Konkretyzacja
Odcinek pierwszy. Powiedz gringo, czy ja łżę?
Pod tym żartobliwym tytułem, zapożyczonym z książki W.
Ostrowskiego, analizuję stosunek nauk ekonomicznych do interdyscyplinarnej,
kompleksowej znajomości zagadnień.
Skutki? - Wokół widać!
Chyba każdy zawód ma swoje, mniej lub więcej „skrywane” tajemnice, i
wyznaje, mniej lub więcej uświadamianą sobie zasadę: „nie kalaj własnego
gniazda”. „Jeśli jest coś źle, załatwmy to po cichu. Po co rozgłaszać? Nie ma
na świecie ludzi nieomylnych ani idealnych procedur postępowania. Rozgłaszanie
wyrządza często szkody: laicy nie zrozumieją, przekręcą, namieszają i w ogóle
utrudnią...”
Ta zasada, generalnie biorąc, wydaje się słuszna,
ale - tylko do pewnych granic. Z jednej strony wyznacza ją wiedza fachowców,
niestety zbyt często niedostateczna i przesiąknięta rutyną. Po prostu mogą oni
nie dostrzegać tego, co inni „z boku” widzą. Z drugiej zaś strony, nazwijmy to
umownie, wyznacza ją interes publiczny. Wyznacza ją także szereg mechanizmów i
podmiotów, znowu nazwijmy to również umownie, znajdujących się „po środku”. Do
tych podmiotów znajdujących się po środku należą chyba też i „formalni laicy”,
którzy wcale nie są laikami a czasami wiedzą znacznie więcej od „formalnych
fachowców”. Oczywiście, to już na marginesie: jeśli ktoś, nawet bardzo zdolny,
sądzi, że po przeczytaniu paru poradników na nieznany mu wcześniej temat,
został już fachowcem - myli się raczej. Do tych, znajdujących się „po środku”
można zaliczyć także autentycznych laików w danej sprawie, ale za to bardzo
spostrzegawczych lub tylko przypadkowo - w danej sprawie - mających rację. Są
to, a przynajmniej powinny być, rzeczy dość znane. Ba, ale jak je wyważyć? Jak
też akademickie dysputy przenieść na grunt praktyki? Jak to wszystko zrobić,
aby „nie namieszać”, chcąc pomóc - nie zaszkodzić, chcąc ukierunkować coś na
przyszłość - nie wywołać postaw obronnych? Żebym to ja wiedział?
Zasada „nie kalania własnego gniazda” obejmuje,
oczywiście, nie tylko zawody, ale także stanowiska pracy (jedno i wieloosobowe),
działy w firmie itp., całe firmy, całą branżę a w pewnym sensie, cały naród.
Widać to wyraźnie, gdy choć sami śmiejemy się nad sobą, to bardzo nie lubimy,
gdy z nas się śmieją inne nacje, być może zresztą, że złośliwie przesadzają. To
wszystko jest oczywiste. Oczywistym też jest pewne „skrzywienie zawodowe” i
pewna „nadwrażliwość zawodowa”. Dotyczy to, w mniejszym lub większym stopniu
wszystkich, którzy przejmują się swoją pracą, czasami jednak prowadzi do
nieporozumień i zadrażnień, np. gdy chcąc dobrze rozpoznać jakieś zagadnienie,
dociekamy różnych szczegółów, a tu zainteresowani, pomimo naszych wyjaśnień i
zapewnień, mimo woli zaczynają podejrzewać, że ktoś im nie ufa.
Zasada „nie kalania własnego gniazda” w znacznym
stopniu wiąże się z zasadą „nie wynoszenia na zewnątrz tego, co nie powinno się
wynosić”. I tu zaczynają się problemy. Jeśli chodzi o tajemnice służbowe,
handlowe i wszystkie takie, których znajomość pomogłaby konkurencji lub
zaszkodziła firmie, to sprawa jest zupełnie oczywista. Podciągnął bym nawet pod
to zwykłe głupie plotkarstwo lub niepotrzebne gadulstwo. Jeśli jednak owe
„wyjście na zewnątrz” dokonane w odpowiedniej formie, nie zaszkodzi, a wprost
przeciwnie - pomoże! To co wtedy? Padnie zaraz pytanie: komu pomoże, a komu nie
pomoże, a może wręcz zaszkodzić? Oto jest pytanie! Weźmy dla przykładu:
przecież w okresie PRL zdradzanie mechanizmów przystosowawczych firm do
systemu, było powszechnie przez zainteresowanych uznane nie tylko za „kalanie
własnego gniazda”, ale wręcz za naruszenie oczywistego tabu. Działanie tego
tabu było tak silne, że nawet „swoi” potrafili w tych sprawach „trzymać język
za zębami”, i władza, która zapewne miała całkiem dobre rozeznanie w sprawach
pospolitych i politycznych, chyba najmniej się orientowała w rzeczywistym
działaniu mechanizmów gospodarczych? Czy to było dobrze, czy źle? I znowu mamy,
z kolei drugie już, „Oto jest pytanie!”. A może to nie prawda? Dajmy jednak
„spokój” PRL, weźmy np. dzień dzisiejszy i „manewry” z fiskusem. Przecież nie
wszyscy, co „manewrują”, czynią to ze złej woli, niskich pobudek, czy nawet z
nadmiernie przez nowy ustrój rozbudzonego apetytu na pieniądze, z jednoczesną
zasadniczą trudnością jego zaspokojenia w drodze normalnej, tj. w pełni
rzetelne, moralne, zgodne z „łamańcami prawa” i etyczne postępowanie. To
zresztą, nawet w dobie dzisiejszej, gdy powodów do „manewrowania” i
„czarowania”: "wszyscy - wszystkich, razem - i z osobna, z góry - do dołu,
z dołu - do góry, w pionie i poziomie, jest wielokrotnie mniej niż „ongiś” bywało,
dotyczy bynajmniej nie tylko „manewrów” z fiskusem.
Idźmy dalej. Nie jest żadną publiczną tajemnicą, że
choć nas trochę chwalą, to jednak zbyt nowoczesnego kapitalizmu bardzo ale to
bardzo wiele firm wcale nie wdraża. Raczej to, co się wdraża, bardziej pasuje
do pierwszej połowy dwudziestego wieku lub rozwiązań „latynoamerykańskich” ,
niż czasów na „Zachodzie” teraźniejszych. Psychologicznie jest to nawet
uzasadnione. Nie sprawdziła się biurokracja planistyczna, to ją odrzucono razem
z tym, co w planowaniu dobre. Nauczono się kiedyś, jak robić plany „pod
władzę”, łatwo przyszła nauka jak robić biznesplany „pod banki”. Naopowiadano
się kiedyś tak dużo o roli klasy robotniczej, to przyszła pora „przykręcić jej
„nieco” śrubę”. Krępowały kiedyś „ręce” różne samorządy pracownicze, inna
sprawa dość często niezbyt kompetentne, to teraz silniej odczuwamy ciągoty w
kierunku autokratyzmu. Wszystko to są mechanizmy, z których, tak podziwiany,
niemal uwielbiany w innych sprawach przez nas „Zachód”*,
już wyrósł i jakby zmierza w zupełnie odwrotnym niż my kierunku, ba ale my (kto
to jest: „my”), jak zwykle „samodzielni i samorządni”, wiemy swoje. Do tego
dochodzą „kompetencje” (lub niekompetencje), normalne, zwykłe kompetencje,
przede wszystkim organizacyjne, nie te partyjne i nie te z zasiedzenia lub siły
bezwładu i przyzwyczajeń, ale zwykłe, najzwyklejsze fachowe kompetencje, jeśli
ktoś chce mądrze (mądrze! Dla kogo?) w dzisiejszym świecie. Jak z tego wybrnąć,
fachowo, nie krzykami, blokadami, strajkami, tylko rozumnym działaniem, które
jednocześnie nie będzie kalaniem...? Żebym to ja wiedział! Może zresztą mylę się w ocenie sytuacji albo
nazbyt uogólniam?
----------
* Pisząc te słowa ponad pięć lat temu (na początku 2 000 roku) , nie
w pełni zdawałem sobie jeszcze sprawę, że i na „Zachodzie”, pod wpływem
trudności, też zaczęto już mocno „przykręcać śrubę”, niekoniecznie korzystną
dla pracobiorców, podobnie jak to nieco wcześniej stało się w Japonii.
Anonimus
----------
Pisząc o „kalaniu”, próbach "naprawiania świata",
wahaniach „konkretyzacyjnych”, powinienem z kolei
przejść do problemu „znajomości istotnych szczegółów” przez tych, co usiłują
naprawiać albo tych, co nie czują potrzeby naprawiania. Nie chcę zrazu zbyt
dużo namieszać, więc ograniczę się jedynie - na razie - do ogólnikowej, zapewne
mocno dyskusyjnej hipotezy: jeśli ktoś wyobraża sobie, że w średniej wielkości
firmie przemysłowej, średnio skomplikowanej i przy pomocy sieci komputerowych
tradycyjnie średnio zorganizowanej; jeśli więc w takiej firmie ktoś myśli, że
jej szef pospołu z głównym księgowym (obaj, oboje, czy obie razem) znają
wszystkie istotne szczegóły swej firmy i nad nimi panują, myli się nie tylko
raczej ale nawet przeważnie mocno. Powiem więcej: nie tylko wszystkiego nie
znają i nie tylko nad wszystkim nie panują, ale to jest wręcz niemożliwe, żeby
znali i nad wszystkim panowali. Najwyżej, może się im wydawać, i być może wiele
osób będzie w to autentycznie wierzyć. Powiem jeszcze więcej: przy bardzo
sprawnym zorganizowaniu kanałów informacyjnych i dużej osobistej wszechstronnej
wiedzy szefa i głównego księgowego, jest prawie niemożliwym, aby oni nie
spostrzegli, jak mało wiedzą, jak wiele rzeczy „toczy się samo”, jak wiele
toczy się w niezupełnie pożądanym przez nich kierunku, jak złożone są tego
przyczyny, i jak „głębokich” trzeba zmian tradycyjnego zarządzania, aby chociaż
„mniej więcej” wszyscy się dobrze rozumieli i faktycznie byli przekonani, że,
we własnym interesie, dla firmy należy poświęcić, no, nie wszystkie swoje siły,
bez przesady, ale istotną ich część. Zagalopowałem się. Chciałem jedynie
zasygnalizować, jak trudno praktykowi wprost nazywać „rzeczy po imieniu” nawet
wtedy, gdy „tak ogólnie”, ogólnoteoretycznie są one dość dobrze znane.
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura | Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przestańmy - na chwilę - traktować rzecz poważnie,
i - dla odprężenia, w charakterze przerywnika, dającego jednak coś do myślenia -
zajmijmy się literaturą przygodowo - pamiętnikarską, jeśli mogę tak nazwać
piękną książkę
Wiktora Ostrowskiego: Życie
Wielkiej Rzeki. Czytelnik. Warszawa.1975). Wybrałem
zabawny fragment , chyba w pełni oparty na autentycznej przygodzie. Rozpocznę
od scenki:
„Powiedz, gringo, czy ja łżę... Ależ
skąd! ... Sam nawet takiego węża
zabiłem. Takie miał kudły, że potem ostrzygłem skórę! Nie łżyj, gringo -
wrzaśnięto od ogniska. Powoli opuściłem ręce i z urażoną godnością, ostrym
tonem rzuciłem w kierunku siedzących: - Kto to powiedział? Niech powtórzy! A
potem zwróciłem się do draba z rewolwerem: - Widzisz? Nie wierzą nam! Wygrałem
partię, ręka wciskająca lufę pod żebra opadła. Jeszcze chwila i miękko klapnął
spuszczony kurek. Wróciliśmy... pić mate."
Kąsek jest tak smakowity, że zupełnie, bez żadnych
aluzji, no, prawie bez żadnych, przytoczę obszerne fragmenty, niemal sam
podpowiadając ripostę tym, którym nie podobają się moje wywody: „Łżesz,
gringo”.
„Czy Wąż Może Być Włochaty?
Nieproszeni nocni
goście na wyspie - Niebezpieczeństwu trzeba wychodzić naprzeciw - Fantastyczne
opowieści o fantastycznych wężach i popełniony przeze mnie błąd - Lufa
rewolweru argumentem potwierdzającym istnienie włochatego węża.
Granica biegnie głównym nurtem rzeki.
Naturalnie jest to czysta teoria, kto by tam na Alto
Parana zwracał na to uwagę i przejmował się. Jednakże, zgodnie z literą prawa,
nurt określa przynależność państwową wysp: te po prawej stronie są
paragwajskie, po lewej argentyńskie. Ludziom rzecznym, do których i my już
należymy, jest to całkowicie obojętne. I te, i tamte porasta las, i te, i tamte
w czasie powodzi są tylko kępami drzew wznoszącymi się wprost z wody.
Przy wyborze miejsca na obozowisko kierujemy się jedynie wygodą, pięknem
zakątka, własnym widzimisię. Nie przejmujemy się nawet złą sławą, jaką ponoć
cieszą się niektóre wyspy paragwajskie.
Jesteśmy właśnie na jednej z nich.
Wyspa, jak wyspa, duża zarośnięta lasem. Poziom rzeki niski, mamy więc
kamienisto-piaszczystą plażę dochodzącą do wysokiego, stromego urwiska. Na
górze nad nim - dżungla. Bezludzie. Do przeciwległego paragwajskiego brzegu
około kilometra raczej spokojnej wody. Tam też nie widać śladu człowieka - selva. Bardzo nam się to miejsce spodobało. Licząc się jednak z możliwością nagłego wezbrania
rzeki, na wszelki wypadek rozstawiliśmy namiot nad urwiskiem, w zaroślach.
Znaleźliśmy coś w rodzaju małej polanki. Dla pewności kajak również zanieśliśmy
nad urwisko, w krzaki. Przez gąszcz z wnętrza wyspy nikt się do nas nie
przedrze, a od strony rzeki, od tego paragwajskiego brzegu, lepiej nie kłuć w
oczy swoją obecnością. Na plaży zawsze łatwiej o suche patyki toteż tam
rozpaliliśmy ognisko, szybko ugotowali i zjedli kolację, a potem, pozostawiając
tylko, do rannego umycia, brudne naczynia, wspięliśmy się po usypisku do góry -
spać.
Ale spać się nie da. Noc ciemna,
bezksiężycowa, rozśpiewana cykadami. Rozebrani „do rosołu” leżymy w namiocie
zabezpieczeni szczelną moskitierą, leniwie przerzucamy się zdaniami. Spokój.
Dwaj Robinsonowie na bezludnej wyspie.
W dźwięczny śpiew cykad wślizgują się nagle inne dźwięki: coś zachlupotało,
stuknęło, zabrzęczało żelastwo. Tuż-tuż pod urwiskiem, niemal u naszych stóp.
Nasłuchujemy czujnie. Jakieś przyciszone głosy... Ktoś jest na wyspie!
Szybko wciągnęliśmy „strój podróżny”: piżamy, wysokie buty, i po cichu
wyleźliśmy z namiotu. Z zachowaniem wszelkich środków ostrożności - rzut oka z
wysokiego urwiska. W poświacie gwiazd majaczyła w dole duża łódź, z której
wysiadali ludzie. Liczyłem: raz..., dwa..., cztery... osiem. Ośmiu znalazło się
na brzegu, niedaleko wygaszonego ogniska i pozostawionych garnków.
Znosili coś ciężkiego, jakieś toboły, rozmawiając cicho. Błysnęła elektryczna
latarka. Raz i drugi. O dziwo, w czarnej ścianie przeciwległego brzegu odpowiedziało światełko. Łódź odbiła niemal bezszelestnie i
roztopiła się w mroku. Na plaży, pod nami, pozostało pięciu przybyszów. ]
Zniknęły bez śladu resztki senności.
Tego rodzaju nocna wizyta nie należy do przyjemnych. Życie na Górnej Paranie ma
swoje nie pisane prawa i nakazy. Do podstawowych należy czujna nieufność,
dopóki nie dowiesz się, kim jest spotkany. Mówiąc obrazowo: pilnuj własnych
pleców. Nie byliśmy tak naiwni, by nocnych gości zaliczyć do grona spokojnych
rybaków. Zniesione pod urwisko toboły z pewnością nie były sieciami. W świeżej
pamięci mieliśmy opowiadanie o niedawnym napadzie rabunkowym na zagrodę
nadbrzeżnego osadnika, o zbrodni i bezskutecznym pościgu za mordercami aż na
paragwajską stronę.
Nas dwóch na ich pięciu, stosunek był niekorzystny. Na razie mieliśmy tę
przewagę, że widzieliśmy ich, oni nas - nie. Ale w każdej chwili mogli natknąć
się na pozostawione garnki, na prawdopodobnie jeszcze ciepły popiół...
Należało wykorzystać tymczasową
przewagę, jak najszybciej wyjaśnić sytuację, wyjść jej na spotkanie. Parę zdań
szeptem do ucha - i mamy gotowy plan. Przyjaciel pozostanie na górze, na skraju
urwiska, uzbrojony w karabinek i ciężki rewolwer. Takie nie znane ewentualnemu
przeciwnikowi ubezpieczenie. Z naładowanym pistoletem w prawej kieszeni kurtki
od piżamy, zbiegłem, zsunąłem się na brzeg rzeki. Tak sobie z głupia frant
zacząłem grzebać w wygasłym ognisku. Grzebałem lewą ręką, prawej nie wyjmowałem
z kieszeni, palec wskazujący wzdłuż lufy pistoletu, środkowy na cynglu. Taki
uchwyt broni pozwala na stosunkowo pewny, szybki i celny strzał.
Moje nagłe zjawienie się, było dla nieproszonych gości nie lada niespodzianką.
Zapanowało długie, naprężone milczenie. Jak gdyby nigdy nic, pogwizdując
wesoło, zbierałem rozrzucone garnki. Wreszcie od grupy oderwała się postać.
- Co robisz na tej wyspie?
Ostry ton i zwracanie się przez ty nie świadczyły o uprzejmości. Odpowiedziałem
jednak spokojnie:
- Łowię ryby. I dodałem beztrosko: - a wy? Też rybacy?
Naiwne pytanie wywołało ogólną wesołość, podeszli inni.
- Jesteś tu sam?
- Nie. Jest nas kilku. Właśnie czekam na towarzyszy. Odpłynęli niedaleko, w
górę rzeki. Zaraz wrócą.
- Nie bądź taki vivo! Nie łżyj. Nie ma nikogo.
Użyte w tym przypadku słówko vivo ma posmak lekceważenia, oznacza coś
pośredniego między spryciarzem a macherem. Cóż miałem robić. Zacząłem się śmiać
i wpadając w ich ton, zaproponowałem:
- Che, muchachos! Ej
chłopcy! Może byśmy się napili mate? Macie yerbę? Ja
nawet zapałek nie mam, zamokły...
Zaskoczeni niespodziewaną propozycją, trochę podreptali w miejscu, poszeptali,
ale ostatecznie jeden poszedł do tobołów, poszperał, wrócił z yerbą i potrzebnymi przyrządami. Na popiołach naszego ogniska
rozpalono nowy ogieniek, w naszym imbryku nastawiono wodę. Czekając posiadali,
przykucnęli dookoła. Naturalnie przyłączyłem się do towarzystwa, ale - stojąc,
bardzo nonszalancko i beztrosko, z ręką w kieszeni. Stanąłem tak, by nie mieć
nikogo za sobą, plecy wolałem mieć „wolne”.
Nie kleiła się rozmowa...
Bardzo mi się nie podobało rozglądanie
się przybyszów dookoła. Widocznie nie wierząc mi, starali się rozwiązać
zagadkę, skąd się wziął na bezludnej wyspie dziwny gringo w piżamie, z kupą
garnków porzuconych na plaży. Gdy szeptali coś między sobą, zacząłem się
obawiać, że zechcą przeszukać okolicę, że lada chwila któryś z nich może wspiąć
się ma urwisko i ...
Zagorzała woda, zaparzono yerbę, naczyńko poszło w
koło. Przyjmowałem je lewą ręką, tak samo
zwracałem po wypiciu. Mogłem przecież być mańkutem.
By zmienić temat i uniknąć natarczywych pytań, w pewnej chwili powiedziałem, że
spotkałem yarara, że wąż nawet mnie uciął, ale
uratowała cholewa buta.
- Właśnie tego buta...
Temat wężowy nad Wielką Rzeką jest zawsze aktualny. Wężów wszyscy się boją,
węże są plagą, kursuje mnóstwo mrożących krew w żyłach opowieści o tych gadach.
W tym wypadku moja historia również wzbudziła ogólne zainteresowanie. Posypały
się pytania: jak wielki był wąż? Czy walczyłem z nim i czy zabiłem? Gdzie to
się stało?
To właśnie poruszyło ich najbardziej: gdzie to się stało? Wąż naturalnie był
„straszny”, rzucił się na mnie i ukąsił, rzucał się ponownie, ale uciekłem.
Gdzie to się stało? Ano, właśnie tutaj, w tych krzakach, na urwisku nad nami!
Szpetnie blagowałem, to prawda, ale wskazując na zarośla, gdzie stał ukryty
nasz namiot, mogłem teraz być prawie spokojny: nikt z nich po ciemku nie
odważy się wejść na urwisko. Wierzą, że tam czatuje yarara.
Moja opowieść o spotkaniu z wężem zapoczątkowała ożywioną rozmowę. Znikł ostry
ton niedyskretnych pytań, wygładziła się nieufność, mate podawano mi w
przepisowej kolejce. Czułem się prawie jak w gronie znajomych.
Malowniczo usadowione przy ognisku towarzystwo po prostu prześcigało się w
opowiadaniu niesamowitych bajd o wężach. Było to wcale zabawne i stojąc nad
nimi, nie tylko przysłuchiwałem się, ale też brałem udział w „towarzyskiej”
rozmowie.
Temperatura podnosiła się, jad gadów uśmiercał w mgnieniu oka: „Nie zdążył
krzyknąć i padł trupem”, jak na drożdżach rosły wymiary spotykanych wężów, a
odwaga i zręczność walczących sięgała wyżyn bohaterstwa.
Jeden z przybyszów odmalował swoje spotkanie z gadem, który był według niego
makabrycznym skrzyżowaniem węża koralowego z grzechotnikiem. Całe towarzystwo z
zapartym tchem słuchało o potworze trzymetrowej ponoć długości, pokrytym biało-czerwono-czarną łuską, z ogonem zakończonym...
grzechotką. Twierdził, że grzechotanie słychać było co najmniej na pół kilometra. Jechał wtedy konno, a mijany potwór skoczył
błyskawicznie do końskiej grzywy!
- Zdążyłem się uchylić. Tylko dlatego siedzę teraz z wami. Gad przeskoczył
mnie, przeleciał nad koniem...
Popełniłem błąd. Zaprzeczyłem! Mając za sobą spore doświadczenie i studia nad
tą południowoamerykańską plagą, tłumaczyłem niemożność krzyżowania się dwóch
zupełnie odrębnych gatunków. Powiedziałem, że „skoki wężów” należy zaliczyć do
kategorii bajek.
Moje bądź co bądź naukowe wywody spowodowały głuche milczenie. Wyczułem
dezaprobatę. Po chwili ktoś inny złośliwie zapytał, czy ja, gringo, nigdy nie
słyszałem o wężach kąsających ofiary jadowitym kłem umieszczonym... na końcu
ogona? Bo on sam, własnoręcznie, po walce - tu dramatyczny jej opis - uwolnił
ludzkość od takiego smoka. A gad zdążył już spustoszyć całą okolicę.
Po raz drugi popełniłem błąd: znowu zaprzeczyłem, znowu zacząłem tłumaczyć.
Proszę mnie dobrze zrozumieć, dlaczego nazywam to błędem: co innego poddać w
wątpliwość, zakwestionować wiarygodność opowiadania w domu, przy kominku, a
całkiem co innego - na wyspie, gdzieś na Górnej Paranie, podczas przypadkowego
spotkania. Teraz już wiem, że tak robić nie wolno.
Gdy trzeci z kolei zaczął się chwalić swoją przygodą, oczy słuchaczy były
wpatrzone... we mnie. Wyczekująco i nieprzychylnie. Muszę przyznać , że
ostatnie opowiadanie przewyższało poprzednie o całą klasę. Jego autor był
prawdziwym artystą. Jakże barwnie opisał swoje ocalenie, na grzbiecie pędzącego
jak wiatr konia, i pościg za nim węża yarara.
Naturalnie gad był długi na kilka metrów, a gruby „jak pień starego lapacho”. Najciekawsze jednak, że miał sierść... niczym
tygrys!
Ów wąż pokryty futrem tak mnie zaskoczył, że zrobiłem najgłupszą rzecz na
świecie - przynajmniej w tamtej sytuacji - roześmiałem się na cały głos.
Wszyscy patrzyli na mnie. Śmiałem się tylko ja.
Bohater przygody podniósł się leniwym ruchem, przekroczył ognisko i stanął tuż
przede mną. Zaczął mówić wolno, cedząc słowa, głosem parszywie słodziutkim,
niemal pieszczotliwym, w którym drgały nutki hamowanej furii:
- Więc co? Więc yarara
nie może mieć sierści?... Więc ja łżę?
Milczałem. Jeszcze pół kroku. Lekko pochylony, napięty, stał tak blisko, że
prawie mnie dotykał. Czułem na twarzy jego gorący oddech, patrzyliśmy sobie w
oczy.
- Pytam! Więc ja łżę?
Szybki ruch jego ręki i... poczułem na brzuchu ucisk lufy rewolweru.
- Gadaj, przeklęty gringo. Czy wąż może
być włochaty? Tak czy nie!
Przy ognisku nikt się nie poruszył.
Wszyscy jakby zastygli w oczekiwaniu.
Wiem, że najuczeńsze
akademickie dyskusje można prowadzić w nieskończoność, bez ostatecznego
uzgodnienia opinii. W naszym jednak wypadku bądź co bądź oryginalną rozbieżność
zdań trzeba było rozstrzygnąć możliwie szybko. Zimny argument wciskany mi pod
żebra miał swoją wagę. Ta gra nie była warta świeczki. Na pewno niewarta,
choćby przeklęta yarara miała być włochata jak sam
diabeł!
Tym razem nie zrobiłem błędu, nie strzeliłem.
Błyskawicznie wyrwałem dłoń z kieszeni i... podniosłem wysoko obie ręce. Puste.
Z szeroko rozcapierzonymi palcami. Zacząłem... śmiać się. Ryczałem jak opętany,
nie mogąc się powstrzymać, aż łzy kręciły mi się w oczach. Najdziwniejsze to,
że śmiałem się zupełnie szczerze. Sytuacja była zbyt idiotyczna. Oby tylko
ukryty na górze przyjaciel, z karabinem, nie stracił zimnej krwi!
Stałem z podniesionymi rękoma. Lufa rewolweru wciąż uciskała brzuch.
- No, mów nareszcie! Czy ja łżę?
Teraz krzyknął. Wolałem stokrotnie krzyk od słodziutkiego cedzenia przez zęby.
Mimo wszystko brzmiało w nim niezdecydowanie, moja reakcja widać zaskoczyła
przeciwnika, nic już nie rozumiał.
- Ależ skąd! - wyksztusiłem przez śmiech. Oczywiście że yarara
bywają włochate. Sam nawet takiego węża zabiłem. Takie miał kudły, że potem
ostrzygłem skórę!
- Nie łżyj, gringo! - wrzaśnięto od ogniska.
Powoli opuściłem ręce i z urażoną godnością, ostrym tonem rzuciłem w kierunku
siedzących:
- Kto to powiedział? Niech powtórzy!
A potem zwróciłem się do draba z rewolwerem:
- Widzisz? Nie wierzą nam!
Wygrałem partię, ręka wciskająca lufę pod żebra opadła. Jeszcze chwila i miękko
klapnął spuszczony kurek. Wróciliśmy... pić mate.
Nie będę dalej opisywał tamtej nocy.
Wypełniło ją opowiadanie najdziwniejszych historyjek. Nie protestowałem już,
nie zaprzeczałem. Odwrotnie, potakiwałem i od czasu do czasu dorzucałem
szczyptę soli. Już siedziałem przy ognisku. Zabawa była pierwszorzędna.
Naturalnie nie dowiedziałem się, kim są ci ludzie i co sprowadziło ich na
wyspę. Mnie również przestano pytać, kim jestem i gdzie ostatecznie podziewają się moi towarzysze. Prawo zwyczajowe
nad Wielką Rzeką - dyskrecja - obowiązywało odtąd obie strony.
Zadymiła rzeka, podnosiła się gęsta przedświtowa mgła. Z daleka dobiegło ciche
chlupotanie wioseł. Powstawali od ogniska. Mój niedoszły przeciwnik klepnął
mnie po ramieniu i rzekł po prostu:
- Słuchaj no, gringo, teraz zmiataj. Nic tu po tobie, nie ma nic do oglądania.
I wiesz... trzymaj język za zębami!...
Odchodząc pogwizdywałem wesoło, ale nie odwróciłem się ani razu. Nie warto
zaspakajać ciekawości kosztem nawiązanych „dobrych stosunków”.
Gdy wdrapałem się na urwisko, przez mgłę przeświecało już słońce. Na plaży
pusto. Ani ludzi, ani łodzi, ani tobołów. Odpłynęli dokądś. A że razem z nimi
odpłynęły nasze garnki i ulubiony imbryk, to już smutny dowód, że nie
wytrzymali do końca, nie pokazali klasy. Wicek powiedział mi potem, że widział,
jak zabierają garnki, i wściekał się w duchu. Ale co miał robić? Poszedł spać.
Gdy wróciłem, chrapał w namiocie.”
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura | Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Wracamy do rzeczywistości!
Jak opornych i odpornych przekonać chociaż do
rzeczy, które powinny być już bezsporne (jak dla kogo), np. przekonać do
nowoczesnego rachunku kosztów i rachunkowości zarządczej (controllingu)?
Świadomie, tymczasowo odkładam „na bok” swoje fanaberie konkretyzacyjne, bo one
faktycznie są mocno sporne (też jak dla kogo). Świadomie też, tymczasowo,
odkładam „na bok” bardzo delikatną materię metod zarządzania sprawowanego przez
naczelnych szefów, bo chcę mieć „czyste przedpole” do rozważań, „dlaczego
księgowych, których roli i wiedzy nikt rozsądny nie neguje, tak trudno namówić
do zmian unowocześniających, wręcz niezbędnych do prawidłowego zarządzania
firmą.” (na marginesie: rachunkowość zarządcza - controlling, to nie tylko
księgowość). Świadomie też nie tracę czasu na zbieranie danych, jaki jest
procent tych odpornych, bo co mi to da, kiedy wokół widzę, że jest dużo
(niekoniecznie z przyczyn nieuzasadnionych) i nie tylko ja, hobbysta, nie mogę
sobie z tym poradzić.
Dlaczego przykład rozpoczynam od księgowości? To
też chyba oczywiste: rachunkowość zarządcza (controllling)
powinna być trzonem informacji w firmie, informacja fundamentem wiedzy a wiedza
punktem wyjścia do mądrości, jak to bardzo ładnie i przekonywująco sformułowało
wielu autorów, i chyba mają rację.
Czemu jednak, to co organizacyjnie i stosunkowo po niewielkich kosztach można
było dopiąć w ciągu dwóch, góra trzech lat, po dziesięciu latach samodzielności
nadal jest niemal w „powijakach”? W jakiejś szerszej skali nie potrafię na to
odpowiedzieć. Mam zresztą za mało danych i kłopoty z ich zdobyciem. W wąskim
wycinku branżowym sprawa jednak wydaje mi się dość oczywista, tylko jak ją
przedstawić aby uniknąć pułapek „kalania własnego gniazda”, uniknąć dryfu w
kierunku rozpamiętywania przeszłości (niezbędna analiza jest jednak konieczna) a
wszystko ukierunkować na przyszłość. Przecież to, co ja chcę powiedzieć, sporo
ludzi mniej więcej wie, i co? - i kończy się zazwyczaj na „luźnej” pogawędce .
Przecież nawet najbardziej „starej daty” główny księgowy nie powie już, że nie
chce nowego w księgowości (faktycznie może chcieć, a nie móc), tylko, że nie ma
na to etatów, środków, czasu itp. Musi zatem, w pierwszej kolejności robić to,
z czego go rozliczają, a rozlicza go fiskus, biegły, obowiązujące zasady itd.
itp. Wszystko zatem co może robić dodatkowo, poza tym co musi z przyczyn
zewnętrznych, to rozbudować „rozrachunki”, bowiem z uwagi na „zatory”
płatnicze, wszyscy, poczynając od naczelnego szefa, go tu rozumieją i doceniają
potrzebę. Natomiast z resztą...?
Naczelny szef „odpornej” firmy, nagabywany w
sprawie, odpowie zazwyczaj: „Etatów dla księgowości nie zwiększam, bo nie mam
pieniędzy. Pieniędzy mało a potrzeb dużo”.
Jeśli to jest, a przeważnie jest szef wcale nie taki zacofany, jak się
pozornie, na „pierwszy rzut oka” może wydawać, i potrafimy skłonić go do
szczerości, to zapewne doda: „pieniądze bym znalazł, gdybym był przekonany o
efektach. Przekonany nie jestem”.
Gdy nie zadowolimy się taką odpowiedzią, i nadal będziemy „drążyć” : przecież
są także młodzi, nowocześnie wykształceni, są firmy konsultingowe, to albo
znowu otrzymamy grzecznościową odpowiedź: robimy co możemy, na więcej firmy nie
stać, albo odpowiedź bardziej szczerą, której nie chcę powtarzać. Czy ta
szczera odpowiedź jest zawsze obiektywnie błędna, wynikająca z niewiedzy? Wcale
nie byłbym tego taki pewny. Procentowo biorąc, bynajmniej nie tak rzadko
spotykałem się z przypadkami, że ktoś, nie umiejący posłużyć się komputerem,
liczący „na piechotę”, lepiej potrafił kalkulować niż drugi, nowoczesny, pewny
siebie, czarujący nowoczesnym sprzętem i oprogramowaniem. Oczywiście, ten
pierwszy powinien wreszcie nauczyć posługiwać się komputerem i odpowiednim
oprogramowaniem, to bardzo by mu pomogło, i wcale nie jest specjalnie trudne,
ale to zupełnie inna sprawa. Tak samo, jak i temu drugiemu, wcale by nie
zaszkodziło, gdyby więcej umiał niż to, co wyniósł ze studiów i krótkiej albo
nawet i długiej, ale „powierzchownej” względnie jednostronnej praktyki.
Czy to jest sytuacja patowa? Bynajmniej! Obawiam
się jednak, że bez konkretyzacji się nie obejdzie, jeśli nie chcemy nadal
powtarzać „błędów i wypaczeń”, tym razem w kapitalizmie, a czy diagnoza i
terapia musi wyjść na szersze forum, to też zupełnie inna sprawa!
W następnym odcinku: Czy jeszcze raz powrócić do
tematu „Prawdy i nieprawdy o statystyce”.
Dnia 8 marca 2000 r.
Anonimus
P.S. Proszę się nie śmiać, z tych „włochatych” węży. Jedni widzą
„włochate” węże, inni UFO, jeszcze inni – jeszcze coś innego. Ja też dużo widziałem.
Zmieniłem też pierwotny tekst. Może to pod wpływem „daty” - i jutro będę
żałował?
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura | Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Odcinek 2. Prawdy i nieprawdy o statystyce
O statystyce krąży sporo dowcipów, ot w rodzaju:
- co wynika z średniej, gdy jedną nogę włożymy do wrzątku a drugą do lodowatej
wody?
- jak w sprawozdaniach rozmnożyły się świnie (to już z okresu PRL), i co dalej
z tego wynikło?
- albo, co było przyczyną fenomenalnego przyrostu naturalnego w jakiejś tam
miejscowości? Już przyjechali eksperci, licząc przynajmniej na doktoraty..., i
odjechali zawiedzeni: to tylko remont oddziału położniczego w sąsiedniej
miejscowości (powiecie, województwie).
Oczywiście, są to dowcipy uproszczone, domyślne
sytuacyjnie a biorą się po prostu z tego, że „ludzie widzą i uczestniczą” choć
zapewne zazwyczaj specjalnie się nie zastanawiają, kto tu zawinił i czy w ogóle
zawinił. Nie zastanawiają się, bo wiedzą, że statystykę tworzy się z
dokumentów, dokumenty tworzą ludzie, ludzie tworzą dokumenty tak jak tworzą, a
kto o tym nie wie - jego sprawa: siła „wyższa”, można się najwyżej pośmiać.
Naturalnie, zapamiętujemy i śmiejemy się z sytuacji paradoksalnych, powtarzamy
je, powielamy, czasami przesadzamy, koloryzujemy itp., bo przecież nie będziemy
się śmiać z tego, co szare i nudne.
Czy jednak sprawa nie jest poważna w warunkach, gdy
jakiś ekspert od czegoś, skazany w praktyce na niemal wyłączne posługiwanie się
nawet nie zestawieniami odpowiednich dokumentów, tylko, z miejsca, już ich
pewnym przetworzeniem, wynikami księgowania albo wręcz sprawozdaniami,
bilansami i statystyką, tworzy projekt poprawny formalnie ale zupełnie błędny,
gdyby dokładnie wszystko przeanalizować, zanadto nie ufając oficjalnym danym
albo ich interpretacji? Czy na pewno istniejące procedury zapewniają pełną
obiektywność tych księgowań, sprawozdań, bilansów, statystyki a w dalszej
kolejności wyliczeń całej masy relacji i wskaźników ekonomicznych, finansowych
itp. ? Czy naprawdę te wszystkie wyliczenia oparte na statystyce,
sprawozdaniach, bilansach, księgowości itp., przeprowadzone formalnie w pełni
poprawnie - zgodnie z zasadami sztuki, nie mogą całkiem często wprowadzić w
przysłowiowe „maliny”? Powiedzmy to inaczej, czy naprawdę, poza przypadkami
fałszerstw i świadomych „przekrętów” cała reszta, jeśli nawet nie zawsze i nie
wszędzie, to jednak z reguły „gra”? Jeszcze inaczej: czy naprawdę rzeczywistość
przedstawiana na papierze jest w normalnych przeciętnych warunkach
przedsiębiorstwa przemysłowego w pełni zgodna z rzeczywistością rzeczywistą, z
wszystkimi jej niuansami, uproszczeniami, komplikacjami, możliwościami
„przelania” wszystkiego „na papier”, różnym widzeniem rzeczy itp. itd.? Co tu
dużo mówić. Każdy kto się na tym naprawdę zna, wie jak jest, i wie ile trzeba
własnej niepisanej wiedzy i rozumu, żeby nad tym panować, a przynajmniej
próbować panować lub myśleć, że się panuje!
Zmierzam powoli do tego, że z tych niepisanych zasad, z tej niepisanej wiedzy i
z tego niepisanego rozumu, którymi posługują się na co dzień tysiące a nawet
miliony osób, należy przynajmniej próbować stworzyć rozwiązania systemowe,
które potrafią weryfikować tradycyjną dość naiwną wiarę w pełną obiektywność a
nawet wiarygodność dokumentacji , bo.....”księgowość, procedury, metoda
bilansowa, kontrole, biegli itd. itp.”.
Czy takich rozwiązań systemowych jeszcze nie ma?
Są, i to już od bardzo dawna! Rzecz w tym, że posługują się nimi w sposób nie
konwencjonalny różne organy kontrolne, specjalne, gdy chcą kogoś na czymś
przyłapać, udowodnić jakąś fikcję będącą naruszeniem prawa itp. Z przyczyn
oczywistych o tych „nie konwencjonalnych metodach i technikach kontroli” zbyt
dużo się nie mówi, i mimowolnie kojarzą się one z wykrywaniem przestępstw albo
nawet drobnych wykroczeń. Zazwyczaj też nie kojarzą się one z tym, że na
zasadzie konfrontacji różnych danych, popartej dalszą analizą, możemy
interdyscyplinarnie (jeśli umiemy) analizować ich prawdziwość, obiektywność,
dobór właściwych metod ewidencji, dobór mierników, oceniać trafność
interpretacji, trafność analiz, projektów, oceniać istniejące trendy, wykrywać
negatywne dostosowywanie się itp. itd.
Są także i inne, bardziej proste przyczyny
deformacji. Weźmy dla przykładu choćby tylko dość powszechną deformację
rachunku kosztów i wyników w przedsiębiorstwie przemysłowym, w podziale na
poszczególny asortymenty. Przecież nawet w rachunkowości zarządczej występują
tu elementy umowne, wcale niekoniecznie trafnie dobrane. A w rachunkowości
tradycyjnej choć komputerowej: szkoda w ogóle słów. A przecież wszystko
formalnie jest w porządku. Sprawa firmy. Żaden biegły, jeśli nawet będzie się
na tym znał, nie ma obowiązku się w to wtrącać. Nawet, z punktu widzenia jego
własnych interesów, byłoby nierozsądne, gdyby zleceniodawcy mówił rzeczy
nieprzyjemne, których mówić nie musi. Tym bardziej doradca. Dobrze, jeśli ktoś
o tym wie i nie traktuje tych danych na serio, tylko sam przelicza. Czy
wszyscy, formalnie kompetentni, wiedzą?
Czy poszukiwanie takich niekonwencjonalnych
rozwiązań w normalnej sytuacji gospodarczej ma sens? Oczywiście, w bardzo małej
firmie o prostej działalności, gdy kierujący nią sam wszystko widzi i rozumie,
takie metody nie mają sensu żadnego albo niewielki. Chyba, że chcemy przeanalizować
konkurencję? Dalej, gdy firma jest duża a działalność złożona - chyba nie muszę
rozwijać.
Kiedy jednak konkretnie trzeba szukać systemowych
rozwiązań, a kiedy wystarczy, że każdy, kiedy trzeba, sam wie „co i jak”? Żeby
na to odpowiedzieć, trzeba najpierw uściślić, kto to jest „każdy”, i co on
naprawdę wie, i co inni, z tym, co on wie, robią i co na ten temat wiedzą?
Czy ta „niekonwencjonalna” wiedza ma jednak istotne
znaczenie dla normalnej pracy? Przypuszczam, że bardzo wiele osób wcale nie trzeba
nic na ten temat przekonywać: sami wiedzą. A co do celowości rozwiązań
systemowych, elastycznych oczywiście i rozumnie stosowanych w sprawach, co się
„samemu wie” przytoczę kilka przykładów - metodą kolejnych podstawień,
stopniowo i przybliżeń, zaczynając od czasów odległych i odległych branż a
kończąc na dniu dzisiejszym i perspektywach. To nie jest jeszcze ani
konkretyzacja ani tym bardziej zapowiedziana na stronie głównej analityka.
Tylko przygotowuję „grunt”! Ja sam dalej mam „mnóstwo” wątpliwości.
Na swoje usprawiedliwienie „nie pełnej wiary” w tradycyjne, sprawdzone i
powszechnie (czy naprawdę?) akceptowane metody mogę powiedzieć jedynie:
Świat się zmienia i nasze wyobrażenia o
nim. Nikt nie ma patentu ani na „nieomylność”, ani na „mylenie się”.
Zaczynamy
Tytuł „ Prawdy i nieprawdy o statystyce” zaczerpnięty
został z bardzo popularnego tygodnika społeczno-politycznego, który dawno temu,
w okresie PRL, przeprowadził i opublikował rozmowę z kimś bardzo znanym i cenionym,
jak to właściwie jest z tą statystyką? Nie pamiętam już dokładnie treści, w
końcu minęło tyle lat, ale rozwinięcie pytań sprowadzało się mniej więcej do
tego, że opinia publiczna nie tylko już „dowcipkuje” na temat statystyki ale
wręcz zarzuca jej kłamstwa. Nie pamiętam też dokładnie odpowiedzi, ale chyba
również nie przekręcam ich sensu, gdy powiem, że skoncentrowały się głównie na:
1. Statystycy nie odpowiadają za to, co użytkownicy
statystyki z nią wyprawiają.
2. Nie było żadnych świadomych „przekrętów” w statystyce.
3. Dane meldunkowe mogły być niezupełnie ścisłe (w granicach dopuszczalnego
błędu szacunków), ale dane sprawozdań ostatecznych, opartych na bilansach
księgowości, były w pełni wiarygodne.
W następnym odcinku - trochę
przybliżeń na te i pokrewne tematy.
Dnia 16 marca 2000 r.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura | Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Odcinek 3. Prawdy i nieprawdy o statystyce - dalszy ciąg
Przykład oparty został na budownictwie
(głównie budownictwie). Dlaczego akurat na budownictwie? Ja go zapamiętałem, bo
znałem się na tym, a wybrałem teraz, bo po prostu pasuje mi do rozpoczęcia
konkretnej analizy od odległych spraw i „nie swojej” branży. Dlaczego wybrała
Redakcja? - nie wiem. Kto miał wtedy rację w sporze o wiarygodność statystyki?
Opinia publiczna widziała zapewne dość masowe zjawisko oddawania
do użytku obiektów niezupełnie ukończonych, czasami
niedotrzymywanie kolejnych terminów, sporo osób przez długie lata czekało na
mieszkania, i gdy czytało w prasie, jak dużo się buduje, mogło trochę
„marudzić”, także na statystykę (swoją drogą dzisiaj buduje się znacznie mniej,
ale to już inna sprawa). Za opinią publiczną przemawiało to, że widziała „na
własne oczy” i nie interesowało jej jak jest „na
papierze”, tylko jak jest w rzeczywistości.
Przeciw tej, umownie nazwanej opinii publicznej przemawiały znane skądinąd
zjawiska, jak to, że z tym widzeniem „na własne oczy” różnie bywa, a ponadto
bardzo łatwo o uogólniającą przesadę.
Argumenty statystyki (i księgowości) są
znane. Wiem, że wielu przedstawicieli tych zawodów trochę się orientowało, jak
jest naprawdę, orientowało się „prywatnie”, służbowo się nie orientowali, nie
musieli i nie chcieli. To nie były przyczyny polityczne, raczej biurokratyczne,
chyba że ten typ biurokracji gospodarczej uznamy za polityczny.
Ja znałem tylko wycinek, dość dobrze, z
różnych punktów widzenia, ale zawsze tylko wycinek. Znałem również metody
analizy konfrontacyjnej rzekomo wiarygodnych danych pod kątem, czy
jedna wiarygodność nie koliduje z drugą wiarygodnością,
albo, czy one wręcz wzajemnie się nie wykluczają (nie ja metodę wymyśliłem),
ale temat był tabu i tak „za bardzo” oraz otwarcie nie mogłem wymieniać
doświadczeń, a tym samym w pełni, wszechstronnie metodę sprawdzić i dopracować.
Kto więcej konkretnie się tym interesował, pod jakim kątem i w jakich celach?
Zapewne dużo osób, zmuszało wręcz do tego „życie wskaźnikowe” charakterystyczne
dla gospodarki planowej realnego socjalizmu , ale to naprawdę było mocne tabu,
tabu „oddolne” i trudno było obiektywnie ocenić, kto co wie i co robi. Ja,
przynajmniej w tych sprawach, byłem w „dość szczęśliwym położeniu”, jeśli tak
to można nazwać, bo wiele osób, różnych zawodów, z własnej nie przymuszonej
woli, nie afiszując się tym zbytnio, sporo mnie naprowadziło i pomogło
analizować stan faktyczny. Co konkretnie
wiedziała „góra” na temat oddolnych mechanizmów dostosowawczych, w tym i do „statystyki”
(statystykę ująłem w cudzysłowie ponieważ poza GUS-sowską
istniała także branżowa, oraz tzw. „radosna twórczość”. Przeciętnej ofierze
było „wszystko jedno” jak to zwał)? Sądząc z oficjalnych publikacji - chyba
wiedziała mało. Nawet nie sądzę aby była w stanie wszystkiego czytać: brakowało
etatów „czytaczy” – zalew papierów był ogromny. Sądząc z poufnych informacji
gospodarczych sporządzanych przez Urzędy Statystyczne dla odpowiednich władz
(niestety: tylko kilkanaście z nich miałem możliwość przeczytania): chyba
wiedziała niewiele więcej. Z rozmów kuluarowych na różnych kursach dochodziłem
do wniosku, że teoretycy się nie orientują (albo świetnie maskują). Podobnie
wyglądało, że jest z wyższymi sferami władzy. A ostrożnie sondowani nieznajomi
uczestniczy szkolenia, koledzy „po fachu”? - wyglądało na to, że sporo wiedzą,
tylko za bardzo nie mają ochoty na te tematy rozmawiać.
Dość osobistych wspomnień. Jeszcze
tylko jedna uwaga do treści artykułu „Prawdy i nieprawdy o statystyce”: jeśli
dobrze zapamiętałem kontekst wypowiedzi - chyba nie było
zarzutów, że GUS przekręca dane albo nimi manipuluje, tylko że, najzwyczajniej
w świecie, nie panuje nad tym, co mu w sprawozdaniach podają.
To, wg mnie, było zresztą zupełnie oczywiste: GUS nie miał powodów, żeby coś
tam kręcić. Wg mnie, nie miał też i możliwości pełnego panowania nad
materiałem. Chyba nikt nie miał!
Metody konfrontacyjne sprawdzające
wiarygodność
W budownictwie, tamtego okresu,
podstawowa metoda narzucała się niemal sama:
- wybiórczo i fachowo porównywać „wiarygodną” produkcję z „wiarygodnymi”
kosztami.
Nawet kompletny laik wie, że nie można
budować z niczego: muszą w kosztach występować materiały, musi w kosztach
występować robocizna i sprzęt. Jeśli zatem z „wiarygodnych” dokumentów wynika,
że pobudowano z „niczego”, to albo jest nieprawdą, że z niczego, albo
nieprawdą, że pobudowano, albo jedno i drugie (przeciwieństwo - logika).
Fachowiec wie dokładnie, jakie to muszą być materiały, jaka robocizna, jaki
sprzęt. Oczywiste pomyłki w dekretacji dokumentów lub przypadkowe inne zniekształcenia
się zdarzają, można je wyeliminować, aby nie zaciemniały obrazu. Tak samo, w
analizie nie wolno „bawić się” w „groszową” dokładność. Szkoda czasu!
Sprawdzamy jedynie, czy nie zachodzi jakaś zasadnicza technologiczna
rozbieżność pomiędzy tym, co zaliczono do produkcji, a tym, co zaliczono do
kosztów. Powtarzam: zasadnicza rozbieżność! Zwykłe pomyłki i niedokładności -
ludzka rzecz. One nie są istotne dla analizy szukającej systemowych przyczyn i
rozwiązań.
Wybór metod analizy - aby nie na „oślep”,
nie zrobić z tego jeszcze jednej biurokracji, nie napracować się zbyt wiele nad
rutyną, a jednocześnie maksymalnie wygospodarować czas na myślenie - też
narzucał się niemal sam: kolejne podstawienia, od ogółu do szczegółów,
poczynając od poziomu kosztów rutynowo opracowywanych przez księgowość, a
kończąc na wnikliwej analizie rzeczowej - techniczno - technologiczno -
ekonomicznej. Odpowiednich zestawień, sporządzanych dla innych celów, było
zresztą w przedsiębiorstwach niemal „w bród”. Wystarczyło trochę inwencji,
kwalifikacji, chęci, czasu i braku przeszkód, aby, co trzeba, trochę inaczej
zestawić, przetworzyć, dopracować, a w końcowej fazie, już w pełnym zespole
interdyscyplinarnym, kompleksowo ocenić.
Wszystko, co mógłbym dalej na ten temat napisać, dla kogoś nie znającego tych
zagadnień, byłoby nudne, trudne i pełne branżowego „żargonu”. Sądzę też, że dla
przedstawienia istoty metody konfrontacyjnej, napisałem w tym przypadku
wystarczająco dużo, i dalsze szczegóły są zbyteczne.
Dalsze przykłady, też z
budownictwa ale nie na kanwie opublikowanej rozmowy
Przykład
drugi. Bilans czasu pracy budowlańców
Nawet chyba nie muszę specjalnie
przekonywać, że oficjalny bilans czasu pracy budowlańców zatrudnionych
bezpośrednio w produkcji, wynikający z dokumentacji płacowej, a dalej przyjęty
do sprawozdań i statystyki, był dość gruntownie nieprawdziwy.
Z jednej strony nie wykazywano masowych godzin nadliczbowych pracowników
zatrudnionych w akordzie (około 95 % robotników). Nazywało się to „elegancko”
tzw. „przedłużoną zmianą”. Z drugiej strony nie wykazywano oficjalnie, mniej
masowych ale też bardzo istotnych przerw w pracy, tzw. „ukrytych przestojów”,
bynajmniej nie zawinionych przez robotników. Nie wykazywano z bardzo prostej
przyczyny: pokazanie prawdy, ile godzin w okresach „szturmowszczyzny” robotnicy
pracowali, przyprawiłoby ich „papierowych” obrońców chyba o atak histerii. Kto
chciał ryzykować tak ciężkie powikłania? Więc płacono inaczej, i jakoś, mniej
więcej, wszyscy zainteresowani się rozumieli. Kto też chciał ryzykować albo co
najmniej ciągle tłumaczyć się za przestoje? Proszę mnie źle nie zrozumieć:
inaczej podchodzimy do wyjaśnień przed tym, kto się zna, a zupełnie inaczej
przed kimś „z zewnątrz”, który wyznaje zasadę: „nie
wiem wprawdzie, o co chodzi, ale jak ich będę nękał, to zawsze coś zrobią” (niestety,
autentyczne, żaden dowcip). Więc „coś” robili.
Czy były tu metody „technologicznego”
sprawdzenia, z dokumentacji, metodą konfrontacyjną, bez fotografii dnia
roboczego, bez nalotów kontrolnych: czy w nocy przypadkiem ktoś nie pracuje -
bez zezwolenia i limitu ? Po co mam naprowadzać, kogo się nie powinno?
Czy wiarygodna księgowość była tu w
pełni wiarygodna? W samej technice wyliczenia należności pracowników,
rozliczenia tych należności, zaksięgowania, sporządzenia sprawozdań i bilansu,
to jest w zakresie tego wszystkiego, za co księgowość odpowiada bezpośrednio -
na pewno tak: była w pełni wiarygodna. Natomiast jeśli ktoś wpadł na pomysł
rozszerzenia tej wiarygodności (wnioskowanie pośrednie) na wszystkie fakty
zawarte w dokumentach przyjętych i sprawdzonych przez tą księgowość, i tam
sobie coś wyliczał, np. wartość produkcji na godzinę pracy, ile tej produkcji
byłoby więcej, gdyby czas wolny w tygodniu byłby o godzinę dłuższy, itp., to co
można powiedzieć? Czy to były sprawy marginalne, nie warte zastanowienia się?
Na marginesie:
jeśli już w ogóle, w tamtym czasie, mówiono o produkcji i wydajności pracy,
liczonej jako wartość produkcji przypadająca na jednego pracownika, i
wyprowadzano z tego przeróżne relacje, między innymi o opłaceniu przyrostu
wydajności pracy przyrostem średniej płacy, to najpierw należało sobie
metodologię porządnie przeanalizować, ale to oczywiście uwaga wychodząca poza
budownictwo i GUS. Wręcz humorystycznych zniekształceń było sporo, a już samo
podejście metodologiczne budziło zasadnicze wątpliwości, przynajmniej u tych,
co znali szczegóły.
Przykład trzeci, też
bardzo stare dzieje i budownictwo
Transport własny
Odpowiednia konfrontacja danych z obrotu materiałowego,
z danymi transportu obsługującego ten obrót, dowodziła zazwyczaj, że transport
wozi znacznie więcej niż fizycznie jest to możliwe,
oczywiście po uwzględnieniu odpowiednich współczynników na tzw. „transport
łamany”. Jedne i drugie dokumenty w jakiś tam sposób przechodziły przez
wiarygodną księgowość.
Obrót towarowy, to na pewno jednostki
naturalne, gdzie wszystko jest skrupulatnie liczone i sprawdzane, i zazwyczaj
się zgadza, jeśli tam coś nie wyniknie, natomiast porównanie w transporcie - to
waga (kilometry zostawiam w spokoju) i ładowność pojazdu oraz zasady płacenia
za przewóz, a zasady płacenia za przewóz wcale nie zawsze muszą uwzględniać
rzeczywistej wagi ładunku ani nawet w ogóle jego wagi. Zarówno przewoźnik w
liście przewozowym i tym podobnym dokumencie, mógł wpisać wagę byle jaką
(najczęściej ładowność), wiedząc, że to akurat w tym wypadku nie ma
merytorycznego znaczenia na sposób zapłaty, albo, jeśli nawet ma, jest to czymś
tam uzasadnione; tak samo mógł potraktować sprawę potwierdzający wykonanie
usługi. Dalszych niuansów nie chcę rozwijać. W
każdym razie, z absolutnie wiarygodnej informacji księgowej, że faktury za
transport wyniosły tyle i tyle (stwierdzenie bezpośrednie),
w żadnym wypadku nie można było bezkrytycznie przyjąć, że transport przewiózł
tyle ton ładunków, ile wynikało z listów przewozowych stanowiących załączniki
do tych faktur (wnioskowanie pośrednie).
Czy z tego wynika, że korzystający z
transportu obcego lub własnego nie powinien zestawiać danych o przewiezionym
tonażu (w dalszym ciągu świadomie pomijam kilometry i tonokilometry dla
uproszczenia przykładu) i wyliczać chociażby współczynnika wykorzystania
ładowności? Może i powinien, ale skoro już to robił, to powinien robić dobrze,
a nie tylko dla wyprodukowania stert papieru. Powinien zatem po prostu dobrze
znać się na tym, co robi i po co to robi, myśleć nad tym, co robi, a nie
przemienić się w jeszcze jednego biurokratę, który tylko perfekcyjnie
przepisuje jakieś dokumenty, zestawia, sumuje, dzieli i mnoży. Przepraszam za
złośliwość. Najczęściej, to nie szeregowy pracownik był winien: kazali mu, to
robił. Myślenie nie należało do jego obowiązków.
Za myślenie mu nie płacili, raczej częściej mogli ukarać (Dodać
mu roboty. Przestanie myśleć!
Zapożyczone z wojska).
Oczywiście, do tego przykładu „transportowego” zupełnie inaczej podejdzie
przewoźnik. On pilnuje własnych interesów. Gdy mu kiedyś udowodniono, że jednak
trochę przeholowano z dopisywaniem, on natychmiast udowodnił, że drogi
dojazdowe, place składowe i coś tam jeszcze, nie były w takim stanie, w jakim
być powinny, i trzeba było „pójść na kompromis”, bez wciągania w to „wysokiej
zwierzchności”.
Podsumowanie odcinka
1. Niestety, z tego co ja znałem,
wygląda na to, że rację miała jednak opinia publiczna, choć to nie GUS
„kłamał”, raczej sam się nie orientował w rozmiarach masowej dezinformacji,
nawet nie zamierzonej, nawet specjalnie politycznie nie ukierunkowanej na
propagandę sukcesu, tylko zwyczajnie „samonapędowej”,
spowodowanej wadami zarządzania.
Dane sprawozdawczo - meldunkowe były „retuszowane”. Nie za bardzo, z umiarem, w
granicach rozsądku. Nikt niepowołany nie musiał o tym wiedzieć. Nie było
zresztą innego wyjścia (chyba, żeby się zmieniły metody zarządzania). Po prostu
biurokracja gospodarcza by „rozniosła” przedsiębiorstwa zbyt
uczciwe i otwarte.
2. Centralny
system planowania, jeśli by chciał choć „z grubsza” panować nad sytuacją i
wiarygodnością spływającej informacji, powinien trochę wysiłku włożyć w analizy
metodami konfrontacyjnymi. Pomogłoby mu to przynajmniej lepiej
rozumieć gospodarkę i jej mechanizmy. Wątpię, czy informacje spływające z
różnych źródeł, były na tyle kompetentne, żeby wszystko obiektywnie oceniać.
Dowody były namacalne. Nie wolno było bezkrytycznie stosować
„zachodnich technik weryfikacji danych”, bo mieliśmy zupełnie odmienny system
zarządzania : „...jeśli tradycyjne metody badań
ekonomicznych, szczególnie oceny materiałów źródłowych wystarczają w gospodarce
rynkowej, gdyż żaden producent lub handlowiec, będący przy zdrowych zmysłach,
nie wpadnie na pomysł oszukiwania samego siebie, bo poszedłby z przysłowiowymi
torbami, to u nas, niestety, zwyczaj wzajemnego czarowania i gry pozorów, stał
się tak powszechny i indywidualnie opłacalny, tak że nie można dalej od niego
abstrahować."
3. Centralny system planowania i
zarządzania przedsiębiorstwami budowlanymi (znajdowały się w kilku resortach)
działał w dwóch rozbieżnych kierunkach
- Pierwszy, ukierunkowany na
terminowe przekazywanie obiektów (bardzo istotne systemy premiowania kierownictwa),
skłaniał do koncentracji robót, skracania cykli produkcyjnych, działał
korzystnie na koszty, na pewno był korzystny dla inwestorów, i - jeśli to nie
były „chybione inwestycje”, był korzystny dla całej gospodarki.
- Drugi, oparty
na planowaniu wartościowym, przeróżnych wskaźnikach ekonomicznych
i systemach rozliczania funduszu płac (w tym systemach premiowania), zapewne
wbrew intencjom autorów skłaniał do dekoncentracji robót
(bardzo korzystne - dla wskaźników - roboty stanu zerowego i surowego a
wybitnie niekorzystne wykończeniowego. Problem nie tylko w technologii ale i w
możliwościach „retuszowania” danych pod wskaźniki), zwiększał
koszty, wydłużał cykle budowy, zmuszał do „szarpaniny
organizacyjnej” aby jakoś pogodzić sprzeczne tendencje, wbrew intencjom
wykonawców wymuszał szukanie rozwiązań droższych, wymuszał też „retuszowanie”,
gdy przedsiębiorstwo, przypierane „do muru” nie mogło już inaczej.
3. Twórcy
pomysłu z produkcją dodaną (czystą) oraz rozliczania funduszu
płac wg „jakiś” tam formuł związanych z tą produkcją, mieli
bardzo dobre intencje, nie wzięli jedynie pod uwagę
„drobiazgu”, że: retuszowanie „w gruzy” obali ich
intencje, przynajmniej pod kątem rozliczania funduszu płac.
4. System
centralnego planowania, a jednocześnie powołane w połowie lat sześćdziesiątych
służby ekonomiczne, nie wykorzystały swej wielkiej szansy usprawnienia systemu.
Nie mnie oceniać, dobrze to w końcu czy źle się skończyło (jak dla kogo), lecz
po przykrych nauczkach z początku lat siedemdziesiątych, a później przełomu lat
70/80 była już chyba najwyższa pora zrozumieć, że albo „żywioł” gospodarki
zdecentralizowanej - rynkowej, z jakimiś tam elementami sterowania centralnego,
albo nadal planowanie i zarządzanie centralne, z dużymi elementami decentralizacji
i rynku, ale planowanie i zarządzanie centralne mądre, mniej zbiurokratyzowane,
oparte na mniejszej ilościowo, ale za to bardziej fachowej informacji
gospodarczej, nie wycinkowej, każdy swoje, nie „na okrągło” (nie
znam się, ale wiem jak pisać), ale rzetelnej, kompleksowej, słowem
fachowej. Czy to przekraczało „ludzkie możliwości”?
Niestety. Albo i dobrze!
5. Wiarygodność zarówno statystyki jak
i księgowości. Współcześnie. Oczywiście, one są wiarygodne,
to jest niemal bezsporne, ale tylko do pewnych granic,
głównie formalnych granic, i do pewnych spraw, spraw dających się jednoznacznie
zmierzyć, zważyć, ocenić. Niestety, w życiu gospodarczym nie ma tak dobrze!
Wcale wszystko nie jest jednoznaczne, wcale nie jest łatwe do obiektywnego
pomiaru i oceny a jeszcze w dodatku, ci ludzie, „cholerni” ludzie mają pomysły,
różne pomysły.
Dnia 30 marca 2000 r.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura | Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Odcinek 4. Wskaźników czar
Wskaźniki? - dobra rzecz. Pod
warunkiem, że są prawdziwe!
Ta prosta prawda dotyczy każdego
ustroju, każdych warunków. Dotyczy także i czasów dzisiejszych, nie tylko
„brzydkiego” socjalizmu, choć gwoli prawdy w krajach demokratycznych o wiele
jest mniej powodów i możliwości do różnego retuszowania i manipulowania.
Dotyczy także, a może jeszcze bardziej, problemów makro a nie tylko
mikroekonomicznych, bo makro, to większy ciężar gatunkowy, większa możliwość
nie zauważenia błędu, większa możliwość manipulacji danymi.
Ile było prawdy w różnych oficjalnych relacjach ekonomicznych z budownictwa i
jaka była ich wartość? Mnie najczęściej ogarniała irytacja. (podkreślam, mówię
o wskaźnikach a nie o stanie budownictwa, np. w porównaniu do dnia
dzisiejszego). Czy uzasadniona nagminnymi faktami? Do końca nie jestem pewny,
ale wiem na pewno, że w tamtych czasach można to było łatwo sprawdzić.
Wystarczyło tylko chcieć i się nie bać. Dlaczego nie
sprawdzono, albo o tym "sza"? Nie wiem. O ile jeszcze rozumiałem
tych, co się bali, to trudniej przychodziło mi zrozumieć samą naukę ekonomii,
która przyjęła jakby postawę: „Nie widzę, nie słyszę, ja nic nie wiem i nie
chcę wiedzieć. Róbta co chceta”.
A może to wszystko nieprawda? Może moje
zarzuty pod adresem wiarygodności opisane w poprzednich odcinkach są mocno
przesadzone? Teraz to już trudno byłoby analizować, choćby tylko z uwagi na
niejakie trudności ze znalezieniem i skonfrontowaniem odpowiednich dokumentów.
Przejdę więc do dalszych przybliżeń, takich, gdzie wszystko można sprawdzić
jeszcze i dzisiaj. Nadal będzie to „realny socjalizm” ale coraz bardziej
zbliżamy się do „realnego kapitalizmu”.
Przypadek przemysłu mleczarskiego
w Polsce. Lata osiemdziesiąte
Pozorny drobiazg. Zaliczenie do
produkcji odsprzedaży surowca, tzw. „mleka przerzutowego” - w istniejących wtedy układach cen, wedle
których surowiec był dużo droższy od cen gotowych wyrobów (różnice wyrównywał
system dotacji), spowodowało istną rewolucję we wskaźnikach i relacjach
ekonomicznych, czyniąc je wręcz absurdalnie głupimi w skali mikro (o makro nie
chcę się w tym miejscu wypowiadać, aby zbyt nie skomplikować). Wynikało z nich
ni mniej ni więcej tylko to, że:
-
jak w statystyce wartość produkcji
w jakimś zakładzie rosła,
to faktycznie spadała (zwiększały się
przerzuty surowca, zmniejszała faktyczna produkcja); konsekwentnie: największa
wartość produkcji wypadała wtedy, gdy nic nie produkowano,
a tylko „przerzucano”,
-
jak w statystyce wydajność pracy rosła
(wydajność umowna: wartość produkcji podzielona przez liczbę zatrudnionych), to
faktycznie spadała i odwrotnie. Konsekwentnie: największa
wydajność pracy przypadała wtedy, gdy nic nie produkowano
a tylko przerzucano,
-
produktywność środków trwałych, w tym maszyn i urządzeń,
czyli relacja wartości produkcji do wartości środków trwałych oczywiście była
tym lepsza im mniej produkowano, a więcej „przerzucano” a najlepsza
wtedy, gdy nic nie produkowano, czyli ni mniej ni więcej z mądrości ekonomicznej wskaźnika wynikało, że najlepszym
sposobem wykorzystania maszyn jest ich niewykorzystanie,
-
wskaźnik opłacenia przyrostu wydajności
pracy przyrostem średnich płac (powszechnie i
z upodobaniem stosowany przez władze w latach siedemdziesiątych i
osiemdziesiątych) oczywiście poprawiał się kolosalnie, jak tylko ograniczano
produkcję, zwiększając przerzuty. Właściwie traktując
go poważnie można było znacznie podnieść fundusz płac i jeszcze pracownikom
pozwolić nie przychodzić do pracy - po co mieli przychodzić: w okresie
przerzutów wskaźniki rosły a pracy ubywało.
Te, dziwne chyba co nie co relacje
ekonomiczne, na „dole” nie wyrządzały poważniejszych szkód, bo zarządzający z
reguły nie byli ekonomistami, i tam gdzie czegoś nie wymuszał system nakazowy,
po prostu w zarządzaniu posługiwali się metodami zdroworozsądkowymi, a
wskaźniki traktowali jak to wskaźniki: celebrowali je, bo tak musiało być, a
czy były one mądre, czy zupełnie głupie, chyba się specjalnie mało kto
przejmował.
Co dziwniejsze, wycinkowe decyzje, które
się złożyły na absurdalność relacji ekonomicznych, były całkiem mądre, bez
żadnego cudzysłowu, a jedynie traktowane całościowo wyszły głupio, i to jedynie
pod kątem relacji ekonomicznych a nie całości zamierzeń. Konkretnie:
- można się spierać, czy mleko skupione
od rolników przez jedną spółdzielnię i odsprzedane - bez dalszego przetworzenia
- drugiej spółdzielni, należało zaliczyć do produkcji czy też do odsprzedaży
surowca. GUS zatwierdzając metodologię, że do produkcji, zapewne jakieś swoje
racje miał. Można nad tym dyskutować, o trafność się spierać, ale trudno
zarzucić jaskrawe naruszenie zasad metodologicznych. Dopiero w konfrontacji z
cenami i relacjami ekonomicznymi, wychodziło coś dziwnego, ale ceny ustalał kto
inny a relacjami ekonomicznymi i ich wykorzystaniem w zarządzaniu kierował
jeszcze ktoś inny;
- ceny na surowiec i wyroby gotowe
takie były, jakie były. Ze względów społecznych (zapewnienie tanich wyrobów
mleczarskich) było to w tamtych czasach jak najbardziej uzasadnione. Konieczne
w tym układzie dotacje dla przemysłu mleczarskiego też. Można się tu spierać o
szczegóły „techniczne” rozwiązań, ale sama zasada, że, takie kierunki ustalania
cen zbytu (i detalicznych) były konieczne, nie budzi wątpliwości;
- odsprzedaż surowca (mleko przerzutowe,
rzadziej śmietana przerobowa) między spółdzielniami była konieczna. Zmieniały
się też ilości i proporcje. Darując sobie szczegóły, wynikało to głównie z
niedoboru zdolności produkcyjnych u jednych a nadwyżek u drugich, nadwyżek
surowcowych, szczególnie okresowych u jednych i niedoborów u drugich,
konieczności zaopatrzenia dużych aglomeracji miejskich nie mających wystarczającego własnego
zaplecza surowcowego, przeróżnych awarii wymuszających natychmiastowe skierowanie
surowca do przerobu gdzie indziej itp. W każdym razie chyba nikt tego nie robił
celowo: pod wskaźniki i relacje ekonomiczne, bo, pomijając rozsądek, nie
zachodziła taka potrzeba, a w dodatku system finansowo - dotacyjny działał w
kilku rozbieżnych od relacji ekonomicznych kierunkach;
- można by się spierać, na upartego,
czy w tych warunkach, nie należało do wartości produkcji doliczać dotacji dla
przetwórstwa, wyrównujących różnicę urzędowo ustalonych cen, ale to też byłby
tylko zwykły spór, a nie zarzut jaskrawego naruszenia zasad metodologicznych;
- można by dyskutować, czy w takich
warunkach nie należało po prostu inaczej te relacje i wskaźniki wyliczać, tak
aby były one co najwyżej trochę sporne w swoim przedstawianiu rzeczywistej
rzeczywistości, a nie tak beznadziejnie głupie, ale kto miał nadać temu
kierunek? Odpowiedniego ministerstwa do spraw wskaźników i rozumu nie
było. Ekonomiści - praktycy liczyli tak jak ich w szkołach i na uczelniach
uczono, a władze wymagały. Wprawdzie każdy swój rozum miał, oczy
też, ale rozum mu podpowiadał, żeby się nie wychylać. No i było, jak było. A
jak jest?
Reasumując. Gdyby nie owe, nieszczęsne
relacje i wskaźniki ekonomiczne, byłoby prawie całkiem mądrze (pomijam w tym
miejscu niemądre szczegóły „techniczne” systemu dotacji), chwały
to jednak ekonomii, ekonomice, relacjom... i ekonomistom, raczej nie przynosi.
Do stosowania metod „ekonomicznych” w zarządzaniu w zakresie rachunku
ekonomicznego, służb ekonomicznych i reform gospodarczych, też każdego, kto
„miał trochę oleju w głowie”, również raczej nie zachęcało.
Sprawa rozwiązała się sama - po
uwolnieniu cen. Przed tym „żadna ludzka siła...”. Można by zatem przejść nad
wszystkim do porządku dziennego, to już przeszłość, gdyby zniekształcenia na
tym tylko polegały, a z dniem ogłoszenia „upadku komunizmu” wszystko zaczęło
dziać się mądrze. Tak chyba jednak nie jest. O tym dalej.
Dnia 9 sierpnia 2000 r.
Anonimus
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Literatura | Strona główna |
-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
d.c.n.
Dalszy ciąg wskaźników
Przypadek bezsensownych wskaźników
ekonomicznych w polskim przemyśle mleczarskim w latach osiemdziesiątych nie był
groźny nie tylko dlatego, że wszystko było widoczne „gołym okiem”, i działo się
tak jakby „na niby”, ale głównie dlatego, że naczelnym zadaniem branży było w
miarę sprawne zaopatrzenie ludności w mleko i jego przetwory, a nie efektywność
ekonomiczna przemysłu mleczarskiego, nie mówiąc już o efektywności ekonomicznej
poszczególnych spółdzielni. Nawet centralnie liczyły się przede wszystkim:
- produkcja i skup mleka oraz sprawne zagospodarowanie surowca (stąd te
przerzuty),
- przetwórstwo w wyrazie ilościowym, mniej jakościowym, najmniej wartościowym
(dominowały ceny urzędowe uzupełniane poprzez indywidualnie ustalane dotacje),
- sprawne realizowanie systemu rozdzielnictwa,
- uzyskanie odpowiednich środków na inwestycje, odnowienia i remonty,
- uzyskanie odpowiednich dotacji do różnicy pomiędzy kosztami a wartością
sprzedaży.
Darując sobie omawianie szczegółów,
chyba trafnie oceniam, że w całej branży, zarówno oddolnie jaki i odgórnie, tak
zanadto nikogo wskaźniki i relacje ekonomiczne nie interesowały, nie miały one
większego znaczenia, choć czasami trzeba się było z nich przed władzą
zewnętrzną tłumaczyć, a absurdalne relacje poszczególnych spółdzielni, ginęły w
wielkościach zbiorczych. Ci, co posługiwali się tylko
wielkościami zbiorczymi, najprawdopodobniej w ogóle nie orientowali się, jaką
one przestawiają wartość. Zdarzały się na tym tle zabawne wpadki, jak np.
publikowane przez prasę listy „dłużników gospodarki”, w tym „bogu ducha
winnych” za niewłaściwe relacje ekonomiczne spółdzielni mleczarskich (na jednej
z list krajowych, około 1/3 „dłużników”, to były mleczarnie), do których groźnie brzmiące pisma sygnować
raczył bodajże sam wicepremier. Wicepremierowi się nie
dziwię. Skąd on się mógł na takich szczegółach znać. Ale jego doradcy? I
urzędnicy? Żeby, gdy sprawa się „rypła”, chociaż
popełnili symboliczne harakiri albo przynajmniej przestali „wygłupiać” się na
przyszłość. Gdzie tam! O przepraszam, trochę się poprawili: następne
żądanie wyjaśnień podpisał już trochę niższy rangą dostojnik, a trzecie? Trzeciego nie było. Tylko, żeby tego trzeciego nie było,
trzeba było „co i jak” napisać wyjaśnienia
niemal jak „dla przedszkola”. A zasady i tak nie zostały zmienione!
O czym świadczy ten przykład jak i
poprzednie przykłady z budownictwa i transportu?
•
Po pierwsze, świadczą one, że dane księgowości,
opracowane zgodnie z wszystkimi zasadami sztuki księgowej, bilansujące się i
wielokrotnie sprawdzone, są tylko względnie prawdziwe. Prawdziwe
formalnie pod jakimś tam księgowym kątem. To samo dotyczy opartej na tych
danych statystyki. W żadnym wypadku w analizie ekonomicznej nie wolno traktować
ich bezkrytycznie jako wiarygodnych danych, które odzwierciedlają to, co wg
nazwy powinny obiektywnie odzwierciedlać. W przypadku budownictwa dane masowo
retuszowali twórcy dokumentów, i nie zauważanie tego było
wręcz „ślepotą” dyskwalifikującą oficjalne metody weryfikacji dokumentów.
W transporcie masowo występowała nadinterpretacja, chwilami wręcz groteskowa w
świetle praw fizyki, np. gdy na pojazd o ładowności 800 kg, z dokumentów
traktowanych na serio wyglądało, że załadowano 800 kg styropianu (Jak się on
tam zmieścił!). W przemyśle mleczarskim nonsensy z przetwarzaniem na wszystkie
strony wartości produkcji były ustalone niemal „ustawowo”. Trzy różne przyczyny, jeden wspólny rezultat: wręcz
ośmieszanie - chyba głównie ekonomiki i ekonomistów, przynajmniej tych, którzy
w analizach bezkrytycznie przetwarzali takie dane.
• Po drugie, świadczą one o stosowaniu nieraz
wyrafinowanych metod matematycznych, nie tylko, jak twierdzą prześmiewcy, do
rozwiązywania spraw banalnie prostych, (to jeszcze można zrozumieć: szkolne,
celowo uproszczone przykłady), ale także o stosowaniu
wyrafinowanych metod matematycznych do przetworzeń materiałów banalnie,
prymitywnie zniekształconych. Nie chcę być złośliwy, ale mnie i nie
tylko mnie dziesiątki razy nasuwały się konkluzje: „Mniej
wyrafinowania i perfekcji, więcej wiedzy i rozumu.” i „Nie komplikować
rzeczy prostych. Mniej prostactwa w rzeczach trudnych”.
• Po trzecie, świadczą one, że nauki ekonomiczne i finansowe, szczególnie zajmujące się
analityką, muszą wypracować swoje własne, niemal interdyscyplinarne metody
weryfikacji materiałów źródłowych.
Dlaczego upieram się z tą analizą prawdziwości i
doboru materiałów źródłowych oraz z poprawnością ich interpretacji? Przecież
każdy myślący ekonomista wie, przynajmniej teoretycznie, że:
- przeróżne wskaźniki i relacje makro i
mikroekonomiczne trzeba umieć czytać. Łatwo też nimi manipulować lub być
manipulowanym nawet gdy manipulujący zachowuje „pełny szacunek dla faktów”. W
książce „Odkrywanie ekonomii” ( trochę ją prezentuję na stronach „literatura”)
Autorki podają tego proste przykłady;
- rzeczywistość jest zwykle bardziej
złożona niż ta opisana w podręcznikach i statystyce, a jednocześnie toczy się
prościej, bo w znacznej mierze toczy się sama, bez udziału wiedzy
zainteresowanych. Jeśli więc nam na czymś bardzo zależy, to zbytnio nie ufamy
szablonowym danym i wynikającym z nich relacjom - wskaźnikom, tylko analizujemy
je dodatkowo w dostępny dla siebie sposób, nie wykluczając nawet sytuacji, że
tym ostatecznym sposobem jest zwykły zdrowy rozsądek;
- nie sposób wszystko sprawdzać. W coś
trzeba wierzyć. Komuś i czemuś ufać, nie wolno się z góry uprzedzać, chyba że
są jaskrawe dowody na to, że nie wolno wierzyć, nie wolno ufać. Najtrudniej
jest wtedy, gdy mamy do czynienia z „makro” lub bardzo interdyscyplinarnym
mikro, i chociaż trochę się orientujemy, jak w całym łańcuchu i w jego
poszczególnych ogniwach „sprawy się toczą”, mamy jednak poważne wątpliwości, co
na końcu z tego wychodzi, ale „opadają nam ręce i nogi” na samą myśl, jak to
wszystko sprawdzić, przeanalizować, wyciągnąć prawidłowe wnioski, zdając sobie
w dodatku sprawę, że pomimo naszej wiedzy i starań coś możemy przeoczyć źle
zinterpretować lub najzwyczajniej w świecie „życie spłata nam figla”. Nic zatem
dziwnego, że zwykły instynkt samozachowawczy często tłumi naszą dociekliwość, i
nawet w sprawach bardzo ważnych, skłania nas do przyjmowania prawd formalnych
lub uznanych, bez
dalszych dociekań, bo inaczej byśmy się „spalili” w ogniu wątpliwości.
To wszystko prawda, tylko rzecz w tym, że zniekształcenia, które ja przedstawiłem,
przekraczają wszelkie granice przyzwoitości, wymaganych od narzędzi
ekonomicznych. Takich absurdów nie wolno było
tolerować, nawet w socjalizmie. Nie wolno o nich milczeć, także dzisiaj,
zwalając całą winę za stan gospodarki socjalistycznej na „brzydki ustrój” i
polityków, bo ekonomiści to byli „cacy”.*
* Świadomie pominąłem bardziej
skomplikowane zagadnienia, jak np. fachowość rozwiązań bardzo potrzebnych
skądinąd pożyczek z epoki „gierkowskiej”. Można różnie oceniać przeszłość, ale
trudno sobie wyobrazić, by bez odpowiedniego wsparcia „fachowego”, ówczesne
elity polityczne zdołały popełnić tyle błędów. Sam znam, nie tylko z
literatury, kilka takich poronionych projektów, z aspektami wręcz
humorystycznymi, gdyby nie skutki.
Jak jest dzisiaj? W kilkunastu miejscach, prezentując fragmenty wybranych książek
znanych autorów, dodałem swoje uwagi pokazujące nadal tkwiące w narzędziach
ekonomiczno-finansowych dezinformujące mechanizmy o dużym ciężarze gatunkowym. To nie są już bzdurne zniekształcenia z gospodarki realnego
socjalizmu, które niemal każdy posiadający trochę odpowiedniej wiedzy i
umiejętności poprawnego myślenia, mógł zauważyć i odpowiednio potraktować. To są zniekształcenia o wiele
bardziej niebezpieczne, bo nie tak oczywiste, tym bardziej, że często wsparte
technikami informatycznymi, których chyba nadal
większość zarządzających starszego pokolenia prawie w ogóle nie rozumie, i tym
bardziej skłonna jest bezkrytycznie wierzyć.
Najwyższa już pora,
zasady „totalnej jakości” rozciągnąć także na rachunkowość kosztów i narzędzia
ekonomiczno-finansowe w zarządzaniu!
Nikt
rozsądny nie oczekuje cudów. Różnorodności procesów gospodarczych, nawet przy
pomocy najbardziej wyrafinowanych metod matematycznych i przepotężnych
komputerów, nie da się sprowadzić do gotowych na wszystko formułek. Musi być
miejsce na indywidualny czy też grupowy rozum. Każdemu mogą przytrafić się
błędy. Nie wszystko można przewidzieć. Ale, bez
wielkich słów, czy aż tak trudno zrozumieć, że podejście ogólnoteoretyczne nie
wystarcza: musi być, kiedy trzeba, poparte podejściem branżowym,
interdyscyplinarnym, wszechstronnie wnikliwym i to z panowaniem nad
lekceważonymi zazwyczaj szczegółami, których lekceważący przeważnie nie znają,
nie rozumieją i nie chcą znać i rozumieć, bo
to „dla niższego szczebla”. Klasyczny tego przykład, oprócz wzmiankowanych
wyżej, to znowu całe dziesięciolecie lat osiemdziesiątych, gdy potężny fachowo
resort finansów, na skutek nieznajomości
szczegółów, nie rozumiał mechanizmu dotacji dla mleczarstwa, które przecież sam zatwierdzał i analizował, i całe jego
szczęście, że nie natrafił na chcących porządne, ze znajomością rzeczy
przeprowadzone analizy, wykorzystać dla celów manipulacji. A było tak łatwo!
Czekanie na sprawozdania półroczne, czy rzeczywiście brakuje dotacji, nie mogło
dać obiektywnych odpowiedzi, ponieważ co roku
powtarzały się te same błędy w planowaniu
dotacji. Cała tajemnica szczegółów, w tym kłopotów finansowych mleczarni, kryła
się w:
- sezonowości. Sezonowość kosztów gruntownie różniła się od sezonowości
sprzedaży. W planach nie było to w pełni uwzględniane. Zaciążyły skłonności do
perfekcjonizmu: tam gdzie nie było planów rzeczowych w rozbiciu na poszczególne
okresy - koszty przeważnie planowano proporcjonalnie do sprzedaży, co było
oczywistym nonsensem z oczywistymi skutkami;
- powiązaniu planów rzeczowych z finansowo - dotacyjnymi. Można było bardzo łatwo
tak zaplanować stawki dotacji i ilości produkcji w rozbiciu na odpowiednie
asortymenty, żeby planując dotacje globalnie zgodnie z limitem, w realizacji
otrzymać ich znacznie więcej, i to w dodatku, kiedy się chciało, a nie dopiero
pod koniec roku.
Reasumując, korzystając w sposób umiarkowany z możliwości
analitycznych, mleczarnie mogły nie mieć prawie żadnych problemów dotacyjnych
(przykład jest w pełni zrozumiały chyba tylko dla tych, co dość dobrze znali
jednocześnie planowanie, finanse, koszty i dotacje w mleczarstwie).
Być może, że ktoś potraktuje moje słowa pod adresem
ekonomiki i rachunkowości jako zbyt ostre, przesadzone, nie poparte w pełni
przedstawionymi przeze mnie - często ledwie zamarkowanymi - opisami
sytuacyjnymi? Być może będzie miał rację,
być może nie. Opisy, w razie potrzeby można uzupełnić (nie naruszając jednak
niczyjej prywatności), i przeanalizować bliżej. Nawiasem mówiąc, analizuję
znane sobie z praktyki mechanizmy systemowe a nie czyjeś indywidualne błędy. W
dodatku - na razie - nie rozwijam. Pełne rozwinięcie wymaga pokazania wielu
istotnych powiązań. To jest możliwe, choć wymaga czasu i przekonania o
celowości.
Być może, ktoś doszuka się w tym tylko jakiś indywidualnych
bądź branżowych błędów, nie świadczących wcale o ogólnym stanie ekonomiki i
rachunkowości? Znowu, być może będzie miał rację, a być może nie. Nic z góry nie można
przesądzać, szczególnie, iż w literaturze, na te tematy, tak konkretnie, to
dotychczas raczej cicho. Różny może być tego wszystkiego rozmiar, ale raczej
nie ma się co łudzić, że problemu nie ma, albo jest tylko marginalny.
Za jakiś czas, w jakiś ograniczony do swoich możliwości
sposób, postaram się udostępnić strony do dyskusji. Założenia przedstawione na
stronie głównej, nadal zamierzam realizować, choć z „poślizgiem czasowym” i w
nieco zmodyfikowanej formie.
Dnia 16 września 2000 r.
Anonimus
d.c.n.
Ps.
Na razie postanowiłem zrobić sobie przerwę na „Bieszczady i Tatry”. Z jednych
już wróciłem, w drugie się wybieram. Bieszczady jesienią, to nie tylko
przepiękne kolorowe lasy i połoniny, szczególnie gdy świeci słońce, ale -
wieczorami i w nocy - istny „koncert” ryków jeleni, dla jednych przerażający,
dla drugich wspaniały. Oczywiście, aby go dobrze słyszeć, trzeba - po zachodzie
słońca - być odpowiednio wysoko w górach, najlepiej gdzieś w pasie połonin,
zachowując się rozsądnie, bo można „niechcący” niekoniecznie zaraz „oberwać”,
ale, to już całkiem realne, „ciężko się przestraszyć”.
Nieporozumienie
Z
jeleniem miałem kiedyś zabawne nieporozumienie w Bieszczadach. Niezbyt
rozsądnie, mocno spóźnioną porą, wracałem samotnie z Rozsypańca.
Pogoda była nienajlepsza: mgły, co jakiś czas mżył deszcz. Typowy październik,
choć w górach dość często bywa on słoneczny i ciepły. Na całej czerwono
oznakowanej trasie - Ustrzyki Górne - Rozsypaniec -
Ustrzyki Górne, z bocznym wypadem na Tarnicę - przez cały dzień nie spotkałem
nikogo. W dole, nawet w dzień, „coś tam” co jakiś czas ryczało, czasami, nawet
„coś” widziałem. Im bliżej wieczora tym
ryki były częstsze, ale dopóki byłem dość wysoko, na trasie przeplatanej
skałami, specjalnie nie robiło to na mnie wrażenia. Trochę poczułem się
„nieswojo”, gdy zaczęło się już porządnie ściemniać, a ja musiałem opuścić
bezpieczną stosunkowo grań Krzemienia i zejść na dół, na szeroką otwartą
przestrzeń, którą ścieżka biegnie w kierunku Szerokiego Wierchu, a tu właśnie
najwięcej rozlegało się ryków, czasami kilka na minutę. Początkowo wszystko
szło dobrze, choć kilkakrotnie słyszałem, że w pobliżu coś ciężkiego przebiega.
Nie widziałem kto, było już zbyt ciemno, ale wiedziałem. Trudno w tej sytuacji
było nie wiedzieć. Do ryków, nawet dość bliskich, już się przyzwyczaiłem. Nadal
czułem się jeszcze trochę „nieswojo”, ale coraz bardziej nabierałem
przekonania, że uczestniczące w turnieju byki, nie zwracają na mnie
najmniejszej uwagi. Nagle, jak zjawa, bezszelestnie, na ścieżce przede mną
pojawił się potężny byk, wyraźnie zabiegając mi drogę... Stanął kilka metrów przede mną. Ścieżka
wąska. Trawa prawie do pasa. Jest mgła, prawie już zupełnie ciemno i trochę
mokro. Ja sam. Schować się nie ma za co. Ani drzewa, ani skały. Uciekać tym
bardziej nie ma sensu. Przez chwilę myślałem, „odstraszyć go światłem latarki”.
Doszedłem jednak do wniosku, że to nie najlepszy pomysł, on się chyba nie
zlęknie. Byczysko wyraźnie rozwścieczone, bulgocze mu coś w gardle, przestępuje
z nogi na nogę. Widzę przed sobą potężny łeb, z ogromnym wieńcem, gruby kark,
szerokie, muskularne piersi z naprężonymi, jakby falującymi muskułami. Jeszcze
chwila a zaatakuje! Słowem, wyraźnie wziął mnie za rywala i wzywa na
„pojedynek”. Tak sobie wtedy myślałem i, z „duszą na ramieniu”, możliwie
najmilszym tonem, aby go uspokoić, zacząłem tłumaczyć mu niestosowność
podejrzeń i w ogóle nieporozumienie. Nie wiem, jak długo staliśmy naprzeciwko
siebie. Nie wiem co ja plotłem. Starałem się ukryć strach i mówić jak
najłagodniej. Gdzieś czytałem, że to pomaga, uspokaja, tłumi agresję. Byk
jednak był jakby coraz bardziej wściekły, ale nie atakował. Coś go wyraźnie
powstrzymywało. Zacząłem się powoli cofać, i nagle, straszny ryk, wydawało mi
się, tuż za plecami. Tu już moje nerwy nie wytrzymały! Rzuciłem się w bok.
Zawadziłem o coś, poplątały mi się nogi i runąłem głową w trawę i błoto. Kątem
oka zauważyłem jedynie, że kilkanaście metrów za mną, na tej samej wąskiej
wśród wysokich traw ścieżce, stało drugie potężne byczysko, też jakby gotujące
się do walki. Wypadła mi z ręki latarka, spadły z nosa okulary, przygniótł mnie
ciężki plecak, usłyszałem tętent i wszystko się uspokoiło. Jedynie z daleka, co
jakiś czas słychać było typowe dla jesiennych wieczorno - nocnych połonin
porykiwania.
Nie
bałem się już nic. Nagle ogarnął mnie jakiś wisielczy humor. Chciało mi się
śmiać. Toż ja, w swoim zadufaniu, jeszcze kilka minut temu wyobrażałem sobie,
że potężny byk wybrał sobie mnie za przeciwnika, ja, o sromoto, starałem się
przekonać go o nieporozumieniu, a jemu wcale nie o mnie chodziło. To nie mnie
on zabiegł drogę! To nie na mnie szykował się do ataku! Ja się wcale nie
liczyłem! Ja mu tylko przeszkadzałem, stojąc na drodze do rywala. Dopiero
później przyszła refleksja: przez pomyłkę lub niechcący też łatwo można
solidnie oberwać. Do schroniska dotarłem jeszcze przed północą, cały utytłany w
błocie.
W tym
roku wszystko odbyło się prawie bez przygód. Pogoda wspaniała. Bieszczady
piękne. Tatry jeszcze bardziej. Żeby tak można było częściej „uciekać” od
cywilizacji, przynajmniej niektórej!
Dnia 20 października 2000
r.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------------------
Konkretyzacja na
przykładzie współczesnym
Nieważne
skąd zaczerpnąłem przykłady pytań i odpowiedzi. Celowo - przez jakiś czas - nie
podam źródła.* Sądzę zresztą, że wielu czytelników moich stron, sama szybko je
rozpozna. Nie jestem pewny, czy trafnie oceniam sytuację. Czytelnikom proponuję
przeanalizować, jak praktycznie podejść do zagadnienia.
Z.U.
------------------------------------------------------------------------------------
„ZARZĄDZANIE
ZAPYTAJ
EKSPERTA
O czym świadczy sytuacja, gdy rosnąca sprzedaż nie przynosi
oczekiwanych zysków? Co należy przeanalizować, aby znaleźć przyczynę takiego
stanu?
Generalnie w przedsiębiorstwie mamy dwa
aspekty zarządzania: miękki i twardy. Jeden odpowiada za przychody, drugi za
zyski. Miękki aspekt zarządzania jest związany przede wszystkim z wyborami
strategicznymi i zarządzaniem ludźmi. Połączenie tych dwóch aspektów jest dla
wielu menedżerów nienaturalne. W praktyce w obu przypadkach mamy do czynienia
ze słabo uzasadnionymi decyzjami. Dokonujemy wyborów, co prawda popartych
analizą, ale w dużej mierze intuicyjnych i jakościowych. Wybory strategiczne -
rynków, produktów i przewagi konkurencyjnej - w dużym stopniu generują
potencjalne przychody firmy . Wybór ograniczonego rynku oznacza limit wzrostu,
wybór rynku masowego i umiędzynarodowienie działalności - tworzenie potencjału
wzrostu. Ten potencjał zależy od ludzi - ich inwencji, umiejętności, gotowości
do realizacji strategii, po prostu motywacji. W ostatecznym rozrachunku
strategia, umiejętności i motywacja decydują o tym, czy sprzedaż rośnie czy
maleje.
Wybory te stanowią kontekst, w którym
powstają zyski. Czasami zyski są pochodną dobrych wyborów strategicznych,
wysokich marż w branży i możliwości bezwzględnego okradania klienta. Ale to nie
trwa wiecznie. O zyskach długookresowych decyduje co innego - jakość
zarządzania rozumiana jako rygorystyczna analiza i kontrola kosztów, standardy
alokacji i środków, standardowe procedury operacyjne. I w Polsce nadchodzi dla
wielu firm ta godzina prawdy - rynek przestaje w wielu branżach (od mięsa
poczynając, poprzez wodę mineralną a na oprogramowaniu kończąc) tworzyć proste
zyski, konkurencja się intensyfikuje, rośnie strukturalna nadwyżka
podaży nad popytem i w tej sytuacji zyski firm będą zależeć przede wszystkim od
jakości zarządzania.”
-----------------------------------------------------------------------------------
Uwagi
Charakter strony „Konkretyzacja” może
sugerować generalne nastawienie krytyczne do branych w niej „na warsztat”
różnych poglądów, szczególnie ogólnoteoretycznych. Tak jednak nie jest!
Przynajmniej nie do końca.
Po prostu cały czas zmierzam przekonać jedynie do tego, że:
1.Nadal istnieje olbrzymia luka jakościowa i ilościowa w
opracowaniach na tematy zarządzania kompleksowego pomiędzy tym co „ogólne” a
tym, co szczegółowe; brak też dostatecznego sprzężenia zwrotnego
między nimi ze skutkiem takim, że zwyczajnie, nie panując nad szczegółami, tak
naprawdę, to -zbyt często - nie bardzo wiemy, dlaczego coś się nie udaje, albo
wiemy błędnie.
2. Lukę tę, praktycy jakoś intuicyjnie zapełniają, ale wobec braku
dostatecznego wsparcia teoretycznego ( np. uwzględniającego specyfikę branżową), czynią to dość przypadkowo,
niekoniecznie trafnie i - skutek uboczny - jakby nieco zniechęcają się do
„ogólnoteoretycznej teorii”,
3. Podejście ogólnoteoretyczne do kompleksowego zarządzania, na
odpowiednim etapie powinno być spójnie poparte konkretyzacją teoretyczną (interdyscyplinarno
- kompleksową), tak, aby ją - po dalszych uściśleniach - można było
bezpośrednio wdrażać do praktyki.
Co do tego mogę dodać? Jeśli chociaż 1/4
z tego co napisałem na swoich stronach o różnych „przekrętach” w branżowej
analityce ekonomiczno - rachunkowej, jest obiektywnie trafna, a sądzę, że
trafne jest znacznie więcej niż 25%, to ... - w ogóle nie wiem, jak komentować!
Wracając do zadanego na wstępie pytania
Autorowi: ... „Co należy
przeanalizować ...?”
Jeśli miał bym własną odpowiedź przełożyć na znane sobie w praktyce branżowej
powszechne, podkreślam powszechne,
a nie jakieś tam odosobnione przypadki, to odpowiedź by brzmiała:
„Analizę należy rozpocząć od sprawdzenia, czy stosowane w
firmie system i metody rachunkowości i analiz ekonomiczno-finansowych, dają
prawdziwy obraz rentowności poszczególnych produktów.
Jeśli nie dają, trzeba najpierw
doprowadzić do tego, żeby dawały. Inaczej całe dalsze postępowanie będzie
działaniem na oślep. Jak doprowadzić do tego żeby dawały - mogę odesłać do
swojej strony branżowej, w której temat zacząłem już rozwijać. Przypuszczam
jednak, iż jeszcze bardzo dużo „wody w Wiśle popłynie”, zanim to większość
zauważy, zrozumie i zaakceptuje.
Jeśli dają, a my wiemy ogólnie, dlaczego sprzedaż nam rośnie a zyski spadają,
inaczej mówiąc, koszty nam rosną szybciej niż sprzedaż, a tylko nie wiemy, jak
temu konkretnie zaradzić (pomijam sytuację, że przejściowy spadek zysków wynika
z naszej strategii, jest świadomą polityką) , trzeba:
po pierwsze, szukać przyczyny, analizując
wszystko co może mieć istotny wpływ. Firma musi umieć to robić konkretnie,
znając dobrze siebie i swoje otoczenie. Trudno tu udzielić „tak ogólnie”
praktycznych rad, nie znając firmy. Nawet w podejściu branżowym, znając
doskonale daną branżę, nasze rady pod konkretną nie znaną nam firmę tej branży
też w znacznej mierze mogą nie trafić w sedno problemu;
po drugie, do szukania przyczyn i środków
zaradczych trzeba starać się włączyć całą załogę, kładąc uprzednio duży nacisk
na podwyższanie kwalifikacji, motywację itp.
Jakie mogą być hipotetyczne przyczyny wzrostu sprzedaży przy spadku zysków
(aktualnie, w znanej mi najlepiej branży, zyski, owszem spadają, ściślej -
rosną straty, ale sprzedaż wcale nie rośnie!)?
Przyczyn może być dużo,
poczynając od niewłaściwej struktury asortymentowej, którą mogą pogłębiać
jeszcze wadliwe systemy motywacyjne (np. premia lub prowizja od obrotu ogółem,
zamiast obrotu ukierunkowanego), poprzez przeholowane koszty na
konkretnych odcinkach, nawet na odcinku jakości, albo koszty źle ukierunkowane,
do końca nie przemyślane, zdarzenia losowe, nie trafnie rozpoznane tendencje
kosztowo-cenowe, przerosty zatrudnieniowe, nieuzasadnione kominy płacowe, za
wysokie odpisy amortyzacyjne, fatalne inwestycje, fatalne remonty, fatalne
kalkulacje, brak motywacji do sensownej pracy, nawet do podwyższenia
kwalifikacji itp. Sama tylko niewłaściwa struktura
asortymentowa produkcji w relacji sprzedaż- koszty może tą relację pogarszać
nawet o kilkanaście, rzadziej kilkadziesiąt punktów, czyli, mówiąc
inaczej, zamiast zysku, wyższych płac, większych środków na rozwój, firma może
mieć olbrzymie straty.
Co do tego można dodać, tak ogólnie?
Na pewno rację ma Autor mówiąc:
„konkurencja się intensyfikuje, rośnie strukturalna
nadwyżka podaży nad popytem i w tej sytuacji zyski firm będą zależeć przede
wszystkim od jakości zarządzania.”
Do tego mogę dodać, że do poprawy
jakości zarządzania można spróbować szerzej wykorzystać Internet, ot chociażby
coś w tym rodzaju, jak ja próbuję (w znacznej mierze dopiero zamierzam
próbować) na swoich stronach:
- popularyzować odpowiednią literaturę,
- dopracować coś szczegółowiej pod konkretną branżę,
- zorganizować szerszą wymianę poglądów.
Zanim jednak to nastąpi, jeśli w ogóle w bliskiej przyszłości nastąpi, mogę
jeszcze dodać, że wg mnie w ogóle błędem jest
dopuszczenie do sytuacji istnienia dwóch odrębnych aspektów zarządzania w
firmie:
- miękkiego odpowiedzialnego za przychody...
- twardego odpowiedzialnego za zyski...
Jeśli połączenie tych dwóch aspektów stanie się dla
większości menedżerów zupełnie naturalne, to zapewne naturalnym stanie się
również przekonanie, że tu w ogóle nie ma dwóch aspektów, jest tylko jeden:
mądrego zarządzania, potrafiącego cele doraźne łączyć z celami długookresowymi.
Cele doraźne, przynajmniej w zakresie motywacji, można skutecznie
rozwiązywać między innymi poprzez „ukierunkowany obrót”, przedstawiony skrótowo
na mojej stronie „Ekonomika i zarządzanie” (cztery pierwsze odcinki).
Cele długookresowe, nie tylko w zakresie
motywacji, można rozwiązywać poprzez „ukierunkowany rozwój”, w tym potencjału
umysłowego pracowników i kadry. Ukierunkowany rozwój, w znaczeniu jaki temu
pojęciu chcę nadać, to nic innego jak jedynie konkretyzacja „STRATEGICZNEGO ZARZĄDZANIA”, w tym dość modnej ostatnio
„STRATEGICZNEJ KARTY WYNIKÓW”, Kaplana i Nortona.
Luty/kwiecień 2001
Anonimus
* COMPUTERWORLD
nr 46/458 z 11 grudnia 2000 r.
ZARZĄDZANIE
ZAPYTAJ
EKSPERTA
Na pytania Czytelników dotyczące zarządzania strategicznego
odpowiadał profesor Krzysztof Obłój.
(ograniczyłem się tylko do przytoczenia pierwszego pytania
i pierwszej odpowiedzi).
Dwie
książki prof. K.
Obłója prezentuję na swoich stronach:
poz. 18 i 63 „Prezentowanej literatury”.
------------------
Polityka
i makroekonomia
Czy krowa zmienia
poglądy?
Nie słuszne pytania!
Nie słuszne pomysły!
Nie słuszne poglądy!
W
pliku „pkb” (maj/listopad 2004 r.) postawiłem trochę niesłusznych pytań na tematy
związane z Produktem Krajowym Brutto. Zasugerowałem
nawet możliwość istnienia także niesłusznych
odpowiedzi.
W pliku „Wybory” (sierpień/październik
2005 r.) ośmieliłem się wysunąć
propozycje nie słusznych analiz, sugerując istnienie nie słusznych
poglądów.
Co
jest słuszne, a co nie słuszne? Trudno jednoznacznie zdefiniować. Można zaryzykować
twierdzenie, że słuszne lub niesłuszne
poglądy zazwyczaj ustala jakaś przeważająca siła, a wraz ze zmianą tej siły,
przeważnie ulegają zmianie też i poglądy: „tylko krowa
nie zmienia poglądów.”, mówi znane przysłowie. Choć,
kto wie, co
myśli krowa, gdy w końcu zrozumie, że ją prowadzą na rzeź.
Słusznym, za socjalizmu, było
chwalenie socjalizmu. Niesłusznym, za socjalizmu, było ganienie
socjalizmu. Teraz jest odwrotnie. Tylko
przeróżni nieprzystosowani nie rozumieją tej prostej prawdy.
Jak
jest jednak z tymi „słusznościami” lub
„niesłusznościami”,
słusznie lub niesłusznie przedstawionymi w plikach „pkb”
i „Wybory”?
Właściwie, to nie wiem, co odpowiedzieć, poza tym, że sztuka
ekonomiczna, obojętnie: z „lewa”, z „prawa” czy nawet ze „środka”, nadal ma „techniczne kłopoty” z obiektywnym zrozumieniem
realnego świata, i że trzeba „coś” z tym robić – skuteczniej niż dotychczas
(chyba znowu popełniam nie słuszność).
10
października 2005 r.
Anonimus
--------------
Kryzys/Recesja?
Lata 2008 – ...?
czyli
Polityki
i makroekonomii
ciąg dalszy
Łatwiej coś popsuć, niż później naprawiać.
Łatwiej, zapobiegać, niż leczyć.
Łatwiej naprawiać, gdy mniej popsute.
Łatwiej jest, gdy ma się odpowiednie narzędzia i wie, jak się nimi posługiwać.
Bajka
Rosło,
rosło aż padło. Padło! – Nie zdechło.
Padło nagle, pozornie w pełni sił, choć jeszcze przed chwilą tak
wspaniale rosło. Teraz, gdy już pada (ale jeszcze nie padło), eksperci nagle
zauważyli, że ono wcale nie rosło, tylko tyło i puchło. Otyłość i opuchlizna,
to jeszcze nie śmiertelna choroba. Można upaść i się podnieść, a nawet
wyzdrowieć. Eksperci średniowieczni, dla kuracji pacjenta zalecili by zapewne
przystawienie pijawek. Metoda czasami bywała skuteczna, i jeszcze, ze sto lat temu, czasami
stosowana. Wiedza idzie naprzód. Współcześni
eksperci, gdyby w rolę medyków wcielili się finansiści, zapewne też zalecili by
przystawienie pijawek, ale nie pacjentowi, tylko osobie zastępczej. Trzeba iść z
postępem. Pacjent nie musi cierpieć! - a
może wyzdrowieć. To bardzo humanitarne i zgodne z duchem naszych czasów. A
osoba zastępcza? – to już jej sprawa.
Trochę humoru
W kabaretowym skeczu
panowie Rapaport i Goldberg zastanawiali się, jak
wybrnąć z kłopotów:
– Pan chce, żebym ja panu oddał 800 złotych, a
ja ich nie mam. Bo ja pożyczyłem Maliniakowi, Maliniak – Rojtmanowi,
Rojtman – Gutmanowi, Gutman pożyczył panu i nikt ich nie ma. To ja się pana
pytam, gdzie się podziały te 800 złotych?
– A czy ja wiem?
– O, widzi pan, to jest ta mistyka finansów. I
skąd się wziął ten cały kryzys światowy.
(cytuję za R.M. Grońskim: Optymistyczny
news, Polityka nr 14 z 4 kwietnia 2009 r., str. 113. Skecz z lat Wielkiego Kryzysu. Anonimus)
Myśli niepokorne
Nauki ekonomiczne są po prostu słabe! Tak
słabe, jak ktoś kiedyś powiedział o statystyce: „Siłę masz! – Rozumu ci nie trzeba.”* (*Bodajże to był wywiad
w „Wiadomościach Statystycznych” – gdzieś w latach 70. ubiegłego wieku.
Niestety, notatki mi zaginęły).
Rozpoczynając publikację tej strony (na początku roku 2000-go) nie chciałem tej
myśli formułować wprost. Jeszcze miałem nadzieję! Niestety.
Słabe nie tylko dlatego, że problemy
są wyjątkowo złożone, zależne od bardzo wielu trudnych do precyzyjnego
przewidzenia zachowań ludzi, ale słabe także dlatego, że zbyt łatwo zadawalają
się pozorami, zbyt łatwo uciekają od zrozumienia realnego życia, zbyt łatwo
zadawalają się uproszczonymi modelami, zamiast traktować je tylko jako punkt
wyjścia do wnikliwej i wszechstronnej analizy. Nad tym wszystkim ciąży jeszcze
polityka, ciąży ideologia, ciążą przeróżne, często sprzeczne grupy
interesów.
W systemie centralnego planowania ta
słabość była niemal modelowa. Potrafić nie widzieć tego, co widziało setki
tysięcy wcale nie najwyższych lotów praktyków? Potrafić nie widzieć wręcz
prymitywnych retuszy danych? Potrafić nie zastanawiać się nawet nad tym, że
wiarygodne dane z księgowości (bo oparte na metodzie bilansowej) często
wzajemnie się wykluczają (np. porównanie kosztów z produkcją) albo wynikają z
nich fakty fizycznie niemożliwe (np. coś wyprodukowano bez użycia
materiałów)? Nie potrafić nawet
zaprojektować systemu, który by chociaż z grubsza wychwytywał takie „wiarygodne
brednie”, którym wierzyła wiarygodna księgowość (bo oparta na metodzie
bilansowej i „wiarygodnych”
dokumentach), a za nią statystyka? Nie potrafić nawet wpaść na pomysł
konfrontacyjnego zestawienia tych wszystkich „wiarygodności”? Natomiast potrafić te wszystkie
„wiarygodności” przetwarzać zupełnie serio, przy pomocy bardzo wyrafinowanych
metod ekonomiczno-matematycznych (praktycy czasami „pukali się w głowę”) i
wyniki tych przetworzeń traktować poważnie w planowaniu i w ogóle, w sterowaniu
gospodarką.
Nie chcę podważać niczyich zasług w obaleniu „komunizmu”, ale
wydaje mi się, że zasługi w tej mierze ekonomistów i księgowych, zostały
wyraźnie niedocenione, i może dopiero kiedyś historia odda im sprawiedliwość.
Odda im sprawiedliwość, tym szeregowym ekonomistom i księgowym, który tylko
chcieli normalnie żyć; oni wykonywali swój zawód według powszechnie
obowiązujących w nim reguł. A że te
reguły ktoś wykorzystywał, żeby przedsiębiorstwo „statystycznie” wykonywało
plany i osiągało „statystycznie” dobre relacje ekonomiczne, to jaki to „grzech”
w porównaniu do wyrafinowanych wyczynów menedżerów (i kreatywnej księgowości) w
„innym zachodnim świecie”; i jaka nagroda za myślenie i ryzyko: utrzymanie się na stanowisku dyrektorskim, z
poborami... chyba aż z trzykrotnie
wyższymi od poborów szeregowych pracowników (może gdzieś różnice były większe,
ukryte. Nie wiem. Napisałem tylko to, co widziałem lub o czym wiedziałem).
System
kapitalistyczny. Z przyczyn oczywistych przeogromna większość zniekształceń
danych i wynikających stąd dalszych konsekwencji, typowych dla gospodarki
socjalistycznej centralnie sterowanej, w gospodarce kapitalistycznej nie
występuje. Stąd też nauka Zachodnia chyba się nimi specjalnie nie interesowała
i nie wypracowała stosunkowo prostych
metod, jak im zapobiegać. Szkoda,
że do ekonomistów „socjalistycznych” to nie dotarło, i, w dobrej wierze, w
sprawach ściśle technicznych (apolitycznych), chyba bezgranicznie zaufali
Zachodnim opracowaniom, zamiast wypracować (ściślej: uzupełnić) swoje własne,
dostosowane do warunków. Jakie teraz to ma znaczenie, w dobie obecnego kryzysu! – po
prostu tylko takie, że praktyka, wcale niekoniecznie najwyższych lotów – potrafi być bardzo
sprytna w dbaniu o własne interesy, a błędy systemowe zarządzania i ekonomii,
mówiąc wprost – mogą wręcz ją zachęcać do dbania o własne, kosztem innych.
W socjalizmie, motywacje do takich działań, aż szkoda opisywać – były bardzo
siermiężne, a szkody, choć duże, były jakoś nieudolnie analizowane: aż do
samego końca. Panowało tu też chyba niemal powszechne przyzwolenie (a
przynajmniej zrozumienie sytuacji). Prawie
też nikt wyrządzanych szkód gospodarce nie odnosił bezpośrednio do siebie, a
wielu widziało korzyści dla przedsiębiorstwa i dla siebie: wypracowanie regulaminowej
premii za plany... i wskaźniki... (niewielkiej, co prawda, ale zawsze coś nie
do pogardzenia!
W kapitalizmie, szczególnie w jego skrajnej
wersji neoliberalnej, zdecydowanie dominującej od kilkunastu lat, motywacje do
działań dla siebie (zazwyczaj kosztem
innych – choć często może to być sobie nieuświadamiane), są przeogromne, stąd
też i finezja poczynań, np. „zachodniej kreatywnej księgowości” lub
spekulujących finansistów, jest bez porównania wyższa niż była w siermiężnym wschodnim socjalizmie.
Trzeba więc albo coś zmienić w systemie,
żeby tego typu „kreatywność” nie miała sensu, albo, przynajmniej, opracować
metody jej wczesnego wykrywania. Jakie? – Sami teoretycy prawie na pewno
sobie nie poradzą. Prawie na pewno trzeba pozyskać do współpracy biegłych w
tych sprawach praktyków, którzy, jeśli nawet jeśli sami brali udział w opracowaniu „kreatywnych metod”, skłonni są
się nawrócić i pomóc w zapobieganiu takiej „kreatywności”. Jest to metoda wcale
nie nowa, choć proste analogie do znanych z historii rozwiązań, mogą być
mylące.
Tylko, znowu, „nie wylewać
dziecka razem z kąpielą”, bo kapitalizm, podobnie zresztą jak i socjalizm, w
założeniach umiarkowanych, wcale nie są złe (przykład:
kraje skandynawskie z nie tak dawnej jeszcze przeszłości), tylko ta
realizacja... w wykonaniu nawiedzonych, nadgorliwych, czy tylko zanadto
cwanych.
Jeszcze
raz o założonym celu tej strony
Chciałem
głównie skłonić do analizy, czy podłożem wielu kłopotów w zarządzaniu
gospodarką nie są w istotnym stopniu zwykłe niedostatki techniczne warsztatu
ekonomicznego, w tym nadmierne zaufanie do księgowości i statystyki. Stąd też
przykłady wręcz bredni statystycznych, traktowanych przez ekonomię na serio,
stąd też niekonwencjonalne metody ich wykrywania, stąd też podpowiedzi, jak
przeanalizować, czy są to przypadki jednostkowe, czy zjawiska nagminne, a jeśli
zjawiska nagminne – jaki jest mechanizm ich powstawania, jakie tu występują
trendy, i jak przeciwdziałać. Stąd też moja idea „interdyscyplinarnej
konkretyzacji ze znajomością istotnych szczegółów”. Stąd metody konfrontacyjne
„wiarygodnych” księgowo ale wzajemnie wykluczających się danych itp. Idea, wg mnie, pasująca zarówno do gospodarki
scentralizowanej, jak i zdecentralizowanej, zarówno do gospodarki
socjalistycznej jak i do gospodarki kapitalistycznej, zarówno do gospodarki
planowej jak i do gospodarki rynkowej. Po prostu jest to idea w miarę
wszechstronnego wykorzystania wiedzy poprzez odpowiednią współpracę
odpowiednich fachowców. Naturalnie, kryje się w tym niebezpieczeństwo, że ta
wiedza może być wykorzystywana dla różnych celów... Niestety, tak może być niemal ze wszystkim (i
zwykle jest). Problem w tym, że jeśli już doczekaliśmy się państwa
demokratycznego, i, podobno, sprawiedliwego, to ta wiedza powinna być raczej
wykorzystywana dla dobra ogółu społeczeństwa ..., co, niestety, jest znacznie
trudniejsze niż wykorzystanie jej dla celów jednostkowych, grupowych itp.
Niestety, też niestety, ta wiedza – dla celów jednostkowych – już gdzieniegdzie
się całkiem dobrze rozwinęła, ale jakby kosztem innych. Nawiasem mówiąc,
ponieważ tu się nasuwa skojarzenie z ostatnim kryzysem i kreatywną
księgowością, wspomnę nawiasowo, że cykle koniunkturalne w retuszowaniu danych
sprawozdawczych w gospodarce socjalistycznej też były. Np. w budownictwie
wskaźniki ekonomiczne wymuszały forsowanie robót stanu zerowego i surowego
kosztem wykończeniowego, plus tam jeszcze kreatywność w sposobach liczenia
wartości produkcji. Jeśli tego się zbyt dużo nagromadziło, po latach
statystyczno-wskaźnikowego wzrostu, nagle następowała statystyczno-wskaźnikowa
klęska, i po roku albo kilku cykl koniunkturalny w sprawozdaniach i wskaźnikach
zazwyczaj rozpoczynał się na nowo. Odnosiłem wrażenie, że dla ekonomistów i
statystyków nie znających praktyki, była to niemal „czarna magia”. A przecież
nie było to aż tak bardzo skomplikowane. Znowu nasuwają się skojarzenia...
(...)
(...)
Wracając do aktualnej sytuacji
Kolejny
raz w historii, pod wpływem doznanego zawodu, dokonuje się zwrot poglądów(w
Polsce, niestety, słabo widoczny): jak uratować gospodarkę i ludzkość przed
kolejnymi niepowodzeniami. Bardzo bym chciał, żeby się to powiodło. Nie
eksponuję specjalnie poglądów
sceptycznych, choć ostrych krytyk, zapewne nieco przesadnych, trochę prztoczyłem. W końcu lepsza jest nawet złudna nadzieja, niż
pogrążenie się w poczuciu beznadziejności. Zresztą, „złudna nadzieja na
dzisiaj”, czasami może okazać się wcale nie złudną „już jutro”.
Mnie bardzo podobają się książki Josepha Stiglitza, choć – to jest chyba zupełnie naturalne – nie
wszystkie jego poglądy podzielam. Z jego
idei „Ku
nowemu demokratycznemu idealizmowi”, umocniłem się swojej osobistej
idei „naprawiania tego, co się da naprawić”, choć mnie osobiście bardzo
niewiele się udaje. Zaczynają mi się podobać poglądy i działalność Jeffreya
Sachsa – po jego nawróceniu na rozsądek i znajomość realnego życia. Jak
niegdyś, w czasach realnego socjalizmu, zaczytywałem się w artykułach Daniela Passenta (w Polityce), które wnosiły „powiew trzeźwości” w
realnym socjalizmie, tak teraz staram się nie przepuścić żadnego z
wywiadów/rozmów, przeprowadzanych przez Jacka Żakowskiego, z wybitnymi
naukowcami czy też politykami.
Nie jestem jeszcze pewny (w chwili
gdy piszę te słowa – luty/kwiecień 2009), co ostatecznie zamierzam zrobić ze
swoimi stronami. Raczej zmierzam do ich zakończenia w stanie niedokończonym, i
zajęcia się czymś innym. Po prostu, problemy ekonomii mnie już przerosły. Dla
spokoju własnego sumienia, że „nie stałem ciągle na uboczu”, chyba swoje już
zrobiłem, co realnie mogłem, i niewiele więcej mogę dodać. Mam nadzieję, że
moja „pisanina” komuś na coś się przyda. A może nawet ktoś znany lub teraz
jeszcze w ogóle nie znany, zrealizuje wizję Emile Jamesa (Historia Myśli
Ekonomicznej XX wieku – poz. 60a prezentowanej
literatury ):
„Historyk, w
szczególności swej własnej epoki, z niepokojem stawia sobie zaraz pytanie, czy
elementy jego opowieści przedstawiają kres pewnego szeregu zdarzeń czy początek innego. Czyż możemy stwierdzić,
która z wymienionych tutaj książek będzie miała największy wpływ na myśl
ekonomiczną r. 1960 lub roku 2000? Być może będzie to
mały tomik lekceważony dziś lub nieznany.”
Minimum refleksji o historii
Nie
wiem, czy kenysizm uratował kapitalizm przed
upadkiem.
Nie wiem, co by nastąpiło po upadku kapitalizmu? – „Komunizm w wydaniu
stalinowskim?”. „Faszyzm w wydaniu
hitlerowskim?”. Czy może faktycznie
jakieś „trzecie”, czwarte” lub dalsze
drogi?
Nie wiem czy idea demokratycznego idealizmu, wysunięta przez Josepha E. Stiglitza, to mrzonki idealistów, czy coś realnego?
Nie wiem, czy mój zapał do niej, i że trzeba ją bardzo konkretnie i
interdyscyplinarnie skonkretyzować, chociaż teoretycznie, to „majaczenia
nawiedzonego”, czy coś realnego?
Nie wiem, czy mój poprzedni zapał, żeby przynajmniej skonkretyzować teorię
pogodzenia planowania z rynkiem (albo odwrotnie), ze znajomością
interdyscyplinarnych... itd., to też były nierealne mrzonki, czy coś realnego?
Nie wiem, czy moje „oburzające” (kilkadziesiąt lat temu) poglądy, że coś trzeba
zrobić z „wiarygodną księgowością”, żeby ona, w bardzo istotnych sprawach,
naprawdę była wiarygodna, rzeczywiście były nie do zrealizowania?
Nie wiem, czy moje „oburzające” poglądy na temat ekonomiki, ekonomii,
statystyki itp. (bardzo oburzające kilkadziesiąt lat temu, teraz jakby mniej),
rzeczywiście były aż tak bardzo oburzające, czy też tkwiło w nich, wcale nie
ziarnko, ale gruby worek ziarenek prawdy?
Wiem,
że „komunizm” w wydaniu stalinowskim, pięknie wyglądał, ale tylko z daleka.
Wiem, że „komunizm” w wydaniu stalinowskim, doprowadził ZSRR do potęgi
wojskowej, ale jakim kosztem?
Wiem, że potęga wojskowa ZSRR, w połączeniu z atrakcyjnością haseł
polityczno-społecznych (widzianych z daleka), znacznie stonowała „drapieżne
instynkty kapitalizmu”, ale jakim kosztem?
Wiem, że kenysizm, stosowany dogmatycznie, zaczął
zawodzić po kilkudziesięciu latach, ale też wiem, że przynajmniej, na
kilkadziesiąt lat, znacznie się przyczynił nie tylko do nadania kapitalizmowi
„ludzkiej twarzy” ale też do jego prosperity.
Wiem, że Karol Marks nie jest wszystkiemu winien, a nawet że jest (na
Zachodzie) nadal uważany za jednego z najwybitniejszych myślicieli swoich
czasów.
Wiem, że teorie marksistowskie (pomijając późniejsze „wyczyny” Stalina, a
wcześniejsze częściowe „bujanie w obłokach” przez te teorie), też znacznie
stonowały pierwotne drapieżne instynkty
kapitalizmu, zmuszając go do pewnych samoograniczeń, ale wiem też, że te teorie (pomijając
częściowe ich „bujanie w obłokach”), w wykonaniu nawiedzonych dogmatyków lub
tylko zwykłych karierowiczów doprowadziły do wielu klęsk i tragedii.
Wiem, że neoliberalizm odniósł olbrzymie sukcesy, wiem, że „ciemnym masom” nie
mówił całej prawdy, wiem, że zdołował lewicę i jej poglądy, wiem, że ta polska
„lewica”, pisząc bez kurtuazji, jest po prostu beznadziejna (prawica i
populiści, w tym, co faktycznie robią, poza zręcznym pozyskiwaniu opinii
publicznej, też nie „grzeszą” mądrymi działaniami dla dobra Polski i ogółu
Polaków); wiem, że na Zachodzie, neoliberalizm, przynajmniej ten skrajny i
nawiedzony, jest już w wyraźnym odwrocie (W Polsce jakby mniej). Świat się
znowu zmienia. Czy my, w Polsce, na pewno to dostrzegamy?
Sam żartowałem (co za bezczelność) z niedocenionej roli ekonomistów i księgowych w obaleniu „realnego
socjalizmu”, którzy niechcący, tak jakby mimochodem, wiernie mu służąc, walnie
się przyczynili do jego obalenia, a teraz, również
niechcący i mimochodem, zabrali się za kapitalizm. Ośmieliłem się jeszcze
dodać, że historia to kiedyś doceni. Śmiem sądzić, że w tych żartach jest
jednak sporo prawdy.
Kryzysy w gospodarce
kapitalistycznej nie są czymś nowym, podobnie zresztą jak w każdej gospodarce
znanej nam w historii. Wyróżnia je:
- obfitość towarów przy niedostatkach
popytu i pieniędzy (niemal dokładnie odwrotnie niż w gospodarce „realnego
socjalizmu”. Oczywiście, były wyjątki, może nawet dość liczne,
- cykliczność recesji, przeplatająca się
z okresami koniunktury (oczywiście: nie wszyscy podobnie na tym wychodzą),
- z grubsza rzecz biorąc, powtarzające
się kółko te same przyczyny, przerywane okresami „skutecznego leczenia”, które,
po pewnym czasie, znowu zawodzi,
- leczenie rozpoczynało się zwykle (lub
tylko często) od sięgania do kieszeni tych, co nie zawinili, żeby ratować (w
imię wyższych celów) tych, co narozrabiali. (To już pewna ironia. Proszę nie
traktować tego dosłownie),
- co zrobić, żeby w końcu było mądrzej?
– albo chociaż weselej? (dowcip z „realnego socjalizmu”: żeby Pierwszym
Sekretarzem KC PZPR został Wojciech Siemion. „Lepiej to nie będzie, ale zawsze
weselej!”).
Co dalej?
- Jak chociaż ograniczyć wpływ na gospodarkę
irracjonalnych euforii i równie irracjonalnych panik, szczególnie na giełdach
akcji?
- Jak chociaż ograniczyć rozmiary i
skutki spekulacji akcjami, walutami itp., aby zarazem „nie wylać dziecka razem
z kąpielą?
- Co zrobić, żeby skutki hazardu
ponosili głównie sami hazardziści, a nie cała gospodarka i całe społeczeństwo?
- Co zrobić, żeby władze państwowe
(razem z administracją) trafniej rozwiązywały najbardziej istotne problemy
społeczno-gospodarcze?
- Co zrobić, żeby nauki ekonomiczne
trochę bardziej zeszły z obłoków na ziemię? Podejście konkretyzacyjne ze znajomością istotnych interdyscyplinarnych
szczegółów chyba często by się przydało. Czyli: współpraca z kim trzeba i jak
trzeba. Podejścia „ogólnoteoretyczne” i „ogólno-interdyscyplinarne” – w ramach „praktycznej
teorii” rozwijać na szczegółowe. Dalej ... (...)?
- Czy nie warto przeanalizować przepisów
o ochronie konkurencji, pod kątem, żeby one nie tylko chroniły konkurencję ale
także i ludzi: przed niekorzystną konkurencją, przed wymuszaniem konkurencji,
tam, gdzie korzystniejsza byłaby współpraca, np. porozumienia o ograniczeniu
cięć kosztów kosztem pracowników... (pracownicy
i ich rodziny są też konsumentami, nakręcającymi popyt, którego ograniczenie
pogłębia kryzys). Wyważenie skutków jest
tu trudne, tak ze względu na globalizację, jak i obosieczne działanie różnych
rozwiązań dla różnych grup społeczeństwa.
- Jak zmienić mentalność społeczeństwa z
egoistycznej na choć trochę bardziej prospołeczną/solidarnościową?
- Jak poprawić obiektywną edukację
społeczeństwa w najważniejszych sprawach społecznych, politycznych i
ekonomicznych?
- Jak wpłynąć na media, żeby
przynajmniej część z nich nie musiała gonić za oglądalnością, nie ulegała
propagandzie ani żadnym naciskom, a jednocześnie potrafiła poważnie i
interesująco mówić o poważnych sprawach?
- Jak „na teraz”, w miarę sprawiedliwy i
skuteczny sposób, próbować opanowywać kryzys?
- Jak, chociaż w miarę sprawiedliwie,
podzielić koszty ratowania systemów bankowości?
- Co dalej, żeby za
kilkanaście/kilkadziesiąt lat kryzys znowu się on nie powtórzył?
- Co dalej z szukaniem nowych dróg – w
gospodarce, polityce, organizacji społeczeństwa?
- Pytania można mnożyć.
Dalej
Dalej, można pytania coraz bardziej konkretyzować,
proponując jednocześnie (pod dyskusję) rożne warianty rozwiązań, wraz z
argumentami za i przeciw. Mówiąc w skrócie, po wstępnej dyskusji, i jej
podsumowaniu syntetycznymi wnioskami, sugeruję interdyscyplinarną analizę lub
analizy wybranych zagadnień i zapoznanie z nimi opinii publicznej, wraz z jakąś
porządnie przygotowaną formą sondażu. Całość materiałów, zarówno syntetycznych
jak i szczegółowych, powinna być dostępna w Internecie, oczywiście w sposób
uporządkowany, w tym w formach możliwych do zrozumienia – przy pewnym wysiłku
umysłowym – także dla niespecjalistów w danych zagadnieniach.
Czy to ma
sens? Czy jest realne? Co dalej?
Tematy powyższe, na moich stronach, znajdują pewne, cząstkowe odniesienia w
kilkudziesięciu plikach, głównie w prezentowanej
literaturze. W sprawach, w których, wydaje mi się, że mam dość dobre
rozeznanie, w odpowiednim kontekście prezentowanej
literatury, dodałem sporo uwag/uzupełnień itp. Pod kątem całości domeny,
mini przewodnik, stanowi strona „Credo”, w tym pliki wymienione w niej, jako
wiodące w tematach związanych szczególnie z ostatnim aktualnie kryzysem.
Niestety.
Dalsze rozwijanie tematów, w ramach swojego jednoosobowego hobby, przerosło już
moje możliwości. Trochę też mam już dość pisania o sprawach, które, wydają mi
się oczywiste, przynajmniej do porządnego zastanowienia się...
Postanowiłem przerwać (a
przynajmniej zawiesić) swoją przygodę z ekonomiką i ekonomią, i zająć się
głównie swoim drugim hobby. Nie piszę jakim – żeby nie zapeszyć. Jeśli się choć
trochę powiedzie...? Na razie? – nie
wiem! Sprawdziany w latach 2007-2008, na
„choć trochę”, dają pewną nadzieję. Może to jednak tylko złudzenie. W tym roku,
zamierzam podjąć poważniejsze i bardziej obiektywne. Na razie wie o tym tylko
kilka osób. I dopóki sam nie będę wiedział więcej, wolę żeby tak to pozostało.
Wybrane słowa i frazy kluczowe (tylko część z nich została zdefiniowana), odnoszące się do całości domeny – plik „Frazy”.
-------------------
„Jeśli kto chce przeczytać najlepsze artykuły,
reportaże i opinie z prasy 27 krajów Unii Europejskiej, znajdzie je w serwisie presseurop.eu, w dziesięciu językach, w tym w języku
polskim. Tematy polityczne, społeczne, ekonomiczne, naukowe, kulturalne. Można
je komentować, dyskutować na forum, oglądać zdjęcia, filmy wideo i komiksy.
Presseurop.eu będzie współpracować z euranet.eu (grupą zrzeszającą europejskie stacje radiowe)
oraz z Euronews.
Portal, który ma się stać jednym z ważniejszych
mediów informujących i komentujących wydarzenia w Europie finansuje
Komisja Europejska. Oprócz
budżetu KE gwarantuje też dziennikarzom całkowitą niezależność redakcyjną.”*
*Informację powyższą (w niewielkim skrócie)
przytoczyłem za POLITYKĄ nr 22 (2707) z 30 maja 2009 r.
Tą informacją prawdopodobnie kończę dalszy
rozwój tej strony. Mini przewodnik po całej mojej Internetowej publikacji –
plik/strona „Credo”.
Anonimus
====================================================
Literatura | Strona główna |