Paul Krugman:
Wracają problemy kryzysu gospodarczego
Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2001
Przekład Adam Szeworski
=====================================================================
Cytuję wybrane fragmenty. Strona w budowie. Sukcesywnie dodam trochę własnych uwag,
oznaczonych inną czcionką oraz inicjałami „Z.U.”  lub pseudonimem „Anonimus”, ale głównie na tematy „uboczne”. Makroekonomia nie jest moją specjalnością. Z.U.
=====================================================================
Z okładki książki

Czy gospodarka światowa jest bezpieczna?
Czy nie grozi jej kryzys?

Choć nie ma bezpośredniego zagrożenia, znowu aktualne stały się problemy, które charakteryzowały gospodarkę światową w latach trzydziestych XX wieku.

W warunkach postępującej globalizacji i liberalizacji obrotów międzynarodowych, przy nowych instrumentach finansowych, ogromnej masie kapitału i możliwościach spekulacji, kryzysy, jakie pojawiły się w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w Azji i Ameryce Łacińskiej, wpłynęły także na gospodarkę krajów wysoko rozwiniętych.

Nie można tego bagatelizować, lecz porzucając tradycyjne, doktrynalne myślenie, należy stosować metody polityki gospodarczej odpowiednie do aktualnej sytuacji i szybko reagować na niepokojące symptomy, aby uniknąć kryzysu światowego.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Spis treści

Przedmowa do wydania drugiego ......... 7
Wprowadzenie ......... 15
O książce ......... 19
1. Dzień 1 lipca 1997 r. ......... 23
Triumfujący kapitalizm ......... 24
Poskromienie cyklu koniunkturalnego ......... 28
Wiek magazynu "Wired" ........ 35
Owoce globalizacji ......... 37
Sceptycy i krytycy ......... 40
2. Krótki wykład o cudach: Azja przed kryzysem ......... 42
Tygrysy i smoki ......... 43
Na ile realny był ten wzrost? ......... 45
Inspiracja kontra perspiracja ......... 47
Czy istniał system azjatycki? ......... 55
3. Zignorowane ostrzeżenie: Ameryka Łacińska 1995 r. ......... 58
Meksyk - wydźwignięcie się z lat osiemdziesiątych ....... 60
Zerwanie Argentyny z przeszłością ......... 65
Zły rok Meksyku ......... 68
Kryzys "tequila" ......... 71
Wielka akcja ratunkowa ......... 76
Wyciągnięcie fałszywych nauk ......... 77
4. Niespełniona przyszłość: Japonia w latach dziewięćdziesiątych ......... 80
Japonia - kraj numer 1 ......... 81
Bańka mydlana, trud i niepokój ......... 84
Utajona depresja ......... 89
Japońska pułapka ......... 91
Japonia na łasce losu ......... 94
Herezja inflacyjna ......... 97
Uwagi na temat jena ......... 99
5. Wszystko się wali: krach azjatycki ......... 103
Boom ......... 103
Dzień 2 lipca ......... 109
Załamanie ......... 112
Infekcja ........ 115
Dlaczego Azja? Dlaczego w 1997 r.? ....... 117
Pytanie sięga głębiej ......... 120
6. Gra o zaufanie ......... 121
Jak nie rozwijał się międzynarodowy fundusz walutowy? ......... 123
Podwójny standard ......... 128
Gra o zaufanie ......... 130
Czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie pogorszył sytuacji? ......... 133
7. Władcy świata: fundusze hedgingowe i inne czarne charaktery ......... 136
Natura bestii ......... 137
Legendarny George Soros ......... 139
Szaleństwo premiera Mahathira ......... 141
Atak na Hongkong ......... 143
Gospodarka potiomkinowska ......... 147
Panika 1998 r. ......... 141
8. Czy odbicie się od dna? ......... 154
Czy tygrys się zerwał? ......... 154
Gospodarka w stylu Rube Goldberga ......... 157
Mahathir wyłamuje się ......... 159
Pa, pa, Brazylio! ......... 163
Kto następny? ......... 167
9. Wracają problemy kryzysu gospodarczego ......... 170
Co to jest teoria ekonomiczna kryzysu? ......... 170
O co chodzi? ......... 172
Obarczanie ofiary winą ......... 174
Jak chronić bogatych? ......... 177
Jak pomóc biednym? ......... 178
Duma i przesąd ......... 181
--------------------------------------------------------------------------------------

Przedmowa do wydania drugiego ......... 7

Zacząłem pisać tę książkę w szczytowym punkcie ostrego kryzysu gospodarczego; gdy ją skończyłem, kryzys zelżał ale jeszcze daleko mu było do końca. Teraz, mniej więcej rok później, gospodarka światowa jest o wiele bardziej pogodnym miejscem - tak pogodnym, że wielu ludzi, od inwestorów po decydentów politycznych, zaczyna zapominać o niedawnej przeszłości. Czego nauczyliśmy się z tej poprawy koniunktury? Jak wpłynęła ona na zmianę naszych poglądów?

Wiadomości krótkookresowe są na pewno dobre. Przede wszystkim kraje, które początkowo zostały objęte kryzysem, są - w różnym stopniu - znowu pełne werwy. Pod koniec 1999 r. Korea przeżywała zdumiewający boom; Malezja również znajdowała się w stanie silnego, choć mniej spektakularnego, ożywienia; nawet Indonezja w widocznym stopniu odbiła się od dna.

Być może równie zachęcający jest fakt, że kryzys nie rozprzestrzenił się tak, jak wszyscy się obawiali. Finansowe upokorzenie Brazylii na początku 1999 r. nie przerodziło się w klęskę, jakiej oczekiwała większość obserwatorów, łącznie ze mną. Załamanie się kursu waluty nie pociągnęło za sobą załamania koniunktury wewnętrznej wzorem krajów azjatyckich; ani nie doprowadziło do dramatycznego wzrostu inflacji. Rzeczywiście, kilka miesięcy po kryzysie Brazylia obniżyła stopy procentowe i w rezultacie pojawiły się pierwsze oznaki ożywienia; wydaje się całkiem możliwe, że pewnego dnia Brazylia będzie spoglądała wstecz na dewaluację ze stycznia 1999 r. jak na szczęśliwą okazję, dzięki której spekulanci zmusili rząd do zrobienia tego, co powinien był zrobić kilka lat wcześniej.    

W końcu i Japonia, przynajmniej na razie, odsunęła się nieco od krawędzi przepaści. Głównie dzięki olbrzymim wydatkom państwowym na roboty publiczne ustał spiralny ruch gospodarki w dół i nawet zaznaczył się pewien umiarkowany wzrost.

Ale czy wszystko jest dobre, co się dobrze kończy? Czy książka ta nie jest już aktualna? I tak, i nie. Groźba kryzysu istnieje zawsze, nawet jeśli ryzyko faktycznej depresji na razie ustąpiło. I dlatego właśnie powody, dla których musimy się zajmować teorią kryzysu gospodarczego, skłoniły mnie do napisania tej książki.

Głównym powodem jest alarmujące pojawienie się na nowo niedostatecznego popytu jako ważnego problemu gospodarczego. Przed pięciu laty ekonomiści, do których w dużym stopniu należałem również ja - sądzili, że recesje zawsze będzie można zwalczać stosunkowo łatwo: po prostu przez obniżanie stopy procentowej, i na tym koniec. W późnych latach dziewięćdziesiątych nauczyliśmy się, że nie jest to wcale takie łatwe. Japonia objawiła nam prawdę, którą znali nasi dziadkowie, ale o której my już zapomnieliśmy, mianowicie, że nawet całkowite obniżenie stóp procentowych do zera może okazać się niewystarczające. Jednocześnie kłopoty azjatyckich "tygrysów" unaoczniły nam, że małe gospodarki, wystawione na zawieruchy międzynarodowej spekulacji, mogą się po prostu okazać niezdolne do obcięcia stóp procentowych w celu przezwyciężenia zapaści gospodarczej, że mogą być nawet zmuszone do ich podwyższenia i pogorszenia tej zapaści - z obawy przed załamaniem się waluty.

Lekcje te są nadal aktualne. W istocie, tematy rozbrzmiewające w tej książce zostały na różne sposoby wzmocnione przez wydarzenia ostatniego roku.

Jeśli chodzi o mnie, to uważam, że wszystko zaczęło się od Japonii - od kraju, który nie powinien był znaleźć się w tego rodzaju kłopotach, a jednak znalazł się i nadal w nich tkwi. Co prawda gospodarka japońska wykazała w ubiegłym roku pewien wzrost; czyli uniknęła katastrofy. Ale ciągle wzrasta bezrobocie, a wśród przedsiębiorców panuje pesymizm, mimo dokonania przez rząd rzeczywiście masowych wydatków na roboty publiczne w celu pobudzenia gospodarki do skokowego startu. Wszystko to, co osiągnięto, wyrzucając na ten cel pieniądze, sprowadza się jedynie do zyskania na czasie. A rząd japoński, tak niedawno jeszcze wzór cnót fiskalnych, powoduje szybkie narastanie olbrzymiej piramidy długów. Niewiele czasu pozostaje więc do dyspozycji.

Dobrą wiadomością jest to, że radykalne rozwiązanie, za którym wypowiadam się w tej książce - tj. przyjęcie za cel umiarkowanej stopy inflacji w celu zachęcenia społeczeństwa do kupowania towarów zamiast gromadzenia pieniędzy - zostało uznane za coś godnego uwagi. Rzeczywiście, nawet przedstawiciele japońskiego ministerstwa finansów mówią obecnie o wyznaczaniu celów inflacyjnych (jakkolwiek proponowane przez nich wartości, są moim zdaniem, wciąż zbyt niskie). Tej zmianie nastroju sprzyja fakt, iż pozycja japońskiego jena jest oceniana ostatnio jako zbyt mocna dla dobrego samopoczucia, a nie jako niebezpiecznie słaba; teraz, gdy zelżały obawy o losy waluty, podstawowy sens polityki inflacyjnej staje się coraz bardziej widoczny.

Niestety, nie dotyczy to ludzi, którzy są powołani do realizacji tej polityki, tj. oficjeli japońskiego banku centralnego. W rzeczywistości, w czasie gdy to piszę, stali się oni jeszcze bardziej zawzięci w swojej opozycji wobec wszystkiego, co nie jest ortodoksją - ostrzegając przed ryzykiem niepohamowanej inflacji, mimo przygniatającej gospodarkę deflacji, i twierdząc, że błędem byłoby podjęcie przez nich jakiegokolwiek ryzyka (tak jakby praktykowanie wysokiego deficytu budżetowego w celu utrzymania gospodarki na powierzchni wobec odmowy pomocy ze strony banku centralnego nie było związane z jeszcze większym ryzykiem). Wizyta w dzisiejszej Japonii umożliwia zrozumienie tego, jak musiał się czuć Keynes. Jakże niemądre rzeczy mogą mówić trzeźwo myślący ludzie, i to w imię zdrowej polityki!

Z innych części Azji dochodzą lepsze wiadomości, ale jednocześnie wskazują one na to, że dobrym gospodarkom przydarzyły się ostatnio złe rzeczy. Na początku kryzysu Zachód, ogólnie biorąc, a szczególnie Międzynarodowy Fundusz Walutowy, pospiesznie oświadczył, że nie był to po prostu przejaw paniki finansowej, lecz odzwierciedlenie głębokich problemów strukturalnych w gospodarkach azjatyckich, których nie można rozwiązać bez fundamentalnych reform. Według wszelkich kryteriów reformy te utknęły w miejscu, skorygowawszy jedynie drobną cząstkę popełnianych nadużyć: poza zamknięciem najgorzej funkcjonujących banków i przycięciem skrzydeł niektórym najbardziej skorumpowanym "kolesiom", charakterystyczne dla kapitalizmu azjatyckiego wady na ogół nie zostały skorygowane. Niemniej jednak największa z gospodarek objętych kryzysem, Korea Południowa, ze zdumiewającą szybkością odzyskała stracony grunt. Czyż nie nasuwa to przypuszczenia, że postulowanie zmasowanej, bezpośredniej reformy jako jedynej drogi rozprawienia się z kryzysem było śmiertelnym błędem? Gdyby dać wiarę moralizującemu poglądowi, że kryzys był karą za grzechy Azji, że był on odbiciem głębokich wad systemów gospodarczych dotkniętych nim krajów, to ożywienie powinno być możliwe jedynie po dokonaniu fundamentalnych zmian. Fakt, iż nastąpiło ono bez takich zmian, wskazuje, że kryzys ten mimo wszystko był po prostu skutkiem paniki.

Jak mogło dojść do takiej paniki? Opowiedziana w tej książce historia, w jaki sposób panika walutowa może się przerodzić w samospełniające się proroctwo, nadal wygląda na prawdziwą i stała się faktycznie obiegową mądrością w kręgach analityków gospodarczych. Gospodarki azjatyckie były słabe i mało odporne nie tyle z powodu niewłaściwych inwestycji (choć zapewne miały one tam miejsce), ile raczej ze względu na sposób finansowania tych inwestycji, mianowicie za pomocą zaciągania licznych długów, w dużej części w dolarach lub jenach. Gdy na rynkach walutowych doszło do nagłego zwrotu, który spowodował spadek kursów walut azjatyckich, nastąpiła eksplozja tych zagranicznych długów wyrażonych w miejscowych walutach, która pociągnęła za sobą załamanie się bilansów miejscowych spółek, a wraz z tym pogorszenie się na pewien czas sytuacji realnej gospodarki. Oczywiście, złożyły się na to również inne przyczyny, ale to było sednem historii.

Jak się okazuje, gospodarka, co do której ja osobiście popełniłem największą pomyłkę, jest pod pewnym względem wyjątkiem potwierdzającym regułę. Ze wszystkich wygłoszonych przeze mnie wypowiedzi najbardziej żałuję tej, w której mylnie przewidziałem, że kryzys walutowy w Brazylii przybierze taki sam obrót jak w Azji. Gdybym miał wówczas odwagę zaufać mojemu własnemu modelowi, to zapowiedziałbym coś przeciwnego. Brazylia wcale nie jest wzorem cnót gospodarczych, ale nie ma takiej jak Azja struktury finansowej. Przedsiębiorstwa są finansowane głównie za pomocą kapitału akcyjnego, a nie przez zadłużanie się, przy czym niewiele długów zaciągnięto w dolarach. A zatem - podobnie jak Jeffrey Sachs z Harvardu - powinienem był uporczywie twierdzić, że w odróżnieniu od Tajlandii czy Korei, Brazylia powinna po prostu obniżyć stopy procentowe i dopuścić do obniżki kursu swej waluty. Ale mój nerw intelektualny zawiódł i pozwoliłem sobie dołączyć do poglądu większości, jakoby w Brazylii zawsze działo się źle. Brazylia po spadku kursu swej waluty była w o wiele lepszej kondycji niż przedtem - z szansą na odzyskania w końcu kontroli nad budżetem i na powrót do reform gospodarczych. Można również zaznaczyć, że gdybyśmy wówczas wiedzieli to, co wiemy obecnie, to owe dotkliwe cierpienia gospodarcze, jakich doznała Brazylia w roku zakończonym dewaluacją oraz przez parę następnych miesięcy na skutek przytłoczenia gospodarki niebotycznymi stopami procentowymi, były całkowicie niepotrzebne; setki tysięcy miejsc pracy poświęcono dla utrzymania parytetu waluty, co w końcu okazało się błędem.

A co na temat polityki w Azji? Czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy uratował Azję, czy faktycznie pogorszył jej kryzys?
Ożywienie koniunktury w Korei jest obecnie rozgłaszane przez Fundusz jako dowód słuszności jego polityki.  Jeśli jednak spojrzeć na cztery kraje najbardziej dotknięte tym kryzysem, to najlepiej wyszła z niego Malezja, która odrzuciła rady Funduszu i wywołała w świecie wstrząs, wprowadzając reglamentację obrotów kapitałowych. Niektórzy twierdzą, że Malezja tak czy inaczej przezwyciężyłaby kryzys; inni zaś głoszą, co najmniej z takim samym prawdopodobieństwem, że kluczem do pomyślnego zakończenia kryzysu było raczej rozłożenie spłat długów na kolejne etapy – które Korea, w odróżnieniu od innych krajów objętych kryzysem, wynegocjowała wcześniej w 1998 r., co w swoich skutkach było pewną formą reglamentacji kapitału – nie zaś inne posunięcia polityczne, które była zmuszona zastosować.  Inaczej mówiąc, nie jest całkiem jasne, czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy rzeczywiście pomógł tym krajom; jasne jest natomiast, że zdecydowanie odrzucono ortodoksję finansową, w myśl której rządy, nawet w krytycznej sytuacji, nie powinny się wtrącać do przysługującego inwestorom prawa wycofywania swoich lokat kapitałowych.  

Przynajmniej jednak pod pewnym względem Międzynarodowy Fundusz Walutowy, a mówiąc ogólnie - Zachód, spowodował pogorszenie kryzysu. W 1997 i na początku 1998 r. występowała po prostu czysta panika finansowa, toteż priorytetem było natychmiastowe zajęcie się tą paniką. Reforma jest zapewne dobrą rzeczą i należy się wstydzić, że nie uczyniono więcej w tym zakresie; ale nie było to ani konieczne, ani wystarczające dla rozwiązania kryzysu finansowego i nie powinno było zająć centralnego miejsca w reakcji świata na ten kryzys. W istocie, przez naleganie na to, aby kraje przewróciły do góry nogami swoje struktury instytucjonalne w przeciągu miesięcy jako warunek uzyskania kredytów, przez stawianie żądań - choćby uzasadnionych w dłuższych okresach czy słusznych ze względów moralnych - którym rządy w rzeczywistości nie mogły sprostać, Międzynarodowy Fundusz Walutowy z pewnością przyczynił się do wzmożenia paniki. Takie ustawianie poprzeczki zbyt wysoko miało najgorsze konsekwencje gospodarcze w Indonezji, która powoli dochodzi do siebie, ale ciągle tylko jako cień tego, czym była poprzednio. Długookresowe konsekwencje polityczne można będzie oglądać dopiero w przyszłości, ale podejrzewam, że nasza arogancja nie ujdzie nam bezkarnie.

Oczywiście, wszystko to mogłoby być jedynie przedmiotem teoretycznych sporów, gdyby można było uznać, że wspomniany kryzys był w rzeczywistości zakończeniem całej historii. W szczególności, można było mieć nadzieję, że kryzys lat 1997-1999, podobnie jak wielka depresja lat trzydziestych, doprowadzi do szerokiej rekonstrukcji światowego systemu finansowego – że zostaną stworzone nowe reguły, być może nowe instytucje, by zmniejszyć ryzyko powtarzania się kryzysów.
Przez krótki czas wydawało się prawdopodobne, że przodujące rządy uzgodnią między sobą kilka spraw, np. : aprobatę, a przynajmniej zielone światło dla tych krajów, które chciałyby ograniczyć zaciąganie pożyczek krótkoterminowych, żeby być mniej narażone na nagłe kryzysy zaufania; ogólne porozumienie, na podstawie którego można by oczekiwać, że zagraniczne banki nie będą się włączały  do powszechnego wycofywania kapitałów w okresach paniki finansowej; być może nawet ostrożną aprobatę reglamentacji typu malezyjskiego w krytycznych sytuacjach. Ale do lata 1999 r. cała energia wokół propozycji reform wyparowała. Banki nie miałyby z tego nic, a rząd Stanów Zjednoczonych, nie widząc na bieżąco żadnego kryzysu, a ponadto nie chcąc sobie przysparzać nowych oponentów politycznych w okresie nadchodzących wyborów, nie miał zamiaru popychać sprawy naprzód. Bez Stanów Zjednoczonych zaś cały ten ruch został wyhamowany.

Obecnie przynajmniej wiemy, że staromodne niedomagania strony popytowej mogą nadal stanowić problem, co polepsza nasze szanse na ich przezwyciężanie. Nikt dzisiaj nie twierdzi, że pułapka płynności, w której nawet zerowa stopa procentowa nie jest wystarczająco niska, jest rzeczą niemożliwą. Japonia dowiodła, że jest to możliwe, a inne kraje przyjęły to do wiadomości. Nikt dzisiaj nie twierdzi z otwartą przyłbicą, że kraje rozwijające się, dopóki prowadzą zdrową politykę wewnętrzną, nie muszą się niczego obawiać ze strony światowych rynków finansowych. Przypuszczam, że Japonia osiągnęła pod tym względem pewne wyprzedzenie i że niektóre inne kraje, jak np. Stany Zjednoczone, mogą się znaleźć w podobnych kłopotach. Przypuszczam również, że kryzys meksykański z 1995 r. był pierwszym aktem trójetapowej gry, z kryzysem azjatyckim jako drugim z kolei. Ale akt trzeci nie sprawi takiej niespodzianki. W końcu zaczęliśmy poważnie traktować ekonomikę kryzysów gospodarczych, co jest najlepszą drogą do ich wyeliminowania.

Wprowadzenie ......... 15

Większość ekonomistów - o ile w ogóle w swoich myślach powraca do tego tematu - uważa wielki kryzys lat trzydziestych za niczym nieuzasadnioną, niepotrzebną tragedię. Gdyby tylko Herbert Hoover nie próbował zrównoważyć budżetu wobec załamania koniunktury; gdyby tylko Rezerwa Federalna nie stanęła w obronie systemu waluty złotej ze szkodą dla gospodarki swojego kraju; gdyby tylko oficjalne czynniki ruszyły gotówką, by wspomóc zagrożone banki i przez to uspokoić panikę bankową, jaka rozwinęła się w latach 1930-1931; krach giełdowy z 1929 r. doprowadziłby jedynie do wkrótce zapomnianej recesji, jakich było wiele. A skoro ekonomiści i decydenci polityczni wyciągnęli z tego odpowiednie nauki - tak iż żaden współczesny minister finansów nie powtórzyłby za Andrew Mellonem osławionej rady, że należy "zlikwidować robotników, zlikwidować zapasy, zlikwidować farmerów, zlikwidować nieruchomości (...) usunąć wszelką zgniliznę z systemu" - to nic podobnego do tej wielkiej depresji nie może się nigdy powtórzyć.

Czy rzeczywiście nie może? W ciągu ostatnich dwu lat siedem gospodarek - które łącznie wytwarzają około jednej czwartej światowej produkcji i w których zamieszkuje dwie trzecie miliarda ludzi - doznało załamania gospodarczego, wykazującego dziwne podobieństwo do wielkiego kryzysu z lat trzydziestych. Tak samo jak wtedy, kryzys uderzył jak grom z jasnego nieba, podczas gdy większość mędrców zapowiadała kontynuację boomu nawet wówczas, gdy załamanie nabrało rozpędu; tak samo jak wtedy, tradycyjne lekarstwo ekonomiczne okazało się nieskuteczne, a być może nawet szkodliwe. Co prawda, z wyjątkiem Indonezji, żaden z dotkniętych kryzysem krajów nie doznał spadku produkcji na miarę owej słynnej depresji; i mimo że podmuchy sztormu zagroziły różnym gospodarkom - od Afryki Południowej po Argentynę - przewróceniem do góry dnem, gospodarka światowa jako całość kontynuowała wzrost. Ale skoro sprawy mogły (i nadal mogą) przybrać gorszy obrót, to fakt, iż coś podobnego mogło się w ogóle wydarzyć we współczesnym świecie, powinien wywołać ciarki na grzbiecie każdego, kto pojmuje sens historii.
     Oczywiście nie jest to pierwszy kryzys gospodarczy od lat trzydziestych XX wieku. Mierzone ogólnym wpływem na produkt brutto gospodarki światowej, obydwa kryzysy energetyczne - globalne recesje, które nastąpiły po wojnie arabsko-izraelskiej w 1973r. i po rewolucji irańskiej w 1979 r. - były gorsze od kryzysów finansowych z końca lat dziewięćdziesiątych, ponieważ w odróżnieniu od tych wywołały recesje w Europie i Ameryce. Również pojedyncze kraje i regiony przeżyły ciężkie czasy. Dotyczy to zwłaszcza Ameryki Łacińskiej, gdzie trzeba było ponad siedmiu lat na wydobycie się z kryzysu zadłużenia, który rozpoczął się w 1982 r. Ale te wcześniejsze kryzysy, jakkolwiek straszne dla swoich ofiar, były poniekąd mniej niepokojące od tych, które wydarzyły się w ostatnich dwóch latach, ponieważ nie były tak na pozór niczym nieuzasadnione. Można by dociekać, dlaczego realna cena ropy naftowej podwoiła się po 1973 r. i ponownie po 1979 r., lecz niezależnie od przyczyn niedoboru globalnej podaży ropy, przy uwzględnieniu istnienia takiego niedoboru globalna recesja nie była aż taką niespodzianką. Można by dociekać, dlaczego banki w latach siedemdziesiątych tak chętnie udzielały pożyczek krajom Ameryki Łacińskiej i dlaczego tak źle wykorzystano te pieniądze, ale wobec istnienia takiego "nawisu zadłużenia" należało jedynie oczekiwać długiego i dotkliwego załamania gospodarczego. Inaczej mówiąc, poważniejsze kryzysy gospodarcze miały dotychczas odpowiednio poważne przyczyny.
     Ale co spowodowało, że Japonia - owa budząca strach potęga gospodarcza lat osiemdziesiątych - przeżyła większą część następnej dekady w stanie bliskim stagnacji, a ostatnio znalazła się w deflacyjnym korkociągu? W jaki sposób kilka złych pożyczek finansowych na finansowanie transakcji na rynku nieruchomości i sfuszerowana dewaluacja w Tajlandii - małym, odległym kraju, o którym większość ludzi nic nie wiedziała - wywołały efekt domina sięgający od Indonezji po Koreę Południową? Dlaczego niedotrzymanie terminów spłaty długu przez Rosję - do niedawna militarne supermocarstwo, a obecnie gospodarczego karła* - doprowadziło do katastrofy w Brazylii i spowodowało napawające strachem „zamrożenie” amerykańskiego rynku obligacji na kilka tygodni?
(* Autora chyba "poniosła" elokwencja. To nie karzeł, tylko olbrzym dotknięty niedowładem. Niedowład zaczyna zresztą już powoli mijać, a notowany w ostatnich latach wzrost gospodarczy, procentowo jest dość szybki. Z.U.).
W każdym z tych przypadków efekt w postaci wyrządzonych szkód wydaje się nieproporcjonalnie duży w stosunku do przyczyny - wyrok śmierci (na rynku kapitałowym) wydany na gospodarki winne jedynie popełnienia wykroczeń finansowych.
     Co więcej, typ niepokojów gospodarczych, które świat odczuwał ostatnio, należy ściśle do tego rodzaju spraw, którym, jak sądziliśmy, nauczyliśmy się zapobiegać. Dawniej w latach niepomyślnej struktury wielkie zaawansowane gospodarki z ustabilizowanymi rządami – jak Wielka Brytania w latach dwudziestych -  mogły nie wiedzieć, jak reagować na okresy przewlekłej stagnacji i deflacji; ale w czasie między Johnem Maynardem Keynesem a Miltonem Friedmanem nauczyliśmy się - jak nam się wydawało - nie dopuszczać, do tego, by coś takiego ponownie się wydarzyło. Rządy - jak np. w Stanach Zjednoczonych w latach 1930 - 1931 mogły zachowywać się bezradnie w obliczu załamań krajowych systemów bankowych; ale we współczesnym świecie system gwarancji wkładów i gotowość Rezerwy Federalnej do zaopatrywania w gotówkę zagrożonych instytucji powinny zapobiegać takim scenom.  
     A potem przyszedł ten ostatni kryzys. Wprawdzie od wczesnych lat dziewięćdziesiątych Japonia wykazywała coraz większe podobieństwo do gospodarki z lat trzydziestych, ale dopiero w ostatnich dwu latach stało się jasne, że kraj ten utkwił w pułapce, z którą Keynes i jemu współcześni byli w pełni obznajomieni. Natomiast w mniejszych krajach azjatyckich dosłownie z dnia na dzień boom przerodził się w klęskę, a przebieg tego upadku odczytuje się tak, jakby był zaczerpnięty z historii finansowej lat trzydziestych. Przez kilka tygodni w 1998 r. Stany Zjednoczone doświadczyły czegoś, co według wszelkich kryteriów praktycznych było klasycznym runem na banki, choć nie dotyczyło to żadnych instytucji nazywanych bankami. Wydaje się, że nagle wszystko dawne powróciło jako coś nowego.   

     Pomyślmy o tym w następujący sposób: sprawa wygląda tak, jak gdyby bakteria, która zwykle wywoływała śmiertelne plagi, lecz od dawna została uznana za unicestwioną przez współczesną medycynę, miała się na nowo pojawić w postaci uodpornionej na wszelkie standardowe antybiotyki. Dotychczas niewielu ludzi padło ofiarą zadawanych przez nią na nowo nieuleczalnych cierpień; ale nawet ci z nas, który, dotąd sprzyjało szczęście, byliby nierozsądni, gdyby nie starali się znaleźć nowych lekarstw, nowych profilaktycznych zasad higieny, żeby nie stać się jej następnymi ofiarami. I w tym właśnie celu musimy najpierw postarać się zrozumieć, w jaki sposób tyle złego mogło spotkać tak liczne gospodarki.
     To właśnie jest celem tej pracy. Jest to krótka książka, powstała w połowie kryzysu; w czasie jej pisania (styczeń 1999 r.) wschodzące kraje Azji sprawiały wrażenie, jakby znalazły się już na drodze powrotu do swej niepewnej stabilności, ale Brazylia znajdowała się na krawędzi przepaści, a każdy tydzień przynosił nowe złe wiadomości z Japonii. W końcu ukaże się dużo dłuższych i pogłębionych analiz, napisanych z dobrodziejstwem znajomości rzeczy
post factum. W tym dłuższym okresie zrozumiemy lepiej, niż ktokolwiek w tej chwili jest w stanie zrozumieć, w jaki sposób popadliśmy w takie kłopoty i co można zrobić, aby nie dopuścić do powtórzenia się ich w przyszłości. Ale, jak to świetnie ujął Keynes, w długim okresie wszyscy pomrzemy. Jak więc doszło do tego kryzysu? Jak możemy go odwrócić i zapobiec jego rozszerzaniu się? Są to pytania, które domagają się natychmiastowych odpowiedzi, nawet jeśli wiemy, że w najlepszym razie będą one jedynie prowizoryczne i że niejedno z tego, co tu mówimy obecnie, będzie na pewno brzmieć śmiesznie po pięciu czy dziesięciu latach.
     Temat tej książki jest tak świeży – „gorąca fala” kryzysu rozpoczęła się dopiero wraz z dewaluacją tajlandzkiego bahta w lipcu 1997 r. – że zjawisko to nie ma jeszcze ogólnie akceptowanej nazwy. W jego początkowych stadiach proponowano różnego rodzaju metafory chorobowe, jak „azjatycka grypa”, azjatycka epidemia”, bahtulizm (to moja własna propozycja). Stopniowo jednak stawało się jasne, że chociaż wyrządzone szkody skoncentrowały się (jak dotychczas w Azji), to jednak historia ta nie dotyczy wyłącznie tego kontynentu.  A jeżeli coś podobnego mogło przytrafić się krajom, które Bank Światowy w 1993 r. uznał za wzorce „pragmatycznej ortodoksji”, które odniosły „godne uwagi sukcesy w tworzeniu i utrzymywaniu stabilności makroekonomicznej”, to kto wie, na kogo przyjdzie kolej? Nieraz mówi się o „kryzysie wschodzącego rynku”; ale Japonia, której gospodarka jest w przybliżeniu dwa razy większa niż pozostałych dotkniętych kryzysem krajów, od dawna ma już to „wschodzenie” za sobą. Książka George’a Sorosa z jesieni 1998 r. nosiła tytuł
The World Financial Crisis, czyli Światowy kryzys finansowy (a w wydaniu brytyjskim The Crisis of Global Capitalism – Kryzys globalnego kapitalizmu); ale wydarzenia te sięgnęły daleko poza rynki finansowe jako takie i jeśli nawet na rynki finansowe wróci spokój, to realne skutki kryzysu – szkody wyrządzone we wzroście gospodarczym, zatrudnieniu i stopie życiowej – będą nadal odczuwalne.
     Niniejszym proponuję inną nazwę, mianowicie: „wielka recesja”. Nazywam to raczej „recesją”, a nie depresją czy kryzysem, ponieważ – bez względu na to, jak wielką katastrofę przyniosły dwa ostatnie lata niektórym krajom – szkody w skali globalnej dotychczas dalece nie dorównują poziomowi z okresu wielkiego kryzysu (odpukać w niemalowane drzewo!).   

O książce ......... 19

Niech mi wolno będzie na początku tej książki stwierdzić, że w gruncie rzeczy jest to rozprawa analityczna. Dotyczy ona nie tyle tego, co się wydarzyło, ile raczej dlaczego się wydarzyło. Sądzę, że ważne jest, byśmy zrozumieli, jak mogło dojść do takiej katastrofy, w jaki sposób jej ofiary mogą się z niej otrząsnąć i jak możemy zapobiec powtórzeniu się takiego wydarzenia. Oznacza to, że ostatecznym celem tej książki jest - jak się to mówi w uczelniach ekonomicznych - studium teoretyczne konkretnego przypadku, czyli wyłożenie, jak należy myśleć o danym materiale.
     Starałem się jednak uniknąć przedstawienia tego w formie suchego wykładu teoretycznego. Nie ma w tej książce żadnych równań, żadnych tajemniczych wykresów ani (jak sądzę) niedającego się zgłębić żargonu. Jako ekonomista o dobrej reputacji, potrafię napisać rzeczy, których nikt nie będzie w stanie odczytać. W rzeczywistości to właśnie taka nienadająca się do czytania pisanina - moja własna i innych - odegrała kluczową rolę w sformułowaniu prezentowanych tu poglądów. Ale świat potrzebuje dzisiaj świadomego działania, a po to, by dojść do takiego działania, trzeba dane myśli przedstawić w sposób dostępny dla szerokiego grona zainteresowanych, a nie tylko dla tych, którzy zostali uhonorowani tytułami doktorskimi. W każdym razie równania i wykresy formalnej ekonomii są najczęściej tylko rusztowaniem ułatwiającym budowę intelektualnego gmachu. Z chwilą gdy gmach ten zostanie wzniesiony do pewnego punktu, rusztowanie można usunąć, pozostawiając jedynie potoczny język.
     Pisząc tę książkę, próbowałem się oprzeć czterem pokusom intelektualnym, które moim zdaniem w dużym stopniu zniekształciły toczącą się dyskusję nad ostatnimi wydarzeniami.

Pierwsza to pokusa związana z podejściem post factum. Obecnie, gdy wiemy, że Japonia i Korea doświadczyły katastrofalnej klęski gospodarczej, zaczynamy sobie wyobrażać, iż zawsze wiedzieliśmy, że miały one gliniane nogi. Zapominamy o zdumieniu, jakie odczuliśmy początkowo, gdy te wzorcowe kraje zaczęły zbaczać ze swej drogi - zdumienie, które było całkowicie na miejscu, ponieważ nawet dzisiaj nie jest w żadnej mierze wiadome, jakim sposobem sprawy przybrały tak niepomyślny obrót. Tej pokusie oglądania spraw z pozycji post factum towarzyszy skłonność do fatalizmu: wiedząc obecnie o tym, że Japonia znalazła się w kłopotach, zaczynamy traktować te kłopoty, jakby były nie do uniknięcia...

Po drugie, jak wspomniałem wcześniej, istnieje pokusa traktowania tego kryzysu jako wyłącznie azjatyckiego. Jeszcze tak niedawno wielu mędrców, zarówno zachodnich jak i azjatyckich, twierdziło, że "cud azjatycki", oparty na wyższości "azjatyckiego systemu" i wspierany wyższymi "azjatyckimi wartościami", gwarantuje, że boom będzie trwał w Azji w przewidywalnej przyszłości bez zakłóceń wywoływanych załamaniami w stylu zachodnim. Obecnie wielu mędrców - często tych samych - twierdzi uparcie, że kryzys był nieuniknioną konsekwencją wyjątkowych niedomagań systemu azjatyckiego. A jeśli system ten był pełen wad i niedomagań, to dlaczego funkcjonował tak dobrze przez tak długi czas, po czym nagle się załamał? I jak możemy mieć pewność, że w przyszłym roku lub w następnym my sami nie staniemy się podatni na takie zagrożenia? (Rzeczywiście, jak zobaczymy, gospodarka Stanów Zjednoczonych jesienią 1998r. była niebezpiecznie bliska katastrofy). Znowu powinniśmy podejść do tej kwestii z otwartym umysłem, zamiast stawiać na głowie nasze poprzednie uwielbienie dla Azji.

Trzecią, nieco z tym związaną pokusą, jest skłonność do moralizatorstwa. Nikt chyba nie wie, kto wymyślił wyrażenie crony capitalism - "kapitalizm kolesiów" - ale na pewno odpowiada on realnemu zjawisku, jakie występowało w Azji przed kryzysem. Jednakże wyciąganie z tego wniosku, że ten właśnie typ kapitalizmu był jedyną przyczyną kryzysu, czyli twierdzenie bez solidnych dowodów, że kryzys był odpłatą za grzech śmiertelny, jest przedwczesne i na pewno jest kuszeniem losu. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni, i to być może wcześniej, niż myślicie.

Wreszcie, jeszcze jedną pokusą, która często nawiedza autorów piszących na tematy gospodarcze, zwłaszcza tak poważne, jest skłonność do nadmiernego dostojeństwa. Nie chodzi o to, że problemy, którymi się zajmujemy, są mało ważne, bo niekiedy są sprawami życia lub śmierci. Zbyt często wszakże mędrcy wyobrażają sobie, że skoro dany przedmiot jest poważny, to należy do niego podchodzić uroczyście; że skoro chodzi o wielkie sprawy, trzeba o nich mówić wielkimi słowami, bez pozwalania sobie na jakąś nieformalność lub frywolność
(...) Być może brzmi to głupio, być może nawet ta frywolność urazi czyjąś wrażliwość, ale ma swój cel: przerzuca rozumowanie na inny kanał, sugerując w tym przypadku, że istotnie można znaleźć nieoczekiwanie prosty sposób przynajmniej częściowego rozwiązania problemu Japonii. Nie oczekujcie więc uroczystej, tchnącej dostojeństwem książki: jej tematy są tak poważne, jak tylko możliwe, ale pisanie o nich może być niepoważne, jak tego wymaga dany temat.

Z takim więc podejściem wyruszymy w podróż, zaczynając od opisania, jak wyglądał świat przed zaledwie dwoma laty.

1. Dzień 1 lipca 1997 r. ......... 23

Zastanówmy się, co się zdarzyło (lub ściślej - co się nie zdarzyło) w ciągu kilku pierwszych minut tego lipcowego dnia , gdy Hongkong powrócił w końcu pod panowanie Chin - co prawda jako "specjalny region autonomiczny", niemniej jednak ostatecznie i nieodwołalnie jako część Chińskiej Republiki Ludowej. Czy ktoś się tym zmartwił? Owszem, niektórzy niepokoili się, że ta zmiana może w końcu doprowadzić do erozji swobód obywatelskich w tym mieście-państwie; ale nikt nie miał obaw, że Pekin może mu narzucić socjalizm. Przeciwnie, Chiny mogły okupować Hongkong, ale ideologicznie to Hongkong podbił Chiny: rząd, który niegdyś zsyłał na wieś do ciężkich robót każdego podejrzanego o sympatie burżuazyjne, był obecnie oddany doktrynie Deng Xiaponga głoszącej, że "bogacenie się jest rzeczą chwalebną". Pod wpływem tego przekazania władzy w tym dniu wydawało się proklamacją triumfu nie socjalizmu, lecz kapitalizmu - systemu tak pewnemu sukcesu, tak dominującego, że nawet chińska armia ludowa nie stanowiła zagrożenia dla codziennego biznesu.
     Nikt nie zdawał sobie sprawy w owym czasie, że lato 1997 okaże się swego rodzaju punktem szczytowym nowego porządku światowego. Sukcesy kapitalizmu nie były tak trwałe jak się wydawało; seria katastrof finansowych w ciągu następnych osiemnastu miesięcy miała zagrozić w wysokim stopniu pomyślnej koniunkturze na świecie i spowodować, że pojawiły się na nowo niektóre dawne znaki zapytania nad systemem, który polega na kierowaniu interesami prywatnymi przez niewidzialną rękę rynku zgodnie z celami społecznymi. Ale zapomnijmy na chwilę o twardych lekcjach, jakich wkrótce trzeba było doświadczyć, i spójrzmy na świat, jakim wydawał się owego lipcowego dnia.

Triumfujący kapitalizm ....... 24

Książka ta dotyczy ekonomii; ale ekonomia w sposób nieunikniony plasuje się w kontekście politycznym, toteż nie można zrozumieć świata takiego, jakim się jawił owego złotego lata bez uwzględnienia podstawowego faktu politycznego lat dziewięćdziesiątych, tzn. upadku socjalizmu, nie tylko jako panującej ideologii, ale jako pewnej idei silnie oddziałującej na umysły ludzkie.
     Upadek zaczął się, rzecz dziwna, w Chinach. Zdumieniem napawa ciągle uświadomienie sobie, że Deng Xiaoping skierował swój naród już w 1978 r. na drogę do kapitalizmu - a więc zaledwie trzy lata po zwycięstwie komunistów w Wietnamie i zaledwie dwa lata po wewnętrznej klęsce radykalnych maoistów, którzy chcieli wznowić rewolucję kulturalną. Prawdopodobnie Deng nie zdawał sobie w pełni sprawy, jak daleko droga ta doprowadzi; na pewno trzeba było dużo czasu, aby reszta świata pojęła fakt, że miliard ludzi spokojnie pożegnało się z marksizmem. W rzeczywistości aż do wczesnych lat dziewięćdziesiątych transformacja Chin nie została w pełni odnotowana przez przemądrzałe środowiska, skoro w bestsellerach tych czasów gospodarka światowa była areną walki "twarzą w twarz" między Europą, Ameryką i Japonią - a o Chinach, jeśli w ogóle myślano, to jako o posiłkowym graczu, być może stronie wschodzącego bloku japońskiego.
     Niemniej jednak każdy zdawał sobie sprawę , że coś się zmieniło i że tym "czymś" był upadek Związku Radzieckiego.
     Właściwie to nikt nie rozumie, co się stało ze Związkiem Radzieckim. Mądrzy po fakcie, sądzimy obecnie, że cała jego struktura była czymś w rodzaju chwiejącej się rudery, skazanej ostatecznie na upadek. Niemniej był to reżim, który potrafił zapanować nad sytuacją w warunkach wojny domowej i głodu, który mimo strasznych przeciwności potrafił zadać klęskę niemieckiemu "nowemu porządkowi", który był w stanie zmobilizować środki naukowe i przemysłowe, aby zakwestionować przewagę nuklearną Ameryki.
(Warto przypomnieć, że przez pewien czas miał również nad nią przewagę w kosmosie. Z.U.). W jaki sposób mógł się tak nagle skończyć, nie z wielkim hałasem, lecz z kwileniem?
Trzeba to traktować jako jedną z wielkich zagadek ekonomii politycznej.
Być może było to po prostu kwestią czasu, wydaje się bowiem, że rewolucyjny zapał, a nade wszystko gotowość mordowania przeciwników w imię większego dobra, nie może przetrwać dłużej niż przez parę pokoleń. Albo być może reżim ten był stopniowo podkopywany prze fakt, że kapitalizm nie wykazywał odpowiedniego stopnia dekadencji. Jeśli chodzi o mnie, to mam swoją prywatną teorię, która nie jest oparta na żadnych dowodach. Otóż wzrost w Azji delikatnie, lecz dogłębnie skompromitował reżim radziecki, czyniąc jego pretensje do bycia wybrańcem historii coraz mniej wiarygodnymi. Wstrętna, nie do wygrania wojna w Afganistanie* zapewne spotęgowała procesy, tak samo jak oczywista niezdolność przemysłu radzieckiego do sprostania masowym zbrojeniom Ronalda Reagana.

* Uwagi. Dla Związku Radzieckiego, zapewne wojna w Afganistanie była tak samo "nie do wygrania", jak dla USA była "nie do wygrania" wojna w Wietnamie. Oba supermocarstwa poradziłyby sobie prawdopodobnie "bez większej fatygi" z takimi przeciwnikami, gdyby nie drugi blok, no i opinia publiczna. Natomiast zbrojenia Ronalda Reagana raczej nie były masowe tylko jakościowe, w tym przypuszczalnie udany blef "wojen gwiezdnych" . Proponuję przeczytać "Victory" Petera Schweizera - poz. 62 prezentowanej literatury. Według Petera Schweizera "trochę" też inaczej wyglądają przyczyny upadku gospodarczego ZSRR: to nie ZSRR był słaby, tylko USA potężne i wygrały wojnę ekonomiczną, mocno się wspierając wojną psychologiczną, a w tym i celową dezinformacją z wizją prezydenta "szaleńca", gotującego się do zaskakującego pierwszego uderzenia jądrowego. Można z tej książki również odnieść wrażenie, że "wojujący" komunizm, przynajmniej poczynając od czasów Gorbaczowa, wcale już nie chciał "wojować" i, to już moje odczucie, wolał przegrać gospodarczo i ideologicznie, niż postawić Świat na krawędzi wojny nuklearnej. Czy Peter Schweizer wiedział co pisał? Jak było rzeczywiście? Równie dobrze można spekulować, że po prostu zwyciężył rozsądek!
Anonimus


Ale mniejsza o to: jakiekolwiek byłyby tego przyczyny, w 1989r. imperium radzieckie w Europie Wschodniej nagle się rozpadło, a w 1991r. rozpadł się sam Związek Radziecki.*
(* Znowu uwaga. Jakoś wielu nie chce widzieć "drzemiącej", może nawet częściowo sparaliżowanej potęgi, tego co pozostało. Paraliż czasami ustępuje. Aktualnie - grudzień 2001 - widać to już dość wyraźnie Z.U.).
Skutki tego rozpadu dały się odczuć w całym świecie w sposób oczywisty...
     Przede wszystkim, oczywiście, kilkaset milionów ludzi, którzy żyli w reżimach marksistowskich, stało się nagle obywatelami państw gotowych dać szansę kapitalizmowi. Wbrew temu, czego większość ludzi oczekiwała, wschodnioeuropejskie gospodarki znajdujące się "w stanie przejściowym" wcale nie stały się szybko poważną potęgą na rynku światowym czy szczególnie cenionym obszarem dla zagranicznych lokat kapitału. Przeciwnie, transformacja była dla nich przeważnie trudnym okresem.
(Uwagi. Wydaje mi się, że i nadal jest. Z.U.).
Dopiero teraz, dziesięć lat po upadku komunizmu, w kilku krajach - w Polsce, Estonii, Republice Czeskiej - sytuacja zaczyna przybierać pomyślny obrót.
(Uwagi. "Każdy" w Polsce widzi ten pomyślny obrót, szczególnie "zachwycone" jest powiększające się grono aktualnych i przyszłych bezrobotnych. Anonimus).
Jeśli zaś chodzi o samą Rosję, to nie tylko nie dokonała przekonującej przemiany w kierunku rynku, ale faktycznie zadłużywszy się na wysokie sumy, wraz ze swoim rozkładającym się arsenałem nuklearnym, potrafiła się przekształcić w nieoczekiwanie potężne źródło niestabilności finansowej dla reszty świata.
     Dalszym bezpośrednim skutkiem upadku reżimu radzieckiego było to, że rządy innych krajów, które mogły polegać na jego hojności, zostały obecnie postawione same sobie.
Nędza postradzieckiej Kuby nie tylko sama przez się budzi rozczarowanie, ale też dowodzi boleśnie, że jej heroiczna postawa w przeszłości była możliwa jedynie dzięki olbrzymim subsydiom . Podobnie, aż do lat dziewięćdziesiątych, Rząd Korei Północnej, z całą swoją upiorną ohydą, przedstawiał sobą pewną mistykę dla radykałów, zwłaszcza wśród studentów południowokoreańskich. Wraz z dosłownym umieraniem z głodu ludności Korei Północnej, która nie otrzymuje już pomocy radzieckiej, wzbudzane przez nią emocję zanikły.
     Innym mniej lub bardziej bezpośrednim skutkiem upadku Związku Radzieckiego było zniknięcie licznych ruchów radykalnych...
Co najważniejsze, upokarzające bankructwo Związku Radzieckiego zniszczyło socjalistyczne marzenia...

(Uwagi.  Pytanie zasadnicze: czy to faktycznie było "upokarzające bankructwo", to jest Związek Radziecki załamał się gospodarczo i rozpadł politycznie sam przez się, na skutek swoich wewnętrznych słabości - bez żadnych działań ze strony neutralnie przyglądającego mu się Zachodu, czy po prostu przegrał konfrontację z najpotężniejszym supermocarstwem świata, wspartym niemal całą potęgą gospodarczą świata kapitalistycznego. Powyższa uwaga nie jest ani obroną zbiurokratyzowanej gospodarki realnego socjalizmu, ani też bezkrytycznym uwielbieniem mechanizmów rynkowych kapitalizmu. Kapitalizm "zachodni" posługuje się zresztą nie tylko mechanizmami rynkowymi. "Miejscami" widać w nim bardzo wyraźnie i "centralne sterowanie", i "interwencjonizm państwowy", i "protekcjonizm". Nie trzeba nawet daleko szukać: wystarczy przyjrzeć się uważniej gospodarce Unii Europejskiej. Anonimus).

Lecz któż może dzisiaj posługiwać się słowem socjalizm z podniesionym czołem? Rosja jest tak jak zawsze dotąd zacofana* i skorumpowana; a po wszystkich swoich wielkich skokach i rewolucjach kulturalnych Chiny doszły do wniosku, że najwyższym dobrem jest pomnażanie pieniędzy.

(* Z tym "zacofaniem" też tak brzmi trochę dwuznacznie. Jak na tle tego stwierdzenia wygląda ów wspaniały Zachodni Świat, który przez kilkadziesiąt lat wytężał wszystkie swoje siły, nie mogąc sobie poradzić z "zacofańcem". Gdyby to był faktycznie "skorumpowany od zawsze zacofaniec", zwycięstwo osiągnięte nad nim po ponad 70-ciu latach intensywnych starań, splendoru zwycięzcom raczej nie przynosi. Czyli, znowu, lepiej ostrożnie z etykietami, choć na pewno w różnych szczegółach można znaleźć dla nich uzasadnienie. Anonimus).

Istnieją nadal radykalni lewicowcy, którzy uporczywie twierdzą, że nie zaznaliśmy jeszcze prawdziwego socjalizmu; istnieją nadal umiarkowani lewicowcy, którzy z większym uzasadnieniem twierdzą, że można odrzucać marsksizm-leninizm, nie stając się koniecznie uczniami Miltona Friedmana. Ale prawdą jest, że opozycji wobec kapitalizmu przestało bić serce.
     To właśnie jest kwintesencją "nowego porządku światowego". Po raz pierwszy od 1917 r. żyjemy w świecie, w którym prawa własności i wolny rynek są uznawane za fundamentalne zasady, a nie tylko niechętnie stosowanymi środkami zastępczymi; i w którym nieprzyjemne aspekty systemu rynkowego - nierówność, bezrobocie, niesprawiedliwość - są przyjmowane jako fakty z życia wzięte. Tak samo jak w epoce wiktoriańskiej, kapitalizm jest bezpieczny nie tylko dzięki swoim sukcesom - które, jak zobaczymy za chwilę, są naprawdę autentycznie realne - ale też dlatego, że nikt nie dysponuje możliwą do przyjęcia alternatywą.
     Taka sytuacja nie będzie trwała wiecznie. Na pewno pojawią się inne ideologie, inne marzenia, i to tym prędzej, im dłużej będzie trwała i pogłębiała się wielka recesja. Ale owego wspaniałego lata 1997 kapitalizm po raz pierwszy od osiemdziesięciu lat niezaprzeczalnie rządził światem.

Poskromienie cyklu koniunkturalnego ......... 28

Wielkimi wrogami stabilności kapitalizmu była zawsze wojna i kryzys. To, co w rzeczywistości miał na myśli George Bush - który na swoje nieszczęście nie był zbytnio zainteresowany ekonomią - używając wyrażenia "nowy porządek światowy", dotyczyło nie tyle triumfu kapitalizmu, ile raczej rzekomego wyłonienia się, po wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 r., systemu międzynarodowego, który miał nie dopuścić do przyszłych wojen. Powiedzcie to mieszkańcom Bośni lub Ruandy. Ale po upadku Związku Radzieckiego na placu boju pozostały Stany Zjednoczone z tak miażdżącym monopolem potęgi militarnej, że trudno sobie wyobrazić, w jaki sposób w przewidywalnej przyszłości mogłoby dojść do poważniejszej wojny.

(Uwagi. Znowu to jest tylko półprawda. Stany Zjednoczone są rzeczywiście przepotężne militarnie i gospodarczo, ale w dobie broni nuklearnej, każde państwo, nawet całkiem słabe, które dysponuje tą bronią, nawet przestarzałą i przestarzałymi środkami jej przenoszenia, może stanowić śmiertelne zagrożenie dla całego świata: wystarczy tylko, że u jego steru znajdą się ludzie niepoczytalni, którzy dla "wiecznej sławy" zaryzykują wszystko. Czy tak trudno sobie wyobrazić skutki tylko kilku wybuchów jądrowych w gęsto zaludnionych i mocno uprzemysłowionych rejonach? Na marginesie: lepiej żeby nastąpiło powszechne i skutecznie kontrolowane rozbrojenie "rakietowo-jądrowe". Ale dopóki jest to nierealne, nie wiem, czy pomysł budowy systemu obrony przeciwrakietowej, prawdopodobnie nieskuteczny wobec państw dysponujących odpowiednim arsenałem, i raczej obliczalnych w swoich decyzjach, nie byłby jednak skuteczny wobec państw "raczkujących" i tak trochę "nieobliczalnych"? Z.U.).

A jeśli chodzi o kryzys? Wielki kryzys lat trzydziestych był bliski obalenia zarówno kapitalizmu, jak i demokracji i doprowadził w sposób mniej lub bardziej bezpośredni do wojny. Po niej jednak w uprzemysłowionej części świata nastąpił długi okres trwałego wzrostu, w ciągu którego recesje były krótkotrwałe i łagodne, a ożywienia silne i trwałe. Pod koniec lat sześćdziesiątych Stany Zjednoczone tak długo już nie przeżywały recesji, że ekonomiści organizowali konferencje pod takimi tytułami, jak np. "Czy cykl koniunkturalny nie jest przeżytkiem?".
     Pytanie to było przedwczesne: lata siedemdziesiąte były dekadą "stagflacji", tj. depresji gospodarczej połączonej z inflacją, i jak wspomniano we wprowadzeniu, po obydwu kryzysach energetycznych z lat 1973 i 1979 nastąpiły recesje najgorsze od lat trzydziestych. Ale w latach dziewięćdziesiątych znowu stawiano to pytanie; wobec spadku bezrobocia z roku na rok, wobec bezgranicznego wzrostu kursów giełdowych, coraz to więcej mędrców oświadczało, że rzeczywiście weszliśmy w nowy wiek stabilności gospodarczej.
W owym złotym lipcu 1997 czasopismo "Foreign Affairs" opublikowało artykuł zatytułowany The end of the business Cycle? (Czy to koniec cyklu koniunkturalnego?), którego końcowy wniosek przekreślał w zasadzie znak zapytania. Z jeszcze większymi fanfarami czasopismo "Wired" opublikowało entuzjastyczny artykuł Petera Schwartza i Petera Leydena The Long Boom: A History of the Future (Długotrwały boom: historia przyszłości). Żaden z tych artykułów, jeśli je uważniej przeczytać, nie głosił, że przyszłość będzie wolna od sporadycznych załamań, ale obydwa twierdziły, że dni rzeczywiście ciężkich recesji, nie mówiąc już o ogólnoświatowych kryzysach, pozostały za nami.
     Jak można by ustosunkować się do czegoś podobnego inaczej, niż biorąc pod uwagę fakt, że gospodarka nie przeżyła ostatnio żadnej poważniejszej recesji? Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zrobić dygresję w stronę teorii, a przede wszystkim zapytać, co to w ogóle jest cykl koniunkturalny. W szczególności zaś, dlaczego gospodarki rynkowe doznają recesji?
     Nie należy mówić, że odpowiedź jest oczywista - że recesje zdarzają się z powodu X, gdzie X jest przedmiotem naszego wyboru. Prawdą jest, iż po zastanowieniu - zwłaszcza jeśli się zrozumie i ogólnie uwierzy, że rynki zwykle potrafią zrównywać ze sobą podaż i popyt - recesja okazuje się rzeczywiście czymś osobliwym. Albowiem w czasie spadku koniunktury, zwłaszcza dużego spadku, podaż jest - jak się wydaje - na każdym kroku, a popytu nie ma nigdzie. Są chętni do pracy robotnicy, ale nie ma pod dostatkiem miejsc pracy, są doskonałe fabryki, ale nie ma pod dostatkiem zamówień, są otwarte sklepy, ale nie ma pod dostatkiem klientów.
     Część problemu, jaki pojawia się w rozsądnych rozmowach o recesji, polega na tym, że trudno jest odmalować to, co dzieje się w czasie załamania koniunktury, z dostosowaniem do skali pojedynczego człowieka. Ale ja mam swoją ulubioną historyjkę, którą chętnie się posługuję zarówno w sensie wytłumaczenia , co to w ogóle są recesje, jak i w charakterze "pompy intuicyjnej" dla moich własnych myśli...

    
Historyjka ta została opowiedziana w artykule Joan i Richarda Sweeneyów, opublikowanym w 1978 r. pod tytułem Monetary Theory and the Great Capitol Hill Baby-sitting Co-op. Crosis(Teoria pieniądza a kryzys spółdzielni nianiek na Kapitolu). Niech nikogo ten tytuł nie zraża, bo sprawa jest poważna.
     W latach siedemdziesiątych Sweeneynowie byli członkami, ot niespodzianka, spółdzielni nianiek – stowarzyszenia młodych małżeństw, w tym przypadku głównie pracowników zatrudnionych w Kongresie, którzy wyrazili chęć wzajemnego czuwania przy swoich dzieciach. Spółdzielnia ta była niezwykle duża, obejmowała bowiem około 150 małżeństw, co oznaczało, że potencjalnych nianiek było pod dostatkiem, ale kierowanie tą organizacją tak, aby każde małżeństwo miało równy udział w jej pracach  nie było sprawą łatwą.
     Podobnie jak wiele innych takich instytucji (i innych układów wymiany naturalnej), spółdzielnia na wzgórzu  kapitolińskim rozwiązała tren problem, emitując kupony upoważniające ich posiadaczy  do korzystania z jednej godziny opieki nad dzieckiem. Po ułożeniu dzieci do snu czuwający przy nich otrzymywali odpowiednią ilość kuponów od rodziców dzieci. System ten wykluczał ze swej natury wszelkie bumelowanie: zapewniał bowiem automatycznie, że z biegiem czasu każde małżeństwo spędzi na czuwaniu przy obcych dzieciach tyle samo godzin, ile inne małżeństwa spędzą na czuwaniu przy ich dzieciach.
     Ale to wcale  nie było takie proste. Okazuje się, że taki system wymaga całkiem pokaźnej liczby kuponów w obiegu. Małżeństwa dysponujące kilkoma wolnymi wieczorami pod rząd i niemające żadnych planów na spędzenie ich poza domem próbowały gromadzić rezerwy kuponów na przyszłość, co pociągałoby za sobą uszczuplenie rezerw innych małżeństw, ale przeciętnie z upływem czasu każde małżeństwo chciałoby prawdopodobnie posiadać dość kuponów po to, aby móc spędzać wieczór poza domem po kilka razy między kolejnymi czuwaniami przy cudzych dzieciach. Emisja kuponów w tej spółdzielni była sprawą skomplikowaną: małżeństwa otrzymywały kupony w chwili przystąpienia do niej, a wykupić je miały przy opuszczeniu spółdzielni, ale tymi kuponami uiszczały również należne opłaty związane z opłacaniem  urzędników itp. Szczegóły nie są ważne; problem polega na tym, że nadszedł czas, kiedy w obiegu znalazło się stosunkowo mało kuponów – faktycznie zbyt mało, żeby pokryć potrzeby spółdzielni.
     Wynik był osobliwy. Małżeństwa, które stwierdzały, że ich rezerwy kuponów są niewystarczające, były skłonne czuwać przy dzieciach i nie miały ochoty wychodzić wieczorami. Ale decyzja o wyjściu wieczorem  podjęta przez jedno małżeństwo była dla innych małżeństw okazją do czuwania przy dzieciach; w ten sposób takie okazje stawały się trudne do znalezienia, co jeszcze bardziej zniechęcało małżeństwa do naruszania swoich rezerw, a to z kolei jeszcze bardziej ograniczało okazje do czuwania nad dziećmi, itd.          
     Krótko mówiąc, spółdzielnia popadła w recesję.
 
     Jak reagujecie, słysząc to opowiadanie?
     Jeżeli przyjęliście je z mieszanymi uczuciami – bo czyż nie ma to być książka o światowym kryzysie gospodarczym, a nie o opiece nad dziećmi? – to znaczy, że nie zrozumieliście jego sensu. Jedynym sposobem zrozumienia każdego skomplikowanego systemu... jest posługiwanie się modelami – uproszczonymi prezentacjami tego systemu, które według naszych oczekiwań mogą pomóc w zrozumieniu, jak on funkcjonuje. Czasem takie modele składają się z układów równań, czasem z programów komputerowych (jak symulacje dające nam codziennie prognozę pogody), ale niekiedy są podobne do modeli samolotów, które projektanci  wypróbowują w tunelach powietrznych, do wersji skonstruowanych w małej skali po to, aby były bardziej dostępne dla obserwacji i eksperymentowania. Spółdzielnia na Kapitolu była miniaturą gospodarki, była w istocie najmniejszą gospodarką zdolną do recesji. Ale to, czego doświadczyła, było rzeczywiście recesją, dokładnie tak samo jak siła nośna powstająca na skrzydłach modelu samolotu jest rzeczywistą siłą nośną.
     Tak się składa, że opowiastka o spółdzielni nianiek okaże się potężnym narzędziem pomocnym w zrozumieniu bynajmniej nie wymyślonych problemów gospodarek realnego świata. Do tej historyjki o niańkach będę powracał w tej książce kilkakrotnie w tej książce kilkakrotnie, w różnych kontekstach. Na razie jednak rozpatrzmy dwie zasadnicze jej implikacje: jedna dotyczy tego, jak dochodzi do recesji, a druga – jak sobie z nimi dawać radę. 
     Po pierwsze,  dlaczego spółdzielnia nianiek popadła w recesję?  Stało się to nie dlatego, że członkowie spółdzielni źle wywiązywali się ze swych zadań...  Stało się to nie dlatego, że spółdzielnia ponosiła skutki „wartości kapitolińskich” lub uprawiała kumoterstwo...  Problem nie był związany ze zdolnością produkcyjną spółdzielni, lecz po prostu z brakiem „efektywnego popytu”: zbyt mało było wydatków na realne dobra (czas czuwania), ponieważ ludzie starali się zamiast tego akumulować gotówkę (kupony za czuwanie). Nauka wynikająca z tego dla realnego świata polega na tym, że podatność na cykl koniunkturalny ma niewiele wspólnego z podstawowymi dodatnimi lub ujemnymi stronami gospodarki: złe rzeczy mogą się zdarzać w dobrych gospodarkach.
     A jeśli chodzi o drugą sprawę, to jakie było rozwiązanie w omawianym przypadku?  Sweeneyowie donoszą, że w przypadku spółdzielni na kapitolińskim wzgórzu bardzo trudno było przekonać zarząd, który składał się przeważnie z prawników, że problem ma charakter w zasadzie techniczny i jest łatwy do rozwiązania. Funkcjonariusze zarządu spółdzielni traktowali go początkowo w taki sposób, jakby to był problem nazywany przez ekonomistów „strukturalnym”, wymagający bezpośredniego działania. Została więc przyjęta zasada wymagająca od każdego małżeństwa, aby wychodziło wieczorem co najmniej dwa razy w miesiącu. Na koniec jednak górę wzięli ekonomiści i podaż kuponów została zwiększona. Wynik był magiczny: dysponując większymi rezerwami kuponów, małżeństwa wykazywały więcej chęci do spędzania wieczorów poza domem, przyczyniając się do tego, że było pod dostatkiem okazji do czuwania przy dzieciach, co jeszcze bardziej skłoniło pary do częstego wychodzenia, itd. Produkt brutto spółdzielni – mierzony liczbą ułożonych do snu dzieci – znacznie wzrósł. Stało się to znowu nie dlatego, że małżeństwa otrzymały lepszy personel do opieki nad dziećmi lub że w spółdzielni dokonano jakiejś podstawowej reformy, lecz po prostu dlatego, że poprawiono działanie śruby pieniężnej. Inaczej mówiąc, recesje można zwalczać po prostu przez drukowanie pieniądza i czasem (zwykle) można je leczyć niespodziewanie łatwo.
(
Z tym „zwykle” byłbym trochę ostrożniejszy. W warunkach globalizacji, „dodrukowanie” pieniądza w jakimś kraju, np. w celu podniesienia zasiłków, emerytur itp., jeśli nawet nie spowoduje zwyżki cen  i faktycznie wzmocni siłę nabywczą określonych grup ludności, to korzyści odniosą nie tylko firmy własne, ale także, albo i głównie, firmy obce, i ze zwalczania recesji, tylko tym sposobem, niewiele wyjdzie. Naturalnie, co jasno wynika z dalszej części książki, Autor wcale nie zaleca zwalczanie recesji tylko przez drukowanie pieniądza.
Anonimus
).         
     Wróćmy do cyklu koniunkturalnego w pełnowymiarowym świecie.
     Oczywiście gospodarka nawet małego kraju jest dużo bardziej skomplikowana niż gospodarka spółdzielni lalek.
      (...)

     Emitenci kuponów we współczesnym świecie znani są pod postacią banków centralnych: Rezerwy Federalnej, Banku Anglii, Banku Japonii itd. To właśnie ich zadaniem jest utrzymywanie gospodarki na równym poziomie przez dodawanie lub ujmowanie gotówki w razie potrzeby.
     A jeśli jest to takie łatwe, to dlaczego w ogóle doświadczamy załamań gospodarki? Dlaczego banki centralne nie drukują nigdy tyle pieniędzy, ile potrzeba, by utrzymać nas w stanie pełnego zatrudnienia?
     Dla okresu przed drugą światową odpowiedź jest całkiem prosta: polityka była nieefektywna, ponieważ decydenci nie wiedzieli, co robią. Obecnie właściwie całe spektrum ekonomistów, od Miltona Friedmana na lewo, zgadza się z tym, że wielki kryzys został wywołany przez spadek efektywnego popytu i że Rezerwa Federalna powinna była walczyć z załamaniem koniunktury za pomocą wielkich zastrzyków pieniądza. Ale w owym czasie nie było to taką mądrością obiegową. W rzeczywistości wielu wybitnych ekonomistów podpisywało się pod swego rodzaju moralizatorskim fatalizmem, który w kryzysie upatrywał nieuniknioną konsekwencję poprzednich ekscesów, a w istocie nawet proces ozdrowieńczy. Poprawa koniunktury, oświadczył Joseph Schumpeter, „jest zdrowa tylko wówczas, gdy przychodzi sama z siebie. Albowiem każde ożywienie, które zawdzięczamy jedynie sztucznemu bodźcowi, pozostawia pewną cześć dzieła depresji niewykonaną i do nieprzetrawionych pozostałości braku dostosowań dodaje nowe, własne niedostosowanie, które z kolei musi zostać zlikwidowane, grożąc gospodarce nowym(gorszym) kryzysem w przyszłości.
     Taki fatalizm zniknął po wojnie i przez okres jednego pokolenia większość krajów starała się aktywnie kontrolować przebieg cyklu koniunkturalnego, z dużym powodzeniem; recesje były łagodne, a miejsc pracy na ogół nie brakowało. Pod koniec lat sześćdziesiątych wielu zaczęło sądzić, że cykl koniunkturalny przestał być ważnym problemem; nawet Richard Nixon obiecał  „dostrajać” gospodarkę.
     Było to zarozumialstwo; w latach siedemdziesiątych uwidoczniła się tragiczna słabość polityki pełnego zatrudnienia. Jeżeli bank centralny nazbyt optymistycznie ocenia ilość miejsc pracy, które można stworzyć, jeżeli wprowadza do obiegu zbyt dużo pieniędzy, to wynikiem tego jest inflacja; a gdy inflacja ugruntuje się głęboko w oczekiwaniach społeczeństwa, to można ją wyplenić z systemu jedynie przez okres przejściowo wysokiego bezrobocia. Jeśli dodać do tego jakiś wstrząs zewnętrzny, który nagle wywoła zwyżkę cen – jak np. podwojenie ceny ropy naftowej – to mamy przepis na groźne, jakkolwiek nieosiągające rozmiarów wielkiego kryzysu, załamanie koniunktury.  
     Ale w połowie lat osiemdziesiątych inflacja obniżyła się z powrotem do znośnego poziomu, podaż ropy naftowej była obfita, a banki centralne zaczęły w końcu sprawiać wrażenie, jakby zorientowały się, w jaki sposób zarządzać gospodarką.  Te zaś złe fakty, które się wydarzyły, zdawały się rzeczywiście potwierdzać odczucie, żeśmy się z tą sprawą uporali. Na przykład w 1987 r. na giełdzie amerykańskiej nastąpił krach z jednodniowym spadkiem kursów o takim nasileniu, jak w pierwszym dniu krachu w 1929 r. Ale Rezerwa Federalna wpompowała do obiegu tyle gotówki, że realna gospodarka nawet nie zwolniła swego biegu, a wskaźnik Dowa wkrótce odzyskał stracony grunt. Pod koniec lat osiemdziesiątych zarządcy banków centralnych, zaniepokojeni niewielkim wzrostem inflacji, nie dostrzegli oznak rozwijającej się recesji i nie podjęli na czas odpowiednich działań. Wprawdzie recesja ta kosztowała  George’a  Busha drugą kadencję prezydentury, niemniej jednak zareagowała w końcu  na zwykle stosowane lekarstwo i Stany Zjednoczone wkroczyły w kolejny okres trwałej ekspansji. W lecie 1997 r. wydawało się faktycznie, że cykl koniunkturalny został jeśli nie wyeliminowany, to przynajmniej zdecydowanie poskromiony.
     Dużą część zasług w tym jego poskromieniu przyznano osobom decydującym o polityce pieniężnej: nigdy w historii prezes banku centralnego nie cieszył się niemal mistyczną aurą, jak Alan Greenspan. Ale wtedy odczuwano również, że podstawowa struktura gospodarki zmieniła się w sposób, który uprawdopodobnił ciągłość wysokiej koniunktury.   

Wiek magazynu "Wired" ........ 35

     Nie musicie lubić ani nawet czytać magazyny „Wired”..., by traktować go jako swego rodzaju kwintesencję publikacji z lat dziewięćdziesiątych: fascynacja technologią, zadyszany styl... i oczywiście libertariańska polityka.   
      Dlaczego te cechy ukształtowały naturalny, choć często nieczytelny pakiet. Spójrzmy na rewolucję informatyczno-techniczną i zapytajmy, co oznaczała ona nie tylko dla rzeczywistości kapitalizmu, ale i dla sposobu, w jaki była postrzegana.
     Z czysto technicznego punktu widzenia można by powiedzieć, że współczesny wiek informatyki rozpoczął się jeszcze w 1971 r., gdy Intel wprowadził do użytku mikroprocesor – wnętrzności komputera umieszczone na pojedynczym chipie. Na początku lat osiemdziesiątych zaczęły się szybko rozprzestrzeniać produkty stosujące te technologię w sposób łatwo dostrzegalny w użyciu: wideogry i komputery osobiste. Ale w owym czasie nie odczuwało się tego jako rewolucji.
     W latach dziewięćdziesiątych stało się jednak jasne, że gałęzie przemysłu informatycznego zmienią w sposób dramatyczny wygląd i samopoczucie naszej gospodarki.
     Można nadal być sceptykiem co do tego, jak duże są w rzeczywistości dobrodziejstwa ekonomiczne technologii informatycznej. Na pewno jej opłacalność mierzona produktywnością jest raczej nieuchwytna; równie pewne jest, że ten sposób pomiaru zbyt nisko szacuje rzeczywiste korzyści. (...)   
     Jednakże informatyka wstrząsnęła istniejącym porządkiem przemysłowym. Tak samo jak w XIX wieku, historia gospodarcza stała się historią zasługujących na uwagę osobowości – mężczyzn (przy okazji też kobiet), którzy wpadli na jakiś lepszy pomysł, rozwinęli go w swoim garażu  lub na stole kuchennym i stali się w ten sposób bogaci. Czasopisma gospodarcze stały się rzeczywiście interesujące dla czytelników; sukces w biznesie zaczął się stawać rzeczą godną podziwu w sposób nieobserwowany  od ponad stu lat.
     To stworzyło podatny grunt dla rozwoju idei wolnorynkowych, a nawet dla libertarianizmu czasopisma „Wired”. W latach dziewięćdziesiątych  nastąpił powrót dawnej idei, że bogactwo jest produktem cnoty, a co najmniej kreatywności.
     Ale tym, co rzeczywiście uczyniło lato 1997 r. takim okresem optymizmu, było niezwykle poszerzenie się zasięgu prosperity – nie tylko na kraje zaawansowane (gdzie, w istocie, jej dobrodziejstwa nie były tak szeroko upowszechnione, jakby można było sobie życzyć), ale też na wiele krajów, które do niedawna były spisane na straty jako gospodarczo nierokujące nadziei.
     
Owoce globalizacji ......... 37

Wyrażenie "Trzeci Świat" początkowo miało być symbolem dumy: ukuł je Jawaharlal Nehru w odniesieniu do krajów, które zachowały niezależność, nie sprzymierzając się ani z Zachodem, ani ze Związkiem Radzieckim. W dość niedługim czasie jednak te polityczne intencje zostały przytłumione przez rzeczywistość gospodarczą: "Trzeci Świat " zaczął oznaczać zacofanie, nędzę, niedorozwój. Wyrażenie zaczęło nabierać konotacji nie słusznego postulatu, a beznadziejności.
     Wszystko to zmieniła globalizacja: transfer technologii i kapitału z krajów o wysokich płacach do krajów o niskich płacach i wywołany przez to wzrost pracochłonności eksportu Trzeciego Świata.
     Nieco trudno sobie przypomnieć, jak wyglądał świat  przed globalizacją; spróbujmy więc na moment cofnąć zegar  historii, by zobaczyć, jakim był Trzeci Świat niespełna jedno pokolenie wstecz (i jakim jest jeszcze nadal w niektórych krajach). W owym czasie, mimo że szybki wzrost gospodarczy garstki krajów Azji Wschodniej zaczął przykuwać uwagę, takie kraje rozwijające się, jak Filipiny, Indonezja czy Bangladesz, były ciągle tym, czym były zawsze: eksporterami surowców i importerami wyrobów przemysłowych. Małe, nieefektywne sektory przetwórstwa przemysłowego obsługiwały rynki wewnętrzne, chronione kontyngentami importowymi, ale sektory te stwarzały niewiele możliwości zatrudnienia. Tymczasem presja demograficzna zmuszała zrozpaczonych chłopów do brania pod uprawę coraz gorszych gruntów lub poszukiwania środków egzystencji wszelkimi możliwymi  sposobami, jak np. gospodarowanie na górach śmieci znajdujących się w pobliżu wielu miast Trzeciego Świata.
     Wobec braku innych możliwości, można było wynająć robotników w Dżakarcie lub Manili za psie pieniądze.  Ale w połowie lat siedemdziesiątych tania siła robocza  nie wystarczała już na to, żeby kraj rozwijający się mógł konkurować na światowych rynkach wyrobów przemysłowych. Obwarowana przewaga krajów zaawansowanych – ich infrastruktura i wiedza techniczna, znacznie większa pojemność ich rynków i bliskość dostawców podstawowych komponentów, stabilność polityczna i drobne lecz ważne dostosowania społeczne, niezbędne do funkcjonowania efektywnej gospodarki – przeważała nad  dziesięciokrotną, a nawet dwudziestokrotną różnicą płac.
     A potem coś się zmieniło. Pewna kombinacja czynników, które wciąż jeszcze nie rozumiemy w pełni – obniżenie barier celnych, usprawnienie telekomunikacji, potanienie transportu lotniczego – zmniejszyło niedogodności lokowania produkcji w krajach rozwijających się. (...)
W ten sposób kraje, które poprzedni żyły ze sprzedaży juty lub kawy, zaczęły produkować koszule i trampki.  
     Robotnicy zatrudnieni w wytwórniach tych koszul i trampek są, nieuchronnie, bardzo nisko opłacani i zgodnie z oczekiwaniami pracują w straszliwych, trudnych do zniesienia warunkach. Mówię tu „nieuchronnie”, bo ich pracodawcy nie prowadzą interesów dla swojego zdrowia (lub dla zdrowia swoich robotników); starają się płacić tak mało, jak to tylko możliwe, a minimum wyznaczają inne możliwości zatrudnienia dostępne dla robotników. W wielu przypadkach są to kraje skrajnie ubogie.
     Niemniej dla tych krajów, w których eksportowe gałęzie przemysłu zapuściły korzenie, te z górą dwadzieścia lat , doprowadziły do złotego lata 1997 r., było okresem niewątpliwej poprawy  warunków życia zwykłych ludzi. Po części stało się tak dlatego, że rozwijający się przemysł musi oferować swoim robotnikom płacę nieco wyższą od tej, jaką mogliby uzyskać gdzie indziej, po prostu po to, aby ich zmobilizować. Ważniejszą przyczyną jest jednak fakt, iż wzrost przemysłu przetwórczego oraz innych możliwości zatrudnienia , które stwarzał nowy sektor eksportowy, wywołał w gospodarce efekt podobny do fal na wodzie po wrzuceniu kamienia..(...)
     Korzyści z napędzanego przez eksport wzrostu gospodarczego w nowo uprzemysławiających się gospodarkach miały dla mas ludności charakter namacalny. (...) Te przejawy poprawy wystąpiły nie dlatego, że życzliwie usposobieni ludzie na Zachodzie uczynili coś, by pomóc tym krajom – pomoc zagraniczna, zawsze niezbyt obfita, skurczyła się w latach dziewięćdziesiątych dosłownie do zera. Nie były one również wynikiem sprzyjającej polityki rządów tych krajów, które – jak nam wkrótce przypomniano – były tak samo jak zawsze nieczule i skorumpowane. Był to pośredni i niezamierzony efekt działań bezdusznych korporacji ponadnarodowych i zachłannych przedsiębiorców lokalnych, których jedyną troską było wykorzystanie okazji do osiągnięcia zysku, nadarzających się dzięki taniej sile roboczej. Nie było to budujące widowisko; niezależnie jednak od motywów, wynikiem tych działań stało się wydźwigniecie setek milionów ludzi z odrażającej nędzy do czegoś, co w wielu przypadkach było nadal okropne, niemniej jednak znacząco lepsze.
     I jeszcze raz kapitalizm mógł z dużym uzasadnieniem zapisać to na swoje dobro. Socjaliści od dawna przyrzekali rozwój; był czas kiedy Trzeci Świat spoglądał na plany pięcioletnie Stalina jak na prawdziwy wzór, w jaki sposób zacofany naród powinien się wepchnąć w XX wiek. A nawet po utracie przez Związek Radziecki aury postępowości wielu intelektualistów sądziło, że tylko przez odcięcie się od konkurencji z bardziej zaawansowanymi gospodarkami biedne narody mogą mieć nadzieję na wyrwanie się z pułapki  zacofania . Ale w 1997 r. pojawiły się modele działań wskazujące, że szybki rozwój jest mimo wszystko możliwy – a zostało to osiągnięte nie przez butną izolację socjalistyczną, ale właśnie przez możliwie daleko idącą integrację z globalnym kapitalizmem.    
 
Sceptycy i krytycy ......... 40

     Nie wszyscy byli zachwyceni stanem gospodarki światowej w lecie 1997 r. Podczas gdy w Stanach Zjednoczonych panowała znakomita koniunktura, to inne kraje zaawansowane miały dużo kłopotów. Japonia nigdy nie otrząsnęła się z pęknięcia "bańki mydlanej" na początku tej dekady, a Europa wciąż jeszcze cierpiała na "eurosklerozę" - utrzymywanie się bezrobocia na wysokim poziomie, zwłaszcza wśród młodych, nawet w okresach ożywienia gospodarki.
     Również nie wszyscy w Stanach Zjednoczonych uczestniczyli w ogólnej prosperity. Siły postępu technicznego i globalizacji sprawiły, że łatwiej niż kiedykolwiek przedtem można było stać się naprawdę bogatym, i zwiększały popyt na wysoko kwalifikowaną siłę roboczą; ale redukowały jednocześnie popyt na mniej kwalifikowanych robotników. Nierówność bogactwa i dochodu wzrosła do poziomów niespotykanych od czasów wielkiego Gatsby'ego, podczas gdy płace realne według oficjalnych mierników dla wielu kategorii robotników obniżyły się. Nawet gdyby przyprawić te dane szczyptą soli, było całkiem jasne, że postęp gospodarki amerykańskiej zepchnął co najmniej 20 - 30 milionów ludzi na dno podziału.
     Niektórzy stwierdzali, że pogwałcone zostały inne sprawy. Niskie płace i nędzne warunki pracy w eksportowych gałęziach przemysłu krajów Trzeciego Świata były częstym źródłem prawienia morałów – zresztą według standardów Pierwszego Świata robotnicy ci byli na pewno biedakami i dlatego krytycy ci nie cierpieli argumentu, że złe miejsca pracy ze złymi płacami są lepsze niż ich brak w ogóle.
     Tak samo jak zawsze, nie brak było fatalistów. Szczególnie modne około 1996 r. stało się powtarzanie z uporem, że globalna podaż wyprzedza globalny popyt i że nieunikniony stał się dzień rozliczenia. Ale ci, którzy tak twierdzili, rzadko kiedy znajdowali  właściwe wyjaśnienie, dlaczego nie wydaje się rosnących dochodów  lub dlaczego nie można się łatwo uporać z niedostatkiem popytu, na wzór spółdzielni nianiek, za pomocą zwiększenia podaży pieniądza. (Okazało się zresztą, że nie było to tak łatwe, ale z przyczyn, których krytycy nigdy nie wyjaśnili). W każdym razie nigdy nie brakowało ludzi, którzy przepowiadali nadejście nowego wielkiego kryzysu. Dlaczego nie potraktowano ich w 1997 r. bardziej poważnie niż kiedykolwiek indziej?    
     Wreszcie, nawet rozsądni ludzie zastanawiali się, czy wiadomości są rzeczywiście wystarczająco dobre, by uzasadnić ciągły wzrost kursów na giełdzie amerykańskiej. W grudniu 1996 r. sławne stało się ostrzeżenie Alana Greenspana pod adresem rynków finansowych przed ryzykiem „irracjonalnej obfitości”; ceny akcji cofnęły się na krótko, po czym na nowo zaczęły się piąć w górę.   
     Nie był to więc całkowicie szczęśliwy świat w dniu, gdy Hongkong powracał do Chin. Ale perspektywy gospodarki światowej w ogóle, a kapitalizmu w szczególności, wydawały się w tym dniu lepsze, niż sięgała pamięć ludzka, lepsze, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić przed dziesięciu czy dwudziestu laty.
     Następnego dnia, 2 lipca, Tajlandia zdewaluowała bahta i rozpoczął się azjatycki kryzys finansowy.

2. Krótki wykład o cudach: Azja przed kryzysem ......... 42

Zawsze zachodzi nas pokusa czytania historii, jak gdyby to była tajemnicza powieść , w której wszystkie poprzednie rozdziały zawierają tropy wskazujące drogę do wstrząsających wniosków, aż do chwili, w której w końcu odkryta zostaje zdumiewająca prawda. Niemniej jednak takie podejście oznacza często zniekształcenie przeszłości i naiwność co do przyszłości. Zastanówmy się np., jak dla obserwatorów w połowie lat trzydziestych wyglądały amerykańskie szalone lata dwudzieste; niewielu potrafiło uniknąć poczucia, że musiało być coś sztucznego i niezdrowego w pozornym rozkwicie poprzedniej dekady, co stało się w końcu widoczne, gdy gospodarka pogrążyła się w depresji. Ale prosperity lat dwudziestych była rzeczywistością, tak samo jak rzeczywistością były osiągnięcia w dziedzinie przemysłu, które ją umożliwiły. Mówienie o tym, że wybryki owych lat spowodowały, iż następujący po nich krach był nie do uniknięcia, mogło się wydawać prostym odczytaniem historii, ale faktycznie była to teoretyczna spekulacja - która, jak dowiodę później w tej książce, jest nie tylko dyskusyjna, ale niemal na pewno fałszywa. W każdym razie kryzys nie był końcem historii - bo w istocie historia nigdy nie ma końca. Po sześćdziesięciu latach to lata trzydzieste, a nie dwudzieste, wyglądają jak anormalność, ale kto wie, czy ten sąd nie jest również przedwczesny.
     Patrząc obecnie na upokorzonych Azjatów - któż nie pytał wtedy, ile czasu upłynie, aż prześcigną oni Zachód, natomiast dzisiaj zazwyczaj pyta się jedynie o to, ile czasu potrzeba , by wrócili tam, gdzie byli przed dwoma laty - możemy nazbyt łatwo przekładać najświeższą katastrofę na przeszłość. Czy te gospodarki nie były w rzeczywistości raczej widowiskiem niż materią, w całości fasadą, z niczym na zapleczu? Czy ten "cud azjatycki" nie był w rzeczywistości wymysłem naszej wyobraźni?
     Nie. Wzrost Azji był naprawdę rzeczywisty, przy bliższej analizie okazywał się w przeważającej mierze tak samo imponujący, jakim jawił się przy powierzchownym oglądzie. Wzrost nie był wcale cudowny, jeżeli przez cud rozumie się coś, czego nie można pojąć.  Osiągnięcia Azji, przy całym imponującym wrażeniu, jakie wywoływały, nie były również wolne od pewnych poważnych – i zaskakujących wad. Ale przypomnijmy sobie naukę wyniesioną ze spółdzielni nianiek: dobrym gospodarkom mogą przytrafiać się złe rzeczy. Nie zakładajmy, że ponieważ na koniec wydarzyło się coś złego, to poprzednie wydarzenia nie były czymś rzeczywiście, a nawet zdumiewająco dobrym.

Tygrysy i smoki ........ 43

Wzrost gospodarczy, a przynajmniej wzrost gospodarczy, który podnosi stopę życiową, jest wynalazkiem nowoczesnym. Od zarania historii do XVIII wieku świat był w zasadzie maltuzjański: ulepszenia technologii i inwestycje kapitałowe były zawsze wyprzedzane przez wzrost ludności; liczba ludności powoli się podnosiła, ale przeciętna stopa życiowa nie rosła. Poddani Ludwika XIV prawdopodobnie odżywiali się nie lepiej niż chłopi w starożytnym Egipcie. Nawet obecnie miliardy ludzi - w przeważającej części Afryki i Azji Południowej - wciąż żyją na krawędzi przetrwania.
     Od XVIII wieku jednak jeden kraj za drugim doświadczał tego, co harwardzki ekonomista Walt Whitman Rostow nazwał „startem do samodzielnego wzrostu”. Ta niegdyś słynna teoria startu Rostowa już dawno została zdyskredytowana, lecz sam termin ma w sobie nadal coś nieodpartego.
     Pierwszym przykładem takiego startu była, oczywiście, pierwotna rewolucja przemysłowa w Anglii, której początek tradycyjnie datuje się około 1790 r.   Potem takie starty nastąpiły w innych krajach zachodnich. Zwłaszcza Niemcy (niegdyś kraj stosunkowo biedny) i Stany Zjednoczone (które zawsze były stosunkowo bogate) przeszły proces uprzemysłowienia w tempie, które ostatecznie pozwoliło im odebrać przodownictwo Wielkiej Brytanii. Pod koniec XIX wieku pierwszym i przez długi czas jedynym krajem nienależącym do Zachodu, który przeszedł proces uprzemysłowienia, stała się Japonia. Potem nastąpiła długa przerwa: od końca XIX wieku po lata sześćdziesiąte XX wieku w krajach zaawansowanych nadal trwał wzrost, ale żadne nowe kraje nie dołączyły do tego klubu.
     A potem przyszło uprzemysłowienie Azji. 
     Ale potem pojawiły się tygrysy i smoki.
     Wreszcie, pojawiły się Chiny, których mieszkańcy w liczbie miliarda powiększyli czterokrotnie swoje dochody w ciągu niespełna dwóch dziesięcioleci.  Nigdy w historii ludzkości tylu ludzi nie doznało  tak szybkiej poprawy sytuacji materialnej.
     Wobec tego nadzwyczajnego osiągnięcia, cóż złego mógłby ktoś znaleźć w sukcesie Azji?  Rozważmy najpierw niemądre przestrogi, a później te poważniejsze.   

Na ile realny był ten wzrost? ........ 45

Jak można by kwestionować tego rodzaju sukces, który właśnie opisaliśmy? Prawdą jest, że niewielu ludzi próbowało to uczynić. Niemniej jednak byli tacy, którzy twierdzili przed kryzysem, a dużo liczniejsi po kryzysie, że sukces Azji wcale nie był tym, czym się wydawał. Z grubsza biorąc, twierdzenia takie można zakwalifikować do trzech kategorii.
     Po pierwsze, niektórzy dziwili się, czy w ogóle można wierzyć w prawdziwość przytoczonych liczb. (...)
     Ujmując tę sprawę bardziej ogólnie, każdy, kto widział, jak się sporządza statystyki ekonomiczne, wie, że są one w rzeczywistości pewnym rodzajem science fiction. (...)
     Lecz żadne takie korekty nie przekreślą faktu, że był to wzbudzający podziw postęp gospodarczy. Nie należy bowiem patrzeć wyłącznie na oficjalne statystyki. Postęp Azji można było oglądać  gołym okiem...
     A zatem wzrost w Azji był rzeczywistością. Ale czy był on trwały? Albo czy nie był on w całości oparty na zaciągniętych pożyczkach? (...)
     Odpowiedź okazuje się łatwa: od startu Azji aż do początku lat dziewięćdziesiątych wzrost gospodarczy tego regionu był w przeważającym stopniu finansowany na bieżąco za pomocą własnych oszczędności każdego z tych krajów. Niewiele środków uzyskano w formie pożyczek; kapitał pochodzący z zagranicy  w większości przybierał formę inwestycji „bezpośrednich”, tzn. spółki zagraniczne budowały fabryki, mające na ogół służyć rynkom eksportowym. Jeżeli występowała gorączka spekulacyjna – a to się zdarzało – to dochodziło do niej dopiero w późnej fazie gry, co wcale nie stawiało pod znakiem zapytania realności poprzedniego wzrostu.
     Czy można było zatem powiedzieć coś negatywnego o wzroście Azji? Owszem, ale to wymaga pewnego wyjaśnienia.
 
Inspiracja kontra perspiracja ........ 47

Aż do nadejścia kryzysu finansowego jedyna poważna krytyka wyników gospodarczych Azji obracała się wokół tajemniczo brzmiącej koncepcji "całkowitej produktywności czynników". Był to miernik porównawczy według którego Azja wcale się nie wyróżniała, i dlatego był to jednocześnie wskaźnik możliwych kłopotów w przyszłości, któremu poświęcono wiele dyskusji przed faktycznym nadejściem klęski, w przeciwieństwie do tego, co się działo potem.
     Zazwyczaj gdy ludzie mówią o "produktywności", w rzeczywistości mają na myśli "produktywność pracy", a więc wydajność, czyli ilość jaką robotnik może wyprodukować w określonym przedziale czasu, jak np. godzina lub rok.
     Ale w jaki sposób kraje podnoszą swoją wydajność pracy i czy w Azji robiono to "właściwie"? W tym właśnie punkcie wyłonił się spór.
     Jednym ze sposobów podniesienia wydajności pracy robotnika jest danie mu lepszego wyposażenia. (...)
     Znaczenie technologii dla wzrostu gospodarczego... (...)
     Było rzeczą całkiem normalną, że niektórzy ekonomiści buntowali się przeciwko tak nieporadnemu wynikowi. (...)
     Klasycznym przykładem wysokiego wzrostu produkcji bez dużego wzrostu produktywności był Związek Radziecki w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Była to era Nikity Chruszczowa, który chełpiąc się osiągnięciami przemysłowymi swego kraju, oświadczył Zachodowi: „Pogrzebiemy was”. W tym samym czasie analitycy amerykańscy (finansowani głównie przez agencję wywiadowczą CIA, za ich wiedzą lub bez) stwierdzali ku swemu zaskoczeniu, że rzeczywiście szybki wzrost, jaki w tym czasie wykazywała gospodarka radziecka, miał  miejsce jedynie dzięki masowej mobilizacji siły roboczej i niezwykle wysokiej stopie inwestycji, podczas gdy całkowita produktywność czynników, jeśli w ogóle się podnosiła, to bardzo powoli. Wynikało z tego, że ten wzrost będzie musiał się obniżyć: nawet w owym kraju musiałoby to się skończyć wyczerpaniem zasobu gospodyń domowych i chłopów, których można było przymusowo przenosić do fabryk, a choć można byłoby kontynuować inwestowanie dużej części produktu, to jednak nie byłoby możliwe kontynuowanie zwiększania tej części.
     Stagnacja całkowitej produktywności czynników stawiała pod znakiem zapytania efektywność radzieckiego zarządzania gospodarką. Przecież Moskwa przeznaczała duże środki na naukę i technikę – pamiętajmy, że była to epoka Sputnika. Ponadto, mając wciąż stosunkowo zacofaną gospodarkę, Związek Radziecki powinien być zdolny do osiągania wysokiego wzrostu produktywności przez zapożyczanie i adaptowanie zachodnich technologii. Fakt iż tak się nie działo, sugerował co najmniej to, że pomimo sukcesów w mobilizowaniu środków reżim ten nie wykorzystywał ich nazbyt efektywnie – co mogło wskazywać na głębsze słabości systemu gospodarczego.*

*  Wcale nie kwestionując „głębszych słabości” niektórzy twierdzą, że Zachód, a szczególnie USA, dość skutecznie starał się te „głębsze słabości” pogłębić. Charakterystyczne przykłady (nie wiem na ile prawdziwe) – poz. 62 prezentowanej literatury.
Anonimus


     I  rzeczywiście, kilka lat po tym, jak Chruszczow walił butem w pulpit w ONZ, wzrost gospodarczy Związku Radzieckiego gwałtownie się obniżył. Zamiast wyprzedzenia Zachodu, blok radziecki zaczął pozostawać w tyle. Katastrofalny*  upadek, najpierw gospodarki radzieckiej, a potem samego państwa, był jeszcze kwestią odległej przyszłości, ale rachunek wzrostu produktywności czynników stanowił pierwsze wczesne ostrzeżenie przed przyszłymi kłopotami.

* 
Chyba Autora niepotrzebnie „ponosi” elokwencja. Związek Radziecki niewątpliwie zaczął pozostawać w tyle, zarówno z powodu własnych błędów gospodarczych, jak i z powodu gigantycznego wyścigu zbrojeń, którym nie mógł sprostać, ale, trzymając się kolejności historycznej, najpierw nastąpiła zmiana ustroju i rozpad ZSRR, a dopiero następnie krach gospodarczy, i gwałtowne obniżenie się poziomu życia zwykłych szarych ludzi, przy jednoczesnym, niemal błyskawicznym powstaniu klasy milionerów, zwanych popularnie oligarchami.
Anonimus


     Drugim ważnym przykładem gospodarek, w których szybki wzrost gospodarczy nie łączył się z odpowiednią poprawą całkowitej produktywności czynników, był, jak się okazało, przypadek wschodzących krajów Azji.
     (...)  
     Inaczej mówiąc, według własnych wyliczeń Banku Światowego, większość krajów Azji nie zmniejszała luki produktywności... (...)
     Debata na temat produktywności azjatyckiej nadal szaleje. (...)
     Tak samo jak w przypadku Związku Radzieckiego, jedna z odpowiedzi brzmiała, że wobec braku szybkiego wzrostu produktywności Azja była skazana na wystąpienie zjawiska malejących przychodów. (...)
Również tak samo jak w przypadku Związku Radzieckiego, fakt, iż nie osiągano wzrostu produktywności, stawiał  pod znakiem zapytania  efektywność zarządzania gospodarką w ogóle. (...) 
     (...) 

Na marginesie
Science fiction może dotyczyć nie tylko statystyki, ale i danych przetworzonych, w tym produktywności. Na kilku moich stronach, począwszy od konkretyzacji, podałem przykłady po prostu jaskrawych dezinformujących nonsensów, wyliczanych na poważnie przez poważnych ludzi zgodnie z zasadami poważnej sztuki ekonomicznej. Nawet fakt (wynikający ze znajomości szczegółów), że największą produktywność osiąga się („statystycznie”) „leżąc do góry brzuchem” (maszyny też stoją bezczynnie), nikogo nie wzruszał.
A niektórzy jeszcze (po czasie) oburzali  się z żartów, że niechcący mają wielkie zasługi w obaleniu „totalitarnego ustroju”, co im kiedyś będzie docenione, jeśli i następnego, lepszego ustroju (według ich aktualnych poglądów), również niechcący, nie obalą.
Anonimus
  
 
Czy istniał system azjatycki ........ 55

Nigdy nie byłem w stanie go odnaleźć, ale wyraźnie pamiętam pewien dawny wywiad, w którym „mocny człowiek” Singapuru, Lee Kuan Yew, przypisał szybki wzrost swojego regionu „wewnętrznemu dynamizmowi wschodnioazjatyckiego człowieka”. Bardzo mi się zawsze podobała ta linia rozumowania, choćby ze względu na jej ironię: jeśli kiedykolwiek zdarzył się przypadek rozwoju od dna do szczytu nie dzięki inicjatywie poszczególnych jednostek, lecz dlatego, że przywódca miał wizję i narzucił ją swoim rodakom, to był właśnie Singapur pana Lee.
     Można by dalej pytać, czy w ogóle mówienie o „człowieku wschodnioazjatyckim” ma jakiś sens. Kraje składające się według Banku Światowego na grupę high-perfomance Asian Economies (gospodarek azjatyckich osiągających wysokie wyniki), czyli w skrócie HPAEs (jak sądzę, wymawia się to tak samo jak hippies), obejmują kraje muzułmańskie Indonezję i Malezję, królestwo buddyjskie Tajlandii, etnicznie chińskie miasta-państwa Singapur i Hongkong oraz kompletnie odrębne kultury Korei i Japonii.
     Niemniej jednak faktem jest, że wszystkie te kraje osiągnęły wyjątkowo wysokie stopy wzrostu. Łączą je również inne cechy charakterystyczne: bardzo wysokie stopy oszczędności, niezwykle dobra edukacja podstawowa i odpowiednio wysokie wskaźniki umiejętności czytania, pisania i liczenia. Z kolei szybka akumulacja kapitału fizycznego i ludzkiego, będąca wynikiem tych wspólnych cech, jest głównym czynnikiem tłumaczącym szybki wzrost gospodarczy. (...)
     Słynne jest twierdzenie Maxa Webera, że karierę gospodarczą Europy północno-zachodniej tłumaczy „etyka protestancka”; być może więc wspólnym motywem sukcesu gospodarczego Azji jest „etyka konfucjańska”, wyrażająca się w wysokiej stopie oszczędności i szacunku dla edukacji. 
     Jednakże niektórzy obserwatorzy sądzili, że tę zróżnicowaną wspólność  wzrostu azjatyckiego należy upatrywać w przejęciu „systemu azjatyckiego” wymodelowanego na karierze Japonii, która odrzuciła naiwne zachodnie pojęcia 
laissez-faire i wolnego handlu na rzecz reżimu, w którym rządy aktywnie popierają określone dziedziny działalności gospodarczej, chroniąc je przed konkurencją zagraniczną – dopóki nie staną się one zdolne do eksportowania swoich produktów – subsydiując je tanim kredytem i w ogóle posługując się państwem jako narzędziem rozwoju gospodarczego.        
     Gospodarki azjatyckie cechował odmienny niż w Stanach Zjednoczonych sposób rządzenia. Zamiast swego rodzaju niechętnego, legalistycznego stosunku, jaki ukształtowaliśmy między rządem a biznesem, azjatyckie gospodarki cieszyły się niczym nie powstrzymaną zażyłością między elitami biznesu i rządu, pozostającymi ze sobą w stosunku pewnego rodzaju wygodnej i przyjemnej współpracy. Byłem niegdyś przekonany, że ta zażyłość działała w interesie gospodarki jako całości,  że pozwalała na współpracę biznesu i rządu w celu maksymalizacji bogactwa kraju. Wkrótce jednak ta sama zażyłość miała otrzymać nową nazwę: „
crony capitalism” („kapitalizm kolesiów”). System ten został oskarżony, i słusznie, o promowanie prywatnych korzyści kosztem gospodarki, a także, choć w sposób mniej przekonujący, o to, że właśnie w nim tkwiły korzenie kryzysu.  
     Ale w owym czasie nikomu nawet na myśl nie przychodził kryzys, przynajmniej w Azji. Kryzysy zdarzały się wyłącznie gdzie indziej.     

3. Zignorowane ostrzeżenie:
Ameryka Łacińska 1995
......... 58

Wyobrażam sobie zabawę polegającą na kojarzeniu słów - jedna osoba wypowiada wyraz lub zdanie , a druga ma odpowiedzieć pierwszym wyrazem lub zdaniem, które przyjdzie jej na myśl - z udziałem doświadczonego międzynarodowego bankiera, urzędnika finansów publicznych lub ekonomisty. Do niedawna, a nawet obecnie, gdyby padło hasło "kryzys finansowy", to taki bankier, urzędnik czy ekonomista odpowiedziałby na pewno "Ameryka Łacińska".
     Od wielu pokoleń kraje Ameryki Łacińskiej przeżywały niemal wyłącznie kryzysy walutowe, upadłości banków, ataki hiperinflacji i wszelkie inne nieszczęścia związane z pieniądzem, jakie tylko zna współczesny człowiek. Słabe rządy tworzone w wyniku wyborów przeplatały się z dyktaturami wojskowymi, starając się kupić poparcie ludności populistycznymi programami, których nie były w stanie zrealizować. Usiłując sfinansować takie programy, rządy uciekały się albo do zadłużenia się u pozbawionych skrupułów bankierów zagranicznych, czego końcowymi wynikami były kryzysy bilansu płatniczego i bankructwa, albo do drukowania banknotów, co kończyło się hiperinflacją.
     Ale pod koniec lat osiemdziesiątych wydawało się, że Ameryka Łacińska wreszcie wyciągnęła wnioski ze swoich doświadczeń. U niewielu Latynosów brutalność Pinocheta budziła podziw, ale reformy gospodarcze, które wprowadził w Chile, okazały się wielkim sukcesem i pozostały nietknięte, gdy kraj ten powrócił wreszcie w 1989 r. do demokracji. Powrót Chile do cnót wiktoriańskich - do zdrowego pieniądza i wolnych rynków - zaczął wyglądać coraz bardziej atrakcyjnie, w miarę jak podnosiła się stopa wzrostu gospodarczego tego kraju. Co więcej, odnosiło się wrażenie, że dawna polityka ostatecznie dobiegła kresu: kryzys zadłużenia, który rozpoczął się w 1982 r., nadal się przeciągał i stało się jasne, że tylko jakaś radykalna zmiana polityki mogłaby doprowadzić do ożywienia tego regionu.
     W ten sposób doszło w Ameryce Łacińskiej do reformy. Przedsiębiorstwa stanowiące własność państwa sprywatyzowano, zniesiono ograniczenia importowe i ukrócono deficyty budżetowe. Opanowanie inflacji zyskało rangę priorytetu... Wysiłki te zostały wkrótce nagrodzone nie tylko zwiększoną efektywnością gospodarki, ale też odnowieniem zaufania inwestorów zagranicznych. Kraje, które przebyły lata osiemdziesiąte jako pariasi finansowi... stały się teraz faworytami rynków międzynarodowych... Międzynarodowe środki przekazu zaczęły mówić nawet o "nowej" Ameryce Łacińskiej, a zwłaszcza o "cudzie meksykańskim". We wrześniu 1994 r. raport o konkurencyjności światowej, przygotowany przez osoby, które organizują osławione konferencje w Davos, zawierał specjalne orędzie bohatera dnia, jakim stał się prezydent Meksyku, Carlos Salinas.
     Trzy miesiące później Meksyk pogrążył się w najgorszym jak dotąd kryzysie finansowym.
 
Patrząc na to z perspektywy czasu, kryzys ten należało potraktować jako zły omen, jako ostrzeżenie, że przychylna opinia rynków może być zmienna, że dobra prasa w dniu dzisiejszym wcale nie chroni kraju przed jutrzejszym kryzysem zaufania.
     Ale ostrzeżenie to zostało zignorowane. Aby zrozumieć, dlaczego tak się stało, musimy przyjrzeć się bliżej dziwnie nie docenianej historii wielkiego kryzysu Ameryki Łacińskiej.

Meksyk - wydźwignięcie się z lat osiemdziesiątych ....... 60

Nikt nie mógłby nazwać rządu Meksyku nieinteligentnym. Najbliższe otoczenie prezydenta kraju, tzw. cientificos, stanowili dobrze wykształceni młodzi ludzie, którzy chcieli, by Meksyk stał się nowoczesnym krajem, i uważali, że wymaga to ścisłego zintegrowania z gospodarką światową. Zagraniczni inwestorzy byli mile widziani, a ich prawa własności były dobrze zabezpieczone. Będąc pod wrażeniem postępowego przywództwa Meksyku, napływali oni licznie, odgrywając kluczową rolę w modernizacji kraju.
     Ale to było dawno. Porfirio Diaz, który rządził Meksykiem od 1876 do 1911 r., został obalony przez powstanie ludowe. A stabilny rząd, który uformował się po dziesięcioletniej wojnie domowej, był populistyczny, nacjonalistyczny i odnosił się nieufnie do inwestorów zagranicznych w ogóle, a zwłaszcza do Stanów Zjednoczonych. Członkowie pięknie  nazwanej Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI) chcieli zmodernizować  Meksyk, ale na swój sposób: przemysł rozwijały krajowe spółki, aby służył rynkowi wewnętrznemu, chronionemu za pomocą ceł i ograniczeń importowych przed bardziej wydajnymi przedsiębiorstwami zagranicznymi. Obcy kapitał akceptowano, dopóki nie przynosił ze sobą  obcej kontroli; na szczęście, rząd meksykański zezwalał  swoim spółkom na zaciąganie kredytów w bankach Stanów Zjednoczonych, aby tylko akcje uprawniające do głosowania pozostawały w rękach krajowców.
     Taka introwersyjna polityka gospodarcza mogła być nieefektywna. (...) Trzeba też powiedzieć, że do lat siedemdziesiątych Meksyk starał się finansowo nie sięgać zbyt wysoko: wzrost był niezadawalający, ale nie było kryzysów. 
     Jednakże w późnych latach siedemdziesiątych machnięto ręką na te tradycyjne względy ostrożności. Gospodarkę ogarnął gorączkowy boom, podsycany nowymi odkryciami złóż naftowych, wysokimi cenami ropy i dużymi pożyczkami  z zagranicznych banków.
     Niewielu zauważało znaki ostrzegawcze. Sporadycznie trafiały się w prasie wzmianki wskazujące  na wyłanianie się pewnych problemów finansowych, ale ogólnie panował pogląd, że Meksyk (i w ogóle Ameryka Łacińska) jest obszarem niskiego ryzyka finansowego. Tego rodzaju  stan samozadowolenia można ująć liczbowo: jeszcze w lipcu 1982 r. stopa zwrotu z obligacji meksykańskich była tylko nieco niższa niż w przypadku uznawanych za bezpieczne obligacji takich kredytobiorców jak Bank Światowy, co wskazywało, że inwestorzy uważali ryzyko niewypłacalności Meksyku w odpowiednim terminie  za znikome. Jednakże w połowie następnego miesiąca oficjalna delegacja meksykańska udała się do Waszyngtonu w celu poinformowania  sekretarza skarbu Stanów Zjednoczonych, że skończyły się pieniądze i że Meksyk nie będzie mógł honorować swoich długów. W ciągu kilku miesięcy, gdy banki zaprzestały udzielania kredytów i zaczęły się domagać spłat, kryzys rozprzestrzenił się  na przeważającą część Ameryki Łacińskiej i poza nią.  Dzięki szalonym wysiłkom – np. nadzwyczajnym pożyczkom od rządu Stanów Zjednoczonych i agencji międzynarodowych..., dzięki „restrukturyzacji”  spłat pożyczek, a także dzięki temu, co później nazwano „zharmonizowaną akcją pożyczkową”... – większości krajów udało się uniknąć  zupełnego bankructwa  (
chyba żaden kraj zupełnie nie zbankrutował, czyli „barwna elokwencja”. Anonimus). Jednakże ceną uniknięcia katastrofy finansowej była ciężka recesja, po której nadeszła powolna i często z trudem osiągana poprawa. W 1986 r. realny dochód na głowę był o 10% niższy niż w 1981 r.; płace realne, poddane erozji przez utrzymującą się w ciągu poprzednich czterech lat inflację, której przeciętna stopa sięgała powyżej 70 procent, były o 30 % niższe  od poziomu sprzed kryzysu.
     Na scenę wkraczają reformatorzy.  W ciągu lat siedemdziesiątych coraz większy wpływ w rządzącej partii i w rządzie Meksyku zyskiwała „nowa klasa”. Jej przedstawiciele, dobrze wykształceni, często z dyplomami Harvardu lub MIT, mówiący biegle po angielsku, międzynarodowi z wyglądu, byli na tyle meksykańscy, żeby pływać po politycznych wodach rządzącej partii pracodawców i  protektorów, ale jednocześnie na tyle zamerykanizowani, żeby żywić przekonanie, iż sprawy powinny wyglądać inaczej.  Kryzys gospodarczy sprawił, że stara gwardia – „dinozaury” – nie wiedziała, co począć; natomiast wybiła godzina „technokratów”, którzy umieli wytłumaczyć, jak funkcjonowały reformy wolnorynkowe w Chile, jak przebiegał nakręcany przez  eksport wzrost gospodarczy w Korei Południowej, w jaki sposób ustabilizowano inflację w Izraelu. W połowie lat osiemdziesiątych wielu ekonomistów latynoamerykańskich zerwało z dawnymi statycznymi poglądami z lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych na rzecz tego, co miało zyskać sobie nazwę „konsensu waszyngtońskiego”: wzrost gospodarczy najlepiej można osiągnąć poprzez zdrowy budżet, niską inflację, zniesienie regulacji rynków i wolny handel.
     W 1985 r. prezydent Miguel de la Madrid zaczął wprowadzać w życie  tę doktrynę w sposób najbardziej dramatyczny, za pomocą radykalnej liberalizacji handlu Meksyku: rozmontowano system celny i drastycznie zredukowano import wymagający licencji państwowych. Rząd rozpoczął wyprzedaż niektórych przedsiębiorstw stanowiących jego własność i rozluźnił surowe normy regulujące własność cudzoziemców. A w tym wszystkim, być może, rzeczą najbardziej był fakt, że de la Madrid wyznaczył na swojego następcę nie jednego z szefów partii rządzącej, jak to było w zwyczaju, lecz lidera nowych reformatorów, sekretarza planowania i budżetu, Carlosa Salinasa de Gortari, absolwenta Harvard’s Kennedy  School of Government, otoczonego sztabem wysoko cenionych ekonomistów wykształconych głównie w MIT.
     Z rozmysłem używam tu określenia „wyznaczył...”  (...).  System polityczny Meksyku...(...)  Na papierze była to demokracja przedstawicielska... (...)  ...w 1988 r.  ... Salinas został wybrany na prezydenta. (...)
     Sukcesy rządów Salinasa opierały się na dwóch zasadniczych posunięciach politycznych. Pierwszym było rozwiązanie kryzysu zadłużenia. Na początku 1989 r. rząd Stanów Zjednoczonych, po pomyślnym wyniku amerykańskich wyborów prezydenckich, zaczął wykazywać nieoczekiwaną gotowość do stawienia czoła nieprzyjemnym realiom. Przyznał on w końcu, że duża część instytucji oszczędnościowo-pożyczkowych uprawiała hazard pieniędzmi podatników, tak iż trzeba było je zamknąć.  (...)... długi Ameryki Łacińskiej nie będą mogły być w pełni spłacone i że w związku z tym należy opracować pewien sposób ich anulowania.  (...)
     Ulga w ogólnym oddłużeniu, jaką przyniosła  meksykańska transakcja..., była raczej skromna, ale stała się psychologicznym punktem zwrotnym. (...)
     Uregulowanie problemu zadłużenia nie było jedynym trikiem, który miał w zanadrzu Salinas. W 1990 r. zadziwił świat propozycją wprowadzenia przez Meksyk wolnego handlu ze Stanami Zjednoczonymi i Kanadą... (...). 
     Prezydent George Bush zaakceptował propozycję Salinasa. Jakże by mógł odmówić?  Gdy w 1982 r. wybuchł kryzys zadłużenia, wielu ludzi w Stanach Zjednoczonych obawiało się, że doprowadzi on do radykalizmu polityki Meksyku, że w powstałym chaosie dojdą do głosu siły antyamerykańskie, a być może nawet komuniści. Tymczasem do władzy doszli w cudowny sposób proamerykańscy zwolennicy wolnego rynku – ludzie w naszym typie – i zaoferowali zniesienie wszelkich dawnych barier. Tak więc z nieodpartych względów natury politycznej amerykańscy dyplomaci z entuzjazmem odnieśli się do koncepcji NAFTA. Przekonanie o tym Kongresu okazało się, jak zobaczymy, nieco trudniejsze. Ale w pierwszym przypływie entuzjazmu było to jeszcze niedostrzegalne. 
     Tymczasem, w miarę jak kontynuowano w Meksyku reformy – jak wyprzedawano przedsiębiorstwa państwowe, znoszono coraz więcej  ograniczeń importowych i mile witano zagranicznych inwestorów – wzmagał się entuzjazm wobec meksykańskich perspektyw. Ja sam przypominam sobie rozmowę, jaką miałem w marcu 1993 r. w Cancún z grupą menedżerów spółek ponadnarodowych prowadzących interesy w Ameryce Łacińskiej. Wypowiedziałem wówczas kilka łagodnych zastrzeżeń na temat sytuacji w Meksyku, opartych na dowodach budzących pewne rozczarowanie co do opłacalności reformy. „Jest Pan jedyną osobą na tej sali, która ma coś negatywnego do powiedzenia na temat tego kraju” – poinformowano mnie grzecznie. Tak więc ludzie podobni do tych obecnych na tej sali zatkali sobie usta pieniędzmi: w 1993 r. zainwestowano w Meksyku ponad 30 mld dolarów  zagranicznych kapitałów.

Zerwanie Argentyny z przeszłością ....... 65

"Bogaty jak Argentyńczyk". Tego epitetu powszechnie używano w Europie przed pierwszą wojną światową, w czasie gdy opinia publiczna i inwestorzy widzieli w Argentynie kraj wielkich możliwości. Podobnie jak Australia, Kanada i Stany Zjednoczone, Argentyna była krajem obfitującym w surowce, ulubionym celem wędrówek zarówno europejskich emigrantów, jak i europejskiego kapitału. Buenos Aires było pełnym wdzięku miastem z europejskim smakiem, centralnym punktem pierwszorzędnej , zbudowanej i sfinansowanej przez Brytyjczyków, sieci kolei żelaznych, które zwoziły zboże i mięso z pampasów na eksport w daleki świat. Związana handlem i inwestycjami z globalną gospodarką, a kablami telegraficznymi ze światowym rynkiem kapitałowym, Argentyna była renomowanym członkiem przedwojennego systemu międzynarodowego.
     Co prawda nawet wtedy Argentyna miała od czasu do czasu pewną tendencję do drukowania zbyt dużej ilości pieniądza i popadania w trudności w obsłudze swego zadłużenia zagranicznego. Ale to samo działo się ze Stanami Zjednoczonymi. Niewielu było w stanie sobie wyobrazić, że Argentyna może w końcu pozostać tak daleko w tyle.
     Lata międzywojenne były trudne dla Argentyny, podobnie jak dla wszystkich krajów eksportujących surowce.
Niemniej jednak Argentyna nie wyszła na tym tak źle, jak można było przypuszczać w czasach wielkiego kryzysu. Jej rządy okazały się mniej doktrynerskie od rządów krajów zaawansowanych, które były zdecydowane bronić wartości swego pieniądza za wszelką cenę. Dzięki dewaluacji peso, roztoczeniu kontroli nad ucieczką kapitałów i ogłoszeniu moratorium na spłaty długów Argentyna była w stanie osiągnąć stosunkowo silne ożywienie koniunktury po 1932 r. Istotnie, już w 1934 r. Europejczycy zaczęli na nowo emigrować do Argentyny, ponieważ mieli tam lepsze perspektywy znalezienia pracy niż w innych krajach.
Jednakże powodzenie tej heterodoksyjnej polityki w czasach kryzysu przyczyniło się do ukształtowania pewnych przyzwyczajeń w rządzeniu krajem, które z upływem czasu działały coraz bardziej destrukcyjnie. Kontrola płatności w obcych walutach przerodziła się w koszmarnie skomplikowany zbiór przepisów, które zniechęcały do jakichkolwiek przedsięwzięć i sprzyjały korupcji. Przejściowe ograniczenia importu stały się stałymi barierami, pod osłoną których mogły egzystować niewiarygodnie nieefektywne gałęzie gospodarki. W znacjonalizowanych przedsiębiorstwach topiono fundusze publiczne przez zatrudnianie setek tysięcy ludzi, mimo że nie świadczyło oni istotnych usług. A finansowanie wydatków za pomocą deficytu budżetowego wciąż szalało, prowadząc do coraz bardziej niszczących nawrotów inflacji.
W latach osiemdziesiątych sprawy jeszcze bardziej się pogorszyły. Po klęsce w wojnie o Falklandy wojskowy rząd Argentyny ustąpił a władzę objął rząd cywilny Raula Alfonsina, obiecując ponowne ożywienie gospodarki. Jednakże kryzys zadłużenia wstrząsnął Argentyną równie silnie jak resztą Ameryki Łacińskiej, a podjęte przez Alfonsina próby ustabilizowania cen przez wprowadzenie nowej waluty, australa, zakończyły się posępnym niepowodzeniem. W 1989 r. kraj znalazł się w sytuacji prawdziwej hiperinflacji, ze wzrostem cen w tempie 3000% rocznie.
     Zwycięstwo w wyborach 1989 r. odniósł Carlos Menem, peronista... Na ministra finansów zaangażował Dominga Cavalla, doktora ekonomii z Harvardu..., ten zaś sporządził plan reform jeszcze bardziej radykalny od planu meksykańskiego.
     Część planu dotyczyła otwarcia Argentyny na rynki światowe, a w szczególności skończenia z zadawnionym destrukcyjnym zwyczajem traktowania eksportu rolnego jako dojnej krowy, którą można obciążać podatkami o prohibicyjnych stawkach w celu finansowania wszystkiego innego. Także prywatyzacja olbrzymiego i skrajnie nieefektywnego sektora własności państwowej  postępowała w szybkim tempie. Podczas gdy początkowa polityka Argentyny należała bezsprzecznie do najgorszych w świecie, te reformy świadczyły o czymś zupełnie innym.
     Wyróżniającym posunięciem Cavalla była reforma pieniężna. Aby ostatecznie skończyć z inflacyjną historią kraju, wskrzesił on system pieniężny, który niemal całkowicie popadł w zapomnienie we współczesnym świecie, a mianowicie system sztywnego ustalania kursu walutowego
     System ten był na ogół standardową instytucją w europejskich posiadłościach kolonialnych. Posiadłościom tym  zwykle pozwalano  na emisję własnej waluty, której wartość jednak była sztywno związana z walutą metropolii, a jej kondycja była gwarantowana ustawą wymagającą, aby wewnętrzna emisja znajdowała pełne pokrycie w rezerwach twardych walut.  W latach powojennych, wraz z upadkiem imperiów kolonialnych i rozrostem aktywnego zarządzania gospodarką, system ten poszedł w niepamięć.   
     Jeśli chodzi o Argentynę, to odczuwała ona rozpaczliwie potrzebę wiarygodności i dlatego Cavallo sięgnął do przeszłości. Nieszczęsny austral został zastąpiony przez nowo narodzone peso, oparte na ustalonym raz na zawsze parytecie: jedno peso = jeden dolar, przy czym każde peso znajdujące się w obiegu miało pokrycie w dolarze znajdującym się w rezerwach walutowych. Po dziesiątkach lat nadużywania swego pieniądza Argentyna zrezygnowała ustawowo z drukowania pieniądza w ogóle, chyba że ktoś chciał zamienić dolary na peso po ustalonym kursie 1:1.
     Wyniki tego były imponujące*: inflacja szybko spadła niemal do zera. Podobnie jak Meksyk, Argentyna wynegocjowała zastosowanie planu Brady'ego i została za to wynagrodzona wznowieniem dopływu kapitału, jakkolwiek nie w takiej samej skali jak poprzednio. Gospodarka realna zaś gwałtownie nabrała animuszu: po latach spadku PKB wzrósł o 1/4 w ciągu trzech lat.

(* "Imponujący" jest też obecny kryzys.
Z rozlicznych tytułów wiadomości, cytuję tylko dwa:
- "Argentyna jest już bankrutem" - info.onet.pl
- "Argentyna zawiesza obsługę długu oraz odsetek" - PAP 2001-12-24, cyt. za "wiadomości.wp.pl".
Anonimus
).
 
Zły rok Meksyku ....... 68

Czy w końcu 1993 r. widać było jakieś chmury na horyzoncie Ameryki Łacińskiej? Inwestorzy byli pełni euforii: wydawało im się, że nowa orientacja wolnorynkowa kontynentu przekształciła go w krainę wielkich możliwości. Zagraniczni biznesmeni, podobnie jak ci, z którymi rozmawiałem w Cancún, byli niemal równie optymistyczni: świeżo zliberalizowane środowisko stwarzało dla nich wiele nowych możliwości. Tylko nieliczni ekonomiści mieli wątpliwości, ale te były stosunkowo mało ważne.
     Jednym z problemów, wspólnym dla Meksyku i dla Argentyny, była adekwatność  kursu walutowego. Obydwa kraje ustabilizowały swoje waluty; obydwa obniżyły inflację, ale w obydwu spowolnienie inflacji pozostawało w tyle za stabilizacją kursu walutowego. (...)
     Podobna kwestia dotyczyła bilansu handlowego... (...)
     Oficjalne koła meksykańskie i ekonomiści zagraniczni twierdzili, że nie ma powodów do niepokoju. Ich argumentacja wywodziła się bezpośrednio z podręczników ekonomii. Z punktu widzenia czystej rachunkowości bilans płatniczy jest zawsze zrównoważony; to znaczy, że każdy zakup dokonany przez dany kraj za granicą musi znajdować swój odpowiednik w sprzedaży o równej wartości. (studenci ekonomii wiedzą, że twierdzenie to jest ograniczone małym zastrzeżeniem technicznym, dotyczącym nieodpłatnych transferów; ale mniejsza z tym). Jeśli dany kraj ma deficyt na rachunku obrotów bieżących – czyli zakupuje więcej dóbr, niż sprzedaje – to musi mieć analogiczną nadwyżkę na rachunku obrotów kapitałowych. Dotyczy to także drugiej strony: kraj, który ma nadwyżkę na rachunku obrotów kapitałowych, musi mieć deficyt na rachunku obrotów bieżących. Ale to oznaczało, że sukces Meksyku polegający na tym, że cudzoziemcy przybywali ze swoimi pieniędzmi, aby kupować walory meksykańskie, miał jako konieczny odpowiednik tego deficyt handlowy – w rzeczywistości zatem deficyt był po prostu innym sposobem wyrażenia faktu, iż cudzoziemcy uważali Meksyk za miejsce nadające się do wielkich inwestycji. Jedynym powodem do troski, zdaniem optymistów, byłoby to, gdyby ten dopływ kapitału był w jakiejś mierze sztuczny – gdyby rząd przyciągał kapitał z zewnątrz przez zadłużanie się za granicą (jak to miało miejsce przed 1982 r.) lub przez utrzymywanie wysokiego deficytu budżetowego, powodującego niedobór krajowych oszczędności.  Jednakże rząd Meksyku miał zrównoważony budżet i w rzeczywistości powiększał swoje zagraniczne aktywa a nie zobowiązania. Jakiż więc mógł być powód do niepokoju? Jeśli sektor prywatny potrzebował dopływu kapitału z zewnątrz, to dlaczego rząd miałby próbować zatrzymać ten dopływ?
     A jednak osiągnięcia Meksyku miały pewien niepokojący aspekt: gdzież przy wszystkich tych reformach i całym tym dopływie kapitału był wzrost gospodarczy?        
     (...)

Kryzys "tequila" ....... 71

W grudniu 1994 r., wobec nieustającego drenażu rezerw walutowych, władze meksykańskie musiały podjąć decyzję, jak w związku z tym dalej postępować. Mogły one zahamować dalsze straty przez podwyższenie stóp procentowych, zwiększając w ten sposób dla obywateli meksykańskich atrakcyjność trzymania zasobów finansowych w pesos, a być może nawet przyciągając również fundusze zagraniczne. Ale taka podwyżka stóp procentowych szkodziłaby interesom biznesu i wydatkom konsumentów, a przecież po kilku latach niezadawalającego wzrostu Meksyk znajdował się na krawędzi recesji. Albo też można było zdewaluować peso - obniżyć jego wartość w stosunku do dolara - w nadziei, że przyniesie to taki sam efekt, jak szesnaście miesięcy wcześniej dewaluacja przyniosła Wielkiej Brytanii. Czyli, według najlepszego scenariusza, dewaluacja mogła nie tylko zwiększyć konkurencyjność meksykańskiego eksportu, ale też przekonać zagranicznych inwestorów, że aktywa meksykańskie reprezentują wysoką wartość, i w ten sposób doprowadzić faktycznie do obniżki stóp procentowych.
     Meksyk wybrał dewaluację. Ale spartaczył sprawę!
     To czego można się spodziewać, gdy waluta krajowa zostanie zdewaluowana, wyraża się w powiedzeniu spekulantów: „w porządku, już po wszystkim” i zaprzestaniu przez nich stawiania na spadek waluty. Tak wyglądał efekt dewaluacji w Wielkiej Brytanii i Szwecji w 1992 r.  Niebezpieczeństwo polega na tym, że zamiast tak postąpić, spekulanci mogą potraktować pierwszą dewaluację jako oznakę, że po niej przyjdą następne i spekulować jeszcze ostrzej. Aby tego uniknąć, zakłada się, że rząd zachowa pewne reguły.  Po pierwsze, jeśli w ogóle przeprowadza się dewaluację, to należy tego dokonać w dostatecznie dużych rozmiarach. W przeciwnym razie pobudzi to oczekiwania dalszych dewaluacji. Po drugie, bezpośrednio po dewaluacji należy dawać wszelkie możliwe sygnały, że się panuje nad sytuacją, że sprawujący władzę są odpowiedzialnymi ludźmi, którzy doceniają znaczenie właściwego traktowania inwestorów, itp. W przeciwnym razie dewaluacja może skrystalizować wątpliwości co do kondycji gospodarki i wywołać panikę. 
     W Meksyku złamano obydwie reguły. Początkowa dewaluacja wyniosła 15% tego, co sugerowali ekonomiści, np. Dornbusch. A w dodatku zachowanie przedstawicieli rządu bynajmniej nie służyło zwiększaniu zaufania. (...)
     Kryzys finansów państwowych wkrótce przerzucił się na sektor prywatny. W ciągu 1995 r. realny PKB Meksyku zmniejszył się o 7%, a produkcja przemysłowa o 15%, sytuacja przedstawiała się o wiele gorzej od wszystkiego, co widziały Stany Zjednoczone poczynając od lat trzydziestych – w rzeczywistości o wiele gorzej od załamania koniunktury  po kryzysie zadłużenia w 1982 r. Tysiące przedsiębiorstw zbankrutowało; setki tysięcy robotników straciło pracę.
     Najciekawszy w tym wszystkim jest fakt, że kryzys ten nie ograniczył się tylko do Meksyku. W istocie „efekt tequili” objął swym zasięgiem dużą część świata, zwłaszcza Amerykę Łacińską, a w niej szczególnie Argentynę.
     Była to niemiła niespodzianka. Po pierwsze, Argentyna i Meksyk leżą na przeciwległych końcach Ameryki Łacińskiej, nie są związane ze sobą bezpośrednim handlem czy stosunkami finansowymi o znaczniejszych rozmiarach. Ponadto system walutowy Argentyny uważano za gwarancję nienaruszalnej wiarygodności jej peso. Jak mogła ona zostać dotknięta kryzysem meksykański?
     Być może Argentyna została zaatakowana dlatego, że z punktu widzenia jankesów poszukujących lokat dla swoich kapitałów wszystkie kraje Ameryki Łacińskiej są do siebie podobne. (...)
     Oto jak działał ten mechanizm... (...)      
     Na początku 1995 r. zatem zarówno Meksyk jak i Argentyna z euforii popadły nagle w strach, wydawało się bowiem prawdopodobne, że eksperymentowanie z reformami w obydwu krajach musi się zakończyć katastrofalnym upadkiem.
 
Wielka akcja ratunkowa ....... 76

Tym, czego Ameryka Łacińska pilnie potrzebowała, były dolary: dolary, którymi Meksyk mógłby wykupić swoje
tesobonos w terminie, dolary, które Argentynie pozwalałyby drukować pesos i pożyczać je swoim bankom.
     Pakiet meksykański był większy i pilniejszy, a pod względem politycznym trudniejszy. Choć duża część środków pochodziła z agencji  międzynarodowych, jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Europa i Japonia traktowały pomoc dla Meksyku jako sprawę Stanów Zjednoczonych i dlatego właśnie Stany Zjednoczone musiały same dostarczyć dużej porcji funduszów. Niestety, uformowały się tam potężne siły polityczne sprzeciwiające się takiej pomocy. Ci, którzy zawzięcie byli przeciwni NAFTA, traktowali kryzys meksykański jako dowód słuszności swoich poglądów i wcale nie kwapili się z wykupieniem Meksykan i bankierów, którzy udzielili im pożyczek, za pieniądze amerykańskich podatników. Jednocześnie konserwatystom nie podobała się w ogóle cała koncepcja wspierania rynku przez interwencję państwa, a zwłaszcza rola Międzynarodowego Funduszu Walutowego, w którym upatrywali pewien etap do wprowadzenia rządu światowego. Wkrótce stało się jasne, że Kongres amerykański nie zaaprobuje żadnych funduszów na ratunek dla Meksyku.
     Na szczęście okazało się, że skarb państwa Stanów Zjednoczonych może według swego uznania korzystać z Funduszu Stabilizacji Waluty, będącego swego rodzaju skarbonką z pieniędzmi przeznaczonymi na podejmowanie wyjątkowych interwencji ma rynkach walutowych. Intencją władzy ustawodawczej, która powołała do życia ten fundusz, była oczywiście stabilizacja wartości dolara, ale odnośny tekst w rzeczywistości o tym nie wspominał. Skarb państwa z podziwu godnym zamysłem twórczym skorzystał z tego, aby ustabilizować peso. Między tym funduszem stabilizacyjnym i innymi źródłami zorganizowano i szybko udostępniono Meksykowi znakomitą linię kredytową o wartości 50 mld dolarów. Po kilku miesiącach oczekiwania z biciem serca sytuacja finansowa zaczęła się rzeczywiście stabilizować.
     Niższego rzędu ratunek dla Argentyny nadszedł z Banku Światowego, który 12-miliardowym kredytem dolarowym wspomógł banki tego kraju.
     Te ratunkowe akcje dla Meksyku i Argentyny nie zapobiegły ostrym pogorszeniom koniunktury w tych krajach, w rzeczywistości znacznie ostrzejszym od tych, jakie miały miejsce w pierwszym roku kryzysu lat osiemdziesiątych. Pod koniec 1995 r. inwestorzy zaczęli się uspokajać, wierząc, iż być może krajom tym w ogóle nie zagraża załamanie. Stopy procentowe obniżyły się, wydatki zaczęły się ożywiać i wkrótce zarówno Meksyk jak i Argentyna przeszły w fazę szybkiej poprawy koniunktury. Dla tysięcy przedsiębiorstw i setek tysięcy robotników kryzys ten miał katastrofalne skutki, ale skończył się wcześniej, niż się obawiano lub oczekiwano.

Wyciągnięcie fałszywych nauk ....... 77

Dwa lata po kryzysie "tequila" wydawało się, że wszystko znalazło się z powrotem na właściwej drodze. Zarówno w Meksyku jak i w Argentynie zapanował boom, a inwestorzy , którzy utrzymali na wodzy swoje nerwy, wyszli na tym rzeczywiście dobrze. Tak więc w sposób przewrotny to, co można było uważać za ostrzeżenie, stało się nawet źródłem zadowolenia. I mimo, iż niewielu ludzi wyłożyło explicite swoje wnioski wysnute z kryzysu latynoskiego, to nieformalne podsumowanie obiegowej wiedzy po tym kryzysie można było ująć następująco:
     Po pierwsze, kryzys "tequila" nie wydarzył się na drodze, którą posuwa się szeroki świat; był to przypadek, który wydarzył się Meksykowi jako takiemu. Spowodowany został błędami polityki Meksyku. - w szczególności dopuszczeniem do utrzymywania zawyżonego kursu waluty, rozszerzeniem kredytu zamiast ograniczania go, gdy zaczęła się spekulacja przeciwko peso, i spartaczeniem samej dewaluacji w sposób, który zdenerwował inwestorów.
    Krótko mówiąc, wysnuta z kryzysu nauka głosiła, że katastrofa Meksyku nie miała wielkiego znaczenia dla reszty świata. Wprawdzie kryzys rozszerzył się na pozostałą część Ameryki Łacińskiej...
     Druga nauka dotyczyła nie Meksyku, lecz Waszyngtonu, tzn. Międzynarodowego Funduszu Walutowego i departamentu skarbu Stanów Zjednoczonych. Wydaje się, że kryzys potwierdził, iż Waszyngton utrzymuje kontrolę nad biegiem spraw; że posiada środki i wiedzę, jak opanowywać nawet ostre kryzysy finansowe. Zmobilizowano szybko olbrzymią pomoc na rzecz Meksyku i na tym właśnie polegało sedno sprawy. Zamiast siedmiu chudych lat w czasie kryzysu lat osiemdziesiątych, kryzys "tequila" minął w ciągu półtora roku. Wydawało się więc oczywiste, że ludzie odpowiedzialni za to uporali się lepiej z tym przypadkiem.
    Cztery lata po wybuchu kryzysu "tequila", ze świeżymi jeszcze w naszej pamięci straszliwymi doświadczeniami Azji i spiralnie wymykającą się spod kontroli gospodarką Brazylii, stało się jasne, że z doświadczeń Ameryki Łacińskiej wysnuliśmy fałszywe wnioski.
     Powinniśmy byli zdać pytanie, jakie wielokrotnie powtarzał na licznych spotkaniach Guillermo Calvo, ekonomista z Banku Światowego, a ostatnio z University of Maryland: "Dlaczego kara nałożona za tak małe przewinienie była tak wysoka?". Dokonując przeglądu polityki prowadzonej przez Meksyk przed kryzysem "tequila", łatwo można w niej znaleźć pełno błędów. Tymczasem faktycznie w owym czasie wydawała się ona całkiem słuszna, a nawet po fakcie trudno było znaleźć jakiekolwiek złe posunięcia o wymiarach uzasadniających skalę katastrofy w 1995 r. Powinniśmy byli wziąć sobie do serca pytanie Calva - z jego implikacjami, że istniały pewne mechanizmy, które przekształciły niewielkie błędy w polityce w wielką katastrofę gospodarczą. Powinniśmy byli przyjrzeć się bliżej argumentom niektórych komentatorów, którzy twierdzili, że w rzeczywistości nie popełniono w ogóle poważnych błędów z wyjątkiem krótkiej serii niezręcznych posunięć, których konsekwencją dla Meksyku była fałszywa percepcja sytuacji na rynku i proces samonapędzającej się paniki. Dlatego też powinniśmy byli zdać sobie sprawę, że to, co się wydarzyło w Meksyku, mogło się również wydarzyć gdzie indziej; że pozorny sukces, wraz z podziwem rynków i środków przekazu dla menedżerów gospodarki, nie stanowi gwarancji, iż gospodarka jest zabezpieczona przed nagłym kryzysem finansowym.
     Z perspektywy czasu jest również rzeczą jasną, że zbyt dużym zaufanie darzyliśmy "Waszyngton", tj. MFW i amerykański departament skarbu.
     Być może najważniejszą rzeczą w tym wszystkim było to, że nie zrozumieliśmy, w jaki stopniu zarówno Meksyk jak i Waszyngton miały po prostu szczęście. Przeprowadzona akcja ratunkowa w rzeczywistości nie była wcale przemyślanym planem działania...
     (...) Tak więc nikt nie był przygotowany ani na pojawienie się nowego kryzysu w stylu "tequila" w Azji, ani na nieefektywność akcji ratunkowej w stylu meksykańskim, gdy ten kryzys nastąpił. Co było dziwne w naszych przeoczeniach, to fakt, iż największa gospodarka Azji znajdowała się już w poważnych kłopotach - i w trosce o swoje interesy podjęła niewłaściwe kroki.

4. Niespełniona przyszłość:
Japonia w latach dziewięćdziesiątych
......... 80

Jeszcze wczoraj, można powiedzieć, Amerykanie byli owładnięci obsesją na punkcie Japonii. Sukcesy przemysłu japońskiego wzbudzały zarówno podziw, jak i obawy; nie można było wejść do księgarni w porcie lotniczym, by nie napotkać całych rzędów okładek przedstawiających wschodzące słońca i wojowniczych samurajów. Niektóre z tych książek obiecywały nauczenie tajników japońskiego zarządzania, inne przepowiadały wojnę gospodarczą (lub domagały się jej). Jako wzorce lub demony, lub jedno i drugie, Japończycy ciągle gościli w naszej pamięci.
Obecnie wszystko to należy do przeszłości. Od czasu do czasu daje znać o sobie pewne podniecenie połączone z uczuciem Schadenfreude, gdy jeszcze jeden wielki bank japoński bankrutuje lub gdy wskaźnik giełdy tokijskiej Nikkei spada o kilka punktów. Przeważnie jednak przestaliśmy się tymi sprawami interesować. Nie były one zresztą zbyt ważne, jak to orzekła opinia publiczna, można więc o nich zupełnie nie myśleć.
Jest to głupota. Niepowodzenia Japonii mają dla nas pod każdym względem takie samo znaczenie jak jej sukcesy. To, co się przydarzyło Japonii, jest zarówno tragedią, jak i ostrzeżeniem. Druga pod względem znaczenia gospodarka światowa wciąż cieszy się błogosławieństwem posiadania dobrze wykształconych i chętnych do pracy robotników, zasobów nowoczesnego kapitału i imponującej wiedzy technologicznej. Ma stabilny rząd, który nie napotyka trudności w pobieraniu podatków. Odmiennie niż Ameryka Łacińska lub mniejsze gospodarki azjatyckie, jest ona krajem wierzycielskim, niezależnym od dobrej woli inwestorów zagranicznych. A sama wielkość gospodarki, która oznacza, że producenci sprzedają swoje wyroby głównie na rynku wewnętrznym, powinna zapewnić Japonii - podobnie jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych - swobodę działania, której pozbawione są mniejsze kraje.
Niemniej jednak przez większą część minionej dekady Japonia znajdowała się w stanie depresji, z przeplatającymi się ze sobą krótkimi i niezadawalającymi okresami wzrostu gospodarczego i coraz głębszymi recesjami. Niegdyś przodujący pod względem wzrostu w rozwiniętej części świata, przemysł japoński produkował w 1998 r. mniej niż w 1991 r. A czymś gorszym nawet niż wyniki gospodarcze jako takie jest uczucie fatalizmu i bezradności: odnosi się wrażenie, jak gdyby społeczeństwo japońskie przestało liczyć na to, że menedżerowie potrafią zmienić sytuację na lepsze, a oni sami przestali wierzyć, że mogą dużo zrobić dla poprawy sytuacji.
Jest to tragiczne: tak wielka gospodarka, jaką stanowi Japonia, nie musi się znajdować w stanie permanentnej depresji (ani nie zasługuje na to). Jej nieszczęścia nie są tak ostre, jak te, których doznały inne kraje Azji, ale przeciągają się znacznie dłużej i są daleko mniej uzasadnione. I jest to również zły znak: jeżeli coś takiego może się im przytrafić, to kto może zapewnić, że nam się to nie przytrafi?
W jaki sposób do tego doszło?

Japonia - kraj numer 1 ...... 81

Żaden kraj - nawet Związek Radziecki w czasach stalinowskich planów pięcioletnich - nie doświadczył tak oszałamiającej przemiany gospodarczej, jaką przeżyła Japonia w latach swego szybkiego wzrostu od 1953 do 1973 r. Na przestrzeni tych dwudziestu lat kraj w dużym stopniu rolniczy stał się największym w świecie eksporterem stali i samochodów, wielkie Tokio stało się największą i chyba najbardziej tętniącą życiem metropolią, a stopa życiowa znacząco się podniosła.
Niektórzy ludzie Zachodu przewidzieli to. Już w 1969 r. futurolog Herman Kahn opublikował książkę The Emerging Japanese Superstate (Wschodzące superpaństwo japońskie), w której powiedział, że wysokie stopy wzrostu uczynią z Japonii do 2000 r. przodującą gospodarkę w świecie. Ale dopiero w późnych latach siedemdziesiątych - mniej więcej w czasie, gdy ukazał się bestseller Ezry Vogla Japan as Number One (Japonia - kraj numer 1) - świadomość wielkich osiągnięć Japonii rzeczywiście zaświtała w szerszych kręgach naszego społeczeństwa. Kiedy wysokiej jakości produkty japońskie - przede wszystkim samochody i produkty elektroniczne o charakterze konsumpcyjnym - zalały rynki zachodnie, ludzie zaczęli z ciekawością zastanawiać się nad tajnikami sukcesu Japonii.
Jest pewna ironia w tym, kiedy doszło do wielkiej debaty nad Japonią. Heroiczny okres japońskiego wzrostu gospodarczego dobiegł końca akurat w czasie, gdy ludzie Zachodu zaczęli Japonię traktować poważnie.
Nie będziemy tu odtwarzać całej debaty na temat przyczyn sukcesu Japonii. Zasadniczo wystąpiły w niej dwie strony. Jedna widziała we wzroście Japonii produkt korzystnych podstaw ekonomicznych, przede wszystkim znakomitego poziomu wykształcenia podstawowego i wysokiej stopy oszczędności oraz - jak zawsze - wiązała go również z nieco amatorską socjologią, tłumacząc, dlaczego Japonia wyróżniała się szczególnie w produkcji wyrobów przemysłowych wysokiej jakości po niskich kosztach. Druga strona twierdziła, że Japonia rozwinęła zasadniczo odmienny system gospodarczy, nową, wyższą formę kapitalizmu. Dlatego debata nad Japonią stała się również debatą nad ekonomią, nad tym, na ile ważna jest zachodnia myśl ekonomiczna w ogóle, a w szczególności zalety gospodarki wolnorynkowej.
(...)
 
Bańka mydlana, trud i niepokój ...... 84

Na początku lat dziewięćdziesiątych kapitalizacja rynkowa Japonii, czyli całkowita wartość ogółu akcji wszystkich spółek krajowych, była większa od kapitalizacji w Stanach Zjednoczonych, których ludność była dwa i pół razy liczniejsza, a produkt krajowy brutto ponaddwukrotnie wyższy. Ziemia, która w zatłoczonej Japonii nigdy nie była tania, stała się niewiarygodnie kosztowna: według często cytowanego szacunku, grunt o powierzchni jednej mili kwadratowej pod zabudowaniami pałacu cesarskiego w Tokio był więcej wart od całej Kalifornii. Witaj "gospodarko bańki mydlanej", japoński odpowiedniku amerykańskich "szalonych lat dwudziestych"!
Późne lata osiemdziesiąte były w Japonii okresem pomyślnej koniunktury, szybkiego wzrostu, niskiego bezrobocia i wysokich zysków. Niemniej jednak żadne podstawowe dane gospodarcze nie uzasadniały potrojenia w tych latach ani cen ziemi, ani kursów akcji. Nawet w owym czasie wielu obserwatorów uważało, że w tym boomie finansowym było coś maniakalnego i irracjonalnego - że tradycyjnych przedsiębiorstw w powoli rozwijających się gałęziach przemysłu nie należało wyceniać w podobny sposób jak szybko zwyżkujących akcji, dla których wskaźnik ceny do zysków wynosił ponad 60. Lecz jak to się często dzieje na rozszalałych rynkach, sceptycy nie mieli środków lub odwagi na poparcie nieufności; obiegowa mądrość wynajdowała wszelkiego rodzaju uzasadnienia do niebotycznie wysokich cen.
Finansowe bańki mydlane nie są niczym nowym. Od manii tulipanowej po manię internetową, nawet najbardziej wyczuleni inwestorzy z trudem potrafią się oprzeć porwaniu przez ogólny pęd i wykazywać dalekowzroczność, gdy wszyscy inni się bogacą. Jednakże w świetle reputacji, jaką cieszyli się Japończycy ze względu na długofalowy charakter ich myślenia strategicznego, i ogólnego przekonania, że korporacja Japan inc. Była bardziej podobna do gospodarki planowej niż do całkowicie nieskrępowanej gospodarki wolnorynkowej, rozmiary tej bańki mydlanej są zaskakujące.
Okazuje się, że reputacja Japonii, znanej z dalekowzrocznych i społecznie kontrolowanych inwestycji, zawsze była wyolbrzymiona. Spekulanci nieruchomościami, często zaostrzający sytuację czy to przez przekupywanie polityków, czy przez powiązania z yakuzą, stanowili zaskakująco ważny element sceny japońskiej, jak daleko sięga wstecz pamięć ludzka. Spekulacje inwestycyjne na rynku nieruchomościami były bardzo bliskie wywołania kryzysu bankowego w latach siedemdziesiątych; sytuacja została uratowana jedynie przez wybuch inflacji, która obniżyła realną wartość zadłużenia spekulantów i złe długi zmieniła w dobre.  Niemniej jednak same rozmiary japońskiej bańki mydlanej były zdumiewające. Czyż nie dało się wytłumaczyć tego zjawiska czymś, co wykraczało poza samą tylko sferę psychologii tłumu ?
Otóż okazuje się, że japońska bańka mydlana była tylko jednym z wybuchów gorączki spekulacyjnej, która ogarnęła świat w latach osiemdziesiątych. Wszystkie te wybuchy miały jedną cechę wspólną, a mianowicie były finansowane głównie za pomocą pożyczek bankowych - zwłaszcza że tradycyjnie stateczne instytucje zaczęły oferować kredyt ryzykanckim, a nawet podejrzanym osobnikom w zamian za oprocentowanie nieco wyższe od stopy rynkowej. Najbardziej osławionym przykładem tego była afera w Stanach Zjednoczonych z instytucjami oszczędnościowo-pożyczkowymi, które w opinii publicznej były zwykle określane w kategoriach wszechamerykańskiej sumienności małomiasteczkowego bankiera.. ale które w latach osiemdziesiątych zaczęto już identyfikować z działającymi na szybkich obrotach teksaskimi potentatami nieruchomości.. Jednakże podobne wybuchy podejrzanego kredytowania miały też miejsce gdzie indziej, mianowicie w Szwecji, w jeszcze jednym kraju zazwyczaj nieidentyfikowanym z gorączką spekulacyjną.  Dlatego ekonomiści od dawna twierdzili, że za wszystkimi tego rodzaju epizodami kryje się ta sama zasada ekonomiczna... „pokusa nadużycia” i oznacza podejmowanie nadmiernego ryzyka bez ponoszenia konsekwencji.
Termin "pokusa nadużycia" wywodzi się z działalności ubezpieczeniowej. Już w bardzo wczesnej fazie tej działalności... (
wyłudzanie odszkodowań przez rzekome ofiary podpaleń. Różne warianty kombinacji. Przypis Z.U.).
W końcu przyjęło się, że termin „pokusa nadużycia” określa sytuacje, w której jedna osoba decyduje o wielkości podejmowanego ryzyka, podczas gdy ktoś inny ponosi koszty, jeżeli sprawy przybierają zły obrót.
Oczywiście, nikt nie udzieli miliarda dolarów pożyczki na zainwestowanie według swego uznania komuś, kto nie posiada własnego kapitału, bez względu na to, jak sprytnie wygląda. Wierzyciele zazwyczaj stawiają pewne ograniczenia w kwestii tego, co dłużnicy mogą zrobić z każdą pożyczaną im kwotą pieniędzy; a dłużnicy  zazwyczaj są obowiązani włożyć do interesu znaczną kwotę własnego kapitału, aby przekonać wierzycieli, że będą się starali za wszelką cenę uniknąć straty.
Niekiedy się zdarza, że pożyczkodawcy zapominają o tych regułach i udzielają wysokich pożyczek  bez stawiania jakichkolwiek pytań ludziom, którzy umieją sprawiać wrażenie, że znają się na tym, co robią; z ciekawą historią tzw. funduszów hedgingowych zapoznamy się w rozdziale 7.

Przypomnijmy to, co powiedzieliśmy o głównych bankach japońskich keiretsu: dysponenci wierzą, że ich wkłady są bezpieczne, ponieważ gwarantuje je rząd. To samo odnosi się niemal do wszystkich banków w Pierwszym Świecie i do większości banków w pozostałych krajach. Większość krajów..., nie może dopuścić do tego, aby wdowy i sieroty traciły składane przez całe życie oszczędności po prostu dlatego, że ulokowały je w niewłaściwym banku, tak samo jak nie może stać obojętnie z boku, gdy rozszalała rzeka zmiata domy wybudowane nieroztropnie na zalewanych przez powodzie równinach.  Tylko najbardziej zatwardziali wśród konserwatystów chcieliby, żeby było inaczej, ale w wyniku tego ludzie nie troszczą się o to, gdzie budują swoje domy, a tym bardziej gdzie składają pieniądze.

Ta beztroska stwarza znakomitą okazję dla pozbawionego skrupułów biznesmena. Wystarczy otworzyć bank, zapewnić mu siedzibę w budzącym dobre wrażenie budynku i ekstrawagancką nazwę; przyciągnąć masę wkładów przez płacenie, jeśli wolno, dobrego oprocentowania, lub jeśli nie wolno – przez oferowanie opiekaczy i innych przedmiotów; następnie pożyczyć te pieniądze na wysoki procent obrotnym spekulantom (najlepiej swoim przyjaciołom lub być może nawet sobie samemu pod osłoną innej firmy). Deponenci nie będą pytać o jakość waszych inwestycji, ponieważ wiedzą, że w każdym przypadku są pod ochroną. Macie wtedy jednokierunkową opcję: jeśli inwestycje się powiodą, będziecie bogaci; jeśli się nie powiodą, możecie odejść i pozostawić rządowi posprzątanie pozostawionego bałaganu. 

Jednakże nie jest to tak łatwe, ponieważ regulacje państwowe nie są aż tak naiwne. W rzeczywistości od lat trzydziestych do osiemdziesiątych tego rodzaju postępowanie było rzadkością wśród bankierów, ponieważ władze regulujące te sprawy robiły mniej więcej to samo, co zrobiłby prywatny kredytodawca przed wręczeniem wam miliarda dolarów do dyspozycji. To, co banki mogą robić z pieniędzmi deponentów, zostało poddane ograniczeniom w celu zapobieżenia podejmowaniu zbyt ryzykownych operacji. Wprowadzony został wymóg, aby właściciele banków dokonywali swoich operacji z angażowaniem w istotnych rozmiarach własnego kapitału. A bardziej subtelnym i być może niezamierzonym stopniu ograniczono rozmiary konkurencji między bankami przez to, że licencja bankowa stała się sama w sobie rzeczą wartościową, wyposażoną w wyłączność w świadczeniu pewnych usług; ci, którzy uzyskali licencje, nie chcieli się narażać na utratę tego przywileju przez podejmowanie ryzyka grożącego upadkiem banku.
 
W latach osiemdziesiątych jednak te ograniczenia załamały się. Przyczyną tego była głównie deregulacja. Tradycyjne banki były bezpieczne, ale też bardzo konserwatywne: można powiedzieć, że nie potrafiły kierować kapitału do najbardziej produktywnych zastosowań. Według zdania reformatorów, lekarstwem na to miało być więcej swobody i więcej konkurencji: niech banki udzielają pożyczek  na to, co uważają za najlepsze, a ponadto dopuścimy więcej graczy do ubiegania się o oszczędności społeczeństwa. Jakoś zapomniano o tym, że przysporzy to bankom więcej swobody w podejmowaniu wątpliwego ryzyka, a przez obniżenie wartości ich uprzywilejowanej pozycji osłabi bodźce do jego unikania. Zmiany zachodzące na rynku, a zwłaszcza powstawanie alternatywnych źródeł finansowania spółek, powodowały dalszą erozję marż zysku tych bankierów, którzy nie odstępowali  od bezpiecznych, staromodnych sposobów prowadzenia interesów.

W ten sposób w latach osiemdziesiątych zrodziła się swego rodzaju globalna epidemia hazardu. Niewiele krajów może się poszczycić opanowaniem tej sytuacji - na pewno nie Stany Zjednoczone, w których nieumiejętne potraktowanie afery oszczędnościowo-pożyczkowej było klasycznym przykładem nierozważnego, krótkowzrocznego, a przy okazji skorumpowanego prowadzenia polityki. Jeśli zaś chodzi o Japonię, gdzie wszelkie normalne linie podziału – między rządem a biznesem, miedzy bankami a ich klientami, miedzy tym co podlegało, a tym, co nie podlegało gwarancji państwa – były szczególnie zamazane, to wyjątkowo nie nadawała się ona do rozluźnienia reżimu finansowego.   Banki japońskie udzielały więcej pożyczek i zwracały mniejszą uwagę na jakość pożyczkobiorcy, niż w którymkolwiek innym kraju; w ten sposób pomagały w rozdmuchiwaniu gospodarczej bańki mydlanej  do groteskowych rozmiarów.
Wcześniej czy później takie bańki mydlane pękają. Pękniecie bańki japońskiej, jak się okazuje, nie było całkiem spontaniczne: japoński bank centralny, zaniepokojony nadmierną spekulacją, zaczął podnosić stopy procentowe już w 1990 r., pragnąc wypuścić nieco powietrza z nadmuchanej bańki. Początkowo polityka ta nie odniosła pożądanego skutku, ale poczynając od 1991 r. rozpoczął się stromy spadek cen nieruchomości i akcji, który w ciągu kilku lat obniżył je do poziomu 60% szczytowych wartości.

Początkowo, a w istocie także przez szereg następnych lat, władze japońskie traktowały to wszystko jako zdrowy proces – jako powrót do bardziej sensownych, realistycznych ocen aktywów majątkowych. Stopniowo jednak okazywało się, że koniec tej rozdmuchanej gospodarki przyniósł nie ozdrowienie gospodarcze, lecz stale pogłębiającą się chorobę.  

Utajona depresja ...... 89

W odróżnieniu od Meksyku w 1995 r. czy Korei Południowej w 1998 r., Japonia nigdy (jeszcze?) nie przeżywała przez pełny rok wyraźnego, katastrofalnego spadku gospodarczego. W ciągu ośmiu lat od pęknięcia bańki tylko w dwóch latach wystąpiło zmniejszenie realnego produktu krajowego brutto. Bezrobocie rosło stopniowo i nadal nie wydaje się, aby według standardów zachodnich było bardzo wysokie (aczkolwiek jest to w dużym stopniu kwestia liczenia: gdy kobiety lub starsi pracownicy, którzy dopiero co zostali zatrudnieni, a jako pierwsi zwolnieni, nie są w stanie znaleźć pracy, to zwykle zalicza się ich do bezrobotnych; według standardów amerykańskich Japonia miałaby teraz prawdopodobnie stopę bezrobocia zbliżoną do 10%).
     Z roku na rok jednak wzrost gospodarczy nie dorównywał nie tylko poprzedniemu doświadczeniu gospodarki japońskiej, ale wszelkim rozsądnym szacunkom wzrostu jej zdolności wytwórczej.
     Na określenie tego, czego doświadczyła Japonia, ekonomiści mają jedno ze swoich niefortunnych wyrażeń: „recesja wzrostu”. Ma ona miejsce wtedy, gdy gospodarka rośnie, ale nie dostatecznie szybko, aby wykorzystać przyrost swej zdolności produkcyjnej, na skutek czego coraz więcej maszyn i robotników jest niewykorzystanych. Normalnie recesje wzrostu są raczej zjawiskiem rzadkim, ponieważ fazy zarówno ekspansji jak i spadku koniunktury mają tendencje do nabierania rozpędu, czego wynikiem jest albo szybki wzrost, albo wyraźny spadek.
     Powolne tempo pogarszania się sytuacji Japonii jest samo przez się źródłem poważnego zamętu. Ponieważ recesja rozpełzła się po gospodarce, nie było (aż do ubiegłego roku) takiego momentu, w którym społeczeństwo upominałoby się głośno o podjęcie przez rząd jakichś dramatycznych działań. Ponieważ motor gospodarki japońskiej tracił stopniowo swą siłę napędową, ale nie doszło do jego zatrzymania się z hałaśliwym zgrzytem, rząd konsekwentnie określał to jako sukces, traktując utrzymujący się wzrost gospodarki jako realizację swojej polityk, chociaż wzrost ten był daleki od tego, co można było i należało osiągnąć.
     Tak wiec polityka gospodarcza Japonii odznaczała się dziwną kombinacją samozadowolenia i fatalizmu – oraz łatwo zauważalną niechęcią  do zdecydowanego przemyślenia przyczyn tak bardzo niekorzystnego obrotu spraw.

Japońska pułapka  ...... 91

Nie ma nic tajemniczego w tym, w jaki sposób doszło do załamania gospodarczego w Japonii w 1991 r. : wcześniej czy później finansowa bańka mydlana musiała pęknąć, a gdy do tego doszło, nastąpił spadek inwestycji i konsumpcji, a przez to spadek ogólnego popytu. Gdyby na giełdzie amerykańskiej miał nastąpić krach (jeśli już nie doszło do niego w czasie, zanim ukaże się ta książka), skutkiem tego byłoby prawdopodobnie spowolnienie wzrostu  gospodarki amerykańskiej, a być może nawet krótka recesja.  Jednakże istotny jest tu wyraz „krótka”, ponieważ zapewne Alan Greenspan  zrobiłby wszystko co konieczne, aby na nowo rozruszać gospodarkę. A jeszcze pewniejszą rzeczą jest to, że nie byłoby żadnego powodu do fatalistycznej oceny sytuacji i traktowania przedłużających się pozostałości wcześniejszych ekscesów  jak czegoś nie do uniknięcia.
     Czas już powrócić do naszej opowieści o spółdzielni nianiek. Przypuśćmy, że na giełdzie amerykańskiej miałby nastąpić krach, zagrażający podważeniem zaufania konsumentów. Czy oznaczałoby to nieuchronnie wystąpienie rujnującej recesji? Rozważmy to w taki sposób: gdy zmniejsza się zaufanie konsumentów, to tak jakby z tej czy innej przyczyny typowy członek wspomnianej spółdzielni stracił ochotę do wychodzenia wieczorem z domu i był bardziej j zainteresowany  w zbieraniu kuponów. Mogłoby to rzeczywiście doprowadzić do kryzysu  - ale nie musi, jeżeli zarząd będzie czujny i odpowie na to po prostu wydaniem większej ilości kuponów. Tak samo dokładnie postąpił nasz główny remitent kuponów Alan Greenspan w 1987 r., i tak samo, jak sądzę, postąpiłby również teraz. 
     Albo przypuśćmy, że Greenspan nie zareagował dostatecznie szybko, tak iż gospodarka rzeczywiście popadła w recesje. Nie ulegajmy panice! Jeśli nawet nasz główny remitent kuponów  pozostał chwilowo w tyle, to wciąż może jeszcze odwrócić sytuacje przez emisje większej liczby kuponów – to znaczy przez żywiołową ekspansje pieniężną na podobieństwo tych, które położyły kres recesjom z lat 1981-1982 i 1990-1991.
     A co z tymi nietrafionymi inwestycjami dokonanymi podczas boomu?  Istotnie, tyle kapitału zostało zmarnowane. Nie ma jednak oczywiście powodu, aby te nietrafione inwestycje dokonane w przeszłości wymagały obniżenia produkcji obecnie. Zdolność wytwórcza mogła nie wzrosnąć w takim stopniu, w jakim tego oczekiwano, ale w rzeczywistości nie zmniejszyła się; dlaczego wiec nie moglibyśmy wydrukować pod dostatkiem pieniędzy dla podtrzymania wydatków, tak aby gospodarka wykorzystała w pełni posiadaną zdolność produkcyjną?
     Pamiętajmy, że historyjka o spółdzielni mówi nam, że recesje gospodarcze nie są karami za nasze grzechy, cierpieniami, które są nam przeznaczone. Spółdzielnia na wzgórzu kapitolińskim nie popadła w kłopoty dlatego, że jej członkowie byli złymi, nie wydajnymi opiekunami; jej kłopoty nie ujawniały podstawowych wad „wartości Kapitolu” czy korupcyjnego charakteru organizacji. Miała ona do czynienia z problem technicznym – zbyt dużo myśliwych polujących na zbyt mało kuponów – który mógł być i został rozwiązany przy niewielkim wysiłku umysłowym. W ten sposób historyjka o spółdzielni powinna nas zaszczepić przeciwko fatalizmowi i pesymizmowi; wydaje się, że wypływającym z niej wnioskiem jest to, iż recesje są zawsze i rzeczywiście łatwo uleczalne.
     Ale w takim razie Japonia nie wzięła się w garść po pęknięciu bańki?  Jak może ona tkwić w tak na pozór opornej depresji  - z której nie wydaje się zdolna wyjść po prostu za pomocą drukowania kuponów? Otóż jeśli troszkę rozszerzymy historyjkę o spółdzielni , nietrudno będzie uformować cos, co wygląda bardzo podobnie do problemów Japonii – i naszkicować sposób ich rozwiązania.
     Po pierwsze, musimy sobie wyobrazić, iż członkowie spółdzielni uświadomili sobie, że w ich systemie istnieje niepotrzebna niedogodność...  (...)
     Inaczej mówiąc, ta ulepszona spółdzielnia miałaby swój centralny bank, który mógłby ożywiać  gospodarkę w stanie kryzysu przez obniżanie stopy procentowej i schładzać ją przez podwyższanie tej stopy.
     Jednakże w Japonii stopy procentowe spadły niemal do zera, a gospodarka wciąż jest w zastoju. Czyżbyśmy wyczerpali ostatecznie użyteczność naszej przypowieści?
     Otóż wyobraźmy sobie, że istnieje pewna sezonowość popytu i podaży pełnionych dyżurów. W zimie, gdy jest zimno i ciemno, pary niezbyt chętnie wychodzą z domu i wolą pilnować cudzych dzieci, gromadząc w ten sposób punkty, które będą mogły zużytkować na przyjemności spędzania letnich wieczorów poza domem. Jeśli tego rodzaju sezonowość nie jest zbyt wyraźna, to zarząd mógłby wciąż utrzymywać podaż i zapotrzebowanie na dyżury w stanie równowagi, naliczając niskie stopy procentowe w miesiącach zimowych a wyższe w miesiącach letnich. Przypuśćmy jednak, że ta sezonowość jest w rzeczywistości bardzo silna. Wówczas w zimie, nawet przy zerowej stopie procentowej…
     Właśnie teraz jest taki zimowy okres niezadowalającej sytuacji Japonii. Być może z powodu starzenia się ludności, być może również z powodu ogólnej nerwowości związanej z widokami na przyszłość, społeczeństwo japońskie nie jest skłonne, nawet przy zerowej stopie procentowej, dokonywać tyle wydatków, ile potrzeba do wykorzystania zdolności produkcyjnych gospodarki. Japonia, jak mówią ekonomiści, popadła w straszliwą „pułapkę płynności”. Nasza historyjka jest właśnie infantylnym wytłumaczeniem tego, czym jest pułapka płynności i jak może dojść do jej powstania. Skoro tylko zrozumiemy, w czym tkwi zło, odpowiedź na problemy Japonii będzie całkiem oczywista.
     Otóż może nie być aż tak oczywista. Istotnie, w czasie gdy to piszę, wydaje się, że władze japońskie kompletnie nie wiedzą co począć.

Japonia na łasce losu ...... 94

Standardową odpowiedzią na recesję jest obcięcie stóp procentowych… Japonia nieco opieszale obniżała stopy procentowe po pęknięciu bańki mydlanej , ale ostatecznie obcięła je w zupełności aż do zera  i wciąż nie było dosyć. Co więc robić?
     Klasyczna odpowiedź, kojarzona z nazwiskiem Johna Maynarda Keynesa, brzmi:  jeżeli sektor prywatny nie będzie dokonywał zakupów wystarczających do utrzymania pełnego zatrudnienia, to sektor publiczny musi wziąć na siebie wypełnienie tej luki. Niech rząd zaciąga długi  i zużywa te fundusze na finansowanie inwestycji publicznych – w miarę możności w pożytecznych celach, ale to ma podrzędne znaczenie – tworząc w ten sposób miejsca pracy., co będzie skłaniać ludzi do większych wydatków, a to z kolei będzie generować więcej miejsc pracy itd.  Wielki kryzys skończył się w Stanach Zjednoczonych dzięki programowi masowych robót publicznych finansowanych z deficytu budżetowego, znanemu jako druga wojna światowa;  dlaczego nie można by spróbować wywołać skokowego wzrostu w Japonii za pomocą tego samego środka w bardziej pokojowej wersji.?
     W istocie Japonia próbowała to zrobić. Od początku lat dziewięćdziesiątych rząd występował z szeregiem pakietów stymulacyjnych, zaciągając długi  na budowę dróg i mostów niezależnie od tego, czy były one potrzebne dla kraju. Te pakiety stwarzały w sposób bezpośredni nowe miejsca pracy; oczywiście stanowiły one również pewien bodziec dla gospodarki jako całości, ilekroć były podejmowane.
     Kłopot polegał na tym, że te programy nie były w stanie wywołać oddźwięku ze strony jena. W 1991 r. rząd japoński miał całkiem przyzwoitą nadwyżkę budżetową (2,9% produktu krajowego brutto), w 1996 r. zaś nieprzyzwoity deficyt sięgający 4,3% PKB. Jednakże motor gospodarki wciąż się zacinał. Tymczasem rosnący deficyt zaczął niepokoić japońskie ministerstwo finansów, które martwiło się o sytuację budżetu na dłuższą metę. Problemem była demografia (co może mieć również dużo wspólnego z wysoką stopą oszczędności w Japonii i niskim popytem inwestycyjnym). Podobnie jak inne kraje Japonia przeżyła silny wyż demograficzny, po którym nastąpił niż, a obecnie stoi wobec perspektywy stałego starzenia się ludności. Ale problem japoński przybrał ekstremalny wymiar: ludność w wieku produkcyjnym wykazuje stały spadek, podczas gdy liczba osób w wieku emerytalnym gwałtownie wzrasta. A ponieważ osoby po przekroczeniu wieku emerytalnego stanowią dla współczesnych rządów duże obciążenie fiskalne – jako osoby korzystające z kosztownych emerytur i opieki zdrowotnej finansowanej z funduszów publicznych – to standardowe zasady finansów publicznych wymagają, aby Japonia gromadziła obecnie fundusze powiernicze, by sprostać przyszłym wydatkom bez narażania się na wciąż rosnący deficyt budżetowy. 
     W 1997 r.  głosy nawołujące do odpowiedzialności za finanse publiczne wzięły górę i premier Ryutaro Hashimoto podwyższył podatki, aby zmniejszyć deficyt budżetowy. Gospodarka szybko popadła w recesję.
Tak więc powrócono do finansowania za pomocą deficytu. W 1998 r. został wprowadzony w życie nowy masowy program robót publicznych. Ale obecnie podniesiono sprawę finansów publicznych. Inwestorzy szybko się zorientowali, że Japonia zaplanowała deficyt rzędu 10%  produktu krajowego brutto i że stosunek długu publicznego do PKB przewyższył już 100%; są
to tego rodzaju liczby, które zazwyczaj kojarzą się z krajami Ameryki Łacińskiej ryzykującymi hiperinflację. Nikt w rzeczywistości nie oczekuje, że może to się przytrafić Japonii; ale we wrześniu indeks Moody’ego nieco zdegradował wartość japońskiego długu publicznego, a w grudniu jego dochodowość gwałtownie wzrosła, sugerując, że inwestorzy zaczęli się trochę niepokoić o zdrowie finansów rządu japońskiego na dłuższą metę. Krótko mówiąc, próba pobudzenia gospodarki do skokowego wzrostu za pomocą deficytu budżetowego dosięgła swych granic.
     Cóż więc teraz pozostaje?
     Jeżeli wydatki państwowe są jedną ze standardowych odpowiedzi na bezruch gospodarki, to drugą odpowiedzią jest wpompowanie pieniędzy do banków. Jednym z szeroko podzielanych poglądów na wielką depresję jest twierdzenie, iż trwała ona tak długo, ponieważ kryzysy bankowe z lat 1930-1931 wyrządziły rynkom kredytowym szkody na długi czas. Zgodnie z tym poglądem, było wówczas sporo przedsiębiorców, którzy byli gotowi zwiększyć swoje wydatki, byleby tylko udostępniono im kredyt, a byli to rzeczywiście wysoce wartościowi kredytobiorcy. Ale bankierzy, którzy mogli udzielić takich pożyczek, albo zostali wyeliminowani z rynku, albo nie byli w stanie zebrać odpowiednich funduszów, ponieważ publiczne zaufanie do banków doznało tak silnego wstrząsu. W kategoriach naszej historyjki o spółdzielni odpowiadałoby to sytuacji z dostateczną ilością tych, którzy w zimie chętnie spędzaliby wieczory poza domem, a w lecie pełniliby dyżury, ale nie mogli znaleźć nikogo, kto by im pożyczył niezbędne kupony.        
     Banki japońskie udzieliły mnóstwo złych pożyczek w latach bańki mydlanej, a długotrwała stagnacja, która po tym nastąpiła, przekształciła również wiele pozostałych pożyczek w złe długi. Większość tych banków nie zdołała jeszcze do tej pory zrobić realistycznego rozeznania, jaka część  tych długów nie zostanie nigdy spłacona, ale każdy wie, że wiele banków albo nie posiada kapitału, albo posiada go dużo mniej, niż tego przypuszczalnie wymaga prawo. Tak wiec jedną z teorii wyjaśniających depresję japońską jest teoria , która głosi, że kraj znalazł się w pułapce płynności jedynie na skutek słabości finansowej banków: trzeba wzmocnić banki, a gospodarka się ożywi. Zgodnie z tym pod koniec  1998 r. władza ustawodawcza Japonii przewidziała w planie pomocy dla banków  łącznie kwotę 500 mld dolarów.
     Kłopot polega  na tym, że nie ma dowodów na to, iż jest sporo dobrych pożyczek, których banki powinny udzielić, ale tego nie robią. W Japonii wciąż istnieje bardzo dużo banków, a deponenci nadal składają tam swoje pieniądze, pewni, że rząd będzie je chronił. W rzeczywistości słabość finansowa tych banków – czyli to, że ich właściciele mają niewiele własnych kapitałów – oznacza raczej sytuację polegającą na tym, że banki pozostają pod działaniem bodźców do podejmowania zbyt dużego ryzyka, a nie zbyt małego.
     Wprawdzie pod koniec 1997 r. ... władze japońskie zaczęły nieco poważniej traktować sprawę przestrzegania przepisów dotyczących kapitalizacji banków. Te trudności na pewno przyczyniły się do spadku produkcji o 2% w ciągu następnego roku.   Ale czy kredyt stał się trudniejszy do uzyskania dlatego, że banki przestały udzielać dobrych pożyczek, czy dlatego, że przestały udzielać złych pożyczek?  Wielu obserwatorów twierdziło, że chodziło o tą
drugą przyczynę, ale w takim przypadku rekapitalizacja banków nie spowodowałaby w ogóle wzrostu działalności pożyczkowej. W każdym razie myśl, że poprawa sytuacji banków miałaby zmienić perspektywy gospodarcze Japonii, że miałaby dokonać zwrotu w ośmioletniej stagnacji, była zbyt wiotką trzciną, by na niej oprzeć nadzieje na ożywienie gospodarki.  
     Czyżby więc nie znalazła się żadna odpowiedź na kłopoty Japonii? 

Herezja inflacyjna ...... 97

Faktem jest, że przez długi czas ekonomiści nie zastanawiali się poważnie nad problemem pułapki płynności. Ważniejszą gospodarką, która po raz ostatni znalazła się w takiej sytuacji, były Stany Zjednoczone pod koniec lat trzydziestych, przy czym historycy tego okresu skłonni byli uważać, że albo nie była to prawdziwa pułapka płynności – że Rezerwa Federalna mogła była wydźwignąć nas z tego, gdyby odpowiednio poważnie się do tego zabrała – albo wpadliśmy w tę pułapkę tylko na skutek wyjątkowo błędnej polityki gospodarczej, z pewnością nie do powtórzenia. Tak więc gdy w połowie lat dziewięćdziesiątych uwidoczniły się zarysy pułapki japońskiej, ekonomiści byli na to w zasadzie nie przygotowani – i jeśli mogę się wyrazić krytycznie o mojej profesji, nie byli tym zainteresowani.  Jestem nadal zdumiony , że tak mało ekonomistów uświadamiało sobie, jak ważny jest problem pułapki japońskiej, zarówno jako zagadnienie praktyczne, jak i wyzwanie pod adresem doktryn ekonomicznych.  
     Ale ekonomia, jak powiedział wielki ekonomista wiktoriański, Alfred Marshall, „nie jest substancją konkretnej prawdy, lecz narzędziem do odkrywania konkretnej prawdy”. Albo wyrażając to w mniej wzniosłym języku, stare modele można nauczyć wykonywania nowych sztuczek. Jak widzieliśmy w mojej zrewidowanej wersji historyjki o spółdzielni nianiek, model przeznaczony do wytłumaczenia, dlaczego bank centralny może normalnie wyleczyć gospodarkę z recesji przez obniżenie stóp procentowych, może również naświetlić okoliczności, w których ten prosty środek nie działa. Ta zrewidowana historyjka, jak się okazuje, przedstawia jasną instrukcję, w jaki sposób Japonia powinna się wyzwolić  z tej pułapki.
     Przypomnijmy sobie, że główny problem spółdzielni w okresie zimowym polega na tym, iż ludzie, nawet przy zerowej stopie procentowej, chcą zaoszczędzić środki uzyskane za dyżurowanie przy dzieciach w zimie w celu wykorzystania ich w lecie. Lecz członkowie spółdzielni jako całość nie mogą zaoszczędzić kuponów zimowych na użytek w lecie, tak iż starania podejmowane z tą myślą przez poszczególne osoby kończą się po prostu wywołaniem zimowego kryzysu.  
     Odpowiedzią na to, którą każdy ekonomista może sobie natychmiast uświadomić, jest ustalenie właściwej ceny: należy wyjaśnić, że punkty zarobione w zimie ulegną dewaluacji, jeżeli będą trzymane do lata – np. zarobek za piec godzin dyżurowania w zimie stopnieje do zaledwie czterech godzin w lecie. Zachęci to ludzi do wykorzystywania zarobionych godzin wcześniej i w ten sposób więcej będzie sposobności do dyżurowania przy dzieciach. Moglibyście uznać, że jest w tym coś niesprawiedliwego – że oznacza to wywłaszczenie ludzi z oszczędności. W rzeczywistości sytuacja polega na tym, że spółdzielnia jako całość nie może przechowywać, podobnie jak bank, dyżurów zimowych na użytek w lecie, toteż faktycznie wypacza ona bodźce dla członków, pozwalając na wymianę godzin zimowych na letnie w stosunku 1:1.
     Ale co w autentycznej gospodarce odpowiada naszym kuponom, których niedobór  zaznacza się w lecie? Odpowiedź brzmi, że gospodarce która tkwi w pułapce płynności, potrzebne jest oczekiwanie inflacyjne – tzn. musi ona przekonać ludzi, że za każdego jena, którego mają ochotę przechować, za miesiąc czy za rok będą mogli kupić mniej niż dzisiaj.
     Wniosek, że tym, co Japonii jest rzeczywiście potrzebne, jest zapowiedź doprowadzenia do inflacji, stanowi prostą implikację ogólnie przyjętego poglądu, że kraj znajduje się rzeczywiście w pułapce płynności. Pogląd ten wytłumaczyłem na tle dziwacznej historyjki o spółdzielni nianiek, ale wynika on również z zastosowania standardowych modeli matematycznych, którymi ekonomiści zwykle się posługują w dyskusjach nad polityką pieniężną. Istotnie, od dawna istnieje pewien tok myślenia, zgodnie z którym po to, aby polityka pieniężna  mogła zwalczyć recesję, zachodzi potrzeba dopuszczenia do umiarkowanej inflacji. (...)        
     Okazuje się bowiem, że rzecznicy inflacji musieli się spierać z głęboko osadzonym przekonaniem, iż stałość cen jest zawsze pożądana, a popieranie inflacji jest stwarzaniem fałszywych i niebezpiecznych bodźców. Ta wiara w znaczenie stałości cen nie opiera się na standardowych modelach ekonomicznych – przeciwnie, zwykła teoria podręcznikowa w zastosowaniu do niezwykłych okoliczności w przypadku Japonii wskazuje wprost na inflację jako normalne rozwiązanie. Ale obiegowa teoria ekonomiczna nie zawsze pokrywa się z obiegową mądrością ekonomiczną – sprzeczność między nimi stawała się coraz bardziej widoczna, gdy jeden kraj po drugim musiał dokonywać trudnego wyboru w obliczu kryzysu finansowego.      

Uwagi na temat jena ...... 99

Historyjka o spółdzielni nianiek jest opowiadaniem o gospodarce „zamkniętej”, która nie prowadzi wymiany z zagranicą ani nie inwestuje w innych krajach. Sprzeciwy wobec implikacji wynikających z tej historyjki, na gruncie zarówno koncepcyjnym jak i praktycznym, ogniskują się wokół stosunków Japonii z zagranicą, na podstawie poglądu, że handel i inwestycje zagraniczne zmieniają sytuację pod każdym względem. Tak nie jest, ale wytłumaczenie, dlaczego tak nie jest, wymaga trochę czasu. 
     Dobrym punktem wyjścia jest sprzeciw wobec propozycji „kierowanej inflacji” podniesiony przez tygodnik „The Economist”. Taki program, zdaniem tego tygodnika, nie wywołałby ożywienia wydatków w Japonii po prostu dlatego, że skłoniłby Japończyków do „przerzucania z hukiem” swoich oszczędności za granicę. Czy autor artykułu miał rację?   
     Otóż faktem jest zapewne, że oczekiwanie inflacji w Japonii podniosłoby w oczach jej mieszkańców atrakcyjność inwestowania za granicą (dokładnie tak samo, jak w normalnych warunkach obniżenie stóp procentowych). Przy założeniu, że inne warunki nie ulegną zmianie, próbowaliby oni oczywiście zwiększyć swoje lokaty za granicą. Przypomnijmy sobie jednak nasze rozważania nad bilansem płatniczym w rozdziale 3: bilans płatniczy zawsze się równoważy; jeśli więc Japonia będzie eksportować więcej kapitału (powiększać deficyt na swoim rachunku kapitałowym), to musi jednocześnie zwiększać swoją nadwyżkę handlową. Jak miałoby do tego dojść? Jeżeli mieszkańcy Japonii zaczną przenosić swoje oszczędności za granicę, to przystąpią do zamiany jenów na dolary, euro itp. To obniży wartość jena, przez co eksport japoński potanieje dla cudzoziemców, a towary zagraniczne podrożeją dla Japończyków, co doprowadzi do powiększenia nadwyżki handlowej. Jen zaś będzie musiał (z przyczyn czysto rachunkowych) spaść na tyle, aby ta nadwyżka handlowa zrównała się z pożądanym eksportem kapitału.  
     Ale większa nadwyżka handlowa oznacza większy popyt na produkty japońskie – co wspomoże, a nie utrudni, tendencje do ożywienia gospodarki. Ujmując to nieco inaczej, owe „przerzucanie z hukiem” oszczędności byłoby dokładnie tym, co przepisałby lekarz.
     Można wiec w takim razie dziwić się przede wszystkim temu, jakim sposobem Japonia ciągle tkwi w pułapce płynności. Być może nie ma pod dostatkiem opłacalnych inwestycji w Japonii, nawet przy zerowej stopie procentowej; ale czyż nie ma mnóstwa takich okazji gdzie indziej, powiedzmy w Stanach Zjednoczonych? Dlaczego Japończycy nie mogą po prostu eksportować swoich oszczędności?
     Odpowiedzią jest rola kursu walutowego w tej historyjce. Przypuśćmy, że jen jest dzisiaj bardzo słaby, co pozwala Japonii osiągnąć bardzo dużą nadwyżkę handlową i dzięki temu eksportować dużo kapitału. W ostateczności te inwestycje zagraniczne będą oznaczać, że mieszkańcy Japonii, tak samo jak inwestorzy brytyjscy około 1910 r., będą otrzymywać dużą część swoich dochodów z zagranicy – i że będą je chcieli wymieniać z powrotem na jeny, aby móc je wydać w kraju. Ponadto nie zawsze Japonia będzie miała nadmiar oszczędności w stosunku do okazji inwestycyjnych; w miarę jak jej ludność będzie osiągała wiek emerytalny, będzie wycofywać swoje oszczędności, co oznacza, że będzie likwidować swoje lokaty zagraniczne i wymieniać je z powrotem na jeny. Choć więc jen może obecnie być słaby, to sama ta słabość  oznacza, że w przyszłości będzie mocny. To zaś z kolei oznacza, że inwestowanie za granicą ostatecznie nie jest aż tak atrakcyjne: przychód z tych inwestycji wyrażony w dolarach czy też euro może wyglądać atrakcyjnie, ale jeśli się oczekuje, że waluty te spadną w stosunku do jena, to ten przychód wyrażony w jenach będzie mniej atrakcyjny – a może być nawet ujemny. Odwracając to rozumowanie, możemy powiedzieć, że spadek kursu jena – i dzięki temu zdolność Japonii do eksportowania nadwyżek oszczędności – będzie ograniczony przez oczekiwania ponownego umocnienia się tej waluty.  
     Możemy zatem powiedzieć, że przyczyną tego, iż Japonia tkwi w swojej pułapce, mimo zdolności do podejmowania inwestycji zagranicznych, jest to, że nie potrafi w dostatecznym stopniu osłabić jena, nawet przy obniżce stóp procentowych do zera.
     Przypuśćmy teraz, że Japonia jest gotowa zaakceptować tę herezję inflacyjną i przekona inwestorów, iż obecnie ceny będą rosły przez dłuższy czas o 3-4% rocznie. Taka inflacja pobudzi popyt wewnętrzny przez zmniejszenie atrakcyjności oszczędzania i podwyższenie atrakcyjności zaciągania pożyczek, ale jednocześnie będzie ona oddziaływała na dalsze osłabienie jena i dalsze podnoszenie konkurencyjności produktów japońskich na rynkach światowych. A zatem projekt „kierowanej inflacji” oznacza również dopuszczenie, a w istocie poparcie, osłabienia pozycji jena. I to właśnie jest źródłem dwojakiego rodzaju sprzeciwów – jedne zasługują na uwagę, a drugie są mało ważne.  
     Sprzeciwem zasługującym na uwagę jest możliwość, że osłabienie jena wywoła problemy w innych krajach. Prawdopodobnie nie będzie to oznaczało istotnego wzrostu ogólnej nadwyżki handlowej Japonii: eksport japoński wzrośnie, ale wzrośnie również import, ponieważ zarówno konsumenci, jak i inwestorzy zwiększą swoje zakupy dóbr w ogóle. Ale niektóre kraje – wśród nich, niestety, przeżywające trudności mniejsze kraje azjatyckie, a także Chiny – stwierdzą, że trudniej będzie im żyć z osłabionym jenem.  Niektóre zaś gałęzie przemysłu na Zachodzie, zwłaszcza przemysł stalowy, bledną na samą myśl o osłabieniu jena. (...)
     Nie zasługuje natomiast na rozpatrzenie zarzut oficjalnych czynników japońskich, którym nie podoba się myśl o osłabieniu ich waluty dlatego, że są dumni z mocnej pozycji jena, lub dlatego, że nadal marzą o promowaniu jena jako waluty globalnej (którą może on się stać – lecz cóż im z tego przyjdzie? Korzyści, jakie odnoszą Stany Zjednoczone z międzynarodowej roli dolara, jakkolwiek nikt w to nie chce wierzyć, są rzędu 0,1-0,w % ich produktu krajowego brutto).                

Wszystko się wali:
krach azjatycki
......... 103

Tajlandia w rzeczywistości nie jest małym krajem. Ma więcej mieszkańców niż Wielka Brytania lub Francja; ... Niemniej jednak gospodarka światowa jest niewyobrażalnie ogromna i dlatego z komercyjnego punktu widzenia Tajlandia stanowi wąski margines . Pomimo szybkiego wzrostu w ostatnich kilkudziesięciu latach, jest ona wciąż biednym krajem... (...)  Można by sądzić, że sprawy gospodarcze Tajlandii, w odróżnieniu od takiego olbrzyma gospodarczego, jakim jest Japonia, interesują jedynie mieszkańców Tajlandii, ich najbliższych sąsiadów i biznesmenów bezpośrednio zaangażowanych finansowo w tym kraju.
     Jednakże dewaluacja bahta, waluty tajlandzkiej, w 1997 r. wywołała lawinę finansową, która przetoczyła się przez dużą część Azji. W związku z tym zasadnicze znaczenie ma pytanie, dlaczego tak się stało, a w istocie jak to się mogło stać. Ale zanim przejdziemy do przyczyn, przyjrzymy się temu, co się stało: historii boomu Tajlandii i rozszerzeniu się kryzysu na całą Azję. 

Boom ...... 103

Tajlandia dołączyła do cudu azjatyckiego stosunkowo późno. Tradycyjnie będąc głównie eksporterem produktów rolnych, w większy ośrodek przemysłowy zaczęła się przekształcać dopiero w latach osiemdziesiątych, kiedy zagraniczne przedsiębiorstwa, zwłaszcza japońskie, zaczęły tam lokować swoje zakłady. Ale gdy gospodarka ruszyła z miejsca, zrobiła to w sposób imponujący: gdy rolnicy przenieśli się  z terenów wiejskich do nowych zakładów pracy w miastach, gdy dobre wyniki, osiągnięte przez pierwszą falę inwestorów zagranicznych, zachęciły dalszych, żeby poszli ich śladem, gospodarka Tajlandii zaczęła rosnąć w tempie ponad 8% rocznie. Podobnie jak sąsiedzi, Tajlandia stała się miejscem, w którym miliony szarych ludzi  zaczęło się otrząsać z rozpaczliwej nędzy, zażywając przynajmniej początków przyzwoitych warunków życia, a niektórzy niezwykle się bogacili.
     Do wczesnych lat dziewięćdziesiątych przeważająca część inwestycji związanych z tym wzrostem pochodziła z oszczędności zgromadzonych przez miejscową ludność; kapitał zagraniczny budował duże fabryki pracujące na eksport, ale mniejsze przedsiębiorstwa były finansowane przez lokalnych biznesmenów z własnych oszczędności;...  W 1991 r. dług zagraniczny Tajlandii wynosił nieco mniej od rocznej wartości jej eksportu – było to wcale nie mało, ale mieściło się w normalnie bezpiecznych ramach. (W tym samym czasie dług krajów Ameryki Łacińskiej był średnio 2,7 razy większy niż eksport).
     Jednak w ciągu lat dziewięćdziesiątych ta samowystarczalność finansowa zaczęła się zmieniać. Impuls przyszedł głównie z zewnątrz. Opanowanie latynoskiego zadłużenia, opisane w rozdziale 3, spowodowało, że inwestowanie w Trzecim Świecie stało się znowu atrakcyjne. Upadek komunizmu, zmniejszając odczuwalną groźbę radykalnego przewrotu, sprawił, że inwestowanie poza bezpieczną strefą krajów Zachodu wydawało się mniej ryzykowne niż przedtem. W krajach zaawansowanych  stopy procentowe  we wczesnych latach dziewięćdziesiątych były wyjątkowo niskie, ponieważ banki centralne starały się wyciągnąć  gospodarki swoich krajów z lekkiej recesji; w rezultacie wielu inwestorów kierowało się za granicę w poszukiwaniu wyższych przychodów. Być może największe znaczenie miało to, że fundusze inwestycyjne  ukuły nową nazwę dla krajów, które poprzednio określano mianem Trzeciego Świata lub krajów rozwijających się; obecnie były to „rynki wschodzące”, nowe rubieże zyskownych okazji finansowych.
     Inwestorzy zareagowali na to gromadnie. (...)  
     W jaki sposób te fundusze dostawały się z Tokio lub Frankfurtu (większość pożyczek dla Azji pochodziła z Japonii i Europy – dzięki rozsądkowi lub szczęściu banki amerykańskie stały przeważnie z boku) do Bangkoku lub Dżakarty? Co się z nimi działo, gdy się tam dostały. Prześledźmy kolejne kroki.
     Zacznijmy od typowej transakcji: bank japoński udziela pożyczki tajlandzkiej „spółce finansowej”, instytucji finansowej służącej za pas transmisyjny dla funduszów zagranicznych. Spółka finansowa ma teraz jeny, które wykorzystuje na udzielenie pożyczki za wyższym oprocentowanie miejscowej firmie budowlanej. Firma ta potrzebuje jednak nie jenów, lecz bahtów, ponieważ musi zakupić ziemię i płacić swoim robotnikom w miejscowej walucie. Spółka finansowa udaje się na giełdę walutową i wymienia jeny na bahty.
     Otóż na rynku walutowym, jak na każdym innym rynku, rządzi prawo podaży i popytu: jeżeli popyt na coś wzrośnie, to odnośna cena  zwykle także wzrośnie. Czyli zapotrzebowanie na bahty ze strony spółki finansowej będzie oddziaływało na wzrost wartości bahta w stosunku do innych walut. Jednakże w latach boomu centralny bank Tajlandii był obowiązany utrzymywać stały kurs wymiany między bahtem a dolarem amerykańskim. W tym celu musiałby wyrównywać wszelki wzrost popytu na bahty zwiększaniem ich podaży przez sprzedaż swej waluty i zakup obcych walut, tj. dolarów lub jenów. W ten sposób pośrednim skutkiem początkowej pożyczki udzielonej w jenach będzie wzrost zarówno rezerw walutowych tajlandzkiego banku centralnego, jak i podaży pieniądza tajlandzkiego. W gospodarce nastąpi też ekspansja kredytu – w postaci nie tylko pożyczki udzielonej bezpośrednio przez spółkę finansową, ale też dodatkowego kredytu udzielonego przez banki, w których zostały zdeponowane nowo kreowane bahty. A ponieważ duża część tych pożyczonych pieniędzy znajdzie się z powrotem w bankach, będzie ona służyć do finansowania nowych pożyczek itd., zgodnie z klasycznym procesem „mnożnika pieniężnego”, wykładanym w podręcznikach ekonomii.      
     W miarę jak przybywało coraz więcej pożyczek z zagranicy, skutkiem tego była masowa ekspansja kredytu, która zasilała falę nowych inwestycji. W części przybierały one kształt rzeczywiście wznoszonych budynków, głównie biurowców i budynków mieszkalnych, ale obok tego było dużo spekulacji, przeważnie nieruchomościami, a także na giełdzie papierów wartościowych. W początkowych miesiącach 1996 r. gospodarki Azji Południowo-Wschodniej zaczęły się silnie upodabniać do nadmuchanej jak bańka mydlana gospodarki Japonii w późnych latach osiemdziesiątych.
     Dlaczego władze monetarne nie przyhamowały tego spekulacyjnego boomu? Odpowiedź brzmi: próbowały to robić, lecz się im nie udawało. We wszystkich gospodarkach azjatyckich banki centralne próbowały „sterylizować” dopływ kapitału: zobowiązany do sprzedawania bahtów na rynku walutowym, centralny bank Tajlandii usiłował odkupywać z powrotem obce waluty poza giełdą, sprzedając obligacje, a więc w rzeczywistości zaciągał pożyczki w świeżo emitowanych bahtach. Pożyczki te jednak oddziaływały na wzrost miejscowych stóp procentowych i tym samym przyczyniały się do wzrostu atrakcyjności zaciągania pożyczek za granicą i do przyciągania z zewnątrz jeszcze większej ilości jenów i dolarów. Cały ten wysiłek sterylizacyjny nie przynosił efektów: kredyt po prostu nadal narastał. 
     Jedynym sposobem, w jaki bank centralny mógł zapobiec rozdmuchiwaniu zasobu pieniądza i kredytu, byłoby zaniechanie prób utrzymania stałego kursu waluty – po prostu przyzwolenie na wzrost kursu bahta. (...)
     Tak więc pozostawiono boom swemu biegowi. Na koniec, jak powiedzieliby autorzy podręczników, ekspansja pieniądza i kredytu stała się czynnikiem samoograniczającym się. Rosnące inwestycje wraz ze wzrostem wydatków świeżo wzbogaconych konsumentów doprowadziły do wzrostu importu; boom gospodarczy wywołał presję na wzrost płac, osłabiając konkurencyjność tajlandzkiego eksportu (zwłaszcza że Chiny, poważny konkurent Tajlandii, zdewaluowały w 1994 r. swą walutę), tak iż wzrost tego eksportu osłabł. Wynikiem tego było pojawienie się olbrzymiego deficytu handlowego; zamiast zasilać krajowy pieniądz i kredyt, pożyczki zagraniczne zaczęły finansować import.
     A dlaczego by tak nie miało być?  Niektórzy ekonomiści twierdzili – tak samo jak ci, którzy na początku lat dziewięćdziesiątych wychwalali Meksyk – że deficyty handlowe Tajlandii, Malezji i Indonezji były oznaką nie słabości, a siły gospodarczej rynków funkcjonujących w należyty sposób. (...)
     Niemniej jednak coraz więcej obserwatorów zaczęło odczuwać pewien niepokój, gdy deficyty Tajlandii i Malezji wzrastały do 6, 7, 8% produktu krajowego brutto – a więc były to tego rzędu wielkości, jakie wykazywał Meksyk przed kryzysem „tequila”. (...)
     Sprawą, którą również powinniśmy byli zauważyć, był fakt, że powoływanie się na azjatycki boom kredytowy jako odzwierciedlenie wolnych decyzji sektora prywatnego nie całkiem odpowiadało prawdzie. Azja Południowo-Wschodnia, tak samo jak Japonia w latach swej bańki mydlanej, miała do czynienia z problemem natury moralnej, który wkrótce miał zostać przezwany „kapitalizmem kolesiów”.
     Powróćmy do tajlandzkiej spółki finansowej zaciągającej długi w jenach, która rozkręciła cały ten proces ekspansji kredytowej. (...)
     Odpowiedzią były w zasadzie powiązania polityczne – często rzeczywiście właściciel spółki finansowej był skoligacony z jakąś oficjalną osobą w rządzie. (...)
     Teraz przyjrzyjmy się tej sytuacji z punktu widzenia kuzyna ministra, właściciela spółki finansowej. Był on w stanie uzyskać pożyczkę nisko oprocentowaną, bez żadnych pytań. Nic zatem dziwnego, że udzielił wysoko oprocentowanej pożyczki swemu przyjacielowi, prowadzącemu interesy...  Gdyby wszystko poszło dobrze, byłoby świetnie: obaj panowie zarobiliby mnóstwo pieniędzy. Gdyby sprawy nie przybrały  takiego obrotu, jakiego się spodziewali, to nic strasznego: minister znalazłby sposób, by oszczędzić spółkę finansową. Orzeł – kuzyn wygrywa, reszka – przegrywa podatnik.
     Tak czy inaczej, podobne gry prowadzono we wszystkich krajach, które wkrótce miały się pogrążyć w kryzysie. (...)
     W świetle tego wszystkiego rozwój pewnego rodzaju kryzysu nie był zbyt zaskakujący. Niektórzy z nas mogą nawet twierdzić, że przepowiedzieli kryzys walutowy na więcej niż rok przed jego wybuchem. Ale nikt nie wyobrażał sobie, że będzie on tak ostry.                       

Dzień 2 lipca ...... 109

W ciągu 1996 r. i pierwszego półrocza 1997 r. maszyna kredytowa, która wywołała boom w Tajlandii, zaczęła pracować w odwrotnym kierunku. Częściowo przyczyną tego były wydarzenia zagraniczne: rynki na niektóre produkty eksportowe Tajlandii zwiotczały, deprecjacja japońskiego jena osłabiła nieco konkurencyjność przemysłu krajów Azji Południowo-Wschodniej. Przeważnie jednak działo się to za sprawą oczyszczania domu ze spekulantów, co w długim okresie zawsze się dzieje: coraz więcej spekulacyjnych inwestycji, które były finansowane bezpośrednio lub pośrednio za pomocą tanich pożyczek zagranicznych, zaczęło się psuć. Niektórzy spekulanci zbankrutowali; niektóre spółki finansowe wycofały się z rynku. A zagraniczni pożyczkodawcy z coraz większą niechęcią udzielali dalszych pożyczek.
     Był to w pewnym sensie samozasilający się proces. Dopóki ceny nieruchomości i ceny na rynku akcji zwyżkowały, to nawet wątpliwe inwestycje wyglądały pomyślnie. Gdy powietrze zaczęło uchodzić z bańki, zaczęły narastać straty, powodując dalszą utratę zaufania i jeszcze silniejsze kurczenie się podaży nowych pożyczek. Nawet zanim w dniu 2 lipca wybuchł kryzys, ceny ziemi i kursy akcji obniżyły się poważnie ze swoich szczytowych poziomów.
     Osłabienie strumienia pożyczek zagranicznych wywołało również problemy banku centralnego. Wobec zmniejszonego dopływu jenów i dolarów na rynku walutowym zmniejszał się popyt na bahty: tymczasem zapotrzebowanie na wymianę bahtów na waluty zagraniczne w celach finansowania importu nadal wzrastało. Aby zapobiec spadkowi kursu bahta, bank centralny Tajlandii powinien był postępować odwrotnie niż wtedy, gdy kapitały zaczęły napływać: powinien był pojawić się na rynku z dolarami i jenami, by wymienić je na bahty w celu podtrzymania kursu swojej waluty. Jest jednak pewna ważna różnica pomiędzy próbami utrzymania kursu swojej waluty na niskim poziomie i na wysokim poziomie: bank centralny Tajlandii może dowolnie zwiększać podaż bahtów po prostu dlatego, że może je drukować, natomiast nie może drukować dolarów. Istniała więc granica jego zdolności do utrzymywania wysokiego kursu bahta: wcześniej czy później musiało mu zabraknąć niezbędnych rezerw. 
     Jedynym sposobem podtrzymania wartości waluty było zmniejszenie ilości bahtów w obiegu przez podwyższenie stóp procentowych i zwiększenie tym samym na nowo atrakcyjności zaciągania pożyczek w dolarach w celu reinwestowania ich w bahtach. To jednak wywoływało problemy innego rodzaju innego rodzaju. Gdy boom inwestycyjny zaczął zanikać, nastąpiło zwolnienie wzrostu gospodarczego Tajlandii – ograniczono działalność budowlaną, co oznaczało zmniejszenie zatrudnienia, to z kolei oznaczało mniejszy dochód i zwalnianie pracowników w pozostałych gałęziach gospodarki.
     Alternatywnym wyjściem było pozostawienie waluty samej sobie: zaprzestanie zakupów bahtów i pozwolenie kursowi walutowemu na ześlizgiwanie się w dół. To było jednak również kłopotliwym rozwiązaniem, nie tylko dlatego, że tego rodzaju dewaluacja waluty wpłynęłaby ujemnie na reputację rządu, ale też dlatego, że tak wiele banków, spółek finansowych i innych przedsiębiorstw tajlandzkich miało obecnie długi w dolarach; w przypadku wzrostu kursu dolara w stosunku do bahta groziłoby to niewypłacalnością.
     Tak więc rząd tajlandzki nie mógł się zdecydować. Nie chciał dopuścić do spadku bahta ani nie chciał podjąć w kraju surowych środków, które by wstrzymały utratę rezerw. Zamiast tego prowadził grę kunktatorską, mając widocznie nadzieję, że w tej sytuacji nastąpi jakiś zwrot.
     Wszystko to odbywało się zgodnie ze standardowym ujęciem podręcznikowym: był to klasyczny wstęp do problematyki kryzysu walutowego, jaki ekonomiści lubią modelować – a spekulanci lubią prowokować. Gdy stało się jasne, że rząd nie ma chęci przykręcić śruby gospodarce, coraz bardziej prawdopodobny był spadek wartości bahta. Ale ponieważ jeszcze do tego nie doszło, był czas na wyciągnięcie korzyści z tego przyszłego wydarzenia. Dopóki wydawało się, że kurs bahta do dolara utrzyma się na stałym poziomie, fakt, iż stopy procentowe w Tajlandii były o kilka punktów wyższe niż w Stanach Zjednoczonych, stanowił zachętę do zaciągania pożyczek w dolarach i udzielania pożyczek w bahtach. Kiedy jednak stało się prawdopodobne, że baht zostanie wkrótce zdewaluowany, stworzyło to zachętę do czegoś wręcz przeciwnego – do zadłużania się w bahtach w oczekiwaniu na to, że wartość tych długów w dolarach wkrótce się obniży, i do nabywania dolarów w oczekiwaniu, że ich wartość wyrażona w bahtach wkrótce wzrośnie. Miejscowi biznesmeni zaciągali długi w bahtach i spłacali nimi swoje pożyczki dolarowe; zamożni Tajlandczycy sprzedawali swoje portfele obligacji rządowych i zakupywali amerykańskie weksle skarbowe; i wreszcie, co nie najmniej ważne, niektóre wielkie międzynarodowe fundusze hedgingowe zaczęły zaciągać pożyczki w bahtach i wymieniać odnośne kwoty na dolary. 
     Każdy znawca pieniądza powie, że z chwilą gdy sprawy doszły do takiego punktu, rządy muszą działać  zdecydowanie, tak albo inaczej: albo wyraźnie zobowiązać się do obrony waluty za wszelką cenę, albo pozostawić ją  samej sobie. Ale zazwyczaj rządom bardzo trudno przychodzi podjęcie konkretnej decyzji. Podobnie jak to robiło wiele rządów w przeszłości i niewątpliwie wiele ich będzie robić w przyszłości, rząd Tajlandii czekał, a jego rezerwy się kurczyły; próbując przekonać rynki, że jego pozycja jest mocniejsza, niż była w rzeczywistości, starał się o to, by jego rezerwy wydawały się większe, przez dokonywanie bez zapowiedzi „transakcji swapowych” (polegających na zaciąganiu pożyczek w dolarach po to, aby je później spłacać). Ale choć niekiedy wydawało się, że nacisk słabnie, to jednak zawsze wzbierał na nowo. Z początkiem lipca stało się jasne, że gra się skończyła. Dnia 2 lipca Tajlandia pozwoliła na swobodne zmiany kursu bahta.
     Aż do tego momentu nie było w tym wszystkim żadnej niespodzianki. Kurczenie się rezerw, spekulacyjny atak na wyraźnie słabą walutę – to były zjawiska wzięte wprost z podręczników. Ale pomimo świeżych doświadczeń wyniesionych z kryzysu „tequila”, przeważnie sądzono, że dewaluacja bahta zakończy całą tę historię najwyżej upokorzeniem rządu i być może nieprzyjemnym wstrząsem dla niektórych zbyt napiętych przedsiębiorstw, ale4 nie czymś katastrofalnym.                            
     Byliśmy w błędzie.

Załamanie ...... 112

W związku z recesją, która na fali dewaluacji tajlandzkiej objęła Azję, nasuwają się dwa nieco różne pytania. Pierwsze dotyczy mechanizmu: w jaki sposób nastąpiło to załamanie?  Dlaczego dewaluacja w jakiejś malej gospodarce miałaby wywołać spadek inwestycji i produkcji  na tak szerokim obszarze?  Drugie pytanie, w pewnym sensie głębsze , dotyczy powodu, dla którego rząd nie zapobiegł, lub nie mógł zapobiec katastrofie. Co się stało z polityką makroekonomiczną?
     Odpowiedź na to drugie pytanie zabierze nieco więcej czasu, choćby z tego powodu, że dotyczy ona bardzo ostrej różnicy zdań między rozsądnymi ludźmi. Zostawmy ją więc do następnego rozdziału i po prostu spróbujmy opisać to, co się stało. 
     Jeżeli wszystko idzie dobrze, nie staje się nic strasznego, gdy pozwala się na obniżenie wartości swojej waluty. Gdy Wielka Brytania w 1992 r. przestała bronić swego funta, kurs tej waluty obniżył się o około 15%, po czym się ustabilizował; inwestorzy uświadomili sobie, że najgorsze minęło, że obniżka wartości waluty wspomoże eksport danego kraju i dzięki temu stanie się on lepszym miejscem do inwestowania, niż był przedtem. Z typowych kalkulacji wynikało, że dla odzyskania przez przemysł tajlandzki konkurencyjności w zakresie kosztów baht będzie musiał spaść o mniej więcej 15%, toteż spadek tego rzędu wydawał się prawdopodobny. Tymczasem jednak spadek kursu bahta przybrał nieskrępowane rozmiary: kurs dolara wyrażony w bahtach podniósł się w ciągu następnych kilku miesięcy o 50% i wzrastałby nadal, gdyby Tajlandia nie podniosła stóp procentowych.
     Dlaczego kurs bahta tak dalece się obniżył? Odpowiedź brzmi krótko: panika; ale są różne jej rodzaje. Jaka to była panika?  
     Niekiedy panika jest po prostu paniką: nieracjonalną reakcją części inwestorów, której nie uzasadniają bieżące wiadomości. Przykładem tego może być krótkotrwały spadek dolara w 1981 r. po tym, jak uzbrojony wariat zranił Ronalda Reagana. Był to wstrząsający wypadek; ale gdyby nawet Reagan zmarł, to stabilność rządu amerykańskiego i ciągłość prowadzonej przezeń polityki niewiele by na tym ucierpiała. Ci, co utrzymali nerwy na wodzy i nie zaczęli uciekać od dolara, zostali wynagrodzeni za swoją zimną krew.  
     Dużo większe znaczenie w ekonomii ma jednak panika, która bez względu na to, co ją wywołało, sama siebie uzasadnia. Klasycznym przykładem tego jest run na bank: gdy wszyscy deponenci starają się naraz wycofać swoje wkłady, bank zmuszony jest sprzedać swoje aktywa po beznadziejnie niskich cenach, co doprowadza go do bankructwa; ci deponenci, którzy nie ulegli panice, wyjdą na tym gorzej od tych, którzy jej ulegli. 
     W rzeczywistości w Tajlandii odnotowano kilka przypadków runu na banki, a jeszcze więcej ich było w Indonezji. Ale skupianie uwagi na takich przypadkach byłoby zbyt dosłownym rozumieniem przenośni. To, co rzeczywiście tam się stało, było procesem okrężnym – niszczycielską pętlą sprzężenia zwrotnego – pogarszania się sytuacji finansowej i spadku zaufania, czego runy na banki były tylko jednym z aspektów.
     Przedstawiony dalej rysunek ilustruje w postaci schematu proces, który w pewnej wersji wystąpił we wszystkich dotkniętych kryzysem gospodarkach Azji.

        
     Zacznijmy od dowolnego miejsca w tym schemacie  - na przykład od spadku zaufania do  waluty i gospodarki Tajlandii. Spadek ten wywołałby u inwestorów, zarówno krajowych jak i zagranicznych, chęć wycofania pieniędzy  z tego kraju. Przy innych warunkach niezmienionych spowodowałoby to spadek wartości bahta. Skoro bank centralny Tajlandii nie mógł dłużej podtrzymywać wartości swej waluty przez zakupywanie jej na rynku walutowym (ponieważ nie miał już więcej dolarów lub jenów do sprzedania), jedynym sposobem, w jaki mógłby ograniczyć spadek tej waluty, było podniesienie stopy procentowej i odciąganie w ten sposób bahta z obiegu. Niestety, spadek wartości waluty oraz podwyżka stóp procentowych sprawiały trudności finansowe przedsiębiorstwom, zarówno instytucjom finansowym jak i innym spółkom. Z jednej strony wiele z nich miało długi dolarowe, które nagle stawały się dla nich bardzo uciążliwe, w miarę jak rosła ilość bahtów za dolara; z drugiej strony, wiele z nich miało również długi w bahtach, których obsługa stawała się coraz trudniejsza, w miarę jak rosły stopy procentowe. A kombinacja podwyższonych stóp procentowych i trudności z zamknięciem bilansów w systemie bankowym, który niejednokrotnie okazywał się niezdolny do udzielania nawet najpewniejszych pożyczek, oznaczała, że spółki musiały obcinać swoje wydatki, powodując recesję, która z kolei oznaczała jeszcze gorsze wiadomości dla ich zysków i bilansów. Każda taka zła wiadomość dochodząca z gospodarki powodowała nieodwołalnie dalszy spadek zaufania – i gospodarka pogrążała się w zamęcie.                
     Pomijając wszystkie skomplikowane szczegóły (które analitycy wciąż podchwytują), historia wydaje się dość prosta, zwłaszcza dlatego, że coś bardzo podobnego wydarzyło się w 1995 r. w Meksyku. Dlaczego więc katastrofalne skutki  tajlandzkiej dewaluacji stały się taką niespodzianką? Podstawową odpowiedzią na to jest stwierdzenie, że podczas gdy wielu ekonomistów zdawało sobie sprawę z elementów tej historii – każdy rozumiał, że sprzężenie zwrotne od zaufania do rynków finansowych, dalej do realnej sfery gospodarki i z powrotem do zaufania w zasadzie istniało – to jednak nikt nie wyobrażał sobie, z jaką siłą taki proces sprzężenia zwrotnego mógłby działać w praktyce. W rezultacie nikt sobie nie wyobrażał, jaką eksplozję może wywołać taka okrężna logika kryzysu. (...)
     W rzeczywistości nawet dzisiaj wielu ludzi z trudem jest skłonnych uwierzyć, że gospodarka rynkowa może być aż tak niestabilna, że ilustrowane powyższym rysunkiem sprzężenia zwrotne  mogą być aż tak silne,  by doprowadzić do eksplozji kryzysu. Ale one faktycznie są w stanie to zrobić, jak to możemy zaobserwować, przyglądając się procesowi rozprzestrzeniania się kryzysu. 

Infekcja ...... 115

Prawdopodobnie jest pewne uzasadnienie, dlaczego ważne spotkania w sprawach finansów międzynarodowych, a zwłaszcza w sprawach opanowywania kryzysów międzynarodowych, zazwyczaj odbywają się w wiejskich ośrodkach kuracyjnych – dlaczego powojenny system walutowy został ukuty w hotelu Mount  Washington  w  Bretton Woods, dlaczego wielu ministrów finansów i szefów banków centralnych zbiera się każdego lata w Jackson Lake Lodge w stanie Wyoming.  Być może taka lokalizacja pomaga ważnym ludziom oderwać się od codziennej działalności w rodzaju gaszenia pożarów i przynajmniej na krótko skupić uwagę na szerszych problemach. W każdym razie na początku października 1997 r. – kiedy kryzys azjatycki już się dobrze rozwinął, ale jego ostrość nie była jeszcze tak wyraźna – pewna liczba bankierów, oficjalnych przedstawicieli krajów i ekonomistów zebrała się w Woodstock w stanie Vermont, by dokonać oceny sytuacji.
     W tym czasie Tajlandia znajdowała się już wyraźnie w ciężkich tarapatach;  również waluta sąsiadującej z nią Malezji była sponiewierana; a indyjska rupia straciła na wartości 30%. Na sali panowało ogólne odczucie, że Tajlandia sama sprowadziła na siebie nieszczęścia. Wobec Malezji wykazywano niewiele sympatii, ponieważ podobnie jak Tajlandia miała w minionych kilku latach olbrzymi deficyt w bieżących obrotach z zagranicą, a jej premier pogarszał sprawę przez swoje wypowiedzi na temat złośliwych spekulantów. Ale wszyscy zgodnie uważali, że o ile Indonezja słusznie pozwoliła na zniżkę swojej waluty – faktycznie dużo dobrych rzeczy powiedziano tam  o zarządzaniu gospodarką Indonezji – o tyle słabość rupii nie była rzeczywiście uzasadniona. A zresztą deficyt na rachunku bieżącym Indonezji  był daleko mniejszy w stosunku do PKB niż u jej sąsiadów – ze swoimi niespełna 4% PKB deficyt Indonezji w 1996 r. był faktycznie mniejszy niż np. od deficytu Australii. Baza eksportowa kraju – w części surowce, a w części wysoce pracochłonne wyroby przemysłowe – wyglądała solidnie, a cała gospodarka w zasadzie zdrowo.
     W ciągu trzech miesięcy Indonezja znalazła się w gorszej nawet sytuacji niż reszta Azji Południowo-Wschodniej; w istocie znalazła się na drodze do największej zapaści gospodarczej w historii świata; kryzys zaś rozszerzył się nie tylko na Azję Południowo-Wschodnią, ale dotarł aż do tak odległej gospodarki, jak Korea Południowa, której PKB był dwa razy większy od PKB Indonezji i trzy razy większy od Tajlandii.
     Niekiedy istnieją uzasadnione przyczyny ekonomicznej infekcji. Jest takie dawne powiedzenie, że gdy Stany Zjednoczone kichną, to Kanadę chwyta przeziębienie; nie ma co się dziwić, skoro dużą cześć produkcji Kanada sprzedaje na rynkach swojego gigantycznego południowego sąsiada. Miedzy dotkniętymi kryzysem gospodarkami azjatyckimi  istniały pewne bezpośrednie powiązania: Tajlandia stanowi rynek dla produktów Malezji i odwrotnie. Pewną dodatkową siłę napędową mogła tworzyć cechująca gospodarki azjatyckie tendencja do sprzedawania podobnych produktów krajom trzecim: gdy Tajlandia zdewaluowała swoją walutę, to eksportowana  przez nią na rynki zachodnie odzież taniała, podcinając marże zysku indonezyjskich producentów podobnych produktów.
     Wszystkie szacunki tego bezpośredniego wzajemnego oddziaływania poprzez rynki towarowe gospodarek objętych kryzysem wskazują jednak, że to właśnie nie mogło być ważnym czynnikiem rozprzestrzeniania się kryzysu.  W szczególności rola Tajlandii jako rynku zbytu lub konkurenta potężnej gospodarki Korei Południowej była niewiele większa od błędu statystycznego.
     Potencjalnym źródłem infekcji mogły być mniej lub bardziej bezpośrednie powiązania finansowe. Nie dlatego, że Tajlandczycy byli wielkimi inwestorami w Korei lub Koreańczycy w Tajlandii, ale dlatego, że strumienie pieniądza do tego regionu często napływały kanałami „funduszów wschodzących rynków, które wszystkie te kraje wrzucały do jednego worka. Gdy z Tajlandii nadchodziły złe wiadomości, pieniądze odpływały z tych funduszów  i tym samym ze wszystkich krajów regionu.
     Jeszcze ważniejszy od tych mechanicznych powiązań był sposób kojarzenia gospodarek azjatyckich w umysłach inwestorów.  Apetyty inwestorów karmiły się percepcją przeżywanego w tym regionie „cudu azjatyckiego”; gdy okazywało się, że gospodarka któregoś kraju nie była wcale tak cudowna, podważało to wiarę we wszystkie inne.  Mędrcy zebrani w  Woodstock mogli uważać Indonezję za coś całkiem różnego od Tajlandii, ale przeciętny inwestor był tego mniej pewien i zaczynał się wycofywać.  
     Dlatego okazało się, że bez względu na różnice między tymi wszystkimi krajami, wspólną im rzeczą była podatność na samozasilającą się panikę . Jeśli chodzi o Indonezję, to mędrcy  w Woodstock mylili się, a panikarscy inwestorzy mieli rację. A stało się tak nie dlatego, że mędrcy ci źle oceniali zalety Indonezji, lecz dlatego, że nie doceniali jej wrażliwości. W Malezji, w Indonezji, w Korei, podobnie jak w Tajlandii, utrata zaufania rynku stanowiła początek błędnego koła załamania finansowego i gospodarczego. Nie miał  znaczenia fakt, że w kategoriach fizycznych przepływów dóbr gospodarki te były ze sobą powiązane jedynie w umiarkowanym stopniu. Były one powiązane w umysłach inwestorów, którzy trudności jednego kraju traktowali jako złe wiadomości dochodzące z innych; a gdy jakaś gospodarka jest wrażliwa na samozasilającą się panikę, to sama wiara wystarczy, by tak rzeczywiście było.

Dlaczego Azja? Dlaczego w 1997 r.? ...... 117

Dlaczego ten straszliwy kryzys gospodarczy spotkał Azję i dlaczego zaczął się w 1997 r.? Odpowiedź zależy, jak to powiedział Bill Clinton, od tego, jak rozumiemy to „dlaczego”.  Pytanie może dotyczyć szczególnych gwałtownych wydarzeń; ale może dotyczyć czegoś ważniejszego, mianowicie źródeł niezwykłej wrażliwości krajów azjatyckich.
     Jeśli chce się koniecznie złożyć winę za wybuch kryzysu azjatyckiego na jakieś szczególne wydarzenie, to istnieje taka lista podejrzanych. Jednym z nich jest kurs wymienny miedzy jenem a dolarem: w okresie od 1995 do 1997 r. Jen, który jakimś dziwnym sposobem osiągnął niebotyczny poziom, spadł z powrotem na ziemię.  Ponieważ większość walut azjatyckich była powiązana w ten czy inny sposób z dolarem, skutkiem tego było podrożenie eksportu tych krajów na rynki japońskie i w konkurencji z produktami japońskimi na innych rynkach, co przyczyniło się do obniżenia tempa eksportu. W podobny sposób na tajlandzki i malezyjski eksport wpłynęła chińska dewaluacja w 1994 r., a jeszcze ogólniej konkurencja taniej siły roboczej Chin. Ponadto w skali światowej nastąpił spadek popytu na wyroby elektroniczne, a zwłaszcza na półprzewodniki, w których to dziedzinach specjalizowały się gospodarki azjatyckie.
     Ale Azja przeżywała przedtem ze wzruszeniem ramion o wiele silniejsze wstrząsy. Na przykład załamanie się cen ropy naftowej w 1985 r. było poważnym ciosem w eksportującą ropę Indonezje, lecz jej gospodarka wzrastała pomimo złych wiadomości. Recesja z lat 1990 – 1991, która nie była zbyt ostra, ale dotknęła liczne kraje uprzemysłowionej części świata, zmniejszyła zapotrzebowanie na eksport krajów azjatyckich , ale wcale nie spowodowała osłabienia tempa wzrostu w tym regionie ważne jest więc pytanie , co uległo zmianie w Azji (lub może w świecie), że te właśnie złe wiadomości dały początek lawinie gospodarczej.
     Niektórzy z Azjatów, zwłaszcza premier Malezji Mahathir, mieli na to gotową odpowiedź: spisek.(…)
     Z drugiej strony, wielu autorów zachodnich obróciło historię kryzysu azjatyckiego w pewnego rodzaju moralną grę, w której gospodarki otrzymują swoją nieuniknioną karę za grzechy „kapitalizmu kolesiów”. (...)
     Po pierwsze, jeśli protekcja, nepotyzm i korupcja były faktycznie czymś realnym w Azji, to nie były czymś nowym.  (...)
    
I dalsza pokrewna sprawa: gdyby kryzys miał być karą za grzechy gospodarek azjatyckich , to jak to się stało, że gospodarki, które żadną miarą nie znajdowały się w tym samym miejscu na ścieżce rozwoju gospodarczego, wszystkie uderzyły w mur w tym samym czasie?  (...)
     Jedyną odpowiedzią, która przynajmniej mnie wydaje się rozsądna, jest to, że kryzys nie był  (głównie) karą za grzechy.  Istniały w tych gospodarkach realne wady, ale główną wadą  była ich wrażliwość na samonakręcającą się panikę.
     Powracając do runów na banki: w Stanach Zjednoczonych w 1931 r. zbankrutowała połowa banków. Banki te nie były do siebie podobne. Niektórymi zarządzano bardzo źle; niektóre podejmowały zbyt wielkie ryzyko , nawet w świetle tego, co było znane przed 1929 r.; innym wiodło się stosunkowo dobrze, choć były zarządzane w sposób konserwatywny. Ale gdy panika ogarnęła kraj i deponenci wszędzie chcieli natychmiast wycofać swoje pieniądze, nic z tych rzeczy nie miało znaczenia: przeżyły tylko banki, które były skrajnie konserwatywne, które przetrzymywały nadmierną, jak na normalne czasy, część swoich depozytów w gotówce. Podobnie było z Tajlandią, która miała źle prowadzoną gospodarkę, która zaciągała zbyt dużo pożyczek i inwestowała je w bardzo wątpliwe przedsięwzięcia; jeśli zaś chodzi o Indonezję, to pomimo całej swej korupcji, zawiniła ona dużo mniej i rzeczywiście posiadała te zalety, jakie wyobrażali sobie owi mędrcy; ale w warunkach paniki te wyróżniające cechy nic nie znaczyły.        
     Czy gospodarki azjatyckie były w 1997 r. bardziej wrażliwe na panikę finansową  niż np. pięć lub dziesięć lat wcześniej? Tak jest,  z pewnością  - ale nie z powodu kapitalizmu kolesiów czy z powodu polityki państwa, którą zwykle uważa się za złą. Stały się one bardziej wrażliwe częściowo dlatego, że otwarły swoje rynki finansowe – że stały się rzeczywiście lepszymi, a nie gorszymi gospodarkami wolnorynkowymi; a częściowo dlatego, że wykorzystały swoją nowo nabytą popularność wśród międzynarodowych pożyczkodawców do zasadniczego zwiększenia swojego zadłużenia w stosunku do świata zewnętrznego. Te długi zintensyfikowały sprzężenie zwrotne miedzy utratą zaufania a zapaścią finansową i z powrotem, zaostrzając w ten sposób błędne koło kryzysu.  Nie chodziło o to, że źle wydawano pieniądze; z ich częścią tak się działo, a z częścią nie. Chodziło o to, że te nowe długi, inaczej niż dawne, były zaciągnięte w dolarach – a to okazało się przyczyną klęski gospodarczej.

Pytanie sięga głębiej ...... 120

Większość komentatorów kryzysu azjatyckiego prawdopodobnie dopatrzy się w tym rozdziale niejednego spornego szczegółu. Niektórzy będą dowodzić, że szkody wyrządzone przez beztroskie udzielanie pożyczek były większe, niż ja sugeruję; niektórzy będą dowodzić przeciwnie, że gospodarki znajdowały się w rzeczywistości w bardzo dobrej kondycji i że kryzys był całkowicie nieuzasadniony. Ścisły mechanizm kryzysowy – odpowiednie role upadłości banków,  cen nieruchomości, kursów walutowych, stóp procentowych itd. – stanie się przedmiotem wielu kłótni na lata, a może i dziesięciolecia. Niemniej jednak sądzę, że ogólnie biorąc, to sprawozdanie spotka się z szeroką akceptacją.
     Rzeczywista kontrowersja – która jest podniecająca i często ma charakter personalny, ponieważ ci, którzy krytykują sposób obchodzenia się z kryzysem, krytykują również tych, którzy się z nim obchodzili – dotyczy polityki.  Czy nie można było czegoś zrobić, by ograniczyć szkody zadane Azji?  Czy decydenci polityczni nie sprawili zawodu w wykonywaniu swego zadania.?  Czy w rzeczywistości nie spowodowali oni, że sprawy przybrały gorszy obrót?  

6. Gra o zaufanie ......... 121

W grudniu 1930 r., gdy zaczęło być oczywiste, że to nie jest zwykła recesja, John Maynard Keynes próbował wytłumaczyć szerokim kręgom społeczeństwa przyczyny załamania koniunktury. "Mamy kłopoty z zapłonem", oświadczył. Było to w pewnym sensie radykalne stwierdzenie, ponieważ z tego oświadczenia wynikało, że silnik gospodarki nie mógł rozpocząć działania na nowo o własnych siłach, że potrzebował skokowego wprawienia go w ruch przez rząd. Ale w głębszym sensie Keynes pozostał konserwatystą: oświadczył bowiem, że kłopot z silnikiem nie miał zasadniczego znaczenia, że mógł zostać rozwiązany przez odpowiedni zabieg techniczny. W tym czasie, kiedy wielu intelektualistów światowych było przekonanych, że kapitalizm jest systemem, który nie zdał egzaminu, i że Zachód może się wydźwignąć z wielkiej depresji tylko przez przejście na gospodarkę centralnie planowaną, Keynes mówił, że kapitalizm nie jest skazany na upadek i że do tego, by system mógł działać, potrzebna jest jedynie bardzo ograniczona interwencja, która nie narusza prywatnej własności ani prywatnego podejmowania decyzji.
     Kapitalizm utrzymał się przy życiu, wprawiając w zakłopotanie sceptyków; ale chociaż trudno może przyjść dzisiejszym entuzjastom wolnego rynku przyjęcie tego do wiadomości, to przetrwanie nastąpiło w zasadzie na warunkach, jakie zalecił Keynes. Druga wojna światowa stała się tym rozrusznikiem, którego od lat domagał się Keynes, ale wiarę w wolne rynki przywrócił nie sam fakt wyjścia z depresji, lecz pewność, że interwencja makroekonomiczna - w postaci obcinania stóp procentowych lub zwiększania deficytu budżetowego w celu przezwyciężania deficytu budżetowego w celu przezwyciężenia recesji - może zapewnić gospodarce wolnorynkowej mniejszą lub większą stabilność przy mniej więcej pełnym zatrudnieniu. W rzeczywistości kapitalizm i jego ekonomiści zawarli ze społeczeństwem umowę: odtąd będzie wszystko w porządku z wolnymi rynkami, ponieważ wiemy wystarczająco dużo, by nigdy nie dopuścić do wielkiego kryzysu.
     Ta milcząca umowa ma obecnie swoją nazwę: Paul Samuelson w swoim sławnym podręczniku ekonomii nazwał ją w latach pięćdziesiątych "syntezą neoklasyczną". Ale jeśli chodzi o mnie, to wolę określać ją mianem "keynesowskiego pakietu".
     W Stanach Zjednoczonych i w większości innych krajów zaawansowanych ta umowa jest nadal honorowana. Och, przecież co pewien czas są tam recesje! Jednak gdy się zdarzają, każdy oczekuje, że Rezerwa Federalna zrobi to, co zrobiła w latach 1975, 1982 i 1991: obetnie stopy procentowe, aby gospodarka mogła się poderwać. Oczekujemy również, że w razie potrzeby prezydent i Kongres obniżą podatki i zwiększą wydatki, aby wspomóc ten proces. Na pewno nie oczekujemy, że reakcją na recesję będzie działanie w stylu Herberta Hoovera - podwyższenie podatków, obcięcie wydatków i podniesienie stóp procentowych.
     Gdy jednak klęska finansowa spotkała Azję, polityka za pomocą której te kraje na nią zareagowały, była akurat czymś odwrotnym niż to, co robią Stany Zjednoczone w obliczu załamania koniunktury. Na porządku dnia znalazło się zaostrzenie dyscypliny fiskalnej; podniesiono stopy procentowe, często do karnych poziomów.
A działo się to nie z powodu głupoty decydentów politycznych w tych krajach czy niewłaściwej informacji. Przeciwnie, przeważnie bardzo dobrze rozumieli oni keynesowskie zalecenia i w przeszłości starali się do nich stosować (przypomnijmy sobie pochwałę Banku Światowego za ich "pragmatyczną ortodoksję"). W każdym razie, gdy uderzył kryzys, kraje azjatyckie podporządkowały swoją politykę temu, co dyktował Waszyngton - tj. Międzynarodowy Fundusz Walutowy i departament skarbu Stanów Zjednoczonych. A kierownictwo tych instytucji jest wyjątkowo wykształcone: można by twierdzić, że nigdy w historii tak wielu pierwszej klasy ekonomistów nie znajdowało się na stanowiskach o tak dużym autorytecie.
     Dlaczego ci wyjątkowo inteligentni mężowie zalecili wschodzącym gospodarkom rynkowym taką politykę, która zostałaby uznana za wyjątkowo perwersyjną, gdyby ją zastosowali u siebie? (Gdyby Stany Zjednoczone miały podwyższyć podatki i stopy procentowe w obliczu recesji, to również one przeżyłyby załamanie koniunktury). Odpowiedź na to brzmi krótko: "strach przed spekulantami". Ale ta krótka odpowiedź ma sens tylko wtedy, gdy znajdzie się w odpowiednim kontekście - w szczególności, jeżeli poświęcimy nieco czasu, aby zrozumieć dylematy pieniądza międzynarodowego.

Jak nie rozwijał się międzynarodowy system walutowy ? ...... 123

Pewnego razu cały świat miał jedną walutę, która nazywała się globo. Zarządzano nią bardzo dobrze: Bank Globalnej Rezerwy (powszechnie zwany jako Glob) pod kierownictwem swego prezesa Alana Globezplana całkiem dobrze wywiązywał się ze swego zadania, zwiększając globalną podaż pieniądza, gdy światu groziło popadnięcie w recesję, i przycinając ją, gdy pojawiały się oznaki inflacji. Istotnie, w późniejszych latach niektórzy wspominali sobie reżim globo jako złoty wiek. System ten lubili zwłaszcza biznesmeni, ponieważ mogli wszędzie bez trudu dokonywać zakupów i sprzedaży.
     Ale ten raj nie był wolny od kłopotów. Chociaż, jak widzicie, staranne zarządzanie globo mogło zapobiec występowaniu cyklu ożywień i recesji w świecie jako całości, to jednak nie mogło tego uczynić w stosunku do każdego elementów składowych tej całości. W rzeczywistości okazało się, że często dochodziło do sprzecznych interesów w sprawach polityki pieniężnej. Niekiedy Glob powinien był prowadzić politykę taniego pieniądza, ponieważ Europa i Azja znajdowały się na skraju recesji , ale ten tani pieniądz roznieciłby w Ameryce Północnej dziki boom spekulacyjny. Kiedy indziej Glob powinien być czuć się zmuszony do zacieśnienia polityki pieniężnej, aby uprzedzić inflację w Ameryce Północnej, co zasilało rozwój recesji w Ameryce Południowej. Ponieważ zaś te kontynenty nie posiadały oddzielnych walut, ich rządy nie mogły sobie poradzić z tymi problemami.
     W końcu nadszedł czas, że frustracja osiągnęła taki stopień, iż system się załamał. Każdy z kontynentów w miejsce globo wprowadził własną walutę i zaczął stosować politykę przykrojoną do swoich potrzeb. Gdy gospodarce Europy groziło przegrzanie, to mogła ograniczyć podaż swoich euro, gdy Ameryce Łacińskiej groziło załamanie koniunktury, to mogła zwiększyć podaż swoich latino. Niedogodności polityki pieniężnej w rodzaju "jednego rozmiaru obuwia pasującego na każdą stopę" znikły.
Ale wkrótce okazało się, że pozbycie się jednego problemu powodowało powstanie innego, ponieważ kursy wymienne między kontynentalnymi walutami wykazywały dzikie fluktuacje. Można by sądzić, że kurs wymiany np. między latino a euro powinien być wyznaczany przez potrzeby wymiany handlowej, a mianowicie w drodze wymiany latino na euro przez mieszkańców Ameryki Łacińskiej na cele zakupu dóbr europejskich, i na odwrót.
     Wkrótce jednak stało się jasne, że rynek był zdominowany głównie przez inwestorów, tj. ludzi kupujących i sprzedających waluty w celu zakupu akcji i obligacji. Ponieważ zaś zapotrzebowanie na tego rodzaju inwestycje było bardzo zmienne i zawierało duży element spekulacji, wartości walut również stały się niestabilne. Co gorsze, ludzie zaczęli spekulować samymi wartościami walut. W rezultacie kursy walut skakały jak opętane, wywołując niepewność wśród przedsiębiorstw, które nigdy nie mogły być pewne, ile rzeczywiście warte są ich zamorskie aktywa i należności.
    
Niektóre kontynenty zaczęły więc stabilizować kursy wymiany, dokonując zakupu lub sprzedaży na rynku walutowym w celu utrzymania stałej ceny euro wyrażonej w afro, lub gringo wyrażonej w latino. Jednakże banki centralne zastrzegły sobie prawo do zmiany docelowych kursów walutowych w razie potrzeby, np. przez dewaluację własnej waluty, gdy okazywało się to konieczne do zwalczenia bezrobocia.
     Niestety, okazało się, że ten "dostosowawczy system parytetów" stwarzał dla spekulantów zbyt dużo łatwych okazji: gdy któryś kontynent napotykał trudności gospodarcze i zaczynało wyglądać na to, że mógłby rozważać dewaluację, spekulanci w przewidywaniu tej ewentualności zaczynali się wyzbywać jego waluty; to zaś wkrótce zmusiłoby bank centralny danego kontynentu albo do podwyższenia stóp procentowych i faktycznego pogorszenia  przez to sytuacji, albo do niezwłocznej dewaluacji. Pozostawała jeszcze trzecia opcja - można by bezpośrednio ukrócić spekulację przez wprowadzenie ograniczeń w przepływie kapitałów.
     W ten sposób kontynenty zostały zmuszone do wyboru jednego z trzech "reżimów walutowych", z których każdy miał jakąś poważną wadę. Mogły optować za utrzymaniem niezależności swej polityki pieniężnej i pozwolić na dowolne fluktuacje kursu walutowego; to zapewniało im swobodę w zwalczaniu recesji, ale wprowadzało kłopotliwy element niepewności do życia gospodarczego. Mogły ustalić wysokość kursu swej waluty i starać się przekonać rynki, że nigdy nie dopuszczą do jej dewaluacji; to sprawiłoby, że życie biznesu stałoby się mniej skomplikowane i bezpieczniejsze, ale oznaczałoby powrót problemu polityki pieniężnej w rodzaju "jednego rozmiaru obuwia pasującego na każdą stopę". Albo mogły nadal trwać przy dostosowawczym systemie parytetów, tzn. ustalić kurs walutowy, ale zachować możliwość jego zmiany w razie potrzeby; to mogłoby jednak sprawnie funkcjonować tylko wtedy, gdyby utrzymały kontrolę przepływu kapitałów, co byłoby trudne do wprowadzenia w życie z powodu nałożenia na przedsiębiorstwa dodatkowych kosztów i - podobnie jak każde ograniczenie potencjalnie zyskownych transakcji - byłoby źródłem korupcji.
     Wszystko w porządku, tylko że sprawy miały się w rzeczywistości zupełnie inaczej. Nigdy nie było żadnego globo; najbardziej zbliżonym systemem był system waluty złotej w okresie poprzedzającym lata trzydzieste XX wieku, który niestety nie był tak zarządzany, aby móc zapobiec ogólnoświatowym boomom i recesjom. Ale nasza wymyślona historia ilustruje nieco wyraźniej niż zawiłości tego, co się rzeczywiście działo, ów trójkątny dylemat, albo "trylemat", w obliczu którego znajdują się gospodarki narodowe w warunkach gospodarki globalnej.
     Wyobraźmy to sobie w następujący sposób. Istnieją trzy rzeczy , których menedżerowie makroekonomiczni pragną dla gospodarki: dowolność w polityce pieniężnej, tak aby mogli zwalczać recesje i przykręcać inflację; stałe kursy walutowe, tak aby przedsiębiorstwa nie znajdowały się w stanie zbyt dużej niepewności; i swoboda w wymianie międzynarodowej - w szczególności, aby ludzie mogli wymieniać waluty, jak im się podoba.
     Z tego, co nam mówi historia globo i jego upadku, wynika, że kraje nie mogą liczyć na spełnienie wszystkich trzech życzeń, lecz najwyżej dwóch. Mogą zrezygnować ze stabilności kursów walutowych ; oznacza to przyjęcie płynnego kursu, tak jak w przypadku Stanów Zjednoczonych czy Australii. Mogą zrezygnować z uznaniowej polityki pieniężnej; oznacza to ustalenie kursu walutowego, tak jak to uczyniła Argentyna, lub być może nawet zrezygnować z własnej waluty, jak w krajach kontynentalnej Europy. Albo mogą zrezygnować z zasady w pełni wolnego rynku i wprowadzić kontrolę ruchów kapitału; to właśnie uczyniła większość krajów w okresie między latami czterdziestymi i sześćdziesiątymi i to obecnie robią Chiny i Malezja.
     Która z tych trzech niedoskonałych odpowiedzi jest najlepsza?
(...) Stany Zjednoczone odznaczają się szczególnymi cechami, które pomagają im w posługiwaniu się jedną walutą: chodzi zwłaszcza o to, że robotnicy mogą się szybko przenosić i faktycznie przenoszą się z regionów objętych depresją do regionów o wysokiej dynamice... Jeśli chodzi o wprowadzenie w życie euro, nowej waluty europejskiej, to jest to w istocie sprawa dość kontrowersyjna, ponieważ wielu ekonomistów kwestionuje, jakoby Europa pod jakimkolwiek względem była bliska gotowości do posiadania jednej waluty, tak jak Stany Zjednoczone. Jednakże przynajmniej ważniejsze gospodarki europejskie są dość podobne do siebie i bardzo ściśle ze sobą powiązane, toteż najczęściej polityka pieniężna, która odpowiada Francji, jest również odpowiednia dla Niemiec, i na odwrót. Trudno natomiast wyobrazić sobie, jak można by wymyślić politykę pieniężną odpowiadającą zarówno Japonii, jak i Stanom Zjednoczonym, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych i Argentynie.
     Z kolei kontrola obrotów kapitałowych, która pozwalała krajom zaawansowanym pierwszej generacji powojennej łączyć stałe kursy walutowe z polityką keynesowską, wyszła obecnie z mody. Podstawowym problemem, jeśli chodzi o tę kontrolę, jest to, że trudno jest dokonać rozróżnienia między "dobrymi" i "złymi" transakcjami międzynarodowymi. . Spekulant... Lecz przypuśćmy, że ten eksporter... Efekt... Są dziesiątki... Przed czterdziestu laty... Natomiast dzisiaj żyjemy w świecie , który zapoznał się na nowo z zaletami wolnych rynków i odnosi się podejrzliwie do interwencji państwa, a jest szczególnie świadom tego, że im więcej rzeczy jest zabronionych, tym większe jest pole dla łapówkarstwa i protekcji.
     Pozostają zatem swobodnie wahające się kursy walutowe, które większość ekonomistów uznała w połowie lat dziewięćdziesiątych za najmniejsze zło spośród omówionych trzech. Wprawdzie kursy te okazywały się wielokrotnie bardziej chwiejne niż "powinny"...
     Zalety takiej swobodnej płynności, gdy ona faktycznie funkcjonuje, nie są trudne do zademonstrowania. Stanom Zjednoczonym dobrze służy prowadzona przez nie polityka dobrotliwego lekceważenia kursu dolara; podczas gdy relacje dolar/jen i dolar/euro mogą wykazywać dokuczliwe zawirowania, przykrości wywołane przez to są na pewno czymś niewiele znaczącym w porównaniu ze swobodą działania, jaką daje rezerwie Federalnej brak jakichkolwiek zobowiązań w odniesieniu do kursu walutowego - z możnością ostrego i natychmiastowego obniżania stóp procentowych, gdy zagraża recesja lub kryzys finansowy.
     Jeszcze lepiej widać to na przykładzie Australii. W 1996 r. australijski dolar był wart niemal 0,80 dolara amerykańskiego, a w lecie 1998 r. spadł do nieco ponad 0,60 dolara. Nie było to żadną niespodzianką, gdyż większość eksportu Australii kieruje się do Japonii lub azjatyckich tygrysów. Ale z wyjątkiem krótkiego okresu w lecie (o czym będzie mowa w następnym rozdziale) Australia nie próbowała wpływać na zwyżkę kursu swojej waluty, ani przez zakupywanie jej na rynku walutowym, ani przez podwyższanie stóp procentowych. Spadek waluty miał jednak swoje własne ograniczenia: gdy dolar australijski spadał, inwestorzy uznawali to za okazję dokonania tanich inwestycji w gospodarce, którą nadal uważali za solidną. A zaufanie to było uzasadnione "cudem australijskim": mimo swej zależności od rynków azjatyckich, Australia w ciągu ubiegłego roku faktycznie przeżywała boom.
     Ale skoro Australia mogła tak łatwo uniknąć wplątania się w katastrofę ekonomiczną sąsiadów, to dlaczego nie potrafiła tego dokonać Indonezja lub Korea Południowa?

Podwójny standard ...... 128

Wyobraźmy sobie gospodarkę, która nie jest doskonała (a która gospodarka jest doskonała?). Być może rząd utrzymuje deficyt budżetowy, który choć faktycznie nie zagraża jego wypłacalności, to jednak zmniejsza się wolniej, niż powinien; albo być może banki z koneksjami politycznymi udzieliły zbyt dużo pożyczek wątpliwym dłużnikom. Jednakże o ile można coś powiedzieć, sądząc po liczbach, nie ma tam problemów, których nie dałoby się rozwiązać przy dobrej woli i kilkuletniej stabilności.
     Nagle z jakiegoś powodu - być może z powodu kryzysu na drugim końcu świata - inwestorzy stali się nerwowi i zaczęli masowo wycofywać swoje kapitały. Kraj znalazł się w kłopotach, na giełdzie akcji spadek, stopy procentowe skaczą w górę. Można by pomyśleć, że mądrzy inwestorzy uznali to za okazję do dokonania zakupów. Mimo wszystko, jeżeli podstawowe dane makroekonomiczne nie uległy zmianie, czyż nie oznacza to, że wartość aktywów jest zaniżona? Jak jednak widzieliśmy w rozdziale 5, odpowiedź brzmi: "niekoniecznie". Krach na giełdzie akcji może doprowadzić do upadku poprzednio zdrowe banki, załamanie koniunktury, wysokie stopy procentowe i zdewaluowana waluta mogą spowodować bankructwo zdrowych spółek, a co najgorsze, trudności gospodarcze mogą pociągnąć za sobą brak stabilności politycznej. Zresztą być może dokonywanie zakupów wtedy, gdy wszyscy pchają się do drzwi wyjściowych, nie jest tak dobrym pomysłem; być może lepiej samemu ruszyć w kierunku wyjścia.
     Jest więc w zasadzie możliwe, że utrata zaufania do kraju może wywołać kryzys gospodarczy, który uzasadnia tę utratę zaufania - że kraje mogą być wrażliwe na to, co ekonomiści nazywają "samospełniającymi się atakami spekulacyjnymi". I choć wielu ekonomistów odnosiło się zwykle sceptycznie do znaczenia takich samospełniających się kryzysów, to doświadczenia lat dziewięćdziesiątych w Ameryce Łacińskiej i Azji rozwiały te wątpliwości, przynajmniej w kwestii praktyki.
     Śmieszną rzeczą jest to, że skoro weźmie się poważnie możliwość samospełniającego się kryzysu, to zasadniczego znaczenia nabiera psychologia rynku - tak zasadniczego, że w pewnych granicach oczekiwania, a nawet przesądy inwestorów stają się podstawowymi wielkościami ekonomicznymi - ponieważ sprawia to wiara.
     Przypuśćmy np., że wszyscy są przekonani, iż Australia - pomimo swej niezwykle wysokiej zależności od kapitału zagranicznego (wykazuje ona duży deficyt na rachunku obrotów bieżących, przekraczający przez całe dziesięciolecia 4% PKB) - jest zasadniczo zdrową gospodarką, co pozwala liczyć na jej stabilność polityczną i ekonomiczną. Wówczas reakcja rynku na spadek dolara australijskiego będzie brzmiała: "Dobrze, koniec z tym, kupujmy australijskie aktywa!" i w rzeczywistości gospodarka odniesie z tego korzyści. Dobra opinia rynku zostanie potwierdzona.
     Przypuśćmy, z drugiej strony, iż pomimo dwudziestu lat niezwykłego postępu ludzie nie są całkiem przekonani, że Indonezja nie jest bohaterem The Year Living Dangerously (Roku niebezpiecznego życia). Wówczas, jeśli dojdzie do spadku rupii, ludzie mogą powiedzieć: „Na Boga! To powrót do dawnych złych czasów!”; wywołana przez to ucieczka kapitału pociąga za sobą kryzys finansowy, gospodarczy i polityczny, tak iż opinia rynku potwierdza się w podobny sposób.
     Innymi słowy, wydaje się że istnieje pewien podwójny standard, narzucany przez rynki. Rozpowszechniony przez ekonomistów pogląd, że płynne kursy walutowe są najlepszym, choć niedoskonałym, rozwiązaniem międzynarodowego trylematu ekonomicznego, był oparty na doświadczeniach takich krajów, jak Kanada, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Z całą pewnością płynne kursy funkcjonują nieźle w krajach Pierwszego Świata, ponieważ rynki niezmiennie obdarzają je pełnym zaufaniem. Jednakże od 1994 r. kraje Trzeciego Świata jeden za drugim - Meksyk, Tajlandia, Indonezja, a ostatnio Brazylia - odkrywały, że nie mogą liczyć na takie samo traktowanie. Raz po raz próby pójścia drogą umiarkowanej dewaluacji prowadziły do drastycznego spadku zaufania. Raz po raz próby pójścia drogą umiarkowanej dewaluacji prowadziły do drastycznego spadku zaufania. W rezultacie rynki uważają obecnie, że dewaluacje w takich krajach są czymś strasznym; a ponieważ tak sądzą rynki, to faktycznie tak jest.
     To właśnie problem zaufania - problem, o którym kraje Azji zwykle sądziły, że ich nie dotyczy, lecz który obecnie dotyczy wyraźnie wszystkich krajów Trzeciego Świata - ostatecznie tłumaczy, dlaczego keynesowska umowa została złamana.

Gra o zaufanie ...... 130

W lecie 1998 r. Brazylia odczuwała już pewne osłabienie koniunktury: bezrobocie rosło, podczas gdy inflacja - tak tradycyjna dolegliwość Brazylii - ustąpiła miejsca stabilności cen, tak iż niektórzy mówili nawet o deflacji. Wówczas załamanie się reformy gospodarczej w Rosji uruchomiło atak na brazylijskiego reala (dlaczego - patrz rozdział 7), a kraj ten zwrócił się o pomoc do Stanów Zjednoczonych i Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Brazylia potrzebowała zarówno pieniądza - miała ona wciąż rezerwy walutowe rzędu 40 mld dolarów, ale potrzebowała wsparcia w postaci linii kredytowej - jak i, co najważniejsze, pewnego rodzaju potwierdzenia swojej polityki pieczęcią "dobrego gospodarowania", co by przekonało nerwowych inwestorów do zaprzestania ataków.
     Cóż więc zawierał program - przeznaczony, przypomnijmy, dla kraju ze słabnącą gospodarką, w której nie było mowy o inflacji? Podwyżkę podatków, ograniczenie wydatków państwowych i kontynuację polityki nadzwyczaj wysokich stóp procentowych (Brazylia podniosła je do blisko 50%, gdy zaczął się kryzys). Inaczej mówiąc, rząd podjął się prowadzenia niezwykle restryktywnej polityki pieniężnej i finansowej, która bezwzględnie gwarantowała nadejście przykrej recesji 1999 r.
     Program dla Brazylii był szczególnie skrajny, był on niemal karykaturą polityki, jaką w poprzednim roku wprowadzono w życie w Azji. Ale tak jak wiele karykatur, uwypuklał charakterystyczne cechy przedmiotu. Jądrem polityki narzucanej przez Waszyngton w ostatnich kilku latach jednemu krajowi po drugim jest niemal doskonała odwrotność keynesowskiego pakietu: w obliczu kryzysu gospodarczego żąda się od krajów, aby podwyższały stopy procentowe, zmniejszały wydatki i podnosiły podatki.
     Dlaczego sześćdziesiąt lat po Keynesie ktoś mógł sądzić, że dobrym pomysłem będzie tak głębokie zerwanie z jego ideą? Odpowiedź tkwi w podwójnym standardzie i w odczuwaniu potrzeby zyskania sobie zaufania rynku za wszelką cenę.
     Przede wszystkim rozwiązanie australijskie - prosta zgoda na pogrążenie się waluty - było wykluczone. Stała relacja wymienna między brazylijskim realem a amerykańskim dolarem była centralnym punktem programu reformy w tym kraju – programem, który po kilku generacjach wysokiej inflacji dla krajowi stabilność cen.  Zarówno Brazylia jak i Waszyngton obawiały się, że rezygnacja ze stałości tej relacji zrujnuje zaufanie inwestorów.
     Jak można było uniknąć dewaluacji reala? Międzynarodowy Fundusz Walutowy mógł dostarczyć środków pieniężnych, które wraz z własnymi rezerwami walutowymi kraju mogły zostać użyte do podtrzymania kursu waluty na rynkach światowych. Lecz te pieniądze szybko by się rozpłynęły, gdyby nie zrobić czegoś dla powstrzymania ucieczki kapitału. Jedynym narzędziem znajdującym się natychmiast pod ręką było narzucenie bardzo wysokich stóp procentowych, wysokich na tyle, by przekonać ludzi do zatrzymania pieniędzy w Brazylii nawet mimo podejrzeń, że i tak skończy się to dewaluacją. 
     Lecz to nie wszystko. Gdy rynki zadecydowały o tym, że Brazylia jest krajem wysokiego ryzyka, zadecydowały również o tym, że w centrum problemów Brazylii znalazł się jej wielki deficyt budżetowy. Obecnie można by zakwestionować tę ocenę. Rząd brazylijski wcale nie miał tak wielkich długów -, znacznie mniej, pod względem udziału w dochodzie narodowym, niż wiele krajów europejskich czy Japonia. Przy czym duża część tego deficytu była skutkiem kryzysu: te wysokie stopy procentowe zwiększyły sumę wypłat z oprocentowania długu, podczas gdy słabnąca gospodarka zmniejszała wpływy z podatków. (Przy „normalnym” poziomie zatrudnienia i stóp procentowych, brazylijski deficyt budżetowy byłby całkiem skromny). Ale do czegóż to nie sięgano w argumentacji? Inwestorzy uważali, że Brazylię ogarnie niszczycielski kryzys, jeżeli deficyt budżetowy nie zostanie szybko zlikwidowany; i na pewno mieli rację, bo to oni sami wywołaliby ten kryzys (w istocie, tak się stało w styczniu 1999 r.).  
     Sedno sprawy tkwi w tym, że ponieważ ataki spekulacyjne mogą się same uzasadniać, to stosowanie polityki sensownej w kategoriach podstawowych elementów gospodarki nie wystarczy do zapewnienia zaufania rynku. W rzeczywistości konieczność przywrócenia tego zaufania może nawet powstrzymać kraj przed stosowaniem skądinąd sensownej polityki i zmuszać go do posunięć, które normalnie mogłyby wydawać się błędne.

Rozpatrzmy teraz sytuację z punktu widzenia tych światłych ekonomistów, którzy decydowali o polityce w Waszyngtonie. Ich zdaniem mieli oni do czynienia z gospodarkami, które cieszyły się jedynie kruchym zaufaniem inwestorów; niemal już z samej definicji, kraj zwracający się o pomoc do Stanów Zjednoczonych i/lub do Międzynarodowego Funduszu Walutowego to kraj, który już doświadczył niszczycielskiego runu na swoją walutę i był zagrożony kolejnym atakiem. Dlatego naczelnym celem polityki musi być złagodzenie nastawienia rynku. Ponieważ jednak kryzysy mogą być samospełniającymi się przepowiedniami, zdrowa polityka nie wystarczy, aby odzyskać zaufanie rynku; trzeba zatroszczyć się p percepcje, przesądy, kaprysy rynku. Albo raczej należy zatroszczyć się o to, na jakie percepcje rynku można mieć nadzieję.
     W ten sposób złamana została  umowa keynesowska: międzynarodowa polityka gospodarcza w końcu nie miała wiele wspólnego z ekonomią. Stała się ćwiczeniem z zakresu amatorskiej psychologii, w którym Międzynarodowy Fundusz Walutowy i amerykański departament skarbu starały się przekonać kraje do czynienia tego, co zgodnie z ich nadziejami miało być odbierane przez rynek jako korzystne. Nie ma się co dziwić, że podręczniki ekonomii zostały wyrzucone za okno, gdy uderzył kryzys.     
     Niestety, nie znikły wraz z tym podręcznikowe problemy. Przypuśćmy, że Waszyngton miał rację, iż kraj zagrożony paniką inwestorów w celu uniknięcia niszczycielskiego kryzysu musi podwyższyć stopy procentowe, obciąć wydatki i bronić swej waluty. Faktem pozostaje nadal, że restrykcyjna polityka pieniężna i fiskalna, wraz z zawyżonym kursem walutowym, powoduje recesje. Jaki środek zapobiegawczy oferuje w ten sposób Waszyngton? Nie oferuje żadnego. Odczuwana potrzeba  prowadzenia gry o zaufanie zastępuje to, co normalnie jest przedmiotem polityki gospodarczej. Brzmi to szaleńczo, i tak jest w rzeczywistości.

W ten sposób rozwiązaliśmy teraz tajemnicę, którą zakończył się rozdział 5: dlaczego polityka nie przeciwstawiała się niszczycielskiemu procesowi sprzężenia zwrotnego, który powodował, że jedna gospodarka za drugą popadała w kryzys? Odpowiedź na to brzmi, że decydenci polityczni uważali, iż muszą prowadzić grę o zaufanie, co oznaczało stosowanie polityki makroekonomicznej, która zamiast łagodzić  załamania, zaostrzała je. 

Ale czy w rzeczywistości nie było konieczne prowadzenie tej gry? 
 
Czy Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie pogorszył sytuacji ? ...... 133

Nikt nie lubi Międzynarodowego Funduszu Walutowego, gdyby go ktoś lubił, byłby to zły znak. Albowiem Międzynarodowy Fundusz Walutowy jest "pożyczkodawcą ostatniej instancji" dla rządów krajowych: jest to miejsce, do którego udają się one po pieniądze, gdy są w kłopotach. A pożyczkodawcy ostatniej instancji przypuszczalnie praktykują twardą miłość: dają raczej to, co jest potrzebne, a nie to, co chcecie, i zmuszają was do opamiętania.

Ciepły, przytulny Fundusz nie spełniałby swego zadania.
Ale odwrotność niekoniecznie jest prawdą: fakt, że ludzie nienawidzą Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nie znaczy, że spełnia on należycie swoją funkcję. Od wybuchu kryzysu azjatyckiego było wiele skarg na rolę, jaką odgrywa Fundusz. Niemało ludzi sądzi, że Międzynarodowy Fundusz Walutowy (oraz amerykański departament skarbu, który de facto w dużej mierze dyktuje Funduszowi politykę) w rzeczywistości spowodował ten kryzys, albo przynajmniej niewłaściwie go potraktował, tak iż był on gorszy, niż to było potrzebne. Czy nie mają oni racji?

Zacznijmy od łatwej części: od dwóch spraw, co do których jest oczywiste, że Fundusz postąpił błędnie.

Po pierwsze, gdy wezwano Fundusz do Tajlandii, Indonezji i Korei, szybko zażądał on, żeby te kraje zastosowały restrykcyjną politykę fiskalną – żeby podniosły podatki i obcięły wydatki  w celu uniknięcia wysokiego deficytu budżetowego.  Trudno było zrozumieć, dlaczego to właśnie było częścią programu, skoro w Azji (odmiennie niż w Brazylii rok później)  wydawało się, że nikt z wyjątkiem Funduszu nie uważał deficytu budżetowego za ważny problem. Próba dostosowania się do tych wytycznych polityki budżetowej miała podwójnie ujemne skutki dla tych krajów: tam, gdzie dostosowano się do tych wytycznych, skutkiem było pogorszenie recesji przez obniżenie popytu; tam zaś, gdzie nie dostosowano się do nich, skutkiem było niepotrzebne wzmocnienie odczucia, że sprawy wymykają się spod kontroli, i przez to wzmożenie paniki na rynku.

Po drugie, Fundusz domagał się reformy „strukturalnej”, tzn. zmian sięgających daleko poza zakres polityki pieniężnej i fiskalnej, jako warunku udzielenia pożyczek gospodarkom dotkniętym kryzysem. Niektóre z tych reform, jak zamknięcie źle funkcjonujących banków, można by uznać za związane z kryzysem finansowym. Inne, jak żądanie, aby Indonezja zaprzestała praktyki obdarowywania znajomych prezydenta lukratywnymi monopolami w niektórych gałęziach, miały niewiele wspólnego z mandatem Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Co prawda, monopol na rękawiczki (do których mieszkańcy Indonezji lubią wkładać papierosy) był rzeczą niedobrą, jaskrawym przykładem działania „kapitalizmu kolesiów”. Ale co to miało wspólnego z runem na rupie?

Gdyby ktoś swego czasu zapytał urzędników  Funduszu, co ich zdaniem robią, odpowiedzieliby, że wszystko to było częścią programu przywracania zaufania. Deficyt budżetowy  nie był w owym czasie przedmiotem zainteresowania rynku, ale urzędnicy ci uważali, że wkrótce tak będzie.  Uważali oni również, że ważne dla tych krajów było zorganizowanie spektakularnego widowiska zwalczania systemu protekcji i korupcji w celu przekonania rynków, że rzeczywiście zmieniły one swoje metody postępowania.  

Jeżeli taka była teoria, to okazało się, że była ona całkiem fałszywa. Wytyczne budżetowe zostały w końcu złagodzone i nikt nie miał nic przeciwko temu; w czasie, gdy to piszę, rynki koreańskie sprawiają wrażenie, jakby były na nowo ogarnięte hossą, mimo że reforma strukturalna utknęła w miejscu. Tymczasem sam zakres żądań Międzynarodowego Funduszu Walutowego, oprócz wzbudzenia podejrzeń, że Stany Zjednoczone  próbują wykorzystać kryzys do narzucenia Azji swojej ideologicznej wizji, gwarantował w mniejszym lub większym stopniu skłócenie rządów azjatyckich z ich wybawcami na dłuższy czas, w ciągu którego kryzys zaufania się pogarszał.    

Tak więc Międzynarodowy Fundusz Walutowy spartaczył dwa ważne odcinki akcji ratunkowej. Ale rzeczywiście ważne kwestie dotyczyły stóp procentowych i kursów walutowych. Czy te również spartaczył?

Oto co zrobił Międzynarodowy Fundusz Walutowy w Azji (w odróżnieniu od Brazylii, gdzie, jak powiedziałem, było to swego rodzaju karykaturą programu azjatyckiego): nie zalecał krajom obrony wartości swoich walut za wszelką cenę. Ale kazał im podnieść stopy procentowe, początkowo na bardzo wysoki poziom, w celu nakłonienia inwestorów do pozostawienia kapitałów na miejscu.  Niektórzy krzykliwi krytycy Międzynarodowego Funduszu Walutowego – wśród nich najbardziej znany Jeffrey Sachs  z Harvardu – mówią, że było to bardzo złe. Sachs uważa w istocie, że kraje Azji mogły i powinny były postąpić tak jak Australia, pozwalając po prostu swoim walutom spadać aż do momentu, w którym zaczęłyby się wydawać tanie dla inwestorów, i że gdyby tak postąpiły, to nigdy nie doszłoby do tak wielkiego załamania gospodarczego.  

Na to Międzynarodowy Fundusz Walutowy odpowiada: Azja to nie Australia.  Dopuszczenie do niekontrolowanego spadku waluty doprowadziłoby do „hiperdewaluacji”, a w wyniku tego doszłoby do masowej ruiny finansowej (bo tak wiele przedsiębiorstw ma długi w dolarach) i do niebotycznej inflacji. Kłopot z tym uzasadnieniem polega oczywiście na tym, że do masowej ruiny finansowej doszło tak czy owak, na skutek wysokich stóp procentowych i recesji, do której wywołania one się przyczyniły.  Tak więc Międzynarodowy Fundusz Walutowy uniknął jednego błędnego koła tylko dzięki temu, że spowodował wystąpienie innego.   

Taka sama uwaga podważa argumentację prawicowych krytyków Międzynarodowego Funduszu Walutowego, że powinien był zalecić  krajom obronę początkowych kursów walutowych za wszelką cenę. To mogłoby pomóc w uniknięciu spadku zaufania do walut azjatyckich; ale nie pomogłoby  w zapobieżeniu spadkowi zaufania do gospodarek azjatyckich, tak iż ogólny zamęt gospodarczy prawdopodobnie jednak by nastąpił.

Czy dopuszczenie po prostu do swobodnej deprecjacji walut przyniosłoby lepsze wyniki?  Sachs dowodzi, że nie podnosząc stóp procentowych, rządy mogłyby uniknąć  podsycania paniki finansowej; wynik byłby skromny: znośne dewaluacje i dużo lepsza ogólna kondycja gospodarki. Ten argument, który w czasie kryzysu azjatyckiego wydawał się wielu ludziom (łącznie ze mną) nie do utrzymania, zyskał nieco na wiarygodności w styczniu 1999 r., gdy Waszyngton całkiem wyraźnie sfuszerował sprawę Brazylii; ale o tym więcej w rozdziale 8.    

Z pewnością jednak dolną granicę stanowi fakt, że nie było dobrego rozwiązania.  Reguły „nowego porządku światowego”, jak się wydawało, nie oferowały krajom rozwijającym się żadnego wyjścia.  Nie było zatem rzeczywiście niczyim błędem, że sprawy przybrały tak zły obrót.

Co nie oznacza, że w tej fabule nie było czarnych charakterów.

7. Władcy świata:
fundusze hedgingowe i inne czarne charaktery
......... 136

W dawnych ciężkich czasach, przed nastaniem "nowego porządku światowego", postać złego spekulanta - złoczyńcy, który dorabia się wielkiego bogactwa, manipulując rynkami na szkodę uczciwych robotników - była głównym tematem populistycznej literatury. Ale wraz z upadkiem komunizmu, sukcesami globalizacji i ogólnym rozbudzeniem na nowo wiary w wolne rynki zły spekulant podzielił los czarownic i czarowników: poważni ludzie przestali wierzyć w jego istnienie.*
(* Może na "Zachodzie. W Polsce i chyba we wszystkich byłych państwach "realnego socjalizmu", w dość powszechnym odczuciu, powstał jednak obraz "kolesiów", którzy na przemianach ustrojowo-gospodarczych, dorabiają się w niezbyt uczciwy sposób kosztem reszty społeczeństwa. Z.U.)
Nikt poza najskrajniejszymi obrońcami laissez-faire nie zaprzeczał, że zdarzały się przypadki, w których ludzie prowadzili wymianę z wykorzystaniem poufnych informacji o przedsiębiorstwach i być może nawet manipulowali tu i tam cenami akcji i towarów. Na pewno jednak było to drobne przestępstwo; wielkie wydarzenia finansowe, które kształtowały losy narodów, obejmowały rynki o wiele za duże na to, aby teorie spiskowe dały się utrzymać. Żadne jednostki ani małe grupy nie potrafiły rzeczywiście wpływać na wartość waluty nawet średniej wielkości gospodarki. A może jednak?
     Powiedzmy, że być może potrafiły. Jednym z najbardziej dziwnych aspektów kryzysu gospodarczego ostatnich kilku lat była wyróżniająca się rola, jaką odgrywały instytucje inwestycyjne zwane funduszami hedgingowymi, czyli "funduszami ochrony przed ryzykiem", które są w stanie przejmować na pewien czas kontrolę nad aktywami dalece przewyższającymi majątek właścicieli. Nie ulega kwestii, że fundusze hedgingowe, zarówno przy swoich sukcesach, jak i niepowodzeniach, trzęsły rynkami światowymi; i co najmniej w kilku przypadkach owi wredni spekulanci święcili swój powrót.

Natura bestii ...... 137

Fundusze hedgingowe, czyli fundusze ochrony przed ryzykiem, naprawdę nie chronią od ryzyka. W rzeczywistości postępują one w mniejszym lub w większym stopniu wprost przeciwnie. Według słownika Webstera,
hedge oznacza "próbę uniknięcia lub zmniejszenia straty przez dokonywanie obustronnych zakładów, przeciwstawnych inwestycji itd." Czyli oznacza podjęcie starań o zapewnienie, by fluktuacje rynkowe nie uszczupliły czyjegoś majątku.
     W przeciwieństwie do tego, działalność funduszów hedgingowych polega właśnie na próbach wywołania jak największych fluktuacji na rynku. Sposób tego działania charakteryzuje się tym, że w odniesieniu do jednych aktywów stosuje się tzw. krótką sprzedaż, tzn. obietnicę dostarczenia ich po ustalonej cenie w jakimś określonym terminie w przyszłości, a w przypadku innych stosuje się tzw. długą sprzedaż. Zysk osiąga się wtedy, gdy cena "krótkich" aktywów spadnie (tak, iż można je dostarczyć taniej) lub gdy cena zakupionych aktywów wzrośnie, lub gdy mają miejsce obydwie te zmiany.
     Dobrą stroną tego rodzaju gry finansowej jest to, że może ona przynosić bardzo wysokie zyski inwestorom lokującym pieniądze w funduszach hedgingowych. Jest to możliwe dzięki temu, że fundusz działa na znacznie szerszym froncie, dysponując większym zasobem kapitału, niż wynosi wkład jego właścicieli, ponieważ dokonuje transakcji "długiej sprzedaży" za gotówkę uzyskaną z transakcji "krótkiej sprzedaży". W istocie jedyną przyczyną tego, że potrzebny mu jest w ogóle jakiś kapitał, jest konieczność przekonania kontrahentów od "krótkiej sprzedaży", że będzie wstanie dostarczyć im aktywa w obiecanym terminie. Fundusze hedgingowe z dobrą reputacją są w stanie zajmować pozycje sto razy większe od kapitału wniesionego przez właścicieli, co oznacza, że wzrost ceny ich aktywów lub spadek ceny ich zobowiązań o 1% podwaja ten kapitał.

Słabą stroną tych funduszów jest oczywiście to, że mogą one również bardzo łatwo ponosić straty. Zmiany na rynku, które wcale nie są duże dla zwykłego inwestora, szybko mogą całkowicie unicestwić kapitał funduszu, lub co najmniej spowodować utratę jego aktywów "krótkiej sprzedaży" - tzn. mogą skłonić inwestorów, którzy pożyczyli mu swoje akcje lub inne aktywa, do żądania ich zwrotu.

Jak wielkie są fundusze hedgingowe?  Nikt w rzeczywistości tego nie wie, ponieważ całkiem do niedawna nikt nie uważał tego za istotne. Aż do ubiegłej jesieni fundusze te – w odróżnieniu od niemal wszystkich innych instytucji finansowych – były w dużej mierze pomijane przez czynniki regulujące rynki. Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy było to, że nie wydawało się, aby inwestorom jako takim potrzebna była jakakolwiek ochrona: większość tych funduszów miała wysokie minimum wymaganych inwestycji (sięgające w niektórych przypadkach 10 mln dolarów). W rezultacie ich inwestorami były zwykle zamożne jednostki, które według wyobrażeń rządu mogły się same troszczyć o swoje sprawy. Jeśli zaś chodzi o fundusze jako takie, to w odróżnieniu od banków raczej nie były one kluczowymi ogniwami systemu finansowego, o których zdrowie należało się troszczyć w interesie publicznym. Wreszcie, co nie najmniej ważne, fundusze hedgingowe – potrzebujące jedynie ograniczonego kapitału od niewielu ludzi – mogły działać i istotnie działały off shore, czyli poza terytorium kraju, lokując swoje prawne siedziby w krajach o sprzyjającym ustawodawstwie, aby uwolnić się od  naprzykrzających się ingerencji w ich sprawy. Kontrolowanie ich działalności nie byłoby niemożliwe, ale byłoby trudne i dlatego aż do ubiegłego roku panowała ogólna zgoda, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, że nie jest to potrzebne.

Było to jednak w pewnym sensie dziwne stanowisko, ponieważ nawet jeszcze przed ostatnią serią kryzysów pewien osławiony fundusz hedgingowy dokonał imponującej demonstracji wielkiego wpływu, jaki może wywierać inwestor dysponujący znacznym potencjałem opartym na pożyczonym kapitale. 

Legendarny George Soros ...... 139

George Soros, węgierski uchodźca, który przerodził się w amerykańskiego przedsiębiorcę, założył w 1969 r. swój fundusz Quantum Fund. W 1992 r. stał się miliarderem, znanym już jako "największy inwestor w świecie" i słynnym ze swej hojności i aktywności na polu filantropii. Ale Soros - który jest człowiekiem o ambicjach zarówno intelektualnych, i życzyłby sobie, aby świat traktował jego wypowiedzi filozoficzne tak samo poważnie jak jego orientację w sprawach finansowych - chciał więcej. Jak sam przyznaje, zaangażował się w poszukiwanie sukcesu w roli przedsiębiorcy nie tylko po to, by dorobić się pieniędzy, ale też dla własnej reklamy, którą mógłby wykorzystać do promocji swoich pozaekonomicznych przedsięwzięć.
     Okazję po temu znalazł owego lata w sytuacji Wielkiej Brytanii. W 1990 r. Wielka Brytania zgłosiła akces do Mechanizmu Kursu Walutowego (ERM) Europejskiego Systemu Walutowego, systemu o stałych kursach walutowych, rozumianego jako przystanek na drodze do ujednolicenia waluty europejskiej. Podobnie jednak, jak to się działo z owymi nieszczęsnymi kontynentami w naszej przypowieści o globo, Wielkiej Brytanii nie podobała się polityka pieniężna, którą była zmuszona prowadzić.  W owym czasie Europa nie posiadała jeszcze swojego banku centralnego i chociaż wprowadzono prawną fikcję symetrii między krajami, w praktyce każdy z nich dostosowywał się do polityki niemieckiego Bundesbanku. Natomiast Niemcy znajdowały się w zupełnie innej sytuacji niż reszta Europy: po niedawnym zjednoczeniu były zmuszone wydawać duże sumy na zamierzoną restrukturyzację wschodnich Niemiec.  Z obawy przed inflacyjnymi skutkami wydatków Bundesbank utrzymywał stopy procentowe na wysokim poziomie, aby chronić gospodarkę przed przegrzaniem,   Tymczasem Wielka Brytania, która przystąpiła do ERM prawdopodobnie ze zbyt wysokim kursem swej waluty, przeżywała głęboką recesję, a jej rząd stał w obliczu rosnącego niezadowolenia. Koła oficjalne uparcie zaprzeczały, jakoby miały brać pod uwagę wystąpienie z ERM, jednak ustawicznie w to powątpiewano. 

Była to sytuacja tak gotowa do wybuchu kryzysu walutowego, że Soros zdecydował się nie tylko postawić na taki kryzys, ale wręcz go sprowokować.
     Koncepcja mechanizmu tego zakładu była prosta, choć niezwykle skomplikowana w szczegółach.  Pierwsze stadium miało być niepozorne, nawet tajemnicze, gdy Quantum Funt bez rozgłosu ustanowił linie kredytowe pozwalające mu zaciągnąć pożyczki do wysokości około 15 mld funtów i dowolnie zamieniać te sumę na dolary.     Następnie, gdy Fundusz znalazł się w posiadaniu znacznej sumy dolarów na cele długiej sprzedaży i funtów na cele krótkiej sprzedaży, miał zostać wypuszczony atak z głośnym echem:  Soros miał ostentacyjnie wypowiadać się o krótkiej sprzedaży funtów, udzielać czasopismom fachowym wywiadów z oświadczeniami o swoim przekonaniu, iż funt zostanie wkrótce zdewaluowany, itd.    Gdyby się to wszystko udało, wywołałoby to run innych  inwestorów na funta, który zmusiłby rząd brytyjski do rezygnacji z podtrzymywania jego kursu i przeprowadzenia dewaluacji.

Mechanizm ten zadziałał. W sierpniu rozpoczął się ten hałaśliwy atak Sorosa na funta. W ciągu kilku tygodni Wielka Brytania wydała w jego obronie blisko 50 mld dolarów na giełdach zagranicznych, na próżno. W połowie września rząd dla ratowania funta podwyższył stopy procentowe, lecz okazało się to politycznie nie do utrzymania, tak iż po trzech dniach Wielka Brytania wystąpiła z ERM, a kurs funta został upłynniony (i taki pozostaje do dzisiaj). Soros zaś nie tylko zarobił błyskawicznie blisko miliard dolarów, ale zyskał sobie opinię najsławniejszego spekulanta wszech czasów. 

Lecz co właściwie zrobił Soros? Nasuwają się tu trzy pytania.
Po pierwsze, czy Soros podkopał zaufanie do waluty, która w przeciwnym razie utrzymałaby swoją wartość?  Prawdopodobnie nie. Faktem jest, że naciski na funta stale się wzmagały i wielu ekonomistów (chociaż nie wielu uczestników gry rynkowej) przewidywało, że Wielka Brytania nie utrzyma się długo w ERM. Tego stwierdzenia nikt nie potrafi sprawdzić, ale w moim głębokim przekonaniu brytyjskie dążenie do przystąpienia do europejskiego klubu monetarnego tak czy inaczej było skazane na fiasko.

Czy jednak w takim przypadku Soros nie wpłynął przynajmniej na zmianę rozkładu jazdy, powodując, że dewaluacja nastąpiła wcześniej? Z całą pewnością tak, ale chodzi o to, o ile została ona przyspieszona? Tego również nie można dowieść w żaden sposób, lecz według moich domysłów warunki gospodarcze tak czy owak popychały Wielką Brytanię w kierunku opuszczenia ERM w krótkim terminie, a Soros przesunął harmonogram tylko o kilka tygodni.

Na koniec, czy Soros wyrządził jakąś szkodę swoim ofiarom? Rząd premiera Johna Majora nigdy nie otrząsnął się z tego poniżenia. Ale w rzeczywistości można dowieść, że Soros oddał przysługę państwu brytyjskiemu jako całości. Spadek funta nie wywołał kryzysu gospodarczego: waluta ustabilizowała się spontanicznie na poziomie o 15 % niższym niż poprzednio. Uwolniony od potrzeby podtrzymywania funta, rząd brytyjski mógł obniżyć stopy procentowe. (Kanclerz skarbu Norman Lamont oświadczył, że "śpiewał w kąpieli" z powodu ulgi, jaką sprawiła mu zmiana kursu funta, który jeszcze kilka dni wcześniej uważał za nienaruszalny. Ta jego ulga była jednak przedwczesna: większość Brytyjczyków zyskała na dewaluacji, ale on sam został wkrótce zmuszony do rezygnacji ze stanowiska ministra). Kombinacja obniżki stóp procentowych z bardziej konkurencyjnym kursem waluty doprowadziła do silnego ożywienia gospodarki brytyjskiej, która w ciągu kilku lat potrafiła obniżyć bezrobocie do poziomu uważanego przez sąsiadów za nieosiągalny. Dla zwykłego Brytyjczyka atak Sorosa na funta był raczej dobrą wiadomością.

Ostatecznie  więc nie była to straszna historia. Co prawda, Europejczycy głęboko zaangażowani w sprawę unii monetarnej uważali wydarzenia z 1992 r. za tragedię; Francuzi, którzy w zasadzie stawili czoło atakom spekulacyjnym z lat 1992 i 1993 (szybko przeszli na system płynnego kursu franka, lecz wkrótce znaleźli się z powrotem  w paśmie ERM), dawali o sobie znać mamrotaniem staromodnych donosów na spekulantów walutowych jako agentów wszelkiego zła.*  Jednakże w dominującym anglosaskim świecie dyskusji politycznej nie uznano historii Sorosa i funta za jakiś niepokojący omen.
Wszystko to uległo zmianie, gdy wybuchł kryzys azjatycki i okazało się, że wyniki spekulacji mogą być znacznie mniej dobrotliwe.

*  Chyba mieli sporo racji.
Anonimus


Szaleństwo premiera Mahathira ...... 141

Spróbujmy sobie wyobrazić, jak to było odbierane. Mahathir prowadził trudną z etnicznego punktu widzenia politykę z wytrawnym talentem: uspokoił malajską większość ludności za pomocą programu bumiputra ("syn ziemi"), zapewniającego jej preferencyjne traktowanie w sprawach ekonomicznych, nie wypędzając jednak chińskiej mniejszości, która miała decydujące znaczenie w dziedzinie handlu. Uczynił ze swego kraju ulubioną siedzibę filii wielonarodowych korporacji, chociaż prowadził niezależną, nawet nieco antyzachodnią politykę zagraniczną, która odpowiadała ludności wyznającej przeważnie religię islamską. Pod jego rządami kraj uczestniczył w pełni w azjatyckim cudzie: wraz ze wzrostem gospodarczym przybywali pełni kurtuazji zagraniczni biznesmeni, włącznie z Billem Gatesem, a w lecie 1997 r. tygodnik "Time" uznał Mahathira za jednego ze stu czołowych "liderów technologicznych" świata.
     Och, było również nieco krytyki. Niektórzy jego przyjaciele i krewni dość łatwo wzbogacili się w krótkim czasie; niektórzy cudzoziemcy mieli mu za złe chęć imponowania światu swoim uporem w kwestii wzniesienia najwyższego budynku na świecie, stworzenia nowej stolicy kraju i masowego nowego „korytarza technologii”.     Ogólnie biorąc jednak, miał on wszelkie podstawy, by czuć się zadowolonym ze swoich osiągnięć.
     I naraz, niezwykle gwałtownie, sprawy się popsuły. Niezdyscyplinowani sąsiedzi tego kraju popadli w kryzys walutowy – to był zresztą ich problem. Ale wkrótce pieniądz zaczął odpływać również z Malezji, tak iż Mahathir znalazł się wobec poniżającego wyboru między dopuszczeniem do spadku waluty a podwyższeniem stóp procentowych, przy czym każde z tych rozwiązań mogło wprawić tak mozolnie budowane interesy w poważne trudności finansowe. Jak się to mogło stać?
     W pewnym sensie nie powinniśmy mieć za złe Mahathirowi Mohamadowi, premierowi Malezji, że uległ teoriom spiskowym. Było przecież ogólnie wiadome, że pięć lat wcześniej George Soros zmontował run na funta, a jego Quantum Fund zapewne spekulował również przez ostatnie kilka lat walutami krajów Azji Południowo-Wschodniej. Naturalne więc było zrzucenie winy za swoje nieszczęścia na znanego spekulanta. Ktoś mógłby nawet doszukać się w tym pewnej poetycznej sprawiedliwości: jeśli bowiem chodzi o Sorosa, to zaatakował on funta zarówno dla pieniędzy, jak i dla rozgłosu; obecnie zaś złapał się we własne sidła.
     Niemniej jasne jest, że Mahathir powinien był trzymać język za zębami. W czasie, gdy zaufanie do jego kraju spadało, widok premiera szalejącego z powodu amerykańskiego spisku przeciwko Azji – i  wskazującego niedwuznacznie, że był top faktycznie (tak!) spisek
żydowski – nie był wcale receptą, jaką przepisaliby lekarze pieniądza.
     W rzeczywistości prawda wyglądała inaczej. Quantum Fund spekulował przeciwko Tajlandii, ale tak postępowało wówczas mnóstwo ludzi. A spekulacyjna ucieczka kapitału z Malezji, jak się okazało, była dziełem samych Malezyjczyków – w dużej mierze właśnie tych biznesmenów, którzy wzbogacili się dzięki łaskawości Mahathira.
     Mahathir jednak nadal upierał się przy swoim, atakując Sorosa na konferencjach prasowych i w swoich przemówieniach. Dopiero gdy minęło kilka miesięcy i stan gospodarki Malezji zaczął wyglądać naprawdę alarmująco, uspokoił się nieco z obawy przed zakłócaniem rynków. Być może również uświadomił sobie, że jego skargi uznano w świecie przeważnie za niemądre, bo tego rodzaju spiski nie zdarzają się w rzeczywistości.             
     Ale jednak zdarzył się taki spisek.
 
Atak na Hongkong ...... 143

Hongkong od dawna zajmował szczególne miejsce w sercach entuzjastów wolnego rynku. W czasie, gdy większość krajów Trzeciego Świata sądziła, że właściwą drogą prowadzącą do rozwoju jest protekcjonizm i planowanie państwowe, Hongkong uprawiał wolny handel, dając wolną rękę przedsiębiorcom, i pokazywał, że tak szeroko otwarta gospodarka potrafi wzrastać w  tempie, jakiego teoretycy rozwoju gospodarczego nigdy sobie nie wyobrażali. To miasto-państwo przodowało również w odrodzeniu systemu zarządzania kursem walutowym, który pewni konserwatyści lubią sobie wyobrażać jako pierwszy krok na drodze powrotu do waluty złotej. Rok po roku Heritage Foundation umieszczała Hongkong na przodującym miejscu pod względem „wskaźnika wolności gospodarczej”.
     Ale Hongkong ucierpiał pod wpływem kryzysu azjatyckiego. Trudno jest znaleźć  jakiś błąd w zarządzaniu gospodarką tego miasta: bardziej niż jakakolwiek inna w regionie była ona prowadzona zgodnie z obowiązującym prawem, miała należycie uregulowany system bankowy i konserwatywną politykę budżetową. Rzadkie były przed kryzysem oznaki jakiegoś wybujałego kumoterstwa, a w pierwszym roku nie było też panicznej ucieczki kapitału. Jednakże miasto znalazło się w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Gdy kryzys objął sąsiadów, interesy Hongkongu ucierpiały: Japończycy zaniechali swoich podróży po zakupy, a przedsiębiorstwa z Azji Południowo-Wschodniej przestały korzystać z usług banków Hongkongu. Co gorsze, surowy system walutowy Hongkongu oznaczał, że kurs waluty był solidnie umocowany na poziomie 7,8  w stosunku do dolara amerykańskiego, nawet wówczas, gdy część krajów Azji zdewaluowała  swoje waluty; nagle Hongkong stał się o wiele droższy niż Bangkok, a nawet Tokio. Wynikiem tego była pogłębiająca się recesja, najgorsza, jaką tam pamiętano.
     Było rzeczą nie do uniknięcia, że zaczęły wypływać na powierzchnię natrętne wątpliwości. Czy Hongkong będzie rzeczywiście bronił swej waluty za wszelką cenę? Niektórzy miejscowi biznesmeni otwarcie domagali się od władzy monetarnej miasta dewaluacji w celu przywrócenia konkurencyjności towarów. Żądania takie odrzucono, a rząd uznał  kurs waluty za rzecz nienaruszalną. Ale tak samo postąpił w 1992 r. rząd brytyjski. A co z Chinami? Ten gigant azjatycki na ogół uniknął pierwszej fali kryzysu, głównie dzięki swojej kontroli walutowej (por. rozdział 8), ale w lecie 1998 r. zaczęły się tam pojawiać oznaki osłabienia koniunktury, a wraz z nimi pogłoski, że waluta Chin również może zostać zdewaluowana, co wywołałoby w Hongkongu o wiele większe napięcia.
     Niektórzy mogli to wszystko traktować jako złe wiadomości, ale fundusze hedgingowe dostrzegły w tym pewną szansę.
Brak, z wiadomych przyczyn, ścisłych danych liczbowych dotyczących tego, co zdarzyło się w sierpniu i wrześniu 1998 r., ale oto wersja , jaką głoszą zarówno oficjalne czynniki Hongkongu, jak i aktorzy sceny rynkowej. Mała grupa funduszów hedgingowych – do której należały, według pogłosek, bo czynniki oficjalne nie wymieniały nazwisk, Quantum Fund Sorosa i mniej znany, lecz równie wpływowy Tiger Fund Juliana Robertsona – zaczęła „podwójną grę” przeciwko Hongkongowi. Dokonywały one krótkiej sprzedaży akcji Hongkongu – tzn. pożyczały akcje od ich właścicieli, po czym sprzedawały je za miejscowe dolary (zapewniając ich  właścicieli, że je wykupią im zwrócą, oczywiście z „opłatą  czynszową” za ich użytkowanie w międzyczasie). Następnie miejscowe dolary wymieniały na dolary amerykańskie. W istocie było to z ich strony stawianie zakładu na jedną z następujących ewentualności: albo miejscowy dolar zostanie zdewaluowany, co pozwoli im osiągnąć zyski ze spekulacji walutowej, albo władze monetarne Hongkongu będą bronić swojej waluty przez podniesienie stóp procentowych, co spowoduje bessę na miejscowej giełdzie, dzięki której będą mogły osiągnąć zyski ze swej „krótkiej” pozycji na giełdzie.
     Ale według zdania czynników oficjalnych Hongkongu, fundusze hedgingowe nie stawiały po prostu zakładów na te ewentualności. Podobnie jak Soros w 1992 r., robiły one wszystko, co mogły, aby je urzeczywistnić. Sprzedaży dolarów Hongkongu dokonywały ostentacyjnie, w dużych pakietach i regularnie co pewien czas, aby mieć pewność, że wszyscy na rynku zwrócą na to uwagę. Czynniki oficjalne twierdzą również, znowu bez wymieniania nazwisk, że fundusze te płaciły dziennikarzom i wydawcom gazet za publikowanie informacji sugerujących, że dolar Hongkongu lub Chińskie renminbi, lub obydwie te waluty znajdują się u progu dewaluacji. Mówiąc inaczej, dążyły one świadomie do wywołania runu na tę walutę.     

Czy rzeczywiście fundusze hedgingowe wspólnie spiskowały? Jest to możliwe, bo o ile umowa dotycząca explicite manipulowania kursem np. akcji Microsoftu pociągnęłaby za sobą wylądowanie partnerów w więzieniu, to porównywalny spisek przeciwko giełdzie Hongkongu (której kapitalizacja wynosiła prawie tyle samo) mógłby dojść do skutku dzięki lukom w prawie. Jest też możliwe, że nie było między tymi funduszami w ogóle żadnych kontaktów. Natomiast jest bardziej prawdopodobne, że mogły mieć miejsce pewne gesty i ruchy, albo kilka ogólników wymienionych w czasie partii golfa czy przy butelce kosztownego wina. Zresztą nie było w tej grze tak dużo graczy i wszyscy dobrze wiedzieli, na czym ona polega. 
     W istocie, niektórzy obserwatorzy dostrzegają tu cień jakiejś szerszej zmowy. Miejscowa czwórka zawodników (lub piątka, czy ilu ich było) była zaangażowana w inne gry, które odbywały się w tym samym czasie. Zajmowali oni „krótkie” pozycje, jeżeli chodzi o jeny – ponieważ stopy procentowe w Japonii były bardzo niskie i uważali oni, że jen będzie zniżkował razem z miejscowym dolarem – podobnie jak dolary australijskie, kanadyjskie itd. Również oni stali się wielkimi, ostentacyjnymi sprzedawcami niektórych z tych walut. Można więc było sobie wyobrażać, że Hongkong był jedynie centralnym punktem gry przeciwko znacznej części regionu Azji i wybrzeży Pacyfiku, w istocie możliwe, że największego spisku rynkowego wszechczasów.
     Wszystko zaś wskazywało na to, że sprawa się powiedzie. Zresztą, cóż mógł zrobić Hongkong? (...)  Ponadto rynek Hongkongu był szeroko otwarty, z perspektywą, że takim pozostanie w przyszłości; był miastem, którego egzystencja zależała właśnie od reputacji jako miejsca, w którym ludzie mogą robić z pieniędzmi to, co im się podoba, wolni od arbitralnego wtrącania się państwa, które nie odważyłoby się nawet na lekkie kontrolowanie ucieczki kapitału. W sumie, sprawa robiła wrażenie genialnego planu z bardzo dużymi szansami na sukces.      

     Nieoczekiwanie  jednak Hongkong przypuścił kontratak
.
     Główną bronią w tym kontrataku stało się nowe, niepraktykowane dotąd wykorzystanie funduszów władzy monetarnej Hongkongu. Tak się złożyło, że władza ta dysponowała olbrzymimi środkami. Przypomnijmy, że każde 7,8 miejscowych dolarów w obiegu miało swoje zaplecze w postaci 1 dolara amerykańskiego w oficjalnych rezerwach; ale okazało się, że rezerwy były daleko większe. Jak można było wykorzystać te środki przeciwko funduszom hedgingowym? Otóż przez wykorzystanie ich do zakupu miejscowych akcji – wywołanie przez to wzrostu ich kursów i zadanie strat tym funduszom, które dokonywały ich krótkiej sprzedaży. Oczywiście, by wywołać odpowiednie skutki, zakupy te musiały być przeprowadzone na wielką skalę, porównywalną z krótką sprzedażą dokonywaną przez te fundusze (a nawet większą). Ale władze Hongkongu miały na pewno dość środków na dokonanie takich zakupów.       

Dlaczego jednak fundusze hedgingowe nie przewidziały takiej reakcji?  Dlatego, że nie sądziły, iż rząd Hongkongu będzie chciał zaryzykować nieuniknioną reakcję konserwatystów przerażonych perspektywą, że ten wzór gospodarki wolnorynkowej miałby manipulować cenami rynkowymi. A reakcja była rzeczywiście gwałtowna. Działania rządu były „obłędne”, grzmiał Milton Friedman; Heritage Foundation formalnie wycofała określenie tego miasta-państwa jako bastionu wolności gospodarczej; felietony w gazetach kojarzyły Hongkong z Malezją, gdzie przeprowadzono drakońską kontrolę ruchów kapitału. Sekretarz skarbu Donald Tsang zaczął krążyć po świecie, próbując wytłumaczyć inwestorom podjęte działania i upewnić ich, że jego rząd pozostaje nadal prokapitalistyczny jak zawsze; była to jednak żmudna walka.
     Przez pewien czas wydawało się, że fundusze oczekują, iż ta reakcja zmusi władze Hongkongu do wycofania się. Przedłużały swoje zobowiązania z tytułu krótkiej sprzedaży (tzn. płaciły początkowym właścicielom akcji dodatkowe opłaty za prawo odroczenia ich zwrotu) i przysposabiały się do przeczekania.  Rząd wówczas podwyższył stawkę, wprowadzając nowe normy prawne ograniczające krótką sprzedaż i zmuszając przez to miejscowych inwestorów, którzy wypożyczyli swoje akcje, do ich wycofania; to zaś zmusiło fundusze hedgingowe do likwidacji swoich krótkich pozycji, wywołując wszakże dalsze ryki oburzenia.

Ale potem cała sprawa Hongkongu się rozwiała, ponieważ przetaczająca się po świecie dziwna seria wydarzeń zmusiła fundusze hedgingowe do ograniczenia działalności.           

Gospodarka potiomkinowska ...... 147

W 1787 r. Katarzyna, caryca Rosji, wizytowała południowe prowincje swego imperium. Legenda głosi, że jej główny minister, Grigorij Aleksandrowicz Potiomkin, zatrzymywał
się na jeden postój o dzień wcześniej, ustawiał sztuczne dekoracje, które nędznym wioskom nadawały wygląd zamożnych osiedli, po czym dementował je i przerzucał do następnego miejsca przeznaczenia. Od tego czasu używa się wyrażenia "wioska potiomkinowska" na określenie pozornie szczęśliwych scen, które w rzeczywistości są jedynie fasadą, niepozostającą w żadnym związku, z tym, co się za nią kryje.

Wyrażenie to jest więc całkowicie odpowiednie dla Rosji, która w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych stała się czymś w rodzaju "gospodarki potiomkinowskiej".

Nikt nie twierdził, że przejście od socjalizmu do kapitalizmu jest łatwe, ale w Rosji było ono trudniejsze niż w większości takich przypadków. Jej gospodarka w przeważającej mierze sprawiała wrażenie, jakby znalazła się w pewnego rodzaju czyśćcu, utraciwszy wszelkie wskazówki, jakich zwykle dostarczało jej planowanie centralne, i nie zdoławszy stworzyć funkcjonującego systemu rynkowego.  Nawet te rzeczy, które zwykle do pewnego stopnia działały dobrze, przestały funkcjonować: fabryki, które zazwyczaj wytwarzały lichego gatunku produkty, obecnie w ogóle niczego nie produkowały, skolektywizowane gospodarstwa wiejskie stały się jeszcze mnie produktywne niż przedtem, a ponure lata rządów Breżniewa wydawały się obecnie złotym wiekiem. W Rosji są setki tysięcy wysoce wykwalifikowanych programistów, inżynierów, naukowców, matematyków, którzy nie mogą znaleźć przyzwoitej pracy. Jak dotąd, w kraju nie brak bogactw naturalnych:  gaz ziemny, ropa naftowa i złoto dostarczają stałego strumienia  twardych walut, a zagraniczni inwestorzy wciąż marzą o fortunach, których można by się tam dorobić, gdyby potencjał kraju został w jakiś sposób uruchomiony.*

*  „Wszystko” jest względne. Większość Rosjan prawdopodobnie zdecydowanie by wolała, żeby dzięki uruchomieniu potencjału kraju im samym żyło się dostatniej, niż gdyby miało się zakończyć na fortunach dla inwestorów, nawet własnych. Z tym „złotym wiekiem” we wspomnieniach  i lichością wyrobów też zapewne pewna przesada. Zależy, co, w jakich warunkach i przez kogo miało być użytkowane, choć faktem jest, że Zachodnie wyroby powszechnego użytku przeważnie o klasę były lepsze. Zapewne na ówczesnych warunkach życia w ZSRR, mającego przecież olbrzymie bogactwa naturalne i na pewno dobrą kadrę techniczną, odbijała się przeszłość, zimna wojna, pewne dogmaty polityczno-społeczne, pewne przyzwyczajenia i niesprawność organizacyjna.  Prawie na pewno „skok na oślep do kapitalizmu bez ograniczeń” nie był zbyt rozsądnym  krokiem. Trzeba było najpierw dobrze rozeznać, co i jak, a dopiero potem..., już nie na oślep. Szkoda! Silna gospodarczo i demokratyczna Rosja, stosująca się do zasad rynku (ale bez dogmatów), ograniczająca rolę państwa w gospodarce (ale też bez przesady) i zachowująca istotną cześć zdobyczy socjalnych dla zwykłych ludzi, mogła by być pewną barierą psychologiczno-polityczną, przed nadmiernym rozpanoszeniem się niektórych niedobrych tendencji w kapitalizmie, zbyt mocno stawiających na egoizm (nawet cynizm), na dogmaty rynku  (prawdziwe tendencje traktowane w sposób uproszczony i przesadnie), na przesadne usprawiedliwianie nierówności (nierówność jest oczywistym faktem, którego nie da się zmienić, ale jest też i poczucie słuszności, etyki, uczciwości i pewnego ludzkiego solidaryzmu).
Pozostało wierzyć, że jeszcze nie wszystko, na zawsze jest stracone!
Anonimus     

Marzenia te jednak zanikają. Borys Jelcyn przekształcił Rosję w demokrację, przynajmniej na dzisiaj; ale jednocześnie zamienił ją w kleptokrację, w rządy złodziei.  Mała grupa „oligarchów”, wykorzystujących swoje wpływy polityczne do uzyskania przywilejów gospodarczych i bogactwa, aby przekupywać polityków, potrafiła zdominować zyskowne gałęzie gospodarki, przechwycić zgrabnie program „prywatyzacji” kraju dla swego wzbogacenia się.  Można było przynajmniej mieć nadzieję, że przywłaszczywszy sobie kraj, oligarchowie będą próbowali gospodarować nim jak opłacalnym biznesem; zamiast tego jednak działają na krótką metę jak grabieżcy, wyciskając z niego co tylko możliwe i przesyłając pieniądze za granicę. (Przypomnijmy sobie, jak dopływy kapitału z konieczności stwarzają deficyt w bilansie handlowym. Tymczasem w ostatnich latach Rosja ma stale nadwyżkę handlową, ponieważ dochodów z eksportu nie wykorzystuje się na opłacanie importu, lecz lokuje się je na zagranicznych kontach bankowych).   W szczególności oligarchowie – jedyni Rosjanie, którzy mogliby rzeczywiście płacić znacznie większe podatki – wolą w ogóle nie płacić podatków (a pamiętajmy, że mają oni w swoich rękach wielu polityków), skazując rząd na permanentny kryzys fiskalny, zmuszający go do zaciągania pożyczek po coraz wyższych, lichwiarskich cenach.

Smutny jest stan tej gospodarki, ale Rosja ma jeden ostatni atut: jako spadkobierca Związku Radzieckiego jest nadal w posiadaniu zmasowanego arsenału broni jądrowej. Nie zagroziła ona explicite sprzedażą tej broni temu, kto zapłaci najwięcej, ale ryzyko, że może się tak stać, uwarunkowało politykę Zachodu, powodując, że Stany Zjednoczone starają się robić dobrą minę do złej gry.* Długo po tym, jak dobrze poinformowani ludzie stali się całkowicie cyniczni, Stany Zjednoczone nadal żywiły nadzieję, że reformatorzy Rosji potrafią w jakiś sposób doprowadzić do końca transformację gospodarki, która utknęła w miejscu  na skutek egoizmu lub krótkowzroczności oligarchów. Dlatego właśnie rząd Stanów Zjednoczonych wymusił na Międzynarodowym Funduszu Walutowym udzielenie Rosji pożyczki, aby mogła zyskać na czasie dla realizacji planów stabilizacyjnych, które jakoś nigdy się nie materializują. (Międzynarodowy biuletyn ekonomiczny „The Medley Report skomentował to w ten sposób, że Stany Zjednoczone wrzucają pieniądze nie, jak to niektórzy twierdzili, do szczurzej nory, ale do silosu z rakietami nuklearnymi).

*  Chyba Autora znowu „poniosła” elokwencja, z tym „ostatnim atutem”. Wątpię, czy sam tak merytorycznie myśli, co dosłownie napisał. Przecież zna historię Rosji i historię poglądów na temat możliwości Rosji (ZSRR), zna też drzemiący w Rosji przeogromny potencjał, który, dobrze organizacyjnie wykorzystany, mógłby, tak jak niegdyś militarnie trząsł światem, teraz podźwignąć Rosję na wyżyny potęgi gospodarczej. Fakt, łatwiej i szybciej można było zaraz po zakończeniu zimnej wojny, ale cóż...  Mimo wszystko..., „z góry” lepiej nie przesądzać. 
Anonimus

Z kolei, idąca z tym w parze widoczna zdolność Rosji do użycia broni atomowej zachęcała inwestorów zagranicznych grających o wysokie stawki do podejmowania ryzyka lokowania swych pieniędzy w tym kraju.  Każdy wiedział, że rubel może zostać zdewaluowany, być może znacznie, lub że rząd rosyjski może po prostu odmówić spłaty swych długów. Wydawało się jednak, że zanim by miało do tego dojść, wmiesza się Zachód, dokonując jeszcze jednego ratunkowego zastrzyku gotówki. Ponieważ rosyjski dług państwowy oferował wyjątkowo wysokie stopy procentowe, sięgające nawet 150%, lokaty te były bardzo nęcące dla inwestorów z wysoką tolerancją ryzyka, mianowicie dla funduszów hedgingowych. .

Okazało się jednak, że zakład ten wcale nie był tak dobry. W lecie 1998 r. sytuacja finansowa Rosji wyjaśniła się szybciej, niż oczekiwano. W sierpniu George Soros (!) zaproponował  publicznie, żeby Rosja zdewaluowała rubla, a potem ustanowiła system zarządzania kursem walutowym. Uwagi te stały się zapalnikiem, który wywołał run walutowy, nieadekwatną dewaluację w stylu meksykańskim, a następnie kombinację upadku waluty i moratorium na spłatę długów.    Zachód wyraźnie miał  już dość: tym razem nie podjęto żadnej akcji ratunkowej. Nagle można było sprzedać długi rosyjskie, jeśli w ogóle było to możliwe, za drobną część ich wartości nominalnej, a straty sięgnęły miliardów dolarów.

W wymiarze czysto pieniężnym straty poniesione w Rosji były drobnostką – wyniosły nie więcej, niż traci się, gdy np. giełda amerykańska  odnotowuje spadek o ułamek procentu, co zdarza się niemal co drugi dzień. Ale straty te dotknęły  małą grupę firm finansowych o potencjale opartym na zadłużeniu, co oznaczało, że wywarły aż śmiesznie duże skutki dla reszty świata. Istotnie, przez kilka tygodni wydawało się, że upadek finansowy Rosji pociągnie za sobą w przepaść cały świat.  
 
Panika 1998 r. ...... 149

W lecie 1998 r. bilanse światowych funduszów hedgingowych były nie tylko olbrzymie, ale i niewspółmiernie skomplikowane. Niemniej jednak istniał w nich pewien wzorzec. Charakterystyczną cechą tych funduszów były w krótkiej sprzedaży aktywa bezpieczne - niegrożące spadkiem wartości - i płynne, tzn. łatwo zbywalne w razie potrzeby posiadania gotówki. Jednocześnie na ich długą sprzedaż składały się aktywa o wysokim stopniu ryzyka i niepłynne. Tak więc fundusz hedgingowy mógł posiadać po krótkiej stronie skrypty dłużne rządu niemieckiego, które są bezpieczne i łatwo zbywalne, a po stronie długiej duńskie papiery zabezpieczone hipotecznie (pośrednie prawa do domów mieszkalnych), które są nieco bardziej ryzykowne i znacznie trudniej zbywalne w krótkim terminie. Albo mogły mieć na krótkiej pozycji obligacje japońskie, a na długiej zadłużenie rosyjskie.

Główną zasadą był tu fakt, że historycznie rzecz biorąc, na rynkach występowała tendencja do stosunkowo wysokiego premiowania zarówno bezpieczeństwa, jak i płynności, ponieważ drobni inwestorzy odznaczali się niechęcią do ryzyka i nigdy nie wiedzieli, kiedy zajdzie potrzeba wycofania gotówki. To stwarzało korzystną sytuację dla firm dokonujących dużych operacji finansowych, które mogły minimalizować swoje ryzyko przez ostrożną dywersyfikację (zakupywanie pewnej mieszanki aktywów, tak aby dochody z jednych równoważyły straty na innych) i normalnie nie zaznawały nagłej potrzeby posiadania gotówki. Dzięki temu fundusze hedgingowe uzyskiwały rok po roku wysokie dochody. 

Jednakże w 1998 r. wielu ludzi zrozumiało tę podstawową myśl, skutek czego konkurencja między funduszami hedgingowymi powodowała coraz większe trudności w uzyskiwaniu przez nie dochodów. Niektóre fundusze zaczęły faktycznie zwracać inwestorom zainwestowane przez nich pieniądze, oświadczając, że nie mogą znaleźć odpowiednio zyskownych okazji ich wykorzystania. Próbowały jednak również wynajdywać nowe możliwości przez przedłużanie terminów i zajmowanie bardziej skomplikowanych pozycji, które z pozoru wydawały się bardzo ryzykowne, ale prawdopodobnie były sprytnie skonstruowane, tak aby zminimalizować  możliwości poniesienia strat. 

Nikt się jednak nie spodziewał, że konkurencja między funduszami hedgingowymi o wykorzystanie coraz to węższych możliwości zysku stworzy swego rodzaju finansową machinę sądu ostatecznego.

Oto jak ona działała. (...)

Jeśli wszystko to przypomina historię z finansowym zawirowaniem w Azji, o którym mówiłem w rozdziale5, to tak powinno być; na poziomie podstawowym był to proces tego samego rodzaju, polegający na błędnym kole spadku cen  i załamywania się bilansów. Nikt nie przypuszczał, że taka rzecz może się zdarzyć we współczesnym świecie, ale to miało miejsce, a konsekwencje były przerażające.

Jak widać, okazało się, że fundusze hedgingowe były tak pilne w zarabianiu premii za płynność i ryzyko w drodze arbitrażu, że dla wielu niepłynnych aktywów one same stały się rynkiem; gdy wszystkie naraz zaczęły sprzedawać, to zabrakło alternatywnych nabywców.  Tak więc po wielu latach stałego spadku premie za płynność i ryzyko nagle osiągnęły niesłychanie wysokie poziomy. Pod koniec września 29-letnie obligacje rządu Stanów Zjednoczonych – aktywa doskonale bezpieczne – oferowały znacznie wyższe stopy procentowe niż 30-letnie obligacje, którymi handluje się  na większym  rynku i dlatego są nieco łatwiej zbywalne. Obligacje korporacji muszą w normalnych warunkach oferować wyższą stopę zwrotu niż amerykański dług rządowy, ale rozpiętość między nimi zwiększyła się nagle o kilka punktów procentowych. A komercyjne papiery zabezpieczone hipotecznie – instrumenty finansowe zaopatrujące w fundusze w sposób pośredni większość budownictwa poza mieszkaniowym – w ogóle nie mogły zostać sprzedane. Na jednym z zebrań, w którym brałem udział, uczestnicy zapytali przedstawiciela Rezerwy Federalnej, jak znaleźć wyjście z tej sytuacji. Odpowiedział krótko: „modlić się”. 

Na szczęście, w rzeczywistości Rezerwa Federalna zrobiła więcej. Przede wszystkim zorganizowała ratunek dla najbardziej znanego nieszczęśliwego wypadku – dla funduszu hedgingowego Long Term  Capital Management (LTCM) z siedzibą w Conneciticut.

Saga o LTCM jest nawet bardziej godna uwagi niż legenda George’a Sorosa. Soros jest postacią o długiej tradycji  zawadiackiego rajdowca finansowego – nie tak bardzo różniącego się, gdy chodzi o sprawy zasadnicze, od Jima Fiska lub Jaya Goulda.  Natomiast menedżerowie LTCM byli kwintesencją nowoczesnych typów: byli uczonymi posługującymi się formułami matematycznymi i komputerami w celu przechytrzenia rynku.  Firma ta chełpiła się posiadaniem dwu laureatów Nagrody Nobla na swojej liście płac i wielu ich najlepszych studentów. Sądzili oni, że przez staranne badanie korelacji między różnymi aktywami w przeszłości będzie można skonstruować inteligentne portfele – jedne do długich, inne do krótkich transakcji – które by przynosiły wysokie zyski przy dużo mniejszym ryzyku, niż sobie wyobrażano. Rok po roku dostarczali dochodów z taką regularnością, że w końcu ludzie, którzy pożyczali im pieniądze, przestali nawet pytać, czy firma ma rzeczywiście pod dostatkiem pieniędzy, aby być bezpiecznym partnerem. 

Potem rynki oszalały.
Nie jest dotąd jasne, czy poniesione przez LTCM straty były wynikiem raz w życiu trafiających się wstrząsów, których nie można było przewidzieć, czy też używane przez firmę komputery były tak naiwne*, że nie uwzględniły występujących okazyjnie dużych zakłóceń na rynku (albo czy ta naiwność nie była przypadkiem zamierzona – znowu pokusa nadużycia. Bez względu na przyczynę, we wrześniu firma stanęła wobec krańcowych pretensji – żądań, aby ...  Nagle stało się jasne, że LTCM był tak wielkim graczem na rynku, że gdyby upadł i jego pozycja uległa likwidacji, mogłoby to wywołać kompletną panikę.

* „Naiwność komputerów”, to oczywiście przenośnia. Naiwni mogą być twórcy albo użytkownicy konkretnego oprogramowania analitycznego. Znaczna cześć biznesmenów czy pryncypałów starszego pokolenia , nadal, chyba nie tylko w Polsce, ma „mgliste” pojęcie o zasadach pracy komputerów. Na wszelki więc wypadek...
Anonimus
     

Coś należało zrobić. Ostatecznie, nie zwrócono się o fundusze publiczne; Nowojorski Bank Federalny potrafił namówić grupę inwestorów, żeby przejęli większość praw własności LTCM , w zamian za rozpaczliwie potrzebny zastrzyk gotówki. Jak się okazało, z chwilą gdy rynek na nowo się uspokoił, banki zrobiły na tym rzeczywiście dobry interes. 

Jednak nawet przy tym udzieleniu pomocy, żadną miarą nie było przesądzone, że kryzys zostanie przezwyciężony. Gdy Rezerwa Federalna  na regularnie odbywanym we wrześniu posiedzeniu zarządu obniżyła stopy procentowe o 0,25%, wielkość tej obniżki  rozczarowała rynki, a zamącona już sytuacja finansowa zaczęła się upodabniać do niekontrolowanej paniki. Ludzie zaczęli nagle snuć analogie między kryzysem finansowym i runem na banki, który pogrążył Stany Zjednoczone w wielkim kryzysie lat trzydziestych.    

Ale Rezerwa Federalna miała jeszcze  jeden trik w zanadrzu. Zazwyczaj zmiany stopy procentowej następowały tylko wówczas, gdy zbierała się Federalna Komisja Otwartego Rynku, co miało miejsce mniej więcej co sześć tygodni. Jednakże na tym wrześniowym posiedzeniu komitet przyznał Alanowi Greenspanowi upoważnienie do uznaniowego obcięcia stóp procentowych w razie potrzeby o dalsze 0,25%. W dniu 15 października zaskoczył on rynki zawiadomieniem o takiej obniżce i cudem sytuacja się poprawiła. Gdy Rezerwa Federalna na swoim następnym posiedzeniu obniżyła stopy procentowe ponownie, panika przerodziła się w euforię. Na koniec 1998 r. wszystkie te nadzwyczajne premie znikły, a giełda na nowo zaczęła bić rekordy.   

Warto sobie uświadomić, że nawet obecnie przedstawiciele Rezerwy Federalnej nie są całkiem pewni, jak potrafili wymóc ten ratunek. W szczytowym punkcie kryzysu wydawało się, że obcięcie stóp procentowych będzie całkowicie nieskuteczne – zresztą, gdy nikt nie może zaciągnąć pożyczki, jakie znaczenie ma poziom jej ceny? A gdyby każdy sądził, że zbliża się koniec świata, to panika – tak jak w wielu innych krajach – doprowadziłaby do samospełnienia się tego proroctwa. Patrząc z perspektywy czasu, Alan Greenspan wyglądał jak generał, który podjeżdża na koniu na czoło swej zdemoralizowanej armii, wywija mieczem, wykrzykuje pobudzające odwagę rozkazy i jakoś nadaje bitwie pomyślny obrót. Dobrze to było zrobione, ale nie liczmy, że zadziała następnym razem.

Istotnie, niektórzy przedstawiciele rezerwy Federalnej niepokoją się, że opinia publiczna może przeceniać ich możliwości – jeden z doradców Greenspana mówi, że jest to nowa forma pokusy nadużycia , oparta na przekonaniu, iż prezes Rezerwy mógłby poręczyć za wydźwignięcie  gospodarki i rynków z każdego kryzysu.

Być może, to przecenianie Rezerwy Federalnej odegrało pewną rolę w globalnym odbudowaniu zaufania, które zaznaczyło się późną jesienią ubiegłego roku; ale wtedy nadeszły, nareszcie, dobre wieści z Azji.

8. Czy odbicie się od dna? ......... 154

W pierwszym roku po dewaluacji tajlandzkiego bahta wiadomości z Azji były niepocieszające; przynoszone co miesiąc nowości były nie tylko gorsze, niż oczekiwano, ale i gorsze, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Jednakże od lata 1998 r. ten czarny obraz zaczął nabierać koloru szarego, nawet z kilkoma skrawkami niebieskiego.
(...) Dlaczego Azja pod koniec 1998 r. wyraźnie "odbija się od dna"? Czy oznaczało to początek końca kryzysu, czy tylko koniec jego początku?

Czy tygrys się zerwał ? ...... 154

Wyobraźmy sobie długi sznur samochodów, jadących blisko jeden za drugim po autostradzie z szybkością np. 60 mil na godzinę. Nagle jadący na przedzie samochód wjeżdża na odcinek złej drogi, co zmusza go do zmniejszenia szybkości o połowę. Co się stanie? (...)
Coś podobnego dzieje się z gospodarkami. Gdy ich podstawowe wielkości ulegają pogorszeniu, występuje często drastyczny efekt początkowy, po którym następuje częściowa poprawa.
(...)

Gospodarka w stylu Rube Goldberga ...... 157

Karykaturzysta Rube Goldberg w swych pracach wysławiał w sposób ironiczny świat gadżetów... (...)
Rynki finansowe przypuszczalnie tak nie funkcjonują. Pieniądz płynie tam, gdzie oczekuje się zysków, a wydarzenia w jednej części świata prawdopodobnie wpływają na wyniki finansowe w innej części  tylko o tyle, o ile wpływają na te oczekiwania. Wprawdzie gdy gospodarki są wrażliwe  na samonakręcającą się panikę, wystarczy niewielki, jeśli w ogóle jakikolwiek, realny związek między nimi, aby doszło do rozszerzenia się kryzysu.

Jednakże w 1998 r. na rynkach azjatyckich miało miejsce kilka bardzo dziwnych wydarzeń; a uczestnicy rynku twierdzili, że ich przyczyną był pewien związek w stylu Rube Goldberga, dzięki któremu złe wiadomości w Rosji przekładały się, poprzez szereg jakiś niezwykłych powiązań, na dobre wieści dla Korei.

Pierwszymi nielicznymi krokami były te... straty poniesione w Rosji przez fundusze hedgingowe zmusiły je do sprzedaży walorów, co ściągnęło w dół ich ceny i przysporzyło strat innym funduszom..., co wymusiło dalsze sprzedaże itd. Okazało się, że duża część „krótkiej” strony wielu funduszów hedgingowych  polegała na zadłużeniu w jenach. Przyczyną tego były bardzo niskie stopy procentowe w Japonii... (...)

Ale gdy fundusze hedgingowe zaczęły ponosić straty, inni inwestorzy... (...)

Jest to, oczywiście tego samego rodzaju okrężna logika... tym razem działająca w bilansie  po stronie pasywów, a nie aktywów. I znowu każdy był zaskoczony siłą pętli sprzężenia zwrotnego. (...)

Oczywiście,  ta pozłacana sytuacja nie jest wolna od chmur. Mocny jen może być korzystny dla Korei, ale wcale nie jest korzystny dla Japonii. (...)

Ta logika oznacza również, że gdy Japończycy zdają sobie sprawę, iż nie mają innego wyboru, jak tylko drukowanie większej ilości pieniędzy, to podarunek, jaki sprawili swoim sąsiadom w postaci mocnego jena, znajdzie się  z powrotem w ich posiadaniu,  i to z procentem. Czy Korea  będzie wówczas na tyle silna, by poradzić sobie z tym wstrząsem? Albo czy zabawka Rube Goldberga nie okaże się bombą zegarową?   

Mahathir wyłamuje się ...... 159

Jedną z naprawdę zaskakujących rzeczy dotyczących rozwoju kryzysu finansowego ostatnich dwóch lat - lub pięciu lat, jeśli kryzys azjatycki i kryzys meksykański uzna się za części jednej i tej samej historii - jest pytanie, w jakiej mierze dotknięte nim kraje zachowywały się należycie, jak chętnie trzymały się reguł nowego porządku światowego. Przeważnie rządy potulnie akceptowały pogląd, że kryzys był karą za grzechy, lub w każdym razie nie było innego wyboru poza podążaniem prostą i wąską ścieżką, aż inwestorzy nabiorą z powrotem zaufania. Nawet premier Malezji Mahathir, mimo że unikał stania się klientem MFW, był zdecydowany opowiedzieć się za mniej lub bardziej ortodoksyjną polityką zaciskania pasa i zaakceptować wynikającą z tego recesję.
Jednakże w lecie 1998 r. jego cierpliwość się wyczerpała. Gdzie była nagroda za dobre sprawowanie? Pytanie to stawiali sobie również inni. Mahathir był jednak w stanie zrobić coś więcej, niż tylko stawiać pytania; razem ze swoimi doradcami zaczął potajemnie przygotowywać drastyczną akcję. Podobnie jak w przeszłości rządy, które znalazły się w obliczu kryzysu, zamierzał wprowadzić ograniczenia w ruchu kapitałów. (...)

Jeżeli jednak fakt, iż Chiny nie zliberalizowały obrotów kapitałowych, okazał się dla nich korzystny, to dlaczego nie miałoby być korzystne dla innych krajów Azji nałożenie ograniczeń na ucieczkę kapitałów? Tak właśnie rozumował Mahathir  i jego doradcy.  Podobnie rozumowano w innych krajach. Wybitny specjalista w dziedzinie handlu zagranicznego, Jagdish Bhagwati, od szeregu miesięcy domagał się wprowadzenia kontroli kapitału...  Również inny znany ekonomista wystąpił z wezwaniem o kontrolę kapitałów akurat kilka dni przed zapowiedzią Mahathira.

Tym ekonomistą byłem ja. Moje rozumowanie było takie właśnie, jak opisałem: uważałem kontrolę kapitału za złe rozwiązanie, ale lepsze od rozwiązań alternatywnych. Wolałbym wprawdzie mniej drakońskie ograniczenia, wyraźniejsze zobowiązanie się rządu do wykorzystania swobody uzyskanej przez kontrolę do przeprowadzenia reformy gospodarki i do jej ożywienia oraz zadeklarowania intencji zakończenia kontroli po pewnym ograniczonym czasie, nie mogę jednak całkowicie odżegnać się  od polityki gospodarczej Mahathira.

Czy Mahathir się mylił (i czy ja się myliłem)? Gdy zapowiedziano wprowadzenie kontroli, inwestorzy oświadczyli, że nie będzie ona możliwa, głosząc, że szalony premier wstąpił na drogę prowadzącą do klęski.

Wciągu kilku początkowych tygodni krążyły szeroko budzące popłoch opowieści o tym, jak kontrola poniesie fiasko, lub że to już następuje. Lecz na razie kontrola, przynajmniej od strony technicznej, funkcjonowała o wiele lepiej, niż przepowiadali sceptycy. Ciągle nie jest jasne, czy Mahathir będzie w stanie pobudzić ożywienie gospodarki pod osłoną tej kontroli, ale wielu obserwatorów stwierdza zgodnie, że gospodarka Malezji wykaże w tym roku przynajmniej pewien wzrost.

To samo jednak można powiedzieć o kilku innych gospodarkach azjatyckich. Okazuje się, że radykalna inicjatywa Mahathira została podjęta w niewłaściwym czasie (to samo dotyczy mojego artykułu). Akurat gdy polityka Malezji weszła w życie, panika rynkowa zwrócona przeciwko gospodarkom azjatyckim zaczęła słabnąć. Było to wynikiem po części opisanych wyżej powiązań w stylu Rube Goldberga, a po części szerszego odczucia, że krajom azjatyckim (pomijając Indonezję) nie grozi kompletne załamanie. W każdym razie waluty azjatyckie umocniły się, a stopy procentowe obniżyły się, tak iż sprawy zaczęły wyglądać trochę lepiej. Czy zatem wezwanie do wprowadzenia kontroli nie było niepotrzebnym alarmem? Czy polityka Międzynarodowego Funduszu Walutowego mimo wszystko nie funkcjonuje dobrze?

Można by sobie tak pomyśleć; lecz potem doszło do wyraźnej demonstracji, że świat jest nadal bardzo niebezpiecznym miejscem dla krajów rozwijających się, że nie nastąpił koniec historii i że Waszyngtonowi daleko jeszcze do trzymania tego problemu pod kontrolą, zarówno pod względem praktycznym, jak i intelektualnym.     

Pa, pa, Brazylio! ...... 163

Brazylia jest krajem przyszłości - i takim zawsze pozostanie, głosi miejscowe gorzkie przysłowie. Ma one za sobą historię okresów ożywienia i wzrostu, po których następowały rozczarowania, od amazońskiego boomu kauczukowego po erę „cudu brazylijskiego”, tj. dekadę 9-procentowego wzrostu w latach 1964-1974.  W ostatnich dwudziestu latach kraj słaniał się od jednego kryzysu do drugiego, z kulminacją bliską hiperinflacji w 1994 r. Ale podobnie jak jej sąsiedzi, Brazylia nawróciła się i stała się wyznawcą ewangelii stabilności cen i reformy gospodarczej.  W 1994 r. minister finansów Fernando Henrique Cardoso wprowadził nową walutę, reala, który stał się punktem centralnym nowej kampanii na rzecz stabilizacji cen.

Odmiennie niż argentyńskie peso, real nie został związany  stałym kursem z dolarem. Zaniepokojeni możliwością, że zbyt drastyczna próba stabilizacji waluty może doprowadzić do zawyżenia jej kursu na miarę meksykańską, reformatorzy Brazylii zamiast tego wprowadzili crawling peg (pełzający parytet) – zapowiadany z góry szereg drobnych dewaluacji, pozwalających na trochę powolnej inflacji. Początkowo wydawało się, że to kompromisowe rozwiązanie funkcjonuje dobrze... (...)

Potem weszła na scenę Rosja. Być może Brazylia w pewnej mierze zaraziła się w sposób mechaniczny rosyjskimi stratami: przynajmniej niektóre fundusze hedgingowe inwestowały w Brazylii, żeby skorzystać z wysokich stóp procentowych, zakładając, że real będzie dewaluowany całkiem powoli, tak iż tam właśnie będą mogły się wyprzedawać, gdyby poniosły straty gdzie indziej. Ale jak się wydaje, głównym źródłem infekcji było to, że inwestorzy dostrzegli nagle pewne podobieństwo między tymi dwoma krajami, głównie dlatego, że Brazylia również miała uporczywie wysoki deficyt budżetowy.

Powołując się na tę analogię, rynki popełniły jednak pomyłkę.  Gospodarka Brazylii nie była fasadą potiomkinowską.  

(...)

Kto następny ? ...... 167

Czy skończyliśmy z gospodarkami podatnymi na zapaści, czy też czeka nas w przyszłości jeszcze więcej kryzysów?
Trzy odrębne grupy gospodarek nie przeżyły dotąd w pełni rozwiniętych kryzysów, ale mogą się z nimi spotkać. Nazwijmy je dobrymi, kiepskimi i bogatymi.
Dobre to takie gospodarki, które od początku próbowały żyć według reguł nowego porządku światowego, które mają zdrowy pieniądz i zdrowe budżety, ale mimo to mogą zostać wciągnięte w kryzys przez reperkusje wydarzeń u sąsiadów. W Azji głównym przykładem takiej gospodarki jest  Hongkong, ze swoją wzorową dyscypliną budżetową, ze swoją staranną regulacją bankowości, a jednak zagrożony, gdy gospodarki dokoła przeprowadzają dewaluacje i załamują się. Sprawy w Hongkongu wciąż mogą znacznie się pogorszyć.  Latynoamerykańskim odpowiednikiem Hongkongu jest Argentyna, której system walutowy może nie uchronić przed kryzysem, gdy załamie się waluta i gospodarka największego sąsiada.

Kiepskie gospodarki to te, które zasługują na kryzys tak samo jak kraje nim objęte, ale jak dotychczas udało im się uniknąć wciągnięcia w wir – zwykle dlatego, że nie postępowały według reguł. Głównym przykładem są tu oczywiście Chiny – skorumpowane, przeżarte kumoterstwem, ze strasznymi bankami, ale oszczędzone dotychczas dzięki swojej niewymienialnej walucie.

Czy Chiny mogły pójść śladem swych sąsiadów?  Być może tak, ale kryzys wyglądałby tam nieco inaczej z powodu kontroli kapitału i braku wielkiego zadłużenia w obcych walutach. (...)

Dobra nowina polega na tym, że rząd chiński jest w pełni świadom tego ryzyka i próbuje z nim walczyć  poprzez masowe wydatki na inwestycje publiczne, tzn. za pomocą klasycznego lekarstwa keynesowskiego.

Na koniec, istnieją bogate kraje: kraje Pierwszego Świata. Czy są one podatne na kryzysy?

Japonia znajduje się już w ciężkich opałach.  Moim zdaniem, Japonia tkwi głęboko w swojej pułapce płynności i tylko radykalna zmiana polityki może ją z tej pułapki wydobyć.

Pozostaje zatem pytanie, czy Europa i Stany Zjednoczone mogą się znaleźć w podobnej opresji. A odpowiedź brzmi, że skoro może się to przydarzyć Japonii, to może również nam. (...)

Są to jednak tylko scenariusze, a nie przepowiednie. W rzeczywistości mogą to być nawet samozaprzeczające sobie proroctwa, ponieważ jeżeli rozumiemy staromodne przypadłości, które na nowo wyłoniły się w warunkach nowego porządku światowego, to możemy być w stanie ich unikać. 

9. Wracają problemy kryzysu gospodarczego ......... 170

Gospodarka światowa nie znajduje się w kryzysie i prawdopodobnie w żadnym razie w bliskiej przyszłości nie znajdzie się w stanie depresji. Ale choć nie doszło do powrotu kryzysu jako takiego, nastąpił zadziwiający powrót na scenę problemów, które charakteryzowały gospodarkę światową w latach trzydziestych XX wieku, a od tego czasu nie pojawiały się. Pięć lat temu nikomu nie przychodziło na myśl, że współczesne kraje będą zmuszone przeżywać przygniatające swym ciężarem recesje w obawie przed spekulantami walutowymi; że jeden z najważniejszych krajów zaawansowanych znajdzie się w sytuacji, w której ciągle nie będzie w stanie wykreować pod dostatkiem wydatków po to, aby utrzymać zatrudnienie robotników i wykorzystanie zakładów produkcyjnych, że nawet Rezerwa Federalna będzie niespokojna o swoją zdolność do przeciwdziałania panice na rynku finansowym. Okazało się, że gospodarka światowa jest o wiele bardziej niebezpieczna, niż sobie wyobrażaliśmy.

W jaki sposób świat stał się niebezpieczny? Co ważniejsze, w jaki sposób możemy go uczynić bardziej bezpiecznym? W tej książce opowiedziałem wiele historii, obecnie nadszedł czas, by spróbować wysnuć z nich kilka morałów.

Co to jest teoria ekonomiczna kryzysu? ...... 170

Co oznacza powiedzenie, że problematyka kryzysu gospodarczego stała się znowu aktualna? W istocie oznacza to, że po raz pierwszy za życia dwóch pokoleń niedomagania popytowej strony gospodarki - wydatki prywatne na poziomie niewystarczającym do wykorzystania istniejących zdolności wytwórczych - stały się wyraźnym, bieżącym ograniczeniem pomyślnej koniunktury w dużej części świata.

My – rozumiem przez to ekonomistów, ale również decydentów politycznych i w ogóle ludzi wykształconych – nie byliśmy na to przygotowani. Szczególny zestaw śmiesznych pomysłów, który zgłasza pretensje do nazwy „ekonomia strony podażowej”, jest ekscentryczną doktryną, która nie miałaby większych wpływów, gdyby się nie odwoływała do przesądów wydawców i bogaczy. Jednakże w ciągu kilku minionych dziesięcioleci w myśli ekonomicznej występowała stała tendencja do przesuwania nacisku ze strony popytowej na stronę podażową gospodarki.

Tendencja ta była częściowo rezultatem teoretycznych sporów w obrębie nauk ekonomicznych, które – jak to się często zdarza – stopniowo przeciekały na zewnątrz w nieco zniekształconej formie, stając się przedmiotem szerszej dyskusji. Krótko mówiąc, źródło tych sporów teoretycznych było takie: przypadki niedostatku ogólnego popytu mogłyby w zasadzie same się uzdrawiać, gdyby tylko płace i ceny szybko się obniżały w obliczu bezrobocia. W przytoczonej historyjce o kryzysie w spółdzielni nianiek jednym ze sposobów na samodzielne wychodzenie z tej sytuacji było obniżenie ceny godziny opieki nad dziećmi, wyrażonej w kuponach, w wyniku czego wzrosłaby siła nabywcza kuponów, tak iż spółdzielnia powróciłaby do „pełnego zatrudnienia” bez jakichkolwiek posunięć ze strony zarządu. W rzeczywistości to nie dochodzi do skutku, lub jeśli dochodzi, to trzeba na to bardzo dużo czasu; ale ekonomiści nie są zgodni co do tego, dlaczego tak właśnie się dzieje. Wynikiem tego był szereg zaciętych batalii akademickich, które doprowadziły do tego, że cały temat recesji  i przyczyn ich występowania stał się swego rodzaju profesjonalnym polem minowym, po którym coraz mniej ekonomistów odważa się stąpać.  Dlatego jest rzeczą zrozumiałą, że opinia publiczna doszła do wniosku, iż albo ekonomiści nie rozumieją recesji, albo środki zaradcze stosowane po stronie popytowej zostały zdyskredytowane. Prawda polega na tym, że owa dobra, staromodna makroekonomia strony popytowej ma wciąż dużo do zaoferowania –  ale jej obrońcy nie są o tym całkowicie przekonani, podczas gdy jej krytycy są żarliwymi pasjonatami.

Paradoksalne, podczas gdy teoretyczne niedomagania ekonomii strony popytowej są jedną z przyczyn tego, że nie byliśmy przygotowani na powrót problemów kryzysu gospodarczego, to drugą przyczyną są jej sukcesy w praktyce. Przez cały ten okres, w którym ekonomiści sprzeczali się między sobą, czy rzeczywiście w celu wydźwignięcia gospodarki z recesji można stosować politykę pieniężną, banki centralne wielokrotnie przejmowały inicjatywę i faktycznie stosowały ją, i to tak skutecznie, że myśl o długotrwałej zapaści gospodarczej spowodowanej niedostatkiem popytu utraciła wszelką wiarygodność.  

Nawet teraz wielu ekonomistów nadal traktuje recesje jako sprawy mniejszej wagi, a ich badanie jako przedmiot zgoła kompromitujący; w modzie jest zajmowanie się postępem technicznym i długookresowym wzrostem. Są to piękne i ważne problemy i na dłuższą metę to one właśnie mają rzeczywiście zasadnicze znaczenie, ale – jak to powiedział Keynes – w długim okresie wszyscy pomrzemy.

Tymczasem na krótszą metę świat się kolebie od kryzysu do kryzysu, a każdy z nich wiąże się w zasadniczej mierze z problemem generowania dostatecznego popytu. Na przykładzie Japonii okazuje się, że nie wystarczy stosowanie tradycyjnej polityki pieniężnej i fiskalnej. Jeżeli może się to przydarzyć Japonii... (...) Kwestia, jak utrzymywać popyt na poziomie odpowiednim do wykorzystania zdolności wytwórczej gospodarki, ponownie nabrała kluczowego znaczenia.    

O co chodzi? ...... 172

Najbardziej bezpośrednim zagrożeniem związanym z powrotem problemów kryzysu gospodarczego jest, oczywiście, możliwość rozprzestrzenienia się choroby i obawa, że na liście ofiar znajdą się dodatkowo Argentyna  lub Republika Południowej Afryki, lub Turcja, lub (Boże uchowaj!) Chiny; że deflacja w Europie lub krach giełdowy  w Stanach Zjednoczonych mogą doprowadzić grupę krajów rozwiniętych jako całość do sytuacji w stylu japońskim.

Przypomnijmy sobie ów pakiet keynesowski. Wierni wyznawcy wolnego rynku skłonni są uważać politykę keynesowską w szerokim ujęciu – jako świadome działania rządu w celu pobudzenia popytu – za wroga tego, za czym się opowiadają. Ale nie mają racji, bo w świecie, w którym często brakuje dostatecznego popytu, trudno jest znaleźć argumenty na rzecz wolnych rynków.

Wyobraźmy sobie teraz, że jakiś potężny związek zawodowy czy grupa przedsiębiorców zażąda, by dla ochrony miejsc pracy rząd wprowadził cła lub kontyngenty importowe. Tradycyjną odpowiedzią na takie żądania jest twierdzenie, że w rzeczywistości nie przybędzie przez to miejsc pracy, a jedynie nastąpi ich przesunięcie : cło może zwiększyć zatrudnienie w jednej gałęzi przemysłu, ale spowoduje utratę co najmniej takiej samej ilości miejsc pracy w innych gałęziach. Sprawa tak będzie wyglądała na pewno w przypadku Stanów Zjednoczonych, ponieważ naciski inflacyjne wywołane w pewnych gałęziach pod wpływem protekcjonizmu zmuszą Rezerwę Federalną do podwyżki stóp procentowych, co spowoduje likwidację takiej samej lub jeszcze większej liczby miejsc pracy w innych gałęziach. Ale w przypadku kraju, który cierpi na wysokie bezrobocie z powodu niewystarczającego popytu i który nie może nic zdziałać, aby zwiększyć popyt, w obawie przed ucieczką kapitałów, ten argument jest po prostu błędny.    
 
Obarczenie ofiary winą ...... 174

Nawet obecnie wielu mędrców nie akceptuje poglądu, że seria nowych kryzysów gospodarczych dowodzi istnienia pewnego problemu systemowego. Wskazują oni natomiast słabe strony poszczególnych krajów, na błędy w polityce ich przywódców. Banki japońskie postępowały zbyt beztrosko, władca Indonezji był zbyt skorumpowany, deficyt budżetowy Brazylii był zbyt wysoki. Stosujcie właściwą politykę, a wszystko będzie dobrze! Przy tym nie ma żadnych wątpliwości, że każdy kraj, który znalazł się w sytuacji nawrotów problemów kryzysu, nawet jeśli był szeroko wychwalany za swoje gospodarowanie, zanim sprawy przybrały niepomyślny obrót (a większość tych krajów znajdowała się w takiej sytuacji), przy bliższym zbadaniu, jak się okazuje, ma poważne słabe strony. Ale trzeba być ostrożnym przy wyciąganiu wniosków.

Wyobraźmy sobie odcinek autostrady, na którym wydarzyła się ostatnio niezwykła liczba wypadków.  Policja bada przyczyny każdego z tych wypadków i niemal w każdym znajdują pewien czynnik mający nań istotny wpływ...  (...) Po pierwsze, jeśli przeprowadzi się skrupulatne badania, to okaże się, że u każdego kierowcy lub w każdym pojeździe można znaleźć pewne wady; czy kierowcy ci są pod jakimś względem gorsi od przeciętnych?  Po drugie, nawet gdy są gorsi, fakt ten nie usprawiedliwia stanu drogi. Jest mało prawdopodobne, aby dobrym kierowcom przydarzały się wypadki na każdej drodze, ale dobre drogi nie wymagają doskonałości od swoich użytkowników.

Podobnie, dobry system gospodarczy nie powinien wymagać doskonałej polityki od swoich obywateli. Jest rzeczą uderzającą, że tyle spośród krajów, które najbardziej ucierpiały w ostatnich latach, od Japonii po Koreę, tak niedawno stawiano na piedestale. Jeśli przyjąć, że ich poprzedni wielbiciele byli nadmiernie zafascynowani swoimi gwiazdami, to czy rzeczywiście kierowano nimi tak źle, jak niektórzy dzisiaj przypuszczają? 

Szczególnie uderzający, jeśli chodzi o kryzysy gospodarcze w ostatnich dwóch latach, jest fakt, że na ogół kraje nimi nawiedzone prowadziły  według wszelkich kryteriów lepszą politykę niż w przeszłości.

Ta natarczywość w obarczaniu winą ofiar występuje pod kilkoma pozorami. Jednym z nich jest coś, co określam „teorią nawisu” – pogląd, że recesje są zasłużoną, a faktycznie niezbędną karą za poprzedzające ją ekscesy. Japonia płaci dzisiaj (z ośmioletnim opóźnieniem!) cenę za spekulacyjne ekscesy  gospodarczej „bańki mydlanej”, a Azja za finansowany kredytami boom wydatków minionych lat dziewięćdziesiątych...

Ale teoria ta jest całkowicie fałszywa. Ekscesy się zdarzają; wiele inwestycji trzeba będzie spisać na straty, nawet jeśli gospodarki wyjdą z kryzysu. Nie ma jednak uzasadnionej przyczyny, dla której błędne inwestycje w przeszłości miałyby pozbawiać pracy dobrych robotników i unieruchamiać doskonale użyteczne fabryki. 

Podobną pokusę przedstawia tendencja do traktowania spadku koniunktury jako dowodu na to, że gospodarka ma problemy „strukturalne”, które muszą zostać rozwiązane, zanim będzie ona w stanie się ożywić... (...)

Jeszcze długa jest droga przed nami, zanim będziemy mogli pretendować do tego, że uporaliśmy się raz na zawsze z problemami kryzysu gospodarczego.

Na czym więc mają polegać  zmiany w naszym postępowaniu?

Jak chronić bogatych? ...... 177

Świat jest niesprawiedliwy. Kraje bogate są błogosławione pod każdym względem. Nie tylko są zamożne, ale też mają na ogół stabilne i skuteczne rządy. Znajdują się przy tym po dobrej stronie podwójnego standardu: inwestorzy i rynki skłonni są darzyć je zaufaniem. Wszystko to daje im swobodę działania, zdolność do stawiania czoła problemom gospodarczym, czego biedniejsze kraje mogą im tylko pozazdrościć.

Niemniej jednak Japonia dowiodła nam, że nawet zaawansowany kraj może utknąć w miejscu; przerażające wydarzenia ubiegłej jesieni nasuwają myśl, że krajom zaawansowanym nadal grozi pewne ryzyko popadania w kryzysy finansowe. Co kraje te mogą zrobić, by się przed nimi uchronić?

Wyjaśniłem już, co moim zdaniem powinna zrobić Japonia (por. rozdział 4): utkwiwszy w pułapce płynności - niezdolna do wydobycia się z niej za pomocą tradycyjnej polityki pieniężnej, ponieważ nawet zerowa stopa procentowa nie jest do tego wystarczająco niska - wyczerpawszy swoją zdolność do opłacenia drogi wyjścia deficytem budżetowym, Japonia musi obecnie rozszerzyć radykalnie podaż pieniądza w celu przekonania ciułaczy i inwestorów, że obecna deflacja przerodzi się w trwałą, lecz umiarkowaną inflację. Z chwilą gdy Japończycy zdecydują się na to, wyniki będą dla nich zaskakujące; ale by akceptowali myśl, że taki radykalny krok stanowi dla nich jedyne wyjście, potrzeba czasu.

Stany Zjednoczone i Europa nie znajdują się obecnie w pułapce płynności, toteż powinny troszczyć się o to, jak jej uniknąć. Najbardziej oczywistym środkiem ostrożności jest zapewnienie, by inflacja nie obniżyła się nadmiernie, gdy czasy są pomyślne: ustalenie docelowej stopy inflacji na poziomie 2%, tak aby w przypadku, gdy sytuacja będzie tego wymagać, móc obniżyć realne stopy procentowe do minus 2%, a nie jedynie do zera. Według tego kryterium, w czasie, gdy to piszę, Stany Zjednoczone postępują mniej więcej prawidłowo, natomiast europejska polityka pieniężna jest nazbyt konserwatywna: wzrost gospodarczy słabnie, inflacja wynosi mniej niż 1% i obniża się, a stopa procentowa na poziomie 3% jest zbyt niska, by zapewnić wygodną swobodę zwalczania przyszłej recesji. Mam nadzieję, że do czasu, gdy ta książka się ukaże, Europejski Bank Centralny przystąpi agresywnie do obniżania stóp procentowych i pobudzania wzrostu, bo jeśli tego nie zrobi, to pułapka płynności może zagrozić kolejnym ofiarom.
     Na dłuższą metę dobrze byłoby pomyśleć o próbie usunięcia pewnych słabości ujawnionych przez ostatnie wydarzenia na rynku. Blady strach wywołany przez fundusze hedgingowe dowiódł, że współczesne rynki finansowe przez tworzenie wielu instytucji, które pełnią funkcje podobne do banków, ale nie korzystają z zabezpieczeń typu bankowego, w rezultacie przywróciły możliwości powstawania tradycyjnej paniki finansowej. Spróbujmy sobie uświadomić, kto jest co komu winien, i zbudować pewne nowe mury przeciwpożarowe, zanim ponownie uderzy kryzys.
     W końcu, jeśli dojdzie do kryzysu, zasada jest prosta: bez wahania obniżyć drastycznie stopy procentowe. Chociaż Greenspan wyraźnie sądzi, że akcje amerykańskie są wyceniane nazbyt wysoko, mam nadzieję, że nie popełni on błędu, który popełnili Japończycy, gdy pękła ich bańka mydlana, witając z zadowoleniem korektę kursów giełdowych i zwlekając z obniżką stóp procentowych do czasu, gdy już było za późno. Jestem mniej pewny, jeśli chodzi o Europejski Bank Centralny; miejmy nadzieję, że jego dyrektorzy rozumieją, jak wielka jest stawka.
     Ogólnie biorąc, ze spokojem uświadamiam sobie problemy krajów zaawansowanych. Wydaje mi się, że rozwiązania tych problemów nie wymagają żadnych specjalnie bolesnych przestawień w gospodarce. W szczególności, nie ma żadnych ekonomicznych dowodów, które by wskazywały na to, że inflacja w wysokości 2%, która wydaje mi się odpowiednia dla Europy i Stanów Zjednoczonych, lub nawet 4%, jaką moim zdaniem powinna sobie postawić za cel Japonia, może wyrządzić jakąś znaczącą szkodę; a to, co muszą uczynić kraje zaawansowane, by przeciwstawić się groźbie kryzysu gospodarczego, nie wiąże się z jakimkolwiek naruszeniem przyjętych zobowiązań w stosunku do wolnych rynków.
     Natomiast przestawienia, jakie czekają kraje rozwijające się, wydają się trudniejsze.

Jak pomóc biednym? ...... 178

Gdy pisałem ten końcowy rozdział, odbywające się tradycyjnie w zimowy wieczór w Davos spotkanie towarzystwa wzajemnej adoracji elity światowej zostało zakłócone pewnymi nieporozumieniami. Wszyscy zrzucali winę za katastrofę w Brazylii na Międzynarodowy Fundusz Walutowy, żądając podania się do dymisji jego szefa, a nawet likwidacji samej instytucji. Ale krytycy nie zgadzali się między sobą, jak się wydawało, nawet bardziej, niż nie zgadzali się z polityką MFW. Niektórzy uważali, że Brazylia powinna była raz na zawsze umocnić na stałe wartość reala, przywiązując go wzorem Argentyny do dolara. Inni twierdzili, że należało zezwolić na swobodne fluktuacje waluty i że zasadniczym błędem było podwyższenie stóp procentowych w celu podtrzymania jej kursu. Niektórzy zaś, oczywiście, dowodzili, że Brazylia powinna była wprowadzić kontrolę ruchu kapitałów, aby ograniczyć spekulację.

Osobliwą rzeczą było to, że każdy z krytyków miał poniekąd rację. Można się spierać, czy polityka Funduszu Walutowego - która broni kursu waluty za wszelką cenę, nie obiecując jednak w sposób wiarygodny, że obrona ta przyniesie pożądany rezultat, ani nie nakładając żadnych restrykcji na tych, którzy będą spekulować tak, aby się ona nie powiodła- prowadzi do czegoś najgorszego w świecie. Wyraźny wybór każdej z możliwości - swobodnej płynności kursu waluty, zarządzania kursem walutowym czy wprowadzenia reżimu kontroli kapitału - mógłby być lepszy niż zajęcia miejsca gdzieś w pośrodku.

Powiedziawszy to, jestem sceptyczny wobec systemu zarządzania kursem waluty. Powtórzę to, co powiedziałem w rozdziale 6, że nawet gdy system taki dobrze funkcjonuje, to chroni kraj przed spekulacją przeciwko jego walucie, ale nie chroni przed spekulacją przeciwko jego gospodarce; być może ryzyko jest mniejsze, ale nie jest to całkiem pewne. A jeśli system ten zawiedzie - co zdarzy się przy niesprzyjających warunkach politycznych - to wynikiem tego będzie naprawdę straszna katastrofa, która pozbawi rząd wszelkiej wiarygodności.

Następna opcja to danie szansy dewaluacji, dopuszczenie do obniżenia kursu waluty przez działanie rynku bez podnoszenia stóp procentowych. Środek ten działa w przypadku krajów zaawansowanych, a być może będzie działał również w niektórych krajach rozwijających się. W świetle wydarzeń w Brazylii stało się jasne w sposób bolesny, że przeciwstawna strategia - podwyżek stóp procentowych do niebosiężnych poziomów w celu niedopuszczenia do ucieczki kapitałów - jest pod każdym względem strategią poronioną. Nie tylko wprawia ona realną gospodarkę w śmiertelny poślizg, lecz napawając inwestorów poczuciem niechybnej ruiny, często nie potrafi nawet ustabilizować kursu waluty. Wydaje się całkiem możliwe, że gdyby Brazylia nie podniosła stóp procentowych w obronie reala, waluta ta w rzeczywistości uniknęłaby głębokiego spadku, jakiego potem doznała. Co prawda kilka krajów azjatyckich, które próbowały stosować politykę wysokich stóp procentowych, zaczyna obecnie dochodzić do siebie; oczywiście, nie wszystkie wypadki kończą się tak fatalnie.

Ale co należy zrobić, jeżeli dewaluacja jest nie do przyjęcia, ponieważ spółki są poważnie zadłużone za granicą lub ponieważ społeczeństwo zbyt łatwo traci zaufanie do swojej waluty? Trudno wówczas uniknąć wniosku, że niezbędne jest wprowadzenie kontroli kapitału jako swego rodzaju godziny policyjnej niedopuszczającej do ucieczki kapitału po opanowaniu sytuacji. Wielu zwolenników wolnego rynku zareaguje ze zgrozą na samą myśl o tym; ich zdaniem, prawo do lokowania swoich pieniędzy tam, gdzie komuś to odpowiada, jest świętą zasadą. Ale podobnie jak wolność słowa niekoniecznie uznaje prawo do wykrzykiwania "pożar!" w przepełnionym teatrze, tak też zasada wolnych rynków niekoniecznie oznacza, że należy dopuszczać do tego, by inwestorzy zadeptywali się w panice. Bo to właśnie się dzieje, gdy wybucha paniczny kryzys. Brazylia byłaby bezpiecznym miejscem dla lokat kapitału, gdyby nie ryzyko kryzysu - to znaczy, byłaby bezpieczna dla każdego inwestora, gdyby miał on pewność, że inni inwestorzy nie zamierzają wycofać swoich kapitałów. Ale inwestorzy nie dowierzali sobie wzajemnie - i tak doszło do kryzysu.

Istota rzeczy polega na tym, że gdy zagraża kryzys, to wprowadzenie reglamentacji obrotów kapitałowych może leżeć w interesie nie tylko kraju, ale nawet inwestorów - podobnie jak wtedy, gdy ludność dotkniętego trzęsieniem ziemi miasta czuje się lepiej, jeśli rząd wprowadza przejściowo godzinę policyjną. Można by nawet dowieść, że oczekiwanie, iż taka reglamentacja zostanie wprowadzona w razie potrzeby, zamiast zniechęcać długoterminowych inwestorów, faktycznie będzie im zapewniać poczucie bezpieczeństwa, przynajmniej gdy oswoją się z tą myślą.
     Być może, radę tę można krótko streścić, powtarzając dawne zalecenie, żeby pójść do kościoła według swego wyboru, ale żeby w każdym razie pójść. W warunkach kryzysu finansowego rząd musi podjąć jakąś decyzję: wprowadzić system zarządzania kursem waluty, jeśli da się to łatwo zrealizować i jeżeli jest gotowy do pogodzenia się z implikacjami tego rozwiązania na dłuższą metę; albo dopuścić do fluktuacji, jeśli uważa, że może to dobrze funkcjonować w danym kraju; albo w krytycznej sytuacji wprowadzić szybko w życie reglamentacją obrotów kapitałowych. Cokolwiek zrobi, nie powinien się bać.    

Niemniej jednak na pewno najlepszą rzeczą byłoby przede wszystkim zapobieżenie kryzysowi. Co można tu zrobić? Obecnie każdy opowiada się za lepszą informacją, większą "przejrzystością" sprawozdawczości banków i spółek, ściślejszą regulacją podejmowania ryzyka finansowego itp. Jak najbardziej należy to wszystko zrobić. Oprócz tego trzeba znaleźć sposoby osłabienia pętli sprzężenia zwrotnego, opisanych w rozdziale 5. Ponieważ mówimy tu o środkach na dłuższą metę, mamy wciąż dość czasu na dyskusję; osobiście sugerowałbym, aby rządy starały się aktywnie zniechęcać krajowe spółki do zadłużania się w obcych walutach, a być może również w ogóle do zbytniego polegania na funduszach zapożyczonych (tzn. zmniejszyć związany z nimi "efekt dźwigni"). Najlepszym sposobem urzeczywistnienia tego jest prawdopodobnie opodatkowanie spółek zaciągających pożyczki w walutach obcych. W ten sposób kraje mogłyby odzyskać możliwość dopuszczania do wahań kursów swoich walut bez wywoływania ich załamań i przez to możliwość unikania przyszłych kryzysów.

Nie podoba mi się myśl, że państwo będzie musiało się wtrącać w działanie rynków, że będzie musiało ograniczać wolny rynek w celu jego zachowania. Ale trudno jest spokojnie przyglądać się temu, jak niektórzy wciąż nalegają, by nie podejmować żadnych tego rodzaju działań, gdyż rynki finansowe zawsze będą nagradzać cnotę, a karać tylko za występek.

Duma i przesąd ...... 181

Zdesperowany prezydent Cardoso odrzucił myśl o kontroli kapitału, podkreślając, że wprowadzenie jej pozbawiłoby Brazylię nadziei na to, że stanie się kiedyś krajem "pierwszej klasy". Oświadczenie to nadeszło w czasie, gdy gazety finansowe spekulowały, że Brazylia może nie wywiązać się ze swoich długów, a nawet wprowadzić przerwę w działalności banków, a prognozy prześcigały się w ocenach przewidywanego spadku produkcji tego kraju.

Nie można się oprzeć współczuciu dla Cardosa, który próbował zastosować wszelkie właściwe środki i nie został w żaden sposób wynagrodzony za swoje wysiłki. Wyraźne odkrycie, że Brazylia nie jest gotowa do pływania na światowym rynku kapitałowym bez koła ratunkowego, było dla niego strasznym upokorzeniem. Niemniej jednak jego kraj nie może sobie pozwolić na to, by zbytnio dbać o swoją cześć. Musi znaleźć wyjście ze swojego dylematu, a jeżeli to wyjście wymaga wprowadzenia reglamentacji kapitału, to niech tak się stanie. Przecież w większości owe kraje "pierwszej klasy" stosowały ograniczenia kapitałowe w ciągu życia całego pokolenia po drugiej wojnie światowej, a dopiero wtedy, gdy zaczęły prosperować, otworzyły się na swobodny ruch kapitałów, a nie odwrotnie.

Prawdą jest, że tego rodzaju zarozumiałość jest zbytkiem, na który nikt z nas nie może sobie pozwolić w świecie narażającym nas na nieoczekiwane ryzyko. Jeżeli, zgodnie z pogłoskami, opozycja wobec ekspansji monetarnej w Japonii wywodzi się częściowo z kręgów oficjalnych, które czują się poniżone przez słabą pozycję jena i obawiają się, iż znajdą się obecnie w cieniu przez to, że euro stało się głównym rywalem dolara, to ludzie ci powinni się wstydzić. Z drugiej strony, jest to bardzo dobra wiadomość, że rządy Europy, które jeszcze tak niedawno za najważniejszy cel nowej unii walutowej uważały zapewnienie mocnej pozycji euro, obecnie mówią o pierwszoplanowym znaczeniu utrzymania zatrudnienia i uniknięcia deflacji.

Jeszcze ważniejszą od dumy przeszkodą w rozsądnym działaniu są przesądy - podpisywanie się wielu wpływowych ludzi pod ortodoksyjnymi poglądami na politykę gospodarczą, które straciły swą aktualność w naszym zmieniającym się świecie. Dwadzieścia lat temu, gdy nawet zaawansowane kraje doświadczały dwucyfrowej inflacji, gdy niepożądana regulacja dewizowa była źródłem poważnych zakłóceń w gospodarce i szerzącej się korupcji, wychwalanie stabilności cen i wymienialności waluty jako cnoty było oczywiście czymś, co wskazywało światu właściwy kierunek. Ale nie żyjemy już w takim świecie i pożyteczne nawoływania do wspólnych działań w jednej epoce stały się w nowych czasach niebezpiecznymi, przestarzałymi hasłami. Odmowa nowego spojrzenia na zasadność zerowej inflacji, gdy kraj znalazł się w pułapce płynności lub w jej pobliżu, odmowa wzięcia pod uwagę reglamentacji kapitału, gdy obawy inwestorów przed upadkiem gospodarki przeradzają się w samospełniające się proroctwo, jest stawianiem pozorów zdrowej polityki gospodarczej wyżej od rzeczywistości.

Każdy, kto spędza dużo czasu na debatowaniu o gospodarce poza środowiskiem akademickim, szybko staje się gruboskórny i wygląda na cynika. Niemniej jednak jest coś uderzającego w sztywności umysłowej wielu wpływowych osób, nie tylko urzędników państwowych, ale również dziennikarzy, a nawet profesjonalnych ekonomistów. Analiza ekonomiczna nie jest - i w żadnym razie nie posądza się jej o to, że jest zbiorem reguł, którymi należy się kierować przy każdej okazji; uważa się ją raczej za pewien sposób myślenia, za coś, co pozwala udzielać trafnych, nowych odpowiedzi na zjawiska zmieniającego się świata. Tym, co podtrzymuje jej użyteczność, jest właśnie fakt, że stare modele można nauczyć nowych sztuczek - że podstawowa wiedza np. o tym, jak dochodzi do recesji, wskazuje nam sposób wyjścia z załamania, które nie reaguje na stosowaną zwykle terapię. W ubiegłym roku byłem jednak zaskoczony tym, jak wielu ludzi odwraca ten proces, pospiesznie zszywając z różnych lat nowe modele, aby uzasadnić dawne chwyty. Ci, którzy martwili się o przywrócenie równowagi budżetowej, gdy problemem był niedający się opanować deficyt, nagle z uporem twierdzą, że podwyżka podatków i ograniczenie wydatków zapobiegną recesji, ponieważ wpłyną na poprawę zaufania. Ci, którzy chcieli przywrócenia stabilnych cen, gdy zagrażała inflacja, obecnie twierdzą, że "kierowana inflacja" może w jakiś sposób dodać gazu gospodarce, ponieważ w Japonii - jakkolwiek nigdzie indziej w świecie - osłabiona waluta i obniżone realne stopy procentowe powodują kurczenie się popytu. Gdyby takie argumenty wysuwano na rzecz nieortodoksyjnej polityki, słusznie odrzucano by je jako nonsens; ale posługiwanie się argumentacją ad hoc w obronie ortodoksji nie wydaje się czymś złym.

I to sprowadza nas do najgłębszego sensu, w jakim należy rozpatrywać powrót problemów kryzysu gospodarczego. Za kwitesencję ekonomicznego wyroku uważa się zdanie: "nie ma bezpłatnego obiadu", które oznacza że środki są ograniczone, że po to, aby mieć czegoś więcej, trzeba zgodzić się z tym, że czegoś innego będzie mniej, że nie ma korzyści bez boleści. Natomiast teoria ekonomiczna kryzysu jest to analiza sytuacji, w której istnieje bezpłatny obiad, bylebyśmy tylko umieli sobie wyobrazić, jak się do tego zabrać, ponieważ istnieją niewykorzystane środki, które można wprzęgnąć do pracy. W 1930 r. John Maynard Keynes pisał, że "wplątaliśmy się w kolosalny zamęt przez to, że zabraliśmy się nieudolnie do kontrolowania delikatnej maszyny, której funkcjonowania nie rozumiemy". Prawdziwa rzadkość zarówno w jego, jak i w naszym świecie to rzadkość nie zasobów, ani nawet efektywności, lecz rozumu.

Nie nabędziemy jednak potrzebnego zrozumienia, jeżeli nie będziemy chcieli zastanawiać się jasno nad naszymi problemami i postępować śladem naszych myśli, dokądkolwiek nas prowadzą. Niektórzy twierdzą, że problemy Japonii, wschodzących krajów Azji czy Brazylii są problemami strukturalnymi, których nie można szybko rozwiązać; ja natomiast sądzę, że jedynymi ważnymi przeszkodami strukturalnymi na drodze do ogólnoświatowej prosperity są przestarzałe doktryny, które kłębią się bezładnie w ludzkich umysłach.

Uwagi. Problemy dla nas "bardzo na czasie" choćby z uwagi na aktualną sytuację w Polsce. Z przyjemnością przytoczył bym poglądy zarówno popierające jak i polemizujące z Autorem. Najlepiej, żeby to były poglądy na bieżąco aktualizowane. Normalny cykl wydawniczy jest zbyt długi, a bieżące artykuły prasowe bardzo rzadko nawiązują do konkretnych książek. Czyli - nadzieja w Internecie. Do redagowania "przeglądów dyskusji" potrzebny jest jednak bardzo silny zespół. Moja "prezentacja literatury" siłą rzeczy jest dość przypadkowa i bardzo fragmentaryczna.
Listopad 2001.
Anonimus.

========================================================
Literatura | Strona główna |