Konkretyzacja
Odcinek pierwszy. Powiedz gringo, czy ja łżę?

Pod tym żartobliwym tytułem, zapożyczonym z książki W. Ostrowskiego, analizuję stosunek nauk ekonomicznych do interdyscyplinarnej, kompleksowej znajomości zagadnień.
Skutki? - Wokół widać!


Chyba każdy zawód ma swoje, mniej lub więcej „skrywane” tajemnice, i wyznaje, mniej lub więcej uświadamianą sobie zasadę: „nie kalaj własnego gniazda”. „Jeśli jest coś źle, załatwmy to po cichu. Po co rozgłaszać? Nie ma na świecie ludzi nieomylnych ani idealnych procedur postępowania. Rozgłaszanie wyrządza często szkody: laicy nie zrozumieją, przekręcą, namieszają i w ogóle utrudnią...”

Ta zasada, generalnie biorąc, wydaje się słuszna, ale - tylko do pewnych granic. Z jednej strony wyznacza ją wiedza fachowców, niestety zbyt często niedostateczna i przesiąknięta rutyną. Po prostu mogą oni nie dostrzegać tego, co inni „z boku” widzą. Z drugiej zaś strony, nazwijmy to umownie, wyznacza ją interes publiczny. Wyznacza ją także szereg mechanizmów i podmiotów, znowu nazwijmy to również umownie, znajdujących się „po środku”. Do tych podmiotów znajdujących się po środku należą chyba też i „formalni laicy”, którzy wcale nie są laikami a czasami wiedzą znacznie więcej od „formalnych fachowców”. Oczywiście, to już na marginesie: jeśli ktoś, nawet bardzo zdolny, sądzi, że po przeczytaniu paru poradników na nieznany mu wcześniej temat, został już fachowcem - myli się raczej. Do tych, znajdujących się „po środku” można zaliczyć także autentycznych laików w danej sprawie, ale za to bardzo spostrzegawczych lub tylko przypadkowo - w danej sprawie - mających rację. Są to, a przynajmniej powinny być, rzeczy dość znane. Ba, ale jak je wyważyć? Jak też akademickie dysputy przenieść na grunt praktyki? Jak to wszystko zrobić, aby „nie namieszać”, chcąc pomóc - nie zaszkodzić, chcąc ukierunkować coś na przyszłość - nie wywołać postaw obronnych? Żebym to ja wiedział?

Zasada „nie kalania własnego gniazda” obejmuje, oczywiście, nie tylko zawody, ale także stanowiska pracy (jedno i wieloosobowe), działy w firmie itp., całe firmy, całą branżę a w pewnym sensie, cały naród. Widać to wyraźnie, gdy choć sami śmiejemy się nad sobą, to bardzo nie lubimy, gdy z nas się śmieją inne nacje, być może zresztą, że złośliwie przesadzają. To wszystko jest oczywiste. Oczywistym też jest pewne „skrzywienie zawodowe” i pewna „nadwrażliwość zawodowa”. Dotyczy to, w mniejszym lub większym stopniu wszystkich, którzy przejmują się swoją pracą, czasami jednak prowadzi do nieporozumień i zadrażnień, np. gdy chcąc dobrze rozpoznać jakieś zagadnienie, dociekamy różnych szczegółów, a tu zainteresowani, pomimo naszych wyjaśnień i zapewnień, mimo woli zaczynają podejrzewać, że ktoś im nie ufa.

Zasada „nie kalania własnego gniazda” w znacznym stopniu wiąże się z zasadą „nie wynoszenia na zewnątrz tego, co nie powinno się wynosić”. I tu zaczynają się problemy. Jeśli chodzi o tajemnice służbowe, handlowe i wszystkie takie, których znajomość pomogłaby konkurencji lub zaszkodziła firmie, to sprawa jest zupełnie oczywista. Podciągnął bym nawet pod to zwykłe głupie plotkarstwo lub niepotrzebne gadulstwo. Jeśli jednak owe „wyjście na zewnątrz” dokonane w odpowiedniej formie, nie zaszkodzi, a wprost przeciwnie - pomoże! To co wtedy? Padnie zaraz pytanie: komu pomoże, a komu nie pomoże, a może wręcz zaszkodzić? Oto jest pytanie! Weźmy dla przykładu: przecież w okresie PRL zdradzanie mechanizmów przystosowawczych firm do systemu, było powszechnie przez zainteresowanych uznane nie tylko za „kalanie własnego gniazda”, ale wręcz za naruszenie oczywistego tabu. Działanie tego tabu było tak silne, że nawet „swoi” potrafili w tych sprawach „trzymać język za zębami”, i władza, która zapewne miała całkiem dobre rozeznanie w sprawach pospolitych i politycznych, chyba najmniej się orientowała w rzeczywistym działaniu mechanizmów gospodarczych? Czy to było dobrze, czy źle? I znowu mamy, z kolei drugie już, „Oto jest pytanie!”. A może to nie prawda? Dajmy jednak „spokój” PRL, weźmy np. dzień dzisiejszy i „manewry” z fiskusem. Przecież nie wszyscy, co „manewrują”, czynią to ze złej woli, niskich pobudek, czy nawet z nadmiernie przez nowy ustrój rozbudzonego apetytu na pieniądze, z jednoczesną zasadniczą trudnością jego zaspokojenia w drodze normalnej, tj. w pełni rzetelne, moralne, zgodne z „łamańcami prawa” i etyczne postępowanie. To zresztą, nawet w dobie dzisiejszej, gdy powodów do „manewrowania” i „czarowania”: "wszyscy - wszystkich, razem - i z osobna, z góry - do dołu, z dołu - do góry, w pionie i poziomie, jest wielokrotnie mniej niż „ongiś” bywało, dotyczy bynajmniej nie tylko „manewrów” z fiskusem.

Idźmy dalej. Nie jest żadną publiczną tajemnicą, że choć nas trochę chwalą, to jednak zbyt nowoczesnego kapitalizmu bardzo ale to bardzo wiele firm wcale nie wdraża. Raczej to, co się wdraża, bardziej pasuje do pierwszej połowy dwudziestego wieku lub rozwiązań „latynoamerykańskich” , niż czasów na „Zachodzie” teraźniejszych. Psychologicznie jest to nawet uzasadnione. Nie sprawdziła się biurokracja planistyczna, to ją odrzucono razem z tym, co w planowaniu dobre. Nauczono się kiedyś, jak robić plany „pod władzę”, łatwo przyszła nauka jak robić biznesplany „pod banki”. Naopowiadano się kiedyś tak dużo o roli klasy robotniczej, to przyszła pora „przykręcić jej „nieco” śrubę”. Krępowały kiedyś „ręce” różne samorządy pracownicze, inna sprawa dość często niezbyt kompetentne, to teraz silniej odczuwamy ciągoty w kierunku autokratyzmu. Wszystko to są mechanizmy, z których, tak podziwiany, niemal uwielbiany w innych sprawach przez nas „Zachód”*, już wyrósł i jakby zmierza w zupełnie odwrotnym niż my kierunku, ba ale my (kto to jest: „my”), jak zwykle „samodzielni i samorządni”, wiemy swoje. Do tego dochodzą „kompetencje” (lub niekompetencje), normalne, zwykłe kompetencje, przede wszystkim organizacyjne, nie te partyjne i nie te z zasiedzenia lub siły bezwładu i przyzwyczajeń, ale zwykłe, najzwyklejsze fachowe kompetencje, jeśli ktoś chce mądrze (mądrze! Dla kogo?) w dzisiejszym świecie. Jak z tego wybrnąć, fachowo, nie krzykami, blokadami, strajkami, tylko rozumnym działaniem, które jednocześnie nie będzie kalaniem...? Żebym to ja wiedział! Może zresztą mylę się w ocenie sytuacji albo nazbyt uogólniam?
----------
*
Pisząc te słowa ponad pięć lat temu (na początku 2 000 roku) , nie w pełni zdawałem sobie jeszcze sprawę, że i na „Zachodzie”, pod wpływem trudności, też zaczęto już mocno „przykręcać śrubę”, niekoniecznie korzystną dla pracobiorców, podobnie jak to nieco wcześniej stało się w Japonii.
Anonimus
 
----------

Pisząc o „kalaniu”, próbach "naprawiania świata", wahaniach „konkretyzacyjnych”, powinienem z kolei przejść do problemu „znajomości istotnych szczegółów” przez tych, co usiłują naprawiać albo tych, co nie czują potrzeby naprawiania. Nie chcę zrazu zbyt dużo namieszać, więc ograniczę się jedynie - na razie - do ogólnikowej, zapewne mocno dyskusyjnej hipotezy: jeśli ktoś wyobraża sobie, że w średniej wielkości firmie przemysłowej, średnio skomplikowanej i przy pomocy sieci komputerowych tradycyjnie średnio zorganizowanej; jeśli więc w takiej firmie ktoś myśli, że jej szef pospołu z głównym księgowym (obaj, oboje, czy obie razem) znają wszystkie istotne szczegóły swej firmy i nad nimi panują, myli się nie tylko raczej ale nawet przeważnie mocno. Powiem więcej: nie tylko wszystkiego nie znają i nie tylko nad wszystkim nie panują, ale to jest wręcz niemożliwe, żeby znali i nad wszystkim panowali. Najwyżej, może się im wydawać, i być może wiele osób będzie w to autentycznie wierzyć. Powiem jeszcze więcej: przy bardzo sprawnym zorganizowaniu kanałów informacyjnych i dużej osobistej wszechstronnej wiedzy szefa i głównego księgowego, jest prawie niemożliwym, aby oni nie spostrzegli, jak mało wiedzą, jak wiele rzeczy „toczy się samo”, jak wiele toczy się w niezupełnie pożądanym przez nich kierunku, jak złożone są tego przyczyny, i jak „głębokich” trzeba zmian tradycyjnego zarządzania, aby chociaż „mniej więcej” wszyscy się dobrze rozumieli i faktycznie byli przekonani, że, we własnym interesie, dla firmy należy poświęcić, no, nie wszystkie swoje siły, bez przesady, ale istotną ich część. Zagalopowałem się. Chciałem jedynie zasygnalizować, jak trudno praktykowi wprost nazywać „rzeczy po imieniu” nawet wtedy, gdy „tak ogólnie”, ogólnoteoretycznie są one dość dobrze znane.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura
| Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przestańmy - na chwilę - traktować rzecz poważnie, i - dla odprężenia, w charakterze przerywnika, dającego jednak coś do myślenia - zajmijmy się literaturą przygodowo - pamiętnikarską, jeśli mogę tak nazwać piękną książkę Wiktora Ostrowskiego: Życie Wielkiej Rzeki. Czytelnik. Warszawa.1975). Wybrałem zabawny fragment , chyba w pełni oparty na autentycznej przygodzie. Rozpocznę od scenki:

„Powiedz, gringo, czy ja łżę... Ależ skąd! ...  Sam nawet takiego węża zabiłem. Takie miał kudły, że potem ostrzygłem skórę! Nie łżyj, gringo - wrzaśnięto od ogniska. Powoli opuściłem ręce i z urażoną godnością, ostrym tonem rzuciłem w kierunku siedzących: - Kto to powiedział? Niech powtórzy! A potem zwróciłem się do draba z rewolwerem: - Widzisz? Nie wierzą nam! Wygrałem partię, ręka wciskająca lufę pod żebra opadła. Jeszcze chwila i miękko klapnął spuszczony kurek. Wróciliśmy... pić mate."

Kąsek jest tak smakowity, że zupełnie, bez żadnych aluzji, no, prawie bez żadnych, przytoczę obszerne fragmenty, niemal sam podpowiadając ripostę tym, którym nie podobają się moje wywody:Łżesz, gringo”.

Czy Wąż Może Być Włochaty?

Nieproszeni nocni goście na wyspie - Niebezpieczeństwu trzeba wychodzić naprzeciw - Fantastyczne opowieści o fantastycznych wężach i popełniony przeze mnie błąd - Lufa rewolweru argumentem potwierdzającym istnienie włochatego węża.

Granica biegnie głównym nurtem rzeki. Naturalnie jest to czysta teoria, kto by tam na Alto Parana zwracał na to uwagę i przejmował się. Jednakże, zgodnie z literą prawa, nurt określa przynależność państwową wysp: te po prawej stronie są paragwajskie, po lewej argentyńskie. Ludziom rzecznym, do których i my już należymy, jest to całkowicie obojętne. I te, i tamte porasta las, i te, i tamte w czasie powodzi są tylko kępami drzew wznoszącymi się wprost z wody.
Przy wyborze miejsca na obozowisko kierujemy się jedynie wygodą, pięknem zakątka, własnym widzimisię. Nie przejmujemy się nawet złą sławą, jaką ponoć cieszą się niektóre wyspy paragwajskie.

Jesteśmy właśnie na jednej z nich. Wyspa, jak wyspa, duża zarośnięta lasem. Poziom rzeki niski, mamy więc kamienisto-piaszczystą plażę dochodzącą do wysokiego, stromego urwiska. Na górze nad nim - dżungla. Bezludzie. Do przeciwległego paragwajskiego brzegu około kilometra raczej spokojnej wody. Tam też nie widać śladu człowieka - selva. Bardzo nam się to miejsce spodobało. Licząc się jednak z możliwością nagłego wezbrania rzeki, na wszelki wypadek rozstawiliśmy namiot nad urwiskiem, w zaroślach. Znaleźliśmy coś w rodzaju małej polanki. Dla pewności kajak również zanieśliśmy nad urwisko, w krzaki. Przez gąszcz z wnętrza wyspy nikt się do nas nie przedrze, a od strony rzeki, od tego paragwajskiego brzegu, lepiej nie kłuć w oczy swoją obecnością. Na plaży zawsze łatwiej o suche patyki toteż tam rozpaliliśmy ognisko, szybko ugotowali i zjedli kolację, a potem, pozostawiając tylko, do rannego umycia, brudne naczynia, wspięliśmy się po usypisku do góry - spać.

Ale spać się nie da. Noc ciemna, bezksiężycowa, rozśpiewana cykadami. Rozebrani „do rosołu” leżymy w namiocie zabezpieczeni szczelną moskitierą, leniwie przerzucamy się zdaniami. Spokój. Dwaj Robinsonowie na bezludnej wyspie.
W dźwięczny śpiew cykad wślizgują się nagle inne dźwięki: coś zachlupotało, stuknęło, zabrzęczało żelastwo. Tuż-tuż pod urwiskiem, niemal u naszych stóp. Nasłuchujemy czujnie. Jakieś przyciszone głosy... Ktoś jest na wyspie!
Szybko wciągnęliśmy „strój podróżny”: piżamy, wysokie buty, i po cichu wyleźliśmy z namiotu. Z zachowaniem wszelkich środków ostrożności - rzut oka z wysokiego urwiska. W poświacie gwiazd majaczyła w dole duża łódź, z której wysiadali ludzie. Liczyłem: raz..., dwa..., cztery... osiem. Ośmiu znalazło się na brzegu, niedaleko wygaszonego ogniska i pozostawionych garnków.
Znosili coś ciężkiego, jakieś toboły, rozmawiając cicho. Błysnęła elektryczna latarka. Raz i drugi. O dziwo, w czarnej ścianie przeciwległego brzegu
odpowiedziało światełko. Łódź odbiła niemal bezszelestnie i roztopiła się w mroku. Na plaży, pod nami, pozostało pięciu przybyszów. ]

Zniknęły bez śladu resztki senności. Tego rodzaju nocna wizyta nie należy do przyjemnych. Życie na Górnej Paranie ma swoje nie pisane prawa i nakazy. Do podstawowych należy czujna nieufność, dopóki nie dowiesz się, kim jest spotkany. Mówiąc obrazowo: pilnuj własnych pleców. Nie byliśmy tak naiwni, by nocnych gości zaliczyć do grona spokojnych rybaków. Zniesione pod urwisko toboły z pewnością nie były sieciami. W świeżej pamięci mieliśmy opowiadanie o niedawnym napadzie rabunkowym na zagrodę nadbrzeżnego osadnika, o zbrodni i bezskutecznym pościgu za mordercami aż na paragwajską stronę.
Nas dwóch na ich pięciu, stosunek był niekorzystny. Na razie mieliśmy tę przewagę, że widzieliśmy ich, oni nas - nie. Ale w każdej chwili mogli natknąć się na pozostawione garnki, na prawdopodobnie jeszcze ciepły popiół...

Należało wykorzystać tymczasową przewagę, jak najszybciej wyjaśnić sytuację, wyjść jej na spotkanie. Parę zdań szeptem do ucha - i mamy gotowy plan. Przyjaciel pozostanie na górze, na skraju urwiska, uzbrojony w karabinek i ciężki rewolwer. Takie nie znane ewentualnemu przeciwnikowi ubezpieczenie. Z naładowanym pistoletem w prawej kieszeni kurtki od piżamy, zbiegłem, zsunąłem się na brzeg rzeki. Tak sobie z głupia frant zacząłem grzebać w wygasłym ognisku. Grzebałem lewą ręką, prawej nie wyjmowałem z kieszeni, palec wskazujący wzdłuż lufy pistoletu, środkowy na cynglu. Taki uchwyt broni pozwala na stosunkowo pewny, szybki i celny strzał.
Moje nagłe zjawienie się, było dla nieproszonych gości nie lada niespodzianką. Zapanowało długie, naprężone milczenie. Jak gdyby nigdy nic, pogwizdując wesoło, zbierałem rozrzucone garnki. Wreszcie od grupy oderwała się postać.
- Co robisz na tej wyspie?
Ostry ton i zwracanie się przez ty nie świadczyły o uprzejmości. Odpowiedziałem jednak spokojnie:
- Łowię ryby. I dodałem beztrosko: - a wy? Też rybacy?
Naiwne pytanie wywołało ogólną wesołość, podeszli inni.
- Jesteś tu sam?
- Nie. Jest nas kilku. Właśnie czekam na towarzyszy. Odpłynęli niedaleko, w górę rzeki. Zaraz wrócą.
- Nie bądź taki vivo! Nie łżyj. Nie ma nikogo.
Użyte w tym przypadku słówko vivo ma posmak lekceważenia, oznacza coś pośredniego między spryciarzem a macherem. Cóż miałem robić. Zacząłem się śmiać i wpadając w ich ton, zaproponowałem:
- Che, muchachos! Ej chłopcy! Może byśmy się napili mate? Macie yerbę? Ja nawet zapałek nie mam, zamokły...
Zaskoczeni niespodziewaną propozycją, trochę podreptali w miejscu, poszeptali, ale ostatecznie jeden poszedł do tobołów, poszperał, wrócił z
yerbą i potrzebnymi przyrządami. Na popiołach naszego ogniska rozpalono nowy ogieniek, w naszym imbryku nastawiono wodę. Czekając posiadali, przykucnęli dookoła. Naturalnie przyłączyłem się do towarzystwa, ale - stojąc, bardzo nonszalancko i beztrosko, z ręką w kieszeni. Stanąłem tak, by nie mieć nikogo za sobą, plecy wolałem mieć „wolne”.
Nie kleiła się rozmowa...

Bardzo mi się nie podobało rozglądanie się przybyszów dookoła. Widocznie nie wierząc mi, starali się rozwiązać zagadkę, skąd się wziął na bezludnej wyspie dziwny gringo w piżamie, z kupą garnków porzuconych na plaży. Gdy szeptali coś między sobą, zacząłem się obawiać, że zechcą przeszukać okolicę, że lada chwila któryś z nich może wspiąć się ma urwisko i ...
Zagorzała woda, zaparzono yerbę, naczyńko poszło w koło. Przyjmowałem je
lewą ręką, tak samo zwracałem po wypiciu. Mogłem przecież być mańkutem.
By zmienić temat i uniknąć natarczywych pytań, w pewnej chwili powiedziałem, że spotkałem yarara, że wąż nawet mnie uciął, ale uratowała cholewa buta.
- Właśnie tego buta...
Temat wężowy nad Wielką Rzeką jest zawsze aktualny. Wężów wszyscy się boją, węże są plagą, kursuje mnóstwo mrożących krew w żyłach opowieści o tych gadach. W tym wypadku moja historia również wzbudziła ogólne zainteresowanie. Posypały się pytania: jak wielki był wąż? Czy walczyłem z nim i czy zabiłem? Gdzie to się stało?
To właśnie poruszyło ich najbardziej: gdzie to się stało? Wąż naturalnie był „straszny”, rzucił się na mnie i ukąsił, rzucał się ponownie, ale uciekłem. Gdzie to się stało? Ano, właśnie tutaj, w tych krzakach, na urwisku nad nami!
Szpetnie blagowałem, to prawda, ale wskazując na zarośla, gdzie stał ukryty nasz namiot, mogłem teraz być prawie spokojny: nikt z nich po ciemku nie
odważy się wejść na urwisko. Wierzą, że tam czatuje yarara.
Moja opowieść o spotkaniu z wężem zapoczątkowała ożywioną rozmowę. Znikł ostry ton niedyskretnych pytań, wygładziła się nieufność, mate podawano mi w przepisowej kolejce. Czułem się prawie jak w gronie znajomych.
Malowniczo usadowione przy ognisku towarzystwo po prostu prześcigało się w opowiadaniu niesamowitych bajd o wężach. Było to wcale zabawne i stojąc nad nimi, nie tylko przysłuchiwałem się, ale też brałem udział w „towarzyskiej” rozmowie.
Temperatura podnosiła się, jad gadów uśmiercał w mgnieniu oka: „Nie zdążył krzyknąć i padł trupem”, jak na drożdżach rosły wymiary spotykanych wężów, a odwaga i zręczność walczących sięgała wyżyn bohaterstwa.
Jeden z przybyszów odmalował swoje spotkanie z gadem, który był według niego makabrycznym skrzyżowaniem węża koralowego z grzechotnikiem. Całe towarzystwo z zapartym tchem słuchało o potworze trzymetrowej ponoć długości, pokrytym biało-czerwono-czarną łuską, z ogonem zakończonym... grzechotką. Twierdził, że grzechotanie słychać było co najmniej na pół
kilometra. Jechał wtedy konno, a mijany potwór skoczył błyskawicznie do końskiej grzywy!
- Zdążyłem się uchylić. Tylko dlatego siedzę teraz z wami. Gad przeskoczył mnie, przeleciał nad koniem...
Popełniłem błąd. Zaprzeczyłem! Mając za sobą spore doświadczenie i studia nad tą południowoamerykańską plagą, tłumaczyłem niemożność krzyżowania się dwóch zupełnie odrębnych gatunków. Powiedziałem, że „skoki wężów” należy zaliczyć do kategorii bajek.
Moje bądź co bądź naukowe wywody spowodowały głuche milczenie. Wyczułem dezaprobatę. Po chwili ktoś inny złośliwie zapytał, czy ja, gringo, nigdy nie słyszałem o wężach kąsających ofiary jadowitym kłem umieszczonym... na końcu ogona? Bo on sam, własnoręcznie, po walce - tu dramatyczny jej opis - uwolnił ludzkość od takiego smoka. A gad zdążył już spustoszyć całą okolicę.
Po raz drugi popełniłem błąd: znowu zaprzeczyłem, znowu zacząłem tłumaczyć.
Proszę mnie dobrze zrozumieć, dlaczego nazywam to błędem: co innego poddać w wątpliwość, zakwestionować wiarygodność opowiadania w domu, przy kominku, a całkiem co innego - na wyspie, gdzieś na Górnej Paranie, podczas przypadkowego spotkania. Teraz już wiem, że tak robić nie wolno.
Gdy trzeci z kolei zaczął się chwalić swoją przygodą, oczy słuchaczy były wpatrzone... we mnie. Wyczekująco i nieprzychylnie. Muszę przyznać , że ostatnie opowiadanie przewyższało poprzednie o całą klasę. Jego autor był prawdziwym artystą. Jakże barwnie opisał swoje ocalenie, na grzbiecie pędzącego jak wiatr konia, i pościg za nim węża yarara. Naturalnie gad był długi na kilka metrów, a gruby „jak pień starego lapacho”. Najciekawsze jednak, że miał sierść... niczym tygrys!
Ów wąż pokryty futrem tak mnie zaskoczył, że zrobiłem najgłupszą rzecz na świecie - przynajmniej w tamtej sytuacji - roześmiałem się na cały głos. Wszyscy patrzyli na mnie. Śmiałem się tylko ja.
Bohater przygody podniósł się leniwym ruchem, przekroczył ognisko i stanął tuż przede mną. Zaczął mówić wolno, cedząc słowa, głosem parszywie słodziutkim, niemal pieszczotliwym, w którym drgały nutki hamowanej furii:

- Więc co? Więc yarara nie może mieć sierści?... Więc ja łżę?
Milczałem. Jeszcze pół kroku. Lekko pochylony, napięty, stał tak blisko, że prawie mnie dotykał. Czułem na twarzy jego gorący oddech, patrzyliśmy sobie w oczy.

- Pytam! Więc ja łżę?
Szybki ruch jego ręki i... poczułem na brzuchu ucisk lufy rewolweru.

- Gadaj, przeklęty gringo. Czy wąż może być włochaty? Tak czy nie!

Przy ognisku nikt się nie poruszył. Wszyscy jakby zastygli w oczekiwaniu.
Wiem, że najuczeńsze akademickie dyskusje można prowadzić w nieskończoność, bez ostatecznego uzgodnienia opinii. W naszym jednak wypadku bądź co bądź oryginalną rozbieżność zdań trzeba było rozstrzygnąć możliwie szybko. Zimny argument wciskany mi pod żebra miał swoją wagę. Ta gra nie była warta świeczki. Na pewno niewarta, choćby przeklęta yarara miała być włochata jak sam diabeł!

Tym razem nie zrobiłem błędu, nie strzeliłem. Błyskawicznie wyrwałem dłoń z kieszeni i... podniosłem wysoko obie ręce. Puste. Z szeroko rozcapierzonymi palcami. Zacząłem... śmiać się. Ryczałem jak opętany, nie mogąc się powstrzymać, aż łzy kręciły mi się w oczach. Najdziwniejsze to, że śmiałem się zupełnie szczerze. Sytuacja była zbyt idiotyczna. Oby tylko ukryty na górze przyjaciel, z karabinem, nie stracił zimnej krwi!
Stałem z podniesionymi rękoma. Lufa rewolweru wciąż uciskała brzuch.
- No, mów nareszcie! Czy ja łżę?
Teraz krzyknął. Wolałem stokrotnie krzyk od słodziutkiego cedzenia przez zęby. Mimo wszystko brzmiało w nim niezdecydowanie, moja reakcja widać zaskoczyła przeciwnika, nic już nie rozumiał.
- Ależ skąd! - wyksztusiłem przez śmiech. Oczywiście że yarara bywają włochate. Sam nawet takiego węża zabiłem. Takie miał kudły, że potem ostrzygłem skórę!
- Nie łżyj, gringo! - wrzaśnięto od ogniska.
Powoli opuściłem ręce i z urażoną godnością, ostrym tonem rzuciłem w kierunku siedzących:
- Kto to powiedział? Niech powtórzy!
A potem zwróciłem się do draba z rewolwerem:
- Widzisz? Nie wierzą nam!
Wygrałem partię, ręka wciskająca lufę pod żebra opadła. Jeszcze chwila i miękko klapnął spuszczony kurek. Wróciliśmy... pić mate.

Nie będę dalej opisywał tamtej nocy. Wypełniło ją opowiadanie najdziwniejszych historyjek. Nie protestowałem już, nie zaprzeczałem. Odwrotnie, potakiwałem i od czasu do czasu dorzucałem szczyptę soli. Już siedziałem przy ognisku. Zabawa była pierwszorzędna. Naturalnie nie dowiedziałem się, kim są ci ludzie i co sprowadziło ich na wyspę. Mnie również przestano pytać, kim jestem i gdzie ostatecznie podziewają się moi towarzysze. Prawo zwyczajowe nad Wielką Rzeką - dyskrecja - obowiązywało odtąd obie strony.
Zadymiła rzeka, podnosiła się gęsta przedświtowa mgła. Z daleka dobiegło ciche chlupotanie wioseł. Powstawali od ogniska. Mój niedoszły przeciwnik klepnął mnie po ramieniu i rzekł po prostu:
- Słuchaj no, gringo, teraz zmiataj. Nic tu po tobie, nie ma nic do oglądania. I wiesz... trzymaj język za zębami!...
Odchodząc pogwizdywałem wesoło, ale nie odwróciłem się ani razu. Nie warto zaspakajać ciekawości kosztem nawiązanych „dobrych stosunków”.
Gdy wdrapałem się na urwisko, przez mgłę przeświecało już słońce. Na plaży pusto. Ani ludzi, ani łodzi, ani tobołów. Odpłynęli dokądś. A że razem z nimi odpłynęły nasze garnki i ulubiony imbryk, to już smutny dowód, że nie wytrzymali do końca, nie pokazali klasy. Wicek powiedział mi potem, że widział, jak zabierają garnki, i wściekał się w duchu. Ale co miał robić? Poszedł spać. Gdy wróciłem, chrapał w namiocie.”

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura
| Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wracamy do rzeczywistości!

Jak opornych i odpornych przekonać chociaż do rzeczy, które powinny być już bezsporne (jak dla kogo), np. przekonać do nowoczesnego rachunku kosztów i rachunkowości zarządczej (controllingu)? Świadomie, tymczasowo odkładam „na bok” swoje fanaberie konkretyzacyjne, bo one faktycznie są mocno sporne (też jak dla kogo). Świadomie też, tymczasowo, odkładam „na bok” bardzo delikatną materię metod zarządzania sprawowanego przez naczelnych szefów, bo chcę mieć „czyste przedpole” do rozważań, „dlaczego księgowych, których roli i wiedzy nikt rozsądny nie neguje, tak trudno namówić do zmian unowocześniających, wręcz niezbędnych do prawidłowego zarządzania firmą.” (na marginesie: rachunkowość zarządcza - controlling, to nie tylko księgowość). Świadomie też nie tracę czasu na zbieranie danych, jaki jest procent tych odpornych, bo co mi to da, kiedy wokół widzę, że jest dużo (niekoniecznie z przyczyn nieuzasadnionych) i nie tylko ja, hobbysta, nie mogę sobie z tym poradzić.

Dlaczego przykład rozpoczynam od księgowości? To też chyba oczywiste: rachunkowość zarządcza (controllling) powinna być trzonem informacji w firmie, informacja fundamentem wiedzy a wiedza punktem wyjścia do mądrości, jak to bardzo ładnie i przekonywująco sformułowało wielu autorów, i chyba mają rację.
Czemu jednak, to co organizacyjnie i stosunkowo po niewielkich kosztach można było dopiąć w ciągu dwóch, góra trzech lat, po dziesięciu latach samodzielności nadal jest niemal w „powijakach”? W jakiejś szerszej skali nie potrafię na to odpowiedzieć. Mam zresztą za mało danych i kłopoty z ich zdobyciem. W wąskim wycinku branżowym sprawa jednak wydaje mi się dość oczywista, tylko jak ją przedstawić aby uniknąć pułapek „kalania własnego gniazda”, uniknąć dryfu w kierunku rozpamiętywania przeszłości (niezbędna analiza jest jednak konieczna) a wszystko ukierunkować na przyszłość. Przecież to, co ja chcę powiedzieć, sporo ludzi mniej więcej wie, i co? - i kończy się zazwyczaj na „luźnej” pogawędce .
Przecież nawet najbardziej „starej daty” główny księgowy nie powie już, że nie chce nowego w księgowości (faktycznie może chcieć, a nie móc), tylko, że nie ma na to etatów, środków, czasu itp. Musi zatem, w pierwszej kolejności robić to, z czego go rozliczają, a rozlicza go fiskus, biegły, obowiązujące zasady itd. itp. Wszystko zatem co może robić dodatkowo, poza tym co musi z przyczyn zewnętrznych, to rozbudować „rozrachunki”, bowiem z uwagi na „zatory” płatnicze, wszyscy, poczynając od naczelnego szefa, go tu rozumieją i doceniają potrzebę. Natomiast z resztą...?

Naczelny szef „odpornej” firmy, nagabywany w sprawie, odpowie zazwyczaj: „Etatów dla księgowości nie zwiększam, bo nie mam pieniędzy. Pieniędzy mało a potrzeb dużo”.
Jeśli to jest, a przeważnie jest szef wcale nie taki zacofany, jak się pozornie, na „pierwszy rzut oka” może wydawać, i potrafimy skłonić go do szczerości, to zapewne doda: „pieniądze bym znalazł, gdybym był przekonany o efektach. Przekonany nie jestem”.
Gdy nie zadowolimy się taką odpowiedzią, i nadal będziemy „drążyć” : przecież są także młodzi, nowocześnie wykształceni, są firmy konsultingowe, to albo znowu otrzymamy grzecznościową odpowiedź: robimy co możemy, na więcej firmy nie stać, albo odpowiedź bardziej szczerą, której nie chcę powtarzać. Czy ta szczera odpowiedź jest zawsze obiektywnie błędna, wynikająca z niewiedzy? Wcale nie byłbym tego taki pewny. Procentowo biorąc, bynajmniej nie tak rzadko spotykałem się z przypadkami, że ktoś, nie umiejący posłużyć się komputerem, liczący „na piechotę”, lepiej potrafił kalkulować niż drugi, nowoczesny, pewny siebie, czarujący nowoczesnym sprzętem i oprogramowaniem. Oczywiście, ten pierwszy powinien wreszcie nauczyć posługiwać się komputerem i odpowiednim oprogramowaniem, to bardzo by mu pomogło, i wcale nie jest specjalnie trudne, ale to zupełnie inna sprawa. Tak samo, jak i temu drugiemu, wcale by nie zaszkodziło, gdyby więcej umiał niż to, co wyniósł ze studiów i krótkiej albo nawet i długiej, ale „powierzchownej” względnie jednostronnej praktyki.

Czy to jest sytuacja patowa? Bynajmniej! Obawiam się jednak, że bez konkretyzacji się nie obejdzie, jeśli nie chcemy nadal powtarzać „błędów i wypaczeń”, tym razem w kapitalizmie, a czy diagnoza i terapia musi wyjść na szersze forum, to też zupełnie inna sprawa!

W następnym odcinku: Czy jeszcze raz powrócić do tematu „Prawdy i nieprawdy o statystyce”.
Dnia 8 marca 2000 r
.
Anonimus
P.S. Proszę się nie śmiać, z tych „włochatych” węży. Jedni widzą „włochate” węże, inni UFO, jeszcze inni – jeszcze coś innego. Ja też dużo widziałem. Zmieniłem też pierwotny tekst. Może to pod wpływem „daty” - i jutro będę żałował?
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura
| Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Odcinek 2. Prawdy i nieprawdy o statystyce

O statystyce krąży sporo dowcipów, ot w rodzaju:
- co wynika z średniej, gdy jedną nogę włożymy do wrzątku a drugą do lodowatej wody?
- jak w sprawozdaniach rozmnożyły się świnie (to już z okresu PRL), i co dalej z tego wynikło?
- albo, co było przyczyną fenomenalnego przyrostu naturalnego w jakiejś tam miejscowości? Już przyjechali eksperci, licząc przynajmniej na doktoraty..., i odjechali zawiedzeni: to tylko remont oddziału położniczego w sąsiedniej miejscowości (powiecie, województwie).

Oczywiście, są to dowcipy uproszczone, domyślne sytuacyjnie a biorą się po prostu z tego, że „ludzie widzą i uczestniczą” choć zapewne zazwyczaj specjalnie się nie zastanawiają, kto tu zawinił i czy w ogóle zawinił. Nie zastanawiają się, bo wiedzą, że statystykę tworzy się z dokumentów, dokumenty tworzą ludzie, ludzie tworzą dokumenty tak jak tworzą, a kto o tym nie wie - jego sprawa: siła „wyższa”, można się najwyżej pośmiać. Naturalnie, zapamiętujemy i śmiejemy się z sytuacji paradoksalnych, powtarzamy je, powielamy, czasami przesadzamy, koloryzujemy itp., bo przecież nie będziemy się śmiać z tego, co szare i nudne.

Czy jednak sprawa nie jest poważna w warunkach, gdy jakiś ekspert od czegoś, skazany w praktyce na niemal wyłączne posługiwanie się nawet nie zestawieniami odpowiednich dokumentów, tylko, z miejsca, już ich pewnym przetworzeniem, wynikami księgowania albo wręcz sprawozdaniami, bilansami i statystyką, tworzy projekt poprawny formalnie ale zupełnie błędny, gdyby dokładnie wszystko przeanalizować, zanadto nie ufając oficjalnym danym albo ich interpretacji? Czy na pewno istniejące procedury zapewniają pełną obiektywność tych księgowań, sprawozdań, bilansów, statystyki a w dalszej kolejności wyliczeń całej masy relacji i wskaźników ekonomicznych, finansowych itp. ? Czy naprawdę te wszystkie wyliczenia oparte na statystyce, sprawozdaniach, bilansach, księgowości itp., przeprowadzone formalnie w pełni poprawnie - zgodnie z zasadami sztuki, nie mogą całkiem często wprowadzić w przysłowiowe „maliny”? Powiedzmy to inaczej, czy naprawdę, poza przypadkami fałszerstw i świadomych „przekrętów” cała reszta, jeśli nawet nie zawsze i nie wszędzie, to jednak z reguły „gra”? Jeszcze inaczej: czy naprawdę rzeczywistość przedstawiana na papierze jest w normalnych przeciętnych warunkach przedsiębiorstwa przemysłowego w pełni zgodna z rzeczywistością rzeczywistą, z wszystkimi jej niuansami, uproszczeniami, komplikacjami, możliwościami „przelania” wszystkiego „na papier”, różnym widzeniem rzeczy itp. itd.? Co tu dużo mówić. Każdy kto się na tym naprawdę zna, wie jak jest, i wie ile trzeba własnej niepisanej wiedzy i rozumu, żeby nad tym panować, a przynajmniej próbować panować lub myśleć, że się panuje!
Zmierzam powoli do tego, że z tych niepisanych zasad, z tej niepisanej wiedzy i z tego niepisanego rozumu, którymi posługują się na co dzień tysiące a nawet miliony osób, należy przynajmniej próbować stworzyć rozwiązania systemowe, które potrafią weryfikować tradycyjną dość naiwną wiarę w pełną obiektywność a nawet wiarygodność dokumentacji , bo.....”księgowość, procedury, metoda bilansowa, kontrole, biegli itd. itp.”.

Czy takich rozwiązań systemowych jeszcze nie ma? Są, i to już od bardzo dawna! Rzecz w tym, że posługują się nimi w sposób nie konwencjonalny różne organy kontrolne, specjalne, gdy chcą kogoś na czymś przyłapać, udowodnić jakąś fikcję będącą naruszeniem prawa itp. Z przyczyn oczywistych o tych „nie konwencjonalnych metodach i technikach kontroli” zbyt dużo się nie mówi, i mimowolnie kojarzą się one z wykrywaniem przestępstw albo nawet drobnych wykroczeń. Zazwyczaj też nie kojarzą się one z tym, że na zasadzie konfrontacji różnych danych, popartej dalszą analizą, możemy interdyscyplinarnie (jeśli umiemy) analizować ich prawdziwość, obiektywność, dobór właściwych metod ewidencji, dobór mierników, oceniać trafność interpretacji, trafność analiz, projektów, oceniać istniejące trendy, wykrywać negatywne dostosowywanie się itp. itd.

Są także i inne, bardziej proste przyczyny deformacji. Weźmy dla przykładu choćby tylko dość powszechną deformację rachunku kosztów i wyników w przedsiębiorstwie przemysłowym, w podziale na poszczególny asortymenty. Przecież nawet w rachunkowości zarządczej występują tu elementy umowne, wcale niekoniecznie trafnie dobrane. A w rachunkowości tradycyjnej choć komputerowej: szkoda w ogóle słów. A przecież wszystko formalnie jest w porządku. Sprawa firmy. Żaden biegły, jeśli nawet będzie się na tym znał, nie ma obowiązku się w to wtrącać. Nawet, z punktu widzenia jego własnych interesów, byłoby nierozsądne, gdyby zleceniodawcy mówił rzeczy nieprzyjemne, których mówić nie musi. Tym bardziej doradca. Dobrze, jeśli ktoś o tym wie i nie traktuje tych danych na serio, tylko sam przelicza. Czy wszyscy, formalnie kompetentni, wiedzą?

Czy poszukiwanie takich niekonwencjonalnych rozwiązań w normalnej sytuacji gospodarczej ma sens? Oczywiście, w bardzo małej firmie o prostej działalności, gdy kierujący nią sam wszystko widzi i rozumie, takie metody nie mają sensu żadnego albo niewielki. Chyba, że chcemy przeanalizować konkurencję? Dalej, gdy firma jest duża a działalność złożona - chyba nie muszę rozwijać.

Kiedy jednak konkretnie trzeba szukać systemowych rozwiązań, a kiedy wystarczy, że każdy, kiedy trzeba, sam wie „co i jak”? Żeby na to odpowiedzieć, trzeba najpierw uściślić, kto to jest „każdy”, i co on naprawdę wie, i co inni, z tym, co on wie, robią i co na ten temat wiedzą?

Czy ta „niekonwencjonalna” wiedza ma jednak istotne znaczenie dla normalnej pracy? Przypuszczam, że bardzo wiele osób wcale nie trzeba nic na ten temat przekonywać: sami wiedzą. A co do celowości rozwiązań systemowych, elastycznych oczywiście i rozumnie stosowanych w sprawach, co się „samemu wie” przytoczę kilka przykładów - metodą kolejnych podstawień, stopniowo i przybliżeń, zaczynając od czasów odległych i odległych branż a kończąc na dniu dzisiejszym i perspektywach. To nie jest jeszcze ani konkretyzacja ani tym bardziej zapowiedziana na stronie głównej analityka. Tylko przygotowuję „grunt”! Ja sam dalej mam „mnóstwo” wątpliwości.
Na swoje usprawiedliwienie „nie pełnej wiary” w tradycyjne, sprawdzone i powszechnie (czy naprawdę?) akceptowane metody mogę powiedzieć jedynie:


Świat się zmienia i nasze wyobrażenia o nim. Nikt nie ma patentu ani na „nieomylność”, ani na „mylenie się”.

Zaczynamy

Tytuł Prawdy i nieprawdy o statystyce zaczerpnięty został z bardzo popularnego tygodnika społeczno-politycznego, który dawno temu, w okresie PRL, przeprowadził i opublikował rozmowę z kimś bardzo znanym i cenionym, jak to właściwie jest z tą statystyką? Nie pamiętam już dokładnie treści, w końcu minęło tyle lat, ale rozwinięcie pytań sprowadzało się mniej więcej do tego, że opinia publiczna nie tylko już „dowcipkuje” na temat statystyki ale wręcz zarzuca jej kłamstwa. Nie pamiętam też dokładnie odpowiedzi, ale chyba również nie przekręcam ich sensu, gdy powiem, że skoncentrowały się głównie na:

1. Statystycy nie odpowiadają za to, co użytkownicy statystyki z nią wyprawiają.
2. Nie było żadnych
świadomych „przekrętów” w statystyce.
3. Dane meldunkowe mogły być niezupełnie ścisłe (w granicach dopuszczalnego błędu szacunków), ale dane sprawozdań ostatecznych, opartych na bilansach księgowości, były w pełni
wiarygodne.

W następnym odcinku - trochę przybliżeń na te i pokrewne tematy.

Dnia 16 marca 2000 r.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura
| Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Odcinek 3. Prawdy i nieprawdy o statystyce - dalszy ciąg

Przykład oparty został na budownictwie (głównie budownictwie). Dlaczego akurat na budownictwie? Ja go zapamiętałem, bo znałem się na tym, a wybrałem teraz, bo po prostu pasuje mi do rozpoczęcia konkretnej analizy od odległych spraw i „nie swojej” branży. Dlaczego wybrała Redakcja? - nie wiem. Kto miał wtedy rację w sporze o wiarygodność statystyki? Opinia publiczna widziała zapewne dość masowe zjawisko oddawania do użytku obiektów niezupełnie ukończonych, czasami niedotrzymywanie kolejnych terminów, sporo osób przez długie lata czekało na mieszkania, i gdy czytało w prasie, jak dużo się buduje, mogło trochę „marudzić”, także na statystykę (swoją drogą dzisiaj buduje się znacznie mniej, ale to już inna sprawa). Za opinią publiczną przemawiało to, że widziała „na własne oczy” i nie interesowało jej jak jest „na papierze”, tylko jak jest w rzeczywistości. Przeciw tej, umownie nazwanej opinii publicznej przemawiały znane skądinąd zjawiska, jak to, że z tym widzeniem „na własne oczy” różnie bywa, a ponadto bardzo łatwo o uogólniającą przesadę.

Argumenty statystyki (i księgowości) są znane. Wiem, że wielu przedstawicieli tych zawodów trochę się orientowało, jak jest naprawdę, orientowało się „prywatnie”, służbowo się nie orientowali, nie musieli i nie chcieli. To nie były przyczyny polityczne, raczej biurokratyczne, chyba że ten typ biurokracji gospodarczej uznamy za polityczny.

Ja znałem tylko wycinek, dość dobrze, z różnych punktów widzenia, ale zawsze tylko wycinek. Znałem również metody analizy konfrontacyjnej rzekomo wiarygodnych danych pod kątem, czy jedna wiarygodność nie koliduje z drugą wiarygodnością, albo, czy one wręcz wzajemnie się nie wykluczają (nie ja metodę wymyśliłem), ale temat był tabu i tak „za bardzo” oraz otwarcie nie mogłem wymieniać doświadczeń, a tym samym w pełni, wszechstronnie metodę sprawdzić i dopracować. Kto więcej konkretnie się tym interesował, pod jakim kątem i w jakich celach? Zapewne dużo osób, zmuszało wręcz do tego „życie wskaźnikowe” charakterystyczne dla gospodarki planowej realnego socjalizmu , ale to naprawdę było mocne tabu, tabu „oddolne” i trudno było obiektywnie ocenić, kto co wie i co robi. Ja, przynajmniej w tych sprawach, byłem w „dość szczęśliwym położeniu”, jeśli tak to można nazwać, bo wiele osób, różnych zawodów, z własnej nie przymuszonej woli, nie afiszując się tym zbytnio, sporo mnie naprowadziło i pomogło analizować stan faktyczny.  Co konkretnie wiedziała „góra” na temat oddolnych mechanizmów dostosowawczych, w tym i do „statystyki” (statystykę ująłem w cudzysłowie ponieważ poza GUS-sowską istniała także branżowa, oraz tzw. „radosna twórczość”. Przeciętnej ofierze było „wszystko jedno” jak to zwał)? Sądząc z oficjalnych publikacji - chyba wiedziała mało. Nawet nie sądzę aby była w stanie wszystkiego czytać: brakowało etatów „czytaczy” – zalew papierów był ogromny. Sądząc z poufnych informacji gospodarczych sporządzanych przez Urzędy Statystyczne dla odpowiednich władz (niestety: tylko kilkanaście z nich miałem możliwość przeczytania): chyba wiedziała niewiele więcej. Z rozmów kuluarowych na różnych kursach dochodziłem do wniosku, że teoretycy się nie orientują (albo świetnie maskują). Podobnie wyglądało, że jest z wyższymi sferami władzy. A ostrożnie sondowani nieznajomi uczestniczy szkolenia, koledzy „po fachu”? - wyglądało na to, że sporo wiedzą, tylko za bardzo nie mają ochoty na te tematy rozmawiać.

Dość osobistych wspomnień. Jeszcze tylko jedna uwaga do treści artykułu „Prawdy i nieprawdy o statystyce”: jeśli dobrze zapamiętałem kontekst wypowiedzi - chyba nie było zarzutów, że GUS przekręca dane albo nimi manipuluje, tylko że, najzwyczajniej w świecie, nie panuje nad tym, co mu w sprawozdaniach podają. To, wg mnie, było zresztą zupełnie oczywiste: GUS nie miał powodów, żeby coś tam kręcić. Wg mnie, nie miał też i możliwości pełnego panowania nad materiałem. Chyba nikt nie miał!

Metody konfrontacyjne sprawdzające wiarygodność

W budownictwie, tamtego okresu, podstawowa metoda narzucała się niemal sama:
- wybiórczo i fachowo porównywać „wiarygodną” produkcję z „wiarygodnymi” kosztami.

Nawet kompletny laik wie, że nie można budować z niczego: muszą w kosztach występować materiały, musi w kosztach występować robocizna i sprzęt. Jeśli zatem z „wiarygodnych” dokumentów wynika, że pobudowano z „niczego”, to albo jest nieprawdą, że z niczego, albo nieprawdą, że pobudowano, albo jedno i drugie (przeciwieństwo - logika). Fachowiec wie dokładnie, jakie to muszą być materiały, jaka robocizna, jaki sprzęt. Oczywiste pomyłki w dekretacji dokumentów lub przypadkowe inne zniekształcenia się zdarzają, można je wyeliminować, aby nie zaciemniały obrazu. Tak samo, w analizie nie wolno „bawić się” w „groszową” dokładność. Szkoda czasu! Sprawdzamy jedynie, czy nie zachodzi jakaś zasadnicza technologiczna rozbieżność pomiędzy tym, co zaliczono do produkcji, a tym, co zaliczono do kosztów. Powtarzam: zasadnicza rozbieżność! Zwykłe pomyłki i niedokładności - ludzka rzecz. One nie są istotne dla analizy szukającej systemowych przyczyn i rozwiązań.

Wybór metod analizy - aby nie na „oślep”, nie zrobić z tego jeszcze jednej biurokracji, nie napracować się zbyt wiele nad rutyną, a jednocześnie maksymalnie wygospodarować czas na myślenie - też narzucał się niemal sam: kolejne podstawienia, od ogółu do szczegółów, poczynając od poziomu kosztów rutynowo opracowywanych przez księgowość, a kończąc na wnikliwej analizie rzeczowej - techniczno - technologiczno - ekonomicznej. Odpowiednich zestawień, sporządzanych dla innych celów, było zresztą w przedsiębiorstwach niemal „w bród”. Wystarczyło trochę inwencji, kwalifikacji, chęci, czasu i braku przeszkód, aby, co trzeba, trochę inaczej zestawić, przetworzyć, dopracować, a w końcowej fazie, już w pełnym zespole interdyscyplinarnym, kompleksowo ocenić.
Wszystko, co mógłbym dalej na ten temat napisać, dla kogoś nie znającego tych zagadnień, byłoby nudne, trudne i pełne branżowego „żargonu”. Sądzę też, że dla przedstawienia istoty metody konfrontacyjnej, napisałem w tym przypadku wystarczająco dużo, i dalsze szczegóły są zbyteczne.

Dalsze przykłady, też z budownictwa ale nie na kanwie opublikowanej rozmowy

Przykład drugi. Bilans czasu pracy budowlańców

Nawet chyba nie muszę specjalnie przekonywać, że oficjalny bilans czasu pracy budowlańców zatrudnionych bezpośrednio w produkcji, wynikający z dokumentacji płacowej, a dalej przyjęty do sprawozdań i statystyki, był dość gruntownie nieprawdziwy.
Z jednej strony nie wykazywano masowych godzin nadliczbowych pracowników zatrudnionych w akordzie (około 95 % robotników). Nazywało się to „elegancko” tzw. „przedłużoną zmianą”. Z drugiej strony nie wykazywano oficjalnie, mniej masowych ale też bardzo istotnych przerw w pracy, tzw. „ukrytych przestojów”, bynajmniej nie zawinionych przez robotników. Nie wykazywano z bardzo prostej przyczyny: pokazanie prawdy, ile godzin w okresach „szturmowszczyzny” robotnicy pracowali, przyprawiłoby ich „papierowych” obrońców chyba o atak histerii. Kto chciał ryzykować tak ciężkie powikłania? Więc płacono inaczej, i jakoś, mniej więcej, wszyscy zainteresowani się rozumieli. Kto też chciał ryzykować albo co najmniej ciągle tłumaczyć się za przestoje? Proszę mnie źle nie zrozumieć: inaczej podchodzimy do wyjaśnień przed tym, kto się zna, a zupełnie inaczej przed kimś „z zewnątrz”, który wyznaje zasadę: „
nie wiem wprawdzie, o co chodzi, ale jak ich będę nękał, to zawsze coś zrobią” (niestety, autentyczne, żaden dowcip). Więc „coś” robili.

Czy były tu metody „technologicznego” sprawdzenia, z dokumentacji, metodą konfrontacyjną, bez fotografii dnia roboczego, bez nalotów kontrolnych: czy w nocy przypadkiem ktoś nie pracuje - bez zezwolenia i limitu ? Po co mam naprowadzać, kogo się nie powinno?

Czy wiarygodna księgowość była tu w pełni wiarygodna? W samej technice wyliczenia należności pracowników, rozliczenia tych należności, zaksięgowania, sporządzenia sprawozdań i bilansu, to jest w zakresie tego wszystkiego, za co księgowość odpowiada bezpośrednio - na pewno tak: była w pełni wiarygodna. Natomiast jeśli ktoś wpadł na pomysł rozszerzenia tej wiarygodności (wnioskowanie pośrednie) na wszystkie fakty zawarte w dokumentach przyjętych i sprawdzonych przez tą księgowość, i tam sobie coś wyliczał, np. wartość produkcji na godzinę pracy, ile tej produkcji byłoby więcej, gdyby czas wolny w tygodniu byłby o godzinę dłuższy, itp., to co można powiedzieć? Czy to były sprawy marginalne, nie warte zastanowienia się?

Na marginesie: jeśli już w ogóle, w tamtym czasie, mówiono o produkcji i wydajności pracy, liczonej jako wartość produkcji przypadająca na jednego pracownika, i wyprowadzano z tego przeróżne relacje, między innymi o opłaceniu przyrostu wydajności pracy przyrostem średniej płacy, to najpierw należało sobie metodologię porządnie przeanalizować, ale to oczywiście uwaga wychodząca poza budownictwo i GUS. Wręcz humorystycznych zniekształceń było sporo, a już samo podejście metodologiczne budziło zasadnicze wątpliwości, przynajmniej u tych, co znali szczegóły.

Przykład trzeci, też bardzo stare dzieje i budownictwo
Transport własny

Odpowiednia konfrontacja danych z obrotu materiałowego, z danymi transportu obsługującego ten obrót, dowodziła zazwyczaj, że transport wozi znacznie więcej niż fizycznie jest to możliwe, oczywiście po uwzględnieniu odpowiednich współczynników na tzw. „transport łamany”. Jedne i drugie dokumenty w jakiś tam sposób przechodziły przez wiarygodną księgowość.

Obrót towarowy, to na pewno jednostki naturalne, gdzie wszystko jest skrupulatnie liczone i sprawdzane, i zazwyczaj się zgadza, jeśli tam coś nie wyniknie, natomiast porównanie w transporcie - to waga (kilometry zostawiam w spokoju) i ładowność pojazdu oraz zasady płacenia za przewóz, a zasady płacenia za przewóz wcale nie zawsze muszą uwzględniać rzeczywistej wagi ładunku ani nawet w ogóle jego wagi. Zarówno przewoźnik w liście przewozowym i tym podobnym dokumencie, mógł wpisać wagę byle jaką (najczęściej ładowność), wiedząc, że to akurat w tym wypadku nie ma merytorycznego znaczenia na sposób zapłaty, albo, jeśli nawet ma, jest to czymś tam uzasadnione; tak samo mógł potraktować sprawę potwierdzający wykonanie usługi. Dalszych niuansów nie chcę rozwijać. W każdym razie, z absolutnie wiarygodnej informacji księgowej, że faktury za transport wyniosły tyle i tyle (stwierdzenie bezpośrednie), w żadnym wypadku nie można było bezkrytycznie przyjąć, że transport przewiózł tyle ton ładunków, ile wynikało z listów przewozowych stanowiących załączniki do tych faktur (wnioskowanie pośrednie).

Czy z tego wynika, że korzystający z transportu obcego lub własnego nie powinien zestawiać danych o przewiezionym tonażu (w dalszym ciągu świadomie pomijam kilometry i tonokilometry dla uproszczenia przykładu) i wyliczać chociażby współczynnika wykorzystania ładowności? Może i powinien, ale skoro już to robił, to powinien robić dobrze, a nie tylko dla wyprodukowania stert papieru. Powinien zatem po prostu dobrze znać się na tym, co robi i po co to robi, myśleć nad tym, co robi, a nie przemienić się w jeszcze jednego biurokratę, który tylko perfekcyjnie przepisuje jakieś dokumenty, zestawia, sumuje, dzieli i mnoży. Przepraszam za złośliwość. Najczęściej, to nie szeregowy pracownik był winien: kazali mu, to robił. Myślenie nie należało do jego obowiązków. Za myślenie mu nie płacili, raczej częściej mogli ukarać (Dodać mu roboty. Przestanie myśleć!  Zapożyczone z wojska).
Oczywiście, do tego przykładu „transportowego” zupełnie inaczej podejdzie przewoźnik. On pilnuje własnych interesów. Gdy mu kiedyś udowodniono, że jednak trochę przeholowano z dopisywaniem, on natychmiast udowodnił, że drogi dojazdowe, place składowe i coś tam jeszcze, nie były w takim stanie, w jakim być powinny, i trzeba było „pójść na kompromis”, bez wciągania w to „wysokiej zwierzchności”.

Podsumowanie odcinka

1. Niestety, z tego co ja znałem, wygląda na to, że rację miała jednak opinia publiczna, choć to nie GUS „kłamał”, raczej sam się nie orientował w rozmiarach masowej dezinformacji, nawet nie zamierzonej, nawet specjalnie politycznie nie ukierunkowanej na propagandę sukcesu, tylko zwyczajnie „samonapędowej”, spowodowanej wadami zarządzania.
Dane sprawozdawczo - meldunkowe były „retuszowane”. Nie za bardzo, z umiarem, w granicach rozsądku. Nikt niepowołany nie musiał o tym wiedzieć. Nie było zresztą innego wyjścia (chyba, żeby się zmieniły metody zarządzania). Po prostu
biurokracja gospodarcza by „rozniosła” przedsiębiorstwa zbyt uczciwe i otwarte.

2. Centralny system planowania, jeśli by chciał choć „z grubsza” panować nad sytuacją i wiarygodnością spływającej informacji, powinien trochę wysiłku włożyć w analizy metodami konfrontacyjnymi. Pomogłoby mu to przynajmniej lepiej rozumieć gospodarkę i jej mechanizmy. Wątpię, czy informacje spływające z różnych źródeł, były na tyle kompetentne, żeby wszystko obiektywnie oceniać. Dowody były namacalne. Nie wolno było bezkrytycznie stosować „zachodnich technik weryfikacji danych”, bo mieliśmy zupełnie odmienny system zarządzania : „...jeśli tradycyjne metody badań ekonomicznych, szczególnie oceny materiałów źródłowych wystarczają w gospodarce rynkowej, gdyż żaden producent lub handlowiec, będący przy zdrowych zmysłach, nie wpadnie na pomysł oszukiwania samego siebie, bo poszedłby z przysłowiowymi torbami, to u nas, niestety, zwyczaj wzajemnego czarowania i gry pozorów, stał się tak powszechny i indywidualnie opłacalny, tak że nie można dalej od niego abstrahować."

3. Centralny system planowania i zarządzania przedsiębiorstwami budowlanymi (znajdowały się w kilku resortach) działał w dwóch rozbieżnych kierunkach
    - Pierwszy, ukierunkowany na terminowe przekazywanie obiektów (bardzo istotne systemy premiowania kierownictwa), skłaniał do koncentracji robót, skracania cykli produkcyjnych, działał korzystnie na koszty, na pewno był korzystny dla inwestorów, i - jeśli to nie były „chybione inwestycje”, był korzystny dla całej gospodarki.
    - Drugi,
oparty na planowaniu wartościowym, przeróżnych wskaźnikach ekonomicznych i systemach rozliczania funduszu płac (w tym systemach premiowania), zapewne wbrew intencjom autorów skłaniał do dekoncentracji robót (bardzo korzystne - dla wskaźników - roboty stanu zerowego i surowego a wybitnie niekorzystne wykończeniowego. Problem nie tylko w technologii ale i w możliwościach „retuszowania” danych pod wskaźniki), zwiększał koszty, wydłużał cykle budowy, zmuszał do „szarpaniny organizacyjnej” aby jakoś pogodzić sprzeczne tendencje, wbrew intencjom wykonawców wymuszał szukanie rozwiązań droższych, wymuszał też „retuszowanie”, gdy przedsiębiorstwo, przypierane „do muru” nie mogło już inaczej.

3. Twórcy pomysłu z produkcją dodaną (czystą) oraz rozliczania funduszu płac wg „jakiś” tam formuł związanych z tą produkcją, mieli bardzo dobre intencje, nie wzięli jedynie pod uwagę „drobiazgu”, że: retuszowanie „w gruzy” obali ich intencje, przynajmniej pod kątem rozliczania funduszu płac.

4. System centralnego planowania, a jednocześnie powołane w połowie lat sześćdziesiątych służby ekonomiczne, nie wykorzystały swej wielkiej szansy usprawnienia systemu. Nie mnie oceniać, dobrze to w końcu czy źle się skończyło (jak dla kogo), lecz po przykrych nauczkach z początku lat siedemdziesiątych, a później przełomu lat 70/80 była już chyba najwyższa pora zrozumieć, że albo „żywioł” gospodarki zdecentralizowanej - rynkowej, z jakimiś tam elementami sterowania centralnego, albo nadal planowanie i zarządzanie centralne, z dużymi elementami decentralizacji i rynku, ale planowanie i zarządzanie centralne mądre, mniej zbiurokratyzowane, oparte na mniejszej ilościowo, ale za to bardziej fachowej informacji gospodarczej, nie wycinkowej, każdy swoje, nie „na okrągło” (nie znam się, ale wiem jak pisać), ale rzetelnej, kompleksowej, słowem fachowej. Czy to przekraczało „ludzkie możliwości”?
Niestety. Albo i dobrze!

5. Wiarygodność zarówno statystyki jak i księgowości. Współcześnie. Oczywiście, one są wiarygodne, to jest niemal bezsporne, ale tylko do pewnych granic, głównie formalnych granic, i do pewnych spraw, spraw dających się jednoznacznie zmierzyć, zważyć, ocenić. Niestety, w życiu gospodarczym nie ma tak dobrze! Wcale wszystko nie jest jednoznaczne, wcale nie jest łatwe do obiektywnego pomiaru i oceny a jeszcze w dodatku, ci ludzie, „cholerni” ludzie mają pomysły, różne pomysły.
Dnia 30 marca 2000 r.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura
| Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Odcinek 4. Wskaźników czar

Wskaźniki? - dobra rzecz. Pod warunkiem, że są prawdziwe!

Ta prosta prawda dotyczy każdego ustroju, każdych warunków. Dotyczy także i czasów dzisiejszych, nie tylko „brzydkiego” socjalizmu, choć gwoli prawdy w krajach demokratycznych o wiele jest mniej powodów i możliwości do różnego retuszowania i manipulowania. Dotyczy także, a może jeszcze bardziej, problemów makro a nie tylko mikroekonomicznych, bo makro, to większy ciężar gatunkowy, większa możliwość nie zauważenia błędu, większa możliwość manipulacji danymi.

Ile było prawdy w różnych oficjalnych relacjach ekonomicznych z budownictwa i jaka była ich wartość? Mnie najczęściej ogarniała irytacja. (podkreślam, mówię o wskaźnikach a nie o stanie budownictwa, np. w porównaniu do dnia dzisiejszego). Czy uzasadniona nagminnymi faktami? Do końca nie jestem pewny, ale wiem na pewno, że w tamtych czasach można to było łatwo sprawdzić. Wystarczyło tylko chcieć i się nie bać.
Dlaczego nie sprawdzono, albo o tym "sza"? Nie wiem. O ile jeszcze rozumiałem tych, co się bali, to trudniej przychodziło mi zrozumieć samą naukę ekonomii, która przyjęła jakby postawę: „Nie widzę, nie słyszę, ja nic nie wiem i nie chcę wiedzieć. Róbta co chceta”.

A może to wszystko nieprawda? Może moje zarzuty pod adresem wiarygodności opisane w poprzednich odcinkach są mocno przesadzone? Teraz to już trudno byłoby analizować, choćby tylko z uwagi na niejakie trudności ze znalezieniem i skonfrontowaniem odpowiednich dokumentów. Przejdę więc do dalszych przybliżeń, takich, gdzie wszystko można sprawdzić jeszcze i dzisiaj. Nadal będzie to „realny socjalizm” ale coraz bardziej zbliżamy się do „realnego kapitalizmu”.

Przypadek przemysłu mleczarskiego w Polsce. Lata osiemdziesiąte

Pozorny drobiazg. Zaliczenie do produkcji odsprzedaży surowca, tzw. „mleka przerzutowego” -  w istniejących wtedy układach cen, wedle których surowiec był dużo droższy od cen gotowych wyrobów (różnice wyrównywał system dotacji), spowodowało istną rewolucję we wskaźnikach i relacjach ekonomicznych, czyniąc je wręcz absurdalnie głupimi w skali mikro (o makro nie chcę się w tym miejscu wypowiadać, aby zbyt nie skomplikować). Wynikało z nich ni mniej ni więcej tylko to, że:
    - 
jak w statystyce wartość produkcji w jakimś zakładzie rosła, to faktycznie spadała (zwiększały się przerzuty surowca, zmniejszała faktyczna produkcja); konsekwentnie: największa wartość produkcji wypadała wtedy, gdy nic nie produkowano, a tylko „przerzucano”,
    - 
jak w statystyce wydajność pracy rosła (wydajność umowna: wartość produkcji podzielona przez liczbę zatrudnionych), to faktycznie spadała i odwrotnie. Konsekwentnie: największa wydajność pracy przypadała wtedy, gdy nic nie produkowano a tylko przerzucano,
    - 
produktywność środków trwałych, w tym maszyn i urządzeń, czyli relacja wartości produkcji do wartości środków trwałych oczywiście była tym lepsza im mniej produkowano, a więcej „przerzucano” a najlepsza wtedy, gdy nic nie produkowano, czyli ni mniej ni więcej z mądrości ekonomicznej wskaźnika wynikało, że najlepszym sposobem wykorzystania maszyn jest ich niewykorzystanie,
    - 
wskaźnik opłacenia przyrostu wydajności pracy przyrostem średnich płac (powszechnie i z upodobaniem stosowany przez władze w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych) oczywiście poprawiał się kolosalnie, jak tylko ograniczano produkcję, zwiększając przerzuty. Właściwie traktując go poważnie można było znacznie podnieść fundusz płac i jeszcze pracownikom pozwolić nie przychodzić do pracy - po co mieli przychodzić: w okresie przerzutów wskaźniki rosły a pracy ubywało.

Te, dziwne chyba co nie co relacje ekonomiczne, na „dole” nie wyrządzały poważniejszych szkód, bo zarządzający z reguły nie byli ekonomistami, i tam gdzie czegoś nie wymuszał system nakazowy, po prostu w zarządzaniu posługiwali się metodami zdroworozsądkowymi, a wskaźniki traktowali jak to wskaźniki: celebrowali je, bo tak musiało być, a czy były one mądre, czy zupełnie głupie, chyba się specjalnie mało kto przejmował.

Co dziwniejsze, wycinkowe decyzje, które się złożyły na absurdalność relacji ekonomicznych, były całkiem mądre, bez żadnego cudzysłowu, a jedynie traktowane całościowo wyszły głupio, i to jedynie pod kątem relacji ekonomicznych a nie całości zamierzeń. Konkretnie:

- można się spierać, czy mleko skupione od rolników przez jedną spółdzielnię i odsprzedane - bez dalszego przetworzenia - drugiej spółdzielni, należało zaliczyć do produkcji czy też do odsprzedaży surowca. GUS zatwierdzając metodologię, że do produkcji, zapewne jakieś swoje racje miał. Można nad tym dyskutować, o trafność się spierać, ale trudno zarzucić jaskrawe naruszenie zasad metodologicznych. Dopiero w konfrontacji z cenami i relacjami ekonomicznymi, wychodziło coś dziwnego, ale ceny ustalał kto inny a relacjami ekonomicznymi i ich wykorzystaniem w zarządzaniu kierował jeszcze ktoś inny;

- ceny na surowiec i wyroby gotowe takie były, jakie były. Ze względów społecznych (zapewnienie tanich wyrobów mleczarskich) było to w tamtych czasach jak najbardziej uzasadnione. Konieczne w tym układzie dotacje dla przemysłu mleczarskiego też. Można się tu spierać o szczegóły „techniczne” rozwiązań, ale sama zasada, że, takie kierunki ustalania cen zbytu (i detalicznych) były konieczne, nie budzi wątpliwości;

- odsprzedaż surowca (mleko przerzutowe, rzadziej śmietana przerobowa) między spółdzielniami była konieczna. Zmieniały się też ilości i proporcje. Darując sobie szczegóły, wynikało to głównie z niedoboru zdolności produkcyjnych u jednych a nadwyżek u drugich, nadwyżek surowcowych, szczególnie okresowych u jednych i niedoborów u drugich, konieczności zaopatrzenia dużych aglomeracji miejskich  nie mających wystarczającego własnego zaplecza surowcowego, przeróżnych awarii wymuszających natychmiastowe skierowanie surowca do przerobu gdzie indziej itp. W każdym razie chyba nikt tego nie robił celowo: pod wskaźniki i relacje ekonomiczne, bo, pomijając rozsądek, nie zachodziła taka potrzeba, a w dodatku system finansowo - dotacyjny działał w kilku rozbieżnych od relacji ekonomicznych kierunkach;

- można by się spierać, na upartego, czy w tych warunkach, nie należało do wartości produkcji doliczać dotacji dla przetwórstwa, wyrównujących różnicę urzędowo ustalonych cen, ale to też byłby tylko zwykły spór, a nie zarzut jaskrawego naruszenia zasad metodologicznych;

- można by dyskutować, czy w takich warunkach nie należało po prostu inaczej te relacje i wskaźniki wyliczać, tak aby były one co najwyżej trochę sporne w swoim przedstawianiu rzeczywistej rzeczywistości, a nie tak beznadziejnie głupie, ale kto miał nadać temu kierunek? Odpowiedniego ministerstwa do spraw wskaźników i rozumu nie było. Ekonomiści - praktycy liczyli tak jak ich w szkołach i na uczelniach uczono, a władze wymagały. Wprawdzie każdy swój rozum miał, oczy też, ale rozum mu podpowiadał, żeby się nie wychylać. No i było, jak było. A jak jest?

Reasumując. Gdyby nie owe, nieszczęsne relacje i wskaźniki ekonomiczne, byłoby prawie całkiem mądrze (pomijam w tym miejscu niemądre szczegóły „techniczne” systemu dotacji), chwały to jednak ekonomii, ekonomice, relacjom... i ekonomistom, raczej nie przynosi. Do stosowania metod „ekonomicznych” w zarządzaniu w zakresie rachunku ekonomicznego, służb ekonomicznych i reform gospodarczych, też każdego, kto „miał trochę oleju w głowie”, również raczej nie zachęcało.

Sprawa rozwiązała się sama - po uwolnieniu cen. Przed tym „żadna ludzka siła...”. Można by zatem przejść nad wszystkim do porządku dziennego, to już przeszłość, gdyby zniekształcenia na tym tylko polegały, a z dniem ogłoszenia „upadku komunizmu” wszystko zaczęło dziać się mądrze. Tak chyba jednak nie jest. O tym dalej.
Dnia 9 sierpnia 2000 r.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura
| Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

d.c.n.

Dalszy ciąg wskaźników

Przypadek bezsensownych wskaźników ekonomicznych w polskim przemyśle mleczarskim w latach osiemdziesiątych nie był groźny nie tylko dlatego, że wszystko było widoczne „gołym okiem”, i działo się tak jakby „na niby”, ale głównie dlatego, że naczelnym zadaniem branży było w miarę sprawne zaopatrzenie ludności w mleko i jego przetwory, a nie efektywność ekonomiczna przemysłu mleczarskiego, nie mówiąc już o efektywności ekonomicznej poszczególnych spółdzielni. Nawet centralnie liczyły się przede wszystkim:
- produkcja i skup mleka oraz sprawne zagospodarowanie surowca (stąd te przerzuty),
- przetwórstwo w wyrazie ilościowym, mniej jakościowym, najmniej wartościowym (dominowały ceny urzędowe uzupełniane poprzez indywidualnie ustalane dotacje),
- sprawne realizowanie systemu rozdzielnictwa,
- uzyskanie odpowiednich środków na inwestycje, odnowienia i remonty,
- uzyskanie odpowiednich dotacji do różnicy pomiędzy kosztami a wartością sprzedaży.

Darując sobie omawianie szczegółów, chyba trafnie oceniam, że w całej branży, zarówno oddolnie jaki i odgórnie, tak zanadto nikogo wskaźniki i relacje ekonomiczne nie interesowały, nie miały one większego znaczenia, choć czasami trzeba się było z nich przed władzą zewnętrzną tłumaczyć, a absurdalne relacje poszczególnych spółdzielni, ginęły w wielkościach zbiorczych. Ci, co posługiwali się tylko wielkościami zbiorczymi, najprawdopodobniej w ogóle nie orientowali się, jaką one przestawiają wartość. Zdarzały się na tym tle zabawne wpadki, jak np. publikowane przez prasę listy „dłużników gospodarki”, w tym „bogu ducha winnych” za niewłaściwe relacje ekonomiczne spółdzielni mleczarskich (na jednej z list krajowych, około 1/3 „dłużników”, to były mleczarnie),  do których groźnie brzmiące pisma sygnować raczył bodajże sam wicepremier. Wicepremierowi się nie dziwię. Skąd on się mógł na takich szczegółach znać. Ale jego doradcy? I urzędnicy? Żeby, gdy sprawa się „rypła”, chociaż popełnili symboliczne harakiri albo przynajmniej przestali „wygłupiać” się na przyszłość. Gdzie tam! O przepraszam, trochę się poprawili: następne żądanie wyjaśnień podpisał już trochę niższy rangą dostojnik, a trzecie? Trzeciego nie było. Tylko, żeby tego trzeciego nie było, trzeba było „co i jak” napisać wyjaśnienia  niemal jak „dla przedszkola”. A zasady i tak nie zostały zmienione!

O czym świadczy ten przykład jak i poprzednie przykłady z budownictwa i transportu?
  Po pierwsze, świadczą one, że dane księgowości, opracowane zgodnie z wszystkimi zasadami sztuki księgowej, bilansujące się i wielokrotnie sprawdzone, są tylko względnie prawdziwe. Prawdziwe formalnie pod jakimś tam księgowym kątem. To samo dotyczy opartej na tych danych statystyki. W żadnym wypadku w analizie ekonomicznej nie wolno traktować ich bezkrytycznie jako wiarygodnych danych, które odzwierciedlają to, co wg nazwy powinny obiektywnie odzwierciedlać. W przypadku budownictwa dane masowo retuszowali twórcy dokumentów, i nie zauważanie tego było wręcz „ślepotą” dyskwalifikującą oficjalne metody weryfikacji dokumentów. W transporcie masowo występowała nadinterpretacja, chwilami wręcz groteskowa w świetle praw fizyki, np. gdy na pojazd o ładowności 800 kg, z dokumentów traktowanych na serio wyglądało, że załadowano 800 kg styropianu (Jak się on tam zmieścił!). W przemyśle mleczarskim nonsensy z przetwarzaniem na wszystkie strony wartości produkcji były ustalone niemal „ustawowo”. Trzy różne przyczyny, jeden wspólny rezultat: wręcz ośmieszanie - chyba głównie ekonomiki i ekonomistów, przynajmniej tych, którzy w analizach bezkrytycznie przetwarzali takie dane.

 Po drugie, świadczą one o stosowaniu nieraz wyrafinowanych metod matematycznych, nie tylko, jak twierdzą prześmiewcy, do rozwiązywania spraw banalnie prostych, (to jeszcze można zrozumieć: szkolne, celowo uproszczone przykłady), ale także o stosowaniu wyrafinowanych metod matematycznych do przetworzeń materiałów banalnie, prymitywnie zniekształconych. Nie chcę być złośliwy, ale mnie i nie tylko mnie dziesiątki razy nasuwały się konkluzje: „Mniej wyrafinowania i perfekcji, więcej wiedzy i rozumu.” i „Nie komplikować rzeczy prostych. Mniej prostactwa w rzeczach trudnych”.

 Po trzecie, świadczą one, że nauki ekonomiczne i finansowe, szczególnie zajmujące się analityką, muszą wypracować swoje własne, niemal interdyscyplinarne metody weryfikacji materiałów źródłowych.
Dlaczego upieram się z tą analizą prawdziwości i doboru materiałów źródłowych oraz z poprawnością ich interpretacji? Przecież każdy myślący ekonomista wie, przynajmniej teoretycznie, że:
-  przeróżne wskaźniki i relacje makro i mikroekonomiczne trzeba umieć czytać. Łatwo też nimi manipulować lub być manipulowanym nawet gdy manipulujący zachowuje „pełny szacunek dla faktów”. W książce „Odkrywanie ekonomii” ( trochę ją prezentuję na stronach „literatura”) Autorki podają tego proste przykłady;
-  rzeczywistość jest zwykle bardziej złożona niż ta opisana w podręcznikach i statystyce, a jednocześnie toczy się prościej, bo w znacznej mierze toczy się sama, bez udziału wiedzy zainteresowanych. Jeśli więc nam na czymś bardzo zależy, to zbytnio nie ufamy szablonowym danym i wynikającym z nich relacjom - wskaźnikom, tylko analizujemy je dodatkowo w dostępny dla siebie sposób, nie wykluczając nawet sytuacji, że tym ostatecznym sposobem jest zwykły zdrowy rozsądek;
-  nie sposób wszystko sprawdzać. W coś trzeba wierzyć. Komuś i czemuś ufać, nie wolno się z góry uprzedzać, chyba że są jaskrawe dowody na to, że nie wolno wierzyć, nie wolno ufać. Najtrudniej jest wtedy, gdy mamy do czynienia z „makro” lub bardzo interdyscyplinarnym mikro, i chociaż trochę się orientujemy, jak w całym łańcuchu i w jego poszczególnych ogniwach „sprawy się toczą”, mamy jednak poważne wątpliwości, co na końcu z tego wychodzi, ale „opadają nam ręce i nogi” na samą myśl, jak to wszystko sprawdzić, przeanalizować, wyciągnąć prawidłowe wnioski, zdając sobie w dodatku sprawę, że pomimo naszej wiedzy i starań coś możemy przeoczyć źle zinterpretować lub najzwyczajniej w świecie „życie spłata nam figla”. Nic zatem dziwnego, że zwykły instynkt samozachowawczy często tłumi naszą dociekliwość, i nawet w sprawach bardzo ważnych, skłania nas do przyjmowania prawd formalnych lub
uznanych, bez dalszych dociekań, bo inaczej byśmy się „spalili” w ogniu wątpliwości.

To wszystko prawda, tylko rzecz w tym, że zniekształcenia, które ja przedstawiłem, przekraczają wszelkie granice przyzwoitości, wymaganych od narzędzi ekonomicznych. Takich absurdów nie wolno było tolerować, nawet w socjalizmie. Nie wolno o nich milczeć, także dzisiaj, zwalając całą winę za stan gospodarki socjalistycznej na „brzydki ustrój” i polityków, bo ekonomiści to byli „cacy”.*

*  Świadomie pominąłem bardziej skomplikowane zagadnienia, jak np. fachowość rozwiązań bardzo potrzebnych skądinąd pożyczek z epoki „gierkowskiej”. Można różnie oceniać przeszłość, ale trudno sobie wyobrazić, by bez odpowiedniego wsparcia „fachowego”, ówczesne elity polityczne zdołały popełnić tyle błędów. Sam znam, nie tylko z literatury, kilka takich poronionych projektów, z aspektami wręcz humorystycznymi, gdyby nie skutki.

Jak jest dzisiaj? W kilkunastu miejscach, prezentując fragmenty wybranych książek znanych autorów, dodałem swoje uwagi pokazujące nadal tkwiące w narzędziach ekonomiczno-finansowych dezinformujące mechanizmy o dużym ciężarze gatunkowym. To nie są już bzdurne zniekształcenia z gospodarki realnego socjalizmu, które niemal każdy posiadający trochę odpowiedniej wiedzy i umiejętności poprawnego myślenia, mógł zauważyć i odpowiednio potraktować. To są zniekształcenia o wiele bardziej niebezpieczne, bo nie tak oczywiste, tym bardziej, że często wsparte technikami informatycznymi, których chyba nadal większość zarządzających starszego pokolenia prawie w ogóle nie rozumie, i tym bardziej skłonna jest bezkrytycznie wierzyć.

Najwyższa już pora, zasady „totalnej jakości” rozciągnąć także na rachunkowość kosztów i narzędzia ekonomiczno-finansowe w zarządzaniu!

Nikt rozsądny nie oczekuje cudów. Różnorodności procesów gospodarczych, nawet przy pomocy najbardziej wyrafinowanych metod matematycznych i przepotężnych komputerów, nie da się sprowadzić do gotowych na wszystko formułek. Musi być miejsce na indywidualny czy też grupowy rozum. Każdemu mogą przytrafić się błędy. Nie wszystko można przewidzieć. Ale, bez wielkich słów, czy aż tak trudno zrozumieć, że podejście ogólnoteoretyczne nie wystarcza: musi być, kiedy trzeba, poparte podejściem branżowym, interdyscyplinarnym, wszechstronnie wnikliwym i to z panowaniem nad lekceważonymi zazwyczaj szczegółami, których lekceważący przeważnie nie znają, nie rozumieją i nie chcą znać i rozumieć, bo to „dla niższego szczebla”. Klasyczny tego przykład, oprócz wzmiankowanych wyżej, to znowu całe dziesięciolecie lat osiemdziesiątych, gdy potężny fachowo resort finansów, na skutek nieznajomości szczegółów, nie rozumiał mechanizmu dotacji dla mleczarstwa, które przecież sam zatwierdzał i analizował, i całe jego szczęście, że nie natrafił na chcących porządne, ze znajomością rzeczy przeprowadzone analizy, wykorzystać dla celów manipulacji. A było tak łatwo! Czekanie na sprawozdania półroczne, czy rzeczywiście brakuje dotacji, nie mogło dać obiektywnych odpowiedzi, ponieważ co roku powtarzały się te same błędy w planowaniu dotacji. Cała tajemnica szczegółów, w tym kłopotów finansowych mleczarni, kryła się w:
- sezonowości. Sezonowość kosztów gruntownie różniła się od sezonowości sprzedaży. W planach nie było to w pełni uwzględniane. Zaciążyły skłonności do perfekcjonizmu: tam gdzie nie było planów rzeczowych w rozbiciu na poszczególne okresy - koszty przeważnie planowano proporcjonalnie do sprzedaży, co było oczywistym nonsensem z oczywistymi skutkami;
- powiązaniu planów rzeczowych z finansowo - dotacyjnymi. Można było bardzo łatwo tak zaplanować stawki dotacji i ilości produkcji w rozbiciu na odpowiednie asortymenty, żeby planując dotacje globalnie zgodnie z limitem, w realizacji otrzymać ich znacznie więcej, i to w dodatku, kiedy się chciało, a nie dopiero pod koniec roku.

Reasumując, korzystając w sposób umiarkowany z możliwości analitycznych, mleczarnie mogły nie mieć prawie żadnych problemów dotacyjnych (przykład jest w pełni zrozumiały chyba tylko dla tych, co dość dobrze znali jednocześnie planowanie, finanse, koszty i dotacje w mleczarstwie).

Być może, że ktoś potraktuje moje słowa pod adresem ekonomiki i rachunkowości jako zbyt ostre, przesadzone, nie poparte w pełni przedstawionymi przeze mnie - często ledwie zamarkowanymi - opisami sytuacyjnymi?  Być może będzie miał rację, być może nie. Opisy, w razie potrzeby można uzupełnić (nie naruszając jednak niczyjej prywatności), i przeanalizować bliżej. Nawiasem mówiąc, analizuję znane sobie z praktyki mechanizmy systemowe a nie czyjeś indywidualne błędy. W dodatku - na razie - nie rozwijam. Pełne rozwinięcie wymaga pokazania wielu istotnych powiązań. To jest możliwe, choć wymaga czasu i przekonania o celowości.

Być może, ktoś doszuka się w tym tylko jakiś indywidualnych bądź branżowych błędów, nie świadczących wcale o ogólnym stanie ekonomiki i rachunkowości? Znowu, być może będzie miał rację, a  być może nie. Nic z góry nie można przesądzać, szczególnie, iż w literaturze, na te tematy, tak konkretnie, to dotychczas raczej cicho. Różny może być tego wszystkiego rozmiar, ale raczej nie ma się co łudzić, że problemu nie ma, albo jest tylko marginalny.

Za jakiś czas, w jakiś ograniczony do swoich możliwości sposób, postaram się udostępnić strony do dyskusji. Założenia przedstawione na stronie głównej, nadal zamierzam realizować, choć z „poślizgiem czasowym” i w nieco zmodyfikowanej formie.

Dnia 16 września 2000 r.
Anonimus

d.c.n.

Ps. Na razie postanowiłem zrobić sobie przerwę na „Bieszczady i Tatry”. Z jednych już wróciłem, w drugie się wybieram. Bieszczady jesienią, to nie tylko przepiękne kolorowe lasy i połoniny, szczególnie gdy świeci słońce, ale - wieczorami i w nocy - istny „koncert” ryków jeleni, dla jednych przerażający, dla drugich wspaniały. Oczywiście, aby go dobrze słyszeć, trzeba - po zachodzie słońca - być odpowiednio wysoko w górach, najlepiej gdzieś w pasie połonin, zachowując się rozsądnie, bo można „niechcący” niekoniecznie zaraz „oberwać”, ale, to już całkiem realne, „ciężko się przestraszyć”.

Nieporozumienie

Z jeleniem miałem kiedyś zabawne nieporozumienie w Bieszczadach. Niezbyt rozsądnie, mocno spóźnioną porą, wracałem samotnie z Rozsypańca. Pogoda była nienajlepsza: mgły, co jakiś czas mżył deszcz. Typowy październik, choć w górach dość często bywa on słoneczny i ciepły. Na całej czerwono oznakowanej trasie - Ustrzyki Górne - Rozsypaniec - Ustrzyki Górne, z bocznym wypadem na Tarnicę - przez cały dzień nie spotkałem nikogo. W dole, nawet w dzień, „coś tam” co jakiś czas ryczało, czasami, nawet „coś” widziałem.  Im bliżej wieczora tym ryki były częstsze, ale dopóki byłem dość wysoko, na trasie przeplatanej skałami, specjalnie nie robiło to na mnie wrażenia. Trochę poczułem się „nieswojo”, gdy zaczęło się już porządnie ściemniać, a ja musiałem opuścić bezpieczną stosunkowo grań Krzemienia i zejść na dół, na szeroką otwartą przestrzeń, którą ścieżka biegnie w kierunku Szerokiego Wierchu, a tu właśnie najwięcej rozlegało się ryków, czasami kilka na minutę. Początkowo wszystko szło dobrze, choć kilkakrotnie słyszałem, że w pobliżu coś ciężkiego przebiega. Nie widziałem kto, było już zbyt ciemno, ale wiedziałem. Trudno w tej sytuacji było nie wiedzieć. Do ryków, nawet dość bliskich, już się przyzwyczaiłem. Nadal czułem się jeszcze trochę „nieswojo”, ale coraz bardziej nabierałem przekonania, że uczestniczące w turnieju byki, nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Nagle, jak zjawa, bezszelestnie, na ścieżce przede mną pojawił się potężny byk, wyraźnie zabiegając mi drogę...  Stanął kilka metrów przede mną. Ścieżka wąska. Trawa prawie do pasa. Jest mgła, prawie już zupełnie ciemno i trochę mokro. Ja sam. Schować się nie ma za co. Ani drzewa, ani skały. Uciekać tym bardziej nie ma sensu. Przez chwilę myślałem, „odstraszyć go światłem latarki”. Doszedłem jednak do wniosku, że to nie najlepszy pomysł, on się chyba nie zlęknie. Byczysko wyraźnie rozwścieczone, bulgocze mu coś w gardle, przestępuje z nogi na nogę. Widzę przed sobą potężny łeb, z ogromnym wieńcem, gruby kark, szerokie, muskularne piersi z naprężonymi, jakby falującymi muskułami. Jeszcze chwila a zaatakuje! Słowem, wyraźnie wziął mnie za rywala i wzywa na „pojedynek”. Tak sobie wtedy myślałem i, z „duszą na ramieniu”, możliwie najmilszym tonem, aby go uspokoić, zacząłem tłumaczyć mu niestosowność podejrzeń i w ogóle nieporozumienie. Nie wiem, jak długo staliśmy naprzeciwko siebie. Nie wiem co ja plotłem. Starałem się ukryć strach i mówić jak najłagodniej. Gdzieś czytałem, że to pomaga, uspokaja, tłumi agresję. Byk jednak był jakby coraz bardziej wściekły, ale nie atakował. Coś go wyraźnie powstrzymywało. Zacząłem się powoli cofać, i nagle, straszny ryk, wydawało mi się, tuż za plecami. Tu już moje nerwy nie wytrzymały! Rzuciłem się w bok. Zawadziłem o coś, poplątały mi się nogi i runąłem głową w trawę i błoto. Kątem oka zauważyłem jedynie, że kilkanaście metrów za mną, na tej samej wąskiej wśród wysokich traw ścieżce, stało drugie potężne byczysko, też jakby gotujące się do walki. Wypadła mi z ręki latarka, spadły z nosa okulary, przygniótł mnie ciężki plecak, usłyszałem tętent i wszystko się uspokoiło. Jedynie z daleka, co jakiś czas słychać było typowe dla jesiennych wieczorno - nocnych połonin porykiwania.

Nie bałem się już nic. Nagle ogarnął mnie jakiś wisielczy humor. Chciało mi się śmiać. Toż ja, w swoim zadufaniu, jeszcze kilka minut temu wyobrażałem sobie, że potężny byk wybrał sobie mnie za przeciwnika, ja, o sromoto, starałem się przekonać go o nieporozumieniu, a jemu wcale nie o mnie chodziło. To nie mnie on zabiegł drogę! To nie na mnie szykował się do ataku! Ja się wcale nie liczyłem! Ja mu tylko przeszkadzałem, stojąc na drodze do rywala. Dopiero później przyszła refleksja: przez pomyłkę lub niechcący też łatwo można solidnie oberwać. Do schroniska dotarłem jeszcze przed północą, cały utytłany w błocie.

W tym roku wszystko odbyło się prawie bez przygód. Pogoda wspaniała. Bieszczady piękne. Tatry jeszcze bardziej. Żeby tak można było częściej „uciekać” od cywilizacji, przynajmniej niektórej!

Dnia 20 października 2000 r.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------

Konkretyzacja na przykładzie współczesnym

Nieważne skąd zaczerpnąłem przykłady pytań i odpowiedzi. Celowo - przez jakiś czas - nie podam źródła.* Sądzę zresztą, że wielu czytelników moich stron, sama szybko je rozpozna. Nie jestem pewny, czy trafnie oceniam sytuację. Czytelnikom proponuję przeanalizować, jak praktycznie podejść do zagadnienia.
Z.U.
------------------------------------------------------------------------------------

 
ZARZĄDZANIE
ZAPYTAJ
EKSPERTA

O czym świadczy sytuacja, gdy rosnąca sprzedaż nie przynosi oczekiwanych zysków? Co należy przeanalizować, aby znaleźć przyczynę takiego stanu?

Generalnie w przedsiębiorstwie mamy dwa aspekty zarządzania: miękki i twardy. Jeden odpowiada za przychody, drugi za zyski. Miękki aspekt zarządzania jest związany przede wszystkim z wyborami strategicznymi i zarządzaniem ludźmi. Połączenie tych dwóch aspektów jest dla wielu menedżerów nienaturalne. W praktyce w obu przypadkach mamy do czynienia ze słabo uzasadnionymi decyzjami. Dokonujemy wyborów, co prawda popartych analizą, ale w dużej mierze intuicyjnych i jakościowych. Wybory strategiczne - rynków, produktów i przewagi konkurencyjnej - w dużym stopniu generują potencjalne przychody firmy . Wybór ograniczonego rynku oznacza limit wzrostu, wybór rynku masowego i umiędzynarodowienie działalności - tworzenie potencjału wzrostu. Ten potencjał zależy od ludzi - ich inwencji, umiejętności, gotowości do realizacji strategii, po prostu motywacji. W ostatecznym rozrachunku strategia, umiejętności i motywacja decydują o tym, czy sprzedaż rośnie czy maleje.

Wybory te stanowią kontekst, w którym powstają zyski. Czasami zyski są pochodną dobrych wyborów strategicznych, wysokich marż w branży i możliwości bezwzględnego okradania klienta. Ale to nie trwa wiecznie. O zyskach długookresowych decyduje co innego - jakość zarządzania rozumiana jako rygorystyczna analiza i kontrola kosztów, standardy alokacji i środków, standardowe procedury operacyjne. I w Polsce nadchodzi dla wielu firm ta godzina prawdy - rynek przestaje w wielu branżach (od mięsa poczynając, poprzez wodę mineralną a na oprogramowaniu kończąc) tworzyć proste zyski, konkurencja się intensyfikuje, rośnie strukturalna nadwyżka podaży nad popytem i w tej sytuacji zyski firm będą zależeć przede wszystkim od jakości zarządzania.”
-----------------------------------------------------------------------------------

Uwagi

Charakter strony „Konkretyzacja” może sugerować generalne nastawienie krytyczne do branych w niej „na warsztat” różnych poglądów, szczególnie ogólnoteoretycznych. Tak jednak nie jest! Przynajmniej nie do końca.
Po prostu cały czas zmierzam przekonać jedynie do tego, że:

1.Nadal istnieje olbrzymia luka jakościowa i ilościowa w opracowaniach na tematy zarządzania kompleksowego pomiędzy tym co „ogólne” a tym, co szczegółowe; brak też dostatecznego sprzężenia zwrotnego między nimi ze skutkiem takim, że zwyczajnie, nie panując nad szczegółami, tak naprawdę, to -zbyt często - nie bardzo wiemy, dlaczego coś się nie udaje, albo wiemy błędnie.

2. Lukę tę, praktycy jakoś intuicyjnie zapełniają, ale wobec braku dostatecznego wsparcia teoretycznego ( np. uwzględniającego specyfikę branżową), czynią to dość przypadkowo, niekoniecznie trafnie i - skutek uboczny - jakby nieco zniechęcają się do „ogólnoteoretycznej teorii”,

3. Podejście ogólnoteoretyczne do kompleksowego zarządzania, na odpowiednim etapie powinno być spójnie poparte konkretyzacją teoretyczną (interdyscyplinarno - kompleksową), tak, aby ją - po dalszych uściśleniach - można było bezpośrednio wdrażać do praktyki.

Co do tego mogę dodać? Jeśli chociaż 1/4 z tego co napisałem na swoich stronach o różnych „przekrętach” w branżowej analityce ekonomiczno - rachunkowej, jest obiektywnie trafna, a sądzę, że trafne jest znacznie więcej niż 25%, to ... - w ogóle nie wiem, jak komentować!

Wracając do zadanego na wstępie pytania Autorowi: ... „Co należy przeanalizować ...?”
Jeśli miał bym własną odpowiedź przełożyć na znane sobie w praktyce branżowej powszechne, podkreślam powszechne, a nie jakieś tam odosobnione przypadki, to odpowiedź by brzmiała:

Analizę należy rozpocząć od sprawdzenia, czy stosowane w firmie system i metody rachunkowości i analiz ekonomiczno-finansowych, dają prawdziwy obraz rentowności poszczególnych produktów.
Jeśli nie dają, trzeba najpierw doprowadzić do tego, żeby dawały. Inaczej całe dalsze postępowanie będzie działaniem na oślep. Jak doprowadzić do tego żeby dawały - mogę odesłać do swojej strony branżowej, w której temat zacząłem już rozwijać. Przypuszczam jednak, iż jeszcze bardzo dużo „wody w Wiśle popłynie”, zanim to większość zauważy, zrozumie i zaakceptuje.
Jeśli dają, a my wiemy ogólnie, dlaczego sprzedaż nam rośnie a zyski spadają, inaczej mówiąc, koszty nam rosną szybciej niż sprzedaż, a tylko nie wiemy, jak temu konkretnie zaradzić (pomijam sytuację, że przejściowy spadek zysków wynika z naszej strategii, jest świadomą polityką) , trzeba:

po pierwsze, szukać przyczyny, analizując wszystko co może mieć istotny wpływ. Firma musi umieć to robić konkretnie, znając dobrze siebie i swoje otoczenie. Trudno tu udzielić „tak ogólnie” praktycznych rad, nie znając firmy. Nawet w podejściu branżowym, znając doskonale daną branżę, nasze rady pod konkretną nie znaną nam firmę tej branży też w znacznej mierze mogą nie trafić w sedno problemu;

po drugie, do szukania przyczyn i środków zaradczych trzeba starać się włączyć całą załogę, kładąc uprzednio duży nacisk na podwyższanie kwalifikacji, motywację itp.
Jakie mogą być hipotetyczne przyczyny wzrostu sprzedaży przy spadku zysków (aktualnie, w znanej mi najlepiej branży, zyski, owszem spadają, ściślej - rosną straty, ale sprzedaż wcale nie rośnie!)?

Przyczyn może być dużo, poczynając od niewłaściwej struktury asortymentowej, którą mogą pogłębiać jeszcze wadliwe systemy motywacyjne (np. premia lub prowizja od obrotu ogółem, zamiast obrotu ukierunkowanego), poprzez przeholowane koszty na konkretnych odcinkach, nawet na odcinku jakości, albo koszty źle ukierunkowane, do końca nie przemyślane, zdarzenia losowe, nie trafnie rozpoznane tendencje kosztowo-cenowe, przerosty zatrudnieniowe, nieuzasadnione kominy płacowe, za wysokie odpisy amortyzacyjne, fatalne inwestycje, fatalne remonty, fatalne kalkulacje, brak motywacji do sensownej pracy, nawet do podwyższenia kwalifikacji itp. Sama tylko niewłaściwa struktura asortymentowa produkcji w relacji sprzedaż- koszty może tą relację pogarszać nawet o kilkanaście, rzadziej kilkadziesiąt punktów, czyli, mówiąc inaczej, zamiast zysku, wyższych płac, większych środków na rozwój, firma może mieć olbrzymie straty.

Co do tego można dodać, tak ogólnie?
Na pewno rację ma Autor mówiąc:


konkurencja się intensyfikuje, rośnie strukturalna nadwyżka podaży nad popytem i w tej sytuacji zyski firm będą zależeć przede wszystkim od jakości zarządzania.

Do tego mogę dodać, że do poprawy jakości zarządzania można spróbować szerzej wykorzystać Internet, ot chociażby coś w tym rodzaju, jak ja próbuję (w znacznej mierze dopiero zamierzam próbować) na swoich stronach:
- popularyzować odpowiednią literaturę,
- dopracować coś szczegółowiej pod konkretną branżę,
- zorganizować szerszą wymianę poglądów.

Zanim jednak to nastąpi, jeśli w ogóle w bliskiej przyszłości nastąpi, mogę jeszcze dodać, że wg mnie w ogóle błędem jest dopuszczenie do sytuacji istnienia dwóch odrębnych aspektów zarządzania w firmie:
- miękkiego odpowiedzialnego za przychody...
- twardego odpowiedzialnego za zyski...


Jeśli połączenie tych dwóch aspektów stanie się dla większości menedżerów zupełnie naturalne, to zapewne naturalnym stanie się również przekonanie, że tu w ogóle nie ma dwóch aspektów, jest tylko jeden: mądrego zarządzania, potrafiącego cele doraźne łączyć z celami długookresowymi.
Cele doraźne, przynajmniej w zakresie motywacji, można skutecznie rozwiązywać między innymi poprzez „ukierunkowany obrót”, przedstawiony skrótowo na mojej stronie „Ekonomika i zarządzanie” (cztery pierwsze odcinki).

Cele długookresowe, nie tylko w zakresie motywacji, można rozwiązywać poprzez „ukierunkowany rozwój”, w tym potencjału umysłowego pracowników i kadry. Ukierunkowany rozwój, w znaczeniu jaki temu pojęciu chcę nadać, to nic innego jak jedynie konkretyzacja „STRATEGICZNEGO ZARZĄDZANIA”, w tym dość modnej ostatnio „STRATEGICZNEJ KARTY WYNIKÓW”, Kaplana i Nortona.

Luty/kwiecień 2001
Anonimus

* COMPUTERWORLD
nr 46/458 z 11 grudnia 2000 r.
ZARZĄDZANIE
ZAPYTAJ
EKSPERTA

Na pytania Czytelników dotyczące zarządzania strategicznego
odpowiadał profesor Krzysztof Obłój.
 (ograniczyłem się tylko do przytoczenia pierwszego pytania
i pierwszej odpowiedzi).

Dwie książki prof. K. Obłója prezentuję na swoich stronach:
poz. 18 i 63 „Prezentowanej literatury”.

------------------

Polityka i makroekonomia

Czy krowa zmienia poglądy?

Nie s
łuszne pytania!
Nie s
łuszne pomysły!
Nie s
ł
uszne poglądy!

   W pliku „pkb”  (maj/listopad 2004 r.)  postawiłem trochę niesłusznych pytań na tematy związane z Produktem Krajowym Brutto. Zasugerowałem nawet możliwość istnienia także niesłusznych odpowiedzi.
   W pliku „Wybory” (sierpień/październik 2005 r.) ośmieli
ł
em się wysunąć propozycje nie słusznych analiz, sugerując istnienie nie słusznych poglądów.

   Co jest słuszne, a co nie słuszne?  Trudno jednoznacznie zdefiniować.  Można zaryzykować twierdzenie, że słuszne lub niesłuszne poglądy zazwyczaj ustala jakaś przeważająca siła, a wraz ze zmianą tej siły, przeważnie ulegają zmianie też i poglądy: „tylko krowa nie zmienia poglądów.”, mówi znane przysłowie. Choć, kto wie,  co myśli krowa, gdy w końcu zrozumie, że ją prowadzą na rzeź. 

Słusznym, za socjalizmu, było chwalenie socjalizmu. Niesłusznym, za socjalizmu, było ganienie socjalizmu. Teraz jest odwrotnie.  Tylko przeróżni nieprzystosowani nie rozumieją tej prostej prawdy.   

   Jak jest jednak z tymi  słusznościami” lub „niesłusznościami”, słusznie lub niesłusznie przedstawionymi w plikach „pkb” i  „Wybory”? 
W
ł
aściwie, to nie wiem, co odpowiedzieć, poza tym,  że sztuka ekonomiczna, obojętnie: z „lewa”, z „prawa” czy nawet ze „środka”, nadal ma „techniczne kłopoty” z obiektywnym zrozumieniem realnego świata, i że trzeba „coś” z tym robić – skuteczniej niż dotychczas (chyba znowu popełniam nie słuszność).

10 października 2005 r.
Anonimus

--------------

Kryzys/Recesja?
Lata 2008 – ...?
czyli
Polityki i makroekonomii 
ciąg dalszy   

Łatwiej coś popsuć, niż później naprawiać.
Łatwiej, zapobiegać, niż leczyć.
Łatwiej naprawiać, gdy mniej popsute.
Łatwiej jest, gdy ma się odpowiednie narzędzia i wie, jak się nimi posługiwać.

 
 
Bajka

Rosło, rosło aż padło. Padło! – Nie zdechło.  Padło nagle, pozornie w pełni sił, choć jeszcze przed chwilą tak wspaniale rosło. Teraz, gdy już pada (ale jeszcze nie padło), eksperci nagle zauważyli, że ono wcale nie rosło, tylko tyło i puchło. Otyłość i opuchlizna, to jeszcze nie śmiertelna choroba. Można upaść i się podnieść, a nawet wyzdrowieć. Eksperci średniowieczni, dla kuracji pacjenta zalecili by zapewne przystawienie pijawek. Metoda czasami bywała skuteczna,  i jeszcze, ze sto lat temu, czasami stosowana. Wiedza idzie naprzód. Współcześni eksperci, gdyby w rolę medyków wcielili się finansiści, zapewne też zalecili by przystawienie pijawek, ale nie pacjentowi, tylko osobie zastępczej. Trzeba iść z postępem.  Pacjent nie musi cierpieć! - a może wyzdrowieć. To bardzo humanitarne i zgodne z duchem naszych czasów. A osoba zastępcza? – to już jej sprawa.

 

Trochę humoru

 

W kabaretowym skeczu panowie Rapaport i Goldberg zastanawiali się, jak wybrnąć z kłopotów:

  Pan chce, żebym ja panu oddał 800 złotych, a ja ich nie mam. Bo ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak – Rojtmanowi, RojtmanGutmanowi, Gutman pożyczył panu i nikt ich nie ma. To ja się pana pytam, gdzie się podziały te 800 złotych?

  A czy ja wiem?

  O, widzi pan, to jest ta mistyka finansów. I skąd się wziął ten cały kryzys światowy. 
        
(cytuję za R.M. Grońskim: Optymistyczny news, Polityka nr 14 z 4 kwietnia 2009 r., str. 113. Skecz z lat  Wielkiego Kryzysu. Anonimus) 

Myśli niepokorne

    Nauki ekonomiczne są po prostu słabe! Tak słabe, jak ktoś kiedyś powiedział o statystyce: „Siłę masz! – Rozumu ci nie trzeba.”* (*Bodajże to był wywiad w „Wiadomościach Statystycznych” – gdzieś w latach 70. ubiegłego wieku. Niestety, notatki mi zaginęły). Rozpoczynając publikację tej strony (na początku roku 2000-go) nie chciałem tej myśli formułować wprost. Jeszcze miałem nadzieję! Niestety.
    Słabe nie tylko dlatego, że problemy są wyjątkowo złożone, zależne od bardzo wielu trudnych do precyzyjnego przewidzenia zachowań ludzi, ale słabe także dlatego, że zbyt łatwo zadawalają się pozorami, zbyt łatwo uciekają od zrozumienia realnego życia, zbyt łatwo zadawalają się uproszczonymi modelami, zamiast traktować je tylko jako punkt wyjścia do wnikliwej i wszechstronnej analizy. Nad tym wszystkim ciąży jeszcze polityka, ciąży ideologia, ciążą przeróżne, często sprzeczne grupy interesów.   
    W systemie centralnego planowania ta słabość była niemal modelowa. Potrafić nie widzieć tego, co widziało setki tysięcy wcale nie najwyższych lotów praktyków? Potrafić nie widzieć wręcz prymitywnych retuszy danych? Potrafić nie zastanawiać się nawet nad tym, że wiarygodne dane z księgowości (bo oparte na metodzie bilansowej) często wzajemnie się wykluczają (np. porównanie kosztów z produkcją) albo wynikają z nich fakty fizycznie niemożliwe (np. coś wyprodukowano bez użycia materiałów)?  Nie potrafić nawet zaprojektować systemu, który by chociaż z grubsza wychwytywał takie „wiarygodne brednie”, którym wierzyła wiarygodna księgowość (bo oparta na metodzie bilansowej i  „wiarygodnych” dokumentach), a za nią statystyka? Nie potrafić nawet wpaść na pomysł konfrontacyjnego zestawienia tych wszystkich „wiarygodności”?  Natomiast potrafić te wszystkie „wiarygodności” przetwarzać zupełnie serio, przy pomocy bardzo wyrafinowanych metod ekonomiczno-matematycznych (praktycy czasami „pukali się w głowę”) i wyniki tych przetworzeń traktować poważnie w planowaniu i w ogóle, w sterowaniu gospodarką.
    Nie chcę podważać niczyich zasług w obaleniu „komunizmu”, ale wydaje mi się, że zasługi w tej mierze ekonomistów i księgowych, zostały wyraźnie niedocenione, i może dopiero kiedyś historia odda im sprawiedliwość. Odda im sprawiedliwość, tym szeregowym ekonomistom i księgowym, który tylko chcieli normalnie żyć; oni wykonywali swój zawód według powszechnie obowiązujących w nim reguł. A że te reguły ktoś wykorzystywał, żeby przedsiębiorstwo „statystycznie” wykonywało plany i osiągało „statystycznie” dobre relacje ekonomiczne, to jaki to „grzech” w porównaniu do wyrafinowanych wyczynów menedżerów (i kreatywnej księgowości) w „innym zachodnim świecie”; i jaka nagroda za myślenie i ryzyko:  utrzymanie się na stanowisku dyrektorskim, z poborami... chyba aż z  trzykrotnie wyższymi od poborów szeregowych pracowników (może gdzieś różnice były większe, ukryte. Nie wiem. Napisałem tylko to, co widziałem lub o czym wiedziałem).     

    System kapitalistyczny. Z przyczyn oczywistych przeogromna większość zniekształceń danych i wynikających stąd dalszych konsekwencji, typowych dla gospodarki socjalistycznej centralnie sterowanej, w gospodarce kapitalistycznej nie występuje. Stąd też nauka Zachodnia chyba się nimi specjalnie nie interesowała i nie wypracowała stosunkowo prostych  metod, jak im zapobiegać. Szkoda, że do ekonomistów „socjalistycznych” to nie dotarło, i, w dobrej wierze, w sprawach ściśle technicznych (apolitycznych), chyba bezgranicznie zaufali Zachodnim opracowaniom, zamiast wypracować (ściślej: uzupełnić) swoje własne, dostosowane do warunków. Jakie teraz to ma znaczenie, w dobie obecnego kryzysu! – po prostu tylko takie, że praktyka, wcale niekoniecznie  najwyższych lotów – potrafi być bardzo sprytna w dbaniu o własne interesy, a błędy systemowe zarządzania i ekonomii, mówiąc wprost – mogą wręcz ją zachęcać do dbania o własne, kosztem innych. W socjalizmie, motywacje do takich działań, aż szkoda opisywać – były bardzo siermiężne, a szkody, choć duże, były jakoś nieudolnie analizowane: aż do samego końca. Panowało tu też chyba niemal powszechne przyzwolenie (a przynajmniej zrozumienie sytuacji). Prawie też nikt wyrządzanych szkód gospodarce nie odnosił bezpośrednio do siebie, a wielu widziało korzyści dla przedsiębiorstwa i dla siebie: wypracowanie regulaminowej premii za plany... i wskaźniki... (niewielkiej, co prawda, ale zawsze coś nie do pogardzenia! 
    W kapitalizmie, szczególnie w jego skrajnej wersji neoliberalnej, zdecydowanie dominującej od kilkunastu lat, motywacje do działań dla siebie (zazwyczaj kosztem innych – choć często może to być sobie nieuświadamiane), są przeogromne, stąd też i finezja poczynań, np. „zachodniej kreatywnej księgowości” lub spekulujących finansistów, jest bez porównania wyższa niż była  w siermiężnym wschodnim socjalizmie. Trzeba więc albo coś zmienić w systemie, żeby tego typu „kreatywność” nie miała sensu, albo, przynajmniej, opracować metody jej wczesnego wykrywania. Jakie? – Sami teoretycy prawie na pewno sobie nie poradzą. Prawie na pewno trzeba pozyskać do współpracy biegłych w tych sprawach praktyków, którzy, jeśli nawet jeśli sami brali udział  w opracowaniu „kreatywnych metod”, skłonni są się nawrócić i pomóc w zapobieganiu takiej „kreatywności”. Jest to metoda wcale nie nowa, choć proste analogie do znanych z historii rozwiązań, mogą być mylące.

Tylko, znowu, „nie wylewać dziecka razem z kąpielą”, bo kapitalizm, podobnie zresztą jak i socjalizm, w założeniach umiarkowanych, wcale nie są złe (przykład: kraje skandynawskie z nie tak dawnej jeszcze przeszłości), tylko ta realizacja... w wykonaniu nawiedzonych, nadgorliwych, czy tylko zanadto cwanych.  

Jeszcze raz o założonym celu tej strony

Chciałem głównie skłonić do analizy, czy podłożem wielu kłopotów w zarządzaniu gospodarką nie są w istotnym stopniu zwykłe niedostatki techniczne warsztatu ekonomicznego, w tym nadmierne zaufanie do księgowości i statystyki. Stąd też przykłady wręcz bredni statystycznych, traktowanych przez ekonomię na serio, stąd też niekonwencjonalne metody ich wykrywania, stąd też podpowiedzi, jak przeanalizować, czy są to przypadki jednostkowe, czy zjawiska nagminne, a jeśli zjawiska nagminne – jaki jest mechanizm ich powstawania, jakie tu występują trendy, i jak przeciwdziałać. Stąd też moja idea „interdyscyplinarnej konkretyzacji ze znajomością istotnych szczegółów”. Stąd metody konfrontacyjne „wiarygodnych” księgowo ale wzajemnie wykluczających się danych itp.  Idea, wg mnie, pasująca zarówno do gospodarki scentralizowanej, jak i zdecentralizowanej, zarówno do gospodarki socjalistycznej jak i do gospodarki kapitalistycznej, zarówno do gospodarki planowej jak i do gospodarki rynkowej. Po prostu jest to idea w miarę wszechstronnego wykorzystania wiedzy poprzez odpowiednią współpracę odpowiednich fachowców. Naturalnie, kryje się w tym niebezpieczeństwo, że ta wiedza może być wykorzystywana dla różnych celów...  Niestety, tak może być niemal ze wszystkim (i zwykle jest). Problem w tym, że jeśli już doczekaliśmy się państwa demokratycznego, i, podobno, sprawiedliwego, to ta wiedza powinna być raczej wykorzystywana dla dobra ogółu społeczeństwa ..., co, niestety, jest znacznie trudniejsze niż wykorzystanie jej dla celów jednostkowych, grupowych itp. Niestety, też niestety, ta wiedza – dla celów jednostkowych – już gdzieniegdzie się całkiem dobrze rozwinęła, ale jakby kosztem innych. Nawiasem mówiąc, ponieważ tu się nasuwa skojarzenie z ostatnim kryzysem i kreatywną księgowością, wspomnę nawiasowo, że cykle koniunkturalne w retuszowaniu danych sprawozdawczych w gospodarce socjalistycznej też były. Np. w budownictwie wskaźniki ekonomiczne wymuszały forsowanie robót stanu zerowego i surowego kosztem wykończeniowego, plus tam jeszcze kreatywność w sposobach liczenia wartości produkcji. Jeśli tego się zbyt dużo nagromadziło, po latach statystyczno-wskaźnikowego wzrostu, nagle następowała statystyczno-wskaźnikowa klęska, i po roku albo kilku cykl koniunkturalny w sprawozdaniach i wskaźnikach zazwyczaj rozpoczynał się na nowo. Odnosiłem wrażenie, że dla ekonomistów i statystyków nie znających praktyki, była to niemal „czarna magia”. A przecież nie było to aż tak bardzo skomplikowane. Znowu nasuwają się skojarzenia... (...)   
    (...)

Wracając  do aktualnej sytuacji

    Kolejny raz w historii, pod wpływem doznanego zawodu, dokonuje się zwrot poglądów(w Polsce, niestety, słabo widoczny): jak uratować gospodarkę i ludzkość przed kolejnymi niepowodzeniami. Bardzo bym chciał, żeby się to powiodło. Nie eksponuję specjalnie  poglądów sceptycznych, choć ostrych krytyk, zapewne nieco przesadnych, trochę prztoczyłem. W końcu lepsza jest nawet złudna nadzieja, niż pogrążenie się w poczuciu beznadziejności. Zresztą, „złudna nadzieja na dzisiaj”, czasami może okazać się wcale nie złudną „już jutro”.

    Mnie bardzo podobają się książki Josepha Stiglitza, choć – to jest chyba zupełnie naturalne – nie wszystkie jego poglądy podzielam.  Z jego idei „Ku nowemu demokratycznemu idealizmowi”, umocniłem się swojej osobistej idei „naprawiania tego, co się da naprawić”, choć mnie osobiście bardzo niewiele się udaje. Zaczynają mi się podobać poglądy i działalność Jeffreya Sachsa – po jego nawróceniu na rozsądek i znajomość realnego życia. Jak niegdyś, w czasach realnego socjalizmu, zaczytywałem się w artykułach Daniela Passenta (w Polityce), które wnosiły „powiew trzeźwości” w realnym socjalizmie, tak teraz staram się nie przepuścić żadnego z wywiadów/rozmów, przeprowadzanych przez Jacka Żakowskiego, z wybitnymi naukowcami czy też politykami.
    Nie jestem jeszcze pewny (w chwili gdy piszę te słowa – luty/kwiecień 2009), co ostatecznie zamierzam zrobić ze swoimi stronami. Raczej zmierzam do ich zakończenia w stanie niedokończonym, i zajęcia się czymś innym. Po prostu, problemy ekonomii mnie już przerosły. Dla spokoju własnego sumienia, że „nie stałem ciągle na uboczu”, chyba swoje już zrobiłem, co realnie mogłem, i niewiele więcej mogę dodać. Mam nadzieję, że moja „pisanina” komuś na coś się przyda. A może nawet ktoś znany lub teraz jeszcze w ogóle nie znany, zrealizuje wizję Emile Jamesa (Historia Myśli Ekonomicznej XX wieku – poz. 60a prezentowanej literatury ):

Historyk, w szczególności swej własnej epoki, z niepokojem stawia sobie zaraz pytanie, czy elementy jego opowieści przedstawiają kres pewnego szeregu zdarzeń  czy początek innego. Czyż możemy stwierdzić, która z wymienionych tutaj książek będzie miała największy wpływ na myśl ekonomiczną r. 1960 lub roku 2000? Być może będzie to mały tomik lekceważony dziś lub nieznany.”
          

Minimum refleksji o historii

Nie wiem, czy kenysizm uratował kapitalizm przed upadkiem.
Nie wiem, co by nastąpiło po upadku kapitalizmu? – „Komunizm w wydaniu stalinowskim?”.  „Faszyzm w wydaniu hitlerowskim?”.  Czy może faktycznie jakieś „trzecie”, czwarte”  lub dalsze drogi?
Nie wiem czy idea
demokratycznego idealizmu, wysunięta przez Josepha E. Stiglitza, to mrzonki idealistów, czy coś realnego?
Nie wiem, czy mój zapał do niej, i że trzeba ją bardzo konkretnie i interdyscyplinarnie skonkretyzować, chociaż teoretycznie, to „majaczenia nawiedzonego”, czy coś realnego?
Nie wiem, czy mój poprzedni zapał, żeby przynajmniej skonkretyzować teorię pogodzenia planowania z rynkiem (albo odwrotnie), ze znajomością interdyscyplinarnych... itd., to też były nierealne mrzonki, czy coś realnego?
Nie wiem, czy moje „oburzające” (kilkadziesiąt lat temu) poglądy, że coś trzeba zrobić z „wiarygodną księgowością”, żeby ona, w bardzo istotnych sprawach, naprawdę była wiarygodna, rzeczywiście były nie do zrealizowania?
Nie wiem, czy moje „oburzające” poglądy na temat ekonomiki, ekonomii, statystyki itp. (bardzo oburzające kilkadziesiąt lat temu, teraz jakby mniej), rzeczywiście były aż tak bardzo oburzające, czy też tkwiło w nich, wcale nie ziarnko, ale gruby worek ziarenek prawdy?     

Wiem, że „komunizm” w wydaniu stalinowskim, pięknie wyglądał, ale tylko z daleka.
Wiem, że „komunizm” w wydaniu stalinowskim, doprowadził ZSRR do potęgi wojskowej, ale jakim kosztem?
Wiem, że potęga wojskowa ZSRR, w połączeniu z atrakcyjnością haseł polityczno-społecznych (widzianych z daleka), znacznie stonowała „drapieżne instynkty kapitalizmu”, ale jakim kosztem?
Wiem, że kenysizm, stosowany dogmatycznie, zaczął zawodzić po kilkudziesięciu latach, ale też wiem, że przynajmniej, na kilkadziesiąt lat, znacznie się przyczynił nie tylko do nadania kapitalizmowi „ludzkiej twarzy” ale też do jego prosperity.
Wiem, że Karol Marks nie jest wszystkiemu winien, a nawet że jest (na Zachodzie) nadal uważany za jednego z najwybitniejszych myślicieli swoich czasów.
Wiem, że teorie marksistowskie (pomijając późniejsze „wyczyny” Stalina, a wcześniejsze częściowe „bujanie w obłokach” przez te teorie), też znacznie stonowały pierwotne  drapieżne instynkty kapitalizmu, zmuszając go do pewnych samoograniczeń,  ale wiem też, że te teorie (pomijając częściowe ich „bujanie w obłokach”), w wykonaniu nawiedzonych dogmatyków lub tylko zwykłych karierowiczów doprowadziły do wielu klęsk i tragedii.
Wiem, że neoliberalizm odniósł olbrzymie sukcesy, wiem, że „ciemnym masom” nie mówił całej prawdy, wiem, że zdołował lewicę i jej poglądy, wiem, że ta polska „lewica”, pisząc bez kurtuazji, jest po prostu beznadziejna (prawica i populiści, w tym, co faktycznie robią, poza zręcznym pozyskiwaniu opinii publicznej, też nie „grzeszą” mądrymi działaniami dla dobra Polski i ogółu Polaków); wiem, że na Zachodzie, neoliberalizm, przynajmniej ten skrajny i nawiedzony, jest już w wyraźnym odwrocie (W Polsce jakby mniej). Świat się znowu zmienia. Czy my, w Polsce, na pewno to dostrzegamy?

Sam żartowałem (co za bezczelność) z niedocenionej roli ekonomistów i księgowych w obaleniu „realnego socjalizmu”, którzy niechcący, tak jakby mimochodem, wiernie mu służąc, walnie się przyczynili do jego obalenia, a teraz, również niechcący i mimochodem, zabrali się za kapitalizm. Ośmieliłem się jeszcze dodać, że historia to kiedyś doceni. Śmiem sądzić, że w tych żartach jest jednak sporo prawdy. 

Kryzysy w gospodarce kapitalistycznej nie są czymś nowym, podobnie zresztą jak w każdej gospodarce znanej nam w historii. Wyróżnia je:
-  obfitość towarów przy niedostatkach popytu i pieniędzy (niemal dokładnie odwrotnie niż w gospodarce „realnego socjalizmu”. Oczywiście, były wyjątki, może nawet dość liczne,
-  cykliczność recesji, przeplatająca się z okresami koniunktury (oczywiście: nie wszyscy podobnie na tym wychodzą),
-  z grubsza rzecz biorąc, powtarzające się kółko te same przyczyny, przerywane okresami „skutecznego leczenia”, które, po pewnym czasie, znowu zawodzi,
-  leczenie rozpoczynało się zwykle (lub tylko często) od sięgania do kieszeni tych, co nie zawinili, żeby ratować (w imię wyższych celów) tych, co narozrabiali. (To już pewna ironia. Proszę nie traktować tego dosłownie),
-  co zrobić, żeby w końcu było mądrzej? – albo chociaż weselej? (dowcip z „realnego socjalizmu”: żeby Pierwszym Sekretarzem KC PZPR został Wojciech Siemion. „Lepiej to nie będzie, ale zawsze weselej!”). 

Co dalej?

-  Jak chociaż ograniczyć wpływ na gospodarkę irracjonalnych euforii i równie irracjonalnych panik, szczególnie na giełdach akcji?
-  Jak chociaż ograniczyć rozmiary i skutki spekulacji akcjami, walutami itp., aby zarazem „nie wylać dziecka razem z kąpielą?
-  Co zrobić, żeby skutki hazardu ponosili głównie sami hazardziści, a nie cała gospodarka i całe społeczeństwo?
-  Co zrobić, żeby władze państwowe (razem z administracją) trafniej rozwiązywały najbardziej istotne problemy społeczno-gospodarcze? 
-  Co zrobić, żeby nauki ekonomiczne trochę bardziej zeszły z obłoków na ziemię?
Podejście konkretyzacyjne ze znajomością istotnych interdyscyplinarnych szczegółów chyba często by się przydało. Czyli: współpraca z kim trzeba i jak trzeba. Podejścia „ogólnoteoretyczne” i „ogólno-interdyscyplinarne” – w ramach „praktycznej teorii” rozwijać na szczegółowe. Dalej ... (...)?     
-  Czy nie warto przeanalizować przepisów o ochronie konkurencji, pod kątem, żeby one nie tylko chroniły konkurencję ale także i ludzi: przed niekorzystną konkurencją, przed wymuszaniem konkurencji, tam, gdzie korzystniejsza byłaby współpraca, np. porozumienia o ograniczeniu cięć kosztów kosztem pracowników...  (
pracownicy i ich rodziny są też konsumentami, nakręcającymi popyt, którego ograniczenie pogłębia kryzys). Wyważenie skutków jest tu trudne, tak ze względu na globalizację, jak i obosieczne działanie różnych rozwiązań dla różnych grup społeczeństwa.     
-  Jak zmienić mentalność społeczeństwa z egoistycznej na choć trochę bardziej prospołeczną/solidarnościową?
-  Jak poprawić obiektywną edukację społeczeństwa w najważniejszych sprawach społecznych, politycznych i ekonomicznych? 
-  Jak wpłynąć na media, żeby przynajmniej część z nich nie musiała gonić za oglądalnością, nie ulegała propagandzie ani żadnym naciskom, a jednocześnie potrafiła poważnie i interesująco mówić o poważnych sprawach?
-  Jak „na teraz”, w miarę sprawiedliwy i skuteczny sposób, próbować opanowywać kryzys?
-  Jak, chociaż w miarę sprawiedliwie, podzielić koszty ratowania systemów bankowości?
-  Co dalej, żeby za kilkanaście/kilkadziesiąt lat kryzys znowu się on nie powtórzył?
-  Co dalej z szukaniem nowych dróg – w gospodarce, polityce, organizacji społeczeństwa?
  

-  Pytania można mnożyć.


   
Dalej 

Dalej, można pytania coraz bardziej konkretyzować, proponując jednocześnie (pod dyskusję) rożne warianty rozwiązań, wraz z argumentami za i przeciw. Mówiąc w skrócie, po wstępnej dyskusji, i jej podsumowaniu syntetycznymi wnioskami, sugeruję interdyscyplinarną analizę lub analizy wybranych zagadnień i zapoznanie z nimi opinii publicznej, wraz z jakąś porządnie przygotowaną formą sondażu. Całość materiałów, zarówno syntetycznych jak i szczegółowych, powinna być dostępna w Internecie, oczywiście w sposób uporządkowany, w tym w formach możliwych do zrozumienia – przy pewnym wysiłku umysłowym – także dla niespecjalistów w danych zagadnieniach.
    Czy to ma sens? Czy jest realne? Co dalej?

Tematy powyższe, na moich stronach, znajdują pewne, cząstkowe odniesienia w kilkudziesięciu plikach, głównie w prezentowanej literaturze. W sprawach, w których, wydaje mi się, że mam dość dobre rozeznanie, w odpowiednim kontekście prezentowanej literatury, dodałem sporo uwag/uzupełnień itp. Pod kątem całości domeny, mini przewodnik, stanowi strona „Credo”, w tym pliki wymienione w niej, jako wiodące w tematach związanych szczególnie z ostatnim aktualnie kryzysem.

Niestety. Dalsze rozwijanie tematów, w ramach swojego jednoosobowego hobby, przerosło już moje możliwości. Trochę też mam już dość pisania o sprawach, które, wydają mi się oczywiste, przynajmniej do porządnego zastanowienia się...
 
  
Postanowiłem przerwać (a przynajmniej zawiesić) swoją przygodę z ekonomiką i ekonomią, i zająć się głównie swoim drugim hobby. Nie piszę jakim – żeby nie zapeszyć. Jeśli się choć trochę powiedzie...?  Na razie? – nie wiem!  Sprawdziany w latach 2007-2008, na „choć trochę”, dają pewną nadzieję. Może to jednak tylko złudzenie. W tym roku, zamierzam podjąć poważniejsze i bardziej obiektywne. Na razie wie o tym tylko kilka osób. I dopóki sam nie będę wiedział więcej, wolę żeby tak to pozostało.
  

    Wybrane słowa i frazy kluczowe (tylko część z nich została zdefiniowana), odnoszące się do całości domeny –   plik „Frazy”. 


-------------------

   
„Jeśli kto chce przeczytać najlepsze artykuły, reportaże i opinie z prasy 27 krajów Unii Europejskiej, znajdzie je w serwisie presseurop.eu, w dziesięciu językach, w tym w języku polskim. Tematy polityczne, społeczne, ekonomiczne, naukowe, kulturalne. Można je komentować, dyskutować na forum, oglądać zdjęcia, filmy wideo i komiksy.
Presseurop.eu będzie współpracować z euranet.eu (grupą zrzeszającą europejskie stacje radiowe) oraz z Euronews.
    Portal, który ma się stać jednym z ważniejszych mediów informujących i komentujących wydarzenia w Europie finansuje Komisja         Europejska. Oprócz budżetu KE gwarantuje też dziennikarzom całkowitą niezależno
ść redakcyjną.”*

    *Informację powyższą (w niewielkim skrócie) przytoczyłem za POLITYKĄ nr 22 (2707) z 30 maja 2009 r.         
 Tą informacją prawdopodobnie kończę dalszy rozwój tej strony. Mini przewodnik po całej mojej Internetowej publikacji – plik/strona „Credo”.
Anonimus
 

====================================================
Literatura | Strona główna |