Naomi Klein:
NO LOGO
NO SPACE
NO CHOICE
NO JOBS
NO LOGO
Przekład Hanna Pustuła
Świat Literacki, Izabelin 2004
------
Tytuł oryginału: No Logo
Copyright © Naomi Klein
2000
Copyright © for the Polish
translation by Hanna Pustuła, 2004
Copyright © for the Polish
edition by Świat Literacki, Izabelin 2004
Redakcja: Krzysztof Zadros
Może nie widać tego jeszcze na
powierzchni,
ale pod ziemią huczy już ogień.
-
indonezyjski pisarz Y. .B. Mangunwijaya, 16 lipca 1998
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Cytuję:
- wybrane fragmenty z książki NO LOGO, wydanie polskie, 2004.
- Rozmowę
z Naomi Klein: Polityka z 23 października 2004
roku, str. 48-51. Rozmawiał Jacek Żakowski.
- fragmenty z artykułu Mariana Dobrosielskiego, Nieludzkie
koncerny, opublikowanego w Dziś • Przegląd Społeczny nr 5/2001 (poz.
80 Prezentowanej literatury), prezentującego wydanie angielskie z 2001
r. książki Naomi Klein NO LOGO
- może coś jeszcze
dodam...
W listopadzie i grudniu 2004 r.,
uzupełniłem nieco swoją poz. 80 Prezentowanej
literatury poprzez:
- informację o książce No Logo
w języku polskim i rozmowie z autorką...
- poszerzenie wybranych fragmentów... z Nieludzkich koncernów M.
Dobrosielskiego,
- dodanie, niejako „na marginesie”,
własnych uwag na temat skutków
konkurencji.
Początkowo
zamierzałem na tym poprzestać.
Zmieniłem jednak zdanie. No Logo
prezentuję w odrębnej pozycji. Kogo to
poważnie interesuje, proponuję jednak przeczytać samą książkę. Moja
prezentacja, jest, siłą rzeczy, bardzo skrótowa i wybiórcza. Może więc,
niechcący, nie w pełni przedstawiać intencje Autorki, szczególnie, że nie
będzie (prezentacja) od razu zawierała całości. Prawie na pewno „wtrącę” też nieco własnych uwag, ale, niestety,
również stopniowo. Przyczyny takiej, stopniowanej prezentacji, przedstawiam
na stronie Credo.
Strona w budowie.
Z okładki książki
Naomi Klein (ur. W 1970 r. w Montrealu) jest nagradzaną dziennikarką i autorką
bestsellerów. Publikuje artykuły w prasie, m.in. w Nation,
New Statesman, Newsweek International, The New York Times, Village Voice, Ms.,
The Baffler i Saturday Night. Ma własną kolumnę w Globe
& Mai, jednej z głównych gazet Kanady. Jest cenioną publicystką i częstym
komentatorem w mediach, prowadziła gościnne wykłady w Harvardzie, Yale i New
York University. Mieszka w Toronto. Jej No Logo
znalazła się w roku 2000 na liście książek nominowanych do Guardian First Book
Award. www.nologo.org
No logo to książka kultowa, nazywana „biblią alterglobalistów” i współczesnym Kapitałem. Jej autorka z
bezkompromisowością niezależnej dziennikarki i przenikliwością wytrawnego
krytyka kultury obnaża ekspansjonistyczne zapędy międzynarodowych korporacji,
analizuje ich destrukcyjny wpływ na nasz społeczny, ekonomiczny oraz kulturowy
krajobraz, przekonuje, że działalność światowych koncernów stanowi poważne
zagrożenie dla demokracji i funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego oraz...
wzywa do oporu.
Podstawowe przesłanie
Klein brzmi: chociaż nie poddane niczyjej kontroli międzynarodowe korporacje,
wobec bezsilności rządów poszczególnych państw, w coraz większym stopniu
sprawują bezpośrednią kontrolę nad naszą „globalną wioską”, ich władza nie jest
nieograniczona. Z dnia na dzień rośnie ilość niezależnych środowisk, które
zniecierpliwione arogancją koncernów aktywnie sprzeciwiają się ich polityce i
odnoszą na tym polu znaczące sukcesy (np. w 1999 r. wielotysięczne protesty
alterglobalistów zablokowały podpisanie Wielostronnego Układu o Inwestycjach,
który umocniłby wszechwładzę korporacji).
Esencją książki jest analiza wszelkich form obywatelskiego sprzeciwu – od
twórczych ataków na reklamy, poprzez bojkoty określonych towarów i pozwy
sądowe, po wywieraniu wpływu na władze lokalne. Autorka nie tylko się im
wnikliwie i krytycznie przygląda, ale też zachęca do aktywnego włączenia się w
te działania.
www.czulybarbarzynca.pl
Patroni medialni
POLITYKA onet.pl
program
Trójka
– usłyszysz więcej...
POLSKIE RADIO
----------------------------------------
SPIS TREŚCI
Podziękowania ......... 6
Wprowadzenie Pajęcza sieć znaków firmowych ......... 9
I NO
SPACE
Rozdział pierwszy Nowy ometkowany świat ......... 21
Rozdział drugi Marka rośnie w siłę .........
45
Rozdział trzeci Wszystko się zmienia
......... 81
Rozdział czwarty Metkowanie nauki i edukacji .........
105
Rozdział piąty Funkujący patriarchat
......... 125
II NO CHOICE
Rozdział szósty Bombardowania markami ......... 147
Rozdział siódmy Fuzje i synergia .........
161
Rozdział ósmy Korporacyjna cenzura
......... 183
III NO JOBS
Rozdział dziewiąty Opuszczona fabryka ......... 213
Rozdział dziesiąty Groźby i czasownicy .........
249
Rozdział jedenasty Hodując nielojalność .........
277
IV NO LOGO
Rozdział dwunasty Prowokacje kulturowe ......... 297
Rozdział trzynasty Wyzwalanie ulic (reclaim the streets) .........
329
Rozdział czternasty Nowa fala antykorporacyjnego aktywizmu .........
343
Rozdział piętnasty Markowy bumerang .........
363
Rozdział szesnasty Opowieść o trzech logo .........
381
Rozdział siedemnasty
Lokalna polityka zagraniczna .........
413
Rozdział osiemnasty Poza markę .........
437
Zakończenie Konsumpcjonizm kontra społeczeństwo obywatelskie ......... 455
Uzupełnienie Dwa lata na ulicach: wychodzenie poza symbole ......... 462
Przypisy ......... 474
Aneks ......... 496
Bibliografia ......... 504
(48
pozycji, w tym 2 przetłumaczone na język polski. Przyp. Anonimus)
Ilustracje ......... 507
----------------------------------------
PODZIĘKOWANIA
......... 6
(...)
.
WPROWADZENIE PAJĘCZA SIEĆ
ZNAKÓW FIRMOWYCH .........
9
Kiedy pisałam te książkę, mieszkałam w
widmowej dzielnicy zakładów odzieżowych w Toronto, w dziewięciopiętrowym
budynku dawnych magazynów. Dookoła stało wiele podobnych budowli, ziejących
pustką, z wejściami zabitymi deskami, powybijanymi szybami w oknach, kominami,
które wstrzymały dech; ich ostatnia funkcja w służbie kapitalizmowi sprowadzała
się do dźwigania na smołowanych dachach ogromnych, mrugających billboardów,
przypominających kierowcom uwięzionych w korkach na autostradzie o istnieniu
piwa Molson, samochodów marki Hyundai i stacji radiowej EZ Rock FM.
W latach 20. i 30. ulice te tętniły życiem, imigranci
z Polski i Rosji zachodzili do garmażerii na rogu podyskutować o Trockim i
kierownictwie Międzynarodowego Związku Zawodowego Robotników Branży Konfekcji
Damskiej. Jeszcze dzisiaj starzy Portugalczycy pchają po chodnikach stelaże
obwieszone sukniami żakietami, a w sklepie obok w razie nagłej potrzeby (np.
przedstawienia szkolnego teatrzyku) można kupić ślubny diadem ze sztucznych
diamentów. Jednak prawdziwe życie toczy się na drugim końcu tej samej ulicy,
pośród straganów z jadalną biżuterią Sugar Mountain, cukierkowej mekki w stylu
retro, która do drugiej w nocy zaspokaja ironiczne apetyty bywalców klubów. W
sklepie na parterze nadal kręci się skromny handelek nagimi, łysymi
manekinami...
Nawarstwione dziesięciolecia nadały
Spadina Avenue, podobnie jak zepchniętym do postindustrialnego lamusa
dzielnicom innych miast, cudownego uroku przypadkowości. Strychy i pracownie
zamieszkują ludzie świadomi odgrywanej przez siebie roli w miejskim
performance, starający się jednak nie zwracać nań uwagi. Za każdym razem, kiedy
ktoś uzurpuje sobie wyłączne prawo do „prawdziwej Spadiny”, reszta zaczyna czuć
się jak tanie rekwizyty i cała misterna budowla wali się w gruzy.
Dlatego właśnie niedobrze się stało,
że władze miejskie uznały za stosowne „uczcić” historię Spadina Avenue serią
ulicznych instalacji. Najpierw na latarniach wyrosły stalowe figury pochylonych
nad maszynami szwaczek i strajkujących robotników, wymachujących transparentami
z nieczytelnymi hasłami. Potem nadeszło najgorsze: na rogu koło mojego domu
wyrósł gigantyczny mosiężny naparstek. Wysoki na jedenaście i pół, a szeroki na
jedenaście stóp, wygląda strasznie. Obok niego rozlały się na chodniku dwa
ogromne pastelowe guziki, a z ich dziurek wychynęły rachityczne drzewka. Bogu
dzięki, że Emma Goldman, znana anarchistka i działaczka ruchu robotniczego,
mieszkająca na tej ulicy pod koniec lat 30., nie może już zobaczyć tego
pseudorobotniczego kiczu, do którego sprowadzono autentyczną walkę pracowników
przemysłu odzieżowego.
Naparstek, to jedynie najbardziej
rzucająca się w oczy manifestacja bolesnego poczucia własnej wartości, które od
pewnego czasu odzyskuje ten niewielki kwartał ulic. Gdzie nie spojrzeć, w
starych budynkach fabrycznych dostawia się ściany działowe, tworząc kompleksy
mieszkalne z „zaadaptowanymi poddaszami”, i nadaje się im nazwy w rodzaju
„Fabryki Cukierków”. Nasi projektanci mody czerpią pełną garścią z pozostałości
epoki industrialnej – dżinsy Diesel’s i buty Caterpillar są bezpośrednimi
spadkobiercami niegdysiejszych robotniczych drelichów. Stąd też i boom na
luksusowe apartamenty w dawnych halach fabrycznych, wyposażone w przemysłowych
rozmiarów wanny, prysznice wykładane ekskluzywną ceramiką, podziemne parkingi,
siłownie pod szklanymi dachami i eleganckie hole z dyżurującymi całą dobę
portierami.
Jak dotąd, właściciel mojego domu,
który dorobił się na produkcji i sprzedaży płaszczy London Fog, uparcie odmawia
przerobienia budynku na mieszkania o wyjątkowo wysokich sufitach. Wcześniej czy
później ulegnie, na razie jednak nadal wynajmuje powierzchnię kilku wytwórcom
odzieży, których firmy są zbyt małe, by opłacało się przenosić je do Azji czy Ameryki Środkowej, i którzy z sobie tylko znanych
powodów nie chcą włączyć się w powszechny trend przerzucania produkcji na
opłacanych od sztuki chałupników.
Pozostałą część budynku zajmują mieszkania-pracownie, wynajmowane
instruktorom jogi, twórcom filmów dokumentalnych, plastykom, artystom i
pisarzom. Faceci z handlu kieckami na parterze patrzą ze zgrozą na poobwieszane
łańcuchami klony Marylina Mansona, sunące w butach do połowy uda i ze szczoteczką
do zębów w dłoni przez hol do wspólnej toalety, ale cóż mogą na to poradzić?
Chwilowo jesteśmy na siebie skazani, jedziemy na jednym wózku, zaklinowani
pomiędzy twardymi realiami ekonomicznej globalizacji i odporną na wszystko
estetyką wideoklipu.
Dżakarta: - Spytaj ją, co ona szyje.
Co jest napisane na metce. Wiesz, co to metka? – mówię, sięgając za siebie i
wykręcając kołnierzyk koszulki. Indonezyjskie robotnice zdążyły już
przyzwyczaić się do cudzoziemców, którzy przyjeżdżają rozmawiać o nieludzkich
warunkach pracy w fabrykach, gdzie kroją, szyją i kleją dla międzynarodowych
koncernów, takich jak Nike, Gap czy Liz Claiborne. Jednak te szwaczki w niczym
nie przypominają podstarzałych robotnic, które spotykam w windzie swojego domu.
Są bardzo młode, niektóre mają zaledwie piętnaście lat; bardzo nieliczne
przekroczyły dwadzieścia jeden.
Tego konkretnego sierpniowego dnia
1997 roku owe nieludzkie warunki doprowadziły do strajku w fabryce odzieży Kaho
Indach Citra w dzielnicy przemysłowej Kawasan Berikat Nusanstar na obrzeżach
Dżakarty. Niezadowolenie pracowników Kacho, zarabiających równowartość dwóch
dolarów dziennie, wywołała przymusowa praca w nadgodzinach, za które płacono im
znacznie poniżej oficjalnej stawki. Po trzydniowym przestoju zarząd przystał na
kompromis, typowy dla regionu charakteryzującego się wybitnie luźnym stosunkiem
do przepisów pracy: nadgodziny przestaną być obowiązkowe, ale wynagrodzenie za
nie pozostanie na nielegalnie niskim poziomie. Dwa tysiące robotnic powróciło
do swoich maszyn; cała załoga, z wyjątkiem 101 młodych kobiet, które zarząd
uznał za mącicielki. „Sprawa jest więc nie załatwiona”, powiedziała mi jedna z
dziewcząt, boleśnie rozgoryczona i pozbawiona złudzeń, że w przyszłości
cokolwiek się zmieni.
Oczywiście, solidaryzowałam się z nimi, ale jako przybysz z Zachodu,
chciałam dowiedzieć się, jakiej marki odzież produkowała fabryka w Kaho – jeśli
miałam napisać o tym po powrocie do domu, potrzebny mi był jakiś punkt
zaczepienia. Siedzieliśmy więc, uwięzieni w cementowym bunkrze, niewiele
większym od budki telefonicznej, wciąż podejmując entuzjastyczne próby
rozwikłania tej przemysłowej szarady.
-
Ta firma szyje długie rękawy na kiedy jest zimno – podpowiada jedna ze
szwaczek.
Zgaduję: - Bluzy?
-
Chyba nie. Kiedy ubierasz się, żeby wyjść i jest zimno, bierzesz...
Mam: - Kurtki!
-
Ale nie ciepłe: Lekkie.
-
Marynarki!
-
Tak, jak marynarki, ale nie marynarki – długie.
Możecie wyobrazić sobie całe to
zamieszanie: na równiku niepotrzebne są płaszcze, ani w szafie, ani w słowniku.
A mimo to Kanadyjczycy coraz częściej chodzą zimą w płaszczach uszytych nie
przez nasze wytrwałe szwaczki, wciąż jeszcze pracujące na Spadina Avenue, lecz
przez młode Azjatki z ciepłych krajów. W 1997 roku Kanada sprowadziła z
Indonezji anoraki i kurtki narciarskie za sumę 11,7 miliona dolarów,
odnotowując spektakularny wzrost w porównaniu z analogicznym importem wartości 4,7
milionów w 1993 roku.1 Tyle wiedziałam już przedtem. Ale nadal nie
miałam pojęcia, dla jakiej firmy robotnice z Kaho szyły długie płaszcze, zanim
wyrzucono je z pracy.
-
Długie, dobrze. Ale co było na metce? – pytam dalej.
Krótka szeptana narada przyniosła wreszcie odpowiedź:
- London Fog.
Globalny zbieg okoliczności.
Zaczęłam opowiadać, że mój apartament w Toronto mieści się w dawnej fabryce
płaszczy w London Fog, ale przerwałam w pół słowa, wyczytawszy z ich twarzy, że
pomysł mieszkania w budynku fabrycznym wydaje im się czystym szaleństwem. W tej
części świata co roku setki robotników giną w płomieniach w pozbawionych wyjść
przeciwpożarowych pomieszczeniach sypialnych nad halami produkcyjnymi.
Siedząc po turecku na betonowej podłodze
ciasnej sypialni, pomyślałam o moich sąsiadach z Toronto: o instruktorze jogi z
drugiego piętra, o autorach reklamowych kreskówek z czwartego, o firmie rozprowadzającej
świece do aromaterapii z ósmego. Wygląda na to, że młode robotnice, zatrudnione
w strefach produkcji eksportowej, są w pewnym sensie naszymi współlokatorkami;
razem tkwimy w tej oplątującej całą planetę sieci tkanin, sznurowadeł, fast foodów,
pluszowych niedźwiadków i znaków firmowych. Następnym wspólnym logo okazało się
Esprit, także jedna z marek produkowanych w Kaho. Kiedy miałam kilkanaście lat,
pracowałam w sklepie, który sprzedawał ubrania Esprit. No i, oczywiście,
McDonald’s w pobliżu otwarto właśnie nową restaurację, pogłębiającą tylko
frustrację robotników; bowiem serwowane w niej tak zwane niedrogie posiłki
zdecydowanie przerastają ich możliwości finansowe.
Doniesienia na temat ogólnoświatowej
sieci marek i produktów przystraja się zazwyczaj w euforyczną retorykę
marketingową globalnej wioski, niesamowitego miejsca, gdzie nasi współplemieńcy
w najbardziej niedostępnych zakątkach buszu stukają w klawiaturę laptopów,
sycylijskie babcie prowadzą e-biznesy, a cala globalna młodzież ma jednakowy
dostęp, by zacytować stronę internetową Levi’sa, do „ogólnoświatowej kultury
strylu”.2 Kto żyw przycina swoją strategię marketingową do tej
post-narodowej wizji, od Coca-Coli i McDonald’sa po Motorolę, najpełniej jednak
obietnicę powszechnej równości na ometkowanym globie wyzyskała kampania IBM,
prowadzona wytrwale pod hasłem: „Rozwiązania dla naszej małej planety”.
Ekscytacja, wywołana tymi
szaleńczymi zachwytami nad globalizacją, szybko się jednak rozwiała, kiedy
odkryto ukryte pod lśniącą fasadą szczeliny i pęknięcia. W ciągu ostatnich
czterech lat na Zachód coraz częściej
docierają obrazki z zupełnie innej globalnej wioski, gdzie ciągłe
pogłębianie się różnic ekonomicznych nie idzie bynajmniej w parze z
rozszerzaniem oferty dostępnych wyborów kulturowych.
W wiosce tej niektóre z
międzynarodowych koncernów, nie kwapiąc się wcale do niwelowania różnic za
pomocą pracy i technologii dla wszystkich, ciągną niewyobrażalne zyski z
eksploatacji najbiedniejszych rejonów naszej planety. To wioska Billa Gatesa, w
której zbił on majątek szacowany na 55 miliardów dolarów, odmawiając jednej
trzeciej swoich pracowników stałego
etatu, konkurencję zaś wchłaniając lub spychając w niebyt za pomocą wyjątkowych
osiągnięć Microsoftu w pakietowaniu oprogramowania. W tej wiosce wszyscy
jesteśmy ze sobą połączeni siecią nazw handlowych, pod którą kryją się jednak
produkujące dla znanych domów mody warsztaty pracy wyrobniczej podobne do tych,
które odwiedziłam na obrzeżach Dżakarty. IBM twierdzi, iż objął swoją
technologią całą planetę, i istotnie tak jest, tyle tylko, że jego obecność w
Trzecim Świecie przyjmuje często formę eksploatacji taniej siły roboczej,
wytwarzającej procesory i systemy zasilania, dzięki którym pracują nasze
komputery. Na przedmieściach Manili spotkałam kiedyś siedemnastolatkę, która
składała czytniki CD-ROM-ów dla IBM-u. Powiedziałam jej, że jestem pełna podziwu, iż
tak młoda osoba wykonuje tak skomplikowaną pracę. „Robimy komputery”,
odpowiedziała mi na to, „ale nie umiemy ich obsługiwać”. Zdaje się, że planeta,
na której mieszkamy, wcale nie jest taka mała.
Naiwnością byłoby sądzić, że
zachodni konsumenci nie ciągną zysków z globalnych podziałów od zarania epoki
kolonialnej. Trzeci Świat, powiadają, zawsze istniał ku wygodzie tego
pierwszego. Za to względnie nowym zjawiskiem jest narastająca dociekliwość opinii
publicznej, poszukującej nieometkowanych źródeł informacji o powstawaniu
markowych towarów. Migracje sportowych butów Nike’a zostały prześledzone wstecz
aż do wietnamskich manufaktur, maleńkich strojów Barbie – do dzieci szyjących
je na Sumatrze, kawy latte Starbucks do spalonych słońcem plantacji kawy w
Gwatemali, a paliwa Shella – do nędznych wiosek zanieczyszczonej Delty Nigru.
Tytuł No Logo
nie powinien być traktowany dosłownie, jako slogan (oznaczający na przykład:
Nie chcemy żadnych logo!), ani post-logowe logo (słyszałam, że już zdążyła się
pojawić marka odzieży No Logo). Chciałam raczej określić w ten sposób coraz
popularniejszą wśród aktywnej politycznie młodzieży postawę sprzeciwu wobec
metod postępowania wielkich koncernów. Książka ta powstała w oparciu o prostą
hipotezę, iż z oburzenia narastającego w miarę odkrywania sektorów globalnej
sieci znaków firmowych, zrodzi się kolejny wielki ruch polityczny, potężna fala
sprzeciwu wymierzonego w międzynarodowe korporacje, a zwłaszcza te z nich, do
których należą najlepiej znane marki.
Muszę jednak zaznaczyć, iż nie jest
to księga proroctw, lecz zbiór obserwacji z pierwszej ręki. To analiza systemu
krążenia informacji, organizowania protestów i planowania wspólnych akcji;
systemu działającego głównie w podziemiu, a mimo to skutecznie propagującego
idee i działania, znajdujące odzew w wielu państwach i wśród przedstawicieli
kilku pokoleń.
Kiedy cztery lata temu zaczynałam
pisać tę książkę, moja hipoteza opierała się przede wszystkim na przeczuciu.
Zbierając materiały na kampusach uniwersyteckich, zauważyłam, iż wielu
studentów niepokoi wdzieranie się prywatnych przedsiębiorstw na teren
publicznych uczelni. Złościły ich reklamy, wciskające się do kafeterii, klubów,
a nawet toalet, kontrakty na wyłączną dystrybucję napojów i sprzętu
komputerowego, oraz to, że studia akademickie coraz bardziej zaczynają
przypominać badania rynku.
Martwili się, że faworyzowanie przez
uczelnię programów, którymi zainteresowani są jej partnerzy z sektora prywatnego,
odbywa się kosztem poziomu edukacji. Poważne obawy natury etycznej budziły w
nich również praktyki pewnych koncernów, z którymi ich szkoły wchodziły w
układy – i to nie na terenie samego kampusu, lecz daleko od domu, w krajach
takich jak Birma, Indonezja i Nigeria.
Zaledwie kilka lat upłynęło od dnia,
w którym sama opuściłam mury uniwersyteckie, wiedziałam więc, że owa zmiana
politycznych zainteresowań dokonała się dosyć nagle... (...)
Teraz spektrum zainteresowań studentów rozszerzyło się o zagadnienia
władzy wielkich korporacji i praw robotników, a także całkiem dojrzałą analizę
funkcjonowania globalnej gospodarki. To prawda, że rozdyskutowaniu studenci nie
stanowią większości swojej grupy demograficznej – w istocie, ruch ten został stworzony,
jak wszystkie podobne ruchy, przez mniejszość, jednak mniejszość coraz bardziej
wpływową. Ujmując rzecz w prostych słowach, antykorporacjonizm jako nurt
polityczny zawładnie wyobraźnią następnej generacji awanturników i mącicieli, a
wystarczy spojrzeć wstecz, na radykalne ruchy studenckie lat 60. czy na
bojowników wojen o tożsamość z lat 80. i 90., by uświadomić sobie skalę
przeobrażeń, jakie owo przesunięcie może za sobą pociągnąć.
Mniej więcej w tym samym czasie,
zbierając materiały do moich artykułów dla gazet i czasopism, zaczęłam
uświadamiać sobie, że u podłoża obecnej fali akcji społecznych i
proekologicznych leżą pokrewne idee. Podobnie jak moi rozmówcy z
uniwersyteckich kampusów, i ci działacze koncentrują się na skutkach inwazji
agresywnych kampanii reklamowych dla przestrzeni publicznej i życia
kulturalnego, zarówno w wymiarze lokalnym, jak i całej planety. W małych
miasteczkach Ameryki Północnej nieustannie wybuchają protesty przeciwko
obecności wielkich hipermarketów...
Londyn był widownią procesu o
McZniesławienie... Obserwowaliśmy
eksplozję protestów wymierzonych w Shell Oil, będących następstwem
wstrząsającej egzekucji Kena Saro-Wiwy, nigeryjskiego pisarza otwarcie
występującego przeciwko temu koncernowi naftowemu.
Do myślenia dał mi również pewien
poranek, kiedy odkryłam, że wszystkie billboardy na mojej ulicy pokrywają
antykorporacyjne hasła, domalowane przez nocnych partyzantów.
Te rozproszone akcje i sprawy łączy
wspólny element: we wszystkich przypadkach celem protestu jest korporacja,
będąca właścicielem znanej marki...
Kiedy zaczynałam pisać tę książkę, nie wiedziałam jeszcze, czy te osobne
ogniska antykorporacyjnego oporu mają ze sobą cokolwiek wspólnego, oprócz
niechęci wobec znaków firmowych; chciałam to jednak sprawdzić. Moje prywatne
śledztwo zaprowadziło mnie na salę londyńskiego sądu, w której odczytywano
wyrok w procesie o McZniesławienie, do domów krewnych i przyjaciół Kena Saro-Wiwy, przed salony Nike’a w Nowym
Jorku i San Francisco, gdzie odbywały się manifestacje przeciwko nieludzkim
warunkom, w jakich produkowane są markowe buty do biegania, na zebrania
związków zawodowych pracowników fast foodów w modnych centrach handlowych.
Podróżowałam ze sprzedawcą „alternatywnych” billboardów i wypuszczałam się na
łowy z „adbusterami”, wzbogacającymi reklamy o swoje własne przesłania. (...)
Niezatarte wspomnienia pozostawiły
we mnie wizyty w fabrykach i lokalach związkowych w miastach Azji
Południowo-Wschodniej i na obrzeżach Manili, gdzie filipińscy robotnicy
wykuwają historię ruchu robotniczego, wprowadzając pierwsze związki zawodowe do
stref produkcji eksportowej, wytwarzających towary najlepiej znanych marek na
planecie.
Spotkałam też grupę amerykańskich
studentów, której działalność wymierzona jest w międzynarodowe koncerny na
terenie Birmy i która stara się zmusić je do wycofania swojej obecności z
kraju, gdzie notorycznie łamie się prawa człowieka.
Z czasem nabrałam przekonania, iż
właśnie dzięki tej globalnej sieci połączeń zdołamy w końcu znaleźć możliwe do
przyjęcia rozwiązania dla naszej wspólnej planety. Nie łudzę się, iż udało mi
się przedstawić w tej książce kompletny program ogólnoświatowego ruchu, który
wciąż jeszcze znajduje się w powijakach. Chodziło mi głównie o prześledzenie
pierwszych stadiów jego rozwoju, a także o postawienie kilku elementarnych
pytań. Jakie okoliczności doprowadziły
do wybuchu tak ostrego sprzeciwu? Znakomicie prosperujące międzynarodowe
korporacje stają się coraz powszechniejszym celem ataków, czy to będzie ciastko
z kremem, rzucone w twarz Billa Gatesa, czy bezustanne wyszydzanie najkowego
swoosha – cóż takiego każe ludziom odnosić się z rosnącą podejrzliwością, czy
wręcz jawnym oburzeniem, do owych koncernów, będących przecież motorem rozwoju
światowej gospodarki? I co może ważniejsze: jak to się stało, że tak wielu
ludzi – zwłaszcza młodych – zdecydowało się dać czynny wyraz swojej
podejrzliwości i oburzeniu?
Pytania te mogą wydawać się
oczywiste, a z pewnością mnóstwo oczywistych odpowiedzi pcha się w ręce. Że
wielkie koncerny rozrosły się tak bardzo, iż zajęły miejsca rządów. Że w
odróżnieniu od rządów, nie odpowiadają przed nikim, z wyjątkiem swoich
akcjonariuszy; że brakuje mechanizmów, które by je zmusiły do odpowiedzialności
przed całym społeczeństwem. Ukazało się wiele książek, dających wyczerpujący
opis tak zwanych „rządów korporacji”, sporo z nich było mi niezastąpioną pomocą
w zrozumieniu globalnej ekonomii (zob. Bibliografia, s. 506).
Niniejsza książka nie jest kolejną
pozycją na temat potęgi dobranej grupki przemysłowych goliatów, którzy przejęli
faktyczną władzę nad naszą planetą. Przeciwnie, postawiłam sobie za cel analizę
i dokumentację sił kontestujących ową władzę, a także przedstawienie
określonego zestawu kulturowych oraz ekonomicznych warunków, które spowodowały,
że pojawienie się takiej opozycji stało się nieuniknione. Część I, „No Space”,
omawia kapitulację kultury i edukacji wobec marketingu. Część II, „No Choice”, opowiada
o tym, w jaki sposób obietnica znacznego poszerzenia różnorodności wyborów
kulturowych została zdradzona przez połączone siły wielkich fuzji, drapieżnych
franczyz, wielokanałowego oddziaływania na konsumenta (synergii) i cenzury
informacyjnej. Cześć III, „No Jobs”, zajmuje się badaniem tendencji na rynku
pracy, które prowadzą do systematycznego rozluźniania stosunku pracy, wliczając
w to samozatrudnienie, McJobs i outsourcing, a także pracę na część etatu i
dorywczą. To właśnie zderzenia oraz wzajemne oddziaływanie tych sił zachwiały
trzema filarami porządku społecznego: zatrudnieniem, swobodami obywatelskimi i
przestrzenią publiczną, wywołując falę antykorporacyjnego aktywizmu, opisaną w
części IV niniejszej książki, „No Logo” – aktywizmu, który może zrodzić
autentyczną alternatywę wobec rządów wielkich korporacji.
NO SPACE
ROZDZIAŁ
PIERWSZY NOWY
OMETKOWANY ŚWIAT .........
21
Jako osoba prywatna, jestem entuzjastą pejzażu, a nigdy jeszcze
nie widziałem takiego, któremu pomogłaby obecność billboardu. Trzeba być
ostatnim łotrem, żeby szpecić billboardami radujące oko przestrzenie. Po
przejściu na emeryturę zamierzam stworzyć tajną organizację, zamaskowaną straż
obywatelską, której członkowie będą jeździć po świecie na bezszelestnych motocyklach
i pod osłoną nocy obalać reklamy. Któryż sąd potępi nas za te akty zbawiennej
obywatelskiej dojrzałości?
- David Ogilvy, założyciel agencji
reklamowej Ogilvy & Mather
Można zaryzykować twierdzenie, iż
astronomiczne dochody jakie międzynarodowe korporacje zdobyły w ciągu ostatnich
piętnastu lat, jak również ich potężny wpływ na kulturę, mają swoje źródło w
niewinnej na pozór idei, wymyślonej przez teoretyków zarządzania w połowie lat
80. wedle której aby odnieść sukces, firma musi stworzyć przede wszystkim
markę, rozumianą jako przeciwstawienie produktu.
Wcześniej, chociaż świat korporacji zawsze
zdawał sobie sprawę, iż trzeba dbać o swoje dobre imię, poważny fabrykant
zajmował się przede wszystkim produkcją towarów. Tak nakazywała ideologia epoki
maszyn.
Przez większość okresu swojego istnienia
zindustrializowana gospodarka żyła więc wytwarzaniem rzeczy. Ale pod koniec lat
80. niektórzy z najpotężniejszych przemysłowców na świecie, przynaglani
ciągnącą się od dziesięciu lat recesją,
zaczęli objawiać pierwsze oznaki niepewności. Zgadzano się powszechnie, że
korporacje są rozdęte, przerośnięte; że za dużo posiadają, zatrudniają zbyt
wielu ludzi i przygniata je do ziemi nadmiar
rzeczy. Sam proces produkcji – zarządzanie fabrykami i związaną z tym
odpowiedzialność za dziesiątki tysięcy pełnoetatowych pracowników – zaczęto
postrzegać raczej jako kulę u nogi niż pewną drogę do sukcesu.
Mniej więcej w tym samym czasie walczyć o
udział w rynku z tradycyjnymi amerykańskimi wytwórcami zaczęły przedsiębiorstwa
nowego typu; wszelkiej maści Nike’i i
Microsofty, do których później dołączyły Tommy Hilfigery i Intele. Pionierzy
ci głosili odważnie, iż produkowanie towarów
stanowi jedynie margines ich działalności i że dzięki
niedawnym zwycięstwom w wojnie o liberalizację handlu i reformę ustawodawstwa
pracy są w stanie przerzucić wytwarzanie swoich produktów na kontrahentów,
często z innych kontynentów. Najważniejszym produktem tych firm, wedle
nich samych, nie był określony towar, lecz wizerunek
marki. Nie trzeba dodawać, iż zastosowanie tej formuły szybko zaowocowało
ogromnymi zyskami i że jej sukces pchnął koncerny na drogę wyścigu do
bezcielesności, gdzie wygrywa ten, kto ma najmniejszy stan posiadania,
najkrótszą listę płac i kto zdoła wytworzyć
najpotężniejszy wizerunek rynkowy, rozumiany jako przeciwstawienie produktu.
Wielu najlepiej dzisiaj znanych
producentów, zarzuciwszy produkowanie i reklamowanie swoich towarów na rzecz
kupowania już gotowych, które jedynie opatrują swoją marką, niestrudzenie
poszukuje nowych, twórczych metod budowania owej marki i wzmacniania jej
wizerunku.
W
tej części książki przyjrzymy się, w
jaki sposób, otwarcie i podstępem, owa korporacyjna obsesja na punkcie
wizerunku marki zagarnia naszą publiczną i indywidualną przestrzeń: opanowuje
instytucje publiczne (na przykład szkoły), wdziera się w poczucie tożsamości
dorastającej młodzieży i koncepcje tożsamości narodowej oraz niweczy szanse na
zachowanie oaz wolnych od marketingu.
Narodziny marki ......... 23
Nie od rzeczy będzie cofnąć się w czasie i
zobaczyć, gdzie i kiedy po raz pierwszy pojawiła się idea brandingu, czyli
budowania tożsamości marki. Chociaż słowa te często są stosowane wymiennie,
branding i reklama to dwa zupełnie różne procesy. Reklamowanie danego produktu,
obok sponsoringu i nadawania praw do posługiwania się znakiem firmowym (logo licensing), stanowi zaledwie jeden
z elementów szeroko zakrojonego planu budowania marki. Pomyślcie o marce jako o
podstawowym znaczeniu (treści) nowoczesnej
korporacji, o reklamie zaś – jako o środku propagowania owego znaczenia..
Pierwsze kampanie marketingowe na masową
skalę pojawiły się w drugiej połowie XIX wieku i miały więcej wspólnego z
reklamą niż z kreowaniem marki w dzisiejszym rozumieniu tego wyrażenia.
Pojawienie się całego szeregu nowych
wynalazków – jak radio, fonograf, samochód czy choćby żarówka – postawiło
twórców reklam przed znacznie bardziej palącymi zadaniami niż kreowanie
tożsamości marketingowej pojedynczej firmy; trzeba było najpierw zmienić cały
sposób życia konsumentów. Reklama miała poinformować ich o istnieniu danej
nowinki technicznej oraz przekonać, że korzystanie z niej (na przykład z
samochodu zamiast powozu, z telefonu zamiast poczty, z lampy elektrycznej
zamiast naftowej) poprawi jakość ich życia. Wiele z owych produktów posiadało
własną nazwę handlową – niektóre z nich nadal są obecne na rynku – ale miało to
jedynie marginalne znaczenie. Przedmioty te wywoływały zainteresowanie swoją
nowością; to wystarczało niemal za całą reklamę.
Pierwsze produkty, których podstawowym
określnikiem była marka, pojawiły się mniej więcej w tym samym czasie, co
reklamy propagujące nowe wynalazki, głównie za sprawą upowszechniania się innej
stosunkowo świeżej innowacji, a mianowicie fabryki. (...)
Większość kampanii reklamowych końca XIX i
początku XX wieku przestrzegała kilku sztywnych pseudonaukowych zasad: żadnej
wzmianki o konkurencji, tekst złożony wyłącznie ze zdań orzekających, wielkie
nagłówki i dużo wolnej białej przestrzeni...
Niektórzy ludzie z branży rozumieli
jednak, że reklama nie jest czymś, co da się ująć w zbiór naukowych zasad; ma
również w sobie pierwiastek duchowy. Marka posiada zdolność wywoływania
uczuć... (...)
Pod koniec lat 40. coraz powszechniej
zdawano sobie sprawę, że marka to nie tylko maskotka, chwytliwe hasło czy
obrazek na etykietce firmowego produktu; że również sama firma jako taka może
posiadać swoją identyczną z marką „tożsamość”, czy też „korporacyjną
świadomość”, jak w owych czasach definiowano tę efemeryczną cechę. Wraz z rozwojem owej koncepcji człowiek
reklamy przestał uważać się za usługodawcę walczącego o klienta, stając się we
własnych oczach, by zacytować krytyka reklamy Randalla Rothberga:
„królem-filozofem kultury reklamy”.6 Agencje, poszukujące
prawdziwego znaczenia marki – albo, według innego popularnego określenia, jej
„istotnej treści” – stopniowo przestawały zajmować się pojedynczymi artykułami
i ich atrybutami, poświęcając się zamiast tego badaniu znaczenia marek dla
kultury i życia jednostki, ujmowanego z punktu widzenia psychologii i
antropologii. Badania owe uważano za rzecz pierwszej wagi, zgodnie z teorią, że
korporacje mogą sobie wytwarzać produkty, ale tym, za co płacą konsumenci, jest
marka.
Przystosowanie się do owych zmian zajęło
producentom kilka dziesięcioleci. Niełatwo im było rozstać się z przekonaniem,
że ich podstawowym zadaniem pozostaje produkcja towarów, budowanie zaś
tożsamości marki stanowi co prawda ważny, ale tylko dodatek. Dopiero w latach
80. narodziła się prawdziwa mania rynkowej wartości marki, która znalazła swój
ostateczny wyraz w zapłaceniu w 1988 roku przez Philipa Morrisa 12,6 miliarda
dolarów za korporację Kraft – sześć razy tyle, ile firma była warta na
papierze.
(...)
Śmierć marki
(plotki, które okazały się znacznie przesadzone) ......... 26
W ewolucji znaków firmowych miał miejsce
pewien przerażający epizod, kiedy to o mały włos nie doszło do ich wymarcia.
Żeby zrozumieć, dlaczego nowoczesna koncepcja marki otarła się wówczas o
śmierć, musimy poznać szczególne prawo ciężkości rządzące reklamą, które mówi,
że jeśli nie wznosisz się błyskawicznie w górę, to zaraz zaczniesz spadać na
pysk.
Świat marketingu nieustannie zdobywa nowe
szczyty, bije światowe rekordy sprzedaży z zeszłego roku i planuje powtórzyć
ten wyczyn w roku następnym za pomocą coraz większej liczby reklam i nowych,
agresywnych metod docierania do konsumenta. (...)
Skoro konsumenci są jak karaluchy,
specjaliści od marketingu muszą niestrudzenie biedzić się nad ciągłym
ulepszaniem receptury potężnego reklamowego Raidu. W latach 90., wzniósłszy się
na wyższy szczebel reklamowej drabiny, specjaliści od marketingu opracowali w
tym celu nowe, sprytne i bardzo natarczywe techniki promowania produktu. (...)
Twierdzenie, że nie da się już zrobić
kroku, by nie zawdzięczać czegoś temu czy innemu sponsorowi, jest truizmem;
możemy też bezpiecznie założyć, że w miarę dalszego wzrostu nakładów na
reklamę, my, karaluchy, będziemy otrzymywać coraz większe dawki podobnych
pomysłowych sztuczek, aż wreszcie uznamy wszelki opór za praktycznie niemożliwy
i bezcelowy.
Jednak,
jak już wcześniej wspomniałam, był moment, kiedy przyszłość przemysłu
reklamowego nie wyglądała tak obiecująco. Drugiego kwietnia 1993 roku został
zakwestionowany sam sens istnienia reklamy, i to przez firmy, których markę
budowała ona w niektórych przypadkach od przeszło dwóch stuleci. Dzień ten
przeszedł do historii marketingu pod nazwą „Piątku Marlboro”, na pamiątkę
niespodziewanego ogłoszenia przez Philipa Morrisa dwudziestoprocentowej obniżki
cen papierosów Marlboro, mającej na celu podniesienie ich konkurencyjności
wobec wypierających je z rynku tańszych gatunków. Specjaliści od reklamy wpadli
w panikę i zgodnym krzykiem obwieścili
nie tylko śmierć Marlboro, lecz również wszystkich znanych nazw
handlowych. Uznawano, że jeśli tak „prestiżowy” produkt, jak Marlboro, ze swoim
wizerunkiem, którego wymyślenie, dopracowanie i dopieszczenie pochłonęło ponad
miliard dolarów, chce konkurować z wyrobami nieznanych firm, to znaczy, że cała
koncepcja renomowanej marki straciła rację bytu. Konsumenci obejrzeli reklamy i
postanowili je zlekceważyć. Marlborowski
kowboj (Marlboro Man) to w
końcu nie pierwsza lepsza kampania reklamowa; powołany do życia w 1954 roku,
stał się najdłużej kontynuowaną pojedynczą kampanią w historii reklamy. Był
legendą. Jeśli padł kowboj Marlboro, no cóż, to znaczy, że padła wartość
rynkowa nazwy handlowej w ogóle. Na Wall Street rozległy się przerażone glosy,
że Amerykanie en masse zaczęli nagle samodzielnie myśleć. W dniu, w którym Philip Morris zapowiedział
redukcję cen, poleciały na łeb na szyję akcje wszystkich firm wytwarzających
produkty codziennego użytku... Najgorszy łomot dostały papiery Philipa Morrisa.
Bob Stanojev, amerykański dyrektor
regionalny ds. marketingu towarów konsumpcyjnych firmy Ernst & Young, tak
oto wyjaśnił logikę kryjącą się za paniką na Wall Street: „Wystarczy, że jeden czy drugi wielki wytwórca produktów
konsumpcyjnych zacznie opuszczać ceny, by uruchomić lawinę. A wtedy cena
zacznie rządzić rynkiem. (...)
Szaleństwo oszczędności,
które ogarnęło konsumentów na początku lat 90, stanowiło bolesny cios dla
producentów renomowanych firm. Nagle uznały one, że rozsądniej będzie
przeznaczyć środki na obniżki cen i inne sposoby zachęcania do zakupu niż na
bajecznie kosztowne kampanie reklamowe.
(...)
Marka odbija się od dna ......... 33
Niektóre marki z linii autu przyglądały
się, jak Wall Street obwieszcza ich śmierć. Zabawne, musiały sobie myśleć,
wcale nie czujemy się martwe.
Tak jak specjaliści od reklamy
przepowiadali od początku recesji, obronną ręką wyszły z niej te korporacje,
które konsekwentnie stawiały na marketing, a nie na atrakcyjność cenową: Nike,
Apple, Body Shop, Calvin Klein, Disney, Levi’s i Starbucks. Nie tylko miały
się... świetnie, ale i w coraz większym stopniu koncentrowały swoją aktywność
na budowaniu wizerunku marki. Rzekomy produkt stanowił dla nich jedynie pretekst
do skupienia się na prawdziwej produkcji: produkcji marki. Idea marki stała się
spoiwem przenikającym całą strukturę przedsiębiorstwa. Powstawała
wewnętrzna kultura firmy, tak gęsta i hermetyczna, iż z zewnątrz przypominała skrzyżowanie drużyny zuchowej z
sektą religijną i sanatorium dla nerwowo chorych. Wszystko służyło
reklamie marki: dziwaczne słownictwo na określenie pracowników (partnerzy, baristas, zawodnicy jednej drużyny,
towarzysze walki), kolektywne śpiewy, prezesi kreujący się na wzór gwiazd
filmowych, fanatyczna konsekwencja wzornictwa, skłonność do monumentalnej architektury i
mesjanistyczne deklaracje w stylu New Age. W odróżnieniu od zwykłych marek
codziennego użytku...znaki firmowe tych przedsiębiorstw nie zaczęły wcale
wymierać, przeciwnie, szturmem zdobywały kolejne marketingowe szczyty, stając
się rekwizytorami nowej kultury i tworząc całą filozofię stylu życia.
Tak więc naprawdę najważniejszym skutkiem
Piątku Marlboro było równoczesne, nagłe powołanie do życia dwóch
najistotniejszych zjawisk marketingu i konsumpcjonizmu lat 90.: wielkich,
tanich sklepów wielobranżowych, oferujących podstawowe produkty codziennego
użytku i monopolizujących nieproporcjonalnie dużą część rynku (Wal-Mart i in.)
oraz naładowanych „filozofią” supermarek, oferujących gotową koncepcję stylu
życia i monopolizujących coraz większe obszary przestrzeni kulturowej (Nike i
in.), Sposób, w jaki te dwa filary konsumpcjonizmu doszły do swojej dzisiejszej
pozycji, wywrze głęboki wpływ na sytuację ekonomiczną w następnych latach. (...)
Scott Bedbury, wiceprezes działu marketingu,
szczerze przyznaje, że „konsumenci nie wierzą w istnienie istotnych różnic
pomiędzy poszczególnymi produktami”, co powoduje, że firma musi „budować więź
emocjonalną” ze swoimi klientami poprzez specyficzne „doświadczenie Starbucks”.18
(...)
ROZDZIAŁ
DRUGI MARKA
ROŚNIE W SIŁĘ
Jak logo
wepchnęło się na środek sceny
......... 45
Krokodyl jest symbolem Lacoste, pomyśleliśmy więc, że firma może
być zainteresowana sponsorowaniem naszych krokodyli.
- Silvino Gomes, dyrektor działu promocji lizbońskiego ZOO
o programie twórczej współpracy z korporacyjnymi
sponsorami, marzec 1998
Gdy chodziłam do czwartej klasy, obcisłe
markowe dżinsy stanowiły przedmiot powszechnego pożądania – mnóstwo czasu
spędzałyśmy wtedy na sprawdzaniu naszywek na naszych tyłkach. Miałyśmy wtedy po
osiem lat, ale naszym życiem już wówczas rządził terror znaku firmowego.
Jakieś dziewięć lat później pracowałam w
sklepie Esprit w Montrealu. Mamy, przyprowadzające tam swoje sześcioletnie
córeczki, interesowały wyłącznie ciuchy z nazwą marki wypisaną z przodu dużymi
literami o charakterystycznym kroju. „Za nic nie włoży na siebie niczego bez
nazwy”, zwierzała się taka mama, kiedy gawędziłyśmy sobie pod przymierzalnią.
Nie jest żadną tajemnicą, że od tamtej pory marka wywalczyła sobie bez
porównania bardziej powszechną i natarczywą obecność. Napisy w rodzaju Baby Gap
i Gap Newborn wpajają świadomość marki w najmłodszych, robiąc z niemowlaków
raczkujące minibillboardy.
Do końca lat 70. logo na ubraniu zazwyczaj
kryło się przed wzrokiem, umieszczone dyskretnie na wewnętrznej stronie
kołnierzyka. (...)
Rozdymanie
się logo przebiegało tak dramatycznie, iż siłą rzeczy musiało doprowadzić do
istotnych zmian jakościowych. (...)
Celem reklamy i sponsoringu zawsze było utożsamienie produktu, drogą skojarzeń,
z pozytywnym przeżyciem kulturalnym czy społecznym. Nowym zjawiskiem lat 90.
jest jednak coraz wyraźniejsza tendencja
do wyjmowania owych asocjacji z dziedziny przedstawień i przenoszenie
ich do bezpośrednio przeżywanej rzeczywistości.
Skutkiem,
jeśli nie pierwotną intencją, owych zabiegów jest zepchniecie kultury do roli
tła, na którym marka może zabłysnąć pełnym blaskiem. Nie
chodziło o to, by sponsorować kulturę, lecz żeby być kulturą. A właściwie, dlaczego by nie? Skoro marki nie są produktami, tylko ideami,
postawami, wartościami i doświadczeniami, kto im zabroni być również kulturą? Jak zobaczymy w dalszej części niniejszego rozdziału, pomysłów został
urzeczywistniony z takim powodzeniem, iż granica pomiędzy korporacyjnymi
sponsorami a sponsorowaną kulturą przestała w zasadzie istnieć.
(...)
Metkowanie pejzażu
miejskiego ......... 53
Londyńczycy poznali na własnej skórze
ekspansywną naturę marki podczas przygotowań
do gwiazdki zimą 1997 roku. Zaczęło się od tego, że Regent Street
Association stwierdziło, iż nie ma pieniędzy na wymianę przepalonych żarówek w
łańcuchach lampek, które tradycyjnie zdobiły ulicę w okresie świątecznym. Yves
Saint Laurent wystąpił z propozycją pokrycia części kosztów w zamian za
umieszczenie pośród dekoracji logo firmy. Kiedy rozwieszono wreszcie lampki,
okazało się, że znaczki YSL znacznie przekraczają ustalone w umowie rozmiary.
Rzęsiście oświetlone, wysokie na 5,5 metra symbole na każdym kroku przypominały
robiącym zakupy londyńczykom, komu zawdzięczają świąteczną atmosferę.
(...)
Metkowanie mediów ......... 56
Wszystkie opowiedziane tu historie
wskazują na tę samą tendencję, jednak na obecnym etapie sponsoringu, ani
tęsknota za mityczną, wolną od hegemonii marki przeszłością, ani marzenia o
utopijnej, nie znającej komercjalizacji
przyszłości nie mają większego
sensu. Branding staje się zjawiskiem niepokojącym – jak to miało miejsce w
omówionych wyżej przypadkach – dopiero, kiedy dojdzie do dramatycznego
zachwiania równowagi na korzyść sponsorującej marki i co za tym idzie,
odzierania otaczającej markę kultury z elementarnych wartości oraz sprowadzanie
jej do roli narzędzia promocji.
(...)
Metkowanie muzyki ......... 63
W roku 1993 Gap wystąpił z serią
reklam „Who wore khaki?” („Kto nosił
khaki?”), wykorzystując stare zdjęcia takich znanych postaci kontrkultury, jak
James Dean czy Jack Kerouac, ubranych w
brunatnozielone portki. Kampania bazowała na formule szablonowego
„dokooptowania”: weź coolerskiego artystę, skojarz jego mistykę ze swoją marką,
a potem miej nadzieję, że ta asocjacja się przyjmie i ty też staniesz się cool.
(...)
Nike: metkowanie
sportu ......... 68
Każda dyskusja na temat markowych sław
nieuchronnie zmierza do tego samego punktu: jest nim Michael Jordan, okupujący
pierwsze pozycje na wszystkich listach, człowiek, który wcielił się we własną
markę JORDAN, określany przez swojego agenta specjalnie na ten cel ukutym
terminem „supermarka”. Jednak omówienie markowego potencjału Michaela Jordana
trzeba rozpocząć od marki, która wyrobiła mu markę: od Nike’a.
Nike odniósł w dziedzinie spychania sportu
na dalszy plan sukces, o jakim aspirujące do roli gwiazd rocka browary mogą
tylko pomarzyć. Oczywiście, sport zawodowy, tak samo jak promowana przez
wielkie wytwórnie fonograficzna muzyka, jest przedsięwzięciem sensu stricto dochodowym, dlatego też
historia Nike’a ilustruje nie tyle zjawisko kurczenia się przestrzeni
nieobjętej marketingiem – która (o co można by się spierać) w tym kontekście
nigdy nie istniała – ile mechanizmy brandingu i jego zdolności usuwania
wszystkiego w cień. Koncern, połykający gigantycznymi haustami przestrzeń
kulturową, stanowi wzorcowy przykład transcendentnej supermarki lat 90., a jego
działalność, lepiej niż w przypadku jakiejkolwiek innej pojedynczej firmy,
pokazuje charakterystyczne dla brandingu dążenie do zatarcia wszelkich granic
pomiędzy sponsorem a sponsorowanym. Oto
producent butów do biegania, który postawił sobie za cel wysadzenie z siodła
profesjonalnego sportu, igrzysk olimpijskich, a nawet słynnych sportowców, by
samemu stać się jedyną obowiązującą definicją sportu.
Prezes Niike’a Phil Knight zaczął
sprzedawać buty do biegania jeszcze w latach 60., jednak prawdziwą fortunę zbił
dopiero wtedy, kiedy profesjonalne obuwie stało się obowiązkowym rekwizytem
joggingowego szaleństwa, które ogarnęło Amerykę. Lecz gdy w połowie lat 80.
moda na jogging zaczęła słabnąć, a Reebok zmonopolizował rynek pantofli do aerobiku, Nike został producentem, któremu
groziło skończenie na wielkim śmietniku przelotnych kaprysów Yuppies. Zamiast
zwyczajnie przerzucić się na produkcję obuwia sportowego innego typu Knight
postanowił, że w nowej inkarnacji Nike’a buty do biegania zajmą pozycję
marginalną. Zostawmy je Reebokowi i Adidasowi – Nike przekształci się, wedle
słów Knghta, w „najlepszą firmę w dziedzinie sportu i fitness na świecie”.55
Możemy wyróżnić trzy podstawowe
wytyczne, którymi kierowali się szefowie Nike’a. Pierwsza: zrób z
wyselekcjonowanej grupy sportowców
supergwiazdy w hollywoodzkim stylu, które będą kojarzone nie ze swoimi
drużynami, a czasem nawet nie z uprawianą przez siebie dyscypliną, lecz z
pewnymi czystymi ideami, związanymi ze sportem jako takim, jak na przykład
przekraczanie barier czy wytrwałość – innymi słowy, z grecko-rzymskim ideałem
atletycznego męskiego ciała. Druga:
wystaw „Czysty Sport” Nike’a i jego drużynę sportowych supergwiazd przeciwko
opanowanemu obsesją przepisów skostniałemu światu tradycyjnego sportu. Trzecia
i najważniejsza: tłocz na wszystkim swoje logo, jakby od tego zależało twoje
życie.
Krok 1: wykreuj gwiazdę
sportu ......... 69
Niesamowite umiejętności koszykarskie
Michaela Jordana wywindowały Nike’a pod markowe niebiosa, ale to reklamy Nike’a
uczyniły z Jordana globalną supergwiazdę. To prawda, że utalentowani sportowcy,
tacy jak Babe Ruth czy Muhammad Ali, cieszyli się popularnością jeszcze prze
nastaniem Nike’a, ale sława żadnego z nich nie wzbił się na takie kosmiczne
wysokości, co sława Jordana. Ten poziom
zarezerwowany był dla znakomitości świata filmu i muzyki, które przeszły
obróbkę za pomocą efektów specjalnych, były umiejętnie kierowane przez
reżyserów, a ich sukces stał się możliwy dzięki sile oddziaływania filmów i
wideoklipów. Gwiazdy sportu ery sprzed Nike,a
niezależnie od tego, jak bardzo były utalentowane i uwielbiane, nie
mogły oderwać się od ziemi. Owszem, piłka nożna, hokej i baseball nieustannie
gościły w telewizji, ale pokazywany w niej sport ograniczał się do
rzeczywistych meczów, pokazywanych minuta po minucie, zagranie po zagraniu,
często nudnych, a tylko momentami podniecających, gdzie techniczną perfekcję
widać było jedynie na powtórkach w zwolnionym tempie. Co zaś się tyczy reklam
produktów, w których występowali sportowcy, czy w prasie, czy w telewizyjnych
spotach, miały one niewiele wspólnego z supernowoczesnymi metodami kreowania
gwiazd...
W roku 1985 telewizyjne reklamówki
Nike’a z udziałem Michaela Jordana wprowadziły sport do świata rozrywki:
stop-klatki, zbliżenia i szybkie cięcia pozwoliły pokazać Jordana zawieszonego w skoku, wywołując niesamowite
złudzenie, że naprawdę potrafi latać. Idea wprzęgnięcia technologii produkcji
sportowego obuwia do tworzenia wyższej istoty – Michaela Jordana płynącego w
powietrzu w zwolnionym tempie – stanowi znakomity przykład naukowej metody
mitotwórczej. Reklamówki z Jordanem były pierwszymi sportowymi wideoklipami, co
stanowiło absolutną nowość. Jak powiada sam Michael Jordan, „Phil [Knight] i
Nike zrobili ze mnie żywe marzenie”.56
(...)
Krok 2: zniszcz
współzawodników ......... 72
Jak każdy zawodnik stający do
zawodów, Nike ma tylko jeden cel: zwyciężyć. Chodzi tutaj jednak o coś więcej
niż samo wygranie wojny o sportowe buty. To oczywiste, że Nike nie cierpi
Adidasa, Fila czy Reebooka, ale co bardziej istotne, Phil Knight zadarł również
z działaczami sportowymi, których zachłanność, jak powiada, „na każdym kroku
prowadzi do konfliktów z interesami sportowców”59, z NBA, która jego
zdaniem postępuje nie fair, podłączając się pod korporacyjną maszynerię
kreowania gwiazd60, a także z Międzynarodowym Komitetem Olimpijskim,
z którego elitaryzmu i skorumpowania Knight szydził jeszcze na długo przed
serią skandali łapówkarskich w 1999 roku.61 W świecie według Nike’a,
wszystkie oficjalne kluby, związki i komitety sportowe fizycznie niszczą ducha
sportu – ducha, który tylko Nike uosabia i umie docenić.
Tak więc w czasie, gdy mitotwórcza
machina koncernu fabrykowała ideę drużyny Nike’a, kierownictwo firmy pracowało
nad nowymi pomysłami, które pozwoliłyby Nike’owi wkręcić się na centralną
pozycję w sporcie zawodowym. Najpierw Nike spróbował wysadzić z siodła agentów,
otwierając swoją własną agencję, która miała za zadanie nie tylko reprezentować
sportowców przy negocjowaniu warunków kontraktów, lecz również wymyślać dla
swoich klientów zintegrowane strategie marketingowe, dopełniające – zamiast
rozmywać – własną strategię Nike’a, często przez narzucanie innym firmom jego
koncepcji reklamowych.
Standardowa odpowiedź Phila Knighta
na nieuniknioną krytykę ze strony sportowych purystów, zarzucających mu
wywieranie nadmiernego wpływu na sponsorowane przez siebie imprezy, brzmi:
„Sportowiec pozostaje naszą racją istnienia”.63 (...)
Według Katza, „od samego początku
misją Knighta było zbudowanie dla sportu piedestału, jakiego świat jeszcze nie
widział”.64 Na piedestale w
Nike Town na Manhattanie zobaczymy jednak nie Michaela Jordana, ani nawet nie
koszykówkę jako dyscyplinę sportową, lecz obracający się but. Niczym
primadonna, ściąga na siebie światła wszystkich reflektorów – pierwszy sławny
but na świecie.
Krok 3: sprzedawaj markę po
kawałku, jak mur berliński ......... 74
Nic lepiej nie uosabia ery brandingu niż
Nike Town, sieć flagowych sklepów firmowych koncernu. Każdy z nich stanowi
świątynię, cel pielgrzymki wiernych, mauzoleum. Nike Town na Wschodniej
Pięćdziesiątej Siódmej na Manhattanie jest czymś więcej niż eleganckim salonem
handlowym, dekorowanym obowiązkowym matowym chromem i jasnym drewnem. To
świątynia, w której swoosh otaczany jest podwójnym kultem religijnym, jako
symbol sztuki i symbol bohaterstwa. Gdzie nie spojrzeć, swoosh utożsamiany jest
ze sportem: w szklanych gablotkach, w których z pełną czci
pieczołowitością przedstawiono
„definicję sportowca”, w inspirujących cytatach na temat „Odwagi”, „Honoru”,
„Zwycięstwa” i „Pracy Zespołowej”, którymi inkrustowany jest parkiet, oraz na
inskrypcji, dedykującej budynek „wszystkim sportowcom i ich marzeniom”.
Spytałam sprzedawcę, czy wśród
tysięcy koszulek, kostiumów kąpielowych, sportowych biustonoszy i skarpet
znajdzie się chociaż jedna rzecz bez logo Nike’a na
zewnętrznej stronie. Głęboki namysł. Koszulki, nie. Buty, nie. Dresy,
nie.
- Dlaczego? – zapytał wreszcie z
nutką urazy w głosie. – Czyżby ktoś miał uczulenie na nasze logo?
Nike’iem, królem supermarek, rządzi
tak silny popęd pożerania wszystkiego, co go otacza, że nie robi tego ze
złośliwości, lecz zwykłego odruchu zaciskania szczęk. Jest żarłoczny z natury.
Nie przypadkiem jednym z elementów strategii marketingowej firmy jest ikonka
przypominająca znaczek odfajkowania – „fajka Nike’a”. Nike odfajkowuje kolejne
połykane przez siebie przestrzenie. Luksusowe salony firmowe? Odfajkowane. Hokej? Baseball? Piłka nożna? Odfajkowane.
Odfajkowane. Odfajkowane. Koszulki? Odfajkowane. Czapki? Odfajkowane. Bielizna?
Odfajkowane. Szkoły? Toalety? Fryzury (logo wygolone na jeżyku)? Odfajkowane.
Odfajkowane. Odfajkowane. (...) z salonów tatuażu... Metkowanie ludzi?
Odfajkowane.
Ometkowany gwiazdor ......... 75
Jeszcze jedna przyczyna leży u podstaw
oszałamiającego sukcesu, jaki Nike odniósł w rozpowszechnianiu swej marki.
Supergwiazdy sportu, klocki, które posłużyły do zbudowania wizerunku, okazały
się bezkonkurencyjnymi narzędziami w naszej epoce wzajemnego potęgowania
działania (synergii): są stworzone do krzyżowej promocji. Spice Grls mogą
kręcić filmy, a gwiazdy filmu mogą przechadzać się po bieżni, ale ani jedni,
ani drudzy nie zdobędą medalu na olimpiadzie. Napisanie dwóch książek, zagranie
w dwóch filmach i poprowadzenie własnego programu telewizyjnego przez Dennisa
Rodmana jest znacznie bardziej realne niż zagranie przez Martina Amisa albo
Seinfelda w obronie Chicago Bulls...
Tylko bohaterowie kreskówek – inni faworyci synergii – są bardziej
uniwersalni od gwiazd sportu.
Jednakże z punktu widzenia Nike’a, wspaniały
potencjał promocyjny pracujących dla niego sław ma również swoje ujemne strony.
Chociaż Phil Knight nigdy się do tego
nie przyzna, Reebok, Adidas i NBA nie są jedynymi rywalami Nike’a; do
konkurencji dołączył jeszcze jedna marka: Michael Jordan.
W ciągu ostatnich trzech lat przed
zakończeniem kariery sportowej Jordan dystansował się powoli od swojej roli
żywego symbolu Nike’a, by stać się tym, co jego agent nazywa „supermarką”.
Odmówił współpracy, kiedy Nike zaczął bawić się w agencję sportową,
oświadczając, że firma musiałaby mu zapłacić milionowe odszkodowanie za
utracone zyski. Zamiast pozwolić dyktować sobie, co i dla kogo ma reklamować,
próbował wciągać rozmaitych sponsorów do wspólnych projektów. (...)
Na razie jednak między zwaśnionymi
supermarkami zapanował pokój. Nike dał Jordanowi więcej swobody w
rozbudowywaniu jego własnej linii odzieżowej, wciąż w ramach imperium Nike’a,
ale przy zachowaniu znacznie większej autonomii. (...) Wreszcie ziściło się marzenie Jordana – stał
się własną, niezależną marką, reklamowaną przez innych sławnych ludzi.
Era markozaurów ......... 77
Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że
gry siłowe pomiędzy wartymi miliony dolarów sportowcami a zarabiającymi
miliardy koncernami mają niewiele wspólnego z kurczeniem się nie objętej
marketingiem przestrzeni, które stanowi przedmiot tej części książki. Jednak z
historii Jordana i Nike’a można wysnuć ogólniejsze wnioski i na jej przykładzie
prześledzić sposób, w jaki imperatyw kreowania marki zmienia nasz sposób
patrzenia na sponsora i sponsorowanego, aż do momentu, kiedy idea
nieometkowanej przestrzeni – muzyki istniejącej niezależnie od spodni,
festiwali nie będących li tylko rozszerzeniem działalności browarów, osiągnięć
sportowych podziwianych dla nich samych i dla niczego więcej – staje się trudna
do pomyślenia. Jordan i Nike symbolizują nowy paradygmat, który usuwa wszelkie
granice między budowaniem tożsamości marki (brandingiem) a kulturą, nie
pozostawiając ani krzty przestrzeni nie objętej marketingiem.
(...)
ROZDZIAŁ TRZECI WSZYSTKO SIĘ ZMIENIA
Rynek
młodzieżowy i coolerski marketing .........
81
Powiedzieć coś takiego to straszne, ale najbardziej ekscytująco
ubierają się biedacy.
- projektant mody Christian Lacroix dla
magazynu Vogue, kwiecień 1994
W ostatniej klasie liceum godzinami
rozmawiałam z moją najlepszą przyjaciółką, Lan Ying, o tym, że nasze życie nie
ma sensu, bo wszystko już zostało zrobione. Otaczający nas świat jawił nam się
nie jako zbiór możliwości, lecz labirynt wydeptanych ścieżek.
Przeświadczenie, iż twoje przyjście
na świat zbiegło się z końcem historii, jest oczywiście klasycznym symptomem
nastoletniego narcyzmu.
Pamiętam chwilę, w której uświadomiłam
sobie, że moja frustracja i głód przestrzeni nie jest skutkiem
niepowstrzymanego marszu historii, lecz faktu, iż sztanca komercjalizacji
pracuje dziś z szybkością niewyobrażalną dla poprzednich pokoleń.
W klimacie nienasyconego apetytu na
rynek młodzieżowy wszelka twórczość kulturalna odbywa się w bezpośrednim
związku z owym głodem.
Żeby łatwiej zrozumieć, jak do tego
doszło, że na początku lat 90. kultura młodzieżowa stała się tak pożądanym
rynkiem, powróćmy na chwilę do czasów recesji i kryzysu marki, bezpośrednio
poprzedzających rozbudzenie się owego apetytu – czasów, kiedy to konsumenci
gremialnie zawiedli korporacyjne oczekiwania, wytwarzając pilną konieczność
znalezienia nowej klasy klientów, którzy wypełniliby powstałą lukę.
Rynek młodzieżowy ratuje
sytuację ......... 85
Sytuacja zmieniła się na początku lat 90.,
kiedy nabywcy z pokolenia baby-boomu
ochłonęli z konsumpcyjnego szaleństwa i marki przeszły kryzys tożsamości. Po
Piątku Marlboro Wall Street dokładniej przyjrzała się markom, które oparły się
recesji, a nawet miały się całkiem dobrze, i zauważyła interesującą
prawidłowość. Wśród producentów , których sprzedaż nie spadła, a niekiedy
zaczęła nawet szybko rosnąć, znalazło się piwo, napoje chłodzące, fast foody i
obuwie sportowe – nie wspominając o gumie do żucia i lalkach Barbie. Było coś
jeszcze: w roku 1992, pierwszy raz od
1975, liczba nastolatków w Stanach
zwiększyła się. Producentom i ludziom z przemysłu rozrywkowego zaczynało powoli
świtać, że za spadek sprzedaży nie odpowiada być może „markowy daltonizm”
konsumentów, lecz koncentrowanie się na niewłaściwej grupie
demograficznej.
(...)
Zazdrość o bycie cool: marki wracają do szkoły ......... 86
Doładowany perspektywami, jakie obiecywał
rozwój brandingu i rynek młodzieżowy, sektor korporacyjny przeżył wybuch twórczej energii. Odjazdowe, cool, alternatywne, młode, super –
jakkolwiek byś to nazwał – stanowiło idealną tożsamość dla wytwarzających
produkty koncernów, które zapragnęły przeobrazić się w transcendentną ,
zbudowaną wokół wizerunku markę. Reklamodawcy, menedżerowie odpowiedzialni za
rynkowy wizerunek marki, producenci muzyczni, filmowi i telewizyjni ruszyli
hurmem z powrotem do liceum, gorączkowo poszukując nadającego się do powielenia w telewizyjnych spotach „luzu”, który
nastolatkowie i dwudziestoparolatkowie skonsumują wraz ze swoimi snackami i
popularnymi melodiami. Podobnie jak we wszystkich szkołach na świecie, pytanie
„czy jestem cool?” wyparło wszystkie
inne kwestie, rozbrzmiewając echem nie
tylko w klasach i szatniach, lecz również w salach konferencyjnych i podczas
roboczych spotkań na korporacyjnych szczytach.
(...)
Agenci zmiany: cool wkracza do biur i sal
konferencyjnych ......... 88
Zanim dotarliśmy do obecnego etapu
fascynacji cool, groziło nam, że w ogóle nie wyruszymy w tę podróż. Chociaż już
w roku 1993 trudno było znaleźć producenta ubrań, żywności, napojów czy
rozrywki, który by nie celował swoimi produktami w wielce obiecujący rynek
młodzieżowy, wielu z nich nie miało pojęcia, jak się do niego dobrać. W
momencie, kiedy rozpętała się szalona licytacja, kto jest bardziej cool, duża część koncernów przechodziła
okres zamrożenia zatrudnienia, powoli podnosząc się po redukcjach etatów,
przeprowadzanych najczęściej wedle zasady „ostatni zatrudniony – pierwszy
wyrzucony”, obowiązującej w czasie recesji końca lat 80.
(...) `
Łowcy trendów: legalny odstrzał
kultury młodzieżowej ......... 90
Podczas gdy agenci zmiany gotowali
się do podrasowania korporacyjnego świata od wewnątrz, nowa branża „łowców
trendów” (cool hunters) obiecywała
korporacjom dokonać tego samego od zewnątrz. Wszystkie najważniejsze
korporacyjne ciała doradcze ds. cool
– agencje łowców trendów, takie jak Sputnik, The L. Report, Burea de Style –
powstały w latach 1994-1996, w samą porę, by zaprezentować się jako
osobistości, i naturalnie cool,
klienci marek. Idea była bardzo prosta: spenetrować oazy najbardziej trendy
stylów życia, nagrywając materiał na taśmę wideo, którą sprzeda się następnie
takim klientom, jak Reebok, Absolut Vodka czy Levi’s, wraz ze śmiałym
orzeczeniem w rodzaju „zakonnicy są cool”.84
Firmy te doradzają swoim klientom włączanie do kampanii reklamowych ironii,
surrealizmu i „komunikacji wirusowej”.
(...)
Hip-hop podkręca markę ......... 91
Jak widzieliśmy, w latach 80.
musiałeś być stosunkowo bogaty, by zwrócić na siebie uwagę sprzedawców. W
latach 90. wystarczy, że będziesz cool.
Projektant Christian Lacroix zauważył na lamach magazynu Vogue: „Powiedzieć coś
takiego to straszne, ale najbardziej ekscytująco ubierają się ludzie biedni”.87
Od dziesięciu lat czarni mężczyźni z
najbiedniejszych dzielnic amerykańskich miast stanowią wyjątkowo agresywnie
eksploatowane przez budowniczych marek źródło zapożyczonych „znaczeń” i
tożsamości.
(...)
Tommy Hilfiger: do getta i z
powrotem ......... 93
Tommy Hilfiger zaszedł jeszcze dalej
niż Nike i Adidas we wprzęganiu cool rodem
z getta w machinę marketingu na masową skalę. Hilfiger ukuł formułę, przejętą
następnie przez Polo, Nautikę, Munsingwear (dzięki sympatii, jaką darzy znaczek
z pingwinem Puff Daddy) i kilka innych koncernów odzieżowych, poszukujących
szybkich metod wprowadzenia luzu charakterystycznego dla mieszkańców dzielnic
nędzy do centrów handlowych na zamożnych przedmieściach.
Niczym odpolityczniona,
hiperpatriotyczna wersja Benettona, Hilfiger pokazuje na swoich reklamach
wielokulturowość z plaż Cape Cod: ludzie o czarnych twarzach, przechadzający
się z białymi braćmi i siostrami o rozwiewanych wiatrem włosach po rajskich
terenach rekreacyjnych, z nieodmiennie powiewającą w tle amerykańską flagą.
„Dzięki szacunkowi dla inności możemy
dotrzeć do wszystkich kultur i społeczności”, powiada koncern. „Promujemy [...]
ideę urzeczywistnienia amerykańskiego snu”94. Ale suche fakty międzyrasowego sukcesu
finansowego Tommy Hilfigera wskazują nie tyle na odnalezienie wspólnego gruntu
dla różnych kultur, co na siłę oddziaływania mitologii, mocno osadzonej w
amerykańskiej tradycji segregacji rasowej.
(...)
Niezależna Wytwórnia Inc. ......... 94
Doradzając czytelnikom magazynu Fortune, jak sprzedawać nastoletnim
dziewczętom, Nina Munk pisze: „musisz udawać, że to od nich wszystko zależy.
[...] Udawaj, że trzeba cię dopiero odkryć. Udawaj, że to one mają ostatnie
słowo”.96 Bycie potężną
korporacją stanowi może plus na Wall
Street, ale jak się szybko przekonały marki polujące na cool,
na Cool Street najlepiej sprzedaje się „niezależne”. Wiele firm, bynajmniej nie
zaniepokojonych tym przesunięciem środka ciężkości stworzyło własne rzekomo
„niezależne” marki (...)
Usiłując zarobić na szaleństwie
marketingu niezależności, nawet sama Coca-Cola, najlepiej rozpoznawalna marka
na świecie, pokusiła się o próbę zejścia do podziemia. (...)
Ironiczna konsumpcja:
dekonstrukcja niepożądana ......... 95
Tylko że Levi’s znowu przegapił
„zmianę paradygmatu”. Nie trzeba było długo czekać, żeby podejmowane na
poważnie próby reklamowania najbardziej pospolitych, produkowanych na masowo
artykułów jako alternatywnego
punkrockowego stylu życia zaczęły
wzbudzać drwiący śmiech wiecznie wymykających się marketingowej machinie,
dyktujących trendy dzieciaków, z których wielu porzuciło modę na niezależne,
zanim marki zdążyły się w nią włączyć, i spokojnie przeszło do następnego
etapu.
(...)
Sprzedawaj albo daj się
sprzedać ......... 97
Po prawie dziesięciu latach
brandingowego szaleństwa polowanie na cool zaczęło się stawać wewnętrznie
sprzeczne: łowcy trendów muszą rozrzedzać „mikrokultury”, twierdząc, iż tylko
oni wiedzą, jak je wydobyć spod ziemi – inaczej komu byliby potrzebni?
(...)
Rock’n’rollowi prezesi
......... 98
Zabawna ironia tkwi w fakcie, że tak
wielu naszych przodowników przemysłu płaci ciężką kasę za wskazanie drogi do
markowej nirwany. Prawdziwymi barometrami cool
nie są łowcy trendów, spece od postmodernistycznej reklamy, czy nawet owi trendy nastolatkowie, stanowiący obiekt
tych wszystkich podchodów. Są nimi prezesi we własnych osobach, przeważnie tak
cholernie bogaci, iż stać ich na utrzymanie się na samym czubku najbardziej cool trendów kulturowych.
(...)
Wychodzenie z kryzysu ......... 99
Jak przekonamy się później, nieposkromiona
żarłoczność, z jaką korporacje uganiały się za wszystkim, co jest cool, w dużym stopniu przyczyniła się do
rozbudzenia antymarkowego aktywizmu: niszcząc billboardy, włamując się do
systemów komputerowych i urządzając spontaniczne nielegalne imprezy uliczne,
młodzi ludzie odzyskują przestrzeń zawłaszczoną przez świat wielkich
korporacji, „odmetkowując” ją partyzanckimi metodami. Ale niezwykła skuteczność
łowców trendów również w inny sposób przygotowała scenę dla antykorporacyjnych
ruchów: mimochodem odsłoniła bezsilność wszystkich innych form politycznego
oporu poza oporem wobec działalności
wielkich korporacji, który w pewnym momencie sam stał się supernowoczesnym
trendem marketingowym.
(...)
ROZDZIAŁ
CZWARTY METKOWANIE
NAUKI I EDUKACJI
Reklama w
szkołach i na uniwersytetach .........
105
Demokratyczny system edukacji (...) stanowi jeden z
najpewniejszych sposobów tworzenia i poszerzania rynku zbytu dla wszelkiego
rodzaju towarów, a zwłaszcza takich, które mają jakiś związek z modą.
-
były spec od reklamy James Rorty, Our Master’s Voice, 1994
Chociaż wygląda na to, że marki są z
dzieciakami wszędzie – na koncertach, na kanapie przed telewizorem, na
estradzie u boku młodzieżowych idoli, w grupach czatowych, na placach zabaw i
boiskach do koszykówki – jeszcze do niedawna nie miały wstępu do jednego z
głównych bastionów młodości: miejsca, gdzie młodzi ludzie zbierają się,
rozmawiają, wymykają na szluga, podrywają się, wyrabiają sobie opinie i co
najbardziej wkurzające ze wszystkiego, spędzają ze sobą całe godziny,
wyglądając cool. Tym miejscem jest szkoła. Jasne więc, że marki musiały dostać
się do szkół.
„Zgodzicie się ze mną, że młodzieżowa grupa konsumencka
stanowi nietknięte źródło nowych zysków. Zgodzicie się również, że grupa ta
spędza większość każdego dnia w budynku szkoły. Problem polega więc na tym, jak
się tam dostać”, głosi typowa prowokacyjna broszurka Fourth Annual Kid
Power Marketing Conference. (...)
Hej, dzieciaki! Promujcie się
same! ......... 111
Korporacyjna
obsesja poszukiwania tajemnej recepty na cool
prowadzi do nieustannego odkrywania nowych, nie wyzyskanych jeszcze źródeł tego
bezcennego surowca. W końcu łowcy trendów nauczyli nas przynajmniej tego, że
grupy młodzieży nie są tylko skromnymi konsumentami, lecz także sztandarowymi
reprezentantami swojej grupy demograficznej. Dla menedżerów prowadzących
produkt na rynku każda szkolna klasa jest potencjalną grupą dyskusyjną,
czekającą tylko, żeby podyskutować o ich marce. Zapewnienie sobie wstępu do szkoły
pozwala więc na coś więcej niż tylko zwykłe reklamowanie produktu – stwarza
również możliwość łowienia trendów po bardzo niskich kosztach.
Dlatego właśnie ZapMe!, szkolna
wersja przeglądarki, nie ogranicza się do sprzedawania sponsorom miejsca na
reklamę; przy okazji monitoruje ścieżki, jakimi dzieciaki poruszają się po
Internecie, a wyniki tych bezcennych badań rynku, uporządkowane według płci,
wieku i kodu pocztowego, udostępnia swoim reklamodawcom. Uczniowie, logujący
się do ZapMe!, są bombardowani reklamami, skrojonymi specjalnie dla ich
mikrogrupy docelowej.119 Amerykańskie szkoły przeżywają prawdziwą
eksplozję tego rodzaju szczegółowych badań rynku: cotygodniowe grupy
dyskusyjne, testy smakowe, ankiety na temat preferencji, badania opinii, dyskusje panelowe w
Internecie, wszystko to jest w szkolnych klasach na porządku dziennym.
(...)
Branding na uniwersytecie ......... 116
Gdy marki powoli przeobrażają
doświadczenie okresu studiów, innego rodzaju zawłaszczenie odbywa się na
poziomie prowadzonych przez uczelnie badań naukowych. Wszędzie na świecie
uniwersytety udostępniają swoją bazę naukową i bezcenną akademicką wiarygodność
koncernom, które wykorzystują je zgodnie ze swoim interesem.
(...)
Gdzie była opozycja? ......... 119
Wiele osób, uzmysłowiwszy sobie, jak
daleko posunął się proces metkowania nauki i nauczania, chce wiedzieć, gdzie
byli w czasie tej transformacji pracownicy naukowi uniwersytetów, nauczyciele,
rady nauczycielskie i rodzice. W przypadku szkół podstawowych i średnich
odpowiedź nastręcza duże trudności – tym bardziej, że poza reklamodawcami
ciężko znaleźć kogokolwiek, kto aktywnie popierał wprowadzenie reklam do szkół.
Na przestrzeni ostatniego dziesięciolecia wszystkie największe organizacje
nauczycielskie głośno ostrzegały przed skutkami postępującej komercjalizacji
procesu nauczania, zaś zaniepokojeni sytuacją rodzice tworzyli grupy
protestu...
(...) .
ROZDZIAŁ
PIĄTY FUNKUJĄCY
PATRIARCHAT
Triumf
marketingu tożsamości .........
125
Spójrzmy prawdzie w oczy, trudno zachować wiarę we własny
radykalizm, kiedy jest się epizodem z Przyjaciół.
- Jay Blother, działacz organizacji walczącej z
AIDS, magazyn New York, wrzesień 1996
Pod koniec lat 80. i na początku 90 byłam jedną
z tych studentek i studentów, którzy potrzebowali dłuższej chwili, by
uświadomić sobie wszystkie implikacje postępującego niespiesznie metkowania
życia uniwersyteckiego. Nie było tak, wiem z własnego doświadczenia, żebyśmy
zupełnie nie zdawali sobie sprawy z rosnącej obecności marek na kampusie –
czasami nawet skarżyliśmy się na nią. Rzecz w tym, że nie irytowała nas ona w
dostatecznym stopniu. Widzieliśmy, że fast foody otwierają swoje punkty w
bibliotece i że profesorowie nauk stosowanych kumają się z firmami
farmaceutycznymi, ale dokładne dowiedzenie się, co się właściwie dzieje w
salach posiedzeń i laboratoriach, wymagałoby mnóstwo zachodu, a my, szczerze
mówiąc, nie mieliśmy czasu. (...)
W świecie poza murami uczelni
organizacje reprezentujące mniejszości rasowe, kobiety i mniejszości seksualne
zajmowały się konkretniejszymi i bardziej palącymi problemami, jak choćby
równość płac, przywileje małżeńskie dla partnerów tej samej płci czy brutalność
policji, i te poważne ruchy stanowiły – i nadal stanowią – autentyczne
zagrożenie dla istniejącego porządku społeczno-ekonomicznego.
(...)
Marketing tożsamości ......... 129
Gwałtowna reakcja, jaką wywołała
polityka tożsamości, przyczyniła się do odwrócenia naszej uwagi od faktu, iż
duża część postulatów lepszej reprezentacji szybciutko została spełniona przez
handlowców, właścicieli mediów i producentów pop-kultury – chociaż może nie z
takich powodów, z jakich byśmy sobie życzyli. Gdybym miała wyznaczyć dokładny
moment tej zmiany nastawienia, wskazałabym sierpień 1992 roku: sam środek
markowego kryzysu, który osiągnął swoje apogeum w Piątek Marlboro. Wtedy
właśnie odkryliśmy, że nasi zaprzysiężeni wrogowie z „głównego nurtu”
(mainstream) – postrzegani przez nas jako ogromna, monolityczna bryła,
majacząca poza granicą znajomego świata uczelnianych enklaw – nie bali się nas
i nie nienawidzili, lecz uważali za całkiem interesujących. Odkąd wypuściliśmy
się na poszukiwanie nie odkrytych źródeł nowatorskiej metaforyki, nasza uparta
walka o uznanie odrębności mniejszości seksualnych i rasowych zaczęła
dostarczać znakomitego materiału skojarzeniowego dla marek oraz niszowych
strategii marketingowych. Skoro chcecie różnorodności, zdawały się mówić marki,
to ją wam damy. I z tą obietnicą na ustach media i handlowcy zakasali rękawy i
wzięli się raźno do podkręcania kolorów i retuszowania obrazów naszej
kultury.
(...)
Nostalgia za dyskryminacją ......... 131
Te kampanie reklamowe nadal wywołują
zaciekłe spory. Czy są czysto cyniczne, czy może świadczą o tym, iż
reklamodawcy chcą się rozwijać i odgrywać bardziej pozytywną rolę społeczną?
(...)
(...) Wyniesienie seksualnej i rasowej
różnorodności do rangi supergwiazdy reklamy i pop-kultury doprowadziło, co
zrozumiałe, do czegoś w rodzaju tożsamościowego kryzysu tożsamości. Niektórych
z dawnych bojowników wojen o tożsamość ogarnęła nostalgia za dawnymi, dobrymi
czasami, kiedy byli co prawda dyskryminowani, ale za to symboli ich radykalizmu
nie sprzedawano w Wal-Marcie. (...)
Taka nostalgia oczywiście nie ma większego
sensu. (...)
(...)
Firmowa mieszanka kulturowa:
reklama różnorodności i globalnego rynku
......... 134
Mniej więcej w tym samym czasie,
kiedy ja i moi koledzy ze studiów walczyliśmy o lepszą reprezentację kulturową,
agencje reklamowe, stacje telewizyjne i radiowe, a także znane światowe marki
miały własne problemy. Dzięki swobodniejszemu handlowi i innym formom
przyspieszonego znoszenia barier, globalny rynek stawał się wreszcie
rzeczywistością, rodząc nowe palące pytania. Jak najlepiej sprzedawać
identyczne produkty na bardzo niekiedy oddalonych od siebie rynkach? Jakim głosem mają przemówić reklamodawcy,
żeby za jednym zamachem zwrócić się do całego świata? W jaki sposób jedno i to
samo przedsiębiorstwo może dostosować się do rożnych kultur, nie tracąc swojej
wewnętrznej spójności?
Niektórym korporacjom jeszcze do niedawna
odpowiedź wydawała się prosta: trzeba zmusić świat, żeby mówił twoim językiem i
przyjął twoją kulturę. (...)_
Tak
wyglądało pole minowe, na które wszedł marketing „różnorodności”, prezentując
się jako panaceum na wszystkie bolączki globalnej pułapki. Zamiast wymyślać
różne kampanie reklamowe na różne rynki, wystarczy stworzyć jedną, która będzie
sprzedawać różnorodność jako taką na wszystkich rynkach równocześnie. Formuła
ta pozwalała na utrzymanie niskich kosztów wedle starej zasady „to samo jest
dobre dla wszystkich”, którą kierował się już stary kowbojski imperializm
kulturowy, ale przy znacznie zmniejszonym ryzyku urażenia lokalnych uczuć.
Dzisiejszym lejtmotywem globalnego
marketingu nie jest już „Ameryka dla świata”, lecz „jedna mieszanka kulturowa
dla wszystkich na całym świecie”. W końcu lat 90. nie wciska się już nikomu
Kowboja Marlboro, lecz kogoś w rodzaju Ricky Martina: dwujęzyczną hybrydę
Północy i Południa, z lekką domieszką latynoską i garścią R & B, a wszystko
to ubrane w poetykę globalnej balangi. Ta stylistyka egzotycznej restauracji
wykreowała nieistniejący Jeden Świat, globalne centrum handlowe, umożliwiając
korporacjom sprzedaż tego samego
produktu w wielu krajach, bez obawy powtórzenia się dawnych protestów przeciwko
„coca-kolonizacji”.
Globalny nastolatek ......... 136
Nie wszyscy są oczywiście jednakowo
podatni na ideę sprowadzenia kultury i narodowości do roli modnych dodatków,
które można dowolnie wkładać i zdejmować. Ludzie, którzy walczyli na wojnach i
przetrwali rewolucje, z reguły wykazują więcej troski o narodowe tradycje.
Wegetujący w skrajnej nędzy, stanowiący w jednej czwartej światową populację,155
również mają pewne trudności z wejściem w globalną rutynę, tym bardziej że dla
1,3 miliarda mieszkańców krajów rozwijających się, żyjących za dolara lub mniej
dziennie156, telewizja kablowa i większość markowych produktów wciąż
znane są tylko ze słyszenia. Nie, to młodzież z krajów rozwiniętych i
dynamicznie rozwijających się jest nadzieją
globalnej przyszłości. Obwieszeni znakami firmowymi, młodzi ludzie z
klasy średniej, ochoczo powielający medialną szansę, stanowią dzisiaj najwyższy
symbol postępującej globalizacji.
Stało się to z kilku powodów. (...)
Przesłanie jest jasne i zrozumiałe: zawojuj dzieciaki, a cała rodzina i rynek
są twoje.
(...)
Kłótnie rodzinne w płonącym
Globalnym Domu ......... 139
Fakt, iż gospodarka tak szybko
wchłonęła ideologię tożsamościowej różnorodności, wskazywałby na to, że cała
polityka tożsamości z moich studenckich czasów w istocie sprowadzała się do
garstki skromniutkich postulatów, często (i myląco) osłoniętych płaszczykiem
nieskromnej retoryki i taktyki. Nie jest to
mea culpa dawnej bojowniczki o poprawność polityczną – jestem dumna z kilku
małych zwycięstw w bitwach o więcej światła na campusie, większy odsetek kobiet
wśród kadry naukowej i mniej eurocentryczny program nauczania (żeby odkurzyć spostponowane
określenie mojej działalności studenckiej). Moje wątpliwości dotyczą jedynie
bitew, których nam, bojownikom kultury Ameryki Północnej, po prostu nie
przyszło do głowy toczyć. Bieda nie należała do często poruszanych kwestii;
pewnie, że od czasu do czasu ktoś w wirze walki przeciwko trójcy „-izmów”
przypominał sobie nagle o „klasizmie”, a wtedy, jako że byliśmy poprawni
politycznie do bólu, czym prędzej dopisywaliśmy klasizm do naszej czarnej
listy. Jednak przede wszystkim nasze zainteresowanie skupiało się na
zagadnieniu reprezentowania kobiet i mniejszości społecznych w strukturach
władzy ignorując ekonomię stojącą za owymi strukturami. (...)
Tak więc kwestia klasowa wypadła z naszego
programu politycznego wraz z wszelką poważną analizą ekonomiczną, nie mówiąc
już o analizie funkcjonowania wielkich korporacji. (...)
Feler
ten okazał się niezmiernie brzemienny w skutki, ponieważ trendy ekonomiczne,
które uległy takiemu przyspieszeniu na przestrzeni minionego dziesięciolecia,
prowadzą do problemów masowej redystrybucji i stratyfikacji światowych zasobów: pracy, dóbr i pieniędzy.
Wszyscy, z wyjątkiem najwyższej warstwy korporacyjnych elit, dostają dzisiaj
mniej.
(...)
NO CHOICE
ROZDZIAŁ
SZÓSTY BOMBARDOWANIA
MARKAMI
Franczyzy w erze
supermarek .........
147
MTV sprzymierza się z siłami wolności i demokracji na całym
świecie.
- Summer Redstone, prezes zarządu Viacom,
właściciel MTV, październik 1994
To nie żadna Sodoma i Gomora, to tylko nieposkromiony
konsumpcjonizm.
- Tom Freston, prezes zarządu MTV o programie
MTV India, czerwiec 1997
Międzynarodowe supermarki mogą sobie
odmieniać różnorodność przez wszystkie przypadki, jednak widocznym rezultatem
ich działalności jest armia powbijanych w „mundurki”, jak mawiają handlowcy,
nastoletnich klonów, maszerujących równym krokiem do globalnego centrum
handlowego. Markowa globalizacja, mimo przyswojenia sobie wieloetnicznej
metaforyki, wcale nie chce różnorodności, wręcz przeciwnie. Jej wrogiem są
obyczaje narodowe, lokalne marki i regionalne upodobania. Nigdy dotąd tak wąska
grupa interesu nie kontrolowała tak znacznej części otaczającego nas pejzażu.
Oślepieni bajkowym asortymentem towarów
konsumenckich, łatwo możemy w pierwszej chwili nie zauważyć wciąż pogłębiającego
się procesu konsolidacji, który odbywa się w salach konferencyjnych przemysłu
rozrywkowego, mediów oraz handlu detalicznego. (...)
Ten zamach na prawo do wolnego wyboru
przeprowadzany jest na kilku frontach jednocześnie. Po pierwsze, na froncie zmian
strukturalnych, poprzez fuzje, wykup akcji i zjawisko korporacyjnej synergii.
Po drugie, na froncie lokalnym, gdzie garstka supermarek, wykorzystując swoje
potężne rezerwy finansowe, wypiera z rynku niezależną drobną przedsiębiorczość. I po trzecie wreszcie, w sądach, gdzie
koncerny rozrywkowe oraz producenci towarów konsumenckich nękają procesami o
zniesławienie i naruszenie znaku handlowego każdego, kto ośmieli się rzucić
nowe światło na produkty pop-kultury.
(...)
Klonować, klonować, klonować ......... 149
Wiele sieci, które rozmnożyły się w
latach 80. i 90. – Ikeę, Blockbuster, Kinko’s, Body Shop, Starbucks – łączy
pewna charakterystyczna cecha wspólna, odróżniająca je od fast foodów, centrów
handlowych i cukierenek franczyzowego boomu lat 60. i 70. Zamiast szpanować
muszelkami z jaskrawożółtego plastiku i złotymi łukami, lśnią zdrowym blaskiem
New Age. (...)
Wszyscy jesteśmy świadomi zmian
kulturowych spowodowanych działalnością tych instytucji, niełatwo jednak
dotrzeć do statystyk ilustrujących rozmnażanie się franczyz (czyli umów
licencyjnych) i sieci handlowych, w dużej części dlatego, że większość badań na
temat tych detalicznych zlepków rozbija się o fasadę niezależnego biznesu.
Formalnie właścicielem franczyzy jest franczyzobiorca, nawet jeśli każdy
szczegół w jego punkcie sprzedaży – od napisu na szybie po dokładną temperaturę
kawy – kontroluje centrala, oddalona o setki albo nawet tysiące mil.
(...)
Wojny cenowe: model
Wal-Marta ......... 147
W połowie roku 1999 Wal-Mart
posiadał 2435 dyskontowych domów towarowych w dziewięciu krajach, sprzedających
wszystko, od domków dla Barbie, po spódnice i torebki Kathie Lee Gifford,
wiertarki Black & Deker i kompakty Prodigy. (...)
Recepta, dzięki której Wal-Mart stał się
największym detalistą na świecie, osiągając w 1998 roku obroty rzędu 137
miliardów dolarów, jest całkiem prosta. Po pierwsze, buduj sklepy dwa albo trzy
razy większe niż twoi bezpośredni rywale. Po drugie, zawalaj swoje półki
towarami, kupowanymi w takiej masie, że dostawcy będą musieli zaoferować ci
znacznie niższe ceny niż innym. Po trzecie wreszcie, sprzedawaj tak tanio, że
żaden drobny detalista nie będzie mógł nawet marzyć o przebiciu twoich
„codziennie niskich cen”.
Cała strategia
giganta z Arkansas zasadza się na ekonomii wielkiej skali: przeciętny
Wal-Mart mieści się na powierzchni 8550 metrów kwadratowych, nie licząc
obowiązkowego pokaźnego parkingu. Ponieważ zniżki są jego wizytówką, Wal-Mart
musi utrzymywać swoje koszty ogólne na możliwie niskim poziomie, i dlatego
właśnie swoje pozbawione okien hale handlowe otwiera na peryferiach, gdzie
grunt jest tańszy, a podatki niższe niż w śródmieściu.
Innym kluczowym elementem polityki niskich
kosztów ogólnych jest otwieranie sklepów wyłącznie w pobliżu centrów
dystrybucyjnych. Wal-Mart rozlewa się jak melasa: powoli i grubą warstwą. Nie
rozszerza się na nowy region, dopóki nie uzna, że poprzedni został dokładnie
pokryty kobiercem sklepów... Pozwala to
zmniejszyć koszty transportu i wysyłki, a także tak skoncentrować swoją
obecność na danym obszarze, że wszelka reklama staje się zbędna172.
Odsuwamy się najdalej, jak możemy, od magazynu i otwieramy sklep. Potem
wypełniamy mapę tego obszaru, stan za stanem, hrabstwo za hrabstwem, dopóki nie
nasycimy rynku”, wyjaśnia
założyciel Wal-Marta Sam Walton.173
Kiedy Wal-Mart zaczynał na południu Stanów Zjednoczonych,
podbijając powoli Arkansas, Oklahomę, Missouri i Luizjanę, Wall Street i
skoncentrowane na Wschodnim Wybrzeżu media potrzebowały nieco czasu, by
uzmysłowić sobie skalę zamysłu Sama Waltona. Dlatego też fala protestów
przeciwko gigantycznym hipermarketom wybuchła dopiero na początku lat 90,
trzydzieści lat po otworzeniu pierwszego dyskontowego domu towarowego
Wal-Marta. Przeciwnicy handlu detalicznego w walmartowskim stylu – dzisiaj
niemal tak rozpowszechnionego, jak sam Wal-Mart – twierdzą, iż okazyjne ceny
wywabiają kupujących na przedmieścia, ogałacając centrum miasta z drobnego
biznesu i wysysając zeń życie społeczne. Drobni przedsiębiorcy nie są w stanie
wytrzymać konkurencji - wielu z nich
twierdzi wręcz, że kupują w hurcie drożej, niż Wal-Mart sprzedaje w detalu.
Skutkom tej formy handlu
detalicznego kilka książek, z których najważniejszą jest In Sam We Trust Boba Ortegi
z Wall Street Journal. Jak zauważa Ortega, Wal-Mart nie jest jedynym
wyznawcą strategii „liczy się tylko rozmiar” – jest tylko liderem podbijającej
rynek kategorii seryjnych detalistów, wykorzystujących swoją siłę uderzenia do
uzyskania specjalnych warunków.
Taki styl handlu detalicznego zawsze
budził kontrowersje...
Na froncie prawnym rośnie liczba
oskarżeń o praktyki monopolistyczne, i to nie tylko przeciwko Wal-Martowi.
(...)
Clustering: model Starbucks ......... 153
„Kojące Trzecie Miejsce” – w ten
sposób promuje się Starbucks w swoich biuletynach i utrzymanych w ewangelicznym
tonie raportach rocznych. Nie jest kolejną antyprzestrzenią, jak Wal-Mart czy
McDonald’s, lecz kameralnym kącikiem, gdzie ludzie bywali w świecie mogą razem delektować się „kawą [...]
poczuciem wspólnoty [...] koleżeństwa [...] więzi”.176 Sieci
ery New Age, takie jak Starbucks,
starają się na każdym kroku podkreślać, że należą do zupełnie innej sfery niż
wielkie centra handlowe minionej epoki. To nie chłam dla mas, lecz inteligentne
meble, kosmetyki udające działalność polityczną, księgarnie stylizowane na
stare biblioteki, to kawiarnie, które pragną zajrzeć ci głęboko w oczy i
„wytworzyć więź”.
Jest jednak pewien haczyk. Bardziej
kameralna przestrzeń, w której chciałoby się dłużej pozostać, może rzeczywiście
okazać się atrakcyjną konkurencją dla przepastnych hal gigantycznych
supermarketów, jednak te dwie tendencje handlu detalicznego nie różnią się od
siebie tak bardzo, jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać Na przykład
mechanizm zawrotnej ekspansji Starbucks przez ostatnich trzynaście lat
ma więcej wspólnego z planami globalnej dominacji Wal-Marta, niż chcieliby przyznać
menedżerowie swojskich kafejek. Miast rzucić na obrzeże miasta gigantyczną
halę, Starbucks rzuca grupkę (cluster) lokali na obszar ciasnej śródmiejskiej
zabudowy, gdzie funkcjonuje już wiele innych kawiarni i barów. Strategia ta równie mocno opiera się na ekonomii skali, co
strategia Wal-Marta; także jej skutki dla konkurencji są bardzo podobne.
Przyznawszy otwarcie, że interesuje go wchodzenie tylko na takie rynki, gdzie
będzie mógł „stać się wiodącym detalistą
i wiodącą marką w branży kawowej”177, Starbucks skonstruował swoją
błyskawiczną ekspansję w myśl zasady „jeden lokal dziennie” na stosunkowo
nielicznych rejonach. Zamiast otwierać po kilka kawiarni we wszystkich miastach
świata, czy choćby Ameryki Północnej, Starbucks czeka, aż będzie mógł jednym
szturmem podbić całe terytorium, by następnie rozprzestrzenić się na nim... Ta w najwyższym stopniu agresywna strategia opiera się na
modelu działania nazywanym przez firmę „kanibalizacją”.
Cała idea polega na tym, by tak nasycić
dany rejon kafejkami, że na skutek ostrej konkurencji obroty zaczną spadać nawet
w poszczególnych lokalach Starbucks. (...)
W ostatecznym rozrachunku okazuje się , że
tworzenie skupisk lokali, podobnie jak otwieranie gigantycznych hal handlowych,
stanowi strategię walki z konkurencją zarezerwowaną dla wielkich sieci, które w
imię dalekosiężnego celu lansowania własnej marki mogą pozwolić sobie na
ponoszenie strat w poszczególnych punktach sprzedaży.
(...)
Selekcja kontra wybór ......... 157
Połączenie metody wielkiej hali
handlowej z metodą tworzenia skupisk spowodowało istotne zmiany w pejzażu
handlu detalicznego. Chociaż Wal-Mart i Starbucks reprezentują bardzo odmienne
tendencje, połączenie ze sobą ich modelowych praktyk powoduje stopniowe
wykruszanie się z rynku drobnego biznesu w jednej z niewielu branż, w których
niezależni przedsiębiorcy mieli jeszcze realną szansę wytrzymać starcie z
międzynarodowymi gigantami. Odkąd wielkie sieci są w stanie bez najmniejszego
wysiłku przelicytować mniejszych rywali w walce o przestrzeń handlową i
dostawy, handel detaliczny stał się zabawą dla tych, co nie muszą liczyć się z
pieniędzmi. (...)
Oczywiście nadal powstają nowe niezależne sklepy i restauracje,
niekiedy znakomicie prosperujące, jednak coraz częściej są to ekskluzywne,
wyspecjalizowane lokale w elitarnych dzielnicach, podczas gdy przedmieścia ,
małe miasteczka i dzielnice robotnicze
szczelnie pokrywa – i niszczy – sieć samopowielających się klonów.
Proces ów decyduje nie tylko o tym, kto utrzyma się na rynku, lecz także (czym
zajmę się w rozdziale ósmym), co trafi na sklepowe półki.
(...)
ROZDZIAŁ
SIÓDMY FUZJE
I SYNERGIA
Tworzenie
reklamowych utopii .........
161
Wolałbym, żeby ABC nie
zajmowała się Disneyem.
-
Michael Eisner, prezes zarządu Disneya, 29 września 1998 r. w National Public
Radio
Pisząc o przyszłości poezji i sztuki w
demokratycznym społeczeństwie, Alexis de Tocqueville wyznał, że obawia się nie
tyle, że popadną one w bezpieczny realizm, ile że odlecą w świat oderwanej od
rzeczywistości fantazji.
Żyjemy dzisiaj w świecie spełnionej przepowiedni Tocquevukke’a... (...)
Może
zawiniła telewizja, może zbyt wczesna wycieczka do Disneylandu, a może centra
handlowe... (...)
Moich rodziców, którzy przenieśli się do
Kanady...ogromnie niepokoiły objawiane przeze mnie skłonności. Wyobrażali
sobie, iż w nowej ojczyźnie wychowają postrewolucyjne dziecko nowej generacji,
korzystające z błogosławieństwa kanadyjskich świadczeń socjalnych, publicznej
opieki zdrowotnej i hojnych dotacji na sztukę.
By ocalić swą pociechę przed zepsuciem,
rodzice nieustannie wyciągali mnie z miasta , żebym mogła podziwiać uroki
dzikiej kanadyjskie przyrody i cieszyć się prawdziwym kontaktem z rodziną. Nie
robiło to na mnie żadnego wrażenia. Podczas tych wycieczek w rzeczywistość
ratowały mnie jedynie marzenia o sztucznych światach, snute na tylnym siedzeniu
naszego kombiaka, za którego oknami przesuwały się zieleniejące łany i
majestatyczne góry. W wieku pięciu, sześciu lat z przejęciem wypatrywałam na
skraju szosy reklam fast foodów, wykręcając szyję, kiedy mijaliśmy McDonaldsa,
Texaco czy Burger Kinga. Najbardziej lubiłam znaczek Shella, tak jaskrawy i
kreskówkowy, iż byłam pewna, że gdyby udało mi się wdrapać tu na górę i go
dotknąć czułabym się, jakbym dotykała czegoś pochodzącego z innego wymiaru – ze
świata telewizji. Podczas tych rodzinnych wycieczek mój brat i ja błagaliśmy,
żeby zatrzymać się po jedzenie na wynos w lśniących, laminowanych pudełkach, i
czasami rodzice, jeśli akurat tego dnia nie mieli już siły z nami walczyć,
spełniali naszą prośbę. Ale najczęściej lunch oznaczał kolejny piknik w
kolejnym parku narodowym, gdzie jedliśmy wysuszony cheddar, jesienne owoce i
inne, przygnębiająco nie opakowane w folię, artykuły spożywcze.
Kiedy miałam osiem, dziewięć lat, moje sny
na jawie przybrały bardziej skomplikowane formy. Przez całą podróż przez Góry
Skaliste bawiłam się w stylistkę, wymyślając w sekrecie całkowitą przemianę
mojej rodziny. Mój ojciec gubił sandały i wbijał się w elegancki, dostojny
garnitur; matka otrzymywała... Jeśli chodzi
o mnie, możliwościom nie było końca: półki w kuchni zastawione
plastikowym jedzeniem, szafy pękające od ciuchów z modnymi metkami...
Nie wolno mi było posiadać Barbie
(„Naciąganie klientów”, orzekli moi rodzice...) ale Barbie mieszkała w mojej
głowie.
Wyglądało na to, że eksperyment wychowania
w duchu socjalistyczno-feministycznym
skazany jest na klęskę. Nie dość, że ja miałam fioła na punkcie znaków Shella,
to jeszcze mój starszy brat objawił w wieku sześciu lat niesamowity talent do
zapamiętywania melodyjek z telewizyjnych reklamówek i pętał się po domu ubrany
w koszulkę Incredible Hulk, informując wszystkich, iż jest „kukułką z Ptysiów
Kakaowych”. Wtedy nie rozumiałam, dlaczego moich rodziców tak denerwują te
durne wierszyki, ale dzisiaj podzielam ich ból: mimo swoich usilnych starań
spłodzili jakimś cudem żywe reklamówki płatków śniadaniowych General Mills –
innymi słowy, normalne dzieci.
Kreskówki i fast foody przemawiają do
dzieci nazbyt kusząco, by zwykli śmiertelni rodzice mogli z nimi
konkurować.
(...)
Superstores:
wycieczka na łono marki ......... 167
Nic dziwnego, że to właśnie Walt Disney
Company, wynalazca nowoczesnego brandingu, stworzył model reprezentacyjnego
salonu markowego (superstore), otwierając
w 1984 roku pierwszy Disney Store. Obecnie Disney posiada blisko 730 takich
placówek na całym świecie. W ślad za nim pospieszyła Coca-Cola, otwierając sieć
sklepów oferujących wszelkiej maści markowe parafenalia, od breloczków po deski
do krojenia. Disney i Coca-Cola przetarli szlak, ale to Barnes & Noble
stworzyli model, który na zawsze odmienił oblicze handlu detalicznego,
wprowadzając w 1990 roku pierwszy superstore
do swojej sieci księgarni.
(...)
Ometkowane miasteczka:
przeprowadzka do wnętrza marki ......... 170
Sklepy to tylko początek: pierwsza
faza ewolucji od kupowania w warunkach bezpośredniego doświadczenia do pełnego
przeżywania ometkowanego doświadczenia. W superstore,
jak pisze Wolf, „światła, muzyka, meble, zespół sprzedawców tworzą razem
wrażenie spektaklu, w którym tobie, kupującemu, przypadła główna rola”.195
(...)
Kurczenie się możliwości wyboru na
sprywatyzowanym rynku miejskim ......... 176
Straszliwa ironia tkwi w fakcie, iż
owe substytuty niosą zniszczenie rzeczom autentycznym: prawdziwym śródmieściom,
niezależnemu biznesowi, nie-disneyowskiej wersji przestrzeni publicznej, sztuce
jako opozycji wobec synergicznych produktów kulturalnych oraz swobodnemu,
choćby i mętnemu, wyrażaniu idei.
(...)
Nowe trusty: zamach na swobodę
wyboru ......... 179
W poprzedniej epoce, mniej
przesyconej entuzjazmem, istniały również inne słowa na określenie prób
zawężenia oferty rynkowej na korzyść będących w zmowie właścicieli marek;
niekoniecznie nazywano je synergią. Amerykańskie nielegalne trusty stanowiły
połączenie różnych przedsiębiorstw, które w tajemnicy uzgadniały między sobą
ceny, chociaż na zewnątrz udawały, że ze sobą rywalizują. I czymże innym jest w
końcu monopol, jeśli nie doprowadzoną do owych granic synergią? Rynki,
poddające się tyranii rozmiaru, zawsze przejawiały tendencje w kierunku
monopolizacji.
(...)
ROZDZIAŁ
ÓSMY KORPORACYJNA
CENZURA
Wznoszenie
barykad wokół ometkowego miasteczka .........
183
Raz na dwa tygodnie zdejmuję z półki coś, co moim zdaniem nie
jest na poziomie Wal-Marta.
- Teresa Stanton, menedżer supermarketu
Wal-Mart w Cheraw w Południowej Karolinie,
na temat praktykowanego przez
sieć cenzurowania czasopism o prowokacyjnych okładkach,
The Wall Street Journal, 22 października 1997
W niektórych przypadkach zamach na wolność
wyboru przekracza granice drapieżnego handlu detalicznego i monopolistycznych
synergii, posuwając się do praktyki, którą można określić jako zwykłą cenzurę:
do aktywnej eliminacji i zatrzymywania materiałów. Większość z nas zdefiniowałaby cenzurę jako ograniczanie
treści, narzucane przez rząd lub inne instytucje państwowe lub wymuszane –
zwłaszcza w społeczeństwach północnoamerykańskich – przez grupy nacisku,
uzasadniane względami politycznymi lub religijnymi. Widać jednak coraz
wyraźniej, iż powyższa definicja stała się dzisiaj anachroniczna. Chociaż
zawsze znajdzie się jakiś Jesse Helms czy pani z kółka różańcowego, próbująca
doprowadzić do zakazu koncertu Marilyna Masona, te drobne dramaty schodzą na
dalszy plan wobec znacznie poważniejszych zagrożeń dla wolności słowa.
Korporacyjna cenzura ma bezpośredni
związek z tematem poprzednich rozdziałów: koncerny medialne i detaliczne
rozdęły się do takich rozmiarów, że prosta decyzja, które towary wyłożyć na
półki czy które produkty kulturalne zamówić – decyzje zupełnie słusznie
pozostające w gestii właścicieli interesów
i producentów kultury – mają dzisiaj kolosalne konsekwencje: ci, którzy
je podejmują, mają możliwość zmieniania pejzażu kulturowego, w którym żyjemy.
(...)
Według wielkich sieci cenzurowanie
sztuki jest po prostu jednym z wielu udogodnień dla ceniących wartości rodzinne
klientów, podobnie jak uśmiechnięte twarze sprzedawców czy niskie ceny.
(...)
Brak widocznego zaniepokojenia
cenzorskimi naciskami Wal-Marta i Blocbuster w dużej części spowodowany jest
naszą skłonnością do uznania decyzji wielkich korporacji za pozaideologiczne.
Biznes kieruje się myśleniem biznesowym, mówimy sobie – nawet wtedy, kiedy
efekty tych decyzji noszą wyraźnie polityczny charakter.
Cenzura przez synergię ......... 186
Omówione dotychczas przykłady
korporacyjnej cenzury były bezpośrednimi produktami ubocznymi koncentracji
własności w handlu detalicznym i stanowią
najbardziej niezdarną formę kontrowania treści. Fala fuzji i przejęć w
przemyśle kulturalnym zrodziła inne, bardziej subtelne i zapewne bardziej
interesujące – mechanizmy blokowania swobody wypowiedzi, coś w rodzaju cenzury
poprzez oddziaływanie wielokanałowe.
Jedną z przyczyn, dla których producenci
nie przeciwstawiają się purytańskim detalistom, jest okoliczność, iż zarówno
owi detaliści, jak i dystrybutorzy i producenci nierzadko stanowią własność,
całkowitą lub częściową, tej samej firmy.
(...)
Takie potencjalne konflikty stają
się jeszcze bardziej niepokojące w przypadku holdingów medialnych,
produkujących nie tylko rozrywkę, lecz również informacje i publicystykę. (...)
Najbardziej nagłośniony przypadek
cenzury przez synergię zdarzył się we wrześniu 1998 roku, kiedy stacja
telewizyjna ABC ukręciła łeb materiałowi na temat Disneya, przygotowanemu przez
uhonorowany dziennikarskimi nagrodami zespół złożony z reportera śledczego
Briana Rossa i producentki Rhondy Shwartz. Historia zaczęła się od szeroko
zakrojonego śledztwa w związku z zarzutami o nazbyt luźne traktowanie norm
bezpieczeństwa w parkach rozrywki i ośrodkach wypoczynkowych, prowadzące do
zatrudniania sprawców przestępstw seksualnych, nie wykluczając pedofilów.
(...)
Mimo owych prób interwencji
wszystkie wspomniane materiały trafiły do druku i na antenę, niemniej
doświadczenia Brilla stawiają pod znakiem zapytania przyszłą wolność prasy w
świecie łączących się ze sobą gigantów. Dziennikarze
walczący o prawo do wykonywania swojego zawodu zawsze wysoko nieśli swój
sztandar, jednak w dzisiejszym klimacie na jednego niezłomnego przypada wielu
chętnych do chodzenia na paluszkach,
byle tylko nie stracić posady. I nic dziwnego, iż niektórzy dziennikarze
już dzisiaj wszędzie węszą niebezpieczeństwo, uprzedzając życzenia zarządu w
sposób znacznie bardziej kreatywny i paranoiczny, niż sam zarząd mógłby sobie
wymarzyć. Na tym właśnie polega zdradliwa i
podstępna natura autocenzury: knebluje usta znacznie skuteczniej, niż
cała armia siejących postrach i wciskających swoje trzy grosze medialnych
magnatów.
Chińskie przepychanki ......... 189
Ostatnie lata pokazały, że
dziennikarze, producenci i wydawcy nie tylko znajdują powody, by ostrożnie
omijać ciała ustawodawcze i nadzorujące
(nie wspominając o korporacyjnych parkach rozrywki), lecz – jak to się miało w
przypadku Chin – potrafią uznać za strefę nietykalną całe państwo. Odkąd Deng
Xiaoping wstępnie zniósł monopol informacyjny Komunistycznej Partii Chin i zaczął
powoli otwierać granice swojego kraju dla niektórych zatwierdzonych przez
cenzurę zagranicznych mediów i producentów rozrywki, zachodnie media
informacyjne i przemysł rozrywkowy co i rusz wikłają się w jakiś incydent
grożący gwałtownym ochłodzeniem stosunków.
Globalny przemysł kulturalny zaczyna
oswajać się z myślą, że to Zachód będzie musiał dostosować się do chińskich
reguł gry – i to zarówno w Państwie Środka, jak i na swoim własnym terenie.
Reguły te zostały zgrabnie podsumowane w artykule opublikowanym w roku 1992
przez The South China Morning Post:
„Dziennikarzom i pracownikom kultury gwarantuje się wolność wykonywania zawodu
bez ingerencji komisarzy i cenzorów, pod warunkiem że nie będą łamać prawa ani podważać linii partii”.222
A wobec faktu, że spodziewaną liczbę abonentów telewizji kablowej w Chinach w
roku 2000 szacowano na 100 milionów, kilku budowniczych imperiów kulturalnych
niezwłocznie postanowiło skorzystać z owej wolności i dojść do porozumienia z chińskim rządem.
Już na samym początku tej współpracy głośnym
echem odbiła się decyzja Ruperta Murdocha o usunięciu z azjatyckiej wersji Star
TV programu BBC World Service. Władze Chin oprotestowały materiał BBC
poświęcony Mao Zedongowi, wysyłając tym samym wyraźny sygnał, jakiego rodzaju
dziennikarstwo będzie dobrze widziane i opłacalne w Chinach. (...)
Lęk przed odwetem ze strony
Chińczyków nie jest pozbawiony podstaw. Tamtejszy rząd, znany z prześladowania
mediów nie trzymających się ściśle linii partii i nagradzania tych, które są
jej posłuszne, wprowadził w październiku 1993 roku zakaz kupowania i posiadania
prywatnych anten satelitarnych... (...)
Ochłodzenie stosunków między rządami
Chin i USA, spowodowane w ostatnich latach trudnościami z dostępem do chińskich
papierów wartościowych i przemysłu telekomunikacyjnego, kolejnymi aferami
szpiegowskimi oraz – szczególnie
brzemiennym w skutki – przypadkowym zbombardowaniu ambasady chińskiej w
Belgradzie podczas wojny w Kosowie, nie zmniejszyło bynajmniej apetytu zachodnich
mediów na chiński rynek rozrywki.
Te chińskie przepychanki są dla nas
ważne przede wszystkim dlatego, iż wiele mówią o tym, jakimi priorytetami
kierują się i jak wielką władzę mają dzisiaj międzynarodowe przedsiębiorstwa.
Kierowanie się własnym interesem finansowym nie jest w biznesie niczym nowym,
ani też nie stanowi samo przez się zagrożenia. To, co jest nowe, to zasięg i
rozrzut owych finansowych interesów, a także ich potencjalne konsekwencje, i to
zarówno w skali międzynarodowej, jak i lokalnej. (...)
Przeszliśmy daleką drogę od retoryki z
czasów upadku muru berlińskiego, kiedy to potentaci medialni opowiadali, że ich
produkty kulturalne niosą pochodnię wolności narodom cierpiącym pod jarzmem
autorytarnych reżimów. Nie dość, że misja ta została szybko zarzucona na rzecz
własnego interesu ekonomicznego, to jeszcze można się obawiać, iż zdecydowani
podbić globalny rynek za wszelką cenę, giganci będą intensyfikować swe wysiłki
pod wysoko wzniesionym sztandarem autorytaryzmu.
Tyrania praw
autorskich ......... 193
Po „rock’m’rollowych wiecach”
serbskich nastolatków w czapeczkach Chicago Bulls, którzy w odpowiedzi na ataki
lotnicze NATO w 1999 roku bezczelnie palili amerykańskie flagi, niewielu
znajdzie się naiwnych, którzy chcieliby utrzymywać, iż MTV oraz McDonald’s
niosą światu pokój i demokrację. Jednak owe chwile, kiedy pop-kultura stanowiła
pomost pomiędzy podziałami czasu wojny, jedno uświadomiły nam z pełną mocą –
nawet tam, gdzie nie istnieje żaden inny kulturowy, polityczny czy językowy
wspólny grunt, zachodnie media spełniły przynajmniej obietnicę wprowadzenia
pierwszego naprawdę globalnego słownika metafor, muzyki i ikon. Możemy nie
zgadzać się do całej reszty, ale wszyscy wiedzą, że Michael Jordan jest najlepszym
koszykarzem wszech czasów.
W porównaniu z górnolotnymi słowami
na temat „globalnej wioski”, jakimi
szafowano po upadku komunizmu, może to się wydawać niewielkim osiągnięciem,
wystarczyło jednak, by zrewolucjonizować sposób uprawiania zarówno sztuki, jak
i polityki. Słowne i wizualne aluzje do telewizyjnych seriali komediowych,
postaci z filmów, sloganów reklamowych i korporacyjnych logo stały się
najskuteczniejszym narzędziem porozumiewania się ponad kulturami. Jak daleko
zaszedł ten proces społecznego brandingu, okazało się w marcu 1999 roku, kiedy
wybuchł skandal wokół popularnego podręcznika używanego w szkołach
amerykańskich. W książce do matematyki dla klasy 6 roi się od fotografii i
odniesień do dobrze znanych markowych produktów: najków, hamburgerów
McDonald’sa, napojów energetycznych Gatorade. Jedno z zadań tekstowych uczyło
dzieci mierzenia średnicy koła na przykładzie ciasteczka Oreo. Jak było do
przewidzenia, ów przypadek, stanowiący kamień milowy w historii komercjalizacji
procesu nauczania, doprowadził część rodziców do prawdziwej furii; wyglądało na
to, że otrzymaliśmy podręcznik złożony z
tekstów sponsorowanych. Wydawca książki, McGraw-Hill, upierał się jednak, że to
wszystko nie tak. „Staramy się mówić o rzeczach, które dzieciaki dobrze znają,
żeby mogły zobaczyć, że matematyka jest obecna w ich codziennym życiu”,
tłumaczyła Patricia S. Wilson, jedna z autorek podręcznika. Aluzje do markowych
produktów nie były płatną reklamą, mówiła, lecz próbą przemówienia do uczniów
ich własnym językiem – innymi słowy, językiem marek.228
Jak ciasno język i marki splotły się
ze sobą, najlepiej wiedzą menedżerowie odpowiedzialni za ich rynkowy wizerunek.
Najnowsze trendy teorii marketingu zachęcają firmy, by przestały postrzegać swoje
marki jako zespół określonych cech, lecz spojrzały na nie pod kątem
psychologicznej roli, jaką odgrywają w kulturze popularnej i życiu konsumentów.
Antropolog kultury Grant McCracken uczy
korporacje, iż chcąc zrozumieć własną markę, trzeba ją najpierw uwolnić.
Produkty w rodzaju zestawu obiadowego Kraft Dinner, twierdzi McCracken,
zaczynają żyć własnym życiem, kiedy tylko opuszczą sklep – stają się ikonami
pop-kultury, narzędziem zacieśniania więzi rodzinnych i twórczo konsumowanym
wyrazem indywidualności.229 Ostatni
rozdział teorii tej szkoły brandingu dopisała profesor Harvardu, Susan
Fournier, której praca The Consumer and
the brand: An Understanding within Framework of Personal Relationship
zachęca do zastosowania modelu stosunków międzyludzkich do określenia miejsca
marki w społeczeństwie: czy jest żoną wybraną przez rodziców?, najlepszym
przyjacielem czy kochanką?, czy konsumenci „zdradzają” swoją markę, czy też
dochowują jej wierności?, czy mamy do czynienia z „przelotną sympatią”, czy
„układem typu pan-niewolnik”? Jak pisze Fournier: „związków tych nie
determinuje wizerunek marki ’zawarty’ w kulturze, lecz głębokie, psychologiczne
i socjokulturowe znaczenie, jakie nadaje marce konsument”.230
Dobrze to czy źle, wchodzimy więc w
głębokie związki emocjonalne z naszą pastą do zębów i relacje współuzależnienia
z odżywką do włosów. (...)
To wszystko prowadzi nas z powrotem do synergii. Wedle obowiązującej w
amerykańskim ustawodawstwie definicji znakiem towarowym, jest „każde słowo,
nazwa, symbol, godło, albo ich kombinacja, używana w celu [...] rozpoznania i
odróżnienia danych towarów od towarów produkowanych lub sprzedawanych przez
innych”. Wielu rzekomych naruszycieli praw autorskich nie próbuje sprzedawać
porównywalnych artykułów ani podrabiać właściwego produktu. W miarę przyjmowania przez branding
coraz bardziej ekspansywnej strategii rywalem staje się każdy, kto robi
cokolwiek choćby najluźniej związanego z marką, ponieważ wszystko, co luźno
związane, posiada potencjał oderwania się i otrzymania bytu niezależnej
synergii w jakimś punkcie ometkowanej przyszłości.
Kiedy próbujemy więc porozumiewać
się ze sobą językiem marek i ich symboli, ryzykujemy poważnie, iż ktoś wytoczy
nam proces. (...)
Prześladowania te stanowią dzisiaj
potężny, dynamicznie rozwijający się system i chociaż skutki ich są zbyt
rozległe, by dać tu ich pełną
dokumentację, przytaczam kilka wybranych losowo przykładów. (...)
Tego rodzaju przypadki mogą wydawać
się trywialne, lecz te same zasady agresywnego prawa własności odnoszą się do
artystów i producentów kultury, usiłujących wypowiadać się na temat ometkowanego świata, w którym
wszyscy żyjemy. Coraz częściej muzycy trafiają do sądu nie tylko za cytowanie
fragmentów cudzych utworów, lecz również za próbę śpiewania o naszym wspólnym
opatentowanym śnie. (...)
Artyści zawsze będą tworzyć sztukę,
rekonfigurując nasze wspólne kody kulturowe i odwołując się do repertuaru
kulturowych odniesień, jednak w sytuacji, gdy owe wspólne doświadczenia
czerpiemy już nie z pierwszej ręki, lecz za pośrednictwem mediów, a w naszym
społeczeństwie potężną władzą polityczną dysponują nie tylko politycy, lecz
również międzynarodowe korporacje, pojawia się tyle nowych elementów, iż po raz
kolejny musimy zadać sobie poważne pytania na temat przestarzałej definicji
wolności słowa w naszej ometkowanej kulturze. (...)
Przez długi czas nikt nie kwestionował zasad tego jednokierunkowego dialogu,
przede wszystkim dlatego, że aż do lat 80. procesy o naruszenie praw autorskich
i znaków towarowych toczyły ze sobą głównie rywalizujące korporacje, oskarżając
się nawzajem o odbieranie należnego im udziału w rynku. Artyści, tacy jak REM,
The Clash, Dire Straits czy k.d. lang, mogli swobodnie śpiewać o takich
opatrzonych znakiem towarowym produktach, jak... (...) Poza tym przeciętny konsument nie dysponował
odpowiednimi środkami, żeby wciąć się w masowo produkowaną kulturę i włączyć
jej fragmenty w coś własnego – zin, film wideo
czy elektroniczne nagranie. Dopiero kiedy na rynku pojawiły się w
charakterze ogólnie dostępnych towarów
konsumenckich skanery, tanie fotokopiarki, urządzenia do obróbki cyfrowej i
programy komputerowe..., prawa autorskie i przepisy chroniące znaki towarowe
weszły w orbitę zainteresowań niezależnych twórców kultury, produkujących w
piwnicy swoje własne wydawnictwa, strony internetowe i kompakty. „Sądzę, że
kultura zawsze opierała się na cyklach powtórzeń. [...] Nowoczesne technologie
umożliwiają dostęp, łatwą manipulację oraz przechowywanie informacji z odległych
miejsc i czasów”, mówi audio-pirat Steev Hise. „Ludzie będą robić, co się da”.232
To właśnie z robienia tego, co się
da, narodziła się rabunkowofoniczna metoda Johna Oswalda. Jak sam mówi,
wszystko wzięło się stąd, iż miał on dostęp do technologii, umożliwiającej
odsłuchiwanie płyt w różnych prędkościach. „Zajmowałem się czymś w rodzaju
manipulacyjnego słuchania na bardzo skomplikowane sposoby, i w miarę jak moje
interaktywne słuchanie stawało się coraz bardziej złożone, zacząłem myśleć o
tym, jak by tu je utrwalić, żeby również inni mogli tego posłuchać”.233
Artystów, takich jak Oswald i jemu
podobni, najbardziej niepokoi nie to, że ich działalność jest nielegalna, lecz
fakt, że jest nielegalna tylko dla niektórych.
Kiedy Beck, nagrywający dla wielkiej wytwórni, robi album najeżony
cytatami z cudzych utworów, Warner Music uzyskuje prawa do wszystkich
poszczególnych kawałków muzycznego kolażu i dzieło jest wychwalane pod niebiosa
za to, iż oddaje pełne odniesień multimedialne brzmienie naszych czasów. Ale
kiedy artyści niezależni robią dokładnie to samo, próbując tworzyć sztukę z
powycinanych i posklejanych razem
fragmentów swojego ometkowanego otoczenia, urzeczywistniając tym samym słynną
obietnicę kultury „zrób-to-sam” epoki informatycznej, okazuje się, że to nie
szt6uka, lecz kradzież. Na to właśnie chcieli zwrócić naszą uwagę twórcy
wydanej w 1998 roku undergroundowej płyty Deconstructing
Beck, złożonej w całości z elektronicfznie przetworzonych dźwięków Becka. Z
ich punktu widzenia sprawa była prosta jak drut:: skoro mógł to zrobić Beck, to
dlaczego nie my? Prawnicy wytwórni płytowej Becka natychmiast zaczęli słać
listy z pogróżkami, które ustały jednak jak nożem uciął, kiedy muzycy dali
wyraźnie do zrozumienia, że prą do wojny w mediach. (...)
(...)
Tam gdzie nie da się zapobiec nieżyczliwemu przedstawianiu marki
za pomocą przepisów chroniących prawa autorskie i znaki towarowe, wiele
korporacji rzeczywiście ucieka się do zapisów zakazujących zniesławienia i
szkalowania, byle ty7lko nie dopuścić do publicznej debaty na temat stosowanych
przez nie praktyk. Jedną z takich prób była głośna w Wielkiej Brytanii sprawa o
McZniesławienie, kiedy to sieć fast foodów wstąpiła na drogę sądową przeciwko
dwójce ekologów (proces ten zostanie dokładniej omówiony w rozdziale
szesnastym).
W miarę jak koncerny w rodzaju...
(...) z coraz większym powodzeniem
realizują swój cel zbudowania zamkniętych, integralnych, ometkowanych światów,
coraz bardziej grozi nam uduszenie. Zapisy chroniące prawa autorskie i znaki
towarowe są jak najbardziej uzasadnione w przypadku, gdy dana marka jest po prostu marką, ale w stwierdzeniu takim
coraz częściej jest tyleż prawdy, co w zdaniu, że Wal-Mart to po prostu sklep.
Dana marka może równie dobrze reprezentować korporację o budżecie większym niż
niejedno państwo i logo znajdującym się pośród najbardziej transcendentnych
symboli na świecie, korporacje dążącą wszelkimi środkami do przejęcia roli
zarezerwowanej dotąd dla sztuki i mediów. Jeśli nie wolno nam będzie odpowiadać
tworom posiadającym taką władzę kulturową i polityczną, pod znakiem zapytania
stanie solidność fundamentów wolności słowa i demokratycznego
społeczeństwa.
Prywatyzowanie rynku miejskiego ......... 201
Nie można nie zauważyć paralelności
między prywatyzacją języka i debaty na temat kultury za pomocą nadużywania
zapisów chroniących prawa autorskie i znak towarowy a prywatyzacją przestrzeni
publicznej poprzez szybki wzrost liczby reprezentacyjnych salonów firmowych
(superstores), centrów handlowych stylizowanych na parki rozrywki i
ometkowanych miasteczek w rodzaju Celebration w stanie Floryda.
Połączenie zakupów z rozrywką w superstores i centach handlowych nowej
generacji zrodziło rozległą strefę prywatnej przestrzeni pseudopublicznej.
Politycy, policja, pracownicy społeczni, a nawet przywódcy religijni rozumieją,
że centra handlowe pełnią rolę współczesnej agory. Lecz inaczej niż w przypadku
dawnych miejskich placów, które były i nadal pozostają miejscem społecznej debaty,
protestów i politycznych zgromadzeń, tutaj mile widziane są wyłącznie
przemówienia reklamowe i konsumpcyjna paplanina. Wyrzucanie uczestników
pokojowych protestów należy do rutynowych zajęć ochrony. Nie wolno tu nawet
pikietować. Ostatnimi czasy idea miejskiego rynku została wprzęgnięta w
ideologię superstores, które zaczęły
twierdzić, jakoby i one zapewniały przestrzeń publiczną. „Przede wszystkim
chcielibyśmy, żeby ludzie uczynili sobie z naszego sklepu miejsce spotkań.
Miejsce, gdzie mogą dostać swoją dawkę pop-kultury, a także spędzić trochę
czasu. To nie tylko miejsce, w którym się kupuje, lecz również takie, w którym
się bywa”, oświadczył Christos Garkinos, wiceprezes ds. marketingu Virgin
Entertainment Group przy okazji otwarcia w Vancouver Virgin Megastore o
powierzchni 3700 metrów kwadratowych.237
Fakt, iż budynek, w którym Virgin
urządziła swój sklep, mieścił dawniej bibliotekę publiczną, stanowi trafną
metaforę przekształcania się naszych
sposobów gromadzenia się nie tylko jako konsumentów, lecz również jako
obywateli.
(...)
NO JOBS
ROZDZIAŁ
DZIEWIĄTY OPUSZCZONA
FABRYKA
Degradacja
produkcji w epoce supermarek .........
213
Nasz plan strategiczny dla Ameryki Północnej przewiduje ścisłe
skupienie się na prowadzeniu produktu na rynku, marketingu i wzornictwie,
traktowanych jako środki do zaspokojenia pragnień i potrzeb konsumentów w
zakresie odzieży codziennego użytku. Przerzucenie znacznej części produkcji z
rynków amerykańskiego i kanadyjskiego na kontrahentów w innych częściach świata
pozwoli nam na większą elastyczność w rozdzielaniu środków finansowych i
kapitału pomiędzy poszczególne marki. Kroki te są niezbędne, jeśli mamy
wytrzymać rynkową konkurencję.
- John Ermatinger, prezes Levi Strausa na
Amerykę Północną i Południową,
tłumaczy decyzję zamknięcia 22 zakładów produkcyjnych i zwolnienia
w okresie między listopadem 1997 i lutym 1999
13 000 robotników w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych.
Jak widzieliśmy, duża część koncernów
produkujących znane marki zaczęła uwalniać się od potrzeby utożsamiania się ze
swoimi przyziemnymi produktami.
Zapragnęły one posiąść głębokie znaczenie wewnętrzne, oddające ducha
indywidualizmu, sportu, dzikiej natury czy współpracy społecznej. Postawione
przed tym ambitnym zadaniem, działy marketingu odpowiedzialne za kreowanie
markowej tożsamości zaczęły postrzegać swoją pracę nie w połączeniu z procesem
produkcyjnym w fabryce, lecz przeciwnie, w bezpośredniej z nim konkurencji.
„Produkty powstają w fabrykach”, powiada prezes agencji brandingowej Landor,
Walter Landon, „ale marki powstają w głowach”. 254 Peter Schweitzer, prezes reklamowego giganta
J. Walter Thompson, wyraża tę myśl w następujących słowach: „Pomiędzy produktem
a marką zachodzi fundamentalna różnica. Produkt to coś, co zostało
wyprodukowane w fabryce; marka to coś, co kupuje klient”.235 Co sprytniejsze agencje reklamowe odeszły od
koncepcji wciskania ludziom cudzych produktów i zaczęły uważać się za fabryki
marek, wykuwając to, co ma prawdziwą wartość: ideę, styl życia, postawę.
Budowniczowie marek w naszej tak zwanej ekonomii wiedzy przejęli rolę
pierwotnego producenta.
Ta oryginalna koncepcja zaowocowała
nie tylko nowatorskimi kampaniami reklamowymi... Zmieniła również oblicze globalnego rynku
pracy. Posiadłszy „duszę”, korporacje przystąpiły do pozbywania się
nieporęcznych ciał, a cóż może być bardziej nieporęcznego, bardziej
nienawistnie cielesnego, od fabryk wytwarzających produkty? (...)
Jak to wyjaśnił Hector Lang, były prezes United Biscuits: „Maszyny zużywają
się. Samochody zżera korozja. Ludzie umierają. Ale marki żyją dalej.
Zgodnie z tą logiką, korporacje nie
powinny trwonić swoich ograniczonych funduszy na fabryki, które wymagają
utrzymania, maszyny, które rdzewieją, ani na pracowników, którzy z całą
pewnością zestarzeją się i umrą. Przeciwnie, powinny przeznaczyć swoje środki
na wirtualne cegły i niewidzialną zaprawę, z których zbudowana jest ich marka:
to znaczy na sponsoring, prezentację wizerunku, ekspansję i reklamę. Powinny
również pamiętać o synergiach oraz kupować kanały dystrybucji i sprzedaży,
przez które marki trafiają w ręce konsumentów.
Owa powolna, lecz zdecydowana zmiana
priorytetów postawiła wczorajszych niewirtualnych wytwórców – robotników
fabrycznych i rzemieślników – w groźnej sytuacji. Ogromne wydatki na marketing,
fuzje i poszerzanie marek w latach 90. szły w parze z niespotykaną dotąd
niechęcią do inwestowania w urządzenia produkcyjne i pracę. Koncerny, które
tradycyjnie zadawalały się stuprocentową marżą
między kosztami produkcji a ceną detaliczną, przetrząsają dziś planetę w
poszukiwaniu fabryk mogących wytworzyć ich produkty tak tanio, by wysokość
marży zbliżyła się do 400%.257. A jak odnotowuje raport ONZ z 1997 roku, nawet
w krajach, gdzie zarobki i tak są bardzo niskie, koszt pracy stanowi coraz
mniejszą część korporacyjnych budżetów.
Skoro cały proces produkcji uległ
tak głębokiej dewaluacji, zrozumiałe jest, że ludzie biorący w nim udział są
traktowani jak rupiecie rzucone w kąt. (...)
Jak oświadczył Phil Knight:
„Produkowanie rzeczy straciło wszelką wartość. Wartość tworzą dziś drobiazgowe
badania , innowacje i marketing”259
I dlatego właśnie wiele koncernów szerokim
łukiem omija dzisiaj proces produkcji. Zamykają swoje fabryki, przerzucając
ciężar produkcji na kontrahentów, z reguły zagranicznych. A wraz z uciekającą
za granicę pracą ucieka coś jeszcze: staromodna idea odpowiedzialności
producenta za swoich pracowników. Przedstawiciel Disneya Ken Green pokazał nam
jak głęboka jest ta zmiana, wyrażając publicznie niezadowolenie, iż jego firma
stała się celem ataków z powodu rozpaczliwych warunków pracy panujących w
zakładzie produkującym ubrania Disneya na Haiti. „Nie zatrudniamy na Haiti ani
jednej osoby”, powiedział, nawiązując do faktu, iż fabryka stanowi
własność kontrahenta.
Od El Paso po Pekin, od San
Francisco po Dżakartę, od Monachium po Tijuanę globalne marki zrzucają
odpowiedzialność za produkcję na kontrahentów, mówiąc im tylko, żeby produkowali dany towar jak najtaniej, by
zostało dużo pieniędzy na branding. Żeby to robili naprawdę tanio.
Eksportowy model Nike’a ......... 216
Nike, który zaczynał od
importu-eksportu butów do bieganie made in Japan i nie posiada na własność
żadnej ze swoich fabryk, stał się prototypem marki wolnej od produktu. Coraz
więcej tradycyjnych koncernów („zintegrowanych pionowo”, jak się to mówi),
zainspirowanych oszałamiającym sukcesem swoosha, pilnie imituje model Nike’a,
kopiując nie tylko jego podejście do marketingu, jak to widzieliśmy w „No
Space”, leż również pozwalającą na duże oszczędności outsourcingową strukturę
produkcji. (...)
Chociaż zamykanie fabryk nadal
odbywa się w niemal tym samym tempie, co w najczarniejszych dniach recesji
przełomu lat 80. i 90., nastąpiła wyraźna zmiana w sposobie uzasadniania tych
„reorganizacji”. Masowe zwolnienia stanowiły dawniej godną pożałowania
konieczność, spowodowaną niezadawalającymi wynikami finansowymi firmy. Dzisiaj
to tylko inteligentny zwrot w strategii przedsiębiorstwa, „strategiczna zmiana
kierunku”, by zacytować Vans. Coraz częściej grupowym zwolnieniom towarzyszą
deklaracje zwiększenia zysków poprzez wydatki na reklamę i składane przez
zarząd obietnice skoncentrowania się na potrzebach marki, przeciwstawionych
potrzebom robotników.* (*W znacznej mierze wymusza to konkurencja na rynku akcji. Sytuacja
na świecie zmieniła się. Konkurencja się zaostrza. Konkurenci nie żartują.
Globalizacja stwarza dodatkowe możliwości. Dla firm ważniejsi stali się
akcjonariusze. Byle zyski już nie zadawalają. Członków zarządu – też. Przyczynia się do tego także dominująca
kultura, szczególnie w USA: „ocena bliźnich wg zasobności portfela”. Anonimus).
(...)
„To nie jest
kwestia ucieczki miejsc pracy” ......... 218
Tłumacząc zamykanie zakładów decyzją przekształcenia swojego
przedsiębiorstwa w „firmę marketingową”, Robert Haas nie omieszkał poinformować
dziennikarzy, że likwidowane miejsca pracy nie „odpływają”, tylko tak jakby
wyparowują. „To nie jest kwestia ucieczki miejsc pracy”, oświadczył po
pierwszej serii zwolnień. Formalnie jest to prawdą. Twierdząc, że w przypadku
Levi’sa rzecz sprowadza się do ucieczki miejsc pracy, tracimy z oczu bardziej
fundamentalną - i katastrofalną w
skutkach – zmianę, której jednym z przejawów jest zamykanie fabryk. 16 310 zatrudnionych nieodwracalnie
zniknęło z listy płac Levi’sa, ustępując miejsca „kontrahentom w innych
częściach świata”. Zakłady należące do kontrahentów będą wykonywać te same
zadania, co stare fabryki Levi’sa – tyle że to nie koncern będzie zatrudniał
pracujących w nich robotników.
Czasami przedsiębiorstwa
rzeczywiście zamykają fabryki, by przenieść produkcję w tańsze rejony. Częściej
jednak – zwłaszcza w przypadku firm, których marki posiadają silną tożsamość,
jak Levi Strauss czy Hanes – zwolnienia pracowników stanowią jedynie najlepiej
widoczny symptom znacznie bardziej fundamentalnej zmiany, dotyczącej nie tyle
tego gdzie produkować, ile jak produkować. W odróżnieniu od fabryk
przeskakujących z jednego miejsca na drugie, zakłady te nigdy już nie
zmaterializują się ponownie. Gdzieś po drodze przechodzą płynnie w nową jakość:
w „zamówienia” zlecane kontrahentom, którzy mogą bez przeszkód rozdzielić je
pomiędzy dziesięciu subkontrahentów, zaś
- zwłaszcza w branży odzieżowej – przekazać część produkcji chałupnikom,
pracującym we własnych piwnicach i pokojach. I rzeczywiście, zaledwie pięć
miesięcy po zamknięciu pierwszej serii zakładów Levi’s obwieścił kolejne
posunięcie: wznowi produkcję w Chinach. Koncern wycofał się z Chin w roku 1993,
tłumacząc to zaniepokojeniem wywołanym łamaniem praw człowieka. Tera tam
wrócił, nie po to jednak, aby budować własne fabryki, lecz żeby zlecić
zamówienia trzem kontrahentom, których obiecał starannie kontrolować w kwestii
przestrzegania prawa pracy.273
O głębokim charakterze zmiany
stosunku do produkcji świadczy fakt, iż w odróżnieniu od poprzedniej epoki,
kiedy to korporacje produkujące towary konsumenckie z dumą ozdabiały fasady
fabryk swoim logo, dzisiaj wielu międzynarodowych gigantów twierdzi, iż
lokalizacja ometkowanego procesu wytwarzania stanowi „tajemnicę zawodową”,
której należy strzec jak oka w głowie. Wiceprezes Championa Peggy Carter,
poproszona w kwietniu 1999 roku przez obrońców praw człowieka o ujawnienie nazw
i adresów kontrahentów szyjących odzież dla koncernu, odpowiedziała: „Nie leży
w naszym interesie informowanie konkurentów, gdzie się mieścimy, żeby mogli za
darmo skorzystać z tego, co my budowaliśmy przez długie lata”.274
Coraz częściej międzynarodowi
producenci znanych marek – Levi’s, Nike, Champion, Wal-Mart, Reebok, Gap, IBM i
General Motors – twierdzą, że robią dokładnie to samo, co każdy z nas: polują
na okazję, przetrząsając globalne centrum handlowe w poszukiwaniu najlepszej
oferty. Są to bardzo wybredni klienci, wymagający realizacji zamówień ściśle
według projektu, z określonych materiałów, w terminie i przede wszystkim po jak
najniższych cenach. Nie interesują ich za to trudności logistyczne, ani to, w
jaki sposób udało się utrzymać aż tak niskie koszta; budowanie fabryk,
kupowanie maszyn i wygospodarowywanie funduszy na płace dla robotników w
całości przerzucili na cudze barki.
Prawdziwa ucieczka miejsc pracy
polega na tym, że coraz więcej największych i najbardziej dochodowych
korporacji na świecie w ogóle wycofuje się z zatrudniania kogokolwiek.
Nieznośna lekkość Cavite:
wycieczka do strefy wolnego handlu ......... 220
Mimo konceptualnej błyskotliwości
strategii „marka”, nie produkt produkcja ma tę przykrą właściwość, iż w żaden
sposób nie da się jej zupełnie ominąć: ktoś musi zgiąć plecy, pobrudzić ręce i
wykonać produkt, pod który globalne marki będą mogły podczepić swoje znaczenie.
I tutaj właśnie na scenę wchodzą strefy wolnego handlu. Strefy produkcji
eksportowej (jak również nazywa się takie miejsca) wyrastają jak grzyby po
deszczu w Indonezji, Chinach, Meksyku, Wietnamie, na Filipinach i w wielu
innych miejscach, przejmując rolę głównych centrów produkcji odzieży, zabawek,
butów, sprzętu elektronicznego, maszyn, a nawet samochodów.
O ile Nike Town i inne reprezentacyjne
salony firmowe są nowymi świetlanymi bramami do ometkowanej krainy marzeń, o tyle strefę produkcji
eksportowej w Cavite, dzielnicy położonego 90 mil na południe od Manili miasta
Rosario, można przyrównać do brandingowej komórki na miotły. Kiedy przyjechałam
do Rosario w pierwszych dniach września 1997 roku, po miesiącu zwiedzania
podobnych stref produkcji przemysłowej w Indonezji, kończyła się właśnie pora
monsunowa i zaczynała azjatycka burza gospodarcza. Postanowiłam spędzić w
Cavite tydzień, ponieważ jest to największa strefa wolnego handlu na
Filipinach. Na 682 akrach otoczonej murem strefy przemysłowej mieści się 207
fabryk, produkujących towary wyłącznie na eksport.
Wewnątrz murów fabryczni robotnicy
składają produkty naszego ometkowanego świata: buty Nike’a, piżamy Gapa,
monitory komputerowe IBM-u, dżinsy Old Navy.
Pozwolono mi tylko na jednokrotne przekroczenie
bramy i rozmowę z przedstawicielami kierownictwa – do poszczególnych fabryk
wpuszczani są wyłącznie potencjalni importerzy i eksporterzy. Ale kilka dni
później, dzięki pomocy osiemnastoletniej robotnicy, wyrzuconej z pracy w
fabryce sprzętu elektronicznego, udało mi się ponownie wślizgnąć na teren zakładów i odbyć nieoficjalną
wycieczkę.
(...)
Bez
względu na położenie poszczególnych stref produkcji eksportowej opowieści
robotników są do siebie frapująco podobne: dzień pracy jest długi – 14 godzin w
Sri Lance, 12 w Indonezji, 16 w południowych Chinach, 12 na Filipinach. Lwią
część robotników stanowią kobiety, zawsze młode, zawsze zatrudnione przez
kontrahentów lub subkontrahentów z Korei, Tajwanu lub Hongkongu. Kontrahenci
zazwyczaj realizują zamówienia
koncernów, których siedziby znajdują się w Stanach Zjednoczonych,
Wielkiej Brytanii, Japonii, Niemczech lub w Kanadzie. W zakładach obowiązuje
wojskowa dyscyplina, brygadziści są często brutalni, płace poniżej życiowego
minimum, a praca nie wymagająca kwalifikacji i monotonna. (...)
Atmosfera w strefach przesycona jest strachem. Rząd boi
się utracić zagraniczne fabryki, fabryki boją się utracić ometkowane zlecenia,
a robotnicy boją się utracić niepewną pracę.
„To powinno być inne Rosario” ......... 224
Ruchomymi piaskami, na których
zbudowane zostały strefy produkcji eksportowej, jest obietnica
uprzemysłowienia. Cały zamysł opiera się na teorii, że przyciągną one
zagranicznych inwestorów, którzy jeśli wszystko pójdzie dobrze, zdecydują się
pozostać w kraju na stałe, a wtedy osobne linie montażowe zapoczątkują trwały
rozwój gospodarczy, pojawi się transfer technologii i przemysł rodzimy. By
zwabić jaskółki w tę sprytną zasadzkę, rządy biednych krajów oferują czasowe
zwolnienia od podatków , liberalne przepisy i usługi armii, która chce i może
dławić robotnicze protesty. By jeszcze bardziej osłodzić ten garniec miodu,
wystawiają na aukcję własnych obywateli, prześcigając się w zaniżaniu
minimalnych zarobków, aż w końcu spadną one poniżej rzeczywistych kosztów
utrzymania.
Strefa gospodarcza w Cavite została
zaprojektowana jako kraina marzeń dla zagranicznych inwestorów. Na peryferiach
Rosario wyrosły pola golfowe, kluby dla panów dyrektorów i prywatne szkoły,
mające złagodzić niewygody Trzeciego Świata. Ziemia pod fabryki jest tania jak barszcz: wynajem kosztuje 11
pesos za stopę kwadratową, mniej niż jednego centa. Przez pierwsze pięć lat
korporacje korzystają z „wakacji podatkowych” wedle formuły all included, w czasie których nie płacą
podatku dochodowego ani od nieruchomości. To jednak jeszcze nic w porównaniu ze
Sri Lanką, gdzie inwestorzy w strefach produkcji eksportowej mogą nie płacić
podatków przez dziesięć lat.280
Określenie „wakacje podatkowe” jest
tu wyjątkowo stosowne. Strefy wolnego handlu są dla inwestorów czymś w rodzaju
korporacyjnego Club Med., luksusowego hotelu, gdzie wszystko jest wliczone w
cenę, gdzie goście żyją sobie za darmo, a integracja z lokalną kulturą i
ekonomią nie przekracza poziomu absolutnego minimum. Jak to ujmuje jeden z
raportów Międzynarodowej Organizacji Pracy, strefa produkcji eksportowej „jest
dla niedoświadczonego inwestora zagranicznego tym, czym pakiet wakacyjny biura
podróży dla przezornego turysty”. Globalizacja
przy zerowym ryzyku. Koncerny przywożą materiały na ubrania i części do
komputerów – bez podatku importowego – z których nie zrzeszona w związkach
zawodowych tania siła robocza składa końcowy produkt. Następnie gotowa odzież i
sprzęt elektroniczny wywożone są z powrotem, tym razem bez podatku
eksportowego.
Rozumowanie, które się za tym kryje,
przebiega następująco: oczywiście, że
przedsiębiorstwa muszą płacić podatki i stosować się do krajowego prawa, ale
tylko w tym jednym przypadku, na tym jednym kawałku gruntu, tylko na małą
chwilę, zrobimy wyjątek – w imię przyszłej pomyślności. Strefy produkcji
przemysłowej istnieją więc poniekąd w
czymś na kształt prawnych i ekonomicznych nawiasów, oddzielone od reszty kraju –
strefa Cavite podlega na przykład wyłącznej jurysdykcji federalnego
Ministerstwa Handlu I Przemysłu Filipin; lokalna policja i władze miasta nie
mogą nawet przekroczyć jej progu. Ta wielowarstwowa blokada służy podwójnemu
celowi: trzyma motłoch z daleka od produkowanych tutaj drogich towarów, ale
także, a być może przede wszystkim, zasłania to, co dzieje się wewnątrz strefy,
przed wzrokiem reszty kraju.
Ponieważ przynęta, którą wyłożono, by
zwabić jaskółki, była tak słodka, mur wokół strefy ma służyć również
podkreśleniu, że to, co się dzieje wewnątrz, ma charakter tymczasowy, albo w
ogóle nie dzieje się naprawdę. Owe kolektywne zaprzeczenie faktom ma istotne
znaczenie zwłaszcza w państwach komunistycznych, gdzie strefy mieszczą
najdzikszą odmianę kapitalizmu na wschód od Moskwy: to stanowczo nie dzieje się naprawdę, na pewno nie tu, gdzie władza utrzymuje, iż kapitał to szatan, a
klasa robotnicza rządzi niepodzielnie.
Okrutna ironia
stref wolnego handlu przejawia się między innymi w tym, iż to właśnie bodźce
motywacyjne, którymi rząd stara się przyciągnąć międzynarodowe korporacje,
sprawiają, iż zachowują się one bardziej jak ekonomiczni turyści niż
długoterminowi inwestorzy. Mamy tu do czynienia z klasycznym błędnym
kołem: próbując walczyć z nędzą, rządy oferują coraz to nowe bodźce motywacyjne;
w rezultacie strefy produkcji eksportowej trzeba odgradzać kordonem, jak
kolonie trędowatych, a im ściślejszy kordon, tym silniejsze wrażenie, że
fabryki egzystują w świecie nie mającym nic wspólnego z krajem, w którym się
znajdują, zaś nędza wokół nich tylko rozpaczliwie się pogłębia. Strefa w Cavite
stanowi coś w rodzaju futurystycznego industrialnego przedmieścia, gdzie panuje
idealny porządek : robotnicy ubrani w uniformy, trawniki wypielęgnowane,
fabryki ustawione pod sznurek. Tren ozdabiają rozkoszne tabliczki, wbijające
robotnikom do głowy slogany w rodzaju: „Utrzymujcie naszą strefę w czystości” i
„Pracujcie dla pokoju i pomyślności Filipin”. Wystarczy jednak przejść przez
bramę, by pękła mydlana bańka. Poza tłumami robotników przewalających się przez
miasto przed początkiem i po końcu zmiany nic nie wskazuje na to, że w
Rosario jest ponad 200 fabryk. Jezdnie
znajdują się w fatalnym stanie, bieżąca woda stanowi rzadki luksus, a ulice
toną w zwałach śmieci.
Wielu robotników wegetuje w
dzielnicach nędzy na obrzeżach miasta
lub w pobliskich wioskach. Inni, zwłaszcza młodzi, sypiają w noclegowniach,
gmatwaninie betonowych bunkrów, oddzielonych od strefy jedynie szerokim murem.
Niegdyś było tu gospodarstwo rolne i niektóre z pomieszczeń sypialnych, mówią
mi robotnicy, to dawne chlewy, na które narzucono dach.
Filipińskie
doświadczenie „uprzemysłowienia w nawiasach”
nie jest bynajmniej jednostkowe. Obecna mania zakładania stref produkcji
eksportowej jest następstwem sukcesu gospodarczego tak zwanych azjatyckich
tygrysów, zwłaszcza Korei Południowej i Tajwanu. Dopóki strefy stanowiły
fenomen na skalę kilku krajów, między
innymi Korei Południowej i Tajwanu, płace
stale rosły, rzeczywiście odbywał się transfer technologii i stopniowo przywracano
podatki. Ale jak nie omieszkaliby podkreślić przeciwnicy owego systemu,
przestawienie się tych państw z nisko opłacalnej drobnej wytwórczości na
wyspecjalizowane gałęzie przemysłu spowodowało znaczne zaostrzenie
konkurencyjności w globalnej ekonomii. Dzisiaj, gdy o dolary ze stref produkcji
eksportowej bije się między sobą siedemdziesiąt państw, premie dla inwestorów
rosną, a płace i standardy prawne stają się zakładnikiem groźby odpływu
kapitału. W rezultacie kolejne państwa zmieniają się w industrialne slumsy i
getta prawie darmowej pracy, a końca tego nie widać.
Jak zła
byłaby sytuacja w Cavite, daleko jej jeszcze do warunków panujących w
Sri Lance, gdzie przedłużone wakacje podatkowe sprawiają, iż miasta nie są w
stanie zapewnić pracownikom stref produkcji eksportowej nawet publicznych
środków transportu. Ulice, którymi robotnicy idą do pracy, są ciemne i
niebezpieczne, bo nie ma pieniędzy na latarnie. Noclegownie są tak
przepełnione, że trzeba malować białe linie na podłodze, by oddzielić od siebie
poszczególne miejsca do spania., przez co, jak zauważył jeden z dziennikarzy,
„wyglądają jak parkingi”.
Jose Ricafrente ma wątpliwy zaszczyt piastować godność burmistrza
Rosario. Rozmawiałam z nim w ciasnym gabinecie, przed którym czekała kolejka
petentów. Jego miasto, które rozwinęło się ze skromnej rybackiej wioski, ma –
dzięki Cavite – najwyższy wskaźnik inwestycji na głowę mieszkańca w kraju,
środków z budżetu nie starcza jednak nawet na to, by posprzątać bałagan,
jakiego narobiły fabryki. Rosario nękają wszystkie bolączki industrializacji –
zanieczyszczenie, gwałtownie powiększająca się populacja napływowych
robotników, wzrost przestępczości, rzeki ścieków – przy braku jakichkolwiek
korzyści. Według szacunków władz federalnych tylko 30 z 207 działających w
strefie fabryk płaci jakiekolwiek podatki, jednak pozostałe źródła i te liczbę
podają w wątpliwość. Burmistrz mówi, że wielu przedsiębiorstwom udało się
uzyskać przedłużenie wakacji podatkowych, a jeśli nie – zamykają swe zakłady,
by otworzyć je ponownie pod inną nazwą i jeszcze raz przyjechać za darmo.
„Zwijają się przed końcem laby i wcielają w inną firmę, żeby tylko uniknąć
płacenia podatków. Rząd nie dostaje od nich ani grosza, jesteśmy więc w trudnej
sytuacji”, powiedział mi Ricafrente. Wyborcy uwielbiają tego niskiego mężczyznę
o potężnym, głębokim glosie za jego zdecydowane wystąpienia w obronie praw
człowieka i demokracji w czasach brutalnych rządów Ferdinanda Marcosa. Jednak
gdy ja poznałam burmistrza, zrobił na mnie wrażenie człowieka zmęczonego i
sfrustrowanego niemożnością zrobienia porządku na swoim własnym podwórku.284
„Nie jesteśmy nawet w stanie zapewnić mieszkańcom podstawowych świadczeń”,
powiedział głosem, w którym brzmiało coś w rodzaju wściekłości. „Potrzebna nam
jest woda, potrzebne nam są drogi, opieka medyczna, edukacja. Ludzie oczekują,
że im to wszystko zapewnimy, bo sądzą, że dostajemy pieniądze z podatków od
tych wszystkich fabryk, które tu działają”.
Burmistrz jest
przekonany, że zawsze znajdzie się państwo – czy to będzie Wietnam, Chiny, Sri
Lanka, czy Meksyk – skłonne przelicytować ich w dół. A miasta w rodzaju Rosario
będą sprzedawać swoich mieszkańców, kompromitować swój system edukacji i
zatruwać zasoby naturalne. „To powinna być relacja symbiotyczna”, mówi
Ricafrente o zagranicznych inwestycjach. „zarabiają na nas, więc rząd też
powinien na nich zarabiać. [...] To powinno być inne Rosario”.
Praca w nawiasach ......... 228
Skoro więc jest już zupełnie jasne, że fabryki nie płacą podatków ani nie
budują lokalnych infrastruktur i że produkowane w nich towary są wywożone z
kraju, dlaczego państwa takie jak Filipiny nadal prześcigają się w staraniach,
by ściągnąć zakłady produkcyjne na swoje terytorium? Oficjalnie tłumaczą to teorią przesączania, wedle której bogacenie się
jednostek podnosi poziom życia społeczeństwa: strefy tworzą miejsca pracy, a
pieniądze, które zarabiają w nich robotnicy, zaczną w końcu napędzać trwały
rozwój gospodarczy.
Problem z tą teorią polega na tym, że
płace są tak niskie, iż robotnicy wydają lwią część swoich zarobków na miejsce
w noclegowni i komunikację, reszta idzie na makaron i smażony ryż, sprzedawany
na straganach przed bramą. Robotnicy nie mogą nawet marzyć, żeby ich było stać
na towary, które produkują. Niskie płace
są po części rezultatem konkurencji, stwarzanej przez fabryki w innych krajach
rozwijających się. Przede wszystkim jednak rząd wykazuje najdalej posuniętą
opieszałość w egzekwowaniu od „jaskółek” przestrzegania prawa pracy, w obawie,
że wystraszą się i odfruną. Na terenie stref notorycznie lamie się prawo pracy,
a robotnicy ledwo mogą zarobić, żeby najeść się do syta, nie mówiąc o
stymulowaniu miejscowej gospodarki.
Rząd Filipin oczywiście temu zaprzecza.
Według niego w strefach obowiązują te same przepisy, co w całym kraju:
robotnicy mają zagwarantowane płace minimalne, świadczenia socjalne, stałość
zatrudnienia, płatne nadgodziny, nie można ich zwolnić bez uzasadnionego powodu
i mogą bez przeszkód organizować niezależne związki zawodowe. W rzeczywistości
jednak rząd traktuje warunki pracy w produkujących na eksport fabrykach jako
element polityki handlu zagranicznego, a nie kwestię prawną. I skoro
przyciągnął zagranicznych inwestorów, obiecując im tanią i uległą siłę roboczą,
to zamierza się z tej obietnicy wywiązywać. Dlatego urzędnicy z ministerstwa
pracy patrzą przez palce na łamanie przepisów w strefach produkcji eksportowej,
a nawet niekiedy je ułatwiają.
Wiele fabryk w tych strefach
rządzonych jest żelazną ręką i systematycznie lamie się w nich filipińskie
prawo pracy. Niektórzy pracodawcy na
przykład zamykają toalety na kłódkę, otwierając je jedynie w czasie dwóch
piętnastominutowych przerw, w czasie których wszyscy robotnicy muszą przy
opuszczaniu swego stanowiska pracy i w
chwili powrotu na nie podpisać listę, żeby kierownictwo mogło kontrolować ich
nieproduktywny czas. Szwaczki z zakładu szyjącego odzież dla Gapa, Guess i Old
Navy opowiadały mi, że niekiedy zmuszone są opróżniać pęcherz do plastikowych
torebek pod swoimi maszynami do szycia. Istnieje zakaz rozmów, a w fabryce
elektroniki Ju Young także zakaz uśmiechania się.
Fabryki regularnie oszukują swoich
pracowników na ubezpieczeniach społecznych i przeprowadzają nielegalne zbiórki
pieniędzy na wszystko, poczynając od środków czystości, a na przyjęciach
bożonarodzeniowych kończąc. W fabryce składającej monitory komputerowe dla IBM
premią za nadgodziny nie są dodatkowe pieniądze, lecz długopis i pączki.
No i pozostaje jeszcze kwestia zarobków. W
Cavite gwarantowaną prawem minimalną płacę traktuje się raczej jako luźną
wskazówkę niż sztywne prawo. Kiedy 6 dolarów dziennie okaże się zbyt wygórowaną
stawką, inwestorzy mogą poprosić rząd o zwolnienie z przestrzegania tego
przepisu. Więc chociaż część robotników otrzymuje minimalną stawkę, większość
dzięki udogodnieniom dla pracodawców, nie zarabia nawet i tego.285
Nadal za drogo: obcinanie płac w
Chinach ......... 229
Jedną z
przyczyn strachu, tak silnie wyczuwalnego w Cavite, jest fakt, iż w porównaniu
z Chinami zarobki na Filipinach są bardzo wysokie. Przy tym naprawdę
niezwykłe jest dopiero to, że najbardziej bezczelne oszukiwanie na płacach ma
miejsce właśnie w Chinach.
Organizacje pracy zgadzają się co do tego,
że w przypadku Chin wystarczająca na opłacenie kosztów utrzymania stawka wynosi
mniej więcej 87 centów amerykańskich za godzinę. W Stanach Zjednoczonych i
Niemczech, gdzie międzynarodowe koncerny pozamykały setki rodzimych zakładów
tekstylnych, robotnicy przemysłu odzieżowego dostają odpowiednio 10 i 18,40 USD
za godzinę.286 Lecz nawet przy tak poważnych oszczędnościach na
kosztach pracy kontrahenci produkujący w Chinach dla najbardziej znanych i
najbogatszych marek na świecie nadal uchylają się od płacenia swoim robotnikom owych
87 centów, które wystarczyłyby im na utrzymanie, opiekę zdrowotną, a nawet
wysłanie paru groszy rodzinom. Przeprowadzona w roku 1998 analiza warunków
produkcji markowych produktów w specjalnych strefach ekonomicznych na terenie
Chin wykazała, że Wal-Mart, Ralph Lauren, Ann Taylor, Espirit, Liz Claiborne,
Kmart, Nike, Adidas, J. C. Penney i Limited płacą zaledwie niewielką część
owych nędznych 87 centów – niekiedy tylko 13 centów za godzinę (zob. rab. 9.3,
Aneks s. 499).
Żeby zrozumieć,
jak to możliwe, że bogate i rzekomo przestrzegające prawa międzynarodowe
korporacje cofają się do dziewiętnastowiecznych metod wyzysku (na czym
nieustannie są przyłapywane), musimy się przyjrzeć, jak działa mechanizm
zlecania podwykonania: na wszystkich poziomach zlecania wykonania,
podwykonania i pracy chałupniczej producenci przelicytowują się nawzajem, kto
zaoferuje niższą cenę, a do tego każdy kolejny kontrahent i subkontrahent musi
trochę zarobić. Na końcu tego zlicytowanego łańcucha podwykonań znajduje się robotnik
– często oddzielony trzema lub czterema pośrednikami od koncernu, który zlecił
pierwotne zamówienie – z płacą zmniejszającą się na każdym etapie pośrednictwa.
„Międzynarodowe koncerny wyciskają podwykonawców, a podwykonawcy wyciskają
robotników”, wyjaśnia raport z 1997 roku w sprawie chińskich fabryk butów
Nike,a i Reeboka.287
(...)
„Żadnych związków, żadnych
strajków” ......... 230
Na centralnym skrzyżowaniu strefy produkcji
eksportowej w Cavite wywieszony jest wielki transparent z napisanym po
angielsku hasłem: NIE SŁUCHAJ
AGITATORÓW I WICHRZYCIELI. Wszyscy wiedzą, co oznacza napis wykonany
wielkimi, czerwonymi, drukowanymi literami. Chociaż formalnie rzecz biorąc,
związki zawodowe są na Filipinach legalne, w strefach wolnego handlu obowiązuje
niepisana zasada: „żadnych związków, żadnych strajków”. Jak sugeruje
transparent, robotnicy usiłujący organizować w swoich fabrykach związki zawodowe są uważani za wichrzycieli i
często spotykają się z groźbami i próbami zastraszenia.
Przyjechałam do Cavite między innymi
dlatego, że słyszałam, iż strefa ta jest siedliskiem wichrzycieli, a to dzięki
niedawno powstałej organizacji pod nazwą
Worker’s Assistance Centre (Centrum Pomocy
Robotnikom). Ulokowane przy kościele
katolickim , zaledwie o kilka przecznic od wejścia do Cavite, Centrum próbuje
przełamać barierę strachu, która otacza filipińskie strefy wolnego handlu. Jego
pracownicy gromadzą stopniowo informacje na temat warunków pracy w tutejszych
fabrykach. Nida Barcenas, jedna z organizatorek Centrum, powiedziała mi: „Z
początku musiałam chodzić za robotnikami aż do ich domów, błagając, żeby ze mną
porozmawiali. Strasznie się bali – rodziny mówiły im, że jestem wichrzycielką”.
Ale w rok od rozpoczęcia działalności WAC robotnicy tłumnie odwiedzają Centrum
po skończonej zmianie – żeby spędzić tu trochę czasu, zjeść kolację, wziąć
udział w seminariach. Dowiedziałam się o Centrum, jeszcze w Toronto, gdzie
słyszałam od kilku międzynarodowych ekspertów ds. warunków pracy, że ów niewielki
ośrodek, zbierający dane o strefach wolnego handlu i prowadzący pracę
organizacyjną na podstawowym poziomie, należy do najlepszych w całej Azji.
WAC powstało, by pomagać robotnikom w korzystaniu
z ich konstytucyjnego prawa do walki o poprawę warunków pracy – bez względu na
to, czy pracują w strefach wolnego handlu, czy nie. (...)
Na Filipinach system bodźców motywacyjnych
i wyjątków, który miał obowiązywać przejściowo i zostać stopniowo wycofany,
kiedy zagraniczne koncerny włączą się już w narodowy system gospodarczy,
przyniósł efekty odwrotne od oczekiwanych. Nie tylko nadleciały nowe
„jaskółki”, lecz na dodatek pozamykano posiadające organizacje związkowe
zakłady wewnątrz kraju, które następnie zmaterializowały się ponownie w strefie
produkcji eksportowej Cavite, by móc jeszcze raz skorzystać ze wszystkich
bodźców motywacyjnych. Na przykład, towary dla Marksa & Spencera
produkowała dawniej fabryka...
„Wystarczyło dziesięć ciężarówek... Związek został wyeliminowany.
Cavite bynajmniej nie stanowi pod tym
względem wyjątku. We wszystkich strefach wolnego handlu ludzie boją się
angażować w organizowanie związków zawodowych, ponieważ zakończona sukcesem
akcja może mieć tutaj straszliwe konsekwencje zarówno dla działaczy, jak i
robotników. (...)
Młodym ludziom, z których większość
stanowią kobiety, wmawia się, że eksploatacji w fabrykach w strefach produkcji
eksportowej, dokąd wysyła się ich, tak jak o pokolenie wcześniej posyłało się
młodych chłopców na wojnę, należy się poddać w imię patriotyzmu i obowiązku
narodowego. Nie wolno kwestionować żadnych postanowień kierownictwa. (...)
Mimo nieustannego zagrożenia odwetem
aktywiści z Centrum Pomocy Robotnikom kilkakrotnie opodejmowali skromne, w
różnym stopniu udane próby zorganizowania w Cavite związków zawodowych.
(...)
Brutalne
połączenie ogromnej intensywności pracy i braku jakichkolwiek gwarancji
zatrudnienia jest charakterystyczne dla wszystkich stref wolnego handlu.
Pracuje się tu sześć albo siedem dni w tygodniu, a kiedy zbliża się termin
wysyłki dużego zamówienia – aż do zakończenia partii. Większość zatrudnionych
chętnie przyjmuje nadgodziny, potrzebują bowiem pieniędzy, ale praca w nocy
powszechnie uważana jest za nadmierne obciążenie. Odmowa pozostania na
stanowisku nie wchodzi jednak w grę. (...)
Ze wszystkich stref, bez
względu na ich położenie, płyną koszmarne opowieści o pracy w nadgodzinach: z
Chin pochodzą udokumentowane relacje o zmianach trwających trzy dni, podczas
których robotnice muszą spać na podłodze obok swoich maszyn. Kontrahentom
często grożą ogromne kary pieniężne za niedotrzymanie terminu, bez względu na
to, jak byłby nierealny. Podobno w Hondurasie, kiedy kończy się termin
realizacji szczególnie ważnego zamówienia, kierownictwo szprycuje robotnice
amfetaminą, żeby mogły wytrzymać 48-godzinne maratony.293
Co się stało z Carmelitą... ......... 234
W Cavite każda rozmowa o
nadgodzinach schodzi na Carmelitę Alonzo, która umarła, jak mówią jej
koleżanki, „z przepracowania”. (...)
(...)
Obciążenie
nadgodzinami dałoby się znacznie zmniejszyć, gdyby firmy zatrudniły więcej
robotników i zorganizowały dwie krótsze zmiany. Tylko dlaczego miałyby to
robić? Urzędnik sprawujący nadzór nad strefą z ramienia rządu, nie jest
zainteresowany zadzieraniem z właścicielami i menedżerami fabryk łamiących
przepisy dotyczące nadgodzin.
Właściciele fabryk nie kwapią się jednak
do zwiększania liczby zatrudnionych, ponieważ po zrealizowaniu dużego
zamówienia zdarzają się okresy posuchy, a wtedy niepotrzebni im są robotnicy,
dla których nie mają pracy. Skoro
przestrzeganie filipińskiego prawa pracy pozostawione jest „do decyzji
kierownictwa produkcji”, większość z nich uważa, iż najkorzystniej jest mieć
jeden zespół pracowników, zmuszonych po prostu pracować dłużej, kiedy jest
więcej pracy, i krócej, kiedy jest jej mniej. I to jest właśnie druga strona
nadgodzinowego równania: w przerwach między zamówieniami, albo kiedy opóźniają
się dostawy materiałów, pracownicy odsyłani są do domu bez zapłaty, czasami
nawet na cały tydzień. Robotnicy, zebrani wokół stołu w
Centrum, wybuchnęli śmiechem, kiedy zapytałam, czy mają jakieś gwarancje
zatrudnienia i gwarantowaną minimalną liczbę godzin pracy.
„Nie ma pracy, nie ma płacy!”, zawołali chórem.
Zasada „nie ma pracy, nie ma płacy” odnosi
się do wszystkich pracowników, „stałych” i na umowach zlecenia. Umowy, jeśli w
ogóle istnieją, opiewają najwyżej na pięć miesięcy, po upływie których robotnicy
muszą „zaciągnąć się na nowo”. Wielu robotników fizycznych z Cavite zostało
faktycznie zatrudnionych poprzez biura pośrednictwa pracy znajdujące się na
terenie strefy, które zatrzymują dla siebie część każdej wypłaty – stanowiąc
jeszcze jeden szczebel wielopoziomowego systemu pośredników żyjących z pracy
robotników. Zarządy fabryk w poszczególnych strefach uciekają się do
najróżniejszych sztuczek, żeby tylko nie zatrudniać swoich pracowników na stałe
i nie być zmuszonym do przyznawania im związanych z tym praw i świadczeń.
To właśnie na skutek owego nowego, luźnego
stosunku pracy w fabrykach system stref produkcji eksportowej uległ kompletnemu
rozprzężeniu. W zasadzie strefy wolnego handlu stanowią pomysłowy mechanizm
globalnej redystrybucji bogactw. To prawda, że przyciągają z Północy pracę, ale przecież każdy
bezstronny obserwator musi przyznać, że podzielenie się miejscami pracy, dzięki
którym powstały nasze klasy średnie, z narodami wciąż jeszcze zniewolonymi
przez nędzę, w chwili, gdy gospodarki państw uprzemysłowionych przestawia się
na najnowsze technologie, stanowi elementarny nakaz globalnej sprawiedliwości.
Kłopot w rym, że robotnicy z Cavite i pozostałych stref wolnego handlu w Azji i
Ameryce Środkowej bynajmniej nie dziedziczą „naszych” miejsc pracy. Podobnie
jak produkcja własna koncernów przeszła gdzieś po drodze w „zamówienia” dla
niezależnych kontrahentów, pełnoetatowe zatrudnienie przeobraziło się – gdzieś
nad Pacyfikiem – w „kontrakty”. (...) „Największe
wyzwanie dla Azji stanowi to”, powiada Greenfield, „iż praca, oferowana przez
inwestujące w Azji międzynarodowe koncerny zachodnie i azjatyckie, jest
tymczasowa i dorywcza”296
(...)
W rzeczy samej, to nie jest kwestia
zwyczajnej ucieczki miejsc pracy.
Migrująca siła robocza ......... 236
Ostatniego wieczoru mojego pobytu w
Cavite odwiedziłam sześć nastolatek, dzielących w noclegowni betonowy pokoik,
mający 2 na 2,5 metra: cztery z nich spały na prowizorycznych pryczach (po dwie
na każdej), dwie na matach rozłożonych na podłodze. Dziewczęta z górnej pryczy
składały czytniki CD-ROM-ów dla Aztek, Apple i IBM-u; te z dolnej szyły ubrania
dla Gapa. Wszystkie pochodziły ze wsi i po raz pierwszy w życiu znalazły się z
dala od swoich rodzin.
W zatłoczonym pudełku na buty, będącym
skrzyżowaniem więziennej celi z Szesnastoma świeczkami i zastępującym im dom,
panowała atmosfera apokaliptycznego piżamowego przyjęcia. To nic, że dziewczyny
mieszkały w przerobionym chlewie; miały po szesnaście lat i jak wszystkie
dziewczęta na całym świecie, ozdobiły poplamione ściany obrazkami puchatych
zwierząt, fotosami gwiazd filipińskiego kina akcji i modelek reklamujących
koronkową bieliznę. Wkrótce poważna rozmowa na temat warunków pracy utonęła w salwach śmiechu i rozmyła się w
zabawie w chowanie pod koce.
Ulice
stref wolnego handlu w całej Azji pełne są nastolatek w niebieskich
bluzeczkach, trzymających się pod ręce i kryjących przed słońcem pod
parasolkami. Wyglądają jak uczennice wracające ze szkoły. W Cavite, i wszędzie
indziej ogromną większość robotnic stanowią niezamężne kobiety w wieku od 17 do
25 lat. Podobnie jak moje znajome z noclegowni , mniej więcej 80% robotnic
pochodzi z innych prowincji Filipin – zaledwie 5% urodziło się w Rosario. Jak
fabryki-jaskółki, niewiele je wiąże z tym miejscem.
Raymondo Nagrampa, administrator strefy,
mówi, że fabryki poszukują napływowych robotników, ponieważ miejscowa ludność z
natury ma w sobie coś takiego, co sprawia, iż nie nadaje się do pracy blisko
domu. „Nie chcę powiedzieć nic złego o mieszkańcach Cavite”, tłumaczy mi w
swoim przestronnym klimatyzowanym biurze. „Ale z tego, co widzę, ich
specyficzny charakter nie sprzyja pracy w fabryce – szybko ją rzucają, by zająć
się czymś innym. Nie mają cierpliwości, by tkwić przy maszynach”. Nagrampa
przypuszcza, że to dlatego, iż Rosario leży blisko Manili, „więc nie można
powiedzieć, żeby mieszkańcy Cavite desperacko chwytali się każdej możliwości
zarobienia paru groszy na chleb powszedni”.
„Ale przybysze z prowincji – mówi – z
niżej położonych obszarów, nie są wystawieni na pokusy wielkomiejskiego życia.
Odpowiada im praca w fabryce, bo w końcu jest lżejsza od pracy w polu, cały
czas w piekącym słońcu, do jakiej są
przyzwyczajeni. Dla nich, skromnych robotników rolnych, praca w zamkniętej
fabryce oznacza znaczną poprawę losu w porównaniu z harówką na dworze”.
Pytałam dziesiątki robotników ze strefy –
wszyscy z nich pochodzili z rejonów rolniczych – co myślą o słowach Raymondo
Nagrampy. Wszyscy co do jednego byli oburzeni.
„To nieludzkie!”, wykrzyknęła Rosalie, nastolatka montująca „podzespoły do
monitorów IBM-u. „Depcze się nasze prawa, a pan Nagrampa mówi tak, bo nigdy nie
pracował w fabryce i nie ma pojęcia, jakie tu panują warunki”.
Salvador, w swojej koszulce a la Beverly
Hills, nie posiadał się z gniewu: „Pan Nagrampa zarabia dużo pieniędzy, ma
gabinet z klimatyzacją i własny samochód, oczywiście więc będzie mówił...[...]
Praca w polu jest trudna, to prawda, ale tam mamy swoją rodzinę, przyjaciół i
świeże jedzenie, a nie w kółko suszoną rybę”.
Wiele robotnic rolnych powiedziało mi, że
gdyby mogły, zostałyby w domu, jednak wybór nie należał do nich: większość
rodzin straciła swoje farmy, zabrane im przez pola golfowe, spartaczoną reformę
rolną i kolejne strefy produkcji eksportowej. Inne mówiły, że przyjechały tu
tylko dlatego, że werbujący, kiedy przyszli do ich wsi, obiecali im, że zarobią
w fabrykach dosyć, by pomóc swym zubożałym rodzinom. Podobne argumenty skłoniły
inne dziewczęta w tym samym wieku do wyjazdu do Manili i podjęcia pracy w
branży erotycznej.
Kilka innych kobiet też chciało
opowiedzieć mi o tych obietnicach. Kłopot w tym, tłumaczyły, że bez względu na
to, jak długo pracują w strefie, mogą posłać do domu zaledwie parę pesos. „Gdybyśmy miały ziemię,
zostałybyśmy i uprawiały wszystko, co nam potrzeba”, powiedziała Raquel, nastolatka z jednego z zakładów
odzieżowych. „...Werbujący mówili, że będziemy dużo zarabiać, ale jeśli chodzi
o mnie, to nie jestem w stanie wysyłać pieniędzy rodzicom, bo ledwo starcza mi
na życie”.
Robotnice z Cavite straciły więc pod
każdym względem: nie mają pieniędzy ani domu. To niebezpieczna mieszanka. Brak
snu, złe odżywianie i tęsknota za domem sprawiają, że w noclegowniach panuje
atmosfera głębokiej dezorientacji.
(...)
Inny produkt stref: nowy rodzaj
robotnika fabrycznego ......... 239
Naiwność i poczucie zagubienia
niewątpliwie ułatwiają menedżerom utrzymywanie dyscypliny w zakładzie, ale
młodsze robotnice są preferowane również z innych względów. Kobiety często
tracą pracę w wieku dwudziestu kilku lat, usłyszawszy od brygadzisty, że
zrobiły się „za stare” i ich palce nie są już dostatecznie zwinne. Praktyka ta
pozwala znakomicie zminimalizować liczbę zatrudnionych matek.
W Cavite wysłuchałam wielu opowieści o
ciężarnych kobietach, zmuszanych do pracy do 2 w nocy, chociaż błagały
brygadzistę, żeby je zwolnił do domu...
Większość pracodawców ze specjalnych stref
ekonomicznych, uchylających się od opłacania świadczeń socjalnych, zorganizowania
pracy według jakiegokolwiek dającego się przewidzieć harmonogramu czy
zapewnienia robotnikom gwarancji zatrudnienia, traktuje macierzyństwo jako
dopust boży.
(...)
Migrujące fabryki ......... 241
W ramach tak
przebudowanego systemu nie tylko robotnicy są traktowani na zasadzie
jednodniowej inwestycji. Fabryki-jaskółki są tak skonstruowane, by odznaczać
się jak największą elastycznością: ich
podstawowe cechy to podążanie w ślad za zwolnieniami od podatków i bodźcami
motywacyjnymi, szybkie reagowanie na dewaluację waluty i czerpanie korzyści z
twardych rządów dyktatorów. Amerykańscy i europejscy robotnicy dobrze
zdają sobie sprawę, jakim zagrożeniem jest ucieczka miejsc pracy. Przeprowadzone na zlecenie NAFTA badania
wykazały, że w Stanach Zjednoczonych w latach 1993-1995 „pracodawcy grozili
zamknięciem zakładu przy okazji połowy wszystkich [związkowych] wyborów
uwierzytelniających. Raport stwierdza, że pracodawcy spełnili swoje groźby
likwidując – w całości lub częściowo – zakłady, w których powstały związki
zawodowe, w 15% wszystkich przypadków – trzykrotnie częściej, niż to się działo
w latach 80., przed nastaniem ery NAFTA.304 W Chinach, Indonezji,
Indiach i na Filipinach groźba zamknięcia fabryki ma jeszcze większą sile
oddziaływania. Ponieważ na tym obszarze natychmiastowa ucieczka przemysłu
stanowi reakcję na wzrost płac, wprowadzenie podatków i przepisów chroniących
środowisko, fabryki są z założenia przenośne. Niektóre z tych „jaskółek”
podrywały się już do lotu trzy albo cztery razy i jak wyraźnie pokazuje
historia podwykonawstwa, przy każdym lądowaniu coraz lżejsze.
Podczas pierwszego lądowania
międzynarodowych koncernów na Tajwanie, w Korei i Japonii duża część ich fabryk
stanowiła własność miejscowych kontrahentów. Ale kiedy pod koniec
dziesięciolecia koreańscy robotnicy zaczęli buntować się przeciwko jednodolarowej dniówce
(??? Anonimus) i zakładać związki zawodowe, żeby wywalczyć sobie
lepsze warunki pracy, „jaskółki” odleciały gdzie indziej. Dysponujemy pełną
dokumentacją szlaków migracyjnych Reeboka . W 1985 roku Reebok prawie wszystkie
swoje buty do biegania produkował w Korei Południowej i na Tajwanie, nie wytwarzając ani jednej
pary w Indonezji czy Chinach. Przed rokiem 1995 niemal wszystkie jego fabryki
odleciały z Korei i Tajwanu, a 60% kontraktów Reeboka wylądowało w Indonezji i
Chinach.305
Ale na tym etapie podróży zakłady
nie stanowiły już własności miejscowych,
indonezyjskich lub chińskich, kontrahentów. Należały do tych samych koreańskich
i tajwańskich firm, które kierowały nimi przed przeprowadzką. Kiedy
międzynarodowe koncerny wycofały swoje zamówienia z Korei i Tajwanu, ich
kontrahenci podążali w ślad za nimi, zwijając interesy w swoich ojczyznach i
budując nowe fabryki w krajach, gdzie praca nie zdążyła jeszcze zdrożeć: w
Chinach, Indonezji, Tajlandii i na Filipinach.
Szefowie pochodzący z Tajwanu i Korei są
szczególnie predestynowani do eksploatacji głodu: na podstawie własnego
doświadczenia mogą powiedzieć robotnikom, co się stanie, kiedy przyjdą związki
zawodowe i płace pójdą w górę. Zatrzymanie kontrahentów, którym już raz ziemia
usunęła się spod nóg, stanowi zaiste genialne posunięcie ze strony zachodnich
koncernów. Co może być lepszą gwarancją utrzymania
niskich kosztów niż zrobienie z wczorajszych ofiar dzisiejszych strażników?
(...)
Klienci odlatują ......... 244
U podłoża wszystkiego, co się dzieje
w strefie, leży strach, że płochliwe międzynarodowe koncerny wycofają swoje
zamówienia i odlecą w jakieś lepsze miejsce. Na skutek tego dochodzi do
osobliwego rozdźwięku: mimo że marki w rodzaju Nike’a, Gapa i IBM-u nie posiadają tu żadnej
fizycznej własności – nie do nich należą budynki, ziemia i maszyny – wszędzie
wyczuwa się ich niewidzialną obecność, to one pociągają za wszystkie sznurki.
Zyskały taką władzę jako zleceniodawcy, że bezpośrednie zaangażowanie
sprowadzające się do zwykłego posiadania fabryk wydaje się z ich perspektywy
zbędnym traceniem sił. A ponieważ rzeczywiści właściciele i administratorzy
fabryk są całkowicie zależni od wielkich zleceń i bez nich nie mieliby po co
uruchamiać maszyn, robotnicy stoją na wyjątkowo słabej pozycji do negocjacji:
nie można przecież negocjować z formularzem zamówień. Nie bardzo da się tu
nawet zastosować klasyczny marksistowski podział na robotników i właścicieli,
skoro międzynarodowe koncerny wyzbyły
się „środków produkcji”, by użyć wyrażenia Marksa, nie chcąc obarczać się
odpowiedzialnością, związaną z faktycznym posiadaniem i zarządzaniem fabryką
oraz zatrudnianiem siły roboczej.
Przeciwnie, fakt, że międzynarodowe
koncerny nie są właścicielami fabryk, sprawia, że tym skuteczniej kontrolują
produkcję. Jak większość zadeklarowanych konsumentów, nie widzą powodu, żeby
interesować się, w jaki sposób produkowane są ich okazyjne zakupy – po prostu
skwapliwie korzystają z okazji, trzymając kontrahentów w szachu groźbą
przyjęcia korzystniejszej oferty od któregokolwiek z całej masy
konkurentów.
(...)
ROZDZIAŁ
DZIESIĄTY GROŹBY
I CZASOWNICY
Od pracy za
darmo do „Narodu Wolnych Strzelców” .........
249
Wicher niestałości wieje poprzez
pracownicze szeregi, chwiejąc stabilnymi do tej pory fundamentami wszystkich
stanowisk. Osoby zatrudnione jako tymczasowa pomoc biurowa, niezależni specjaliści
od nowoczesnych technologii, sprzedawcy w sklepie, kelnerki w restauracji – wszyscy czują na twarzach
jego groźny powiew. Zatrudnienie w fabrykach jest wypierane przez outsourcing,
praca w przemyśle odzieżowym zmienia się w chałupnictwo, we wszystkich branżach
bezpieczne pełne etaty ustępują miejsca umowom na czas określony. Nawet prezesi
coraz chętniej skłaniają się ku krótkotrwałym związkom, zmieniają korporacje
jak rękawiczki, przelatują jak burza przez kolejne gabinety dyrektora,
zwalniając na dzień dobry i do widzenia połowę pracowników.
Niemal. wszystkie ważniejsze akcje
związkowe ostatniego dziesięciolecia koncentrowały się nie na kwestii zarobków,
lecz wymuszanego rozluźniania pracy. To właśnie było przedmiotem protestu
pracowników United Parcel Service, występujących przeciwko pracy w niepełnym
wymiarze godzin („part time America”);
australijskich dokerów broniących swoich miejsc pracy przejmowanych przez
robotników najemnych, kanadyjskich robotników z zakładów Forda i Chryslera,
strajkujących przeciwko przenoszeniu na zasadzie outsourcingu ich pracy do
fabryk, w których nie ma związków zawodowych. Wszystkie owe przypadki, wzięte z
różnych dziedzin przemysłu, odnoszą się do tego samego zjawiska: pracodawcy na
różne sposoby starają się zerwać więzi ze swoimi pracownikami, by dalej pędzić
przed siebie, bez zbędnych obciążeń i zobowiązań. Skutki praktycznego
zastosowania błyskotliwego hasła „marka, nie produkt” dają się dzisiaj odczuć
we wszystkich miejscach pracy na całym świecie.
Korporacje chcą płynnych rezerw ludzi
zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin, pracowników dorywczych i wolnych
strzelców, co pomoże im utrzymać koszty ogólne na niskim poziomie i swobodnie
pływać po wzburzonych falach rynku.
Jak powiedział brytyjski konsultant ds. zarządzania Charles Chandy,
cwane firmy wolą myśleć o sobie jako o „organizatorach” pracy zespołu
wykonawców niż o „organizacjach zatrudniających pracowników”.321 Jedno jest pewne: oferowanie
zatrudnienia – stałego, w miarę pewnego, wraz ze świadczeniami socjalnymi,
płatnym urlopem, a może nawet z reprezentacją związkową – wyszło z ekonomicznej
mody.
Ometkowana praca: nie posada,
lecz hobby ......... 250
Duża część branży towarów
konsumenckich wyzwoliła się od konieczności produkowania tego, co sprzedaje,
jednak nikt jeszcze nie zdołał do końca uwolnić się od potrzeby zatrudniania
pracowników. Produkcję można zepchnąć na kontrahentów, wciąż jednak potrzebni
są ekspedienci do sprzedawania markowych artykułów, szczególnie, jeśli wziąć
pod uwagę rozwój ometkowanego handlu detalicznego. Pracodawcy z sektora usług
doszli jednak do prawdziwego mistrzostwa w uchylaniu się od zobowiązań wobec
swoich pracowników, zręcznie zaszczepiając im przekonanie, iż nie są właściwie
prawdziwymi pracownikami, a co za tym idzie, nie należą się im żadne gwarancje
zatrudnienia, przyzwoite płace ani świadczenia.
Większość dużych pracodawców z tego
sektora traktuje swój personel jak ludzi nie obarczonych koniecznością
zaspokajania podstawowych potrzeb życiowych w rodzaju opłacania czynszu czy
utrzymania dzieci. Przeciwnie, pracodawcy z sektora usług i handlu skłonni są
uważać swoich pracowników za dzieci: uczniów potrzebujących zajęcia na lato,
pieniędzy na drobne wydatki lub sposobu na przetrzymanie krótkiej przerwy w
podróży do bardziej satysfakcjonującej i lepiej płatnej ścieżki kariery. Innymi słowy, są to wspaniałe posady dla
ludzi, którzy ich naprawdę nie potrzebują.
Zjawisko to jest bardzo niepokojące,
przede wszystkim dlatego, że w ciągu ostatniego dwudziestolecia względne
znaczenie sektora usług na rynku zatrudnienia dramatycznie wzrosło. Upadek
produkcji, a także fala redukcji i cięć budżetowych w sektorze publicznym
zbiegły się z potężnym wzrostem liczby miejsc pracy w usługach i handlu, gdzie
pracuje obecnie 75% wszystkich zatrudnionych w Stanach Zjednoczonych...(...)
Jednak mimo tych przemian w systemie
zatrudnienia usługodawcy i restauratorzy z uporem godnym lepszej sprawy
twierdzą nadal, że oferują hobbystyczne posadki dla dzieciaków. Mniejsza o to,
że sektor usług pełen jest dzisiaj ludzi ze stopniami uniwersyteckimi,
imigrantów nie mogących znaleźć pracy w produkcji, zwolnionych pielęgniarek i
nauczycieli oraz zredukowanych menedżerów średniego szczebla. Mniejsza też, że
studenci, pracujący w handlu detalicznym i fast foodach – a jest ich cała masa
– płacą wyższe czesne, otrzymują mniejszą pomoc od państwa, a ich proces
edukacyjny trwa dłużej niż kiedyś. Mniejsza o to, że średnia wieku pracowników fast foodów znacznie wzrosła na przestrzeni
ostatnich dziesięciu lat...(...) Wszyscy
wiedzą, że praca w usługach to hobby, zaś handel detaliczny jest miejscem,
dokąd udajesz się, żeby zdobyć „doświadczenie”, a nie środki do życia.
Przesłanie to najgłębiej zapadło w serca
dziewczynom i chłopakom przy kasach i w okienkach serwujących dania na wynos,
którzy często jeszcze po 10 latach McPracy wciąż czują się, jakby bawili tu
tylko przelotem. Brenda Hilbrich z Borders Books and Music na Manhattanie
tłumaczy, jak trudno jest pogodzić jakość takiej posady z poczuciem sukcesu
osobistego: „Nie możesz uciec od dychotomii. Myślisz: ‘Powinnam osiągnąć coś
więcej, ale nie mogę, bo nie mogę znaleźć innej pracy’. Powiadasz więc sobie:
‘Jestem tu tylko na chwilę, dopóki nie znajdę czegoś lepszego”.324
Ten uwewnętrzniony stan wiecznej przemijalności to woda na młyn pracodawców,
którzy mogą swobodnie zamrażać płace i ograniczać możliwości awansu, bo
przecież nie trzeba poprawiać warunków pracy, co do której wszyscy zgadzają
się, że jest tymczasowa. „Firmowa propaganda wpaja ci przekonanie, że nie
jesteś właściwie pracownikiem, tylko czymś innym, że nie należysz do klasy
robotniczej. [...] Każdemu wydaje się,
że należy do klasy średniej, nawet jeśli zarabia tylko 13 000 rocznie”.325
(...)
Rozwalanie McZwiązku ......... 258
Zmuszone pilnować, by płace
pracowników nie zaważyły zbyt mocno na końcowym wyniku finansowym korporacyjnej
strategii, ometkowane sieci stawiły brutalny opór inicjatywie organizowania
związków zawodowych. Dla przykładu, w czasie kampanii związkowej w Niemczech
McDonald’s uwikłał się w serię skandali
łapówkarskich, zaś podczas podobnej kampanii we Francji w roku 1994 dziesięciu
menedżerów sieci trafiło do więzienia pod zarzutem łamania prawa pracy i prawa
o związkach zawodowych.337 W czerwcu roku 1998 koncern zwolnił dwóch
młodych organizatorów strajku w Macedonii w stanie Ohio.338 W roku
1997, kiedy personel Wal-Marta w Windsor, w kanadyjskiej prowincji Ontario,
przygotowywał się do głosowania nad przystąpieniem do związku zawodowego,
kierownictwo za pomocą niezbyt delikatnych aluzji zdołało przekonać część
pracowników, że jeśli zagłosują na tak, hipermarket zostanie zamknięty.
Inne sieci nie wahały się w analogicznych
sytuacjach spełnić groźby zamknięcia placówki. W 1997 roku Starbucks postanowił zlikwidować swój zakład dystrybucji w
Vancouver, do którego wszedł związek zawodowy. W lutym 1998 roku, w czasie,
kiedy Labour Comission prowincji Quebec rozpatrywała wniosek o zalegalizowanie
nowo utworzonego związku zawodowego w montrealskiej restauracji McDonald’sa,
właściciel franczyzy zamknął lokal. Wkrótce potem Labour Comission uznała
związek za legalny – marna pociecha, skoro już nikt tam nie pracuje. (...)
Pod koniec lat 90. proces przekształcania
sektora usług w getto niskich płac nabrał gwałtownego tempa w Niemczech. W 1998
roku niemiecki wskaźnik bezrobocia osiągnął 12,6%, przede wszystkim na skutek
niemożności wchłonięcia przez gospodarkę ofiar masowych zwolnień w przemyśle,
która nastąpiła po zjednoczeniu – ze wschodnioniemieckich fabryk wyparowało 80%
miejsc pracy. Ratunek miał przynieść sektor usług,
okrzyknięty przez prasę biznesową i prawicowych polityków cudownym lekarstwem
na bezrobocie. Był tylko jeden haczyk, żeby centra handlowe zbawiły niemiecką
gospodarkę, trzeba było znacznie obniżyć płacę minimalną i zlikwidować
świadczenia w rodzaju długich płatnych wakacji dla wszystkich. Innymi słowy,
dobre miejsca pracy z gwarancjami zatrudnienia i wystarczającą na utrzymanie
płacą musiały się zmienić w złe miejsca pracy. (...)
Największą inwencją w nowoczesnej sztuce
układania elastycznych grafików wykazał się Starbucks. Koncern stworzył
specjalny program komputerowy pod nazwą Star Labor, umożliwiający centrali
pełną kontrolę nad czasem pracy wszystkich pracowników, wyznaczanym co do
minuty. Dzięki Star Labor w przeszłość odeszły mętne i nieprecyzyjne pojęcia
nocnej i dziennej zmiany. Program odnotowuje, kiedy i przez kogo został
sprzedany każdy kubek kawy, a potem przycina czas pracy – często trwający
zaledwie parę godzin – by zmaksymalizować wydajność. Jak wyjaśnia Laurie
Bonang, w Starbucks „oceniają arbitralnie twoje umiejętności w skali od 1 do 9,
wrzucają do komputera informacje na temat tego, kiedy jesteś wolna, od jak
dawna pracujesz, kiedy przychodzi najwięcej klientów i kiedy potrzebujemy
więcej pracowników, a potem maszyna mieli to wszystko i wypluwa twój grafik”.342
Dokonany przez Starbucks przełom w dziedzinie precyzyjnego planowania czasu
pracy wygląda imponująco na arkuszu kalkulacyjnym, dla Steve’a Emery’ego oznacza jednak zrywanie się z łóżka
bladym świtem i zaczynanie pracy o piątej rano, by skończyć ją o 9.30, kiedy przetoczy się już poranny tłum i według wyliczeń Star Labor,
nie pracuje już z maksymalną wydajnością. Wal-Mart wprowadził podobny
scentralizowany system harmonogramu pracy, skutecznie obniżając liczbę
roboczogodzin... (...)
Nieprzystawalność definicji
„elastyczności” pracowników i pracodawców stała się głównym powodem strajku
United Parcel Service w lecie 1997 roku, największej robotniczej akcji
protestacyjnej w Stanach Zjednoczonych od lat 14. Mimo że dochód UPS osiągnął w
roku 1996 miliarda dolarów, firma zatrudniała aż 58% swoich pracowników w
niepełnym wymiarze godzin, zmierzając zdecydowanym krokiem do dalszego
rozluźnienia stosunku pracy. System ten był bardzo dogodny dla firmy
kurierskiej, ułatwiając jej dostosowanie się do górek i dołków cyklu
przesyłkowego, osiągającego swój szczyt rano i wieczorem, lecz słabnącego w
ciągu dnia. „W przerwach mamy zbyt mało pracy, żeby zatrudniać pełnoetatowych
pracowników”, wyjaśnia przedstawicielka UPS, Susan Rosenberg.344
Niektórzy pracodawcy postarali się wykorzystać do maksimum propagandowy
potencjał opcji na zakup akcji i programów „udziału w zyskach” przez
szeregowych pracowników; wśród nich Wal-Mart, który nazywa swoich pracowników
„asystentami działu sprzedaży”, Borders, który mówi o nich „współwłaściciele”,
i Starbucks, który woli słowo „partnerzy”. Wielu pracowników docenia te gesty,
inni jednak uważają, że choć demokratyczne projekty stanowią niewątpliwą ozdobę
korporacyjnych stron internetowych, rzadko przedkładają się na realne korzyści.
Większość zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin pracowników Starbucks nie
może skorzystać z opcji na zakup akcji, bo ledwie starcza im na życie. Tam zaś, gdzie uczestnictwo w programie
udziału w zyskach jest automatyczne, jak w Wal-Marcie, pracownicy powiadają, że
ich „udział” w rocznych obrotach osiągających 118 mld dolarów budzi pusty
śmiech. Dla przykładu, sprzedawcy Wal-Marta w Windsor w Ontario dostali przez
pierwsze trzy lata działalności hipermarketu
po 70 dolarów dodatkowo.
Praca za darmo: jeszcze więcej
fałszywych miejsc pracy zawdzięczanych supermarkom ......... 263
O sektorze handlu detalicznego i
usług można powiedzieć przynajmniej tyle, że chociaż symbolicznie, bądź co bądź
płaci on swoim pracownikom za włożony wysiłek. Inaczej rzecz przedstawia się w
paru innych dziedzinach, które tak poniósł wolnorynkowy entuzjazm, iż raz
wyzwoliwszy się z kajdan świadczeń socjalnych, przestały w ogóle płacić sporej
części swojej młodej kadry. Jak było do przewidzenia, pierwsze skrzypce w
lansowaniu bezpłatnej pracy odgrywa przemysł kulturalny, niefrasobliwie
ignorując przyziemny fakt, iż wielu ludzi przed trzydziestką musi się
samodzielnie utrzymywać.
(...)
Czasownik: pracownik do
wynajęcia ......... 264
Rick stażysta nie tylko uosabia
Wielką Nadzieję Stażystów. Jest również najdoskonalszym reprezentantem innej
podkategorii siły roboczej w stylu New Age: pracownika czasowego. A
czasownikom, trzeba to powiedzieć, nadzieja jest bardzo potrzebna.
Wykorzystanie pracy czasowej wzrosło w USA od 1982 roku o 400% i stale rośnie.349 Gigantyczna międzynarodowa agencja pośrednictwa
pracy Manpower Temporary Services rywalizuje z Wal-Martem o miano największego
prywatnego pracodawcy w USA.351 Według badań z roku 1997, 83%
najszybciej rozwijających się amerykańskich przedsiębiorstw zleca dzisiaj na
zewnątrz prace wykonywane dawniej przez własnych pracowników, co stanowi
znaczny wzrost w stosunku do 64% takich firm
trzy lata wcześniej. 352
Ważniejsze od rosnących gwałtownie
liczb są jednak istotne zmiany w samym charakterze działalności agencji
pośrednictwa pracy. Ich rola nie polega już tylko na podsyłaniu zastępstwa,
kiedy zachoruje recepcjonistka. Po pierwsze, pracownicy czasowi są dziś
znacznie mniej tymczasowi niż kiedyś: w Stanach Zjednoczonych 29% z nich
pozostaje na tym samym stanowisku przez rok lub dłużej.357
Zatrudniające ich agencje zmieniły się równocześnie w świadczące pełen zakres
usług działy kadr i zaspokajają każde zapotrzebowanie na personel bez
zobowiązań, obsadzając na przykład dział księgowości, dokumentacji, produkcji i
serwisu komputerowego. Według Bruce’a Steinberga, dyrektora amerykańskiego
National Association of Temporary and Staffing Services, “w dziedzinie usług
kadrowych zachodzi cicha ewolucja” – agencje nie wypożyczają już pracowników,
lecz „zapewniają kompleksowe rozwiązania”.358 Oznacza to, że coraz
więcej firm zleca obsługę całych działów i funkcji – zagospodarowanych
uprzednio przy użyciu własnej siły roboczej – zewnętrznym agencjom, które
trudnią się nie tylko dostarczaniem pracowników, lecz także, podobnie jak
fabryki w strefach produkcji eksportowej, administracją im utrzymywaniem
infrastruktury danych funkcji i działów. Dla przykładu, w 1993 roku American
Arlines przekazały niezależnym agencjom obsługę swoich kas biletowych na 28
lotniskach na terenie USA. Około 550 miejsc pracy zmieniło status ze stałego na
czasowy, a w niektórych przypadkach osobom zarabiającym dotychczas 40 tys. USD
rocznie zaoferowano powrót na dawne stanowisko za 16 tys.359 Podobne przetasowanie odbyło się kiedy UPS postanowił oddać swoje
centra obsługi klientów niezależnym kontrahentom; 5 tys. pracowników
zarabiających dotychczas 10-12 USD za godzinę, zastąpili pracownicy czasowi ze
stawką godzinową 6,50 – 8 USD.360
Jak powiada Tom Peters: „Trzeba być
cholernym idiotą, żeby posiadać to na własność!”.361 Bruce Steinberg
przyznaje mu rację: amputacja całych działów i przerzucanie zarządzania nimi na
„firmy świadczące usługi w tym zakresie, pozwala przedsiębiorstwom przeznaczyć
cały czas, energię i pieniądze na podstawową sferę działalności, pozostawiając
zarządzanie pracownikami wyspecjalizowanym agencjom”.362 Innymi
słowy, zatrudnianie pracowników i zarządzanie personelem nie należy do
podstawowych zadań zdrowego przedsiębiorstwa, lecz stanowi wyspecjalizowaną
dziedzinę, którą lepiej oddać fachowcom,
samemu koncentrując się na doglądaniu właściwego biznesu przy pomocy kurczącej
się wciąż, jak pokaże następny rozdział, grupki stałych pracowników.
Tak, ale... czyż nie uratuje nas
Bill Gates? ......... 266
Wszystkie dyskusje na temat trudnej
sytuacji pracowników czasowych, kurierów UPS, zwolnionych i zatrudnionych
ponownie na zasadzie outsourcingu robotników GM, odźwiernych Gapa, stażystów
MTV i baristas Starbucks prowadzą
nieodmiennie do tego samego stwierdzenia: Tak, ale... przecież tyle nowych wspaniałych
miejsc pracy powstaje w rozwijającym się dynamicznie przemyśle nowoczesnych
technologii. Dla moich rówieśników legendarne bogactwa, czekające na
specjalistów od nowoczesnych technologii w Seattle i Dolinie Krzemowej,
stanowią standardową odpowiedź na wszystkie skargi dotyczące kurczącego się
rynku pracy. No cóż, ponure opowieści o zwolnieniach i McPracy stanowią ostry
kontrast z kuszącą wizją cyfrowej mekki, gdzie piętnastolatkowie projektują gry
Sega, AT&T zatrudnia hakerów tylko po to, żeby mieć ich na oku, a młodzi
ludzie masowo zbijają miliony na pracowniczych pakietach akcji. Te wszystkie
nieprzyjemne wieści z rynku pracy są prawdą, ale... Bill Gates chyba coś na to
poradzi?
To właśnie Microsoft, ze swoim słynnym programem
pakietów akcji dla pracowników, stworzył i rozwinął mit Krzemowego Złota, ale
również bardziej niż ktokolwiek inny przyczynił się do jego upadku. Przeminęła
złota era szalonych komputerowców i dzisiaj praca w branży high-tech jest
równie niestabilna, jak każda inna. Krzemową Dolinę zaludniają pracownicy
zatrudnieni w niepełnym wymiarze godzin, czasowo i na umowy zlecenia; niedawne
badania w tym regionie wykazały, że „zatrudnieni doraźne” stanowią pomiędzy 27
a 40% wszystkich pracowników Doliny, zaś wykorzystanie pracy czasowej rośnie
dwa razy szybciej niż na pozostałym obszarze kraju.
Microsoft, największy producent
oprogramowania na świecie, nie tylko wskazał drogę do ziemi obiecanej
niepełnego wymiaru godzin, lecz stworzył również podręcznik użytkownika. Przez
ponad 10 lat firma pracowicie zwierała
szeregi wokół grupki programistów, którzy pierwsi do niej weszli, wyłączając z
wewnętrznego kręgu kogo tylko się dało. Szerokie wykorzystanie niezależnych specjalistów
, pracowników czasowych i „kompleksowych rozwiązań w zakresie zatrudnienia”
pozwoliło Microsoftowi znacznie zbliżyć się do ideału korporacji bez
pracowników, łamigłówki złożonej z działów obsługiwanych przez zewnętrzne
firmy, fabryk stanowiących własność kontrahentów i pracowników – wolnych
strzelców. Gates zdążył już wymienić na pracowników czasowych jedną trzecią
całej swojej ekipy, przy czym w dziale mediów interaktywnych, projektujących
CD-ROM-y i produkty internetowe, około połowa personelu znajduje się oficjalnie
na liście płac „agencji zatrudnienia”, dostarczających nieopodatkowanych
pracowników...364
Dwuwarstwowa
kadra pracownicza Microsoftu stanowi miniaturowy model rynku pracy w stylu
nowego ładu New Age. Warstwa
wewnętrzna uosabia ziszczone marzenie o pracy w branży high-tech: tworzą ją
pracownicy na stałych, pełnych etatach, korzystający ze świadczeń socjalnych i
atrakcyjnych opcji na zakup akcji, pracujący i odpoczywający na młodzieńczym
korporacyjnym „kampusie”. Ich lojalność wobec rosnących cen akcji i horrendalnej 51-procentowej marży zysku ma niemal
religijny charakter („Pokażcie nam pieniądze”, krzyczeli jesienią roku 1997
podczas dorocznego zjazdu pracowników na Kingdome Stadium w Seattle).365
Dlaczego zresztą nie mieliby być lojalni?
Zarabiają średnio 220 tys. USD rocznie, co zresztą jest niczym w
porównaniu z dochodami pięciu największych krezusów ze ścisłego kierownictwa.
PO orbicie tego zamkniętego klubu
fantastów krąży od 4000 do 5750 pracowników czasowych.366 Czasowi
pracują ramie w ramię ze stałymi – jako technicy, projektanci i programiści –
często wykonując identyczne zadania. Około 1500 z nich tak długo już związanych
jest z firmą, że mówią o sobie „permaterms”
[od „permament temporary” – czasowy na stałe” – H.P.]. Pracownika czasowego od
„prawdziwego” odróżnia jedynie kolor plakietki: niebieski dla etatowych,
pomarańczowej dla „permatemps”.
W UPS rezerwy pracowników niepełnoetatowych zapewniają „elastyczność”
komasowania personelu w godzinach największego ruchu; najemni robotnicy w Cavite
zapewniają właścicielom fabryk „elastyczność” w odsyłaniu ich do domów w
okresach przestoju; analogicznie, rzesza pracowników tymczasowych Microsoftu
pozwala koncernowi na dowolne rozszerzanie i kurczenie siły roboczej zgodnie z
aktualnymi potrzebami. „Wykorzystujemy ich”, mówi kierownik biura personalnego
Microsoftu Doug McKenna, „dla zapewnienia elastyczności i radzenia sobie z
niepewną sytuacją”.367
Kłopoty zaczęły się w roku 1990,
kiedy Internal Service zakwestionował obowiązującą w Microsofcie klasyfikację
właścicieli pomarańczowych plakietek jako pracowników czasowych, stwierdzając,
iż są oni w rzeczywistości faktycznymi pracownikami koncernu, który powinien
płacić podatek z tytułu ich zatrudnienia. Opierając się między innymi na tym
orzeczeniu, grupa pracowników zakwalifikowanych przez Microsoft jako niezależni
specjaliści wniosła w 1993 roku pozew przeciwko firmie, domagając się tych
samych świadczeń i możliwości zakupu akcji, jakimi cieszyli się ich etatowi
koledzy. W lipcu 1997 roku jedenastoosobowy skład sędziowski Sądu Apelacyjnego
wydał w tej precedensowej sprawie niekorzystny dla Microsoftu wyrok, orzekając,
iż wedle „prawa zwyczajowego” skarżący są zwyczajnymi pracownikami, którym
przysługują świadczenia socjalne, emerytura i udział w programie zakupu akcji.368
Microsoft nie zareagował bynajmniej
na tę komplikację wciągnięciem wolnych strzelców na własną listę płac,
przeciwnie, podwoił wysiłki zmierzające do marginalizowania ich pozycji w
firmie. W tym celu koncern zrezygnował z praktyki bezpośredniego wynajmowania
„niezależnych specjalistów”. Od tej pory
wyszukani przez Microsoft kandydaci, po odbyciu rozmowy kwalifikacyjnej i
przyjęciu na wakujące stanowisko, zostają pouczeni, że mają zarejestrować się w
jednej z pięciu agencji pośrednictwa pracy posiadających specjalne umowy z
koncernem. Osoby te zostają następnie wynajęte za pośrednictwem agencji, która
pełni rolę oficjalnego pracodawcy: płaci pensję, odprowadza podatek od
zatrudnienia, a niekiedy zapewnia nawet podstawowe świadczenia socjalne.
(...)
Niezależnie od obsadzania swojego kampusu
„czasowymi pracownikami na stałe”, Microsoft rozpoczął w 1997 roku serię
posunięć zmierzających do uwolnienia się od przyziemnych i kłopotliwych kwestii
zarządzania multimiliardowym przedsiębiorstwem. „Nie daj się złapać ze zbędnymi środkami
trwałymi w ręku”, mówi Bob Herbold, dyrektor operacyjny Microsoftu, tłumacząc grupie udziałowców
wypracowaną przez koncern filozofię zatrudnienia.372 Według Herbolda
niemal wszystko, oprócz podstawowych funkcji programowania i rozwoju produktu,
podpada pod kategorię „zbędnych środków trwałych” – wliczając w to 63
recepcjonistki, które zostały zwolnione z poleceniem ponownego ubiegania się o
pracę za pośrednictwem agencji Tascor. „Przepłacaliśmy je” powiedział Herbold.373
Równocześnie Microsoft pociął i
rozparcelował swój „kampus” w Redmond, odstępując poszczególne kawałki (wraz z
pracownikami, którzy chcieli zachować swoje posady) niezależnym agencjom:
Pitney Bowers przejął biuro korespondencji; centrum kopii i wydruków obsługuje
personel Xeroxa; fabrykę CD-ROM kupił KAO Information Systems. Nawet sklep
firmowy Microsoftu należy dzisiaj do Benussen Deutsch & Associates. Ostatni
etap restrukturyzacji obejmował zwolnienie 680 pracowników i obcięcie budżetu
operacyjnego o 500 mln USD.374 Przy tylu niezależnych
przedsiębiorcach na jednym kampusie, zauważył Herbold, „samo zarządzanie
zleceniobiorcami stanowi nie lada wyzwanie”, na szczęście Microsoft nie musiał
przejmować zadania organizowania tych „zbędnych środków trwałych” na własne
barki. W przypływie utracjuszowskiego geniuszu koncern zlecił zarządzanie outsourcingiem firmie Johnson
Controls, odpowiedzialnej również za konserwację infrastruktury kampusu. „Nasze
dochody zwiększyły się o 91% , a liczba pracowników spadla faktycznie o 19%”,
oświadcza dumnie Bob Herbold. A co Microsoft zamierza zrobić z zaoszczędzonymi
w ten sposób pieniędzmi? „Przeznaczamy je na prace badawczo-rozwojowe,
oczywiście z myślą o podniesieniu dochodów”.375
------------------------------
Dodaję, dla „równowagi”, fragmenty artykułu z Forum (Najciekawsze artykuły z prasy
światowej) nr 1/2006: Technologia pomocy.
Superfilantrop
Bill
Gates.
Aby jeszcze bardziej skomplikować
samodzielne myślenie, dodaję także, z tego samego n-ru Forum, fragmenty
artykułów:
- Najbardziej
żarłoczna dekada w historii świata,
- Trzy
żądze: szmal, forsa i pieniądze.
„Korciło” mnie trochę, żeby do tych
dwóch ostatnich artykułów dodać kilka uwag „technicznych” na temat mechanizmów ekonomicznych i zachowań
ludzi. Sprawy są jednak zbyt złożone i kontrowersyjne, żeby przedstawić to w
kilku zdaniach.
Anonimus
....................
Technologia pomocy
Bill Gates jest nie tylko najbogatszym, ale także najbardziej szczodrym
człowiekiem świata.
Jego fundacja ma do rozdania prawie 30 miliardów dolarów – więcej niż budżet
niejednego kraju.
I.’EXPRESS
..........
Chce
zaznaczyć swą obecność w świecie inaczej
niż tylko zapychając go programami Windows.
Nim osądzi go historia, najbogatszy i najhojniejszy człowiek świata skrywa swe
złote serce w anonimowym, szarawym gmaszysku w Seattle (w stanie Waszyngton),
usytuowanym między Eastlake Avenue a gładkimi wodami jeziora Union. Gość
najpierw mówi do zupełnie banalnego domofonu, a potem wchodzi do skromnego holu
urządzonego w jasnym drewnie, w sposób bardzo typowy dla małych przedsiębiorstw
albo gabinetów lekarskich na północnym zachodzie USA. Zwykła, skromna
poczekalnia. Nic nie wskazuje na to, że gościła ona Nelsona Mandelę, śmietankę
WHO i amerykańskich think tanków oraz marzenia rzeszy petentów z pięciu
kontynentów. Nic, z wyjątkiem broszurek
wyłożonych obok orchidei na biurku recepcjonistki oraz napisu, który wolno
przesuwa się na plazmowym monitorze, na tle twarzy afrykańskich dzieci oraz
indyjskich kobiet: „Welcome to the Bill and Melinda Gates Foundation”.Witamy w
siedzibie największej filantropijnej fundacji na świecie, obdarowanej kwotą
28,8 miliarda dolarów.
Ikony amerykańskiej
charity
28,8 miliarda. Ta ogromna liczba jest równa wartości produktu krajowego brutto
takich państw naftowych jak sułtanat Omanu
albo Libia lub też połowie francuskiego budżetu na edukację. A jednak cała ta kwota pochodzi z prywatnej
kieszeni 49 letniego mężczyzny, męża kobiety o imieniu Melinda i ojca trojga
małych dzieci: to pieniądze Billa Gatesa, twórcy i właściciela Microsoftu,
szczęśliwego posiadacza fortuny, która wprawdzie stopniała o połowę w ciągu
ośmiu lat giełdowych spadków, ale wciąż jest szacowana na blisko 50 miliardów
dolarów. Człowieka zdeterminowanego, aby zaznaczyć swą obecność w świecie
inaczej, niż tylko zapychając go programami Windows.
Jest to wprawdzie zupełnie inna
twarz Billa Gatesa, ale to nadal cały on. W działaniach dobroczynnych dąży do
potęgi równie zawzięcie jak w swym globalnym interesie. Choć pojawiają się
podejrzenia, że dzięki swej fundacji uzyskał jedną z największych ulg
podatkowych w historii Ameryki lub że próbował w ten sposób naprawić swój
wizerunek, zrujnowany przez głośne procesy związane z nadużywaniem dominującej
pozycji rynkowej, to jego fundacja i tak wywołuje zawrót głowy. Od 1994 roku, gdy William H. Gates III
zapoczątkował swoją działalność dobroczynną, a zwłaszcza po 2000 roku, gdy
dokonał czterech oszałamiających wpłat o wartości pięciu miliardów dolarów
każda, uczynił on ze swej instytucji
niekwestionowanego lidera w Ameryce i na całym świecie. Pozostawił daleko z
tyłu Fundację Forda (10 miliardów dolarów) oraz pozostałe ikony amerykańskiej charity. Andrew Carnegie do momentu
swojej śmierci w 1919 roku przekazał na cele charytatywne „tylko” 350 milionów
dolarów, czyli jakieś trzy miliardy według obecnego kursu. John D. Rockefeller, zmarły w 1937 roku,
przeszedł do historii, darowując 540
milionów, czyli w dzisiejszych realiach – sześć miliardów dolarów. Ale ta
ogromna żyła złota to i tak zaledwie piąta część skarbu Gates Foundation.
Respektując przepisy prawa, które
nakazuje fundacjom wydawać rocznie co najmniej pięć procent zgromadzonego
majątku, Gatesowie rozdali już – w gotówce i to
głównie po 1999 roku – ponad siedem miliardów dolarów w 100 krajach. Wsparli w
ten sposób kilkaset organizacji niosących pomoc w czterech dziedzinach: ochrona
zdrowia, szkolnictwo publiczne, dostęp do technologii informatycznych i pomoc
socjalna dla ubogich rodzin na północnym zachodzie Stanów Zjednoczonych.
(...)
Można się w tym pogubić. (...) Imperator oprogramowania komputerowego dzieli
swój czas między olbrzymi zielony campus w Redmond, gdzie ma swoją siedzibę
Microsoft, oraz ekstrawagancką rezydencję Medina nad brzegiem jeziora
Washington. Ten tytan pracy powierzył swojemu 72-letniemu ojcu Williamowi
Gatesowi oraz własnej żonie Melindzie, pani inżynier wykształconej w business shool przy Uniwersytecie Duke,
obowiązek przemierzania Stanów Zjednoczonych i całego świata na pokładzie
prywatnego odrzutowca, aby czuwać nad działalnością fundacji. Ale rzadko podejmują oni jakieś kroki bez
konsultacji z Patty Stonesifer, współprezesem fundacji i długoletnią
przyjaciółką Gatesa.
(...) W dowód swego entuzjazmu Patty od ośmiu lat pobiera roczną pensję w
wysokości dolara. Przyszła na świat jako szóste spośród dziewięciorga dzieci w
niezamożnej katolickiej rodzinie ze stanu Indiana. Dawniej pracowała jako
szefowa działu mediów interaktywnych w koncernie Microsoft, kierując dwoma
tysiącami pracowników. Ale w 1997 roku, w rok po tym, jak magazyn „Time” zamieścił jej nazwisko na liście 25
najbardziej wpływowych kobiet w USA, złożyła dymisję i zrealizowała posiadane
opcje na akcje. W wieku 40 lat zainkasowała wystarczająco dużo milionów
dolarów, aby nie musieć pracować już nigdy po kres swoich dni. Ale bezczynność
to nie dla niej.
W osiem lat po tym, jak były szef
ściągnął ją z powrotem, aby powierzyć jej nadzór nad działalnością dobroczynną,
Patty pozostaje sobą: osobą o walecznym sercu, dużym intelekcie i ogromnej
werwie, która jest gotowa towarzyszyć
pracownikom socjalnym odwiedzającym prostytutki w burdelach w Kalkucie i przez
15 godzin dziennie przemierzać bezdroża Botswany, aby odwiedzać dalekie wsie i
ośrodki zdrowia. Doświadczenie zdobyte w terenie wpływa na wiele zasadniczych
decyzji zapadających w Seatle. Fundacja otrzymuje co miesiąc trzy tysiące próśb
o wsparcie finansowe, z czego uwzględnia niespełna 400 wniosków rocznie – po
selekcji dokonanej przez 250 wyspecjalizowanych analityków ściśniętych na
parterze, dyskusjach z udziałem doradców i wyrażeniu zgody przez panią
współprezes, która przedstawia do podpisu Billowi Gatesowi wyłącznie projekty o wartości ponad 10
milionów dolarów.
Normalne życie
Patty, która postawiła sobie na półce figurkę Jiminy’ego Cricketa, nie kryje że
odegrała istotną rolę w przekształceniu Billa Gatesa w giganta filantropii. – On nigdy nie sądził, że będzie pełnić taką
rolę, nim dożyje sześćdziesiątki albo przed odejściem na emeryturę –
zapewnia z szerokim uśmiechem. Sam zainteresowany też nie kryje swoich kłopotów
z altruizmem. – To wymaga szczególnego
podejścia – wyjaśniał przed rokiem w studium telewizyjnym. (...)
Jednak filantropia zawsze była drugą
naturą klanu Gatesów. W czasach, gdy uzdolniony nastolatek dopiero tworzył
pierwsze programy komputerowe, jego rodzice, szanowani patrycjusze z Seatle,
należeli już do czołówki filantropów na północnym zachodzie. (...)
Syn ociągał się z przejęciem
pałeczki. W 1994 roku, osiem lat po tym, jak zarobił pierwszy miliard dolarów
na giełdowym debiucie Microsoftu, Piotruś Pan z branży high-tech, wykpiwany z
powodu swoich wymiętych ubrań i gimnazjalnych fryzur pojął swoje obowiązki
wobec społeczeństwa. Był to rok jego małżeństwa z Melindą French, świętowanego
1 stycznia na hawajskiej wyspie Lanai... (...)
Melinda, wychowana przez ojca
inżyniera w Teksasie, a potem w katolickiej Akademii Sióstr Urszulanek w
Dallas, podobnie jak mąż czuje odrazę wobec finansowych dynastii, uznawanych za
zaprzeczenie amerykańskiego etosu pracy. Bill współfinansował nawet kilka kampanii politycznych
przeciwko... obniżeniu podatku spadkowego. I na długo przed ślubem uzgodnił z Melindą,
że każdemu ze swych dzieci zapiszą w spadku mniej niż 10 milionów dolarów. A co
z resztą pieniędzy? Gatesowie zobowiązali się rozdać 95 proc. środków w ciągu
swego życia.
Rok tych wzruszających postanowień
był także czasem wielkiego niebezpieczeństwa dla Billa Gatesa. Od jesieni 1993
roku zagrażał mu proces wytoczony przez władze federalne w związku z
nadużywaniem dominującej pozycji rynkowej. (...)
Być może to jego matka Mary pragnęła
ratować wizerunek syna. Patty Stonesifer przypomina sobie obiad na kilka dni
przed ślubem Billa z Melindą, podczas którego Mary wzniosła toast skierowany do
młodej pary.- Powiedziała im coś takiego: „Wiele oczekuje się od tych, którzy sami dużo otrzymali”.
Te słowa trafiły w sedno. Matka Billa umiera na raka piersi sześć miesięcy
później, w czerwcu 1994 roku. W styczniu 1995 roku powierzył on swemu ojcu,
wraz z pierwszą kopertą ze 105 milionami dolarów, pieczę nad stosami próśb
trafiających do jego skrzynki pocztowej. Tak narodziła się William Gates III
Foundation.
Dobroczynność jak biznes
Za bardzo rozproszone albo zbyt mocno związane z działalnością Microsoftu hojne
gesty Gatesa rodziły podejrzenia. Zwłaszcza gdy uruchomił on projekt
podłączenia wiejskich bibliotek do internetu. Oskarżano go, że dba jedynie o
swe interesy. Kpił z niego nawet Ted Turner we własnej osobie, heros
dobroczynności, znany z tego, że bez wiedzy swoich księgowych obiecał przekazać
miliard dolarów na rzecz ONZ. Gates,
który bynajmniej nie jest sknerą, ociągał się, aby nadać działalności
charytatywnej racjonalną wizję, godną
prowadzonego biznesu.
Objawienie przychodzi w 1998 roku,
podczas wizyty w ogromnej dzielnicy dla ubogich Soweto koło Johannesburga.
(...) W tym samym okresie Gates dostał od ojca artykuł z „The New York Times” o
najbardziej śmiercionośnych chorobach na świecie i wyczytał w najnowszym
raporcie Banku Światowego, że banalne rotawirusy, wywołujące biegunki u
niemowląt, zabijają co roku 500 tysięcy dzieci w Trzecim Świecie, zaś
pneumokoki – blisko dwa miliony. Z kolei globalne wydatki na badania nad
malarią, która zagraża ponad dwóm miliardom ludzi nie przekraczały w 1999 roku
kwoty 60 milionów dolarów. Podpisując w tamtym roku swój pierwszy czek o
wartości 50 milionów w ramach wsparcia dla Malaria Vaccine Initiative
(Inicjatywa na rzecz szczepionki przeciwko Malarii), Bill Gates stał się w
jednej chwili największym prywatnym ofiarodawcą w tej dziedzinie.
Choć udaje, że go to dziwi,
doskonale wie, że giganci przemysłu farmaceutycznego są jak supermodelki, które
nie wstają z łóżka za mniej... I że te
koncerny nie zaryzykują nakładów na wieloletnie badania nad produktem, za który
chorzy nie będą potem w stanie zapłacić.
Z tego stwierdzenia Gates i Patty
Stonesifer wyprowadzają własną strategię: trzeba interweniować tam, gdzie rynek nie chce
się angażować, wydawać swoje dolary w taki sposób, aby zasypywać rowy, które
oddzielają najuboższych od najbardziej
niezbędnych usług i produkcji.
Tę metodę można dostrzec w lokalach
– są to właściwie odświeżone hangary – organizacji charytatywnej Path (Program
for Appropriate Technology in Health) na przedmieściach Seattle. Path to jeden
z głównych protegowanych fundacji Gatesów. (...)
W przypadku szczepionek cały system
działa w sposób porównywalny, choć na gigantyczną skalę. Wystawiając w styczniu
2001 roku na forum w Davos czek na 750 milionów dolarów dla Vaccine Fund, Bill
Gates pokrył na okres pięciu lat połowę kosztów konglomeratu GAVI łączącego 11
państw, Bank Światowy, UNICEF i czołówkę światowego przemysłu farmaceutycznego,
którego celem jest zaszczepienie 90 proc. dzieci w 72 najbiedniejszych państwach świata. (...)
Wpływ Billa
Gatesa jest tak ogromny, że budzi głosy krytyki, czasem całkowicie
karykaturalnej, ale nieraz także uzasadnionej. Fundacja, która obiecała
10 milionów dolarów The Discovery Institute, think tanku ze stanu Waszyngton,
mającego prowadzić badania nad komunikacją przyszłości na północnym zachodzie
USA, została oskarżona o religijny obskurantyzm, gdy Discovery zorganizował
dyskusję na temat kreacjonizmu. Patty Stonesifer musiała wtedy przypomnieć, że
Gates, żywiący raczej agnostyczne przekonania, nigdy nie dał ani centa na te
ultrakonserwatywne pomysły.
Centralizacja
ofiarności
Wszechmoc filantropa nakazuje jednak zachować
czujność. – Ogrom ulg podatkowych
przyznawanych miliarderom, którzy tworzą własne fundacje, uzasadnia kontrolę ze
strony obywateli – przekonuje Mark Dove, profesor MIT i autor ważnej
książki na temat działalności charytatywnej. Królowa angielska nadała
Gatesowi tyutuł szlachecki za zasługi dla ochrony zdrowia, on sam wygłosił
przemówienie inauguracyjne na dorocznej konferencji WHO. Czyż świat nauki nie
mógł poczuć się zaniepokojony hegemonią
jego wizji polityki zdrowotnej w Trzecim Świecie? Zwłaszcza że astronomiczne
środki, jakimi dysponuje, są zdolne przeorientować wszelkie badania naukowe na
świecie.
W sierpniu na łamach prestiżowego
magazynu „The Lancet” Anne-Emmanuelle Birn z uniwersytetu w Toronto poddała
drobiazgowej krytyce protechnologiczną ideologię Gatesa, atakując zwłaszcza
jego operację pod hasłem Grand Challenges (Wielkie Wyzwania). Chodzi o jakieś
200 milionów dolarów rozdzielonych w czerwcu między zespoły naukowe, których
badania mają dać odpowiedź na 14 wielkich
wyzwań w ochronie zdrowia. Począwszy od stworzenia nowych szczepionek, aż po
ulepszenie sposobu żywienia czy kuracji chorób zakaźnych. Te rozwiązania są
oczywiście chwalebne. Ale zdaniem Anne-Emmanuelle Birn są to działania dalece
niedostateczne w walce z niedorozwojem. „Jest to wąska wizja technologiczna,
która nie uwzględnia w sposób dostateczny społecznych, gospodarczych i
politycznych czynników złego stanu zdrowia wśród ubogich populacji – wyjaśnia
badaczka – I która stwarza ryzyko, że zlekceważone zostanie ulepszanie
infrastruktury i walka z ubóstwem”.
Bill Gates dotknięty do żywego
fragmentami artykułu, które krążyły w Internecie już na wiosnę, trzy miesiące
przed oficjalną publikacją, poświecił uczonej jeden z akapitów swego
przemówienia na forum WHO. – Wyeliminowanie ubóstwa jest ważnym celem –
mówił – Ale nie
potrzebowaliśmy skończyć z ubóstwem, aby pokonać ospę, i nie musimy też
najpierw zlikwidować nędzy, aby zmniejszać spustoszenia związane z malarią.
Fatalista, pragmatyk czy też postać
na trwale ukształtowana przez historię Microsoftu – Bill Gates ma być może
złote serce, ale pozostaje człowiekiem, któremu się spieszy.
PHILIPPE COSTE ©
L’Express, 13.10.2005
..............................
Najbardziej żarłoczna dekada w historii świata
Strach o pracę, sceptycyzm wobec wspólnej
Europy, krytyka kapitalizmu, niezadowolenie z pozbawionego ograniczeń i reguł
rynku. Czy państwa narodowe padną pod naporem globalizacji, a my wszyscy
zamieszkamy w jednym Logolandzie?
DER SPIEGEL
..........
Oto wizja niedalekiej przyszłości: świat opanowany jest przez kilka
koncernów, podatki zniesione, szkoły sponsorowane przez McDonald’sa. Obywatele jako nazwisk używają nazw swoich
firm. Na przykład Hack Nike otrzymuje od szefa marketingu Johna Nike perfidne
zadanie: celem rozkręcenia sprzedaży nowych, niezwykle drogich butów mercury ma
zastrzelić przed sklepem tuzin młodocianych klientów napalonych na te buty.
Przesłanie marketingowe dla tej akcji brzmi: dla tego modelu obuwia ludzie
gotowi są nawet do zbrodni. Witamy w Logolandzie, świecie bezwzględnego terroru
konsumpcyjnego, wymyślonym przez 32-letniego australijskiego autora Maksa
Barry’ego. Rządy skapitulowały, wszystko sprywatyzowane (o, przepraszam..., wcale nie wszystko! Autor zapomniał sprywatyzować kościołów. Przyp. Anonimus),
nawet policja ściga przestępców tylko wtedy, gdy ofiary za to zapłacą.
Obowiązuje wyłącznie prawo rynku, koncerny przekroczyły wszystkie granice,
także te moralne.
Czy tak będzie wyglądać kapitalizm
jutra? – To powieść,
nie esej – uspokaja Barry. Jednak jak każde dzieło science fiction
również Logoland niesie z sobą krytykę teraźniejszości – i trafia w sedno
problemu. Książkę przetłumaczono na osiem języków. Stała się obowiązkową
lekturą wszystkich tych, którzy za globalizacją wietrzą mroczny spisek
menedżerów, polityków i ekonomistów. Frustrację podziela wielu ludzi na całym
świecie. Tworzy się szeroki ruch protestacyjny, koalicja oszukanych i
rozczarowanych, którzy nie mają zamiaru więcej wierzyć obietnicom globalnej
gospodarki rynkowej. Należą do niej glazurnicy i rzeźnicy, którzy nagle stanęli
do konkurencji z tańszymi fachowcami z Polski i Czech, inżynierowie i
programiści, których praca wykonywana jest za grosze w Europie Wschodniej lub
Azji Wschodniej.
Ziemia robi się płaska
Ta różnobarwna gromada robotników i pracowników umysłowych, członków związków
zawodowych i ekologicznych aktywistów, ludzi Kościoła, muzyków pop i literatów
nie zamierza się poddać „dyktatowi globalnie przelatującego kapitału”, jak
określił to literacki laureat Nagrody Nobla Günter Grass. Chcą, by „ubóstwo przeszło do historii”, jak
brzmiało motto koncertów Live8. I obawiają się
totalnej ekonomizacji społeczeństwa. Są przekonani, że globalizacja
służy jedynie przedsiębiorstwom, a nie ludziom, że likwiduje miejsca pracy,
niszczy środowisko naturalne, zagraża kulturowemu pluralizmowi, wyzyskuje
Trzeci Świat i pogłębia społeczne podziały.
Dwie trzecie Niemców spodziewa się
po globalizacji więcej negatywnych skutków dla swojego kraju niż korzyści. We
Francji i Holandii referendum odnośnie konstytucji europejskiej odniosło
porażkę przede wszystkim dlatego, że obywatele tych krajów po rozszerzeniu Unii
na Wschód obawiali się pogorszenia swojego socjalnego statusu. Ludzie bojący się przyszłości uciekają w pozorną ochronę ze
strony państwa narodowego. Domagają się ceł i ograniczeń ilościowych w
handlu zagranicznym. Bardzo możliwe, że w świecie rozprzestrzeni się nowy
protekcjonizm...
Ponad 15
lat od upadku muru berlińskiego liberalizm traci dobrą opinię. Dotąd
usuwanie żelaznej kurtyny napędzało globalizację. (...) Wolny handel
zatriumfował a państwo znalazło się w
odwrocie. Przyspieszenie tego rozwoju możliwe było dzięki rewolucji w
technologiach informatycznych, rozprzestrzenieniu się internetu oraz cyfrowej
obróbce słowa, dźwięku i obrazu. (...)
Dobrobyt w
świecie wzrasta, ale ulega nowemu podziałowi. Ruchy tektoniczne
zglobalizowanego świata dopiero się zaczynają. Nacje, które dziś są biedne... –
i odwrotnie. Awans Chin i Indii będzie mieć konsekwencje dla Ameryki i Europy.
Będą w stanie dotrzymać kroku – czy odpadną?
Oślepieni rynkiem
Mieszkańcy północnej półkuli najpierw ze zdumieniem przyglądali się ewolucji, a
potem ich to zafrapowało. Dziś narasta w nich nieufność. Lekarze w... spostrzegają, że konkurują z
nimi... Eksperci od baz danych..., zanim
stracą pracę... muszą przyuczać... Już i
hodowcy jabłek z... martwią się o swoją sytuację, odkąd Chiny zalewają Unię
Europejską swoimi koncentratami.
Nawet prominentnych przedstawicieli
kapitalizmu zaczynają gryźć wątpliwości. Giełdowy gracz George Soros skarży
się, że „bezwarunkowa wiara w samoregulującą moc rynku
oślepiła nas”. A laureat Nagrody Nobla Joseph Stiglitz, niegdyś główny
ekonomista Banku Światowego, spodziewa się, że będziemy
musieli „zapłacić cenę za najbardziej chciwą dekadę w historii”.
Jak poskromić to monstrum?
- Globalizacja jest rzeczywistością – mówi Horst Köhler,
prezydent Niemiec – ale może stać się potworem. Dlatego chodzi o to, by „za
pomocą przemyślanej koncepcji stworzyć dla niej reguły”.
Köhler wie, jak ciężko okiełznać
takie monstrum. Będąc prezesem
Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW), musiał zażegnywać niejeden
spór a Amerykanami, którzy próbowali podporządkować sobie fundusz tak samo jak
i Światową Organizację Handlu (WTO) czy Bank Światowy. Wbrew woli Stanów
Zjednoczonych instytucje te nie mogą zrobić nic i dlatego prawie nic nie posuwa
się do przodu. Amerykanie nie są zainteresowani nowymi regułami. Potężne lobby
finansowe USA uniemożliwiało do tej pory także nałożenie ograniczeń na
działalność spekulacyjnych funduszy hedge
fonds. Używając swych miliardów, atakują one nie tylko przedsiębiorstwa,
ale i całe narodowe gospodarki, ze względu na brak przejrzystości i gotowość do
ryzyka stanowią zagrożenie również dla stabilności całej gospodarki światowej.
Czy pojedyncze państwo europejskie ma szansę utrzymać się w
tej grze? Około 50% wszystkich regulacji w zakresie gospodarki
zostało uchwalone przez instytucje europejskie i międzynarodowe, a przez
krajowe parlamenty były one jedynie akceptowane. Jednak w żadnym wypadku nie
oznacza to, że państwa narodowe są wydane na pastwę globalizacji. Wyzwanie
polega na tym, by się „inteligentnie dostosować”.
Państwo może w większym stopniu
finansować bezpieczeństwo socjalne poprzez podatki i prywatne składki.
(...)
Widmo polskiego glazurnika
(...) Co zatem stanie się z tymi niemieckimi
murarzami, mechanikami , glazurnikami i wszystkimi nisko wykwalifikowanymi
robotnikami? Z tanią siłą roboczą ze Wschodu mogliby w najlepszym razie
konkurować jedynie wtedy, gdyby pogodzili się z utratą pewnych zarobków, a
państwo zrekompensowałoby im utracone dochody. Taki system od 30 lat działa w
USA, gdzie subwencjonuje się dochody osób mało zarabiających. (...)
Kto się oprze Azjatom
Epoka globalizacji każdemu rzuca wyzwanie. Dzisiejszy pracownik musi „być
gotowy do większej mobilności, zarówno w umyśle jak i w nogach” – twierdzi
komisarz UE Günter Verheugen.
- Hindusi
i Chińczycy nie rzucą nas na kolana – zarzeka się publicysta Friedman. - Raczej popchną nas na szczyt. (...)
W każdym razie globalizacja przyniosła jak do tej pory
więcej dobrobytu niż strat. To ona stworzyła dobrobyt, choć niektórzy widzą w
niej zagrożenie dla dobrobytu.
(...)
Większości
działających globalnie przedsiębiorstw wiedzie się znakomicie (...)
Europejskie firmy przeniosły główny
punkt ciężkości swej działalności do Europy Wschodniej i Azji Wschodniej. Ram
są rynki, tam są klienci, tam generuje się zyski. Tam się też płaci niższe
podatki. Menedżerowie nie mają wyboru. Ich pryncypałowie wywierają na nich
presję, kwartał po kwartale. Są popędzani przez analityków z funduszy
spekulacyjnych, dla których liczy się tylko jedno: zysk
i jeszcze więcej zysku. Im tańsza lokalizacja, instalacja, pracownik,
tym lepiej. Trwa dewaluujący wyścig, race
to the bottom, w którym wszystko staje się kwestią
kosztów: płace, normy społeczne, standardy pracy.
Rynek może być moralny
A gdzie jest społeczna odpowiedzialność
przedsiębiorców? Mają ją w ogóle? Czy polega ona tylko na generowaniu
zysków, jak twierdził ekonomista z Chicago Milton Friedman?
Faktem jest, że tylko niewielka
część niemieckiej gospodarki jest tak bezwzględnie skupiona na zyskach:
przedsiębiorstwa w ubiegłych latach osiągnęły rentowność sprzedaży po
opodatkowaniu średnio między 1,5 a 2,5 procenta. Nie wszyscy są
skoncentrowani jedynie na szybkim
robieniu pieniędzy. Gros firm, bo aż 84
proc. znajduje się w posiadaniu rodzin, a one w swych planach wybiegają z
reguły dalej niż kwartalny horyzont. Z 3,3 mln niemieckich firm tylko 974 jest
notowanych na giełdzie.
Rynek i
moralność nie muszą stać w sprzeczności, także w przypadku wielkich koncernów.
Niektóre z nich dochodzą nawet do wniosku, że zupełnie by nie zaszkodziło wziąć
sobie do serca kilka podstawowych wartości. Na przykład producent artykułów
sportowych Adidas zobowiązał wszystkich swych partnerów biznesowych, 815
dostawców z całego świata do przestrzegania określonych standardów. Jest wśród
nich norma mówiąca, że pracownik nie może pracować dłużej niż 60 godzin
tygodniowo.
Przedsiębiorstwami kieruje nie tylko
troska, ich zaangażowanie wynika również z chłodnej kalkulacji. Koncern Otto się przekonał, że dostawcy, którzy
postępują prospołecznie wobec swoich pracowników, są najczęściej także
rzetelniejszymi partnerami. A co ważniejsze: dla pewnej liczby klientów przy
decyzji dotyczącej danego zakupu istotną role odgrywa świadomość, że dany
pulower czy tenisówki mogą nosić bez wyrzutów sumienia, że produkowały je
dzieci w niewolniczych warunkach.
Szara strefa niewolnictwa
Wielkie koncerny są w dobie globalizacji wprawdzie silniejsze niż kiedykolwiek
– ale równocześnie są łatwiejszym celem. Bowiem również ich krytycy działają w
skali globalnej, o nadużyciach czy niedociągnięciach świat dowiaduje się w
mgnieniu oka. (...)
Prawdziwy
wyzysk ma miejsce gdzie indziej: w tych niezliczonych małych zakładach, u
podwykonawców, w ostatnich ogniwach
łańcucha dostaw. Tam ludzie harują po 16 godzin dziennie, sześć
dni w tygodniu. I rzadko kiedy wykryje to jakiś kontroler.
Międzynarodowa Organizacja Pracy
(MOP) sformułowała w tym celu cztery tzw. główne normy pracy: wolność
zrzeszania, zakaz dyskryminacji, zniesienie pracy przymusowej oraz zniesienie
pracy dzieci. Ale to tylko zapisany papier...
(...)
W Światowej
Organizacji Handlu, Banku Światowym i Międzynarodowym Funduszu Walutowym kraje
Trzeciego Świata nie mają siły przebicia... (...)
(...) - Trzeciemu
Światu nie brakuje niezbędnego kapitału – uważa peruwiański ekonomista
Hernando de Soto. – Ale nie można go
wykorzystać w sposób przynoszący zyski, gdyż nie ma tam nowoczesnego prawa
własności. Korupcja, nadużycia władzy i biurokracja to największe
przeszkody dla inwestycji: jak podaje Bank Światowy, założenie firmy w
Australii trwa dwa dni, w Ghanie – 382. Tam nie
zawodzi rynek, tylko państwo.
Równie
istotne byłoby stworzenie wreszcie uczciwych warunków konkurencji między
Północą a Południem. Od lat państwa przemysłowe systematycznie unikają
konkurencji z producentami z krajów Trzeciego Świata. Wysokimi taryfami celnymi
chronią swych rolników przed tanimi owocami czy warzywami z Trzeciego Świata
lub wspierają ich miliardowymi dotacjami. Każdego dnia Północ wydaje ok.
miliarda dolarów na subwencje dla rolnictwa – pięć razy więcej niż na pomoc dla
krajów rozwijających się. Efekt?
Niezdolni do ryzyka
Wydaje się, że w ostatnim czasie coś się jednak
ruszyło w kwestii uczciwego handlu światowego. Na przykład zmienione
mają zostać regulacje dotyczące rynku cukru, które do tej pory chroniły
europejskich plantatorów przed konkurencją z południa za cenę sześciu miliardów
euro rocznie. Z początkiem roku przestały obowiązywać kwoty ograniczeń
ilościowych w globalnym handlu tekstyliami. Przez dziesięciolecia kraje
rozwinięte chroniły swój przemysł tekstylny przed tanim importem, aż w 1995
roku GATT (Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu), poprzednik Światowej
Organizacji Handlu, zadecydował o zniesieniu tych kwot w 2005 roku.
Teoretycznie było wystarczająco dużo czasu, by się na to przygotować. Ale
przygotowali się nieliczni. Od początku roku Chiny zalewają świat tanimi
tekstyliami. Skala tego jest tak ogromna, że UE udało się w żmudnych
negocjacjach z Chińczykami wyjednać dla
określonych grup towarów okres ochronny kolejnych dwóch lat.
Spór o
chińskie tekstylia unaocznia, jak trudno jest otwierać rynki z dnia na dzień,
nawet z dużo wcześniejszą zapowiedzią. Pokazuje jednak również i to, że
instytucje państwowe są zdolne do wytyczenia ram ułatwiających przejście do
strefy wolnego handlu. (...)
ALEXANDER JUNG ©
Der Spiegel, distr.by NYT Synd.., 2006
…………………
Trzy żądze: szmal, forsa
i pieniądze
Stwierdzenie to może się wydać nieco passé, ale coś trzeba zrobić z tymi
cholernymi bogaczami - pisze brytyjski
publicysta Jonathan Freedland
The Guardian
..........
Jeśli chcesz
być niemodny, czytaj dalej. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej na tematy dramatycznie nie na czasie, tak że nawet
wspominanie o nich wydaje się złamaniem odwiecznego tabu, kontynuuj lekturę.
Gotowy? A więc zaczynamy.
Pewnego wieczoru dwóch bankierów
wkroczyło do Umbaby, jednego z najmodniejszych londyńskich nocnych klubów, i
poprosiło barmana o najdroższego drinka, jakiego był im w stanie skomponować.
Ten wziął się dziarsko do roboty. Na
pierwszy ogień poszedł koniak Richard Hennesy, butelka za trzy tysiące funtów
(niecałe 18 tys. zł – przyp. FORUM), później szampan Dom Perignon, świeża
palczatka cytrynowa i owoce liczi, a kompozycję uzupełnił wyciąg z kory johimbiny – substancji
importowanej z Zachodniej Afryki – będącej ponoć silnym afrodyzjakiem. Barman
nazwał koktajl Magie Noire i skasował 333 funty (prawie 1,7 tys. złotych) za
pucharek. Bankierzy zamówili po dwie kolejki dla każdego na ośmioosobowy
stolik. Ostatecznie ich rachunek za
wieczór w Umbabie wyniósł 15 tys. funtów (prawie 90 tys. zł).
Ci sami mężczyźni, albo ich koledzy,
z równą łatwością płacą 200 tys. funtów (prawie 1,2 mln zł) za ekskluzywnego
bentleya albo asto martina, czy inwestują 500 funtów (prawie trzy tysiące
złotych) w „aspirującą fryzurę” u Nicky’ego Clarke’a – fryzjera czeszącego
największe sławy. To oni właśnie są klientami agencji nieruchomości oferujących
trzypokojowy lokal w Kensington (najdroższa dzielnica Londynu – przyp. FORUM)
za 2,25 mln. funtów (13,3 mln złotych w kategorii „pierwszy własny kąt” i
stanowią grupę docelową nowego magazynu
„Trader”, zamieszczającego oferty sprzedaży prywatnych odrzutowców i pięciopokładowych
jachtów oceanicznych wyposażonych w miniaturowe łodzie podwodne.
Rekiny światowej
finansjery
Witajcie w świecie superbogaczy, finansistów inkasujących miliony, a czasami
dziesiątki milionów w pensjach, bonusach i innych dodatkach. W świecie udziałowców
funduszy hedgingowych i private equity
zajmujących się skupowaniem, sprzedażą i spekulacjami jako specjaliści, o
których pracy zwykli śmiertelnicy nie mają bladego wyobrażenia. Członkowie tej elitarnej grupy wydają
olbrzymie sumy na wielkie posiadłości albo zaspokojenie najwymyślniejszych
zachcianek. Czasami szastają pieniędzmi na prawo i lewo...
Nic nowego,
powie ktoś. Bogaci, podobnie jak biedni, żyją wśród nas od zawsze. Ale to nie
tak. Robert Peston, piszący o londyńskim City w „Sunday Telegraph”,
szacuje, że w tym roku 200-300 menedżerów funduszy hedgingowych podzieli się
4,2 mld dolarów czystego zysku. Tego rzędu honoraria były nie do pomyślenia w
przeszłości. Na tak olbrzymie dochody mogli liczyć tylko nieliczni: wynalazcy
nowych produktów lub właściciele wielkich majątków... Fakt, że tak wysokie wynagrodzenia wypłacane
są na zasadzie comiesięcznej pensji tym, którzy – jak sami przyznają – nic nie
tworzą, jest przejawem całkowicie nowego zjawiska (podobnie jak nowym obszarem
działalności stało się skupowanie byłych przedsiębiorstw państwowych w
całości).
Astronomiczne
płace są też najbardziej widocznym dowodem na to, że lewicowy slogan o
bogatych robiących się coraz bogatszymi jest prawdziwy. Kiedy w 1979 r. do
władzy doszła Margaret Thatcher,
najzamożniejsi Brytyjczycy (jeden procent całego
społeczeństwa) otrzymywali do podziału sześć
procent dochodu narodowego. Dekadę później było to już dziewięć
procent, a za Tony’ego Blaira liczba ta wzrosła do 13
procent.
Czy to ma jakieś
znaczenie? Nie, powiedzą niektórzy, podkreślając, że tylko bezinteresowna
zazdrość każe nam krytykować młodego człowieka, który właśnie zapłacił
za drinki pięciocyfrowy rachunek. Dopóki jakoś wiążemy koniec z końcem, dopóty
nie powinno nas obchodzić, czy jakiegoś bankiera stać na to, by wejść do salonu
i bez zastanowienia kupić najnowszy model ferrari, tak jak wielu z nas bez
namysłu kupuje codziennie świeże bułki na śniadanie. Thatcheryzm i upadek
Związku Radzieckiego wyleczyły nas z roztrząsania podobnych dylematów.
Niewygodne pytania
Kiedy w 2001 r. zapytano premiera Blaira, czy jest
możliwe, żeby ktoś zarabiał za dużo, ten odpowiedział zgodnie z duchem czasu: Nie, skąd! A czy to ma jakieś znaczenie?
Wiem, że to strasznie staroświeckie,
ale ośmielę się nie zgodzić. A to dlatego, że historyjka o drinku za 333 funtów
pojawiła się w tym samym tygodniu, w którym Shelter (brytyjska organizacja
charytatywna – przyp. FORUM) poinformował, że w samej tylko Anglii około 500
tys. rodzin żyje w ciasnych klitkach, co sprawia, że dzieci często muszą z
braku miejsca spać w kuchni, jadalni lub w korytarzu.
Moim
zdaniem coś tu jest nie tak. Jeśli kogoś stać na to, aby uraczyć kumpli
koktajlami za 15 tys. funtów, a ktoś inny rozkłada dziecku do spania koc w
kuchni, to znaczy, że system nie funkcjonuje. I nie jest to krytyka
laburzystowskiego rządu, lecz raczej wyzwanie rzucone powszechnemu
przeświadczeniu, że mimo wszystko jesteśmy jednak cywilizowanym społeczeństwem.
Wszystko dlatego, że nasze wyobrażenia o skrajnych nierównościach są równie
wyblakłe jak stara fotografia w kolorze sepii.
Bogaci kontratakują
Jak to zwykle bywa, problem postępującego rozwarstwienia dotknął jako pierwsze
Stany Zjednoczone. Amerykańscy ekonomiści od dłuższego czasu są zaniepokojeni,
obserwując, jak społeczeństwo amerykańskie cofa się do lat 20. ubiegłego wieku
– epoki Wielkiego Gatsby’ego i jemu podobnych. Podkreślają, że wielkie
posiadłości zamienione po 1945 roku na domy opieki lub wykorzystywane do innych
celów publicznych, znów są wykupywane i zamieniane w prywatne rezydencje,
zupełnie jakby ich plutokratyczni właściciele sprzed 1929 r. nagle się o nie
upomnieli. Ten sam proces zachodzi zresztą w dzielnicy Notting Hill w zachodnim
Londynie: ogromne kamienice podzielone jeszcze dekadę temu na 10 niezależnych
mieszkań, po gruntownej renowacji stają się luksusowymi rezydencjami, jakimi były w czasach
wiktoriańskich. Zjawisko to dostrzegają
nie tylko lewicowi malkontenci skażeni klasową zawiścią. Leo Hindery,
amerykański miliarder i szef koncernu HL Capital, w wywiadzie dla BBC
stwierdził rok temu: „Budujecie jedyny w
swoim rodzaju system klasowy, który można porównać do Francji u progu
rewolucji, kiedy to przepaść między najbogatszymi a klasą średnią zrobiła się
tak duża, że spowodowała społeczny wybuch.
Rzeczywiście coś w tym
jest. Naukowcy już dawno doszli do wniosku, że relatywne nierówności, nie tylko
bieda, źle wpływają na zdrowie tych,
którzy znajdują się na dole społecznej drabiny. (...)
Ale powiedz o tym politykowi, a
spotkasz się z jego pustym spojrzeniem i nieukrywanym zdumieniem, że ktoś
jeszcze o takich rzeczach pamięta. Członkowie Partii
Pracy trzymają się z daleka od tych tematów, bojąc się, że zostaną
okrzyknięci socjalistycznymi dinozaurami
ogarniętymi obsesją zazdrości wobec bogatych ludzi. Nie chodzi przy tym
o wprowadzanie górnego pułapu zarobków na modłę przewodniczącego Mao, są lepsze
sposoby. Wystarczy zdać sobie sprawę z tego, że każdy kto odkłada na emeryturę,
ma za pośrednictwem funduszy emerytalnych udziały w wielkich koncernach i w
związku z tym może domagać się zmian, tak by szeroki strumień pieniędzy nie
płynął wyłącznie do kieszeni przedstawicieli uprzywilejowanych klas raczących
się po pracy koktajlem Magie Noire.
Inne rozwiązanie sprowadza się do
podniesienia stawki podatkowej dla najbogatszych, może niekoniecznie do poziomu
80-90 procent, co w latach 70. zmusiło do ucieczki za granicę Rolling Stonesów
i im podobnych, ale na przykład do 50 procent. Jeśli Partia Pracy nie jest w
stanie przełknąć tej gorzkiej pigułki, zawsze można jeszcze poprawić
ściągalność podatków. Wiadomo przecież, że niektórzy najbogatsi wcale ich nie
płacą. Najważniejsze jednak, żeby zacząć o tych sprawach głośno mówić.
JONATHAN
FREEDLAND © Guardian Newspapers Limited.
23.11.2005
Jonathan Freedland
(ur.
W 1967 r.), lewicowy publicysta brytyjski. Z wykształcenia politolog,
filozof i ekonomista.
------------------------------
„Naród Wolnych Strzelców” ......... 270
Trzeba powiedzieć, że wielu wolnych
strzelców z Microsoftu nie jest bezbronnymi ofiarami pomysłów kadrowych Billa
Gatesa, lecz freelancerami z własnego wyboru. Podobnie jak wielu innych
niezależnych specjalistów, owi „software’owi Cyganie”, jak sami siebie niekiedy
nazywają, świadomie przedkładają niezależność i mobilność nad bezpieczeństwo
zatrudnienia i lojalność wobec instytucji. Niektórzy z nich stali się nawet,
jak to mawia Tom Peters, „samoistną własną marką”.
Wedle najnowszej koncepcji tego guru
zarządzania, podobnie jak firmy mogą osiągnąć brandingową nirwanę, nauczywszy
obywać się bez produkcji i zatrudnienia, tak indywidualni pracownicy mogą
znacznie wzmocnić swoją pozycję za cenę rezygnacji bycia pracownikami. Zgodnie
z logiką Petersa, jeśli chcemy osiągnąć sukces w warunkach nowej ekonomii,
musimy sami przekształcić się w markę – „Markę własną”. Jedyna droga do sukcesu
na rynku pracy wiedzie poprzez przekwalifikowanie się na konsultantów i
usługodawców, określenie walorów własnej marki i wynajmowanie się do obsługi
prestiżowych projektów, których splendor spłynie następnie na nas, ułatwiając
nam zdobycie nam kolejnych kontraktów.
„Takie podejście nazywam JA S.A”, pisze Peters. „Jesteś prezesem,
dyrektorem generalnym i szefem produkcji w jednej osobie, kierującym własną
firmą świadczącą profesjonalne usługi”.376 Faith Poprorn, której sławę guru zarządzania
przyniósł wydany w 1991 roku bestseller The Popcorn Report, radzi nam, abyśmy
poszli jej śladem i zmienili nazwisko na lepiej pasujące do starannie
przygotowanego i sprzedawanego rynkowego wizerunku naszego produktu. Sama
nazywała się dawniej Faith Plotkin.
Jednak prawdziwym duchowym mistrzem
zwolenników pracy pod własnym szyldem nie jest Peters czy Popcorn, lecz
człowiek o nazwisku Daniel H. Pink.
Spostrzegłszy rosnące znaczenie pracy czasowej i na umowę-zlecenia, a
także coraz większą popularność samozatrudnienia, Pink obwieścił nastanie ery
„Narodu Wolnych Strzelców”. Pracuje nad książką pod takim tytułem i sam jest
dumnym patriotą tego narodu. Porzuciwszy prestiżową posadę w Białym Domu, gdzie
pisał przemówienia dla Ala Gore’a, wyruszył na poszukiwanie innych „wolnych
strzelców”, przedkładających kontrakty i pracę w charakterze freelancerów nad znoszenie kaprysów
szefa i świadczenia socjalne. Współrodacy
Pinka to konsultanci ds. marketingu, head-hunterzy, copywriterzy i
programiści, dążący do utrzymania zdrowej równowagi między pracą zawodową a
życiem osobistym. Uprawiają jogę i bawią się z psem w skomputeryzowanych
biurach we własnych mieszkaniach, zarabiając przy tym – za kolejne zlecenia –
więcej pieniędzy, niż kiedy byli związani z jedną firmą i otrzymywali stałą
pensję. (...)
Muszę wyznać, że i ja nie oparłam się
pokusie bycia własnym szefem. Cztery lata temu zrezygnowałam z pracy
dziennikarskiej w czasopiśmie, by stać się wolnym strzelcem, i podobnie jak Pink, nigdy nie żałowałam
mojej decyzji. Oczywiście, ogromnie sobie chwalę, że nikt nie kontroluje moich
godzin pracy (dzisiaj wiele osób korzysta z tego przywileju), nie muszę słuchać
despotycznych poleceń małostkowych zwierzchników i co najważniejsze, mogę
pracować w piżamie, kiedy mam na to ochotę. Wiem z własnego doświadczenia, że
kariera wolnego strzelca, może rzeczywiści oznaczać wolność, podobnie jak praca
w niepełnym wymiarze godzin może rzeczywiście oznaczać autentyczną
elastyczność. Pink słusznie zauważył, że praca na własny rachunek „to prawdziwa
praca – a nie wysiłki jakiejś nieszczęsnej ofiary redukcji zmierzające do
wciśnięcia się z powrotem na łono korporacji”.380 W kreowaniu się osób pokroju Pinka –
niezależnych autorów, wpadających w nadmierny zachwyt z powodu tego, że mogą
pracować w piżamie – na żywe dowody powszechnych korzyści płynących z
odchodzenia od stałego zatrudnienia w korporacjach tkwi jednak pewien szkopuł. Mam wrażenie, że większość najważniejszych artykułów
prasowych na temat blasków i radości wolnego strzelectwa została napisana przez
świetnie prosperujących niezależnych dziennikarzy, którzy uroili sobie, że
reprezentują wielomilionową rzeszę pracowników najemnych, czasowych, freelancerów,
zatrudnionych w niepełnym wymiarze
godzin i pracujących na zasadzie samozatrudnienia. Pisanie, z uwagi na
swój samotniczy charakter i niskie koszta ogólne, stanowi jedną z nielicznych
profesji stworzonych do uprawiania w domu.
Kolejne badania wykazują absurdalność porównywania sytuacji niezależnego dziennikarza czy właściciela
agencji reklamowej z doświadczeniami tymczasowej sekretarki w Microsofcie lub
najemnej szwaczki w Cavite. Ogólnie rzecz biorąc,
rozluźnienie stosunku pracy oznacza, i w jednym i drugim świecie, zasadnicze
pogorszenie się warunków życia i pracy: konieczność wykonywania monotonnych i
źle płatnych zajęć, odebranie świadczeń społecznych i bezpieczeństwa
zatrudnienia oraz coraz mniejszy wpływ na własny grafik.
Rzecz w tym, że względne wady i zalety
pracy kontraktowej i czasowej ściśle zależą od pozycji osób wykonujących ową
pracę: na im wyższym szczeblu drabiny dochodów stoją, tym większy wpływ mają na
warunki umowy. Im niższa jest ich pozycja,
tym łatwiej przesuwać je z kąta w kąt, a nawet zmusić do przyjęcia jeszcze
niższej płacy. Pracownicy z grupy 20% najlepiej zarabiających potrafią
zazwyczaj utrzymać swoje dochody na tym samym poziomie, bez względu na to, czy
pozostaną na etacie, czy przejdą na samozatrudnienie. Jednak jak wykazały
badania przeprowadzone w 1997 roku w USA, 52% kobiet na niestandardowych
umowach o pracę zarabia na poziomie minimum socjalnego, podczas gdy dla kobiet
zatrudnionych na pełnym etacie odsetek ten wynosi 27,6%. Innymi słowy,
większość niestandardowych pracowników nie należy do Narodu Naprawdę Wolnych
Strzelców.
Co więcej, zachodzi bezpośredni związek
przyczynowo-skutkowy między zwiększaniem się liczby wolnych strzelców,
bujających swobodnie u szczytu korporacyjnej drabiny, a wzrastaniem rzesz
kurczowo uczepionych jej dolnych szczebli pracowników zatrudnionych na czas
określony, „uwolnionych” od uprzykrzonego ciężaru świadczeń socjalnych i
bezpieczeństwa pracy. (...)
Dwa przeciwne bieguny
tymczasowej pracy – robotnicy kontraktowi z Cavite, żyjący w ciągłym strachu
przed odlotem fabryk, i tymczasowi dyrektorzy generalni, ogłaszający w Nowym
Jorku kolejne plany restrukturyzacji – są sprzężone na zasadzie globalnej
huśtawki. Dyrektorzy generalni wyrabiają sobie nazwisko na Wall Street
dzięki misjom kamikadze w rodzaju zlicytowania całej bazy produkcyjnej
przedsiębiorstwa czy doprowadzenia do potężnej fuzji, pozwalającej zaoszczędzić
miliony dolarów na likwidacji dublujących się stanowisk; im większa ich
mobilność, tym bardziej niestabilna sytuacja szerokich rzesz pracowników. Jak
słusznie zauważył Daniel Pink, określenie freelancer
pochodzi z czasów, gdy najemni żołnierze wynajmowali siebie – i swoje lance –
do udziału w bitwie. „Wolni strzelcy zaciągali się pod różne sztandary, żeby
zabijać dla pieniędzy”.387
Fakt, że brzmi to cokolwiek melodramatycznie, ale to całkiem niezły opis
dzisiejszych wolnych strzelców w korporacyjnych zarządach. Właśnie dlatego
zarobki dyrektorów generalnych wzniosły się na tak niebotyczne wysokości w
epoce najbardziej bezlitosnych redukcji zatrudnienia. Ira T. Kay, autorka CEO Pay and Shareholder Value, świetnie
zdaje sobie z tego sprawę. Kay stwierdza na łamach Wall Street Journall, że astronomiczne sumy, które amerykańskie
firmy zaczęły płacić swoim dyrektorom generalnym, stanowią „decydujący czynnik,
dzięki któremu amerykańska gospodarka jest najbardziej konkurencyjna na
świecie”, ponieważ bez takiej zachęty finansowej dyrektorzy ci „nie mieliby
żadnej ekonomicznej motywacji do podejmowania trudnych decyzji w rodzaju
likwidowania miejsc pracy”. Innymi słowy, cytując ripostę satyryka Wayne’a
Gryttinga „pracujemy na dyrektorskie premie po to, żebyśmy mogli dostać...
wymówienie”.388
To bardzo trafne spostrzeżenie,
zwłaszcza jeśli chodzi o Stany Zjednoczone. (...)
Wielu specjalistów od biznesu, w
odróżnieniu od Iry T. Kay, bulwersują astronomiczne sumy, jakie wypłacają sobie
w ostatnich latach dyrektorzy przedsiębiorstw.
Jennifer Reingold pisze z niesmakiem na łamach Business Week: „Dobry, zły czy średni, niemal każdy
biznesmen, który przesiedział w 1997 roku jakiś czas na stołku dyrektora dużej,
znanej firmy, podniósł swoje dochody o co najmniej kilka milionów”.392 Dla Reingold niesprawiedliwość polega na tym,
że dyrektorzy zgarniają podwyżki i premie nawet wtedy, kiedy cena akcji
koncernu spada, uderzając po kieszeni udziałowców. Dla przykładu, dyrektor
generalny Occidental Petroleum otrzymał w 1997 roku pakiet zarobków w wysokości
101 mln dolarów, mimo że jego firma straciła wówczas 390 mln USD.
Reprezentowana
przez Reingold szkoła obserwatorów rynku
nawołuje do bezpośredniego powiązania zarobków dyrektorów generalnych z
giełdowymi osiągnięciami firmy; inaczej mówiąc: „Jeśli my zarobimy, to i ty
wyjdziesz na swoje. Ale kiedy my stracimy, tracisz i ty”. Chociaż taki system
chroni udziałowców przed zachłannością nieudolnych dyrektorów, faktycznie
pogarsza jeszcze sytuację szeregowych pracowników, stanowiąc zachętę do
przeprowadzania szybkich i nieuczciwych zwolnień, stanowiących sprawdzoną
metodę podbijania cen akcji i uzyskiwania superdywidend. Na przykład
Caterpillar – modelowa korporacja funkcjonująca na zasadzie premii
motywacyjnych – płaci kadrze kierowniczej w akcjach, których wartość jest
systematycznie sztucznie zawyżana przy pomocy masowego zamykania zakładów i
obniżania stawek robotników. Owa przybierająca na sile tendencja uzależniania
dyrektorskich zarobków od giełdowych osiągnięć przedsiębiorstwa prowadzi do
erozji korporacyjnej kultury, stwarzając sytuację, w której aby szef dostał
pieniądze, robotnik musi stracić pracę, albo przynajmniej część zarobków.
I tutaj pojawia się najciekawsze, moim
zdaniem, pytanie: o dalekosiężne skutki odrzucania tradycyjnej roli pracodawcy
przez międzynarodowe koncerny, będące właścicielami znanych marek. Od Starbucks
po Microsoft, od Caterpillar po Citibank, zanika związek między zyskiem a
wzrostem zatrudnienia. Jak mówi Buzz Hargrove, przewodniczący Canadian Auto
Workers: „Robotnicy mogą pracować ciężej, ich pracodawcy mogą odnosić jeszcze
większe sukcesy, ale - a zmniejszanie zatrudnienia i outsourcing to tylko jeden
z przykładów – związek między pełnym sukcesem
ekonomicznym a gwarantowanym udziałem pracowników w tym sukcesie jest dzisiaj
znacznie słabszy niż kiedykolwiek dotąd”.393 Wiemy, co to oznacza na krótszą metę: rekordowe zyski,
oszołomionych udziałowców i brak miejsc w klasie biznesowej. Ale co z tego wyniknie w nieco dalszej
perspektywie? Jak to wpłynie na
życie pracowników, którzy stracili stałe zatrudnienie, dla których szef to glos
w słuchawce pod numerem agencji pośrednictwa pracy i którzy nie wiedzą już, co
to odczuwanie dumy z sukcesów swojej firmy?
Czy to możliwe, że korporacje, porzucając pracowników na pastwę losu,
mimo woli dolewają oliwy do ognia antykorporacyjnego sprzeciwu?
ROZDZIAŁ
JEDENASTY HODUJĄC
NIELOJALNOŚĆ
Co zasiejesz, to
zbierzesz .........
277
Na terenie naszych obiektów produkcyjnych, administracyjnych i
dystrybucyjnych kierujemy się określoną filozofią: kamery pozwalają uczciwym
wytrwać w uczciwości.
- Leo Myers, twórca systemu bezpieczeństwa i
ochrony Mattela,
tłumaczy entuzjastyczne wykorzystywanie przez firmę telewizji przemysłowej,
monitorujących pracowników jej fabryk we wszystkich częściach świata, 1990
Kiedy w 1993 roku rzuciłam studia, na
palcach jednej ręki mogłam policzyć przyjaciół, którzy mieli pracę.
Odmienialiśmy przez wszystkie przypadki słowo „recesja”, przeczekując kolejne
lato bez zajęcia, postanawiając bez przekonania zawalczyć o miejsce na studiach
doktoranckich, zaciskając zęby w czasie kolejnych redukcji na uczelni i
zaciskając pasa, gdy rodzice także tracili pracę. Podobnie jak później winą za
wszystko, od przeciągów po powodzie, obarczymy prąd oceaniczny El Nino, tak
wówczas recesja jawiła nam się jako gospodarcza klęska żywiołowa, zmiatająca
nasze miejsca pracy, niczym huragan przyczepy kempingowe z parkingu nad
Missouri.
Patrząc, jak
znikają posady, rozumieliśmy, że to rezultat trudnej sytuacji ekonomicznej,
która pozornie dotknęła wszystkich (chociaż może nie w takim samym
stopniu), od prezesów koncernów stojących w obliczu bankructwa, po
wymachujących szabelką polityków – wszystkich, mężczyzn i kobiety, starych i
młodych, pracowników wszystkich szczebli i profesji, nie oszczędzając mnie i
moich przyjaciół z klasy średniej, bez większego entuzjazmu rozglądających się
za pracą. Przeskok od recesji do brutalnej gospodarki globalnej nastąpił tak
nagle, że wciąż jeszcze nie mogę otrząsnąć się z wrażenia, iż musiałam tego
dnia zachorować, i dlatego wszystko przegapiłam
- i jak to było z matematyką w dziesiątej klasie, będę wiecznie nadrabiać zaległości. Wiem tylko, że w jednej chwili tkwiliśmy po uszy w recesji, a już w
następnej jak diabeł z pudełka wyskoczyła nowa odmiana korporacyjnych liderów –
świeża koszula, świeży entuzjazm w sercu – by oznajmić nastanie nowego złotego
wieku. Jak jednak pokazały poprzednie rozdziały, praca, kiedy wróciła (jeśli wróciła), w niczym nie
przypominała tej, którą zapamiętaliśmy z dawnych czasów. Z punktu widzenia
robotników specjalnych stref ekonomicznych oraz legionów „czasowników” i
niepełnoetatowych pracowników sektora
usług w krajach uprzemysłowionych, nowoczesny pracodawca zaczął zachowywać się
jak przygodny partner, który po jednej nocy ma czelność domagać się wierności
małżeńskiej. I nierzadko nawet potrafi
ją wymusić. Większość z nas, śmiertelnie wystraszona
latami zwolnień i ponurymi prognozami ekonomicznymi, kupiła retorykę, wedle
której powinniśmy cieszyć się z każdego płatnego ochłapu, jaki nam rzucą pod
nogi. Coraz więcej wskazuje jednak, że notoryczna niestałość stosunku
pracy podkopała wreszcie naszą zbiorową wiarę, nie tylko w poszczególne
korporacje, lecz w samą zasadność teorii, że bogacenie się jednostek prowadzi
do podniesienia poziomu życia całego społeczeństwa.
Rosnące zyski i
coraz szybsze tempo wzrostu gospodarczego, a także przechodzące ludzkie pojęcie
pensje i premie, jakie przelewają sobie na konta prezesi wielkich koncernów,
radykalnie przeobraziły pierwotne warunki, w których pracownicy
zaakceptowali niższe płace i zmniejszone
bezpieczeństwo. Wielu z nas zaczęło mieć poczucie, że zostaliśmy niecnie
wykorzystani. Zmiana postawy opinii
publicznej znalazła swój wyraz w powszechnym poparciu dla strajku pracowników
UPS w lecie 1997 roku. Chociaż Amerykanie słyną z braku sympatii dla
strajkujących, ciężka sytuacja pracowników UPS, zatrudnionych w niepełnym
wymiarze godzin, uderzyła w czułą strunę.
Badania opinii publicznej wykazały, że 55% ankietowanych popiera
roszczenia strajkujących, a tylko 27% bierze stronę pracodawcy. Keffo, wydawca ociekającego goryczą zinu
czasowników, tak podsumował publiczne
nastroje:
„Dzień w dzień [ludzie] czytają i słyszą, jak świetna
jest sytuacja gospodarcza i nie trzeba wielkiego umysłu, żeby zadać sobie
pytanie, dlaczego w takim razie UPS nie może płacić lepiej, zatrudniać swoich
ludzi na pełnym etacie i trzymać swoich brudnych paluchów z dala od
pracowniczego funduszu emerytalnego. Tak więc komicznym zarządzeniem losu,
‘dobra’ sytuacja ekonomiczna działa przeciwko UPS, a na korzyść związków
zawodowych”.394
UPS, zorientowawszy się, że zaczyna
kanalizować powszechne poczucie krzywdy, zgodził się przyjąć 10 000
pracowników zatrudnionych dotychczas w niepełnym wymiarze godzin na pełen etat
z dwukrotnie wyższą stawką godzinową oraz podnieść w ciągu pięciu lat płace
czasowników o 35%. Tłumacząc te ustępstwa, wiceprezes UPS John W. Alden wyznał,
że firma w najczarniejszych snach nie przypuszczała, iż jej personel stanie się
kiedyś symbolem rozczarowania Nową Ekonomią.
„Gdybym wiedział, że negocjacje pracowników czasowych z UPS zmienią się
w negocjacje w imieniu wszystkich Amerykanów pracujących w niepełnym wymiarze
godzin, podeszlibyśmy do tego inaczej”.395
Twórcy miejsc pracy zmieniają się
w twórców dobrobytu ......... 279
Jak widzieliśmy, dopiero od trzech,
czterech lat wielkie korporacje przestały uzasadniać zwolnienia i
restrukturyzacje twardą koniecznością i zaczęły mówić otwarcie i bez skruchy o
swojej niechęci do zatrudniania pracowników, a w skrajnych przypadkach, o
całkowitym odejściu od roli pracodawcy. Międzynarodowe
koncerny, które niegdyś przechwalały się , że są „motorem zatrudnienia” –
wykorzystując ten fakt do wyłudzania wszelkiego rodzaju przywilejów od rządu – dzisiaj wolą mówić o
sobie, jako „motorze wzrostu gospodarczego”. To subtelna różnica, ale
nie dla tych, co szukają pracy. Korporacje istotnie „napędzają” gospodarkę, ale
robią to za pomocą zwolnień, fuzji, konsolidacji i outsourcingu – innymi słowy,
przez obniżanie wartości pracy i redukcję zatrudnienia. Wzrostowi gospodarczemu
towarzyszy faktyczne obniżanie odsetka bezpośrednio zatrudnionych przez
największe korporacje. Międzynarodowe korporacje, kontrolujące ponad 33%
światowych środków produkcji, odpowiadają bezpośrednio tylko za 5% wszystkich
miejsc pracy.396 I chociaż
łączny majątek 100 największych
korporacji w latach 1990-1997 powiększył się o 288%, liczba zatrudnianych przez
nie wzrosła w owym okresie gwałtownego rozwoju o niecałe 9%.397
Najbardziej szokujące liczby
pochodzą z ostatniego roku: w 1998 roku, mimo znakomitych wyników amerykańskiej gospodarki i rekordowo niskiego wskaźnika bezrobocia,
korporacje zlikwidowały w USA 677 tys. stałych miejsc pracy – więcej niż w
którymkolwiek roku w całym dziesięcioleciu. W jednym przypadku na dziewięć
likwidacja była rezultatem fuzji; duża cześć pozostałych zwolnień miała miejsce
w sferze produkcji. Jak wynika z niskiego wskaźnika bezrobocia , dwie trzecie
firm, które zlikwidowały miejsca pracy, stworzyło nowe, a zwolnienie pracownicy
stosunkowo szybko znaleźli inne posady.398. Owe dramatyczne redukcje
pokazały jednak, że stabilna, pewna relacja między pracownikiem a korporacyjnym
pracodawcą ma niewiele, jeśli w ogóle cokolwiek, wspólnego ze wskaźnikiem
bezrobocia czy stosunkowo dobrą kondycją gospodarki. Sytuacja zatrudnionych
staje się coraz bardziej niepewna, chociaż gospodarka przeżywa okres wyjątkowej
koniunktury – w rzeczywistości obecna struktura ma swoje źródło, przynajmniej
po części, właśnie w odchodzeniu od stabilnego zatrudnienia.
Wygląda na to, że wiele największych
korporacji, bez względu na osiągane dochody, przestało traktować tworzenie
miejsc pracy, ze szczególnym uwzględnieniem stabilnej, przyzwoicie płatnej
pracy pełnoetatowej, jako część swojej misji
(zob. tab. Na s. 284). Korporacyjny sektor nie uważa już zatrudnienia za
nieodzowną składową zdrowego przedsiębiorstwa, coraz częściej traktując je jako
uciążliwą konieczność na równi z podatkiem dochodowym, albo kosztowną
niedogodność w rodzaju zakazu wrzucania toksycznych odpadów do jezior. Politycy mogą sobie mówić, że praca zajmuje czołowe miejsce
na liście ich priorytetów, lecz rynek papierów wartościowych skacze z radości
po każdej zapowiedzi kolejnych zwolnień i reaguje ponurą zapaścią, kiedy tylko
wygląda na to, że robotnikom grozi podwyżka. Obraliśmy może dziwną i
okrężną drogę, by dojść do tej wolnorynkowej konkluzji, jej wymowa nie
pozostawia jednak wątpliwości: dobre posady są złe dla biznesu, złe dla
„gospodarki”, i należy się ich za wszelką cenę wystrzegać. Trzymanie się tej
zasady zapewnia na krótką metę rekordowe zyski, na dłuższą jednak może się
okazać strategicznym błędem decydentów ze świata biznesu. Odrzucając
odpowiedzialność za tworzenie miejsc pracy, koncerny wystawiają się na gniew
społeczeństwa, które zrozumiało, że gładki rozwój gospodarczy nie przekłada się
na realne korzyści dla szerokich mas (zob. tab. 11.1 – 11.4., s. 284-285).
Według raportu Agendy Narodów
Zjednoczonych ds. Handlu i Rozwoju (UNCTAD) z 1997 roku: „Rozszerzające się nożyce ekonomiczne stwarzają poważne
zagrożenie wystąpienia ostrego politycznego sprzeciwu wobec globalizacji,
zarówno na Północy, jak i na Południu. [...] Lata 20. i 30. XX wieku stanowią
wyraźne i niepokojące ostrzeżenie, jak szybko wydarzenia polityczne potrafią
zniweczyć wiarę w wolny rynek i otwartość gospodarczą”.399 Raport ONZ o „stanie ludzkości” przygotowany
w rok później , w czasie, kiedy dały już o sobie znać bolesne skutki kryzysów w
Azji i Rosji, wyrażał się jeszcze bardziej dosadnie: odnotowując pogłębiającą
się przepaść między biedną i bogatą częścią świata, James Gustave Speth,
zarządzający ONZ-owskim Programem rozwoju, powiedział: „Liczby dotyczące
obszarów zamożnych są szokująco wysokie. Niezbędna jest bardziej równomierna
dystrybucja postępu”.400
Podobne głosy odzywają się dzisiaj coraz
częściej. Utrzymujące się zagrożenie antyglobalistycznymi rozruchami kładzie
się cieniem na tradycyjnie euforycznej atmosferze corocznego zgromadzenia
przywódców politycznych i ludzi biznesu w szwajcarskim kurorcie Davos. Prasę
biznesową wypełniają nieprzyjemne prognozy...
W przemówieniu wygłoszonym na forum
Business Council on National Issues, Ted Nevall, dyrektor generalny Nova Corp.
z Calgary w prowincji Alberta, nazwał fakt, iż ponad 20% Kanadyjczyków żyje
poniżej minimum socjalnego „bombą zegarową, która tylko czeka, żeby wybuchnąć”.
W istocie mamy do czynienia z nowym zjawiskiem: prezesi koncernów prześcigają
się w wygłaszaniu moralizatorskich przepowiedni, piszą książki o nowym
„społeczeństwie udziałowców”, w przemówieniach na uroczystych lunchach
publicznie rugają swoich kolegów za brak skrupułów i głoszą, iż najwyższy czas,
by wielkie korporacje przyjęły na swoje barki odpowiedzialność za wyrównanie
ekonomicznych dysproporcji. Szkopuł w tym, że nie potrafią między sobą
uzgodnić, kto ma pójść na pierwszy ogień.
Najpoważniejszymi
konsekwencjami niszczenia miejsc pracy i obniżania poziomu dochodów
prawdopodobnie nie są pogłębiająca się przepaść między biednymi i bogatymi,
przed którą wytrwale przestrzegają raporty ONZ, czy zanikanie klasy średniej w
krajach zachodnich, o których tyle się mówi: są to zjawiska odwracalne,
przynajmniej w teorii. Dużo groźniejsze mogą okazać się dalekosiężne skutki
korporacyjnych zbrodni przeciwko środowisku naturalnemu, zasobom żywności oraz
rdzennym mieszkańcom i ich kulturom.
Jednakże odejście od zapewnienia stabilnego zatrudnienia stanowi najważniejszy
czynnik odpowiedzialny za rozbudzenie antykorporacyjnych nastrojów, a
jednocześnie za uwrażliwienie rynków na destabilizujące działanie szerzących
się „niepokojów społecznych”, by zacytować The Wall Street Journal403.
Trudno znaleźć dzisiaj szczęśliwe
miasteczko przemysłowe, którego mieszkańcy nie czują się w ten czy inny sposób
oszukani przez miejscowy sektor korporacyjny. Nie trzeba było dużo czasu, by
stało się oczywiste, że bezwzględna pogoń za zyskiem, prowadząca na przykład do
wycinania wiekowych lasów, odbywa się wedle tej samej filozofii, która rujnuje
miasteczka żyjące z tartaków, każąc przedsiębiorstwom przenosić swe zakłady do
Indonezji.
Żyjemy w
kulturze niepewnej pracy, gdzie hasła samodzielności padają na podatny grunt.
Robotnicze pikiety przed wjazdem przed wjazdem do zakładu, zabite deskami okna
wymarłego przemysłowego miasteczka i bezdomni, skuleni w bramach i na
chodnikach, składają się na przejmujący obraz amerykańskiej gospodarki, którą
można porównać do gigantycznej ciężarówki pędzącej w kierunku Meksyku; to
zestaw odciśniętych w zbiorowej świadomości metafor ekonomii konsekwentnie i
bez cienia skruchy przedkładającej zyski nad ludzi.
Obraz ten najżywszy jest chyba w
świadomości pokolenia, które zaczęło dochodzić do pełnoletności w czasach
recesji początku lat 90. Ci młodzi ludzie kreślili swoje życiowe plany,
słuchając chóru głosów powtarzającym im, by powściągnęli swoje oczekiwania i
nie spodziewali się, że ktokolwiek poda im pomocną dłoń. Jeśli chcą
pracować..., czy jakiejkolwiek innej
korporacji, muszą pamiętać o jednym: na nikogo nie mogą liczyć. Jeśli to
jeszcze do nich nie dotarło, pogadanki psychologa ze szkolnej ze szkolnej
poradni zawodowej, tłumaczącego, jak założyć „JA S.A.”, informacje o
znikających funduszach emerytalnych i propaganda... nawołująca, byśmy zostali
„swoją własną opoką”, powinny dokonać dzieła.
To wszystko przynosi rezultaty.
Według The
Yankelovich Report, biblii marketingu demograficznego, potrzeba
samodzielności wzrastała o jedną trzecią w każdym pokoleniu – zaczynając od
„Dojrzałych” (urodzonych między 1905 i
1945), poprzez pokolenie „Baby boomu” (1946 –
1964), do pokolenia Z (zdefiniowanego luźno i cokolwiek błednie, jako wszyscy
urodzeni pomiędzy rokiem 1965 a chwilą obecną). „Ponad dwie trzecie X-ów
zgadza się ze zdaniem: Muszę wydrzeć życiu, ile tylko
będę mógł, bo przecież nikt mi niczego nie da.”
W rzeczywistości, jeśli wierzyć
prasie biznesowej, ów duch samodzielności wywoła jedynie nową falę brutalnej
przedsiębiorczości dzieciaków, które nie mogąc na nikogo liczyć, troszczą się
tylko o siebie.
Nie ulega kwestii, że wielu z tych
młodych ludzi kompensuje sobie brak zaufania do polityków i korporacji
akceptacją darwinowskich wartości systemu, który jest źródłem ich poczucia
niepewności: jeszcze bardziej zachłanni i bezwzględni, będą dążyć po trupach do
celu. Posłusznie pójdą za wezwaniem „Just Do IT”. Co jednak będzie z tymi,
którzy nie poszli drogą MBA i nie chcą zostać następnym Billem Gatesem czy Richardem Bransomem? Dlaczego mają identyfikować się z
ekonomicznymi dążeniami korporacji, tak aktywnie działających na ich szkodę? Co
miałoby skłonić ich do lojalności wobec sektora, który przez całe dorosłe życie
wpaja im jedno: na nas nie liczcie!
Nie chodzi tu wyłącznie o bezrobocie jako
takie. Myślenie, że pierwszy lepszy etat wystarczy, żeby kupić lojalność i
zaangażowanie pracowników , do których wiele korporacji - czasami słusznie – zdążyło się kiedyś
przyzwyczaić, byłoby poważnym błędem. Dorywcza, czasowa, nisko płatna praca nie
buduje takiej samej więzi z pracodawcą, co wiążące na całe życie kontrakty
minionej epoki. Jeżeli chcecie zobaczyć, jak wygląda w praktyce nowy stosunek
pracy, zajrzyjcie do dowolnego centrum handlowego w piętnaście minut po
zamknięciu sklepów: zarabiający minimalne stawki pracownicy stoją karnie w
szeregu, podstawiając po kolei torby i plecaki do rewizji. To rutynowa procedura, każdy sprzedawca wam
to powie. Jak pokazują wyniki badań sektora handlu detalicznego, przeprowadzanych
co roku przez Security Research Project Uniwersytetu Stanowego Floryda,
podejrzliwość pracodawców ma swoje podstawy: 42,7% artykułów skradzionych ze
sklepów w 1998 roku zwinęli pracownicy – co stanowi rekordowy wynik dla
wszystkich lat objętych badaniami. Steve Emery ze Starbucks z upodobaniem
cytuje tekst usłyszany od sympatycznej klientki: „You pay peanuts, you get
monkeys” (w bardzo wolnym tłumaczeniu: „kto płaci byle co, dla tego pracuje
byle kto”.
(...) Nie tylko kariery pracowników czasowych przebiegają z pominięciem zasady
awansu według kryterium kompetencji, podobnie rzecz ma się w przypadku coraz powszechniejszej praktyki zmieniania
klubów przez dyrektorów generalnych. „Dorywczy” dyrektorzy zadają kłam
kapitalistycznemu mitowi gońca z działu korespondencji, którego pilna praca
doprowadziła na sam szczyt drabiny. Dzisiejsi generalni, wymieniający się
posadami we własnym gronie, sprawiają wrażenie zamkniętego kółka spokrewnionych
arystokratów. Niełatwo w tej sytuacji marzyć o awansie z pozycji gońca, rym
bardziej, że dział korespondencji został najpewniej przejęty na zasadzie
outsourcingu przez...
Tak wygląda sytuacja w Microsofcie,
co po części tłumaczy, dlaczego właśnie tam rozżalenie czasowników osiągnęło
najwyższy poziom. Inną przyczynę stanowi fakt, że firma otwarcie przyznaje, iż
rezerwy czasowników służą jej do ochrony wąskiej grupy stałych pracowników
przed zagrożeniami, jakie niesie ze sobą wolny rynek. W razie zamknięcia
którejś linii produkcyjnej albo wprowadzenia w życie kolejnego genialnego
pomysłu obniżenia kosztów całą siłę uderzenia przejmują na siebie pracownicy
czasowi. Jeśli zapytać agencje pośrednictwa pracy, powiedzą, że ich klientom
nie przeszkadza, iż są traktowani jak przestarzałe oprogramowanie – w końcu Bill
Gates niczego im nie obiecywał. „Jeśli ludzie od początku wiedzą, że to
tymczasowy układ, w którym pewnego dnia wszystko się kończy, nie ma mowy o
zawiedzionym zaufaniu”, wyjaśnia Peg Cheirett, prezes Wasser Group, jednej z
agencji zaopatrujących Microsoft w czasową siłę roboczą.408
Gatesowi niewątpliwie udało się
wynaleźć metodę zmniejszania zatrudnienia pozwalającą uniknąć płaczliwych
oskarżeń o zdradę, jakie pod koniec lat 80. ściągnęła na głowy szefów IBM-u
decyzja zwolnienia 37 tys. pracowników, którym wydawało się, że znaleźli posady
na cale życie. Czasowi pracownicy Microsoftu nie mają podstaw, żeby cokolwiek
oczekiwać od Billa Gatesa... „Stali”
pracownicy czasowi Microsoftu codziennie ocierają się o spełnione marzenie nadpobudliwych kapitalistów o krzemowym zlocie, lecz lepiej niż
ktokolwiek inny zdają sobie sprawę, że to impreza tylko dla tych z
zaproszeniami. Nic więc dziwnego, że religijnemu stosunkowi etatowych
pracowników do zatrudniającej ich korporacji odpowiada równie namiętne rozżalenie
„czasowych” kolegów.
Wyzwalanie się z zależności: wady
i zalety ......... 289
Omawiając zmiany w postawach
pracowników i pracodawców, Charles Handy pisze w swojej książce The Hungri
Spirit: „Widać wyraźnie, iż psychologiczny kontrakt między pracodawcą a
zatrudnionym uległ znaczącej przemianie. W modnym żargonie mówi się dzisiaj o
zapewnianiu ‘możliwości zatrudnienia’, a
nie o ‘zatrudnieniu’, co w wolnym tłumaczeniu oznacza ‘nie licz na nas, licz
tylko na siebie, ale w miarę możliwości postaramy się coś zrobić’”.411
Dla niektórych jednak – zwłaszcza
młodych – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Młodym ludziom, nie
uważającym już miejsca, w którym pracują, za przedłużenie własnej duszy,
świadomość, że nie będą, jak ich rodzice, cierpieć z powodu druzgocącej zdrady,
może dać poczucie swobody. Prawie wszyscy, którzy weszli na rynek pracy w ciągu
ostatnich dziesięciu lat, zdążyli dobrze zapoznać się zarówno z bezrobociem,
jak i nieregularną pracą na własny rachunek. Owa bliska znajomość z bezrobociem
pozbawia ludzi pracy jeszcze jednej rzeczy – poczucia totalnej zależności od
stałego etatu. Zaczynamy zastanawiać się, czy w ogóle chcielibyśmy przepracować
całe życie w jednym miejscu, a także, co ważniejsze, dlaczego nasze poczucie
tożsamości ma zależeć od humorów i kaprysów jakiejś wielkiej instytucji.
W swoim eseju Stupid Jobs Are Good to Relax, pisarz z Toronto, Hal Niedzviecki,
przeciwstawia obojętność wobec nieprzerwanego potoku niepoważnych fuch zaśmiecających
jego CV głębokiemu wstrząsowi, jaki przeżył jego ojciec, kiedy zmuszony został
do przejścia na wcześniejszą emeryturę po wielu latach nieprzerwanego pięcia
się w górę. Pomagając ojcu pakować rzeczy ostatniego dnia pracy, Hal patrzył,
jak w tekturowym pudle znikają bloczki do notatek i inne biurowe gadżety ze
znakiem firmy, w której starszy pan przepracował dwanaście lat.
„Dziesięciolecia etatowego zatrudnienia w jego przypadku i lata dorywczych
chałtur w moim (plus pięć tytułów uniwersyteckich na nas dwóch) zaprowadziły
nas w to samo miejsce. On czuje się oszukany. Ja nie”.412
Przedstawiciele młodzieżowej kultury lat
60. poprzysięgli sobie zostać pierwszym pokoleniem, które się nie „sprzedało”:
po prostu odmówili nabycia biletów na ekspres z tabliczką „etat na całe życie”.
Jednak to, co się dzieje w szeregach dzisiejszej młodzieży, zatrudnionej w
niepełnym wymiarze godzin, czasowo i na umowy-zlecenia, może mieć znacznie
poważniejsze konsekwencje. Jesteśmy świadkami powstania pierwszej fali pracowników,
którzy się nie „wkupili” – niektórzy z wyboru, lecz zdecydowana większość
dlatego, że pociąg do etatów na całe życie przez większą część dziesięciolecia
stał na peronie.
Rozmiarów tej zmiany nie sposób
przecenić. W USA, Kanadzie i Wielkiej Brytanii pracownicy zatrudnieni na stałym
pełnym etacie przez kogoś innego niż oni sami, stanowią mniejszość populacji
dorosłych w wieku produkcyjnym. Zatrudnieni czasowo, w niepełnym wymiarze
godzin, bezrobotni i ci, którzy zupełnie wypadli z rynku pracy – czy to
dlatego, że w ogóle nie chcą pracować, czy (częściej) ponieważ zrezygnowali z
dalszego szukania pracy – tworzą dzisiaj ponad połowę populacji w wieku
produkcyjnym (zob. tab. 11.6, s. 291).
Innymi słowy, większość z nas po
prostu nie ma dostępu do korporacji, którym mogłaby ofiarować swoją dozgonną
lojalność. W przypadku młodych ludzi, regularnie nadreprezentowanych wśród
bezrobotnych oraz zatrudnionych w niepełnym wymiarze godzin, więź ze światem
pracy jest jeszcze bardziej nadwątlona (zob. tab. 17, Aneks, s. 503).
Od „No Jobs” do „No Logo”... ......... 292
Nie powinno stanowić dla nas
zaskoczenia, że celem ataków prowokatorów kulturowych, hakerów i kampanii
antykorporacyjnych o zasięgu międzynarodowym
najczęściej padają te firmy, które mają najbardziej awangardowe reklamy,
obdarzonych największą intuicją badaczy rynku i najbardziej agresywne programy
docierania do szkół. Posłuszne nakazom brandingu, koncerny zrywają z tradycyjną
rolą wiarygodnego pracodawcy, można więc bez przesady stwierdzić, że
„najsilniejsze” marki to te, które generują najgorszą pracę, czy to w strefach
produkcji eksportowej, czy w Dolinie Krzemowej, czy w centrum handlowym. Co
więcej, to właśnie firmy agresywnie reklamujące w MTV, Channel ONE i na łamach Details obuwie sportowe, dżinsy, fast
foody i walkmany, stały się pionierami McPracy, która doprowadziła do eksodusu
pracy do tanich enklaw w rodzaju Cavite. Wpoiwszy mlodym ludziom przekonanie,
że mogą wszystko – za pomocą najków „Just Do It”, koszulek „No Fear” czy
dżinsów „No Excuses” – na pytania o pracę odpowiadają gromkim: „Kto? Ja?”. Fabryki w Cavite nie są może warte najkowego
swoosha, ale jeszcze gorzej na globalnym markowym przetasowaniu wyszła główna grupa konsumentów Nike’a i
Levisa: dowiedzieli się, że nie są warci pracy.
Jakby tego było mało, korporacyjny
pracodawca odwrócił się od nich plecami
właśnie wtedy, kiedy młodzieżowa kultura stała się obiektem niespotykanie
agresywnej brandingowej eksploatacji, o której była mowa w części „No Space”.
Przemysł rozrywkowy wykorzystuje młodzieżowe style i postawy, zbijając na nich
dziką kasę, ale prawdziwi młodzi ludzie
są traktowani jak siła robocza jednorazowego użytku. Nic dziwnego, że w
takiej sytuacji brandingowa ekonomia, jak pokaże ostatnia część niniejszej
książki, staje się politycznym odpowiednikiem karteczki z napisem „kopnij
mnie”, zawieszonej poniżej korporacyjnych pleców.
Uwagi
Sytuacja na rynku pracy wymaga niewątpliwie mądrego interwencjonizmu
państwowego. Z często spotykanego faktu, że władza państwowa w sprawach
gospodarczych jest po prostu za mało
kompetentna, zamiast wyciągać wniosek o konieczności jej dalszego ograniczenia
, w tym prywatyzowania instytucji publicznych,
może warto zastanowić się także, jak uczynić ją mądrzejszą, żeby więcej
pomagała, a mniej szkodziła?
Jak do tego doprowadzić? Czy w ogóle
warto się o to starać, zamiast pozostawić wszystko rynkowi i propagandzie oraz
indywidualnej filantropii? Czy rynek,
nawet bardzo dobrze zorganizowany i zabezpieczony, naprawdę zawsze i we wszystkim jest
najlepszym rozwiązaniem? Jak się to
wszystko ma do natury ludzkiej? Czy w
ogóle można mówić o naturze ludzkiej,
zamiast o tysiącach odmian natury
ludzkiej? Czy warto głębiej zastanowić się nad interdyscyplinarną i szczegółową
konkretyzacją w naukach ekonomicznych i społecznych?
Wydaje mi się, że są to dość fundamentalne pytania!
Anonimus
NO LOGO
ROZDZIAŁ
DWUNASTY PROWOKACJE
KULTUROWE
Atak na reklamę
......... 297
Ludzie reklamy są dzisiaj bardzo zafrasowani, bardzo nerwowi,
dręczą ich apokaliptyczne wizje. Kiedy jadłem lunch w towarzystwie kolegi z
agencji, do naszego stolika często przysiadało się z pół tuzina copywriterów i
grafików. I zawsze chcieli wiedzieć, kiedy wybuchnie rewolucja i dokąd mają
wtedy uciekać.
- były spec od reklamy James Rorty, Our
Master’s Voice, 1994
Niedzielny poranek na skraju nowojorskiego
Alphabet City. Jorge Rodriguez de Gerada stoi na szczycie drabiny i zrywa
papier z reklamy papierosów. Jeszcze
przed chwilą billboard na rogu Houston i Attorney ukazywał parę rozbawionych
plażowiczów, wydzierających sobie precelek. Teraz ich miejsce zajęła
przejmująca twarz dziecka, namalowana na gołej zardzewiałej blasze. (...)
„Bunt na Statku Korporacyjnego
Sponsoringu”
- Paper Tiger, hasło z 1997 roku ......... 303
Odrodzenie prowokacji kulturowej ma
ścisły związek z rozpowszechnianiem nowoczesnych technologii, które niezmiernie
ułatwiły tworzenie i puszczanie w obieg sparodiowanych reklam.
(...)
Interaktywna polityka
tożsamości ......... 307
Istnieje związek między zmęczeniem
reklamami, któremu dają wyraz prowokatorzy kulturowi, a gwałtownymi protestami
przeciwko seksizmowi, rasizmowi i homofobii mediów, tak modnymi za moich czasów
studenckich, na przełomie lat 80 i 90.
(...)
Reklama w toaletach jako
polityczny katalizator ......... 310
Dla wielu studentów dorastających w latach 90.
przełomowy moment w przechodzeniu od skupiania się na treści reklamy do zainteresowania
nią samą jako formą przekazu nastąpił w najbardziej prywatnym miejscu, jakie
można sobie wyobrazić: w uczelnianej toalecie, gdzie stanęli oko w oko z
reklamą samochodu.
(...)
Wewnętrzny barometr
marketingowy ......... 312
W artykule The Big Sellout, który ukazał się w New Yorkerze, John Seabrook omawia fenomen „handlowca w każdym z
nas”.
(...)
Marketing antymarketingu ......... 313
Podobne zarzuty sypią się na kapelę
punkową, która podpisze kontrakt z dużą wytwórnią fonograficzną, czy na zin,
który zaczyna wychodzić na kredowym papierze.
(...)
Przeciążenie logo ......... 315
Za tym że prowokacja kulturowa jest
raczej kroplą w morzu niż drągiem wetkniętym w szprychy, przemawia również
fakt, iż handlowcy coraz częściej przyłączają się do zabawy. Kalle Lans nie
przesadza bynajmniej, powiadając, że prowokacja kulturowa weszła w modę.438 Okazuje się, że to połączenie hip-hopowego
luzu oraz punkowego buntu przeciwko autorytarnej władzy z szerokim asortymentem
wizualnych sztuczek posiada ogromny potencjał handlowy.
(...)
Ground Zero – punkt zerowy pogoni
za trendami ......... 317
Łowcy trendów z agencji w rodzaju
Sputnika, niesławni zawodowi włamywacze buszujący w cudzych dziennikach i
szpiegujący całe pokolenie, nieustannie straszą swoich klientów perspektywą
rewolty młodych przeciwko agresywnej reklamie i wielkim markom.
(...)
Adbusting w latach 30.: „I ty
możesz zostać retuszerem!” ......... 320
Oczywiście, przemysł reklamowy nie
raz już musiał radzić sobie z wrogimi nastrojami różnych grup – od feministek
narzekających na seksizm, poprzez gejów mających pretensje, że są niewidzialni,
do mniejszości etnicznych zmęczonych oglądaniem
siebie w ordynarnej karykaturze.
(...)
ROZDZIAŁ
TRZYNASTY WYZWALANIE
ULIC (RECLAIM THE STREETS) .........
329
Postrzegam rzeczywistość w kategoriach okupacji wojskowej.
Takiej samej, jak niemiecka okupacja, pod którą Francuzi i Norwegowie znaleźli
się w czasie drugiej wojny światowej, tyle tylko, że tym razem sprawują ją
zwolennicy wolnego rynku. Musimy wyzwolić nasz kraj spod władzy okupantów,
działających na zlecenie swoich globalnych mocodawców.
- Ursula Franklin, profesor emeritus
Uniwersytetu w Toronto
To nie jest protest. Powtarzam. To nie jest protest. To jakiś
rodzaj artystycznej wypowiedzi.
Odbiór.
- informacja przekazywana przez radio patrolom
policyjnym
w Toronto, 16 maja 1998 roku,
w dniu pierwszej
Globalnej Imprezy Ulicznej
Typową dla naszych czasów ironią losu jest
fakt, że gdy ulica stała się terytorium rozchwytywanym przez kulturę reklamową,
kultura uliczna znalazła się w opałach. Wszędzie, od Nowego Jorku po Vancouver i Londyn, policja
tępi grafficiarzy, plakaciarzy, proszących o jałmużnę, chodnikowych malarzy,
ludzi od myjek, samozwańczych ogrodników i ulicznych handlarzy, zmuszając
wszystko, co w życiu miasta dzieje się autentycznie na poziomie ulicy, do
zejścia pod ziemię. (...)
Polityka i zabawa ......... 334
Chaos ten jest zamierzony i właśnie
brak rygorów pozwolił RTS-ersom
przemówić do wyobraźni tysięcy młodych ludzi na całym świecie.
(...)
„Opór będzie tak ponadnarodowy,
jak sam kapitał” ......... 336
Po Trafalgar Square, mówi Jordan,
stało się jasne, „iż uliczne imprezy zbyt często postrzegane są jako zwykła
zabawa z lekką aluzją do polityki. [...]
Jeżeli ludzie myślą, że wystarczy raz do roku pójść na imprezę, nawalić
się jak świnia i tańczyć do upadłego na kawałku wyzwolonej przestrzeni
publicznej, to znaczy, że nie potrafimy wykorzystać naszego potencjału”.
(...)
Z materiałów propagandowych
RTS ......... 341
Prywatyzacja przestrzeni publicznej
w formie samochodu pociąga za sobą postępującą degradację dzielnicy i
społeczności lokalnej, definiujących metropolię. (...)
Uderzyło mnie, że wszystkie te imprezy i działania miały jedną cechę
wspólną: ODBIERANIE. (...)
Rozdział
czternasty Nowa
fala antykorporacyjnego aktywizmu .........
343
Ziemia nie umiera, ziemia jest zabijana. Ale zabójcy mają nazwiska i adresy.
- Utah Phillips
Jak mamy powiedzieć Steve’owi, że jego tata jest właścicielem
zakładu wyzyskującego robotników?!?
- Tori Spelling, jako Donna z Beverly Hills 90210, po odkryciu,
że ubrania z jej własnej linii markowej odzieży są szyte przez
imigrantki, harujące ponad siły w fabryczce w Los Angeles,
15
października 1997
W drugie połowie lat 90. marki stały się
wszechobecne na niespotykaną dotąd skalę; analogiczna tendencja wystąpiła
również po drugiej stronie barykady: ekolodzy, działacze robotniczy i obrońcy
praw człowieka stworzyli sieć
współpracujących organizacji, zdecydowanych obnażyć dzieło zniszczenia ukryte
pod gładką powierzchnią marketingu.
Założono dziesiątki nowych ugrupowań i wydawnictw, mających tylko jeden
cel: demaskowanie korporacji, odcinających kupony od represyjnej polityki władz
w różnych zakątkach globu. Starsze organizacje, dotąd skupione na monitorowaniu
rządów, przegrupowały szyki i przystąpiły do tropienia przypadków łamania prawa
przez wielkie korporacje. Jak ujmuje to John Vidal, szef działu środowiska w The Guardian: „Aktywiści zaczęli
przyczepiać się do korporacji jak rzep do psiego ogona”.
Owo przyczepianie się przyjmuje
różne formy, od cieszących się społecznym szacunkiem, po graniczące z
terroryzmem.
(...)
„Rok Wyzysku” ......... 345
W Ameryce Północnej początki nowej
fali protestów sięgają okresu 1995-1996, nazwanego przez Andrew Rossa,
dyrektora katedry studiów amerykanistycznych na Uniwersytecie Nowojorskim,
„Rokiem Wyzysku”. Nie można było wówczas włączyć telewizora, żeby nie usłyszeć
jakiejś wstrząsającej historii o wyzyskiwaniu robotników, pracujących dla
którejś z najbardziej popularnych marek na rynku. W sierpniu 1995 roku na
gładkiej fasadzie Gapa pojawiła się pierwsza rysa, spowodowana doniesieniami o
kpiącej sobie z przepisów fabryczce w Salwadorze, której dyrektor w odpowiedzi
na próbę zorganizowania związku zawodowego zwolnił 150 pracowników,
zapowiadając, iż jeśli to nie pomoże, „poleje się krew”.472 (...)
Nawet Myszka Miki miała swoje pięć minut, kiedy wyszło na jaw, że robotnice
szyjące na Haiti piżamy z Pocahontas są tak źle opłacane, że muszą karmić swoje
niemowlęta wodą z cukrem.
Szczególne oburzenie wywołał program
NBC o wynikach dziennikarskiego śledztwa w sprawie praktyk Mattela i Disneya,
nadany kilka dni przed gwiazdką 1996 roku. Nakręcony ukrytą kamerą film
pokazywał dzieci pracujące w Indonezji i Chinach w warunkach faktycznego
niewolnictwa, „po to, by amerykańskie dzieci mogły ubierać ulubioną lalkę
Ameryki w sukienki z falbankami”473
W czerwcu 1996 roku pismo Life
zamieściło zdjęcia pakistańskich dzieci – wyglądających szokująco młodo i
zarabiających sześć centów za godzinę...(...) ... przemysł ten zatrudnia
10 000 dzieci, często sprzedawanych w faktyczną niewolę i traktowanych
jak bydło. Wstrząsające zdjęcia poderwały do działania rodziców,
studentów i pedagogów... (...)
(...)
Chociaż skandale wybuchały w mediach pojedynczo, w końcu ułożyły się na
szokujący obraz rzeczywistości, ukrytej pod powierzchnią ometkowanej Ameryki. Obraz który mało komu
przypadł do gustu. Niebezpieczne związki słynnych marek z nieludzkimi warunkami
pracy zmieniły Nike’a, Disneya, Wal-Marta i wielu innych w przejmujące metafory
nowego, brutalnego stylu interesów. Manufaktura, w której robotnicy w
nieludzkich warunkach i za marne grosze produkują markowe towary,
stanowi znakomitą ilustrację przerażających dysproporcji globalnej ekonomii:
astronomiczne pensje dyrektorów wielkich korporacji i promujących ich produkty
gwiazd, miliardy dolarów wydawanych na budowę wizerunku marki i reklamę, a
wszystko to wsparte na systemie dzielnic nędzy, podejrzanych fabryczek i
zdeptanych nadziei młodych kobiet, jak te, które spotkałam w Cavite. (...)
„Rok Ataków” ......... 347
Stopniowo „Rok Wyzysku” przeszedł w
„Rok Ataków”. Dowiedziawszy się, w
jakich warunkach pracują robotnicy zaopatrujący ich w zabawki i ubrania,
konsumenci przyjrzeli się pracy na plantacjach, z których pochodzi kawa
serwowana w lokalnej kafejce Starbucks; według amerykańskiego Guatemalan Labor
Education Program, część oferowanej przez sieć kawy z pianką produkowana jest
przy użyciu groźnych dla zdrowia pestycydów przez dzieci i opłacanych poniżej kosztów
utrzymania dorosłych. Ale najbardziej spektakularny atak na markowy świat
został przypuszczony na londyńskiej Sali sądowej, podczas głośnego procesu o
McZniesławienie. (...)
Jakby tego było mało, opinia
publiczna zainteresowała się powiązaniami międzynarodowych przedsiębiorstw z
niektórymi z najbardziej brutalnych i represyjnych reżimów na świecie: w Birmie, Indonezji,
Kolumbii, Nigerii i okupowanym przez Chiny Tybecie. (...)
Obrońcy praw człowieka próbowali najpierw
nakłonić rządy Ameryki Północnej, Europy i Skandynawii do nałożenia embarga na
wymianę handlową z birmańską juntą. Kiedy próby te nie przyniosły efektów,
zaczęli nękać poszczególne koncerny we własnych krajach. W Danii...(...) W
Holandii...(...) W USA i Kanadzie...(...)
Przełomowy moment budzenia się
antykorporacyjnego aktywizmu nastąpił w roku 1995, kiedy świat stracił Kena
Saro-Wiwę. Wojskowy reżim Nigerii
uwięził cieszącego się powszechnym szacunkiem pisarza i działacza ekologicznego
za to, że stanął na czele kampanii ludu Ogoni przeciwko dewastującej środowisko
naturalne i życie lokalnych społeczności działalności koncernu Royal
Dutch/Shell, wydobywającego ropę w Delcie Nigru. Organizacje obrońców praw
człowieka wezwały swoje rządy do zajęcia wyraźnego stanowiska, w wyniku czego
Nigeria została objęta sankcjami ekonomicznymi, które nie przyniosły jednak
większego efektu. W listopadzie 1995 roku Saro-Wiwa i ośmiu innych działaczy
Ogoni zostało straconych na rozkaz generałów, bogacących się na ropie dla
Shella i niedoli własnego narodu.
Rok
ataków na marki przeciągnął się na dwa, potem na trzy lata, i dzisiaj nic nie
wskazuje, by miał się wkrótce skończyć. (...)
Natężenie i uporczywość tych oznak oburzenia
opinii publicznej niemile zaskoczyły korporacje, a przecież praktyki, które je
wywołały, nie były niczym nowym. (...)
Obserwowany
obecnie wzrost zainteresowania nieetycznymi praktykami wielkich korporacji
zawdzięczamy bez wątpienia nieustępliwości
działaczy, poświęcających swoją
uwagę tym zagadnieniom. (...)
Pożar w Triangle Shirtwaist Company
stanowił bezpośredni impuls do powstania pierwszego amerykańskiego ruchu walki
z nieludzkimi warunkami pracy. (...)
Cóż wobec tego osiągnęło 188 trupów
w Kader? (...)
Do
międzynarodowej społeczności nie docierało jeszcze wówczas, że zabawki
produkowane przez robotnice z Kader... (...)
Lata 80. były świadkiem największej
katastrofy przemysłowej w historii: potężny wyciek substancji toksycznych z
wytwórni pestycydów Union Carbide w Bhopal w Indiach spowodował w 1984 roku
natychmiastową śmierć dwóch tysięcy ludzi
oraz pięć tysięcy zgonów w następnych latach. (...)
(...)
Amnesty
International , odchodząc od wyłącznego zajmowania się więźniami prześladowanymi
za przekonania polityczne bądź religijne, również zaczyna zdawać sobie sprawę z
kluczowej roli międzynarodowych korporacji w łamaniu praw człowieka na całym
świecie. (...) Sytuacja Indii nie jest
„wyjątkowa, ani najgorsza”, lecz stanowi przejaw ogólnej tendencji do
poświęcania praw człowieka na rzecz „rozwoju”, charakterystycznej dla globalnej
ekonomii w ogóle.
Kto tu rządzi? ......... 357
Zbieżność działań instytucji
dokumentujących łamanie praw człowieka z akcjami ruchu antykorporacyjnego jest
wynikiem uświadomienia sobie, iż wielkie korporacje są nie tylko
dostarczycielami produktów, których wszyscy pragniemy, lecz także
najpotężniejszymi siłami politycznymi naszych czasów. Wszyscy wiemy, co mówią
statystyki: że budżety korporacji w rodzaju Shella czy Wal-Marta przekraczają
PKB większości krajów na świecie; że wśród 100 najlepiej funkcjonujących
gospodarek świata jest 51 międzynarodowych korporacji i tylko 49 państw.
Czytaliśmy (albo słyszeliśmy) o tym, że garstka potężnych dyrektorów naczelnych
dyktuje nowe zasady globalnej ekonomii, szykując, jak to ujął kanadyjski pisarz
John Ralston Saul „zamach stanu w zwolnionym tempie”. W Silent Coup, książce na temat potęgi wielkich korporacji, Tony
Clarc posuwa się o krok dalej, przekonując, że obywatele powinni wystąpić
przeciwko korporacjom nie dlatego, że nie podobają im się ich produkty, lecz ponieważ posiadają
one władzę polityczną pozwalającą na skuteczne wdrażanie programu globalizacji.
Innymi słowy, słowy, musimy stawić im czoła dlatego, że to one nami rządzą.*
* Gdyby
rządziły mądrzej: ograniczyły wzajemne „pożeranie się”, stonowały zachłanność
swoich menedżerów, zauważyły autentyczne problemy żywych ludzi na swoich
terytoriach, to chyba nikt rozsądny tak by problemów nie stawiał.
Anonimus
(...)
ROZDZIAŁ
PIĘTNASTY MARKOWY
BUMERANG
Strategie
kampanii przeciwko znanym markom .........
363
Zbudowanie wizerunku marki może zabrać i 100 lat, ale wystarczy
30 dni, żeby legł on w gruzach.
- David D’Alessandro, prezes John
Mutual Life Insurance,
6 stycznia 1999
Branding, jak widzieliśmy, funkcjonuje jak
balon: szybko rozdyma się do gigantycznych rozmiarów, ale treści w nim
niewiele. Nic więc dziwnego, że zdołał narobić sobie mnóstwo uzbrojonych w
szpikulce wrogów, którym przyświeca jeden cel: nakłuć korporacyjny pęcherz i
popatrzeć, jak jego żałosne strzępki spadają na ziemię.
Produkcja i marketing, chociaż nie zawsze
były rozdzielone aż tyloma akwenami i warstwami pod-kontrahentów co dzisiaj,
nigdy nie żyły ze sobą zbyt blisko. Oddalanie produktów od fabryk, w których
powstały, jest podstawowym zadaniem reklamy... (...) Wciąż nie straciło
aktualności słynne zalecenie Helen Woodward... „Jeśli macie reklamować produkt,
w żadnym razie nie oglądajcie fabryki, w której on powstaje [...] Nie
oglądajcie ludzi przy pracy [...] ponieważ, widzicie, znajomość prawdy o
czymkolwiek, autentycznej wewnętrznej prawdy, bardzo utrudnia pisanie
powierzchownych dyrdymałek, dzięki którym to coś się sprzedaje”.491
Innymi słowy, zasada Helen Woodward jest dzisiaj bardziej na
czasie niż kiedykolwiek dotąd: nigdy jeszcze podwójne życie markowych towarów
nie ukrywało równie głębokiego konfliktu. Wbrew globalistycznej retoryce,
planeta podzielona jest między producentów i konsumentów, a w interesie
zarabiających krocie supermarek leży, aby ten podział pozostał możliwie
najgłębszy. Bardzo to zgrabna formuła:
kontrahenci, produkujący buty dla Reeboka czy koszulki z Myszką Miki w
specjalnych strefach ekonomicznych, nie mają bezpośrednich kontaktów z szeroką
rzeszą klientów, mogą więc do woli babrać sobie swoje public relations.
Budowanie pozytywnej relacji z kupującą publiką pozostaje całkowicie w rękach
zorientowanych na markę międzynarodowych
korporacji. Jedyny haczyk polega na tym, iż aby system działał bez
zakłóceń, trzeba utrzymać robotników w maksymalnej niewiedzy co do rynkowej
egzystencji wytwarzanych przez nich produktów, konsumenci zaś powinni trzymać
się z dala od fabrycznego życia kupowanych przez siebie marek.
Formuła ta długi czas funkcjonowała
bez zarzutu. Przez pierwsze dwadzieścia lat swego istnienia strefy produkcji
eksportowej istotnie stanowiły wstydliwy sekret globalizacji – chronione
„magazyny siły roboczej”, gdzie szpetny proces produkcji odbywał się w ukryciu,
za wysokimi murami i zasiekami z drutu kolczastego. Jednak szaleństwo filozofii
„marka, nie produkt”, które ogarnęło świat biznesu na początku lat 90.,
obróciło się w końcu przeciwko swobodnym, niematerialnym korporacjom. Nic
dziwnego. Bezceremonialne oderwanie marek od ich tradycyjnych miejsc produkcji
i zesłanie fabryk do industrialnego piekła specjalnych stref ekonomicznych
stworzyło potencjalnie wybuchową sytuację. To tak, jakby funkcjonowanie
globalnego łańcucha produkcyjnego zasadzało się na przekonaniu, że robotnicy na
Południu i konsumenci na Północy nie są w stanie wypracować środków wzajemnej
komunikacji – że wbrew całej tej gadaninie o cudownych, powszechnie dostępnych
nowych technikach przekazywania informacji, jedynie korporacje zdolne są do swobodnego
poruszania się po całym globie. Koncerny w rodzaju Nike’a i Disneya własnej
skrajnej arogancji zawdzięczają swoją dzisiejszą bezbronność wobec obydwu
ulubionych taktyk antykorporacyjnych aktywistów: informowania robotników,
wypruwających sobie żyły gdzieś na końcu świata, o prawdziwym bogactwie
metkowych potentatów i rozpowszechnianie przywiezionych stamtąd obrazów nędzy i
wstrząsających warunków produkcji, by za ich pomocą zedrzeć łuski z oczu
zachodnich konsumentów.
Aktywizm prosto od projektanta:
logo główną gwiazdą wieczoru ......... 365
Siedzę w zatłoczonej sali wykładowej
w kalifornijskim Berkeley i ktoś odwraca kołnierzyk mojej koszulki, żeby zobaczyć metkę. (...)
(...) Torba na zakupy towarzyszy mu również w podróżach na Haiti i do Salwadoru, gdzie wyciąga z niej te same
artykuły, by pokazać robotnikom rynkowe ceny ich wyrobów. Typową reakcję na
taki pokaz opisuje w liście do Michaela Eisnera:
Przed wyjazdem na Haiti udałem się do sklepu Wal-Marta na Long
Island i nabyłem trochę ubrań Disneya wyprodukowanych na Haiti. Pokazałem je
zebranym robotnikom, którzy natychmiast rozpoznali swoje wyroby... Podniosłem do góry koszulkę z Pocahontas,
rozmiar 4. Pokazałem im wal-martowską metkę z ceną 10,97 USD. Jednak dopiero,
kiedy przeliczyłem owe 10,97 USD na
lokalną walutę – 172,26 gourdes – wydali z siebie chóralny okrzyk zdumienia ,
niedowierzania, gniewu, bólu i smutku. Wszystkie oczy wpatrywały się w koszulkę
z Pocahontas. [...] W ciągu jednego dnia szyją setki takich koszulek. Ale jedna
koszulka w sklepie w USA kosztuje tyle, ile wynoszą ich pięciodniowe zarobki!501
(...)
Drugi obieg znaków firmowych ......... 371
Świadomość rozbieżności między zarobkami
a cenami detalicznymi produktów prowadzi także do radykalizacji nastrojów
robotników, mających na ogół, - jak się o tym przekonałam w Cavite – nader
blade pojęcie o wartości produkowanych przez siebie towarów. Menedżer fabryczki All Asia w strefie
produkcji eksportowej w Cavite zostawiał na widoku metki z ceną koszul Sassoon,
wynoszącą 52 USD. „Metki leżały obok guzików i wszyscy mogliśmy je sobie
obejrzeć, przechodząc przez przechowalnię”, powiedziała mi jedna ze szwaczek.
„Przeliczyliśmy tę sumę na peso i robotnicy zaczęli mówić: Czyli że firma aż
tyle zarabia na sprzedaży? To dlaczego płacą nam takie marne grosze?”. Kiedy
słuchy o prowadzonych ukradkiem dyskusjach dotarły do uszu kierownictwa, metki
z ceną zniknęły jak złoty sen, i nikt już ich więcej nie widział.
(...)
Działaj globalnie ......... 373
Odkąd na początku lat 70. feministki
zainteresowały się polityką reprezentacji, w ich kręgu podnoszą się glosy
nawołujące, by nie zajmować się wyłącznie tym, jak przemysł mody i urody wyzyskuje
zachodnie konsumentki, lecz poświęcić również trochę uwagi ciężkiej sytuacji
kobiet z krajów Trzeciego Świata, wypruwających sobie żyły, żebyśmy mogły
dotrzymywać kroku najnowszym trendom.
(...)
Szlakiem logo ......... 375
W miarę jak globalne powiązania
znanych marek zdobywają sobie miejsce w świadomości społecznej, szlaki od
centrum handlowego do zamorskiej manufaktury są coraz liczniej uczęszczane. Z
całą pewnością nie byłam pierwszym zachodnim dziennikarzem grzebiącym w brudach
strefy produkcji eksportowej Cavite. W ciągu kilku miesięcy przed moim pobytem
Cavite odwiedziły między innymi ekipa niemieckiej telewizji oraz para włoskich dokumentalistów,
szukających jakiegoś haka na rodzimą supermarkę, Benettona. Tak wielu dziennikarzy
pragnie zwiedzić osławione indonezyjskie zakłady Nike’a, że w czasie mojego
pobytu w Dżakarcie w sierpniu 1997 roku działacze robotniczej organizacji
Yakoma zaczynali już czuć się jak zawodowi przewodnicy wycieczek. (...)
Po czterech latach zbierania
materiałów najbardziej szokuje mnie liczba „brudnych sekretów”, wmiatanych pod
globalny dywan z budzącą zdumienie
niefrasobliwością. W strefach produkcji eksportowej przypadki łamania prawa
pracy chodzą stadami - naprawdę trudno w
któryś nie wdepnąć. Jak pisze Bob Ortega z Wall
Street Journal: „w rzeczywistości cały przemysł odzieżowy stanowi jeden
wielki zignorowany przez media skandal”.504
Przy
takiej korporacyjnej niedbałości nawet największy budżet public relations nie
wystarczy, by całkowicie zdystansować markę od fabryki. A im większa
rozbieżność między wizerunkiem i rzeczywistością, tym gorzej na tym wychodzi
firma. (...)
Gdy zaatakowana marka jest podwieszona pod
znaną osobowość medialną, jak to się coraz częściej dzieje w epoce supermarek,
szkody spowodowane kolizją wizerunku z rzeczywistością mogą być znacznie
poważniejsze. (...)
Dziwnym
zrządzeniem marketingowego losu również korporacyjny sponsoring stał się ważnym środkiem nacisku i skutecznym
narzędziem w rękach antykorporacyjnych aktywistów. Dlaczegoż by zresztą nie?
Kiedy pod koniec 1998 roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski stał się bohaterem
serii skandali łapówkarskich i dopingowych, media natychmiast zadały pytanie,
jakie to będzie miało konsekwencje dla korporacyjnych sponsorów igrzysk,
prześcigających się w wyrazach zdumienia i przerażenia utratą niewinności przez MKOL. „Godzi to w
samą istotę naszego zaangażowania się w Olimpiadę, uderza w nas”, oświadczył
rzecznik Copca-Coli.508
Teoria ta działa w obie strony: jeśli
afery korupcyjne, związane ze sponsorowaną imprezą, mogą zaszargać wizerunek
sponsora, to również wątpliwa działalność sponsora nie pozostaje bez wpływu na
wizerunek sponsorowanej imprezy. (...)
Drugą,
obok agresywnego sponsoringu, tendencją marketingową, która zaczęła przynosić
rezultaty sprzeczne z zamierzonymi, jest dokooptowywanie przez reklamę polityki
tożsamości, omówione w rozdziale piątym. Kampanie Nike’a, wykorzystujące walkę
feministek i hasła antyrasistowskie, nie zdołały zmiękczyć wizerunku firmy,
przeciwnie, rozwścieczyły jedynie organizacje kobiece i obrońców praw
człowieka, uważające, iż firma, która wzbogaciła się na wyzysku młodych kobiet z
krajów Trzeciego Świata, nie powinna używać idei równości płci i ras do
sprzedawania butów. (...)
Wciąż
powraca ten sam refren, do znudzenia powtarzany prze Nike’a, Reeboka, Body Shop, Starcbucks, Levi’sa i
Gapa: „Dlaczego przyczepiliście się do nas?”
Odpowiedź jest prosta. Skupiło się na nich, ponieważ idee polityczne, z
którymi powiązali swój wizerunek i dzięki którym nabijają sobie kabzę –
feminizm, ekologia, szansa dla wielkomiejskich gett – nie są po prostu
kawałkami szczególnie udanych tekstów reklamowych, które przypadkiem wpadły w
ręce menedżerów odpowiedzialnych za rynkowy wizerunek marki. Są złożonymi i ważnymi ideami społecznymi, którym wielu
ludzi poświeciło cale swoje życie. I to właśnie czyni słusznym gniew aktywistów
protestujących przeciwko temu, co uważają za cyniczne wypaczanie owych idei.
(...)
Niesprawiedliwość – w
synergii ......... 378
Tajemniczym zarządzeniem losu gęste
chmury antykorporacyjnego gniewu zebrały się 25 lutego 1997 roku nad halą
sportową Mighty Ducks w Anaheim w Kalifornii. Odbywało się tam doroczne
spotkanie udziałowców Disneya, podczas którego 10 tys. akcjonariuszy
przepuściło Michaela Eisnera przez wyżymaczkę. Nie podobało im się, że Eisner
wypłacił ponad 100 mln odprawy superagentowi Hollywoodu Michaelowi Ovitzowi,
który utrzymał. się na stanowisku jego zastępcy przez krótkie 14 miesięcy.
Dostało mu się również za jego własny 400-milionowy kilkuletni pakiet zarobków,
a także za naszpikowanie rady nadzorczej kumplami, zatrudnionymi jednocześnie
jako płatni konsultanci. Gorszące sumy, zainkasowane przez Ovitza i Eisnera,
zeszły jednak na dalszy plan, kiedy akcjonariusze spróbowali uchwalić oddzielną
rezolucję, ostro krytykującą Disneya za płacenie głodowych stawek robotnikom w
zamorskich manufakturach i domagającą się niezależnego monitoringu tych
zakładów. Przed wejściem do hali
kilkudziesięciu zwolenników National Labor Committee skandowało hasła i
wymachiwało plakatami, domagając się poprawy tragicznej sytuacji haitańskich
robotników Disneya. Oczywiście rezolucja dostała ciężkie lanie, ale sposób, w
jaki eksploatacja robotników i horrendalne zarobki kierownictwa wzajemnie
spotęgowały się w umysłach rozeźlonych akcjonariuszy, musiał stanowić miód na
serce Charlesa Kernaghana.
Eisnera, który przypuszczalnie oczekiwał,
że spotkanie udziałowców odbędzie się w duchu zbiórki kibiców przed szkolnymi
rozgrywkami, najwyraźniej zaskoczyła taka kumulacja niezadowolenia. Czyż nie
grał zgodnie z zasadami – nabijając kabzy akcjonariuszom i jeszcze bardziej
sobie? Czyż zyski z akcji nie wzrosły o solidne 16% w stosunku do roku ubiegłego? Czyż przemysł rozrywkowy nie był, o czym
osobiście przypomniał sarkającym akcjonariuszom, „w najwyższym stopniu
konkurencyjny”? Eisner, znany ekspert w
przemawianiu do dzieci, spróbował i takiej retoryki: „Nie sądzę, żeby ludzie rozumieli się na
zarobkach kierownictwa”511
Być może jednak rozumieją się aż za
dobrze. Jak skomentował to jeden z akcjonariuszy – wywołując burzę oklasków –
„Nikt nie przeczy, że pan Eisner wykonał fantastyczną robotę. Ale w ciągu
jednego roku zgarnął więcej, niż ktoś taki jak ja zarobi przez całe życie.
Więcej, niż zarabia prezydent Stanów Zjednoczonych – a popatrzcie tylko, czym
on kręci!”.511
------------
Uwagi
Dla łatwiejszego uzmysłowienia
sobie porównań, zarobki roczne w milionach dolarów, przeliczyłem niżej na
godzinowe/miesięczne, zakładając (dla uproszczenia) 2 000 godzin pracy
rocznie, i miesiąc jako 1/12 roku.
Czyli:
• 400 mln USD rocznie = 200
tys. USD za godzinę.
•
100 mln USD rocznie = 50
tys. USD za godzinę.
•
10 mln USD rocznie = 5
tys. USD za godzinę.
•
10 tys. USD rocznie =
833 USD miesięcznie
= 5 USD za godzinę
• 3 tys.
USD rocznie = 250
USD miesięcznie = 1,5 USD za
godzinę
• 1 tys.
USD rocznie = 84
USD miesięcznie = 0,5
USD za godzinę
• 0,5 tys. USD rocznie = 42
USD miesięcznie = 0,25 USD za godzinę
Prawie siedemdziesiąt lat temu John Maynard Keynes napisał:.
„Dwiema
najważniejszymi wadami systemu społeczno-gospodarczego, w którym żyjemy, są:
niezdolność do realizowania pełnego zatrudnienia oraz dowolny i niesprawiedliwy
podział bogactwa i dochodów.” *
------
*John M. Keynes: Ogólna
teoria zatrudnienia, procentu i pieniądza, str. 340, wyd. PWN 2003 (poz. 87
Prezentowanej literatury).
------
Nie wiem, na ile dzięki Keynesowi, a na ile z innych przyczyn, problem
bezrobocia i biedy, w czołowych państwach Zachodnich został opanowany: kapitalizm, przez długie lata, przeżywał
tam swój złoty okres. „Kenysizm”, traktowany z „dystansem” na Wschodzie, na Zachodzie był niemal
czczony. Później coś się zaczęło psuć.
Świat się zmieniał. Rady Keynesa już nie wystarczały. W krótkich okresach
wydawało się, że już, już a ponownie problemy zostały nieomal opanowane.
„Kenysizm”, nie odmawiając mu historycznych zasług, zaczął być jakby
lekceważony. Później świat nadal się zmieniał, wróciły problemy recesji,
bezrobocia, gdzieniegdzie wręcz kryzysu, albo zawiedzionych nadziei. Wreszcie
zaczęto coraz lepiej uzmysławiać sobie także rozmiary nędzy w Trzecim Świecie, ale niestety,
„zaradniejsi” i dysponujący możliwościami, potraktowali tą nędzę głównie jako czynnik pozyskania bardzo
taniej siły roboczej. Zapewne, w znacznej mierze skłoniła ich do tego drapieżna
konkurencja. Sprawy komplikują się coraz bardziej. A miało już być tak dobrze. Koniec historii!?
Chyba nie
mylą się ci, którzy sądzą, że w
ostatnich kilku/kilkunastu latach kapitalizm znowu staje przed tymi samymi
wadami swojego systemu społeczno-gospodarczego, o których niegdyś pisał Keynes.
To znowu, prędzej czy później, może okazać się bardzo niebezpieczne, a można
jeszcze zapobiec, przynajmniej najgorszym z możliwych scenariuszy.
Rozsądek chyba wskazuje, że lepiej nie czekać z mądrymi rozwiązaniami aż widmo
katastrofy stanie się bardzo bliskie, i realnie zagrozi jakiś nowy totalitaryzm lub szaleństwo terroryzmu.
Wygłaszanie poglądów typu: „wystarczy
jeszcze bardziej radykalnie zliberalizować prawo pracy, radykalnie obniżyć lub
w ogóle znieść minimalne płace, obniżyć podatki, świadczenia socjalne, renty i
emerytury, a bezrobocie samo zniknie”, co się nawet „autorytetom” zdarza,
wygląda na ślepotę lub wręcz głupotę polityczną.
Wolny rynek coraz bardziej przypomina
nie wolny rynek tylko dyktat najsilniejszych, którzy zmagając się między sobą,
czynią to w znacznej mierze kosztem słabszych i najsłabszych.
Chyba trzeba szukać jakiś realnych rozwiązań systemowych,
żeby ludzie, skoro już się urodzili, mogli żyć jak ludzie, bez upadlania ich
żebraniną o pracę i kawałek chleba.
Przerywam. Miałem zamiar skomentować coś
„sucho”, bez emocji, w sposób wyważony. Inne fragmenty książki są o wiele
bardziej drastyczne. Coś mnie jednak
poniosło. Coraz trudniej nie zetknąć się także z polską, nieraz niemal skrajną
biedą.
Anonimus
------------
Konsternacja Eisnera jest jednak
zrozumiała. Nie jest bynajmniej jedynym dyrektorem generalnym zarabiającym
naprawdę wściekłe pieniądze – w porównaniu z niektórymi kolegami po fachu ma
całkiem niewielką pensję podstawową,
zaledwie 750 tys. USD rocznie (oczywiście plus premia i opcje na zakup akcji).
Zaś Disney w żadnym razie nie jest osamotniony jeśli chodzi o wyzysk taniej
siły roboczej. Według badań U.S. Investor Responsibility Research Center, w
latach 1996-1998 miało miejsce 79 prób
uchwalenia rezolucji przeciwko wyzyskowi
robotników w zamorskich manufakturach, podejmowanych przez akcjonariuszy
największych amerykańskich korporacji... (...)
W tym kontekście widać wyraźnie, że gniew akcjonariuszy, szumiących na
spotkaniu w Anaheim, nie był zwrócony przeciwko ekscesom pojedynczej korporacji
– rzecz poszła o podstawową kwestię dysproporcji w globalnej ekonomii:
dysproporcji między zarobkami dyrektora a robotnika, między Północą a
Południem, między konsumentem a producentem, a nawet między indywidualnym
akcjonariuszem a szefem.
ROZDZIAŁ
SZESNASTY OPOWIEŚĆ
O TRZECH LOGO
Swoosh,
muSHELLka i złote łuki .........
381
Dziesiątki kampanii przeciwko znanym markom
solidnie wstrząsnęły zaatakowanymi korporacjami, w kilku przypadkach zmuszając
je do poważnego zrewidowania zasad prowadzenia biznesu. Jednak na szczególną
uwagę zasługują trzy akcje, które wyszły poza ścisły krąg aktywistów,
docierając do świadomości szerokich rzesz społeczeństwa. Zastosowane w nich
taktyki – między innymi wykorzystanie sądów do wymuszenia przejrzystości
korporacji oraz Internetu jako alternatywy dla tradycyjnych mediów –
zrewolucjonizowały sposoby angażowania się obywateli w politykę. Na tym etapie
nie będzie już dla nas niespodzianką, iż owe trzy szczególnie istotne kampanie
skierowane były przeciwko najbardziej znanym i wypieszczonym znakom na markowym
firmamencie: swooshowi, muSHELLce i złotym łukom.
Swoosh: walka o dobrą pracę ......... 381
Prezes Nike’a Paul Knight od dawna stawiany jest na wzór
studentom szkół biznesu. Prestiżowe akademickie periodyki, jak The Harvard Business Review, od wielu
lat wychwalają jego nowatorskie podejście do marketingu, zrozumienie zasad
brandingu i szybkie przestawienie się na outsourcing. Nieprzebrane rzesze
studentów, przygotowujących się do egzaminu MBA oraz studiujących zarządzanie i
komunikację społeczną, uczą się najkowej formuły „nie produkt, lecz marka”.
Kiedy więc w maju 1997 roku Phil Knight
został zaproszony przez
Stanford University Business
School – swoją alma mater – do
wygłoszenia wykładu, wszystko wskazywało na to, że będzie to kolejna feta na
cześć pioniera nowoczesnego marketingu. Tymczasem Knighta przywitał tłum pikietujących
studentów, a gdy tylko wszedł na katedrę, jego prześladowcy zaczęli skandować:
„Hey Phil, off the stage. Pay you workers a living wage”. (W wolnym
przekładzie: „Hej Phil, wynocha z katedry. Płać swoim robotnikom tyle, żeby
starczyło na życie”). Skończyło się
jedzenie sobie z dzióbka.
Nic tak dobrze nie ilustruje narastającej
niechęci wobec korporacyjnego brandingu,
jak historia międzynarodowego ruchu przeciwko Nike’owi – najlepiej nagłośnionej
i najbardziej wytrwałej antymarkowej kampanii naszych czasów. Skandale związane
z wykorzystywaniem robotników w zamorskich manufakturach, realizujących
zamówienia sportowego giganta, dostarczyły tematu ponad 1500 artykułom i komentarzom redakcyjnym.
Azjatyckie fabryczki Nike’a odwiedziły z kamerami ekipy niemal wszystkich
liczących się stacji telewizyjnych, od CBS po kanał sportowy Disneya,
ESPN. Jakby tego było mało, trafiły
również do komiksów o Doonesburym i filmu dokumentalnego Michaela Moore’a, The Big One. Doszło do tego, że w dziale
public relations Nike’a powstał specjalny zespół zajmujący się wyłącznie
kontrowersjami wokół wyzysku robotników... (...)
Co znamienne, antynajkowe nastroje
najsilniejsze są w Oregonie, ojczyźnie koncernu, i to pomimo znacznych
ekonomicznych korzyści, jakie stan odniósł
dzięki sukcesowi koncernu (Nike jest największym pracodawcą w Portland i
ważnym lokalnym filantropem). A jednak kiedy przyszła godzina próby, sąsiedzi
Phila Knighta nie stanęli murem w jego obronie.
Oregońskie gazety agresywnie (a czasem ze
złośliwą satysfakcją) komentowały wszystkie skandale związane z nieludzkimi
warunkami pracy w zamorskich manufakturach Nike’a ... W 1996 roku Mark Zusman, redaktor naczelny
oregońskiego The Willamette Week,
publicznie strofował Knighta w opublikowanym przez gazetę liście otwartym: „Szczerze, Phil, najwyższy
czas... Oregończycy dość już najedli się wstydu... Oszczędź nam dodatkowego
upokorzenia, [...] nie chcemy zasłynąć jako ojczyzna największego krwiopijcy w całym wolnym
świecie”.517
Nawet dobroczynna działalność Nike’a
zaczęła wzbudzać kontrowersje. (...)
„Nike daje te pieniądze, żeby moje dzieci mogły uczyć się w lepszych
warunkach, ale czyim kosztem? Kosztem innych dzieci, które pracują za sześć centów za godzinę? [...]...”
Początkowe
oburzenie opinii publicznej w dużej części wynikało z faktu, iż kiedy pojawiły
się pierwsze doniesienia prasowe o skandalicznych warunkach pracy w zamorskich
manufakturach Nike’a, koncern nie okazał cienia skruchy. Tam, gdzie Kathie Lee
Gifford i Gap wyrazili przynajmniej
ubolewanie, Phil Knight przeszedł do ofensywy: wypierał się odpowiedzialności,
atakował dziennikarzy, zrzucał winę na nieuczciwych kontrahentów i wystawiał
rzeczników, żeby przemawiali w imieniu firmy. (...)
W odróżnieniu od Gapa, Nike bazuje na
dzielnicach nędzy, łącząc style czarnej i latynoskiej młodzieży, czerpiąc z
nich luz i metaforykę. Potęga brandingowa
Nike’a jest nierozerwalnie związana z bohaterami kultury
afroamerykańskiej, którzy od połowy lat 80. lansują jego produkty: Michaelem
Jordanem, Charlesem Barkleyem, Scottie Pippenem, Michaelem Johnsonem, Spke’iem
Lee, Tigrem Woodsem, Bo Jacksonem – nie wspominając o raperach, którzy noszą najki na estradzie. W
centrum handlowym nadal królował hip-hop i Phil
Knight dobrze wiedział, że dopóki Nike jest królem marek dla fanów
Jordana w Compton i na Bronxie, może być co najwyżej zmieszany, ale nigdy
wstrząśnięty. Pewnie, że ich rodzicom, nauczycielom i katechetom nie podobają
się doniesienia płynące z zamorskich manufaktur, ale dopóki główną grupę
klientów Nike’a stanowią dzieciaki między 13 a 17 rokiem życia, swooshowi nie
grozi najmniejsza rysa na gładkiej powierzchni.
W 1997 roku krytycy Nike’a zdawali już sobie sprawę, że jeśli naprawdę
chcą zaatakować wizerunek swoosha, będą musieli dobrać się do źródła jego
prestiżu... od czego zacząć. „Nikomu jeszcze nie udało się złamać
Nike’a... A to dlatego, że nikt nie
wciągnął do walki Afroamerykanów [...] Jeśli organizatorzy antykorporacyjnych
kampanii chcą zdobyć poparcie kolorowych społeczności, muszą wykazać związki
pomiędzy działalnością Nike’a za granicą
i warunkami życia tutaj, w kraju ”520
A
owe związki tylko czekały, żeby je wykazać. Okrutna ironia najkowej
formuły „nie produkt, lecz marka” polega między innymi na tym, że skutki
windowania cen i likwidowania bazy produkcyjnej najdotkliwiej godzą w ludzi,
którzy najbardziej przyczynili się do nasycenia swoosha nowatorską treścią,
stanowiącą o jego rynkowej atrakcyjności. Młodzi mieszkańcy wielkomiejskich dzielnic
nędzy bezpośrednio odczuwają skutki decyzji
Nike’a, żeby przenieść produkcję za granicę, i to zarówno poprzez wysoki
współczynnik bezrobocia, jak i uszczuplanie dochodów lokalnych społeczności z
tytułu podatków (a co za tym idzie, obniżanie poziomu edukacji w lokalnych
szkołach publicznych).
Zamiast dać pracę rodzicom tych dzieci
Nike wysyła swoich handlowców i projektantów na bro-ingowe pielgrzymki do getta. „Hej, bracie, co myślisz o tych
nowych jordanach – czadowe są, czy jak?”. Skutki zaszczepienia markowej manii
przez słono opłacanych łowców trendów
bywalcom zdewastowanych boisk do koszykówki w Harlemie, Compton i na Bronxie
zostały już omówione: dzieciaki robią ze znanych marek element umundurowania młodzieżowych
gangów; czasami tak bardzo pragną tych rzeczy, iż by je zdobyć, gotowe są
sprzedawać narkotyki, kraść, napadać, a
nawet zabijać.
Właściciele sklepów obuwniczych, jak
Steven Roth z Essex House of Fashion w Newark w stanie New Jersey, często
odczuwają dyskomfort, obserwując, w jakiej formie tak zwane style uliczne
powracają na postindustrialne ulice amerykańskich miast.
Naprawdę jestem tym wszystkim
wykończony. Muszę ciągle radzić sobie z tym, że zarabiam na bardzo biednych
ludziach. Wielu z nich jest na zasiłku. Czasami przychodzi matka z dzieckiem,
brudnym i w nędznych ciuchach, ale dzieciak chce buty za 120 dolarów i głupia
matka mu je kupuje. Rozumiem wewnętrzną potrzebę tego dziecka – pragnienie
posiadania tych rzeczy i poczucia się tak, jak człowiek się czuje, kiedy je ma
– ale boli mnie, że tak jest.522
Łatwo wytykać rodzicom, że ulegają, ale „głęboka wewnętrzna potrzeba”
posiadania markowych rzeczy jest dzisiaj tak intensywna, iż sprawia kłopoty
wszystkim, od samorządów lokalnych po policję. Wszyscy są zgodni co do tego, że
marki w rodzaju Nike,a pełnią w gettach potężną rolę zastępczą, kompensując
najróżniejsze rzeczy, od niskiej samooceny, poprzez bolesne epizody historii
kultury afroamerykańskiej, po brak realnego wpływu na politykę władz. Dużo
mniejsza zgoda panuje jednak co do tego, w jaki sposób zapewnić owym dzieciakom
poczucie własnej wartości i kontroli nad swoim życiem, bazując na czymś innym
niż to czy inne logo. Rozmawiając z nimi, trzeba się wystrzegać jakichkolwiek
aluzji na temat markowego fetyszyzmu. W te znamienite artykuły konsumenckie
zainwestowane są tak silne emocje, że najdrobniejsza krytyka Nike’a czy
Hilfigera może zostać odebrana jako osobisty atak, równie niewybaczalny, co
obraza czyjeś matki.
Nie powinno nas zaskoczyć, że Nike
zupełnie inaczej widzi swoją atrakcyjność dla tych pokrzywdzonych przez los
dzieciaków. Koncern utrzymuje, że sponsorując programy sportowe Boys and Girls
Club, odnawiając nawierzchnię osiedlowych boisk do koszykówki i czyniąc z
profesjonalnego sprzętu element ulicznego stylu, szerzy inspirujące przesłanie,
że nawet biedne dzieciaki mogą „Just Do It”. Materiały prasowe i reklamy Nike’a
podlewają rolę odgrywaną przezeń w wielkomiejskich dzielnicach nędzy sosem
mesjanizmu: dzięki niemu trudna młodzież będzie miała wyższe poczucie własnej
wartości, mniej niechcianych ciąż i większe ambicje – a wszystko to dlatego, że
Nike „dostrzegł w niej sportowców”. Według Nike’a jego jordany za 150 baksów to nie buty, lecz
coś na kształt talizmanu, umożliwiającego biednej młodzieży ucieczkę z getta i
poprawienie jakości swojego życia. Dzięki czarodziejskim pantofelkom Nike’a
będą mogli wzbić się w powietrze – tak jak Michael Jordan.
Imponujące, rewolucyjne osiągnięcie? Być
może. Trudno jednak powstrzymać się od myśli, że jedną z głównych przyczyn, dla
których czarna młodzież nie może wyrwać się z getta inaczej, jak tylko rapując
albo rzucając do kosza, jest fakt, iż Nike i inne międzynarodowe korporacje
utrwalają takie stereotypy, równocześnie drenując getto z miejsc pracy. Jak stwierdzili
kongresmeni Bernie Sanders i Marcy Kaptur w liście do władz koncernu, Nike
odegrał wiodącą rolę w wyprowadzaniu przemysłu z miast. „Nike wydatnie
przyczynił się do pozostawienia amerykańskich robotników i ich rodzin własnemu
losowi. [...] Najwyraźniej [Nike] uważa, że robotnicy z USA nadają się do tego,
żeby kupować jego produkty, ale nie zasługują na to, żeby je wytwarzać”.523
Jeśli więc
zestawić wielkomiejską strategię brandingową koncernu z jego wpływem na rynek
pracy, Nike przestaje wyglądać jak wybawca getta, lecz zmienia w gościa,
który odbiera ci pracę, a potem sprzedaje parę horrendalnie drogich pantofli i
krzyczy: „Uciekaj, jeśli ci życie miłe!”. Hej dzieciaku, to jedyny sposób
wydostania się z getta. Just Do It.
Krytycy
Nike’a z kręgów uniwersyteckich i
środowisk związkowych mogą kierować się moralnym oburzeniem, ale Mike Gitelson
i jego koledzy czuli się zwyczajnie orżnięci. Zamiast więc opowiadać dzieciakom
o zaletach oszczędzania, zaczęli mówić im, w jaki sposób Nike wyrabia buty będące obiektem ich marzeń. Gitelson
opowiedział im o indonezyjskich robotnikach zarabiających dwa dolary dziennie,
o tym, że wyprodukowanie pary najków za 100 albo i 180 baksów kosztuje koncern
tylko 5 USD i że ani jedna para butów nie powstaje w USA – co częściowo
tłumaczy, dlaczego ich rodzicom tak trudno znaleźć pracę. „Byliśmy naprawdę
wściekli”, mówi Gitelson, „bo wyciągali z nas tyle pieniędzy, a potem zmywali
się do innych krajów, żeby tam jeszcze gorzej wyzyskiwać ludzi...” Jego kolega Leo Johnson, wychowawca z domu
kultury, tłumaczy to wszystko, używając języka swoich wychowanków. „Hej facet”,
mówi do słuchających go 11- i 12-latków. „dajesz się zrobić w bambuko, jeśli
bulisz sto baksów za najki, których wyprodukowanie kosztuje piątaka. Gdyby ktoś
naciągnął cię tak na twojej ulicy, wiesz, co by się z nim stało”.525
Dzieciaki z domu kultury zmartwiły się,
kiedy dowiedziały się, w jakich warunkach powstają ich najki, ale bez
porównania bardziej rozłościła ich świadomość, że Phil Knight i Michael Jordan
nabijają ich w butelkę Napisali do Knighta cały worek listów o tym, ile wydali
na buty w ciągu ostatnich lat i że Nike wisi im kupę szmalu. „Właśnie kupiłem
sobie najki za 100 dolarów”, napisał jeden z nich. „To nie w porządku, co wy robicie.
Uczciwa cena byłaby 30 USD. Proszę, odeślijcie mi 70 USD”. Koncern rozesłał w
odpowiedzi zestaw standardowych formułek. „A wtedy wkurzyliśmy się i naprawdę
zaczęliśmy przygotowywać protest”, mówi Gitelson.
Zdecydowano, że protest przyjmie formę
zarzucenia starymi butami salonu Nike Town na rogu Piątej Alei i 57. Ulicy.
Większość dzieciaków z dzielnicowego domu kultury to zadeklarowani
swooshoholicy i ich szafy pękają w szwach od starych air jordanów i air
carnivores, których nie włożyliby już teraz na nogi. Chcąc znaleźć jakieś
praktyczne zastosowanie dla nieużywanych pantofli, postanowili zapakować je w
torby na śmieci i zwalić przed wejściem do Nike Town.
Kiedy do
szefów Nike’a dotarło, że banda czarnych i latynoskich dzieciaków z Bronxu
zamierza publicznie obrazić koncern, standardowe listy urwały się jak nożem
uciął. Do tej chwili najczęstszą reakcją Nike’a na krytykę było oskarżanie
przeciwników koncernu o przynależność do „skrajnych ugrupowań”, tym razem
jednak sytuacja wyglądała inaczej:
jeżeli wrogie nastroje zapuszczą korzenie w getcie, marka może dostać
poważne lanie w centrum handlowym. Jak to ujął Gitelson: „Nike potrzebuje
naszych dzieciaków, żeby wyznaczały trendy, po to, żeby reszta kraju kupowała
potem jego buty. Dopóki atakują go biali dorośli z klasy średniej, jest jeszcze
w miarę okay. Ale kiedy zacznie o nim źle mówić kolorowa młodzież, ludzie z
koncernu muszą się spietrać”.526
Szefostwo w Oregonie bez wątpienia zdawało
sobie sprawę, że Edenwald to tylko czubek góry lodowej. Od kilku lat w
środowiskach związanych ze sceną
hip-hopu podnosiły się glosy przeciwko raperom „prostytuującym się dla Nike’a i
Tommy Hilfigera”, zamiast popierać należące do czarnych marki w rodzaju FUBU
(For Us By Us- Dla Nas Przez Nas). (...)
Młodzi Afroamerykanie i Latynosi przed Nike Town na Piątej Alei - znajdując się w centrum zainteresowania telewizyjnych kamer i tłumu gapiów – również poczuli się ważni. Rzucenie Nike’owi wyzwania okazało się jeszcze lepszą zabawą niż samo noszenie najków. Jeden z aktywistów – trzynastolatek z Bronxu – patrząc prosto w obiektyw kamery Fox News, wygłosił przesłanie do Phila Knighta: „Nike, to myśmy cię wynieśli. I my możemy cię obalić”.
Najbardziej
bodaj niesamowitą cechą protestów przeciwko
Nike’owi jest ich uporczywość. (...)
W maju 1998 roku Phil
Knight przestał wreszcie kryć się za murem rzeczników prasowych i zwołał
w Waszyngtonie konferencję, by osobiście odpowiedzieć swoim krytykom. Zaczął od poskarżenia się, że robią z niego „dyżurny
korporacyjny czarny charakter i krwiopijcę
naszych czasów”. Przyznał, iż jego buty stały się synonimem „głodowych
zarobków”, wymuszania pracy w nadgodzinach i maltretowania robotników”.
Następnie przy wtórze fanfar, ogłosił plan poprawienia warunków pracy w
azjatyckich manufakturach. (...)
To jednak nie wystarczyło. We wrześniu
tego samego roku Global Exchange, organizacja obrońców praw człowieka z San
Francisco, należąca do grona najbardziej zajadłych krytyków Nike’a,
opublikowała zatrważający raport na temat sytuacji indonezyjskich robotników w
warunkach politycznego i gospodarczego kryzysu, w jakim znalazł się ten kraj.
„Chociaż robotnicy produkujący buty Nike’a już przed gwałtownym załamaniem się
kursu rupii pod koniec 1997 roku zarabiali niewiele, wartość ich zarobków w przeliczeniu na dolary spadła z 2,47 USD w
1997 roku do 80 centów dziennie w 1998”. Raport stwierdzał również, że wobec
gwałtownego wzrostu cen artykułów pierwszej potrzeby, robotnicy „szacują wzrost
kosztów utrzymania pomiędzy 100 a 300%”.529 Global Exchange wezwała Nike’a do podwojenia płac w zakładach na terenie
Indonezji, co kosztowałoby go 2 mln dolarów, dokładnie tyle, ile Michael Jordan
dostaje rocznie za promowanie produktów koncernu.
Nike oczywiście nie podwoił stawek, ale
trzy tygodnie później ogłosił 25-procentową podwyżkę płac dla 30% swoich
pracowników w Indonezji.530 Ponieważ jednak i to nie wystarczyło...
(...) Nie mniej jednak były to bardzo znaczące gesty, jak na koncern, który
jeszcze dwa lata temu podawał się za globalnego kupca, nie mającego żadnego
wpływu na kontrahentów samodzielnie ustalających płace i zasady.
Odporność
antynajkowych kampanii na zmasowane działania speców od public relations
świadczy dobitnie, iż ludzie z najróżniejszych środowisk uważają inwazyjny
marketing , połączony z wypieraniem się odpowiedzialności za robotników, za coś
rażąco niesprawiedliwego i nie do przyjęcia. Ponadto wielu krytyków nie
zamierza odpuścić Nike’owi tylko dlatego, że powyższa formuła stanowi standard
współczesnego kapitalizmu. Przeciwnie, wygląda
na to, że jakąś część naszej zbiorowej duszy bawi kopanie w piszczel
tego największego macho ze wszystkich producentów sprzętu sportowego... Przeciwnicy Nike’a udowodnili, że nie życzą
sobie, żeby gorszące historie zostały wmiecione pod dywan... chcą, żeby rozgrywały się jawnie, pod bacznym
okiem opinii publicznej.
Dzieje się tak przede wszystkim dlatego,
że krytycy koncernu zdają sobie sprawę, iż skandale związane z wyzyskiem
robotników nie są skutkiem serii niecodziennych wydarzeń: wiedzą, że krytyka wymierzona w Nike’a dotyczy wszystkich producentów
markowych butów zlecających produkcję globalnemu labiryntowi firm. Miast
jednak znaleźć w tym fakcie usprawiedliwienie dla swoich praktyk Nike – jako lider na rynku – zaczął pełnić rolę piorunochronu dla zbiorowego gniewu.
Uczepiono się go jako symbolu nożyc
globalnej gospodarki: dysproporcje pomiędzy tymi, którzy zarabiają na
sukcesie Nike’a, a tymi, którzy są przezeń eksploatowani , przyjęły tak rażące rozmiary,
że nawet dziecko potrafi zrozumieć, że coś tu nie gra, i rzeczywiście (jak
zobaczymy w następnym rozdziale), to właśnie dzieci i nastolatki najszybciej
zdołały się w tym połapać.
Kiedy
więc rozpocznie się powszechny bojkot produktów Nike’a? Wydaje się, że
nieprędko. Wystarczy pobieżny rzut oka na dowolne miasto na świecie, żeby
przekonać się, że swoosh trzyma się dobrze; niektórzy sportowcy wciąż jeszcze
tatuują go sobie na pępku, a licealiści masowo stroją się w stanowiące obiekt
powszechnego pożądania ciuchy. A mimo to trudno nie zauważyć, że miliony
dolarów zaoszczędzone przez lata na kosztach produkcji zaczynają wychodzić
koncernowi bokiem, odbijając się tragicznie na jego końcowych wynikach. (...)
Nike dopatrywał się źródeł swoich
trudności finansowych we wszystkim, tylko nie w kampanii obrońców praw
człowieka. Kryzys walutowy w Azji odpowiadał za spadek sprzedaży w Japonii i
Korei Południowej. Amerykanie zaczęli kupować „brązowe buty” (kamasze i obuwie
turystyczne), zamiast wielkich białych najków. (...)
Przez lata Nike wypróbowywał wiele taktyk
uciszania krytyki, najbardziej ironiczny uśmiech wywołują jednak rozpaczliwe
wysiłki koncernu zmierzające do ukrycia się za produktem. „Nie jesteśmy
działaczami politycznymi. Jesteśmy producentami obuwia”, oświadczyła
rzeczniczka prasowa Nike’a Donna Gibs, kiedy wybuchły pierwsze skandale
związane z wyzyskiem robotników w zamorskich
manufakturach koncernu.536 Producentem obuwia? I to mówi
koncern, który w połowie lat 80. postanowił kategorycznie zerwać z zajmowaniem
się tak materialnym i nudnym, jak obuwie – a już na pewno z chamską
produkcją. Nike chciał zajmować się
sportem, mówił nam Knight, samą ideą sportu, potem ideą transcendencji poprzez
sport, a jeszcze później ideą zwiększania
możliwości jednostki, prawami kobiet i równością rasową. Chciał, żeby jego sklepy były świątyniami, reklamy religią,
klienci narodem, a pracownicy plemieniem. Po roztoczeniu przed nami tak
oszałamiających markowych perspektyw odwracać się na pięcie i mówić: „Na nas
nie patrzcie, my tylko robimy buty”, to doprawdy żałosne.
Nike jest najbardziej rozdętą ze
wszystkich balonowych marek, a w tym sporcie obowiązuje zasada: im większy
urośniesz, z tym większym hukiem pękasz.
MuSHELLka: walka o otwartą przestrzeń ......... 395
W Ameryce Północnej głównym celem ataków
rozwijającego się gwałtownie ruchu przeciwko władzy międzynarodowych korporacji
jest Nike, jednak w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Holandii ten wątpliwy
zaszczyt przypadł w udziale koncernowi Royal Dutch/Shell.
Wszystko zaczęło się w lutym 1995
roku, kiedy Shell przystąpił do zrealizowania swoich planów pozbycia się
starej, zardzewiałej platformy do magazynowania wydobytej ropy, zwanej Brent
Spar, poprzez zatopienie jej w Atlantyku, 150 mil od wybrzeża Szkocji. Pomysł
oprotestował Greenpeace, uważając, iż ważąca 14500 ton platforma powinna zostać
wciągnięta na brzeg, wyczyszczona z resztek ropy i rozebrana na części. Shell
zripostował, że przetransportowanie żelastwa na brzeg urąga zasadom
bezpieczeństwa, nie wspominając już o tym, że jest niewykonalne. 30 kwietnia,
kiedy rozpoczęło się holowanie platformy do jej grobu w odmętach oceanu, grupa
działaczy Greenpeace wynajęła helikopter i próbowała wylądować na Brent Spar.
Shell przepędził intruzów przy pomocy armatek wodnych, ale całe wydarzenie
zostało zarejestrowane kamerą wideo, a taśma rozesłana do stacji telewizyjnych
na całym świecie.
Był to popis Greenpeace’u w najlepszym
stylu, wyreżyserowany pod gust wydawców telewizyjnych programów informacyjnych.
Ale wpływ, jaki te sceny wywarły na europejską opinię publiczną, zaskoczył
samych aktywistów.
W odróżnieniu od katastrofalnego dla
środowiska wycieku ropy z Exxon Valdez,
który miał miejsce cztery lata wcześniej (klasyczny przypadek niedbalstwa, z
pijanym kapitanem włącznie), tym razem Shell nie robił niczego nielegalnego.
Plan zatopienia Brent Spar otrzymał błogosławieństwo konserwatywnego rządu
Johna Majora, była to zresztą standardowa procedura pozbywania się starych
platform. Poza tym pozostawało kwestią dyskusyjną, czy proponowane przez
Greenpeace alternatywne rozwiązanie złomowania platformy na lądzie w ogóle było
lepsze dla środowiska. Spora część
opinii publicznej uznała, że Shell chce zatopić kawał ubabranego ropą żelastwa,
ponieważ ta najbardziej dochodowa korporacja na świecie jest zbyt skąpa, żeby
wymyślić lepszy sposób na pozbywanie się swojego złomu. Pogląd ten znalazł
dodatkowe potwierdzenie w miażdżących wynikach badań, wedle których złomowanie
Brent Spar na stałym lądzie kosztowałoby koncern 70 mln USD, podczas gdy
zatopienie jedynie 16 mln. Dowód takiego sknerstwa ze strony koncernu
wycenianego na 128 mld USD bynajmniej nie usposobił doń życzliwie szerokiej
rzeszy indywidualnych nabywców benzyny.
Fakt, że Shell działał legalnie, zaś
Greenpeace nie, najwyraźniej nie odegrał tu większej roli. W oczach wielu
Europejczyków postępowanie Shella było moralnie naganne. Przed jego stacjami
benzynowymi odbywały się masowe protesty...
20 czerwca 1995 r., cztery miesiące od
wybuchu protestów, wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał: Shell
ustąpił. Koncern postanowił wyasygnować dodatkowe pieniądze na odholowanie
platformy do Norwegii, wyciągnięcie jej na suchy ląd i rozmontowanie. (...)
Zanim Greenpeace zdecydował się zaangażować w kampanię
przeciwko zatopieniu Brent Spar, wewnątrz organizacji toczyły się zażarte
dyskusje, czy w ogóle da się zrobić ze złomowania kupy starego przemysłowego
żelastwa sprawę, która zelektryzuje opinię publiczną i dobrze „sprzeda się” w
mediach. Holenderski działacz Greenpeace’u, Giys Thieme, tak wspomina obawy
drążące organizację: „W tej kampanii nie chodziło ani o ropę, ani o atmosferę,
ani o chlor”.541 Nie była to też walka w obronie ryb, wielorybów,
ani nawet ślicznych małych foczek. W przypadku Brent Spar szło o ideę
zachowania nietkniętej przestrzeni, podobnie jak protestujący rok wcześniej w
Kolumbii Brytyjskiej przeciwko wycinaniu Clayoquot Sound walczyli o ocalenie jednego z ostatnich dziewiczych
starodrzewów. Dużo mówiło się wtedy o różnorodności biologicznej, ale w istocie
stała za tym ta sama idea zachowania dzikiej przyrody, która odegrała znaczącą
rolę w przypadku Brent Spar.Chociaż Greenpeace wystąpił z naukową analizą
ekologicznych skutków, jakie zatopienie platformy będzie miało dla dna oceanu
(myląc po drodze niektóre fakty), kampania dotyczyła nie tyle ochrony
środowiska w tradycyjnym sensie tego pojęcia, co zbiorowej potrzeby
niedopuszczenia, by dno Atlantyku przekształciło się w wysypisko śmieci. Plan
Shella zatopienia przerdzewiałego monstrum w odmętach oceanu poruszył czułą
strunę naszej zbiorowej duszy: oto mieliśmy dowód, że jeśli nie będziemy
patrzeć wielkim korporacjom na ręce, wkrótce na naszej planecie nie pozostanie
ani jeden skrawek otwartej przestrzeni – nawet otchłanie oceanów, ostatnia
ostoja naprawdę dzikiej przyrody, zostaną skolonizowane.
Shell, rząd Wielkiej Brytanii i duża część
prasy biznesowej zgodnie podkreślali, iż takie myślenie pozbawione jest
racjonalnych podstaw. „Nauka przegrywa z Joe Sześciopakiem”, wołał nagłówek w The Wall Street Journall, podczas gdy The Economist obwieścił, że cała sprawa
to „cios dla racjonalnego podejmowania decyzji”. Była w tym pewna doza
słuszności. Idei ochrony niepoznawalnego
dna oceanu – bez żadnej przyczyny dającej potwierdzić się doświadczalnie w
bliskiej przyszłości, poza tym, że nam to poprawia samopoczucie – istotnie
brakowało spójności, ale za to miała potężną siłę oddziaływania. Jak pisała
Suzanne Moore, felietonistka Guardiana,
Brent Spar miała tyleż wspólnego z nauką, co z mistyką: „W głębinach żyją
dziwne gatunkii chociaż może nigdy nie zobaczymy ich na własne oczy, czujemy w
głębi serca, iż nie powinniśmy zakłócać ich spokoju. Z jakiej racji mają
dzielić rozlegle ciemne otchłanie z kawałkami rozczłonkowanej platformy
wiertniczej?”.342
Nauka, jaką Greenpeace wyciągnął ze
swojego zwycięstwa, dotyczyła świętości „globalnych terytoriów wspólnych” –
miejsc nie zaznaczonych na żadnej mapie, nie będących własnością prywatną, a co
za tym idzie, należących do nas wszystkich. Organizacja nauczyła się czegoś
jeszcze, co odkryli także bojownicy kampanii przeciwko Nike’owi, a mianowicie iż atakowanie
wielkiej, bogatej, wszechobecnej międzynarodowej korporacji jest dla lat 90.
tym samym, czym była dla lat 80. walka o ocalenie wielorybów. Jest
populistyczne i popularne, a poza tym wystarczyło, żeby reanimować goniący
resztką sił Greenpeace. Po sprawie Brent Spar na organizację spadł deszcz
pieniędzy, a nowi członkowie zaczęli pchać się drzwiami i oknami...
To jeszcze nie wszystko, czego kapitulacja
Shella nauczyła aktywistów. Premier John Major, który własną piersią bronił pierwotnej decyzji Shella, twierdząc
niezłomnie, iż jest ona jedynie możliwa i słuszna, wyszedł na pieska
salonowego, i to na dokładkę takiego, którego nikt nie kocha. (...) W ten
sposób sprawa Brent Spar udowodniła, że wielkie korporacje – nawet tak cwane i
rozbudowane, jak Royal Dutch/Shell – bywają niekiedy równie podatne na presję
opinii publicznej, co demokratycznie wybrane rządy (a czasem nawet bardziej).
Wiedza ta okazała się szczególnie
przydatna w następnym starciu z Shellem, gdy trzeba było zainteresować świat
grabieżczą działalnością koncernu w Nigerii, prowadzoną pod opiekuńczymi skrzydłami
skorumpowanego reżimu nieżyjącego już generała Sani Abachy. Generał miał gdzieś
opinię publiczną, ale Shell nie mógł sobie na to pozwolić.
Od wizji oceanu jako dołu na
odpadki
do wizji lądu zalanego ropą ......... 399
Shell eksploatuje złoża w Delcie Nigru, na ziemiach
będących własnością ludu Ogoni, od lat 50. i przez ten cały czas wydobył
stamtąd ropę o łącznej wartości 30 mld. USD.
80% dochodów nigeryjskiej gospodarki – 10 mld. USD rocznie – stanowią
zyski z wydobycia ropy, z czego ponad połowę wpłaca do kasy Shell. Nie dość, że
Ogoni nie zarabiają grosza na eksploatacji bezcennych zasobów naturalnych, nie
dość, że wielu z nich nadal egzystuje bez bieżącej wody i elektryczności, to
jeszcze ich ziemię i wodę zatruwają wyziewy z otwartych rurociągów, wycieki
ropy i opary płonącego gazu.
Movement for Survival of the Ogoni People
(MOSOP), pod przewodnictwem nominowanego do Pokojowej Nagrody Nobla pisarza
Kena Saro-Wiwy, prowadził kampanię na rzecz reform, domagając się również
zadośćuczynienia ze strony Shella. Generał Sani Abacha, mając na względzie
niezakłócony dopływ pieniędzy do rządowej szkatuły, w odpowiedzi napuścił na
lud Ogoni wojsko. Żołnierze mordowali i torturowali tysiące ludzi. Ogoni
oskarżyli Sani Abachę o odpowiedzialność za śmierć swoich ziomków, zaś Shellowi
zarzucili traktowanie nigeryjskiej armii
jak prywatnej policji, której koncern płacił za tłumienie pokojowych protestów na ziemiach
Ogoni, oraz finansowanie i popieranie reżimu Abachy.
W obliczu nasilania się protestów w
Nigerii Shell wycofał się w 1993 roku z ziemi ludu Ogoni, czym tylko jeszcze
bardziej zmotywował wojskowych do szybkiego usunięcia przeszkody na drodze do
niezakłóconej eksploatacji złóż ropy, w postaci ludu Ogoni. Notatka służbowa
dowódcy Rivers State International Security Force, która przeciekła do prasy,
stawiała sprawę jednoznacznie: „Działalność Shella [będzie] nadal niemożliwa, o ile nie zostaną przeprowadzone
bezwzględne operacje wojskowe, mające na celu ponowne rozpoczęcie
niezakłóconej działalności gospodarczej. [...] Zalecenia: Operacje wyniszczające w czasie zgromadzeń MOSOP i
innych zgromadzeń, usprawiedliwiające stałą obecność wojska. Wyniszczające
ataki na społeczności lokalne i kadry przywódcze, ze szczególnym uwzględnieniem
najaktywniejszych elementów poszczególnych grup”.545
10 maja 1994 roku – pięć dni po napisaniu
notatki – Ken Saro-Wiwa powiedział: „Stało się. Oni [nigeryjscy wojskowi] nas
wszystkich aresztują i powieszą. A wszystko dla Shella”.546 Dwanaście dni później został uwięziony, a
następnie skazany za morderstwo. Przed odczytaniem wyroku, Saro-Wiwa
oświadczył: „Ja i moi koledzy nie jesteśmy jedynymi podsądnymi w tej sprawie.
Odbywa się tu również sąd nad Shellem. [...] Tym razem koncernowi faktycznie
udało się wykręcić od stawiennictwa, ale jego dzień nadejdzie”. 10 listopada
1995 roku – pomimo nacisków społeczności międzynarodowej, w tym rządów Kanady i
Australii, a w mniejszym stopniu także Niemiec i Francji – reżim nigeryjskich
wojskowych stracił Saro-Wiwę i ośmiu innych przywódców Ogoni, którzy
protestowali przeciwko działalności Shella. Egzekucja stała się wydarzeniem
międzynarodowym i aktywiści znowu rozstawili pikiety przed stacjami Shella,
nawołując do powszechnego bojkotu jego produktów. W San Francisco działacze
Greenpeace’u symbolicznie odtworzyli scenę morderstwa Saro-Wiwy, zwieszając
stryczek z logo Shella górującego nad stacją benzynową (zob. il. na s. 380).
Jak to powiedział o wielkich
międzynarodowych korporacjach John Jordan z RTS: „Niechcący pomogły nam ujrzeć
rozproszone problemy jako jeden system”. A teraz mogliśmy zobaczyć, jak działa
ów system wzajemnych powiązań: Shell, zmierzający zatopić ohydną platformę
wydobywczą u wybrzeży Wielkiej Brytanii, jednocześnie wikła się w łamanie praw
człowieka w Nigerii, i to w tym samym roku, w którym zwolnił dużą grupę
pracowników (pomimo ogromnych dochodów wpływających do kasy koncernu), a
wszystko po to, żeby móc pompować benzynę w londyńskie samochody – stanowiące
bezpośredni obiekt protestów Reclaim the Streets. Ken Saro-Wiwa był poetą i
dramatopisarzem, ujął się więc za nim również PEN, międzynarodowa organizacja
obrońców wolności słowa. Ludzie pióra, a wśród nich angielski dramaturg Harold
Printer i laureatka nagrody Nobla Nadine Gordimer, broniąc prawa Saro-Wiwy do
swobodnego wyrażania poglądów na temat Shella, uczynili z jego prześladowania
najlepiej nagłośniony przypadek ograniczania wolności słowa od czasu obrzucenia
fatwą Salmana Rushdiego przez irański rząd.
W artykule dla The New York Timesa
Gordimer napisała: „W obecnej sytuacji kupowanie
nigeryjskiej ropy oznacza kupowanie jej
za cenę krwi. Cudzej krwi; wykonywania kary śmierci na Nigeryjczykach”.547
Połączenie kwestii sprawiedliwości
społecznej, praw robotników i ochrony środowiska w obu omówionych kampaniach
przeciwko Shellowi nie jest dziełem przypadku, lecz charakterystyczną cechą
nowego globalnego aktywizmu. Ken
Saro-Wiwa został zamordowany za walkę na rzecz
ochrony środowiska, lecz środowiska rozumianego jako coś więcej niż
tylko fizyczny krajobraz, dewastowany i ograbiany na skutek inwazji Shella.
Niszczenie przez koncern ziemi ludu Ogoni ma wymiar zarówno ekologiczny, jak i
społeczny, ponieważ wielcy wydobywcy złóż naturalnych słyną z obniżania standardów zatrudnienia,
kiedy wiercą i kopią w Trzecim Świecie.
Przeciwnicy Shella chętnie wynajdują paralele pomiędzy działalnością
koncernu na terenie Nigerii, jego niegdysiejszą kolaborację z rasistowskim
reżimem RPA, dzisiejszą obecnością na morzu Timor i w okupowanym przez
Indonezję Timorze Wschodnim, brutalnym tłumieniem buntu ludu Nahua w
peruwiańskiej Amazonii, a także impasem w konflikcie z ludem U’wa, żyjącym w
kolumbijskich Andach, którzy w styczniu 1997 roku zagroził zbiorowym
samobójstwem , jeśli Shell nie odstąpi
od wierceń.
Na gruncie sprawy Saro-Wiwy walka o
swobody obywatelskie spotkała się ze sprzeciwem wobec rasizmu; antykapitalizm z
ochroną środowiska; ekologia z walką o prawa robotników. Jaskrawożółta cebula Shella
– Goliat, z którym starł się Saro-Wiwa – stała się wspólnym wrogiem wszystkich
zaniepokojonych obywateli, i to do tego stopnia, że ich rządy poczuły się
zmuszone uwzględnić ten fakt w swojej polityce międzynarodowej. Przeciwko
działalności Shella protestował PEN, a także Body Shop, uświadomieni
politycznie udziałowcy, którzy włączyli tragedię ludu Ogoni w porządek obrad
trzech kolejnych dorocznych zgromadzeń akcjonariuszy, i wielu, wielu
innych.
W czerwcu 1998 roku Owens Wiwa, brat Kena, tak pisał o sytuacji koncernu:
Od wieków korporacje ciągną ogromne zyski z niegodziwych praktyk,
takich jak transatlantycki handel niewolnikami, kolonializm, apartheid i
kolaboracja z dyktaturami mającymi na swoim sumieniu akty ludobójstwa. Na ogół
udawało im się umknąć z łupami, pozostawiając przepraszanie rządom. Jednak tym
razem, u schyłku XX wieku, Shell został przyłapany na potrójnej zbrodni
niszczenia ekosystemu, łamania praw człowieka i powodowania zagrożenia zdrowia
ludu Ogoni. Przeprosiny nie wystarczą. Oczekujemy gruntownego oczyszczenia
naszej gleby, wody i powietrza oraz godziwego, sprawiedliwego i współmiernego
zadośćuczynienia za: (a) zniszczenie środowiska, (b) przypadki łamania praw
człowieka, bezpośrednio i pośrednio związane z działalnością Shella i (c)
negatywne skutki działań koncernu dla zdrowia ludzi.
Jeśli posłuchać Shella, takie reparacje już mają miejsce. „Shell stale
inwestuje w projekty rozwoju lokalnych społeczności i ochrony środowiska w Nigerii”,
poinformował mnie R. B. Blakely,
rzecznik prasowy Shell Canada. „W ubiegłym roku Shell przeznaczył 20 mln USD na
zakładanie szpitali i szkół oraz programy edukacyjne i stypendia” (według MOSOP
suma ta jest bliższa 9 mln, z czego tylko niewielka cześć trafiła na ziemie
Ogoni). Według Blakely’ego, koncern zrewidował także swoje stanowisko w sprawie
reguł prowadzenia biznesu. Nowy zestaw reguł, obejmujący również podejście do
środowiska i obowiązki wobec społeczności lokalnych, obowiązuje wszystkie
kompanie Shell Group we wszystkich częściach świata”.549
Żeby dojść do tych zasad, Shell
zajrzał głęboko w swoją korporacyjną psyche, rozkładając ją niemal na elementy
pierwsze. Jego pracownicy musieli przejść przez konsultingową szkołę
przetrwania w stylu New Age, ocierając się niekiedy o czystą błazenadę...
(...)
Remont generalny Shella obejmował
również wspieranie czarnych środowisk w Europie i Ameryce Północnej, strategię,
która spowodowała powstanie gorzkich podziałów w biednych dzielnicach,
rozpaczliwie poszukujących funduszy, lecz mających wątpliwości co do motywacji
koncernu. (...)
Ale chociaż nowy Shell nawrócił się na zen i jak z
rękawa sypie modnymi terminami z zakresu zarządzania w rodzaju „nowego
paradygmatu etycznego”, „agentów zmian”, „trzeciej bottom line” czy ekonomi bukmacherów, chociaż Shell Nigeria mówi o „leczeniu ran”, stary Shell nadal jest z nami. Jak dotąd nie udało mu się
jeszcze wrócić na tereny Ogoni, ale kontynuuje wydobycie ropy w innych
częściach delty Nigru. Jesienią 1998 roku doszło do
wybuchu nowych napięć. Poszło o sprawy aż nadto znajome: lokalne społeczności narzekają na zanieczyszczoną glebę,
zniszczone łowiska, opary ze spalania gazu, a przy tym Nigeryjczycy mają dość
przyglądania się, jak z ich bogatej w ropę ziemi wypompowuje się ogromne zyski,
podczas gdy oni sami nadal wegetują w nędzy. Tylko że tym razem Shell
zadarł z przeciwnikiem znacznie mniej przywiązanym do idei niestosowania
przemocy niż lud Ogoni. W październiku
nigeryjscy aktywiści zajęli dwa helikoptery, dziewięć stacji przesyłowych
Shella oraz platformę wiertniczą, zatrzymując według Associated Press,
„transfer 250 000 baryłek dziennie”.554 Kolejne stacje Shella zostały zaatakowane i
zajęte w marcu 1999 roku. Shell wyparł się odpowiedzialności za sprowokowanie
protestów, zrzucając je na karb konfliktów etnicznych.
Złote łuki: walka o prawo
wyboru ......... 403
W tym samym czasie, kiedy startowały
kampanie przeciwko Shellowi, proces o McZniesławienie, ciągnący się od paru
lat, przekształcił się w aferę na skalę międzynarodową. W czerwcu 1995 roku,
niedługo przed pierwszą rocznicą rozpoczęcia procesu, oskarżeni Helen
Steel i Dave Morris odbyli konferencję
prasową na schodach przed gmachem sądu. Oświadczyli, że McDonald’s (który
oskarżył ich o zniesławienie) wystąpił z propozycją ugody. Koncern
zaproponował, że wpłaci dotację na wskazany przez Steel i Morrisa cel, jeżeli
dwójka zdeklarowanych ekologów przestanie go wreszcie krytykować, i wszyscy
będą mogli pójść do domu, zapominając o całym tym koszmarze.
Steel i Morris zdecydowanie odrzucili
ugodę. Nie widzieli powodu, żeby się teraz wycofywać. Proces, który miał
zatamować zalew negatywnej reklamy – a także uciszyć i zrujnować Steel i
Morrisa – przekształcił się w PR-ową katastrofę na kolosalną skalę. Promowaniu
wegetarianizmu przysłużył się nie mniej od choroby wściekłych krów, dla
nagłośnienia warunków pracy w sektorze McPracy zrobił więcej od jakiejkolwiek
akcji związków zawodowych i sprowokował bez porównania głębszą dyskusję na
temat korporacyjnej cenzury niż wszystkie inne skandale związane z
ograniczaniem swobody wypowiedzi, jakie wydarzyły się w ostatnich latach.
Ulotka, od której wszystko się zaczęło,
została opublikowana w roku 1986 przez London Greenpeace... (...)
Kiedy w roku 1990 McDonald’s pozwał piątkę aktywistów Greenpeace’u w
związku z treścią sławnej już dzisiaj ulotki, trzech z nich zrobiło to, co
uczyniłaby większość ludzi, mając w perspektywie otwarty konflikt z korporacją
wartą 11 mld dolarów: przeprosili. Koncern od dawna z powodzeniem stosował tę
strategię. Według Guardiana: „W ciągu
ostatnich 15 lat McDonald’s zagroził
wejściem na drogę sądową ponad 90 brytyjskim organizacjom, wliczając w to BBC,
Channel 4, Guardiana, Sun, Scottish
TUC, New Leaf Tea Shop, gazety studenckie i dziecięce kółko teatralne. Nawet
książę Filip otrzymał ostry w tonie list. Wszyscy dali za wygraną, a wielu z
nich oficjalnie przeprosiło firmę w sądzie”.556
Ale Helen Steel i Dave Morris wybrali inną
drogę. Wykorzystali proces do przeprowadzenia trwającego siedem lat
eksperymentu polegającego na jeżdżeniu na złotych łukach po globalnej ekonomii.
W ciągu 313 dni na sali rozpraw – był to najdłuższy proces w historii Anglii –
bezrobotny urzędnik pocztowy (Morris) i miejska ogrodniczka (Steel) prowadzili
wojnę z szefostwem największego imperium gastronomicznego świata.
W trakcie procesu Steel i Morris
szczegółowo rozwinęli zawarte w ulotce zarzuty, korzystając z pomocy ekspertów
od żywienia i ochrony środowiska oraz podpierając się wynikami badań naukowych. Obrona wezwała 180 świadków
i koncern musiał znieść całą serię upokorzeń, przyglądając się bezradnie, jak
do uszu opinii publicznej dochodzą wygłaszane na sądowej sali opowieści o przypadkach zatrucia jego
produktami, uchylaniu się od płacenia za nadgodziny, fałszywych zapewnieniach o
przetwarzaniu odpadów i korporacyjnych szpiegach nasyłanych na London Greenpeace.
19
czerwca 1997 roku sędzia ogłosił wreszcie wyrok. Sąd uznał większość twierdzeń
ulotki za przesadnie wyolbrzymione i niedopuszczalne (nie przekonało go
zwłaszcza obarczenie McDonald’sa bezpośrednią odpowiedzialnością za „głód w krajach Trzeciego Świata), przyznał jednak,
że pozostałe są oparte na faktach. Między innymi zgodził się ze Steel i
Morrisem, że McDonald’s „eksploatuje dzieci, wykorzystując fakt, iż są znacznie
bardziej [od dorosłych] podatne na
reklamę”; że ma na swoim koncie przypadki „okrutnego” traktowania zwierząt, że
zwalcza związki zawodowe i płaci „niskie stawki”; że kierownicy restauracji
bywają despotyczni i „niesprawiedliwi” wobec personelu; a także że dieta
złożona z samych potraw McDonald’sa zwiększa ryzyko chorób serca. Steel i
Morris zostali skazani na zapłacenie
McDonald’sowi odszkodowania w wysokości
95 490 USD. (...) Podtrzymując
opinię poprzedniej instancji, iż oskarżenia o powodowanie zatruć pokarmowych,
wywoływanie raka i pogłębianie biedy na świecie nie są poparte żadnymi
dowodami, sąd apelacyjny obniżył jednak odszkodowanie do 61 300 USD.559 McDonald’s
nie podjął żadnych działań w kierunku wyegzekwowania tej kwoty i
zrezygnował z występowania o nakaz sądowy, w obawie przed dalszym nagłaśnianiem
sprawy.
Po pierwszym wyroku McDonald’s pospiesznie
odtrąbił zwycięstwo, mało kto jednak dał
się nabrać. „Od czasów Pyrrusa żaden zwycięzca nie przypominał bardziej zmokłej
kury”, przeczytaliśmy następnego dnia w komentarzu redakcyjnym Guardiana. „Proces ten zasługuje na
najwyższą nagrodę w kategorii klęsk public relations, jako wybitnie nierozsądna
i niewspółmierna reakcja na krytykę ze
strony opinii publicznej”.560 W międzyczasie ulotka, która była
powodem tych wszystkich zawirowań, awansowała do rangi kolekcjonerskiego
rarytasu, i to pomimo faktu, iż w samym Zjednoczonym Królestwie rozeszła się w
liczbie trzech milionów egzemplarzy.
(...)
Czego nas nauczyła historia
Wielkiej Trójki:
użyj sądu jako narzędzia ......... 407
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można
założyć, że postępowanie w brytyjskim sądzie śledził uważnie nie tylko
McDonald’s, lecz również wielu innych markowych gigantów. W 1996 roku Guess
wycofał się ze sprawy o zniesławienie, wniesionej przeciwko organizacji
kobiecej z Los Angeles pod nazwą Common Threads, która urządziła wieczorek
poezji poświęconej dramatycznej sytuacji robotnic szyjących dżinsy tej firmy.561
Podobnie Nike, mimo że konsekwentnie oskarża swoich krytyków o fabrykowanie
fałszywych informacji, nie próbował nigdy bronić swojego dobrego imienia na
drodze sądowej. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego: sąd jest jedyną instytucją,
zdolną zmusić prywatne korporacje do otwarcia ciężkich okiennic i wystawienia
się na widok publiczny.
Jak piszą Heleen Steel i
Dave Morris,
Firmy, decydujące się wykorzystać
represyjne prawo do walki z tymi, którzy je krytykują, muszą pamiętać, że
sprawa w sądzie to nie tylko procedury prawne i werdykt. Możemy zmienić proces
w forum opinii publicznej, ognisko protestów i jeszcze szerszego
rozpowszechniania prawdy. Tak właśnie stało się w przypadku procesu o
McZniesławienie [...] Być może po raz
pierwszy w historii potężna instytucja (tak się akurat zdarzyło, iż była nią
siec fast foodów, lecz równie dobrze mogła to być dowolna organizacja finansowa
czy organ państwa) poddana została długotrwałej, szczegółowej i krytycznej
kontroli publicznej. A to jest zawsze dobra rzecz..562
Aktywiści
na całym świecie dobrze przyswoili sobie tę naukę: każdy, kto śledził
proces o McZniesławienie, mógł się
przekonać, jak przydatny jest przeciągający się, dramatyczny proces sądowy dla
gromadzenia materiału dowodowego i podsycania niechęci przeciwko korporacyjnemu
przeciwnikowi. Niektórzy działacze sami wstępują na drogę prawną, nie czekając,
aż zostaną pozwami do sądu. Dla przykładu, w styczniu 1999 roku, kiedy
amerykańscy obrońcy praw robotników postanowili zwrócić uwagę opinii publicznej
na notoryczne łamanie prawa pracy na terytorium zależnym od USA, wyspie Sajpan,
wytoczyli w kalifornijskim sądzie bezprecedensowy proces przeciwko 17
amerykańskim detalistom i producentom, oskarżając ich o udział w „spisku
aferzystów”, zwabiających tam młode kobiety z Azji Południowo-Wschodniej
obietnicą dobrze płatnej pracy w Stanach Zjednoczonych. Zamiast tego czeka je
oszukiwanie na stawkach i „harówka w najgorszej manufakturze Ameryki”...
Bliźniaczy pozew zarzuca tym samym firmom stosowanie fałszywej reklamy,
ponieważ opatrywanie towarów z Sajpanu metkami „Made in the USA” i „Made in the
Northern Marianas, USA” wprowadza
klientów w błąd, wzbudzając w nich przekonanie, iż producenci stosowali się do
amerykańskiego prawa pracy.563
(...)
Czego nas nauczyła historia
Wielkiej Trójki:
Wykorzystaj Internet jako McReflektor ......... 409
W tym
samym czasie, gdy sądy stają się popularnym narzędziem wyważania zamkniętych
korporacyjnych drzwi, gwałtownie rośnie znaczenie Internetu w rozpowszechnianiu
informacji o międzynarodowych koncernach. Wszystkie trzy kampanie opisane w tym
rozdziale położyły wielkie zasługi w pionierskim wykorzystaniu technologii
informacyjnych, strategii spędzającej sen z oczu korporacjom, przeciwko którym
były wymierzone.
Dzięki poczcie e-mailowej... (...)
Podobną
rolę odegrał Internet... (...)
Ten sam model elektronicznego biura informacyjnego... (...)
(...)
ROZDZIAŁ
SIEDEMNASTY LOKALNA POLITYKA ZAGRANICZNA
Studenci i
społeczności lokalne przyłączają się do walki
......... 413
Niedługo będziemy musieli sami wydobywać ropę z dna oceanu.
- Polly Amstrong, radna, o podjętej przez radę
miejską Berkeley (Kalifornia)
decyzji nie kupowania benzyny na potrzeby komunalne od żadnej z wielkich
kampanii naftowych
Hayes zaprosił mnie do wzięcia udziału w
pierwszym szkolnym „Pokazie krwiopijczej mody”, który zaczął planować, kiedy
tylko dowiedział się o warunkach, w jakich produkowane są najki („Made in
Indonesia”) jego zawodników. (...)
Studenci dają markom szkołę ......... 417
Jak już widzieliśmy, fast foody,
producenci napojów oraz butów do biegania prowadzą zmasowany atak na licea,
college’e i wyższe uczelnie, zawierając coraz większą liczbę kontraktów na
wyłączność, które zmuszają szkoły do dochowywania wierności określonemu logo.
Podobnie jak igrzyska olimpijskie, wiele uniwersytetów ma swoje „oficjalne”
linie lotnicze, banki, firmy kurierskie oraz dostawców komputerów. Umowy na
wyłączność pozwalają sponsorom zadzierzgnąć
więzy czułego przywiązania z przyszłymi klientami w okresie, kiedy
kształtuje się ich osobowość, nie mówiąc już , że dostają coś w rodzaju
pieczęci akademickiej aprobaty (bycie oficjalnym dostawcą któregoś z czołowych
uniwersytetów brzmi niemal tak, jakby szacowne grono profesorskie ustaliło
naukowo, że Coca-Cola to jest to!, albo że nasze Frytki są bardziej
chrupiące! Dla pewnych farciarskich
korporacji to odpowiednik doktora honoris
causa).
(...)
Markowy uniwersytet z prawdziwego
zdarzenia ......... 422
Coraz więcej uczelni wypowiada
bezpardonową walkę markowym intruzom, są jednak i takie, które zaczynają zdawać
sobie sprawę, że same stanowią markę. Uniwersytety należące do Ivy League
[stowarzyszenia 8 prestiżowych uczelni we wschodniej części USA – H.P.] oraz
szkoły wyższe mogące poszczycić się mistrzowskimi drużynami sportowymi
posiadają własne linie odzieży, z których część rywalizuje o udział w rynku z
największymi komercyjnymi domami mody. Mają również podobne problemy z
robotnikami.
(...)
Działania na poziomie wspólnoty
lokalnej:
zasada selektywnych zakupów ......... 426
Ponieważ rządy państw Ameryki
Północnej i Europy nie palą się bynajmniej do nałożenia skutecznych sankcji na
znane z łamania praw człowieka reżimy Birmy, Nigerii, Indonezji oraz Chin,
woląc wchodzić z tymi krajami w „konstruktywne stosunki handlowe”, ich rolę
przejęły władze lokalne. W USA rady miejskie, wydziały oświaty, a nawet
niekiedy władze poszczególnych stanów, po cichu dystansują się od wzajemnej
wymiany uprzejmości, która uchodzi obecnie za politykę zagraniczną,
wypracowując własną, lokalną wersję tej polityki.
Lokalni ustawodawcy wiedzą, że nie
zdołają powstrzymać międzynarodowych
korporacji od finansowania reżimów Nigerii czy Birmy ani zablokować importu
towarów produkowanych przez dzieci i więźniów w Pakistanie czy Chinach; mogą
jednak zrobić coś innego. Mogą powstrzymać się od kupowania towarów i usług od
tych firm w sytuacjach, kiedy decydują, z kim będą robić interesy... Stosowanie „zasady selektywnych zakupów”, jak
nazywana jest taka polityka etycznego nabywania, ma dwojaki cel. Po pierwsze,
może przekonać poszczególne firmy, że nieetyczne praktyki za granicą po prostu
się nie opłacają – można przez nie stracić kontrakty w kraju. Po drugie, takie
działania władz lokalnych wywierają presję na władze federalne, pokazując im
potrzebę zajęcia bardziej pryncypialnego stanowiska w polityce
zagranicznej.
Wzorowana na podobnych inicjatywach
z okresu walki a apartheidem, obecna „chwilowa moda” (jak się złośliwie wyraził
pewien komentator z ramienia republikanów) na lokalną politykę zagraniczną
narodziła się, jak tyle innych amerykańskich ruchów na rzecz sprawiedliwości
społecznej, w kalifornijskim Berkeley.588 W lutym 1995 roku Rada
Miejska Berkeley przyjęła uchwałę zabraniającą kupowania towarów i usług od
firm inwestujących w Birmie. Oczywiście, firmy te nadal mogły sprzedawać swoje
produkty na terenie Berkeley – zakaz kupowania obejmował jedynie instytucje
miejskie, takie jak policja czy służby oczyszczania miasta. Uchwała Rady
Miejskiej Berkeley wywołała efekt domina – co najmniej 22 miasta, jedno
hrabstwo i dwa stany przestały kupować od firm inwestujących w Birmie, a kilka
miast objęło takim zakazem także firmy
zaangażowane w Nigerii.
(...)
ROZDZIAŁ
OSIEMNASTY POZA
MARKĘ
Ograniczenia
polityki skoncentrowanej na marce .........
437
W tej branży do jakichkolwiek zmian dochodzi tylko wtedy, kiedy
ktoś ma na ciebie haka i bez przerwy kłuje cię nim w tyłek.
- Bud Konheim, prezes firmy odzieżowej Nicole
Miller Inc.
4 września 1997
Kiedy złym markom przytrafiają
się dobre rzeczy ......... 437
W swojej książce One World, Ready or Not William Greider pisze, że „koncentrowanie
się na moralnych wartościach – czy też na ich braku – u poszczególnych firm,
wywołuje u czytelników poczucie wyższości, zbyt łatwe i nie całkiem zasłużone.
[...] Nike wymyślił wybitnie chorą
ideologię, służącą mu do sprzedawania butów – wspaniałe warunki wielkich
sportowców, pod którymi ukrywa niehumanitarne traktowanie własnych robotników –
ale jaki sens ma czepianie się Nike’a i Michalea Jordana skoro nawet rząd USA
stosuje te same metody?608.
Greider zwrócił uwagę na ważną rzecz. Postępowanie poszczególnych
korporacji stanowi produkt uboczny
globalnego systemu ekonomicznego, który konsekwentnie dąży do usunięcia
wszelkich barier i obwarowań regulujących handel, inwestycje i zlecanie usług
na zewnątrz (outsourcing). Koncerny robią interesy z brutalnymi dyktatorami,
wyprzedają swoją bazę produkcyjną i
płacą stawki niższe niż koszty utrzymania, ponieważ umożliwiają im to
obowiązujące reguły międzynarodowego handlu.
(...)
Słynne marki,
którymi zajmujemy się w tej książce, reprezentują globalny kapitalizm i kiedy
opinia publiczna zaczyna się im bacznie przyglądać, przy okazji trafia pod lupę
cały system.
Jednak gdy cala uwaga skupia się na
pojedynczym logo, nawet jeśli jest to świadoma taktyka zmierzająca do
zilustrowania szerszych kwestii, pozostałe marki mogą spać spokojnie. Jak już
widzieliśmy, Chevron został nagrodzony kontraktem odebranym Shellowi, a Adidas
triumfalnie powrócił na rynek dzięki skopiowaniu strategii produkcji i
marketingu Nike’a, przy czym udało mu się uniknąć kontrowersji. Palmę
hipokryzji dzierży Reebok, który zbił kapitał na potknięciach Nike’a,
ustawiając się w pozycji alternatywnego etycznego producenta obuwia.
(...)
Kiedy złe rzeczy przytrafiają się
towarom niemetkowalnym ......... 440
Wiwa jest przekonany, że nieustanne naciski zmuszą w
końcu Shell do wyjścia naprzeciw żądaniom wypłacenia odszkodowań i
rekonstrukcji środowiska na ziemi Ogoni. Miliony, wyłożone przez Shell na
public relations i restrukturyzację, świadczą o tym, że nawet najbardziej
dochodowy koncern na świecie musi dbać o swój publiczny wizerunek. Ma to pewien
związek z dużą widzialnością i wrażliwością na ataki marki Shella. Koncern
wydobywa nieprzetworzone bogactwa naturalne z ziemi i wód Nigerii, ale
następnie opatruje je swoim logo i sprzedaje we własnych markowych stacjach
benzynowych na całym świecie. I tu właśnie konsumenci mogą dokonać wyboru
między Shellem a Texacoalbo Shellem a
Chewronem...
Jednak zupełnie inaczej przedstawia się
sytuacja większości międzynarodowych korporacji działających w branży surowców
naturalnych. Koncerny eksploatujące zasoby naturalne nie sprzedają niczego
bezpośrednio konsumentom, nie muszą więc martwić się o swój publiczny
wizerunek...
Na całym świecie dzieci pracują na
zatrutych pestycydami polach, w niebezpiecznych kopalniach, wytwórniach kauczuku
i hutach, gdzie ciężkie maszyny ucinają i miażdżą małe paluszki i rączki. Część
z nich produkuje artykuły eksportowe: konserwy rybne, herbatę, ryż, gumę na
opony. Ich dramatyczne położenie nie przemawia jednak do wyobraźni światowej
opinii publicznej w takim stopniu, co sytuacja dzieci, które produkują piłki ze
swooshem czy szyją ubranka dla Barbie, ponieważ ucisk, który cierpią, jest
nieometkowany, a co za tym idzie, trudniejszy do zidentyfikowania i mniej
widoczny w naszym opętanym markową obsesją świecie.
(...)
Bojkoty wtórne ......... 441
Sposób na obejście tej trudności
odkryli Indianie Lubicon Cree, kiedy japoński gigant papierniczy Daishowa
Marubeni-International ujawnił zakrojone na szeroką skalę plany wyrębu lasów i
budowy papierni na ziemiach, które Lubicon Cree uważali za swą pełnoprawną
własność. Tereny w północnej Albercie stanowiły przedmiot zaciekłego sporu z
rządem kanadyjskim, który przez 65 lat skutecznie unikał przystąpienia do
negocjacji w celu rozwiązania tego problemu. W międzyczasie wycinka drzew i
kopalnie obracały w perzynę ekosystem i tradycyjny sposób życia Indian Lubicon
Cree. Kiedy więc Daishowa odmówił wstrzymania wartej 500 milionów dolarów
inwestycji do czasu, aż zostanie rozstrzygnięta kwestia własności ziemi,
Lubicon Cree uznali, że tego już za wiele. Skoro ani
rząd, ani koncern nie chcą ich słuchać, będą musieli zaatakować bezpośrednio
Daishowa. Ale jak? Daishowa nie produkuje towarów codziennego użytku –
ścina drzewa i robi z nich wyroby papiernicze, które następnie sprzedaje w
hurcie innym wielkim korporacjom. Jak dobrać się do skóry firmie, która nie
wchodzi w absolutnie żadną interakcję z szerszą publicznością?
Pewnego wieczoru w 1989 r.
solidaryzujący się z Indianami aktywiści z grupy Friends of Lubicon debatowali
nad tą właśnie kwestią przy pizzy, gdy nagle wzrok jednego z nich padł na
papierową torbę Pizza Pizza, gdzie na samym dole, wydrukowany malutkimi
literkami, widniał znak towarowy Daishowa. I to było to. Szybko postanowiono,
że Frends of Lubicon wezwą do „wtórnego bojkotu”: poproszą klientów koncernu –
między innymi Pizza Pizza, kanadyjską sieć sklepów odzieżowych Roots i sieć
domów towarowych Woolworths – żeby przestali kupować papier od Daishowa, jeśli
nie chcą sami stać się przedmiotem
bojkotu. Daishowa nie ma własnego wizerunku rynkowego, ale posiada go wielu z
jego klientów, dla których dobra relacja z konsumentami ma zupełnie podstawowe
znaczenie. Wkrótce wielu z nich
poszukało innego dostawcy papieru. Strategia okazała się skuteczna... (...)
Od początku swojego konfliktu z Lubicon Creee Daishowa
twierdził, że niesłusznie stał się celem ataków, przypadkiem znalazłszy na
linii ognia w wojnie między Indianami i
rządem. W pewnym sensie to prawda. Skierowanie kampanii przeciwko
koncernowi i jego klientom było aktem desperacji. (...) „Rząd nigdy by nie przystąpił do negocjacji, dopóki
jedynymi poszkodowanymi byli Lubicon – dopóki to tylko oni nie mogli normalnie
funkcjonować”.620 Utrudniwszy normalne funkcjonowanie
także koncernowi Daishowa, Lubicon Cree uczynili krok s kierunku dającego się
utrzymać politycznego rozwiązania.
Precedens
Daishowa posłużył za ostrzeżenie dla wszystkich innych anonimowych
wydobywców bogactw naturalnych,
prowadzących swoją działalność bez większego rozgłosu.
(...)
Mane, tekel, fares (słowa
ostrzeżenia) ......... 443
Abstrahując od konieczności tej
strategii, wydaje się jednak dziwne, iż niesprawiedliwość społeczna i działania
na szkodę środowiska wymagają tak daleko
posuniętego przeformułowania, zanim dotrą do świadomości konsumentów.
Antykorporacyjny aktywizm bez wątpienia
balansuje na niebezpiecznie cienkiej granicy między walką o prawa
zadowolonych z siebie konsumentów a
zaangażowaną działalnością polityczną. (...)
(...) Kodeksy etycznego postępowania
są straszliwie śliskie. W odróżnieniu od przepisów, nie są egzekwowalne. W
odróżnieniu od umów ze związkami zawodowymi, nie powstały w odpowiedzi na
żądania i potrzeby robotników, we współpracy z kierownictwem fabryki. Wszystkie
bez wyjątku zostały zredagowane przez działy public relations, w miastach
takich jak Nowy Jork czy San Francisco, w bezpośrednim następstwie
kompromitującego dziennikarskiego śledztwa: kodeks Wal-Marta powstał, kiedy
wyszło na jaw, że sieć hipermarketów sprzedaje towary produkowane przez dzieci
w fabrykach w Bangladeszu; kodeks disneyowski narodził się po relacjach z
Haiti; kodeks Levi’sa stanowi odpowiedź na skandale związane z niewolniczą
pracą więźniów. Ich celem nie było wprowadzenie
reform, lecz „zamknięcie ust krytyce”, jak to ujął Alan Rolnick, prawnik
American Apparel Manufactures Association, udzielając porad swoim klientom.623
Jednak koncerny, prześcigając się w
tworzeniu kodeksów etycznego postępowania, popełniły poważny błąd w obliczeniach: po raz kolejny nie doceniły
ogromu informacji przepływającej swobodnie między robotnikami i wieśniakami z
Afryki, Ameryki Południowej i Azji a aktywistami z Europy i Ameryki Północnej –
kodeksy miast zamknąć komukolwiek usta zrodziły jeszcze więcej pytań. Dlaczego Shell nie przetłumaczył swojego manifestu Profits and Piriciples (Zyski i Zasady)
na żaden język, poza holenderskim? Dlaczego kodeksy Nike’a i Gapa jeszcze dwa lata
temu były dostępne jedynie w wersji angielskiej? Dlaczego robotnicy w fabrykach
w ogóle o nich nie słyszeli? Czym wytłumaczyć tak ogromne rozbieżności między
intencjami wyrażonymi w tych dokumentach a relacjami z pierwszej ręki,
napływającymi ze stref produkcji eksportowej i pól naftowych? Kto ma
kontrolować stosowanie się do tych zasad na wszystkich poziomach zlecania i
podzlecania produkcji? Kto ma wprowadzić je w życie? Jakie kary grożą za ich
nieprzestrzeganie?
Krótko mówiąc, to skrzyżowanie tekstu
reklamowego z Manifestem komunistycznym obróciło się przeciwko swoim autorom.
Krytycy bynajmniej nie ucichli – i nic dziwnego. (...) Boleśnie przekonał się o
tym Shell, kiedy w marcu 1999 roku wyszedł z kampanią marketingową, której
przygotowanie kosztowało go 32 miliony USD i która bezbłędnie przyswoiła sobie
retorykę... „Eksploatować
czy eksplorować?”, pytała
zgrabna reklama koncernu.
Każde
przedsiębiorstwo pragnie zaznaczyć swoją obecność. Jednak na tak delikatnych
obszarach, jak tropikalne lasy deszczowe czy oceany, industrializacja
pozostawiła już zbyt głębokie ślady.
Nasz wspólny klimat i ograniczone zasoby naturalne leżą nam dzisiaj na sercu,
jak jeszcze nigdy dotąd, i nie ma miejsca na podejście: „To gdzieś na końcu
świata, więc przecież nikt się nie dowie”. W Shellu wciąż na nowo odkrywamy
satysfakcję płynącą z prowadzenia biznesu w harmonii ze środowiskiem.
Poszukując złóż ropy i gazu na czułych obszarach naszej planety, nieustannie
zasięgamy opinii lokalnych społeczności i różnych globalnych grup interesu.
Pracujemy ramię w ramię, by zachować różnorodność biologiczną. Zachęcamy
również te grupy do monitorowania naszej działalności, dzięki czemu możemy
rewidować i ulepszać metody naszej pracy.624 *
*Czy to jeszcze reklama, czy już zakłamanie?
Swoją
drogą, rany zadane tundrze lub tajdze
goją się znacznie wolniej
niż
rany zadane tropikalnym
lasom
deszczowym.
Anonimus
Miast jednak położyć tamę zalewowi krytyki
horrendalne sumy wyłożone na public relations – w czasie gdy Ogoni wciąż jeszcze nie dostali żadnych odszkodowań,
zaś postulaty wprowadzenia niezależnego monitoringu są konsekwentnie odrzucane
– wywołały jedynie ostrą reakcję, tym razem przeciwko „mydleniu oczu na zielono”.
Arsenal Action, główny inicjator bojkotu Shella, zorganizowała akcję wysyłania
do kierownictwa firmy pocztówek z zaleceniem: „Przeznaczcie pieniądze na to,
żeby wyczyścić bałagan, którego narobiliście, a nie na mój wizerunek”, zaś w
kwietniu 1999 roku londyńscy aktywiści oblali schody przed międzynarodową centralą koncernu zieloną i czerwoną farbą.
Zielona farba, jak powiedział jeden z anonimowych sprawców, była po to, by
Shell mógł sprawdzić, jak smakuje „mydlenie oczu na zielono.”625
Kiedy
stało się jasne, że ulotne kodeksy etycznego postępowania nie zdołają uciszyć
głosów sprzeciwu (a w niektórych przypadkach wręcz je wzmocniły), kilka
międzynarodowych korporacji zaczęło
eksperymentować z bardziej zaawansowanymi wersjami markowego korporacyjnego
regulaminu. Te nowe dokumenty, wciąż nie wiążące prawnie i wciąż funkcjonujące
na zasadzie dobrowolności, bez żadnej niemal zewnętrznej kontroli, mają jednak
większą wagę od zwykłych deklaracji dobrych intencji. Do roku 1998 namnożyło
się tyle różnych modeli, że nawet najbardziej zaangażowani aktywiści zaczęli
się w tym gubić.
(...)
ZAKOŃCZENIE KONSUMPCJONIZM
KONTRA SPOŁECZEŃSTWO OBYWATELSKIE
Walka o globalne
wspólne dobra .........
455
Piwo w barze mojego hotelu w Rosario było
cudownie zimne i towarzystwo z Workers’ Assistance Center zaczynało się rozkręcać.
Spieraliśmy się, po raz kolejny zresztą, czy kodeksy etycznego postępowania w
ogóle mają jakąś dobrą stronę. Zernan
Toledo (który osobiście skłania się ku zbrojnej rewolucji – „to tylko kwestia
czasu”) huknął pięścią w stół. „To dokumenty pisane przez międzynarodowe
korporacje, służą więc wyłącznie ich interesom – nie czytaliście Marksa?”.
„Teraz jest inaczej”, odparowałam. „W
epoce globalizacji konieczne są jakieś wspólne standardy – a rządy z całą
pewnością nie spieszą się, żeby je ustalić”.
„Globalizacja to nic nowego. Zawsze mieliśmy
globalizację”, powiedział Arnel Salvador, inny działacz WAC.
Zagraniczni
inwestorzy, śpiewający z karoke w Montain and Sea Hotel w Rosario, wpisują się
na długą i gorzką historię obecności
kapitalistów na Filipinach: wyspy najpierw podbili Hiszpanie, po nich zjawili
się Amerykanie, zakładając bazy wojskowe i zmieniając prostytucję nieletnich w
najważniejszą gałąź krajowej gospodarki. Teraz nie ma już kolonializmu,
Amerykanie zlikwidowali swoje bazy, a nowymi imperialistami są tajwańscy i
koreańscy kontrahenci w strefach produkcji eksportowej, napastujący przy
liniach montażowych 18-letnie Filipinki. (...)
(...) Próba wsadzenia naszej wspólnej
kultury pod ugrzecznione i ściśle kontrolowane ometkowane klosze wywołała
gwałtowną falę sprzeciwu, opisaną w tej książce. Dokooptowywanie społecznej
krytyki i ruchów politycznych, jako źródeł „znaczenia” marek, dodatkowo
zradykalizowało ów sprzeciw. Za
odrzucenie tradycyjnej roli bezpośredniego pewnego pracodawcy, utrudniającej
pogoń za markową ułudą , korporacje zapłaciły utratą lojalności swoich
pracowników, która chroniła je niegdyś przed gniewem obywateli.
Fakt, że marki wprowadziły nas w ten
galimatias, nie oznacza jednak, że bez ich przewodnictwa nie zdołamy się z
niego wyplątać.
To bardzo trudne zadanie, tkwi w nim jednak pewien potencjał. Klaustrofobiczne
poczucie braku nadziei, wiążące się z kolonizacją przestrzeni publicznej i
utratą bezpieczeństwa zatrudnienia, zaczyna słabnąć, gdy pomyślimy o możliwościach
społeczeństwa nastawionego naprawdę globalnie, nie tylko wobec gospodarki i
kapitału, lecz również wobec globalnych praw i globalnej odpowiedzialności.
(...)
UZUPEŁNIENIE DWA LATA NA ULICACH: WYCHODZENIE POZA SYMBOLE
......... 462
Pierwsze wydanie No Logo kończy się wizją aktywistów rozprawiających ściszonym
głosem o planach zorganizowania globalnego ruchu antykorporacyjnego. Jednak
kiedy książka znajdowała się w druku, wydarzyło się coś, co wszystko zmieniło:
30 listopada 1999 roku na ulicach Seattle eksplodowały protesty przeciwko
światowej Organizacji Handlu. Z dnia na dzień tłumiony szept przeobraził się w
krzyk, który usłyszano na całym świecie. Nasz ruch przestał być tajemnicą,
pogłoską, przeczuciem.
Seattle wyniosło kampanie opisane w tej
książce do rangi najważniejszych punktów politycznej dysputy. Gdy masowe
demonstracje przenosiły się do Waszyngtonu, Quebeku, New Delhi, Melbourne,
Genui, Buenos Aires i do wielu innych miejsc, w prasie wrzała dyskusja na temat
brutalności policji i chuligańskich wybryków protestujących, ale w wielu
artykułach zastanawiano się również nad
możliwymi alternatywami – jeśli takowe istnieją – dla tego, co Francuzi
nazywają „dzikim kapitalizmem” (capitalisme savage). Zmienił się również
wydźwięk protestów. W bardzo krótkim czasie młodzi aktywiści, którzy początkowo
koncentrowali się na nieetycznych praktykach pojedynczych korporacji, zaczęli
kwestionować logikę kapitalizmu jako takiego, a także efektywność gospodarki
opartej na założeniu, że bogacenie się jednostek podnosi poziom życia
społeczeństwa. Ugrupowania kościelne, które do tej pory domagały się jedynie
„darowania” długów Trzeciego Świata, teraz głosiły klęskę „neoliberalnego
modelu ekonomicznego”, postulującego uwolnienie kapitału od wszelkich
ograniczeń w imię przyszłego rozwoju. Podniosły się głosy nawołujące już nie do
reform, lecz wprost do obalenia Banku Światowego i Międzynarodowego Funduszu
Walutowego. Prowokatorzy kulturowi przestali zadowalać się przerabianiem
pojedynczych billboardów i przystąpili energicznie do tworzenia nowych,
ekscytujących sieci mediów alternatywnych, takich jak Independent Media
Centers, działające obecnie w dziesiątkach miast całego świata.
W tym samym czasie instytucje odgrywające pierwszoplanową
rolę w propagowaniu i narzucaniu globalnej polityki neoliberalnej, przechodziły
własne metamorfozy. Bank Światowy, MFW,
Światowa Organizacja Handlu i Światowe Forum Gospodarcze przestały zaprzeczać, że
lansowany przez nie model globalizacji
nie przynosi zapowiadanych rezultatów, i same zaczęły poświęcać uwagę –
przynajmniej w swoich publicznych oświadczeniach – paradoksom śmiertelnego
zadłużenia, epidemii AIDS i miliardom
ludzi wyłączonych z globalnego rynku.
Zdałam sobie sprawę, że No Logo będzie wymagało
uaktualnienia. Problem polegał na tym,
że mimo tych wszystkich zmian – czy raczej właśnie z ich powodu – jakoś nie
mogłam się za to zabrać. Gdy Seattle eksplodowało na pierwszych stronach gazet,
ogarnął mnie, jak wielu innych aktywistów i teoretyków działających na tym
polu, nieokiełzany szał bitewny, zmuszając do przemawiania, dyskutowania,
organizowania i podróżowania bez umiaru. Robiliśmy, innymi słowy, to, co
powinny robić ruchy – ruszaliśmy się. Często tak szybko, że ledwo udawało się
utrzymać rękę na pulsie, nie mówiąc już o zrobieniu kroku w tył i zastanowieniu
się, dokąd nas to wszystko prowadzi.
Dopiero po atakach terrorystycznych 11
września kontekst ten, przynajmniej w Ameryce Północnej, zaczął powoli się
zmieniać. Nagle wszyscy zdawali się
mówić o przepaści między globalnymi bogaczami i nędzarzami, a także o braku
demokracji w wielu częściach świata.
Lecz chociaż amerykańska opinia publiczna w końcu zdała sobie sprawę z
minusów globalnej gospodarki – ukrywanych przez prasę pod płaszczykiem euforii
okresu prosperity – przekucie tej świadomości w polityczne działanie
niespodziewanie stało się znacznie trudniejsze niż dotąd. Miast naciskać na
rządy, by zmieniły wyraźnie wadliwą politykę, wystraszona populacja zaoferowała
swoim politykom nieograniczony kredyt zaufania, dając im całkowitą swobodę
prucia pełną parą tym samym kursem: zmniejszania opodatkowania bogatych
korporacji, podpisywania kolejnych układów handlowych, tworzenia kolejnych
projektów prywatyzacyjnych. W ogólnie panującym klimacie posiadanie odmiennego
zdania stało się niepatriotyczne.
Po 11 września amerykańscy aktywiści
stanęli również w obliczu wielu innych wyzwań. Jak starała się pokazać
niniejsza książka, zwrócenie się aktywistów w połowie lat 90. przeciwko wielkim
korporacjom było reakcją na fakt, iż tak wiele z tego, co wiąże się z władzą,
jest dzisiaj wirtualne: transakcje walutowe, ceny akcji, własność
intelektualna, marki i zrozumiałe tylko dla wtajemniczonych umowy handlowe.
Zaatakowanie symbolu, czy to będzie słynna marka w rodzaju Nike’a, czy też
spotkanie na szczycie światowych przywódców, czyniło z nieuchwytnego chwilowo rzeczywiste,
sprowadzając ogrom globalnego rynku do bardziej ludzkiej skali. Jednak
dominująca ikonografia tego ruchu -
„poprawione” przez prowokatorów kulturowych logo, partyzancka moda, wybór marek
i politycznych celów – prezentuje się zupełnie inaczej dla oczu, które widziały koszmar 11 września. Dzisiaj kampanie, polegające na
pokojowym nawet obalaniu potężnych kapitalistycznych symboli, funkcjonują na
gruntownie przeobrażonym pejzażu semiotycznym.
Uświadomiłam to sobie niedawno,
przeglądając zestaw slajdów, który przygotowałam tuż przed atakami WTC. Pokaz
miał zilustrować narastające zjawisko wchłaniania antykorporacyjnej metaforyki
przez korporacyjny marketing. Pierwsze przezrocze ukazuje grupkę aktywistów
piszących coś sprayem na oknie sklepu Gapa w czasie protestów w Seatle. Na
następnym widzimy wystawę Gapa ozdobioną własnym sfabrykowanym graffiti
„Indepedence” (Niezależność) nakreślonym czarnym sprayem. Następny slajd
przedstawia obrazek z gry Sony PlayStation pod nazwą State of Emergency (stan wyjątkowy), na którym
anarchiści z odlotowymi fryzurami rzucają kamieniami w złowieszczo
wyglądających policjantów z oddziałów szturmowych, ochraniających fikcyjną
Amerykańską Organizację Handlu. Kiedy po raz pierwszy oglądałam te scenki
zestawione jedna obok drugiej, byłam zdumiona tempem korporacyjnego
dokooptowywania. Po 11 września nie robią już jednak na mnie takiego wrażenia;
w porównaniu z atakami terrorystów zdają się nieważne, jak maleńkie samochody i
figurki ludzkie rozsypane na planie filmu katastroficznego.
Nie mogło być inaczej. Ataki na World
Trade Center i Pentagon były aktami realnego, przerażającego terroru, a
jednocześnie aktem symbolicznym, i zresztą natychmiast tak właśnie zostały
odebrane. Jak to ujęli liczni komentatorzy, wieże WTC były nie tylko wysokimi
budynkami; były „symbolem amerykańskiego kapitalizmu”. Co było do przewidzenia,
wielu politycznych przeciwników ruchu antykorporacyjnego zaczęło wykorzystywać
symbolikę tych ataków na poparcie twierdzenia, iż akty terroryzmu są skrajnym
wyrazem tych samych idei, które wyznają aktywiści. Pojawiły się głosy, że ataki
wyznaczają drugi koniec kontinuum, na którego początku znajdują się
antyamerykańskie i antykorporacyjne zamieszki: od okien kafejki Starbucks w
Seatle do WTC.
Byli i tacy, którzy posunęli się jeszcze
dalej, twierdząc, że polityka wolnego rynku stanowi gospodarczy front wojny
przeciwko terroryzmowi. Popieranie „wolnego handlu” otrzymało metkę, jak
kupowanie i baseball, patriotycznego obowiązku.
(...)
Zostały nakreślone nowe, prymitywne co
prawda, linie podziału: ci, którzy krytykują rząd USA, automatycznie stają się
poplecznikami zamachowców, a opowiadanie się przeciwko sterowanej przez rynek
globalizacji jest wodą na młyn terrorystów.
W logice tej tkwi jednak pewien rażący
błąd: wydarzenia 11 września ostatecznie zdyskredytowały ideę, jakoby rynek
mógł sam przez się rozwiązać wszystkie nasze problemy społeczne. Od
funkcjonariuszy ochrony sprywatyzowanych lotnisk, którzy nie wykryli broni
wniesionej przez porywaczy na pokład samolotów, poprzez prywatne organizacje
charytatywne, tak nieudolnie niosące pomoc ofiarom, po korporacyjne subwencje,
które zawiodły jako stymulatory rozwoju gospodarczego, sterowana przez rynek
polityka nie pomaga bynajmniej w wojnie z terroryzmem. Przeciwnie, stanowi kulę
u nogi. Chociaż więc krytykowanie polityków wyszło chwilowo z mody, od czasu
ataków coraz więcej osób w USA zaczyna instynktownie odczuwać doniosłość hasła
antyglobalistycznych protestów
ulicznych: „Najpierw ludzie, potem zysk”.
Najbardziej dramatycznym przejawem
tego procesu jest zmieniające się nastawienie amerykańskiej opinii publicznej
do własnego sektora publicznego. W następstwie ataków, notorycznie przez
ostatnie dwadzieścia lat niedofinansowane, szkalowane, wyjmowane spod kontroli
państwa i prywatyzowane instytucje i służby – lotniska, urzędy pocztowe, szpitale,
transport publiczny, inspekcja sanitarna – znalazły się w świetle reflektorów,
bynajmniej nie przygotowane, jak się okazało, na takie zainteresowanie.
Amerykanie szybko odkryli, co oznacza mieć system opieki zdrowotnej do tego
stopnia przeciążony, że nie może poradzić sobie ze zwykłą epidemią grypy, o
wągliku nie wspominając. Brakowało lekarstw, a prywatne laboratoria nie zdołały
zaspokoić zapotrzebowania na szczepionki przeciwko wąglikowi choćby na potrzeby
wojska, nie mówiąc już o cywilach. Pomimo iż od dziesięciu lat zapewniano nas,
że amerykańskie zapasy wody są doskonale zabezpieczone przed atakiem
bioterrorystów, kiedy przyszło co do czego, przeciążona US Environmental
Protection Agency zrobiła skandalicznie niewiele. Jeszcze gorzej jest z żywnością:
jak się okazało, przez kontrolę sanitarną przechodzi zaledwie 1% importowanej
żywności, co wobec narastającego ryzyka „agroterroryzmu” nie stanowi
praktycznie żadnej ochrony.
Najbardziej boli, że to właśnie
strażacy pospieszyli na ratunek maklerom i innym pracownikom WTC, udowadniając, iż sektor publiczny ma jednak swoją rolę do odegrania. Nic
dziwnego, że najlepiej dzisiaj sprzedające się na ulicach Nowego Jorku koszulki
i czapeczki z logo Fire Department
of New York wyparły kontrabandę ze znaczkami Nike’a i
Prady.
Znaczenie silnego sektora publicznego
odkrywają na nowo nie tylko bogate kraje, jak USA, lecz również państwa biedne,
w których błyskawicznie rozprzestrzenia się religijny fundamentalizm. Kraje o
infrastrukturze publicznej zrujnowanej
przez wojny i zadłużenie stają się łatwym łupem
dla dobrych wujaszków pokroju Osamy bin Ladena, którzy wezmą na siebie
zapewnienie ludności elementarnych udogodnień, z natury należących do sfery
publicznej: dróg, szkół, ośrodków zdrowia, a nawet podstawowych urządzeń
sanitarnych. (...)
Kiedy analizujemy mechanizmy terroryzmu...
nieustannie powraca ten sam motyw: płacimy wysoką cenę za stawianie doraźnych
żądań biznesu... przed potrzebami ludzi.
Po11 września kurczowe trzymanie się rozwiązań wolnego rynku opartych na
zasadzie laissez faire, wbrew przytłaczającym dowodom ich nieskuteczności,
coraz bardziej przypomina ślepą wiarę, równie irracjonalną, co system wierzeń
fanatyków religijnych prowadzących samobójczy dżihad.
Aktywiści stanęli przed zadaniem
rozpoznania różnorakich związków między atakami 11 września a wieloma innymi
obszarami , w których potrzeby ludzi muszą zostać uznane za ważniejsze od
korporacyjnych zysków... Równie ważnym
zadaniem jest wysuwanie argumentów na rzecz stosunków międzynarodowych opartych
na zasadzie wzajemności. (...)
(...)
Na jednym biegunie mamy George’a
W. Busha oświadczającego: „Jeśli nie jesteś z nami, to jesteś po stronie
terrorystów”, a na drugim Osamę bin Ladena, zapewniającego, że „wydarzenia te
podzieliły świat na dwa obozy, obóz wiernych i obóz niewiernych”. Do
antykorporacyjnych i prodemokratycznych aktywistów należy wykazanie
niedorzeczności takiego podziału i uzmysłowienie nam, że istnieje więcej
możliwości wyboru. (...)
Na długo przed 11 września aktywiści
zaczęli zdawać sobie sprawę z potrzeby przerzucenia środka ciężkości z
organizowania konkurencyjnych spotkań na szczycie na artykułowanie i budowanie
takich alternatyw. (...)
(...)
Światowe Forum Społeczne nie jest kongresem politycznym: nie ma tu
ustalania wytycznych, głosowania wniosków, ani żadnych prób stworzenia partii
politycznej ze ściśle zhierarchizowanymi komórkami i organem prasowym. I ten
właśnie fakt czyni obecną falę aktywizmu niepodobną do niczego, co było dotąd.
Dzięki Internetowi mobilizacja nie wymaga już dzisiaj rozbudowanej biurokracji i hierarchii;
wymuszony konsensus i ciężkie manifesty odchodzą w przeszłość, ustępując
miejsca kulturze nieustannej, luźno zorganizowanej i niekiedy kompulsywnej
wymiany informacji. Poszczególni intelektualiści i działacze pomagają nadać
kształt ideom ulicznych demonstrantów, z całą pewnością jednak nie dysponują
władzą, ani nawet mechanizmami, by prowadzić tych demonstrantów w jakimś określonym kierunku. Prawdę
mówiąc, nie jest to nawet ruch. To
tysiące ruchów, misternie ze sobą połączonych na podobieństwo systemu linków
łączących ich strony internetowe. Chociaż owa siatka powiązań jest niezwykle
ambitna pod względem zakresu i zasięgu, o jej dążeniach można powiedzieć wszystko,
tylko nie to, że są imperialne. Siatka ta nieubłaganie kwestionuje
najpotężniejsze instytucje i ludzi naszych czasów, sama jednak nie dąży do
przejęcia władzy. Przeciwnie, dąży do rozproszenia władzy, tak szeroko i
równomiernie, jak to tylko możliwe.
Najlepszym przykładem zastosowania tego
nowego, rewolucyjnego myślenia jest powstanie Indian w meksykańskim stanie
Chiapas. Zapatyści, którzy w styczniu 1994 roku wystąpili przeciwko rządom
meksykańskich wojskowych, nie stawiali sobie za cel przejęcia kontroli nad
stanem, lecz odzyskanie i zbudowanie autonomicznych przestrzeni, na których
zakwitnie „demokracja i sprawiedliwość”. Z punktu widzenia zapatystów, owe
wolne przestrzenie, utworzone na odzyskanej ziemi, wspólna uprawa roli i opór
wobec prywatyzacji stanowią próbę stworzenia przeciwwagi dla państwa, a nie
obalenia go, by zastąpić kolejnym scentralizowanym reżimem. (...)
(...)
Wielu aktywistów rozumie już dzisiaj , że globalizacja nie jest po
prostu dobrą ideą, która wpadła w niepowołane ręce. Rozstali się też z
przekonaniem, że wszystko da się naprawić, jeśli tylko międzynarodowe
instytucje, takie jak Światowa Organizacja Handlu, staną się bardziej
demokratyczne i zaczną odpowiadać przed społeczeństwem. Przeciwnie, twierdzą,
że alienacja globalnych instytucji stanowi jedynie symptom szerszego kryzysu
demokracji parlamentarnej, polegającego na tym, że sprawowanie władzy i
podejmowanie decyzji odbywają się dzisiaj coraz dalej od miejsc, w których
efekty tych decyzji są bezpośrednio odczuwalne. Rozumowanie, że to samo jest
dobre dla wszystkich, prowadzi do homogenizacji politycznych i kulturowych
wyborów oraz powszechnego paraliżu inicjatyw obywatelskich i rozpowszechniania
postawy wycofania się.
W miarę jak centralizacja władzy i wirtualizacja
procesu podejmowania decyzji są coraz częściej postrzegane jako wspólny wróg,
coraz powszechniejsze staje się również przekonanie, że demokracja bezpośrednia
na poziomie lokalnym – sprawowana przez związki zawodowe, samorządy gminne,
władze miasta, farmy, wioski czy zgromadzenia autochtonicznej ludności – jest
właśnie tym, od czego trzeba zacząć budowanie alternatywnych rozwiązań. W
różnych kontekstach powraca idea samostanowienia i różnorodności: różnorodności
kulturowej, ekologicznej, a nawet politycznej. Zapatyści mówią o tworzeniu ruchu opartego na jednym
„nie” i wielu „tak”, co już samo w sobie przeczy, iż w ogóle jest to pojedynczy
ruch, a także podważa przekonanie, iż powinien nim być. Jak się wydaje, w
sposób naturalny powstaje coś, co nie jest ruchem na rzecz pojedynczego
globalnego ośrodka władzy, lecz raczej wizją międzynarodowej siatki lokalnych
inicjatyw, z których każda zbudowana jest na odzyskanej przestrzeni publicznej
i poprzez instytucje demokracji bezpośredniej odpowiada przed obywatelami w
stopniu bez porównania większym, niż czynią to korporacje czy instytucje
państwowe. Jeśli ruch ten w ogóle posiada jakąś ideologię, jest nią demokracja,
i to nie tylko przy urnie wyborczej, lecz wpleciona w każdy aspekt codziennego
życia.
(...) Dlatego goryczą napawają
próby wykazania ideologicznych powiązań między antykorporacyjnymi aktywistami i
fundamentalistami religijnymi w rodzaju bin Ladena, jak ta podjęta w
październiku 2001 roku przez brytyjską minister ds. rozwoju międzynarodowego,
Clare Short. „Jestem pewna, że chcą przemyśleć swoje żądania, ponieważ okazały
się one tak bardzo podobne do żądania siatki bin Ladena”. Nie mogła się
bardziej mylić. Osamą bin Ladenem i jego zwolennikami nie powoduje niechęć do
scentralizowanej władzy, lecz wściekła frustracja, iż tak mała cząstka owej
władzy skupiona jest w ich rękach. Do
szaleństwa doprowadza ich nie homogenizacja wyborów, lecz fakt, iż świat nie
jest zorganizowany wedle ich własnego homogenicznego i imperialistycznego
systemu przekonań.
Innymi słowy, jest to klasyczna walka o
władzę; o to, który z wielkich, wszechwiedzących systemów będzie rządził
światem. Tak jak niegdyś linia podziału
przebiegała między komunizmem i kapitalizmem, tak teraz mamy Boga Rynku
mobilizującego siły przeciwko Bogu Islamu. Urok tej wojny dla bin Ladena i jego
zwolenników po części polega na przekonaniu, iż żyją w mitycznych czasach,
kiedy ludzie byli podobni bogom, bitwy miały epicki rozmach, a słowo historia
pisano jeszcze z dużej litery. „Chrzań
się, Francisie Fukyamo”, zdają się mówić, „Historia jeszcze się nie skończyła.
My ją tworzymy”.
Po 11 września idea ta dala o sobie znać
po obu stronach; to wielki powrót wspaniałej opowieści o narodach wybranych,
imperiach zła, planach generalnych i wielkich bitwach. Wszystko to znowu jest w
modzie. Opowieść o zbawianiu świata należy do najbardziej upartych mitów
ludzkości, ma on jednak niebezpieczny rewers. Kiedy kilku facetów postanawia
żyć swoim mitem i wyrosnąć ponad zwykłych ludzi, nie ma rady, musi to mieć
wpływ na życie tych wszystkich, którzy pozostali przy swoich normalnych
rozmiarach. Nagle stają się mali i nieważni, łatwo ich składać w ofierze na
ołtarzu jakiejś wielkiej sprawy.
(...)
Na szczęście antykorporacyjni i prodemokratyczni aktywiści nie prowadzą
żadnej straszącej ogniem piekielnym krucjaty. Z zasady występują przeciwko
systemom scentralizowanej władzy i są równie krytyczni wobec lewicowych
rozwiązań typu „to samo dla wszystkich”, co prawicowej logiki rynku. Często
mówi się z lekceważeniem, że ruchowi temu brakuje ideologii, uniwersalnego
przesłania, planu generalnego. To święta prawda i powinniśmy być wdzięczni, że
tak jest. W chwili obecnej wokół ulicznych aktywistów występujących przeciwko
wielkim korporacjom zacieśnia się krąg niedoszłych przywódców, którzy aż się
palą, żeby zaciągnąć ich pod swój sztandar. Trzeba przyznać na korzyść tego
młodego ruchu, że jak dotąd, odpiera cudze programy i nie przyjmuje
wspaniałomyślnie darowanych manifestów, dążąc do sformułowania własnych założeń
drogą możliwie demokratycznej procedury. Co to będzie? Dziesięciopunktowy plan?
Nowa doktryna polityczna?
Niewykluczone, że będzie to coś całkiem
nowego. Nie żadna wyświechtana ideologia zaciekłej walki z fundamentalizmem,
czy to wolnorynkowym, czy islamskim, lecz plan chronienia wielu możliwości i
rozwoju wielu światów, bo świat, jak mówią zapatyści, zawiera w sobie wiele
światów. Być może ten ruch ruchów, miast dążyć do czołowego starcia z
orędownikami neoliberalizmu , okrąży ich ze wszystkich stron.
Ruch ten nie jest, jak to ostatnio
obwieścił nagłówek w pewnej gazecie, „zeszłorocznym śniegiem”. Zmienia się
tylko, schodząc na kolejny, głębszy poziom, przenosząc punkt ciężkości z aktów
symbolicznego oporu i teatralnych protestów na „wprowadzanie naszych inicjatyw
w życie, by stały się faktem”, jak zostało to powiedziane podczas niedawnego
szczytu akcji bezpośredniej w Nowym Jorku. Wkrótce po ukazaniu się drukiem No
Logo odwiedziłam Uniwersytet Oregon, zbierając materiały do artykułu o
antykorporacyjnym aktywizmie na uczelni,
zwanej popularnie Nike U (Uniwersytet Nike’a). Spotkałam tam działaczkę
studencką Sarę Jakobson. Nike, powiedziała mi Sarah, nie jest dla niej celem,
lecz narzędziem, sposobem na dobranie się do potężnego i często mało
wyrazistego systemu ekonomicznego. „Jak narkotyk, poszerzający świadomość”,
oznajmiła radośnie.
Przez całe lata nasz ruch karmił się
symbolami tych, przeciwko którym występowaliśmy – ich markami, wieżami ich
biurowców, spotkaniami na szczycie, których głównym celem było pozowanie do
wspólnej fotografii. Służyły nam one za wezwanie do boju, punkty centralne,
popularne narzędzia edukacyjne. Symbole te jednak nigdy nie stanowiły
prawdziwego celu naszych ataków; pełniły tylko rolę klamki, dźwigni. Były
drzwiami. Nadszedł czas, żeby przejść przez te drzwi.
Naomi Klein, styczeń
2002
----------------------------------------
Rozmowa z Naomi
Klein: autorką światowego bestselleru „No Logo”, o wojnie w Iraku, drapieżnych korporacjach, mądrych
alterglobalistach i zakutych liberałach.
Polityka z 23 października 2004 roku, str. 48-51. Rozmawiał Jacek Żakowski.
----------
Nazwisko Naomi Klein,
trzydziestoletniej Kanadyjki z Toronto, stało się jedną z najgłośniejszych marek
anglosaskiego dziennikarstwa. Jej książka
„No Logo” (W Polsce od 25 października) to od kilku lat globalny
bestseller, opisujący patologie systemu, który wyrósł na gruzach zimnej wojny i
rodzenie się odruchów sprzeciwu. Kiedy
Klein pisała „No logo” w połowie lat 90., w światowej debacie dominowała
neoliberalna TINA (there is no alternative – nie ma innego wyboru) –
nieformalna ideologia zakładająca, że istnieje tylko jedna racjonalna
politycznie i ekonomicznie droga, że liberalizacja, prywatyzacja, likwidacja
państwa opiekuńczego na całym świecie to konieczność i źródło powszechnej
szczęśliwości.
„No Logo” destruowało ten obraz. Pokazując jak działa TINA w różnych miejscach świata, Klein prowadziła
bowiem swoich czytelników do wniosku, że narastanie frustracji, napięć,
wyzysku, nieszczęść, nędzy, nierówności, konfliktów, które uważano za problemy
okresu przejściowego, stanowi nie tyle błąd, co skutek nowego porządku. Mówiąc
językiem Kisiela: zdaniem Naomi Klein wstrząsy ostatnich 10 lat „to nie kryzys,
to rezultat promowanego przez korporacje neoliberalnego ładu, którego globalnym
wehikułem są Światowa Organizacja Handlu i Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Symbolem tego ładu jest
logo, czyli znak firmowy jako kwintesencja kultury konsumpcyjnej, w której o
wartości decyduje wyrafinowany marketing, a nie jakość (od żywności i odzieży
po partie polityczne), najważniejszym kapitałem firmy staje się zaś jej znak, a
nie fabryki i pracownicy. Zdaniem Klein potęga reklamy i marketingu sprawia, że
wszyscy stajemy się niewolnikami korporacji. Piętnem współczesnych niewolników
jest logo umieszczone na wszystkim, czego używają. Dzięki reklamie korporacje
rządzą wyobraźnią i pragnieniami ludzi, dzięki uwolnieniu handlu przerzucają
miejsca pracy tam, gdzie im wygodnie, niszcząc przez to lokalne społeczności,
wykorzystują półniewolniczą pracę w najbiedniejszych krajach, narzucają
politykę rządom i same stają się pozbawionymi demokratycznej legitymacji
superrządami. Nieraz pisano, że dla świadomości i tożsamości alterglobalistycznej
„No Logo” miała takie znaczenie jak „Kapitał”
Marksa dla budowania ruchu komunistycznego. Ona uważa, że tylko
zarejestrowała rodzenie się sprzeciwu.
----------
Jacek Żakowski: - Co się zmieniło, od kiedy
napisała pani „No Logo”?
Naomi Klein: - Wszystko. To już było tak dawno...
Zaledwie pięć lat
temu.
Ale jakie 5 lat! Gdyby dziś
przeniesiono pana do tamtego świata, czułby się pan jak w Parku Jurajskim. Nie
było prezydenta Busha, ibn Ladena, wojny z terroryzmem, wszyscy wierzyli w
TINA, alterglobaliści byli praktycznie w podziemiu.
„Lecz płonął ogień podziemny” – jak mówi
motto „No Logo”.
Ludzie byli wściekli, ale nie wiedzieli dlaczego i nie wiedzieli, co robić. Przeważnie wierzyli, że tak już być musi. Aż ruszyła lawina. Kiedy po czterech latach pracy kończyłam „No Logo”, wybuchły zamieszki w Seattle (1999 r.). Niezadowoleni nareszcie się policzyli. Zobaczyli, że jest ich wystarczająco dużo, żeby mieć wpływ na to, co się dzieje. Zaczął się kryzys wiary w to, że mamy koniec historii, że polityka umarła, że wszyscy ludzie to już tylko apatyczni, egoistyczni idioci, których interesuje wyłącznie konsumpcja. Po marazmie lat 90. historia ruszyła do przodu. Po tym był 11 września i media przestały się zajmować wyłącznie głupotami. Po pierwszym szoku ludzie zaczęli pytać, co się właściwie dzieje. Bo zobaczyli, że świat zwariował i stał się strasznie niebezpieczny. Zmieniła się atmosfera polityczna i intelektualna. Gdy w 2001 r. władzę w Ameryce przejęli neokonserwatyści, którzy chcą przemocą swoją wizję narzucić całemu światu, okazało się, że Ameryka jest już na to za słaba. Waszyngton już nie może przeprowadzić swoich neoliberalnych koncepcji ani w Światowej Organizacji Handlu, ani na przykład w Ameryce Łacińskiej, która bardzo długo robiła to, co kazali Jankesi. Europa też zaczęła się emancypować – może poza krajami dawnego bloku wschodniego, które wciąż wierzą w TINA. Z waszej perspektywy trudno zauważyć to, co dla innych jest już oczywiste – że ten ład ma dobre czasy za sobą, że potęga Ameryki się kruszy, że neokonserwatywny projekt przegrywa, neoliberalny konsens waszyngtoński się kończy, bo wyczerpał swoje możliwości.
Po czym to pani poznaje?
Dowodem jest Irak. Pierwszy kraj, który spróbowano wprowadzić w obszar neoliberalnego porządku za pomocą wojny. Inaczej już się nie dało.
Pani myśli, że Ameryka zaatakowała Irak,
żeby rozszerzyć wpływy neoliberalizmu?
To jest oczywiste. Kilka dni po zdobyciu Bagdadu George Bush powiedział, że dzięki tej wojnie za 10 lat cały Bliski Wschód obejmie strefa wolnego handlu. Żaden inny argument nie tłumaczy tej wojny. Broń masowego rażenia, związki z Al.-Kaidą, dyktatorskie rządy – tego nie da się już obronić. Odpadł argument szerzenia demokracji. Nawet Rumsfeld przyznaje, że demokrację w Iraku trudno będzie wprowadzić i nie cały Irak będzie głosował w wyborach. Już nikt rozsądny nie wierzy, iż demokratyczny Irak jest możliwy w przewidywalnej przyszłości. Wystarczy popatrzeć, jak trudno jest zbudować demokrację w Rosji czy na Ukrainie.
Więc pani zdaniem chodziło o wolny handel?
Ważna była ropa, liczyła się kontrola nad całym Bliskim Wschodem, istotne było destabilizujące Izrael wsparcie Husajna dla Palestyńczyków, ale najważniejsza była intencja zaprowadzenia neoliberalnego porządku w krajach Bliskiego Wschodu. System neoliberalny, by trwać, musi się rozszerzać. A jedynym atrakcyjnym regionem, który może przyłączyć, są kraje arabskie. Chodzi o stworzenie nowej przestrzeni gospodarczej dla wielkich korporacji, które kilkanaście lat po przejęciu dawnego obozu sowieckiego znów zaczęły się dusić.
Skąd pani ma tę pewność?
Teraz zacznie pan sugerować, że wyznaję jakąś spiskową teorię.
Dlaczego pani tak sądzi?
Bo ilekroć ludziom ze Wschodniej Europy mówię o politycznych wpływach wielkich korporacji, zawsze słyszę, że jest to spiskowa wizja świata.
Może trochę jest...
Panu się wydaje, że korporacje dysponujące miliardami dolarów nie wpływają na rządy? To dopiero bajkowa idylla. Pan był ostatnio w Iraku?
Nie.
A ja byłam. Widziałam, że ten kraj jest przedmiotem najbardziej radykalnego eksperymentu liberalnego w historii. Granice są otwarte, państwo praktycznie nie istnieje, żadnych ograniczeń nie ma. Rynek jest kompletnie otwarty. Bez wojny by się tego wprowadzić nie dało.
Po co krajowi takiemu jak Ameryka wojna o
rynek takiego kraju jak Irak?
Nie chodzi o Irak, tylko cały region. I to nie Ameryka tego potrzebuje, tylko kapitalizm w neoliberalnej wersji. Przez trzy dekady zdobywał kolejne kraje, regiony, kontynenty. Teraz przyszła pora na kraje arabskie, których gospodarki są wyjątkowo zamknięte. Tylko połowa z nich należy do WTO. Dla neoliberalizmu jest to niezwykłe wyzwanie. Gdy tylko zdobyto Bagdad, Waszyngton, nie pytając Irakijczyków, ściągnął ze wschodniej Europy ludzi od prywatyzacji i liberalizacji, żeby zrobili to, czego oczekiwał system.
Kto, pani zdaniem, decydował, czego
systemowi potrzeba?
Bremer – formalnie cywilny administrator Iraku, a praktycznie przedstawiciel amerykańskiego biznesu. Nie przypadkiem do tej roli wybrano biznesmena – nie dyplomatę albo polityka.
A czyje konkretnie interesy pani zdaniem
Bremer reprezentował?
Pan mnie popycha w stronę jakiejś spiskowej teorii, a tu nie chodzi o spisek, tylko przekonania. Takie mianowicie, że to, co jest dobre dla wielkich korporacji, jest dobre dla wszystkich. Cała administracja Busha i cały MFW wierzą w neoliberalnego bożka wzrostu gospodarczego i w misję korporacji. Wierzą, że wszystkim będzie lepiej, kiedy korporacje osiągną większe zyski. Ja wierzę, że oni wierzą w to szczerze i mocno. Tak mocno, że nie są zdolni do racjonalnego myślenia. Każda ideologia zbyt sztywno wyznawana zabija zdolność racjonalnego myślenia – marksizm, neoliberalizm, islam. Nawet kiedy są już niezbite dowody, iż system się nie sprawdza, prawdziwi ideologiczni wyznawcy nigdy się nie zgodzą, by zrewidować idee. Zawsze będą uważali, że to nie system jest winien, tylko ludzie, którzy go nie dość konsekwentnie wdrażają.
A pani tego u siebie nie obserwuje?
Codziennie zadaję sobie pytanie, czy ideologiczne względy mnie nie zaślepiają. Wiem, że nikt nie jest całkiem odporny na ideologiczne myślenie, ale ja jestem stosunkowo bezpieczna, bo w żadną ideologię nie wierzę.
Neoliberałowie mówią dokładnie to samo. Nie
wierzą w ideologię. Wierzą w racjonalne myślenie o gospodarce.
To jest ideologiczna maska. A ja wierzę tylko w równość, wolność i sprawiedliwość społeczną. Tu żadnej ideologii nie ma.
Z punktu widzenia neoliberała to jest
typowa ideowa deklaracja lewicy.
Różnica polega na tym, że ja nie mam w głowie wyobrażenia świata idealnego. Wszystkie zmiany oceniam według ich skutków dla życia zwykłych ludzi. Na wojnę w Iraku też patrzę przez życie zwykłych ludzi. A ono jest teraz potworne. Nie zastanawiam się, czy te tysiące ofiar to cena, jaką warto płacić za realizację projektu ideologicznego. Pytam: Czy ludzie żyją lepiej? Kto teraz żyje lepiej? Kto w Iraku? Kto w Ameryce? Kto w Polsce?
Od wielu lat ludziom na Bliskim Wschodzie –
a w Iraku zwłaszcza – nie żyje się lepiej.
Sami nie potrafili się wyrwać z zastoju.
I wielu irackich biznesmenów było zainteresowanych otwarciem gospodarki. Ale w taki sposób, żeby iracka gospodarka nie została skolonizowana przez zagraniczny kapitał. Przecież to była gospodarka dotknięta sankcjami, dyktaturą, wojną. Irakijczycy chcieli złapać oddech przed otwarciem granic. Nie pozwolono im na to. Zastosowano skrajnie liberalną doktrynę. Z dnia na dzień otwarto iracki rynek. To dobiło lokalnych biznesmenów i zniechęciło do inwestowania. Irak jest dziś najgorszym w świecie miejscem dla inwestorów. Nie tylko ze względu na poziom bezpieczeństwa. Po co tam cokolwiek produkować, skoro każdą rzecz można gdzieś kupić taniej? Fundamentaliści islamscy są w Iraku problemem, ale większym problemem są fundamentaliści rynkowi. Co by się stało w Ameryce czy w Polsce, gdyby bez uprzedzenia i zabezpieczeń otwarto granice? Jaka gospodarka by to wytrzymała?
Skoro pani potępia tę wojnę, to jak
wspólnota międzynarodowa powinna się wobec Husajna zachować? Patrzeć
bezczynnie, jak morduje obywateli i tworzy zagrożenie dla swego otoczenia?
Nie ma żadnej reguły. Problem polega na tym, że Irakijczycy zostali ubezwłasnowolnieni najpierw przez dyktaturę, a potem przez siły okupacyjne, które im narzuciły niechciany porządek. Teraz trzeba się starać o zakończenie wojskowej okupacji, o to, żeby Irakijczycy mogli sami decydować o losie Iraku, i o reparacje, które się im należą za wielkie zniszczenia, jakie przyniosła inwazja. Amerykanie, Brytyjczycy, Polacy nie mają prawa mówić, że im się należy zwrot kosztów inwazji. Irakijczycy o nią nie prosili.
Ci, którzy wyzwolili Irak, mają teraz
płacić reparacje?
Irak płaci reparacje za atak na Kuwejt i Iran, a koalicja ma płacić za zniszczenia, które spowodowała. To jest postulat, na którym ruch antywojenny powinien się skupić. Musimy pilnować, żeby wszystkie zniszczenia zostały wyrównane i zachęcać rząd niepodległego Iraku – jeśli on kiedyś powstanie – żeby się reparacji domagał. Żadne prawo nie pozwala niszczyć innego kraju, bombardować miast, ostrzeliwać domów tylko dlatego, że komuś się nie podoba władza, która w tym kraju rządzi.
To by znaczyło, że w przyszłości nie uda
się sformułować koalicji dla obalenia choćby najgorszej dyktatury.
Gdyby rzeczywiście chodziło o dyktaturę, to wiele krajów zaatakowano by, zanim uderzono na Irak. Teraz trzeba dać Irakijczykom spokój i szansę demokratycznego wyłonienia władzy, wypłacić reparacje i jako rekompensatę za sankcje umorzyć długi Saddama. Skoro jego władzę uznaliście za nielegalną, to jego długi też muszą być nielegalne.
Dać Irakijczykom spokój, to znaczy wycofać
się z Iraku?
I to jak najprędzej.
Pani wie, że to oznacza chaos.
A teraz jest tam porządek? Dopóki wy tam jesteście, nie będzie spokoju. Z powodu waszej obecności ginie codziennie kilkadziesiąt osób. Wasza obecność prowokuje ataki. Po co tę katastrofę przedłużać? Jeśli im dacie spokój, będą musieli się ze sobą dogadać. I tak kiedyś zostaną sami ze sobą. Chyba, że chcecie w Iraku mieć bazę po wsze czasy? Dlaczego Amerykanie nie zgodzili się na wybory w styczniu tego roku? Dlatego, że nie było silnych partii politycznych? Ich jeszcze przez lata nie będzie. Dlatego, że nie było spokoju? Teraz jest go mniej niż przed rokiem.
A pani zdaniem dlaczego?
Żeby zagwarantować sobie trwałe ekonomiczne korzyści i nie dopuścić do wybrania niechętnego wam rządu. Ale im dłużej trwa okupacja, tym mniejsza jest szansa, że demokratycznie wybrany iracki parlament będzie wam życzliwy. Bo każdego dnia zabijacie Irakijczyków. Trudno liczyć na wdzięczność. I rośnie prawdopodobieństwo, że ten nowy rząd będzie dość radykalny w swoim nacjonalizmie, by żądać reparacji.
Zostawmy już Irak.
Dlaczego? Polska współtworzy siły okupacyjne, więc macie duży problem.
Ale większość Polaków – w odróżnieniu od
naszych polityków – myśli jak pani. Szkoda nas przekonywać. Lepiej porozmawiajmy o
globalizacji. Pani mówi, że TINA się skończyła. Ale z drugiej strony widzimy, jak kolejne
europejskie rządy pod presją globalnej konkurencji demontują państwo
opiekuńcze.
Włochy, Niemcy, Francja, Kanada, Irlandia, Portugalia, Hiszpania...
...nie mówiąc już o Polsce i nawet o Skandynawii. Ludziom to się nie podoba, ale rządy nie widzą innej drogi. Może TINA słabnie w WTO, Banku Światowym i na uniwersytetach, ale w polityce, mediach i świadomości społecznej nadal trzyma się mocno.
W Ameryce Łacińskiej i Azji to już się zmieniło. Europa to inny przypadek. W Europie większość jeszcze wierzy, że innej drogi nie ma, że wszystko trzeba prywatyzować, deregulować, uwalniać. W Kanadzie jest inaczej. Na tym tle napięcie między społeczeństwem a politykami jest takie jak w Polsce na tle wojny irackiej. Rządy wprowadzają neoliberalne reformy, chociaż ludzie ich nie chcą. W roku wyborczym najbardziej liberalne rządy przypominają sobie, że trzeba bronić zdobyczy socjalnych, obiecują opiekę i świadczenia, a tydzień po wyborach znów prywatyzują mówiąc, że nie ma wyboru. To pokazuje, jak płytka i iluzoryczna jest dziś demokracja. Niemal we wszystkich krajach politycy robią co innego, niż ludzie oczekują. W USA jest np. ogromny sprzeciw wobec eksportu miejsc pracy. W czasie kampanii wyborczej żaden polityk nie kwapi się bronić prawa, które to umożliwia. Ale czy Kerry wygra, czy Bush – to będzie się działo. Demokracja przeżywa fundamentalny kryzys, bo większość politycznej elity ma inne cele niż większość wyborców. Wybory nie dają nam już realnej alternatywy. Politycy nie chcą się z nami liczyć. To najlepiej widać po oporze elit wobec referendum. Tylko w Ameryce Łacińskiej są rządy robiące z grubsza to, czego oczekują ludzie. Gdzie indziej demokracja przestała funkcjonować.
Ja mam wrażenie, że w Polsce jakoś
funkcjonuje.
To by znaczyło, że należycie do nielicznych wyjątków. W większości krajów ludzie mogą wybrać niższego albo wyższego. Kobietę albo mężczyznę. Młodszego albo starszego. Ale polityka zawsze będzie mniej więcej taka sama. Jak Schröder przegra wybory, to demontaż państwa opiekuńczego w Niemczech dokończą chadecy.
Co można z tym zrobić?
Nie wydaje mi się, żeby można było znaleźć rozwiązanie w obrębie systemu współczesnych demokracji.
To gdzie tego rozwiązania szukać.
Demokracja potrzebuje odnowy. Trzeba walczyć o zreformowanie mediów i systemów wyborczych. Trzeba się domagać obecności w mediach poglądów, których elity nie lubią. Trzeba się upominać o prawo do referendum. Trzeba zakazać nadmiernej koncentracji własności. Trzeba odchodzić od dwupartyjnych systemów, starać się o bardziej proporcjonalne wybory, które utrudniają zawarcie zmowy elit.
Przykład Niemiec pokazuje, że nawet
najpotężniejsi nie mogą bezkarnie prowadzić polityki niezgodnej z neoliberalnym
trendem. Niemcy przez lata 90. bronili państwa opiekuńczego i zapłacili za to
bardzo dużą cenę.
To grozi dziś Luli i Brazylii. Kto idzie własną drogą, jest karany przez światowe rynki. To też jest źródło kryzysu demokracji.
W jakim sensie?
W takim, że globalny rynek karze państwa za stosowanie zasad demokracji. Kiedy Lula wygrał wybory w Brazylii, brazylijska waluta spadła na łeb na szyję. To znaczy, że na prawdziwą demokrację nie ma dzisiaj miejsca.
Jeżeli nawet naród tak potężny jak Niemcy
nie już obronić swojego stylu życia, to jak te sytuacje zmienić?
Pojedynczy kraj nie jest w stanie się oprzeć, więc różne kraje muszą działać razem. Argentyna, Brazylia, Boliwia, Wenezuela próbują współpracować. To już jest jakaś siła. MFW bardzo tego nie lubi, ale musi się liczyć z nową konstelacją, zwłaszcza że MERCOSUR przygotowuje zbliżenie z Unią Europejską, a Sojusz Europy i Ameryki Łacińskiej miałby dużą siłę.
Pani wierzy, że taki sojusz powstanie?
MERCOUR staje się antyneoliberalnym blokiem. Unia Europejska ma dużo mniejsze szanse – chyba, że Europejczycy zaczną gwałtownie protestować. Ale nie wiem, czy jesteście do tego zdolni.
Bo w Europie wciąż za dobrze się żyje?
Raczej dlatego, że wciąż jesteście pod wpływem propagandy neoliberalnej. Nie zauważacie, jak ta ideologia niszczy wasz styl życia. Kiedy pisałam „No logo”, ofiary systemu to byli prości ludzie. Coraz bardziej wyrafinowana reklama i marketing wmawiały im nowe pragnienia – nowsze modele butów, ubrań, samochodów. Z drugiej korporacje, które te pragnienia budziły, odbierały im szansę ich zaspokojenia, bo pracę, którą wykonywali, przenosiły do krajów biedniejszych. Dopóki to dotyczyło ludzi niewykształconych, najsłabszych na rynku i w polityce – można było zrozumieć, że elity przymykają na ten proces oczy. Ale teraz to dotyka ludzi wykształconych – różnych specjalistów. Ich pracę dużo taniej wykonują ludzie w Indiach. Ten proces idzie coraz dalej. Pod jego wpływem Europa traci tożsamość.
Panią powinno to cieszyć, bo biedne kraje
mają szansę doganiać bogatych.
Chyba pan żartuje. To nie biedne kraje dorównują bogatym. To biedni ludzie z bogatego Zachodu są spychani do poziomu ludzi z biednych krajów.
Polaków to cieszy, bo miejsca pracy z
drogiego Zachodu trafiają do Polski. W Polsce maleje bezrobocie, a Zachód ma tę
pracę wykonaną taniej. Wszyscy na tym zyskują.
Przejściowo możecie zyskać. Ale efekt długookresowy to degeneracja pracy. Albo to zrobisz taniej, albo zrobi to twój konkurent. Teraz w Warszawie, a za pięć lat w Bombaju. Pracownicy per saldo na tym stracą, bo wartość pracy na tym zmaleje. Miejsca pracy będą coraz bardziej niepewne.
Gdybyśmy nie byli tańsi, nikt by do nas nie
przenosił miejsc pracy.
Trzeba pilnować, żeby te różnice nie były zbyt wielkie. Dziś konkurujecie z Zachodem waszymi płacami, a za 10 lat w tych samych dziedzinach z wami będą konkurować swoimi płacami Indie. Kiedy ludzie w Polsce upomną się o podwyżki, firmy przeniosą zlecenia do Bombaju. Gdy wszystkie granice zostaną otwarte dla handlu, zawsze znajdzie się ktoś gotów zrobić coś jeszcze taniej. Dochody korporacji będą rosły, a płace będą spadały.
Pani by chciała cofnąć globalizację,
przywrócić cła i granice?
Globalizacja jest nie do zatrzymania. Ale jest pytanie: jaka globalizacja? Globalizacja korporacji, nierówności, biedy, konfliktów? Czy globalizacja solidarnych społeczeństw? Gdyby rządy reprezentowały interes obywateli, a nie korporacji, to w zamian za otwarcie granic domagałyby się respektowania w biedniejszych krajach godnych płac, warunków pracy, ochrony socjalnej. Zagranicznym dostawcom narzuca się często wyśrubowane standardy techniczne albo sanitarne, ale nie stawia się żadnych wymagań dotyczących płac i warunków pracy. Zamiast eksportować do biednych krajów zachodnią jakość życia, importujemy na Zachód jakość życia biedniejszych społeczeństw. Nie umiemy zmusić rządów, żeby o nas dbały, więc rządy prowadzą taką globalizację, jakiej chcą korporacje. Jeżeli nie przezwyciężymy kryzysu demokracji, zniszczymy nasz model społeczny, a rynek i demokracje zastąpimy rządami wielkich korporacji. Panu się taka wizja podoba?
Rozmawiał
Jacek Żakowski
----------------------------------------
Wybrane
fragmenty z artykułu Mariana
Dobrosielskiego, Nieludzkie koncerny,
opublikowanego w Dziś • Przegląd Społeczny nr 5/2001 (poz. 80 Prezentowanej literatury), prezentującego wydanie angielskie z 2001
r. książki Naomi Klein NO LOGO.
"No Logo" to tytuł rewelacyjnej, w każdym tego słowa znaczeniu, książki Naomi Klein1. "New York Times", "Newsweek", "Nation", "New Statesman", "Globe and mail" publikują jej prace. Jest zapraszana na wykłady przez uniwersytety Harvarda, Yale, New York. "No logo" wywołała falę entuzjastycznych recenzji w wielkonakładowych i mniej popularnych dziennikach i czasopismach w Anglii, Kanadzie, USA. Krytycy określają tę książkę jako inspirującą, proroczą, fantastyczną, błyskotliwą, wyśmienicie udokumentowaną itp. itd., co z uwagi na jej treść i wymowę, jest czymś niezwykłym.
Książka traktuje bowiem o praktykach wielkich
transanarodowych korporacji w ich bezwzględnym dążeniu do maksymalizacji
zysków, o ich pomysłowych próbach podporządkowywania sobie mass mediów, szkół,
uniwersytetów, polityków, a niekiedy i całych rządów. Naomi Klein wykazuje różnorodne, negatywne skutki tych praktyk. Beznamiętne, rzeczowe opisy setek faktów i
wydarzeń, wymowne statystyki, przeciwstawianie losów tych, którzy wytwarzają
towary dla wielkich korporacji w różnych państwach świata, i tych, którzy z tej
pracy czerpią niebotyczne zyski,
obnażają mechanizmy funkcjonowania i założenia polityki gospodarczej tych
korporacji. Dążące do maksymalnego obiektywizmu, racjonalne opisy i zestawienia
faktów i liczb budzą i budzić muszą
potężne uczucie sprzeciwu „u
wszystkich tych, którzy uważają, że ludzi nie wolno traktować jak narzędzi”,
pisze jeden z recenzentów książki.
„No Logo” jest wynikiem czteroletnich studiów, badań i poszukiwań Naomi Klein:
przestudiowaniu kilkudziesięciu książek za i przeciw globalizacji,
skrupulatnego śledzenia poczynań wielkich transanarodowych korporacji, takich
jak Nike, Shell, McDonald’s; podróży do Filipin, Indonezji, Nigerii w celu zbadania
warunków, w jakich powstają produkty
reklamowane i sprzedawane przez wspomniane i inne korporacje; kontaktów z
ruchami antykorporacyjnymi w licznych miastach i uniwersytetach USA, Kanady,
Anglii.
Książka Naomi Klein opatrzona jest
blisko 600 przypisami, 20 tabelami i zestawieniami statystycznymi, a
bibliografia do niej zawiera około 60 pozycji. Podaję te dane, by „uczeni
mężowie”, adepci neoliberalizmu, „naukowo” uzasadniający politykę
gospodarczą wielkich korporacji i ich
wizję globalizacji, nie mogli zbywać
argumentacji autorki twierdzeniem, że jest ona populistyczna, demagogiczna,
nienaukowa, jednostronna itp.
W przeciwieństwie do wielu autorów, którzy rozpoczynają swoje prace od prezentacji określonych tez czy hipotez, a następnie starają się je uzasadnić, m.in. przytaczając rozmaite przykłady, Naomi Klein obiera metodę indukcyjną. Opisuje wiele różnorodnych faktów, podaje setki przykładów praktyk stosowanych przez wielkie korporacje wobec różnych instytucji i ludzi. Uogólnienia nasuwają się same i składają na spójną, usystematyzowaną, niesprzeczną, logicznie uzasadnioną całość.
Autorka wykazuje, że „astronomiczny wzrost bogactwa i wpływów transnarodowych korporacji” w ostatnich dwu dekadach ubiegłego wieku jest m.in. wynikiem zastosowania pozornie prostej idei, rozwiniętej w owych latach przez teoretyków zarządzania. Głosili oni, że żeby osiągać maksymalne zyski, korporacje powinny przede wszystkim dbać o stworzenie imponujących znaków firmowych i rozwinąć wokół nich potężną kampanię reklamową, a produkcję towarów traktować jako rzecz drugorzędną. Dotychczasowe koncentrowanie się wielkich przedsiębiorstw na produkcji dóbr prowadziło, zdaniem ekspertów, do zbytniego rozrostu administracji, przerostu biurokracji, nadmiernego wzrostu zatrudnienia. Proces produkcji, zarządzania własnymi zakładami produkcyjnymi, zatrudnianie dziesiątek tysięcy stałych, etatowych pracowników uznali oni za niepotrzebne, dotkliwe obciążenie, a nie za drogę do sukcesu.
Pionierami realizacji tej idei były takie
koncerny, jak Nike, Microsoft, Intel.
Dzięki „postępowi” w liberalizacji handlu światowego, firmy te zawierały
kontrakty na produkcję swych towarów z zagranicznymi kontrahentami, przeważnie
w tzw. państwach Trzeciego Świata, a
same koncentrowały się na kształtowaniu wizerunku swych znaków firmowych. O
wiele ważniejszy od produkcji stał się dla nich marketing. Wspomniana formuła
okazała się niezwykle skuteczna. „Kto posiada
najmniej nieruchomości, opłaca najmniejszą liczbę zatrudnionych, a
tworzy najpotężniejsze wizerunki swojej firmy, ten wygrywa współzawodnictwo”2. Logo, jego znaczenie i wizerunek stają się
kluczowymi elementami rozwoju nowoczesnych korporacji, a reklama głównym środkiem uzmysłowienia tego znaczenia opinii
publicznej.
Do wzrostu zysków i wpływów wielkich
korporacji na różne dziedziny życia i znaczenia ich znaków firmowych przyczyniła się polityka drastycznego
obniżenia podatków wielkim korporacjom w USA, Kanadzie, Anglii i wielu innych
państwach. Tak np. w USA w 1952 r. podatki od koncernów stanowiły 32,1 proc. dochodu państwa, a w 1998 r.
wynosiły jedynie 11,5 proc. W latach 70. rozpoczęła się też, inspirowana przez
koncerny, histeryczna wręcz kampania przeciwko molochowi administracji
rządowej, jej gigantycznym wydatkom. Oskarżano każdy polityczny ruch, dążący do
ograniczenia wolności i regulacji działania wielkich korporacji, o zmierzanie
do narodowego bankructwa.
Od lat 80, szybko wzrastał sponsoring wielkich
korporacji. Wydatki amerykańskich korporacji
na ten cel wzrosły od niecałego
miliarda w 1985 r. do prawie 7 mld USD w
1998 r. Rzecz jasna, to sponsorowanie nie odbywa się bezinteresownie.
Dofinansowywanie najróżnorodniejszych imprez sportowych, koncertów, filmów,
zgromadzeń religijnych składa się na dość powszechne przekonanie, że twórczość
kulturalna czy organizowanie wielkich imprez, byłyby niemożliwe bez szczodrości
wielkich firm, które w rzeczywistości sprzedają nam w ten sposób swój
wizerunek, swoje logo.*
---
* Bo i
przeważnie nie byłoby to możliwe, chyba, żeby dofinansowywał je Budżet, który
specjalnie się w kapitalizmie do tego nie kwapi, podobnie zresztą jak i
podatnicy do płacenia podatków.
Trudno się dziwić, że firmy wystawione na konkurencję, dofinansowywanie...
traktują jako biznes, a nie czystą filantropię. Owszem, czasami budzi to pewien
niesmak. Łatwo się jednak rozgrzeszyć: pieniądze się przydadzą.
Anonimus
---
Naomi Klein podaje liczne przykłady wpływania na organizatorów różnych imprez, by właściwie lansowali
wizerunek danej korporacji. (...)
(...) ...logomania rozszerzyła się na
wszystkie wielkie korporacje transnarodowe.
Logo stało się nie tyle znakiem produktu, co określonym symbolem stylu życia,
postawy, zbioru wartości, ideą.
Analizy ekonomiczne i demograficzne różnych regionów świata z początków lat 90.
skłoniły wielkie koncerny do skierowania agresywnej kampanii reklamowej przede
wszystkim do nastolatków i ich podstarzałych
naśladowców... By jak
najskuteczniej dotrzeć do młodzieży, korporacje rozpoczęły
penetrację szkół wszystkich szczebli. Odbywało się to i odbywa pod hasłem
przybliżenia szkołom osiągnięć nowoczesnych technologii i umożliwienia
zatrudnienia w przyszłości uczniów i studentów w swych firmach. Zachęcają
studentów do zainteresowania się ich koncernem, pisania na temat ich logo, a
nawet projektowania reklam. (...) Nie tylko o reklamę jednak w tych kontraktach
chodzi. Pracownikom naukowym i studentom nie wolno wyrażać negatywnych opinii
czy podejmować jakichkolwiek akcji szkodzących dobremu imieniu danej
korporacji.
Koncerny zamawiają i finansują badania naukowe... (...) ...szczególnie z
firmami farmaceutycznymi, które dają zamawiającej firmie prawo veta w razie
publikacji niekorzystnych dla firmy wyników badań.
Zdarzają się pojedyncze przypadki rebelii wśród naukowców przeciw tego typu
praktykom... (...)
Koncerny fundują też katedry i profesury. (...)
Egoistyczny interes wielu nauczycieli akademickich wyraża się w cichej
zgodzie na gwałcenie zasad wolności badań i wolności słowa. (...)
Naomi Klein podaje liczne przykłady tego typu cenzury, których z braku miejsca
relacjonować nie będę. Przytoczę tylko jej ogólny wniosek: „Zebrane razem,
przykłady te stwarzają obraz korporacyjnej przestrzeni jako państwa
faszystowskiego, w którym my wszyscy oddajemy hołd logo i mamy niewiele okazji
do krytycyzmu, ponieważ nasze gazety, stacje telewizyjne , serwery Internetu,
ulice i supermarkety kontrolowane są przez korporacje”. Naomi Klein stwierdza jednak, że kontrola nie
jest totalna i zdarzają się publikacje książkowe, reportaże, filmy godzące w
interesy korporacji, czego przykładem
jest jej książka. Naomi Klein obala
mit, że różnego rodzaju ulgi podatkowe i
poparcie państwa dla polityki gospodarczej wielkich koncernów , przyczyniają
się do tworzenia nowych miejsc pracy w ich rodzinnych krajach. John
Ermatinger, prezes Levi Strausa, tak wyjaśniał strategię korporacji po zamknięciu 22 fabryk w USA i w Kanadzie oraz zwolnieniu 13
tys. robotników między listopadem 1997 a lutym 1999 r.: „Naszą strategią w Ameryce Północnej jest skoncentrowanie się
na promocji naszego logo, marketingu i projektowaniu ubiorów. (...)
Przerzucanie produkcji do różnych części świata
i powierzenie jej naszym kontrahentom uczyni naszą firmę bardziej elastyczną
i konkurencyjną”.
Olbrzymie wydatki na fuzje, marketing i kształtowanie wizerunku firm prowadzą do radykalnego zmniejszenia inwestycji na tworzenie nowych zakładów produkcyjnych i miejsc pracy we własnych państwach. Coraz częściej wielkie koncerny Nike, Reebok, IBM, General Motors, Levi Strauss poszukują po całym świecie możliwie tanich producentów swych towarów. Interesują ich jedynie jak najniższe koszty produkcji, a nie warunki pracy, dzięki którym je osiągają. Ta strategia doprowadziła m.in. do powstania np. w Indonezji , Meksyku, Wietnamie, Chinach, na Haitii i Filipinach, rozlicznych stref wolnocłowych, stref produkcji dla eksportu, zwanych „rajami podatkowymi”. (...)
Niezależnie od kraju, na obszarze którego znajdują się takie strefy, losy robotników są bardzo do siebie podobne. „Dzień pracy jest długi – czternaście godzin w Sri-Lance, dwanaście w Indonezji, szesnaście w Południowych Chinach, dwanaście na Filipinach. Olbrzymia większość robotników to kobiety, zawsze młode, pracujące na zamówienie firm z USA, Anglii, Japonii, Niemiec czy Kanady. Panuje tam dryl wojskowy. Nadzorcy często seksualnie je molestują. Płaca poniżej kosztów utrzymania. Praca nużąca i nie wymagająca wysokich kwalifikacji”.
Burmistrz Rosario w rozmowie z Naomi Klein stwierdza, że jedynie 30 spośród 207 zakładów Cavite płaci minimalne podatki. Zwolnienie od podatków obowiązuje przez pięć lat. Większość przedsiębiorców zamyka zakłady pracy przed upływem tego terminu, by po krótkim czasie otworzyć ten sam zakład pod inną nazwą i znów korzystać z pięcioletniego zwolnienia od podatków. „Nie możemy zapewnić podstawowych usług naszej ludności – mówi zrozpaczony burmistrz. Potrzebujemy wody, dróg, opieki zdrowotnej, oświaty. Oczekują tego od nas mieszkańcy Rosario, przekonani, że otrzymujemy pieniądze z podatków strefy bezcłowej”. Filipiny, jak i inne ubogie państwa, utrzymują strefy bezcłowe w mniemaniu, że tworzą one miejsca pracy, a zarobki robotników przyczynią się do wzrostu gospodarczego kraju. Problem polega jednak na tym, że zarobki są tak niskie, iż w całości wydawane są na nędzne utrzymanie. W Rosario, jak i we wszystkich strefach bezcłowych na Filipinach, przestrzegana jest zasada zakazu strajków i organizowania związków zawodowych.
Koncerny domagają się od rządów państw, w których
wytwarzane są dla nich towary, by ustalały jak najniższe minimalne płace. Tak
np. uznano, że w Chinach minimalna płaca powinna wynosić 87 centów za godzinę
(przeciętna płaca za podobną pracę wynosi w USA – 10 USD za godzinę, a w
Niemczech – 18,50 USD). Mimo to, jak wykazuje raport sporządzony w 1998 r.
przez Charlesa Kernaghana z Narodowego Komitetu Pracy, wielkie korporacje płacą
w Chinach o wiele mniej: Nike i Adidas 16-22 centów za godzinę. W
zakładach produkujących dla tych, jak i
innych korporacji (Sears, Kmart, Wal-Mart), pracuje się 10-15 godzin dziennie,
w warunkach urągających wszelkim cywilizowanym standardom.
Innym elementem maksymalizacji zysków
koncernów* w ich własnych krajach,
jest
dążenie do minimalnego zatrudnienia
etatowego, gwarantującego świadczenia społeczne, płatne urlopy itp., przez
zapewnienie sobie płynnej rezerwy pracowników okresowych, gorzej płatnych i nie
korzystających z żadnych tego typu uprawnień. Zatrudnia się okresowo ludzi z
wyższym wykształceniem, zwolnione pielęgniarki, nauczycieli, studentów, którzy
nie mogą znaleźć pracy zgodnej z ich kwalifikacjami. Płace są bardzo niskie,
wynoszą około połowy uposażenia etatowych pracowników.
W USA od 1986 r. liczba okresowo zatrudnionych wzrosła trzykrotnie. Microsoft,
firma Billa Gatesa, najbogatszego człowieka na świecie (55 mld USD), była
pionierem w pozbywaniu się etatowych i angażowaniu okresowo zatrudnianych
pracowników. (...)
---
*Maksymalizacja zysków koncernów, może wynikać
zarówno z chciwości ich kierownictwa, dążenia do prestiżu, jak i z walki konkurencyjnej: przyciągnięcie
inwestorów, udziałowców itp. Ograniczanie zatrudnienia etatowego personelu,
i obniżanie płac niektórym pracownikom
okresowym, społecznie może się nie podobać, negatywnie może oddziaływać na całą
gospodarkę danego kraju, ale firmy, w myśl akceptowanej doktryny, walczą o
własne interesy, a o resztę powinna się martwić „sama reszta”, „niewidzialna
ręka rynku” i opatrzność.
Anonimus
---
Praktykę licznych transnarodowych korporacji autorka ilustruje wieloma przykładami. Warto przybliżyć
czytelnikowi treść tej opowieści.
Rosnąca
fala nieufności opinii publicznej w licznych państwach świata
przyczynia się do powstawania coraz potężniejszego międzynarodowego ruchu
skierowanego przeciwko tym trzem spośród najpotężniejszych i najbardziej
wpływowych korporacji. (...)
(...)
Zaczęło się w lutym 1995 r., kiedy Shell finalizował swoje plany
zatopienia zardzewiałej i przestarzałej...platformy wiertniczej... w Oceanie
Atlantyckim, 150 mil od wybrzeży Szkocji. Greenpeace przeciwstawiała się temu
zamiarowi. Shell zignorował
protesty... (...)
Kapitulacja Shella skompromitowała też Johna Majora i była jednym z czynników,
które doprowadziły do jego śmierci politycznej. W roku 1995 Shell „wsławił” się
jeszcze głośniejszym
zbrodniczym skandalem.
Od 1950 r. koncern wydobył naftę wartości 30 mld.
USD z ziemi Ogoni w delcie Nigru. Większość ludności cierpi tam na brak wody
pitnej, żyje bez elektryczności, na ziemi skażonej wydobywaną ropą naftową.
Ruch Przetrwania Ludu Ogoni (MOSOP) od lat domagał się reform społecznych i
odszkodowań od Shella. Wojska rządowe tłumiły bunty, mordując i torturując
tysiące ludzi. Wobec narastającej fali protestów, Shell wycofał się z Ziemi
Ogoni w 1993 r.
Władze Nigerii postanowiły zlikwidować Ruch, by umożliwić Shellowi powrót i
dalsze wydobywanie ropy naftowej. (...)
Do protestujących przyłączył się też międzynarodowy PEN-Club. Nadine Gordimer,
laureatka nagrody Nobla, w artykule w „New York Times” pisała: „kupować ropę naftową z Nigerii znając panujące
tam warunki, to kupowanie ropy naftowej w zamian za krew”. (...)
Shell przeznaczył 9 mln USD na różne akcje
charytatywne, które miały podreperować wizerunek, lecz w niewielkim tylko
stopniu zmienił swoje postępowanie. W marcu 1999 r. doszło w Nigerii do nowych,
tym razem już z użyciem przemocy, protestów przeciwko tej korporacji.
Trzecia opowieść dotyczy McDonald’sa.
(...)
W 1990 r. McDonald’s zaskarżył autorów
pamfletu o zniesławienie. (...)
(...) Proces trwał siedem lat
Zeznania 180 świadków były dla koncernu w większości upokarzające. (...)
Sąd uznał niektóre zarzuty pamfletu za
przesadne, lecz większość z nich za odpowiadające rzeczywistości. (...)
W coraz większym stopniu
łączą się wysiłki
ekologów, ruchów w obronie prawa pracy i praw człowieka, przedstawicieli związków zawodowych, młodych i starszych
pokoleń, studentów, naukowców i intelektualistów o wrażliwości społecznej, a
nawet lewicowych polityków. (...)
W kwietniu 1998 r. organizacje antyglobalizacyjne i antykorporacyjne odniosły
znaczący sukces. Udało im się zmusić Organizację Współpracy Gospodarczej i
Rozwoju (OECD), grupującą państwa najbardziej rozwinięte, do rezygnacji z
zawarcia przygotowywanego w tajemnicy Wielostronnego Układu (MAI)
Inwestycyjnego. Wspomniane organizacje wykazały, że projekt tego układu,
opracowywany w ścisłej tajemnicy, zmierzał do zapewnienia transnarodowym
korporacjom globalnej dominacji. 18
czerwca 1999 r. ruchy antykorporacyjne zorganizowały
globalny karnawał przeciw kapitałowi
w związku ze spotkaniem na szczycie
G-8 w Kolonii. Tego dnia odbyły się demonstracje w siedemdziesięciu
różnych miastach świata przed giełdami, bankami, supermarketami i centralami
korporacji. Naomi Klein opisuje przebieg tych protestów w Kolonii, Madrycie,
Montevideo, Genewie, Port Harcourt w Nigerii. Jej książka kończy się stwierdzeniem, że powstaje
społeczny ruch „równie globalny i równie
zdolny do skoordynowanej akcji, jak transnarodowe korporacje, których władze i
wpływy zamierza zdecydowanie zwalczać”).
Zdołałem w ograniczonym tylko stopniu przedstawić bogactwo informacji, faktów, liczb i myśli zawartych w książce Naomi Klein. Wprost nie do wiary, że książka została napisana przed demonstracjami ruchów antyglobalizacyjnych przeciw takim międzynarodowym organizacjom, jak Światowa Organizacja Handlu, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy, oraz przeciw przywódcom G-8, w Seattle, Waszyngtonie, Seulu, Pradze, Davos i konferencją w Porto Alegre. Prognoza Naomi Klein, sformułowana w zakończeniu książki, sprawdza się.
Nie ulega wątpliwości, że Klein jest pod dużym
wpływem myśli społecznej Noama
Chomsky’ego (Polecam jego wydaną w Polsce książkę „Zysk ponad ludzi.
Neoliberalizm i ład globalny”). O ile jednak wybitny językoznawca, Noam
Chomsky, koncentruje się szczególnie na aspektach polityki wewnętrznej i
zagranicznej rządów USA, Naomi Klein wzięła na warsztat politykę gospodarczą
transnarodowych koncernów. Jest to wielką zaletą tej książki. Można jej
zarzucić, że nie omawia bardziej szczegółowo związków tych korporacji z
własnymi i obcymi rządami, politykami, mass mediami, że nie pisze o praktykach
koncernów zbrojeniowych. Byłyby to jednak zbyt daleko idące wymagania, a próby
ich uwzględnienia prowadzić by mogły do abstrakcyjnych i niezbyt przekonujących
ogólników. Zresztą nie brak jest opracowań dotyczących tych zagadnień.
Powtórzę: książka Naomi Klein jest rewelacyjna pod każdym względem i
napawa nadzieją wyeliminowania z czasem tak nieludzkich,
brutalnych, antyspołecznych
praktyk wielkich korporacji
i stworzenia usankcjonowanego przez prawo
międzynarodowe kodeksu ich postępowania.
Jeszcze kilka lat temu różnego rodzaju ruchy społeczne i organizacje
pozarządowe koncentrowały się przede wszystkim na krytyce, obnażaniu
hipokryzji i wykazywaniu sprzeczności
między wzniosłymi deklaracjami a rzeczywistym działaniem koncernów. Koncerny z kolei określały akcje tych ruchów i ich uczestników
jako nieodpowiedzialne i szkodliwe burdy anarchistów, zadymiarzy, demagogów,
oszczerców, z którymi nie ma sensu podejmować jakichkolwiek dyskusji.
W ciągu niespełna dwu lat sytuacja zmieniła się radykalnie. Wspomniane ruchy,
nie odstępując od krytyki, dążą do wypracowania alternatywnej koncepcji
globalizacji, opartej na rzeczywistym przestrzeganiu praw człowieka wszędzie i
przez wszystkich, na zniwelowaniu przepaści
między bogatymi i biednymi państwami, jak i między bogatymi i biednymi
wewnątrz poszczególnych państw, na przywróceniu pełnego znaczenia i realizacji
autentycznej wolności i autentycznej sprawiedliwości społecznej.
Wyrazem tego było odbywające się w tym samym
czasie (25-30 stycznia br.) co tradycyjne doroczne Światowe Forum
Gospodarcze w Davos, Światowe Forum
Społeczne w Porto Alegre w Brazylii, określone przez wielu jako anty-Davos.
Uczestniczyło w nim 12 tys. osób ze 100 krajów, reprezentujących kilkaset
organizacji pozarządowych, związkowych, politycznych, etnicznych, kobiecych,
ekologicznych. Znamienne, że uczestniczyło w nim 463 parlamentarzystów
reprezentujących różne partie polityczne z 27 krajów. „Inny świat jest
możliwy”, było hasłem tego forum. Postawiło ono sobie za zadanie wypracowanie alternatywnej koncepcji globalizacji przez
współpracę społeczeństw obywatelskich, lecz nie przez dyktat korporacyjnej,
neoliberalnej polityki ekonomicznej.
Uczestnicy spotkania w Davos nie mogli już ignorować czy zbywać obraźliwymi
epitetami ruchów reprezentowanych w Porto Alegre. Wyświetlili nawet na zaśnieżonym zboczu tego
miasta olbrzymie hasło: „Utrzymujmy dialog”. Pocieszający jest fakt, że
rozszerzają się i łączą ruchy społeczne, obywatelskie, które coraz bardziej
skutecznie przeciwstawiają się nieludzkim praktykom korporacji i neoliberalnej
polityce gospodarczej. Smutne natomiast, że w Polsce tak mało jest informacji i dyskusji na tematy poruszane w książce
Naomi Klein, że polska młodzież nie interesuje się zbytnio tą problematyką i
nie uczestniczy w społecznych, europejskich i globalnych ruchach przeciw
nieludzkiej polityce wielkich korporacji.
1 Naomi Klein, "No Logo". Flamingo. London 2001, str. 511
2 Wszystkie cytaty pochodzą z omawianej książki.
---------
Marian
Dobrosielski, prof. dr hab., zajmuje się naukami filozoficznymi oraz
współczesnymi stosunkami międzynarodowymi.
----------
Od autora strony (informacje i uwagi dopisane przeze mnie w
listopadzie/grudniu 2004 r. do prezentowanej pozycji):
- Rozmowa z Naomi Klein: Polityka z 23 października 2004
roku, str. 48-51. Rozmawiał Jacek
Żakowski.
- Książka „No logo” ukazała się już w
przekładzie na język polski (październik
2004 r.). W Internecie jest dużo informacji na jej temat. Z tych powodów jeszcze się nie zdecydowałem,
czy będę ją szerzej prezentował na swoich stronach. Wstrzymuję się też –
przynajmniej na razie - z komentarzami w odniesieniu do całości tematów.
- Uważam
jednak za celowe wnieść, także w tym miejscu,
kilka uwag, na jeden wątek „konkurencja” (bez jego szerszego
rozwijania):
•
Konkurencja jest niewątpliwie motorem postępu
techniczno-organizacyjnego.
• Konkurencja wśród firm jest
niewątpliwie korzystna dla konsumentów jako takich, tj. bez wnikania, z jakich
źródeł mają pieniądze.
• Konkurencja wśród firm, jeśli na rynku
występuje nadwyżka „rąk do pracy”, może stać się bardzo łatwo niekorzystna dla
tych konsumentów, którzy żyją z pracy i przegrali w swojej walce konkurencyjnej
o pracę.
• Konkurencja, ze wszystkimi jej
pozytywnymi i negatywnymi skutkami, coraz łatwiej i skuteczniej, dzięki/lub na
skutek globalizacji, obejmuje cały świat.
Każdy kij ma dwa końce. Jeden ten, który my trzymamy w
ręku, drugi ten, którym sami możemy oberwać.
„Nieludzkie koncerny”
prawdopodobnie o wiele mniej byłyby nieludzkie, gdyby:
- same nie musiały walczyć o
przetrwanie,
- na świecie występował niedobór, a nie
nadwyżka rąk do pracy.
Na świecie występuje
nadwyżka rąk do pracy, bo:
- procesy demograficzne,
- konkurencja,
- postęp techniczno-organizacyjny.
Problemy nabrzmiewają! Czy można je rozwiązać, ograniczając negatywne skutki
konkurencji, a wzmacniając pozytywne?
Rzucę tylko kilka haseł, dość zresztą znanych, ale trudnych do
prawidłowego urzeczywistnienia.
• Rozwiązania prawne.
• Umowy międzynarodowe.
• Przestrzeganie.
• Fachowość zarządzających, mądre i
wyważone decyzje.
• Odpowiedni sektor publiczny w
gospodarce, traktowany jako „wentyl bezpieczeństwa”, w tym
- zapewnienie dla tego sektora fachowego
zarządzania,
- zapewnienie dla tego sektora ochrony
na tyle, żeby w ramach konkurencji nie musiał/nie mógł sięgać do rozwiązań
antyspołecznych, nie upadł, a jednocześnie nie pozwolił do nadużywania jego
roli.
Co mogę powiedzieć na
uzasadnienie. Też argumenty dość znane, choć jakby lekceważone.
• Gdyby, „władcy
świata”, w porę i skuteczniej rozwiązywali narastające napięcia,
• Gdyby, „władcy świata”, w porę
przestali lekceważyć „komunizm” i „faszyzm”
- na świecie nie doszło by do
niewyobrażalnych tragedii.
Historia
„nie lubi” powtarzać się dosłownie. „Generałowie wiedzą, jak można było wygrać
wojnę, która się zakończyła. Zaskakują ich jedynie warunki nowej”. Ruchy
idealistyczne, w pewnych warunkach, przekształcają się w rozwiązania skrajne,
będące zaprzeczeniem ideałów, które same głosiły/głoszą. Czysty racjonalizm,
nawet bez egoistycznego wyrachowania, nie zawsze jest nieomylny. Wyszydzanie
idei sprawiedliwości społecznej raczej nie jest zbyt mądre, nawet gdy
mamy na myśli, co z tej „sprawiedliwości społecznej” czasami/często naprawdę w
praktyce wychodzi. Godzenie się na to,
żeby coraz więcej ludzi na świecie czuło się odrzuconymi, jest nie tylko
nieetyczne, ale wręcz niebezpieczne. „Zadymy” ruchu globalistycznego, mniejsza
z tym, na ile zamierzone, a na ile przez kogoś wykorzystane lub sprowokowane,
są po prostu „śmiesznie niepoważne” w porównaniu do tego, do czego może dojść,
gdy ktoś bardziej radykalny w działaniu, mający środki i pozbawiony skrupułów, może zrobić dla
wykorzystania gniewu miliardów ludzi.
Dalej nie rozwijam, bo zbyt daleko musiałbym
odejść od skutków samej tylko konkurencji (i tak już mocno odbiegłem) .
Nawiasem mówiąc, sam się w tym wszystkim czuję „mocno zagubiony”, to jest w
czytaniu i analizowaniu przeróżnych
poglądów, i dlatego, w pewnym sensie
nawet dla relaksu, postanowiłem na swoich stronach zaprezentować nieco filozofii.
Na marginesie. Do porównań międzynarodowych proponuję
podchodzić dość ostrożnie: dane mogą być nie w pełni porównywalne. Nie
specjalizuję się w tym temacie, nie chcę więc go bliżej komentować.
Grudzień 2004
Anonimus
----------------------------------------
Dodałem w październiku 2005 r.:
Koncern jak szarańcza
Mimo rekordowych zysków IBM przenosi tysiące miejsc
pracy z kraju do kraju. Zatrudnienie tracą informatycy w Niemczech, z czego
cieszą się Węgry, gdzie Amerykanie teraz inwestują. Ale
IBM już myśli o przeprowadzce do Indii.
DIE ZEIT
----------------------------------
Nigdy się nie spotkali. Martin Kinkelin, 44 lata,
mieszka na wsi w pobliżu miasta Schweinfurt w Niemczech. István Nagy, 26 lat, mieszka na wsi w pobliżu miasta Szekésfehérvár na Węgrzech. I przypuszczalnie nie spotkają się nigdy. Mimo to istnieje
pewne powiązanie między Niemcem a Węgrem. Komputerowy
koncern IBM postanowił przenieść kilkaset miejsc
pracy właśnie z Niemiec na Węgry. István Nagy ma więc teraz pracę Martina
Kinkelina.
Schweinfurt. Napis IBM, umieszczony przed 50-letnią fabryką, oznaczał
kiedyś przyszłość. Sama fabryka jest własnością firmy FAG Kugelfisscher i
należy już raczej do przeszłości. Za czerwonym, ceglanym murem 3,5 tys.
pracowników wytłacza i szlifuje małe przedmioty ze stali wymagające precyzyjnej obróbki: łożyska kulkowe, wałeczkowe, ślizgowe i igiełkowe, które mają zapewnić sprawne działanie samochodów, pociągów i pralek. Kiedyś określano to mianem niemieckiej roboty wysokiej jakości. Dziś mówi się, że niemiecka praca jest za
droga. Jesienią ubiegłego roku nagle zaczęto w FAG dyskutować o zamknięciu zakładu oraz o niższych
płacach w Rumunii. Na koniec metalowcy zgodzili się na bardziej
elastyczne godziny pracy, zrezygnowali z dodatkowych pieniędzy, cieszyli się, że zachowali pracę – bo cóż innego im pozostawało. Nie pracowali
przecież w IBM, jak ci obok.
IBM
Business Services GmbH (IBM BS), spółka-córka największego koncernu komputerowego świata, wynajęła w fabryce FAG budynek. Tu nikt nie wytłacza i nie szlifuje. W
przestronnych biurach, na ergonomicznych fotelach siedzą spece od technologii
informatycznych. Obsługują potężne komputery i dbają o oprogramowanie dla FAG i
innych przedsiębiorstw. Z metalowcami niewiele mają wspólnego. Ukończyli
studia. Dobrze zarabiają, netto dwa do trzech tysięcy euro miesięcznie.
Związki zawodowe nigdy nie były przedmiotem ich szczególnego
zainteresowania.
Czułem się bezpiecznie
Martina Kinkelina też nie. Od dziewięciu lat pracuje w IBM. Spokojny mężczyzna, nie robiący szumu wokół siebie.
- Jestem typem technika – mówi. Przed nim stoi laptop, palce śmigają po
klawiaturze. Od czasu do czasu sięga po kubek z kawą. Poza
tym żadnych ruchów. Cała praca odbywa się w głowie. – Zawsze czułem się tu bezpiecznie – dodaje.
Oczywiście, że był świadom zagrożeń globalizacji.
Na własne oczy widział, jak pracownicy FAG
walczyli o pracę, czytał w prasie o możliwych przeniesieniach zakładów: u Opla,
Daimlera. Ale czyż nie chodziło tam o pracowników zatrudnionych przy taśmach? Martin Kinkelin jest
natomiast pracownikiem umysłowym. Wiedzę trudno zastąpić. A IBM nie jest przecież
w tarapatach. Koncern osiąga niezłe zyski, w samym tylko
ubiegłym roku 8,4 miliarda dolarów, więcej niż
kiedykolwiek przedtem.
Rankiem 23 lutego w Schweinfurcie
342 pracowników IBM BS spotyka się na zakładowym zebraniu w Sali Młodości. Tak nazywa się kantyna FAG. Zwykle jadają tu obiady, zarówno metalowcy jak i eksperci
komputerowi. Tego ranka za pleksiglasowym pulpitem mównicy staje szef IBM BS Johannes Nagel. Nie szczędzi pochwał. Mówi, że jeżeli nie dojdzie do jakichś
poważniejszych załamań, to miejsca pracy są pewne. Pracownicy
firmy wiedzą, że zysk w stosunku do wartości sprzedaży IBM BS wyniósł w 2004 r. 17,4 procenta – to wskaźnik, o jakim wiele niemieckich
przedsiębiorstw może tylko pomarzyć.
Dla dobra klientów
A potem nadszedł 3 marca. Tydzień po zebraniu zakładowym. Nagel ponownie staje za pulpitem mównicy. Tym razem jednak
postawił ochronę przy drzwiach. Powiedział, że z dniem 30 września koncern postanowił zamknąć ośrodki w IBM BS w Schweinfurcie i Hanowerze, gdzie pracuje 278
osób. Praca będzie w przyszłości wykonywana w
Czechach i na Węgrzech. Od tego momentu litery IBM w
Schweinfurcie mówią już o przeszłości.
Stuttgart. Przy Pascalstrasse 100 mieści się niemiecka centrala IBM. To tu pracują menedżerowie, którzy znają
odpowiedź na pytania nurtujące od miesięcy pracowników
Schweinfurtu i Hanoweru: dlaczego kierownictwo najpierw wyraża swoje
zadowolenie, a potem mówi o zamknięciu oddziału? Kto zmusza wysoce rentowne przedsiębiorstwo, jakim
jest IBM BS, do przenoszenia miejsc pracy? Czy można jeszcze na czymś polegać w gospodarce, jeżeli dobre zyski przedsiębiorstwa przestają
być gwarancją zatrudnienia?
4 marca firma wydaje oświadczenie
odnośnie zamknięcia oddziału. Mówi ono, że
„Planujemy to posunięcie, by w sposób możliwie jak najbardziej
efektywny i konkurencyjny wyjść naprzeciw zmieniającym
się potrzebom naszych klientów”.
Poza tym do dziś żadnych wypowiedzi.
Do niedawna o pracę
bali się tylko
robotnicy przy taśmie.
Dziś niepewni przyszłości
są także umysłowi.
Faktem jest, że Samuel Palmisano, szef
światowego koncernu IBM, ogłosił wiosną w Ameryce, że za pierwszy kwartał tego roku udało się osiągnąć zysk w wysokości
1,41 miliarda dolarów. Mimo to kurs akcji IBM na nowojorskiej giełdzie się załamał. Obserwatorzy rynku spodziewali się jeszcze wyższego
zysku. Palmisano zapowiedział „agresywne działania”. Niedługo będzie to oznaczać, że w Europie Zachodniej dojdzie do redukcji ośmiu tysięcy miejsc pracy. Program oszczędnościowy zdaje się przynosić efekty.
19 lipca IBM podaje do wiadomości wyniki za nowy kwartał. Wypadają zaskakująco dobrze. Kurs akcji wzrasta. Firma chce dalej forsować redukcje miejsc pracy.
Młodszy i tańszy
Każdego dnia zagraniczni inwestorzy zbierają swoich pracowników. Tuż przed
rozpoczęciem zmiany autobusy przedsiębiorstw zatrzymują
się przed niegdysiejszym terenem firmy Videoton, kiedyś jednego z największych przedsiębiorstw wschodnioeuropejskiej gospodarki
planowej. Do końca lat 80. pracowało tu 15 tys. ludzi.
Montowali telewizory, radia, urządzenia radiowe. Potem nastąpił przełom, zmiana ustroju, nastało bezrobocie. W końcu przybyli zagraniczni inwestorzy zachęceni niskimi płacami.
(...)
To jakieś szaleństwo
István Nagy wysyła zdjęcia i świadectwa. W
ośmiu siedzą na rozmowie kwalifikacyjnej...
Dwóch spośród ośmiu kandydatów zostanie przyjętych. Nagy ma szczęście.
István Nagy zarabia 100
tys. forintów miesięcznie, 400 euro. Mówi, że to jest w porządku. Z
nadgodzinami wychodzi czasem na 140 tys. forintów. Za kilka lat ma nadzieję dojść do 200 tys., to już miesięcznie 800 euro, a on przecież dopiero zaczyna. Każdego dnia spędza trzy godziny w autobusie i osiem przy komputerze, w ergonomicznym
fotelu, w przestronnym biurze.
(...) István Nagy jest cichym człowiekiem, który niezbyt
chętnie wyrywa się przed szereg, tak samo jak Martin Kinkelin.
Tyle że jest 18 lat młodszy i parę tysięcy euro tańszy.
(...)
Kinkelin pracował nierzadko 45 godzin w
tygodniu, a nawet więcej, często również w domu. Był elastyczny, a
i technicznie to żaden problem, swoją pracę mógł wykonywać nawet gdzieś w górach. Nie potrzebował niczego więcej tylko swego umysłu i laptopa. Ogólnoświatowa sieć łączyła go z klientami, o których programy się troszczył. (...)
30 września został bezrobotnym. Koncern wypłaci mu odprawę, w wysokości mniej więcej rocznej pensji, to pomoże, oczywiście, ale na dłuższą metę to za mało. (...) Kinkelin
szuka teraz zatrudnienia w Monachium, w Norymberdze, w Stuttgarcie, jak dotąd
bez powodzenia. W wieku 44 lat jest już w branży zaliczany do starych.
Od czasu do czasu, jak sam przyznaje,
wydaje mu się to wszystko jakimś szaleństwem. IBM wysłało go na tuzin szkoleń i kursów
doskonalących, czasem całotygodniowych, dojazd, zakwaterowanie, opłaty za
kursy, wszystko płacił koncern. – Zainwestowali
we mnie masę pieniędzy, a teraz tak po prostu mnie wyrzucają.
Firmy wędrują
z kraju do kraju.
Ale ich pracownicy wszędzie pragną tylko jednego:
bezpieczeństwa
(...) István Nagy nie pytał, dlaczego IBM nagle
potrzebuje nowych ludzi w Szekésfehérvár. Miejsca pracy przemieszczają się dziś w ciągu tygodni z jednego kraju do drugiego. Ale kto by się tam zastanawiał, skąd przychodzi pracodawca? Kogo interesuje, kto
miał tę pracę przedtem? Najważniejsze, że jest, najważniejsze że się ją
dostało.
Co zostanie w Niemczech
Schweinfurt. Miasto ma 55 tys. mieszkańców, 430 letni ratusz, przed którym
szumi fontanna. W ratuszu zasiada pani Gudrun Grieser, burmistrz. Mówi, że
decyzja IBM to świństwo. Grieser od 15 lat
zajmuje się polityką komunalną, przedtem była
nauczycielką. Od 15 lat jest w CSU, nie mówi wprawdzie o „szarańczy” (głośna wypowiedź przywódcy SPD Franza Münteferinga o
zagranicznych funduszach spekulacyjnych, kupujących firmy i doprowadzających je
do ruiny – przyp. FORUM), ale oburzona jest mimo to. Pani burmistrz mówi, że
rozumie firmy, które wędrują za granicę, bo nie mają
wyjścia, bo grozi im bankructwo. – Ale IBM BS przynosi przecież wysokie zyski,
jeżeli takie przedsiębiorstwo redukuje zatrudnienie, jest to
cynizm.
Powiedziała to również Johannesowi Naglowi.
Szef IBM BS siedział w ratuszu za stołem, przy którym odbywają się narady... Gundrun Grieser mówiła, że chodzi tu o akademickie umysły, o wysoce
wykwalifikowanych fachowców i o tym, jak te miejsca pracy są ważne dla
Schweinfurtu. Johannes Nagel mówił o restrukturyzacji. Potem się rozeszli. Gundrun Grieser uważa, że taki światowy
koncern jak IBM nie może oczywiście wiązać swej działalności tylko z jednym krajem. – Ale skoro wszędzie tak się dzieje, to co zostanie w Niemczech. (...)
W połowie lat 90.
koncern odkrył Szekésfehérvár. Na skraju niegdysiejszego terenu Videotonu
IBM stawia fabrykę, ściany co prawda nie z kamienia, jak w
fabryce FAG w Schweinfurcie, ale z blachy, bo dają się szybko złożyć w jedną całość. 500 metrów długa, 100 metrów
szeroka hala dla taśm produkcyjnych i robotników, którzy montowali twarde
dyski. Do jesieni 2002 roku.
Wtedy IBM zamyka fabrykę, dyski twarde będą w przyszłości produkowane w Azji, 3,7 tys. osób traci pracę. Węgierski
minister pracy mówi o fenomenie IBM, a cały kraj zaczyna pojmować, że
inwestorzy nie tylko przychodzą, ale że mogą również odejść. Tam, gdzie praca jest
tańsza: do Rumunii, Chin, na Ukrainę.
Koncern odchodzi i przychodzi
Teraz IBM ponownie daje zatrudnienie w Szekésfehérvár.
Innym ludziom niż wtedy przy taśmach produkcyjnych. Takim jak István Nagy. W przyszłości musimy więcej inwestować w edukację, abyśmy mieli jakiś atut wobec krajów o taniej sile
roboczej.
Schweinfurt i Szekésfehérvár. Martin Kinkelin był tam, przed trzema laty, cały tydzień. Tam, gdzie
teraz pracuje István Nagy, w budynku IBM na terenie Videotonu. Firma właśnie
wybudowała tam swój oddział. Kinkelin przybył jako docent, miał objaśniać
Węgrom sposoby pracy z różnymi programami komputerowymi. Miał pomóc w
podniesieniu tamtejszego standardu do niemieckiego poziomu. Sprawiało mu to
przyjemność. Węgrzy i Niemcy traktowali się jak koledzy, wieczorami chodzili na
piwo. Kinkelin nie miał pojęcia, że pracuje na to, by jego własny etat stał się
zbędny.
...
Poranek po nocnej zmianie. István Nagy ... Idzie z kolegą przez wieś. Tamten także jest
informatykiem, także pracuje ... Martwi
się. Z wizytą w firmie jest kilku Hindusów. Są na razie przyuczani, a potem
mają realizować swoje zadania w Indiach. Zaczyna ... István Nagy sądzi, że jego praca jest pewna.
A że kiepskie wyniki kwartalne w Ameryce znowu rodzą konieczność twardych
działań? – IBM tyle inwestuje w moje szkolenie – mówi Nagy – Przecież
tak po prostu mnie nie wyrzucą.
Wolfang Uchatius
Die Zeit, 28.07.2005
FORUM (najciekawsze artykuły
z prasy światowej)
Nr 34 (22.08. – 28.08.2005), str. 26 – 29.
..................
Całkiem nowe pokolenie*
Studenci ostatnich lat informatyki mają
dzisiaj więcej
wspólnego z kolegami z działów ekonomii i zarządzania, niż ze skupionymi
introwertycznymi pasjonatami, którzy jeszcze kilka lat temu zaludniali
korytarze politechnik i uniwersytetów.
Kiedy pięć lat temu decydowali się o wyborze studiów, akcje
informatyków na światowej giełdzie pracy osiągały właśnie najwyższe notowania. Były to najbardziej
poszukiwane i najbardziej popłatne zawody na
rynku. Prasa pełna była doniesień o niebotycznych zarobkach oferowanych niemal każdemu
kto – nawet w stopniu podstawowym – znał programowanie, obsługę sieci, nie wspominając już o zintegrowanych
systemach wspomagających zarządzanie ERP. Ci, którym nie odpowiadały warunki oferowane na miejscu, zawsze mogli pomyśleć o wyjeździe do USA, czy później do Niemiec w ramach programu
„zielonych kart” przygotowywanego przez kanclerza Gerharda Schroedera.
Ponure realia
Na rynek pracy przyszło im jednak wchodzić w zupełnie innej sytuacji, przy bezrobociu sięgającym 17,8%, które dotyka w dużej mierze absolwentów szkół wyższych (co trzeci Polak przed 25 rokiem życia pozostaje bez pracy) i
w czasach ogromnej konkurencji. Studia informatyczne od lat utrzymują się bowiem w czołówce najpopularniejszych kierunków wybieranych
przez maturzystów. Coraz to nowe uczelnie (ostatnio chociażby warszawska Wyższa
Szkoła Psychologii Społecznej) otwierają
kierunki informatyczne i luźno związane z informatyką, takie jak „systemy
informatyczne w zarządzaniu”. Polska Agencja Prasowa podała kilka miesięcy temu, że liczba miejsc na studiach na
kierunku informatyka przekroczyła już 100 tys.
Na każde ogłoszenie skierowane do specjalistów ds. informatyki przychodzi po
kilkaset aplikacji od coraz lepszych studentów.
Wiedza i certyfikaty
Marząc przede wszystkim o pracy dla dużych firm – polskich i międzynarodowych – od początku studiów dopasowują życiorys do oczekiwań
tego typu pracodawców. ...
Łowcy staży
Na trzecim, czwartym roku przychodzi czas praktyki. (...)
Część swojego czasu obecni studenci kierunków informatycznych inwestują w
kolejne studia i słowo „inwestują” jest tu jak najbardziej na
miejscu....
Coraz więcej z nich widzi siebie przede wszystkim jako analityków biznesowych, a
nie programistów lub administratorów.
Praca, praca. Praca...
Na piątym roku korytarze wydziałów informatyki zaludniają
już ubrani w garnitury studenci, którzy albo rozpoczęli pracę i próbują pogodzić naukę z początkiem kariery, albo właśnie zaczęli szukać pracy i na uczelnię wpadają ochłonąć w przerwach między kolejnymi rozmowami kwalifikacyjnymi. (...)
Zastrzyk energii
Mimo niezbyt zachęcających perspektyw, studenci w życie zawodowe
wchodzą z optymizmem. Nie ma tygodnia aby nie pojawiły się jakieś oferty pracy... Szukają przede wszystkim pracodawców
stabilnych.
Niezapisane kartki
Pytani o aspiracje studenci mówią oczywiście o „atrakcyjnych projektach” i
„pracy pełnej wyzwań”, jednak nawet w przypadku
najlepszych z nich zwykle okazują się to deklaracje bez
pokrycia. (...)
Antoni Bielewicz
COMPUTERWORLD Nr 36/687
z 4 października 2005 r., str. 4-6.
.................
* Ostatnia pozycja bardziej pasuje do
mechanizmów „Niewidzialnej ręki rynku”, w tym
globalizacji. Tymczasowo (?) umieściłem ją tutaj.
Anonimus
----------------------------------------
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------
|Literatura | Strona główna |
---------------------------------------------------------------------------------------------------------------