Iwona D. Bartczak:
Wiecznie
dobrze zapowiadająca się historia
COMPUTERWORLD
z 7 czerwca 1999 r., nr 23/387, str. 48.
----------------------------------------------------------------------------
Artykuł jest ciekawy
i krótki, tak że postanowiłem przytoczyć go w całości.
Z.U.
----------------------------------------------------------------------------
W Polsce
od kilku lat, ale w zachodniej Europie, a zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, od
dziesięcioleci informatyka składa obietnice, z których spełnienia nadszedł
czas, by ją rozliczyć.
Dlaczego akurat teraz tak
dużo mówi się o użyteczności stosowania systemów informatycznych? I to z rosnącym niesmakiem? Czyżby to
był efekt frustracji zbliżającym się przełomem tysiącleci i poszukiwaniem
nowych znaczeń, wyzwań, idei, które odmienią nasze życie i nasz biznes tak
znacząco, jak za pół roku zmienią się cyfry w dacie? A może zaostrzonej
kalkulacji finansowej, z której czarno na białym wynika, że związek między
inwestycjami w informatykę a korzyściami biznesowymi nie jest
satysfakcjonujący? A może to koniec magii technologicznej - w sferze techniki
nic nas już tak nie zadziwia, abyśmy zapominali „języka w gębie”
i nie zadawali podstawowych pytań: ile to kosztuje, co to daje, dlaczego tak, a
nie inaczej.
A może ów stanowczy ton biznesu w rozmowach z dostawcami rozwiązań
informatycznych zwiastuje po prostu dojrzałość technologii do sprostania
bardziej ambitnym zadaniom niż automatyzacja powtarzalnych czynności? Ale czy
to możliwe, aby pierwsi zauważyli to użytkownicy informatyki, a nie jej twórcy?
Kwestia
dojrzałości
Myślę, że informatyka w
technologicznej postaci tak długo dyktowała warunki biznesowi, ponieważ była
ogromna dysproporcja między wiedzą o tej dziedzinie ludzi znających się na
komputerach, informatyków i specjalistów, a wiedzą osób, które korzystały z
systemów informatycznych, czyli menedżerów, decydentów. Przez wiele lat było
tak, że nawet jeśli dyrektor w swoich decyzjach
opierał się na informacjach i analizach uzyskiwanych z oprogramowania, to i tak
nie wiedział nie tylko o tym, jak tam te elektrony krążą po kablach czy jakie
zastosowano algorytmy, ale nawet o tym, jaka jest logika - idea i zasada -
funkcjonowania tych narzędzi. Beneficjant informatyki był bierną stroną w
związku informatyki i biznesu. Również informatyk nie był stroną ekspansywną,
bowiem jedynie poproszony odpowiadał na pytania. Tak więc
zadziwiające jest, że w ogóle istniała jakakolwiek komunikacja między
informatyką a biznesem. Myślę, że paradoksalnie następowała tylko
dlatego, że technologia sama narzucała się ze swoimi możliwościami. To też jest pośredni dowód na to, jak
wielki potencjał tkwi jeszcze w wykorzystaniu informatyki, jeśli tylko spojrzy
się na nią z określoną intencją, tzn. określi cel jej stosowania.
Obecnie zachodzą dwa
zjawiska. Po pierwsze, zmniejsza się dystans między wiedzą informatyków i
najwyższych menedżerów. Ci ostatni wreszcie sami zaczęli używać komputerów.
Przy okazji warto zauważyć, że podczas standardowej informatyzacji
przedsiębiorstw najpierw instaluje się komputery w księgowości, potem w
magazynach, działach zaopatrzenia i sprzedaży, następnie ewentualnie w
produkcji, natomiast systemy wspierania kierownictwa wdraża się na końcu. Dyrektorzy jako ostatni stają się
użytkownikami informatyki, mimo że cały czas muszą podejmować decyzje,
dotyczące informatyzacji pozostałych dziedzin. Ten absurd ma uzasadnienie
technologiczne - trzeba bowiem objąć systemem całą
firmę, aby uzyskać użyteczne dla dyrekcji informacje. Jednak z punktu widzenia
psychologii jest porażką - dopóki menedżerowie nie będą używać tego narzędzia,
dopóty - mimo szkoleń, kursów i porad konsultantów - nie zrozumieją go, nie
wyczują, nie nawiążą dialogu. Dzisiaj dysharmonia wiedzy zmniejszyła się, ponieważ
informatyzacja wreszcie dotarła do gabinetów dyrektorskich, a także nastąpiła
wymiana pokoleniowa.
Drugie zjawisko polega na
rozszerzeniu się grypy użytkowników systemu informatycznego, sytuujących się
między informatykami a dyrekcją. Ich liczba w przedsiębiorstwach i
doświadczenie są już tak duże, że oni sami zmuszają informatyków do rozmów na
temat tego, jak jeszcze można by ułatwić im pracę, poprawić jej wyniki,
zharmonizować z pracą innych ludzi.
Detronizacja
bez strat
Zjawiska te niosą dwie zmiany
w sytuacji informatyków. Jedna z nich może budzić spontaniczny opór, a nawet
gorycz. Informatycy tracą władzę nad systemem informatycznym, wynikającą z ich
wiedzy. Przewagę tracą też firmy informatyczne, dotychczas dyktujące warunki
swoim klientom. Informatycy stawiają sobie pytanie, kim w takim razie będą
teraz w swojej firmie: służbą pomocniczą bez autorytetu czy może partnerami
menedżerów w kształtowaniu biznesu. Utrata jednej władzy jest szansą w uzyskaniu innej. I to jest ta
druga zmiana: pozycja, którą informatycy mogą uzyskać dzięki temu, że ułatwiona
jest komunikacja i zrozumienie między nimi a użytkownikami informatyki na
każdym szczeblu.
Być może
więc owe głośne i częste głosy dezaprobaty na temat efektywności
inwestycji informatycznych są wyrazem zaufania do informatyki, a nie
rozczarowania się nią?
Iwona D. Bartczak
------------------------------------------------------------------------------------------------
Uwagi
Dodam jedynie, że
konsekwencją tego, iż
„Dyrektorzy jako ostatni stają się użytkownikami informatyki”,
najczęściej staje się utrwalenie, przy pomocy komputerów, zastanych
tradycyjnych rozwiązań ukierunkowanych na tradycyjną ewidencję, fiskusa,
sprawozdawczość, biegłego księgowego od urzędowego bilansu itp., a nie na wspomaganie zarządzania. Cóż z tego, że np. tradycyjnie skomputeryzowana
księgowość potrafi bardzo dużo wydrukować różnych informacji, skoro nie są one
ani na czas, ani do końca prawdziwe, ani nie obejmują wszystkich istotnych
elementów. Czy trzeba do tego jeszcze coś dodać! Owszem:
problem jest bardzo złożony, a dodatkowo ciąży na nim bariera
pomiędzy podejściem ogólnoteoretycznym a realiami życia w samym zarządzaniu. Ponadto, przynajmniej w Polsce, nazbyt wielu
dyrektorów nie tylko nadal „nie rozumie komputerów”, ale w ogóle niezbyt się orientuje w zasadach nowoczesnego
zarządzania, ani specjalnie się tym nie przejmuje.
Jest więc, jak jest, a jest dużo gorzej niż na Zachodzie. Prawdopodobnie dopiero integracja z
Unią Europejską coś
tu bardziej istotnie wymusi. Oby nie za późno.
Anonimus
![]()
Nadmiar
oczekiwań| Strach przed IT | Literatura | Strona główna |