla znających przemysł mleczarski i stosowane kiedyś (sporadycznie może jeszcze
i dzisiaj) tradycyjne arkusze
kalkulacyjne (wynikowe) kosztów. Dla mnie były one pierwowzorem, który
odpowiednio przekształciłem dla potrzeb „przyszłości”, nowoczesnego rachunku
kosztów, planowania i
analityki, bardzo mocno (kilkadziesiąt razy) je rozbudowując, ale przy
zastosowaniu „technik komputerowych” ich stosowanie nie jest specjalnie uciążliwe
(chyba, że ktoś chce wszystko gruntownie analizować), wymaga jednak sporej
wiedzy.
Mój „Wstępny
arkusz kalkulacyjno-analityczny” ma na celu:
- zapobieganie takiej dezinformacji,
szczególnie naczelnego kierownictwa, nawet w warunkach, gdy „ewidencja i
księgowość” w całej firmie są nimi
przesiąknięte,
- ułatwienie rzetelnej analityki, nawet
w bardzo niesprzyjających warunkach, wynikających ze zniekształconych danych
bazowych,
- pomoc w wyrafinowanej ale praktycznej
i rzetelnej analityce, gdy firma dysponuje odpowiednimi danymi bazowymi
(naturalnie, analizujący musi umieć oceniać i weryfikować dane bazowe).
Opanowanie jego nie jest łatwe, podobnie jak porządne dopracowanie. Sądząc po
literaturze i znanych mi programach komputerowych, sporo istotnych szczegółów w ogóle
nie zostało jeszcze zauważonych, albo, co jest bardziej prawdopodobne, nie
wyszło na szersze forum. Czy już gdzieś
istnieją „odpowiednie lub lepsze odpowiedniki” – ja nie słyszałem. Sam też „utknąłem” w pełnym
dopracowaniu, po prostu nie mając odpowiedniej wiedzy z kilku dyscyplin. Mógłbym z
tego „wybrnąć” (nie
wykluczone, że w końcu tak zrobię), przynajmniej w odniesieniu do niektórych zagadnień,
przy pomocy powszechnie stosowanej zasady: „My kreślimy tylko ogólne ramy, użytkownik
sam sobie resztę dopracowuje!”.
Praktycznie biorąc najsensowniej byłoby rozpocząć przygotowanie i wdrażanie
arkusza/arkuszy... tylko pod określone firmy przemysłu mleczarskiego,
dostosowując go/ich do
specyfiki każdej z tych firm. Arkusz... musi się
sprawdzić praktycznie. Korzyści z jego stosowania muszą stać się oczywiste dla
szefów firm, głównych księgowych, analityków, kosztowców itp. Dopiero wtedy,
gdy to się sprawdzi w różnych sytuacjach i w wielu firmach, można ewentualnie
pomyśleć o jakiejś ogólnej ramówce.
Idea rozpracowania takiego arkusza powstała u mnie w wyniku wielokrotnie
obserwowanych/zasłyszanych sytuacji: gdy trzeba podjąć jakąś nierutynową decyzję ekonomiczną, szef firmy, niezależnie od
przedstawianych mu materiałów, bierze kartkę, długopis, kalkulator i sam
liczy/sprawdza wg swego rozeznania. Po prostu wie, że przedstawiane mu
materiały, nawet zewnętrzne bardzo poważne analizy, mogą nie brać wszystkiego
pod uwagę z tego, co jemu jest wiadome, mogą być (typowe dla księgowości) formalnie poprawne, ale nieprzydatne,
czymś zniekształcone. W przemyśle
mleczarskim trudno podejrzewać nawet zupełnie przeciętnego szefa firmy, że
sobie nie zdaje sprawy przynajmniej z części tych zniekształceń i dezinformacji,
które ja opisuję. Jako,
przeważnie, inżynier lub technik mleczarz, który opanował praktycznie nieco
zagadnień z ekonomii i zarządzania, jakoś się orientuje, że przy przeróżnych
zmianach asortymentowych produkcji jedynie pewnymi (też nie do końca prawda) danymi jest zużycie surowca,
jego wartość, wartość wyrobów z tego surowca i wyliczane stąd spieniężenie, i
to pod warunkiem, że potrafimy sobie sensownie poradzić z paroma szczegółami
technicznymi przy kalkulacji, choćby takimi, jak zakładane pewniki/uproszczenia przy zagospodarowaniu
„nadwyżek” tłuszczu/białka, jakie muszą
powstać niemal zawsze przy zmianach asortymentowych. Wie też, że cała reszta (poza spieniężeniem surowca) kalkulacji
jednostkowej, może z pewnymi wyjątkami w odniesieniu do materiałów
bezpośrednich itp., jest z zasady „sztuką dla sztuki”: w oparciu o naszą wiedzę techniczną wyczuwamy
intuicyjnie, że np. przy wielu zmianach asortymentowych produkcji, w
pozostałych kosztach nic się nie zmieni (albo to będą zmiany nieistotne lub
nieprzewidywalne), po co więc w ogóle sobie nimi zawracać głowę, po co je
umownie dzielić na wyroby, skoro sami wiemy, że z tego wyjdą
tylko „umowne” a niekoniecznie prawdziwe straty lub zyski na
poszczególnych wyrobach”, że tak naprawdę pewnym (też
nie do końca) jest wynik na całości. Przypuszczam, że jeszcze łatwiej jest to zrozumieć
współczesnemu szefowi ekonomiście, który w dostatecznym stopniu opanował
specyfikę branży, potrafi dobrze posłużyć się komputerem i
pomimo całego szacunku dla teorii, wie o tym, że ona mu wszystkich szczegółów/niuansów
nie rozwiązuje.
Tak rozumującym (jako punkt wyjścia rozumowanie na pewno prawidłowe), chcę po
prostu dać lepsze narzędzie do ręki niż „kartka papieru, długopis i
kalkulator”, czyli po prostu „odpowiednio zaprogramowany arkusz kalkulacyjny, a
tym, co już sami posługują się arkuszami kalkulacyjnymi – podpowiedzieć pewne
rozwiązania. Naturalnie, „szczegółami” powinien zajmować się analityk z
„prawdziwego zdarzenia”. Szef firmy, jeśli chce sam je oceniać, powinien mieć
tylko maksymalnie ułatwione dotarcie do tych szczegółów i ich zrozumienie.
• chcą ograniczyć się tylko do
spieniężenia surowca – proszę bardzo. Wszechstronniej niż „ręcznie” i szybko można
kalkulować dowolną ilość wariantów. Naturalnie ktoś musi zadbać, żeby chociaż
dane wyjściowe o cenach wyrobów były prawdziwe, nie przypadkowe pozycje z
cennika, nie zniekształcone przeróżnymi „minusowymi” lub „plusowymi”
marżami/prowizjami itp., nie średnie statystyczne, które akurat nie oddają
aktualnej sytuacji. Jak to zrobić? - na pewno
można: dobra organizacja, dobrzy pracownicy, sensowne cele;
• chcą do spieniężenia surowca
dodać także zużycie materiałów bezpośrednich (zawsze trochę trafniej; często
jest to nawet bardzo istotne) – proszę bardzo. Jest to nieomal rutynowe.
Naturalnie ktoś musi odpowiednio zadbać... Ja sam, żeby uniknąć przypadkowych
zniekształceń danych wyjściowych, po prostu opracowałem krótki program, który zestawiał średni
koszt materiałów bezpośrednich na poszczególne wyroby obok siebie oddzielnie za
każdy miesiąc. Dziwaczne zmiany – wyjaśniałem (często zwykły błąd w
zakwalifikowaniu), informacje o aktualnych trendach konfrontowałem z danymi za
ostatni miesiąc – czasami też trzeba było wyjaśniać i prostować: czasami
informacje, czasami dane lub jedno i drugie. Naturalnie, zajmowałem się takimi
„drobiazgami” tylko wtedy, gdy one istotnie ważyły na całej kalkulacji. Oczywiście, szef firmy może
organizacyjnie doprowadzić do tego, żeby odpowiedni pracownicy sami dbali o
poprawność ekonomiczną danych, byli tym zainteresowani, a nie tylko przejmowali
się poprawnością formalną dokumentów pod kątem księgowości i formalnie
poprawnym księgowaniem;
• chcą dodać jeszcze coś więcej, nawet
zupełnie szacunkowo i wybiórczo wyczuwane fachowo/intuicyjnie istotne zmiany kosztów zmiennych, np. zużycia
energii, transportu, robocizny itp. -
proszę bardzo:
- technicznie jest to stosunkowo proste.
Można wstawiać nawet „byle co” w dziesiątkach wariantów i Arkusz będzie to
niemal błyskawicznie całościowo przetwarzał:
- merytorycznie – dość trudne dla
pojedynczego nawet bardzo dobrego fachowca, ale nie powinno być specjalnie
trudne dla dobrego zespołu interdyscyplinarnego.
Na marginesie, przykładowo: z robocizną bezpośrednią –
lepiej ostrożnie: czasami, nawet przy dużych zmianach
asortymentowych, globalna robocizna bezpośrednia nie zmienia się „ani na jotę”, a jedynie ktoś w rozliczeniach lub
kalkulacjach „zabawia się” z przesuwaniem jej z jednych wyrobów na drugie. Niby
drobiazg, a jak łatwo o dezinformację o rentowności poszczególnych wyrobów, i
jak łatwo o podjęcie błędnych decyzji, np. marketingowych, inwestycyjnych... (Problem szerszy: koszty zmienne a
stałe w konkretnych warunkach i w danym czasie, oraz nieporozumienia na tym tle);
• chcą mieć pełną kalkulację,
uwzględniającą, w odpowiednim podziale i z odpowiednią szczegółowością,
wszystko co istotne – proszę bardzo: Arkusz, wszystko co wprowadzone,
odpowiednio przetwarza i zestawia. Można
śledzić „krok po kroku” (jeśli się chce), lub
„ukryć” odpowiednie kolumny i
wiersze, aby łatwiej się skupić na tym co chcemy. Jeśli dojdziemy do wniosku,
że nawet pełna kalkulacja kosztów zmiennych na poszczególne asortymenty nic nie
da, bo za dużo jest niewiadomych trudnych/niemożliwych do obiektywnego
ustalenia – chowamy odpowiednie pola (żeby nie przeszkadzały) i skupiamy się na
tym, co uważamy za stosowne.
Słowem:
- Arkusz nic nie wymusza.
- Jest „szalenie” rozbudowany
analitycznie, ale to wcale nie musi być widoczne, i wcale nie musi być stosowane.
- „Filozofia” Arkusza sprowadza
się do tego, aby ułatwić wnikliwą pełną analizę, jeśli ktoś chce, albo ułatwić
analizę jakiegoś fragmentu, jeśli ktoś chce się ograniczyć tylko do niego.
- „Filozofią” Arkusza jest też: rozum na pierwszym miejscu; w granicach rozsądku nie
powinno się bezkrytycznie wierzyć, ani księgowości, ani modelom
ekonomicznym i finansowym, ani analitycznym programom komputerowym itp. (te
ostatnie, z reguły przetwarzają tylko jakąś „wiarę”).
W drugiej kolejności –
po „wstępnym arkuszu kalkulacyjno-analitycznym”, przystępujemy do organizowania systemu
informacji. Dlaczego nie
wpierw rachunkowości menedżerskiej, która w przyszłości będzie główną bazą
danych? Proste. System informacji jest mniej sformalizowany, dużo mniej
pracochłonny, dużo rzeczy gwoli poprawności ekonomicznej można szacować, nie
przejmując się tym, czy się to komuś z zewnątrz spodoba. Można przy pomocy
niego rozpoznać potrzeby pod adresem rachunkowości menedżerskiej (controllingu)
i jednocześnie przeanalizować rozwiązania pozwalające uniknąć konfliktu i
dublowania pracy pomiędzy rachunkowością menedżerską a rachunkowością
finansową, czyli urzędową, podlegającą wszystkim rygorom przepisów. W
ostateczności, można w ogóle tymczasowo zrezygnować z rachunkowości
menedżerskiej, ograniczając się tylko do systemu informacji i „Wstępnego arkusza
kalkulacyjno-analitycznego”.
W trzeciej kolejności,
jak już prawie wiemy dokładnie, czego chcemy, przystępujemy do organizowania
rachunkowości menedżerskiej (controllingu). Temat złożony. Bezwzględnie konieczne podejście
branżowe. Ja osobiście nie miał bym specjalnie wiary w możliwości doradców,
którzy mogą być nawet znakomitymi fachowcami, ale mleczarstwa zamierzają się
dopiero uczyć w trakcie wdrażania. Owszem, oni mogą się kiedyś nauczyć, ale
lepiej, żeby odrazu umieli, albo żeby Zleceniodawca
nie płacił sam za ich naukę, i jeszcze się denerwował prawdopodobnymi
konfliktami z własnym personelem, który też nie musi składać się z samych
„aniołów”, krytycznych dla siebie a wyrozumiałych dla innych. Temat zresztą
dyskusyjny. Wiele zależy od konkretnych ludzi i warunków.
Jak już prawie przeanalizujemy do
końca trzecie, trzeba zacząć analizę od początku, kierując się zdobytą w
międzyczasie wiedzą, uzupełniając, organizując, zgrywając itd.
Radził bym też, dopiero na tym etapie dobrze
przemyśleć szersze wspomaganie komputerowe (o ile nie jest już za późno), a
nie, jak to zwykle bywa, najpierw kupujemy sprzęt, „okablujemy” sieć, a później
dopiero zaczynamy się zastanawiać, co my konkretnie chcemy robić i jak to racjonalnie
zorganizować, i jakie z tego będziemy mieli korzyści, albo, czy w ogóle się to
opłaci i czy nie można było inaczej, efektywniej? W grę wchodzą też tu rutynowe
nawyki: zazwyczaj łatwiej i skuteczniej jest od razu robić coś dobrze, nawet wtedy
gdy wolniej to idzie, niż później „odkręcać” wadliwe, utrwalone nawyki,
fuszerki itp. Ja np. z tych powodów,
wbrew własnym interesom „zdominowania całokształtu technicznego nadzoru
informatycznego nad poczynaniami użytkowników”, przekonywałem, że nie ma sensu organizowania
sieci w sytuacji, gdy nie są prawidłowo rozwiązane niemal elementarne
zagadnienia w prawidłowym rachunku kosztów, prawidłowej informacji
ekonomicznej, prawidłowej organizacji
współdziałania na różnych stanowiskach pracy, a nawet w budowie i obiegu dokumentów
źródłowych itp. Prawdopodobnie
popełniłem błąd, nie chcąc nie przemyślanych do końca kosztów i „efektów”, sam się pozbawiłem możliwości pewnych
wymuszeń rozwiązań organizacyjno-ewidencyjnych, które w sumie wyszły by słabo
przygotowanym firmom na dobre. Inni, z reguły nie mieli tych skrupułów.
Osobny temat, to
wykorzystanie rozwiązań do systemów motywacyjnych, w tym ukierunkowanego
obrotu. Na upartego można zacząć ostrożnie próbować już na etapie
pierwszym, posługując się tylko arkuszem kalkulacyjnym, pod warunkiem, że skądinąd mamy
zapewnioną odpowiednią ewidencję, i prawie pewność, że
się w kalkulacji nie mylimy. Rozsądniej jednak będzie zaczekać z tym, aż
dostatecznie opanujemy system wewnętrznej informacji a najrozsądniej jak opanujemy
całokształt, w tym rachunkowość zarządczą (controlling) oraz pełną analizę i
informację marketingową. O tym w oddzielnej części. Po
prostu obawiam się skutków skutecznego ale błędnego
ukierunkowania obrotu. Nawet bez dodatkowych nakładów, można tu sporo
stracić. Można też dużo zyskać jeśli się ukierunkuje
obrót skutecznie a zarazem trafnie, ale lepiej najpierw wszystko dobrze
przekalkulować i przygotować.
Trochę szerzej o zasygnalizowanych wyżej punktach
2.1. Bezwzględnie
naczelne kierownictwo oraz specjaliści od kosztów i analiz ekonomiczno
finansowych itp., powinni posiadać oraz umieć posługiwać się komputerowym
arkuszem kalkulacyjnym, dostosowanym programowo do wstępnej kalkulacji,
analityki i planowania produkcji w przemyśle mleczarskim, pod kątem optymalnej
struktury, rachunku rentowności, kosztowej kalkulacji cen, wprowadzenia
systemów motywacyjnych itp.
Dobrze zaprogramowany Arkusz, w rękach
osób posiadających odpowiednią wiedzę merytoryczną oraz umiejących się nim
posługiwać, lub chociaż w prosty sposób z niego
korzystać (analitykę prowadzi kto inny), powinien:
2.1.1.
Zapewnić możliwość uniknięcia tych wszystkich błędów, które opisywałem wyżej
2.1.1.1.
Koszty zmienne a stałe
a) Punktem
wyjścia dane z rachunkowości zarządczej (controllingu)
...
b) Punktem wyjścia dane z wewnętrznej informacji,
dzielącej metodą wskaźnikową koszty całkowite na zmienne i stałe (gdy nie mamy
rachunkowości zarządczej ani nie stosujemy „budżetowania”)
...
c) Punktem wyjścia dane z systemu wewnętrznej informacji,
w której nie ma jednak podziału kosztów całkowitych na koszty zmienne i koszty
stałe
...
d) Punktem wyjścia dane z tradycyjnej ewidencji (Może być
nawet skomputeryzowana, ale tradycyjnie - z niewielkim wykorzystaniem pełnych
możliwości informatyki, i z całym szeregiem formalnie poprawnych dezinformacji)
...
2.1.1.2. Wadliwe pojmowanie kosztów zmiennych i stałych
...
2.1.1.3. Nie rozróżnianie
kosztów przesądzonych od nie przesądzonych
...
2.1.1.4. Wadliwa wycena
jednostek białka i jednostek tłuszczu w poszczególnych wyrobach finalnych
...
2.1.1.5. Nie panowanie nad
kompleksowym rachunkiem ekonomicznym zagospodarowania jednostek białka i
jednostek tłuszczu
...
2.1.1.6. ...
...
2.1.1.7. ...
...
2.1.1.8. ...
...
2.1.1.9. ...
...
2.1.1.10. ...
...
2.1.1.11. ...
...
2.1.2.
Pozwolić analizować kompleksowo niemal wszystko z rentowności, albo, jeśli tak
chcemy, tylko wybiórczo, to co chcemy.
...
2.1.3.
Pozwolić na wprowadzanie danych zarówno szczegółowych, jak i zbiorczych, albo
mieszanych - zarówno szczegółowych jak i zbiorczych, jeśli mamy takie życzenie.
...
2.1.4.
Zachować logiczny ciąg w prowadzeniu analizy-kalkulacji metodą kolejnych
podstawień, poczynając od rzeczy prostych w pełni sprawdzalnych, aż po rzeczy bardzo
trudne, nie w pełni sprawdzalne.
...
(...) - spieniężenie samego surowca (ale kompleksowo,
nie tradycyjnie: jeden wyrób i reszta surowca na coś tam wynikowo),
- j.w. - spieniężenie
surowca i materiałów bezpośrednich,
- j.w. - spieniężenie
surowca, mat. bezpośrednich i pośrednich,
- j.w. - plus np. energia,
- j.w. - plus np. płace
zmienne z narzutami,
- j.w. - plus nakłady na
remonty itp.,
- j.w. - plus np. inne
koszty zmienne wydziałowe,
- itd. itp. w przeróżnych konfiguracjach, które rozumiemy i znamy związki
przyczynowo- skutkowe, umiejąc je wyliczyć, wyszacować,
pobrać gotowe dane, rozumiemy zastosowane algorytmy, panujemy nad całością,
albo, przynajmniej, rozumiemy to, co robimy.
Trudne? - przeważnie nawet bardzo (chyba że traktujemy
wszystko powierzchownie, zbytnio się nie przejmując rezultatami), ale opanować
raczej dobrze mocno się opłaci. Gwoli ścisłości: dla umiejących dobrze
posługiwać się arkuszami kalkulacyjnymi, „techniczne” wprowadzanie danych do odpowiednio
przygotowanego ramowego arkusza i odczytywanie wyników nie będzie specjalnie skomplikowane. Problem
trudności polega nie na „technicznej obsłudze”, tylko na dobraniu prawidłowych
danych wprowadzanych do systemu i prawidłowym rozumieniu całościowych
powiązań.
2.1.5.
Umożliwić wariantowanie rozwiązań z łatwym, przejrzystym zestawianiem różnic
zarówno w wynikach końcowych, jak i różnic w przyjmowanych założeniach do
poszczególnych wariantów.
...
2.1.6.
Posiadać widoczne algorytmy aby znający się na rzeczy
użytkownik mógł łatwiej wszystko zrozumieć. Muszą one być jednak zabezpieczone
przed pochopnym poprawianiem lub nieumyślnym uszkodzeniem.
...
2.1.7.
Umożliwiać użytkownikowi wprowadzanie własnych poprawek lub uzupełnień
programowych, ale w taki sposób, aby nie utracić rozwiązań i danych
pierwotnych, i w razie czego, móc się wycofać ze
swoich „ulepszeń”, wracając do pierwowzoru.
...
Ramowy wzór arkusza
... (na razie pomijam: po prostu sam nie wiem jak go
zrozumiale przedstawić wobec olbrzymiej rozbudowy, a jednocześnie możliwości
chowania odpowiednich pól, tak że, na upartego, można go przedstawić na jednej
kartce papieru formatu A-4).
W ramowym wzorze kryje się przeolbrzymie
bogactwo możliwości i powiązań, których nawet lakoniczny opis zajął by kilkanaście stron, a rozbudowany - wymaga
ustosunkowania się niemal do wszystkiego potrzebnego przy analizie i
planowaniu. Najlepiej to zademonstrować posługując się programem z widocznymi
algorytmami. Zrozumie ten, kto po prostu jest dobrze przygotowany.
Przypuszczam, że dla dobrze przygotowanego - trzeba posiadać odpowiednią wiedzę
interdyscyplinarną - nie będzie to nawet specjalnie trudne. Opracowanie pomocy,
dla tych, co już sami dużo wiedzą, też nie powinno być specjalnie kłopotliwe.
Jak to jednak wytłumaczyć zwykłym menedżerom, specjalistom
itp., którzy po prostu nie mają „nadmiernej ochoty lub czasu na uczenie się”?.
Przecież tu nie chodzi o proste podpowiedzi, jak się posługiwać „technicznie”
arkuszem kalkulacyjnym w danych sytuacjach, tylko o olbrzymi interdyscyplinarny
materiał merytoryczny. Na
przysłowiową „pałę” można dość szybko nauczyć się samej informatyki w niezbędnym zakresie,
tylko, co to da? Jeśli zaś zrobić
wszystko dobrze, a ktoś odpowiedzialny zechce zrozumieć, przeanalizować i
stosować, otrzyma po prostu niezwykle sprawne narzędzie do kalkulacji, analizy,
planowania, prawdziwego rozpoznania kosztów i wyników. Może
więc, dzięki wiedzy i sprawnym narzędziom uniknąć popełniania błędów,
które czasami wręcz „pogrążają” całą firmę, może łatwiej zauważyć szanse,
których rutynowo się nie dostrzega.
Jest jeszcze jedno rozwiązanie: opracować
„standardowo”, w miarę prosto, świadomie ograniczając możliwości na rzecz prostoty? (klasyczny przykład: analiza wskaźnikowa w oparciu o
bilans/sprawozdania bez przejmowania się szczegółami? - nie wiem! Sam mam wątpliwości, czy nie za dużo
sugeruję , jak na siły przeciętnej spółdzielni/firmy. Z drugiej strony mechanizm konkurencji
będzie prawdopodobnie nadal wymuszał wznoszenie się na coraz wyższy poziom, aż
w końcu ... mniejsza z tym.
W każdym razie – na razie odkładam dokończenie.
Skąd wziąć taki arkusz,
względnie podobny - o zbliżonych lub większych możliwościach?
(...) Chyba
nigdzie nie ma i prędko nie będzie, chyba że...
(...) Dla własnych celów
„analityczno-planistycznych” mam go przygotowany w sposób, który mnie „z musu”
wystarcza.
Pominąłem w rozpracowaniu „dla siebie”, część
dokumentacyjną, bo była mi niepotrzebna: zastępuje ją znajomość praktyki,
literatury, instrukcji, szczegółowych rozwiązań, własnych przemyśleń itp. Dla
innych trzeba jakiś system podpowiedzi wymyślić, nakłonić ich do czytania
fachowej literatury, która dane tematy rozwija, i to trafnie praktycznie
rozwija. Inaczej system zawiedzie. Po prostu zbyt dużo jest „przekrętów” w
tradycyjnej ewidencji, zbyt niska wiedza, zbyt mało interdyscyplinarnej
współpracy. Bez wiedzy i zaangażowania niewiele wyjdzie nawet z najlepszych
wzorców.
Pominąłem w rozpracowaniu cały szereg szczegółowych
wzorców rozwiązań, np. związanych z kosztochłonnością
poszczególnych wyrobów, bo po prostu do tego szczegółowego wzorcowego
rozpracowania potrzebny jest odpowiedni interdyscyplinarny zespół, który się
zna, nie zagubi w szczegółach, ma czas i chce.
Być może za dużo chcę osiągnąć, być może jest to w
ogóle nierealne w najbliższych latach ze względu na poziom wiedzy w tym
zakresie, ale po prostu, gdyby się to udało, prawdopodobnie byłby to wręcz
„przewrót” w analityce ekonomicznej przemysłu mleczarskiego. Inna rzecz, ile
firm tej analityce byłoby w stanie sprostać, lub w ogóle utrzymać się na rynku.
Jak go opanować?
Praktycznie. Rozumiejąc zasady. Techniką małych kroków. Nie wszystko naraz.
Porównując – na początek – swoje dotychczasowe metody i rezultaty, z
analogicznymi w Arkuszu.
Dalsze sugestie wymagają po prostu znajomości konkretnych
sytuacji. Znaczna część konkretnych sytuacji jest dość typowa dla praktyki,
choć w szczegółach mniej lub więcej się różni, tak jak i różnią się ludzie.
Można by je jakoś usystematyzować i omówić. Jest to chyba celowe. Tylko znowu:
czas na opracowanie i znajomość zagadnień.
Czego się można spodziewać?
Przynajmniej ograniczenia popełniania „wierutnych głupstw” wynikających z
fałszywej lub tylko nie pełnej informacji-kalkulacji. Znowu, nie chciałem
urazić nikogo, kogo z uwagi na jego dobrą wolę i chociaż jako taką staranność w
interesie publicznym, urażać się nie powinno, nawet jeśli
popełnia kardynalne błędy. Nikt nie jest nieomylny. Każdy w jakimś stopniu, w
rozpoznaniu sytuacji i dokonania prawidłowego wyboru, jest trochę/dużo uzależniony
od innych, chyba żeby żył na bezludnej wyspie bez żadnego kontaktu ze światem.
„Wierutne głupstwa” można popełniać także w pełnym majestacie sztuki,
zgodnie z opiniami doradców udzielanymi w dobrej wierze.
Naturalnie, po samym Arkuszu nie oczekuję „cudu”, nawet gdyby został do końca w
pełni dopracowany. To tylko narzędzie. Jedno z bardzo wielu narzędzi. Powiem
więcej, on sam może dać pewną przewagę konkurencyjną tylko na początku, dopóki
się inni nie zorientują i nie spróbują prześcignąć.
Na marginesie, powiem,
a właściwie powtórzę, jeszcze więcej, coś zupełnie „nieprawomyślnego”: sama
idea przewagi konkurencyjnej, trafna jeszcze teraz i na najbliższą przyszłość,
może stać się „zmorą” dla ogromnej większości
w dalszych latach. Po co ją zanadto doskonalić? Pewne tendencje w „mleczarstwie unijnym” ograniczające
konkurencję, przynajmniej we własnym kręgu, mogą się okazać bardzo trafne –
także na dalszą przyszłość. Tradycyjne poglądy neoliberalne nie muszą trafić do „archiwów
historii”, ale mogą same się odpowiednio zmodyfikować. Świat się zmienia,
ludzie też , choć niektórzy „przysięgają”, że natura ludzka „od początku świata
pozostaje niezmienna”.
Chyba znowu „odbiegłem od tematu”.
2.2. W drugiej kolejności, po wstępnym arkuszu kalkulacyjnym,
należy wdrożyć wewnętrzny system informacji ekonomiczno - finansowo - handlowej
i technicznej, z jednoczesnym dostosowaniem do planowania i analiz w podobnym
układzie.
System powinien obejmować przynajmniej:
2.2.1. Arkusz kosztów w układzie rodzajowym (zespół "4"), z jego
uzupełnieniem w drugiej części w układ kalkulacyjny i wyniki (zespoły „5” –
„8”)
2.2.1.1. Ramowy wzór
...
2.2.1.2. Cel
...
2.2.1.3. Powiązania
...
2.2.2. Arkusz kalkulacyjny produkcji.
2.2.2.1. Ramowy wzór
...
2.2.2.2. Cel
...
2.2.2.3. Powiązania
...
2.2.3. Arkusz kalkulacyjny produkcji sprzedanej.
2.2.3.1. Ramowy wzór
...
2.2.3.2. Cel
...
2.2.3.3. Powiązania
...
2.2.4. Arkusz podstawowych mierników finansowych.
2.2.4.1. Ramowy wzór
...
2.2.4.2. Cel
...
2.2.4.3. Powiązania
...
2.2.5. Zbiorczą, syntetyczną informację techniczno-ekonomiczno- finansową.
2.2.5.1. Ramowy wzór
...
2.2.5.2. Cel
...
2.2.5.3. Powiązania
...
Uwagi do powyższego
systemu (2.2.1 - 2.2.5.)
a) Obejmuje on nie całość systemu informacji,
planowania i analiz, ale jedynie pewien szczegółowy fragment (duży zresztą
fragment, z markowaniem innych fragmentów), związany z własną produkcją,
uzupełniony nieco przez pokazanie jej wyników na tle ogólnym. Kompleksowe
opracowanie całości jest oczywiście jak najbardziej potrzebne, pominąłem je
jednak, sygnalizując jedynie pewne fragmenty, z przyczyn opisanych wcześniej (W
części: Zniekształcenia rachunku opłacalności...).
Do kompleksowego opracowania całości potrzebny jest zespół, bardzo silny
zespół.
Naturalnie, bardzo ważnym przy tym jest to, jakim podstawowym oprogramowaniem
komputerowym dysponuje dana jednostka, i jak w ogóle zorganizowany jest cały
system informatyczny. Przy
okazji: nie warto dać się bezkrytycznie podpuszczać na celowość posiadania coraz potężniejszego
sprzętu komputerowego i coraz potężniejszego oprogramowania, wszystko,
koniecznie, wg ostatniego krzyku mody. Problem główny tkwi w wiedzy i
organizacji, a nie w sile sprzętu. Oczywiście, zupełnie inaczej sprawy
„komputerowe” się mają,
gdy prowadzimy rozległą działalność na wielu rynkach, w tym
międzynarodowych, konkurując niemal z „całym światem”, a inaczej w przeciętnej
średniej mleczarni, nie mówiąc już o małej.
...
b) Naczelne kierownictwo (Zarząd, dyrektorzy,
główny księgowy) powinni umieć osobiście posługiwać się arkuszami
kalkulacyjnymi, rozumieć powiązania i algorytmy przetworzeń, znać, przynajmniej
„z grubsza”, całokształt problematyki merytorycznej, ale naturalnie nie muszą
znać wszystkich szczegółów, nawet bardzo istotnych. Od tego są analitycy i
specjaliści, którzy jednak muszą znać się wszechstronnie a nie tylko wycinkowo.
Problem do rozwiązania poprzez pracę lub współpracę w zespołach interdyscyplinarnych.
Także dokształcanie teoretyczne i praktyczne też raczej w znacznej mierze, ale nie
całkowicie, powinno odbywać się również w zespołach interdyscyplinarnych.
Jak to zorganizować? Kto konkretnie, pod branżę mleczarską, a nie tylko
ogólnoteoretycznie, podejmie się organizowania i szkolenia?
...
c) Skąd wziąć taki zestaw arkuszy (pełnego programu z
odpowiednimi modułami), względnie podobny - o zbliżonych lub większych
możliwościach?
...
d) Powiązania z systemami ewidencyjnymi,
rachunkowości i motywacyjnymi
- rachunkowość zarządcza
...
- ewidencja i rachunkowość tradycyjna (finansowa)
...
e) Powiązania z wstępnym arkuszem kalkulacyjnym
(analityczno-planistycznym)
...
f) Jak opanować?
...
g) Jak wykorzystać praktycznie?
..
h) Czego się można spodziewać?
...
i) Bardzo prawdopodobne problemy
...
3. Wdrożenie rachunkowości zarządczej
(menedżerskiej) i (lub)
controllingu
3.1.Charakterystyka
ogólna
3.1.1. Istota rachunkowości zarządczej
...
3.1.2. Rachunkowość zarządcza a controlling
...
3.1.3. Rachunkowość zarządcza a „ustawowa” (finansowa)
...
3.1.4. Zmiany w przepisach o rachunkowości obowiązujące od 2002 r. a
rachunkowość zarządcza
(...) Konkluzja. Oby wprowadzane zmiany nie stały się
kolejnym pretekstem do odłożenia dopracowania rachunkowości w kierunku
zarządczej, z terminem na „kiedyś”, „jak będzie więcej czasu”, czyli na „nigdy”
póki my rządzimy.
(...) Na marginesie, jak w zwykłej -
finansowej (ustawowej) rachunkowości poradzić sobie z wymogami art. 28 ust.3
zmienionej ustawy o rachunkowości, która będzie obowiązywać od 1 stycznia 2002
r.?
Prof. Jerzy Gierusz pisze
na ten temat, cytuję fragment:
”Praktyczne konsekwencje przyjętych w ustawie
rozstrzygnięć są następujące. Firma powinna:
1) dokonać podziału kosztów wydziałowych każdego mpk
na stałe i zmienne,
2) określić w jednostkach klucza rozliczeniowego (np. w maszynogodzinach)
wielkość produkcji właściwą normalnemu wykorzystaniu zdolności produkcyjnych,
3) zbudować dla wszystkich ośrodków odpowiedzialności budżety stałych kosztów
pośrednich,
4) ustalić stabilizowaną stawkę narzutu tych kosztów (budżetowane na miesiąc
koszty stałe dzielone przez rozmiary produkcji odpowiadające normalnemu
miesięcznemu wykorzystaniu zdolności produkcyjnych),
5) rozliczać oddzielnie, pośrednie koszty stałe produkcji wskaźnikiem
stabilizowanym, oraz pośrednie koszty zmienne produkcji wskaźnikiem rzeczywistym.”*
* Jerzy Gierusz: „Zmiany w ustawie o rachunkowości”, str. 16. (poz.
76 prezentowanej przeze mnie literatury).
W moim praktycznym
rozwiązaniu tego problemu, przeprowadzonym w arkuszach kalkulacyjnych, które
uzupełniają standardowe „FK”, a zarazem służą do „pogłębionej” informacji i
analityki, przygotowałem wszystko co trzeba, a zarazem opcjonalnie, tak, aby
użytkownik sam decydował :
- czy „pośrednie koszty
stałe” chce wydzielić tylko w kosztach wydziałowych, czy także, np. w kosztach
„skupu i zakupu”, w kosztach zarządu (poprawność ekonomiczna wskazuje na „także”),
- czy odchylenia od
planowanych stałych kosztów pośrednich odnosić do kosztów całkowitych,
oczywiście w wydzielonej pozycji, czy bezpośrednio do wyniku (poprawność ekonomiczna
wskazuje: „do właściwych kosztów”, oczywiście w wyodrębnionej pozycji i
mądrze),
- czy w ogóle nigdzie nie wydzielać kosztów zmiennych i stałych, jeśli uważa,
że nie musi.
System - cztery powiązane ze
sobą arkusze, zapewnia wyliczenia wszystkiego co
trzeba, zarówno tego, co wymaga ustawa (spotkałem się z różną, czasami wręcz
zaskakującą interpretacją), jak i sporo więcej (opcjonalnie), w tym:
- technicznego kosztu wytworzenia
ogółem i na jednostkę wyrobu, w szczegółowym układzie kalkulacyjno-organizacyjnym;
naturalnie, w tym
technicznym koszcie wytworzenia pośrednie koszty zmienne będą
faktyczne choć też podzielone na wyroby jakimś wskaźnikiem - kluczem, a pośrednie koszty stałe - planowane, wyliczone
wskaźnikiem stabilizowanym, albo nadal, gdy ktoś tak chce - na własną
odpowiedzialność - też w sposób, jaki chce. Rzecz w tym, aby te
wszystkie wskaźniki, klucze itp., razem wzięte i każdy z osobna, były w miarę
mądrze ustalane, a tam, gdzie służą nie tylko dla celów wyłącznie wewnętrznych,
ale także wspomaganiu „urzędowych” systemów „FK”, także nie naruszały żadnych
obowiązujących wymogów formalnych. O te ostatnie nie mam zamiaru się spierać
ani cokolwiek wymuszać, więc pozostawiam rozwiązania opcjonalne,
- ilości i wartości zapasów wyrobów
własnych, też w szczegółowym układzie organizacyjno-kalkulacyjnym,
- całej kalkulacji wynikowej produkcji
sprzedanej, łącznie z wewnętrznymi przesunięciami, powtórnym przerobem,
stratami, brakami, wynikiem finansowym itd., oczywiście też z pełną
szczegółowością asortymentowo-organizacyjną, wynikami „ogółem” i na jednostkę
wyrobu,
- globalne koszty w układzie
rodzajowym (zespół "4"), też z odpowiednim wydzieleniem: stałych -
zmiennych, faktycznych - planowanych, odchyleń od planu, albo, gdy ktoś nie
chce, może nie wydzielać. Program jednak pozostawi ślad, że możliwość
wydzielania była stworzona, z bardzo konkretnymi propozycjami (tylko
propozycjami: nic się nie wymusza).
Arkusze te, to:
- 2.2.1. Arkusz kosztów rodzajowych...
- 2.2.2. Arkusz kalkulacyjny produkcji,
- 2.2.3. Arkusz kalkulacyjny produkcji sprzedanej,
- Rejestr produkcji (nie prezentowany dotychczas ponieważ
służy jedynie do pomocniczej ewidencji uzupełniającej standardowe
"FK", a nie do informacji i analityki).
Dodatkowo potrzebny jest arkusz piąty : planowanie, tak aby mądrze i niezbyt pracochłonnie
planować, uzupełniać i korygować odpowiednie wielkości globalne i wskaźniki.
Arkusza tego w żadnym wypadku nie wolno dosłownie powielać ani z „budżetowania”
(rachunkowość zarządcza), ani ze starych wzorów, pochodzących z okresu
centralnego planowania. Przyjęte w nim rozwiązania, to coś w rodzaju
„planowania kroczącego”,
w którym liczby, jeśli trzeba, uzupełniane są opisem
przedsięwzięć, kierunków działań, zmian sytuacji itp.
Przydał by się, zapewne także i arkusz szósty, do
szczegółowej, fachowej a jednocześnie niezbyt pracochłonnej kalkulacji
przeróżnych, zakładam, że potrzebnych „kluczy” i „wskaźników”.
(...)
..............................................................................................................................
Dodatek (z listopada 2001 r.)
Postanowiłem przytoczyć w całości art. 28
ust. 3 ustawy oraz pełniejszy fragment komentarza prof. Jerzego Gierusza.
W ustawie - stosowne „pogrubienia” i „podkreślenia” a w komentarzu podkreślenia
- moje.
Dlaczego uzupełniam z paromiesięcznym „poślizgiem”? - czy
to ważne!
Z.U.
Ustawa
„Art. 28 ust.3. Koszt wytworzenia
produktu obejmuje koszty pozostające w bezpośrednim związku z danym produktem
oraz uzasadnioną część kosztów pośrednio związanych z wytworzeniem tego
produktu. Koszty bezpośrednie obejmują wartość zużytych materiałów
bezpośrednich, koszty pozyskania i przetworzenia związane bezpośrednio z
produkcją i inne koszty poniesione w związku z doprowadzeniem produktu do postaci
i miejsca, w jakich się znajduje w dniu wyceny. Do uzasadnionej, odpowiedniej
do okresu wytwarzania produktu, części kosztów pośrednich zalicza się zmienne pośrednie koszty produkcji oraz tę
część stałych pośrednich kosztów produkcji,
które odpowiadają poziomowi tych kosztów przy normalnym wykorzystaniu zdolności
produkcyjnych. Za normalny poziom wykorzystania zdolności produkcyjnych uznaje
się przeciętną, zgodną z oczekiwaniami w typowych warunkach, wielkość produkcji
za daną liczbę okresów lub sezonów, przy uwzględnieniu planowanych remontów.
Jeżeli nie jest możliwe ustalenie kosztu wytworzenia produktu, jego wyceny
dokonuje się według ceny sprzedaży netto takiego samego lub podobnego produktu,
pomniejszonej o przeciętnie osiągany przy sprzedaży produktów zysk brutto na
sprzedaży, a w przypadku produktu w toku - także z uwzględnieniem stopnia jego
przetworzenia.
Do kosztów wytworzenia produktu nie
zalicza się kosztów:
1) będących konsekwencją nie wykorzystanych
zdolności produkcyjnych i strat produkcyjnych,
2) ogólnego zarządu, które nie są związane z doprowadzeniem produktu do postaci
i miejsca, w jakich się znajduje na dzień wyceny,
3) magazynowania wyrobów gotowych i półproduktów, chyba że
poniesienie tych kosztów jest niezbędne w procesie produkcji,
4) kosztów sprzedaży produktów.
Koszty te wpływają na wynik finansowy okresu sprawozdawczego, w którym zostały
poniesione.”
Komentarz prof. Jerzego Gierusza (fragmenty ze str. 15 - 17)
„2. Koszt wytworzenia produktu
(28,3). Na kategorię tą składają się:
- koszty bezpośrednie produktu - materiały bezpośrednie, koszty przetworzenia
związane bezpośrednio z produkcją, inne koszty poniesione w związku z
doprowadzeniem zapasów do postaci i miejsca w jakich
znajdują się w momencie wyceny,
- uzasadniona część kosztów pośrednio związanych z danym produktem - są to
odpowiednie do okresu wytwarzania produktów zmienne
koszty pośrednie produkcji oraz stałe
koszty pośrednie produkcji rozliczone na jednostkę przy założeniu normalnego
wykorzystania zdolności produkcyjnych - wskaźnikiem
stabilizowanym. Za normalny poziom wykorzystania zdolności
produkcyjnych należy uznać przeciętną, zgodną z oczekiwaniami w normalnych
warunkach, wielkość produkcji za pewną liczbę okresów lub sezonów, przy
uwzględnieniu planowanych remontów.
(...) Praktyczne konsekwencje przyjętych
w ustawie rozstrzygnięć są następujące. Firma powinna:
1) dokonać podziału kosztów wydziałowych każdego mpk
na stałe i zmienne,
2) określić w jednostkach klucza rozliczeniowego (np. w maszynogodzinach (np. w
maszynogodzinach) wielkość produkcji właściwą normalnemu wykorzystaniu
zdolności produkcyjnych,
3) zbudować dla wszystkich ośrodków odpowiedzialności budżety stałych kosztów
pośrednich,
4) rozliczać oddzielnie, pośrednie koszty stałe produkcji wskaźnikiem stabilizowanym,
oraz pośrednie koszty zmienne produkcji wskaźnikiem rzeczywistym.
W przypadkach uzasadnionych niezbędnym
długotrwałym przygotowaniem towaru lub produktu do sprzedaży, bądź długim
okresem wytworzenia produktu, cenę nabycia towaru lub koszt wytworzenia
produktu można powiększyć o koszty obsługi zobowiązań zaciągniętych w celu
finansowania zapasu towarów lub produktów w okresie ich przygotowywania do
sprzedaży, bądź wytworzenia i związanych z tą obsługą różnic kursowych. Koszty,
o których mowa należy pomniejszyć o przychody osiągane z tytułu finansowania
zewnętrznego. Jest to zupełnie nowy element definicji kosztu wytworzenia
(patrz: 28, i 30,4).
(...) Do kosztów wytworzenia, po których
wycenia się zapasy produktów, nie zalicza się kosztów będących konsekwencją niewykorzystanych zdolności produkcyjnych
i strat produkcyjnych, kosztów ogólnych zarządu, które nie są związane z
doprowadzeniem zapasów do postaci i miejsca, w jakich się znajdują w momencie
wyceny, kosztów magazynowania wyrobów gotowych i półproduktów, chyba że poniesienie tych kosztów jest niezbędne w procesie
produkcji, kosztów sprzedaży produktów. Koszty te należy wliczyć do okresu, w
którym zostały poniesione.”
..............................................................................................................................
dalszy ciąg oraz trochę
uzupełnień - rozwinięć
nastąpi
Kwiecień -
wrzesień 2001r.
Anonimus
..........................................................................................................................
3.
System wewnętrznej informacji gospodarczej
(ekonomiczno
- finansowo - handlowej i technicznej),
z
modułami umożliwiającymi szczegółową analitykę i planowanie
Nieco uwag i refleksji
Zacznijmy od hasłowego banału:
Dobra informacja powinna
być prawdziwa, użyteczna, istotna, konkretna, przedstawiona w
odpowiednim czasie, zwięzła, kompletna i zrozumiała! Naturalnym jest też,
że z tej informacji adresaci powinni umieć i chcieć korzystać.
Zapewne mogą znaleźć się jeszcze i tacy,
którzy, powołując się na „doskonałe metody rachunkowości”, z której głównie
pochodzi informacja, będą kwestionować potrzebę podkreślania „prawdziwości”.
No cóż, przypuszczam, że zarówno na
stronie „konkretyzacja” jak i aktualnej
„mleczarstwo”, w wystarczającym stopniu
wykazałem, dlaczego to robię.
Być może, trochę wątpliwości „realizacyjnych” wzbudzi także wymóg połączenia „zwięzłości”
z „kompletnością”. Trochę trudne? - Owszem, ale metody realizacji nie są
niczym nowym, zaś dodatkowo ułatwiają je „techniki komputerowe”: kolejne
rozwinięcia.
Po prostu, czytając zwięzły raport, musimy mieć możliwość łatwego sięgnięcia po
odpowiednie materiały uzupełniające, w razie potrzeby opracowane lub
odpowiednio wskazane w sposób „warstwowy” – „od ogółu do szczegółów”.
Oczywiście, trzeba się na tym znać, aby móc z tego skorzystać.
Drugim, niemal także
banałem, jest to, że informacja powinna być dostosowana do konkretnych grup
odbiorców.
Nie chodzi tu bynajmniej, jedynie
i wyłącznie, o ochronę danych przed osobami niepowołanymi, lecz także,
zwyczajnie, po prostu o to, że różne grupy odbiorców mają różne zainteresowania
i różną wiedzę. Trzeba to uwzględnić. Naturalnie, gdy ktoś uprawniony chce
wiedzieć więcej, niż opracowano dla jego grupy, a nie stanowi to tajemnicy,
trzeba mu odpowiednie materiały odpowiednio udostępnić. W systemie komputerowym
zorganizowanie tego udostępnienia nie jest specjalnie trudne, a jednocześnie
oszczędza „sterty papieru”.
Trzecim, niestety nie banalnym problemem, jest, co zrobić, aby informacja w systemie informacji była taka,
jaką być powinna, a więc prawdziwa,
użyteczna, istotna, konkretna, przedstawiona w odpowiednim czasie, zwięzła,
kompletna i zrozumiała!
Co zrobić, aby informacja była prawdziwa,
sporo już na tej stronie napisałem. Miejsca
wykropkowane oznaczają, że zagadnienie zostanie rozwinięte. Oczywiście, nie
zrobię tego w pełni w formie niekomercyjnej. Ciągle też mam nadzieję, że będzie
to praca zespołowa.
Co zrobić w pozostałym zakresie - też już nieco napisałem na tej stronie w
punkcie „Jak praktycznie poprawić trafność wewnętrznych
analiz i informacji ekonomiczno – finansowych”,
(uwagi o miejscach wykropkowanych - jak wyżej).
Kolejnym, czwartym już z kolei, nie tyle problemem ile zagadnieniem jest, jak cały system informacji, analiz i planowania, który
proponuję, ulokować w stosowanym w firmie systemie komputerowym.
Ideałem, oczywiście byłoby, żeby firma dysponowała zintegrowanym pakietem
specjalnie opracowanym dla mleczarstwa, z odpowiednimi modułami, w którym nie
byłoby żadnego problemu z przenoszeniem danych do arkuszy kalkulacyjnych i
odwrotnie. Czy taki pakiet już istnieje? - Nie wiem. Ściślej się wyrażając,
czytałem trochę reklam na zbliżone tematy, ale były one zbyt ogólne, aby móc
się wystarczająco zorientować.
Na marginesie: w specjalistycznych i zwykłych czasopismach, modna jest od paru
lat bardzo reklama - omawianie zintegrowanych pakietów, wspierających
zarządzanie, programów typu „ERP” (enterprise resource planning = planowanie
zasobów przedsiębiorstwa) w paru odmianach, przeróżnych narzędzi analizy i baz
danych, jak np. kostek „OLAP” itp.
Aby jednak
chociaż wstępnie sprawdzić wiarygodność reklamy, przydatność, opłacalność
zakupu, możliwości programowe, czym się to naprawdę różni od programów, którymi
już firma dysponuje, jaka jest racjonalność przejścia na nowe oprogramowanie,
wymyślne „ogólnoteoretyczne” metody analiz itp., potrzeba sporo czasu i
możliwości technicznych oraz osób, które dobrze się na tym wszystkim znają,
naturalnie, nie tylko informatycznie ale także - głównie - merytorycznie,
i to zarówno „ogólnoteoretycznie”, jak i bardzo konkretnie, branżowo,
praktycznie.
Niestety, z takim sprawdzeniem -
analizą, mogą, i zapewne występują oraz będą występować, zasadnicze problemy,
bo jednym wcale nie zależy, aby „odsłonić” pełną prawdę, drudzy nie mają
środków, czasu i chęci, trzeci... - słowem „jest jak
jest”.
Gdy wszystko zostanie już do końca
dopracowane, a potencjalnie zainteresowani zadadzą sobie trud zapoznania się z tym co trzeba, proponowany system informacji, przypuszczam,
okaże się „wcale nie taki specjalnie trudny”, w
dodatku stosunkowo tani, i mam nadzieję - bardzo pożyteczny. Po prostu trzeba dać
się przekonać, że to co jest bardzo trudne do
zrozumienia przy wąskiej specjalizacji, staje się całkiem łatwe w odpowiednim interdyscyplinarnym
zespole, gdy wszyscy mają do siebie zaufanie i wzajemnie się od siebie uczą.
Czy zorganizowanie, nawet w
przeciętnej firmie, takiego zespołu zainteresowanego w postawieniu informacji
gospodarczej na właściwym poziomie, jest kompletną utopią? Przypuszczam, że w pełni
kompetentny szef firmy jest w stanie sobie z tą utopią poradzić, gdy tylko
będzie dysponował odpowiednim materiałem wzorcowym.
Nie chcę sugerować, że moje rozwiązania z
„ekonomiką mleczarstwa”, w tym z systemem wewnętrznej „informacji
gospodarczej”, są najlepsze. Z faktu, że ja się z rozwiązaniami merytorycznymi
lepszymi od moich, nie spotkałem, wcale nie oznacza, że ich nie ma. Mogę po
prostu nie wiedzieć, wiedzieć powierzchownie, mylić się w ocenie itp. Z drugiej
strony, nie widzę sensu prezentowania nadmiernej skromności. Dlatego staram się
maksymalnie szeroko - na miarę swoich możliwości - prezentować odpowiednią
literaturę (miejsca wykropkowane - uwagi jak wyżej: kiedyś się uzupełni). Na
razie - w ogóle nie spotkałem się nawet z śladem tak szczegółowego i
konkretnego podejścia do ekonomiki przemysłu mleczarskiego, jak w moim
opracowaniu, i to zarówno w publikacjach jak i w oprogramowaniu komputerowym.
Czekam, czy ktoś uzupełni i wskaże konkretnie, że już takie są, i jakie są.
Chętnie bym je zaprezentował, a jeszcze chętniej - konkretnie przeanalizował,
naturalnie „nie przeceniając swoich umiejętności i możliwości”.
Chcę, choć na razie mam z tym duże
trudności i sporo wątpliwości, doprowadzić na tym i innym tle, do jakiejś
szerszej merytorycznej dyskusji, najpierw internetowej, a później bezpośredniej . Może coś z tego wyjdzie pożytecznego?
Gdyby doszło do pracy zespołowej, uważam za bezwzględnie konieczne zaprezentowanie
odpowiednich, dostępnych na rynku, programów komputerowych, przeznaczonych dla
menedżerów, szczególnie z możliwościami analityczno-informacyjno -
planistycznymi. Programy takie, od kilku lat już są, w tym tylko sęk
w tym, że nie mając rozpoznanej ekonomiki i
rachunkowości mleczarstwa, mogą, w niezbyt mądrym użytkowaniu, nie tylko
zawieść oczekiwania, ale wręcz wyrządzić sporo szkód. Oczywiście: winę zawsze można przypisać użytkownikowi, który powinien
wiedzieć, jakie dane wprowadza do systemu i co z tego wyjdzie w przetwarzaniu -
na wyjściu.
Zasady prezentacji
oprogramowania analitycznego: istnieje dużo możliwości, poczynając od
najprostszego omówienia programu...
Odrębny, znacznie
trudniejszy temat, to obiektywna prezentacja mocno reklamowanych pakietów
zintegrowanych, na tle aktualnie stosowanego w mleczarstwie przeważającego
oprogramowania (też w bardzo dużej mierze zintegrowanego, choć bez szumnej
reklamy, i w przeważającej mierze jeszcze w systemie „DOS”, który, dla
skromnych potrzeb służbowych, wcale nie jest taki „archaiczny”, jak się go
zazwyczaj przedstawia).
Jeszcze inny temat, to przeróżne komputerowe modele
baz i analizy danych (standardowe lub specjalistyczne - niestety, nie spotkałem
specjalnie opracowanych dla przemysłu mleczarskiego). O tym później
(...)
Zarys szkieletu
informacji
Projekt opiera się na szerokim
wykorzystaniu informatyki, niekoniecznie bardzo
kosztownej, ale koniecznie mądrej. „Piłeczkę
mądrości” można odbijać, z dużą dozą racji, twierdząc, że to nie techniki
informatyczne mogą być niemądre, tylko sposób ich wykorzystania, ale ponieważ
na sposób wykorzystania wpływa nie tylko wiedza użytkowników
ale także konkretne oprogramowanie, nie chcę, przynajmniej w tym
miejscu, sprawy „roztrząsać”.
Różne są też punkty widzenia, czy informatyka faktycznie zawiodła dotychczasowe
oczekiwania „biznesu”, czy nie, i dlaczego? Podobne pytania, z podobnymi
rezultatami można zresztą postawić także pod adresem ekonomii, rachunkowości,
teorii zarządzania, teorii informacji itp.
Mój projekt systemu informacji składa się z :
1. Specjalnej informacji
opracowywanej w arkuszach kalkulacyjnych
Zasady jak w pkt 2 „Jak praktycznie poprawić trafność wewnętrznych analiz i
informacji ekonomiczno - finansowych.”
Informacja jest połączona z analityką (analizą) i - w zakresie racjonalnym - z
planowaniem (budżetowaniem). Całość, mniej więcej na zasadach określonych w pkt
2..., trzeba rozwinąć i usystematyzować. Naturalnie, jestem w stanie zrobić to
nawet sam, ale szybciej i lepiej by to zrobił odpowiedni interdyscyplinarny
zespół, przypuszczam też, że mógłby on sporo dodać i poprawić, albo wręcz
rozwiązać inaczej, trafniej.
2. Informacji wykorzystującej bezpośrednie
dane i analizy z programów użytkowych, bądź to za pomocą specjalnego modułu w tych programach, bądź też ze
zwykłych tabel, zestawień itp., dostępnych w różnych funkcjach programu, a
zazwyczaj raczej słabo wykorzystywanych.
Operator sprzętu, zazwyczaj
- z powodu braku czasu i szerszej znajomości zagadnień - drukuje tylko to, co
musi; kierownictwo, nie znając konkretnie oprogramowania, dość często nie wie,
jakie są możliwości; informatyk zna się tylko informatycznie, a co komu
potrzebne i do czego, zbytnio w to, z własnej inicjatywy nie wnika. Jeśli nawet
informatyk zna się także merytorycznie, to z reguły tylko w sprzyjających
warunkach będzie coś podpowiadał, ale nie w sytuacji, gdy trzeba rozpocząć od
elementarnego szkolenia, a tu użytkownicy „nie odczuwają takiej potrzeby”.
Na tym tle warto się dokładnie i bardzo merytorycznie oraz informatycznie
fachowo, przyjrzeć wszystkim programom komputerowym już stosowanym w
mleczarstwie, jak i tym z ofert. Niektóre oferty są bardzo ciekawe, ale -
lepiej nic pochopnie.
Warto też przeanalizować własną wiedzę, potrzebną i faktyczną, organizację
pracy w firmie, współpracę
itp.
Niestety, aby to było skuteczne, inicjatywa i przykład powinna iść z góry,
poczynając od naczelnego kierownictwa.
3. Informacji i analiz ze
specjalistycznych programów,
przykładowo typu „Analizator
menedżera”, „Biznesplan”, „Problemy menedżerskie” itp., jeśli ich zakup jest
racjonalny. Czy jest racjonalny - trzeba rozważyć nie tylko korzyści i koszty,
ale także, czy tego samego, a nawet znacznie bardziej elastycznie i taniej, nie
można opracować w zwykłych arkuszach kalkulacyjnych, albo jest już to zawarte w
zintegrowanym pakiecie, stosowanym w danej firmie.
(...)
Na marginesie: spotkałem się z powierzchownymi zarzutami, że arkusze kalkulacyjne
są nietrwałe, łatwo się je zmienia, są zrozumiałe tylko dla tego, kto je
stosuje, słowem nie nadają się do poważniejszej analizy i informacji w firmie.
Napisałem „powierzchownymi”, bo kto komu broni, z wyjątkiem niedostatku wiedzy
lub chęci, żeby wszystko porządnie zorganizować, tak aby
było zarówno elastyczne, jak i trwałe oraz zrozumiałe dla tych, co po prostu
się znają.
...
4. Informacji i analiz
pochodzących ze źródeł specjalnych, np. badań marketingowych itp.
(...)
5. Tworzenie i wykorzystanie
ogromnych baz danych oraz bardzo zmatematyzowanych narzędzi do ich analiz
Osobiście uważam, że bardzo
często skomplikowane problemy można rozwiązać przy pomocy prostych sposobów, i
odwrotnie: proste problemy całkowicie „spartolić” przy
pomocy skomplikowanych narzędzi.
Kupcowi nie pomoże znajomość „wyższej
matematyki” ani zgromadzenie olbrzymiej bazy danych, jeśli nie będzie się znał
na handlowaniu.
Przemysłowi mleczarskiemu w
Polsce nie pomogą żadne „superprogramy” komputerowe wymagające super komputerów oraz super znajomości wyższej matematyki
przez użytkowników, jeśli
poziom organizacji zarządzania, poziom rachunkowości „zarządczej”, poziom
wiedzy ekonomicznej, poziom interdyscyplinarnej wiedzy praktycznej będzie taki,
jaki jest. A jeśli ten poziom się podniesie, to może
się okazać, że te wszystkie „super” bynajmniej nie są
konieczne: wystarczy prościej i taniej a za to skuteczniej. Zresztą, kto
to wie, co w końcu może się okazać, nie wykluczam więc, że i te super okaże się
bardzo potrzebne, wzajemnie się uzupełniając z metodami „prostszymi”, ale chyba
najpierw trzeba rozpocząć od kwalifikacji, organizacji, sprowadzenia - tam
gdzie trzeba - teorii
„z obłoków na ziemię” itp.
W tym kontekście, proponuję zapoznać
się z artykułem Tomasza Kopacza pt. „A NARZĘDZI JEST
WIELE...”, opublikowanym w nr 43/503 COMPUTERWORLD-a z 19 listopada 2001 r., str. 23 - 24.
Oczywiście, Autor nie pisał o zastosowaniach w przemyśle mleczarskim.
Cytuję prawie całość artykułu:
.............................................................................................................................
„A NARZĘDZI JEST WIELE...
Narzędzia przeznaczone do
analizy mają ten sam zestaw podstawowych funkcji. Jak wybrać najlepsze?
Większość aplikacji operacyjnych (i to
zarówno systemów małych, jak i rozbudowanych ERP)
wspomagających funkcjonowanie przedsiębiorstwa nie zawiera właściwych narzędzi
do analizy danych. Oczywiście, każda aplikacja dysponuje możliwością
generowania raportów, jednak zwykle prezentują one dane, które są bezpośrednim
odwzorowaniem informacji zawartych w bazie danych. Nie umożliwiają
przewidywania trendów. Czasami trudne jest nawet tworzenie prostych przekrojów,
np. sprzedaży z podziałem na wiek kupującego i region, w którym mieszka.
Systemy, zwłaszcza przeznaczone dla średnich przedsiębiorstw, mają problemy z
integracją danych pochodzących z różnych źródeł. Producenci popularnych
systemów wspomagających pracę przedsiębiorstwa wprawdzie coraz częściej
zaczynają dołączać do oferty takie specjalizowane moduły, ale ich
funkcjonalność jest dość ograniczona. Przedsiębiorstwo po zakupie kosztownego
oprogramowania operacyjnego poszukuje więc
odpowiednich aplikacji analitycznych.
Gdzie i jakie dane
Podczas analizy danych jest
równolegle wykorzystywanych wiele różnych narzędzi. Używane
są wszelkiego rodzaju aplikacje statystyczne (ten rynek jest dość wyraźnie
skonsolidowany), pozwalające na podstawie wybranego zestawu danych
przeprowadzić pewne operacje matematyczne zgodnie z założonym modelem. Jednak system statystyczny zwykle nie jest
przystosowany do samodzielnego przechowywania odpowiedniej ilości danych.
Niezbędna jest więc wyspecjalizowana baza, która może
przechowywać duże ilości danych i nietypowe struktury, takie jak kostki OLAP.
Przechowywanie kostek danych jest zagadnieniem niebanalnym, chociażby dlatego że są to obiekty, które często mają
olbrzymi rozmiar, wielokrotnie większy niż same dane. Kostka OLAP zwykle zawiera dodatkowe pola wyliczane
(np. średnią z danego wymiaru). Kostki można przechowywać na trzy sposoby.
Może to być MOLAP - po wybraniu interesujących
tabel faktów, zdefiniowaniu wymiarów, jest tworzona specjalna kostka, która
zawiera kopię danych transakcyjnych i dodatkowo wyliczone statystyki. Dzięki
temu, podczas tzw. zagłębiania się w kostkę, nie jest konieczne odwoływanie się
do tabel bazowych. ROLAP natomiast to kostka, w
której są przechowywane tylko wyliczone statystyki, a każdy dostęp do danych
źródłowych wymaga odwoływania się do systemu transakcyjnego. Jest dzięki temu
dość mała. HOLAP to kostka, w której są
przechowywane tylko niektóre dane źródłowe. Problemem przy tworzeniu tych
kostek jest umiejętne dobranie kryterium, które pozwoli zdecydować, jakie
informacje mają być skopiowane w kostce. W MS.SQL.2000
problem ten rozwiązano w interesujący sposób -
użytkownik, wybierając kostkę HOLAP, może
określić maksymalny czas oczekiwania na wynik albo ustalić górną granicę
rozmiaru kostki.
Hurtownia danych jest dość specyficznym
systemem bazodanowym, który w odróżnieniu od systemów transakcyjnych jest
zasilany danymi okresowo, jego główną funkcję zaś stanowi odpowiadanie na
rozbudowane zapytania analityczne. Projektowanie struktury hurtowni znacznie
różni się od projektowania aplikacji transakcyjnych (np. nie stosuje się
technik, które minimalizują redundancję danych). Najważniejszą cechą motoru
jest szybkie zasilanie hurtowni i zdolność do komunikowania się z szeroką gamą
produktów innych firm. Niemal każdy producent baz danych dostarcza motor
hurtowni danych. Warto dodać, że do większości motorów są dołączane także
mechanizmy data mining. Takie firmy, jak Oracle czy
Microsoft, udostępniają motory do automatycznej klasyfikacji danych i tworzenia
reguł asocjacyjnych (określania związków między wybranymi polami). Tego typu
analizy operują zwykle na pełnych zbiorach danych i z tego powodu ich
uruchamianie na komputerze klienckim (np. analiza kilkunastogigabajtowej tabeli w systemie SPSS na komputerze
biurkowym) może trwać zbyt długo. Najważniejszą rolą mechanizmów data mining uruchamianych po stronie serwera bazodanowego
jest wstępna obróbka danych i ukierunkowanie ich dalszej klasyfikacji.
Powstają również wyspecjalizowane serwery analityczne, uruchamiane na
dedykowanych komputerach. Dobry przykład to Business Objets
2000, gdzie serwer może działać na niemal dowolnej platformie (od HP-UX po
Windows) i pozwala na wykonywanie stosunkowo dużej analizy liczb. Ten produkt
może być wyposażony w jedną zintegrowaną metabazę (która
opisuje rolę danych przechowywanych w hurtowni). Dzięki temu można w jednolity sposób
widzieć informacje pochodzące z różnych systemów funkcjonujących w
przedsiębiorstwie (metadane generalnie są elementem wprowadzającym porządek i pewną
standaryzację, często do ich tworzenia wykorzystuje się XML).
Podobnym system jest Segate Info,
produkt Crystal Decision,
który pozwala integrować informacje pochodzące z różnych hurtowni, także kostek
OLAP (Holos, Hyperion Essbase i czy IBM OLAP for DB/2. System współpracuje z
motorem Crystal Reports.
Podczas analiz korzysta z możliwości , jakie oferuje
bazowy serwer i dopiero, gdy np. HOLOS nie może wykonać danej statystyki, sam
przetwarza informacje.
Microsoft prowadzi prace nad API, które pozwoliłoby integrować dane wyjściowe z
różnych systemów analitycznych. Obecnie komunikacja pomiędzy aplikacjami
statystycznymi sprowadza się do eksportu i importu danych, traktowanych tak
samo jak dane źródłowe. Wówczas w sytuacji gdy
użytkownik chciałby przeprowadzić analizę opartą na metodach Monte Carlo w SPSS, a następnie badanie szeregów czasowych w
systemie Statistika, musi wstępne wyniki interpolacji
eksportować do ustalonego formatu, później zaś importować je korzystając z
innego narzędzia. XML for Analysis jest propozycją
formatu, który pozwoli odwoływać się za pośrednictwem protokołu SOAP
bezpośrednio do funkcji danego systemu statystycznego. Wówczas analizę będzie
można wykonać niekoniecznie na stacji klienckiej.
Ponadto stanie się możliwe łączenie funkcji różnych produktów.
System analityczny wymaga
wykwalifikowanej obsługi.
Często zrozumienie zasady działania danego modelu
wymaga wiedzy matematycznej znacznie wykraczającej poza zakres wiedzy
przyswajanej na uczelniach ekonomicznych.
W praktyce problemy nastręcza również interpretacja wyników.
Co wybrać
Na pytanie, jakie narzędzie analityczne jest najlepsze, nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Praktycznie każde narzędzie przeznaczone do
analizy ma ten sam zestaw możliwości podstawowych (np. nie ma produktu, który
nie pozwalałby przeprowadzać analizy regresji). Problem polega na tym, że każde
narzędzie może okazać się najlepsze w wąskiej dziedzinie (mogą to być sieci
neuronowe czy pewne modele statystyczne). Istotne, czy pakiet pozwala na samodzielne tworzenie modeli,
czy jest zamkniętym rozwiązaniem. Aby przeprowadzić prawdziwą biznesową analizę
danych firmowych i odkryć rzeczywiste zależności, trzeba dokonywać wielu
równoległych analiz, często za pomocą różnych narzędzi. Od doświadczonego
analityka zależy, czy wybierze optymalne rozwiązanie. Pod względem
technologicznym nie istnieje bariera niemożności - to raczej kwestia zamożności
firmy.*
..............................................................................................................................
* Dodał bym: „i
rozumu”. Z.U.
..............................................................................................................................
Etapy analizy
Analiza biznesowa składa się z kilku standardowych etapów. Najpierw trzeba
zdefiniować źródła i zakresy danych źródłowych. Następnie na bazie
zaprojektowanego schematu wykonuje się ciąg analiz (nawet bardzo
skomplikowanych, np. stworzenia drzewa decyzyjnego na podstawie wyników
działania sieci neuronowej), które kolejno przybliżają do ostatecznego wyniku.
Można też tworzyć równoległe ciągi analiz tak, by testować różne modele.”*
.............................................................................................................................
* Nie wytrzymałem, żeby nie dodać:
Chętnie bym doprowadził do przetestowania modeli na „idiotyczno-sufitowych”
danych statystycznych, które analizowałem co nie co na
stronie „konkretyzacja”. To samo można zrobić na wielu współczesnych danych
rzekomo w pełni „wiarygodnej rachunkowości”. Chętnie bym też doprowadził do
przetestowania modeli na temat skrajnie nieraz odmiennych poglądów „uczonych
mężów” w sprawie kryzysów gospodarczych, sposobów ich usuwania i im
zapobiegania, „dziur budżetowych” itp.
Bez ironii
Zasadą powinno być, że jeśli jakieś nowe dla nas zagadnienie mocno nas
interesuje, to nic z góry na jego temat nie powinniśmy przesądzać: ani
akceptować ani odrzucać.
Czasami wystarczy, po prostu, trochę się zastanowić, czasami trzeba więcej
przemyśleć, czasami konieczna jest mniej lub więcej pełna analiza.
Tak samo, kogo to interesuje, proponuję podejść do artykułu „A narzędzi jest
wiele”, który, podkreślam, jest tylko przeglądem technik, a nie przeglądem
ich racjonalnego wykorzystania w określonych warunkach.
Mnie osobiście przegląd zainteresował. Widzę bowiem w
prezentowanych „narzędziach”, może niezupełnie to, co chcieli widzieć autorzy
tych narzędzi, ale jakąś „ideę ogniwa bazodanowego”,
uzupełnionego o odpowiednie przetworzenia, które to (ogniwo) może być przydatne
do bardziej indywidualnego podejścia do analiz i systemów informacji, pod
warunkiem, że nie będzie to ogniwo zbyt drogie, zbyt skomplikowane, o zbyt
dużych wymaganiach sprzętowych.
Aby tak się stało, trzeba wg mnie, przynajmniej pod kątem przemysłu
mleczarskiego:
-
Po pierwsze, „odchudzić” kostki
do rozsądnych rozmiarów. Potęga mocy obliczeniowych i baz danych jest wskazana,
ale nie do analizowania zagadnień, które w mleczarstwie występują. „Gdy chcemy popływać po stawie”,
potrzebna jest nam łódka, kajak, ponton lub coś podobnego, a nie jacht
pełnomorski i wiedza kapitana żeglugi wielkiej. Potężne, wyrafinowane moce obliczeniowe i ogromna ilość
danych, są na pewno potrzebne do analizy sygnałów napływających z kosmosu, ale
nie do odpowiedzi na pytanie, np.:
produkować masło czy sery? Inne bazy danych są potrzebne dla firmy,
która autentycznie na wielu rynkach konkuruje z „całym światem”, a inne dla
firmy, która wcale nie ma takich ambicji albo możliwości. To
co jest korzystne dla informatyka (firmy programistycznej), wcale nie
musi być korzystne dla użytkownika, itp.
-
Po drugie, ukierunkować wymogi,
stawiane użytkownikom mniej na „wyższą matematykę” a więcej na tworzenie i
znajomość sensownych baz danych oraz znajomość związków przyczynowo-skutkowych.
Wcale nie zamierzam tu podważać przydatności metod matematycznych w ekonomii i
statystyce, ale wszystkie dane „na niebie i ziemi” wskazują, że nie ich
nieznajomość jest główną przyczyną słabości analiz ekonomicznych, jak i coraz
wyraźniej zarysowującej się słabości nauk ekonomicznych w ogóle, w odniesieniu
do coraz szybciej rozwijającego się świata i jego komplikujących się też coraz
bardziej problemów gospodarczych i społecznych.
-
Po trzecie, przekonać
potencjalnych użytkowników, że nie tylko proponowane narzędzia będą dla nich
przydatne, ale wręcz że ich stosowanie się opłaci, i
to opłaci się bardziej niż stosowanie narzędzi prostszych, tańszych, bardziej
bazujących na rozumie użytkownika niż na wyrafinowanej technologii.
Słowem, sam nie mam w tej chwili do końca
wyrobionych poglądów. Zainteresowanym proponuję zapoznać się także ze stronami:
- „Nadmiar oczekiwań czy niemoc w spełnianiu” - poz. 9 prezentowanej
literatury,
- „Wiecznie dobrze zapowiadająca się historia” - poz. 10 jak wyżej,
- „Strach przed IT” - poz. 22 j.w.,
- „Komu potrzebny doradca” - poz. 21 j.w.
- „Rada w kwestii doradców” - poz. 21a. j.w.
- „ Dobre samopoczucie
nie tylko prezesów”
Anonimus
..........................................................................................................................
4.
Motywacja ukierunkowanego obrotu
Zagadnienia ogólne
Postawmy sprawę
jasno: czy system motywacji ma działać „na oślep”, czy w sposób przemyślany!
Odpowiedź werbalna niemal u wszystkich będzie jednoznaczna. Co jednak z tego
wychodzi w praktyce i dlaczego?
(...)
Mleczarstwo nie jest tu żadnym wyjątkiem niespójności
systemu, wynikającego z wielu przyczyn, w tym z jednostronnych kwalifikacji
poszczególnych służb, niedostatku kwalifikacji w ogóle, niepotrzebnej
konkurencji tam, gdzie powinna dominować współpraca, egoizmu zamiast
nastawienia na cel wspólny itp.
Czasami jest to „siła wyższa”. Czasami „konflikty interesów” trudne do
pogodzenia, czasami „zachowania - działania irracjonalne”.
Dla przykładu, podkreślam tylko dla przykładu,
zastanówmy się nad sensem dość szeroko stosowanej w mleczarstwie, głównie w
stosunku do sprzedawców we własnej sieci handlowej, prowizji od obrotu
ogółem w danym sklepie - hurtowni?
Przecież tak motywując faktycznie
nakłaniamy sprzedawców do zwiększania wartości sprzedaży, osiągamy w ten sposób
większy przychód gotówki, ale jednocześnie, ignorując olbrzymie zróżnicowanie
kosztów i rentowności poszczególnych asortymentów, nie tylko działamy „na oślep” w zakresie rentowności,
ale także, ignorując wydatki, działamy „na oślep” w
zakresie stanu gotówki, na której nam tak bardzo zależy.
Co tu więcej komentować!
Hilmar J. Vollmuth, proponując
zastąpienie „prowizji od obrotu” prowizją „od marży pokrycia” ocenił podobną
sytuację, występującą „przed laty” w przedsiębiorstwach niemieckich, w sposób jednoznaczny:
„Prawie wszystkie przedsiębiorstwa są niezadowolone z prowizji
przedstawicieli handlowych przyznawanej od obrotu. Motywowany w taki sposób pracownik
stara się powiększyć obrót za wszelką cenę, nie zważając na zysk ze sprzedaży. W skrajnych przypadkach może się zdarzyć, że
przedsiębiorca płaci swojemu przedstawicielowi prowizję od obrotu w wysokości
na przykład 5% za sprzedaż produktów, które nie przynoszą mu już zysku.
Ustępstwa cenowe, dodatkowe rabaty i inne warunki specjalne mogą powodować, że
sprzedaż pewnych produktów prowadzi do strat. Wynagradzany od obrotu
przedstawiciel otrzymuje za tę sprzedaż nadal taką samą prowizję, dla której
wielkością odniesienia jest obrót, a nie marża pokrycia, tak
więc przedsiębiorca dodatkowo premiuje również wadliwą pracę
przedstawiciela handlowego. Prowizję od obrotu trzeba zastąpić prowizją od marży pokrycia, bowiem
przedsiębiorca i przedstawiciele handlowi czerpią wówczas jednakowe korzyści z
oszczędności i wyższej produktywności. Trzeba więc wprowadzić zorientowany na te cele
system wynagradzania przedstawicieli handlowych.”*
I dalej „Prowizja tym silniej oddziałuje na motywację i wyniki pracowników
przedsiębiorstwa, im ściślej jest sprzężona z rzeczywistym wynikiem
ekonomicznym. Rachunek kosztów bezpośrednich umożliwia lepszą kontrolę wyników
w przedsiębiorstwie. Przedsiębiorcy nie dają się już wówczas nabrać na wysokie
obroty, które być może przynoszą nawet straty.”
(* Hilmar J. Vollmuth: Controlling, s. 141, 142. Agencja
Wydawnicza Placet, Warszawa 1995. Poz. 2 "Prezentowanej literatury.”)
Rozwiązanie proponowane przez H.J.
Vollmutha, tj. premiowanie zysku (marży pokrycia), aczkolwiek „o niebo”
trafniejsze od premiowaniu obrotu ogółem, nawet w stosunku do sprzedawców
(przedstawicieli handlowych), nie jest jednak rozwiązaniem najlepszym z wielu
powodów, które zamarkowałem w odcinku trzecim strony „Ekonomika i Zarządzanie”.
Trafniejsze wydaje mi się premiowanie „obrotu ukierunkowanego” lub działań
„ukierunkowanych”, które też wstępnie prezentuję na stronie „Ekonomika i
Zarządzanie”. Szczególnie trafniejsze, mniej pracochłonne i w sumie łatwiejsze
powinno to być w odniesieniu do firm spółdzielczości mleczarskiej, dla których
zysk „formalny” nie powinien być głównym celem zarówno w działalności
operacyjnej, jak i w zamierzeniach (planach) strategicznych.
Wracając do ukierunkowanego obrotu.
Punktem wyjścia jest dobra i prawdziwa znajomość zarówno rentowności
poszczególnych asortymentów, jak i wpływów gotówkowych netto (a nie brutto, co
jest praktykowane) ze sprzedaży tych asortymentów.
Dojść do niej można działaniami opisanymi wyżej w punkcie:
„2.Jak praktycznie poprawić trafność
wewnętrznych analiz i informacji
ekonomiczno – finansowych”.
W praktyce najszybciej zagadnienia
można opanować na konkretnych przykładach konkretnej firmy, pod warunkiem że uczestnicy szkolenia dość wszechstronnie znają
zagadnienia swojej firmy, w tym znają nowoczesny rachunek kosztów i
przynajmniej ogólnie znają zagadnienia controllingu (Szczególnie
zalecam zapoznanie się z rozdziałem dziesiątym Controllingu H.J. Vollmutha)
oraz umieją w praktyce posługiwać się arkuszami kalkulacyjnymi, np. Excela, Lotusa.
(...)
5.
Zarządzanie
5.1.
Co mówią autorytety?
•
„Rozwój ekonomiczny i społeczny jest rezultatem zarządzania. Można powiedzieć
bez zbytniego uproszczenia, że nie ma krajów słabo rozwiniętych, są tylko kraje
źle, nieudolnie zarządzane."
P.F. Drucker, Technology,
Management and Society, Pan Books,
Cytuję za Józefem Pencem:
Strategie zarządzania, poz. 3 „Prezentowanej literatury”.
............................................................................................................................
• „Menedżerowie
z przetrąconym kręgosłupem, którzy pionową postawę utrzymują, jedynie dzięki
swej gruboskórności, są zasadniczą przyczyną coraz drastyczniejszych doniesień
o kryzysie, w jakim pogrąża się gospodarka. Zajęci przede wszystkim utrzymaniem
się na swoich stołkach i udowadnianiem własnej ważności, ciągną za sobą
skostniałe struktury, nieelastyczne hierarchie i niewykorzystane szanse
rynkowe. Już najwyższy czas na zmianę warty. Młoda generacja jest na nią
gotowa.”
Uwe Renald Müller, Zmiana
Warty w Zarządzaniu. Dramat czy Szansa, s.- z okładki książki, poz. 57 „Prezentowanej literatury”. ............................................................................................................................
•
„Zarządzanie nastawione na rynek wymaga od jego pracowników większej
elastyczności i zaangażowania. O tym, kto wygra w walce z konkurencją, zadecyduje motywacja pracowników.”
Hilmar J. Vollmuth, Controlling. Instrumenty od A do Z. Analizy operacyjne.
Analizy Strategiczne,
s.5 (wstęp),
poz. 2 „Prezentowanej
literatury”.
............................................................................................................................
•
„Zarządzanie zasobami
ludzkimi jest już martwe - martwe wraz ze swą antyhumanitarną biurokracją,
która totalny brak zainteresowania ludźmi próbowała maskować tytułami stanowisk
i nazwami programów, obiecującymi firmie raj na ziemi, lecz przynoszącymi w
istocie nie więcej niż wciąż te same ankiety, procedury i reguły - krótko
mówiąc, dla której ludzie są tylko personelem.”
Tom Lambert, Problemy zarządzania. 50 Praktycznych Modeli Rozwiązań, s.18,
poz. 14 „Prezentowanej
literatury”.
............................................................................................................................
• „Odkrycie
znaczenia zasobów ludzkich - najcenniejszych zasobów społeczeństwa
postindustrialnego - wymaga nowej rewolucji w myśleniu. Nie wystarcza już,
nierozerwalnie dotychczas związana ze strategią rynkowej dominacji, wizja walki
konkurencyjnej. Więcej uwagi trzeba teraz poświęcać pracownikom i współpracy z
klientami. Nie są oni już aktorami pasywnymi, ale jednocześnie nie mogą być
traktowani jako wrogowie lub przeciwnicy, których należy eksploatować. Ważne więc jest poznanie ich zasobów... po
to, by - współpracując z nimi - umożliwić im ich konstruktywne wykorzystanie.
(...) Nie chodzi o to, by problemy eliminować, lecz by je rozwiązywać z
pożytkiem dla ludzi.”
Michel Crozier,
cytuję za Józefem Pencem, poz. 56 „Prezentowanej literatury”, str. 5.
............................................................................................................................
…
(będę stopniowo dodawał).
5.2. Nieco szerzej, niż komentowałem to przy
prezentacji literatury, nawiązuję do aspektów zarządzania w ogóle w przemyśle
mleczarskim
...
Będzie to przekrój tematyczny
- a nie jak dotychczas tylko podmiotowy - wybranych zagadnień z
"prezentowanej literatury". Rozszerzę uwagi i komentarze. Całość - w
oddzielnym zestawie.
Potrwa to długo. Nie wiem, ile sam zdołam z tego zrobić. Mam też pewne
wątpliwości, czy to zbyt mocno nie przerasta moich sił.
Praca zespołowa, jak i nawiązanie kontaktu z czytelnikami, są tu jak
najbardziej potrzebne. Sam jednak nie mam ani środków, ani specjalnie ochoty,
żeby taki zespół organizować. Wolałbym, żeby zajął się tym ktoś inny.
Temat „5.4. Zarządzanie w mleczarstwie”, nieco dalej zapoczątkowany, to już nie bardzo
szeroka „prezentacja literatury”, ale głównie moje własne przemyślenia, w
ramach wersji minimum. Oczywiście, tu też wolałbym nie sam.
5.3. Trochę
wspomnień i refleksji
Przypadek pierwszy
Pierwsza moja „praktyczna” styczność z
mleczarstwem dotyczyła „przekrętu statystyki”, ściślej się wyrażając, błędnej
metodologii statystyki.
Niewiele brakowało, a „poleciałyby
głowy”, nie te zresztą co trzeba, tak jak w przysłowiu
„kowal zawinił, cygana powiesili”.
Był rok 1975. Jeszcze nie pustki na półkach i
nie kartki, ale już coraz ostrzejsze zwiastuny nadciągającego kryzysu
żywnościowego. Władza „szalała” aby jakoś napchać
żołądki’, nie, nie swoje, przede wszystkim robotników i zwykłych konsumentów. A
tu, ni z tego ni z owego, jakaś tam spółdzielnia mleczarska (może zakład
mleczarski – ciągle zmieniały się nazwy i podporządkowania organizacyjne,
dokładnie już nie pamiętam-
nie pracowałem jeszcze wtedy w mleczarstwie), bez żadnego
uprzedzenia i wyjaśnienia, nagle prawie o połowę ogranicza produkcję rynkową.
Tak przynajmniej wynikało z jej sprawozdania statystycznego, i z informacji
sporządzanych dla „Komitetu” i „Wojewody” przez „WUS” – Wojewódzki Urząd
Statystyczny, w oparciu o sprawozdawczość miesięczną. I tak postępuje prezes spółdzielni, członek
partii, nomenklatury, tak jakby nie wiedział, co się na rynku dzieje i od czego
on jest! Oburzenie. „Dywanik”, rozliczenie.
Decyzja mogła być bardzo szybka.
Na szczęście – dla prezesa spółdzielni - władza
umiała jednak myśleć, miała też pewne doświadczenia ze statystyką i
specjalną informacją statystyczną dla
najwyższych władz wojewódzkich ( z „WUS”
i z „GUS”). Szybko się wyjaśniło, że to nie prezes…, tylko GUS swoją metodologią statystyki „narozrabiał”.
Prezes zawinił tylko o tyle, że nie dopilnował aby w odpowiednim sprawozdaniu,
w jego części opisowej, delikatnie wyjaśnić, że on produkcję rynkową faktycznie zwiększył, a nie
zmniejszył, a że ze sprawozdania wynika
co innego, bo taka jest
obowiązująca metodologia
statystyki, niezbyt obiektywna co prawda,
ale to nie jego wina, on musi jej przestrzegać. Krótko mówiąc, spółdzielnia, „lwią”
część swojej produkcji, w tym serów, masła a nawet trochę twarogów,
dostarczała, do tej pory, bezpośrednio
do sieci detalicznej w sąsiednim województwie.
To się zaliczało do produkcji rynkowej. Teraz, poszła po rozum do głowy,
dogadała się z kim trzeba, i tych samych serów i masła zaczęła dostarczać
jeszcze więcej, ale już nie bezpośrednio tylko przez odpowiednią hurtownię w
sąsiednim województwie.
A to już się nie zaliczało do produkcji rynkowej. Ot i sprawa,
jakich w statystyce było wiele.
Nie chcę nudzić szczegółami, ale
jeśli komuś nasunie się przypuszczenie, że teraz „Hurtownia sobie
zaliczała” i dlatego spółdzielnia omal „nie padła ofiarą”, żeby nie dublować
„rynku” statystycznie, to nieporozumienie: chodziło o zupełnie inne rodzaje
sprawozdań, a tu, zwyczajnie, mieliśmy
do czynienia ze zwykłą bezsensowną dezinformacją „metodologiczną”, oczywiście
nieumyślną, tylko zwyczajnie, urzędniczą.
Ta akurat dezinformacja, to był „zupełnie mały drobiazg”, w porównaniu
do tego, z czym się zetknąłem później, naturalnie w mleczarstwie, bo wcześniej
też się zetknąłem, z przeróżnymi „cudami statystyczno-księgowymi”, ale nie w
mleczarstwie.
Refleksja, osobista, po wielu latach. Sam nie wiem, jak to zdefiniować. Zapewne na temat wielu zniekształceń
statystyczno-informacyjnych, ich przyczyn i skutków, wiedziałem znacznie więcej
niż przeciętnie, na podobnych stanowiskach, pracownicy wiedzieli. Nawet zostało to nieco dostrzeżone i miałem trochę
propozycji - pomimo nie należenia do
partii, kilku „podpadnięć”, nieco nieprawomyślnych
poglądów i „rogatego” charakteru. Mnie
jednak zwyczajnie po prostu się „nie chciało” zbytnio angażować, przyjmować odpowiedzialności itd. Owszem, hobbystycznie „sobie a muzom”
pracowałem nad tym czasami bez umiaru, ale oficjalnie jakoś mi nie pasowało.
Może to była zbyt niska (albo i realna) samoecena,
może jeszcze i co innego. Nieważne. Pewne jest jednak że popełniłem masę
błędów w kontaktach z otoczeniem, skutkiem czego chyba mocno nie wykorzystałem
swoich możliwości oddziaływania. Jaki był by jednak rezultat, gdyby
zorganizowało się kilku „maniaków” zdolnych faktycznie doprowadzić do
wyeliminowania ze statystyki i informacji ekonomicznej oraz zarządzania, przynajmniej zasadniczych
zniekształceń? - Nie wiem! To co ja
zamarkowałem teraz na stronach „konkretyzacja”, „WB”, „infek”
i innych, stanowi
przypuszczalnie tylko drobny fragment tego, co się naprawdę w PRL działo,
i, już nie w PRL, trochę nadal
dzieje.
Refleksja ogólna, współczesna. Dalej nie wiem jak to zdefiniować: na pewno
ogromny postęp, na pewno wręcz nieporównywalna sytuacja i warunki, a jednak
„coś nie tak”, nawet technicznie.
Przypadek
drugi
Inwestycje, czyli jak krowom zgotowano „obóz koncentracyjny”
i co z tego wynikło. Głupota, czy celowe działania? Czy ktoś na tym „zarobił? Kto stracił! Przybliżając czasowo – epoka Gierka.
Ja jednak nie obciążał bym ówczesnego pierwszego sekretarza KC PZPR za to, że tak
zagospodarowywano zachodnie kredyty. Od tego powinni być fachowcy.
Analizowałem przyczyny gwałtownego załamania się skupu mleka, i to nagle, bez
żadnych wcześniejszych symptomów, pewnej deszczowej zimnej jesieni. Sam się na krowach specjalnie nie
znam, dane „statystyczne” prowadziły jednak tylko do jednego obszaru i tylko do
pgr (państwowych gospodarstw rolnych).
...
Przypadek
trzeci
Gigantomania i jej skutki. Jak potakiwano władzy? A może ją naciągano? Pokrętny rachunek ekonomiczny.
Ekspertyza czy
kpiny „ze zdrowego rozsądku”? Rozum
„prywatny” a „służbowy”? Jak łatwo wydawać nie z własnej kieszeni.
Znowu pytanie: głupota, czy prywata? Znowu epoka Gierka i początek lat 80. Znowu
pytanie: czy to Gierek był tylko winien za istnienie takich fachowców, ich
procedur i zasad?
Trafne wyczucie trendów w produkcji i przetwórstwie mleka, w poszczególnych
regionach Polski było trudne. Ambicje lokalne „załapania się na prestiżowe
centralne inwestycje,
powodowały „podkoloryzowywanie” danych i możliwości własnych. Inwestowanie jest w ogóle trudne i ryzykowne.
Mimo to, przynajmniej w przemyśle mleczarskim, decyzje centralne o inwestowaniu,
te, które znałem, jak na tamte warunki – były chyba trafne.
Jeśli coś się zmieniało w pierwszych nazbyt optymistycznych założeniach, w porę
reagowano. Nie
chcę uogólniać. „Wszyscy” wiedzą (nie wiem na ile trafnie), że wszystkie
poronione decyzje inwestycyjne, których w Polsce było wiele, powodowała władza
centralna przez swoje „widzimiesię”, a odpowiedni
fachowcy byli „zupełnie niewinni”, procedury zaś jak najbardziej prawidłowe. Prawda to
czy mit? O tyle
prawda, że realny centralizm zarządzania, stosowany w Polsce, praktycznie
zdejmował odpowiedzialność, jeśli to nie była sprawa „prokuratorska” lub
polityczna, za skutki nawet projektowych wygłupów i takie same, bezmyślne zbiurokratyzowane
myślenie: jeśli wiem, że coś uchwalono,
i nie zmieniono, to choć prywatnie wiem, że to kompletna bzdura, służbowo
jednak nic na ten temat nie wiem. Jeśli zaś służbowo nie wiem, to swojej
prywatnej wiedzy nie będę do sprawy mieszał, i nie przyjmuje żadnych zarzutów,
iż coś niefachowo opracowuję.
Muszę przyznać, że gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tego typu
rozumowaniem, to po prostu „osłupiałem”. Sam nie wiem, czy to były jakieś odosobnione jednostkowe
przypadki myślenia „ściśle formalnie biurokratycznego”, czy też szersze zjawisko. Mnie przynajmniej, w swoim czasie, trochę napsuło
nerwów. Pracowałem, służbowo, nad rekonstrukcją bazy surowcowej (pod kątem przetwórstwa i
przerzutów), zdecydowanie uprzednio zawyżonej, i to pomimo ograniczenia
pierwotnej inwestycji o połowę. Ktoś mi podpowiedział, że już takie szczegółowe
rozpracowanie istnieje, zostało opracowane na zlecenie przez firmę..., mogę z niego skorzystać. Przy pomocy zaprzyjaźnionego
dyrektora udało się je gdzieś w „szpargałach” kontynuowanej inwestycji odszukać: było bardzo
grube, dokładne, aktualne (wg daty), z jedynym mankamentem, że „brednia
poganiała w nim brednię”. Przyczyna jedna, w zupełności wystarczająca: skup mleka był
wielokrotnie zawyżony (ktoś kiedyś do planów zagospodarowania przestrzennego wg
gmin nawstawiał sobie fantazji, bo taka była moda, a
że o tym zapomniał, to nie sprostował,
ci więc co uchwalili całość planów, też nie sprostowali i tak już jakoś
pozostało). Stan faktyczny, jak się później okazało, właściwie wszyscy znali.
Grubej ekspertyzy, za którą słono zapłacono spółdzielczymi a ściślej
państwowymi pieniędzmi, chyba nikt z adresatów w ogóle nie czytał. Ona była potrzebna tylko „pro forma”.
Nie wyrządziła więc żadnych szkód. A gdyby tak trafiła
na tych, co by przeczytali, uwierzyli i jeszcze kilka gigantów mieli prawo i
możliwości sobie zafundować?
Dawniej, w podobnych sytuacjach, zakończonych realizacją głupich pomysłów,
można było przynajmniej westchnąć: „O Polsko Ludowa!”, dając
tym samym do zrozumienia, że to nie my jesteśmy aż tacy „durni”, tylko jacyś „oni”.
Teraz, gdy w spółdzielni spotkałem się ze zrealizowaną inwestycją, w której
faktyczny popyt okazał się kilkadziesiąt razy mniejszy od przyjętego w
założeniach, do kogo i jak można westchnąć?
...
Przypadek
czwarty
Wskaźniki i relacje ekonomiczne,
czyli jakie są granice lekceważenia rozumu? „Opadają ręce i nogi” na takie
mądrości ekonomiczne. W przemyśle mleczarskim uwidoczniło się szczególnie ostro
w latach osiemdziesiątych i to wcale nie z jego winy (ceny, dotacje,
metodologia GUS). W
pewnym momencie zauważam, że nawet mnie staje się obojętne z jakimi
wielkościami mam do czynienia, i nie
chce mi się więcej reagować, wyjaśniać, przetwarzać na nie zniekształcone itp.
...
Przypadek
piąty
Dotacje: cel słuszny a sposób realizacji, czyli, czy można było jeszcze głupiej? Zasady a praktyka. Jak łatwo
można było „manipulować”!
Ile osób to umiało? Plany a realizacja. Co wiedział resort
finansów? (Jego wiedza a raczej niewiedza, niemal mnie poraziła).
Zaoczne (pośrednie) próby naprawienia systemu. Co z nich wyszło? Skutki dalekosiężne...
szczególnie na fachowe
przygotowanie „dotacyjnej księgowości”.
Czy przesadziłem?
- gdybym nie znał
szczegółów technicznych
w ich powiązaniach interdyscyplinarnych (oczywiście, nie do
końca), sam bym nie uwierzył w to, co
wyżej napisałem.
…
Przypadek
szósty
Reforma. Ładne hasła i co dalej? Dalej, to pomijając „wielką politykę”, sprawa
chyba się „rypła” na szczegółach: organizacyjno-ekonomiczno-finansowo-dotacyjnych. Nawet gdyby do
końca była „odpowiednia wola polityczna władz”, to przy takim nieprzygotowaniu
spółdzielni do samofinansowania, prawdopodobnie niewiele dobrego by z tego wyszło.
Może by jednak przyspieszyło zrozumienie gospodarki rynkowej?
...
Przypadek
siódmy
Odpowiadam na apel w sprawie mleka (ankieta „Życia Warszawy”, 1981 r.),
czyli „sama proza życia”.
W artykule nie było żadnych specjalnych rewelacji (trochę później przedstawię w skrócie
jego treść na tle ankiety). O tym wszystkim znacznie więcej i mocniej wielokrotnie
mówiłem i pisałem służbowo. Był on też podpisany imiennie – bez żadnych tam
zastrzeżeń „tylko do wiadomości Redakcji”. Redakcja uznała jednak za stosowne,
nie kontaktując się ze mną,
nadać mi pseudonim i nieco zamaskować treść. Niezbyt się to powiodło: w
bliskim otoczeniu i tak zostałem rozpoznany.
Oficjalna reakcja władz „niższych i wyższych”: głuche milczenie (przynajmniej
tylko to „słyszałem”).
Reakcja bliskiego otoczenia:
różnie – najczęściej milczenie, czasami „szepty poza plecami”, niektórzy się
śmieli z „księżycowej ekonomii” i z
„dotacyjnej księgowości”, niektórzy się obrazili, niektórzy mówili „sama
prawda. Czemu ludzie mądrzy jakoś się nie zorganizują i nie zrobią z tym
porządek”, niektórzy (bardziej „strachliwi”) dodawali: „To prawda, ale w razie
czego, to ja bym się wyparł autorstwa”, jeszcze inni – po prostu urządzali
sobie żarty. Poważnie w ogóle nie chcieli na te tematy
dyskutować. Nikt, dosłownie nikt nawet nie próbował coś zakwestionować
merytorycznie, niektórzy jedynie wyrażali wątpliwość, czy należało z tym
wychodzić poza branżę?
Czy napisał
ktoś coś na ten temat do Redakcji – nie wiem. Szczerze mówiąc, „Życie Warszawy”
czytałem tylko sporadycznie; trochę wprawdzie miałem ochotę dowiedzieć się, co wyszło z Ankiety,
ale, prawdę mówiąc, zaniedbałem.
Wracając do meritum:
był to czas reform, w którym szermowano hasłami trzech S
(„Samodzielność”, „Samorządność”, „Samofinansowanie”). Na ograniczoną „samodzielność” i „samorządność” w spółdzielniach trochę sarkano, ale brak
„samofinansowania” traktowano nieco pobłażliwie i wybiórczo:
„jakoś to będzie”, „niech finansują ale więcej”
itp. Przypominało to trochę rozumowanie dzieci, które sarkają
na ograniczenia ich swobód egzekwowane przez rodziców, ale nie mają nic
przeciwko korzystaniu z „wiktu, opierunku, kieszonkowego itp.”, najwyżej zgłaszają zastrzeżenia: „inne dzieci
otrzymują więcej. Ja chcę też!”. Albo, na
słowa: „Ucz się, bo jak dorośniesz...”, reagują: „Jak
dorosnę, to się będę martwił, teraz...”.
Mówiąc krótko: o
„księżycowej ekonomice - ekonomii” i niewiele jej ustępującej „dotacyjnej
księgowości” plus paru innych mankamentach, szkodliwych dla samej branży i
społeczeństwa, ja nie napisałem bez powodów.
To, co jak np. „księżycowa ekonomika i księgowość” nie miało większego
znaczenia dla poszczególnych spółdzielni w systemie centralnego sterowania gospodarką, stawało
się bardzo ważne, jeśli te „trzy S” zostaną w pełni zrealizowane (zmiany
ustroju, w którym to jeszcze jest
ważniejsze, oczywiście wtedy nie przewidywałem). Co tu więcej dodać!
...
Przypadek
ósmy
Jeszcze raz dotacje, a przy okazji „popiwek”.
Wybiórcze, oddolne usługi dla spółdzielni, najczęściej dotyczące popiwku. Prawie
zawsze skuteczne. Ale chyba nie w indywidualnym załatwianiu spraw droga. Systemy są wadliwe. Bardzo
wadliwe. Jeśli reforma gospodarcza ma być dobrze przeprowadzona –
trzeba by wpłynąć na władze, żeby także
sprawy dotacji i popiwku rozwiązały mądrzej.
Jak to zrobić? Pisanie
z tego szczebla chyba nie ma większego sensu. Nie za bardzo też mam ochotę
kogokolwiek z zewnątrz wtajemniczać w szczegóły branżowe, nie wiedząc do czego zostaną wykorzystane. System naliczania
dotacji powinien być jednak szybko zmieniony, bo on po prostu skłania do niemyślenia o samofinansowaniu. Pal sześć teraz! Ale co będzie później? Przyzwyczajeń się szybko nie zmienia. Nowej wiedzy też
łatwo się nie nabywa.
Gwoli ścisłości: był to okres ratowania się wojewódzkich związków spółdzielni
mleczarskich przed rozwiązaniem poprzez faktyczne czy rzekome świadczenie usług
dla spółdzielni. Wystawiano
za to faktury. Spółdzielnie bez oporów płaciły, bo faktycznie płacił Skarb Państwa.
One były tylko pośrednikiem. Chciałem, w pewnym sensie, wykorzystać naciski na
rozwiązanie poprzez nakłonienie do prawdziwych, pożytecznych usług. Szanse były. Gdybym wykazał więcej
stanowczości i dyplomacji (trochę to było trudne na stanowisku kierownika
działu) albo w inny sposób „poszedł na całego”, prawdopodobnie by mi się to
udało. „Orłów wśród
„przeciw” nie było”. To jednak nie leżało w moim charakterze, a ponadto –
prozaiczna przyczyna – ja chciałem mieć ciekawą pracę, którą lubię, zajmować
się nowymi problemami, wymagającymi rozwiązania, nawet dobrze zarabiać, ale
wcale mi nie odpowiadało „pchać się na stanowiska” i wchodzić w układy.
...
Przypadek
dziewiąty
Dalsze próby szkolenia do nowego. Przekonywania do rozwoju usług dla
spółdzielni. Szukam autorytetów.
Konkretnie czy ogólnoteoretycznie? Rezultat... chyba by nie było tej strony, gdybym
wtedy znalazł.
…
Przypadek
dziesiąty
Znowu reforma. Próba przekształcenia
jednostki władczej w usługową, z naciskiem na zagadnienia ekonomiczne, finansowe, organizacyjne,
informatyczne, interdyscyplinarne, szkoleniowe
itp.
Czyli jak żądza władzy może zaćmić rozum.
Szkoda! Potencjalnie
były spore możliwości bycia pożytecznym po zmianie
warunków.
„Od biedy” można zrozumieć niechęć kierownictwa, ale czemu i większość
pracowników też nie chciała lub „nie miała czasu” na
naukę nowego i zmianę
swoich przyzwyczajeń?
Przecież wtedy było już niemal zupełnie oczywiste, że jednostki pośrednie
długo się nie utrzymają.
…
Przypadek
jedenasty
• Oddolna informatyzacja spółdzielni
(wojewódzki związek się nie dał, sprzęt musiałem pożyczać, dochodzi niemal do
otwartych sporów) niemal na siłę.
Rok 1988.
- Komputer
a „kręciołek”. „Po co mi komputer? Jak już
wyliczę procent i nastawię go w kręciołku, to tylko korbką...”
- Część decydentów i
pracowników
nie chce nic nawet za darmo (Praktycznie z budżetu państwa, choć
trochę okrężną drogą. Na jedno wychodzi, przynajmniej dla nich). „Nie bo nie!”. „To jeszcze
daleka przyszłość, zanim coś z tego będzie.” (lata
1988 – 1989)
...
• Jak samemu
szybko opanować informatykę, zrobić z tego coś
natychmiast użytecznego
(świetnie pasowało do „popiwku”),
jak przekonać innych, gdy niemal wszyscy
wokół są „przeciw”?
...
•
Czy komputer może „zarazić się wirusem”?
„Inteligentny człowiek
powinien wiedzieć, że wirusem może zarazić się człowiek, może nawet
krowa, ale nie martwy przedmiot!”. Sprostowanie: „Owszem, komputer
też może, ale w Ameryce, może nawet w Niemczech, ale gdzieżby tam
w Polsce.” (lata
1988 – 1990)
...
•
Czy komputerowi
potrzebne jest
oprogramowanie? „Jak już jest
komputer, to trzeba siadać i robić, a nie zawracać d...
jakimiś tam
programami.” (lata 1988 – u niektórych prawie do połowy lat 90.
...
(...) Jak w końcu wygasło „przeciw”
przeciwko komputerom,
zacząłem, tym razem już przy pomocy komputerów, próbować przekonać,
często tych samych„ludzi-przeciw”, aby
nie byli przeciw zmianom w rachunku kosztów,
zmianom w rachunku ekonomicznym, zmianom w metodach zarządzania itd.
Niestety, „ludzie-przeciw”, podobnie jak „ludzie-nie” Parkinsona - poz. 64b prezentowanej literatury, tak łatwo się
nie poddają. Jak na nich wpłynąć?
...
Przypadek
dwunasty
Do rutyny komputerowej, oddolnie jakoś większość
przekonałem. „Popiwek” bardzo się tu przydał do pokazania,
jak szybko i dla wielu,
można liczyć na komputerze.
Z typowymi programami jak „Mikrodom”, „Sprzedaż”, „Hurt” i „FK”,
nie ma większych problemów. Niektórzy bardzo szybko
opanowują. Próbuję, przy okazji, namawiać do stosowania
arkuszy kalkulacyjnych w
informacji i kalkulacji.
Znowu silny opór. Centrum oporu jest niemal zawsze
księgowość, ale duży wpływ na to mają także prezesi, którzy
nie rozumieją wartości dobrych opracowań, nie znają i nie chcą znać
komputerów, prawie zawsze nie znają księgowości ani ekonomiki, a wy-
daje im się, że i bez tego wszystko wiedzą.
Jeśli w końcu kogoś jakoś się nakłoni do opracowywania, to
nie można nakłonić księgowości aby znalazła czas na
zmianę
swoich przyzwyczajeń: materiały źródłowe i ich wstępne
przekształcenia są zniekształcone i zamiast informacji,
wychodzi dezinformacja, i koło niechęci do komputera i arkuszy
kalkulacyjnych się zamyka.
Mocno tu zawinili także prezesi, którzy nadal nie rozumieją
znaczenia dobrej informacji, skutków własnej niewiedzy i związków
przyczynowo-skutkowych.
…
Przypadek
trzynasty
Kolejne razy szukam kogoś, kto by pomógł przekonać, że
tak dalej zarządzać nie wolno, bo to się dla większości źle skończy.
Przeważnie mi przytakują, ale nie widzą dla siebie żadnego interesu
w „zawracaniu
sobie głowy” tymi, którzy nie chcą.
…
Przypadek
czternasty
Nowoczesne, mądre zarządzanie. Jak do niego sam mam przekonać?
Teoretycznie wiem, że oddolne przekonywanie ma niewielkie szanse
powodzenia, chyba, że się ma za sobą siłę. Mimo to czasami
próbuję, ze skutkami – dla siebie - łatwymi do przewidzenia.
Czy warto?
…
Przypadek
piętnasty
Próby przekonania chociaż do
prostych, sensownych systemów
motywacyjnych pracowników. Początek – prowizja dla sprzedawców.
Przecież to, co się uparcie stosuje, to szkodliwy
nonsens. Pokazuję
konkretne wyliczenia na konkretnych autentycznych przykładach.
Jedni reagują, że się nie znają na komputerze, drudzy, też się
nie znają, ale od razu oburzają. Próbuję„podeprzeć” się autorytetem
Hilmara J. Vollmutha – poz. 2 „Prezentowanej
literatury”, ale gdzie
tam, nikt nie ma czasu przeczytać, nawet fragmentów, albo mówi
otwarcie: „to mnie nie interesuje. To tylko teoria”.
Zaczynam się zastanawiać, czy to jest faktycznie brak czasu, lenistwo,
zadufanie, czy jeszcze co innego?
A spółdzielnie coraz bardziej się pogrążają!
…
Przypadek
szesnasty
Jeszcze raz „nadużywam” autorytetu Hilmara J. Vollmutha, próbując
przekonać, nie, nie do controllingu, tego byłoby „za wiele”, ale chociaż
do rozróżniania kosztów zmiennych od stałych i zorganizowania tego
w analityce. Próbuje zachęcić demonstracją rezultatów na swoim
programie analitycznym.
Gdzie tam, „jak nie to nie”. Sprawa niemal
beznadziejna. „Opadają
ręce i nogi”.
…
Przypadek
siedemnasty
Próby z „Analizatorem
Menedżera – Interlanu” i z programami
pokrewnymi innych firm. Mam mieszane uczucia. To jeszcze „nie to”,
choć sławne, a jednocześnie wokół nikogo nie interesuje, choć nikt nic
nie wie (i nie chce wiedzieć). Jak na ironię, czasami udawało mi się
namówić kogoś do zakupu, ale już do stosowania – „żadna ludzka siła”.
Dziwne? – niestety prawdziwe, choć zapewne dość
wyjątkowe.
W Polsce jest jednak dużo różnych firm i można trafić też na różne. Trochę
mnie rozśmiesza, programy są dość drogie i zabezpieczone przed nielegalnym
kopiowaniem, a tu nawet za darmo nie chcą. Namówiłem do zakupu, bo
widziałem „przerażające” skutki” popełnianych błędów, szczególnie
inwestycyjnych, i miałem nadzieję jakoś powstrzymać, chociaż od dalszych.
…
Przypadek
osiemnasty
Jeszcze raz inwestycje, czyli jak jedną fatalnie nie przemyślaną decyzją,
można zrujnować niemal wszystko. Jak i czy można to jeszcze naprawić?
Gdzie przebiega granica pomiędzy niekompetencją a złą wolą? Ile razy
można popełniać takie same błędy?
…
Przypadek dziewiętnasty
Unia Europejska. Miałem nadzieję, że perspektywa integracji mocniej
wpłynie chociaż na myślenie o jakości zarządzania. Na pewno u wielu
wpłynęła. Co z resztą?
– „Unia sama nam załatwi.” „Jakoś to będzie”.
”A może z Unią nic nie wyjdzie?”
…
Przypadek dwudziesty
Próbuję wykorzystać Internet do szerzenia wiedzy i wpływania na
zmianę postaw. Swoje bezpośrednie oddziaływanie uznałem za
mało
efektywne. Może chociaż autorytet prezentowanych przeze mnie
autorów, wpłynie na poziom zarządzania. U tych otwartych na postęp
zapewne wpłynie, a co z tymi, niereformowalnymi, u których przeważa
lenistwo lub wręcz zła wola?
…
d.c.n.
5.4. Zarządzanie
w mleczarstwie
Na pewno jest bardzo zróżnicowane. Na
pewno jest lepsze w firmach zagranicznych niż polskich. Prawie na pewno jest
lepsze w firmach prywatnych niż w spółdzielczych. Prawie na pewno jest lepsze w
spółdzielniach dużych niż w małych.
Naturalnie, mogą być wyjątki.
Naturalnie wolał bym opisywać głównie przykłady pozytywne, choćby tylko
dlatego, żeby dać chociaż ramowe ale konkretne i realne „dla słabych” wzorce i natchnąć ich
wiarą we własne siły.
Tak się jednak złożyło, że skupiam się
na wadach zarządzania złego, sam się do końca nie orientując (opieram się
głównie na wnioskowaniu pośrednim), jaki ono ma zakres i rozmiary. Proszę więc
mi wybaczyć jeśli akurat moje jakieś krytyczne uwagi nie pasują do danej firmy,
bo ona ma te
zagadnienia już dawno i lepiej
rozpracowane. Sam chciałbym je
podejrzeć, ale rozumiem tajemnicę handlową, i nie nalegam.
Przejdźmy więc, kto chce, do
zarządzania złego.
Powiedzmy sobie wprost: złe zarządzanie w spółdzielczym
przemyśle mleczarskim, jeśli faktycznie przeważa złe, to:
• niższe niż mogłyby być, ceny za mleko płacone rolnikom,
• niższe, niż mogłyby być, zarobki
pracowników,
• gorsze, niż mogłyby być, wyniki
gospodarcze i mniejsze możliwości utrzymania się na rynku,
• degradacja polskiego mleczarstwa, a dla wielu – zwykły upadek, bezrobocie,
brak możliwości opłacalnej sprzedaży
wyprodukowanego mleka i pochodzących od
niego produktów,
• gorsze, z samych tylko powodów
organizacyjno-fachowych, pomijając już kapitałowe, dostosowanie się do wymogów Unii
Europejskiej.
Czy oznacza to, że nie sprawdza się, w
obecnych warunkach, idea spółdzielczości mleczarskiej? – Bynajmniej. Oznacza to
jedynie, że w
zarządzaniu
przemysłem spółdzielczości
mleczarskiej jest o wiele więcej niekompetentnych ludzi niż w zarządzaniu
przemysłem prywatnym a nawet – prawdopodobnie na pewno – i państwowym.
Przyczyny nie są specjalnie skomplikowane:
…
Czy tak jest faktycznie? Czy zarządzanie w praktyce faktycznie bardzo daleko
odbiega od tego, jak powinno wyglądać? Jaka jest skala tego zjawiska? Jakie są
jego skutki? Jaki wpływ na wyniki ma sytuacja makroekonomiczna w skali
globalnej? Czy naprawdę jesteśmy bezsilni?
…
Przypuszczam, że można by rozwiać wiele wątpliwości, tam gdzie istnieją, na temat
jakości zarządzania przez zarządy konkretnych spółdzielni, i jego wpływu na ich
wyniki, poprzez zwyczajne zlecenie zbadania sprawy wyspecjalizowanym firmom
doradczym.
Naturalnie, z przyczyn oczywistych, zlecenie nie może pochodzić od samego
zarządu. Dlaczego nie wystarczy samo badanie bilansu, czy nawet ewentualne skorzystanie
z pomocy związków rewizyjnych? Po prostu
dlatego, że teraz, w odróżnieniu od okresu minionego, nie chodzi tylko o proste
przestrzeganie prawa i obowiązujących zasad (to jest minimum), ale o całą
„finezję” zarządzania i organizacji, aby
spółdzielnia potrafiła się znaleźć w coraz bardziej konkurencyjnym
otoczeniu. Chyba leży to zarówno w
interesie członków spółdzielni, jak i jej pracowników. Tematu chyba nie muszę
rozwijać.
Członkowie zarządów, nic nie mający „na sumieniu”, też chyba nie powinni
obawiać się takich, bardzo fachowych, analiz – kontroli, bo tam, „gdzie statek idzie na dno,
albo sytuacja jest krytyczna, załoga i
pasażerowie muszą wierzyć, że kapitan robi wszystko co możliwe, aby ich
uratować, zna się na tym, i myśli przede wszystkim o nich, w drugiej kolejności
o statku, a dopiero na końcu o sobie.”
Inna rzecz, ile
jest takich wyspecjalizowanych firm doradczych? Tak ogólnie, to zapewne dużo; przypuszczam,
że nawet zupełnie niedoświadczeni absolwenci szkół zarządzania, pracujący
krótko w firmach konsultingowych, potrafią trafnie odróżnić pacjenta
wyglądającego na zdrowego, od zupełnie chorego, do czego, parafrazując Szwejka,
„wcale nie jest potrzebny lekarz, wystarczy felczer”.
Ale poznać, że ktoś jest tam na coś ciężko chory, a
wyleczyć go, to zupełnie inne zagadnienie, szczególnie wtedy, gdy
leczenie wymaga
odpowiedniej wiedzy i specjalnych środków, a tu nie tylko felczer
ale nawet lekarz ogólny ma o tym „mgliste pojęcie”.
Co mam do tego dodać, oprócz tego, że
od wielu lat staram się przekonać, że także i w doradztwie duże firmy powinny
się specjalizować, jeśli to celowe, bardzo konkretnie, branżowo i
interdyscyplinarnie, a nie tylko „tak ogólnie” i „każdy w swojej specjalności”,
bo inaczej jest się tylko „półfachowcem”, który wprawdzie dużo wie ale za mało,
żeby do końca „prawidłowo rozpoznać i wyleczyć”?
O możliwości korzystania przez
samorząd spółdzielczy z wyspecjalizowanego doradztwa przy ocenie zarządzania,
wspominają też Autorzy książki: „Zarządzanie spółdzielnią”
- poz. 66 prezentowanej
literatury.
Jak spółdzielnie (firmy) są
przygotowane do nowoczesnego mądrego zarządzania – można wstępnie przeprowadzić
bardzo prosty test (quiz), zaproponowany przez Toma Lamberta w książce „Problemy
zarządzania, str. 29 – 32), poz. 14 „Prezentowanej literatury”.
Przypuszczam, że rzetelne i fachowe
przeprowadzenie testu, dla większości przyniosłoby wyniki „wcale nie złe”,
tylko wręcz „rozpaczliwe”.
I ma być dobrze! I my czekamy, aż nam „Europa” rozwiąże
problemy.
Nie, nie jestem „ślepy”. Wiem dobrze co się
dzieje w całej gospodarce i nie tylko w Polsce. Zawiodło i nadal zawodzi bardzo
wiele… Mleczarstwo, na tym tle, przynajmniej w jednym wyróżnia się pozytywnie:
nie ma w nim głośnych afer albo wielkich „przekrętów”.
Dość dobrze dba też o jakość, choć czy większość zdoła sprostać wymogom
unijnym, to jeszcze znak zapytania. W mleczarstwie
dominuje jedynie zwykła szara niekompetencja ekonomiczno-finansowo-organizacyjna.
Chyba miał sporo racji Uwe Renald Müller
w swojej książce pod znamiennym tytułem: „Zmiana Warty w Zarządzaniu, dramat i
szansa” – poz.57
„Prezentowanej literatury” (Autor, oczywiście, pisał nie o polskim
mleczarstwie, ani o Polsce, tylko o firmach niemieckich. Gdyby znal firmy polskie,
w tym firmy polskiej spółdzielczości mleczarskiej?).
Co, moim zdaniem, przesądza o słabości zarządzania w polskim
mleczarstwie, szczególnie w spółdzielniach:
• Słabe rozpoznanie ekonomiki branży (branżowego rachunku
ekonomicznego). Powszechnie stosowane
metody są wadliwe. Już tylko
to jedno w zupełności wystarczy, że całe zarządzanie nie tylko
nie ma szans na całościową optymalizację rozwiązań, ale często wręcz
prowadzi na manowce. Szkoda, że teoria jakoś uparcie nie chce tego zauważyć. Przecież
sama zasada, że nie wolno, w warunkach przeciętnej spółdzielni, odrębnie ekonomicznie i finansowo
analizować wyrobów „białkowych” i odrębnie „tłuszczowych” jest chyba nie do
podważenia a jednocześnie łatwa do zrozumienia. Dopiero dopracowanie w miarę
obiektywnych szczegółów, uwzględniających wszystko co
trzeba, sprawia pewne kłopoty.
• Słaba
rachunkowość. Jest ona z reguły poprawna
formalnie, ale daleko niewystarczająca dla poprawnego rachunku ekonomicznego i
poprawnego rachunku kosztów.
Słaba rachunkowość, to znowu nie tylko to, że ona mocno sobie
lekceważy nowości gospodarki rynkowej, takie jak nowoczesny rachunek kosztów,
rachunkowość zarządcza czy controlling, ale także to, że podobnie jak
ekonomika, nie do końca zrozumiała specyfikę własnej branży, choćby tylko
wynikającą ze specyfiki
powiązań wyrobów „białkowych” i „tłuszczowych”, w dodatku,
jeszcze kilka lat temu powszechnie upierając się przy „plazmie”, chyba tylko po
to, „aby do końca pogłębiać
dezorientację”. Żartuję. Powód był bardziej prozaiczny: zwykła siła przyzwyczajeń!
• Słabe
systemy motywacyjne pracowników, czasami nawet silne ale bez sensu lub ze
szkodą dla firmy, jak ta typowa i chyba powszechna prowizja od obrotu, czasami wręcz antymotywacyjne, niespójne, nijakie żadne – poza presją
bezrobocia. Temat dodatkowo mocno się komplikuje z uwagi na dezorientujący rachunek kosztów i
dezorientujący rachunek ekonomiczny.
Problemem jest też powiązanie interesów pracowników z interesami rolników. One wcale
nie muszą być przeciwstawne.
Problem też z zarządzaniem partycypacyjnym,
które, odpowiednio zorganizowane, powinno uaktywnić pracowników w interesie ich własnym
i firmy.
• Słabe
lub bardzo powierzchowne (na pokaz)
zaangażowanie się kierownictwa w
nowoczesne systemy zarządzania. U wielu
zarządów nadal tkwi przekonanie o wyższości techniki nad sprawnością organizacji pracy
i całą ekonomią. Temat niewątpliwie ma
związek z przeszłością i dominującym zdecydowanie w zarządach, głównie tylko
przygotowaniem technicznym w zakresie produkcji. Niestety, świat się zupełnie
zmienił, i to, co było wystarczające kiedyś, zupełnie nie wystarcza dzisiaj. Problem się dodatkowo
komplikuje, ponieważ na skutek wadliwego branżowego rachunku ekonomicznego,
nowoczesne zarządzanie. również, w znacznej mierze będzie zawodzić. Nie da się nawet, bez uprzedniego
usunięcia wad
branżowego rachunku ekonomicznego, poprawnie
zorganizować ani rachunkowości zarządczej lub controllingu, ani w pełni
poprawnego marketingu, ani poprawnych systemów motywacyjnych pracowników, nie
mówiąc już o jakichś w pełni poprawnych strategiach. Przy okazji zawodzą też
rutynowe komputerowe programy analityczno-informacyjne. Koło się zamyka.
• Dominujące
autokratyczne zarządzanie, w znacznej mierze uzasadnione słabością odpowiednich służb, ale jednocześnie, służby
są takie, jakie są, bo niskie płace i autokratyczne zarządzanie, nazbyt często
nie poparte kompetencjami, po prostu zniechęca
co zdolniejszych i ambitniejszych.
Prawdopodobnie zresztą mogli by być oni „niezbyt mile widziani”. To w pewnym sensie jest zupełnie
normalne, jako skutek uboczny przesadnej konkurencji, egoizmu, obawy przed
„wysadzeniem ze stołka”,
utratą pracy itp. W wielu
jednak sprawach, ci na dole mogliby podejmować trafniejsze decyzje, niezagrażające nikomu z hierarchii, gdyby ich trochę
doszkolić, przekazać nieco więcej
kompetencji i odpowiednio motywować za
korzyści dla firmy.
• Słabe
pod kątem znajomości w ogóle zasad w
miarę nowoczesnego zarządzania
przygotowanie zarządów. Bardzo
dobry inżynier mleczarz, który na stanowisku prezesa zarządu mógł się doskonale
sprawdzać w systemie nakazowym, jeśli nie postarał się o solidne podniesienie kwalifikacji, nie
sprawdzi się obecnie - poza rzadkimi
wyjątkami -, co gorzej, będzie blokował próby pozytywnych zmian w
spółdzielni. To samo, odpowiednio,
dotyczy głównych księgowych. To, co wystarczy „fiskusowi” i biegłemu, zupełnie nie wystarcza do wspomagania
porządnego zarządzania.
• Pracownicy.
Personel produkcyjny i techniczny, który może pracować tylko w mleczarstwie,
chyba jest dość silny w swoich specjalnościach. Gorzej z innymi zawodami, które
mają większe możliwości wyboru. Tam, gdzie jest źle, szkolenie i
zmiany najefektywniej
dla spółdzielni byłoby rozpocząć od góry, a wynagrodzenie
umiejętnie łączyć z efektami.
• Baza
techniczna. Kapitały. Na pewno są za małe żeby porządnie konkurować z
„Zachodem” w wielu segmentach rynku. Czy jednak, to co mamy, spółdzielnie
rozsądnie wykorzystują?
Pomijając jakieś ekstremalne przypadki wyjątkowo złego, nietrafnego zaplanowania lub zrealizowania inwestycji, w szarej
codziennej rzeczywistości odbija się zwykły, szary niedostatek wiedzy przez
tych, którzy powinni ją mieć.
• Jaki
wpływ sytuacja w przetwórstwie i handlu,
ma i będzie miała na sytuację rolników -
dostawców mleka po przystąpieniu do Unii?
Najlepiej byłoby, gdyby ich spółdzielnie miały się dobrze i dobrze dbały o ich
interesy, a oni sami też się dobrze przygotowali, a wszystko co trzeba działało sprawnie. A jeśli nie? (...)
Zamiast
podsumowania
Wyniki referendum są już znane. Za niespełna jedenaście
miesięcy, chyba już nic nie stanie na przeszkodzie, będziemy w Unii. Od
sprawności i fachowości zarządzania bardzo wiele zależy. Zależy też i to, dla
kogo w mleczarstwie, szczególnie w przetwórstwie, wejście do Unii stanie się szansą a
dla kogo klęską. Oby tylko, choć te
ostatnie chwile,
zostały do końca prawidłowo wykorzystane.
9 czerwiec 2003 r.
Anonimus
Przystąpiłem
do przebudowy strony w ramach
wersji „minimum”. Będzie to stopniowane, niestety, dość
chaotycznie, „aby jak najszybciej przekazać maksimum
treści dla specjalistów”, uporządkowanie odkładając na później.
Tak samo, niestety, zmuszony jestem postępować z
„Prezentacją literatury”.
Nadal szukam chętnych do współpracy, raczej „idealistów”
niż osoby nastawione na zysk.
Adresu kontaktowego nadal nie podaję, bo jak ktoś jest naprawdę
mocno zainteresowany, to sam znajdzie sposób..., a ja chcę
uniknąć sytuacji posądzania o niegrzeczność (nie za bardzo
mam aktualnie możliwość
prowadzenia korespondencji).
marzec- maj
2002 r., drobne poprawki i uzupełnienia – styczeń, czerwiec 2003.
Anonimus
Dalsze poprawki i uzupełnienia, już bez określania dat
wprowadzenia, podejmuję sporadycznie” dopiero w lutym 2004 r., w wersji minimum – kiedy ją skończę i czy w ogóle? W międzyczasie
mocno rozbudowana została „prezentacja literatury ogólnej” na tematy
zarządzania i pokrewne.
Wobec braku ochotników do współpracy, i braku reakcji na to
co piszę, nieco sobie mleczarstwo „odpuściłem”. Przed wejściem do Unii
Europejskiej, i tak się już nie zdąży wdrożyć, nawet gdyby nagle wszystko było
gotowe i istniały przygotowane zespoły wdrożeniowe.
Trochę mi szkoda. Za bardzo jednak nie mam ochoty „głową muru przebijać”.
Właściwie, po doświadczeniach z próbami zarażenia mądrością ekonomiki i
rachunkowości mleczarstwa, podejmowanymi jeszcze w latach osiemdziesiątych i
dziewięćdziesiątych, to i nie za bardzo wierzę w możliwości, przynajmniej w jakimś szerszym wydaniu i szybko.
Obecnie, o wiele lepiej niż wtedy widzę też uwarunkowania ogólne, w tym,
niestety (obym się mylił), niedopracowania konkretyzacyjno-interdyscyplinarne
nauk ekonomicznych. Sprawa
miała ogromne znaczenie
w gospodarce centralnie sterowanej, teraz mniejsze, ale nie na tyle, żeby
nad nimi przechodzić do „porządku dziennego”.
Uwarunkowań społeczno-politycznych
nie chcę na tej stronie
specjalnie podnosić. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że są one bardzo istotne,
także dla losów polskiego mleczarstwa.
Anonimus
========================================================
Strona główna | Literatura | Konkretyzacja | Restrukturyzacja | Jakość | Ekonomia | Przegląd mleczarski | Zarządzanie spółdzielnią | Linki * | Listy i polemika* |
------------------------------------------------------------------------------------
* Jeszcze nie uruchomione