Paul Krugman:
Wracają problemy kryzysu gospodarczego
Wydawnictwo Naukowe
PWN, Warszawa 2001
Przekład Adam Szeworski
=====================================================================
Cytuję wybrane fragmenty. Strona w budowie. Sukcesywnie
dodam trochę własnych uwag, oznaczonych inną czcionką oraz inicjałami „Z.U.” lub pseudonimem „Anonimus”, ale głównie na
tematy „uboczne”. Makroekonomia nie jest moją specjalnością. Z.U.
=====================================================================
Z okładki książki
Czy gospodarka światowa jest
bezpieczna?
Czy nie grozi jej kryzys?
Choć nie ma
bezpośredniego zagrożenia, znowu aktualne stały się problemy, które
charakteryzowały gospodarkę światową w latach trzydziestych XX wieku.
W warunkach postępującej
globalizacji i liberalizacji obrotów międzynarodowych, przy nowych
instrumentach finansowych, ogromnej masie kapitału i możliwościach spekulacji,
kryzysy, jakie pojawiły się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w Azji i
Ameryce Łacińskiej, wpłynęły także na gospodarkę krajów wysoko rozwiniętych.
Nie można tego bagatelizować,
lecz porzucając tradycyjne, doktrynalne myślenie, należy stosować metody
polityki gospodarczej odpowiednie do aktualnej sytuacji i szybko reagować na
niepokojące symptomy, aby uniknąć kryzysu światowego.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Spis treści
Przedmowa do wydania
drugiego ......... 7
Wprowadzenie ......... 15
O książce ......... 19
1. Dzień 1 lipca 1997 r. ......... 23
Triumfujący kapitalizm ......... 24
Poskromienie cyklu koniunkturalnego ......... 28
Wiek magazynu "Wired" ........ 35
Owoce globalizacji ......... 37
Sceptycy i krytycy ......... 40
2. Krótki wykład o cudach: Azja przed kryzysem ......... 42
Tygrysy i smoki ......... 43
Na ile realny był ten wzrost? ......... 45
Inspiracja kontra perspiracja ......... 47
Czy istniał system azjatycki? ......... 55
3. Zignorowane ostrzeżenie: Ameryka Łacińska 1995 r. ......... 58
Meksyk - wydźwignięcie się z lat osiemdziesiątych ....... 60
Zerwanie Argentyny z przeszłością ......... 65
Zły rok Meksyku ......... 68
Kryzys "tequila" ......... 71
Wielka akcja ratunkowa ......... 76
Wyciągnięcie fałszywych nauk ......... 77
4. Niespełniona przyszłość: Japonia w latach dziewięćdziesiątych .........
80
Japonia - kraj numer 1 ......... 81
Bańka mydlana, trud i niepokój ......... 84
Utajona depresja ......... 89
Japońska pułapka ......... 91
Japonia na łasce losu ......... 94
Herezja inflacyjna ......... 97
Uwagi na temat jena ......... 99
5. Wszystko się wali: krach azjatycki ......... 103
Boom ......... 103
Dzień 2 lipca ......... 109
Załamanie ......... 112
Infekcja ........ 115
Dlaczego Azja? Dlaczego w 1997 r.? ....... 117
Pytanie sięga głębiej ......... 120
6. Gra o zaufanie ......... 121
Jak nie rozwijał się międzynarodowy fundusz walutowy? ......... 123
Podwójny standard ......... 128
Gra o zaufanie ......... 130
Czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie pogorszył sytuacji? ......... 133
7. Władcy świata: fundusze hedgingowe i inne czarne charaktery ......... 136
Natura bestii ......... 137
Legendarny George Soros ......... 139
Szaleństwo premiera Mahathira ......... 141
Atak na Hongkong ......... 143
Gospodarka potiomkinowska ......... 147
Panika 1998 r. ......... 141
8. Czy odbicie się od dna? ......... 154
Czy tygrys się zerwał? ......... 154
Gospodarka w stylu Rube Goldberga
......... 157
Mahathir wyłamuje się ......... 159
Pa, pa, Brazylio! ......... 163
Kto następny? ......... 167
9. Wracają problemy kryzysu gospodarczego ......... 170
Co to jest teoria ekonomiczna kryzysu? ......... 170
O co chodzi? ......... 172
Obarczanie ofiary winą ......... 174
Jak chronić bogatych? ......... 177
Jak pomóc biednym? ......... 178
Duma i przesąd ......... 181
--------------------------------------------------------------------------------------
Przedmowa do wydania
drugiego ......... 7
Zacząłem pisać tę
książkę w szczytowym punkcie ostrego kryzysu gospodarczego; gdy ją skończyłem,
kryzys zelżał ale jeszcze daleko mu było do końca. Teraz, mniej więcej rok
później, gospodarka światowa jest o wiele bardziej pogodnym miejscem - tak
pogodnym, że wielu ludzi, od inwestorów po decydentów politycznych, zaczyna
zapominać o niedawnej przeszłości. Czego nauczyliśmy się z tej poprawy
koniunktury? Jak wpłynęła ona na zmianę naszych poglądów?
Wiadomości krótkookresowe są na pewno dobre. Przede wszystkim kraje, które
początkowo zostały objęte kryzysem, są - w różnym stopniu - znowu pełne werwy.
Pod koniec 1999 r. Korea przeżywała zdumiewający boom; Malezja również
znajdowała się w stanie silnego, choć mniej spektakularnego, ożywienia; nawet
Indonezja w widocznym stopniu odbiła się od dna.
Być może równie zachęcający jest fakt, że kryzys nie rozprzestrzenił się tak,
jak wszyscy się obawiali. Finansowe upokorzenie Brazylii na początku 1999 r.
nie przerodziło się w klęskę, jakiej oczekiwała większość obserwatorów, łącznie
ze mną. Załamanie się kursu waluty nie pociągnęło za sobą załamania koniunktury
wewnętrznej wzorem krajów azjatyckich; ani nie doprowadziło do dramatycznego
wzrostu inflacji. Rzeczywiście, kilka miesięcy po kryzysie Brazylia obniżyła
stopy procentowe i w rezultacie pojawiły się pierwsze oznaki ożywienia; wydaje
się całkiem możliwe, że pewnego dnia Brazylia będzie spoglądała wstecz na
dewaluację ze stycznia 1999 r. jak na szczęśliwą okazję, dzięki której
spekulanci zmusili rząd do zrobienia tego, co powinien był zrobić kilka lat
wcześniej.
W końcu i Japonia, przynajmniej na razie, odsunęła się nieco od krawędzi
przepaści. Głównie dzięki olbrzymim wydatkom państwowym na roboty publiczne
ustał spiralny ruch gospodarki w dół i nawet zaznaczył się pewien umiarkowany
wzrost.
Ale czy wszystko jest dobre, co się dobrze kończy? Czy książka ta nie jest już
aktualna? I tak, i nie. Groźba kryzysu istnieje zawsze, nawet jeśli ryzyko
faktycznej depresji na razie ustąpiło. I dlatego właśnie powody, dla których
musimy się zajmować teorią kryzysu gospodarczego, skłoniły mnie do napisania tej
książki.
Głównym powodem jest alarmujące
pojawienie się na nowo niedostatecznego popytu jako ważnego problemu
gospodarczego. Przed pięciu laty ekonomiści, do których w dużym stopniu
należałem również ja - sądzili, że recesje zawsze będzie można zwalczać stosunkowo
łatwo: po prostu przez obniżanie stopy procentowej, i na tym koniec. W późnych
latach dziewięćdziesiątych nauczyliśmy się, że nie jest to wcale takie łatwe.
Japonia objawiła nam prawdę, którą znali nasi dziadkowie, ale o której my już
zapomnieliśmy, mianowicie, że nawet całkowite obniżenie stóp procentowych do
zera może okazać się niewystarczające. Jednocześnie kłopoty azjatyckich
"tygrysów" unaoczniły nam, że małe gospodarki, wystawione na
zawieruchy międzynarodowej spekulacji, mogą się po prostu okazać niezdolne do
obcięcia stóp procentowych w celu przezwyciężenia zapaści gospodarczej, że mogą
być nawet zmuszone do ich podwyższenia i pogorszenia tej zapaści - z obawy
przed załamaniem się waluty.
Lekcje te są nadal aktualne. W istocie, tematy rozbrzmiewające w tej książce
zostały na różne sposoby wzmocnione przez wydarzenia ostatniego roku.
Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że wszystko zaczęło się od Japonii - od kraju,
który nie powinien był znaleźć się w tego rodzaju kłopotach, a jednak znalazł się
i nadal w nich tkwi. Co prawda gospodarka japońska wykazała w ubiegłym roku
pewien wzrost; czyli uniknęła katastrofy. Ale ciągle wzrasta bezrobocie, a
wśród przedsiębiorców panuje pesymizm, mimo dokonania przez rząd rzeczywiście
masowych wydatków na roboty publiczne w celu pobudzenia gospodarki do skokowego
startu. Wszystko to, co osiągnięto, wyrzucając na ten cel pieniądze, sprowadza
się jedynie do zyskania na czasie. A rząd japoński, tak niedawno jeszcze wzór
cnót fiskalnych, powoduje szybkie narastanie olbrzymiej piramidy długów.
Niewiele czasu pozostaje więc do dyspozycji.
Dobrą wiadomością jest to, że radykalne rozwiązanie, za którym wypowiadam się w
tej książce - tj. przyjęcie za cel umiarkowanej stopy inflacji w celu
zachęcenia społeczeństwa do kupowania towarów zamiast gromadzenia pieniędzy -
zostało uznane za coś godnego uwagi. Rzeczywiście, nawet przedstawiciele
japońskiego ministerstwa finansów mówią obecnie o wyznaczaniu celów
inflacyjnych (jakkolwiek proponowane przez nich wartości, są moim zdaniem,
wciąż zbyt niskie). Tej zmianie nastroju sprzyja fakt, iż pozycja japońskiego
jena jest oceniana ostatnio jako zbyt mocna dla dobrego samopoczucia, a nie
jako niebezpiecznie słaba; teraz, gdy zelżały obawy o losy waluty, podstawowy
sens polityki inflacyjnej staje się coraz bardziej widoczny.
Niestety, nie dotyczy to ludzi, którzy są powołani do realizacji tej polityki,
tj. oficjeli japońskiego banku centralnego. W rzeczywistości, w czasie gdy to
piszę, stali się oni jeszcze bardziej zawzięci w swojej opozycji wobec
wszystkiego, co nie jest ortodoksją - ostrzegając przed ryzykiem niepohamowanej
inflacji, mimo przygniatającej gospodarkę deflacji, i twierdząc, że błędem
byłoby podjęcie przez nich jakiegokolwiek ryzyka (tak jakby praktykowanie
wysokiego deficytu budżetowego w celu utrzymania gospodarki na powierzchni
wobec odmowy pomocy ze strony banku centralnego nie było związane z jeszcze
większym ryzykiem). Wizyta w dzisiejszej Japonii umożliwia zrozumienie tego,
jak musiał się czuć Keynes. Jakże niemądre rzeczy mogą mówić trzeźwo myślący
ludzie, i to w imię zdrowej polityki!
Z innych części Azji dochodzą lepsze wiadomości, ale jednocześnie wskazują one
na to, że dobrym gospodarkom przydarzyły się ostatnio złe rzeczy. Na początku
kryzysu Zachód, ogólnie biorąc, a szczególnie Międzynarodowy Fundusz Walutowy,
pospiesznie oświadczył, że nie był to po prostu przejaw paniki finansowej, lecz
odzwierciedlenie głębokich problemów strukturalnych w gospodarkach azjatyckich,
których nie można rozwiązać bez fundamentalnych reform. Według wszelkich
kryteriów reformy te utknęły w miejscu, skorygowawszy jedynie drobną cząstkę
popełnianych nadużyć: poza zamknięciem najgorzej funkcjonujących banków i
przycięciem skrzydeł niektórym najbardziej skorumpowanym "kolesiom",
charakterystyczne dla kapitalizmu azjatyckiego wady na ogół nie zostały
skorygowane. Niemniej jednak największa z gospodarek objętych kryzysem, Korea
Południowa, ze zdumiewającą szybkością odzyskała stracony grunt. Czyż nie
nasuwa to przypuszczenia, że postulowanie zmasowanej, bezpośredniej reformy
jako jedynej drogi rozprawienia się z kryzysem było śmiertelnym błędem? Gdyby
dać wiarę moralizującemu poglądowi, że kryzys był karą za grzechy Azji, że był
on odbiciem głębokich wad systemów gospodarczych dotkniętych nim krajów, to
ożywienie powinno być możliwe jedynie po dokonaniu fundamentalnych zmian. Fakt,
iż nastąpiło ono bez takich zmian, wskazuje, że kryzys ten mimo wszystko był po
prostu skutkiem paniki.
Jak mogło dojść do takiej paniki? Opowiedziana w tej książce historia, w jaki
sposób panika walutowa może się przerodzić w samospełniające się proroctwo,
nadal wygląda na prawdziwą i stała się faktycznie obiegową mądrością w kręgach
analityków gospodarczych. Gospodarki azjatyckie były słabe i mało odporne nie
tyle z powodu niewłaściwych inwestycji (choć zapewne miały one tam miejsce),
ile raczej ze względu na sposób finansowania tych inwestycji, mianowicie za
pomocą zaciągania licznych długów, w dużej części w dolarach lub jenach. Gdy na
rynkach walutowych doszło do nagłego zwrotu, który spowodował spadek kursów
walut azjatyckich, nastąpiła eksplozja tych zagranicznych długów wyrażonych w
miejscowych walutach, która pociągnęła za sobą załamanie się bilansów
miejscowych spółek, a wraz z tym pogorszenie się na pewien czas sytuacji
realnej gospodarki. Oczywiście, złożyły się na to również inne przyczyny, ale
to było sednem historii.
Jak się okazuje, gospodarka, co do której ja osobiście popełniłem największą
pomyłkę, jest pod pewnym względem wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ze
wszystkich wygłoszonych przeze mnie wypowiedzi najbardziej żałuję tej, w której
mylnie przewidziałem, że kryzys walutowy w Brazylii przybierze taki sam obrót
jak w Azji. Gdybym miał wówczas odwagę zaufać mojemu własnemu modelowi, to zapowiedziałbym
coś przeciwnego. Brazylia wcale nie jest wzorem cnót gospodarczych, ale nie ma
takiej jak Azja struktury finansowej. Przedsiębiorstwa są finansowane głównie
za pomocą kapitału akcyjnego, a nie przez zadłużanie się, przy czym niewiele
długów zaciągnięto w dolarach. A zatem - podobnie jak Jeffrey Sachs z Harvardu
- powinienem był uporczywie twierdzić, że w odróżnieniu od Tajlandii czy Korei,
Brazylia powinna po prostu obniżyć stopy procentowe i dopuścić do obniżki kursu
swej waluty. Ale mój nerw intelektualny zawiódł i pozwoliłem sobie dołączyć do
poglądu większości, jakoby w Brazylii zawsze działo się źle. Brazylia po spadku
kursu swej waluty była w o wiele lepszej kondycji niż przedtem - z szansą na
odzyskania w końcu kontroli nad budżetem i na powrót do reform gospodarczych.
Można również zaznaczyć, że gdybyśmy wówczas wiedzieli to, co wiemy obecnie, to
owe dotkliwe cierpienia gospodarcze, jakich doznała Brazylia w roku zakończonym
dewaluacją oraz przez parę następnych miesięcy na skutek przytłoczenia
gospodarki niebotycznymi stopami procentowymi, były całkowicie niepotrzebne; setki tysięcy miejsc pracy poświęcono dla utrzymania parytetu
waluty, co w końcu okazało się błędem.
A co na temat polityki w
Azji? Czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy uratował Azję, czy faktycznie
pogorszył jej kryzys?
Ożywienie koniunktury w Korei jest obecnie rozgłaszane przez Fundusz jako dowód
słuszności jego polityki. Jeśli jednak
spojrzeć na cztery kraje najbardziej dotknięte tym kryzysem, to najlepiej wyszła z niego Malezja, która odrzuciła rady
Funduszu i wywołała w świecie wstrząs, wprowadzając reglamentację obrotów
kapitałowych. Niektórzy twierdzą, że Malezja tak czy inaczej
przezwyciężyłaby kryzys; inni zaś głoszą, co najmniej z takim samym
prawdopodobieństwem, że kluczem do pomyślnego zakończenia kryzysu było raczej
rozłożenie spłat długów na kolejne etapy – które Korea, w odróżnieniu od innych
krajów objętych kryzysem, wynegocjowała wcześniej w 1998 r., co w swoich
skutkach było pewną formą reglamentacji kapitału – nie zaś inne posunięcia
polityczne, które była zmuszona zastosować.
Inaczej mówiąc, nie jest całkiem jasne, czy Międzynarodowy Fundusz
Walutowy rzeczywiście pomógł tym krajom; jasne jest natomiast, że zdecydowanie odrzucono ortodoksję finansową, w myśl której
rządy, nawet w krytycznej sytuacji, nie powinny się wtrącać do przysługującego
inwestorom prawa wycofywania swoich lokat kapitałowych.
Przynajmniej jednak pod pewnym względem Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a
mówiąc ogólnie - Zachód, spowodował pogorszenie kryzysu. W 1997 i na początku 1998 r. występowała po prostu czysta
panika finansowa, toteż priorytetem było natychmiastowe zajęcie się tą paniką.
Reforma jest zapewne dobrą rzeczą i należy się wstydzić, że nie uczyniono
więcej w tym zakresie; ale nie było to ani konieczne, ani wystarczające dla
rozwiązania kryzysu finansowego i nie powinno było zająć centralnego miejsca w
reakcji świata na ten kryzys. W istocie, przez naleganie na to, aby
kraje przewróciły do góry nogami swoje struktury instytucjonalne w przeciągu
miesięcy jako warunek uzyskania kredytów, przez stawianie żądań - choćby
uzasadnionych w dłuższych okresach czy słusznych ze względów moralnych - którym
rządy w rzeczywistości nie mogły sprostać, Międzynarodowy Fundusz Walutowy z pewnością
przyczynił się do wzmożenia paniki. Takie ustawianie poprzeczki zbyt wysoko
miało najgorsze konsekwencje gospodarcze w Indonezji, która powoli dochodzi do
siebie, ale ciągle tylko jako cień tego, czym była poprzednio. Długookresowe
konsekwencje polityczne można będzie oglądać dopiero w przyszłości, ale
podejrzewam, że nasza arogancja nie ujdzie nam bezkarnie.
Oczywiście, wszystko to mogłoby
być jedynie przedmiotem teoretycznych sporów, gdyby można było uznać, że
wspomniany kryzys był w rzeczywistości zakończeniem całej historii. W
szczególności, można było mieć nadzieję, że kryzys lat 1997-1999, podobnie jak
wielka depresja lat trzydziestych, doprowadzi do szerokiej rekonstrukcji
światowego systemu finansowego – że zostaną stworzone nowe reguły, być może
nowe instytucje, by zmniejszyć ryzyko powtarzania się kryzysów.
Przez krótki czas wydawało się prawdopodobne, że przodujące rządy uzgodnią
między sobą kilka spraw, np. : aprobatę, a przynajmniej zielone światło dla
tych krajów, które chciałyby ograniczyć zaciąganie pożyczek krótkoterminowych,
żeby być mniej narażone na nagłe kryzysy zaufania; ogólne porozumienie, na
podstawie którego można by oczekiwać, że zagraniczne banki nie będą się
włączały do powszechnego wycofywania
kapitałów w okresach paniki finansowej; być może nawet ostrożną aprobatę
reglamentacji typu malezyjskiego w krytycznych sytuacjach. Ale do lata 1999 r.
cała energia wokół propozycji reform wyparowała. Banki nie miałyby z tego nic,
a rząd Stanów Zjednoczonych, nie widząc na bieżąco żadnego kryzysu, a ponadto
nie chcąc sobie przysparzać nowych oponentów politycznych w okresie
nadchodzących wyborów, nie miał zamiaru popychać sprawy naprzód. Bez Stanów
Zjednoczonych zaś cały ten ruch został wyhamowany.
Obecnie przynajmniej wiemy, że staromodne niedomagania strony popytowej mogą
nadal stanowić problem, co polepsza nasze szanse na ich przezwyciężanie. Nikt
dzisiaj nie twierdzi, że pułapka płynności, w której nawet zerowa stopa
procentowa nie jest wystarczająco niska, jest rzeczą niemożliwą. Japonia
dowiodła, że jest to możliwe, a inne kraje przyjęły to do wiadomości. Nikt
dzisiaj nie twierdzi z otwartą przyłbicą, że kraje rozwijające się, dopóki
prowadzą zdrową politykę wewnętrzną, nie muszą się niczego obawiać ze strony
światowych rynków finansowych. Przypuszczam, że Japonia osiągnęła pod tym
względem pewne wyprzedzenie i że niektóre inne kraje, jak np. Stany
Zjednoczone, mogą się znaleźć w podobnych kłopotach. Przypuszczam również, że
kryzys meksykański z 1995 r. był pierwszym aktem trójetapowej gry, z kryzysem
azjatyckim jako drugim z kolei. Ale akt trzeci nie sprawi takiej niespodzianki.
W końcu zaczęliśmy poważnie traktować ekonomikę kryzysów gospodarczych, co jest
najlepszą drogą do ich wyeliminowania.
Wprowadzenie ......... 15
Większość ekonomistów -
o ile w ogóle w swoich myślach powraca do tego tematu - uważa wielki kryzys lat
trzydziestych za niczym nieuzasadnioną, niepotrzebną tragedię. Gdyby tylko
Herbert Hoover nie próbował zrównoważyć budżetu wobec załamania koniunktury; gdyby
tylko Rezerwa Federalna nie stanęła w obronie systemu waluty złotej ze szkodą
dla gospodarki swojego kraju; gdyby tylko oficjalne czynniki ruszyły gotówką,
by wspomóc zagrożone banki i przez to uspokoić panikę bankową, jaka rozwinęła
się w latach 1930-1931; krach giełdowy z 1929 r. doprowadziłby jedynie do
wkrótce zapomnianej recesji, jakich było wiele. A skoro ekonomiści i decydenci
polityczni wyciągnęli z tego odpowiednie nauki - tak iż żaden współczesny
minister finansów nie powtórzyłby za Andrew Mellonem
osławionej rady, że należy "zlikwidować robotników, zlikwidować zapasy,
zlikwidować farmerów, zlikwidować nieruchomości (...) usunąć wszelką zgniliznę
z systemu" - to nic podobnego do tej wielkiej depresji nie może się nigdy
powtórzyć.
Czy rzeczywiście nie może? W
ciągu ostatnich dwu lat siedem gospodarek - które łącznie wytwarzają około
jednej czwartej światowej produkcji i w których zamieszkuje dwie trzecie
miliarda ludzi - doznało załamania gospodarczego, wykazującego dziwne
podobieństwo do wielkiego kryzysu z lat trzydziestych. Tak samo jak wtedy,
kryzys uderzył jak grom z jasnego nieba, podczas gdy większość mędrców
zapowiadała kontynuację boomu nawet wówczas, gdy załamanie nabrało rozpędu; tak
samo jak wtedy, tradycyjne lekarstwo ekonomiczne okazało się nieskuteczne, a
być może nawet szkodliwe. Co prawda, z wyjątkiem Indonezji, żaden z dotkniętych
kryzysem krajów nie doznał spadku produkcji na miarę owej słynnej depresji; i
mimo że podmuchy sztormu zagroziły różnym gospodarkom - od Afryki Południowej
po Argentynę - przewróceniem do góry dnem, gospodarka światowa jako całość
kontynuowała wzrost. Ale skoro sprawy mogły (i nadal mogą) przybrać gorszy
obrót, to fakt, iż coś podobnego mogło się w ogóle wydarzyć we współczesnym
świecie, powinien wywołać ciarki na grzbiecie każdego, kto pojmuje sens
historii.
Oczywiście nie jest to pierwszy
kryzys gospodarczy od lat trzydziestych XX wieku. Mierzone ogólnym wpływem na
produkt brutto gospodarki światowej, obydwa kryzysy energetyczne - globalne
recesje, które nastąpiły po wojnie arabsko-izraelskiej w 1973r. i po rewolucji
irańskiej w 1979 r. - były gorsze od kryzysów finansowych z końca lat
dziewięćdziesiątych, ponieważ w odróżnieniu od tych wywołały recesje w Europie
i Ameryce. Również pojedyncze kraje i regiony przeżyły ciężkie czasy. Dotyczy
to zwłaszcza Ameryki Łacińskiej, gdzie trzeba było ponad siedmiu lat na
wydobycie się z kryzysu zadłużenia, który rozpoczął się w 1982 r. Ale te
wcześniejsze kryzysy, jakkolwiek straszne dla swoich ofiar, były poniekąd mniej
niepokojące od tych, które wydarzyły się w ostatnich dwóch latach, ponieważ nie
były tak na pozór niczym nieuzasadnione. Można by dociekać, dlaczego realna
cena ropy naftowej podwoiła się po 1973 r. i ponownie po 1979 r., lecz
niezależnie od przyczyn niedoboru globalnej podaży ropy, przy uwzględnieniu
istnienia takiego niedoboru globalna recesja nie była aż taką niespodzianką.
Można by dociekać, dlaczego banki w latach siedemdziesiątych tak chętnie
udzielały pożyczek krajom Ameryki Łacińskiej i dlaczego tak źle wykorzystano te
pieniądze, ale wobec istnienia takiego "nawisu zadłużenia" należało
jedynie oczekiwać długiego i dotkliwego załamania gospodarczego. Inaczej
mówiąc, poważniejsze kryzysy gospodarcze miały dotychczas odpowiednio poważne
przyczyny.
Ale co spowodowało, że Japonia - owa
budząca strach potęga gospodarcza lat osiemdziesiątych - przeżyła większą część
następnej dekady w stanie bliskim stagnacji, a ostatnio znalazła się w
deflacyjnym korkociągu? W jaki sposób kilka złych pożyczek finansowych na
finansowanie transakcji na rynku nieruchomości i sfuszerowana dewaluacja w
Tajlandii - małym, odległym kraju, o którym większość ludzi nic nie wiedziała -
wywołały efekt domina sięgający od Indonezji po Koreę Południową? Dlaczego
niedotrzymanie terminów spłaty długu przez Rosję - do niedawna militarne
supermocarstwo, a obecnie gospodarczego karła* - doprowadziło do katastrofy w
Brazylii i spowodowało napawające strachem „zamrożenie” amerykańskiego rynku
obligacji na kilka tygodni?
(* Autora chyba "poniosła" elokwencja. To nie karzeł,
tylko olbrzym dotknięty niedowładem. Niedowład zaczyna zresztą już powoli
mijać, a notowany w ostatnich latach wzrost gospodarczy, procentowo jest dość
szybki. Z.U.).
W każdym z tych przypadków efekt w postaci wyrządzonych szkód wydaje się
nieproporcjonalnie duży w stosunku do przyczyny - wyrok śmierci (na rynku
kapitałowym) wydany na gospodarki winne jedynie popełnienia wykroczeń
finansowych.
Co więcej, typ niepokojów
gospodarczych, które świat odczuwał ostatnio, należy ściśle do tego rodzaju
spraw, którym, jak sądziliśmy, nauczyliśmy się zapobiegać. Dawniej w latach
niepomyślnej struktury wielkie zaawansowane gospodarki z ustabilizowanymi
rządami – jak Wielka Brytania w latach dwudziestych - mogły nie wiedzieć, jak reagować na okresy
przewlekłej stagnacji i deflacji; ale w czasie między Johnem Maynardem Keynesem
a Miltonem Friedmanem nauczyliśmy się - jak nam się wydawało - nie dopuszczać,
do tego, by coś takiego ponownie się wydarzyło. Rządy - jak np. w Stanach
Zjednoczonych w latach 1930 - 1931 mogły zachowywać się bezradnie w obliczu
załamań krajowych systemów bankowych; ale we współczesnym świecie system
gwarancji wkładów i gotowość Rezerwy Federalnej do zaopatrywania w gotówkę
zagrożonych instytucji powinny zapobiegać takim scenom.
A potem przyszedł ten ostatni
kryzys. Wprawdzie od wczesnych lat dziewięćdziesiątych Japonia wykazywała coraz
większe podobieństwo do gospodarki z lat trzydziestych, ale dopiero w ostatnich
dwu latach stało się jasne, że kraj ten utkwił w pułapce, z którą Keynes i jemu
współcześni byli w pełni obznajomieni. Natomiast w mniejszych krajach
azjatyckich dosłownie z dnia na dzień boom przerodził się w klęskę, a przebieg
tego upadku odczytuje się tak, jakby był zaczerpnięty z historii finansowej lat
trzydziestych. Przez kilka tygodni w 1998 r. Stany Zjednoczone doświadczyły
czegoś, co według wszelkich kryteriów praktycznych było klasycznym runem na
banki, choć nie dotyczyło to żadnych instytucji nazywanych bankami. Wydaje się,
że nagle wszystko dawne powróciło jako coś nowego.
Pomyślmy o tym w następujący sposób:
sprawa wygląda tak, jak gdyby bakteria, która zwykle wywoływała śmiertelne
plagi, lecz od dawna została uznana za unicestwioną przez współczesną medycynę,
miała się na nowo pojawić w postaci uodpornionej na wszelkie standardowe
antybiotyki. Dotychczas niewielu ludzi padło ofiarą zadawanych przez nią na
nowo nieuleczalnych cierpień; ale nawet ci z nas, który, dotąd sprzyjało
szczęście, byliby nierozsądni, gdyby nie starali się znaleźć nowych lekarstw,
nowych profilaktycznych zasad higieny, żeby nie stać się jej następnymi
ofiarami. I w tym właśnie celu musimy najpierw postarać się zrozumieć, w jaki
sposób tyle złego mogło spotkać tak liczne gospodarki.
To właśnie jest celem tej pracy.
Jest to krótka książka, powstała w połowie kryzysu; w czasie jej pisania
(styczeń 1999 r.) wschodzące kraje Azji sprawiały wrażenie, jakby znalazły się
już na drodze powrotu do swej niepewnej stabilności, ale Brazylia znajdowała
się na krawędzi przepaści, a każdy tydzień przynosił nowe złe wiadomości z
Japonii. W końcu ukaże się dużo dłuższych i pogłębionych analiz, napisanych z
dobrodziejstwem znajomości rzeczy post
factum. W tym dłuższym okresie
zrozumiemy lepiej, niż ktokolwiek w tej chwili jest w stanie zrozumieć, w jaki
sposób popadliśmy w takie kłopoty i co można zrobić, aby nie dopuścić do
powtórzenia się ich w przyszłości. Ale, jak to świetnie ujął Keynes, w długim
okresie wszyscy pomrzemy. Jak więc doszło do tego kryzysu? Jak możemy go
odwrócić i zapobiec jego rozszerzaniu się? Są to pytania, które domagają się
natychmiastowych odpowiedzi, nawet jeśli wiemy, że w najlepszym razie będą one
jedynie prowizoryczne i że niejedno z tego, co tu mówimy obecnie, będzie na
pewno brzmieć śmiesznie po pięciu czy dziesięciu latach.
Temat tej książki jest tak świeży –
„gorąca fala” kryzysu rozpoczęła się dopiero wraz z dewaluacją tajlandzkiego
bahta w lipcu 1997 r. – że zjawisko to nie ma jeszcze ogólnie akceptowanej
nazwy. W jego początkowych stadiach proponowano różnego rodzaju metafory
chorobowe, jak „azjatycka grypa”, azjatycka epidemia”, bahtulizm
(to moja własna propozycja). Stopniowo jednak stawało się jasne, że chociaż
wyrządzone szkody skoncentrowały się (jak dotychczas w Azji), to jednak
historia ta nie dotyczy wyłącznie tego kontynentu. A jeżeli coś podobnego mogło przytrafić się
krajom, które Bank Światowy w 1993 r. uznał za wzorce „pragmatycznej
ortodoksji”, które odniosły „godne uwagi sukcesy w tworzeniu i utrzymywaniu stabilności
makroekonomicznej”, to kto wie, na kogo przyjdzie kolej? Nieraz mówi się o
„kryzysie wschodzącego rynku”; ale Japonia, której gospodarka jest w
przybliżeniu dwa razy większa niż pozostałych dotkniętych kryzysem krajów, od
dawna ma już to „wschodzenie” za sobą. Książka George’a
Sorosa z jesieni 1998 r. nosiła tytuł The World Financial Crisis, czyli Światowy kryzys finansowy (a w
wydaniu brytyjskim The Crisis of Global Capitalism – Kryzys globalnego kapitalizmu); ale
wydarzenia te sięgnęły daleko poza rynki finansowe jako takie i jeśli nawet na
rynki finansowe wróci spokój, to realne skutki kryzysu – szkody wyrządzone we
wzroście gospodarczym, zatrudnieniu i stopie życiowej – będą nadal odczuwalne.
Niniejszym proponuję inną nazwę,
mianowicie: „wielka recesja”. Nazywam to raczej „recesją”, a nie depresją czy
kryzysem, ponieważ – bez względu na to, jak wielką katastrofę przyniosły dwa
ostatnie lata niektórym krajom – szkody w skali globalnej dotychczas dalece nie
dorównują poziomowi z okresu wielkiego kryzysu (odpukać w niemalowane
drzewo!).
O książce ......... 19
Niech mi wolno będzie na początku tej książki stwierdzić, że w gruncie rzeczy
jest to rozprawa analityczna. Dotyczy ona nie tyle tego, co się wydarzyło, ile
raczej dlaczego się wydarzyło. Sądzę, że ważne jest, byśmy zrozumieli, jak
mogło dojść do takiej katastrofy, w jaki sposób jej ofiary mogą się z niej
otrząsnąć i jak możemy zapobiec powtórzeniu się takiego wydarzenia. Oznacza to,
że ostatecznym celem tej książki jest - jak się to mówi w uczelniach
ekonomicznych - studium teoretyczne konkretnego przypadku, czyli wyłożenie, jak
należy myśleć o danym materiale.
Starałem się jednak uniknąć
przedstawienia tego w formie suchego wykładu teoretycznego. Nie ma w tej
książce żadnych równań, żadnych tajemniczych wykresów ani (jak sądzę)
niedającego się zgłębić żargonu. Jako ekonomista o dobrej reputacji, potrafię
napisać rzeczy, których nikt nie będzie w stanie odczytać. W rzeczywistości to
właśnie taka nienadająca się do czytania pisanina - moja własna i innych -
odegrała kluczową rolę w sformułowaniu prezentowanych tu poglądów. Ale świat
potrzebuje dzisiaj świadomego działania, a po to, by dojść do takiego
działania, trzeba dane myśli przedstawić w sposób dostępny dla szerokiego grona
zainteresowanych, a nie tylko dla tych, którzy zostali uhonorowani tytułami
doktorskimi. W każdym razie równania i wykresy formalnej ekonomii są
najczęściej tylko rusztowaniem ułatwiającym budowę intelektualnego gmachu. Z
chwilą gdy gmach ten zostanie wzniesiony do pewnego punktu, rusztowanie można
usunąć, pozostawiając jedynie potoczny język.
Pisząc tę książkę, próbowałem się
oprzeć czterem pokusom intelektualnym, które moim zdaniem w dużym stopniu
zniekształciły toczącą się dyskusję nad ostatnimi wydarzeniami.
Pierwsza to pokusa związana z
podejściem post factum. Obecnie, gdy wiemy, że Japonia i Korea doświadczyły
katastrofalnej klęski gospodarczej, zaczynamy sobie wyobrażać, iż zawsze
wiedzieliśmy, że miały one gliniane nogi. Zapominamy o zdumieniu, jakie
odczuliśmy początkowo, gdy te wzorcowe kraje zaczęły zbaczać ze swej drogi -
zdumienie, które było całkowicie na miejscu, ponieważ nawet dzisiaj nie jest w
żadnej mierze wiadome, jakim sposobem sprawy przybrały tak niepomyślny obrót.
Tej pokusie oglądania spraw z pozycji post factum towarzyszy skłonność do
fatalizmu: wiedząc obecnie o tym, że Japonia znalazła się w kłopotach,
zaczynamy traktować te kłopoty, jakby były nie do uniknięcia...
Po drugie, jak wspomniałem
wcześniej, istnieje pokusa traktowania tego kryzysu jako wyłącznie
azjatyckiego. Jeszcze tak niedawno wielu mędrców, zarówno zachodnich jak i
azjatyckich, twierdziło, że "cud azjatycki", oparty na wyższości
"azjatyckiego systemu" i wspierany wyższymi "azjatyckimi
wartościami", gwarantuje, że boom będzie trwał w Azji w przewidywalnej
przyszłości bez zakłóceń wywoływanych załamaniami w stylu zachodnim. Obecnie
wielu mędrców - często tych samych - twierdzi uparcie, że kryzys był
nieuniknioną konsekwencją wyjątkowych niedomagań
systemu azjatyckiego. A jeśli system ten był pełen wad i niedomagań,
to dlaczego funkcjonował tak dobrze przez tak długi czas, po czym nagle się
załamał? I jak możemy mieć pewność, że w przyszłym roku lub w następnym my sami
nie staniemy się podatni na takie zagrożenia? (Rzeczywiście, jak zobaczymy,
gospodarka Stanów Zjednoczonych jesienią 1998r. była niebezpiecznie bliska
katastrofy). Znowu powinniśmy podejść do tej kwestii z otwartym umysłem,
zamiast stawiać na głowie nasze poprzednie uwielbienie dla Azji.
Trzecią, nieco z tym związaną
pokusą, jest skłonność do moralizatorstwa. Nikt chyba nie wie, kto wymyślił
wyrażenie crony capitalism
- "kapitalizm kolesiów" - ale na pewno odpowiada on realnemu
zjawisku, jakie występowało w Azji przed kryzysem. Jednakże wyciąganie z tego
wniosku, że ten właśnie typ kapitalizmu był jedyną przyczyną kryzysu, czyli
twierdzenie bez solidnych dowodów, że kryzys był odpłatą za grzech śmiertelny,
jest przedwczesne i na pewno jest kuszeniem losu. Nie sądźcie, abyście nie byli
sądzeni, i to być może wcześniej, niż myślicie.
Wreszcie, jeszcze jedną pokusą,
która często nawiedza autorów piszących na tematy gospodarcze, zwłaszcza tak
poważne, jest skłonność do nadmiernego dostojeństwa. Nie chodzi o to, że
problemy, którymi się zajmujemy, są mało ważne, bo niekiedy są sprawami życia
lub śmierci. Zbyt często wszakże mędrcy wyobrażają sobie, że skoro dany
przedmiot jest poważny, to należy do niego podchodzić uroczyście; że skoro
chodzi o wielkie sprawy, trzeba o nich mówić wielkimi słowami, bez pozwalania
sobie na jakąś nieformalność lub frywolność
(...) Być może brzmi to głupio, być może nawet ta frywolność urazi czyjąś
wrażliwość, ale ma swój cel: przerzuca rozumowanie na inny kanał, sugerując w
tym przypadku, że istotnie można znaleźć nieoczekiwanie prosty sposób
przynajmniej częściowego rozwiązania problemu Japonii. Nie oczekujcie więc
uroczystej, tchnącej dostojeństwem książki: jej tematy są tak poważne, jak
tylko możliwe, ale pisanie o nich może być niepoważne, jak tego wymaga dany
temat.
Z takim więc podejściem
wyruszymy w podróż, zaczynając od opisania, jak wyglądał świat przed zaledwie
dwoma laty.
1. Dzień 1 lipca 1997 r. ......... 23
Zastanówmy się, co się zdarzyło (lub ściślej - co się nie zdarzyło) w ciągu
kilku pierwszych minut tego lipcowego dnia , gdy Hongkong powrócił w końcu pod
panowanie Chin - co prawda jako "specjalny region autonomiczny",
niemniej jednak ostatecznie i nieodwołalnie jako część Chińskiej Republiki
Ludowej. Czy ktoś się tym zmartwił? Owszem, niektórzy niepokoili się, że ta
zmiana może w końcu doprowadzić do erozji swobód obywatelskich w tym
mieście-państwie; ale nikt nie miał obaw, że Pekin może mu narzucić socjalizm.
Przeciwnie, Chiny mogły okupować Hongkong, ale ideologicznie to Hongkong podbił
Chiny: rząd, który niegdyś zsyłał na wieś do ciężkich robót każdego
podejrzanego o sympatie burżuazyjne, był obecnie oddany doktrynie Deng Xiaponga głoszącej, że
"bogacenie się jest rzeczą chwalebną". Pod wpływem tego przekazania
władzy w tym dniu wydawało się proklamacją triumfu nie socjalizmu, lecz
kapitalizmu - systemu tak pewnemu sukcesu, tak dominującego, że nawet chińska
armia ludowa nie stanowiła zagrożenia dla codziennego biznesu.
Nikt nie zdawał sobie sprawy w owym
czasie, że lato 1997 okaże się swego rodzaju punktem szczytowym nowego porządku
światowego. Sukcesy kapitalizmu nie były tak trwałe jak się wydawało; seria
katastrof finansowych w ciągu następnych osiemnastu miesięcy miała zagrozić w
wysokim stopniu pomyślnej koniunkturze na świecie i spowodować, że pojawiły się
na nowo niektóre dawne znaki zapytania nad systemem, który polega na kierowaniu
interesami prywatnymi przez niewidzialną rękę rynku zgodnie z celami
społecznymi. Ale zapomnijmy na chwilę o twardych lekcjach, jakich wkrótce
trzeba było doświadczyć, i spójrzmy na świat, jakim wydawał się owego lipcowego
dnia.
Triumfujący
kapitalizm .......
24
Książka ta dotyczy ekonomii;
ale ekonomia w sposób nieunikniony plasuje się w kontekście politycznym, toteż
nie można zrozumieć świata takiego, jakim się jawił owego złotego lata bez
uwzględnienia podstawowego faktu politycznego lat dziewięćdziesiątych, tzn.
upadku socjalizmu, nie tylko jako panującej ideologii, ale jako pewnej idei
silnie oddziałującej na umysły ludzkie.
Upadek zaczął się, rzecz dziwna, w
Chinach. Zdumieniem napawa ciągle uświadomienie sobie, że Deng
Xiaoping skierował swój naród już w 1978 r. na drogę
do kapitalizmu - a więc zaledwie trzy lata po zwycięstwie komunistów w
Wietnamie i zaledwie dwa lata po wewnętrznej klęsce radykalnych maoistów,
którzy chcieli wznowić rewolucję kulturalną. Prawdopodobnie Deng
nie zdawał sobie w pełni sprawy, jak daleko droga ta doprowadzi; na pewno
trzeba było dużo czasu, aby reszta świata pojęła fakt, że miliard ludzi
spokojnie pożegnało się z marksizmem. W rzeczywistości aż do wczesnych lat
dziewięćdziesiątych transformacja Chin nie została w pełni odnotowana przez
przemądrzałe środowiska, skoro w bestsellerach tych czasów gospodarka światowa
była areną walki "twarzą w twarz" między Europą, Ameryką i Japonią -
a o Chinach, jeśli w ogóle myślano, to jako o posiłkowym graczu, być może
stronie wschodzącego bloku japońskiego.
Niemniej jednak każdy zdawał sobie
sprawę , że coś się zmieniło i że tym "czymś" był upadek Związku Radzieckiego.
Właściwie to nikt nie rozumie, co
się stało ze Związkiem Radzieckim. Mądrzy po fakcie, sądzimy obecnie, że cała
jego struktura była czymś w rodzaju chwiejącej się rudery, skazanej ostatecznie
na upadek. Niemniej był to reżim, który potrafił zapanować nad sytuacją w
warunkach wojny domowej i głodu, który mimo strasznych przeciwności potrafił
zadać klęskę niemieckiemu "nowemu porządkowi", który był w stanie
zmobilizować środki naukowe i przemysłowe, aby zakwestionować przewagę nuklearną
Ameryki. (Warto przypomnieć, że przez pewien czas miał również nad nią
przewagę w kosmosie. Z.U.). W jaki sposób mógł się tak nagle
skończyć, nie z wielkim hałasem, lecz z kwileniem?
Trzeba to traktować jako jedną z
wielkich zagadek ekonomii politycznej.
Być może było to po prostu kwestią czasu, wydaje się bowiem, że rewolucyjny
zapał, a nade wszystko gotowość mordowania przeciwników w imię większego dobra,
nie może przetrwać dłużej niż przez parę pokoleń. Albo być może reżim ten był
stopniowo podkopywany prze fakt, że kapitalizm nie wykazywał odpowiedniego
stopnia dekadencji. Jeśli chodzi o mnie, to mam swoją prywatną teorię, która
nie jest oparta na żadnych dowodach. Otóż wzrost w Azji delikatnie, lecz
dogłębnie skompromitował reżim radziecki, czyniąc jego pretensje do bycia
wybrańcem historii coraz mniej wiarygodnymi. Wstrętna, nie do wygrania wojna w
Afganistanie* zapewne spotęgowała procesy, tak samo jak oczywista niezdolność
przemysłu radzieckiego do sprostania masowym zbrojeniom Ronalda Reagana.
* Uwagi. Dla Związku
Radzieckiego, zapewne wojna w Afganistanie była tak samo "nie do
wygrania", jak dla USA była "nie do wygrania" wojna w Wietnamie.
Oba supermocarstwa poradziłyby sobie prawdopodobnie "bez większej
fatygi" z takimi przeciwnikami, gdyby nie drugi blok, no i opinia
publiczna. Natomiast zbrojenia Ronalda Reagana raczej nie były masowe tylko
jakościowe, w tym przypuszczalnie udany blef "wojen gwiezdnych" .
Proponuję przeczytać "Victory" Petera Schweizera - poz. 62 prezentowanej literatury. Według Petera
Schweizera "trochę" też inaczej wyglądają
przyczyny upadku gospodarczego ZSRR: to nie ZSRR był słaby, tylko USA potężne i
wygrały wojnę ekonomiczną, mocno się wspierając wojną psychologiczną, a w tym i
celową dezinformacją z wizją prezydenta "szaleńca", gotującego się do
zaskakującego pierwszego uderzenia jądrowego. Można z tej książki również
odnieść wrażenie, że "wojujący" komunizm, przynajmniej poczynając od
czasów Gorbaczowa, wcale już nie chciał "wojować" i, to już moje
odczucie, wolał przegrać gospodarczo i ideologicznie, niż postawić Świat na
krawędzi wojny nuklearnej. Czy Peter Schweizer
wiedział co pisał? Jak było rzeczywiście? Równie dobrze można spekulować, że po
prostu zwyciężył rozsądek!
Anonimus
Ale mniejsza o to: jakiekolwiek byłyby tego przyczyny, w 1989r. imperium
radzieckie w Europie Wschodniej nagle się rozpadło, a w 1991r. rozpadł się sam
Związek Radziecki.*
(* Znowu uwaga. Jakoś wielu nie chce widzieć
"drzemiącej", może nawet częściowo sparaliżowanej potęgi, tego co
pozostało. Paraliż czasami ustępuje. Aktualnie - grudzień 2001 - widać to już
dość wyraźnie Z.U.).
Skutki tego rozpadu dały
się odczuć w całym świecie w sposób oczywisty...
Przede wszystkim, oczywiście,
kilkaset milionów ludzi, którzy żyli w reżimach marksistowskich, stało się
nagle obywatelami państw gotowych dać szansę kapitalizmowi. Wbrew temu, czego
większość ludzi oczekiwała, wschodnioeuropejskie gospodarki znajdujące się
"w stanie przejściowym" wcale nie stały się szybko poważną potęgą na
rynku światowym czy szczególnie cenionym obszarem dla zagranicznych lokat
kapitału. Przeciwnie, transformacja była dla nich przeważnie trudnym okresem.
(Uwagi. Wydaje mi się, że i nadal jest. Z.U.).
Dopiero teraz, dziesięć lat po upadku komunizmu, w kilku krajach - w Polsce, Estonii,
Republice Czeskiej - sytuacja zaczyna przybierać pomyślny obrót.
(Uwagi. "Każdy" w Polsce widzi ten pomyślny obrót,
szczególnie "zachwycone" jest powiększające się grono aktualnych i
przyszłych bezrobotnych. Anonimus).
Jeśli zaś chodzi o samą Rosję, to nie tylko nie dokonała przekonującej
przemiany w kierunku rynku, ale faktycznie zadłużywszy się na wysokie sumy,
wraz ze swoim rozkładającym się arsenałem nuklearnym, potrafiła się
przekształcić w nieoczekiwanie potężne źródło niestabilności finansowej dla
reszty świata.
Dalszym bezpośrednim skutkiem upadku
reżimu radzieckiego było to, że rządy innych krajów, które mogły polegać na
jego hojności, zostały obecnie postawione same sobie.
Nędza postradzieckiej Kuby nie tylko sama przez się
budzi rozczarowanie, ale też dowodzi boleśnie, że jej heroiczna postawa w
przeszłości była możliwa jedynie dzięki olbrzymim subsydiom . Podobnie, aż do
lat dziewięćdziesiątych, Rząd Korei Północnej, z całą swoją upiorną ohydą,
przedstawiał sobą pewną mistykę dla radykałów, zwłaszcza wśród studentów
południowokoreańskich. Wraz z dosłownym umieraniem z głodu ludności Korei
Północnej, która nie otrzymuje już pomocy radzieckiej, wzbudzane przez nią
emocję zanikły.
Innym mniej lub bardziej
bezpośrednim skutkiem upadku Związku Radzieckiego było zniknięcie licznych
ruchów radykalnych...
Co najważniejsze, upokarzające bankructwo Związku Radzieckiego zniszczyło
socjalistyczne marzenia...
(Uwagi. Pytanie zasadnicze: czy to faktycznie było
"upokarzające bankructwo", to jest Związek Radziecki załamał się
gospodarczo i rozpadł politycznie sam przez się, na skutek swoich wewnętrznych
słabości - bez żadnych działań ze strony neutralnie przyglądającego mu się
Zachodu, czy po prostu przegrał konfrontację z najpotężniejszym supermocarstwem
świata, wspartym niemal całą potęgą gospodarczą świata kapitalistycznego.
Powyższa uwaga nie jest ani obroną zbiurokratyzowanej gospodarki realnego
socjalizmu, ani też bezkrytycznym uwielbieniem mechanizmów rynkowych
kapitalizmu. Kapitalizm "zachodni" posługuje się zresztą nie tylko
mechanizmami rynkowymi. "Miejscami" widać w nim bardzo wyraźnie i
"centralne sterowanie", i "interwencjonizm państwowy", i
"protekcjonizm". Nie trzeba nawet daleko szukać: wystarczy przyjrzeć
się uważniej gospodarce Unii Europejskiej. Anonimus).
Lecz któż może dzisiaj posługiwać się słowem socjalizm z podniesionym czołem?
Rosja jest tak jak zawsze dotąd zacofana* i skorumpowana; a po wszystkich
swoich wielkich skokach i rewolucjach kulturalnych Chiny doszły do wniosku, że
najwyższym dobrem jest pomnażanie pieniędzy.
(*
Z tym "zacofaniem" też tak brzmi trochę dwuznacznie. Jak na tle tego
stwierdzenia wygląda ów wspaniały Zachodni
Świat, który przez kilkadziesiąt lat wytężał wszystkie swoje siły, nie
mogąc sobie poradzić z "zacofańcem". Gdyby to był faktycznie
"skorumpowany od zawsze zacofaniec", zwycięstwo osiągnięte nad nim po
ponad 70-ciu latach intensywnych starań, splendoru zwycięzcom raczej nie
przynosi. Czyli, znowu, lepiej ostrożnie z etykietami, choć na pewno w różnych
szczegółach można znaleźć dla nich uzasadnienie. Anonimus).
Istnieją nadal radykalni
lewicowcy, którzy uporczywie twierdzą, że nie zaznaliśmy jeszcze prawdziwego
socjalizmu; istnieją nadal umiarkowani lewicowcy, którzy z większym
uzasadnieniem twierdzą, że można odrzucać marsksizm-leninizm,
nie stając się koniecznie uczniami Miltona Friedmana. Ale prawdą jest, że
opozycji wobec kapitalizmu przestało bić serce.
To właśnie jest kwintesencją
"nowego porządku światowego". Po raz pierwszy od 1917 r. żyjemy w
świecie, w którym prawa własności i wolny rynek są uznawane za fundamentalne
zasady, a nie tylko niechętnie stosowanymi środkami zastępczymi; i w którym
nieprzyjemne aspekty systemu rynkowego - nierówność, bezrobocie,
niesprawiedliwość - są przyjmowane jako fakty z życia wzięte. Tak samo jak w
epoce wiktoriańskiej, kapitalizm jest bezpieczny nie tylko dzięki swoim
sukcesom - które, jak zobaczymy za chwilę, są naprawdę autentycznie realne -
ale też dlatego, że nikt nie dysponuje możliwą do przyjęcia alternatywą.
Taka sytuacja nie będzie trwała
wiecznie. Na pewno pojawią się inne ideologie, inne marzenia, i to tym prędzej,
im dłużej będzie trwała i pogłębiała się wielka recesja. Ale owego wspaniałego
lata 1997 kapitalizm po raz pierwszy od osiemdziesięciu lat niezaprzeczalnie
rządził światem.
Poskromienie
cyklu koniunkturalnego
......... 28
Wielkimi wrogami stabilności
kapitalizmu była zawsze wojna i kryzys. To, co w rzeczywistości miał na myśli
George Bush - który na swoje nieszczęście nie był zbytnio zainteresowany
ekonomią - używając wyrażenia "nowy porządek światowy", dotyczyło nie
tyle triumfu kapitalizmu, ile raczej rzekomego wyłonienia się, po wojnie w
Zatoce Perskiej w 1991 r., systemu międzynarodowego, który miał nie dopuścić do
przyszłych wojen. Powiedzcie to mieszkańcom Bośni lub Ruandy. Ale po upadku
Związku Radzieckiego na placu boju pozostały Stany Zjednoczone z tak miażdżącym
monopolem potęgi militarnej, że trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób w
przewidywalnej przyszłości mogłoby dojść do poważniejszej wojny.
(Uwagi. Znowu to jest tylko półprawda.
Stany Zjednoczone są rzeczywiście przepotężne militarnie i gospodarczo, ale w
dobie broni nuklearnej, każde państwo, nawet całkiem słabe, które dysponuje tą
bronią, nawet przestarzałą i przestarzałymi środkami jej przenoszenia, może
stanowić śmiertelne zagrożenie dla całego świata: wystarczy tylko, że u jego
steru znajdą się ludzie niepoczytalni, którzy dla "wiecznej sławy"
zaryzykują wszystko. Czy tak trudno sobie wyobrazić skutki tylko kilku wybuchów
jądrowych w gęsto zaludnionych i mocno uprzemysłowionych rejonach? Na
marginesie: lepiej żeby nastąpiło powszechne i skutecznie kontrolowane
rozbrojenie "rakietowo-jądrowe". Ale dopóki jest to nierealne, nie
wiem, czy pomysł budowy systemu obrony przeciwrakietowej, prawdopodobnie
nieskuteczny wobec państw dysponujących odpowiednim arsenałem, i raczej
obliczalnych w swoich decyzjach, nie byłby jednak skuteczny wobec państw
"raczkujących" i tak trochę "nieobliczalnych"? Z.U.).
A jeśli chodzi o
kryzys? Wielki kryzys lat trzydziestych był bliski obalenia zarówno
kapitalizmu, jak i demokracji i doprowadził w sposób mniej lub bardziej
bezpośredni do wojny. Po
niej jednak w uprzemysłowionej części świata nastąpił długi okres trwałego
wzrostu, w ciągu którego recesje były krótkotrwałe i łagodne, a ożywienia silne
i trwałe. Pod koniec lat sześćdziesiątych Stany Zjednoczone tak długo już nie
przeżywały recesji, że ekonomiści organizowali konferencje pod takimi tytułami,
jak np. "Czy cykl koniunkturalny nie jest przeżytkiem?".
Pytanie to było przedwczesne: lata
siedemdziesiąte były dekadą "stagflacji", tj. depresji gospodarczej
połączonej z inflacją, i jak wspomniano we wprowadzeniu, po obydwu kryzysach
energetycznych z lat 1973 i 1979 nastąpiły recesje najgorsze od lat
trzydziestych. Ale w latach dziewięćdziesiątych znowu stawiano to pytanie;
wobec spadku bezrobocia z roku na rok, wobec bezgranicznego wzrostu kursów
giełdowych, coraz to więcej mędrców oświadczało, że rzeczywiście weszliśmy w
nowy wiek stabilności gospodarczej. W owym złotym lipcu 1997 czasopismo "Foreign Affairs" opublikowało
artykuł zatytułowany The
end of the business Cycle? (Czy
to koniec cyklu koniunkturalnego?), którego końcowy wniosek przekreślał w
zasadzie znak zapytania. Z jeszcze większymi fanfarami czasopismo "Wired" opublikowało entuzjastyczny artykuł Petera
Schwartza i Petera Leydena The
Long Boom: A History of the
Future (Długotrwały boom: historia przyszłości).
Żaden z tych artykułów, jeśli je uważniej przeczytać, nie głosił, że przyszłość
będzie wolna od sporadycznych załamań, ale obydwa twierdziły, że dni
rzeczywiście ciężkich recesji, nie mówiąc już o ogólnoświatowych kryzysach,
pozostały za nami.
Jak można by ustosunkować się do
czegoś podobnego inaczej, niż biorąc pod uwagę fakt, że gospodarka nie przeżyła
ostatnio żadnej poważniejszej recesji? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy
zrobić dygresję w stronę teorii, a przede wszystkim zapytać, co to w ogóle jest
cykl koniunkturalny. W szczególności zaś, dlaczego gospodarki rynkowe doznają
recesji?
Nie należy mówić, że odpowiedź jest
oczywista - że recesje zdarzają się z powodu X, gdzie X jest przedmiotem
naszego wyboru. Prawdą jest, iż po zastanowieniu - zwłaszcza jeśli się zrozumie
i ogólnie uwierzy, że rynki zwykle potrafią zrównywać ze sobą podaż i popyt -
recesja okazuje się rzeczywiście czymś osobliwym. Albowiem
w czasie spadku koniunktury, zwłaszcza dużego spadku, podaż jest - jak się wydaje - na każdym kroku, a popytu nie ma nigdzie. Są chętni do pracy
robotnicy, ale nie ma pod dostatkiem miejsc pracy, są doskonałe fabryki, ale
nie ma pod dostatkiem zamówień, są otwarte sklepy, ale nie ma pod dostatkiem
klientów.
Część problemu, jaki pojawia się w
rozsądnych rozmowach o recesji, polega na tym, że trudno jest odmalować to, co
dzieje się w czasie załamania koniunktury, z dostosowaniem do skali
pojedynczego człowieka. Ale ja mam swoją ulubioną historyjkę, którą chętnie się
posługuję zarówno w sensie wytłumaczenia , co to w ogóle są recesje, jak i w
charakterze "pompy intuicyjnej" dla moich własnych myśli...
Historyjka ta została
opowiedziana w artykule Joan i Richarda Sweeneyów,
opublikowanym w 1978 r. pod tytułem Monetary Theory and the Great Capitol Hill Baby-sitting Co-op. Crosis(Teoria pieniądza a
kryzys spółdzielni nianiek na Kapitolu). Niech nikogo ten tytuł nie zraża, bo
sprawa jest poważna.
W latach siedemdziesiątych Sweeneynowie byli członkami, ot niespodzianka, spółdzielni
nianiek – stowarzyszenia młodych małżeństw, w tym przypadku głównie pracowników
zatrudnionych w Kongresie, którzy wyrazili chęć wzajemnego czuwania przy swoich
dzieciach. Spółdzielnia ta była niezwykle duża, obejmowała bowiem około 150
małżeństw, co oznaczało, że potencjalnych nianiek było pod dostatkiem, ale kierowanie
tą organizacją tak, aby każde małżeństwo miało równy udział w jej pracach nie było sprawą łatwą.
Podobnie jak wiele innych takich
instytucji (i innych układów wymiany naturalnej), spółdzielnia na wzgórzu kapitolińskim rozwiązała tren problem,
emitując kupony upoważniające ich posiadaczy
do korzystania z jednej godziny opieki nad dzieckiem. Po ułożeniu dzieci
do snu czuwający przy nich otrzymywali odpowiednią ilość kuponów od rodziców
dzieci. System ten wykluczał ze swej natury wszelkie bumelowanie: zapewniał
bowiem automatycznie, że z biegiem czasu każde małżeństwo spędzi na czuwaniu
przy obcych dzieciach tyle samo godzin, ile inne małżeństwa spędzą na czuwaniu
przy ich dzieciach.
Ale to wcale nie było takie proste. Okazuje się, że taki
system wymaga całkiem pokaźnej liczby kuponów w obiegu. Małżeństwa dysponujące
kilkoma wolnymi wieczorami pod rząd i niemające żadnych planów na spędzenie ich
poza domem próbowały gromadzić rezerwy kuponów na przyszłość, co pociągałoby za
sobą uszczuplenie rezerw innych małżeństw, ale przeciętnie z upływem czasu
każde małżeństwo chciałoby prawdopodobnie posiadać dość kuponów po to, aby móc
spędzać wieczór poza domem po kilka razy między kolejnymi czuwaniami przy
cudzych dzieciach. Emisja kuponów w tej spółdzielni była sprawą skomplikowaną:
małżeństwa otrzymywały kupony w chwili przystąpienia do niej, a wykupić je
miały przy opuszczeniu spółdzielni, ale tymi kuponami uiszczały również należne
opłaty związane z opłacaniem urzędników
itp. Szczegóły nie są ważne; problem polega na tym, że nadszedł czas, kiedy w
obiegu znalazło się stosunkowo mało kuponów – faktycznie zbyt mało, żeby pokryć
potrzeby spółdzielni.
Wynik był osobliwy. Małżeństwa,
które stwierdzały, że ich rezerwy kuponów są niewystarczające, były skłonne
czuwać przy dzieciach i nie miały ochoty wychodzić wieczorami. Ale decyzja o
wyjściu wieczorem podjęta przez jedno
małżeństwo była dla innych małżeństw okazją do czuwania przy dzieciach; w ten
sposób takie okazje stawały się trudne do znalezienia, co jeszcze bardziej
zniechęcało małżeństwa do naruszania swoich rezerw, a to z kolei jeszcze
bardziej ograniczało okazje do czuwania nad dziećmi, itd.
Krótko mówiąc, spółdzielnia popadła
w recesję.
Jak reagujecie, słysząc to
opowiadanie?
Jeżeli przyjęliście je z mieszanymi
uczuciami – bo czyż nie ma to być książka o światowym kryzysie gospodarczym, a
nie o opiece nad dziećmi? – to znaczy, że nie zrozumieliście jego sensu.
Jedynym sposobem zrozumienia każdego skomplikowanego systemu... jest
posługiwanie się modelami – uproszczonymi prezentacjami tego systemu, które
według naszych oczekiwań mogą pomóc w zrozumieniu, jak on funkcjonuje. Czasem
takie modele składają się z układów równań, czasem z programów komputerowych (jak
symulacje dające nam codziennie prognozę pogody), ale niekiedy są podobne do
modeli samolotów, które projektanci
wypróbowują w tunelach powietrznych, do wersji skonstruowanych w małej
skali po to, aby były bardziej dostępne dla obserwacji i eksperymentowania.
Spółdzielnia na Kapitolu była miniaturą gospodarki, była w istocie najmniejszą
gospodarką zdolną do recesji. Ale to, czego doświadczyła, było rzeczywiście
recesją, dokładnie tak samo jak siła nośna powstająca na skrzydłach modelu
samolotu jest rzeczywistą siłą nośną.
Tak się składa, że opowiastka o
spółdzielni nianiek okaże się potężnym narzędziem pomocnym w zrozumieniu
bynajmniej nie wymyślonych problemów gospodarek realnego świata. Do tej
historyjki o niańkach będę powracał w tej książce kilkakrotnie w tej książce
kilkakrotnie, w różnych kontekstach. Na razie jednak rozpatrzmy dwie zasadnicze
jej implikacje: jedna dotyczy tego, jak dochodzi do recesji, a druga – jak
sobie z nimi dawać radę.
Po pierwsze, dlaczego spółdzielnia nianiek popadła w
recesję? Stało się to nie dlatego, że
członkowie spółdzielni źle wywiązywali się ze swych zadań... Stało się to nie dlatego, że spółdzielnia
ponosiła skutki „wartości kapitolińskich” lub uprawiała kumoterstwo... Problem nie był związany ze zdolnością
produkcyjną spółdzielni, lecz po prostu z brakiem „efektywnego popytu”: zbyt
mało było wydatków na realne dobra (czas czuwania), ponieważ ludzie starali się
zamiast tego akumulować gotówkę (kupony za czuwanie). Nauka wynikająca z tego
dla realnego świata polega na tym, że podatność na cykl koniunkturalny ma
niewiele wspólnego z podstawowymi dodatnimi lub ujemnymi stronami gospodarki:
złe rzeczy mogą się zdarzać w dobrych gospodarkach.
A jeśli chodzi o drugą sprawę, to
jakie było rozwiązanie w omawianym przypadku?
Sweeneyowie donoszą, że w przypadku
spółdzielni na kapitolińskim wzgórzu bardzo trudno było przekonać zarząd, który
składał się przeważnie z prawników, że problem ma charakter w zasadzie
techniczny i jest łatwy do rozwiązania. Funkcjonariusze zarządu spółdzielni
traktowali go początkowo w taki sposób, jakby to był problem nazywany przez
ekonomistów „strukturalnym”, wymagający bezpośredniego działania. Została więc
przyjęta zasada wymagająca od każdego małżeństwa, aby wychodziło wieczorem co
najmniej dwa razy w miesiącu. Na koniec jednak górę wzięli ekonomiści i podaż
kuponów została zwiększona. Wynik był magiczny: dysponując większymi rezerwami
kuponów, małżeństwa wykazywały więcej chęci do spędzania wieczorów poza domem,
przyczyniając się do tego, że było pod dostatkiem okazji do czuwania przy
dzieciach, co jeszcze bardziej skłoniło pary do częstego wychodzenia, itd.
Produkt brutto spółdzielni – mierzony liczbą ułożonych do snu dzieci – znacznie
wzrósł. Stało się to znowu nie dlatego, że małżeństwa otrzymały lepszy personel
do opieki nad dziećmi lub że w spółdzielni dokonano jakiejś podstawowej
reformy, lecz po prostu dlatego, że poprawiono działanie śruby pieniężnej.
Inaczej mówiąc, recesje można zwalczać po prostu przez drukowanie pieniądza i
czasem (zwykle) można je leczyć niespodziewanie łatwo.
(Z tym „zwykle”
byłbym trochę ostrożniejszy. W warunkach globalizacji, „dodrukowanie” pieniądza
w jakimś kraju, np. w celu podniesienia zasiłków, emerytur itp., jeśli nawet
nie spowoduje zwyżki cen i faktycznie
wzmocni siłę nabywczą określonych grup ludności, to korzyści odniosą nie tylko
firmy własne, ale także, albo i głównie, firmy obce, i ze zwalczania recesji,
tylko tym sposobem, niewiele wyjdzie. Naturalnie, co jasno wynika z dalszej
części książki, Autor wcale nie zaleca zwalczanie recesji tylko przez
drukowanie pieniądza.
Anonimus).
Wróćmy do cyklu koniunkturalnego w
pełnowymiarowym świecie.
Oczywiście gospodarka nawet małego
kraju jest dużo bardziej skomplikowana niż gospodarka spółdzielni lalek.
(...)
Emitenci kuponów we współczesnym
świecie znani są pod postacią banków centralnych: Rezerwy Federalnej, Banku
Anglii, Banku Japonii itd. To właśnie ich zadaniem jest utrzymywanie gospodarki
na równym poziomie przez dodawanie lub ujmowanie gotówki w razie potrzeby.
A jeśli jest to takie łatwe, to
dlaczego w ogóle doświadczamy załamań gospodarki? Dlaczego banki centralne nie
drukują nigdy tyle pieniędzy, ile potrzeba, by utrzymać nas w stanie pełnego
zatrudnienia?
Dla okresu przed drugą światową
odpowiedź jest całkiem prosta: polityka była nieefektywna, ponieważ decydenci
nie wiedzieli, co robią. Obecnie właściwie całe spektrum ekonomistów, od
Miltona Friedmana na lewo, zgadza się z tym, że wielki kryzys został wywołany
przez spadek efektywnego popytu i że Rezerwa Federalna powinna była walczyć z
załamaniem koniunktury za pomocą wielkich zastrzyków pieniądza. Ale w owym
czasie nie było to taką mądrością obiegową. W rzeczywistości wielu wybitnych
ekonomistów podpisywało się pod swego rodzaju moralizatorskim fatalizmem, który
w kryzysie upatrywał nieuniknioną konsekwencję poprzednich ekscesów, a w
istocie nawet proces ozdrowieńczy. Poprawa koniunktury, oświadczył Joseph
Schumpeter, „jest zdrowa tylko wówczas, gdy przychodzi sama z siebie. Albowiem
każde ożywienie, które zawdzięczamy jedynie sztucznemu bodźcowi, pozostawia
pewną cześć dzieła depresji niewykonaną i do nieprzetrawionych pozostałości
braku dostosowań dodaje nowe, własne niedostosowanie, które z kolei musi zostać
zlikwidowane, grożąc gospodarce nowym(gorszym) kryzysem w przyszłości.
Taki fatalizm zniknął po wojnie i
przez okres jednego pokolenia większość krajów starała się aktywnie kontrolować
przebieg cyklu koniunkturalnego, z dużym powodzeniem; recesje były łagodne, a
miejsc pracy na ogół nie brakowało. Pod koniec lat sześćdziesiątych wielu
zaczęło sądzić, że cykl koniunkturalny przestał być ważnym problemem; nawet
Richard Nixon obiecał „dostrajać” gospodarkę.
Było to zarozumialstwo; w latach
siedemdziesiątych uwidoczniła się tragiczna słabość polityki pełnego
zatrudnienia. Jeżeli bank centralny nazbyt optymistycznie ocenia ilość miejsc
pracy, które można stworzyć, jeżeli wprowadza do obiegu zbyt dużo pieniędzy, to
wynikiem tego jest inflacja; a gdy inflacja ugruntuje się głęboko w
oczekiwaniach społeczeństwa, to można ją wyplenić z systemu jedynie przez okres
przejściowo wysokiego bezrobocia. Jeśli dodać do tego jakiś wstrząs zewnętrzny,
który nagle wywoła zwyżkę cen – jak np. podwojenie ceny ropy naftowej – to mamy
przepis na groźne, jakkolwiek nieosiągające rozmiarów wielkiego kryzysu,
załamanie koniunktury.
Ale w połowie lat osiemdziesiątych
inflacja obniżyła się z powrotem do znośnego poziomu, podaż ropy naftowej była
obfita, a banki centralne zaczęły w końcu sprawiać wrażenie, jakby zorientowały
się, w jaki sposób zarządzać gospodarką.
Te zaś złe fakty, które się wydarzyły, zdawały się rzeczywiście
potwierdzać odczucie, żeśmy się z tą sprawą uporali. Na przykład w 1987 r. na
giełdzie amerykańskiej nastąpił krach z jednodniowym spadkiem kursów o takim
nasileniu, jak w pierwszym dniu krachu w 1929 r. Ale Rezerwa Federalna
wpompowała do obiegu tyle gotówki, że realna gospodarka nawet nie zwolniła
swego biegu, a wskaźnik Dowa wkrótce odzyskał
stracony grunt. Pod koniec lat osiemdziesiątych zarządcy banków centralnych,
zaniepokojeni niewielkim wzrostem inflacji, nie dostrzegli oznak rozwijającej
się recesji i nie podjęli na czas odpowiednich działań. Wprawdzie recesja ta
kosztowała George’a Busha drugą kadencję prezydentury, niemniej
jednak zareagowała w końcu na zwykle
stosowane lekarstwo i Stany Zjednoczone wkroczyły w kolejny okres trwałej
ekspansji. W lecie 1997 r. wydawało się faktycznie, że cykl koniunkturalny
został jeśli nie wyeliminowany, to przynajmniej zdecydowanie poskromiony.
Dużą część zasług w tym jego
poskromieniu przyznano osobom decydującym o polityce pieniężnej: nigdy w
historii prezes banku centralnego nie cieszył się niemal mistyczną aurą, jak
Alan Greenspan. Ale wtedy odczuwano również, że podstawowa struktura gospodarki
zmieniła się w sposób, który uprawdopodobnił ciągłość wysokiej
koniunktury.
Wiek
magazynu "Wired" ........ 35
Nie musicie lubić ani nawet czytać
magazyny „Wired”..., by traktować go jako swego
rodzaju kwintesencję publikacji z lat dziewięćdziesiątych: fascynacja
technologią, zadyszany styl... i oczywiście libertariańska
polityka.
Dlaczego te cechy ukształtowały
naturalny, choć często nieczytelny pakiet. Spójrzmy na rewolucję
informatyczno-techniczną i zapytajmy, co oznaczała ona nie tylko dla
rzeczywistości kapitalizmu, ale i dla sposobu, w jaki była postrzegana.
Z czysto technicznego punktu
widzenia można by powiedzieć, że współczesny wiek informatyki rozpoczął się
jeszcze w 1971 r., gdy Intel wprowadził do użytku mikroprocesor – wnętrzności
komputera umieszczone na pojedynczym chipie. Na początku lat osiemdziesiątych
zaczęły się szybko rozprzestrzeniać produkty stosujące te technologię w sposób
łatwo dostrzegalny w użyciu: wideogry i komputery osobiste. Ale w owym czasie
nie odczuwało się tego jako rewolucji.
W latach dziewięćdziesiątych stało
się jednak jasne, że gałęzie przemysłu informatycznego zmienią w sposób
dramatyczny wygląd i samopoczucie naszej gospodarki.
Można nadal być sceptykiem co do
tego, jak duże są w rzeczywistości dobrodziejstwa ekonomiczne technologii
informatycznej. Na pewno jej opłacalność mierzona produktywnością jest raczej
nieuchwytna; równie pewne jest, że ten sposób pomiaru zbyt nisko szacuje
rzeczywiste korzyści. (...)
Jednakże informatyka wstrząsnęła
istniejącym porządkiem przemysłowym. Tak samo jak w XIX wieku, historia
gospodarcza stała się historią zasługujących na uwagę osobowości – mężczyzn
(przy okazji też kobiet), którzy wpadli na jakiś lepszy pomysł, rozwinęli go w
swoim garażu lub na stole kuchennym i
stali się w ten sposób bogaci. Czasopisma gospodarcze stały się rzeczywiście
interesujące dla czytelników; sukces w biznesie zaczął się stawać rzeczą godną
podziwu w sposób nieobserwowany od ponad
stu lat.
To stworzyło podatny grunt dla
rozwoju idei wolnorynkowych, a nawet dla libertarianizmu czasopisma „Wired”. W latach dziewięćdziesiątych nastąpił powrót dawnej idei, że bogactwo jest
produktem cnoty, a co najmniej kreatywności.
Ale tym, co rzeczywiście uczyniło
lato 1997 r. takim okresem optymizmu, było niezwykle poszerzenie się zasięgu
prosperity – nie tylko na kraje zaawansowane (gdzie, w istocie, jej
dobrodziejstwa nie były tak szeroko upowszechnione, jakby można było sobie
życzyć), ale też na wiele krajów, które do niedawna były spisane na straty jako
gospodarczo nierokujące nadziei.
Owoce
globalizacji
......... 37
Wyrażenie "Trzeci Świat" początkowo miało być symbolem dumy: ukuł je
Jawaharlal Nehru w odniesieniu do krajów, które zachowały niezależność, nie
sprzymierzając się ani z Zachodem, ani ze Związkiem Radzieckim. W dość
niedługim czasie jednak te polityczne intencje zostały przytłumione przez
rzeczywistość gospodarczą: "Trzeci Świat " zaczął oznaczać zacofanie,
nędzę, niedorozwój. Wyrażenie zaczęło nabierać konotacji nie słusznego
postulatu, a beznadziejności.
Wszystko to zmieniła globalizacja:
transfer technologii i kapitału z krajów o wysokich płacach do krajów o niskich
płacach i wywołany przez to wzrost pracochłonności eksportu Trzeciego Świata.
Nieco trudno sobie przypomnieć, jak
wyglądał świat przed globalizacją;
spróbujmy więc na moment cofnąć zegar
historii, by zobaczyć, jakim był Trzeci Świat niespełna jedno pokolenie
wstecz (i jakim jest jeszcze nadal w niektórych krajach). W owym czasie, mimo
że szybki wzrost gospodarczy garstki krajów Azji Wschodniej zaczął przykuwać
uwagę, takie kraje rozwijające się, jak Filipiny, Indonezja czy Bangladesz,
były ciągle tym, czym były zawsze: eksporterami surowców i importerami wyrobów
przemysłowych. Małe, nieefektywne sektory przetwórstwa przemysłowego
obsługiwały rynki wewnętrzne, chronione kontyngentami importowymi, ale sektory
te stwarzały niewiele możliwości zatrudnienia. Tymczasem presja demograficzna
zmuszała zrozpaczonych chłopów do brania pod uprawę coraz gorszych gruntów lub
poszukiwania środków egzystencji wszelkimi możliwymi sposobami, jak np. gospodarowanie na górach
śmieci znajdujących się w pobliżu wielu miast Trzeciego Świata.
Wobec braku innych możliwości, można
było wynająć robotników w Dżakarcie lub Manili za psie pieniądze. Ale w połowie lat siedemdziesiątych tania
siła robocza nie wystarczała już na to,
żeby kraj rozwijający się mógł konkurować na światowych rynkach wyrobów
przemysłowych. Obwarowana przewaga krajów zaawansowanych – ich infrastruktura i
wiedza techniczna, znacznie większa pojemność ich rynków i bliskość dostawców
podstawowych komponentów, stabilność polityczna i drobne lecz ważne dostosowania
społeczne, niezbędne do funkcjonowania efektywnej gospodarki – przeważała
nad dziesięciokrotną, a nawet
dwudziestokrotną różnicą płac.
A potem coś się zmieniło. Pewna
kombinacja czynników, które wciąż jeszcze nie rozumiemy w pełni – obniżenie
barier celnych, usprawnienie telekomunikacji, potanienie transportu lotniczego
– zmniejszyło niedogodności lokowania produkcji w krajach rozwijających się.
(...)
W ten sposób kraje, które poprzedni żyły ze sprzedaży juty lub kawy, zaczęły
produkować koszule i trampki.
Robotnicy zatrudnieni w wytwórniach
tych koszul i trampek są, nieuchronnie, bardzo nisko opłacani i zgodnie z
oczekiwaniami pracują w straszliwych, trudnych do zniesienia warunkach. Mówię
tu „nieuchronnie”, bo ich pracodawcy nie prowadzą interesów dla swojego zdrowia
(lub dla zdrowia swoich robotników); starają się płacić tak mało, jak to tylko
możliwe, a minimum wyznaczają inne możliwości zatrudnienia dostępne dla
robotników. W wielu przypadkach są to kraje skrajnie ubogie.
Niemniej dla tych krajów, w których
eksportowe gałęzie przemysłu zapuściły korzenie, te z górą dwadzieścia lat ,
doprowadziły do złotego lata 1997 r., było okresem niewątpliwej poprawy warunków życia zwykłych ludzi. Po części
stało się tak dlatego, że rozwijający się przemysł musi oferować swoim
robotnikom płacę nieco wyższą od tej, jaką mogliby uzyskać gdzie indziej, po
prostu po to, aby ich zmobilizować. Ważniejszą przyczyną jest jednak fakt, iż
wzrost przemysłu przetwórczego oraz innych możliwości zatrudnienia , które
stwarzał nowy sektor eksportowy, wywołał w gospodarce efekt podobny do fal na
wodzie po wrzuceniu kamienia..(...)
Korzyści z napędzanego przez eksport
wzrostu gospodarczego w nowo uprzemysławiających się gospodarkach miały dla mas
ludności charakter namacalny. (...) Te przejawy poprawy wystąpiły nie dlatego,
że życzliwie usposobieni ludzie na Zachodzie uczynili coś, by pomóc tym krajom
– pomoc zagraniczna, zawsze niezbyt obfita, skurczyła się w latach
dziewięćdziesiątych dosłownie do zera. Nie były one również wynikiem
sprzyjającej polityki rządów tych krajów, które – jak nam wkrótce przypomniano
– były tak samo jak zawsze nieczule i skorumpowane. Był to pośredni i
niezamierzony efekt działań bezdusznych korporacji ponadnarodowych i zachłannych
przedsiębiorców lokalnych, których jedyną troską było wykorzystanie okazji do
osiągnięcia zysku, nadarzających się dzięki taniej sile roboczej. Nie było to
budujące widowisko; niezależnie jednak od motywów, wynikiem tych działań stało
się wydźwigniecie setek milionów ludzi z odrażającej nędzy do czegoś, co w
wielu przypadkach było nadal okropne, niemniej jednak znacząco lepsze.
I jeszcze raz kapitalizm mógł z
dużym uzasadnieniem zapisać to na swoje dobro. Socjaliści od dawna przyrzekali
rozwój; był czas kiedy Trzeci Świat spoglądał na plany pięcioletnie Stalina jak
na prawdziwy wzór, w jaki sposób zacofany naród powinien się wepchnąć w XX
wiek. A nawet po utracie przez Związek Radziecki aury postępowości wielu
intelektualistów sądziło, że tylko przez odcięcie się od konkurencji z bardziej
zaawansowanymi gospodarkami biedne narody mogą mieć nadzieję na wyrwanie się z
pułapki zacofania . Ale w 1997 r.
pojawiły się modele działań wskazujące, że szybki rozwój jest mimo wszystko
możliwy – a zostało to osiągnięte nie przez butną izolację socjalistyczną, ale
właśnie przez możliwie daleko idącą integrację z globalnym kapitalizmem.
Sceptycy
i krytycy .........
40
Nie wszyscy
byli zachwyceni stanem gospodarki światowej w lecie 1997 r. Podczas gdy
w Stanach Zjednoczonych panowała znakomita koniunktura, to inne kraje
zaawansowane miały dużo kłopotów. Japonia nigdy nie otrząsnęła się z pęknięcia
"bańki mydlanej" na początku tej dekady, a Europa wciąż jeszcze
cierpiała na "eurosklerozę" - utrzymywanie
się bezrobocia na wysokim poziomie, zwłaszcza wśród młodych, nawet w okresach
ożywienia gospodarki.
Również nie
wszyscy w Stanach Zjednoczonych uczestniczyli w ogólnej prosperity. Siły
postępu technicznego i globalizacji sprawiły, że łatwiej niż kiedykolwiek
przedtem można było stać się naprawdę bogatym, i zwiększały popyt na wysoko
kwalifikowaną siłę roboczą; ale redukowały jednocześnie popyt na mniej
kwalifikowanych robotników. Nierówność bogactwa i dochodu wzrosła do poziomów
niespotykanych od czasów wielkiego Gatsby'ego,
podczas gdy płace realne według oficjalnych mierników dla wielu kategorii
robotników obniżyły się. Nawet gdyby przyprawić te
dane szczyptą soli, było całkiem jasne, że postęp gospodarki amerykańskiej
zepchnął co najmniej 20 - 30 milionów ludzi na dno podziału.
Niektórzy stwierdzali, że pogwałcone
zostały inne sprawy. Niskie płace i nędzne warunki pracy w eksportowych
gałęziach przemysłu krajów Trzeciego Świata były częstym źródłem prawienia
morałów – zresztą według standardów Pierwszego Świata robotnicy ci byli na
pewno biedakami i dlatego krytycy ci nie cierpieli argumentu, że złe miejsca pracy ze złymi płacami są lepsze niż ich brak w
ogóle.
Tak samo jak zawsze, nie brak było
fatalistów. Szczególnie modne około 1996 r. stało się powtarzanie z uporem, że
globalna podaż wyprzedza globalny popyt i że nieunikniony stał się dzień
rozliczenia. Ale ci, którzy tak twierdzili, rzadko kiedy znajdowali właściwe wyjaśnienie, dlaczego nie wydaje się
rosnących dochodów lub dlaczego nie
można się łatwo uporać z niedostatkiem popytu, na wzór spółdzielni nianiek, za
pomocą zwiększenia podaży pieniądza. (Okazało się zresztą, że nie było to tak
łatwe, ale z przyczyn, których krytycy nigdy nie wyjaśnili). W każdym razie
nigdy nie brakowało ludzi, którzy przepowiadali nadejście nowego wielkiego
kryzysu. Dlaczego nie potraktowano ich w 1997 r. bardziej poważnie niż
kiedykolwiek indziej?
Wreszcie, nawet rozsądni ludzie
zastanawiali się, czy wiadomości są rzeczywiście wystarczająco dobre, by
uzasadnić ciągły wzrost kursów na giełdzie amerykańskiej. W grudniu 1996 r.
sławne stało się ostrzeżenie Alana Greenspana pod adresem rynków finansowych
przed ryzykiem „irracjonalnej obfitości”; ceny akcji cofnęły się na krótko, po
czym na nowo zaczęły się piąć w górę.
Nie był to więc całkowicie
szczęśliwy świat w dniu, gdy Hongkong powracał do Chin. Ale perspektywy
gospodarki światowej w ogóle, a kapitalizmu w szczególności, wydawały się w tym
dniu lepsze, niż sięgała pamięć ludzka, lepsze, niż ktokolwiek mógł sobie
wyobrazić przed dziesięciu czy dwudziestu laty.
Następnego dnia, 2 lipca, Tajlandia
zdewaluowała bahta i rozpoczął się azjatycki kryzys finansowy.
2. Krótki wykład o cudach:
Azja przed kryzysem
......... 42
Zawsze zachodzi nas
pokusa czytania historii, jak gdyby to była tajemnicza powieść , w której
wszystkie poprzednie rozdziały zawierają tropy wskazujące drogę do
wstrząsających wniosków, aż do chwili, w której w końcu odkryta zostaje
zdumiewająca prawda. Niemniej jednak takie podejście oznacza często
zniekształcenie przeszłości i naiwność co do przyszłości. Zastanówmy się np.,
jak dla obserwatorów w połowie lat trzydziestych wyglądały amerykańskie szalone
lata dwudzieste; niewielu potrafiło uniknąć poczucia, że musiało być coś
sztucznego i niezdrowego w pozornym rozkwicie poprzedniej dekady, co stało się
w końcu widoczne, gdy gospodarka pogrążyła się w depresji. Ale prosperity lat
dwudziestych była rzeczywistością, tak samo jak rzeczywistością były
osiągnięcia w dziedzinie przemysłu, które ją umożliwiły. Mówienie o tym, że
wybryki owych lat spowodowały, iż następujący po nich krach był nie do
uniknięcia, mogło się wydawać prostym odczytaniem historii, ale faktycznie była
to teoretyczna spekulacja - która, jak dowiodę później w tej książce, jest nie
tylko dyskusyjna, ale niemal na pewno fałszywa. W każdym razie kryzys nie był
końcem historii - bo w istocie historia nigdy nie ma końca. Po sześćdziesięciu
latach to lata trzydzieste, a nie dwudzieste, wyglądają jak anormalność, ale
kto wie, czy ten sąd nie jest również przedwczesny.
Patrząc obecnie na upokorzonych
Azjatów - któż nie pytał wtedy, ile czasu upłynie, aż prześcigną oni Zachód,
natomiast dzisiaj zazwyczaj pyta się jedynie o to, ile czasu potrzeba , by
wrócili tam, gdzie byli przed dwoma laty - możemy nazbyt łatwo przekładać
najświeższą katastrofę na przeszłość. Czy te gospodarki nie były w
rzeczywistości raczej widowiskiem niż materią, w całości fasadą, z niczym na
zapleczu? Czy ten "cud azjatycki" nie był w rzeczywistości wymysłem
naszej wyobraźni?
Nie. Wzrost Azji był naprawdę
rzeczywisty, przy bliższej analizie okazywał się w przeważającej mierze tak
samo imponujący, jakim jawił się przy powierzchownym oglądzie. Wzrost nie był
wcale cudowny, jeżeli przez cud rozumie się coś, czego nie można pojąć. Osiągnięcia Azji, przy całym imponującym
wrażeniu, jakie wywoływały, nie były również wolne od pewnych poważnych – i
zaskakujących wad. Ale przypomnijmy sobie naukę wyniesioną ze spółdzielni
nianiek: dobrym gospodarkom mogą przytrafiać się złe rzeczy. Nie zakładajmy, że
ponieważ na koniec wydarzyło się coś złego, to poprzednie wydarzenia nie były
czymś rzeczywiście, a nawet zdumiewająco dobrym.
Tygrysy
i smoki ........ 43
Wzrost gospodarczy, a
przynajmniej wzrost gospodarczy, który podnosi stopę życiową, jest wynalazkiem
nowoczesnym. Od zarania historii do XVIII wieku świat był w zasadzie maltuzjański: ulepszenia technologii i inwestycje
kapitałowe były zawsze wyprzedzane przez wzrost ludności; liczba ludności
powoli się podnosiła, ale przeciętna stopa życiowa nie rosła. Poddani Ludwika
XIV prawdopodobnie odżywiali się nie lepiej niż chłopi w starożytnym Egipcie.
Nawet obecnie miliardy ludzi - w przeważającej części Afryki i Azji Południowej
- wciąż żyją na krawędzi przetrwania.
Od XVIII wieku jednak jeden kraj za
drugim doświadczał tego, co harwardzki ekonomista Walt Whitman Rostow nazwał „startem do samodzielnego wzrostu”. Ta
niegdyś słynna teoria startu Rostowa już dawno została zdyskredytowana, lecz
sam termin ma w sobie nadal coś nieodpartego.
Pierwszym przykładem takiego startu
była, oczywiście, pierwotna rewolucja przemysłowa w Anglii, której początek
tradycyjnie datuje się około 1790 r.
Potem takie starty nastąpiły w innych krajach zachodnich. Zwłaszcza
Niemcy (niegdyś kraj stosunkowo biedny) i Stany Zjednoczone (które zawsze były
stosunkowo bogate) przeszły proces uprzemysłowienia w tempie, które ostatecznie
pozwoliło im odebrać przodownictwo Wielkiej Brytanii. Pod koniec XIX wieku
pierwszym i przez długi czas jedynym krajem nienależącym do Zachodu, który
przeszedł proces uprzemysłowienia, stała się Japonia. Potem nastąpiła długa
przerwa: od końca XIX wieku po lata sześćdziesiąte XX wieku w krajach
zaawansowanych nadal trwał wzrost, ale żadne nowe kraje nie dołączyły do tego
klubu.
A potem przyszło uprzemysłowienie
Azji.
Ale potem pojawiły się tygrysy i
smoki.
Wreszcie, pojawiły się Chiny,
których mieszkańcy w liczbie miliarda powiększyli czterokrotnie swoje dochody w
ciągu niespełna dwóch dziesięcioleci.
Nigdy w historii ludzkości tylu ludzi nie doznało tak szybkiej poprawy sytuacji materialnej.
Wobec tego nadzwyczajnego
osiągnięcia, cóż złego mógłby ktoś znaleźć w sukcesie Azji? Rozważmy najpierw niemądre przestrogi, a
później te poważniejsze.
Na ile
realny był ten wzrost?
........ 45
Jak można by
kwestionować tego rodzaju sukces, który właśnie opisaliśmy? Prawdą jest, że
niewielu ludzi próbowało to uczynić. Niemniej jednak byli tacy, którzy
twierdzili przed kryzysem, a dużo liczniejsi po kryzysie, że sukces Azji wcale
nie był tym, czym się wydawał. Z grubsza biorąc, twierdzenia takie można
zakwalifikować do trzech kategorii.
Po pierwsze, niektórzy dziwili się,
czy w ogóle można wierzyć w prawdziwość przytoczonych liczb. (...)
Ujmując tę sprawę bardziej ogólnie, każdy, kto widział, jak się sporządza statystyki
ekonomiczne, wie, że są one w rzeczywistości pewnym rodzajem science fiction.
(...)
Lecz żadne takie korekty nie
przekreślą faktu, że był to wzbudzający podziw postęp gospodarczy. Nie należy
bowiem patrzeć wyłącznie na oficjalne statystyki. Postęp Azji można było
oglądać gołym okiem...
A zatem wzrost w Azji był
rzeczywistością. Ale czy był on trwały? Albo czy nie był on w całości oparty na
zaciągniętych pożyczkach? (...)
Odpowiedź okazuje się łatwa: od
startu Azji aż do początku lat dziewięćdziesiątych wzrost gospodarczy tego
regionu był w przeważającym stopniu finansowany na bieżąco za pomocą własnych
oszczędności każdego z tych krajów. Niewiele środków uzyskano w formie
pożyczek; kapitał pochodzący z zagranicy
w większości przybierał formę inwestycji „bezpośrednich”, tzn. spółki
zagraniczne budowały fabryki, mające na ogół służyć rynkom eksportowym. Jeżeli
występowała gorączka spekulacyjna – a to się zdarzało – to dochodziło do niej
dopiero w późnej fazie gry, co wcale nie stawiało pod znakiem zapytania
realności poprzedniego wzrostu.
Czy można było zatem powiedzieć coś
negatywnego o wzroście Azji? Owszem, ale to wymaga pewnego wyjaśnienia.
Inspiracja
kontra perspiracja
........ 47
Aż do nadejścia kryzysu
finansowego jedyna poważna krytyka wyników gospodarczych Azji obracała się
wokół tajemniczo brzmiącej koncepcji "całkowitej produktywności
czynników". Był to miernik porównawczy według którego Azja wcale się nie
wyróżniała, i dlatego był to jednocześnie wskaźnik możliwych kłopotów w
przyszłości, któremu poświęcono wiele dyskusji przed faktycznym nadejściem
klęski, w przeciwieństwie do tego, co się działo potem.
Zazwyczaj gdy ludzie mówią o
"produktywności", w rzeczywistości mają na myśli "produktywność
pracy", a więc wydajność, czyli ilość jaką robotnik może wyprodukować w
określonym przedziale czasu, jak np. godzina lub rok.
Ale w jaki sposób kraje podnoszą
swoją wydajność pracy i czy w Azji robiono to "właściwie"? W tym
właśnie punkcie wyłonił się spór.
Jednym ze sposobów podniesienia
wydajności pracy robotnika jest danie mu lepszego wyposażenia. (...)
Znaczenie technologii dla wzrostu
gospodarczego... (...)
Było rzeczą całkiem normalną, że
niektórzy ekonomiści buntowali się przeciwko tak nieporadnemu wynikowi. (...)
Klasycznym przykładem wysokiego
wzrostu produkcji bez dużego wzrostu produktywności był Związek Radziecki w
latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Była to era Nikity Chruszczowa,
który chełpiąc się osiągnięciami przemysłowymi swego kraju, oświadczył
Zachodowi: „Pogrzebiemy was”. W tym samym czasie analitycy amerykańscy
(finansowani głównie przez agencję wywiadowczą CIA, za ich wiedzą lub bez)
stwierdzali ku swemu zaskoczeniu, że rzeczywiście szybki wzrost, jaki w tym
czasie wykazywała gospodarka radziecka, miał
miejsce jedynie dzięki masowej mobilizacji siły roboczej i niezwykle
wysokiej stopie inwestycji, podczas gdy całkowita produktywność czynników,
jeśli w ogóle się podnosiła, to bardzo powoli. Wynikało z tego, że ten wzrost
będzie musiał się obniżyć: nawet w owym kraju musiałoby to się skończyć
wyczerpaniem zasobu gospodyń domowych i chłopów, których można było przymusowo
przenosić do fabryk, a choć można byłoby kontynuować inwestowanie dużej części
produktu, to jednak nie byłoby możliwe kontynuowanie zwiększania tej części.
Stagnacja całkowitej produktywności
czynników stawiała pod znakiem zapytania efektywność radzieckiego zarządzania
gospodarką. Przecież Moskwa przeznaczała duże środki na naukę i technikę –
pamiętajmy, że była to epoka Sputnika. Ponadto, mając wciąż stosunkowo zacofaną
gospodarkę, Związek Radziecki powinien być zdolny do osiągania wysokiego
wzrostu produktywności przez zapożyczanie i adaptowanie zachodnich technologii.
Fakt iż tak się nie działo, sugerował co najmniej to, że pomimo sukcesów w
mobilizowaniu środków reżim ten nie wykorzystywał ich nazbyt efektywnie – co
mogło wskazywać na głębsze słabości systemu gospodarczego.*
*
Wcale nie kwestionując „głębszych słabości” niektórzy twierdzą, że
Zachód, a szczególnie USA, dość skutecznie starał się te „głębsze słabości” pogłębić. Charakterystyczne przykłady
(nie wiem na ile prawdziwe) – poz. 62 prezentowanej
literatury.
Anonimus
I
rzeczywiście, kilka lat po tym, jak Chruszczow walił butem w pulpit w
ONZ, wzrost gospodarczy Związku Radzieckiego gwałtownie się obniżył. Zamiast
wyprzedzenia Zachodu, blok radziecki zaczął pozostawać w tyle. Katastrofalny* upadek, najpierw gospodarki radzieckiej, a
potem samego państwa, był jeszcze kwestią odległej przyszłości, ale rachunek
wzrostu produktywności czynników stanowił pierwsze wczesne ostrzeżenie przed
przyszłymi kłopotami.
* Chyba
Autora niepotrzebnie „ponosi” elokwencja. Związek Radziecki niewątpliwie zaczął
pozostawać w tyle, zarówno z powodu własnych błędów gospodarczych, jak i z
powodu gigantycznego wyścigu zbrojeń, którym nie mógł sprostać, ale, trzymając
się kolejności historycznej, najpierw nastąpiła zmiana ustroju i rozpad ZSRR, a
dopiero następnie krach gospodarczy, i gwałtowne obniżenie się poziomu życia
zwykłych szarych ludzi, przy jednoczesnym, niemal błyskawicznym powstaniu klasy
milionerów, zwanych popularnie oligarchami.
Anonimus
Drugim ważnym przykładem gospodarek,
w których szybki wzrost gospodarczy nie łączył się z odpowiednią poprawą
całkowitej produktywności czynników, był, jak się okazało, przypadek
wschodzących krajów Azji.
(...)
Inaczej mówiąc, według własnych wyliczeń
Banku Światowego, większość krajów Azji nie zmniejszała luki produktywności...
(...)
Debata na temat produktywności
azjatyckiej nadal szaleje. (...)
Tak samo jak w przypadku Związku
Radzieckiego, jedna z odpowiedzi brzmiała, że wobec braku szybkiego wzrostu
produktywności Azja była skazana na wystąpienie zjawiska malejących przychodów.
(...)
Również tak samo jak w przypadku Związku Radzieckiego, fakt, iż nie osiągano
wzrostu produktywności, stawiał pod
znakiem zapytania efektywność zarządzania
gospodarką w ogóle. (...)
(...)
Na marginesie
Science fiction może dotyczyć nie
tylko statystyki, ale i danych przetworzonych, w tym produktywności. Na kilku
moich stronach, począwszy od konkretyzacji,
podałem przykłady po prostu jaskrawych dezinformujących nonsensów, wyliczanych
na poważnie przez poważnych ludzi zgodnie z zasadami poważnej sztuki
ekonomicznej. Nawet fakt (wynikający ze znajomości szczegółów), że największą
produktywność osiąga się („statystycznie”) „leżąc do góry brzuchem” (maszyny
też stoją bezczynnie), nikogo nie wzruszał.
A niektórzy jeszcze (po czasie) oburzali
się z żartów, że niechcący mają wielkie zasługi w obaleniu
„totalitarnego ustroju”, co im kiedyś będzie docenione, jeśli i następnego,
lepszego ustroju (według ich aktualnych poglądów), również niechcący, nie
obalą.
Anonimus
Czy
istniał system azjatycki
........ 55
Nigdy nie byłem w
stanie go odnaleźć, ale wyraźnie pamiętam pewien dawny wywiad, w którym „mocny
człowiek” Singapuru, Lee Kuan Yew,
przypisał szybki wzrost swojego regionu „wewnętrznemu dynamizmowi
wschodnioazjatyckiego człowieka”. Bardzo mi się zawsze podobała ta linia
rozumowania, choćby ze względu na jej ironię: jeśli kiedykolwiek zdarzył się
przypadek rozwoju od dna do szczytu nie dzięki inicjatywie poszczególnych
jednostek, lecz dlatego, że przywódca miał wizję i narzucił ją swoim rodakom,
to był właśnie Singapur pana Lee.
Można by dalej pytać, czy w ogóle
mówienie o „człowieku wschodnioazjatyckim” ma jakiś sens. Kraje składające się
według Banku Światowego na grupę high-perfomance Asian Economies (gospodarek
azjatyckich osiągających wysokie wyniki), czyli w skrócie HPAEs
(jak sądzę, wymawia się to tak samo jak hippies),
obejmują kraje muzułmańskie Indonezję i Malezję, królestwo buddyjskie
Tajlandii, etnicznie chińskie miasta-państwa Singapur i Hongkong oraz
kompletnie odrębne kultury Korei i Japonii.
Niemniej jednak faktem jest, że
wszystkie te kraje osiągnęły wyjątkowo wysokie stopy wzrostu. Łączą je również
inne cechy charakterystyczne: bardzo wysokie stopy oszczędności, niezwykle
dobra edukacja podstawowa i odpowiednio wysokie wskaźniki umiejętności
czytania, pisania i liczenia. Z kolei szybka akumulacja kapitału fizycznego i
ludzkiego, będąca wynikiem tych wspólnych cech, jest głównym czynnikiem
tłumaczącym szybki wzrost gospodarczy. (...)
Słynne jest twierdzenie Maxa Webera, że karierę gospodarczą Europy
północno-zachodniej tłumaczy „etyka protestancka”; być może więc wspólnym
motywem sukcesu gospodarczego Azji jest „etyka konfucjańska”, wyrażająca się w
wysokiej stopie oszczędności i szacunku dla edukacji.
Jednakże niektórzy obserwatorzy
sądzili, że tę zróżnicowaną wspólność
wzrostu azjatyckiego należy upatrywać w przejęciu „systemu azjatyckiego”
wymodelowanego na karierze Japonii, która odrzuciła naiwne zachodnie
pojęcia laissez-faire i wolnego handlu na rzecz reżimu, w
którym rządy aktywnie popierają określone dziedziny działalności gospodarczej,
chroniąc je przed konkurencją zagraniczną – dopóki nie staną się one zdolne do
eksportowania swoich produktów – subsydiując je tanim kredytem i w ogóle
posługując się państwem jako narzędziem rozwoju gospodarczego.
Gospodarki azjatyckie cechował
odmienny niż w Stanach Zjednoczonych sposób rządzenia. Zamiast swego rodzaju
niechętnego, legalistycznego stosunku, jaki ukształtowaliśmy między rządem a
biznesem, azjatyckie gospodarki cieszyły się niczym nie powstrzymaną zażyłością
między elitami biznesu i rządu, pozostającymi ze sobą w stosunku pewnego
rodzaju wygodnej i przyjemnej współpracy. Byłem niegdyś przekonany, że ta
zażyłość działała w interesie gospodarki jako całości, że pozwalała na współpracę biznesu i rządu w
celu maksymalizacji bogactwa kraju. Wkrótce jednak ta sama zażyłość miała
otrzymać nową nazwę: „crony capitalism”
(„kapitalizm kolesiów”). System ten został oskarżony, i słusznie, o promowanie
prywatnych korzyści kosztem gospodarki, a także, choć w sposób mniej
przekonujący, o to, że właśnie w nim tkwiły korzenie kryzysu.
Ale w owym czasie nikomu nawet na
myśl nie przychodził kryzys, przynajmniej w Azji. Kryzysy zdarzały się
wyłącznie gdzie indziej.
3. Zignorowane ostrzeżenie:
Ameryka Łacińska 1995 .........
58
Wyobrażam sobie zabawę
polegającą na kojarzeniu słów - jedna osoba wypowiada wyraz lub zdanie , a
druga ma odpowiedzieć pierwszym wyrazem lub zdaniem, które przyjdzie jej na
myśl - z udziałem doświadczonego międzynarodowego bankiera, urzędnika finansów
publicznych lub ekonomisty. Do niedawna, a nawet obecnie, gdyby padło hasło
"kryzys finansowy", to taki bankier, urzędnik czy ekonomista
odpowiedziałby na pewno "Ameryka Łacińska".
Od wielu pokoleń kraje Ameryki
Łacińskiej przeżywały niemal wyłącznie kryzysy walutowe, upadłości banków, ataki
hiperinflacji i wszelkie inne nieszczęścia związane z pieniądzem, jakie tylko
zna współczesny człowiek. Słabe rządy tworzone w wyniku wyborów przeplatały się
z dyktaturami wojskowymi, starając się kupić poparcie ludności populistycznymi
programami, których nie były w stanie zrealizować. Usiłując sfinansować takie
programy, rządy uciekały się albo do zadłużenia się u pozbawionych skrupułów
bankierów zagranicznych, czego końcowymi wynikami były kryzysy bilansu
płatniczego i bankructwa, albo do drukowania banknotów, co kończyło się
hiperinflacją.
Ale pod koniec lat osiemdziesiątych
wydawało się, że Ameryka Łacińska wreszcie wyciągnęła wnioski ze swoich
doświadczeń. U niewielu Latynosów brutalność Pinocheta budziła podziw, ale
reformy gospodarcze, które wprowadził w Chile, okazały się wielkim sukcesem i
pozostały nietknięte, gdy kraj ten powrócił wreszcie w 1989 r. do demokracji.
Powrót Chile do cnót wiktoriańskich - do zdrowego pieniądza i wolnych rynków -
zaczął wyglądać coraz bardziej atrakcyjnie, w miarę jak podnosiła się stopa
wzrostu gospodarczego tego kraju. Co więcej, odnosiło się wrażenie, że dawna
polityka ostatecznie dobiegła kresu: kryzys zadłużenia, który rozpoczął się w
1982 r., nadal się przeciągał i stało się jasne, że tylko jakaś radykalna
zmiana polityki mogłaby doprowadzić do ożywienia tego regionu.
W ten sposób doszło w Ameryce
Łacińskiej do reformy. Przedsiębiorstwa stanowiące własność państwa
sprywatyzowano, zniesiono ograniczenia importowe i ukrócono deficyty budżetowe.
Opanowanie inflacji zyskało rangę priorytetu... Wysiłki te zostały wkrótce
nagrodzone nie tylko zwiększoną efektywnością gospodarki, ale też odnowieniem
zaufania inwestorów zagranicznych. Kraje, które przebyły lata osiemdziesiąte
jako pariasi finansowi... stały się teraz
faworytami rynków międzynarodowych... Międzynarodowe środki przekazu
zaczęły mówić nawet o "nowej" Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza o
"cudzie meksykańskim". We
wrześniu 1994 r. raport o konkurencyjności światowej, przygotowany przez osoby,
które organizują osławione konferencje w Davos, zawierał
specjalne orędzie bohatera dnia, jakim stał się prezydent Meksyku, Carlos Salinas.
Trzy
miesiące później Meksyk pogrążył się w najgorszym jak dotąd kryzysie finansowym.
Patrząc na to z perspektywy czasu, kryzys ten należało potraktować jako zły
omen, jako ostrzeżenie, że przychylna opinia rynków może być zmienna, że dobra
prasa w dniu dzisiejszym wcale nie chroni kraju przed jutrzejszym kryzysem
zaufania.
Ale ostrzeżenie to zostało
zignorowane. Aby zrozumieć, dlaczego tak się stało, musimy przyjrzeć się bliżej
dziwnie nie docenianej historii wielkiego kryzysu Ameryki Łacińskiej.
Meksyk
- wydźwignięcie się z lat osiemdziesiątych .......
60
Nikt nie mógłby nazwać rządu Meksyku nieinteligentnym. Najbliższe otoczenie
prezydenta kraju, tzw. cientificos, stanowili dobrze
wykształceni młodzi ludzie, którzy chcieli, by Meksyk stał się nowoczesnym
krajem, i uważali, że wymaga to ścisłego zintegrowania z gospodarką światową.
Zagraniczni inwestorzy byli mile widziani, a ich prawa własności były dobrze
zabezpieczone. Będąc pod wrażeniem postępowego przywództwa Meksyku, napływali
oni licznie, odgrywając kluczową rolę w modernizacji kraju.
Ale to było dawno. Porfirio Diaz, który rządził Meksykiem od 1876 do 1911 r., został
obalony przez powstanie ludowe. A stabilny rząd, który uformował się po
dziesięcioletniej wojnie domowej, był populistyczny, nacjonalistyczny i odnosił
się nieufnie do inwestorów zagranicznych w ogóle, a zwłaszcza do Stanów
Zjednoczonych. Członkowie pięknie
nazwanej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI) chcieli
zmodernizować Meksyk, ale na swój
sposób: przemysł rozwijały krajowe spółki, aby służył rynkowi wewnętrznemu,
chronionemu za pomocą ceł i ograniczeń importowych przed bardziej wydajnymi
przedsiębiorstwami zagranicznymi. Obcy kapitał akceptowano, dopóki nie
przynosił ze sobą obcej kontroli; na
szczęście, rząd meksykański zezwalał
swoim spółkom na zaciąganie kredytów w bankach Stanów Zjednoczonych, aby
tylko akcje uprawniające do głosowania pozostawały w rękach krajowców.
Taka introwersyjna polityka
gospodarcza mogła być nieefektywna. (...) Trzeba też powiedzieć, że do lat
siedemdziesiątych Meksyk starał się finansowo nie sięgać zbyt wysoko: wzrost
był niezadawalający, ale nie było kryzysów.
Jednakże w późnych latach
siedemdziesiątych machnięto ręką na te tradycyjne względy ostrożności.
Gospodarkę ogarnął gorączkowy boom, podsycany nowymi odkryciami złóż naftowych,
wysokimi cenami ropy i dużymi pożyczkami
z zagranicznych banków.
Niewielu zauważało znaki
ostrzegawcze. Sporadycznie trafiały się w prasie wzmianki wskazujące na wyłanianie się pewnych problemów
finansowych, ale ogólnie panował pogląd, że Meksyk (i w ogóle Ameryka Łacińska)
jest obszarem niskiego ryzyka finansowego. Tego rodzaju stan samozadowolenia można ująć liczbowo:
jeszcze w lipcu 1982 r. stopa zwrotu z obligacji meksykańskich była tylko nieco
niższa niż w przypadku uznawanych za bezpieczne obligacji takich kredytobiorców
jak Bank Światowy, co wskazywało, że inwestorzy uważali ryzyko niewypłacalności
Meksyku w odpowiednim terminie za
znikome. Jednakże w połowie następnego miesiąca oficjalna delegacja meksykańska
udała się do Waszyngtonu w celu poinformowania
sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych, że skończyły się pieniądze i że
Meksyk nie będzie mógł honorować swoich długów. W ciągu kilku miesięcy, gdy
banki zaprzestały udzielania kredytów i zaczęły się domagać spłat, kryzys
rozprzestrzenił się na przeważającą
część Ameryki Łacińskiej i poza nią.
Dzięki szalonym wysiłkom – np. nadzwyczajnym pożyczkom od rządu Stanów
Zjednoczonych i agencji międzynarodowych..., dzięki „restrukturyzacji” spłat pożyczek, a także dzięki temu, co
później nazwano „zharmonizowaną akcją pożyczkową”... – większości krajów udało
się uniknąć zupełnego bankructwa (chyba
żaden kraj zupełnie nie zbankrutował, czyli „barwna elokwencja”. Anonimus). Jednakże ceną uniknięcia katastrofy finansowej była
ciężka recesja, po której nadeszła powolna i często z trudem osiągana poprawa.
W 1986 r. realny dochód na głowę był o 10% niższy niż w 1981 r.; płace realne,
poddane erozji przez utrzymującą się w ciągu poprzednich czterech lat inflację,
której przeciętna stopa sięgała powyżej 70 procent, były o 30 % niższe od poziomu sprzed kryzysu.
Na scenę wkraczają
reformatorzy. W ciągu lat
siedemdziesiątych coraz większy wpływ w rządzącej partii i w rządzie Meksyku
zyskiwała „nowa klasa”. Jej przedstawiciele, dobrze wykształceni, często z
dyplomami Harvardu lub MIT, mówiący biegle po angielsku, międzynarodowi z
wyglądu, byli na tyle meksykańscy, żeby pływać po politycznych wodach rządzącej
partii pracodawców i protektorów, ale
jednocześnie na tyle zamerykanizowani, żeby żywić przekonanie, iż sprawy
powinny wyglądać inaczej. Kryzys gospodarczy
sprawił, że stara gwardia – „dinozaury” – nie wiedziała, co począć; natomiast
wybiła godzina „technokratów”, którzy umieli wytłumaczyć, jak funkcjonowały
reformy wolnorynkowe w Chile, jak przebiegał nakręcany przez eksport wzrost gospodarczy w Korei
Południowej, w jaki sposób ustabilizowano inflację w Izraelu. W połowie lat
osiemdziesiątych wielu ekonomistów latynoamerykańskich zerwało z dawnymi
statycznymi poglądami z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na rzecz tego,
co miało zyskać sobie nazwę „konsensu waszyngtońskiego”: wzrost gospodarczy
najlepiej można osiągnąć poprzez zdrowy budżet, niską inflację, zniesienie
regulacji rynków i wolny handel.
W 1985 r. prezydent Miguel de la Madrid zaczął wprowadzać w życie tę doktrynę w sposób najbardziej dramatyczny,
za pomocą radykalnej liberalizacji handlu Meksyku: rozmontowano system celny i
drastycznie zredukowano import wymagający licencji państwowych. Rząd rozpoczął
wyprzedaż niektórych przedsiębiorstw stanowiących jego własność i rozluźnił surowe
normy regulujące własność cudzoziemców. A w tym wszystkim, być może, rzeczą
najbardziej był fakt, że de la Madrid wyznaczył na
swojego następcę nie jednego z szefów partii rządzącej, jak to było w zwyczaju,
lecz lidera nowych reformatorów, sekretarza planowania i budżetu, Carlosa Salinasa de Gortari, absolwenta Harvard’s Kennedy School of Government, otoczonego
sztabem wysoko cenionych ekonomistów wykształconych głównie w MIT.
Z rozmysłem używam tu określenia
„wyznaczył...” (...). System polityczny Meksyku...(...) Na papierze była to demokracja
przedstawicielska... (...) ...w 1988
r. ... Salinas
został wybrany na prezydenta. (...)
Sukcesy rządów Salinasa
opierały się na dwóch zasadniczych posunięciach politycznych. Pierwszym było
rozwiązanie kryzysu zadłużenia. Na początku 1989 r. rząd Stanów Zjednoczonych,
po pomyślnym wyniku amerykańskich wyborów prezydenckich, zaczął wykazywać
nieoczekiwaną gotowość do stawienia czoła nieprzyjemnym realiom. Przyznał on w
końcu, że duża część instytucji oszczędnościowo-pożyczkowych uprawiała hazard
pieniędzmi podatników, tak iż trzeba było je zamknąć. (...)... długi Ameryki Łacińskiej nie będą
mogły być w pełni spłacone i że w związku z tym należy opracować pewien sposób
ich anulowania. (...)
Ulga w ogólnym oddłużeniu, jaką
przyniosła meksykańska transakcja...,
była raczej skromna, ale stała się psychologicznym punktem zwrotnym. (...)
Uregulowanie problemu zadłużenia nie
było jedynym trikiem, który miał w zanadrzu Salinas.
W 1990 r. zadziwił świat propozycją wprowadzenia przez Meksyk wolnego handlu ze
Stanami Zjednoczonymi i Kanadą... (...).
Prezydent George Bush zaakceptował
propozycję Salinasa. Jakże by mógł odmówić? Gdy w 1982 r. wybuchł kryzys zadłużenia,
wielu ludzi w Stanach Zjednoczonych obawiało się, że doprowadzi on do
radykalizmu polityki Meksyku, że w powstałym chaosie dojdą do głosu siły
antyamerykańskie, a być może nawet komuniści. Tymczasem do władzy doszli w
cudowny sposób proamerykańscy zwolennicy wolnego rynku – ludzie w naszym typie
– i zaoferowali zniesienie wszelkich dawnych barier. Tak więc z nieodpartych
względów natury politycznej amerykańscy dyplomaci z entuzjazmem odnieśli się do
koncepcji NAFTA. Przekonanie o tym Kongresu okazało się, jak zobaczymy, nieco
trudniejsze. Ale w pierwszym przypływie entuzjazmu było to jeszcze
niedostrzegalne.
Tymczasem, w miarę jak kontynuowano
w Meksyku reformy – jak wyprzedawano przedsiębiorstwa państwowe, znoszono coraz
więcej ograniczeń importowych i mile
witano zagranicznych inwestorów – wzmagał się entuzjazm wobec meksykańskich
perspektyw. Ja sam przypominam sobie rozmowę, jaką miałem w marcu 1993 r. w Cancún z grupą menedżerów spółek ponadnarodowych
prowadzących interesy w Ameryce Łacińskiej. Wypowiedziałem wówczas kilka
łagodnych zastrzeżeń na temat sytuacji w Meksyku, opartych na dowodach
budzących pewne rozczarowanie co do opłacalności reformy. „Jest Pan jedyną osobą na tej sali, która ma coś negatywnego
do powiedzenia na temat tego kraju” – poinformowano mnie grzecznie. Tak
więc ludzie podobni do tych obecnych na tej sali zatkali sobie usta pieniędzmi:
w 1993 r. zainwestowano w Meksyku ponad 30 mld dolarów zagranicznych kapitałów.
Zerwanie
Argentyny z przeszłością
....... 65
"Bogaty jak Argentyńczyk". Tego epitetu powszechnie używano w Europie
przed pierwszą wojną światową, w czasie gdy opinia publiczna i inwestorzy
widzieli w Argentynie kraj wielkich możliwości. Podobnie jak Australia, Kanada
i Stany Zjednoczone, Argentyna była krajem obfitującym w surowce, ulubionym
celem wędrówek zarówno europejskich emigrantów, jak i europejskiego kapitału.
Buenos Aires było pełnym wdzięku miastem z europejskim smakiem, centralnym
punktem pierwszorzędnej , zbudowanej i sfinansowanej przez Brytyjczyków, sieci
kolei żelaznych, które zwoziły zboże i mięso z pampasów na eksport w daleki
świat. Związana handlem i inwestycjami z globalną gospodarką, a kablami
telegraficznymi ze światowym rynkiem kapitałowym, Argentyna była renomowanym
członkiem przedwojennego systemu międzynarodowego.
Co prawda nawet wtedy Argentyna
miała od czasu do czasu pewną tendencję do drukowania zbyt dużej ilości
pieniądza i popadania w trudności w obsłudze swego zadłużenia zagranicznego.
Ale to samo działo się ze Stanami Zjednoczonymi. Niewielu było w stanie sobie
wyobrazić, że Argentyna może w końcu pozostać tak daleko w tyle.
Lata międzywojenne były trudne dla
Argentyny, podobnie jak dla wszystkich krajów eksportujących surowce.
Niemniej jednak Argentyna nie wyszła na tym tak źle, jak można było przypuszczać
w czasach wielkiego kryzysu. Jej rządy okazały się mniej doktrynerskie od
rządów krajów zaawansowanych, które były zdecydowane bronić wartości swego
pieniądza za wszelką cenę. Dzięki dewaluacji peso, roztoczeniu kontroli nad
ucieczką kapitałów i ogłoszeniu moratorium na spłaty długów Argentyna była w
stanie osiągnąć stosunkowo silne ożywienie koniunktury po 1932 r. Istotnie, już
w 1934 r. Europejczycy zaczęli na nowo emigrować do Argentyny, ponieważ mieli
tam lepsze perspektywy znalezienia pracy niż w innych krajach.
Jednakże powodzenie tej heterodoksyjnej polityki w czasach kryzysu przyczyniło
się do ukształtowania pewnych przyzwyczajeń w rządzeniu krajem, które z upływem
czasu działały coraz bardziej destrukcyjnie. Kontrola płatności w obcych walutach
przerodziła się w koszmarnie skomplikowany zbiór przepisów, które zniechęcały
do jakichkolwiek przedsięwzięć i sprzyjały korupcji. Przejściowe ograniczenia
importu stały się stałymi barierami, pod osłoną których mogły egzystować
niewiarygodnie nieefektywne gałęzie gospodarki. W znacjonalizowanych
przedsiębiorstwach topiono fundusze publiczne przez zatrudnianie setek tysięcy
ludzi, mimo że nie świadczyło oni istotnych usług. A finansowanie wydatków za
pomocą deficytu budżetowego wciąż szalało, prowadząc do coraz bardziej
niszczących nawrotów inflacji.
W latach osiemdziesiątych sprawy jeszcze bardziej się pogorszyły. Po klęsce w
wojnie o Falklandy wojskowy rząd Argentyny ustąpił a władzę objął rząd cywilny
Raula Alfonsina, obiecując ponowne ożywienie gospodarki.
Jednakże kryzys zadłużenia wstrząsnął Argentyną równie silnie jak resztą
Ameryki Łacińskiej, a podjęte przez Alfonsina próby
ustabilizowania cen przez wprowadzenie nowej waluty, australa,
zakończyły się posępnym niepowodzeniem. W 1989 r. kraj znalazł się w sytuacji
prawdziwej hiperinflacji, ze wzrostem cen w tempie 3000% rocznie.
Zwycięstwo w wyborach 1989 r.
odniósł Carlos Menem, peronista... Na ministra
finansów zaangażował Dominga Cavalla, doktora
ekonomii z Harvardu..., ten zaś sporządził plan reform jeszcze bardziej
radykalny od planu meksykańskiego.
Część planu dotyczyła otwarcia
Argentyny na rynki światowe, a w szczególności skończenia z zadawnionym
destrukcyjnym zwyczajem traktowania eksportu rolnego jako dojnej krowy, którą
można obciążać podatkami o prohibicyjnych stawkach w celu finansowania
wszystkiego innego. Także prywatyzacja olbrzymiego i skrajnie nieefektywnego
sektora własności państwowej postępowała
w szybkim tempie. Podczas gdy początkowa polityka Argentyny należała bezsprzecznie
do najgorszych w świecie, te reformy świadczyły o czymś zupełnie innym.
Wyróżniającym posunięciem Cavalla była reforma pieniężna. Aby ostatecznie skończyć z
inflacyjną historią kraju, wskrzesił on system pieniężny, który niemal
całkowicie popadł w zapomnienie we współczesnym świecie, a mianowicie system
sztywnego ustalania kursu walutowego
System ten był na ogół standardową
instytucją w europejskich posiadłościach kolonialnych. Posiadłościom tym zwykle pozwalano na emisję własnej waluty, której wartość
jednak była sztywno związana z walutą metropolii, a jej kondycja była
gwarantowana ustawą wymagającą, aby wewnętrzna emisja znajdowała pełne pokrycie
w rezerwach twardych walut. W latach
powojennych, wraz z upadkiem imperiów kolonialnych i rozrostem aktywnego
zarządzania gospodarką, system ten poszedł w niepamięć.
Jeśli chodzi o Argentynę, to
odczuwała ona rozpaczliwie potrzebę wiarygodności i dlatego Cavallo sięgnął do
przeszłości. Nieszczęsny austral został zastąpiony
przez nowo narodzone peso, oparte na ustalonym raz na zawsze parytecie: jedno
peso = jeden dolar, przy czym każde peso znajdujące się w obiegu miało pokrycie
w dolarze znajdującym się w rezerwach walutowych. Po dziesiątkach lat
nadużywania swego pieniądza Argentyna zrezygnowała ustawowo z drukowania
pieniądza w ogóle, chyba że ktoś chciał zamienić dolary na peso po ustalonym
kursie 1:1.
Wyniki
tego były imponujące*: inflacja szybko spadła niemal do zera.
Podobnie jak Meksyk, Argentyna wynegocjowała zastosowanie planu Brady'ego i została za to wynagrodzona wznowieniem dopływu
kapitału, jakkolwiek nie w takiej samej skali jak poprzednio. Gospodarka realna
zaś gwałtownie nabrała animuszu: po latach spadku PKB wzrósł o 1/4 w ciągu
trzech lat.
(*
"Imponujący" jest też obecny kryzys.
Z rozlicznych tytułów wiadomości, cytuję tylko dwa:
- "Argentyna jest już bankrutem" - info.onet.pl
- "Argentyna zawiesza obsługę długu oraz odsetek" - PAP 2001-12-24,
cyt. za "wiadomości.wp.pl".
Anonimus).
Zły rok
Meksyku ....... 68
Czy w końcu 1993 r. widać było jakieś chmury na horyzoncie Ameryki Łacińskiej?
Inwestorzy byli pełni euforii: wydawało im się, że nowa orientacja wolnorynkowa
kontynentu przekształciła go w krainę wielkich możliwości. Zagraniczni
biznesmeni, podobnie jak ci, z którymi rozmawiałem w Cancún,
byli niemal równie optymistyczni: świeżo zliberalizowane środowisko stwarzało
dla nich wiele nowych możliwości. Tylko nieliczni ekonomiści mieli wątpliwości,
ale te były stosunkowo mało ważne.
Jednym z problemów, wspólnym dla
Meksyku i dla Argentyny, była adekwatność
kursu walutowego. Obydwa kraje ustabilizowały swoje waluty; obydwa
obniżyły inflację, ale w obydwu spowolnienie inflacji pozostawało w tyle za
stabilizacją kursu walutowego. (...)
Podobna kwestia dotyczyła bilansu
handlowego... (...)
Oficjalne koła meksykańskie i
ekonomiści zagraniczni twierdzili, że nie ma powodów do niepokoju. Ich
argumentacja wywodziła się bezpośrednio z podręczników ekonomii. Z punktu
widzenia czystej rachunkowości bilans płatniczy jest zawsze zrównoważony; to
znaczy, że każdy zakup dokonany przez dany kraj za granicą musi znajdować swój
odpowiednik w sprzedaży o równej wartości. (studenci ekonomii wiedzą, że
twierdzenie to jest ograniczone małym zastrzeżeniem technicznym, dotyczącym
nieodpłatnych transferów; ale mniejsza z tym). Jeśli dany kraj ma deficyt na
rachunku obrotów bieżących – czyli zakupuje więcej dóbr, niż sprzedaje – to
musi mieć analogiczną nadwyżkę na rachunku obrotów kapitałowych. Dotyczy to
także drugiej strony: kraj, który ma nadwyżkę na rachunku obrotów kapitałowych,
musi mieć deficyt na rachunku obrotów bieżących. Ale to oznaczało, że sukces
Meksyku polegający na tym, że cudzoziemcy przybywali ze swoimi pieniędzmi, aby
kupować walory meksykańskie, miał jako konieczny odpowiednik tego deficyt
handlowy – w rzeczywistości zatem deficyt był po prostu innym sposobem
wyrażenia faktu, iż cudzoziemcy uważali Meksyk za miejsce nadające się do
wielkich inwestycji. Jedynym powodem do troski, zdaniem optymistów, byłoby to,
gdyby ten dopływ kapitału był w jakiejś mierze sztuczny – gdyby rząd przyciągał
kapitał z zewnątrz przez zadłużanie się za granicą (jak to miało miejsce przed
1982 r.) lub przez utrzymywanie wysokiego deficytu budżetowego, powodującego
niedobór krajowych oszczędności.
Jednakże rząd Meksyku miał zrównoważony budżet i w rzeczywistości
powiększał swoje zagraniczne aktywa a nie zobowiązania. Jakiż więc mógł być
powód do niepokoju? Jeśli sektor prywatny potrzebował dopływu kapitału z
zewnątrz, to dlaczego rząd miałby próbować zatrzymać ten dopływ?
A jednak osiągnięcia Meksyku miały
pewien niepokojący aspekt: gdzież przy wszystkich tych reformach i całym tym
dopływie kapitału był wzrost gospodarczy?
(...)
Kryzys
"tequila" ....... 71
W grudniu 1994 r., wobec nieustającego drenażu rezerw walutowych, władze
meksykańskie musiały podjąć decyzję, jak w związku z tym dalej postępować.
Mogły one zahamować dalsze straty przez podwyższenie stóp procentowych,
zwiększając w ten sposób dla obywateli meksykańskich atrakcyjność trzymania
zasobów finansowych w pesos, a być może nawet przyciągając również fundusze
zagraniczne. Ale taka podwyżka stóp procentowych szkodziłaby interesom biznesu
i wydatkom konsumentów, a przecież po kilku latach niezadawalającego wzrostu
Meksyk znajdował się na krawędzi recesji. Albo też można było zdewaluować peso
- obniżyć jego wartość w stosunku do dolara - w nadziei, że przyniesie to taki
sam efekt, jak szesnaście miesięcy wcześniej dewaluacja przyniosła Wielkiej Brytanii.
Czyli, według najlepszego scenariusza, dewaluacja mogła nie tylko zwiększyć
konkurencyjność meksykańskiego eksportu, ale też przekonać zagranicznych
inwestorów, że aktywa meksykańskie reprezentują wysoką wartość, i w ten sposób
doprowadzić faktycznie do obniżki stóp procentowych.
Meksyk wybrał dewaluację. Ale
spartaczył sprawę!
To czego
można się spodziewać, gdy waluta krajowa zostanie zdewaluowana, wyraża się w
powiedzeniu spekulantów: „w porządku,
już po wszystkim” i zaprzestaniu przez nich stawiania na spadek waluty.
Tak wyglądał efekt dewaluacji w Wielkiej Brytanii i Szwecji w 1992 r. Niebezpieczeństwo
polega na tym, że zamiast tak postąpić, spekulanci mogą potraktować pierwszą
dewaluację jako oznakę, że po niej przyjdą następne i spekulować jeszcze ostrzej. Aby tego uniknąć, zakłada się,
że rząd zachowa pewne reguły. Po
pierwsze, jeśli w ogóle przeprowadza się dewaluację, to należy tego dokonać w
dostatecznie dużych rozmiarach. W przeciwnym razie pobudzi to oczekiwania
dalszych dewaluacji. Po drugie, bezpośrednio po dewaluacji należy dawać
wszelkie możliwe sygnały, że się panuje nad sytuacją, że sprawujący władzę są
odpowiedzialnymi ludźmi, którzy doceniają znaczenie właściwego traktowania
inwestorów, itp. W przeciwnym razie dewaluacja może skrystalizować wątpliwości
co do kondycji gospodarki i wywołać panikę.
W Meksyku złamano obydwie reguły.
Początkowa dewaluacja wyniosła 15% tego, co sugerowali ekonomiści, np. Dornbusch. A w dodatku zachowanie przedstawicieli rządu
bynajmniej nie służyło zwiększaniu zaufania. (...)
Kryzys finansów państwowych wkrótce
przerzucił się na sektor prywatny. W ciągu 1995 r. realny PKB Meksyku
zmniejszył się o 7%, a produkcja przemysłowa o 15%, sytuacja przedstawiała się
o wiele gorzej od wszystkiego, co widziały Stany Zjednoczone poczynając od lat
trzydziestych – w rzeczywistości o wiele gorzej od załamania koniunktury po kryzysie zadłużenia w 1982 r. Tysiące
przedsiębiorstw zbankrutowało; setki tysięcy robotników straciło pracę.
Najciekawszy w tym wszystkim jest
fakt, że kryzys ten nie ograniczył się tylko do Meksyku. W istocie „efekt
tequili” objął swym zasięgiem dużą część świata, zwłaszcza Amerykę Łacińską, a
w niej szczególnie Argentynę.
Była to niemiła niespodzianka. Po
pierwsze, Argentyna i Meksyk leżą na przeciwległych końcach Ameryki Łacińskiej,
nie są związane ze sobą bezpośrednim handlem czy stosunkami finansowymi o
znaczniejszych rozmiarach. Ponadto system walutowy Argentyny uważano za
gwarancję nienaruszalnej wiarygodności jej peso. Jak mogła ona zostać dotknięta
kryzysem meksykański?
Być może Argentyna została
zaatakowana dlatego, że z punktu widzenia jankesów poszukujących lokat dla
swoich kapitałów wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej są do siebie podobne. (...)
Oto jak działał ten mechanizm...
(...)
Na początku 1995 r. zatem zarówno
Meksyk jak i Argentyna z euforii popadły nagle w strach, wydawało się bowiem
prawdopodobne, że eksperymentowanie z reformami w obydwu krajach musi się
zakończyć katastrofalnym upadkiem.
Wielka
akcja ratunkowa ....... 76
Tym, czego Ameryka Łacińska pilnie potrzebowała, były dolary: dolary, którymi
Meksyk mógłby wykupić swoje tesobonos w
terminie, dolary, które Argentynie pozwalałyby drukować pesos i pożyczać je
swoim bankom.
Pakiet meksykański był większy i
pilniejszy, a pod względem politycznym trudniejszy. Choć duża część środków
pochodziła z agencji międzynarodowych,
jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europa i Japonia traktowały pomoc dla
Meksyku jako sprawę Stanów Zjednoczonych i dlatego właśnie Stany Zjednoczone
musiały same dostarczyć dużej porcji funduszów. Niestety, uformowały się tam
potężne siły polityczne sprzeciwiające się takiej pomocy. Ci, którzy zawzięcie
byli przeciwni NAFTA, traktowali kryzys meksykański jako dowód słuszności
swoich poglądów i wcale nie kwapili się z wykupieniem Meksykan i bankierów,
którzy udzielili im pożyczek, za pieniądze amerykańskich podatników.
Jednocześnie konserwatystom nie podobała się w ogóle cała koncepcja wspierania
rynku przez interwencję państwa, a zwłaszcza rola Międzynarodowego Funduszu
Walutowego, w którym upatrywali pewien etap do wprowadzenia rządu światowego.
Wkrótce stało się jasne, że Kongres amerykański nie zaaprobuje żadnych
funduszów na ratunek dla Meksyku.
Na szczęście okazało się, że skarb państwa
Stanów Zjednoczonych może według swego uznania korzystać z Funduszu
Stabilizacji Waluty, będącego swego rodzaju skarbonką z pieniędzmi
przeznaczonymi na podejmowanie wyjątkowych interwencji ma rynkach walutowych.
Intencją władzy ustawodawczej, która powołała do życia ten fundusz, była
oczywiście stabilizacja wartości dolara, ale odnośny tekst w rzeczywistości o
tym nie wspominał. Skarb państwa z podziwu godnym zamysłem twórczym skorzystał
z tego, aby ustabilizować peso. Między tym funduszem stabilizacyjnym i innymi
źródłami zorganizowano i szybko udostępniono Meksykowi znakomitą linię
kredytową o wartości 50 mld dolarów. Po kilku miesiącach oczekiwania z biciem
serca sytuacja finansowa zaczęła się rzeczywiście stabilizować.
Niższego rzędu ratunek dla Argentyny
nadszedł z Banku Światowego, który 12-miliardowym kredytem dolarowym wspomógł
banki tego kraju.
Te ratunkowe akcje dla Meksyku i
Argentyny nie zapobiegły ostrym pogorszeniom koniunktury w tych krajach, w
rzeczywistości znacznie ostrzejszym od tych, jakie miały miejsce w pierwszym
roku kryzysu lat osiemdziesiątych. Pod koniec 1995 r. inwestorzy zaczęli się
uspokajać, wierząc, iż być może krajom tym w ogóle nie zagraża załamanie. Stopy
procentowe obniżyły się, wydatki zaczęły się ożywiać i wkrótce zarówno Meksyk
jak i Argentyna przeszły w fazę szybkiej poprawy koniunktury. Dla tysięcy
przedsiębiorstw i setek tysięcy robotników kryzys ten miał katastrofalne
skutki, ale skończył się wcześniej, niż się obawiano lub oczekiwano.
Wyciągnięcie
fałszywych nauk ....... 77
Dwa lata po kryzysie "tequila" wydawało się, że wszystko znalazło się
z powrotem na właściwej drodze. Zarówno w Meksyku jak i w Argentynie zapanował
boom, a inwestorzy , którzy utrzymali na wodzy swoje nerwy, wyszli na tym
rzeczywiście dobrze. Tak więc w sposób przewrotny to, co można było uważać za
ostrzeżenie, stało się nawet źródłem zadowolenia. I mimo, iż niewielu ludzi
wyłożyło explicite swoje wnioski wysnute z kryzysu latynoskiego, to nieformalne
podsumowanie obiegowej wiedzy po tym kryzysie można było ująć następująco:
Po pierwsze, kryzys
"tequila" nie wydarzył się na drodze, którą posuwa się szeroki świat;
był to przypadek, który wydarzył się Meksykowi jako takiemu. Spowodowany został
błędami polityki Meksyku. - w szczególności dopuszczeniem do utrzymywania
zawyżonego kursu waluty, rozszerzeniem kredytu zamiast ograniczania go, gdy
zaczęła się spekulacja przeciwko peso, i spartaczeniem samej dewaluacji w
sposób, który zdenerwował inwestorów.
Krótko mówiąc, wysnuta z kryzysu
nauka głosiła, że katastrofa Meksyku nie miała wielkiego znaczenia dla reszty
świata. Wprawdzie kryzys rozszerzył się na pozostałą część Ameryki
Łacińskiej...
Druga nauka dotyczyła nie Meksyku,
lecz Waszyngtonu, tzn. Międzynarodowego Funduszu Walutowego i departamentu
skarbu Stanów Zjednoczonych. Wydaje się, że kryzys potwierdził, iż Waszyngton
utrzymuje kontrolę nad biegiem spraw; że posiada środki i wiedzę, jak
opanowywać nawet ostre kryzysy finansowe. Zmobilizowano szybko olbrzymią pomoc
na rzecz Meksyku i na tym właśnie polegało sedno sprawy. Zamiast siedmiu
chudych lat w czasie kryzysu lat osiemdziesiątych, kryzys "tequila"
minął w ciągu półtora roku. Wydawało się więc oczywiste, że ludzie odpowiedzialni
za to uporali się lepiej z tym przypadkiem.
Cztery lata po wybuchu kryzysu
"tequila", ze świeżymi jeszcze w naszej pamięci straszliwymi
doświadczeniami Azji i spiralnie wymykającą się spod kontroli gospodarką
Brazylii, stało się jasne, że z doświadczeń Ameryki Łacińskiej wysnuliśmy
fałszywe wnioski.
Powinniśmy byli zdać pytanie, jakie
wielokrotnie powtarzał na licznych spotkaniach Guillermo
Calvo, ekonomista z Banku Światowego, a ostatnio z University of Maryland: "Dlaczego kara nałożona za tak
małe przewinienie była tak wysoka?". Dokonując przeglądu polityki
prowadzonej przez Meksyk przed kryzysem "tequila", łatwo można w niej
znaleźć pełno błędów. Tymczasem faktycznie w owym czasie wydawała się ona
całkiem słuszna, a nawet po fakcie trudno było znaleźć jakiekolwiek złe
posunięcia o wymiarach uzasadniających skalę katastrofy w 1995 r. Powinniśmy
byli wziąć sobie do serca pytanie Calva - z jego
implikacjami, że istniały pewne mechanizmy, które przekształciły niewielkie
błędy w polityce w wielką katastrofę gospodarczą. Powinniśmy byli przyjrzeć się
bliżej argumentom niektórych komentatorów, którzy twierdzili, że w
rzeczywistości nie popełniono w ogóle poważnych błędów z wyjątkiem krótkiej
serii niezręcznych posunięć, których konsekwencją dla Meksyku była fałszywa
percepcja sytuacji na rynku i proces samonapędzającej się paniki. Dlatego też
powinniśmy byli zdać sobie sprawę, że to, co się wydarzyło w Meksyku, mogło się
również wydarzyć gdzie indziej; że pozorny sukces, wraz z podziwem rynków i
środków przekazu dla menedżerów gospodarki, nie stanowi gwarancji, iż
gospodarka jest zabezpieczona przed nagłym kryzysem finansowym.
Z perspektywy czasu jest również
rzeczą jasną, że zbyt dużym zaufanie darzyliśmy "Waszyngton", tj. MFW
i amerykański departament skarbu.
Być może najważniejszą rzeczą w tym
wszystkim było to, że nie zrozumieliśmy, w jaki stopniu zarówno Meksyk jak i
Waszyngton miały po prostu szczęście. Przeprowadzona akcja ratunkowa w
rzeczywistości nie była wcale przemyślanym planem działania...
(...) Tak więc nikt nie był
przygotowany ani na pojawienie się nowego kryzysu w stylu "tequila" w
Azji, ani na nieefektywność akcji ratunkowej w stylu meksykańskim, gdy ten
kryzys nastąpił. Co było dziwne w naszych przeoczeniach, to fakt, iż największa
gospodarka Azji znajdowała się już w poważnych kłopotach - i w trosce o swoje
interesy podjęła niewłaściwe kroki.
4. Niespełniona przyszłość:
Japonia w latach dziewięćdziesiątych ......... 80
Jeszcze wczoraj, można powiedzieć,
Amerykanie byli owładnięci obsesją na punkcie Japonii. Sukcesy przemysłu
japońskiego wzbudzały zarówno podziw, jak i obawy; nie można było wejść do
księgarni w porcie lotniczym, by nie napotkać całych rzędów okładek
przedstawiających wschodzące słońca i wojowniczych samurajów. Niektóre z tych
książek obiecywały nauczenie tajników japońskiego zarządzania, inne
przepowiadały wojnę gospodarczą (lub domagały się jej). Jako wzorce lub demony,
lub jedno i drugie, Japończycy ciągle gościli w naszej pamięci.
Obecnie wszystko to należy do przeszłości. Od czasu do czasu daje znać o sobie
pewne podniecenie połączone z uczuciem Schadenfreude, gdy jeszcze jeden wielki
bank japoński bankrutuje lub gdy wskaźnik giełdy tokijskiej Nikkei spada o
kilka punktów. Przeważnie jednak przestaliśmy się tymi sprawami interesować.
Nie były one zresztą zbyt ważne, jak to orzekła opinia publiczna, można więc o
nich zupełnie nie myśleć.
Jest to głupota. Niepowodzenia Japonii mają dla nas pod każdym względem takie
samo znaczenie jak jej sukcesy. To, co się przydarzyło Japonii, jest zarówno
tragedią, jak i ostrzeżeniem. Druga pod względem znaczenia gospodarka światowa
wciąż cieszy się błogosławieństwem posiadania dobrze wykształconych i chętnych
do pracy robotników, zasobów nowoczesnego kapitału i imponującej wiedzy
technologicznej. Ma stabilny rząd, który nie napotyka trudności w pobieraniu
podatków. Odmiennie niż Ameryka Łacińska lub mniejsze gospodarki azjatyckie,
jest ona krajem wierzycielskim, niezależnym od dobrej woli inwestorów
zagranicznych. A sama wielkość gospodarki, która oznacza, że producenci
sprzedają swoje wyroby głównie na rynku wewnętrznym, powinna zapewnić Japonii -
podobnie jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych - swobodę działania, której
pozbawione są mniejsze kraje.
Niemniej jednak przez większą część minionej dekady Japonia znajdowała się w
stanie depresji, z przeplatającymi się ze sobą krótkimi i niezadawalającymi
okresami wzrostu gospodarczego i coraz głębszymi recesjami. Niegdyś przodujący
pod względem wzrostu w rozwiniętej części świata, przemysł japoński produkował
w 1998 r. mniej niż w 1991 r. A czymś gorszym nawet niż wyniki gospodarcze jako
takie jest uczucie fatalizmu i bezradności: odnosi się wrażenie, jak gdyby
społeczeństwo japońskie przestało liczyć na to, że menedżerowie potrafią
zmienić sytuację na lepsze, a oni sami przestali wierzyć, że mogą dużo zrobić
dla poprawy sytuacji.
Jest to tragiczne: tak wielka gospodarka, jaką stanowi Japonia, nie musi się
znajdować w stanie permanentnej depresji (ani nie zasługuje na to). Jej
nieszczęścia nie są tak ostre, jak te, których doznały inne kraje Azji, ale
przeciągają się znacznie dłużej i są daleko mniej uzasadnione. I jest to
również zły znak: jeżeli coś takiego może się im przytrafić, to kto może zapewnić,
że nam się to nie przytrafi?
W jaki sposób do tego doszło?
Japonia
- kraj numer 1 ......
81
Żaden kraj - nawet Związek Radziecki w czasach stalinowskich planów
pięcioletnich - nie doświadczył tak oszałamiającej przemiany gospodarczej, jaką
przeżyła Japonia w latach swego szybkiego wzrostu od 1953 do 1973 r. Na
przestrzeni tych dwudziestu lat kraj w dużym stopniu rolniczy stał się
największym w świecie eksporterem stali i samochodów, wielkie Tokio stało się
największą i chyba najbardziej tętniącą życiem metropolią, a stopa życiowa
znacząco się podniosła.
Niektórzy ludzie Zachodu przewidzieli to. Już w 1969 r. futurolog Herman Kahn opublikował książkę The
Emerging Japanese Superstate (Wschodzące superpaństwo
japońskie), w której powiedział, że wysokie stopy wzrostu uczynią z Japonii do
2000 r. przodującą gospodarkę w świecie. Ale dopiero w późnych latach
siedemdziesiątych - mniej więcej w czasie, gdy ukazał się bestseller Ezry Vogla Japan as Number One
(Japonia - kraj numer 1) - świadomość wielkich osiągnięć Japonii rzeczywiście
zaświtała w szerszych kręgach naszego społeczeństwa. Kiedy wysokiej jakości
produkty japońskie - przede wszystkim samochody i produkty elektroniczne o
charakterze konsumpcyjnym - zalały rynki zachodnie, ludzie zaczęli z ciekawością
zastanawiać się nad tajnikami sukcesu Japonii.
Jest pewna ironia w tym, kiedy doszło do wielkiej debaty nad Japonią. Heroiczny
okres japońskiego wzrostu gospodarczego dobiegł końca akurat w czasie, gdy
ludzie Zachodu zaczęli Japonię traktować poważnie.
Nie będziemy tu odtwarzać całej debaty na temat przyczyn sukcesu Japonii.
Zasadniczo wystąpiły w niej dwie strony. Jedna widziała we wzroście Japonii
produkt korzystnych podstaw ekonomicznych, przede wszystkim znakomitego poziomu
wykształcenia podstawowego i wysokiej stopy oszczędności oraz - jak zawsze -
wiązała go również z nieco amatorską socjologią, tłumacząc, dlaczego Japonia
wyróżniała się szczególnie w produkcji wyrobów przemysłowych wysokiej jakości
po niskich kosztach. Druga strona twierdziła, że Japonia rozwinęła zasadniczo
odmienny system gospodarczy, nową, wyższą formę kapitalizmu. Dlatego debata nad
Japonią stała się również debatą nad ekonomią, nad tym, na ile ważna jest
zachodnia myśl ekonomiczna w ogóle, a w szczególności zalety gospodarki wolnorynkowej.
(...)
Bańka
mydlana, trud i niepokój
...... 84
Na początku lat dziewięćdziesiątych kapitalizacja rynkowa Japonii, czyli
całkowita wartość ogółu akcji wszystkich spółek krajowych, była większa od
kapitalizacji w Stanach Zjednoczonych, których ludność była dwa i pół razy
liczniejsza, a produkt krajowy brutto ponaddwukrotnie
wyższy. Ziemia, która w zatłoczonej Japonii nigdy nie była tania, stała się
niewiarygodnie kosztowna: według często cytowanego szacunku, grunt o
powierzchni jednej mili kwadratowej pod zabudowaniami pałacu cesarskiego w
Tokio był więcej wart od całej Kalifornii. Witaj "gospodarko bańki
mydlanej", japoński odpowiedniku amerykańskich "szalonych lat
dwudziestych"!
Późne lata osiemdziesiąte były w Japonii okresem pomyślnej koniunktury,
szybkiego wzrostu, niskiego bezrobocia i wysokich zysków. Niemniej jednak żadne
podstawowe dane gospodarcze nie uzasadniały potrojenia w tych latach ani cen
ziemi, ani kursów akcji. Nawet w owym czasie wielu obserwatorów uważało, że w
tym boomie finansowym było coś maniakalnego i irracjonalnego - że tradycyjnych
przedsiębiorstw w powoli rozwijających się gałęziach przemysłu nie należało
wyceniać w podobny sposób jak szybko zwyżkujących akcji, dla których wskaźnik
ceny do zysków wynosił ponad 60. Lecz jak to się często dzieje na rozszalałych
rynkach, sceptycy nie mieli środków lub odwagi na poparcie nieufności; obiegowa
mądrość wynajdowała wszelkiego rodzaju uzasadnienia do niebotycznie wysokich
cen.
Finansowe bańki mydlane nie są niczym nowym. Od manii tulipanowej po manię
internetową, nawet najbardziej wyczuleni inwestorzy z trudem potrafią się
oprzeć porwaniu przez ogólny pęd i wykazywać dalekowzroczność, gdy wszyscy inni
się bogacą. Jednakże w świetle reputacji, jaką cieszyli się Japończycy ze względu
na długofalowy charakter ich myślenia strategicznego, i ogólnego przekonania,
że korporacja Japan inc. Była bardziej podobna do
gospodarki planowej niż do całkowicie nieskrępowanej gospodarki wolnorynkowej,
rozmiary tej bańki mydlanej są zaskakujące.
Okazuje się, że reputacja Japonii, znanej z dalekowzrocznych i społecznie
kontrolowanych inwestycji, zawsze była wyolbrzymiona. Spekulanci
nieruchomościami, często zaostrzający sytuację czy to przez przekupywanie
polityków, czy przez powiązania z yakuzą, stanowili
zaskakująco ważny element sceny japońskiej, jak daleko sięga wstecz pamięć
ludzka. Spekulacje inwestycyjne na rynku nieruchomościami były bardzo bliskie
wywołania kryzysu bankowego w latach siedemdziesiątych; sytuacja została
uratowana jedynie przez wybuch inflacji, która obniżyła realną wartość
zadłużenia spekulantów i złe długi zmieniła w dobre. Niemniej jednak same rozmiary japońskiej
bańki mydlanej były zdumiewające. Czyż nie dało się wytłumaczyć tego zjawiska
czymś, co wykraczało poza samą tylko sferę psychologii tłumu ?
Otóż okazuje się, że japońska bańka mydlana była tylko jednym z wybuchów
gorączki spekulacyjnej, która ogarnęła świat w latach osiemdziesiątych.
Wszystkie te wybuchy miały jedną cechę wspólną, a mianowicie były finansowane
głównie za pomocą pożyczek bankowych - zwłaszcza że tradycyjnie stateczne
instytucje zaczęły oferować kredyt ryzykanckim, a nawet podejrzanym osobnikom w
zamian za oprocentowanie nieco wyższe od stopy rynkowej. Najbardziej osławionym
przykładem tego była afera w Stanach Zjednoczonych z instytucjami
oszczędnościowo-pożyczkowymi, które w opinii publicznej były zwykle określane w
kategoriach wszechamerykańskiej sumienności
małomiasteczkowego bankiera.. ale które w latach osiemdziesiątych zaczęto już
identyfikować z działającymi na szybkich obrotach teksaskimi potentatami
nieruchomości.. Jednakże podobne wybuchy podejrzanego kredytowania miały też
miejsce gdzie indziej, mianowicie w Szwecji, w jeszcze jednym kraju zazwyczaj
nieidentyfikowanym z gorączką spekulacyjną.
Dlatego ekonomiści od dawna twierdzili, że za wszystkimi tego rodzaju
epizodami kryje się ta sama zasada ekonomiczna... „pokusa nadużycia” i oznacza podejmowanie nadmiernego ryzyka bez
ponoszenia konsekwencji.
Termin "pokusa nadużycia" wywodzi się z działalności
ubezpieczeniowej. Już w bardzo wczesnej fazie tej działalności... (wyłudzanie odszkodowań przez rzekome ofiary podpaleń. Różne
warianty kombinacji. Przypis Z.U.).
W końcu przyjęło się, że
termin „pokusa nadużycia” określa
sytuacje, w której jedna osoba decyduje o wielkości
podejmowanego ryzyka, podczas gdy ktoś inny ponosi koszty, jeżeli sprawy
przybierają zły obrót.
Oczywiście, nikt nie udzieli miliarda dolarów pożyczki na zainwestowanie
według swego uznania komuś, kto nie posiada własnego kapitału, bez względu na
to, jak sprytnie wygląda. Wierzyciele zazwyczaj stawiają pewne ograniczenia w
kwestii tego, co dłużnicy mogą zrobić z każdą pożyczaną im kwotą pieniędzy; a
dłużnicy zazwyczaj są obowiązani włożyć
do interesu znaczną kwotę własnego kapitału, aby przekonać wierzycieli, że będą
się starali za wszelką cenę uniknąć straty.
Niekiedy się zdarza, że pożyczkodawcy zapominają o tych regułach i udzielają
wysokich pożyczek bez stawiania
jakichkolwiek pytań ludziom, którzy umieją sprawiać wrażenie, że znają się na
tym, co robią; z ciekawą historią tzw. funduszów hedgingowych zapoznamy się w
rozdziale 7.
Przypomnijmy to, co powiedzieliśmy o głównych bankach japońskich keiretsu: dysponenci wierzą, że ich wkłady są bezpieczne,
ponieważ gwarantuje je rząd. To samo odnosi się niemal do wszystkich banków w
Pierwszym Świecie i do większości banków w pozostałych krajach. Większość
krajów..., nie może dopuścić do tego, aby wdowy i sieroty traciły składane
przez całe życie oszczędności po prostu dlatego, że ulokowały je w niewłaściwym
banku, tak samo jak nie może stać obojętnie z boku, gdy rozszalała rzeka zmiata
domy wybudowane nieroztropnie na zalewanych przez powodzie równinach. Tylko najbardziej zatwardziali wśród
konserwatystów chcieliby, żeby było inaczej, ale w wyniku tego ludzie nie
troszczą się o to, gdzie budują swoje domy, a tym bardziej gdzie składają
pieniądze.
Ta beztroska stwarza znakomitą okazję dla pozbawionego skrupułów biznesmena.
Wystarczy otworzyć bank, zapewnić mu siedzibę w budzącym dobre wrażenie budynku
i ekstrawagancką nazwę; przyciągnąć masę wkładów przez płacenie, jeśli wolno,
dobrego oprocentowania, lub jeśli nie wolno – przez oferowanie opiekaczy i
innych przedmiotów; następnie pożyczyć te pieniądze na wysoki procent obrotnym
spekulantom (najlepiej swoim przyjaciołom lub być może nawet sobie samemu pod
osłoną innej firmy). Deponenci nie będą pytać o jakość waszych inwestycji,
ponieważ wiedzą, że w każdym przypadku są pod ochroną. Macie wtedy
jednokierunkową opcję: jeśli inwestycje się powiodą, będziecie bogaci; jeśli
się nie powiodą, możecie odejść i pozostawić rządowi posprzątanie
pozostawionego bałaganu.
Jednakże nie jest to tak łatwe, ponieważ regulacje państwowe nie są aż tak
naiwne. W rzeczywistości od lat trzydziestych do osiemdziesiątych tego rodzaju
postępowanie było rzadkością wśród bankierów, ponieważ władze regulujące te
sprawy robiły mniej więcej to samo, co zrobiłby prywatny kredytodawca przed
wręczeniem wam miliarda dolarów do dyspozycji. To, co banki mogą robić z
pieniędzmi deponentów, zostało poddane ograniczeniom w celu zapobieżenia
podejmowaniu zbyt ryzykownych operacji. Wprowadzony został wymóg, aby
właściciele banków dokonywali swoich operacji z angażowaniem w istotnych
rozmiarach własnego kapitału. A bardziej subtelnym i być może niezamierzonym
stopniu ograniczono rozmiary konkurencji między bankami przez to, że licencja
bankowa stała się sama w sobie rzeczą wartościową, wyposażoną w wyłączność w
świadczeniu pewnych usług; ci, którzy uzyskali licencje, nie chcieli się
narażać na utratę tego przywileju przez podejmowanie ryzyka grożącego upadkiem
banku.
W latach osiemdziesiątych jednak te ograniczenia załamały się. Przyczyną tego
była głównie deregulacja. Tradycyjne banki były bezpieczne, ale też bardzo konserwatywne:
można powiedzieć, że nie potrafiły kierować kapitału do najbardziej
produktywnych zastosowań. Według zdania reformatorów, lekarstwem na to miało
być więcej swobody i więcej konkurencji: niech banki udzielają pożyczek na to, co uważają za najlepsze, a ponadto
dopuścimy więcej graczy do ubiegania się o oszczędności społeczeństwa. Jakoś
zapomniano o tym, że przysporzy to bankom więcej swobody w podejmowaniu
wątpliwego ryzyka, a przez obniżenie wartości ich uprzywilejowanej pozycji
osłabi bodźce do jego unikania. Zmiany zachodzące na rynku, a zwłaszcza
powstawanie alternatywnych źródeł finansowania spółek, powodowały dalszą erozję
marż zysku tych bankierów, którzy nie odstępowali od bezpiecznych, staromodnych sposobów
prowadzenia interesów.
W ten sposób w latach osiemdziesiątych zrodziła się swego rodzaju globalna
epidemia hazardu. Niewiele krajów może się poszczycić opanowaniem tej sytuacji
- na pewno nie Stany Zjednoczone, w
których nieumiejętne potraktowanie afery oszczędnościowo-pożyczkowej było
klasycznym przykładem nierozważnego, krótkowzrocznego, a przy okazji
skorumpowanego prowadzenia polityki. Jeśli zaś chodzi o Japonię, gdzie wszelkie
normalne linie podziału – między rządem a biznesem, miedzy bankami a ich
klientami, miedzy tym co podlegało, a tym, co nie podlegało gwarancji państwa –
były szczególnie zamazane, to wyjątkowo nie nadawała się ona do rozluźnienia
reżimu finansowego. Banki japońskie
udzielały więcej pożyczek i zwracały mniejszą uwagę na jakość pożyczkobiorcy,
niż w którymkolwiek innym kraju; w ten sposób pomagały w rozdmuchiwaniu
gospodarczej bańki mydlanej do
groteskowych rozmiarów.
Wcześniej czy później takie bańki mydlane pękają. Pękniecie bańki
japońskiej, jak się okazuje, nie było całkiem spontaniczne: japoński bank centralny,
zaniepokojony nadmierną spekulacją, zaczął podnosić stopy procentowe już w 1990
r., pragnąc wypuścić nieco powietrza z nadmuchanej bańki. Początkowo polityka
ta nie odniosła pożądanego skutku, ale poczynając od 1991 r. rozpoczął się
stromy spadek cen nieruchomości i akcji, który w ciągu kilku lat obniżył je do
poziomu 60% szczytowych wartości.
Początkowo,
a w istocie także przez szereg następnych lat, władze japońskie traktowały to
wszystko jako zdrowy proces – jako powrót do bardziej sensownych, realistycznych
ocen aktywów majątkowych. Stopniowo jednak okazywało się, że koniec tej
rozdmuchanej gospodarki przyniósł nie ozdrowienie gospodarcze, lecz stale
pogłębiającą się chorobę.
Utajona
depresja ...... 89
W odróżnieniu od Meksyku w 1995 r. czy Korei Południowej w 1998 r., Japonia
nigdy (jeszcze?) nie przeżywała przez pełny rok wyraźnego, katastrofalnego
spadku gospodarczego. W ciągu ośmiu lat od pęknięcia bańki tylko w dwóch latach
wystąpiło zmniejszenie realnego produktu krajowego brutto. Bezrobocie rosło
stopniowo i nadal nie wydaje się, aby według standardów zachodnich było bardzo
wysokie (aczkolwiek jest to w dużym stopniu kwestia liczenia: gdy kobiety lub
starsi pracownicy, którzy dopiero co zostali zatrudnieni, a jako pierwsi
zwolnieni, nie są w stanie znaleźć pracy, to zwykle zalicza się ich do
bezrobotnych; według standardów amerykańskich Japonia miałaby teraz
prawdopodobnie stopę bezrobocia zbliżoną do 10%).
Z roku na rok jednak wzrost
gospodarczy nie dorównywał nie tylko poprzedniemu doświadczeniu gospodarki
japońskiej, ale wszelkim rozsądnym szacunkom wzrostu jej zdolności wytwórczej.
Na określenie tego, czego
doświadczyła Japonia, ekonomiści mają jedno ze swoich niefortunnych wyrażeń:
„recesja wzrostu”. Ma ona miejsce wtedy, gdy gospodarka rośnie, ale nie
dostatecznie szybko, aby wykorzystać przyrost swej zdolności produkcyjnej, na
skutek czego coraz więcej maszyn i robotników jest niewykorzystanych. Normalnie
recesje wzrostu są raczej zjawiskiem rzadkim, ponieważ fazy zarówno ekspansji
jak i spadku koniunktury mają tendencje do nabierania rozpędu, czego wynikiem
jest albo szybki wzrost, albo wyraźny spadek.
Powolne tempo pogarszania się
sytuacji Japonii jest samo przez się źródłem poważnego zamętu. Ponieważ recesja
rozpełzła się po gospodarce, nie było (aż do ubiegłego roku) takiego momentu, w
którym społeczeństwo upominałoby się głośno o podjęcie przez rząd jakichś
dramatycznych działań. Ponieważ motor gospodarki japońskiej tracił stopniowo
swą siłę napędową, ale nie doszło do jego zatrzymania się z hałaśliwym
zgrzytem, rząd konsekwentnie określał to jako sukces, traktując utrzymujący się
wzrost gospodarki jako realizację swojej polityk, chociaż wzrost ten był daleki
od tego, co można było i należało osiągnąć.
Tak wiec polityka gospodarcza
Japonii odznaczała się dziwną kombinacją samozadowolenia i fatalizmu – oraz
łatwo zauważalną niechęcią do
zdecydowanego przemyślenia przyczyn tak bardzo niekorzystnego obrotu spraw.
Japońska
pułapka ...... 91
Nie ma nic tajemniczego w tym, w jaki sposób doszło do załamania gospodarczego
w Japonii w 1991 r. : wcześniej czy później finansowa bańka mydlana musiała
pęknąć, a gdy do tego doszło, nastąpił spadek inwestycji i konsumpcji, a przez
to spadek ogólnego popytu. Gdyby na giełdzie amerykańskiej miał nastąpić krach
(jeśli już nie doszło do niego w czasie, zanim ukaże się ta książka), skutkiem
tego byłoby prawdopodobnie spowolnienie wzrostu
gospodarki amerykańskiej, a być może nawet krótka recesja. Jednakże istotny jest tu wyraz „krótka”,
ponieważ zapewne Alan Greenspan zrobiłby
wszystko co konieczne, aby na nowo rozruszać gospodarkę. A jeszcze pewniejszą
rzeczą jest to, że nie byłoby żadnego powodu do fatalistycznej oceny sytuacji i
traktowania przedłużających się pozostałości wcześniejszych ekscesów jak czegoś nie do uniknięcia.
Czas już powrócić do naszej
opowieści o spółdzielni nianiek. Przypuśćmy, że na giełdzie amerykańskiej
miałby nastąpić krach, zagrażający podważeniem zaufania konsumentów. Czy
oznaczałoby to nieuchronnie wystąpienie rujnującej recesji? Rozważmy to w taki
sposób: gdy zmniejsza się zaufanie konsumentów, to tak jakby z tej czy innej
przyczyny typowy członek wspomnianej spółdzielni stracił ochotę do wychodzenia
wieczorem z domu i był bardziej j zainteresowany w zbieraniu kuponów. Mogłoby to rzeczywiście
doprowadzić do kryzysu - ale nie musi,
jeżeli zarząd będzie czujny i odpowie na to po prostu wydaniem większej ilości
kuponów. Tak samo dokładnie postąpił nasz główny remitent kuponów Alan
Greenspan w 1987 r., i tak samo, jak sądzę, postąpiłby również teraz.
Albo przypuśćmy, że Greenspan nie
zareagował dostatecznie szybko, tak iż gospodarka rzeczywiście popadła w
recesje. Nie ulegajmy panice! Jeśli nawet nasz główny remitent kuponów pozostał chwilowo w tyle, to wciąż może
jeszcze odwrócić sytuacje przez emisje większej liczby kuponów – to znaczy
przez żywiołową ekspansje pieniężną na podobieństwo tych, które położyły kres
recesjom z lat 1981-1982 i 1990-1991.
A co z tymi nietrafionymi inwestycjami
dokonanymi podczas boomu? Istotnie, tyle
kapitału zostało zmarnowane. Nie ma jednak oczywiście powodu, aby te
nietrafione inwestycje dokonane w przeszłości wymagały obniżenia produkcji
obecnie. Zdolność wytwórcza mogła nie wzrosnąć w takim stopniu, w jakim tego
oczekiwano, ale w rzeczywistości nie zmniejszyła się; dlaczego wiec nie
moglibyśmy wydrukować pod dostatkiem pieniędzy dla podtrzymania wydatków, tak
aby gospodarka wykorzystała w pełni posiadaną zdolność produkcyjną?
Pamiętajmy, że historyjka o
spółdzielni mówi nam, że recesje gospodarcze nie są karami za nasze grzechy,
cierpieniami, które są nam przeznaczone. Spółdzielnia na wzgórzu kapitolińskim
nie popadła w kłopoty dlatego, że jej członkowie byli złymi, nie wydajnymi
opiekunami; jej kłopoty nie ujawniały podstawowych wad „wartości Kapitolu” czy
korupcyjnego charakteru organizacji. Miała ona do czynienia z problem
technicznym – zbyt dużo myśliwych polujących na zbyt mało kuponów – który mógł
być i został rozwiązany przy niewielkim wysiłku umysłowym. W ten sposób
historyjka o spółdzielni powinna nas zaszczepić przeciwko fatalizmowi i
pesymizmowi; wydaje się, że wypływającym z niej wnioskiem jest to, iż recesje
są zawsze i rzeczywiście łatwo uleczalne.
Ale w takim razie Japonia nie wzięła
się w garść po pęknięciu bańki? Jak może
ona tkwić w tak na pozór opornej depresji
- z której nie wydaje się zdolna wyjść po prostu za pomocą drukowania
kuponów? Otóż jeśli troszkę rozszerzymy historyjkę o spółdzielni , nietrudno
będzie uformować cos, co wygląda bardzo podobnie do problemów Japonii – i
naszkicować sposób ich rozwiązania.
Po pierwsze, musimy sobie wyobrazić,
iż członkowie spółdzielni uświadomili sobie, że w ich systemie istnieje
niepotrzebna niedogodność... (...)
Inaczej mówiąc, ta ulepszona
spółdzielnia miałaby swój centralny bank, który mógłby ożywiać gospodarkę w stanie kryzysu przez obniżanie
stopy procentowej i schładzać ją przez podwyższanie tej stopy.
Jednakże w Japonii stopy procentowe
spadły niemal do zera, a gospodarka wciąż jest w zastoju. Czyżbyśmy wyczerpali
ostatecznie użyteczność naszej przypowieści?
Otóż wyobraźmy sobie, że istnieje
pewna sezonowość popytu i podaży pełnionych dyżurów. W zimie, gdy jest zimno i
ciemno, pary niezbyt chętnie wychodzą z domu i wolą pilnować cudzych dzieci,
gromadząc w ten sposób punkty, które będą mogły zużytkować na przyjemności
spędzania letnich wieczorów poza domem. Jeśli tego rodzaju sezonowość nie jest
zbyt wyraźna, to zarząd mógłby wciąż utrzymywać podaż i zapotrzebowanie na
dyżury w stanie równowagi, naliczając niskie stopy procentowe w miesiącach
zimowych a wyższe w miesiącach letnich. Przypuśćmy jednak, że ta sezonowość
jest w rzeczywistości bardzo silna. Wówczas w zimie, nawet przy zerowej stopie
procentowej…
Właśnie teraz jest taki zimowy okres
niezadowalającej sytuacji Japonii. Być może z powodu starzenia się ludności,
być może również z powodu ogólnej nerwowości związanej z widokami na
przyszłość, społeczeństwo japońskie nie jest skłonne, nawet przy zerowej stopie
procentowej, dokonywać tyle wydatków, ile potrzeba do wykorzystania zdolności
produkcyjnych gospodarki. Japonia, jak mówią ekonomiści, popadła w straszliwą
„pułapkę płynności”. Nasza historyjka jest właśnie infantylnym wytłumaczeniem
tego, czym jest pułapka płynności i jak może dojść do jej powstania. Skoro
tylko zrozumiemy, w czym tkwi zło, odpowiedź na problemy Japonii będzie całkiem
oczywista.
Otóż może nie być aż tak oczywista.
Istotnie, w czasie gdy to piszę, wydaje się, że władze japońskie kompletnie nie
wiedzą co począć.
Japonia
na łasce losu ...... 94
Standardową odpowiedzią na recesję jest obcięcie stóp procentowych… Japonia
nieco opieszale obniżała stopy procentowe po pęknięciu bańki mydlanej , ale
ostatecznie obcięła je w zupełności aż do zera
i wciąż nie było dosyć. Co więc robić?
Klasyczna odpowiedź, kojarzona z
nazwiskiem Johna Maynarda Keynesa, brzmi:
jeżeli sektor prywatny nie będzie dokonywał zakupów wystarczających do
utrzymania pełnego zatrudnienia, to sektor publiczny musi wziąć na siebie
wypełnienie tej luki. Niech rząd zaciąga długi
i zużywa te fundusze na finansowanie inwestycji publicznych – w miarę
możności w pożytecznych celach, ale to ma podrzędne znaczenie – tworząc w ten
sposób miejsca pracy., co będzie skłaniać ludzi do większych wydatków, a to z
kolei będzie generować więcej miejsc pracy itd.
Wielki kryzys skończył się w Stanach Zjednoczonych dzięki programowi
masowych robót publicznych finansowanych z deficytu budżetowego, znanemu jako
druga wojna światowa; dlaczego nie można
by spróbować wywołać skokowego wzrostu w Japonii za pomocą tego samego środka w
bardziej pokojowej wersji.?
W istocie Japonia próbowała to
zrobić. Od początku lat dziewięćdziesiątych rząd występował z szeregiem
pakietów stymulacyjnych, zaciągając długi
na budowę dróg i mostów niezależnie od tego, czy były one potrzebne dla
kraju. Te pakiety stwarzały w sposób bezpośredni nowe miejsca pracy; oczywiście
stanowiły one również pewien bodziec dla gospodarki jako całości, ilekroć były
podejmowane.
Kłopot polegał na tym, że te
programy nie były w stanie wywołać oddźwięku ze strony jena. W 1991 r. rząd
japoński miał całkiem przyzwoitą nadwyżkę budżetową (2,9% produktu krajowego
brutto), w 1996 r. zaś nieprzyzwoity deficyt sięgający 4,3% PKB. Jednakże motor
gospodarki wciąż się zacinał. Tymczasem rosnący deficyt zaczął niepokoić
japońskie ministerstwo finansów, które martwiło się o sytuację budżetu na
dłuższą metę. Problemem była demografia (co może mieć również dużo wspólnego z
wysoką stopą oszczędności w Japonii i niskim popytem inwestycyjnym). Podobnie
jak inne kraje Japonia przeżyła silny wyż demograficzny, po którym nastąpił
niż, a obecnie stoi wobec perspektywy stałego starzenia się ludności. Ale
problem japoński przybrał ekstremalny wymiar: ludność w wieku produkcyjnym
wykazuje stały spadek, podczas gdy liczba osób w wieku emerytalnym gwałtownie
wzrasta. A ponieważ osoby po przekroczeniu wieku emerytalnego stanowią dla
współczesnych rządów duże obciążenie fiskalne – jako osoby korzystające z
kosztownych emerytur i opieki zdrowotnej finansowanej z funduszów publicznych –
to standardowe zasady finansów publicznych wymagają, aby Japonia gromadziła
obecnie fundusze powiernicze, by sprostać przyszłym wydatkom bez narażania się na
wciąż rosnący deficyt budżetowy.
W 1997 r. głosy nawołujące do odpowiedzialności za
finanse publiczne wzięły górę i premier Ryutaro Hashimoto podwyższył podatki, aby zmniejszyć deficyt
budżetowy. Gospodarka szybko popadła w recesję.
Tak więc powrócono do finansowania za pomocą deficytu. W 1998 r. został
wprowadzony w życie nowy masowy program robót publicznych. Ale obecnie
podniesiono sprawę finansów publicznych. Inwestorzy szybko się zorientowali, że
Japonia zaplanowała deficyt rzędu 10%
produktu krajowego brutto i że stosunek długu publicznego do PKB
przewyższył już 100%; są to tego rodzaju liczby, które zazwyczaj kojarzą
się z krajami Ameryki Łacińskiej ryzykującymi hiperinflację. Nikt w
rzeczywistości nie oczekuje, że może to się przytrafić Japonii; ale we wrześniu
indeks Moody’ego nieco zdegradował wartość
japońskiego długu publicznego, a w grudniu jego dochodowość gwałtownie wzrosła,
sugerując, że inwestorzy zaczęli się trochę niepokoić o zdrowie finansów rządu
japońskiego na dłuższą metę. Krótko
mówiąc, próba pobudzenia gospodarki do skokowego wzrostu za pomocą deficytu
budżetowego dosięgła swych granic.
Cóż więc teraz pozostaje?
Jeżeli wydatki państwowe są jedną ze
standardowych odpowiedzi na bezruch gospodarki, to drugą odpowiedzią jest
wpompowanie pieniędzy do banków. Jednym z szeroko podzielanych poglądów na
wielką depresję jest twierdzenie, iż trwała ona tak długo, ponieważ kryzysy
bankowe z lat 1930-1931 wyrządziły rynkom kredytowym szkody na długi czas.
Zgodnie z tym poglądem, było wówczas sporo przedsiębiorców, którzy byli gotowi
zwiększyć swoje wydatki, byleby tylko udostępniono im kredyt, a byli to
rzeczywiście wysoce wartościowi kredytobiorcy. Ale bankierzy, którzy mogli
udzielić takich pożyczek, albo zostali wyeliminowani z rynku, albo nie byli w
stanie zebrać odpowiednich funduszów, ponieważ publiczne zaufanie do banków
doznało tak silnego wstrząsu. W kategoriach naszej historyjki o spółdzielni
odpowiadałoby to sytuacji z dostateczną ilością tych, którzy w zimie chętnie spędzaliby
wieczory poza domem, a w lecie pełniliby dyżury, ale nie mogli znaleźć nikogo,
kto by im pożyczył niezbędne kupony.
Banki japońskie udzieliły mnóstwo
złych pożyczek w latach bańki mydlanej, a długotrwała stagnacja, która po tym
nastąpiła, przekształciła również wiele pozostałych pożyczek w złe długi.
Większość tych banków nie zdołała jeszcze do tej pory zrobić realistycznego
rozeznania, jaka część tych długów nie
zostanie nigdy spłacona, ale każdy wie, że wiele banków albo nie posiada
kapitału, albo posiada go dużo mniej, niż tego przypuszczalnie wymaga prawo.
Tak wiec jedną z teorii wyjaśniających depresję japońską jest teoria , która
głosi, że kraj znalazł się w pułapce płynności jedynie na skutek słabości
finansowej banków: trzeba wzmocnić banki, a gospodarka się ożywi. Zgodnie z tym
pod koniec 1998 r. władza ustawodawcza
Japonii przewidziała w planie pomocy dla banków
łącznie kwotę 500 mld dolarów.
Kłopot polega na tym, że nie ma dowodów na to, iż jest
sporo dobrych pożyczek, których banki powinny udzielić, ale tego nie robią. W
Japonii wciąż istnieje bardzo dużo banków, a deponenci nadal składają tam swoje
pieniądze, pewni, że rząd będzie je chronił. W rzeczywistości słabość finansowa
tych banków – czyli to, że ich właściciele mają niewiele własnych kapitałów –
oznacza raczej sytuację polegającą na tym, że banki pozostają pod działaniem
bodźców do podejmowania zbyt dużego ryzyka, a nie zbyt małego.
Wprawdzie pod koniec 1997 r. ...
władze japońskie zaczęły nieco poważniej traktować sprawę przestrzegania
przepisów dotyczących kapitalizacji banków. Te trudności na pewno przyczyniły
się do spadku produkcji o 2% w ciągu następnego roku. Ale czy kredyt stał się trudniejszy do
uzyskania dlatego, że banki przestały udzielać dobrych pożyczek, czy dlatego,
że przestały udzielać złych pożyczek?
Wielu obserwatorów twierdziło, że chodziło o tą drugą przyczynę,
ale w takim przypadku rekapitalizacja banków nie spowodowałaby w ogóle wzrostu
działalności pożyczkowej. W każdym razie myśl, że poprawa sytuacji banków
miałaby zmienić perspektywy gospodarcze Japonii, że miałaby dokonać zwrotu w
ośmioletniej stagnacji, była zbyt wiotką trzciną, by na niej oprzeć nadzieje na
ożywienie gospodarki.
Czyżby więc nie znalazła się żadna
odpowiedź na kłopoty Japonii?
Herezja
inflacyjna ...... 97
Faktem jest, że przez długi czas ekonomiści nie zastanawiali się poważnie nad
problemem pułapki płynności. Ważniejszą gospodarką, która po raz ostatni
znalazła się w takiej sytuacji, były Stany Zjednoczone pod koniec lat
trzydziestych, przy czym historycy tego okresu skłonni byli uważać, że albo nie
była to prawdziwa pułapka płynności – że Rezerwa Federalna mogła była
wydźwignąć nas z tego, gdyby odpowiednio poważnie się do tego zabrała – albo wpadliśmy
w tę pułapkę tylko na skutek wyjątkowo błędnej polityki gospodarczej, z
pewnością nie do powtórzenia. Tak więc gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych
uwidoczniły się zarysy pułapki japońskiej, ekonomiści byli na to w zasadzie nie
przygotowani – i jeśli mogę się wyrazić krytycznie o mojej profesji, nie byli
tym zainteresowani. Jestem nadal
zdumiony , że tak mało ekonomistów uświadamiało sobie, jak ważny jest problem
pułapki japońskiej, zarówno jako zagadnienie praktyczne, jak i wyzwanie pod
adresem doktryn ekonomicznych.
Ale ekonomia, jak powiedział wielki
ekonomista wiktoriański, Alfred Marshall, „nie jest substancją konkretnej
prawdy, lecz narzędziem do odkrywania konkretnej prawdy”. Albo wyrażając to w
mniej wzniosłym języku, stare modele można nauczyć wykonywania nowych sztuczek.
Jak widzieliśmy w mojej zrewidowanej wersji historyjki o spółdzielni nianiek,
model przeznaczony do wytłumaczenia, dlaczego bank centralny może normalnie
wyleczyć gospodarkę z recesji przez obniżenie stóp procentowych, może również
naświetlić okoliczności, w których ten prosty środek nie działa. Ta zrewidowana
historyjka, jak się okazuje, przedstawia jasną instrukcję, w jaki sposób
Japonia powinna się wyzwolić z tej
pułapki.
Przypomnijmy sobie, że główny problem
spółdzielni w okresie zimowym polega na tym, iż ludzie, nawet przy zerowej
stopie procentowej, chcą zaoszczędzić środki uzyskane za dyżurowanie przy
dzieciach w zimie w celu wykorzystania ich w lecie. Lecz członkowie spółdzielni
jako całość nie mogą zaoszczędzić kuponów zimowych na użytek w lecie, tak iż
starania podejmowane z tą myślą przez poszczególne osoby kończą się po prostu
wywołaniem zimowego kryzysu.
Odpowiedzią na to, którą każdy
ekonomista może sobie natychmiast uświadomić, jest ustalenie właściwej ceny:
należy wyjaśnić, że punkty zarobione w zimie ulegną dewaluacji, jeżeli będą
trzymane do lata – np. zarobek za piec godzin dyżurowania w zimie stopnieje do
zaledwie czterech godzin w lecie. Zachęci to ludzi do wykorzystywania
zarobionych godzin wcześniej i w ten sposób więcej będzie sposobności do
dyżurowania przy dzieciach. Moglibyście uznać, że jest w tym coś
niesprawiedliwego – że oznacza to wywłaszczenie ludzi z oszczędności. W
rzeczywistości sytuacja polega na tym, że spółdzielnia jako całość nie może
przechowywać, podobnie jak bank, dyżurów zimowych na użytek w lecie, toteż
faktycznie wypacza ona bodźce dla członków, pozwalając na wymianę godzin
zimowych na letnie w stosunku 1:1.
Ale co w autentycznej gospodarce
odpowiada naszym kuponom, których niedobór
zaznacza się w lecie? Odpowiedź brzmi, że gospodarce która tkwi w
pułapce płynności, potrzebne jest oczekiwanie inflacyjne – tzn. musi ona
przekonać ludzi, że za każdego jena, którego mają ochotę przechować, za miesiąc
czy za rok będą mogli kupić mniej niż dzisiaj.
Wniosek, że tym, co Japonii jest
rzeczywiście potrzebne, jest zapowiedź doprowadzenia do inflacji, stanowi
prostą implikację ogólnie przyjętego poglądu, że kraj znajduje się rzeczywiście
w pułapce płynności. Pogląd ten wytłumaczyłem na tle dziwacznej historyjki o
spółdzielni nianiek, ale wynika on również z zastosowania standardowych modeli
matematycznych, którymi ekonomiści zwykle się posługują w dyskusjach nad
polityką pieniężną. Istotnie, od dawna istnieje pewien tok myślenia, zgodnie z
którym po to, aby polityka pieniężna
mogła zwalczyć recesję, zachodzi potrzeba dopuszczenia do umiarkowanej
inflacji. (...)
Okazuje się bowiem, że rzecznicy
inflacji musieli się spierać z głęboko osadzonym przekonaniem, iż stałość cen
jest zawsze pożądana, a popieranie inflacji jest stwarzaniem fałszywych i
niebezpiecznych bodźców. Ta wiara w znaczenie stałości cen nie opiera się na
standardowych modelach ekonomicznych – przeciwnie, zwykła teoria podręcznikowa
w zastosowaniu do niezwykłych okoliczności w przypadku Japonii wskazuje wprost
na inflację jako normalne rozwiązanie. Ale obiegowa teoria ekonomiczna nie
zawsze pokrywa się z obiegową mądrością ekonomiczną – sprzeczność między nimi
stawała się coraz bardziej widoczna, gdy jeden kraj po drugim musiał dokonywać
trudnego wyboru w obliczu kryzysu finansowego.
Uwagi
na temat jena ...... 99
Historyjka o spółdzielni nianiek jest opowiadaniem o gospodarce „zamkniętej”,
która nie prowadzi wymiany z zagranicą ani nie inwestuje w innych krajach.
Sprzeciwy wobec implikacji wynikających z tej historyjki, na gruncie zarówno
koncepcyjnym jak i praktycznym, ogniskują się wokół stosunków Japonii z
zagranicą, na podstawie poglądu, że handel i inwestycje zagraniczne zmieniają
sytuację pod każdym względem. Tak nie jest, ale wytłumaczenie, dlaczego tak nie
jest, wymaga trochę czasu.
Dobrym punktem wyjścia jest sprzeciw
wobec propozycji „kierowanej inflacji” podniesiony przez tygodnik „The Economist”. Taki program,
zdaniem tego tygodnika, nie wywołałby ożywienia wydatków w Japonii po prostu
dlatego, że skłoniłby Japończyków do „przerzucania z hukiem” swoich
oszczędności za granicę. Czy autor artykułu miał rację?
Otóż faktem jest zapewne, że
oczekiwanie inflacji w Japonii podniosłoby w oczach jej mieszkańców
atrakcyjność inwestowania za granicą (dokładnie tak samo, jak w normalnych
warunkach obniżenie stóp procentowych). Przy założeniu, że inne warunki nie
ulegną zmianie, próbowaliby oni oczywiście zwiększyć swoje lokaty za granicą.
Przypomnijmy sobie jednak nasze rozważania nad bilansem płatniczym w rozdziale
3: bilans płatniczy zawsze się równoważy; jeśli więc Japonia będzie eksportować
więcej kapitału (powiększać deficyt na swoim rachunku kapitałowym), to musi jednocześnie
zwiększać swoją nadwyżkę handlową. Jak miałoby do tego dojść? Jeżeli mieszkańcy
Japonii zaczną przenosić swoje oszczędności za granicę, to przystąpią do
zamiany jenów na dolary, euro itp. To obniży wartość jena, przez co eksport
japoński potanieje dla cudzoziemców, a towary zagraniczne podrożeją dla
Japończyków, co doprowadzi do powiększenia nadwyżki handlowej. Jen zaś będzie
musiał (z przyczyn czysto rachunkowych) spaść na tyle, aby ta nadwyżka handlowa
zrównała się z pożądanym eksportem kapitału.
Ale większa nadwyżka handlowa
oznacza większy popyt na produkty japońskie – co wspomoże, a nie utrudni,
tendencje do ożywienia gospodarki. Ujmując to nieco inaczej, owe „przerzucanie
z hukiem” oszczędności byłoby dokładnie tym, co przepisałby lekarz.
Można wiec w takim razie dziwić się
przede wszystkim temu, jakim sposobem Japonia ciągle tkwi w pułapce płynności.
Być może nie ma pod dostatkiem opłacalnych inwestycji w Japonii, nawet przy
zerowej stopie procentowej; ale czyż nie ma mnóstwa takich okazji gdzie
indziej, powiedzmy w Stanach Zjednoczonych? Dlaczego Japończycy nie mogą po
prostu eksportować swoich oszczędności?
Odpowiedzią jest rola kursu
walutowego w tej historyjce. Przypuśćmy, że jen jest dzisiaj bardzo słaby, co
pozwala Japonii osiągnąć bardzo dużą nadwyżkę handlową i dzięki temu
eksportować dużo kapitału. W ostateczności te inwestycje zagraniczne będą
oznaczać, że mieszkańcy Japonii, tak samo jak inwestorzy brytyjscy około 1910
r., będą otrzymywać dużą część swoich dochodów z zagranicy – i że będą je
chcieli wymieniać z powrotem na jeny, aby móc je wydać w kraju. Ponadto nie
zawsze Japonia będzie miała nadmiar oszczędności w stosunku do okazji
inwestycyjnych; w miarę jak jej ludność będzie osiągała wiek emerytalny, będzie
wycofywać swoje oszczędności, co oznacza, że będzie likwidować swoje lokaty
zagraniczne i wymieniać je z powrotem na jeny. Choć więc jen może obecnie być
słaby, to sama ta słabość oznacza, że w
przyszłości będzie mocny. To zaś z kolei oznacza, że inwestowanie za granicą
ostatecznie nie jest aż tak atrakcyjne: przychód z tych inwestycji wyrażony w
dolarach czy też euro może wyglądać atrakcyjnie, ale jeśli się oczekuje, że
waluty te spadną w stosunku do jena, to ten przychód wyrażony w jenach będzie
mniej atrakcyjny – a może być nawet ujemny. Odwracając to rozumowanie, możemy
powiedzieć, że spadek kursu jena – i dzięki temu zdolność Japonii do
eksportowania nadwyżek oszczędności – będzie ograniczony przez oczekiwania
ponownego umocnienia się tej waluty.
Możemy zatem powiedzieć, że przyczyną tego, iż
Japonia tkwi w swojej pułapce, mimo zdolności do podejmowania inwestycji
zagranicznych, jest to, że nie potrafi w dostatecznym stopniu osłabić jena,
nawet przy obniżce stóp procentowych do zera.
Przypuśćmy teraz, że Japonia jest
gotowa zaakceptować tę herezję inflacyjną i przekona inwestorów, iż obecnie
ceny będą rosły przez dłuższy czas o 3-4% rocznie. Taka inflacja pobudzi popyt
wewnętrzny przez zmniejszenie atrakcyjności oszczędzania i podwyższenie atrakcyjności
zaciągania pożyczek, ale jednocześnie będzie ona oddziaływała na dalsze
osłabienie jena i dalsze podnoszenie konkurencyjności produktów japońskich na
rynkach światowych. A zatem projekt „kierowanej inflacji” oznacza również
dopuszczenie, a w istocie poparcie, osłabienia pozycji jena. I to właśnie jest
źródłem dwojakiego rodzaju sprzeciwów – jedne zasługują na uwagę, a drugie są
mało ważne.
Sprzeciwem zasługującym na uwagę
jest możliwość, że osłabienie jena wywoła problemy w innych krajach.
Prawdopodobnie nie będzie to oznaczało istotnego wzrostu ogólnej nadwyżki
handlowej Japonii: eksport japoński wzrośnie, ale wzrośnie również import,
ponieważ zarówno konsumenci, jak i inwestorzy zwiększą swoje zakupy dóbr w
ogóle. Ale niektóre kraje – wśród nich, niestety, przeżywające trudności
mniejsze kraje azjatyckie, a także Chiny – stwierdzą, że trudniej będzie im żyć
z osłabionym jenem. Niektóre zaś gałęzie
przemysłu na Zachodzie, zwłaszcza przemysł stalowy, bledną na samą myśl o
osłabieniu jena. (...)
Nie zasługuje natomiast na
rozpatrzenie zarzut oficjalnych czynników japońskich, którym nie podoba się
myśl o osłabieniu ich waluty dlatego, że są dumni z mocnej pozycji jena, lub
dlatego, że nadal marzą o promowaniu jena jako waluty globalnej (którą może on
się stać – lecz cóż im z tego przyjdzie? Korzyści, jakie odnoszą Stany
Zjednoczone z międzynarodowej roli dolara, jakkolwiek nikt w to nie chce
wierzyć, są rzędu 0,1-0,w % ich produktu krajowego brutto).
Wszystko się wali:
krach azjatycki .........
103
Tajlandia w
rzeczywistości nie jest małym krajem. Ma więcej mieszkańców niż Wielka Brytania
lub Francja; ... Niemniej jednak gospodarka światowa jest niewyobrażalnie
ogromna i dlatego z komercyjnego punktu widzenia Tajlandia stanowi wąski
margines . Pomimo szybkiego wzrostu w ostatnich kilkudziesięciu latach, jest
ona wciąż biednym krajem... (...) Można
by sądzić, że sprawy gospodarcze Tajlandii, w odróżnieniu od takiego olbrzyma
gospodarczego, jakim jest Japonia, interesują jedynie mieszkańców Tajlandii,
ich najbliższych sąsiadów i biznesmenów bezpośrednio zaangażowanych finansowo w
tym kraju.
Jednakże dewaluacja bahta, waluty
tajlandzkiej, w 1997 r. wywołała lawinę finansową, która przetoczyła się przez
dużą część Azji. W związku z tym zasadnicze znaczenie ma pytanie, dlaczego tak
się stało, a w istocie jak to się mogło stać. Ale zanim przejdziemy do
przyczyn, przyjrzymy się temu, co się stało: historii boomu Tajlandii i
rozszerzeniu się kryzysu na całą Azję.
Boom ...... 103
Tajlandia dołączyła do cudu azjatyckiego stosunkowo późno. Tradycyjnie będąc
głównie eksporterem produktów rolnych, w większy ośrodek przemysłowy zaczęła
się przekształcać dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy zagraniczne
przedsiębiorstwa, zwłaszcza japońskie, zaczęły tam lokować swoje zakłady. Ale
gdy gospodarka ruszyła z miejsca, zrobiła to w sposób imponujący: gdy rolnicy
przenieśli się z terenów wiejskich do
nowych zakładów pracy w miastach, gdy dobre wyniki, osiągnięte przez pierwszą
falę inwestorów zagranicznych, zachęciły dalszych, żeby poszli ich śladem,
gospodarka Tajlandii zaczęła rosnąć w tempie ponad 8% rocznie. Podobnie jak
sąsiedzi, Tajlandia stała się miejscem, w którym miliony szarych ludzi zaczęło się otrząsać z rozpaczliwej nędzy,
zażywając przynajmniej początków przyzwoitych warunków życia, a niektórzy
niezwykle się bogacili.
Do wczesnych lat dziewięćdziesiątych
przeważająca część inwestycji związanych z tym wzrostem pochodziła z
oszczędności zgromadzonych przez miejscową ludność; kapitał zagraniczny budował
duże fabryki pracujące na eksport, ale mniejsze przedsiębiorstwa były
finansowane przez lokalnych biznesmenów z własnych oszczędności;... W 1991 r. dług zagraniczny Tajlandii wynosił
nieco mniej od rocznej wartości jej eksportu – było to wcale nie mało, ale
mieściło się w normalnie bezpiecznych ramach. (W tym samym czasie dług krajów
Ameryki Łacińskiej był średnio 2,7 razy większy niż eksport).
Jednak w ciągu lat
dziewięćdziesiątych ta samowystarczalność finansowa zaczęła się zmieniać.
Impuls przyszedł głównie z zewnątrz. Opanowanie latynoskiego zadłużenia,
opisane w rozdziale 3, spowodowało, że inwestowanie w Trzecim Świecie stało się
znowu atrakcyjne. Upadek komunizmu, zmniejszając odczuwalną groźbę radykalnego
przewrotu, sprawił, że inwestowanie poza bezpieczną strefą krajów Zachodu
wydawało się mniej ryzykowne niż przedtem. W krajach zaawansowanych stopy procentowe we wczesnych latach dziewięćdziesiątych były
wyjątkowo niskie, ponieważ banki centralne starały się wyciągnąć gospodarki swoich krajów z lekkiej recesji; w
rezultacie wielu inwestorów kierowało się za granicę w poszukiwaniu wyższych
przychodów. Być może największe znaczenie miało to, że fundusze inwestycyjne ukuły nową nazwę dla krajów, które poprzednio
określano mianem Trzeciego Świata lub krajów rozwijających się; obecnie były to
„rynki wschodzące”, nowe rubieże zyskownych okazji finansowych.
Inwestorzy zareagowali na to
gromadnie. (...)
W jaki sposób te fundusze dostawały
się z Tokio lub Frankfurtu (większość pożyczek dla Azji pochodziła z Japonii i
Europy – dzięki rozsądkowi lub szczęściu banki amerykańskie stały przeważnie z
boku) do Bangkoku lub Dżakarty? Co się z nimi działo, gdy się tam dostały.
Prześledźmy kolejne kroki.
Zacznijmy od typowej transakcji:
bank japoński udziela pożyczki tajlandzkiej „spółce finansowej”, instytucji
finansowej służącej za pas transmisyjny dla funduszów zagranicznych. Spółka
finansowa ma teraz jeny, które wykorzystuje na udzielenie pożyczki za wyższym
oprocentowanie miejscowej firmie budowlanej. Firma ta potrzebuje jednak nie
jenów, lecz bahtów, ponieważ musi zakupić ziemię i płacić swoim robotnikom w
miejscowej walucie. Spółka finansowa udaje się na giełdę walutową i wymienia
jeny na bahty.
Otóż na rynku walutowym, jak na
każdym innym rynku, rządzi prawo podaży i popytu: jeżeli popyt na coś wzrośnie,
to odnośna cena zwykle także wzrośnie.
Czyli zapotrzebowanie na bahty ze strony spółki finansowej będzie oddziaływało
na wzrost wartości bahta w stosunku do innych walut. Jednakże w latach boomu
centralny bank Tajlandii był obowiązany utrzymywać stały kurs wymiany między
bahtem a dolarem amerykańskim. W tym celu musiałby wyrównywać wszelki wzrost
popytu na bahty zwiększaniem ich podaży przez sprzedaż swej waluty i zakup
obcych walut, tj. dolarów lub jenów. W ten sposób pośrednim skutkiem
początkowej pożyczki udzielonej w jenach będzie wzrost zarówno rezerw
walutowych tajlandzkiego banku centralnego, jak i podaży pieniądza
tajlandzkiego. W gospodarce nastąpi też ekspansja kredytu – w postaci nie tylko
pożyczki udzielonej bezpośrednio przez spółkę finansową, ale też dodatkowego
kredytu udzielonego przez banki, w których zostały zdeponowane nowo kreowane
bahty. A ponieważ duża część tych pożyczonych pieniędzy znajdzie się z powrotem
w bankach, będzie ona służyć do finansowania nowych pożyczek itd., zgodnie z
klasycznym procesem „mnożnika pieniężnego”, wykładanym w podręcznikach
ekonomii.
W miarę jak przybywało coraz więcej
pożyczek z zagranicy, skutkiem tego była masowa ekspansja kredytu, która
zasilała falę nowych inwestycji. W części przybierały one kształt rzeczywiście
wznoszonych budynków, głównie biurowców i budynków mieszkalnych, ale obok tego
było dużo spekulacji, przeważnie nieruchomościami, a także na giełdzie papierów
wartościowych. W początkowych miesiącach 1996 r. gospodarki Azji
Południowo-Wschodniej zaczęły się silnie upodabniać do nadmuchanej jak bańka
mydlana gospodarki Japonii w późnych latach osiemdziesiątych.
Dlaczego władze monetarne nie
przyhamowały tego spekulacyjnego boomu? Odpowiedź brzmi: próbowały to robić,
lecz się im nie udawało. We wszystkich gospodarkach azjatyckich banki centralne
próbowały „sterylizować” dopływ kapitału: zobowiązany do sprzedawania bahtów na
rynku walutowym, centralny bank Tajlandii usiłował odkupywać z powrotem obce
waluty poza giełdą, sprzedając obligacje, a więc w rzeczywistości zaciągał
pożyczki w świeżo emitowanych bahtach. Pożyczki te jednak oddziaływały na
wzrost miejscowych stóp procentowych i tym samym przyczyniały się do wzrostu
atrakcyjności zaciągania pożyczek za granicą i do przyciągania z zewnątrz
jeszcze większej ilości jenów i dolarów. Cały ten wysiłek sterylizacyjny nie
przynosił efektów: kredyt po prostu nadal narastał.
Jedynym sposobem, w jaki bank centralny mógł
zapobiec rozdmuchiwaniu zasobu pieniądza i kredytu, byłoby zaniechanie prób
utrzymania stałego kursu waluty – po prostu przyzwolenie na wzrost kursu bahta.
(...)
Tak więc pozostawiono boom swemu
biegowi. Na koniec, jak powiedzieliby autorzy podręczników, ekspansja pieniądza
i kredytu stała się czynnikiem samoograniczającym
się. Rosnące inwestycje wraz ze wzrostem wydatków świeżo wzbogaconych
konsumentów doprowadziły do wzrostu importu; boom gospodarczy wywołał presję na
wzrost płac, osłabiając konkurencyjność tajlandzkiego eksportu (zwłaszcza że
Chiny, poważny konkurent Tajlandii, zdewaluowały w 1994 r. swą walutę), tak iż
wzrost tego eksportu osłabł. Wynikiem tego było pojawienie się olbrzymiego
deficytu handlowego; zamiast zasilać krajowy pieniądz i kredyt, pożyczki
zagraniczne zaczęły finansować import.
A dlaczego by tak nie miało
być? Niektórzy ekonomiści twierdzili –
tak samo jak ci, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych wychwalali Meksyk –
że deficyty handlowe Tajlandii, Malezji i Indonezji były oznaką nie słabości, a
siły gospodarczej rynków funkcjonujących w należyty sposób. (...)
Niemniej jednak coraz więcej
obserwatorów zaczęło odczuwać pewien niepokój, gdy deficyty Tajlandii i Malezji
wzrastały do 6, 7, 8% produktu krajowego brutto – a więc były to tego rzędu
wielkości, jakie wykazywał Meksyk przed kryzysem „tequila”. (...)
Sprawą, którą również powinniśmy
byli zauważyć, był fakt, że powoływanie się na azjatycki boom kredytowy jako
odzwierciedlenie wolnych decyzji sektora prywatnego nie całkiem odpowiadało
prawdzie. Azja Południowo-Wschodnia, tak samo jak Japonia w latach swej bańki
mydlanej, miała do czynienia z problemem natury moralnej, który wkrótce miał
zostać przezwany „kapitalizmem kolesiów”.
Powróćmy do tajlandzkiej spółki
finansowej zaciągającej długi w jenach, która rozkręciła cały ten proces
ekspansji kredytowej. (...)
Odpowiedzią były w zasadzie
powiązania polityczne – często rzeczywiście właściciel spółki finansowej był
skoligacony z jakąś oficjalną osobą w rządzie. (...)
Teraz przyjrzyjmy się tej sytuacji z
punktu widzenia kuzyna ministra, właściciela spółki finansowej. Był on w stanie
uzyskać pożyczkę nisko oprocentowaną, bez żadnych pytań. Nic zatem dziwnego, że
udzielił wysoko oprocentowanej pożyczki swemu przyjacielowi, prowadzącemu
interesy... Gdyby wszystko poszło
dobrze, byłoby świetnie: obaj panowie zarobiliby mnóstwo pieniędzy. Gdyby
sprawy nie przybrały takiego obrotu,
jakiego się spodziewali, to nic strasznego: minister znalazłby sposób, by
oszczędzić spółkę finansową. Orzeł – kuzyn wygrywa, reszka – przegrywa podatnik.
Tak czy inaczej, podobne
gry prowadzono we wszystkich krajach, które wkrótce miały się pogrążyć w
kryzysie. (...)
W świetle tego wszystkiego rozwój pewnego rodzaju kryzysu nie był zbyt
zaskakujący. Niektórzy z nas mogą nawet twierdzić, że przepowiedzieli kryzys
walutowy na więcej niż rok przed jego wybuchem. Ale nikt nie wyobrażał sobie,
że będzie on tak ostry.
Dzień 2
lipca ...... 109
W ciągu 1996 r. i pierwszego półrocza 1997 r. maszyna kredytowa, która wywołała
boom w Tajlandii, zaczęła pracować w odwrotnym kierunku. Częściowo przyczyną
tego były wydarzenia zagraniczne: rynki na niektóre produkty eksportowe
Tajlandii zwiotczały, deprecjacja japońskiego jena osłabiła nieco
konkurencyjność przemysłu krajów Azji Południowo-Wschodniej. Przeważnie jednak
działo się to za sprawą oczyszczania domu ze spekulantów, co w długim okresie
zawsze się dzieje: coraz więcej spekulacyjnych inwestycji, które były
finansowane bezpośrednio lub pośrednio za pomocą tanich pożyczek zagranicznych,
zaczęło się psuć. Niektórzy spekulanci zbankrutowali; niektóre spółki finansowe
wycofały się z rynku. A zagraniczni pożyczkodawcy z coraz większą niechęcią
udzielali dalszych pożyczek.
Był to w pewnym sensie samozasilający się proces. Dopóki ceny nieruchomości i ceny
na rynku akcji zwyżkowały, to nawet wątpliwe inwestycje wyglądały pomyślnie.
Gdy powietrze zaczęło uchodzić z bańki, zaczęły narastać straty, powodując
dalszą utratę zaufania i jeszcze silniejsze kurczenie się podaży nowych
pożyczek. Nawet zanim w dniu 2 lipca wybuchł kryzys, ceny ziemi i kursy akcji
obniżyły się poważnie ze swoich szczytowych poziomów.
Osłabienie strumienia pożyczek
zagranicznych wywołało również problemy banku centralnego. Wobec zmniejszonego
dopływu jenów i dolarów na rynku walutowym zmniejszał się popyt na bahty:
tymczasem zapotrzebowanie na wymianę bahtów na waluty zagraniczne w celach
finansowania importu nadal wzrastało. Aby zapobiec spadkowi kursu bahta, bank
centralny Tajlandii powinien był postępować odwrotnie niż wtedy, gdy kapitały
zaczęły napływać: powinien był pojawić się na rynku z dolarami i jenami, by
wymienić je na bahty w celu podtrzymania kursu swojej waluty. Jest jednak pewna
ważna różnica pomiędzy próbami utrzymania kursu swojej waluty na niskim
poziomie i na wysokim poziomie: bank centralny Tajlandii może dowolnie
zwiększać podaż bahtów po prostu dlatego, że może je drukować, natomiast nie
może drukować dolarów. Istniała więc granica jego zdolności do utrzymywania
wysokiego kursu bahta: wcześniej czy później musiało mu zabraknąć niezbędnych
rezerw.
Jedynym sposobem podtrzymania
wartości waluty było zmniejszenie ilości bahtów w obiegu przez podwyższenie
stóp procentowych i zwiększenie tym samym na nowo atrakcyjności zaciągania
pożyczek w dolarach w celu reinwestowania ich w bahtach. To jednak wywoływało
problemy innego rodzaju innego rodzaju. Gdy boom inwestycyjny zaczął zanikać,
nastąpiło zwolnienie wzrostu gospodarczego Tajlandii – ograniczono działalność
budowlaną, co oznaczało zmniejszenie zatrudnienia, to z kolei oznaczało
mniejszy dochód i zwalnianie pracowników w pozostałych gałęziach gospodarki.
Alternatywnym wyjściem było
pozostawienie waluty samej sobie: zaprzestanie zakupów bahtów i pozwolenie
kursowi walutowemu na ześlizgiwanie się w dół. To było jednak również
kłopotliwym rozwiązaniem, nie tylko dlatego, że tego rodzaju dewaluacja waluty
wpłynęłaby ujemnie na reputację rządu, ale też dlatego, że tak wiele banków,
spółek finansowych i innych przedsiębiorstw tajlandzkich miało obecnie długi w
dolarach; w przypadku wzrostu kursu dolara w stosunku do bahta groziłoby to
niewypłacalnością.
Tak więc rząd tajlandzki nie mógł
się zdecydować. Nie chciał dopuścić do spadku bahta ani nie chciał podjąć w
kraju surowych środków, które by wstrzymały utratę rezerw. Zamiast tego
prowadził grę kunktatorską, mając widocznie nadzieję, że w tej sytuacji nastąpi
jakiś zwrot.
Wszystko to odbywało się zgodnie ze
standardowym ujęciem podręcznikowym: był to klasyczny wstęp do problematyki
kryzysu walutowego, jaki ekonomiści lubią modelować – a spekulanci lubią
prowokować. Gdy stało się jasne, że rząd nie ma chęci przykręcić śruby
gospodarce, coraz bardziej prawdopodobny był spadek wartości bahta. Ale
ponieważ jeszcze do tego nie doszło, był czas na wyciągnięcie korzyści z tego
przyszłego wydarzenia. Dopóki wydawało się, że kurs bahta do dolara utrzyma się
na stałym poziomie, fakt, iż stopy procentowe w Tajlandii były o kilka punktów
wyższe niż w Stanach Zjednoczonych, stanowił zachętę do zaciągania pożyczek w
dolarach i udzielania pożyczek w bahtach. Kiedy jednak stało się prawdopodobne,
że baht zostanie wkrótce zdewaluowany, stworzyło to zachętę do czegoś wręcz
przeciwnego – do zadłużania się w bahtach w oczekiwaniu na to, że wartość tych
długów w dolarach wkrótce się obniży, i do nabywania dolarów w oczekiwaniu, że
ich wartość wyrażona w bahtach wkrótce wzrośnie. Miejscowi biznesmeni zaciągali
długi w bahtach i spłacali nimi swoje pożyczki dolarowe; zamożni Tajlandczycy
sprzedawali swoje portfele obligacji rządowych i zakupywali amerykańskie weksle
skarbowe; i wreszcie, co nie najmniej ważne, niektóre wielkie międzynarodowe
fundusze hedgingowe zaczęły zaciągać pożyczki w bahtach i wymieniać odnośne
kwoty na dolary.
Każdy znawca pieniądza powie, że z
chwilą gdy sprawy doszły do takiego punktu, rządy muszą działać zdecydowanie, tak albo inaczej: albo wyraźnie
zobowiązać się do obrony waluty za wszelką cenę, albo pozostawić ją samej sobie. Ale zazwyczaj rządom bardzo
trudno przychodzi podjęcie konkretnej decyzji. Podobnie jak to robiło wiele
rządów w przeszłości i niewątpliwie wiele ich będzie robić w przyszłości, rząd
Tajlandii czekał, a jego rezerwy się kurczyły; próbując przekonać rynki, że
jego pozycja jest mocniejsza, niż była w rzeczywistości, starał się o to, by
jego rezerwy wydawały się większe, przez dokonywanie bez zapowiedzi „transakcji
swapowych” (polegających na zaciąganiu pożyczek w
dolarach po to, aby je później spłacać). Ale choć niekiedy wydawało się, że
nacisk słabnie, to jednak zawsze wzbierał na nowo. Z początkiem lipca stało się
jasne, że gra się skończyła. Dnia 2 lipca Tajlandia pozwoliła na swobodne
zmiany kursu bahta.
Aż do tego momentu nie było w tym
wszystkim żadnej niespodzianki. Kurczenie się rezerw, spekulacyjny atak na
wyraźnie słabą walutę – to były zjawiska wzięte wprost z podręczników. Ale
pomimo świeżych doświadczeń wyniesionych z kryzysu „tequila”, przeważnie
sądzono, że dewaluacja bahta zakończy całą tę historię najwyżej upokorzeniem
rządu i być może nieprzyjemnym wstrząsem dla niektórych zbyt napiętych
przedsiębiorstw, ale4 nie czymś katastrofalnym.
Byliśmy w błędzie.
Załamanie ...... 112
W związku z recesją, która na fali dewaluacji tajlandzkiej objęła Azję,
nasuwają się dwa nieco różne pytania. Pierwsze dotyczy mechanizmu: w jaki
sposób nastąpiło to załamanie? Dlaczego
dewaluacja w jakiejś malej gospodarce miałaby wywołać spadek inwestycji i
produkcji na tak szerokim obszarze? Drugie pytanie, w pewnym sensie głębsze ,
dotyczy powodu, dla którego rząd nie zapobiegł, lub nie mógł zapobiec
katastrofie. Co się stało z polityką makroekonomiczną?
Odpowiedź na to drugie pytanie
zabierze nieco więcej czasu, choćby z tego powodu, że dotyczy ona bardzo ostrej
różnicy zdań między rozsądnymi ludźmi. Zostawmy ją więc do następnego rozdziału
i po prostu spróbujmy opisać to, co się stało.
Jeżeli wszystko idzie dobrze, nie
staje się nic strasznego, gdy pozwala się na obniżenie wartości swojej waluty.
Gdy Wielka Brytania w 1992 r. przestała bronić swego funta, kurs tej waluty
obniżył się o około 15%, po czym się ustabilizował; inwestorzy uświadomili
sobie, że najgorsze minęło, że obniżka wartości waluty wspomoże eksport danego
kraju i dzięki temu stanie się on lepszym miejscem do inwestowania, niż był
przedtem. Z typowych kalkulacji wynikało, że dla odzyskania przez przemysł
tajlandzki konkurencyjności w zakresie kosztów baht będzie musiał spaść o mniej
więcej 15%, toteż spadek tego rzędu wydawał się prawdopodobny. Tymczasem jednak
spadek kursu bahta przybrał nieskrępowane rozmiary: kurs dolara wyrażony w
bahtach podniósł się w ciągu następnych kilku miesięcy o 50% i wzrastałby
nadal, gdyby Tajlandia nie podniosła stóp procentowych.
Dlaczego kurs bahta tak dalece się
obniżył? Odpowiedź brzmi krótko: panika; ale są różne jej rodzaje. Jaka to była
panika?
Niekiedy panika jest po prostu
paniką: nieracjonalną reakcją części inwestorów, której nie uzasadniają bieżące
wiadomości. Przykładem tego może być krótkotrwały spadek dolara w 1981 r. po
tym, jak uzbrojony wariat zranił Ronalda Reagana. Był to wstrząsający wypadek;
ale gdyby nawet Reagan zmarł, to stabilność rządu amerykańskiego i ciągłość
prowadzonej przezeń polityki niewiele by na tym ucierpiała. Ci, co utrzymali
nerwy na wodzy i nie zaczęli uciekać od dolara, zostali wynagrodzeni za swoją
zimną krew.
Dużo większe znaczenie w ekonomii ma jednak panika, która bez względu na
to, co ją wywołało, sama siebie uzasadnia. Klasycznym przykładem tego jest run
na bank: gdy wszyscy deponenci starają się naraz wycofać swoje wkłady, bank
zmuszony jest sprzedać swoje aktywa po beznadziejnie niskich cenach, co
doprowadza go do bankructwa; ci deponenci, którzy nie ulegli panice, wyjdą na
tym gorzej od tych, którzy jej ulegli.
W rzeczywistości w Tajlandii
odnotowano kilka przypadków runu na banki, a jeszcze więcej ich było w
Indonezji. Ale skupianie uwagi na takich przypadkach byłoby zbyt dosłownym
rozumieniem przenośni. To, co rzeczywiście tam się stało, było procesem
okrężnym – niszczycielską pętlą sprzężenia zwrotnego – pogarszania się sytuacji
finansowej i spadku zaufania, czego runy na banki były tylko jednym z aspektów.
Przedstawiony dalej rysunek
ilustruje w postaci schematu proces, który w pewnej wersji wystąpił we
wszystkich dotkniętych kryzysem gospodarkach Azji.
Zacznijmy od dowolnego miejsca w tym
schemacie - na przykład od spadku
zaufania do waluty i gospodarki
Tajlandii. Spadek ten wywołałby u inwestorów, zarówno krajowych jak i
zagranicznych, chęć wycofania pieniędzy
z tego kraju. Przy innych warunkach niezmienionych spowodowałoby to
spadek wartości bahta. Skoro bank centralny Tajlandii nie mógł dłużej
podtrzymywać wartości swej waluty przez zakupywanie jej na rynku walutowym
(ponieważ nie miał już więcej dolarów lub jenów do sprzedania), jedynym
sposobem, w jaki mógłby ograniczyć spadek tej waluty, było podniesienie stopy
procentowej i odciąganie w ten sposób bahta z obiegu. Niestety, spadek wartości
waluty oraz podwyżka stóp procentowych sprawiały trudności finansowe
przedsiębiorstwom, zarówno instytucjom finansowym jak i innym spółkom. Z jednej
strony wiele z nich miało długi dolarowe, które nagle stawały się dla nich
bardzo uciążliwe, w miarę jak rosła ilość bahtów za dolara; z drugiej strony,
wiele z nich miało również długi w bahtach, których obsługa stawała się coraz
trudniejsza, w miarę jak rosły stopy procentowe. A kombinacja podwyższonych
stóp procentowych i trudności z zamknięciem bilansów w systemie bankowym, który
niejednokrotnie okazywał się niezdolny do udzielania nawet najpewniejszych
pożyczek, oznaczała, że spółki musiały obcinać swoje wydatki, powodując
recesję, która z kolei oznaczała jeszcze gorsze wiadomości dla ich zysków i
bilansów. Każda taka zła wiadomość dochodząca z gospodarki powodowała
nieodwołalnie dalszy spadek zaufania – i gospodarka pogrążała się w
zamęcie.
Pomijając wszystkie skomplikowane
szczegóły (które analitycy wciąż podchwytują), historia wydaje się dość prosta,
zwłaszcza dlatego, że coś bardzo podobnego wydarzyło się w 1995 r. w Meksyku.
Dlaczego więc katastrofalne skutki
tajlandzkiej dewaluacji stały się taką niespodzianką? Podstawową
odpowiedzią na to jest stwierdzenie, że podczas gdy wielu ekonomistów zdawało sobie
sprawę z elementów tej historii – każdy rozumiał, że sprzężenie zwrotne od
zaufania do rynków finansowych, dalej do realnej sfery gospodarki i z powrotem
do zaufania w zasadzie istniało – to jednak nikt nie wyobrażał sobie, z jaką
siłą taki proces sprzężenia zwrotnego mógłby działać w praktyce. W rezultacie
nikt sobie nie wyobrażał, jaką eksplozję może wywołać taka okrężna logika
kryzysu. (...)
W rzeczywistości nawet dzisiaj wielu
ludzi z trudem jest skłonnych uwierzyć, że gospodarka rynkowa może być aż tak
niestabilna, że ilustrowane powyższym rysunkiem sprzężenia zwrotne mogą być aż tak silne, by doprowadzić do eksplozji kryzysu. Ale one
faktycznie są w stanie to zrobić, jak to możemy zaobserwować, przyglądając się
procesowi rozprzestrzeniania się kryzysu.
Infekcja ...... 115
Prawdopodobnie jest pewne uzasadnienie, dlaczego ważne spotkania w sprawach
finansów międzynarodowych, a zwłaszcza w sprawach opanowywania kryzysów
międzynarodowych, zazwyczaj odbywają się w wiejskich ośrodkach kuracyjnych –
dlaczego powojenny system walutowy został ukuty w hotelu Mount Washington
w Bretton
Woods, dlaczego wielu ministrów finansów i szefów
banków centralnych zbiera się każdego lata w Jackson Lake Lodge w stanie
Wyoming. Być może taka lokalizacja
pomaga ważnym ludziom oderwać się od codziennej działalności w rodzaju gaszenia
pożarów i przynajmniej na krótko skupić uwagę na szerszych problemach. W każdym
razie na początku października 1997 r. – kiedy kryzys azjatycki już się dobrze
rozwinął, ale jego ostrość nie była jeszcze tak wyraźna – pewna liczba
bankierów, oficjalnych przedstawicieli krajów i ekonomistów zebrała się w
Woodstock w stanie Vermont, by dokonać oceny sytuacji.
W tym czasie Tajlandia znajdowała
się już wyraźnie w ciężkich tarapatach;
również waluta sąsiadującej z nią Malezji była sponiewierana; a indyjska
rupia straciła na wartości 30%. Na sali panowało ogólne odczucie, że Tajlandia
sama sprowadziła na siebie nieszczęścia. Wobec Malezji wykazywano niewiele
sympatii, ponieważ podobnie jak Tajlandia miała w minionych kilku latach
olbrzymi deficyt w bieżących obrotach z zagranicą, a jej premier pogarszał
sprawę przez swoje wypowiedzi na temat złośliwych spekulantów. Ale wszyscy
zgodnie uważali, że o ile Indonezja słusznie pozwoliła na zniżkę swojej waluty
– faktycznie dużo dobrych rzeczy powiedziano tam o zarządzaniu gospodarką Indonezji – o tyle
słabość rupii nie była rzeczywiście uzasadniona. A zresztą deficyt na rachunku
bieżącym Indonezji był daleko mniejszy w
stosunku do PKB niż u jej sąsiadów – ze swoimi niespełna 4% PKB deficyt
Indonezji w 1996 r. był faktycznie mniejszy niż np. od deficytu Australii. Baza
eksportowa kraju – w części surowce, a w części wysoce pracochłonne wyroby
przemysłowe – wyglądała solidnie, a cała gospodarka w zasadzie zdrowo.
W ciągu trzech miesięcy Indonezja
znalazła się w gorszej nawet sytuacji niż reszta Azji Południowo-Wschodniej; w
istocie znalazła się na drodze do największej zapaści gospodarczej w historii
świata; kryzys zaś rozszerzył się nie tylko na Azję Południowo-Wschodnią, ale
dotarł aż do tak odległej gospodarki, jak Korea Południowa, której PKB był dwa
razy większy od PKB Indonezji i trzy razy większy od Tajlandii.
Niekiedy istnieją uzasadnione
przyczyny ekonomicznej infekcji. Jest takie dawne powiedzenie, że gdy Stany Zjednoczone
kichną, to Kanadę chwyta przeziębienie; nie ma co się dziwić, skoro dużą cześć
produkcji Kanada sprzedaje na rynkach swojego gigantycznego południowego
sąsiada. Miedzy dotkniętymi kryzysem gospodarkami azjatyckimi istniały pewne bezpośrednie powiązania:
Tajlandia stanowi rynek dla produktów Malezji i odwrotnie. Pewną dodatkową siłę
napędową mogła tworzyć cechująca gospodarki azjatyckie tendencja do
sprzedawania podobnych produktów krajom trzecim: gdy Tajlandia zdewaluowała
swoją walutę, to eksportowana przez nią
na rynki zachodnie odzież taniała, podcinając marże zysku indonezyjskich
producentów podobnych produktów.
Wszystkie szacunki tego
bezpośredniego wzajemnego oddziaływania poprzez rynki towarowe gospodarek
objętych kryzysem wskazują jednak, że to właśnie nie mogło być ważnym
czynnikiem rozprzestrzeniania się kryzysu.
W szczególności rola Tajlandii jako rynku zbytu lub konkurenta potężnej
gospodarki Korei Południowej była niewiele większa od błędu statystycznego.
Potencjalnym
źródłem infekcji mogły być mniej lub bardziej bezpośrednie powiązania
finansowe. Nie dlatego, że Tajlandczycy byli wielkimi inwestorami w Korei lub
Koreańczycy w Tajlandii, ale dlatego, że strumienie pieniądza do tego regionu
często napływały kanałami „funduszów wschodzących rynków, które wszystkie te
kraje wrzucały do jednego worka. Gdy z Tajlandii nadchodziły złe wiadomości,
pieniądze odpływały z tych funduszów i
tym samym ze wszystkich krajów regionu.
Jeszcze
ważniejszy od tych mechanicznych powiązań był sposób kojarzenia gospodarek
azjatyckich w umysłach inwestorów.
Apetyty inwestorów karmiły się percepcją przeżywanego w tym regionie
„cudu azjatyckiego”; gdy okazywało się, że gospodarka któregoś kraju nie była
wcale tak cudowna, podważało to wiarę we wszystkie inne. Mędrcy zebrani w Woodstock mogli uważać Indonezję za coś
całkiem różnego od Tajlandii, ale przeciętny inwestor był tego mniej pewien i
zaczynał się wycofywać.
Dlatego
okazało się, że bez względu na różnice między tymi wszystkimi krajami, wspólną
im rzeczą była podatność na samozasilającą się panikę
. Jeśli chodzi o Indonezję, to mędrcy
w Woodstock mylili się, a panikarscy inwestorzy mieli rację. A stało się
tak nie dlatego, że mędrcy ci źle oceniali zalety Indonezji, lecz dlatego, że
nie doceniali jej wrażliwości. W Malezji, w Indonezji,
w Korei, podobnie jak w Tajlandii, utrata zaufania rynku stanowiła początek
błędnego koła załamania finansowego i gospodarczego. Nie miał znaczenia fakt, że w kategoriach fizycznych
przepływów dóbr gospodarki te były ze sobą powiązane jedynie w umiarkowanym
stopniu. Były one powiązane w umysłach inwestorów,
którzy trudności jednego kraju traktowali jako złe wiadomości dochodzące z
innych; a gdy jakaś gospodarka jest wrażliwa na samozasilającą
się panikę, to sama wiara wystarczy, by tak rzeczywiście było.
Dlaczego
Azja? Dlaczego w 1997 r.?
...... 117
Dlaczego ten straszliwy kryzys gospodarczy spotkał Azję i dlaczego zaczął się w
1997 r.? Odpowiedź zależy, jak to powiedział Bill Clinton, od tego, jak
rozumiemy to „dlaczego”. Pytanie może
dotyczyć szczególnych gwałtownych wydarzeń; ale może dotyczyć czegoś
ważniejszego, mianowicie źródeł niezwykłej wrażliwości krajów azjatyckich.
Jeśli chce się koniecznie złożyć
winę za wybuch kryzysu azjatyckiego na jakieś szczególne wydarzenie, to
istnieje taka lista podejrzanych. Jednym z nich jest kurs wymienny miedzy jenem
a dolarem: w okresie od 1995 do 1997 r. Jen, który jakimś dziwnym sposobem
osiągnął niebotyczny poziom, spadł z powrotem na ziemię. Ponieważ większość walut azjatyckich była
powiązana w ten czy inny sposób z dolarem, skutkiem tego było podrożenie
eksportu tych krajów na rynki japońskie i w konkurencji z produktami japońskimi
na innych rynkach, co przyczyniło się do obniżenia tempa eksportu. W podobny
sposób na tajlandzki i malezyjski eksport wpłynęła chińska dewaluacja w 1994
r., a jeszcze ogólniej konkurencja taniej siły roboczej Chin. Ponadto w skali
światowej nastąpił spadek popytu na wyroby elektroniczne, a zwłaszcza na
półprzewodniki, w których to dziedzinach specjalizowały się gospodarki
azjatyckie.
Ale
Azja przeżywała przedtem ze wzruszeniem ramion o wiele silniejsze wstrząsy.
Na przykład załamanie się cen ropy naftowej w 1985 r. było poważnym ciosem w
eksportującą ropę Indonezje, lecz jej gospodarka wzrastała pomimo złych
wiadomości. Recesja z lat 1990 – 1991, która nie była zbyt ostra, ale dotknęła
liczne kraje uprzemysłowionej części świata, zmniejszyła zapotrzebowanie na
eksport krajów azjatyckich , ale wcale nie spowodowała osłabienia tempa wzrostu
w tym regionie ważne jest więc pytanie , co uległo zmianie w Azji (lub może w
świecie), że te właśnie złe wiadomości dały początek lawinie gospodarczej.
Niektórzy z Azjatów, zwłaszcza
premier Malezji Mahathir, mieli na to gotową
odpowiedź: spisek.(…)
Z drugiej strony, wielu autorów
zachodnich obróciło historię kryzysu azjatyckiego w pewnego rodzaju moralną
grę, w której gospodarki otrzymują swoją nieuniknioną karę za grzechy
„kapitalizmu kolesiów”. (...)
Po
pierwsze, jeśli protekcja, nepotyzm i korupcja były faktycznie czymś realnym w
Azji, to nie były czymś nowym. (...)
I dalsza pokrewna sprawa: gdyby
kryzys miał być karą za grzechy gospodarek azjatyckich , to jak to się stało,
że gospodarki, które żadną miarą nie znajdowały się w tym samym miejscu na
ścieżce rozwoju gospodarczego, wszystkie uderzyły w mur w tym samym
czasie? (...)
Jedyną odpowiedzią, która przynajmniej mnie wydaje się
rozsądna, jest to, że kryzys nie był
(głównie) karą za grzechy. Istniały
w tych gospodarkach realne wady, ale główną wadą była ich wrażliwość na samonakręcającą się
panikę.
Powracając do runów na banki: w
Stanach Zjednoczonych w 1931 r. zbankrutowała połowa banków. Banki te nie były
do siebie podobne. Niektórymi zarządzano bardzo źle; niektóre podejmowały zbyt
wielkie ryzyko , nawet w świetle tego, co było znane przed 1929 r.; innym
wiodło się stosunkowo dobrze, choć były zarządzane w sposób konserwatywny. Ale
gdy panika ogarnęła kraj i deponenci wszędzie chcieli natychmiast wycofać swoje
pieniądze, nic z tych rzeczy nie miało znaczenia: przeżyły tylko banki, które
były skrajnie konserwatywne, które przetrzymywały nadmierną, jak na normalne
czasy, część swoich depozytów w gotówce. Podobnie było z Tajlandią, która miała
źle prowadzoną gospodarkę, która zaciągała zbyt dużo pożyczek i inwestowała je
w bardzo wątpliwe przedsięwzięcia; jeśli zaś chodzi o Indonezję, to pomimo
całej swej korupcji, zawiniła ona dużo mniej i rzeczywiście posiadała te
zalety, jakie wyobrażali sobie owi mędrcy; ale w warunkach paniki te
wyróżniające cechy nic nie znaczyły.
Czy gospodarki azjatyckie były w
1997 r. bardziej wrażliwe na panikę finansową
niż np. pięć lub dziesięć lat wcześniej? Tak jest, z pewnością
- ale nie z powodu kapitalizmu kolesiów czy z powodu polityki państwa,
którą zwykle uważa się za złą. Stały się
one bardziej wrażliwe częściowo dlatego, że otwarły swoje rynki finansowe – że
stały się rzeczywiście lepszymi, a nie gorszymi gospodarkami wolnorynkowymi;
a częściowo dlatego, że wykorzystały swoją nowo nabytą popularność wśród
międzynarodowych pożyczkodawców do zasadniczego zwiększenia swojego zadłużenia
w stosunku do świata zewnętrznego. Te długi zintensyfikowały sprzężenie zwrotne
miedzy utratą zaufania a zapaścią finansową i z powrotem, zaostrzając w ten
sposób błędne koło kryzysu. Nie chodziło o to,
że źle wydawano pieniądze; z ich częścią tak się działo, a z częścią nie.
Chodziło o to, że te nowe długi, inaczej niż dawne, były zaciągnięte w dolarach
– a to okazało się przyczyną klęski gospodarczej.
Pytanie
sięga głębiej ......
120
Większość komentatorów kryzysu azjatyckiego prawdopodobnie dopatrzy się w tym
rozdziale niejednego spornego szczegółu. Niektórzy będą dowodzić, że szkody
wyrządzone przez beztroskie udzielanie pożyczek były większe, niż ja sugeruję;
niektórzy będą dowodzić przeciwnie, że gospodarki znajdowały się w
rzeczywistości w bardzo dobrej kondycji i że kryzys był całkowicie
nieuzasadniony. Ścisły mechanizm kryzysowy – odpowiednie role upadłości
banków, cen nieruchomości, kursów
walutowych, stóp procentowych itd. – stanie się przedmiotem wielu kłótni na
lata, a może i dziesięciolecia. Niemniej jednak sądzę, że ogólnie biorąc, to
sprawozdanie spotka się z szeroką akceptacją.
Rzeczywista kontrowersja – która
jest podniecająca i często ma charakter personalny, ponieważ ci, którzy
krytykują sposób obchodzenia się z kryzysem, krytykują również tych, którzy się
z nim obchodzili – dotyczy polityki. Czy nie można było czegoś zrobić, by
ograniczyć szkody zadane Azji? Czy
decydenci polityczni nie sprawili zawodu w wykonywaniu swego zadania.? Czy w rzeczywistości nie spowodowali oni, że
sprawy przybrały gorszy obrót?
6. Gra o zaufanie ......... 121
W grudniu 1930 r., gdy
zaczęło być oczywiste, że to nie jest zwykła recesja, John Maynard Keynes
próbował wytłumaczyć szerokim kręgom społeczeństwa przyczyny załamania
koniunktury. "Mamy kłopoty z zapłonem", oświadczył. Było to w pewnym
sensie radykalne stwierdzenie, ponieważ z tego oświadczenia wynikało, że silnik
gospodarki nie mógł rozpocząć działania na nowo o własnych siłach, że
potrzebował skokowego wprawienia go w ruch przez rząd. Ale w głębszym sensie
Keynes pozostał konserwatystą: oświadczył bowiem, że kłopot z silnikiem nie
miał zasadniczego znaczenia, że mógł zostać rozwiązany przez odpowiedni zabieg
techniczny. W tym czasie, kiedy wielu
intelektualistów światowych było przekonanych, że kapitalizm jest systemem,
który nie zdał egzaminu, i że Zachód może się wydźwignąć z wielkiej depresji
tylko przez przejście na gospodarkę centralnie planowaną, Keynes mówił, że
kapitalizm nie jest skazany na upadek i że do tego, by system mógł działać,
potrzebna jest jedynie bardzo ograniczona interwencja, która nie narusza
prywatnej własności ani prywatnego podejmowania decyzji.
Kapitalizm utrzymał się przy życiu,
wprawiając w zakłopotanie sceptyków; ale chociaż trudno może przyjść
dzisiejszym entuzjastom wolnego rynku przyjęcie tego do wiadomości, to
przetrwanie nastąpiło w zasadzie na warunkach, jakie zalecił Keynes. Druga
wojna światowa stała się tym rozrusznikiem, którego od lat domagał się Keynes,
ale wiarę w wolne rynki przywrócił nie sam fakt wyjścia z depresji, lecz
pewność, że interwencja makroekonomiczna - w postaci obcinania stóp
procentowych lub zwiększania deficytu budżetowego w celu przezwyciężania
deficytu budżetowego w celu przezwyciężenia recesji - może zapewnić gospodarce
wolnorynkowej mniejszą lub większą stabilność przy mniej więcej pełnym zatrudnieniu.
W rzeczywistości kapitalizm i jego ekonomiści zawarli ze społeczeństwem umowę:
odtąd będzie wszystko w porządku z wolnymi rynkami, ponieważ wiemy
wystarczająco dużo, by nigdy nie dopuścić do wielkiego kryzysu.
Ta milcząca umowa ma obecnie swoją
nazwę: Paul Samuelson w swoim sławnym podręczniku
ekonomii nazwał ją w latach pięćdziesiątych "syntezą neoklasyczną".
Ale jeśli chodzi o mnie, to wolę określać ją mianem "keynesowskiego
pakietu".
W Stanach Zjednoczonych i w
większości innych krajów zaawansowanych ta umowa jest nadal honorowana. Och, przecież co pewien czas są tam
recesje! Jednak gdy się zdarzają, każdy oczekuje, że Rezerwa Federalna zrobi
to, co zrobiła w latach 1975, 1982 i 1991: obetnie stopy procentowe, aby
gospodarka mogła się poderwać. Oczekujemy również, że w razie potrzeby
prezydent i Kongres obniżą podatki i zwiększą wydatki, aby wspomóc ten proces.
Na pewno nie oczekujemy, że reakcją na recesję będzie działanie w stylu
Herberta Hoovera - podwyższenie podatków, obcięcie wydatków i podniesienie stóp
procentowych.
Gdy jednak
klęska finansowa spotkała Azję, polityka za pomocą której te kraje na nią
zareagowały, była akurat czymś odwrotnym niż to, co robią Stany Zjednoczone w
obliczu załamania koniunktury. Na porządku dnia znalazło się zaostrzenie
dyscypliny fiskalnej; podniesiono stopy procentowe, często do karnych poziomów.
A działo się to nie z powodu głupoty decydentów politycznych w tych krajach czy
niewłaściwej informacji. Przeciwnie, przeważnie bardzo dobrze rozumieli oni
keynesowskie zalecenia i w przeszłości starali się do nich stosować
(przypomnijmy sobie pochwałę Banku Światowego za ich "pragmatyczną
ortodoksję"). W każdym razie, gdy uderzył kryzys, kraje azjatyckie
podporządkowały swoją politykę temu, co dyktował Waszyngton - tj.
Międzynarodowy Fundusz Walutowy i departament skarbu Stanów Zjednoczonych. A
kierownictwo tych instytucji jest wyjątkowo wykształcone: można by twierdzić,
że nigdy w historii tak wielu pierwszej klasy ekonomistów nie znajdowało się na
stanowiskach o tak dużym autorytecie.
Dlaczego ci wyjątkowo inteligentni mężowie zalecili
wschodzącym gospodarkom rynkowym taką politykę, która zostałaby uznana za
wyjątkowo perwersyjną, gdyby ją zastosowali u siebie? (Gdyby Stany Zjednoczone
miały podwyższyć podatki i stopy procentowe w obliczu recesji, to również one
przeżyłyby załamanie koniunktury). Odpowiedź na to brzmi krótko: "strach
przed spekulantami". Ale ta krótka odpowiedź ma sens tylko wtedy, gdy
znajdzie się w odpowiednim kontekście - w szczególności, jeżeli poświęcimy
nieco czasu, aby zrozumieć dylematy pieniądza międzynarodowego.
Jak nie
rozwijał się międzynarodowy system walutowy ? ...... 123
Pewnego razu cały świat miał jedną walutę, która nazywała się globo. Zarządzano nią bardzo dobrze: Bank Globalnej Rezerwy
(powszechnie zwany jako Glob) pod kierownictwem swego prezesa Alana Globezplana całkiem dobrze wywiązywał się ze swego zadania,
zwiększając globalną podaż pieniądza, gdy światu groziło popadnięcie w recesję,
i przycinając ją, gdy pojawiały się oznaki inflacji. Istotnie, w późniejszych
latach niektórzy wspominali sobie reżim globo jako
złoty wiek. System ten lubili zwłaszcza biznesmeni, ponieważ mogli wszędzie bez
trudu dokonywać zakupów i sprzedaży.
Ale ten raj nie był wolny od
kłopotów. Chociaż, jak widzicie, staranne zarządzanie globo
mogło zapobiec występowaniu cyklu ożywień i recesji w świecie jako całości, to
jednak nie mogło tego uczynić w stosunku do każdego elementów składowych tej
całości. W rzeczywistości okazało się, że często dochodziło do sprzecznych
interesów w sprawach polityki pieniężnej. Niekiedy Glob powinien był prowadzić
politykę taniego pieniądza, ponieważ Europa i Azja znajdowały się na skraju
recesji , ale ten tani pieniądz roznieciłby w Ameryce Północnej dziki boom
spekulacyjny. Kiedy indziej Glob powinien być czuć się zmuszony do zacieśnienia
polityki pieniężnej, aby uprzedzić inflację w Ameryce Północnej, co zasilało
rozwój recesji w Ameryce Południowej. Ponieważ zaś te kontynenty nie posiadały
oddzielnych walut, ich rządy nie mogły sobie poradzić z tymi problemami.
W końcu nadszedł czas, że frustracja
osiągnęła taki stopień, iż system się załamał. Każdy z kontynentów w miejsce globo wprowadził własną walutę i zaczął stosować politykę
przykrojoną do swoich potrzeb. Gdy gospodarce Europy groziło przegrzanie, to
mogła ograniczyć podaż swoich euro, gdy Ameryce Łacińskiej groziło załamanie
koniunktury, to mogła zwiększyć podaż swoich latino.
Niedogodności polityki pieniężnej w rodzaju "jednego rozmiaru obuwia
pasującego na każdą stopę" znikły.
Ale wkrótce okazało się, że pozbycie się jednego problemu powodowało powstanie
innego, ponieważ kursy wymienne między kontynentalnymi walutami wykazywały
dzikie fluktuacje. Można by sądzić, że kurs wymiany np. między latino a euro powinien być wyznaczany przez potrzeby
wymiany handlowej, a mianowicie w drodze wymiany latino
na euro przez mieszkańców Ameryki Łacińskiej na cele zakupu dóbr europejskich,
i na odwrót.
Wkrótce
jednak stało się jasne, że rynek był zdominowany głównie przez inwestorów, tj.
ludzi kupujących i sprzedających waluty w celu zakupu akcji i obligacji.
Ponieważ zaś zapotrzebowanie na tego rodzaju inwestycje było bardzo zmienne i
zawierało duży element spekulacji, wartości walut również stały się niestabilne.
Co gorsze, ludzie zaczęli spekulować samymi wartościami walut. W rezultacie
kursy walut skakały jak opętane, wywołując niepewność wśród przedsiębiorstw,
które nigdy nie mogły być pewne, ile rzeczywiście warte są ich zamorskie aktywa
i należności.
Niektóre kontynenty zaczęły więc
stabilizować kursy wymiany, dokonując zakupu lub sprzedaży na rynku walutowym w
celu utrzymania stałej ceny euro wyrażonej w afro, lub gringo wyrażonej w latino. Jednakże banki centralne zastrzegły sobie prawo do
zmiany docelowych kursów walutowych w razie potrzeby, np. przez dewaluację
własnej waluty, gdy okazywało się to konieczne do zwalczenia bezrobocia.
Niestety,
okazało się, że ten "dostosowawczy system parytetów" stwarzał dla
spekulantów zbyt dużo łatwych okazji: gdy któryś kontynent napotykał
trudności gospodarcze i zaczynało wyglądać na to, że mógłby rozważać
dewaluację, spekulanci w przewidywaniu tej ewentualności zaczynali się wyzbywać
jego waluty; to zaś wkrótce zmusiłoby bank centralny danego kontynentu albo do
podwyższenia stóp procentowych i faktycznego pogorszenia przez to sytuacji, albo do niezwłocznej
dewaluacji. Pozostawała jeszcze trzecia opcja - można by bezpośrednio ukrócić
spekulację przez wprowadzenie ograniczeń w przepływie kapitałów.
W ten sposób kontynenty zostały zmuszone do
wyboru jednego z trzech "reżimów walutowych", z których każdy miał
jakąś poważną wadę. Mogły optować za utrzymaniem niezależności swej polityki
pieniężnej i pozwolić na dowolne fluktuacje kursu walutowego; to zapewniało im
swobodę w zwalczaniu recesji, ale wprowadzało kłopotliwy element niepewności do
życia gospodarczego. Mogły ustalić wysokość kursu swej waluty i starać się
przekonać rynki, że nigdy nie dopuszczą do jej dewaluacji; to sprawiłoby, że
życie biznesu stałoby się mniej skomplikowane i bezpieczniejsze, ale
oznaczałoby powrót problemu polityki pieniężnej w rodzaju "jednego
rozmiaru obuwia pasującego na każdą stopę". Albo mogły nadal trwać przy
dostosowawczym systemie parytetów, tzn. ustalić kurs walutowy, ale zachować
możliwość jego zmiany w razie potrzeby; to mogłoby jednak sprawnie funkcjonować
tylko wtedy, gdyby utrzymały kontrolę przepływu kapitałów, co byłoby trudne do
wprowadzenia w życie z powodu nałożenia na przedsiębiorstwa dodatkowych kosztów
i - podobnie jak każde ograniczenie potencjalnie zyskownych transakcji - byłoby
źródłem korupcji.
Wszystko w porządku, tylko że sprawy
miały się w rzeczywistości zupełnie inaczej. Nigdy nie było żadnego globo; najbardziej zbliżonym systemem był system waluty
złotej w okresie poprzedzającym lata trzydzieste XX wieku, który niestety nie
był tak zarządzany, aby móc zapobiec ogólnoświatowym boomom i recesjom. Ale
nasza wymyślona historia ilustruje nieco wyraźniej niż zawiłości tego, co się
rzeczywiście działo, ów trójkątny dylemat, albo "trylemat",
w obliczu którego znajdują się gospodarki narodowe w warunkach gospodarki
globalnej.
Wyobraźmy to sobie w następujący
sposób. Istnieją trzy rzeczy , których menedżerowie makroekonomiczni pragną dla
gospodarki: dowolność w polityce pieniężnej, tak aby mogli zwalczać recesje i
przykręcać inflację; stałe kursy walutowe, tak aby przedsiębiorstwa nie
znajdowały się w stanie zbyt dużej niepewności; i swoboda w wymianie
międzynarodowej - w szczególności, aby ludzie mogli wymieniać waluty, jak im
się podoba.
Z tego, co nam mówi historia globo i jego upadku, wynika, że kraje nie mogą liczyć na
spełnienie wszystkich trzech życzeń, lecz najwyżej dwóch. Mogą zrezygnować ze
stabilności kursów walutowych ; oznacza to przyjęcie płynnego kursu, tak jak w
przypadku Stanów Zjednoczonych czy Australii. Mogą zrezygnować z uznaniowej
polityki pieniężnej; oznacza to ustalenie kursu walutowego, tak jak to uczyniła
Argentyna, lub być może nawet zrezygnować z własnej waluty, jak w krajach
kontynentalnej Europy. Albo mogą zrezygnować z zasady w pełni wolnego rynku i
wprowadzić kontrolę ruchów kapitału; to właśnie uczyniła większość krajów w
okresie między latami czterdziestymi i sześćdziesiątymi i to obecnie robią
Chiny i Malezja.
Która z tych trzech niedoskonałych
odpowiedzi jest najlepsza?
(...) Stany Zjednoczone odznaczają się szczególnymi cechami, które pomagają im
w posługiwaniu się jedną walutą: chodzi zwłaszcza o to, że robotnicy mogą się
szybko przenosić i faktycznie przenoszą się z regionów objętych depresją do
regionów o wysokiej dynamice... Jeśli chodzi o wprowadzenie w życie euro, nowej
waluty europejskiej, to jest to w istocie sprawa dość kontrowersyjna, ponieważ
wielu ekonomistów kwestionuje, jakoby Europa pod jakimkolwiek względem była
bliska gotowości do posiadania jednej waluty, tak jak Stany Zjednoczone.
Jednakże przynajmniej ważniejsze gospodarki europejskie są dość podobne do
siebie i bardzo ściśle ze sobą powiązane, toteż najczęściej polityka pieniężna,
która odpowiada Francji, jest również odpowiednia dla Niemiec, i na odwrót.
Trudno natomiast wyobrazić sobie, jak można by wymyślić politykę pieniężną
odpowiadającą zarówno Japonii, jak i Stanom Zjednoczonym, nie mówiąc już o
Stanach Zjednoczonych i Argentynie.
Z kolei kontrola obrotów
kapitałowych, która pozwalała krajom zaawansowanym pierwszej generacji
powojennej łączyć stałe kursy walutowe z polityką keynesowską, wyszła obecnie z
mody. Podstawowym problemem, jeśli chodzi o tę kontrolę, jest to, że trudno
jest dokonać rozróżnienia między "dobrymi" i "złymi"
transakcjami międzynarodowymi. . Spekulant... Lecz przypuśćmy, że ten
eksporter... Efekt... Są dziesiątki... Przed czterdziestu laty... Natomiast
dzisiaj żyjemy w świecie , który zapoznał się na nowo z zaletami wolnych rynków
i odnosi się podejrzliwie do interwencji państwa, a jest szczególnie świadom
tego, że im więcej rzeczy jest zabronionych, tym większe jest pole dla
łapówkarstwa i protekcji.
Pozostają zatem swobodnie wahające
się kursy walutowe, które większość ekonomistów uznała w połowie lat
dziewięćdziesiątych za najmniejsze zło spośród omówionych trzech. Wprawdzie
kursy te okazywały się wielokrotnie bardziej chwiejne niż
"powinny"...
Zalety takiej swobodnej płynności,
gdy ona faktycznie funkcjonuje, nie są trudne do zademonstrowania. Stanom
Zjednoczonym dobrze służy prowadzona przez nie polityka dobrotliwego
lekceważenia kursu dolara; podczas gdy relacje dolar/jen i dolar/euro mogą
wykazywać dokuczliwe zawirowania, przykrości wywołane przez to są na pewno
czymś niewiele znaczącym w porównaniu ze swobodą działania, jaką daje rezerwie
Federalnej brak jakichkolwiek zobowiązań w odniesieniu do kursu walutowego - z
możnością ostrego i natychmiastowego obniżania stóp procentowych, gdy zagraża
recesja lub kryzys finansowy.
Jeszcze lepiej widać to na
przykładzie Australii. W 1996 r. australijski dolar był wart niemal 0,80 dolara
amerykańskiego, a w lecie 1998 r. spadł do nieco ponad 0,60 dolara. Nie było to
żadną niespodzianką, gdyż większość eksportu Australii kieruje się do Japonii
lub azjatyckich tygrysów. Ale z wyjątkiem krótkiego okresu w lecie (o czym
będzie mowa w następnym rozdziale) Australia nie próbowała wpływać na zwyżkę
kursu swojej waluty, ani przez zakupywanie jej na rynku walutowym, ani przez
podwyższanie stóp procentowych. Spadek waluty miał jednak swoje własne
ograniczenia: gdy dolar australijski spadał, inwestorzy uznawali to za okazję
dokonania tanich inwestycji w gospodarce, którą nadal uważali za solidną. A
zaufanie to było uzasadnione "cudem australijskim": mimo swej
zależności od rynków azjatyckich, Australia w ciągu ubiegłego roku faktycznie
przeżywała boom.
Ale skoro Australia mogła tak łatwo
uniknąć wplątania się w katastrofę ekonomiczną sąsiadów, to dlaczego nie
potrafiła tego dokonać Indonezja lub Korea Południowa?
Podwójny
standard ...... 128
Wyobraźmy sobie gospodarkę, która nie jest doskonała (a która gospodarka jest
doskonała?). Być może rząd utrzymuje deficyt budżetowy, który choć faktycznie
nie zagraża jego wypłacalności, to jednak zmniejsza się wolniej, niż powinien;
albo być może banki z koneksjami politycznymi udzieliły zbyt dużo pożyczek
wątpliwym dłużnikom. Jednakże o ile można coś powiedzieć, sądząc po liczbach,
nie ma tam problemów, których nie dałoby się rozwiązać przy dobrej woli i
kilkuletniej stabilności.
Nagle z jakiegoś powodu - być może z
powodu kryzysu na drugim końcu świata - inwestorzy stali się nerwowi i zaczęli
masowo wycofywać swoje kapitały. Kraj znalazł się w kłopotach, na giełdzie
akcji spadek, stopy procentowe skaczą w górę. Można by pomyśleć, że mądrzy
inwestorzy uznali to za okazję do dokonania zakupów. Mimo wszystko, jeżeli
podstawowe dane makroekonomiczne nie uległy zmianie, czyż nie oznacza to, że
wartość aktywów jest zaniżona? Jak jednak widzieliśmy w rozdziale 5, odpowiedź
brzmi: "niekoniecznie". Krach na giełdzie akcji może doprowadzić do
upadku poprzednio zdrowe banki, załamanie koniunktury, wysokie stopy procentowe
i zdewaluowana waluta mogą spowodować bankructwo zdrowych spółek, a co
najgorsze, trudności gospodarcze mogą pociągnąć za sobą brak stabilności
politycznej. Zresztą być może dokonywanie zakupów wtedy, gdy wszyscy pchają się
do drzwi wyjściowych, nie jest tak dobrym pomysłem; być może lepiej samemu
ruszyć w kierunku wyjścia.
Jest
więc w zasadzie możliwe, że utrata zaufania do kraju może wywołać kryzys
gospodarczy, który uzasadnia tę utratę zaufania - że kraje mogą być wrażliwe na
to, co ekonomiści nazywają "samospełniającymi się atakami spekulacyjnymi".
I choć wielu ekonomistów odnosiło się zwykle sceptycznie do znaczenia takich
samospełniających się kryzysów, to doświadczenia lat dziewięćdziesiątych w
Ameryce Łacińskiej i Azji rozwiały te wątpliwości, przynajmniej w kwestii
praktyki.
Śmieszną rzeczą jest to, że skoro
weźmie się poważnie możliwość samospełniającego się kryzysu, to zasadniczego
znaczenia nabiera psychologia rynku - tak zasadniczego, że w pewnych granicach
oczekiwania, a nawet przesądy inwestorów stają się podstawowymi wielkościami ekonomicznymi
- ponieważ sprawia to wiara.
Przypuśćmy np., że wszyscy są
przekonani, iż Australia - pomimo swej niezwykle wysokiej zależności od
kapitału zagranicznego (wykazuje ona duży deficyt na rachunku obrotów
bieżących, przekraczający przez całe dziesięciolecia 4% PKB) - jest zasadniczo
zdrową gospodarką, co pozwala liczyć na jej stabilność polityczną i
ekonomiczną. Wówczas reakcja rynku na spadek dolara australijskiego będzie
brzmiała: "Dobrze, koniec z tym, kupujmy australijskie aktywa!" i w
rzeczywistości gospodarka odniesie z tego korzyści. Dobra opinia rynku zostanie
potwierdzona.
Przypuśćmy, z drugiej strony, iż
pomimo dwudziestu lat niezwykłego postępu ludzie nie są całkiem przekonani, że
Indonezja nie jest bohaterem The Year
Living Dangerously (Roku
niebezpiecznego życia). Wówczas, jeśli dojdzie do spadku rupii, ludzie mogą
powiedzieć: „Na Boga! To powrót do dawnych złych czasów!”; wywołana przez to
ucieczka kapitału pociąga za sobą kryzys finansowy, gospodarczy i polityczny,
tak iż opinia rynku potwierdza się w podobny sposób.
Innymi słowy, wydaje się że istnieje
pewien podwójny standard, narzucany przez rynki. Rozpowszechniony przez
ekonomistów pogląd, że płynne kursy walutowe są najlepszym, choć niedoskonałym,
rozwiązaniem międzynarodowego trylematu
ekonomicznego, był oparty na doświadczeniach takich krajów, jak Kanada, Wielka
Brytania i Stany Zjednoczone. Z całą
pewnością płynne kursy funkcjonują nieźle w krajach Pierwszego Świata, ponieważ
rynki niezmiennie obdarzają je pełnym zaufaniem. Jednakże od 1994 r. kraje
Trzeciego Świata jeden za drugim - Meksyk, Tajlandia, Indonezja, a ostatnio
Brazylia - odkrywały, że nie mogą liczyć na takie samo traktowanie. Raz po raz
próby pójścia drogą umiarkowanej dewaluacji prowadziły do drastycznego spadku
zaufania. Raz po raz próby pójścia drogą umiarkowanej dewaluacji prowadziły do
drastycznego spadku zaufania. W rezultacie rynki uważają obecnie, że dewaluacje
w takich krajach są czymś strasznym; a ponieważ tak sądzą rynki, to faktycznie
tak jest.
To właśnie problem zaufania -
problem, o którym kraje Azji zwykle sądziły, że ich nie dotyczy, lecz który
obecnie dotyczy wyraźnie wszystkich krajów Trzeciego Świata - ostatecznie
tłumaczy, dlaczego keynesowska umowa została złamana.
Gra o
zaufanie
...... 130
W lecie 1998 r. Brazylia odczuwała już pewne osłabienie koniunktury: bezrobocie
rosło, podczas gdy inflacja - tak tradycyjna dolegliwość Brazylii - ustąpiła
miejsca stabilności cen, tak iż niektórzy mówili nawet o deflacji. Wówczas
załamanie się reformy gospodarczej w Rosji uruchomiło atak na brazylijskiego reala (dlaczego - patrz rozdział 7), a kraj ten zwrócił się
o pomoc do Stanów Zjednoczonych i Międzynarodowego Funduszu Walutowego.
Brazylia potrzebowała zarówno pieniądza - miała ona wciąż rezerwy walutowe
rzędu 40 mld dolarów, ale potrzebowała wsparcia w postaci linii kredytowej -
jak i, co najważniejsze, pewnego rodzaju potwierdzenia swojej polityki
pieczęcią "dobrego gospodarowania", co by przekonało nerwowych
inwestorów do zaprzestania ataków.
Cóż więc zawierał program -
przeznaczony, przypomnijmy, dla kraju ze słabnącą gospodarką, w której nie było
mowy o inflacji? Podwyżkę podatków, ograniczenie wydatków państwowych i
kontynuację polityki nadzwyczaj wysokich stóp procentowych (Brazylia podniosła
je do blisko 50%, gdy zaczął się kryzys). Inaczej mówiąc, rząd podjął się
prowadzenia niezwykle restryktywnej polityki pieniężnej i finansowej, która
bezwzględnie gwarantowała nadejście przykrej recesji 1999 r.
Program dla Brazylii był szczególnie
skrajny, był on niemal karykaturą polityki, jaką w poprzednim roku wprowadzono
w życie w Azji. Ale tak jak wiele karykatur, uwypuklał charakterystyczne cechy
przedmiotu. Jądrem polityki narzucanej przez Waszyngton w ostatnich kilku
latach jednemu krajowi po drugim jest niemal doskonała odwrotność
keynesowskiego pakietu: w obliczu kryzysu gospodarczego żąda się od krajów, aby
podwyższały stopy procentowe, zmniejszały wydatki i podnosiły podatki.
Dlaczego sześćdziesiąt lat po
Keynesie ktoś mógł sądzić, że dobrym pomysłem będzie tak głębokie zerwanie z
jego ideą? Odpowiedź tkwi w podwójnym standardzie i w odczuwaniu potrzeby
zyskania sobie zaufania rynku za wszelką cenę.
Przede wszystkim rozwiązanie
australijskie - prosta zgoda na pogrążenie się waluty - było wykluczone. Stała
relacja wymienna między brazylijskim realem a
amerykańskim dolarem była centralnym punktem programu reformy w tym kraju –
programem, który po kilku generacjach wysokiej inflacji dla krajowi stabilność
cen. Zarówno Brazylia jak i Waszyngton
obawiały się, że rezygnacja ze stałości tej relacji zrujnuje zaufanie
inwestorów.
Jak można było uniknąć dewaluacji reala? Międzynarodowy Fundusz Walutowy mógł dostarczyć
środków pieniężnych, które wraz z własnymi rezerwami walutowymi kraju mogły
zostać użyte do podtrzymania kursu waluty na rynkach światowych. Lecz te
pieniądze szybko by się rozpłynęły, gdyby nie zrobić czegoś dla powstrzymania
ucieczki kapitału. Jedynym narzędziem znajdującym się natychmiast pod ręką było
narzucenie bardzo wysokich stóp procentowych, wysokich na tyle, by przekonać
ludzi do zatrzymania pieniędzy w Brazylii nawet mimo podejrzeń, że i tak
skończy się to dewaluacją.
Lecz to nie wszystko. Gdy rynki
zadecydowały o tym, że Brazylia jest krajem wysokiego ryzyka, zadecydowały
również o tym, że w centrum problemów Brazylii znalazł się jej wielki deficyt
budżetowy. Obecnie można by zakwestionować tę ocenę. Rząd brazylijski wcale nie
miał tak wielkich długów -, znacznie mniej, pod względem udziału w dochodzie
narodowym, niż wiele krajów europejskich czy Japonia. Przy czym duża część tego
deficytu była skutkiem kryzysu: te wysokie stopy procentowe zwiększyły sumę
wypłat z oprocentowania długu, podczas gdy słabnąca gospodarka zmniejszała
wpływy z podatków. (Przy „normalnym” poziomie zatrudnienia i stóp procentowych,
brazylijski deficyt budżetowy byłby całkiem skromny). Ale do czegóż to nie
sięgano w argumentacji? Inwestorzy uważali, że Brazylię ogarnie niszczycielski
kryzys, jeżeli deficyt budżetowy nie zostanie szybko zlikwidowany; i na pewno
mieli rację, bo to oni sami wywołaliby ten kryzys (w istocie, tak się stało w
styczniu 1999 r.).
Sedno sprawy tkwi w tym, że ponieważ
ataki spekulacyjne mogą się same uzasadniać, to stosowanie polityki sensownej w
kategoriach podstawowych elementów gospodarki nie wystarczy do zapewnienia
zaufania rynku. W rzeczywistości konieczność przywrócenia tego zaufania może
nawet powstrzymać kraj przed stosowaniem skądinąd sensownej polityki i zmuszać
go do posunięć, które normalnie mogłyby wydawać się błędne.
Rozpatrzmy teraz sytuację z
punktu widzenia tych światłych ekonomistów, którzy decydowali o polityce w
Waszyngtonie. Ich zdaniem mieli oni do czynienia z gospodarkami, które cieszyły
się jedynie kruchym zaufaniem inwestorów; niemal już z samej definicji, kraj
zwracający się o pomoc do Stanów Zjednoczonych i/lub do Międzynarodowego
Funduszu Walutowego to kraj, który już doświadczył niszczycielskiego runu na
swoją walutę i był zagrożony kolejnym atakiem. Dlatego naczelnym celem polityki
musi być złagodzenie nastawienia rynku. Ponieważ jednak kryzysy mogą być
samospełniającymi się przepowiedniami, zdrowa polityka nie wystarczy, aby
odzyskać zaufanie rynku; trzeba zatroszczyć się p
percepcje, przesądy, kaprysy rynku. Albo raczej należy zatroszczyć się o to, na
jakie percepcje rynku można mieć nadzieję.
W ten sposób złamana została umowa keynesowska: międzynarodowa polityka
gospodarcza w końcu nie miała wiele wspólnego z ekonomią. Stała się ćwiczeniem z zakresu amatorskiej psychologii, w którym
Międzynarodowy Fundusz Walutowy i amerykański departament skarbu starały się
przekonać kraje do czynienia tego, co zgodnie z ich nadziejami miało być
odbierane przez rynek jako korzystne. Nie ma się co dziwić, że podręczniki
ekonomii zostały wyrzucone za okno, gdy uderzył kryzys.
Niestety, nie znikły wraz z tym
podręcznikowe problemy. Przypuśćmy, że Waszyngton miał rację, iż kraj zagrożony
paniką inwestorów w celu uniknięcia niszczycielskiego kryzysu musi podwyższyć
stopy procentowe, obciąć wydatki i bronić swej waluty. Faktem
pozostaje nadal, że restrykcyjna polityka pieniężna i fiskalna, wraz z
zawyżonym kursem walutowym, powoduje recesje. Jaki środek zapobiegawczy oferuje
w ten sposób Waszyngton? Nie oferuje żadnego. Odczuwana potrzeba prowadzenia
gry o zaufanie zastępuje to, co normalnie jest przedmiotem polityki
gospodarczej. Brzmi to szaleńczo, i tak jest w rzeczywistości.
W ten sposób rozwiązaliśmy
teraz tajemnicę, którą zakończył się rozdział 5: dlaczego polityka nie
przeciwstawiała się niszczycielskiemu procesowi sprzężenia zwrotnego, który
powodował, że jedna gospodarka za drugą popadała w kryzys? Odpowiedź na to
brzmi, że decydenci polityczni uważali, iż muszą
prowadzić grę o zaufanie, co oznaczało stosowanie polityki makroekonomicznej,
która zamiast łagodzić załamania,
zaostrzała je.
Ale czy w rzeczywistości nie było konieczne prowadzenie tej gry?
Czy
Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie pogorszył sytuacji ? ...... 133
Nikt nie lubi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, gdyby go ktoś lubił, byłby
to zły znak. Albowiem Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest "pożyczkodawcą
ostatniej instancji" dla rządów krajowych: jest to miejsce, do którego
udają się one po pieniądze, gdy są w kłopotach. A pożyczkodawcy ostatniej
instancji przypuszczalnie praktykują twardą miłość: dają raczej to, co jest
potrzebne, a nie to, co chcecie, i zmuszają was do opamiętania.
Ciepły, przytulny Fundusz nie spełniałby swego zadania.
Ale odwrotność niekoniecznie jest prawdą: fakt, że ludzie nienawidzą
Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nie znaczy, że spełnia on należycie swoją
funkcję. Od wybuchu kryzysu azjatyckiego było wiele skarg na rolę, jaką odgrywa
Fundusz. Niemało ludzi sądzi, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy (oraz amerykański
departament skarbu, który de facto w dużej mierze dyktuje Funduszowi politykę)
w rzeczywistości spowodował ten kryzys, albo przynajmniej niewłaściwie go
potraktował, tak iż był on gorszy, niż to było potrzebne. Czy nie mają oni
racji?
Zacznijmy od łatwej części: od dwóch spraw, co do których jest oczywiste, że
Fundusz postąpił błędnie.
Po pierwsze, gdy wezwano
Fundusz do Tajlandii, Indonezji i Korei, szybko zażądał on, żeby te kraje
zastosowały restrykcyjną politykę fiskalną – żeby podniosły podatki i obcięły
wydatki w celu uniknięcia wysokiego
deficytu budżetowego. Trudno było
zrozumieć, dlaczego to właśnie było częścią programu, skoro w Azji (odmiennie
niż w Brazylii rok później) wydawało
się, że nikt z wyjątkiem Funduszu nie uważał deficytu budżetowego za ważny
problem. Próba dostosowania się do tych wytycznych polityki budżetowej miała
podwójnie ujemne skutki dla tych krajów: tam, gdzie dostosowano się do tych
wytycznych, skutkiem było pogorszenie recesji przez obniżenie popytu; tam zaś, gdzie
nie dostosowano się do nich, skutkiem było niepotrzebne wzmocnienie odczucia,
że sprawy wymykają się spod kontroli, i przez to wzmożenie paniki na rynku.
Po drugie, Fundusz domagał się
reformy „strukturalnej”, tzn. zmian sięgających daleko poza zakres polityki
pieniężnej i fiskalnej, jako warunku udzielenia pożyczek gospodarkom dotkniętym
kryzysem. Niektóre z tych reform, jak zamknięcie źle funkcjonujących banków,
można by uznać za związane z kryzysem finansowym. Inne, jak żądanie, aby
Indonezja zaprzestała praktyki obdarowywania znajomych prezydenta lukratywnymi
monopolami w niektórych gałęziach, miały niewiele wspólnego z mandatem
Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Co prawda, monopol na rękawiczki (do
których mieszkańcy Indonezji lubią wkładać papierosy) był rzeczą niedobrą,
jaskrawym przykładem działania „kapitalizmu kolesiów”. Ale co to miało
wspólnego z runem na rupie?
Gdyby ktoś swego czasu zapytał
urzędników Funduszu, co ich zdaniem
robią, odpowiedzieliby, że wszystko to było częścią programu przywracania
zaufania. Deficyt budżetowy nie był w
owym czasie przedmiotem zainteresowania rynku, ale urzędnicy ci uważali, że
wkrótce tak będzie. Uważali oni również,
że ważne dla tych krajów było zorganizowanie spektakularnego widowiska
zwalczania systemu protekcji i korupcji w celu przekonania rynków, że
rzeczywiście zmieniły one swoje metody postępowania.
Jeżeli taka była teoria, to
okazało się, że była ona całkiem fałszywa. Wytyczne budżetowe zostały w końcu
złagodzone i nikt nie miał nic przeciwko temu; w czasie, gdy to piszę, rynki
koreańskie sprawiają wrażenie, jakby były na nowo ogarnięte hossą, mimo że
reforma strukturalna utknęła w miejscu. Tymczasem sam zakres żądań
Międzynarodowego Funduszu Walutowego, oprócz wzbudzenia podejrzeń, że Stany
Zjednoczone próbują wykorzystać kryzys
do narzucenia Azji swojej ideologicznej wizji, gwarantował w mniejszym lub
większym stopniu skłócenie rządów azjatyckich z ich wybawcami na dłuższy czas,
w ciągu którego kryzys zaufania się pogarszał.
Tak więc Międzynarodowy Fundusz
Walutowy spartaczył dwa ważne odcinki akcji ratunkowej. Ale rzeczywiście ważne
kwestie dotyczyły stóp procentowych i kursów walutowych. Czy te również
spartaczył?
Oto co zrobił Międzynarodowy
Fundusz Walutowy w Azji (w odróżnieniu od Brazylii, gdzie, jak powiedziałem,
było to swego rodzaju karykaturą programu azjatyckiego): nie zalecał krajom
obrony wartości swoich walut za wszelką cenę. Ale kazał im podnieść stopy
procentowe, początkowo na bardzo wysoki poziom, w celu nakłonienia inwestorów
do pozostawienia kapitałów na miejscu.
Niektórzy krzykliwi krytycy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – wśród
nich najbardziej znany Jeffrey Sachs z
Harvardu – mówią, że było to bardzo złe. Sachs uważa w istocie, że kraje Azji
mogły i powinny były postąpić tak jak Australia, pozwalając po prostu swoim
walutom spadać aż do momentu, w którym zaczęłyby się wydawać tanie dla
inwestorów, i że gdyby tak postąpiły, to nigdy nie doszłoby do tak wielkiego
załamania gospodarczego.
Na to Międzynarodowy Fundusz
Walutowy odpowiada: Azja to nie Australia.
Dopuszczenie do niekontrolowanego spadku waluty doprowadziłoby do „hiperdewaluacji”, a w wyniku tego doszłoby do masowej ruiny
finansowej (bo tak wiele przedsiębiorstw ma długi w dolarach) i do niebotycznej
inflacji. Kłopot z tym uzasadnieniem polega oczywiście na tym, że do masowej
ruiny finansowej doszło tak czy owak, na skutek wysokich stóp procentowych i
recesji, do której wywołania one się przyczyniły. Tak więc Międzynarodowy Fundusz Walutowy
uniknął jednego błędnego koła tylko dzięki temu, że spowodował wystąpienie
innego.
Taka sama uwaga podważa
argumentację prawicowych krytyków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, że powinien był zalecić krajom
obronę początkowych kursów walutowych za wszelką cenę. To mogłoby pomóc w
uniknięciu spadku zaufania do walut azjatyckich; ale nie pomogłoby w zapobieżeniu spadkowi zaufania do
gospodarek azjatyckich, tak iż ogólny zamęt gospodarczy prawdopodobnie jednak
by nastąpił.
Czy dopuszczenie po prostu do
swobodnej deprecjacji walut przyniosłoby lepsze wyniki? Sachs dowodzi, że nie podnosząc stóp
procentowych, rządy mogłyby uniknąć
podsycania paniki finansowej; wynik byłby skromny: znośne dewaluacje i
dużo lepsza ogólna kondycja gospodarki. Ten argument, który w czasie kryzysu
azjatyckiego wydawał się wielu ludziom (łącznie ze mną) nie do utrzymania,
zyskał nieco na wiarygodności w styczniu 1999 r., gdy Waszyngton całkiem
wyraźnie sfuszerował sprawę Brazylii; ale o tym więcej w rozdziale 8.
Z
pewnością jednak dolną granicę stanowi fakt, że nie było dobrego
rozwiązania. Reguły „nowego porządku
światowego”, jak się wydawało, nie oferowały krajom rozwijającym się żadnego
wyjścia. Nie było zatem rzeczywiście
niczyim błędem, że sprawy przybrały tak zły obrót.
Co nie oznacza, że w tej fabule nie było czarnych charakterów.
7. Władcy świata:
fundusze hedgingowe i inne czarne charaktery ......... 136
W dawnych ciężkich
czasach, przed nastaniem "nowego porządku światowego", postać złego spekulanta
- złoczyńcy, który dorabia się wielkiego bogactwa, manipulując rynkami na
szkodę uczciwych robotników - była głównym tematem populistycznej literatury.
Ale wraz z upadkiem komunizmu, sukcesami globalizacji i ogólnym rozbudzeniem na
nowo wiary w wolne rynki zły spekulant podzielił los czarownic i czarowników:
poważni ludzie przestali wierzyć w jego istnienie.*
(* Może na "Zachodzie. W Polsce i chyba we wszystkich byłych
państwach "realnego socjalizmu", w dość powszechnym odczuciu, powstał
jednak obraz "kolesiów", którzy na przemianach
ustrojowo-gospodarczych, dorabiają się w niezbyt uczciwy sposób kosztem reszty
społeczeństwa. Z.U.)
Nikt poza najskrajniejszymi obrońcami laissez-faire
nie zaprzeczał, że zdarzały się przypadki, w których ludzie prowadzili wymianę
z wykorzystaniem poufnych informacji o przedsiębiorstwach i być może nawet
manipulowali tu i tam cenami akcji i towarów. Na pewno jednak było to drobne
przestępstwo; wielkie wydarzenia finansowe, które kształtowały losy narodów,
obejmowały rynki o wiele za duże na to, aby teorie spiskowe dały się utrzymać.
Żadne jednostki ani małe grupy nie potrafiły rzeczywiście wpływać na wartość
waluty nawet średniej wielkości gospodarki. A może
jednak?
Powiedzmy, że być może potrafiły.
Jednym z najbardziej dziwnych aspektów kryzysu gospodarczego ostatnich kilku
lat była wyróżniająca się rola, jaką odgrywały instytucje inwestycyjne zwane
funduszami hedgingowymi,
czyli "funduszami ochrony przed
ryzykiem", które są w stanie przejmować na pewien czas kontrolę nad
aktywami dalece przewyższającymi majątek właścicieli. Nie
ulega kwestii, że fundusze hedgingowe, zarówno przy swoich sukcesach, jak i
niepowodzeniach, trzęsły rynkami światowymi; i co najmniej w kilku przypadkach
owi wredni spekulanci święcili swój powrót.
Natura
bestii
...... 137
Fundusze hedgingowe, czyli fundusze ochrony przed
ryzykiem, naprawdę nie chronią od ryzyka. W rzeczywistości postępują one w mniejszym lub w większym
stopniu wprost przeciwnie. Według słownika Webstera, hedge oznacza "próbę uniknięcia lub
zmniejszenia straty przez dokonywanie obustronnych zakładów, przeciwstawnych
inwestycji itd." Czyli oznacza podjęcie starań o zapewnienie, by
fluktuacje rynkowe nie uszczupliły czyjegoś majątku.
W przeciwieństwie do tego, działalność funduszów hedgingowych polega
właśnie na próbach wywołania jak największych fluktuacji na rynku. Sposób
tego działania charakteryzuje się tym, że w odniesieniu do jednych aktywów
stosuje się tzw. krótką sprzedaż, tzn. obietnicę dostarczenia ich po ustalonej
cenie w jakimś określonym terminie w przyszłości, a w przypadku innych stosuje
się tzw. długą sprzedaż. Zysk osiąga się wtedy, gdy cena "krótkich"
aktywów spadnie (tak, iż można je dostarczyć taniej) lub gdy cena zakupionych
aktywów wzrośnie, lub gdy mają miejsce obydwie te zmiany.
Dobrą stroną tego rodzaju gry finansowej jest to, że może
ona przynosić bardzo wysokie zyski inwestorom lokującym pieniądze w funduszach
hedgingowych. Jest to możliwe dzięki temu, że fundusz działa na
znacznie szerszym froncie, dysponując większym zasobem kapitału, niż wynosi
wkład jego właścicieli, ponieważ dokonuje transakcji "długiej
sprzedaży" za gotówkę uzyskaną z transakcji "krótkiej
sprzedaży". W istocie jedyną przyczyną tego, że potrzebny mu jest w ogóle
jakiś kapitał, jest konieczność przekonania kontrahentów od "krótkiej
sprzedaży", że będzie wstanie dostarczyć im aktywa w obiecanym terminie. Fundusze hedgingowe z dobrą reputacją są w
stanie zajmować pozycje sto razy większe od kapitału wniesionego przez właścicieli,
co oznacza, że wzrost ceny ich aktywów lub spadek ceny ich zobowiązań o 1%
podwaja ten kapitał.
Słabą stroną
tych funduszów jest oczywiście to, że mogą one również bardzo łatwo ponosić
straty. Zmiany na rynku, które wcale nie są duże dla zwykłego inwestora,
szybko mogą całkowicie unicestwić kapitał funduszu, lub co najmniej spowodować
utratę jego aktywów "krótkiej sprzedaży" - tzn. mogą skłonić
inwestorów, którzy pożyczyli mu swoje akcje lub inne aktywa, do żądania ich
zwrotu.
Jak wielkie są fundusze hedgingowe? Nikt
w rzeczywistości tego nie wie, ponieważ całkiem do niedawna nikt nie uważał
tego za istotne. Aż do ubiegłej jesieni
fundusze te – w odróżnieniu od niemal wszystkich innych instytucji finansowych
– były w dużej mierze pomijane przez czynniki regulujące rynki. Jedną z
przyczyn takiego stanu rzeczy było to, że nie wydawało się, aby inwestorom jako
takim potrzebna była jakakolwiek ochrona: większość tych funduszów miała
wysokie minimum wymaganych inwestycji (sięgające w niektórych przypadkach 10
mln dolarów). W rezultacie ich inwestorami były zwykle zamożne jednostki, które
według wyobrażeń rządu mogły się same troszczyć o swoje sprawy. Jeśli zaś
chodzi o fundusze jako takie, to w odróżnieniu od banków raczej nie były one
kluczowymi ogniwami systemu finansowego, o których zdrowie należało się
troszczyć w interesie publicznym. Wreszcie, co nie najmniej ważne, fundusze
hedgingowe – potrzebujące jedynie ograniczonego kapitału od niewielu ludzi –
mogły działać i istotnie działały off shore, czyli poza terytorium kraju, lokując swoje prawne siedziby w krajach o
sprzyjającym ustawodawstwie, aby uwolnić się od
naprzykrzających się ingerencji w ich sprawy. Kontrolowanie
ich działalności nie byłoby niemożliwe, ale byłoby trudne i dlatego aż do
ubiegłego roku panowała ogólna zgoda, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, że
nie jest to potrzebne.
Było to jednak w pewnym sensie
dziwne stanowisko, ponieważ nawet jeszcze przed ostatnią serią kryzysów pewien
osławiony fundusz hedgingowy dokonał imponującej demonstracji wielkiego wpływu,
jaki może wywierać inwestor dysponujący znacznym potencjałem opartym na
pożyczonym kapitale.
Legendarny
George Soros ...... 139
George Soros, węgierski uchodźca, który przerodził się w amerykańskiego
przedsiębiorcę, założył w 1969 r. swój fundusz Quantum Fund. W 1992 r. stał się
miliarderem, znanym już jako "największy inwestor w świecie" i
słynnym ze swej hojności i aktywności na polu filantropii. Ale Soros - który
jest człowiekiem o ambicjach zarówno intelektualnych, i życzyłby sobie, aby
świat traktował jego wypowiedzi filozoficzne tak samo poważnie jak jego
orientację w sprawach finansowych - chciał więcej. Jak sam przyznaje,
zaangażował się w poszukiwanie sukcesu w roli przedsiębiorcy nie tylko po to,
by dorobić się pieniędzy, ale też dla własnej reklamy, którą mógłby wykorzystać
do promocji swoich pozaekonomicznych przedsięwzięć.
Okazję po temu znalazł owego lata w
sytuacji Wielkiej Brytanii. W 1990 r. Wielka Brytania zgłosiła akces do
Mechanizmu Kursu Walutowego (ERM) Europejskiego Systemu Walutowego, systemu o
stałych kursach walutowych, rozumianego jako przystanek na drodze do
ujednolicenia waluty europejskiej. Podobnie jednak, jak to się działo z owymi
nieszczęsnymi kontynentami w naszej przypowieści o globo,
Wielkiej Brytanii nie podobała się polityka pieniężna, którą była zmuszona
prowadzić. W owym czasie Europa nie
posiadała jeszcze swojego banku centralnego i chociaż wprowadzono prawną fikcję
symetrii między krajami, w praktyce każdy z nich dostosowywał się do polityki
niemieckiego Bundesbanku. Natomiast Niemcy znajdowały
się w zupełnie innej sytuacji niż reszta Europy: po niedawnym zjednoczeniu były zmuszone wydawać duże sumy na
zamierzoną restrukturyzację wschodnich Niemiec.
Z obawy przed inflacyjnymi skutkami wydatków Bundesbank
utrzymywał stopy procentowe na wysokim poziomie, aby chronić gospodarkę przed
przegrzaniem, Tymczasem Wielka
Brytania, która przystąpiła do ERM prawdopodobnie ze zbyt wysokim kursem swej
waluty, przeżywała głęboką recesję, a jej rząd stał w obliczu rosnącego
niezadowolenia. Koła oficjalne uparcie zaprzeczały, jakoby miały brać pod uwagę
wystąpienie z ERM, jednak ustawicznie w to powątpiewano.
Była to sytuacja tak gotowa do
wybuchu kryzysu walutowego, że Soros zdecydował się nie tylko postawić na taki
kryzys, ale wręcz go sprowokować.
Koncepcja mechanizmu tego zakładu
była prosta, choć niezwykle skomplikowana w szczegółach. Pierwsze stadium miało być niepozorne, nawet
tajemnicze, gdy Quantum Funt bez rozgłosu ustanowił linie kredytowe pozwalające
mu zaciągnąć pożyczki do wysokości około 15 mld funtów i dowolnie zamieniać te
sumę na dolary. Następnie, gdy
Fundusz znalazł się w posiadaniu znacznej sumy dolarów na cele długiej sprzedaży
i funtów na cele krótkiej sprzedaży, miał zostać wypuszczony atak z głośnym
echem: Soros miał ostentacyjnie
wypowiadać się o krótkiej sprzedaży funtów, udzielać czasopismom fachowym
wywiadów z oświadczeniami o swoim przekonaniu, iż funt zostanie wkrótce
zdewaluowany, itd. Gdyby się to wszystko
udało, wywołałoby to run innych
inwestorów na funta, który zmusiłby rząd brytyjski do rezygnacji z
podtrzymywania jego kursu i przeprowadzenia dewaluacji.
Mechanizm ten zadziałał. W sierpniu rozpoczął się ten hałaśliwy atak Sorosa na
funta. W ciągu kilku tygodni Wielka Brytania wydała w jego obronie blisko 50
mld dolarów na giełdach zagranicznych, na próżno. W połowie września rząd dla
ratowania funta podwyższył stopy procentowe, lecz okazało się to politycznie
nie do utrzymania, tak iż po trzech dniach Wielka Brytania wystąpiła z ERM, a
kurs funta został upłynniony (i taki pozostaje do dzisiaj). Soros zaś nie tylko
zarobił błyskawicznie blisko miliard dolarów, ale zyskał sobie opinię
najsławniejszego spekulanta wszech czasów.
Lecz co właściwie zrobił Soros? Nasuwają się tu trzy pytania.
Po pierwsze, czy Soros podkopał zaufanie do waluty, która w przeciwnym razie
utrzymałaby swoją wartość?
Prawdopodobnie nie. Faktem jest, że naciski na funta stale się wzmagały
i wielu ekonomistów (chociaż nie wielu uczestników gry rynkowej) przewidywało,
że Wielka Brytania nie utrzyma się długo w ERM. Tego stwierdzenia nikt nie
potrafi sprawdzić, ale w moim głębokim przekonaniu brytyjskie dążenie do
przystąpienia do europejskiego klubu monetarnego tak czy inaczej było skazane
na fiasko.
Czy jednak w takim przypadku Soros nie wpłynął przynajmniej na zmianę rozkładu
jazdy, powodując, że dewaluacja nastąpiła wcześniej? Z całą pewnością tak, ale
chodzi o to, o ile została ona przyspieszona? Tego również nie można dowieść w
żaden sposób, lecz według moich domysłów warunki gospodarcze tak czy owak
popychały Wielką Brytanię w kierunku opuszczenia ERM w krótkim terminie, a
Soros przesunął harmonogram tylko o kilka tygodni.
Na koniec, czy Soros wyrządził jakąś szkodę swoim ofiarom? Rząd premiera Johna
Majora nigdy nie otrząsnął się z tego poniżenia. Ale w rzeczywistości można
dowieść, że Soros oddał przysługę państwu brytyjskiemu jako całości. Spadek
funta nie wywołał kryzysu gospodarczego: waluta ustabilizowała się spontanicznie
na poziomie o 15 % niższym niż poprzednio. Uwolniony od potrzeby podtrzymywania
funta, rząd brytyjski mógł obniżyć stopy procentowe. (Kanclerz skarbu Norman Lamont oświadczył, że "śpiewał w kąpieli" z
powodu ulgi, jaką sprawiła mu zmiana kursu funta, który jeszcze kilka dni
wcześniej uważał za nienaruszalny. Ta jego ulga była jednak przedwczesna:
większość Brytyjczyków zyskała na dewaluacji, ale on sam został wkrótce
zmuszony do rezygnacji ze stanowiska ministra). Kombinacja obniżki stóp
procentowych z bardziej konkurencyjnym kursem waluty doprowadziła do silnego
ożywienia gospodarki brytyjskiej, która w ciągu kilku lat potrafiła obniżyć
bezrobocie do poziomu uważanego przez sąsiadów za nieosiągalny. Dla zwykłego
Brytyjczyka atak Sorosa na funta był raczej dobrą wiadomością.
Ostatecznie więc nie była to straszna historia. Co
prawda, Europejczycy głęboko zaangażowani w sprawę unii monetarnej uważali
wydarzenia z 1992 r. za tragedię; Francuzi, którzy w zasadzie stawili czoło
atakom spekulacyjnym z lat 1992 i 1993 (szybko przeszli na system płynnego
kursu franka, lecz wkrótce znaleźli się z powrotem w paśmie ERM), dawali o sobie znać
mamrotaniem staromodnych donosów na spekulantów walutowych jako agentów
wszelkiego zła.* Jednakże w dominującym
anglosaskim świecie dyskusji politycznej nie uznano historii Sorosa i funta za
jakiś niepokojący omen.
Wszystko to uległo zmianie, gdy wybuchł kryzys azjatycki i okazało się, że
wyniki spekulacji mogą być znacznie mniej dobrotliwe.
* Chyba mieli sporo racji.
Anonimus
Szaleństwo
premiera Mahathira ...... 141
Spróbujmy sobie wyobrazić, jak to było odbierane. Mahathir
prowadził trudną z etnicznego punktu widzenia politykę z wytrawnym talentem:
uspokoił malajską większość ludności za pomocą programu bumiputra
("syn ziemi"), zapewniającego jej preferencyjne traktowanie w
sprawach ekonomicznych, nie wypędzając jednak chińskiej mniejszości, która
miała decydujące znaczenie w dziedzinie handlu. Uczynił ze swego kraju ulubioną
siedzibę filii wielonarodowych korporacji, chociaż prowadził niezależną, nawet
nieco antyzachodnią politykę zagraniczną, która odpowiadała ludności wyznającej
przeważnie religię islamską. Pod jego rządami kraj uczestniczył w pełni w
azjatyckim cudzie: wraz ze wzrostem gospodarczym przybywali pełni kurtuazji
zagraniczni biznesmeni, włącznie z Billem Gatesem, a w lecie 1997 r. tygodnik
"Time" uznał Mahathira za jednego ze stu
czołowych "liderów technologicznych" świata.
Och, było również nieco krytyki.
Niektórzy jego przyjaciele i krewni dość łatwo wzbogacili się w krótkim czasie;
niektórzy cudzoziemcy mieli mu za złe chęć imponowania światu swoim uporem w
kwestii wzniesienia najwyższego budynku na świecie, stworzenia nowej stolicy
kraju i masowego nowego „korytarza technologii”. Ogólnie biorąc jednak, miał on wszelkie
podstawy, by czuć się zadowolonym ze swoich osiągnięć.
I naraz, niezwykle gwałtownie,
sprawy się popsuły. Niezdyscyplinowani sąsiedzi tego kraju popadli w kryzys
walutowy – to był zresztą ich problem. Ale wkrótce pieniądz zaczął odpływać
również z Malezji, tak iż Mahathir znalazł się wobec
poniżającego wyboru między dopuszczeniem do spadku waluty a podwyższeniem stóp
procentowych, przy czym każde z tych rozwiązań mogło wprawić tak mozolnie
budowane interesy w poważne trudności finansowe. Jak się to mogło stać?
W pewnym sensie nie powinniśmy mieć
za złe Mahathirowi Mohamadowi,
premierowi Malezji, że uległ teoriom spiskowym. Było przecież ogólnie wiadome,
że pięć lat wcześniej George Soros zmontował run na funta, a jego Quantum Fund
zapewne spekulował również przez ostatnie kilka lat walutami krajów Azji
Południowo-Wschodniej. Naturalne więc było zrzucenie winy za swoje nieszczęścia
na znanego spekulanta. Ktoś mógłby nawet doszukać się w tym pewnej poetycznej
sprawiedliwości: jeśli bowiem chodzi o Sorosa, to zaatakował on funta zarówno
dla pieniędzy, jak i dla rozgłosu; obecnie zaś złapał się we własne sidła.
Niemniej jasne jest, że Mahathir powinien był trzymać język za zębami. W czasie,
gdy zaufanie do jego kraju spadało, widok premiera szalejącego z powodu
amerykańskiego spisku przeciwko Azji – i
wskazującego niedwuznacznie, że był top faktycznie (tak!) spisek żydowski
– nie był wcale receptą, jaką przepisaliby lekarze pieniądza.
W rzeczywistości prawda wyglądała
inaczej. Quantum Fund spekulował przeciwko Tajlandii, ale tak postępowało
wówczas mnóstwo ludzi. A spekulacyjna ucieczka kapitału z Malezji, jak się
okazało, była dziełem samych Malezyjczyków – w dużej mierze właśnie tych
biznesmenów, którzy wzbogacili się dzięki łaskawości Mahathira.
Mahathir
jednak nadal upierał się przy swoim, atakując Sorosa na konferencjach prasowych
i w swoich przemówieniach. Dopiero gdy minęło kilka miesięcy i stan gospodarki
Malezji zaczął wyglądać naprawdę alarmująco, uspokoił się nieco z obawy przed
zakłócaniem rynków. Być może również uświadomił sobie, że jego skargi uznano w
świecie przeważnie za niemądre, bo tego rodzaju spiski
nie zdarzają się w rzeczywistości.
Ale jednak
zdarzył się taki spisek.
Atak na
Hongkong ...... 143
Hongkong od dawna zajmował szczególne miejsce w sercach entuzjastów wolnego
rynku. W czasie, gdy większość krajów Trzeciego Świata sądziła, że właściwą
drogą prowadzącą do rozwoju jest protekcjonizm i planowanie państwowe, Hongkong
uprawiał wolny handel, dając wolną rękę przedsiębiorcom, i pokazywał, że tak
szeroko otwarta gospodarka potrafi wzrastać w
tempie, jakiego teoretycy rozwoju gospodarczego nigdy sobie nie
wyobrażali. To miasto-państwo przodowało również w odrodzeniu systemu
zarządzania kursem walutowym, który pewni konserwatyści lubią sobie wyobrażać
jako pierwszy krok na drodze powrotu do waluty złotej. Rok po roku Heritage Foundation umieszczała
Hongkong na przodującym miejscu pod względem „wskaźnika wolności gospodarczej”.
Ale Hongkong ucierpiał pod wpływem
kryzysu azjatyckiego. Trudno jest znaleźć
jakiś błąd w zarządzaniu gospodarką tego miasta: bardziej niż
jakakolwiek inna w regionie była ona prowadzona zgodnie z obowiązującym prawem,
miała należycie uregulowany system bankowy i konserwatywną politykę budżetową.
Rzadkie były przed kryzysem oznaki jakiegoś wybujałego kumoterstwa, a w
pierwszym roku nie było też panicznej ucieczki kapitału. Jednakże miasto
znalazło się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Gdy kryzys objął
sąsiadów, interesy Hongkongu ucierpiały: Japończycy zaniechali swoich podróży
po zakupy, a przedsiębiorstwa z Azji Południowo-Wschodniej przestały korzystać
z usług banków Hongkongu. Co gorsze, surowy system walutowy Hongkongu oznaczał,
że kurs waluty był solidnie umocowany na poziomie 7,8 w stosunku do dolara amerykańskiego, nawet
wówczas, gdy część krajów Azji zdewaluowała
swoje waluty; nagle Hongkong stał się o wiele droższy niż Bangkok, a
nawet Tokio. Wynikiem tego była pogłębiająca się recesja, najgorsza, jaką tam
pamiętano.
Było rzeczą nie do uniknięcia, że
zaczęły wypływać na powierzchnię natrętne wątpliwości. Czy Hongkong będzie
rzeczywiście bronił swej waluty za wszelką cenę? Niektórzy miejscowi biznesmeni
otwarcie domagali się od władzy monetarnej miasta dewaluacji w celu
przywrócenia konkurencyjności towarów. Żądania takie odrzucono, a rząd
uznał kurs waluty za rzecz
nienaruszalną. Ale tak samo postąpił w 1992 r. rząd brytyjski. A co z Chinami?
Ten gigant azjatycki na ogół uniknął pierwszej fali kryzysu, głównie dzięki
swojej kontroli walutowej (por. rozdział 8), ale w lecie 1998 r. zaczęły się
tam pojawiać oznaki osłabienia koniunktury, a wraz z nimi pogłoski, że waluta
Chin również może zostać zdewaluowana, co wywołałoby w Hongkongu o wiele
większe napięcia.
Niektórzy
mogli to wszystko traktować jako złe wiadomości, ale fundusze hedgingowe
dostrzegły w tym pewną szansę.
Brak, z wiadomych przyczyn, ścisłych danych liczbowych dotyczących tego, co
zdarzyło się w sierpniu i wrześniu 1998 r., ale oto wersja , jaką głoszą
zarówno oficjalne czynniki Hongkongu, jak i aktorzy sceny rynkowej. Mała grupa
funduszów hedgingowych – do której należały, według pogłosek, bo czynniki
oficjalne nie wymieniały nazwisk, Quantum Fund Sorosa i mniej znany, lecz
równie wpływowy Tiger Fund Juliana Robertsona –
zaczęła „podwójną grę” przeciwko Hongkongowi. Dokonywały one krótkiej sprzedaży
akcji Hongkongu – tzn. pożyczały akcje od ich właścicieli, po czym sprzedawały
je za miejscowe dolary (zapewniając ich
właścicieli, że je wykupią im zwrócą, oczywiście z „opłatą czynszową” za ich użytkowanie w
międzyczasie). Następnie miejscowe dolary wymieniały na dolary amerykańskie. W
istocie było to z ich strony stawianie zakładu na jedną z następujących
ewentualności: albo
miejscowy dolar zostanie zdewaluowany, co pozwoli im osiągnąć zyski ze
spekulacji walutowej, albo władze monetarne Hongkongu będą bronić swojej waluty
przez podniesienie stóp procentowych, co spowoduje bessę na miejscowej giełdzie,
dzięki której będą mogły osiągnąć zyski ze swej „krótkiej” pozycji na giełdzie.
Ale według zdania czynników oficjalnych
Hongkongu, fundusze hedgingowe nie stawiały po prostu zakładów na te
ewentualności. Podobnie jak Soros w 1992 r., robiły one wszystko, co mogły, aby
je urzeczywistnić. Sprzedaży dolarów Hongkongu dokonywały
ostentacyjnie, w dużych pakietach i regularnie co pewien czas, aby mieć
pewność, że wszyscy na rynku zwrócą na to uwagę. Czynniki oficjalne twierdzą
również, znowu bez wymieniania nazwisk, że fundusze te płaciły dziennikarzom i
wydawcom gazet za publikowanie informacji sugerujących, że dolar Hongkongu lub
Chińskie renminbi, lub obydwie te waluty znajdują się
u progu dewaluacji. Mówiąc inaczej, dążyły one świadomie do wywołania runu na
tę walutę.
Czy rzeczywiście fundusze hedgingowe wspólnie spiskowały? Jest to możliwe, bo o ile umowa
dotycząca explicite manipulowania kursem np. akcji
Microsoftu pociągnęłaby za sobą wylądowanie partnerów w więzieniu, to
porównywalny spisek przeciwko giełdzie Hongkongu (której kapitalizacja wynosiła
prawie tyle samo) mógłby dojść do skutku dzięki lukom w prawie. Jest też
możliwe, że nie było między tymi funduszami w ogóle żadnych kontaktów.
Natomiast jest bardziej prawdopodobne, że mogły mieć miejsce pewne gesty i
ruchy, albo kilka ogólników wymienionych w czasie partii golfa czy przy butelce
kosztownego wina. Zresztą nie było w tej grze tak dużo graczy i wszyscy dobrze
wiedzieli, na czym ona polega.
W istocie, niektórzy obserwatorzy
dostrzegają tu cień jakiejś szerszej zmowy. Miejscowa czwórka zawodników (lub
piątka, czy ilu ich było) była zaangażowana w inne gry, które odbywały się w
tym samym czasie. Zajmowali oni „krótkie” pozycje, jeżeli chodzi o jeny –
ponieważ stopy procentowe w Japonii były bardzo niskie i uważali oni, że jen
będzie zniżkował razem z miejscowym dolarem – podobnie jak dolary
australijskie, kanadyjskie itd. Również oni stali się wielkimi, ostentacyjnymi
sprzedawcami niektórych z tych walut. Można więc było sobie wyobrażać, że
Hongkong był jedynie centralnym punktem gry przeciwko znacznej części regionu
Azji i wybrzeży Pacyfiku, w istocie możliwe, że największego spisku rynkowego
wszechczasów.
Wszystko zaś wskazywało na to, że
sprawa się powiedzie. Zresztą, cóż mógł zrobić Hongkong? (...) Ponadto rynek Hongkongu był szeroko otwarty,
z perspektywą, że takim pozostanie w przyszłości; był miastem, którego
egzystencja zależała właśnie od reputacji jako miejsca, w którym ludzie mogą
robić z pieniędzmi to, co im się podoba, wolni od arbitralnego wtrącania się
państwa, które nie odważyłoby się nawet na lekkie kontrolowanie ucieczki
kapitału. W sumie, sprawa robiła wrażenie genialnego planu z bardzo dużymi
szansami na sukces.
Nieoczekiwanie jednak Hongkong przypuścił kontratak.
Główną
bronią w tym kontrataku stało się nowe, niepraktykowane dotąd wykorzystanie
funduszów władzy monetarnej Hongkongu. Tak się złożyło, że władza ta
dysponowała olbrzymimi środkami. Przypomnijmy, że każde 7,8 miejscowych dolarów
w obiegu miało swoje zaplecze w postaci 1 dolara amerykańskiego w oficjalnych
rezerwach; ale okazało się, że rezerwy były daleko większe. Jak można było
wykorzystać te środki przeciwko funduszom hedgingowym?
Otóż przez wykorzystanie ich do zakupu miejscowych akcji – wywołanie przez to
wzrostu ich kursów i zadanie strat tym funduszom, które dokonywały ich krótkiej
sprzedaży. Oczywiście, by wywołać odpowiednie skutki, zakupy te musiały być
przeprowadzone na wielką skalę, porównywalną z krótką sprzedażą dokonywaną
przez te fundusze (a nawet większą). Ale władze Hongkongu miały na pewno dość
środków na dokonanie takich zakupów.
Dlaczego jednak
fundusze hedgingowe nie przewidziały takiej reakcji? Dlatego, że nie sądziły, iż rząd Hongkongu
będzie chciał zaryzykować nieuniknioną reakcję konserwatystów przerażonych
perspektywą, że ten wzór gospodarki wolnorynkowej miałby manipulować cenami
rynkowymi. A reakcja była
rzeczywiście gwałtowna. Działania rządu były „obłędne”, grzmiał Milton Friedman; Heritage Foundation formalnie
wycofała określenie tego miasta-państwa jako bastionu wolności gospodarczej;
felietony w gazetach kojarzyły Hongkong z Malezją, gdzie przeprowadzono
drakońską kontrolę ruchów kapitału. Sekretarz skarbu Donald Tsang
zaczął krążyć po świecie, próbując wytłumaczyć inwestorom podjęte działania i
upewnić ich, że jego rząd pozostaje nadal prokapitalistyczny jak zawsze; była
to jednak żmudna walka.
Przez pewien czas wydawało się, że
fundusze oczekują, iż ta reakcja zmusi władze Hongkongu do wycofania się.
Przedłużały swoje zobowiązania z tytułu krótkiej sprzedaży (tzn. płaciły
początkowym właścicielom akcji dodatkowe opłaty za prawo odroczenia ich zwrotu)
i przysposabiały się do przeczekania. Rząd wówczas podwyższył stawkę, wprowadzając nowe normy
prawne ograniczające krótką sprzedaż i zmuszając przez to miejscowych
inwestorów, którzy wypożyczyli swoje akcje, do ich wycofania; to zaś zmusiło
fundusze hedgingowe do likwidacji swoich krótkich pozycji, wywołując wszakże
dalsze ryki oburzenia.
Ale potem cała sprawa Hongkongu
się rozwiała, ponieważ przetaczająca się po świecie dziwna seria wydarzeń
zmusiła fundusze hedgingowe do ograniczenia działalności.
Gospodarka
potiomkinowska ......
147
W 1787 r. Katarzyna, caryca Rosji, wizytowała południowe prowincje swego
imperium. Legenda głosi, że jej główny minister, Grigorij Aleksandrowicz
Potiomkin, zatrzymywał się na jeden postój o dzień wcześniej, ustawiał
sztuczne dekoracje, które nędznym wioskom nadawały wygląd zamożnych osiedli, po
czym dementował je i przerzucał do następnego miejsca przeznaczenia. Od tego
czasu używa się wyrażenia "wioska potiomkinowska" na określenie
pozornie szczęśliwych scen, które w rzeczywistości są jedynie fasadą,
niepozostającą w żadnym związku, z tym, co się za nią kryje.
Wyrażenie to jest więc całkowicie odpowiednie dla Rosji, która w drugiej
połowie lat dziewięćdziesiątych stała się czymś w rodzaju "gospodarki
potiomkinowskiej".
Nikt nie twierdził, że przejście od socjalizmu do kapitalizmu jest łatwe, ale w
Rosji było ono trudniejsze niż w większości takich przypadków. Jej gospodarka w
przeważającej mierze sprawiała wrażenie, jakby znalazła się w pewnego rodzaju
czyśćcu, utraciwszy wszelkie wskazówki, jakich zwykle dostarczało jej
planowanie centralne, i nie zdoławszy stworzyć funkcjonującego systemu
rynkowego. Nawet te rzeczy, które zwykle
do pewnego stopnia działały dobrze, przestały funkcjonować: fabryki, które
zazwyczaj wytwarzały lichego gatunku produkty, obecnie w ogóle niczego nie
produkowały, skolektywizowane gospodarstwa wiejskie stały się jeszcze mnie
produktywne niż przedtem, a ponure lata rządów Breżniewa wydawały się obecnie
złotym wiekiem. W Rosji są setki tysięcy wysoce wykwalifikowanych programistów,
inżynierów, naukowców, matematyków, którzy nie mogą znaleźć przyzwoitej pracy.
Jak dotąd, w kraju nie brak bogactw naturalnych: gaz ziemny, ropa naftowa i złoto dostarczają
stałego strumienia twardych walut, a
zagraniczni inwestorzy wciąż marzą o fortunach, których można by się tam
dorobić, gdyby potencjał kraju został w jakiś sposób uruchomiony.*
* „Wszystko” jest względne. Większość Rosjan
prawdopodobnie zdecydowanie by wolała, żeby dzięki uruchomieniu potencjału
kraju im samym żyło się dostatniej, niż gdyby miało się zakończyć na fortunach
dla inwestorów, nawet własnych. Z tym „złotym wiekiem” we wspomnieniach i lichością wyrobów też zapewne pewna
przesada. Zależy, co, w jakich warunkach i przez kogo miało być użytkowane,
choć faktem jest, że Zachodnie wyroby powszechnego użytku przeważnie o klasę
były lepsze. Zapewne na ówczesnych warunkach życia w ZSRR, mającego przecież
olbrzymie bogactwa naturalne i na pewno dobrą kadrę techniczną, odbijała się
przeszłość, zimna wojna, pewne dogmaty polityczno-społeczne, pewne
przyzwyczajenia i niesprawność organizacyjna.
Prawie na pewno „skok na oślep do kapitalizmu bez ograniczeń” nie był
zbyt rozsądnym krokiem. Trzeba było
najpierw dobrze rozeznać, co i jak, a dopiero potem..., już nie na oślep.
Szkoda! Silna gospodarczo i demokratyczna Rosja, stosująca się do zasad rynku
(ale bez dogmatów), ograniczająca rolę państwa w gospodarce (ale też bez
przesady) i zachowująca istotną cześć zdobyczy socjalnych dla zwykłych ludzi,
mogła by być pewną barierą psychologiczno-polityczną, przed nadmiernym
rozpanoszeniem się niektórych
niedobrych tendencji w kapitalizmie, zbyt mocno stawiających na egoizm (nawet cynizm), na dogmaty
rynku (prawdziwe tendencje traktowane w sposób
uproszczony i przesadnie),
na przesadne usprawiedliwianie
nierówności (nierówność jest oczywistym faktem, którego nie da się zmienić,
ale jest też i poczucie słuszności, etyki, uczciwości i pewnego ludzkiego
solidaryzmu).
Pozostało wierzyć, że jeszcze nie wszystko, na zawsze jest stracone!
Anonimus
Marzenia te jednak zanikają. Borys Jelcyn przekształcił Rosję w demokrację, przynajmniej na dzisiaj; ale jednocześnie zamienił ją w kleptokrację, w rządy złodziei. Mała grupa „oligarchów”, wykorzystujących swoje wpływy polityczne do uzyskania przywilejów gospodarczych i bogactwa, aby przekupywać polityków, potrafiła zdominować zyskowne gałęzie gospodarki, przechwycić zgrabnie program „prywatyzacji” kraju dla swego wzbogacenia się. Można było przynajmniej mieć nadzieję, że przywłaszczywszy sobie kraj, oligarchowie będą próbowali gospodarować nim jak opłacalnym biznesem; zamiast tego jednak działają na krótką metę jak grabieżcy, wyciskając z niego co tylko możliwe i przesyłając pieniądze za granicę. (Przypomnijmy sobie, jak dopływy kapitału z konieczności stwarzają deficyt w bilansie handlowym. Tymczasem w ostatnich latach Rosja ma stale nadwyżkę handlową, ponieważ dochodów z eksportu nie wykorzystuje się na opłacanie importu, lecz lokuje się je na zagranicznych kontach bankowych). W szczególności oligarchowie – jedyni Rosjanie, którzy mogliby rzeczywiście płacić znacznie większe podatki – wolą w ogóle nie płacić podatków (a pamiętajmy, że mają oni w swoich rękach wielu polityków), skazując rząd na permanentny kryzys fiskalny, zmuszający go do zaciągania pożyczek po coraz wyższych, lichwiarskich cenach.
Smutny jest stan tej gospodarki, ale Rosja ma jeden ostatni atut: jako spadkobierca Związku Radzieckiego jest nadal w posiadaniu zmasowanego arsenału broni jądrowej. Nie zagroziła ona explicite sprzedażą tej broni temu, kto zapłaci najwięcej, ale ryzyko, że może się tak stać, uwarunkowało politykę Zachodu, powodując, że Stany Zjednoczone starają się robić dobrą minę do złej gry.* Długo po tym, jak dobrze poinformowani ludzie stali się całkowicie cyniczni, Stany Zjednoczone nadal żywiły nadzieję, że reformatorzy Rosji potrafią w jakiś sposób doprowadzić do końca transformację gospodarki, która utknęła w miejscu na skutek egoizmu lub krótkowzroczności oligarchów. Dlatego właśnie rząd Stanów Zjednoczonych wymusił na Międzynarodowym Funduszu Walutowym udzielenie Rosji pożyczki, aby mogła zyskać na czasie dla realizacji planów stabilizacyjnych, które jakoś nigdy się nie materializują. (Międzynarodowy biuletyn ekonomiczny „The Medley Report skomentował to w ten sposób, że Stany Zjednoczone wrzucają pieniądze nie, jak to niektórzy twierdzili, do szczurzej nory, ale do silosu z rakietami nuklearnymi).
* Chyba
Autora znowu „poniosła” elokwencja, z tym „ostatnim atutem”. Wątpię, czy sam
tak merytorycznie myśli, co dosłownie napisał. Przecież zna historię Rosji i historię poglądów na temat możliwości
Rosji (ZSRR), zna też drzemiący w Rosji przeogromny potencjał, który, dobrze
organizacyjnie wykorzystany, mógłby, tak jak niegdyś militarnie trząsł światem, teraz podźwignąć Rosję
na wyżyny potęgi gospodarczej. Fakt, łatwiej i szybciej można było zaraz po
zakończeniu zimnej wojny, ale cóż...
Mimo wszystko..., „z góry” lepiej nie przesądzać.
Anonimus
Z kolei, idąca z tym w parze widoczna zdolność Rosji do użycia broni atomowej zachęcała inwestorów zagranicznych grających o wysokie stawki do podejmowania ryzyka lokowania swych pieniędzy w tym kraju. Każdy wiedział, że rubel może zostać zdewaluowany, być może znacznie, lub że rząd rosyjski może po prostu odmówić spłaty swych długów. Wydawało się jednak, że zanim by miało do tego dojść, wmiesza się Zachód, dokonując jeszcze jednego ratunkowego zastrzyku gotówki. Ponieważ rosyjski dług państwowy oferował wyjątkowo wysokie stopy procentowe, sięgające nawet 150%, lokaty te były bardzo nęcące dla inwestorów z wysoką tolerancją ryzyka, mianowicie dla funduszów hedgingowych. .
Okazało się jednak, że zakład ten wcale nie był tak dobry. W lecie 1998 r. sytuacja finansowa Rosji wyjaśniła się szybciej, niż oczekiwano. W sierpniu George Soros (!) zaproponował publicznie, żeby Rosja zdewaluowała rubla, a potem ustanowiła system zarządzania kursem walutowym. Uwagi te stały się zapalnikiem, który wywołał run walutowy, nieadekwatną dewaluację w stylu meksykańskim, a następnie kombinację upadku waluty i moratorium na spłatę długów. Zachód wyraźnie miał już dość: tym razem nie podjęto żadnej akcji ratunkowej. Nagle można było sprzedać długi rosyjskie, jeśli w ogóle było to możliwe, za drobną część ich wartości nominalnej, a straty sięgnęły miliardów dolarów.
W wymiarze czysto pieniężnym straty poniesione w Rosji były drobnostką –
wyniosły nie więcej, niż traci się, gdy np. giełda amerykańska odnotowuje spadek o ułamek procentu, co
zdarza się niemal co drugi dzień. Ale straty te dotknęły małą grupę firm finansowych o potencjale
opartym na zadłużeniu, co oznaczało, że wywarły aż śmiesznie duże skutki dla
reszty świata. Istotnie, przez kilka tygodni wydawało się, że upadek finansowy
Rosji pociągnie za sobą w przepaść cały świat.
Panika
1998 r. ...... 149
W lecie 1998 r. bilanse światowych funduszów hedgingowych były nie tylko
olbrzymie, ale i niewspółmiernie skomplikowane. Niemniej jednak istniał w nich
pewien wzorzec. Charakterystyczną cechą tych funduszów były w krótkiej sprzedaży
aktywa bezpieczne - niegrożące spadkiem wartości - i płynne, tzn. łatwo
zbywalne w razie potrzeby posiadania gotówki. Jednocześnie na ich długą
sprzedaż składały się aktywa o wysokim stopniu ryzyka i niepłynne. Tak więc
fundusz hedgingowy mógł posiadać po krótkiej stronie skrypty dłużne rządu
niemieckiego, które są bezpieczne i łatwo zbywalne, a po stronie długiej
duńskie papiery zabezpieczone hipotecznie (pośrednie prawa do domów
mieszkalnych), które są nieco bardziej ryzykowne i znacznie trudniej zbywalne w
krótkim terminie. Albo mogły mieć na krótkiej pozycji obligacje japońskie, a na
długiej zadłużenie rosyjskie.
Główną zasadą był tu fakt, że historycznie rzecz biorąc, na rynkach występowała
tendencja do stosunkowo wysokiego premiowania zarówno bezpieczeństwa, jak i
płynności, ponieważ drobni inwestorzy odznaczali się niechęcią do ryzyka i
nigdy nie wiedzieli, kiedy zajdzie potrzeba wycofania gotówki. To stwarzało
korzystną sytuację dla firm dokonujących dużych operacji finansowych, które
mogły minimalizować swoje ryzyko przez ostrożną dywersyfikację (zakupywanie
pewnej mieszanki aktywów, tak aby dochody z jednych równoważyły straty na
innych) i normalnie nie zaznawały nagłej potrzeby posiadania gotówki. Dzięki
temu fundusze hedgingowe uzyskiwały rok po roku wysokie dochody.
Jednakże w 1998 r. wielu ludzi
zrozumiało tę podstawową myśl, skutek czego konkurencja między funduszami hedgingowymi powodowała coraz większe trudności w
uzyskiwaniu przez nie dochodów. Niektóre fundusze zaczęły faktycznie zwracać
inwestorom zainwestowane przez nich pieniądze, oświadczając, że nie mogą
znaleźć odpowiednio zyskownych okazji ich wykorzystania. Próbowały jednak
również wynajdywać nowe możliwości przez przedłużanie terminów i zajmowanie
bardziej skomplikowanych pozycji, które z pozoru wydawały się bardzo ryzykowne,
ale prawdopodobnie były sprytnie skonstruowane, tak aby zminimalizować możliwości poniesienia strat.
Nikt się jednak nie spodziewał,
że konkurencja między funduszami hedgingowymi o
wykorzystanie coraz to węższych możliwości zysku stworzy swego rodzaju
finansową machinę sądu ostatecznego.
Oto jak ona działała. (...)
Jeśli wszystko to przypomina
historię z finansowym zawirowaniem w Azji, o którym mówiłem w rozdziale5, to
tak powinno być; na poziomie podstawowym był to proces tego samego rodzaju,
polegający na błędnym kole spadku cen i
załamywania się bilansów. Nikt nie przypuszczał, że taka rzecz może się zdarzyć
we współczesnym świecie, ale to miało miejsce, a konsekwencje były
przerażające.
Jak widać, okazało się, że
fundusze hedgingowe były tak pilne w zarabianiu premii za płynność i ryzyko w
drodze arbitrażu, że dla wielu niepłynnych aktywów one same stały się rynkiem;
gdy wszystkie naraz zaczęły sprzedawać, to zabrakło alternatywnych nabywców. Tak więc po wielu latach stałego spadku
premie za płynność i ryzyko nagle osiągnęły niesłychanie wysokie poziomy. Pod
koniec września 29-letnie obligacje rządu Stanów Zjednoczonych – aktywa
doskonale bezpieczne – oferowały znacznie wyższe stopy procentowe niż 30-letnie
obligacje, którymi handluje się na
większym rynku i dlatego są nieco
łatwiej zbywalne. Obligacje korporacji muszą w normalnych warunkach oferować
wyższą stopę zwrotu niż amerykański dług rządowy, ale rozpiętość między nimi
zwiększyła się nagle o kilka punktów procentowych. A komercyjne papiery
zabezpieczone hipotecznie – instrumenty finansowe zaopatrujące w fundusze w
sposób pośredni większość budownictwa poza mieszkaniowym – w ogóle nie mogły
zostać sprzedane. Na jednym z zebrań, w którym brałem udział, uczestnicy
zapytali przedstawiciela Rezerwy Federalnej, jak znaleźć wyjście z tej
sytuacji. Odpowiedział krótko: „modlić się”.
Na szczęście, w rzeczywistości
Rezerwa Federalna zrobiła więcej. Przede wszystkim zorganizowała ratunek dla
najbardziej znanego nieszczęśliwego wypadku – dla funduszu hedgingowego
Long Term Capital Management (LTCM) z
siedzibą w Conneciticut.
Saga o LTCM jest nawet bardziej
godna uwagi niż legenda George’a Sorosa. Soros jest
postacią o długiej tradycji
zawadiackiego rajdowca finansowego – nie tak bardzo różniącego się, gdy
chodzi o sprawy zasadnicze, od Jima Fiska lub Jaya Goulda.
Natomiast menedżerowie LTCM byli kwintesencją nowoczesnych typów: byli
uczonymi posługującymi się formułami matematycznymi i komputerami w celu
przechytrzenia rynku. Firma ta chełpiła
się posiadaniem dwu laureatów Nagrody Nobla na swojej liście płac i wielu ich
najlepszych studentów. Sądzili oni, że przez staranne badanie korelacji między
różnymi aktywami w przeszłości będzie można skonstruować inteligentne portfele
– jedne do długich, inne do krótkich transakcji – które by przynosiły wysokie
zyski przy dużo mniejszym ryzyku, niż sobie wyobrażano. Rok po roku dostarczali
dochodów z taką regularnością, że w końcu ludzie, którzy pożyczali im pieniądze,
przestali nawet pytać, czy firma ma rzeczywiście pod dostatkiem pieniędzy, aby
być bezpiecznym partnerem.
Potem rynki oszalały.
Nie jest dotąd jasne, czy poniesione przez LTCM straty były wynikiem raz w
życiu trafiających się wstrząsów, których nie można było przewidzieć, czy też
używane przez firmę komputery były tak naiwne*, że nie uwzględniły
występujących okazyjnie dużych zakłóceń na rynku (albo czy ta naiwność nie była
przypadkiem zamierzona – znowu pokusa nadużycia. Bez względu na przyczynę, we
wrześniu firma stanęła wobec krańcowych pretensji – żądań, aby ... Nagle stało się jasne, że LTCM był tak
wielkim graczem na rynku, że gdyby upadł i jego pozycja uległa likwidacji,
mogłoby to wywołać kompletną panikę.
* „Naiwność komputerów”, to oczywiście
przenośnia. Naiwni mogą być twórcy albo użytkownicy konkretnego oprogramowania
analitycznego. Znaczna cześć biznesmenów czy pryncypałów starszego pokolenia ,
nadal, chyba nie tylko w Polsce, ma „mgliste” pojęcie o zasadach pracy
komputerów. Na wszelki więc wypadek...
Anonimus
Coś należało zrobić.
Ostatecznie, nie zwrócono się o fundusze publiczne; Nowojorski Bank Federalny
potrafił namówić grupę inwestorów, żeby przejęli większość praw własności LTCM
, w zamian za rozpaczliwie potrzebny zastrzyk gotówki. Jak się okazało, z
chwilą gdy rynek na nowo się uspokoił, banki zrobiły na tym rzeczywiście dobry
interes.
Jednak nawet przy tym
udzieleniu pomocy, żadną miarą nie było przesądzone, że kryzys zostanie
przezwyciężony. Gdy Rezerwa Federalna na
regularnie odbywanym we wrześniu posiedzeniu zarządu obniżyła stopy procentowe
o 0,25%, wielkość tej obniżki
rozczarowała rynki, a zamącona już sytuacja finansowa zaczęła się
upodabniać do niekontrolowanej paniki. Ludzie zaczęli nagle snuć analogie między
kryzysem finansowym i runem na banki, który pogrążył Stany Zjednoczone w
wielkim kryzysie lat trzydziestych.
Ale Rezerwa Federalna miała
jeszcze jeden trik w zanadrzu. Zazwyczaj
zmiany stopy procentowej następowały tylko wówczas, gdy zbierała się Federalna
Komisja Otwartego Rynku, co miało miejsce mniej więcej co sześć tygodni.
Jednakże na tym wrześniowym posiedzeniu komitet przyznał Alanowi Greenspanowi
upoważnienie do uznaniowego obcięcia stóp procentowych w razie potrzeby o
dalsze 0,25%. W dniu 15 października zaskoczył on rynki zawiadomieniem o takiej
obniżce i cudem sytuacja się poprawiła. Gdy Rezerwa Federalna na swoim
następnym posiedzeniu obniżyła stopy procentowe ponownie, panika przerodziła
się w euforię. Na koniec 1998 r. wszystkie te nadzwyczajne premie znikły, a
giełda na nowo zaczęła bić rekordy.
Warto sobie uświadomić, że nawet obecnie przedstawiciele Rezerwy Federalnej nie
są całkiem pewni, jak potrafili wymóc ten ratunek. W szczytowym punkcie kryzysu
wydawało się, że obcięcie stóp procentowych będzie całkowicie nieskuteczne –
zresztą, gdy nikt nie może zaciągnąć pożyczki, jakie znaczenie ma poziom jej
ceny? A gdyby każdy sądził, że zbliża się koniec świata, to panika – tak jak w
wielu innych krajach – doprowadziłaby do samospełnienia się tego proroctwa.
Patrząc z perspektywy czasu, Alan Greenspan wyglądał jak generał, który
podjeżdża na koniu na czoło swej zdemoralizowanej armii, wywija mieczem,
wykrzykuje pobudzające odwagę rozkazy i jakoś nadaje bitwie pomyślny obrót.
Dobrze to było zrobione, ale nie liczmy, że zadziała następnym razem.
Istotnie, niektórzy
przedstawiciele rezerwy Federalnej niepokoją się, że opinia publiczna może
przeceniać ich możliwości – jeden z doradców Greenspana mówi, że jest to nowa
forma pokusy nadużycia , oparta na przekonaniu, iż prezes Rezerwy mógłby
poręczyć za wydźwignięcie gospodarki i
rynków z każdego kryzysu.
Być może, to przecenianie Rezerwy Federalnej odegrało pewną rolę w globalnym
odbudowaniu zaufania, które zaznaczyło się późną jesienią ubiegłego roku; ale
wtedy nadeszły, nareszcie, dobre wieści z Azji.
8. Czy odbicie się od dna? ......... 154
W pierwszym roku po
dewaluacji tajlandzkiego bahta wiadomości z Azji były niepocieszające;
przynoszone co miesiąc nowości były nie tylko gorsze, niż oczekiwano, ale i
gorsze, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Jednakże od lata 1998 r. ten
czarny obraz zaczął nabierać koloru szarego, nawet z kilkoma skrawkami
niebieskiego.
(...) Dlaczego Azja pod koniec 1998 r. wyraźnie "odbija się od dna"?
Czy oznaczało to początek końca kryzysu, czy tylko koniec jego początku?
Czy
tygrys się zerwał ?
...... 154
Wyobraźmy sobie długi sznur samochodów, jadących blisko jeden za drugim po
autostradzie z szybkością np. 60 mil na godzinę. Nagle jadący na przedzie samochód
wjeżdża na odcinek złej drogi, co zmusza go do zmniejszenia szybkości o połowę.
Co się stanie? (...)
Coś podobnego dzieje się z gospodarkami. Gdy ich podstawowe wielkości ulegają
pogorszeniu, występuje często drastyczny efekt początkowy, po którym następuje
częściowa poprawa.
(...)
Gospodarka
w stylu Rube Goldberga ...... 157
Karykaturzysta Rube Goldberg
w swych pracach wysławiał w sposób ironiczny świat gadżetów... (...)
Rynki finansowe przypuszczalnie tak nie funkcjonują. Pieniądz płynie tam, gdzie
oczekuje się zysków, a wydarzenia w jednej części świata prawdopodobnie
wpływają na wyniki finansowe w innej części
tylko o tyle, o ile wpływają na te oczekiwania. Wprawdzie gdy gospodarki
są wrażliwe na samonakręcającą się
panikę, wystarczy niewielki, jeśli w ogóle jakikolwiek, realny związek między
nimi, aby doszło do rozszerzenia się kryzysu.
Jednakże w 1998 r. na rynkach azjatyckich miało miejsce kilka bardzo dziwnych
wydarzeń; a uczestnicy rynku twierdzili, że ich przyczyną był pewien związek w
stylu Rube Goldberga,
dzięki któremu złe wiadomości w Rosji przekładały się, poprzez szereg jakiś
niezwykłych powiązań, na dobre wieści dla Korei.
Pierwszymi nielicznymi krokami
były te... straty poniesione w Rosji przez fundusze hedgingowe zmusiły je do sprzedaży
walorów, co ściągnęło w dół ich ceny i przysporzyło strat innym funduszom...,
co wymusiło dalsze sprzedaże itd. Okazało się, że duża część „krótkiej” strony
wielu funduszów hedgingowych polegała na
zadłużeniu w jenach. Przyczyną tego były bardzo niskie stopy procentowe w
Japonii... (...)
Ale gdy fundusze hedgingowe
zaczęły ponosić straty, inni inwestorzy... (...)
Jest to, oczywiście tego samego rodzaju okrężna logika... tym razem działająca
w bilansie po stronie pasywów, a nie
aktywów. I znowu każdy był zaskoczony siłą pętli sprzężenia zwrotnego. (...)
Oczywiście, ta pozłacana sytuacja nie jest wolna od
chmur. Mocny jen może być korzystny dla Korei, ale wcale nie jest korzystny dla
Japonii. (...)
Ta logika oznacza również, że gdy Japończycy zdają sobie sprawę, iż nie mają
innego wyboru, jak tylko drukowanie większej ilości pieniędzy, to podarunek,
jaki sprawili swoim sąsiadom w postaci mocnego jena, znajdzie się z powrotem w ich posiadaniu, i to z procentem. Czy Korea będzie wówczas na tyle silna, by poradzić
sobie z tym wstrząsem? Albo czy zabawka Rube Goldberga nie okaże się bombą zegarową?
Mahathir wyłamuje się ...... 159
Jedną z naprawdę zaskakujących rzeczy dotyczących rozwoju kryzysu finansowego
ostatnich dwóch lat - lub pięciu lat, jeśli kryzys azjatycki i kryzys
meksykański uzna się za części jednej i tej samej historii - jest pytanie, w
jakiej mierze dotknięte nim kraje zachowywały się należycie, jak chętnie
trzymały się reguł nowego porządku światowego. Przeważnie rządy potulnie akceptowały
pogląd, że kryzys był karą za grzechy, lub w każdym razie nie było innego
wyboru poza podążaniem prostą i wąską ścieżką, aż inwestorzy nabiorą z powrotem
zaufania. Nawet premier Malezji Mahathir, mimo że
unikał stania się klientem MFW, był zdecydowany opowiedzieć się za mniej lub
bardziej ortodoksyjną polityką zaciskania pasa i zaakceptować wynikającą z tego
recesję.
Jednakże w lecie 1998 r. jego cierpliwość się wyczerpała. Gdzie była nagroda za
dobre sprawowanie? Pytanie to stawiali sobie również inni. Mahathir
był jednak w stanie zrobić coś więcej, niż tylko stawiać pytania; razem ze
swoimi doradcami zaczął potajemnie przygotowywać drastyczną akcję. Podobnie jak
w przeszłości rządy, które znalazły się w obliczu kryzysu, zamierzał wprowadzić
ograniczenia w ruchu kapitałów. (...)
Jeżeli jednak fakt, iż Chiny nie zliberalizowały obrotów kapitałowych, okazał
się dla nich korzystny, to dlaczego nie miałoby być korzystne dla innych krajów
Azji nałożenie ograniczeń na ucieczkę kapitałów? Tak właśnie rozumował Mahathir i jego
doradcy. Podobnie rozumowano w innych
krajach. Wybitny specjalista w dziedzinie handlu zagranicznego, Jagdish Bhagwati, od szeregu
miesięcy domagał się wprowadzenia kontroli kapitału... Również inny znany ekonomista wystąpił z wezwaniem
o kontrolę kapitałów akurat kilka dni przed zapowiedzią Mahathira.
Tym ekonomistą byłem ja. Moje
rozumowanie było takie właśnie, jak opisałem: uważałem kontrolę kapitału za złe
rozwiązanie, ale lepsze od rozwiązań alternatywnych. Wolałbym
wprawdzie mniej drakońskie ograniczenia, wyraźniejsze zobowiązanie się rządu do
wykorzystania swobody uzyskanej przez kontrolę do przeprowadzenia reformy
gospodarki i do jej ożywienia oraz zadeklarowania intencji zakończenia kontroli
po pewnym ograniczonym czasie, nie mogę jednak całkowicie odżegnać
się od polityki gospodarczej Mahathira.
Czy Mahathir
się mylił (i czy ja się myliłem)? Gdy zapowiedziano wprowadzenie kontroli,
inwestorzy oświadczyli, że nie będzie ona możliwa, głosząc, że szalony premier
wstąpił na drogę prowadzącą do klęski.
Wciągu kilku początkowych
tygodni krążyły szeroko budzące popłoch opowieści o tym, jak kontrola poniesie
fiasko, lub że to już następuje. Lecz na razie kontrola, przynajmniej od strony
technicznej, funkcjonowała o wiele lepiej, niż przepowiadali sceptycy. Ciągle
nie jest jasne, czy Mahathir będzie w stanie pobudzić
ożywienie gospodarki pod osłoną tej kontroli, ale wielu obserwatorów stwierdza
zgodnie, że gospodarka Malezji wykaże w tym roku przynajmniej pewien wzrost.
To samo jednak można powiedzieć
o kilku innych gospodarkach azjatyckich. Okazuje się,
że radykalna inicjatywa Mahathira została podjęta w
niewłaściwym czasie (to samo dotyczy mojego artykułu). Akurat gdy polityka
Malezji weszła w życie, panika rynkowa zwrócona przeciwko gospodarkom
azjatyckim zaczęła słabnąć. Było to wynikiem po części opisanych wyżej
powiązań w stylu Rube Goldberga,
a po części szerszego odczucia, że krajom azjatyckim (pomijając Indonezję) nie
grozi kompletne załamanie. W każdym razie waluty azjatyckie umocniły się, a
stopy procentowe obniżyły się, tak iż sprawy zaczęły wyglądać trochę lepiej. Czy zatem wezwanie do wprowadzenia kontroli nie było
niepotrzebnym alarmem? Czy polityka Międzynarodowego Funduszu Walutowego
mimo wszystko nie funkcjonuje dobrze?
Można by sobie tak
pomyśleć; lecz potem doszło do wyraźnej demonstracji, że świat jest nadal
bardzo niebezpiecznym miejscem dla krajów rozwijających się, że nie nastąpił koniec historii i że Waszyngtonowi
daleko jeszcze do trzymania tego problemu pod kontrolą, zarówno pod względem
praktycznym, jak i intelektualnym.
Pa, pa,
Brazylio! ...... 163
Brazylia jest krajem przyszłości - i takim zawsze pozostanie, głosi miejscowe
gorzkie przysłowie. Ma one za sobą historię okresów ożywienia i wzrostu, po których
następowały rozczarowania, od amazońskiego boomu kauczukowego po erę „cudu
brazylijskiego”, tj. dekadę 9-procentowego wzrostu w latach 1964-1974. W ostatnich dwudziestu latach kraj słaniał
się od jednego kryzysu do drugiego, z kulminacją bliską hiperinflacji w 1994 r.
Ale podobnie jak jej sąsiedzi, Brazylia nawróciła się i stała się wyznawcą
ewangelii stabilności cen i reformy gospodarczej. W 1994 r. minister finansów Fernando Henrique
Cardoso wprowadził nową walutę, reala, który stał się
punktem centralnym nowej kampanii na rzecz stabilizacji cen.
Odmiennie niż argentyńskie
peso, real nie został związany stałym
kursem z dolarem. Zaniepokojeni możliwością, że zbyt drastyczna próba
stabilizacji waluty może doprowadzić do zawyżenia jej kursu na miarę
meksykańską, reformatorzy Brazylii zamiast tego wprowadzili crawling peg (pełzający parytet) – zapowiadany z
góry szereg drobnych dewaluacji, pozwalających na trochę powolnej inflacji.
Początkowo wydawało się, że to kompromisowe rozwiązanie funkcjonuje dobrze...
(...)
Potem weszła na scenę Rosja.
Być może Brazylia w pewnej mierze zaraziła się w sposób mechaniczny rosyjskimi
stratami: przynajmniej niektóre fundusze hedgingowe inwestowały w Brazylii,
żeby skorzystać z wysokich stóp procentowych, zakładając, że real będzie
dewaluowany całkiem powoli, tak iż tam właśnie będą mogły się wyprzedawać,
gdyby poniosły straty gdzie indziej. Ale jak się wydaje, głównym źródłem
infekcji było to, że inwestorzy dostrzegli nagle pewne podobieństwo między tymi
dwoma krajami, głównie dlatego, że Brazylia również miała uporczywie wysoki
deficyt budżetowy.
Powołując się na tę analogię,
rynki popełniły jednak pomyłkę.
Gospodarka Brazylii nie była fasadą potiomkinowską.
(...)
Kto
następny ? ...... 167
Czy skończyliśmy z gospodarkami podatnymi na zapaści, czy też czeka nas w
przyszłości jeszcze więcej kryzysów?
Trzy odrębne grupy gospodarek nie przeżyły dotąd w pełni rozwiniętych kryzysów,
ale mogą się z nimi spotkać. Nazwijmy je dobrymi, kiepskimi i bogatymi.
Dobre to takie gospodarki, które od początku próbowały żyć według reguł nowego
porządku światowego, które mają zdrowy pieniądz i zdrowe budżety, ale mimo to
mogą zostać wciągnięte w kryzys przez reperkusje wydarzeń u sąsiadów. W Azji
głównym przykładem takiej gospodarki jest
Hongkong, ze swoją wzorową dyscypliną budżetową, ze swoją staranną
regulacją bankowości, a jednak zagrożony, gdy gospodarki dokoła przeprowadzają
dewaluacje i załamują się. Sprawy w Hongkongu wciąż mogą znacznie się
pogorszyć. Latynoamerykańskim odpowiednikiem
Hongkongu jest Argentyna, której system walutowy może nie uchronić przed
kryzysem, gdy załamie się waluta i gospodarka największego sąsiada.
Kiepskie gospodarki to te,
które zasługują na kryzys tak samo jak kraje nim objęte, ale jak dotychczas
udało im się uniknąć wciągnięcia w wir – zwykle dlatego, że nie postępowały
według reguł. Głównym przykładem są tu oczywiście Chiny – skorumpowane,
przeżarte kumoterstwem, ze strasznymi bankami, ale oszczędzone dotychczas
dzięki swojej niewymienialnej walucie.
Czy Chiny mogły pójść śladem
swych sąsiadów? Być może tak, ale kryzys
wyglądałby tam nieco inaczej z powodu kontroli kapitału i braku wielkiego
zadłużenia w obcych walutach. (...)
Dobra nowina polega na tym, że
rząd chiński jest w pełni świadom tego ryzyka i próbuje z nim walczyć poprzez masowe wydatki na inwestycje
publiczne, tzn. za pomocą klasycznego lekarstwa keynesowskiego.
Na koniec, istnieją bogate kraje: kraje Pierwszego Świata. Czy są one podatne
na kryzysy?
Japonia znajduje się już w ciężkich
opałach. Moim zdaniem, Japonia tkwi
głęboko w swojej pułapce płynności i tylko radykalna zmiana polityki może ją z
tej pułapki wydobyć.
Pozostaje zatem pytanie, czy
Europa i Stany Zjednoczone mogą się znaleźć w podobnej opresji. A odpowiedź
brzmi, że skoro może się to przydarzyć Japonii, to może również nam. (...)
Są to jednak tylko scenariusze,
a nie przepowiednie. W rzeczywistości mogą to być nawet samozaprzeczające sobie
proroctwa, ponieważ jeżeli rozumiemy staromodne przypadłości, które na nowo wyłoniły
się w warunkach nowego porządku światowego, to możemy być w stanie ich
unikać.
9. Wracają problemy kryzysu
gospodarczego .........
170
Gospodarka światowa nie
znajduje się w kryzysie i prawdopodobnie w żadnym razie w bliskiej przyszłości
nie znajdzie się w stanie depresji. Ale choć nie doszło do powrotu kryzysu jako
takiego, nastąpił zadziwiający powrót na scenę problemów, które
charakteryzowały gospodarkę światową w latach trzydziestych XX wieku, a od tego
czasu nie pojawiały się. Pięć lat temu nikomu nie przychodziło na myśl, że
współczesne kraje będą zmuszone przeżywać przygniatające swym ciężarem recesje
w obawie przed spekulantami walutowymi; że jeden z najważniejszych krajów
zaawansowanych znajdzie się w sytuacji, w której ciągle nie będzie w stanie
wykreować pod dostatkiem wydatków po to, aby utrzymać zatrudnienie robotników i
wykorzystanie zakładów produkcyjnych, że nawet Rezerwa Federalna będzie
niespokojna o swoją zdolność do przeciwdziałania panice na rynku finansowym.
Okazało się, że gospodarka światowa jest o wiele bardziej niebezpieczna, niż
sobie wyobrażaliśmy.
W jaki sposób świat stał się niebezpieczny? Co ważniejsze, w jaki sposób możemy
go uczynić bardziej bezpiecznym? W tej książce opowiedziałem wiele historii,
obecnie nadszedł czas, by spróbować wysnuć z nich kilka morałów.
Co to
jest teoria ekonomiczna kryzysu?
...... 170
Co oznacza powiedzenie, że problematyka kryzysu gospodarczego stała się znowu
aktualna? W istocie oznacza to, że po raz pierwszy za życia dwóch pokoleń niedomagania
popytowej strony gospodarki - wydatki prywatne na poziomie niewystarczającym do
wykorzystania istniejących zdolności wytwórczych - stały się wyraźnym, bieżącym
ograniczeniem pomyślnej koniunktury w dużej części świata.
My – rozumiem przez to ekonomistów,
ale również decydentów politycznych i w ogóle ludzi wykształconych – nie
byliśmy na to przygotowani. Szczególny zestaw śmiesznych pomysłów, który
zgłasza pretensje do nazwy „ekonomia strony podażowej”, jest ekscentryczną
doktryną, która nie miałaby większych wpływów, gdyby się nie odwoływała do
przesądów wydawców i bogaczy. Jednakże w ciągu kilku minionych dziesięcioleci w
myśli ekonomicznej występowała stała tendencja do przesuwania nacisku ze strony
popytowej na stronę podażową gospodarki.
Tendencja ta była częściowo
rezultatem teoretycznych sporów w obrębie nauk ekonomicznych, które – jak to
się często zdarza – stopniowo przeciekały na zewnątrz w nieco zniekształconej
formie, stając się przedmiotem szerszej dyskusji. Krótko mówiąc, źródło tych sporów
teoretycznych było takie: przypadki niedostatku ogólnego popytu mogłyby w
zasadzie same się uzdrawiać, gdyby tylko płace i ceny szybko się obniżały w
obliczu bezrobocia. W przytoczonej historyjce o kryzysie w spółdzielni nianiek
jednym ze sposobów na samodzielne wychodzenie z tej sytuacji było obniżenie
ceny godziny opieki nad dziećmi, wyrażonej w kuponach, w wyniku czego wzrosłaby
siła nabywcza kuponów, tak iż spółdzielnia powróciłaby do „pełnego
zatrudnienia” bez jakichkolwiek posunięć ze strony zarządu. W rzeczywistości to
nie dochodzi do skutku, lub jeśli dochodzi, to trzeba na to bardzo dużo czasu;
ale ekonomiści nie są zgodni co do tego, dlaczego tak właśnie się dzieje.
Wynikiem tego był szereg zaciętych batalii akademickich, które doprowadziły do
tego, że cały temat recesji i przyczyn
ich występowania stał się swego rodzaju profesjonalnym polem minowym, po którym
coraz mniej ekonomistów odważa się stąpać.
Dlatego jest rzeczą zrozumiałą, że opinia publiczna doszła do wniosku,
iż albo ekonomiści nie rozumieją recesji, albo środki zaradcze stosowane po
stronie popytowej zostały zdyskredytowane. Prawda polega na tym, że owa dobra,
staromodna makroekonomia strony popytowej ma wciąż dużo do zaoferowania – ale jej obrońcy nie są o tym całkowicie przekonani,
podczas gdy jej krytycy są żarliwymi pasjonatami.
Paradoksalne, podczas gdy
teoretyczne niedomagania ekonomii strony popytowej są jedną z przyczyn tego, że
nie byliśmy przygotowani na powrót problemów kryzysu gospodarczego, to drugą
przyczyną są jej sukcesy w praktyce. Przez cały ten okres, w którym ekonomiści
sprzeczali się między sobą, czy rzeczywiście w celu wydźwignięcia gospodarki z
recesji można stosować politykę pieniężną, banki centralne wielokrotnie
przejmowały inicjatywę i faktycznie stosowały ją, i to tak skutecznie, że myśl
o długotrwałej zapaści gospodarczej spowodowanej niedostatkiem popytu utraciła
wszelką wiarygodność.
Nawet teraz wielu ekonomistów
nadal traktuje recesje jako sprawy mniejszej wagi, a ich badanie jako przedmiot
zgoła kompromitujący; w modzie jest zajmowanie się postępem technicznym i
długookresowym wzrostem. Są to piękne i ważne problemy i na dłuższą metę to one
właśnie mają rzeczywiście zasadnicze znaczenie, ale – jak to powiedział Keynes
– w długim okresie wszyscy pomrzemy.
Tymczasem na krótszą metę świat
się kolebie od kryzysu do kryzysu, a każdy z nich wiąże się w zasadniczej
mierze z problemem generowania dostatecznego popytu. Na przykładzie Japonii
okazuje się, że nie wystarczy stosowanie tradycyjnej polityki pieniężnej i
fiskalnej. Jeżeli może się to przydarzyć Japonii... (...) Kwestia, jak
utrzymywać popyt na poziomie odpowiednim do wykorzystania zdolności wytwórczej
gospodarki, ponownie nabrała kluczowego znaczenia.
O co
chodzi? ...... 172
Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem związanym z powrotem problemów kryzysu
gospodarczego jest, oczywiście, możliwość rozprzestrzenienia się choroby i
obawa, że na liście ofiar znajdą się dodatkowo Argentyna lub Republika Południowej Afryki, lub Turcja,
lub (Boże uchowaj!) Chiny; że deflacja w Europie lub krach giełdowy w Stanach Zjednoczonych mogą doprowadzić
grupę krajów rozwiniętych jako całość do sytuacji w stylu japońskim.
Przypomnijmy sobie ów pakiet
keynesowski. Wierni wyznawcy wolnego rynku skłonni są uważać politykę
keynesowską w szerokim ujęciu – jako świadome działania rządu w celu pobudzenia
popytu – za wroga tego, za czym się opowiadają. Ale nie mają racji, bo w
świecie, w którym często brakuje dostatecznego popytu, trudno jest znaleźć
argumenty na rzecz wolnych rynków.
Wyobraźmy sobie teraz, że jakiś
potężny związek zawodowy czy grupa przedsiębiorców zażąda, by dla ochrony
miejsc pracy rząd wprowadził cła lub kontyngenty importowe. Tradycyjną
odpowiedzią na takie żądania jest twierdzenie, że w rzeczywistości nie
przybędzie przez to miejsc pracy, a jedynie nastąpi ich przesunięcie : cło może
zwiększyć zatrudnienie w jednej gałęzi przemysłu, ale spowoduje utratę co
najmniej takiej samej ilości miejsc pracy w innych gałęziach. Sprawa tak będzie
wyglądała na pewno w przypadku Stanów Zjednoczonych, ponieważ naciski
inflacyjne wywołane w pewnych gałęziach pod wpływem protekcjonizmu zmuszą
Rezerwę Federalną do podwyżki stóp procentowych, co spowoduje likwidację takiej
samej lub jeszcze większej liczby miejsc pracy w innych gałęziach. Ale w
przypadku kraju, który cierpi na wysokie bezrobocie z powodu niewystarczającego
popytu i który nie może nic zdziałać, aby zwiększyć popyt, w obawie przed
ucieczką kapitałów, ten argument jest po prostu błędny.
Obarczenie
ofiary winą ...... 174
Nawet obecnie wielu mędrców nie akceptuje poglądu, że
seria nowych kryzysów gospodarczych dowodzi istnienia pewnego problemu
systemowego. Wskazują oni natomiast słabe strony poszczególnych krajów,
na błędy w polityce ich przywódców. Banki japońskie postępowały zbyt beztrosko,
władca Indonezji był zbyt skorumpowany, deficyt budżetowy Brazylii był zbyt
wysoki. Stosujcie właściwą politykę, a wszystko będzie dobrze! Przy tym nie ma
żadnych wątpliwości, że każdy kraj, który znalazł się w sytuacji nawrotów
problemów kryzysu, nawet jeśli był szeroko wychwalany za swoje gospodarowanie,
zanim sprawy przybrały niepomyślny obrót (a większość tych krajów znajdowała
się w takiej sytuacji), przy bliższym zbadaniu, jak się okazuje, ma poważne
słabe strony. Ale trzeba być ostrożnym przy wyciąganiu wniosków.
Wyobraźmy sobie odcinek
autostrady, na którym wydarzyła się ostatnio niezwykła liczba wypadków. Policja bada przyczyny każdego z tych
wypadków i niemal w każdym znajdują pewien czynnik mający nań istotny
wpływ... (...) Po pierwsze, jeśli
przeprowadzi się skrupulatne badania, to okaże się, że u każdego kierowcy lub w
każdym pojeździe można znaleźć pewne wady; czy kierowcy ci są pod jakimś
względem gorsi od przeciętnych? Po
drugie, nawet gdy są gorsi, fakt ten nie usprawiedliwia stanu drogi. Jest mało
prawdopodobne, aby dobrym kierowcom przydarzały się wypadki na każdej drodze,
ale dobre drogi nie wymagają doskonałości od swoich użytkowników.
Podobnie, dobry system
gospodarczy nie powinien wymagać doskonałej polityki od swoich obywateli. Jest
rzeczą uderzającą, że tyle spośród krajów, które najbardziej ucierpiały w
ostatnich latach, od Japonii po Koreę, tak niedawno stawiano na piedestale.
Jeśli przyjąć, że ich poprzedni wielbiciele byli nadmiernie zafascynowani
swoimi gwiazdami, to czy rzeczywiście kierowano nimi tak źle, jak niektórzy
dzisiaj przypuszczają?
Szczególnie uderzający, jeśli
chodzi o kryzysy gospodarcze w ostatnich dwóch latach, jest fakt, że na ogół
kraje nimi nawiedzone prowadziły według
wszelkich kryteriów lepszą politykę niż w przeszłości.
Ta natarczywość w obarczaniu
winą ofiar występuje pod kilkoma pozorami. Jednym z nich jest coś, co określam
„teorią nawisu” – pogląd, że recesje są zasłużoną, a faktycznie niezbędną karą
za poprzedzające ją ekscesy. Japonia płaci dzisiaj (z ośmioletnim opóźnieniem!)
cenę za spekulacyjne ekscesy
gospodarczej „bańki mydlanej”, a Azja za finansowany kredytami boom
wydatków minionych lat dziewięćdziesiątych...
Ale teoria ta jest całkowicie
fałszywa. Ekscesy się zdarzają; wiele inwestycji trzeba będzie spisać na
straty, nawet jeśli gospodarki wyjdą z kryzysu. Nie ma jednak uzasadnionej
przyczyny, dla której błędne inwestycje w przeszłości miałyby pozbawiać pracy
dobrych robotników i unieruchamiać doskonale użyteczne fabryki.
Podobną pokusę przedstawia
tendencja do traktowania spadku koniunktury jako dowodu na to, że gospodarka ma
problemy „strukturalne”, które muszą zostać rozwiązane, zanim będzie ona w
stanie się ożywić... (...)
Jeszcze długa jest droga przed nami, zanim będziemy mogli
pretendować do tego, że uporaliśmy się raz na zawsze z problemami kryzysu
gospodarczego.
Na czym więc mają polegać zmiany w
naszym postępowaniu?
Jak
chronić bogatych?
...... 177
Świat jest niesprawiedliwy. Kraje bogate są błogosławione pod każdym względem.
Nie tylko są zamożne, ale też mają na ogół stabilne i skuteczne rządy. Znajdują
się przy tym po dobrej stronie podwójnego standardu: inwestorzy i rynki skłonni
są darzyć je zaufaniem. Wszystko to daje im swobodę działania, zdolność do
stawiania czoła problemom gospodarczym, czego biedniejsze kraje mogą im tylko
pozazdrościć.
Niemniej jednak Japonia dowiodła nam, że nawet zaawansowany kraj może utknąć w
miejscu; przerażające wydarzenia ubiegłej jesieni nasuwają myśl, że krajom
zaawansowanym nadal grozi pewne ryzyko popadania w kryzysy finansowe. Co kraje
te mogą zrobić, by się przed nimi uchronić?
Wyjaśniłem już, co moim zdaniem powinna zrobić Japonia (por. rozdział 4):
utkwiwszy w pułapce płynności - niezdolna do wydobycia się z niej za pomocą
tradycyjnej polityki pieniężnej, ponieważ nawet zerowa stopa procentowa nie
jest do tego wystarczająco niska - wyczerpawszy swoją zdolność do opłacenia
drogi wyjścia deficytem budżetowym, Japonia musi obecnie rozszerzyć radykalnie
podaż pieniądza w celu przekonania ciułaczy i inwestorów, że obecna deflacja
przerodzi się w trwałą, lecz umiarkowaną inflację. Z chwilą gdy Japończycy
zdecydują się na to, wyniki będą dla nich zaskakujące; ale by akceptowali myśl,
że taki radykalny krok stanowi dla nich jedyne wyjście, potrzeba czasu.
Stany Zjednoczone i Europa nie znajdują się obecnie w pułapce płynności, toteż
powinny troszczyć się o to, jak jej uniknąć. Najbardziej oczywistym środkiem
ostrożności jest zapewnienie, by inflacja nie obniżyła się nadmiernie, gdy
czasy są pomyślne: ustalenie docelowej stopy inflacji na poziomie 2%, tak aby w
przypadku, gdy sytuacja będzie tego wymagać, móc obniżyć realne stopy
procentowe do minus 2%, a nie jedynie do zera. Według tego kryterium, w czasie,
gdy to piszę, Stany Zjednoczone postępują mniej więcej prawidłowo, natomiast
europejska polityka pieniężna jest nazbyt konserwatywna: wzrost gospodarczy
słabnie, inflacja wynosi mniej niż 1% i obniża się, a stopa procentowa na
poziomie 3% jest zbyt niska, by zapewnić wygodną swobodę zwalczania przyszłej
recesji. Mam nadzieję, że do czasu, gdy ta książka się ukaże, Europejski Bank
Centralny przystąpi agresywnie do obniżania stóp procentowych i pobudzania
wzrostu, bo jeśli tego nie zrobi, to pułapka płynności może zagrozić kolejnym
ofiarom.
Na dłuższą metę dobrze byłoby pomyśleć
o próbie usunięcia pewnych słabości ujawnionych przez ostatnie wydarzenia na
rynku. Blady strach wywołany przez fundusze hedgingowe
dowiódł, że współczesne rynki finansowe przez tworzenie wielu instytucji, które
pełnią funkcje podobne do banków, ale nie korzystają z zabezpieczeń typu
bankowego, w rezultacie przywróciły możliwości powstawania tradycyjnej paniki
finansowej. Spróbujmy sobie uświadomić, kto jest co komu winien, i zbudować
pewne nowe mury przeciwpożarowe, zanim ponownie uderzy kryzys.
W końcu, jeśli dojdzie do kryzysu,
zasada jest prosta: bez wahania obniżyć drastycznie stopy procentowe. Chociaż
Greenspan wyraźnie sądzi, że akcje amerykańskie są wyceniane nazbyt wysoko, mam
nadzieję, że nie popełni on błędu, który popełnili Japończycy, gdy pękła ich
bańka mydlana, witając z zadowoleniem korektę kursów giełdowych i zwlekając z
obniżką stóp procentowych do czasu, gdy już było za późno. Jestem mniej pewny,
jeśli chodzi o Europejski Bank Centralny; miejmy nadzieję, że jego dyrektorzy
rozumieją, jak wielka jest stawka.
Ogólnie biorąc, ze spokojem
uświadamiam sobie problemy krajów zaawansowanych. Wydaje mi się, że rozwiązania
tych problemów nie wymagają żadnych specjalnie bolesnych przestawień w gospodarce.
W szczególności, nie ma żadnych ekonomicznych dowodów, które by wskazywały na
to, że inflacja w wysokości 2%, która wydaje mi się odpowiednia dla Europy i
Stanów Zjednoczonych, lub nawet 4%, jaką moim zdaniem powinna sobie postawić za
cel Japonia, może wyrządzić jakąś znaczącą szkodę; a to, co muszą uczynić kraje
zaawansowane, by przeciwstawić się groźbie kryzysu gospodarczego, nie wiąże się
z jakimkolwiek naruszeniem przyjętych zobowiązań w stosunku do wolnych rynków.
Natomiast przestawienia, jakie
czekają kraje rozwijające się, wydają się trudniejsze.
Jak
pomóc biednym? ......
178
Gdy pisałem ten końcowy rozdział, odbywające się tradycyjnie w zimowy wieczór w
Davos spotkanie towarzystwa wzajemnej adoracji elity światowej zostało
zakłócone pewnymi nieporozumieniami. Wszyscy
zrzucali winę za katastrofę w Brazylii na Międzynarodowy Fundusz Walutowy,
żądając podania się do dymisji jego szefa, a nawet likwidacji samej instytucji.
Ale krytycy nie zgadzali się między sobą, jak się wydawało, nawet bardziej, niż
nie zgadzali się z polityką MFW. Niektórzy uważali, że Brazylia
powinna była raz na zawsze umocnić na stałe wartość reala,
przywiązując go wzorem Argentyny do dolara. Inni twierdzili, że należało
zezwolić na swobodne fluktuacje waluty i że zasadniczym błędem było
podwyższenie stóp procentowych w celu podtrzymania jej kursu. Niektórzy zaś,
oczywiście, dowodzili, że Brazylia powinna była wprowadzić kontrolę ruchu
kapitałów, aby ograniczyć spekulację.
Osobliwą rzeczą było to, że każdy z krytyków miał poniekąd
rację. Można się spierać, czy polityka Funduszu Walutowego - która
broni kursu waluty za wszelką cenę, nie obiecując jednak w sposób wiarygodny,
że obrona ta przyniesie pożądany rezultat, ani nie nakładając żadnych
restrykcji na tych, którzy będą spekulować tak, aby się ona nie powiodła-
prowadzi do czegoś najgorszego w świecie. Wyraźny
wybór każdej z możliwości - swobodnej płynności kursu waluty, zarządzania
kursem walutowym czy wprowadzenia reżimu kontroli kapitału - mógłby być lepszy
niż zajęcia miejsca gdzieś w pośrodku.
Powiedziawszy to, jestem sceptyczny wobec systemu zarządzania kursem
waluty. Powtórzę to, co powiedziałem w rozdziale 6, że nawet gdy system taki
dobrze funkcjonuje, to chroni kraj przed spekulacją przeciwko jego walucie, ale
nie chroni przed spekulacją przeciwko jego gospodarce; być może ryzyko jest
mniejsze, ale nie jest to całkiem pewne. A jeśli system ten zawiedzie - co
zdarzy się przy niesprzyjających warunkach politycznych - to wynikiem tego
będzie naprawdę straszna katastrofa, która pozbawi rząd wszelkiej
wiarygodności.
Następna opcja to danie szansy dewaluacji, dopuszczenie do obniżenia kursu
waluty przez działanie rynku bez podnoszenia stóp procentowych. Środek ten
działa w przypadku krajów zaawansowanych, a być może będzie działał również w
niektórych krajach rozwijających się. W świetle wydarzeń w Brazylii stało się
jasne w sposób bolesny, że przeciwstawna strategia - podwyżek stóp procentowych
do niebosiężnych poziomów w celu niedopuszczenia do ucieczki kapitałów - jest
pod każdym względem strategią poronioną. Nie tylko wprawia ona realną
gospodarkę w śmiertelny poślizg, lecz napawając inwestorów poczuciem niechybnej
ruiny, często nie potrafi nawet ustabilizować kursu waluty. Wydaje się całkiem
możliwe, że gdyby Brazylia nie podniosła stóp procentowych w obronie reala, waluta ta w rzeczywistości uniknęłaby głębokiego
spadku, jakiego potem doznała. Co prawda kilka krajów azjatyckich, które
próbowały stosować politykę wysokich stóp procentowych, zaczyna obecnie
dochodzić do siebie; oczywiście, nie wszystkie wypadki kończą się tak fatalnie.
Ale co należy zrobić, jeżeli dewaluacja jest nie do przyjęcia, ponieważ spółki
są poważnie zadłużone za granicą lub ponieważ społeczeństwo zbyt łatwo traci
zaufanie do swojej waluty? Trudno wówczas uniknąć wniosku, że niezbędne jest
wprowadzenie kontroli kapitału jako swego rodzaju godziny policyjnej
niedopuszczającej do ucieczki kapitału po opanowaniu sytuacji. Wielu
zwolenników wolnego rynku zareaguje ze zgrozą na samą myśl o tym; ich zdaniem,
prawo do lokowania swoich pieniędzy tam, gdzie komuś to odpowiada, jest świętą
zasadą. Ale podobnie jak wolność słowa niekoniecznie
uznaje prawo do wykrzykiwania "pożar!" w przepełnionym teatrze, tak
też zasada wolnych rynków niekoniecznie oznacza, że należy dopuszczać do tego,
by inwestorzy zadeptywali się w panice. Bo to właśnie się dzieje,
gdy wybucha paniczny kryzys. Brazylia byłaby bezpiecznym miejscem dla lokat
kapitału, gdyby nie ryzyko kryzysu - to znaczy, byłaby bezpieczna dla każdego
inwestora, gdyby miał on pewność, że inni inwestorzy nie zamierzają wycofać
swoich kapitałów. Ale inwestorzy nie
dowierzali sobie wzajemnie - i tak doszło do kryzysu.
Istota rzeczy polega na tym, że gdy zagraża kryzys, to wprowadzenie
reglamentacji obrotów kapitałowych może leżeć w interesie nie tylko kraju, ale
nawet inwestorów - podobnie jak wtedy, gdy ludność dotkniętego trzęsieniem
ziemi miasta czuje się lepiej, jeśli rząd wprowadza przejściowo godzinę
policyjną. Można by nawet dowieść, że oczekiwanie, iż taka reglamentacja zostanie
wprowadzona w razie potrzeby, zamiast zniechęcać długoterminowych inwestorów,
faktycznie będzie im zapewniać poczucie bezpieczeństwa, przynajmniej gdy oswoją
się z tą myślą.
Być może, radę tę można krótko streścić,
powtarzając dawne zalecenie, żeby pójść do kościoła według swego wyboru, ale
żeby w każdym razie pójść. W warunkach kryzysu finansowego rząd musi podjąć
jakąś decyzję: wprowadzić system zarządzania kursem waluty, jeśli da się to
łatwo zrealizować i jeżeli jest gotowy do pogodzenia się z implikacjami tego
rozwiązania na dłuższą metę; albo dopuścić do fluktuacji, jeśli uważa, że może
to dobrze funkcjonować w danym kraju; albo w krytycznej sytuacji wprowadzić
szybko w życie reglamentacją obrotów kapitałowych. Cokolwiek zrobi, nie
powinien się bać.
Niemniej jednak na pewno najlepszą rzeczą byłoby przede wszystkim zapobieżenie
kryzysowi. Co można tu zrobić? Obecnie każdy opowiada się za lepszą informacją,
większą "przejrzystością" sprawozdawczości banków i spółek,
ściślejszą regulacją podejmowania ryzyka finansowego itp. Jak najbardziej
należy to wszystko zrobić. Oprócz tego trzeba znaleźć sposoby osłabienia pętli
sprzężenia zwrotnego, opisanych w rozdziale 5. Ponieważ mówimy tu o środkach na
dłuższą metę, mamy wciąż dość czasu na dyskusję; osobiście sugerowałbym, aby
rządy starały się aktywnie zniechęcać krajowe spółki do zadłużania się w obcych
walutach, a być może również w ogóle do zbytniego polegania na funduszach
zapożyczonych (tzn. zmniejszyć związany z nimi "efekt dźwigni").
Najlepszym sposobem urzeczywistnienia tego jest prawdopodobnie opodatkowanie
spółek zaciągających pożyczki w walutach obcych. W ten sposób kraje mogłyby
odzyskać możliwość dopuszczania do wahań kursów swoich walut bez wywoływania
ich załamań i przez to możliwość unikania przyszłych kryzysów.
Nie podoba mi się myśl, że państwo
będzie musiało się wtrącać w działanie rynków, że będzie musiało ograniczać
wolny rynek w celu jego zachowania. Ale trudno jest spokojnie przyglądać się
temu, jak niektórzy wciąż nalegają, by nie podejmować żadnych tego rodzaju
działań, gdyż rynki finansowe zawsze będą nagradzać cnotę, a karać tylko za
występek.
Duma i
przesąd ...... 181
Zdesperowany prezydent Cardoso odrzucił myśl o kontroli kapitału, podkreślając,
że wprowadzenie jej pozbawiłoby Brazylię nadziei na to, że stanie się kiedyś
krajem "pierwszej klasy". Oświadczenie to nadeszło w czasie, gdy
gazety finansowe spekulowały, że Brazylia może nie wywiązać się ze swoich
długów, a nawet wprowadzić przerwę w działalności banków, a prognozy
prześcigały się w ocenach przewidywanego spadku produkcji tego kraju.
Nie można się oprzeć współczuciu dla Cardosa, który
próbował zastosować wszelkie właściwe środki i nie został w żaden sposób
wynagrodzony za swoje wysiłki. Wyraźne odkrycie, że Brazylia nie jest gotowa do
pływania na światowym rynku kapitałowym bez koła ratunkowego, było dla niego
strasznym upokorzeniem. Niemniej jednak jego kraj nie może sobie pozwolić na
to, by zbytnio dbać o swoją cześć. Musi znaleźć wyjście ze swojego dylematu, a
jeżeli to wyjście wymaga wprowadzenia reglamentacji kapitału, to niech tak się
stanie. Przecież w większości owe kraje
"pierwszej klasy" stosowały ograniczenia kapitałowe w ciągu życia
całego pokolenia po drugiej wojnie światowej, a dopiero wtedy, gdy zaczęły
prosperować, otworzyły się na swobodny ruch kapitałów, a nie odwrotnie.
Prawdą jest, że tego rodzaju zarozumiałość jest zbytkiem, na który
nikt z nas nie może sobie pozwolić w świecie narażającym nas na nieoczekiwane
ryzyko. Jeżeli, zgodnie z pogłoskami, opozycja wobec ekspansji monetarnej w
Japonii wywodzi się częściowo z kręgów oficjalnych, które czują się poniżone
przez słabą pozycję jena i obawiają się, iż znajdą się obecnie w cieniu przez
to, że euro stało się głównym rywalem dolara, to ludzie ci powinni się
wstydzić. Z drugiej strony, jest to bardzo dobra wiadomość, że rządy Europy,
które jeszcze tak niedawno za najważniejszy cel nowej unii walutowej uważały zapewnienie
mocnej pozycji euro, obecnie mówią o pierwszoplanowym znaczeniu utrzymania
zatrudnienia i uniknięcia deflacji.
Jeszcze ważniejszą od dumy przeszkodą w rozsądnym działaniu są przesądy -
podpisywanie się wielu wpływowych ludzi pod ortodoksyjnymi poglądami na
politykę gospodarczą, które straciły swą aktualność w naszym zmieniającym się
świecie. Dwadzieścia lat temu, gdy nawet zaawansowane kraje doświadczały
dwucyfrowej inflacji, gdy niepożądana regulacja dewizowa była źródłem poważnych
zakłóceń w gospodarce i szerzącej się korupcji, wychwalanie stabilności cen i
wymienialności waluty jako cnoty było oczywiście czymś, co wskazywało światu
właściwy kierunek. Ale nie żyjemy już w takim świecie i pożyteczne nawoływania
do wspólnych działań w jednej epoce stały się w nowych czasach niebezpiecznymi,
przestarzałymi hasłami. Odmowa nowego spojrzenia na
zasadność zerowej inflacji, gdy kraj znalazł się w pułapce płynności lub w jej
pobliżu, odmowa wzięcia pod uwagę reglamentacji kapitału, gdy obawy inwestorów
przed upadkiem gospodarki przeradzają się w samospełniające się proroctwo, jest
stawianiem pozorów zdrowej polityki gospodarczej wyżej od rzeczywistości.
Każdy, kto spędza dużo czasu na debatowaniu o gospodarce poza
środowiskiem akademickim, szybko staje się gruboskórny i wygląda na cynika.
Niemniej jednak jest coś uderzającego w sztywności umysłowej wielu wpływowych
osób, nie tylko urzędników państwowych, ale również dziennikarzy, a nawet
profesjonalnych ekonomistów. Analiza ekonomiczna
nie jest - i w żadnym razie nie posądza się jej o to, że jest zbiorem reguł,
którymi należy się kierować przy każdej okazji; uważa się ją raczej za pewien
sposób myślenia, za coś, co pozwala udzielać trafnych, nowych odpowiedzi na
zjawiska zmieniającego się świata. Tym, co podtrzymuje jej
użyteczność, jest właśnie fakt, że stare modele można nauczyć nowych sztuczek -
że podstawowa wiedza np. o tym, jak dochodzi do recesji, wskazuje nam sposób
wyjścia z załamania, które nie reaguje na stosowaną zwykle terapię. W ubiegłym roku
byłem jednak zaskoczony tym, jak wielu ludzi odwraca ten proces, pospiesznie
zszywając z różnych lat nowe modele, aby uzasadnić dawne chwyty. Ci, którzy
martwili się o przywrócenie równowagi budżetowej, gdy problemem był niedający
się opanować deficyt, nagle z uporem twierdzą, że podwyżka podatków i
ograniczenie wydatków zapobiegną recesji, ponieważ wpłyną na poprawę zaufania.
Ci, którzy chcieli przywrócenia stabilnych cen, gdy zagrażała inflacja, obecnie
twierdzą, że "kierowana inflacja" może w jakiś sposób dodać gazu
gospodarce, ponieważ w Japonii - jakkolwiek nigdzie indziej w świecie -
osłabiona waluta i obniżone realne stopy procentowe powodują kurczenie się
popytu. Gdyby takie argumenty wysuwano na rzecz nieortodoksyjnej polityki,
słusznie odrzucano by je jako nonsens; ale posługiwanie się argumentacją ad hoc
w obronie ortodoksji nie wydaje się czymś złym.
I to sprowadza nas do najgłębszego sensu, w jakim należy rozpatrywać powrót
problemów kryzysu gospodarczego. Za kwitesencję
ekonomicznego wyroku uważa się zdanie: "nie ma bezpłatnego obiadu",
które oznacza że środki są ograniczone, że po to, aby mieć czegoś więcej,
trzeba zgodzić się z tym, że czegoś innego będzie mniej, że nie ma korzyści bez
boleści. Natomiast teoria ekonomiczna kryzysu jest to
analiza sytuacji, w której istnieje bezpłatny obiad, bylebyśmy tylko umieli
sobie wyobrazić, jak się do tego zabrać, ponieważ istnieją niewykorzystane
środki, które można wprzęgnąć do pracy. W 1930 r. John Maynard Keynes
pisał, że "wplątaliśmy się w kolosalny zamęt
przez to, że zabraliśmy się nieudolnie do kontrolowania delikatnej maszyny,
której funkcjonowania nie rozumiemy". Prawdziwa rzadkość zarówno w jego,
jak i w naszym świecie to rzadkość nie zasobów, ani nawet efektywności, lecz
rozumu.
Nie nabędziemy jednak potrzebnego zrozumienia, jeżeli nie będziemy
chcieli zastanawiać się jasno nad naszymi problemami i postępować śladem
naszych myśli, dokądkolwiek nas prowadzą. Niektórzy
twierdzą, że problemy Japonii, wschodzących krajów Azji czy Brazylii są problemami
strukturalnymi, których nie można szybko rozwiązać; ja natomiast sądzę, że
jedynymi ważnymi przeszkodami strukturalnymi na drodze do ogólnoświatowej
prosperity są przestarzałe doktryny, które kłębią się bezładnie w ludzkich
umysłach.
Uwagi.
Problemy dla nas "bardzo na czasie" choćby z uwagi na aktualną
sytuację w Polsce. Z przyjemnością przytoczył bym poglądy zarówno popierające
jak i polemizujące z Autorem. Najlepiej, żeby to były poglądy na bieżąco
aktualizowane. Normalny cykl wydawniczy jest zbyt długi, a bieżące artykuły
prasowe bardzo rzadko nawiązują do konkretnych książek. Czyli - nadzieja w
Internecie. Do redagowania "przeglądów dyskusji" potrzebny jest
jednak bardzo silny zespół. Moja "prezentacja literatury" siłą rzeczy
jest dość przypadkowa i bardzo fragmentaryczna.
Listopad 2001.
Anonimus.
========================================================
Literatura | Strona główna |