CZŁOWIEK  -  RYNEK  -  SPRAWIEDLIWOŚĆ

                            Szkice

Mieczysław Kabaj,  Tadeusz Kowalik,  Piotr Krasucki,  Leszek Nowak,  Mieczysław F. Rakowski,  Janusz Reykowski,  Krzysztof T. Toeplitz,  Jerzy  Wiatr,  Stefan Zgliszczyński

                              Słowo wstępne  Leszek Miller

Towarzystwo Wydawnicze i Literackie, Warszawa 2001
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Od „złego organizowania”  często lepszy jest „żywioł”.  Od „żywiołu”  przeważnie lepsze jest dobre  organizowanie. Świat się zmienia.  Natura ludzka też. Żadna nauka nie jest jeszcze ostateczną i nieomylną. Doktryny społeczno-polityczne również. Lepiej, żeby motorem postępu były dobre strony natury człowieka, niż złe. Lepiej, żeby w stosunkach międzyludzkich dominowało dobro niż zło. Jeszcze nic nie jest przesądzone! 

Wolał bym, w jednej prezentacji literatury,  na tematy „Człowiek, rynek, sprawiedliwość ”, zestawić obok siebie najważniejsze poglądy, ich argumentację i kontrargumentację, zarówno autorów „lewicowych”, „prawicowych” jak i innych, i doprowadzić do dyskusji, w której, każdy, nie będzie, „pod publiczność”  wygłaszał „przemówień”, tylko, ze znajomością rzeczy, rzeczowo dyskutował. Oczywiście, to utopia. Przynajmniej jak na moje możliwości. Ograniczam się więc tylko do tego, co mogę:  zaprezentowania obszernych fragmentów ze „Szkiców...”,  dodania do nich trochę uwag i zachęcam Czytelników, żeby też publicznie się wypowiadali. W tym ostatnim przypadku, nie straciłem jeszcze nadziei, że ktoś mi pomoże zorganizować do tego celu także i moje strony, ale za bardzo na to nie liczę.  Przyczyna prosta: strony nie mają charakteru komercyjnego. 

Strona w budowie. Oznacza to, że, poza poprawkami „redakcyjnymi”, uzupełnię jeszcze trochę „wybrane fragmenty”  (radzę jednak, kogo to mocno interesuje,  przeczytać całość w oryginale), dodam wybrane przypisy,  a przede wszystkim stopniowo będę dodawał różne „wstawki” i uwagi,  wyróżnione, jak zwykle na moich stronach, inną czcionką, podaniem źródeł, oraz inicjałami „Z.U.” lub pseudonimem „Anonimus” autora strony. 
Anonimus  

------------

Po prawie trzech latach

Śniło mi się, że złowiłem złotą rybkę...  Wyraziłem pierwsze życzenie: „Żeby książka  CZŁOWIEK  -  RYNEK  -  SPRAWIEDLIWOŚĆ  bis, napisana przez tych samych autorów, została wydana jak najszybciej!”.
Co było dalej – nie wiem.  Obudziłem się.
Marzec 2004 r.
Anonimus

Kilkanaście miesięcy później

   Sny czasami trochę się sprawdzają. Wprawdzie książka  CZŁOWIEK  -  RYNEK  -  SPRAWIEDLIWOŚĆ  bis, nie została wydana, ale w czerwcowym numerze miesięcznika  dziś  ukazał się artykuł Autora Wprowadzenia  do niej: Krzysztofa  T. Toeplitza, nawiązujący do niej i aktualnych problemów.
Z przyjemnością cytuję obszerne fragmenty (po
Wprowadzeniu), co jednak wcale nie oznacza, że bezkrytycznie podzielam wszystkie wyrażone tam poglądy.
   Gdyby tak jeszcze, partie polityczne, walczące o wyborców, chociaż spróbowały  fachowo a nie tylko propagandowo, przedstawić swoje zamierzenia gospodarczo/społeczne! 
Internet daje tu olbrzymie możliwości warstwowego połączenia prostych, krótkich haseł z ich rozwinięciem, tak, aby kto chce, miał przynajmniej szanse zrozumienia, ile dany program jest rzeczywiście wart.
Czerwiec 2005 r.
Anonimus      
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Słowo wstępne

Pragnę polecić ten zbiór szkiców nie tylko działaczom i politykom lewicy – którym podsunąć mogą one szereg konkretnych wniosków i rozwiązań – ale tym wszystkim, którzy nie godząc się  z obecnym biegiem spraw publicznych  w naszym kraju, w obozie lewicy upatrują siłę zdolną wyprowadzić Polskę na drogę trwałego i pomyślnego rozwoju.  Czytelnikom, którzy wizję rozwoju Polski, umacniającego jej pozycje w integrującej się Europie, kojarzą z zasadami sprawiedliwości społecznej i z przekonaniem, że owoce postępu powinny być odczuwalne dla wszystkich, a nie tylko dla grup czy warstw w ten lub inny sposób uprzywilejowanych. To bowiem przekonanie odróżnia dzisiaj w sposób zasadniczy program i działanie  Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Unii Pracy i ich koalicjantów od ofert politycznych, składanych społeczeństwu  polskiemu przez sprawujące władzę i ubiegające się o jej przedłużenie partie i ugrupowania prawicy.

Obóz lewicy, walczący o zwycięstwo w zbliżających się wyborach, ma do spełnienia ogromne i niezwykle odpowiedzialne zadania, o zróżnicowanym horyzoncie czasowym. Są więc sprawy, które – jak na przykład naprawienie negatywnych skutków „czterech reform” rządu Jerzego Buzka, zahamowanie wzrostu bezrobocia albo też nadanie nowej dynamiki naszym staraniom o wejście do Unii Europejskiej – wymagać będą od lewicy, gdy obejmie ona władzę,  szybkiego i skutecznego działania. Są jednak również i takie, których realizacja wymagać będzie nie tylko dłuższego dystansu czasowego, ale także głębokiego namysłu nad modelem naszej gospodarki rynkowej i sposobem rozwiązywania nabrzmiałych i rodzących się wciąż na nowo problemów społecznych. Do nich należy na przykład  skomplikowany proces modernizacji wsi polskiej, który dokonywać się musi przy równoczesnym poszanowaniu wymogów postępu, równości szans i zasad sprawiedliwości społecznej. Należy zrównanie szans w dostępie do oświaty i kultury dla wszystkich, zwłaszcza młodych ludzi, niezależnie od ich pochodzenia i miejsca zamieszkania.  Należy wreszcie wypracowanie modelu gospodarczo-społecznego wolnego od patologii wolnorynkowego fundamentalizmu, której efektem staje się obecna marginalizacja  całych grup społecznych, a nawet wręcz całych obszarów naszego kraju, przedstawiana jako nieuchronny ponoć efekt transformacji ustrojowej.  

Te długotrwałe zadania wymagają wsparcia działań politycznych przez gruntowne i odważne badania naukowe i syntezy intelektualne. Charakterystyczną cechą współczesnego świata jest ogromna rola, jaką w rozwoju społeczeństw odgrywa czynnik intelektualny, a wartość myśli stawia się obecnie na równi z czynnikami materialnymi, sprzyjającymi postępowi we wszystkich dziedzinach ludzkiej działalności. Dotyczy to nie tylko tych nauk, których wnioski nadają się do bezpośredniego zastosowania w praktyce. Żyjemy także w czasach, kiedy przed społeczeństwami świata, a wiec również i przed Polską, pojawiają się problemy, z jakimi nie miały do czynienia wcześniejsze pokolenia, a rozwój technologii, w tym przede wszystkim technik informatycznych, stawia nas w sytuacjach, których często nie potrafimy jeszcze ogarnąć, a nawet wystarczająco precyzyjnie nazwać, chociaż codziennie doświadczamy ich skutków.

W tych warunkach zadaniem polityki staje się nie tylko tworzenie optymalnych warunków  dla rozwoju badań i myśli naukowej, ale także uważne przysłuchiwanie się wnioskom, wypływającym z debaty naukowej i intelektualnej, skupionej na problemach teraźniejszości i przyszłości. To prawda, że nowoczesna lewica nie pretenduje do posiadania jedynej i niepodważalnej receptury, przy pomocy której zdolna jest rozwiązać wszystkie pytania teraźniejszości i przyszłości. Zadufanie tego rodzaju znaleźć dziś można znacznie częściej po stronie rzeczników rzekomego „
końca historii”, którym ma być liberalna demokracja  i wolny rynek, niż po stronie myśli socjaldemokratycznej, dalekiej od wszelkiego rodzaju dogmatów i poszukującej w realnej rzeczywistości praktycznych rozwiązań, zgodnych z interesem większości zwykłych ludzi, żyjących ze swej pracy. Nie oznacza to jednak obojętności, lecz przeciwnie, otwartość na wszystko, co niesie ze sobą dorobek myśli społecznej i naukowej, starającej się zarówno wyjaśniać otaczające nas zjawiska, jak i formułować wynikające stąd wnioski.        

Nie zawsze wnioski te, nawet najbardziej trafne, nadają się do natychmiastowej realizacji, polityka jest bowiem – według znanego powiedzenia – sztuką realizowania  rzeczy możliwych w określonych, realnych warunkach.  Zróżnicowanie tej prawdy wyznacza granicę, oddzielającą działania lewicy od taniej populistycznej demagogii  i politycznego awanturnictwa. Polityce jednak jako działaniu społecznemu niezbędna jest dziś bardziej niż kiedykolwiek świadomość perspektyw wynikających z obserwacji i syntez naukowych. Zwiększa to odwagę i pewność działania politycznego, pozwalając przekraczać granice, które z pozoru wydają się nieprzekraczalne.

Szkice naukowców i publicystów, zawarte e tym tomie, powstały w przeważającej części poza sferą bezpośredniego zaangażowania politycznego i politycznej inspiracji. Wyrażają one jednak wartości, do których lewica jest szczególnie przywiązana – a więc troskę o człowieka, wrażliwość społeczną, a także wyraźny ton polemiczny wobec kłamstw i mistyfikacji, którymi tak często posługuje się prawica  zarówno w swoich działaniach politycznych, jak i w swojej retoryce.

Obóz lewicy, sięgając po władzę w Polsce, ma świadomość, że stoją za nim nie tylko ludzie w pełni przekonani do lewicowych wartości społecznych, intelektualnych i moralnych, ale także ci, którzy oczekują od nas po prostu sprawnego, racjonalnie rządzonego i uczciwego państwa, wrażliwego na los swoich obywateli i kierującego się zasadami społecznej solidarności. Ludzie zaradni i przedsiębiorczy, lecz zniechęceni do nieudolnych rządów prawicy i ich taniej demagogii. Ale także i tacy, którzy zrozpaczeni są losem własnym i swoich rodzin, brakiem perspektyw i dróg wyjścia z obecnej sytuacji, których nie mogą im zapewnić formacje prawicowe, również te, które krygując się wobec opinii publicznej starają się prezentować jako całkowicie nowe, nowoczesne i w dodatku nie obciążone żadną odpowiedzialnością za dotychczasowe rządy Solidarności i AWS – UW. 

Mamy świadomość, że obowiązkiem lewicy, gdy otrzyma ona od społeczeństwa mandat do sprawowania władzy, będzie staranie, aby w racjonalnym wymiarze spełnić te wszystkie wiązane z nią oczekiwania.

Równocześnie jednak troską socjaldemokracji   jest poszerzanie tych kręgów, które z programem lewicy identyfikują się w sposób głębszy i bardziej zasadniczy, poprzez zbiór wyznawanych wartości, pogłębione przemyślenia intelektualne, a także ich stosunek do wyzwań, jakie niesie za sobą XXI wiek. Wiek, w którym  w integrującym się świecie, a więc i w naszym kraju, rynkowej gospodarce nie może towarzyszyć rynkowe społeczeństwo.  W którym coraz szybszy pęd cywilizacji nie może pozostawiać za sobą pogruchotanych wartości humanistycznych, które nie mieszczą się w prostej logice rynku. W którym wreszcie obok rosnącego także dzięki nauce i technice dobrobytu nie może mnożyć się liczba ludzi odrzuconych i bezradnych wobec własnego losu.

Rozwikłaniu związanych z tym dylematów służyć powinna zarówno polityka, jak i nauka, razem szukając nowoczesnego i sprawiedliwego ich rozwiązania.

Leszek  Miller

………………………………………………………………………………………………………………

Spis  Treści

Krzysztof T. Toeplitz
     Wprowadzenie    ………   13
Janusz Reykowski
     Wolny rynek, lewica a natura ludzka     ………   29
Leszek Nowak
     Chichot heglowski, czyli marksizm i liberalizm
      w polityce polskiej    ………   63
Mieczysław F. Rakowski
     Polska na Geopolitycznej Szachownicy    ………   87
Tadeusz Kowalik
     Społeczna Gospodarka Rynkowa
     -  kontynuacyjnym wyzwaniem dla Polski   ………   111
Mieczysław Kabaj
     Bezrobocie i ubóstwo
     Elementy programu przeciwdziałania     ………   155
Stefan Zgliszczyński
     Koncepcje sprawiedliwości społecznej    ………   203
Piotr Krasucki
     Społeczno-ekonomiczne uwarunkowania zdrowia    ………   223
Jerzy J. Wiatr
     Lewica wobec wyzwań edukacyjnych    ………   251
 ………………………………………………………………………………………………………………

Krzysztof  T. Toeplitz

Wprowadzenie   .........   13

Amerykański publicysta,  pochodzący zresztą z Polski, Daniel Singer`  w swej książce Whose Millenium? (1999) przypisuje Margaret Thatcher wynalezienie wdzięcznego terminu T.I.N.A. jako skrótu kategorycznego twierdzenia, że „There Is No Alternative”. A więc nie ma alternatywy dla – triumfującego zwłaszcza po upadku muru berlińskiego i załamaniu się systemu realnego socjalizmu w Rosji i na Wschodzie Europy – systemu gospodarki kapitalistycznej, kierującej się zasadami neoliberalnymi.  To przekonanie, zdaniem Singera,  „stało się niepisanym założeniem wyjściowym wszelkiej debaty politycznej”.

Stało się ono również niepisanym założeniem wyjściowym pierwszych lat transformacji ustrojowej w Polsce.  Impet pierwszego okresu przeobrażeń ustrojowych i gospodarczych w naszym kraju, określanych skrótowo jak „reformy Balcerowicza”, spowodował, że niemal wszelka refleksja – zarówno społeczna, jak i ekonomiczna – wychodząca z innych niż neoliberalne założeń, wydawała się  działaniem nie tylko nieskutecznym, ale także w pewnym sensie niestosownym, stanowiącym hamulec wobec przemian, które profesor Leszek Nowak nazywa w tym tomie „budowaniem kapitalizmu”.  Efektem zaś tego budowania stać się miało społeczeństwo dynamicznego rozwoju, zapewniającego ludziom zaradnym i przedsiębiorczym możliwość pełnej realizacji ich zamierzeń, całej zaś reszcie stopniowy, ale dość przecież szybki wzrost dobrobytu, upodobniający Polskę do rozwiniętych krajów europejskiego Zachodu.

Modelowi transformacji, zawartemu w „reformach Balcerowicza”, patronowało znane powiedzenie Johna F. Kennedy’ego, że „kiedy przybywa wody, unoszą się wszystkie łodzie”,  co w praktyce oznacza przekonanie, że gdy rośnie majątek, gromadzony przez jednych – tych przedsiębiorczych i zaradnych właśnie -  wpływać to będzie, choć z pewnym opóźnieniem, także na bogacenie się i zaspokajanie wszelkiego rodzaju potrzeb życiowych całego społeczeństwa. Poza dyskusją znalazł się również aksjomat, że liberalna wolność gospodarcza jest niezbywalnym warunkiem wolności politycznej i demokracji. Wydaje się, że zwłaszcza ta zbitka, częściowo uzasadniona, w sporej jednak części  zasługująca na  rzeczową i krytyczną dyskusję, stała się przyczyną, dla której ogromna większość społeczeństwa polskiego bez większego oporu zaakceptowała tezy, zawarte w neoliberalnej recepturze transformacyjnej.  Istotą przemiany, jakiej oczekiwano po roku 1989, było niewątpliwie przekształcenie Polski  w państwo demokratyczne, oparte na wolności politycznej i pluralizmie, oraz budowa społeczeństwa obywatelskiego, opartego na poszanowaniu praw człowieka. W tym podstawowym  dążeniu  spotykały się wszystkie siły polityczne, rzecznikiem takiej przemiany był także obóz proreformatorskiej lewicy. Jednakże właśnie połączenie tych powszechnie akceptowanych dążeń demokratycznych z jedną tylko, neoliberalną, wizją polityki gospodarczej i społecznej stało się instrumentem  szczególnej presji, której poddawana jest opinia publiczna.   

Presji tej, wywieranej przez większość prawicowych formacji politycznych, mediów i środowisk opiniotwórczych, w tym kulturalnych i naukowych, uległy do pewnego stopnia także środowiska lewicowe, ustawiając się bądź to w pozycji defensywnej i stopniowo rezygnując nawet w swoim słownictwie z pojęć  takich, jak na przykład „sprawiedliwość społeczna”  czy też  „społeczna gospodarka rynkowa”, nie mówiąc już o jakimkolwiek  „planie” w działaniach gospodarczych, bądź też przyjmując wręcz neoliberalne aksjomaty jako przykry, lecz nieuchronny warunek przemian demokratycznych.

Sytuacji tej nie zmieniła w sposób radykalny  nawet przedłużająca się znacznie ponad wcześniejsze zapowiedzi dotkliwa zapaść gospodarcza, spowodowana skutkami „terapii szokowej”  zastosowanej u progu lat 90. wobec polskiej gospodarki i polskiego społeczeństwa.  Przez pewien czas sądzono po prostu, że przyczyną coraz silniej odczuwanych przez coraz szersze kręgi społeczeństwa negatywnych rezultatów transformacji – w postaci obniżania się realnych dochodów wielu grup pracowniczych, likwidacji wielu miejsc pracy, dramatycznego spadku poczucia bezpieczeństwa socjalnego, spadku nakładów państwa na oświatę, kulturę, służbę zdrowia itp. – jest nie tyle wadliwość przyjętych założeń, ile nieumiejętność ich realizacji , czemu zapobiec może lepsza sprawność zarządzania i wyższa kompetencja kadr kierowniczych.*

*  Co prawda to prawda!  Prawda zaś jest taka, że i do założeń można mieć zasadnicze zastrzeżenia,  i sprawność zarządzania oraz kompetencje były (i chyba nadal są) nie na poziomie.
Anonimus 

Z biegiem czasu jednakże, a zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich lat rządów prawicy od roku 1997, narastać poczęła w skali społecznej zarówno świadomość strukturalnych błędów, tkwiących w samej recepturze neoliberalnej, jak i potrzeba bardziej gruntownej debaty na ten temat, odchodzącej od aksjomatu, że „nie ma alternatywy”.  Wyrazem tego jest między innymi ta książka, będąca  zbiorem szkiców autorstwa wybitnych polskich naukowców i publicystów. Nie rości sobie ona ambicji ogarnięcia wszystkich problemów, związanych z dalszym przebiegiem naszej transformacji, wyraża jednak przekonanie, że alternatywa ciągle jeszcze znajduje się w zasięgu możliwości... 

(...)  W wielkim skrócie można jednak powiedzieć, iż na przestrzeni ostatnich lat coraz bardziej widoczny stal się fakt utrwalania się w Polsce stanu, który Ernst Friedrich Schumacher już dość dawno (1973) – i w dodatku zajmując się głównie problemami społecznymi krajów tzw. Trzeciego Świata – określił jako „gospodarkę dualną”, a więc taką, w której narastanie dobrobytu materialnego jednych warstw społecznych wcale nie oznacza „podnoszenia się wszystkich łodzi”,  lecz przeciwnie, oznacza także masowe tonięcie tych mniejszych, słabszych i gorzej wyposażonych. Obrazem tego stało się w Polsce powstawanie dramatycznych przepaści pomiędzy grupami i warstwami uprzywilejowanymi a coraz szerszymi obszarami nędzy i marginalizacji społecznej.

Transformacji postkomunistycznej w Polsce towarzyszyło, jak pamiętamy, wysuwane u samych jej początków hasło, że aby wyjść z okowów gospodarki nakazowej... wystarczy  „powrócić do wypróbowanych metod gospodarowania”,  przez co wielu strategów polskich przemian gospodarczo-społecznych rozumiało nie tyle nawet samą gospodarkę rynkową, ile po prostu system kapitalistyczny w takiej postaci, w jakiej istniał on w czasach przed drugą wojną światową albo wręcz u swoich XIX-wiecznych początków.   

To anachroniczne podejście zaciążyło również wyraźnie na kierunku polskiej transformacji. Dla nikogo spośród realistycznie myślących obserwatorów i uczestników polskiego życia gospodarczego i społecznego nie podlegało wątpliwości, że modelem, zdolnym zapewnić Polsce dalszy dynamiczny rozwój, jest gospodarka rynkowa.  Zwrotem w kierunku niektórych elementów gospodarki rynkowej charakteryzowały się już zresztą ostatnie lata czy też wręcz miesiące PRL, kiedy u steru państwa znaleźli się przedstawiciele proreformatorskiego skrzydła partii. Jednakże, jak wiadomo, gospodarka rynkowa ma różne oblicza, wyrażając wręcz odmienne treści społeczne – od niewątpliwej już dzisiaj gospodarki rynkowej połączonej jednak z monopolem władzy politycznej w komunistycznych Chinach, aż po skrajne wersje rynkowego fundamentalizmu.

Otóż charakterystyczną cechą  polskiej transformacji stał się bezdyskusyjny w istocie wybór jednego tylko jej wariantu, związanego najbliżej z neoliberalnymi założeniami „thatcheryzmu”, o którym Anthony Giddenes w swojej Trzeciej  Drodze... (1999) pisze m.in., że „thatcheryzm pozostaje obojętny wobec nierówności albo je aktywnie popiera. Pogląd, że nierówność społeczna jest z natury zła lub szkodliwa jest (dlań) nie do przyjęcia”. Pośród zaś innych cech tego stylu myślenia ten sam autor wymienia także „antagonizm wobec państwa opiekuńczego” i „wrogość wobec silnego rządu”, którego maksymalne wyeliminowanie z życia gospodarczego i społecznego neoliberalizm stawia sobie jako jeden z głównych celów.

Bezdyskusyjne,  jak powiedzieliśmy, zwrócenie się w stronę tego właśnie modelu przyczyniło się zarówno do zlekceważenia całego niemal dorobku i doświadczenia powojennego „państwa dobrobytu”, realizowanego z powodzeniem w takich krajach Zachodu, jak Wielka Brytania czy Szwecja, a także do zignorowania doświadczeń niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej, której w tomie tym poświęcony jest w dużej mierze szkic profesora Tadeusza Kowalika, wskazujący, że właśnie ten model stał się źródłem sukcesu powojennych Niemiec.

Co gorsze jednak, doktryna polskiej transformacji okazała się także niewrażliwa na całkiem współczesną refleksję polityczną i społeczną, dającą się zwłaszcza po upadku muru berlińskiego odczytać w rozwiniętych krajach Zachodu Europy.

Nie trzeba oczywiście dowodzić, w jaki stopniu zwycięstwo Zachodu odmieniło obraz świata, w którym żyjemy, przyczyniając się do obalenia systemów totalitarnych, panujących w mniejszym lub większym nasileniu na ogromnym obszarze środkowej i wschodniej Europy.

Równocześnie jednak, co podkreślają znacznie silniej zachodnioeuropejscy niż wschodni analitycy i myśliciele, zwycięskie zakończenie  „zimnej wojny”, dokonane głównie dzięki Stanom Zjednoczonym Ameryki, stało się także zwycięstwem tej wersji neoliberalnej polityki gospodarczej, której ośrodkiem, a zarazem eksporterem na wszystkie niemal obszary świata są właśnie Stany Zjednoczone ze swoją specyficzną  i pod wieloma względami odmienną  od tradycji europejskich koncepcją wolnego rynku i wolnej gospodarki, opartej przede wszystkim na silnej zasadzie konkurencyjności.  Stworzyło to zdaniem wielu komentatorów sytuację, w której światowy system kapitalistyczny, pozbawiony wszelkiej przeciwwagi, zdaje się rezygnować z metod, jakie zwłaszcza przez powojenne półwiecze moderowały jego oblicze na kontynencie europejskim. W skrótowy, lecz dramatyczny sposób ujął tę sytuację i wypływające z niej obawy znakomity niemiecki pisarz Günter Grass  mówiąc w Sztokholmie podczas uroczystości wręczania mu Nagrody Nobla w roku 2000: 

Ze  zgrozą obserwujemy, że kapitalizm, od chwili  gdy jego brata, socjalizm, uznano za zmarłego, popadł w manię wielkości  i zaczął hulać bez skrępowania. Powtarza błędy  ponoć nieżyjącego brata w ten sposób, że się dogmatyzuje, wolną gospodarkę rynkową podaje za jedyną prawdę, upaja się swymi prawie nieograniczonymi możliwościami i rzuca się w szaleńczą grę, to znaczy robi światowe fuzje tylko po to, żeby maksymalizować dochody. Nic dziwnego, że kapitalizm – tak samo jak komunizm, który sam sobą  się udławił okazuje się niereformowalny. Jego dyktat ma na imię globalizacja. I po raz kolejny twierdzi się z dufnym przekonaniem, że nie ma alternatywy. 

Nie wydaje się więc przypadkowe, że tej nowej sytuacji świata i temu nowemu, bardziej agresywnemu obliczu kapitalizmu...  zawtórowało w  Europie dość szybkie podniesienie się tendencji socjaldemokratycznych... 

(...)  ...a także mimo głębokich związków, jakie istnieją  pomiędzy całą, obejmującą także USA, wspólnotą atlantycką, wspólnym mianownikiem socjaldemokracji zachodnich wydaje się jednak zarówno pewna wstrzemięźliwość wobec koncepcji globalnego „pax americana”, jak również inny niż czysto neoliberalny projekt społeczny, nie odżegnujący się programowo ani od opiekuńczych funkcji państwa, ani też od zasady interwencjonizmu państwowego w życie społeczne i gospodarkę. Co do ostatniej z tych kwestii zresztą, a więc interwencjonizmu państwowego, nie brak komentatorów, którzy, jak Noam Chomsky na przykład (1992), twierdzą, że owa odżegnująca się od  interwencji państwa receptura neoliberalna jest w ogromnej części  „produktem eksportowym”, przeznaczonym właśnie dla krajów przechodzących transformację postkomunistyczną, podczas gdy same kraje rozwinięte, w tym Stany Zjednoczone, nie mówiąc już o Japonii, zawdzięczają wiele ze swoich globalnych sukcesów właśnie zdecydowanej interwencji państwa.  

Na Zachodzie Europy coraz wyraźniej dostrzeganym ograniczeniom myślenia neoliberalnego w zakresie gospodarczym i społecznym towarzyszy także krytyka fundamentalizmu rynkowego...  Hasłem socjaldemokracji zachodnich, przyjętym także przez socjaldemokrację polską, stała się zwięzła formuła: gospodarka rynkowa – tak, ale społeczeństwo rynkowe – nie, w czym wyczytać można  rozgraniczenie dwóch nie całkiem tożsamych stref ludzkiej egzystencji. Jedna z nich odnosi się bezpośrednio do produktywności materialnej, podczas gdy druga dotyczy stosunków międzyludzkich, a także motywacji ludzkiego działania, które nie zawsze i nie w pełni dają się sprowadzić do kategorii materialnego zysku albo też – szerzej – do postaw w istocie egoistycznych. Pisze o tym w tym tomie szczegółowo profesor Janusz Reykowski. Na niedoskonałość fundamentalizmu rynkowego, upatrującego racjonalne rozwiązanie wszystkich problemów społecznych w samoregulującym się działaniu przysłowiowej już  „niewidzialnej ręki rynku”, zwracają dziś jednak uwagę nie tylko autorzy, związani z opcją lewicową, lecz także co bardziej przenikliwi ludzie biznesu, do których bez wątpienia można zaliczyć George’a Sorosa, który pisał (1999):     

Funkcje, które nie mogą i nie powinny być sterowane jedynie siłami rynkowymi, obejmują wiele najważniejszych spraw ludzkiego życia, począwszy od wartości moralnych poprzez powiązania rodzinne, aż po dokonania estetyczne i intelektualne. Jednak fundamentalizm rynkowy nieustannie dąży do rozciągnięcia swego zasięgu na te obszary w postaci ideologicznego imperializmu. W myśl jego zasad całą ludzką działalność powinno się postrzegać jako oparte na umowach transakcje, a ocenę sprowadzić do jednego wspólnego mianownika – pieniądza. Fundamentalizm rynkowy stał się jednak tak potężny, że jeśli jakiekolwiek siły polityczne  ośmielają się stawić mu opór, otrzymują etykietę sentymentalnych, nielogicznych, naiwnych”. 

Podobną tonację  znaleźć można coraz częściej w pismach ekonomistów i analityków społecznych na Zachodzie, a także tych, którzy, jak na przykład John Gray w Wielkiej Brytanii czy Edward Luttwak w USA, jeszcze niedawno znajdowali się w obozie zagorzałych zwolenników neoliberalizmu i wtórowali działaniom „thatcheryzmu” i „reaganizmu”. Dziś głoszą oni, że doktryny te nie są w stanie rozwiązać istotnych problemów współczesnego rozwoju, a ich globalne rozprzestrzenienie się spowodować może więcej zagrożeń niż pożytku. Coraz wyraźniej mówi się także o tym, że takie problemy, jak na przykład kwestia zatrudnienia w warunkach nowoczesnych technologii i pojawiającej się w ich wyniku coraz większej masy „ludzi zbędnych”, których nie jest już i zapewne nie będzie  w stanie wchłonąć ani proces produkcji, ani rynek usług, nie znajdują w istocie rozwiązania w żadnym z dotychczasowych porządków społeczno-ekonomicznych (Rifkin, 1995).  Tym samym przekonanie o odnalezionej już rzekomo i w dodatku pozbawionej alternatywy recepturze społecznej okazuje się nie tylko tendencyjne, ale wręcz absurdalne.

Zawarte w tym tomie szkice koncentrują się w dużej mierze na problemach gospodarczych i społecznych jako na tych, których rozwiązanie stanowi warunek prawidłowego rozwoju Polski  i niezmarnowania przez nią otwierających się historycznych szans. Warto jednak podkreślić, że mimo odmienności stylów, a także punktów widzenia poszczególnych autorów, niewątpliwym wspólnym mianownikiem tych prac są dwa główne założenia.

Pierwszym jest przekonanie, że dokonujące się w naszym kraju przemiany muszą w ostatecznym efekcie służyć człowiekowi i zmierzać w realnie istniejących warunkach w stronę rozbudowywania demokracji i sprawiedliwości społecznej, o której Stefan Zgliszczyński pisze, że jest ona nigdy nie zrealizowanym, lecz stale obecnym atrybutem ludzkiej myśli oświeceniowej i trwałym impulsem  ludzkich działań społecznych.

Drugą wspólną cechą zamieszczonych w tym tomie szkiców jest – wyrażający się w różnych formach – styl myślenia autorów, wynikający z założenia, że otaczająca nas rzeczywistość daje się kształtować  dzięki racjonalnej i krytycznej myśli, warunkującej sprawne działanie.

(...) prowadzić  musi do szerszego, niż to się zazwyczaj czyni, określenia postawy lewicy. W praktyce politycznej postawę tę kojarzy się głównie z wrażliwością społeczną, co jest słuszne, ale nie wyczerpuje całości tego pojęcia. Lewicowość we współczesnym świecie jest bowiem także szerszą orientacją kulturalną, zarówno negującą rzekomy brak alternatywy wobec dominującego dziś kierunku rozwoju, jak i krytyczną wobec determinizmu i przekonania o bezcelowości racjonalnego społecznego działania, zmierzającego do wybranych celów.

Prezentowany tu zbiór szkiców – pisanych, co trzeba podkreślić, przez poszczególnych autorów całkowicie niezależnie, w ramach jedynie bardzo ogólnego planu tematycznego całości – wyraża taką właśnie orientację kulturalną. Ich lektura może dostarczyć Czytelnikom nie tylko konkretnych argumentów na rzecz niezbędnych zmian i działań praktycznych, ale przyczynić się także do otwarcia głębszej perspektywy intelektualnej, jakiej brak daje się niekiedy odczuwać w toczącej się debacie o szansach i zagrożeniach, z którymi zmierzyć się musi Polska u progu nowego stulecia.
----------------------
Krzysztof  T. Toeplitz – ur. 1933. Publicysta, krytyk, scenarzysta. Publikował m.in. w czasopismach „Nowa Kultura”,  „Świat”,  „Przegląd Kulturalny”,  „Kultura”,  „Polityka”,  „Wiadomości Kulturalne”,  „Dialog”,  „Miesięcznik Literacki”.  Redaktor Naczelny tygodnika „Szpilki”, dziennika  „Nowa Europa”,  tygodnika „Wiadomości Kulturalne”.  Wykładowca w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej im. A. Zelwerowicza,  Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Teatralnej i TV w Łodzi,  Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.    
   Autor ponad 20 książek eseistycznych, m.in
.  Wiek XX do wynajęcia,  Mieszkańcy masowej wyobraźni,      Kultura w stylu blue-jeans,  Sztuka komiksu,  Wszystko dla wszystkich,   Zaćmienie informacyjne,   Najkrótsze stulecie.
Autor powieści  Gorący kartofel,  Zapiski ambasadora  z misji na wyspę Ecres, scenariuszy  seriali  TV  Czterdziestolatek,  Sława i chwała,  Sukces,  scenariuszy filmowych, m.in. Dzięcioł,  Miłość ci wszystko wybaczy,  Gorączka.  

------------------

Krzysztof  T. Toeplitz
Gospodarka, głupcze!
Refleksje nad lekturami ekonomicznymi
„Dziś” 2005 r., nr 6, str. 71-80

Bezowocne zachęty do myślenia • Czy lewica jest bezradna umysłowo? •  Krytyka liberalnych mitów •  Kwestia zasad prywatyzacji •  Pytania o drogi modernizacji

   Niedowład intelektualno-programowy politycznej lewicy polskiej jest faktem szeroko omawianym w prasie. Co więcej, sami przedstawiciele tej lewicy – mówiąc o politycznej lewicy mam na myśli kierownictwa partii występujących pod lewicowym szyldem, parlamentarzystów, zawodowych polityków, członków rządu itp. – z rozbrajającą szczerością przyznają się do tego mankamentu, nawołując, raczej gołosłownie, do wzmożonej pracy programowej, poszukiwania zaplecza intelektualnego, słowem, do myślenia.
   Pomińmy kwestię, że apele te są mocno spóźnione i następują w okresie defensywy politycznej, którą poprzedzał długi okres zadufanej arogancji, w którym liderzy polityczni uważali się za wszechwiedzących i najlepiej poinformowanych, ignorując wszelkie środowiska i ośrodki, które mogłyby przyjść im z radą i pomocą.  Moim osobistym doświadczeniem w tym względzie jest m.in. los książki „Człowiek, rynek, sprawiedliwość”, którą w roku 2001 udało mi się wydać, gromadząc w niej szkice znakomitych uczonych i intelektualistów, jak profesorowie Kabaj, Kowalik, Nowak, Reykowski, a także Mieczysław F. Rakowski, Jerzy Wiatr, dr Piotr Krasucki, Stefan Zgliszczyński i inni, a która zawierała prognozy i postulaty, które lewica mogłaby realizować po wyborach. Książkę tę poprzedził grzecznościowym wstępem ówczesny lider SLD, Leszek Miller, następnie jednak zakupione przez SLD egzemplarze znikły gdzieś w piwnicach domu na Rozbrat lub poszły wręcz na przemiał, jako nikomu niepotrzebne, profesorskie ględzenie. Bo przecież SLD wygrał wybory i bez tego. 
   W tym miejscu należy zatem sformułować pierwszy wniosek, ten mianowicie, że twierdzenie, jakoby lewica jako całość była bezradna umysłowo, nie jest całkiem trafny. Bezradną umysłowo i, łagodnie mówiąc, niezbyt skorą do refleksji intelektualnej jest lewica polityczna, co nie oznacza bynajmniej, żeby myśl lewicowa nie rozwijała się w pracach, studiach i przemyśleniach ludzi nauki i kultury, którzy do wniosków lewicowych – zarówno diagnoz, jak i prognoz – dochodzą nie tyle w związku z zamówieniem politycznym ze strony rządzącej lewicy politycznej, ale w wyniku swoich własnych, rzetelnych studiów zarówno nad teorią, jak i rzeczywistością współczesnego
świata i Polski. Co więcej, są to przeważnie wnioski i obserwacje czynione w dialogu ze współczesną nauką światową, dzielące jej dylematy i niepokoje.
   Polityczna lewica, opędzając się od rzekomego natręctwa intelektualistów, operujących odleglejszymi horyzontami, a także przywiązanych do kategorii aksjologicznych, nie zawsze wygodnych doraźnej, pragmatycznej polityce, chętnie operowała zgrabnym powiedzeniem Billa Clintona: „Gospodarka, głupcze!”, sądząc, że zawołanie to unieważnia zbyt zawiłe dla niej dylematy wobec konieczności rozwijania i modernizowania zapóźnionej polskiej gospodarki, na co rzekomo polityczna lewica posiadała odpowiednie recepty. Toteż prawdziwym dla niej zaskoczeniem powinien okazać się fakt, że zbiór prognoz, obserwacji, a także konstrukcji teoretycznych, który mógłby w znacznym stopniu uchronić ją od spektakularnej klęski, znaleźć można  w pierwszym rzędzie w dorobku polskiej myśli teoretycznej i naukowej, związanej z gospodarką. Mówiąc inaczej – w Polsce zawsze, ode samych początków transformacji ustrojowej, istniały zarówno wybitne indywidualności naukowe w zakresie ekonomii, jak i całe środowiska ekonomistów, wychowane w kręgu znakomitych postaci nie tylko polskiej, ale i światowej nauki o gospodarce, jak Michał Kalecki, Oskar Lange czy Włodzimierz Brus, które w sposób pogłębiony, nowoczesny a także wszechstronny, nie ignorujący społecznej strony procesów ekonomicznych, patrzyły na rozwój sytuacji w kraju i na świecie. Tyle, że nikt  z kręgów politycznej lewicy nie był ciekawy ich zdania. Tekst niniejszy stawia więc sobie za cel zwrócenie uwagi na kolejne publikacje, wychodzące z kręgów  polskich nauk ekonomicznych, którym należałoby  oszczędzić losu, jaki spotkał tak wiele poprzednich.         
   Nie czuję się w żadnym stopniu kompetentny, żeby recenzować te prace. Tak się jednak złożyło, że w ostatnim dosłownie czasie, na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, ukazały się trzy ważne książki  polskich ekonomistów i badaczy społecznych, których nie można przeoczyć, choć na razie przynajmniej trudno doszukać się ich echa  w obecnej debacie, dotyczącej odbudowy lewicy lub choćby tylko kampanii wyborczej. Mam tu na myśli pracę prof. Tadeusza Kowalika „Systemy gospodarcze – efekty i defekty reform i zmian ustrojowych (Wyd. Fundacja  Innowacja. Warszawa 2005, ss. 411), prof. Zdzisława Sadowskiego „Transformacja i rozwój” – wybór prac” (Wyd. PTE. Warszawa 2005, ss. 455) oraz prof. Witolda Nieciuńskiego „Studia i prace 1964-2004” (Wyd. Wyższej Szkoły Ekonomicznej w Białymstoku. Białystok 2005, ss. 244).
   Są to książki  różne. Dwie z nich, profesorów Sadowskiego i Nieciuńskiego, stanowią uporządkowane zbiory prac, publikowanych w różnych okresach..., które nie utraciły jednak aktualności. Oba te tomy wydane zostały z okazji jubileuszy tych wybitnych naukowców. W obu też, właśnie z racji ich zbiorczego charakteru, prześledzić można oprócz konstrukcji teoretycznych także zespół formułowanych w różnych okresach przestróg, projektów, a także zignorowanych prognoz, dotyczących naszej transformacji ustrojowej, które obecnie stają się oczywistością. 
   Książka prof. Tadeusza Kowalika ma nieco inny charakter, należy ona do tzw. comparative economies, gałęzi  zajmującej się analizą porównawczą systemów gospodarczych, początkowo powołaną do życia celem analizy rywalizujących ze sobą dwóch wielkich bloków ustrojowych, obecnie zaś – mimo pozornego, totalnego zwycięstwa  jednego z tych systemów – skupionej na „wielobarwnej mozaice systemowej, określanej – jak pisze autor – zbiorczym, jakże nieprecyzyjnym  terminem <<kapitalizm>>”.  
   Uwaga ta wprowadza nas też na obszar wspólny autorom wszystkich trzech wymienionych tu prac. Zawiera się w niej bowiem stwierdzenie, że samo pojęcie „kapitalizm”, a jeszcze ogólniej „gospodarka rynkowa”, nie ma bynajmniej zawartości jednoznacznej, lecz przeciwnie, mieści w sobie wiele rozwiązań i możliwości, które – wracając znowu na nasz grunt polityczny – zostały zignorowane na rzecz jednej wersji, nazywanej skrótowo neoliberalną, którą wielka polityczna promotorka tej orientacji, Margaret Thatcher,  określała terminem TINA, a więc  there is non alternative. W myśl  wskazań tej doktryny, a zatem w przekonaniu, że istotnie nie ma alternatywy dla neoliberalnej wersji kapitalizmu, dokonywała się i w dużej mierze dokonuje nadal transformacja gospodarczo-ustrojowa w Polsce. Wersji tej zawierzyła  także bezkrytycznie polska lewica polityczna, zarówno w okresie swoich rządów w latach 1993-1997, jak i jeszcze wyraźniej w latach 2001-2005.
   Tymczasem wszyscy trzej autorzy, o których tu mowa, stoją właśnie na gruncie odrzucenia owej wyłączności  modelu neoliberalnego. Z ich prac wynika, że Polska, dokonując swojej transformacji od systemu realnego socjalizmu do gospodarki rynkowej, pod naciskiem amerykańskim przede wszystkim (chociaż sami Amerykanie w swoim własnym  kraju nie przyjęli nigdy tych założeń liberalizmu gospodarczego, które wymogli na swoich politycznych klientach, co m.in. na przykładzie protekcjonizmu państwowego dowodzi Noam Chomsky), wybrała wariant mniej korzystny zarówno z punktu widzenia samego rozwoju gospodarczego, jak przede wszystkim pod względem społecznym. Stało się to z powodów politycznych, co wyraża w sposób kategoryczny Zdzisław Sadowski pisząc: „Zasady polityki neoliberalnej nie są dyktowane przez naukę, lecz są tylko wyrazem określonej ideologii, której się trzeba w końcu przeciwstawić. Jednakże mimo wszystkich negatywnych zjawisk trudno jest przezwyciężyć siłę oddziaływania tej ideologii. Trzeba w tym celu przeciwstawić się presji, tworzonej przez środowiska pracodawców i zwielokrotnionej przez usłużne media. Trzeba wytłumaczyć ludziom, że nie jest to porządek rzeczy pochodzący od Boga, tylko wymyślony przez ludzi w określonym celu – żeby służyć komuś kosztem kogoś innego”.
   Podobną myśl, choć innymi słowami, formułuje  prof. Kowalik: „Obecnie dominacja wolnego rynku, monetaryzmu, globalizacji pozostaje ciągle jeszcze niewątpliwie w polityce gospodarczej, ale już nie w literaturze ekonomicznej. Nietrudno odnotować wiele zjawisk i procesów świadczących o erozji paradygmatu wolnego rynku i wyłaniających się stąd rysach nowego paradygmatu. Obserwujemy coś w rodzaju schizofrenicznego rozdwojenia. Z jednej strony widoczne są dość duże zmiany  w świadomości społecznej i nastawieniu opinii publicznej, charakteryzujące się odejściem od reaganizmu i thatcheryzmu, od neoliberalnej wiary w wolny rynek. Świadczą o tym erupcja badań i zainteresowanie opinii publicznej problemami nierówności, biedy, wykluczenia. Nawet (wsparte badaniami) deklaracje szefów Banku Światowego, kładą nacisk na rolę państwa, walkę z ubóstwem, kwestie podziału, a nawet zmienił się ton szefów Międzynarodowego Funduszu Walutowego. (...) Z drugiej jednak strony wszystkie te objawy nie podważyły polityki gospodarczej wielkich krajów, zwłaszcza Stanów Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej wyznaczonej przez kanony neoliberalne. Zwłaszcza Unia Europejska  tak dalece postawiła na zwalczanie inflacji, że na rzeczywistą politykę zwalczania bezrobocia i przeciwdziałania recesji  pozostał zaledwie margines”.
   Zdaję sobie sprawę, że tworzenie z trzech różnych książek, które wyszły spod pióra trzech różnych wybitnych autorów, wspólnej wizji jest z punktu widzenia metody, a także recenzenckiej rzetelności, nadużyciem. Każde z omawianych tu dzieł należy czytać oddzielnie, zauważając także istniejące między nimi różnice nie tylko w doborze tematów i ich ujęciu, ale także w postawach i temperamentach autorskich czy wręcz w ich stylistyce. Jeśli jednak pozwalam sobie na to nadużycie, licząc, że autorzy mi je wybaczą, to po to, żeby wyprowadzić z omawianych lektur te problemy, które stanowią zarówno zaprzepaszczone w dużej mierze argumenty na rzecz innej, niż neoliberalna, drogi transformacyjnej, a także zrewidować twierdzenia, podawane przez „usłużne media”  jako niepodważalne aksjomaty, mające umocnić politykę neoliberalną, a których sprawdzona empiryczna wartość jest wątpliwa.
   Problemem tym zajmuje się m.in. we wstępnej, dotyczącej metodologii części swej książki o „Systemach gospodarczych” prof. Tadeusz Kowalik. Znajdujemy tam więc także uwagi na temat fundamentalnej kategorii, przewijającej się nieustannie w całej naszej debacie gospodarczej i towarzyszącej jej publicystyce, jaką jest kategoria wzrostu gospodarczego. „Korzyści wzrostu gospodarczego uchodzą za oczywiste”, pisze autor, ale także za „zbyt oczywiste”, co znajduje w literaturze światowej ironiczne określenie growthmanship, dające się przetłumaczyć jako „obsesja wzrostowa”. Tymczasem, jak dowodzi Kowalik, „sam wzrost PKB bynajmniej nie gwarantuje wzrostu stopy życiowej, dobrobytu społeczeństwa. Wzrost PKB może iść w parze ze wzrostem biedy”, na co wskazują liczne przykłady, m.in. Brazylii, gdzie szesnastokrotnemu wzrostowi gospodarczemu po 2. wojnie światowej nie towarzyszyło bynajmniej  zmniejszenie nędzy.
   Rozumowanie to prowadzi także do zakwestionowania ulubionej obietnicy neoliberalnych ekonomistów  i publicystów (u nas m.in. W. Gadomski), że wzrost gospodarczy , przynoszący w pierwszym rzędzie zyski przedsiębiorcom, doprowadzi do rodzaju kaskady, na skutek której zyski nagromadzone na górze drabiny majątkowej, w pewnym momencie opadać będą w dół, aż do warstw najniższych. Lektura pracy Kowalika nie dostarcza ani jednego przykładu takiego mechanizmu. Natomiast czynnikiem rozwojowym, donioślejszym niż sama zdolność produkowania, mierzona współczynnikiem PKB, decydującym o „dynamice danego systemu”, jest w większym stopniu „zdolność tworzenia nowych produktów, zasobów i wzorców organizacyjnych, niż umiejętność efektywnego produkowania i wykorzystania już istniejących czynników produkcji”.
   Warunkiem takiego rozwoju czy też takiego wzrostu, jest rozwój kapitału ludzkiego i społecznego, „czyli fizyczne i umysłowe zdolności człowieka przydatne w działalności gospodarczej”. Doskonalenie kapitału ludzkiego wymaga jednak całkowicie innych mechanizmów i innej polityki inwestycyjnej niż ta, którą m.in. praktykuje się w okresie naszej transformacji, a więc nakierowanej głównie na edukację i badania naukowe. (...)
   Innym obszarem, na którym książka prof. Kowalika – której główna część poświęcona jest szczegółowej analizie zróżnicowanych systemów gospodarczych od amerykańskiego, poprzez  niemiecki, szwedzki, japoński, koreański, aż po chilijski i inne – spiera się z dogmatyką neoliberalizmu, jest problem bezrobocia. Przez jednych traktowane jest ono jako stały atrybut gospodarki kapitalistycznej, celowo także kultywowany przez pracodawców celem obniżania kosztów zatrudnienia (Marksowska „rezerwowa armia pracy”), przez innych (keynesiści) jako patologia, której likwidacją musi być system pełnego zatrudnienia, jeszcze inni (neoklasycy) uważają, że dobrze funkcjonujący rynek automatycznie wchłania cały zasób siły roboczej. Tadeusz Kowalik podchodzi do tej kwestii bardzo ostrożnie, proponując pojęcie systemów gospodarczych kooperacyjnych i systemów konfliktowych w relacjach pomiędzy kapitałem a pracą. Systemami konfliktowymi są zaś te, które opierają się na liberalnej filozofii, że obniżenie kosztów pracy – w tym, jak wiemy z naszej praktyki, także kosztów społecznych, jak np. ubezpieczenia i inne – oraz minimalizacja zatrudnienia, jest sposobem nie tylko na podniesienie zysków pracodawcy, ale stanowi także gwarancję dynamicznego rozwoju. Z tych pozycji wychodzi powtarzana i u nas krytyka welfare state, czy też państwa opiekuńczego jako systemu przeciążonego obligacjami społecznymi, a przez to nieefektywnego.
   Kowalik, za Davidem M. Gordonem, do systemów kooperacyjnych zalicza m.in. Niemcy, Japonię, Norwegię i  i Szwecję, zaś do grupy konfliktowej  Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Kanadę; można spokojnie dodać, że należy tu także Polska. I oto w świetle faktów okazuje się, że wyniki gospodarek kooperacyjnych (wg badań z lat 1973-1989), które potwierdzają także dalsze badania z lat 90.) są wyższe i pod wszelkimi względami bardziej wartościowe  niż wyniki  gospodarek konkurencyjnych. (...)    
   Te empirycznie stwierdzone fakty podważają więc wyraźnie rzekomy aksjomat, mówiący o przeciążeniu państw opiekuńczych obligacjami społecznymi, co pozbawia je dynamizmu wzrostowego. Wygląda raczej na to, że jest wręcz przeciwnie i poszukiwanie rozwiązań kooperacyjnych pomiędzy kapitałem i pracą stwarza bardziej pozytywne motywacje rozwojowe niż model konfliktowy.
   Podobnie ma się także sprawa z rzekomą alternatywą:  wzrost gospodarczy albo równość, lansowana w naszej publicystyce, a także w praktyce gospodarczej (np. preferencje podatkowe dla przedsiębiorców, mające rzekomo ożywić gospodarkę, które w praktyce jednak zmieniają się w wyższe zyski przedsiębiorców albo uchylenie „ustawy kominowej”, starającej się spłaszczyć różnice uposażeń). Kowalik cytuje raport wiceprezesa Banku Światowego Michaela Bruno, który na podstawie analizy gospodarek 88 krajów konstatuje, zwracając się do krajów rozwijających się:  Nasze badania nie potwierdzają szeroko podzielanego poglądu, że rządy stają przed alternatywą: równość albo wzrost. Najefektywniejsza wydaje się taka polityka, która proponuje obie te rzeczy równocześnie”, ponieważ badania empiryczne nie potwierdzają wyraźnie ideologicznej tezy, że wysoka rozpiętość dochodów jest stymulatorem rozwoju. 
   Nie sposób oczywiście zasygnalizować wszystkich prezentowanych w pracy prof. Kowalika tez i wniosków, zwłaszcza  że, jak pisałem, podstawową częścią tej książki są analizy systemów gospodarczych – wszystkich mieszczących się w szerokiej ramie „kapitalizmu” w poszczególnych krajach świata. (...)     
   Lektura omawianych tu prac napawa goryczą nie tylko w skali makro, a więc w zakresie wielkich strategii gospodarczo-społecznych, na temat których lewica - dwukrotnie już sprawująca rządy – nie miała nic do powiedzenia. Pokazuje również, w jakim stopniu dorobek nauki był ignorowany w wielu kwestiach praktycznych, dotyczących reform gospodarczych. Przykładem tego może być m.in. problem prywatyzacji.
   Teraz, w obliczu porażki, ze strony rządzącej partii, SLD, usłyszeć można niekiedy wypowiadane półgębkiem opinie, że jej rządy nie miały przemyślanej strategii prywatyzacyjnej, którą teraz, poniewczasie, należałoby przemyśleć. Otóż sięgając do tomu „Transformacja i rozwój” prof. Zdzisława Sadowskiego, można tam znaleźć opublikowane już w roku 1991, a więc jeszcze przed pierwszym objęciem władzy przez koalicję centrolewicową, w piśmie „Gospodarka Narodowa” studium, zatytułowane „Niezależne spojrzenie na prywatyzację w Polsce”.  Autor nie ogranicza się w nim do sceptycznego spojrzenia na panującą wówczas gwałtowną wyprzedaż zgromadzonego majątku narodowego w ręce inwestorów zagranicznych (co, w sposób może przejaskrawiony, ale niedaleki od rzeczywistości, opisał Kazimierz Poznański w książce „Wielki przekręt”), lecz buduje zarys strategii prywatyzacji, podważając przede wszystkim ideologiczne u swoich podstaw przekonanie, że celem prywatyzacji  powinno być przede wszystkim jak najrychlejsze zniszczenie własności państwowej we wszystkich jej przejawach. „Nie można przyjmować na wiarę tezy, że trzeba koniecznie jak najszybciej przekazać majątek państwowy w ręce prywatne bez względu na koszty i efekty” – pisze. „Z punktu widzenia ekonomicznego celem jest efektywność, a prywatyzacja potrzebna jest o tyle, o ile do niej prowadzi”.
   Sadowski wprowadza rozróżnienie pomiędzy dwoma liniami prywatyzacji, z których jedną nazywa „prywatyzacją promocyjną” , a więc linią „zakładania i rozwijania nowych przedsiębiorstw prywatnych”, drugą zaś „linią denacjonalizacyjną”, a więc „przekazywaniem przedsiębiorstw państwowych w ręce prywatne”.   
   „Te dwie linie działania oczywiście nie wykluczają się, lecz uzupełniają.  Jednakże to pierwszą z nich, a nie drugą należy uznać za podstawową”, postuluje prof. Sadowski, a więc proponuje coś zupełnie odwrotnego niż to, co także pod rządami stało się w rzeczywistości. „Likwidacja sektora państwowego nie jest równoznaczna z podniesieniem efektywności gospodarowania. Celem działań prywatyzacyjnych powinno być przede wszystkim podnoszenie efektywności. Wobec palącej potrzeby stymulowania inwestycji produkcyjnych państwo nie powinno rezygnować z wykonywania w pewnym zakresie funkcji inwestycji publicznych”. (...)
    (...) Są to problemy, które nigdy nie stały się u nas przedmiotem racjonalnej debaty, zastępowane sloganem o rzekomym akcie sprawiedliwości, likwidującej „komunistyczny rachunek” (chyba „rabunek”. Przyp. Anonimus) prywatnego mienia. Dotyczy to również myślenia perspektywicznego, a więc wyraźnego wskazania na główne problemy, które w określonym horyzoncie czasowym polska polityka gospodarcza i społeczna  będzie musiała rozwiązać. I znowu osobliwym paradoksem jest sytuacja, że podczas gdy polityczna lewica wykazuje w tym zakresie znaczną niefrasobliwość, w kręgach naukowców sprawy te stanowią przedmiot autentycznej dyskusji.
   Przykładem tego może być zamieszczony w tomie Witolda Nieciuńskiego „Studia i prace 1964-2004” obszerny artykuł zatytułowany „Problemy modernizacji Polski w warunkach współczesnego kapitalizmu”. Tekst ten drukowany był pierwotnie w piśmie PAN „Problemy Polityki Społecznej” (2004 nr 6), gdzie pomieszczona została także obszerna dyskusja na jego temat, z udziałem dwudziestu dyskutantów, ekonomistów, historyków (Jan Błaszkiewicz), badaczy społecznych, wśród których jednym głosem z kręgów  tak czy inaczej politycznych, był głos Mieczysława Rakowskiego. 
   Tymczasem autor stawia w tym szkicu pięć pytań, dotyczących zarówno źródeł załamania się systemu realnego socjalizmu, jak i dróg modernizacji Polski w konkretnych warunkach zarówno wewnętrznych jak i zewnętrznych, wśród których głównym jest nasza akcesja do Unii Europejskiej. „Zarówno warunki zewnętrzne jak i otoczenia, w jakich nastąpił rozpad socjalizmu światowego – pisze autor – narzuciły podjęcie restytucji kapitalizmu, ale nie przesądziły o jego postaci (formie). Różni myśliciele (Galbraith i inni) ostrzegali przed skrajnymi rozwiązaniami liberalnymi i radzili posłużenie się, przynajmniej w pierwszej fazie tworzenia nowego systemu <<interwencjonizmem>> i czuwaniem ze strony państwa  nad gospodarką (protekcjonizmem). Przyjęcie odwrotnych zaleceń, żeby nie powiedzieć dyktatu Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, legło u podstaw wszystkich błędów i negatywnych skutków procesu transformacji gospodarki”.         
   Naprawę tych stosunków może przeprowadzić tylko państwo, którego model Witold Nieciuński opisuje jako państwo  ładu efektywnościowo-dystrybucyjnego”,... (...) 
   Charakterystycznym aspektem obecnej, coraz bardziej nerwowej i agresywnej przedwyborczej polityki jest to, że w istocie pomija ona kwestię zasadniczą, jaką dla każdej rzeczywistości społecznej stanowi jej ład gospodarczy. Odnosi się wrażenie, jakby ów ład był już definitywnie ustalony, a jego kontynuacja stanowiła jedyną, wchodzącą w rachubę drogę. Jest to szczególnie rażące po stronie lewicy politycznej, która uporczywie zamazuje swoje korzenie, wiodące od ruch socjalistycznego, a zarazem kłócąc się i dzieląc się coraz bardziej, powinna jednak zapamiętać ze swej przeszłości choćby tyle, że stosunki ekonomiczne i relacje pomiędzy kapitałem i pracą, wyznaczają kształt każdego ustroju. Po prostu w całkiem inny, lecz niezbędny dziś dla jej tożsamości sposób, nawiązać do powiedzenia: gospodarka, głupcze!                                                                      

----------------------------------------------------------------------------------------

Janusz Reykowski

Wolny rynek, lewica a natura ludzka   .........   29

Patrząc na gwałtowny rozwój cywilizacji – w szczególności w ostatnich dwóch stuleciach – wielu z nas jest urzeczonych potęgą i skutecznością mechanizmów, które ten rozwój napędzały. Wedle bardzo obecnie rozpowszechnionej opinii zawdzięczamy go siłom wolnego rynku, a więc kapitalistycznej organizacji produkcji. Był wprawdzie taki okres historii, kiedy wolny rynek i kapitalizm wzbudzały powszechne rozczarowanie – zarówno w środowiskach pracowniczych, jak intelektualnych. Rozczarowanie to narastało już od drugiej połowy XIX wieku. Jego źródłem były z jednej strony periodyczne, głębokie kryzysy ekonomiczne, które w cyklach około dziesięcioletnich dezorganizowały gospodarkę, powodując pauperyzację licznych rzesz pracowników i właścicieli. Z drugiej strony, było to coraz powszechniejsze uświadomienie głębokości nędzy i wyzysku, które tej gospodarce towarzyszyły. Wzrastało przekonanie, że kryzysy i nędza mas to nieodłączne składniki  ładu społecznego opartego na zasadach kapitalizmu.

Te doświadczenia i ich wszechstronna krytyka przygotowały intelektualnie i politycznie ideologiczną alternatywę  kapitalizmu i wolnego rynku – koncepcję  socjalizmu (lub komunizmu), jako zupełnie innej zasady organizacji gospodarki i życia społecznego.

Pierwsza połowa XX wieku to okres, w którym na wszystkich kontynentach  (z wyjątkiem Australii) podejmowano próby wcielenia ich w życie. W tym okresie wśród intelektualistów i szerszych rzesz społeczeństwa  wielu krajów dominowało przekonanie, że kapitalizm obarczony jest ciężkimi i nieusuwalnymi wadami. Koronnym tego dowodem był wielki światowy kryzys, który wybuchł w 1929 roku dotykając wszystkich, w tym kraje najbardziej cywilizacyjnie rozwinięte. Spowodował on morze nieszczęść, a jego skutki w Europie i w Stanach Zjednoczonych trwały niemal do wybuchu drugiej wojny światowej. Nic dziwnego, że kapitalizm taki, jaki się jawił w tym czasie, miał tylu zadeklarowanych przeciwników i wrogów. Natomiast wielkie nadzieje wzbudzała ideologia socjalistyczna. Sprzyjało to tworzeniu wyidealizowanych obrazów państwa, w którym tę ideologię próbowano realizować.  Warto o  tym kontekście pamiętać, kiedy dziś mówi się o głupocie i zaślepieniu wielu intelektualistów, którzy „ulegli komunistycznej propagandzie”.

Wszakże druga połowa XX wieku całkowicie zmieniła ten obraz. W tym okresie nastąpiła głęboka przemiana kapitalizmu.  Przemiana ta  zaczęła się już wcześniej. Jej początkiem była wprowadzona przez Roosevelta  polityka New Deal. W  rezultacie tych przemian udało się uzyskać znacznie lepszą kontrolę nad „ślepymi siłami rynku”, zmniejszając częstotliwość i skalę gospodarczych kryzysów.  Nastąpiła też w rozwiniętych krajach radykalna poprawa warunków życia wielkich rzesz ludności – nie tylko ogromnie poszerzyły się szeregi klasy średniej, ale też klasy pracujące osiągnęły niespotykany dotąd standard.   ...

Niejeden zastanawia się, czy ta cudowna przemiana kapitalizmu nastąpiła sama z siebie, czy też jest to odpowiedź systemu na „śmiertelne zagrożenie”, jakim były początkowe sukcesy „alternatywnego projektu”, czyli kraju, gdzie zniesiono własność i rynek.  Sukcesy te zyskały mu znaczną popularność na świecie i zwiększyły natężenie kontestacji skierowanej przeciw kapitalizmowi. Przemiany kapitalizmu to zagrożenie radykalnie osłabiły.   Przede wszystkim osłabiły energię rewolucyjną występującą w wielu segmentach kapitalistycznego społeczeństwa.  

Przemiany kapitalizmu doprowadziły  do znacznego spadku natężenia konfliktów społecznych i walk klasowych. Dziś zbiorowa kontestacja, krwawe konfrontacje, masowe aresztowania, długoletnie wyroki za działalność polityczną – to zjawiska w rozwiniętych krajach niemal nie spotykane (choć niewiele dawniej niż 30 lat temu Europa wstrząsana była gwałtownym buntem mas).  Niezadowolenie z sytuacji wyrażane jest przede wszystkim poprzez instytucje demokratyczne, z których szczególnie ważna jest instytucja wyborów. Są też i inne formy wyrażania niezadowolenia , takie jak pokojowe strajki, uliczne demonstracje, wiece protestacyjne. Tylko z rzadka dochodzi do gwałtowniejszych wybuchów (blokady dróg, niszczenia cudzej własności, fizycznej agresji itp.). Tak więc we współczesnych dobrze rozwiniętych krajach kapitalistycznych istnieją odpowiednie urządzenia zapewniające ujście gromadzącej się energii krytycznej, bez poważnych następstw dla systemu jako całości. A przy tym wszystkim cały system generuje potężne siły cywilizacyjnego rozwoju.

W tym samym okresie kompletnie załamał się „projekt alternatywny” – usiłowanie zbudowania mechanizmu gospodarczego i politycznego  na zasadzie publicznego (raczej państwowego) władania środkami produkcji i centralnego planowania. 

Można powiedzieć,  że w ponad stuletniej batalii między wolnym rynkiem (kapitalizmem) a gospodarką planową (socjalizmem) szala zdecydowanie przechyliła się na rzecz tej pierwszej.   Wolny rynek zatriumfował.

Obecnie niemal jedyną kwestią, która stanowi przedmiot sporu ideologicznego i zmagań politycznych, jest zakres i sposób kontroli nad mechanizmami wolnego rynku oraz wielkość i forma działań korekcyjnych, mających wspomagać te grupy społeczne, które na rynku źle sobie radzą. 

Świadkom i obserwatorom owego historycznego tryumfu wolnego rynku narzuca się pytanie: jakie są jego źródła?  

Odpowiedzi na te pytania można szukać w różny sposób. Można też formułować różne hipotezy. Jedna z nich, zasługująca na poważne rozpatrzenie, wiąże ową moc wolnego rynku z jego zdolnością do mobilizowania ludzkiej motywacji i uruchomiania twórczych sił człowieka. Pod tym względem jest on dużo bardziej skuteczny niż wszystkie inne znane dotychczas systemy społeczne. Jest to więc, w jakimś sensie, hipoteza psychologiczna.  

Rozważmy te hipotezę dokładniej.

Hipoteza egoistycznej natury człowieka   .........   34

Zgodnie z nader rozpowszechnionym mniemaniem  zdolność mechanizmu rynkowego do uruchamiania potężnych sił psychologicznych w człowieku wynika z faktu, iż jest on oparty na zasadzie konkurencji.

Rywalizacja o kontrolę nad zasobami realizowana jest przede wszystkim, choć nie wyłącznie, poprzez działalność produktywną.  

Miarą sukcesu jest wzrost stanu posiadania: uzyskanie większej ilości środków, wyższy zysk, powiększenie organizacji, zdobycie większego udziału w rynku itp.

Należy zastrzec, że w kapitalizmie nie są to jedyne drogi do sukcesu. Gra o kontrol
ę
nad zasobami może również polegać na rywalizacji wpływów politycznych (np. o podatki, cła, dotacje), na operowaniu na rynkach kapitałowych, na uzyskiwaniu monopolistycznej kontroli nad pewnymi strategicznymi obszarami itp.

Rywalizacja o kontrolę nad zasobami apeluje do bardzo ważnych mechanizmów motywacyjnych w człowieku.

Jeden z nich, bardzo potężny, to dążenie do podtrzymania i podwyższenia własnej wartości.

Na czym ludzie opierają poczucie własnej wartości?
Pewne warunki tego poczucia tkwią w samym cz
ł
owieku – większość z nas myśli o sobie jako o kimś wartościowym i godnym szacunku (choć u niektórych pojawiają się czasami pewne wątpliwości); mamy też w samych sobie standardy, na podstawie których oceniamy swoją wartość. „Pożywieniem” dla poczucia własnej wartości są objawy szacunku, aprobaty, zachwytu, miłości, uległości, podporządkowania, popularności, sławy, a także informacje o tym, że uzyskuje się czy osiąga coś, co się samemu ceni.  Przekonanie to zostaje podważone pod wpływem doświadczenia bezradności, upokorzenia, wstydu, odrzucenia, lekceważenia. Sukces jest jednym z głównych budulców poczucia własnej wartości, a klęska – jego największym wrogiem.

Cóż jest miarą sukcesu? Najwyraźniejszą, najbardziej dostępną  i dla wielu najbardziej przekonywującą miarą jest porównanie własnej pozycji i własnych osiągnięć z pozycją i osiągnięciami innych ludzi – zwykle nie chodzi o ludzi w ogóle, lecz o ludzi z własnej grupy odniesienia. 

Trzeba jednak stanowczo podkreślić, że nie jest prawdą, jakoby porównanie z innymi było jedyną czy podstawową miarą sukcesu. Tak jest często, ale nie znaczy to, że tak być musi. Poczucie sukcesu rodzi się także wtedy, gdy człowiekowi udaje się dokonać czegoś ważnego, znaczącego dla innych lub dla siebie niezależnie od tego, co osiągają inni. Także i cudzy sukces nie musi budzić zazdrości, jeżeli ludzie powiązani są węzłami przyjaźni  albo wtedy, gdy ich interesy są silnie sprzężone. A także wtedy, gdy poczuwają się do solidarności. Ale porównanie z innymi jest „wygodnym”, bo naocznym dowodem osobistego znaczenia. Dlatego tak chętnie bywa wykorzystywane jako sposób oddziaływania na ludzi – wykorzystują to wychowawcy, politycy, autorzy kampanii marketingowych i inni.  Niektóre kultury przesycone są ideologią sukcesu opartego na prześciganiu innych.

Gospodarka kapitalistyczna efektywnie „eksploatuje” ten psychologiczny mechanizm.  Stwarza warunki do tego, aby biorący udział w rynkowej grze starali się z jak największym zapałem prześcignąć  innych  w wyścigu o coraz wyższe pozycje.

Mechanizm wolnego rynku ma to do siebie, że nie tylko apeluje do istniejących w człowieku tendencji rywalizacyjnych, do pragnienia posiadania i potrzeb konsumpcyjnych, ale nieustannie je intensyfikuje. Cała organizacja życia gospodarczego ułożona jest tak, aby wzbudzać w człowieku coraz to nowe pragnienia konsumpcyjne, aby go wabić i kusić.  Towarzyszy temu intensywna propaganda filozofii życiowej opartej na wartościach posiadania i sukcesu.  

Organizacja ta zawiera w sobie jeszcze inny ważny dla ludzkiej motywacji czynnik. Otóż ma ona to do siebie, że nikomu niczego nie gwarantuje. Dzisiejszy sukces może przemienić się w jutrzejszą klęskę. Najpotężniejsze organizacje gospodarcze mogą niespodziewanie zbankrutować. Ceniony i wysoko umieszczony w hierarchii pracownik może stracić  stanowisko i zarobki, całe rzesze zatrudnionych mogą nagle zasilić szeregi bezrobotnych. Bankructwo i bezrobocie to druga strona kapitalistycznego medalu. Nie wszystkie segmenty kapitalistycznego społeczeństwa są jednakowo narażone na niepewność losu, nie wszystkie klęski są jednakowo głębokie. Wszakże nie tak wielu jest takich, którzy naprawdę mogą spać spokojnie nie lękając się zmiennej koniunktury, groźnych rywali, niespodziewanych efektów technicznego postępu, zmiany polityki firmy, pojawienia się nowych pracowników – młodszych, zdolniejszych, lepiej wykształconych itp.    Okoliczności te mają to do siebie, że wzbudzają w człowieku mniejsze lub większe poczucie zagrożenia. Jeśli więc ktoś nie okazuje się nadmiernie wrażliwy na pokusy powiększenia konsumpcji albo też nie chciałby poświęcać zbyt wiele wysiłku na rywalizację z innymi, to jednak musi liczyć się z tym, że jeśli nie będzie się starał, to nie tylko niczego więcej nie osiągnie, ale straci to, co ma. Kogo więc nie pobudza świetlana perspektywa sukcesu, może pobudzić przerażająca perspektywa klęski. Nadzieja i lęk to dwa dopełniające się mechanizmy, które potencjalnie mogą wyzwalać w ludziach wielkie pokłady energii i inicjatywy.

Oczywiście nie we wszystkich. Niektórzy żyją w niszach ekologicznych, gdzie zapewnione mają minimum egzystencji a zagrożenia nie wydają się zbyt bliskie. Tak np. szeregowi pracownicy administracji państwowej albo personel niektórych uczelni mogą funkcjonować poza tym całym młynem kapitalistycznej rywalizacji. Ale też nie przyczyniają się, niemal w żadnym stopniu, do sukcesu kapitalistycznej gospodarki.  Są też i inni, którzy nie potrafią znaleźć sobie miejsca w świecie gospodarczej rywalizacji. Takich ludzi system ów marginalizuje.  Ogromne rzesze bezdomnych, nędzarzy,  ludzi wykolejonych zaludniają kapitalistyczne miasta. W niektórych krajach, gdzie efektywnie działają instytucje opiekuńcze, przejawy marginalizacji bywają rzadsze i mniej skrajne.

Przedstawiona tu analiza prowadzi do wniosku, że efektywność gospodarki kapitalistycznej opiera się na jej zdolności wzbudzania i podtrzymywania potężnych mechanizmów motywacyjnych w człowieku – dążenia do ochrony i podwyższania poczucia własnej wartości (ambicji, wywyższania się, przewagi), pragnień posiadania i konsumowania (potrzeb hedonistycznych, „zachłanności”) i obaw przed utratą pozycji, twarzy i środków do życia (lęku). Innymi słowy oddziaływania rynku są efektywnie adresowane do egoistycznych motywów człowieka.
Ale czy do tego się sprowadzają?

Wolny rynek jako szczególna struktura normatywna   .........   39

Wszystkie wymienione tu mechanizmy motywacyjne  występują w psychice ludzi wszystkich epok. Ich przejawy  dostrzec można już w wytworach historycznie bardzo odległych cywilizacji. Dążenie do przewagi i sławy  ilustruje najstarszy  dokument literacki – sumeryjski epos o Gilgameszu. Pragnienie bogactwa (posiadania) i dążenie do zaspokajania potrzeb biologicznych w coraz bardziej wyrafinowany sposób dokumentują groby faraonów i władców sumeryjskich.  Lęk przed utratą pozycji, majątku, zdrowia i życia dokumentują liczne przekazy biblijne. Kapitalizm nie wynalazł tych motywów,  tylko umiał wykorzystać ich „energię” w produktywny sposób1. 

Ludziom zawsze zależało na coraz lepszym zaspokajaniu potrzeb materialnych i na powiększaniu stanu posiadania – w tym celu toczyli wojny zdobywcze, ujarzmiali słabszych, wykorzystywali pracę niewolniczą i prace pańszczyźnianą, przymilali się władzy, cierpliwie stali w długich kolejkach, starali się zając wyższe pozycje w hierarchii władzy itp.  Cechą charakterystyczną większości tych sposobów jest rywalizacja i walka o podział dóbr. Natomiast w systemie kapitalistycznym rywalizacja, przynajmniej w dużej części, skupia się na działalności produktywnej: kto wytworzy więcej, taniej, lepiej, kto zaoferuje jakiś nowy, lepszy sposób zaspokajania ludzkich potrzeb, ten ma szanse na zwiększenie osobistego bogactwa.

Ludzie zawsze lękali się niekorzystnego obrotu losu – wrogów, chorób, rabusiów. Budowali wi
ę
c fortece i mury obronne, oddawali się możnym pod opiekę, troszczyli się o dobre stosunki  z siłami wyższymi i ich ziemskimi przedstawicielami albo tworzyli „psychologiczny pancerz obronny” przyjmując ideologie, które uzasadniały konieczność podporządkowania się zarządzeniom losu, nadawały wartość wyrzeczeniom się dóbr tego świata, głosiły marność tego, co doczesne, i obiecywały nagrody na tamtym świecie.  System kapitalistyczny zaoferował ludziom inne rozwiązania – skierował ich energię na zabezpieczenie się przez pomnażanie kont bankowych, wspieranie postępu medycyny, rozbudowę przemysłu farmaceutycznego, instytucji ubezpieczeniowych itp.    

Można powiedzieć, że siła systemu rynkowego polega na tym, że stwarza on warunki do tego, aby istniejące w człowieku od zawsze potężne mechanizmy motywacyjne pobudzać i ukierunkować na określony typ aktywności – na aktywność produktywną. Jakie są to warunki?  Należałoby tu wymienić co najmniej dwa o podstawowym znaczeniu.

Jednym z tych warunków jest zasada wolności gospodarczej. W odróżnieniu od wszystkich innych systemów, tworzących różne ograniczenia i bariery dla ludzkiej działalności, podstawową zasadą normatywną – cechą konstytutywną wolnego rynku jest brak ograniczeń dla ekonomicznej (produktywnej) działalności ludzi. Ta okoliczność wyzwala ogromny potencjał zawarty w twórczych zdolnościach człowieka. 

Drugi warunek efektywności mechanizmu rynkowego jest z pozoru odwrotny w stosunku do tego pierwszego. Polega on bowiem na tworzeniu systemu normatywnego zawierającego surowe ograniczenia dla rozmaitych form ludzkiej działalności. System ten stara się zablokować różnorodne sposoby dążenia do prestiżu, wzbogacania się i zdobywania ekonomicznej przewagi, które nie wiążą się z uczestnictwem w działalności produktywnej lub też mogą jej szkodzić. Czyni się to za pomocą regulacji prawnych mających zapewnia
ć
bezpieczeństwo obrotu handlowego, ochronę przed nieuczciwą konkurencją, przed fałszowaniem produktów (przede wszystkim tych, których konsument sam nie jest w stanie ocenić), przed zdobywaniem zasobów przy pomocy podstępu, przemocy, oszustwa itp.

Można powiedzieć, że kapitalizm bardzo silnie oddziaływa na motywację człowieka, zostawia szerokie pole dla jego pomysłowości i twórczości, a zarazem tworzy bariery i zabezpieczenia przed tym, aby energia owej motywacji nie została skierowana na inne drogi niż działalność produktywna.

Ale zabezpieczenia, które  konstruują, dalekie są od doskonałości. We wszystkich kapitalistycznych społeczeństwach mniejsza lub większa cz
ę
ść aktywności ludzi poświęcana jest na cele nieproduktywne i niemało jest takich, którzy zdobywają prestiż i bogactwo nie biorąc udziału w działalności produktywnej. Tam, gdzie proporcja tych ostatnich jest bardzo znaczna, gospodarka kuleje, a głód i nędza stają się zjawiskami endemicznymi.  W znacznej jednak części krajów ten mechanizm dobrze się sprawdza. Spektakularnym tego dowodem jest doświadczenie ostatnich 100 lat w krajach Europy Zachodniej  i Ameryki Północnej, gdzie w tym czasie dokonał się ogromny awans ekonomiczny i cywilizacyjny wielkich rzesz ludzi należących do kategorii tzw. mas pracujących. Nie trzeba zresztą sięgać tak daleko wstecz. Przecież kolejnym dowodem niespożytego potencjału mechanizmów wolnego rynku jest postęp ekonomiczny, jaki osiągnięty został w Chinach w okresie niewiele dłuższym niż dekada.

Mechanizm rynkowy jako źródło cierpień   .........   44

Mimo spektakularnych sukcesów rynkowego kapitalizmu krytyka tego systemu nie zanika. Przeciwnie, po okresie osłabienia, w ostatnich latach znów zaczyna przybierać na sile. Najbardziej spektakularne formy mają działania przeciwników globalizacji, protesty ekologów,  „bunty” przeciw ograniczaniu polityki społecznej w różnych krajach Europy. 

Nasuwa się pytanie: dlaczego rynkowy kapitalizm obok ogromnej rzeszy zaprzysięgłych zwolenników ma nadal liczne rzesze krytyków. A także bezwzględnych wrogów.  Najprostszym wyjaśnieniem może być odpowiedź, że wrogami kapitalizmu i wolnego rynku są głównie ci, którzy „nie umieją grać w tę grę” – nie potrafią dostosować się do rynkowych reguł i ponoszą klęski.

Wszakże krytyka i opór wobec mechanizmów rynkowych w ich obecnej postaci wydaje się mieć jednak głębsze podłoże. Rzecz w tym, że mechanizm rynkowy ma nie tylko blaski, ale i poważne cienie, nie tylko przynosi dobro, ale również wiele zła. Niektóre formy tego „zła” można rozpatrywać jako niedoskonałości  mechanizmu.  Inne wydają się mieć immanentny związek z samą „naturą” rynkowego ładu.

Pierwszą, szczególnie rzucającą się w oczy cechą tego ładu jest tendencja do generowania społecznych nierówności. Tendencja ta występuje w bardzo dużym natężeniu. Nie jest ona jakąś przypadkową charakterystyką systemu.

Ideologia wolnego rynku zakłada, że każdy ma szanse wspinania się po drabinie sukcesu. Wszakże w rzeczywistości szanse te są bardzo nierówno rozłożone. W większości społeczeństw istnieją liczne kategorie ludzi, których szanse są a priori bardzo ograniczone. Pozostają oni przez całe życie w zaklętym kręgu ubóstwa i zacofania. Tylko niewielu potrafi się z niego wyrwać.

Mechanizm rynkowy ma to do siebie, że wytwarza kategorię  „ludzi niepotrzebnych”.
W miarę jak wzrasta efektywność tego mechanizmu, czyli jako skutek postępu technicznego i organizacyjnego, liczebność tej kategorii ma tendencję wzrastającą. Można wiec powiedzieć, że obok licznych rzesz ludzi, którzy uczestnicząc w grze rynkowej umacniają i podwyższają poczucie własnej wartości, są bardzo liczne grupy ludzi, którzy poczucie wartości tracą – żyją w poczuciu klęski i upokorzenia.

Rywalizacyjny charakter systemu dotyka nie tylko tych, którzy ponoszą klęski. Odczuwają go również ci, którym się powiodło.  Wielu bowiem żyje w atmosferze lęku i niepewności związanej z nieprzewidywalną naturą gry rynkowej.  Stres, jaki wywołuje taka sytuacja, może człowieka mobilizować, ale stwarza również wielkie przeciążenie dla jego psychiki. Skutki tego przeciążenia dają o sobie znać w rozmaity sposób: mogą to być zaburzenia psychiczne, nerwice i depresje, choroby psychosomatyczne, nasilenie konfliktów i agresywności.

Mechanizm rynkowy głęboko ingeruje w sferę kultury  i w sferę tzw. wartości duchowych.

Nie można też nie wspomnieć  o zawodności samego mechanizmu rynkowego, jeśli idzie o jego zdolność do zapewnienia wysokiego poziomu produktywności. Nie chodzi tu tylko o to, że w niektórych obszarach działa on paradoksalnie – hamując zamiast pobudzać produkcję. Spektakularnym tego przykładem są dotacje dla rolników w krajach Europy Zachodniej dawane w tym celu, aby produkowali mniej żywności. I to w sytuacji klęski głodu obejmującego duże połacie globu.

Innym ważnym defektem mechanizmu rynkowego jest to, że obok sił pobudzających działalność produktywną wytwarza on również potężne siły pobudzające do omijania reguł systemu – do uzyskiwania kontroli nad zasobami, a tym samym władzy, prestiżu i bogactwa za pomocą środków z działalnością produktywną nie mających nic wspólnego. A także do bezwzględnej eksploatacji tych, którzy są zbyt słabi, aby bronić swych praw i interesów.
Oczywiście jest prawdą, że wyzysk, korupcja i przestępczość nie są kapitalistycznym wynalazkiem. Jednakże mechanizm rynkowy nie tylko nie położył im tamy, ale jeszcze bardziej zintensyfikował. Przekonały się o tym kraje, które z zapałem wkroczyły na drogę budowania kapitalizmu.

Cóż o powyższych zarzutach mogliby powiedzieć przekonani zwolennicy wolnego rynku? Niewątpliwie wielu z nich uzna je za przesadne. Inni zaś stwierdzą zapewne, że jeśli nawet ta krytyka byłaby w znacznym stopniu prawdziwa, to cóż może z niej wynikać?  Czy możemy znaleźć jakieś cudowne środki poprawy tego stanu rzeczy? Czy znamy jakiś lepszy system, który lepiej zaspokajałby ludzkie potrzeby?  Czy kompromitacja prób budowania alternatywy wobec kapitalizmu nie powinna pouczyć każdego, że pomysły odchodzenia od tego systemu do niczego dobrego nie mogą prowadzić?
Są w tej sprawie różnice zdań.

Dwie orientacje ideologiczne   .........   48

Różnice co do tego, czy można i należy poprawiać mechanizmy wolnego rynku, stanowią jeden z podstawowych tematów współczesnych sporów ideologicznych. Różnice te opisywane są na osi lewica-prawica. Choć podział ten w praktyce politycznej sprawia niemało zamieszania, to na płaszczyźnie teoretycznej jest nader klarowny.  Dotyczy on w pierwszym rzędzie kwestii: czy uznaje się istniejący porządek społeczny  oraz związany z nim system nierówności i przywilejów za, w zasadzie, słuszny i prawomocny, czy też uważa się, że należy go korygować w kierunku zmniejszenia nierówności i zwiększenia powszechnej pomyślności. 

Według pierwszego stanowiska, określanego jako prawicowe, istniejący porządek odzwierciedla, gorzej lub lepiej, obiektywne różnice między ludźmi w przedsiębiorczości, inteligencji, pracowitości, energii, ambicji, twórczych zdolności, pomysłowości itp.  Dlatego rzeczywistość społeczną  trzeba pozostawić taką jaka jest. Tym bardziej że dzięki przedsiębiorczości i talentom elit wszyscy, którzy na to zasługują, mogą coś skorzystać. Należy też chronić podstawowe zasady życia społecznego zawarte w tradycyjnym systemie norm i wartości. Można co najwyżej doskonalić rozwiązania prawne i polityczne dla zwiększenia efektywności rynku. W swobodnej grze rynkowej ulegać będą przekształcaniu pozycje i role społeczne – jedni wzniosą się w górę, inni spadną w dół w zależności od swych „zasług”. Każdy bowiem jest sam kowalem własnego losu i losu swojej rodziny. Nie wyklucza to współczucia dla pokrzywdzonych przez los i niezdolnych – działalność charytatywna i filantropijna nie kłóci się z prawicowym światopoglądem.  

Drugie stanowisko, określane jako lewicowe, wynika z przekonania, że jest coś zasadniczo wadliwego w systemie, który utrzymuje duże rzesze ludzi w sytuacji nędzy i upośledzenia, podczas gdy inni opływają w dostatki i mają możliwość ciągłego pomnażania swoich zasobów.  Dlatego trzeba modyfikować i poprawiać istniejący system, sprzyjać wyzwalaniu się ludzi od ograniczeń, jakie narzucają tradycyjne normy i wartości.  Stanowisko to uznaje, że ludzie są wzajemnie odpowiedzialni za swój los, a solidarność międzyludzka należy do podstawowych zasad politycznej moralności2.
     Co to znaczy „poprawiać” istniejący system?
     Doświadczenia ostatniego stulecia doprowadziły większość zwolenników lewicowej orientacji do zarzucenia myśli o tym, że będzie można zbudować system sprawiedliwości społecznej likwidując czy zasadniczo ograniczając mechanizmy wolnego rynku. Wszystkie działające obecnie ruchy lewicowe, które zdobyły poważniejszą rolę polityczną, uznają wolny rynek za nie budzącą wątpliwości podstawę życia gospodarczego, ale poszukują różnych sposobów ograniczenia jego defektów – społecznych i ekonomicznych.
     Obecnie do głównych celów polityki lewicowej należy ograniczenie polaryzacji ekonomicznej, wzmocnienie pozycji słabszych uczestników rynkowej gry (przez odpowiednie prawodawstwo), polepszenie szans uczestnictwa w niej tym, którzy z przyczyn strukturalnych  (ze względu na warunki społeczne) są tych szans pozbawieni (w szczególności dostępu do edukacji), zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego grupom najsłabszym.
     Do ważnych celów polityki lewicowej należy uzupełnienie zasady konkurencji przez zasadę solidarności. Lewicowa zasada solidarności ma charakter inkluzywny – obejmuje ludzi należących do różnych grup, ras, narodów, religii. Lewicowa polityka jest zatem polityką zwalczającą wszelkie formy dyskryminacji3. 
     Według zwolenników orientacji prawicowej tego rodzaju działania „psują rynek”. Opierają się one na fałszywej, utopijnej wizji ludzkiej natury. Ich realizacja może prowadzić do obniżenia społecznej produktywności (bo zmniejsza się poziom rywalizacji), zwiększenia konfliktów (bo wzmagają się nieuzasadnione roszczenia), pogorszenia sytuacji wielu grup (bo polityka równości i usuwania wszelkich przywilejów może np. zwiększać udział emigrantów w rynku pracy). Ponadto realizacja polityki lewicowej nie przyczynia się wcale do wzrostu powszechnej pomyślności, lecz do umocnienia biurokracji, która rozrasta się w miarę tego, jak rosną alokacyjne funkcje państwa.         

Perspektywy lewicowego myślenia   .........   52

Można powiedzieć, że obecnie, po spektakularnej klęsce „realnego socjalizmu”  i niepowodzeniu polityki upaństwowienia, prowadzonej w wielu rozwiniętych państwach kapitalistycznych, cele lewicy są nader ograniczone. Parafrazując znane powiedzenie można je opisać, jako dążenie do kształtowania „kapitalizmu z ludzką twarzą”. Ten minimalistyczny program wydaje się wynikać z akceptacji pewnych założeń na temat natury ludzkiej, które leżą u podstaw rynkowego ładu.  Według tych założeń natura ta jest w swej istocie egoistyczna.  Tak więc do najważniejszych i w zasadzie niezmiennych celów człowieka należy dążenie do wywyższania się  (do przewagi), do zaspokajania potrzeb materialnych na coraz wyższym poziomie (do posiadania), do bezpieczeństwa. Mechanizmy wolnego rynku – w przeciwieństwie do wszystkich innych – bardzo dobrze sprzęgają  te dążenia z funkcjonowaniem gospodarczych mechanizmów.  Dzięki temu gospodarka osiąga ogromny potencjał rozwojowy. Może się to komuś nie podobać, ale trudno kwestionować pewne oczywiste fakty.

Wszystkie rozważania dotyczące perspektyw poprawy warunków ludzkiej egzystencji muszą się jakoś odnieść do tej tezy. Albo uznają, że jest to w zasadzie trafny opis realiów społeczno-psychologicznych, a więc perspektywa poprawy polega na konsekwentnym umacnianiu i poszerzaniu gospodarki rynkowej, albo też zakwestionują go, otwierając tym samym drogę do poszukiwania jakiejś innej alternatywy.

Biorąc pod uwagę dotychczas nagromadzoną przez nauki społeczne wiedzę sądzę, że założenie o egoistycznej naturze człowieka jest tylko pozornie prawdziwe.
Przede wszystkim wcale nie jest oczywisty fakt, że głównym czy najbardziej efektywnym czy najbardziej efektywnym źródłem energii motywacyjnej człowieka jest jego egoistyczny interes. Teza ta stanowi daleko idące uproszczenie rzeczywistego stanu rzeczy. Przeciwko niej przemawiają nie tylko doświadczenia osobiste wielu ludzi, ale też systematyczne badania i obserwacje zgromadzone przez przedstawicieli różnych nauk społecznych – np. psychologiczne badania nad motywacją zadaniową, nad zachowaniami prospołecznymi  i altruizmem, antropologiczne badania nad sposobami życia ludzi w różnych kulturach, badania politologów nad kryteriami podejmowanych decyzji przez różne polityczne gremia, badania socjologów nad zachowaniem grup społecznych.

Tak np. wiele obserwacji i danych wskazuje, że ważnym celem działań ludzi może być dążenie do osiągnięcia wewnętrznej satysfakcji z dokonania czegoś wartościowego, niezależnie od innych skutków, które z dokonania wynikają – psychologowie opisują tu całą  rodzinę motywów określając je takimi terminami, jak potrzeba osiągnięć, potrzeba efektu, motywacja wewnętrzna (immanentna). Im cel subiektywnie trudniejszy, tym większa satysfakcja z jego osiągnięcia, zupełnie niezależnie od tego, co w zamian człowiek za to otrzymuje (pochwały, nagrody itp.). Każdy człowiek ma potencjalną możliwość czerpania satysfakcji z faktu, że stworzył coś na miarę swoich środków i zdolności czy też w jakimś stopniu je przekroczył.  

Dążenie do dokonania czegoś wartościowego może być silnym motywem działań gospodarczych. Nic więc dziwnego, że, jak twierdzi jeden ze znanych amerykańskich psychologów Dawid Mc.Clelland – potrzeba osiągnięć jest bardzo ważnym psychologicznym mechanizmem napędowym gospodarki kapitalistycznej. Wynikałoby stąd, że bezwzględna konkurencja i maksymalizacja posiadania nie są warunkami koniecznymi efektywnego zaangażowania w działalność produktywną.   
 
Wielką rolę w określaniu ważności celu odgrywa społeczne otoczenie człowieka. Otoczenie definiuje hierarchię wartości. Im więc cel jest wyżej ceniony, tym większa satysfakcja z jego osiągnięcia. Ta konstytutywna rola społeczności w definiowaniu ważności celu sprawia, że w różnych kulturach, a nawet w różnych środowiskach, ludzie gotowi są poświęcać się rozmaitym celom.
...
Omówienie to nie pretenduje do wyczerpującego opisu całej różnorodności celów, jakie ludzie sobie stawiają, i ich motywacyjnego potencjału. Miało ono ilustrować tezę, że nie ma żadnych apriorycznych powodów, aby sądzić, że efektywnie działające społeczeństwo można budować jedynie na egoistycznych podstawach motywacyjnych. Wszakże skoro tak wiele różnych, nie tylko egoistycznych, motywów może mieć znaczący wpływ na działalność produktywną ludzi, dlaczego w gospodarce rynkowej odgrywają tak ważną rolę tylko niektóre?

Otóż wydaje się, że mamy tu do czynienia ze zjawiskiem, które można przyrównać do selektywnego treningu: każda funkcja organizmu i psychiki, która jest intensywnie pobudzana, ulega „rozbudowaniu”. Tak np. intensywny trening ...  Pozwala to, w danej dziedzinie, osiągać ...   Np. prowadzi do deformacji ludzkiego ciała i szkodzi zdrowiu.

Również i funkcje umysłowe  podlegają tej samej prawidłowości. Kapitalizm rynkowy adresując swe oddziaływania do opisanej wyżej „triady” mechanizmów motywacyjnych, opartych na egoistycznych potrzebach człowieka, prowadzi do ich coraz większego rozrostu. Działa jak selektywny trening. I tak samo jak on prowadzi do osłabienia i zaniku innych funkcji – w tym wypadku innych tendencji motywacyjnych. Następstwem tego bywa zubożenie i zniekształcanie ludzkich stosunków. *

Nie chce przez to powiedzieć, że są one szczególnie zniekształcone czy zubożone w porównaniu do stosunków panujących w innych historycznych epokach. Chodzi tu o odniesienie do możliwości zawartych w samym człowieku. O to, że staje się on zubożony w stosunku do samego siebie.

Alternatywą  wobec takiego układu rzeczy jest hipotetyczny porządek, który zawiera znacznie szersze spektrum społecznych oddziaływań. Wyjściową przesłanką myślenia o takim porządku jest zerwanie z poglądem o szczególnym dopasowaniu wolnego rynku do natury ludzkiej. Dopasowanie to jest bowiem bardzo niedoskonałe. 

*  Proponuję zapoznać się z artykułemSpołeczeństwo uzależnionych konsumentów”,  opublikowanym  w „dziś”, nr 2/04, str. 30-55, przez Andrzeja M. Zawiślaka.
Motto artykułu,  przytoczone za G. Ritzerem:
„Konsumenci zacz
ęli w kapitalizmie odgrywać zbyt poważną rolę, by można im było pozwolić na podejmowanie samodzielnych decyzji!”,
jest bardzo wymowne.
Artykuł dostępny jest także „on line” pod adresem:
http://www.dzis.com.pl
Kontynuacja tematu przez tego samego autora: „Kajdany rynku”,  dziś”, nr 3/04, str. 40-51. 
Anonimus

Problem lewicowej utopii   .........   58

Podstawową konkluzją całego przeprowadzonego tu wywodu jest teza, że głównymi celami lewicowej polityki powinno być coś więcej niż łagodzenie negatywnych skutków wolnego rynku. Cele te można by określić  jako poszukiwanie takich form społecznej organizacji,  które pobudzają aktywność produktywną ludzi opierając się na znacznie szerszym spektrum motywów niż kapitalizm rynkowy. Dzięki temu mogłoby osłabnąć znaczenie „egoistycznej triady” doprowadzając do poważnej modyfikacji tego, co określa się jako „drapieżna natura kapitalizmu”. Zasada solidarności mogłaby się stać istotnym składnikiem systemu normatywnego, na którym opiera się ład społeczny.

Czy tego rodzaju polityka jest możliwa? Czy można tak pokierować procesami społecznymi, aby osiągać tego rodzaju rezultaty? 

Krytycy powiedzą, że kryje się za tym stara niebezpieczna idea społecznej inżynierii. Kolejna próba budowania utopii. Przecież, jak pokazuje historia, tworzenie wizji utopijnych, choć od dawna fascynowało ludzkość, nie na wiele się jej przydało. Nie na wiele się jej także przydało tworzenie wizji mających, jak zakładano, naukowe podstawy. Próby realizacji „naukowego socjalizmu” nie sprawdziły się.

Wniosek, jaki z tej krytyki wynika, to postulat zaprzestania rozważań o możliwościach i sposobach naprawiania ludzkich społeczeństw. Jest to wniosek w oczywisty sposób odpowiadający tym, którzy w istniejącym układzie stosunków czują się bardzo dobrze. Ale jest bardzo wielu takich, którzy w nim czują się źle. Ludzie tacy nigdy nie zrezygnują  z prób doskonalenia otaczającej ich rzeczywistości. Można mieć pewność, że niezrażeni niepowodzeniami – ciągle na nowo takie próby będą podejmować. 

Wszakże celem tego wywodu nie było proponowanie jakiejś nowej lewicowej utopii. Chodziło o wskazanie różnorodnego, tkwiącego w człowieku potencjału, którego skuteczne wykorzystanie mogłoby przyczynić się do zmniejszenia niektórych obecnie występujących defektów systemu społeczno-gospodarczego.

Jak można by wyobrazić sobie kierunek takich zmian? Rozważmy następujący przykład:
Wedle teorii racjonalnego wyboru, stanowiącej jedną z podstaw koncepcji wolnego rynku, wszelkie, a w każdym  razie ekonomiczne, zachowania człowieka opierają się na kalkulacji osobistych zysków i strat. Z tego punktu widzenia rywalizacja jest oczywistą i racjonalną formą zachowania w sytuacji ograniczonych zasobów...

Jednakże teza ta nie uwzględnia, że w sytuacji ograniczonych zasobów możliwe są co najmniej trzy różne strategie postępowania:
  strategia rywalizacyjna (o której dotąd mówiliśmy),
  strategia wyrzeczeń (przyjmowana przez tych najczęściej, którzy nie umieją i nie chcą walczyć),
  a także strategia kooperatywna, która polega na porozumiewaniu się bądź co do podziału istniejącej puli dóbr, bądź co do współdziałania dla ich pomnażania.

W bardzo wielu, ale z pewnością nie we wszystkich, sytuacjach ludzie stają przed możliwością wyboru między walką  a współpracą. To, co wybierają, zależy nie tyle od obiektywnych cech sytuacji, ile od sposobu konstruowania jej w umysłach. Ci, którzy konstruują tę sytuację jako grę o sumie zerowej, są skazani na walkę. Proces konstruowania ma z reguły charakter kolektywny. Mają nań wpływ postawy otoczenia, a szerzej – normy kulturowe. Ale nie ma w tym żadnej nieuchronności. Ludzie mogą podejmować świadome wysiłki w tym celu, aby nadawać określoną interpretację zaistniałej sytuacji. Lewicowa orientacja ideologiczna powinna sprzyjać takiej interpretacji.

Dziś trudno sobie wyobrazić praktyczne sposoby tworzenia efektywnego mechanizmu gospodarczego, w którym obok innych motywów, istotną rolę odgrywałaby zasada solidarności oraz dążenie do realizacji osiągnięć, mających wartość społeczną, i motywacja ta występowałaby nie u jakiś szczególnych jednostek, lecz na szerszą skalę.  Ale z pewnością można sobie wyobrazić, że położenie wyłącznego nacisku na te mechanizmy, które obecnemu rynkowi sprzyjają, może w dłuższej perspektywie czasowej nie wyjść ludzkości na zdrowie.

Należałoby podkreślić, że ludzie nie są bezradni wobec okoliczności, w których żyją – mogą podejmować aktywne wysiłki dla ich zmiany. Nie znaczy to jednak, że powinni spodziewać się zmian szybkich i gruntownych. 

Na zakończenie warto przypomnieć następujący fakt: w końcu XVII wieku John Locke w swoich Dwóch traktatach o rządzie  i  Liście o tolerancji  sformułował pewne idee, które długo czekały na realizację. Dopiero 100 lat później podjęto pierwszą poważną próbę ich praktycznego zastosowania – one właśnie stały się inspiracją amerykańskiej konstytucji. Trzeba było dalszych ponad 160 lat, aby idee demokratycznego konstytucjonalizmu, praw jednostki, tolerancji stały się (acz z wielu modyfikacjami) fundamentem organizacji politycznej cywilizowanych państw.
Jeśli wiec obecnie może nam się wydawać, że koncepcja organizacji życia społeczno-gospodarczego odmiennej od rynkowego kapitalizmu jest wielce odległa od realiów współczesnego życia, to powinniśmy mieć w pamięci, że idee Locke’a  były bardzo odległe od praktyki politycznej ówczesnej Europy.
Możemy też mieć na uwadze fakt, że tempo zmian społecznych ulega stopniowemu, ale znacznemu przyspieszeniu.

----------------------
Janusz Reykowski – ur. 1929.  Psycholog,  profesor doktor habilitowany, Dyrektor Instytutu Psychologii PAN.  Członek korespondent Polskiej Akademii Nauk, członek Europejskiej Akademii Nauk. Specjalizuje się w psychologii społecznej i politycznej, twórca tzw. regulacyjnej teorii osobowości. Wieloletni profesor Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał m.in. w następujących uniwersytetach zagranicznych: Columbia University (New York), Uniwersytet Łomonosowa (Moskwa), University of Minnesota (Minneapolis), Technische Universität  (Berlin Zachodni), Arizona State University (Phoenix). Brał udział w obradach Okrągłego Stołu jako współprzewodniczący  Stołu Politycznego z ramienia strony rządowej. Członek Biura Politycznego KC PZPR od grudnia 1988 do stycznia 1990.
Ważniejsze publikacje książkowe: 
Eksperymentalna psychologia emocji
(KiW Warszawa 1968, 1974, Donauworth 1973, Moskwa 1979, Sofia 1981),  Motywacja, postawy prospołeczne a osobowość (PWN, Warszawa 1979, 1986),  Development and Maintenance of Prosocial Behavior (współredaktor  z: E.Staub, D. Bar-Tal, J. Karyłowski)  (Plenum Press, New York 1984), Logika walki. Szkice z psychologii konfliktu społecznego w Polsce (KiW, Warszawa 1984), Social and Moral Values (współredaktor z: N. Eisenberg, E. Staub)  (Erlbaum, Hillsdale, NJ 1989),  Postawy i wartości Polaków a zmiany systemowe (redaktor) (Wyd. Instytutu Psychologii PAN, Warszawa 1993),  Potoczne wyobrażenie o demokracji: Psychologiczne uwarunkowania i konsekwencje (redaktor) (Wyd. Instytutu Psychologii PAN, Warszawa 1995).  

----------------------------------------------------------------------------------------

Leszek Nowak

Chichot heglowski, czyli marksizm i liberalizm w polityce polskiej   .........   63

Wedle znanej tezy „komunizm” wziął się z „ukąszenia heglowskiego”. Już sama powszechność tego poglądu nakazuje traktować go podejrzliwie. Wszak wszyscy tak  mówią...  Elementarne zaś doświadczenie teoretyka – a może zgoła każdego twórcy? – jest przecież takie:  jeśli wszyscy o jakiejś materii (nie trywialnej) twierdzą to samo, musi się pod tym kryć podstawowy fałsz.

Kierując się tą instynktowną zasadą, a także wspierając ją gorszymi czy lepszymi argumentami, podpisany polemizował z tą tezą parokroć1 i nie zamierzam w związku z tym obmyślać tu dalszych argumentów przeciw niej przemawiających. Chciałbym natomiast pokazać, iż pod powierzchnią polityki polskiej doby tzw. transformacji urzeczywistnia się figura istotnie obecna w dialektyce Heglowskiej – ideowa „zamiana przeciwieństw miejscami”. Kto woli bardziej potoczyste sformułowania, może wypowiedzieć to też tak, iż pod polityczną  sceną III Rzeczypospolitej w ostatniej dekadzie brzmiał – i rozlega się nadal – chichot Hegla.

Rozpocząć  musimy jednak od pytania, dlaczego to lewica, z jaką obecnie mamy do czynienia i z którą coraz większa liczba osób, także z kręgów niegdysiejszej opozycji demokratycznej, wiąże jedyną nadzieję na odmianę ponurego stanu gospodarki, państwa i kultury, jaki pozostawia po sobie koalicja AWS-UW, dlaczego ta oświecona i inteligentna formacja  bez sprzeciwu przyjmuje oskarżenia  o zatrucie „jadem heglowsko-marksistowskim”. Przypuszczalnie dzieje się tak dlatego, iż 

lewica jest stale we władzy prawicowych mitów historiozoficznych.

Naczelnym  spośród nich jest właśnie mit „marksistowskich korzeni socjalizmu”:  oto odpowiedzialny za nieprawości systemu trójwładzy w realsocjalizmie ma być projekt historiozoficzny Marksa. Teza to tymczasem jawnie nieprawdziwa.  Ustrój kraju Krzyżaków był wszak bliższy czystej trójwładzy niż ustrój PRL – władza polityczna i gospodarcza znajdowała się w rękach mniejszości panujących w obu tych systemach w stopniu zbliżonym, natomiast chrześcijański światopogląd narzucano Prusom w sposób znacznie ostrzejszy niż materializm dialektyczny Polakom, a i nieporównanie skuteczniej. Mordowano nieszczęsnych Prusów i niszczono ich kulturę, aż nazwa z nich jeno została. Skoro myśl Marksa ma być odpowiedzialna za strukturalne nieprawości realsocjalizmu, to zapytać należy, czyja to myśl odpowiedzialna jest za strukturalne nieprawości w państwie Zakonu Najświętszej Marii Panny.

A więc winna jest myśl Jezusa Chrystusa ludobójstwu i kulturobójstwu w Prusach czy też nie? Zgodnie z logiką wywodów Miłosza czy Kołakowskiego – winna. A przecież to jawny fałsz!  Zakonnicy mordowali Prusów, by podporządkować ich swej władzy  i przekształcić w pracujące na nich woły robocze. Niszczyli zaś ich kulturę, bo tradycja kulturowa jest spoiwem łączącym jednostki i pozwalającym im zyskać większą siłę w ramach zbiorowości.  Aż dopięli swego  uzyskując zatomizowany tłum poddanych.  A że przy okazji stosowali frazeologię Chrystusową (podobnie jak NKWD stosowało frazeologię Marksowską), to już zupełnie inna sprawa, to już obszar ideologii.

Zawsze jakaś ideologia musi osłaniać nieprawości socjalne, zawsze usuwa się z niej to, co niewygodne  (np. postulat wspólnoty majątkowej wyznawców z myśli chrześcijańskiej, doktrynę obumierania państwa z marksizmu),  i reinterpretuje resztę odpowiednio do interesu uprzywilejowanych. Zawsze też znajdą się złotouści, którzy te intelektualne strzępy ze spójnej koncepcji określą jako sztandary nowej idei i jeszcze będą dmuchać, by łopotały. A ideologowie strony drugiej zabieg samozeszmacenia doktryny przeciwnika  zawsze wezmą całkowicie na serio, tyle że dopiszą przy tych strzępach znak sprzeciwu motywowany mniej lub bardziej rzekomymi szkodami, jakie myśl strony pierwszej miała jakoby wywołać. Albowiem pozwala to odciąć konkurenta politycznego od jego własnej tradycji myślowej. Taka jest właśnie polityczno-kulturowa funkcja mitu „marksistowskich korzeni (real)socjalizmu”:  odcięcie lewicy od jej źródeł myślowych i aksjologicznych, uniemożliwienie jej pracy nad nimi, która by mogła profitować nową odmianą społecznej myśli materialistycznej, a politycznie – zohydzenie jej wartości, by nie miała odwagi cywilnej na nie się publicznie powoływać.  

Mit ten, wzmocniony najpierw ogłuszającą, a potem już tylko bezlitośnie uporczywą2 kampanią  medialną, okazał się nad wyraz skuteczny3. Oto lewica – tak solidarnościowa, jak i SLD-owska  - pozbawiona własnego dziedzictwa duchowego, po prostu przyjęła liberalną historiozofię, „kapitalistycznego końca historii”.
...    
Taka jest dominująca prawicowa wizja dziejów i, o dziwo, taką też historiozofię wstydliwie przyjmuje współczesna lewica, nie tylko zresztą polska.
...
Oto najpoważniejsza baza teoretyczna myśli lewicowej – marksizm – została z czysto poznawczego punktu widzenia porzucona zdecydowanie przedwcześnie. Teoria Marksa zawiera co prawda poważne błędy teoretyczne, a marksistowskie wyjaśnienia historii społecznej mają szereg luk...  Ale trzeba też dobitnie powiedzieć, iż nawet z tymi błędami i lukami

marksizm ma moc wyjaśniającą nieporównywalnie wyższą niż liberalizm.

Nie sposób tu przeprowadzić pełnego porównania obu orientacji – są zbyt rozbudowane. Poprzestańmy więc na porównaniu, a i to szkicowym4,  rdzenia obu doktryn – ich historiozofii.
...
(...)  Kapitalizm podpadać zaczyna pod model liberalny dopiero po drugiej wojnie światowej. Zniknięcie alternatywy faszystowskiej, a w czasach dzisiejszych także „komunistycznej” – to niewątpliwe i poważne argumenty na rzecz historiozofii liberalnej. Równie niewątpliwa jest jednak jej bezradność w zastosowaniu do całej uprzedniej  historii społecznej ludzkości. Obszar mocy wyjaśniającej modelu liberalnego  ogranicza się więc do jednej linii rozwojowej społeczeństw ludzkich, i to w samej końcówce ostatniego, jak dotąd, spośród jej stadiów.

Wyjaśnia tedy liberalizm zjawiska przeczące historiozofii marksistowskiej, która nie potrafiła wyjaśnić współczesnego stadium ewolucji kapitalizmu. Niemniej jednak marksizm wyjaśniał jakoś i wcześniejsze stadia  kapitalizmu, i przedkapitalistyczne formacje cywilizacji europejskiej, i linie azjatycką rozwoju (samo pojęcie „formacji azjatyckiej” zostało wprowadzone przez Marksa, a jej teoria opracowana przez K. Wittfogla, który też należy do tradycji marksistowskiej), a także naturę społeczeństw pierwotnych (jedna z ciekawszych koncepcji tych społeczeństw wyszła spod pióra marksisty  M. Godeliera). Nie chciałbym twierdzić, iż wszystkie te wyjaśnienia są trafne; swego czasu właśnie kwestionowałem niektóre Marksowskie tezy na temat zachodniej linii rozwojowej. Nie kategorią prawdy jednak operujemy porównując teorie – o prawdzie śmiertelni nie są w stanie orzekać -  lecz zestawieniem obszarów mocy wyjaśniającej. I porównanie to wypada zdecydowanie na niekorzyść historiozofii liberalnej – moc wyjaśniająca marksistowskiej jest nieporównanie większa5. Lewica uwierzyła liberałom zbyt pochopnie. Dała się zwyczajnie zakrzyczeć liberalnej prasie światowej i rodzimej.

Lewica uwierzyła zbyt pochopnie także dlatego, iż wbrew temu, co sam głosi

liberalizm nie legitymizuje kapitalizmu w naszej części świata.

Skoro kapitalizm optuje za liberalizmem czyniąc zeń niemal  Arystotelesowskie  „miejsce naturalne”, ku któremu zmierzać mają społeczności ludzkie, to można by oczekiwać,  iż za pomocą jego własnych kategorii myślowych daje się łatwo uzasadnić proces tak doniosły, jak „budowa kapitalizmu” (zobaczymy poniżej, skąd ten cudzysłów). Podstawową kategorią współczesnej myśli liberalnej jest idea praw człowieka. Spytajmy więc, kto i jakim prawem jest władny zadecydować o sprawie tak podstawowej, jak wybór ustroju społecznego?  Rangę tego pytania doceni każdy, kto uprzytomni sobie, iż pytanie takie zrodziło się w Polsce w 1989 roku bodaj po raz pierwszy w dziejach ludzkich. Tam gdzie wcześniej powstawał,  kapitalizm formował się bowiem najpierw w sposób spontaniczny: ...  Nad Wisłą, gdzie żadnych liczących się kapitałów prywatnych nie było, w jakiejś mierze była to w 1989 roku kwestia świadomej decyzji. Kto i jakim prawem miał ją podjąć? Nie tylko nie postawiono tego pytania, ale wtedy właśnie liberalne gazety rozkrzyczały się o „bezalternatywności  kapitalizmu”6. *

*  Gwoli obiektywizmu:  przed wprowadzeniem „socjalizmu”  też się nikt społeczeństw o zdanie nie pytał.
 W latach „prze
łomowych 80/90”, nie zorganizowano jakiegoś „referendum ustrojowego”, choć zapewne były ku temu możliwości, bo po prostu nie ujawnił się przywódca (przywódcy), który dla takiej idei referendum ustrojowego porwał by społeczeństwo. Samo zaś społeczeństwo było mocno sfrustrowane „socjalizmem” i zachwycone „pełnymi półkami” w  kapitalizmie.
Ile wtedy osób w Polsce orientowa
ło się w niuansach „rynku”,  „liberalizmu”, kapitalizmu  i ich odmianach?  Na jakim poziomie było zarządzanie, a nawet „jakie takie pojęcie” o zarządzaniu w gospodarce rynkowej?  Ile, do dzisiaj, mamy kadry kierowniczej, do której ta wiedza dotarła tylko w bardzo prymitywny sposób? Jakie, do dzisiaj, mamy tego rezultaty?
 Anonimus

A problem jest podstawowej doniosłości ideowej.  Czy ludzie mają prawo podejmować decyzje co do ustroju społecznego, w jakim przyjdzie im żyć, a więc i znosić jego  - zawsze przecież obecne – dolegliwości i niesprawiedliwości?

Jeśli tak, jeśli mają takie prawo, to kapitalizm został  wprowadzony w Polsce nielegalnie, bo nikt żyjących tu ludzi o zdanie w tej materii nie zapytał,  np. w referendum ustrojowym. Ludzie mieliby wolność ustrojową, gdyby w praktyce gospodarczej dopuszczono na równych prawach wszystkie formy własności, jakie już były, czy jakie się mogły były mniej lub bardziej spontanicznie utworzyć. Na przykład opcja spółek pracowniczych ilościowo dominowała wśród odpaństwawianych zakładów, a elity liberalne nie zdobyły się nawet na uczciwość w nazewnictwie, określając tę czysto socjalistyczną formę własności mianem „ścieżki prywatyzacyjnej”. Przede wszystkim jednak rzecz w tym, iż państwo wspomagało finansowo, organizacyjnie i promowało ideologicznie jedną tylko opcję: prywatnokapitalistyczną. 

Kto dał elitom Solidarności tego rodzaju prawo?  Na pewno nie liberalizm, bo ten (znacząco) milczy na temat „prawa człowieka do wyboru formy własności”.  Na pewno też nie wcześniejsza, anarchizująca tradycja  opozycji KOR-owskiej w PRL ani socjalistyczna od samego początku do opozycyjnego końca ideologia pierwszej Solidarności. Nikt, kto znał programy Solidarności, a choćby tylko czytał gazety informujące o poglądach „strony społecznej” Okrągłego Stołu, nie mógł się był domyślić, że głosując na nią 4 czerwca 1989 roku opowiada się za własnością prywatną jako podstawą ustroju. Głosował za jednym, dostał od 1 stycznia 1990. całkiem co innego, bez słowa skądinąd wyjaśnienia. Zdominowana przez środowisko dzisiejszej Unii Wolności Solidarność wprowadziła obywateli w błąd, co do swoich przekonań ustrojowych.

Jeśli więc społeczeństwo obywatelskie ma prawo decydować o swym ustroju, to nie tylko prawo to nie zostało  mu wyraźnie przyznane, ale zgoła w praktyce pogwałcone, samo zaś społeczeństwo zostało oszukane.  I po dziś dzień żadna z odpowiedzialnych za to sił politycznych ani natury, ani nawet samego faktu tej manipulacji ustrojowej mu nie ujawniła.

A może jednak społeczeństwo nie ma prawa decydować o swym ustroju, może nad tym „się nie głosuje”? Może. Co prawda we współczesnych warunkach znaczy to tylko tyle, iż odbierając prawo do decydowania w tych sprawach obywatelom pozostawia się je głosowaniom na posiedzeniach biur politycznych, episkopatów, a w najlepszym wypadku parlamentów. To znaczy, przyznając prawa decyzyjne elitom, odmawia się ich rzekomemu suwerenowi, do którego woli odwołują się wszystkie konstytucje. Nawet więc gdyby wbrew duchowi demokratycznych konstytucji zgodzić się na odmówienie ludowi prawa do wyboru form własności, której skutki ma on (bo przecież nie wielcy właściciele – ci dają sobie pod tymi konstytucjami nieźle radę) ponosić, to dotyczyć ta zasada musi wszystkich ustrojów, nie tylko jednego jedynego kapitalizmu. (...)
 
Tu  natomiast wygląda na to, że społeczeństwu polskiemu „opozycja demokratyczna” przyznała prawo do odrzucenia realsocjalizmu, ale prawa do ewentualnego odrzucenia kapitalizmu te same, ale już rządzące, elity polityczne jakoś przyznać mu nie chciały. Dlaczego? Bo wiedzą lepiej?  Bo mają jedynie prawdziwą historiozofię?  To można być aż tak zadufanym w sobie, by sądzić, by ktokolwiek w tego rodzaju materiach dysponuje wiedzą naprawdę wiarygodną. Nie mówiąc już o tym, iż każdy przecież w III RP wie o tym,  że zawsze wiedzą lepiej i chcą uszczęśliwiać ludzi nie pytając ich o zdanie tylko komuniści...  A tymczasem tak jak komuniści zachowali się na naszych oczach właśnie liberałowie.

Nie jest to bynajmniej zabawa słowna ku pognębieniu „nowych ludzi liberalnych” z Unii Wolności. Faktem pozostaje bowiem, iż ludzie zwący się demokratami potraktowali „swego suwerena” jak ciemną masę niezdolną do decydowania o własnym losie. Jak ongi komuniści. Ci jednak czyniąc to postępowali zgodnie ze swoją doktryną o „demokracji burżuazyjnej”, przynajmniej więc byli konsekwentni.  A w każdym razie nie byli obłudni. 

I dalej było tak samo -  

polscy  „nowi liberałowie” stosowali w praktyce politycznej schematy marksizmu.

Czytaliśmy oto przez dekady  w wydawnictwach emigracyjnych czy opozycyjnych, iż kapitalizm jest jedynym ustrojem, który zawsze tworzy się spontanicznie, bo odpowiada „naturalnym skłonnościom” egoistycznej natury ludzkiej. „Budować” wedle projektów można ustroje totalitarne, kapitalizm „tworzy się sam”. Rzeczywiście, jeśli się wierzy, iż kapitalizm jest ustrojem naturalnym i chce się być myślowo konsekwentnym, to trzeba tak właśnie utrzymywać, a to z kolei wynika, iż „budowa kapitalizmu” jest pojęciem sprzecznym.  
...

Rzecz jasna, nie chciałbym twierdzić, iż wszystkie elementy  politycznie aktywnej (a więc motywującej działania polityczne) myśli liberalnej są rodowodu marksistowskiego. Przykładowo, opozycja wobec „nadopiekuńczego państwa” w realsocjalizmie jest oparta na

czysto liberalnych motywach.

Najpierw o pewnej powiązanej z tym politycznej niekonsekwencji. W czasach Solidarności dzisiejsi „nowi liberałowie” z Unii Wolności określali państwo-właściciela jako wyzyskiwacza – stąd przecież dumne i wtedy zasłużone miano Komitetu Obrony Robotników. Pamiętamy też tę falę oskarżeń ze strony Solidarności z lat 1980-1981, które w języku „Gazety Wyborczej” zasługują na jedno tylko słowo-obelgę: populizm... Kiedy jednak nastąpiła zmiana ustroju, okazało się, iż państwo to było nie tyle ciemięzcą ludu, ile jego niefrasobliwym dobroczyńcą8. Raz z tej, raz z tamtej strony, byle przeciwnikowi dołożyć...  Sprawa jest więc jasna: środowisku dzisiejszej Unii Wolności (nie mylić z poszczególnymi jednostkami zasługującymi niekiedy na respekt autentyczny) ani wtedy, ani dziś nie szło o „punkt widzenia”, zawsze o „punkty siedzenia”. A że towarzyszą temu werble (kolejnych) etosów, materialisty historycznego nie dziwi, przeciwnie, tego właśnie – ideologii zamazujących to, co się dzieje – ma prawo oczekiwać.

Podstawowym jednak liberalnym motywem polityki rządów solidarnościowych było zaczerpnięte z liberalizmu światowego przekonanie, iż współczesna gospodarka kapitalistyczna nie jest w stanie dłużej dźwigać ciężaru finansowania opiekuńczości socjalnej, jaki nałożyła sobie w latach 50.  To rzeczywiście liberalne wyjaśnienie. Ale zastanawiają tu dwie rzeczy.

Po pierwsze, jest to wyjaśnienie mało zrozumiałe. Zważmy: przez dziesięciolecia gospodarka kapitalistyczna była w stanie dostarczyć środków, by sprawować opiekę socjalną, a teraz ponoć już nie. Musiała więc chyba  efektywność gospodarki kapitalistycznej podupaść?  Jeśli koń ciągnie ciężar i po jakimś czasie ustaje, to przecież świadczy o tym, że koń zasłabł. Ale temu wszak przeczy  zwyczajny zdrowy rozsądek – gospodarka ta w ostatnich dziesięcioleciach zasilana była ogromnym wzrostem technik produkcyjnych („nowe technologie”), organizacyjnych („informatyzacja”), rozwojem wiedzy ekonomicznej (monetaryzm)...  I mimo tego wszystkiego zasłabła tak,  że nie jest w stanie dalej przyczyniać się do wyrównywania  szans w wolnej rzekomo konkurencji?  

Nie jest także – po drugie jasne – w jakim to sensie „państwo dobrobytu” marnotrawiło pieniądze. Z pewnością przerostami administracyjnymi, jak to państwo. Ale przecież i tak wielką część tych ogromnych ongi funduszów sporo ludzi dostawało i mieli na chleb, skromne ubranie, nawet przechodzony samochód. System opieki społecznej  nie był „marnotrawstwem”, bo stwarzał popyt na dobra, choćby tylko elementarne. Ludzie zamiast po śmietnikach chodzili po sklepikach pozwalając przetrwać drobnym kupcom, a pośrednio przedsiębiorcom, którzy – wedle ideologii liberalnej – stanowią ponoć  rdzeń rdzenia kapitalizmu. Kto więc właściwie na tym tracił?

Tyle już razy ujawniała się w tym kontekście aktualność (niektórych) idei Karola Marksa, że pozwolę sobie zaryzykować próbę pomyślenia po marksistowsku.

Otóż czy na redukcji wydatków „państwa opiekuńczego”  nie korzystali przypadkiem ci, którzy nie sieją, nie orzą, a kapitały same się im mnożą. Może to oni, posiadacze kapitałów bezproduktywnie krążących między Nowym Jorkiem, Londynem, Frankfurtem, Tokio – i z powrotem, mnożących się same w sobie i dla siebie i bez większego sensu dla reszty świata ludzkiego, może to oni jeszcze je w ten sposób po prostu powiększali?  Może więc wolnorynkowa gospodarka nastawiona na zysk i w tym sensie „efektywna” – pod patronatem liberałów zgoła coraz bardziej  - nie jest wcale racjonalna, za jaką się przedstawia?  W istocie „ogromny sukces gospodarczy Stanów Zjednoczonych” ostatniego ćwierćwiecza polega na.... spadku płacy realnej przeciętnego Amerykanina o 18% przy jednoczesnym wzroście zamożności najbogatszego jednego procenta Amerykanów z 20 do 36% majątku narodowego USA;  takiego „kryterium postępu” satyryk by przecież  nie wymyślił...  Może więc owa niezdolność  kapitalizmu do utrzymania systemu opieki społecznej świadczy o postępującym pasożytnictwie gospodarki ongi wolnorynkowej?  A niegdysiejsze utożsamianie zyskoda(o)jności z racjonalnością należy – w świecie nie potrafiącym wyżywić setek milionów dzieci, nie radzącym sobie z masowymi chorobami nawet w krajach najbardziej cywilizowanych, niszczącym globalne środowisko naturalne – po prostu włożyć między ideologiczne bajdy? 

Podpisany nie jest ekonomistą i raczej pyta, niż twierdzi. Twierdzi natomiast – gwoli sprawiedliwości – że są także elementy czysto liberalne w myśleniu (poważnej! – do niej się tu ograniczamy) prawicy polskiej. Takim elementem jest np. decyzja globalnej likwidacji PGR-ów, co spowodowało nędzę sporej części polskiej wsi, decyzja, której autor jakoś zaginął na polskiej scenie, zatłoczonej stanowiskami z nadania politycznego, i nawet dziś, po dekadzie z okładem, nie chce wydusić z siebie:  „Pomyliłem się, przepraszam”.   
...

Dlatego fakt, iż „nowi liberałowie” z Unii Wolności budowali kapitalizm myśląc po marksistowsku jest znaczący.
Czy wynika stąd, że

„marksistowskie korzenie” ma w Polsce właśnie kapitalizm?

To zależy, o kim mowa. Wniosek taki jest nieodparty dla tych, co wierzą w idealizm historyczny, czyli w to, iż procesy społeczne zależą głównie od idei społecznych. A więc Miłosz, Kołakowski i niezliczeni ich naśladowcy byliby w istocie zmuszeni do przyjęcia tezy o marksistowskich źródłach kapitalizmu w naszym kraju. A ponieważ akceptują oni kapitalizm taki, jaki u nas jest , więc dodatkowo muszą uznać, iż jednym z jego zasłużonych ojców-założycieli  jest Karol Marks. Wcale nie żartuję. Oto rozumowanie, o którym mowa.
(1)  procesy społeczne zależą głównie od idei społecznych,

(2)  „nowi liberałowie” prowadzili politykę transformacji zakładając Marksowski materializm historyczny i wypełniając Marksowski schemat teoretyczny liberalnymi wartościami,

(3)  kapitalizm w Polsce jest dobrem,

(4)  zasługa wprowadzenia kapitalizmu w naszym kraju przypada głównie teorii Marksa oraz ideologii liberalnej.

Wniosek (4) wynika przecież – przyjmując zwyczajowy sens zawartych w naszym rozumowaniu pojęć -   z  przesłanek  (1)  i  (3); od strony formalnej rozumowanie wygląda na poprawne.  Przesłanki (1) i (3) są  głoszone przez autorów, o których mowa, zgoła explicite.  Dyskusyjna z ich punktu widzenia może być jedynie przesłanka  (2). Ale dotyczy ona przecież faktów, więc jest jakoś empirycznie rozstrzygalna. Kto nie potrafi rzeczowo oddalić  przemawiających za nią, a przytaczanych wyżej argumentów i zastąpić  ich  alternatywnymi wyjaśnieniami faktów, w tych argumentach powoływanych, winien ją przyjąć. A w takim razie liberał taki winien uznać Marksa za (pierwszego – bo schemat myślowy jest ważniejszy od jego ideologicznej interpretacji) ojca ustroju, w którym  „jest super”, by odwołać się do znanej frazy z kręgów, o których mowa.  Dla

materialisty  historycznego

natomiast przytoczone rozumowanie zniewalające  bynajmniej nie jest. Odrzuca on bowiem zdecydowanie przesłankę idealizmu historycznego (1), a stąd nie ma też powodu, by uznawać za tak strasznie ważne to, co tam „nowi liberałowie” mieli w głowach podejmując  swoje decyzje; nie odwoła się więc w ogóle do przesłanki (2) ani do żadnej innej przesłanki tego rodzaju. Zwolni w konsekwencji Karola Marksa z kolejnego absurdalnego oskarżenia, podobnie jak zwalnia Chrystusa z odpowiedzialności za rozliczne koszmary, jakie zgotowali bliźnim jego wyznawcy.

Poszukiwać natomiast będzie materialista historyczny odpowiedzi na pytanie o to, jakie to interesy realizowali „nowi liberałowie” w dobie tzw. transformacji i co zakrywa ta dziwaczna marksistowsko-liberalna papka myślowa, o której była w tym tekście mowa. „Ale o jakie interesy może w ogóle chodzić, skoro w 1989 roku nie było jeszcze kapitalistów, czyje interesy mieliby wiec wyrażać  «nowi liberałowie»”? – gotów ktoś spytać.  Pytanie to brzmi naturalnie, czyż nie tak?  I właśnie to dowodzi, jak głęboko zapadły nam wszystkim w podświadomość  schematy myślowe Karola Marksa. Bo to on musiałby dziś takie pytanie postawić. A może warto zastanowić się nad nowym pytaniem?

Tak więc oto – jeśli naszkicowane w tym tekście wywody są w istocie trafne – przedstawia się 

sytuacja  w Polsce od strony  ideowej.

Prawica liberalna zakłada Marksowski materializm historyczny, lewica deklaruje liberalizm. Prawdziwie Heglowska  „zamiana przeciwieństw miejscami”...  Obie też uważają, że zbudowały demokratyczny kapitalizm, który tu i ówdzie należy jeno poprawić, aby dociągnąć do unijnego wzorca. U podstaw tej oceny leży – powtórzmy – teoria marksowska  (nie mylić z leninowskim programem politycznym:  jedynej partii jako wyrazicielki proletariatu, kierowniczej roli tejże w państwie socjalistycznym i tak dalej9).

Tymczasem teoria Marksa – mimo całego i w moim przypadku doprawdy wielkiego szacunku dla historycznej roli autora Kapitału w ufundowaniu ogólnej nauki o społeczeństwie – jest oparta na szeregu błędów teoretycznych10. I błędy te stale ważą nad polityką polską.  Uniemożliwiają dostrzeżenie tego, co faktycznie się w naszym kraju dzieje, ani rozumującym po marksistowsku liberałom, ani usiłującej rozumować po liberalnemu lewicy. I skutkuje to nie tylko w świadomości społecznej, lecz także niekorzystnymi i jak najbardziej rzeczywistymi tendencjami w sferze działań społecznych. Ale to już odrębny, obszerny temat.  

..........
Przypisy
...

----------------------
Leszek Nowak – ur. 1943.  Profesor filozofii Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Członek korespondent Polskiej Akademii Nauk. Visiting-profesor szeregu uczelni zagranicznych i fellow Instytutów Badań Zawansowanych w Wassenaar i Berlinie.  Założyciel (1975) i redaktor naczelny międzynarodowej serii książkowej Poznań Studies in the  Philosophy of the Sciences and Humanities (Rodopi, Amsterdam/Atlanta). Początkowo pozytywista, potem marksista, głęboki respekt dla obu tych orientacji zachował do dziś.  Główne koncepcje ogólne: idealizacyjna teoria nauki, nie-Marksowski materializm historyczny, metafizyka unitarna.  Prace interpretacyjne: pewna wersja analitycznego marksizmu, filozofia społeczna Gombrowicza, metafizyka Leśmiana.  Członek PZPR 1962-1980. Internowany w stanie wojennym (1982), usunięty z pracy na UAM w 1985., przywrócony w 1989. Członek Solidarności 1980-1994.  
Główne książki:  Próba metodologicznej charakterystyki prawoznawstwa (Poznań, 1968),  U podstaw Marksowskiej metodologii nauk (Warszawa 1971) (przekł.  ...),  U podstaw dialektyki Marksowskiej. Próba interpretacji kategorialnej (Warszawa 1977),  ...,  U podstaw teorii socjalizmu, 1-3. (Poznań 1991),  Byt i myśl, t.1 Nicość i istnienie (Poznań 1998),  Człowiek wobec ludzi. Modele z Gombrowicza (Warszawa 2000).

----------------------------------------------------------------------------------------

Mieczysław F. Rakowski

Polska na geopolitycznej szachownicy   .........   87

Po raz pierwszy w nowożytnej historii geopolityczne położenie Polski w Europie jest bardzo korzystne z punktu widzenia naszych interesów narodowych.  W 1990 roku rozpadł się Związek Radziecki, supermocarstwo nuklearne, które przez 45 lat dominowało nad Polską i pozostałymi krajami realnego socjalizmu. Powstanie niepodległej Litwy, Ukrainy i Białorusi stworzyło nową sytuację na wschodniej granicy Polski, a zjednoczenie Niemiec na zachodniej. Na południu graniczymy z dwoma państwami – Czechami i Słowacją. Nowe państwa, wolne od przymusu zewnętrznego, deklarują wolę przyjaznej z nami współpracy.  Okolicznością  wzmacniającą korzystną dla nas sytuację jest fakt, że wszystkie kraje środkowowschodniej Europy, łącznie z eurazjatycką Rosją, wprowadziły ustrój społeczno-gospodarczy oparty na gospodarce rynkowej i demokracji parlamentarnej.

Zanim jednak przejdę do nakreślenia szans i wyzwań , przed którymi stanęła Polska w nowej konstelacji politycznej, jaka powstała w Europie i świecie po definitywnym upadku porządku jałtańskiego, godzi się przypomnieć, że krajom środkowowschodniej Europy daleko jeszcze do osiągnięcia stabilności zarówno gospodarczej, jak i politycznej.   
...
Zapobieganie powstawaniu kryzysowych sytuacji, które mogłyby spowodować fatalne dla narodu i państwa skutki, jest w krajach o systemie parlamentarnym obowiązkiem rządów i oczywiście partii, które zwyciężyły w wyborach. Niestety w Polsce ponad trzyletnie rządy prawicy dowiodły już ponad wszelką wątpliwość, że nie ma ona kwalifikacji do zarządzania państwem dla dobra jego i obywateli oraz umocnienia pozycji Polski w Europie i w świecie. Co więcej, nie potrafi stworzyć trwałego systemu partyjnego, co bez wątpienia destabilizuje całą sytuację polityczną. Nieustające kłótnie, powstawanie i zanikanie partii, wędrówki polityków z jednego ugrupowania do drugiego, wybujałe ambicje na ogół przeciętnych działaczy, koteryjna polityka kadrowa – a wszystko to ozdobione patriotycznymi sloganami przy byle okazji – jawne demonstrowanie wrogości wobec wszelkich postępowych projektów dotyczących życia społecznego i wreszcie nie kończące się afery korupcyjne – oto wizytówka polskiej prawicy na początku XXI wieku. Ta orientacja polityczna, zaściankowa i zajęta partykularnymi interesami, nie jest zdolna do prowadzenia spójnej i długofalowej polityki zewnętrznej naszego państwa.  
 
Założenia polityki zagranicznej powinny uwzględniać realia międzynarodowe. Powtórzmy: z punktu widzenia narodowych interesów pozycje Polski w pojałtańskiej Europie należy uznać za korzystną. Jednakże trzeba mieć na uwadze, że w porównaniu do początku lat 90. w stosunku narodów i rządów krajów zachodniej Europy do Polski nastąpiła istotna zmiana. Wówczas zachodni Europejczycy witali nową Polskę niemal euforycznie. Podziwiano nas, darzono szacunkiem, chwalono za mądrość, to jest doprowadzenie do Okrągłego Stołu oraz wyborów parlamentarnych w czerwcu 1989 roku, w wyniku których władzę przejęła opozycja demokratyczna, zapoczątkowując upadek realnego socjalizmu w środkowej Europie i rozpad Związku Radzieckiego. Polacy, mający ustaloną opinię narodu dającego się uwodzić romantycznym uniesieniom, a jednocześnie wykazujący skłonność do anarchizmu, okazali się nacją rozważną i odpowiedzialną.  Powszechny zachwyt i szczególne względy, jakimi nas darzono, należą już do przeszłości. Zachodnia Europa traktuje Polskę jak normalny europejski kraj. Pochwały ustąpiły miejsca twardemu rachunkowi ekonomicznemu... [...]... zachodnich Europejczyków interesują nie minione zasługi, lecz to, co Polacy mają do zaoferowania na przyszłość.

Głównym celem polskiej polityki zagranicznej w obecnym dziesięcioleciu powinno być zapewnienie krajowi jak najkorzystniejszej pozycji w Europie i w świecie. Na pierwszym planie należy umieścić stosunki z najbliższymi sąsiadami z Rosją i Niemcami oraz z pozostałymi  państwami naszego regionu.
(...)

Nowi sąsiedzi na Wschodzie   ........   92

Trzy państwa sąsiadujące z Polską  - byłe republiki radzieckie:  Litwa, Białoruś i Ukraina – wymagają szczególnego potraktowania. Nasza polityka wobec nich musi przede wszystkim uwzględniać fakt, że niepodległość  tych organizmów państwowych jest bardzo młoda, a zatem są one ogromnie wrażliwe na suwerenność podejmowanych decyzji. 
(...)

Polsko-ukraińskie zbliżenie   .........   94

Z przyczyn historycznych i współczesnych Polska – jak już wspomniałem – uznała Ukrainę za strategicznego partnera. Decyzję należy uznać za trafną, choć zapewne w Moskwie pojawiło się pytanie, dlaczego to nie Rosji przypisaliśmy szczególne znaczenie.
(...)

Konieczność zwrotu ku Rosji   .........   95

Polityka wobec Ukrainy i Białorusi jest i będzie ważną częścią polityki wschodniej III RP, ale pierwszorzędne miejsce w niej powinny zajmować stosunki polsko-rosyjskie. Przy najlepszej woli nie można ich uznać za zadawalające. Po upadku Związku Radzieckiego i powstaniu Federacji Rosyjskiej pojawiła się szansa ułożenia wzajemnych, równoprawnych stosunków, opartych na zaufaniu, oraz podjęcia wszechstronnej współpracy we wszystkich dziedzinach, które dla Polski powinny być ważne i cenne. Szansa ta nie została wykorzystana.    
...
W Moskwie wszelkie przejawy antyrosyjskości, zapewne skrzętnie odnotowywane, umacniały przekonanie, że polityka polska wobec Rosji nabiera cech wrogości, a deklaracje o dobrosąsiedzkich stosunkach są czysto werbalne i nieszczere.
...
Mimo zmienionych i raczej niekorzystnych warunków stajemy przed koniecznością dokonania wielkiego wysiłku, by odzyskać w Rosji choć część utraconych wpływów.
...

Pojednanie z Niemcami   .........   99

Zgoła inny charakter przybrały po 1989 roku stosunki polsko-niemieckie. Zjednoczone Niemcy pod władzą chadecji potwierdziły, nie bez nacisku administracji amerykańskiej, ostateczny charakter granicy na Odrze i Nysie. Dzięki temu polityka polska wobec Niemiec mogła podjąć się sfinalizowania historycznego wyzwania:  doprowadzenia do końca pełnego wcielenia w życie pojednania Polaków z Niemcami. Wywiązujemy się z tego zadania z korzyścią dla obu narodów. Utrwalany z pokolenia na pokolenie wizerunek Niemca – odwiecznego wroga Polski (o tyle nieprawdziwy, że w ponad tysiącletniej historii naszych stosunków były okresy zgodnego i przyjaznego współżycia) – jest już dziś nieprzydatny i nie ma wpływu na polską politykę wobec Niemiec. Polska po roku 1989 uznała RFN  za głównego partnera i sojusznika w Europie Zachodniej. Było to założenie słuszne i dobrze się stało,  że nie zaważyły na nim te okresy, w których stosunki polsko-niemieckie znaczone były ekspansją terytorialną Prus, ich udziałem w rozbiorach, paktem Ribbentrop-Mołotow, okupacją hitlerowską i wreszcie zimną wojną.  
...
Niemcy są i pozostaną dla nas najważniejszym krajem na kontynencie europejskim, co nie może, rzecz jasna – oznaczać bagatelizowania stosunków z takimi państwami, jak Włochy, Wielka Brytania czy kraje skandynawskie. Szczególnej uwagi wymagają stosunki z Francją.

Szukanie miejsca w ponadnarodowych strukturach   .........   101

Polska, położona w Centrum Europy, wrośnięta od wieków w jej kulturę, złączona na dobre i złe z narodami tego kontynentu, a jednocześnie od transformacji ustrojowej w 1989 roku traktująca USA jako najważniejszego sojusznika, nie może stwarzać faktów, które potwierdziłyby trafność  ironicznej uwagi Jerzego Giedroycia, który – niechętny wszelkiej zewnętrznej dominacji nad naszym krajem – powiedział, że Polska jest to taki kraj, który nie może obejść się bez starszego brata. Do 1989 roku, mówił, był nim Związek Radziecki, a teraz jest nim Ameryka. Faktem jest, że kolejne  polskie rządy udzielają pełnego poparcia globalnej polityce USA i aspiracjom jedynego dziś supermocarstwa do przewodzenia i narzucania swej woli światu. Proamerykańska polityka III RP nie jest w Europie Zachodniej przyjmowana bez zastrzeżeń. Państwa, od których w decydującej mierze zależy przyjęcie Polski do Unii  Europejskiej, wyrażają obawę, że kraj nasz może stać się amerykańskim koniem trojańskim w zjednoczonej Europie. Podwójna lojalność Polski – pisał wpływowy brytyjski dziennik „Financial Times”, powołując się na informacje uzyskane od zachodnich dyplomatów akredytowanych w Warszawie – jest przedmiotem szczegółowych analiz. Jeśli w Europie Zachodniej taka opinia miałaby się utrzymywać, byłoby to dla Polski bardzo niekorzystne. Twórcy  polskiej polityki zagranicznej powinni podjąć działania zmierzające do przekonania zachodnich partnerów, że ścisłe związki  z USA w żadnym wypadku nie są wymierzone przeciwko nim.

W stosunkach Polski z Europą Zachodnią celem numer jeden pozostaje przyjęcie nas na pełnoprawnego członka Unii Europejskiej. Zintegrowanie polskiej gospodarki z krajami należącymi do UE jest narodową sprawą, ponieważ tylko w ten sposób realne będzie skrócenie czasu potrzebnego do nadrobienia cywilizacyjnego opóźnienia wobec Zachodu. Lata, które upłynęły  od dnia, gdy Polska rozpoczęła negocjacje z centralą UE w Brukseli, dowiodły, że osiągnięcie tego żywotnego dla nas celu jest znacznie trudniejsze, aniżeli polskim politykom, niezależnie od orientacji, początkowo się wydawało.
...
(...)  Gospodarcze oraz polityczne zintegrowanie krajów środkowowschodniej Europy z zachodnimi jest wielkim wyzwaniem dla całego starego kontynentu. Europa, mimo że po upadku socjalizmu ustrojowo jednolita, nadal jest przepołowiona na zachodnią i wschodnią. Są więc dwie Europy. W mentalności Europejczyków przeważa pogląd, że zachodnia część kontynentu jest lepsza od wschodniej. Mówi się i pisze o cywilizacji zachodniej, a nie europejskiej. Dla zachodnich Europejczyków Wschód jest krainą nie tylko gospodarczo, ale i kulturalnie zacofaną...  Muszą zatem dopiero się uczyć...  Lekcji udzielają chmary doradców, a także polityków, których wiedza o Europie Wschodniej jest żenująco niska lub żadna. Dotyczy to także społeczeństw  zachodnioeuropejskich.

Cywilizacyjne opóźnienia środkowowschodniej Europy zwykle tłumaczy się oddaniem w Jałcie pod kontrolę Związku Radzieckiego narodów środkowo- i południowowschodniej Europy, odcięciem ich od zachodniej cywilizacji oraz narzuceniem rządów dyktatorskich i antydemokratycznych. Jest to tylko część prawdy. Opóźnienia w rozwoju cywilizacyjnym narodów na wschód od Łaby mają głębokie źródło w historii. Dość przypomnieć, że gdy na Zachodzie Europy rozwijała się rewolucja przemysłowa, w państwie pruskim i dalej na wschód nastąpił rozkwit latyfundiów i pełnej pańszczyzny.

Zjednoczona Europa wciąż jeszcze pozostaje pieśnią przyszłości.  Rzeczywista jedność będzie możliwa tylko wtedy, gdy Europa Zachodnia, bez wątpienia bogatsza od Wschodniej, o znacznie większym potencjale technologicznym, zrozumie, że zasypywanie cywilizacyjnej przepaści między Zachodem i Wschodem nie obejdzie się bez poniesienia kosztów i ofiar przez syte społeczeństwa i że spoiwem łączącym obie części nie może być tylko zimny rachunek ekonomiczny. Zjednoczona Europa to coś więcej niż rozszerzenie Unii na Wschód. Potrzebna jest rezygnacja z poczucia wyższości zachodnich Europejczyków wobec narodów środkowo-wschodniej Europy i nieograniczanie się jej elit do banalnych oświadczeń, że Warszawa, Praga i Budapeszt to także Europa. W Europie żyjemy od ponad tysiąca lat. Teraz chodzi o to, by zniknął w niej podział na lepsze  i gorsze narody. Być może jest to utopia, podobnie jak okazał się nią realnie istniejący socjalizm, ale bez niej trudno żyć. 
----------------------
Mieczysław F. Rakowski – ur. 1926.  Dziennikarz, publicysta, polityk.  Pracownik polityczny KC PZPR w latach 1949-1952. Studia w Instytucie Nauk Społecznych zakończone doktoratem -  SPD w okresie powojennym. Od 1957. do 1982. redaktor naczelny tygodnika „Polityka”. Poseł na Sejm w latach 1972-1989. W latach 1981-1985 wicepremier  w rządzie generała Wojciecha Jaruzelskiego. Wicemarszałek Sejmu  PRL (1985-1988). Ostatni premier PRL (1988-1989) i ostatni pierwszy sekretarz KC PZPR  (sierpień 1989- styczeń 1990). Od 1990. redaktor naczelny miesięcznika „Dziś. Przegląd społeczny”.
Autor ponad 20 książek o tematyce międzynarodowej i krajowej, m.in.  Ameryka wielopiętrowa,  Dymisja Kanclerza, Rzeczpospolita na progu lat 80-tych (także wydanie węgierskie i chińskie), Czasy nadziei i rozczarowań (wydanie serbsko-chorwackie i węgierskie),  Ein schwierigier  Dialog (RFN), Jak to się stało, Gorbaczow – pierwszy i ostatni, Es begann in Polen (RFN),  Dzienniki polityczne (1958-1962;  1963-1966;  1967-1968;  1969-1971). Liczne publikacje w prasie zachodnioeuropejskiej i USA.
----------------------------------------------------------------------------------------

Tadeusz Kowalik

Społeczna gospodarka rynkowa – konstytucyjnym wyzwaniem dla Polski .........   111

Pierwsza potęga ekonomiczna w Europie   .........   111

Wiele faktów i okoliczności przemawia za szczególną rolą  Niemiec we współczesnej Europie. Dwaj autorzy holenderscy rozpoczynają rozdział o kulturze niemieckiego kapitalizmu od znamiennej wypowiedzi dyrektora brukselskiego Centrum Europejskich Studiów Politycznych, Petera Ludlowa: „wszyscy jesteśmy Niemcami (...) Niemieckie zalety – niska inflacja, silna waluta i korzystny związek rozwoju z opieką społeczną – udzielają się całemu Wspólnemu Rynkowi” (Hampden-Turner i Trompenaars, 1998, s.181). Zdaniem tych autorów Niemcy mają nie tylko najsilniejszą w Europie gospodarkę, a niemiecka marka skutecznie konkuruje z amerykańskim dolarem – jako jedna z najmocniejszych walut świata – ale również niemiecki system ekonomiczny jest tam najbardziej popularny. Przypominają oni, że Unia Europejska skorzystała z historycznych doświadczeń niemieckich. Na terenie współczesnych Niemiec bowiem długo istniały  oddzielne państewka, które zaczęły się jednoczyć  dopiero w 1832 roku, a zjednoczone federacyjne państwo niemieckie powstało dopiero po wojnie francusko-pruskiej, w 1871 roku. Zanim to jednak nastąpiło,  połączyły się w związek celny  (Zollverein), tworząc wspólny rynek. Przebyły więc podobną drogę jak powojenna Europa Zachodnia. Co więcej, dzisiejsze Niemcy są również „przykładem federacji  zdecentralizowanych struktur, jaką członkowie Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej chcieliby widzieć w skali europejskiej” (Ibidem, s. 180).

Te przyczyny zainteresowania niemiecką gospodarką mają charakter ogólny1.  Można jednak wymienić jeszcze co najmniej trzy inne równie ważne, a dla Polaków może najważniejsze, przyczyny, dla których niemiecka gospodarka i polityka gospodarcza powinny być uważnie studiowane i obserwowane.

Przede wszystkim Niemcy są przykładem imponującego sukcesu w szybkiej industrializacji  i modernizacji kraju, dzięki czemu doścignęły i prześcignęły nie tylko Francję, lecz także niegdyś pierwszą potęgę  światową – Anglię.    Weszły one na drogę przyspieszonej industrializacji dopiero po wygranej wojnie francusko-pruskiej, a więc prawie o stulecie później  niż Wielka Brytania. Jest interesujące, jaka strategia umożliwiła im wysunięcie się na czoło  Europy.  Niemcy wprowadziły do znanych wcześniej strategii industrializacji dwie innowacje. Za główne źródło finansowania rozwoju przemysłowego uznały banki przemysłowe,  działające w ścisłej kooperacji  ze związkami przemysłowców. Drugą cechą niemieckiej drogi uprzemysłowienia jest najwyższy w Europie stopień koncentracji przemysłowej – największe w Europie, a jedne z największych w świecie, giganty przemysłowe. Niemieckie firmy rodzinne znacznie szybciej niż w innych krajach przeobrażały się w profesjonalnie zarządzane spółki akcyjne.

Po drugie, Niemcy są, podobnie jak Polska, krajem o burzliwej historii, ale, chyba w przeciwieństwie do Polski, mogą służyć  za dobry, choć trudny do naśladowania, przykład ogromnych zdolności do szybkiego podnoszenia się z upadku. Wywołały one obie wojny światowe i poniosły zasłużoną karę przede wszystkim w postaci wielkich zniszczeń. Po obu wojnach potrafiły jednak w bardzo szybkim tempie podźwignąć się na jeszcze wyższy poziom. Po pierwszej nie stało się to od razu. Zwycięzcy bowiem nałożyli na nie (w wyniku Traktatu Wersalskiego) ogromne reparacje. Gdy zaś spóźniali się ze spłatami, Francja okupowała, w drodze rewanżu, najbardziej uprzemysłowioną część Niemiec, Zagłębie Ruhry.  W konsekwencji rząd niemiecki bez opamiętania zaczął drukować pusty pieniądz, wywołując w latach 1922-1923 największą w historii hiperinflację. Zdezorganizowało to gospodarkę niczym wojna, a masowe bezrobocie stworzyło bazę społeczną dla faszyzmu. Ale znów, już po kilku latach, gospodarka niemiecka została odbudowana i weszła na drogę szybkiego wzrostu gospodarczego...      
     Również z hiperinflacji Niemcy potrafiły wyciągnąć właściwe wnioski. Dość szybko doprowadziły do tego, że marka niemiecka od kilku dziesięcioleci uchodzi za najbardziej stabilny pieniądz świata.
     Najbardziej spektakularny sukces Niemcy zademonstrowały po drugiej wojnie światowej. Dokonały niezwykle szybkiego wyjścia ze zniszczeń i zdruzgotanej gospodarki – właściwie historycznego skoku od zapaści do „cudu gospodarczego”.  Stało się to także dzięki znacznie mądrzejszej niż po pierwszej wojnie światowej polityce zwycięzców, której najbardziej spektakularnym wyrazem była szczodra pomoc w ramach Planu Marshalla3, a wcześniej jeszcze – w postaci dostaw towarów w ramach amerykańskiego programu pomocy dla terenów okupowanych... 

Tak blisko, a tak daleko   ..........   115

Polska jest skazana na życie w cieniu wielkich Niemiec. Na współżycie atrakcyjne, bo sąsiedztwo ułatwia korzystanie z ich osiągnięć, ale i trudne, najeżone niebezpieczeństwami.  Jeszcze długo nowa odmiana „Drank nach Osten” motywowana będzie przez różne, oby marginalne, grupy pokrzywdzonych „niesprawiedliwym” przesunięciem granic po drugiej wojnie światowej. Korzyści i zagrożenia dla Polski będą się więc nieuchronnie mieszały przez dziesięciolecia. Korzyścią, w moim przekonaniu niewątpliwą, byłoby przestudiowanie i skorzystanie z doświadczeń ustroju niemieckiego w wielu aspektach, przede wszystkim ładu społeczno-gospodarczego,  zwanego „społeczną gospodarką rynkową” (dalej SGR). Za wysoce niekorzystny zbieg okoliczności uważam fakt, iż w okresie decydującym dla naszych wyborów ustrojowych  Niemcy były bardzo zajęte sobą – zjednoczeniem czy też „wykupieniem” ich wschodniej części przez zachodnią. Mimo więc wcześniejszej „polityki wschodniej”  nagle, w decydującym momencie, Niemcy stały się w Polsce nieobecne. Dzięki temu  m.in. reaganizm i thatcheryzm, przeżywający wówczas ostatnie chwile wielkiego powodzenia, mogły w Polsce święcić triumfy, wyciskając na naszych przemianach ustrojowych najsilniejsze piętno.  A oznaczało to tworzenie fundamentów nowego ładu, wzorowane na anglosaskim modelu gospodarczym, zdecydowanie bardziej niż niemiecki wolnorynkowym, niechętnym państwu, związkom zawodowym, liczącym bardziej na procesy żywiołowe niż na świadome działania zbiorowe.
...
Jak zatem rozumieć nie tylko ogólne zadeklarowanie w Konstytucji RP oparcia naszego ustroju społeczno-gospodarczego na zasadach „społecznej gospodarki rynkowej”, ale i ustanowienie szeregu uprawnień pracowniczych i socjalnych na tych zasadach opartych (patrz str. 118)?

Jako dalszy ciąg tworzenia „fałszywej świadomości”? Wstydliwy kompromis... czy też uczciwą odpowiedź odchodzenia od wzorców dotychczasowych?  A może inne pytanie jest ważniejsze: czy w związku z narastaniem kryzysu społecznego, z coraz wyraźniejszym ujawnianiem się „brzydkiej twarzy” polskiego sukcesu, Konstytucja może stać się podstawą społecznego ruchu rewindykacji, podobnie jak kiedyś robotnicy wykorzystali deklarowane, a niezrealizowane pryncypia „realnego socjalizmu”?  Nie można wykluczyć takiego rozwoju wydarzeń, zwłaszcza że nikt nie może przewidzieć, co przyniesie, przez wiele rządzących i współrządzących zachodnich partii socjaldemokratycznych głoszona  i w pewnym sensie realizowana, tzw. nowa trzecia droga. Jak ta koncepcja wpłynie na wewnętrzne przemiany Unii Europejskiej, do której zdążamy. Myślę, że jest to dostateczne uzasadnienie dla podjęcia na nowo  rozważań zarówno nad pierwotną koncepcją „społecznej gospodarki rynkowej”, jak i jej późniejszymi meandrami.  

U źródeł koncepcji   .........   119

Nie tu miejsce na wyjaśnianie historycznych źródeł koncepcji społecznej gospodarki rynkowej (SGR), wcielonej w życie w zachodniej części powojennych Niemiec4. Istnienie dawnych źródeł nie musi być sprzeczne z poglądem,  że najsilniejszym impulsem była reakcja na faszyzm i jego gospodarkę wojenną  z jednej strony oraz na, idące wówczas w parze z politycznym totalitaryzmem, biurokratyczne planowanie w Związku Radzieckim, a następnie w państwach środkowoeuropejskich – z drugiej. 
...
Podstawowe pryncypia SGR  sformułował Alfred Armack-Mueller. Chodzi o słynne tezy Duesseldorfskie, opublikowane na krótko przed reformą walutową Ludwiga Erharda (w maju 1948 roku)5.  Pominiemy tu część poświeconą sprzeciwowi wobec gospodarki centralnie administrowanej...  Przypomnimy natomiast tezy, które stanowiły zapowiedź głównych kierunków działania  rządu niemieckiego na parę dziesięcioleci.

Arnarck-Mueller podkreślał, że alternatywą gospodarki centralnie kierowanej powinna być „nowoczesna gospodarka rynkowa” spełniająca funkcje socjalne. By tak się stało, konieczne są działania państwa zapewniające „bezpieczeństwo socjalne”. A oto wytyczne konkretyzujące tę ogólną zasadę:

-  Stworzenie takiej struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa, w której realizuje się godność  zatrudnionego jako człowieka i współpracownika, przyznaje mu prawo do współdecydowania, starając się jednak nie ograniczać inicjatywy i odpowiedzialności przedsiębiorcy.

-  Stworzenie takiego mechanizmu konkurencji, aby dążenie do maksymalizacji korzyści jednostek było zgodne z dobrem ogólnym.

-  Polityka pełnego zatrudnienia powinna być w taki sposób powiązana z polityką pobudzania wzrostu gospodarczego, aby pracownicy byli zabezpieczeni przed skutkami złej koniunktury. Dlatego państwo powinno zarówno posługiwać się środkami kredytowymi i fiskalnymi, jak i angażować się w bezpośrednią działalność inwestycyjną.

-  Respektowanie zasad rynkowych należy łączyć z polityką wyrównywania dochodów w celu eliminacji „niezdrowych” rozpiętości dochodowych i majątkowych. Służyć temu powinny progresywne podatki, zasiłki rodzinne, pomoc dla dzieci i ulgi mieszkaniowe dla osób znajdujących się w potrzebie. Podstawą polityki płac powinny być dobrowolne układy zbiorowe, a państwo powinno gwarantować płace minimalne.  

-  Zadaniem rządu powinno być wspieranie taniego budownictwa mieszkaniowego idące w parze z pobudzaniem samozaradności społecznej jako ważnego składnika  ustroju gospodarczego.

-  Politykę kształtowania struktury gospodarczej należy prowadzić poprzez promocję i wspieranie  małych i średnich przedsiębiorstw oraz tworzenie możliwości awansu społecznego.  

Armack-Mueller podkreślał również, że chociaż trudności gospodarcze są skutkiem rozległego interwencjonizmu, należy go zwalczać „nowymi, udoskonalonymi metodami sterowania, a nie rezygnować z samej zasady sterowania”. Postulował on, by „państwo było jak najsilniejsze w wyznaczonej mu sferze, natomiast poza tą sferą wywierało wpływ jak najmniejszy”.  Domagał się też konstytucyjnego rozdzielenia kompetencji państwa i zakresu swobody gospodarczej. Była to więc koncepcja kojarzenia gospodarki konkurencyjnej z rozsądnym, ale jednak szerokim, zwłaszcza w sferze socjalnej, interwencjonizmem państwowym.

Takie były najogólniejsze założenia teoretyczne SGR.  Wprowadzane w życie poszczególne zasady wymykały się niekiedy spod kontroli wielkiemu pragmatykowi Erhardowi. Nabierały sensu niezgodnego z założeniami pierwotnymi. Zarówno on, jak i wspomniany teoretyk wielokrotnie krytykowali wynaturzenia swego pierwotnego projektu. Nic więc dziwnego, że przeciwnicy tej koncepcji wykorzystali ich wypowiedzi do totalnej dyskredytacji modelu.

Dzieło Ludwiga Erharda    .........   122

Zaraz po wojnie oczywistym celem reform w Zachodnich Niemczech było odejście od gospodarki wojennej i pokonanie takich ich następstw, jak ogromny nawis pustego pieniądza, czarny rynek, barterowa wymiana.
Sednem reformy Erharda  z czerwca 1948 roku musiała więc być przede wszystkim reforma pieniężna, oczywiście znacznie drastyczniejsza niż Polska reforma pieniężna z 1950 roku. Drugim filarem reformy było urealnienie i częściowe uwolnienie cen. Z deregulacji cen wyłączono  jednak podstawowe artykuły żywnościowe. Wiele przemysłowych dóbr konsumpcyjnych, łącznie z obuwiem i ubraniami... zachowały ceny regulowane. Nadal wyłączone z gry rynkowej pozostawały też płace, czynsze, ceny podstawowych dóbr żywnościowych i usług, łącznie z transportem osobowym i towarowym, paliw i rud. I w ogóle wpływ na ceny wielu produktów i usług pozostał ważnym elementem dość trwałej ingerencji państwa w gospodarkę.  Szeroki zakres regulacji cen zachował się nawet jeszcze na przełomie lat 80. i 90.6.

Reforma Erharda z 1948 roku stwarzała tylko wstępne warunki do SGR. Element ustrojowy przejawił się głównie w tym, że konfiskata pieniądza miała charakter mocno egalitaryzujący. Właściwie pozostawiła wszystkich obywateli z minimalnymi oszczędnościami.  Dopiero na początku lat 50. wprowadzono, oprócz dalszej liberalizacji i deregulacji, znaczne rozszerzenie podstaw państwa opiekuńczego. Chodzi o szereg uprawnień socjalnych, o instytucje pracowniczej partycypacji oraz o sposoby mediacji pomiędzy biznesem, związkami zawodowymi i państwem.

W ostatnim czasie przedstawia się często gospodarkę niemiecką wczesnych lat powojennych jako wzór gospodarki wolnorynkowej, gdzie funkcje państwa ograniczono w zasadzie do spraw socjalnych. Tak jednak nie było. U podstaw niemieckiego cudu gospodarczego legł ogromny wysiłek inwestycyjny nie tylko prywatnego biznesu, lecz także państwa. Państwo stymulowało za pomocą różnych narzędzi ekonomicznych firmy prywatne, ale również samo uczestniczyło bezpośrednio w inwestowaniu i organizowaniu przedsięwzięć uważanych za konieczne. 
...

Partycypacja  i równowaga sil społecznych   .........   124

Na osobną uwagę zasługują instytucje współzarządzania w gospodarce niemieckiej7. Jeśli pominąć wcześniejsze przepisy, regulują je dwie ustawy:  kodeks pracy z 1972 roku oraz ustawa o kodoterminacji (współzarządzaniu)  z 1976.  W szerokim znaczeniu kodyfikują one prawa pracowników do udziału w procesie podejmowania decyzji gospodarczych i społecznych na trzech poziomach: przedsiębiorstw, branż oraz całej gospodarki.  
...
Wewnątrz zakładów pracy i firm (wielozakładowych) istnieją różne instytucje współzarządzania.
...
W spółkach akcyjnych i z ograniczoną odpowiedzialnością, spółdzielniach, funduszach ubezpieczeniowych formą partycypacji pracowniczej jest udział pracowników w radach nadzorczych. Liczebność rad nadzorczych (od 12 do 20 członków) zależy od wielkości firmy. W dużych korporacjach, zatrudniających ponad 2000 osób, przedstawiciele pracowników stanowią połowę członków rady nadzorczej. Nieznaczna przewaga reprezentacji właścicielskiej polega na tym, że w przypadku równej liczby głosów za lub przeciw decyduje tzw. drugi głos przewodniczącego, występującego z mocy prawa jako reprezentant właścicieli. W mniejszych spółkach i spółdzielniach pracownicy mają prawo do wyboru tylko jednej trzeciej członków rady nadzorczej. Firmy rodzinne zatrudniające mniej niż 500 osób nie podlegają temu obowiązkowi.
...
Efektywność czy skuteczność wpływu pracowników na proces decyzyjny w przedsiębiorstwach niemieckich jest przedmiotem nieustającej dyskusji8.
...
Jeszcze dwie inne cechy charakteryzują stosunki pracy w przedsiębiorstwach niemieckich.
Po pierwsze, jest to najpowszechniejszy w Europie „system czeladniczy”.  „Tylko dziesięć procent pracowników produkcyjnych w Niemczech nie legitymuje się  żadną formą certyfikatu lub nabytych uprawnień, podczas gdy we Francji wartość ta przekracza pięćdziesiąt procent. Niemiecki system czeladniczy jest uznawany za główny element przyczyniający się do wzrostu reputacji i jakości produktów, jak również do zmniejszenia liczby bezrobotnej młodzieży w porównaniu z innymi krajami europejskimi. Z tych powodów niemiecki system szkolenia przemysłowego jest wysoko oceniany w skali świata” (Fukuyama, 1995, s. 271)9.
...
Rozpiętości płacowe są w Niemczech mniejsze lub znacznie mniejsze niż w innych krajach Europy Zachodniej, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych. 

Polityka stabilizacji   .........   130

W Niemczech tradycyjnie przywiązywano wielką wagę do stabilnego rozwoju. Także rządy Adenauera i Erharda od początku podejmowały wysiłki idące w tym kierunku.
...
(...)  Nadal jednak – według dość zgodnej opinii wielu obserwatorów – stabilizacyjne sukcesy gospodarki niemieckiej, mocno uzależnionej od koniunktury światowej, bo nastawionej na ekspansję eksportową, są mierne. Gospodarkę tę  cechują – właśnie od czasu wspomnianej porażki Erharda – znaczne wahania cykliczne. 

Państwo opiekuńcze   .........   131

Niemcy zasłużenie uchodzą za kraj pionierski w tworzeniu państwa opiekuńczego, a zakres państwowej redystrybucji dochodu narodowego należy do najwyższych w Europie.

Historia ubezpieczeń społecznych sięga w Niemczech średniowiecza, kiedy to górnicy stworzyli wspólny fundusz ubezpieczający od wypadków przy pracy. W końcu zaś XIX wieku kanclerz Otto von Bismarck wprowadził ustawowo trzy typy ubezpieczeń: zdrowotnych, od wypadku przy pracy i inwalidztwa oraz emerytury. Ubezpieczenia od bezrobocia istnieją od 1927 roku. Również rzemieślnicy, jeśli nie są ubezpieczeni prywatnie, mogą uczestniczyć w systemie państwowym. W roku 1957 ubezpieczenia państwowe zostały rozszerzone na rolników. W tym samym roku wprowadzono system indeksacji emerytur zależny od przeciętnego wzrostu dochodów w kraju. Oczywiście zachodnioniemiecki system ubezpieczenia społecznego został obecnie rozciągnięty  na b. Niemiecką Republikę Demokratyczną.
...

Falstart i meandry Schroedera   ........   131

Koncepcja „Nowego Centrum” Gerharda Schroedera nie przybrała tak wyraźnych zarysów, jak „Nowa Trzecia Droga”  Tony Blaira.
...
(...)  Wszystkie te instytucje razem tworzą niemieckie państwo opiekuńcze, a właściwie państwo dobrobytu, wyróżniające się – obok krajów skandynawskich – małym, znacząco mniejszym niż w krajach anglosaskich  czy w krajach południowej Europy, zróżnicowaniem dochodów i majątkowym.

Wielu obserwatorów zastanawia się jednak, czy uda się utrzymać tak wysoki stopień uspołecznienia gospodarki niemieckiej w obliczu, od szeregu lat przeżywanej, stagnacji gospodarczej, bardzo niskiej stopu wzrostu połączonej z wysokim, od lat oscylującym wokół 10% bezrobociem. Tylko częściowo daje się tłumaczyć stagnację  faktem, iż Niemcy za wysoką cenę ponad półtora biliona marek (a więc sumę wielokrotnie przekraczającą dochód narodowy Polski) „wykupiły” i zmodernizowały gospodarkę dawnej NRD, gdzie bezrobocie utrzymuje się na jeszcze większym poziomie. Pierwsze objawy stagnacji ujawniły się bowiem już przed zjednoczeniem.

Na pytanie o przyczyny stagnacji  udzielane są zasadniczo odmienne odpowiedzi.  Leszek Balcerowicz wielokrotnie podkreślał, że stagnacja jest nieuchronną ceną płaconą za „przesocjalizowanie gospodarki”...  Taka jest też diagnoza wielu obserwatorów zachodnich, a zwłaszcza amerykańskich. Z drugiej strony, w oczach takich analityków, jak H. Flassbeck (1998, 1999) i K. Łaski (1999, 2000), podstawową przyczyną stagnacji, a więc i trudności związanych z utrzymaniem państwa opiekuńczego na obecnym poziomie była restrykcyjna polityka monetarno-fiskalna, dawanie priorytetu walce z inflacją, dążenie do zrównoważenia za wszelką cenę  budżetu państwa, ograniczanie dochodów płacobiorców na rzecz biznesu, co zmniejsza skłonność do konsumpcji i wydatków inwestycyjnych. To z powodu takiej polityki chadeckiego rządu amerykański noblista Franco Modigliani publicznie zarzucał byłemu ministrowi finansów, Theo Weiglowi, „ekonomiczną ignorancję”(Grzybowska, 1997).  Zresztą podobne zarzuty wypowiadane są pod adresem kanonów polityki określonych przez traktat UE z Maastricht, w formułowaniu których Niemcy odegrały decydującą rolę.   Z podobnych pozycji krytykował założenia tego traktatu George Soros (1997, 1999).

Jeszcze przed dojściem do władzy  w 1998 roku socjaldemokratów niemieckich programowe deklaracje przedwyborcze były ambiwalentne, oparte na swoistym dualizmie: jedni głosowali na lewicowego Oskara Lafontaine’a, drudzy na bardziej centrowego Gerharda Schroedera.
...  

Odmienne filozofie społeczne i mozaika systemów   .........   139

Co najmniej od roku 1989 opowiadałem się za czerpaniem z doświadczeń skandynawskich, niemieckich i austriackich. Co oczywiście nie może oznaczać  zalecania rozbudowy uprawnień socjalnych na poziomie praktykowanym w tych krajach.  Cały czas chodziło mi o przyjęcie  innej niż anglosaska filozofii społecznej. Warto więc zdać sobie sprawę, że pomimo pewnego procesu upodobniania się systemów społeczno-ekonomicznych  w świecie zachodnim różnice dzielące system niemiecki od anglosaskiego są nadal głębokie, sięgające właśnie podstaw filozofii społecznej. Zajęli się tym tematem dwaj badacze amerykańscy, przedstawiając wyniki swych kilkuletnich badań. Oto parę najważniejszych stwierdzeń ich studium (Morrison i Wolf, 2001).

-  Dla Niemców państwo opiekuńcze („Wohlfahrtsstaat”) jest wyrazem swoistej umowy społecznej  pomiędzy rządem i obywatelami. Pomoc socjalna jest nie tylko akceptowana, ale i oczekiwana. Większość usług socjalnych ma charakter uprawnień bez względu na koszty i niezależnie od wysokości dochodów danej rodziny. Zadaniem państwa jest sprzyjanie społecznej więzi wokół wspólnego dobra. Komunitaryzm przeważa nad indywidualizmem. W przeciwieństwie do tego w Stanach Zjednoczonych korzystanie z pomocy socjalnej związane jest z piętnem nieudacznika. Istnieje silna tendencja do potępiania przegranych. Państwo zaś jest postrzegane jako konieczne zło, a wydatki na jego utrzymanie jako zagrożenie dla wolności jednostki.

-  Różnice polegają nie tylko na uderzająco wyższym w Niemczech niż w Stanach Zjednoczonych poziomie zabezpieczenia materialnego, co zmniejsza ubóstwo, a tym samym i wiele patologii społecznych, lecz także na innym sposobie działania. Niemieckie państwo opiekuńcze stara się usuwać przyczyny tych patologii, czyli działać prewencyjnie. Tymczasem w USA pracownicy społeczni zajmują się głównie  osobami dotkniętymi patologią. Z natury rzeczy wiec podejście niemieckie jest bardziej socjologiczne, amerykańskie zaś – psychologiczne.

-  Znając amerykańskie umiłowanie wolności jednostki, dość zaskakująco musi brzmieć  twierdzenie autorów, że jednostka korzystająca z pomocy społecznej jest w Stanach poddana większej niż w Niemczech kontroli aparatu państwowego. Autorzy tłumaczą ten fakt nie tylko odmienną koncepcją państwa opiekuńczego, lecz także, wyniesioną z czasów faszyzmu, alergią Niemców na wszechobejmującą kontrolę państwa.

Konsekwencją odmienności koncepcji jest fakt, że liczba klientów pomocy socjalnej jest w Niemczech znacznie mniejsza niż w USA, co cytowani autorzy  uważają za bezsporny dowód efektywności działań prewencyjnych.

Mit szwedzkiej sklerozy   .........   141

Dodajmy, iż nie tylko niemiecki model ekonomiczny ostał się przy niewielkich modyfikacjach. Również system szwedzki, cechując się szczególnie rozdętym państwem opiekuńczym, broni się jako nie mniej efektywny od większości krajów OECD.  Szwecja jest ciągle krajem o najwyższym w świecie udziale wydatków państwa (w 1996 roku ok. 65%) w PKB i ciągle małych nierównościach płacowych, zwłaszcza dochodowych, a także o bardzo silnej pozycji związków zawodowych. Przywileje ubogich i bezrobotnych są ciągle tak duże, że nawet wysokie bezrobocie pierwszej połowy ubiegłej dekady nie wpłynęło na znaczniejszy wzrost nierówności i ubóstwa (Korpi i Palme, 1997).

No właśnie: ostatnio żywo dyskutowano problem, czy Szwecja płaci za to niższym wzrostem gospodarczym, mniejszą efektywnością. Zainteresowanie i debatę ożywił fakt, że Szwecja dość łatwo wyszła z kryzysu, a także zaskoczyła  światową opinię publiczną  nie tylko szybkim powrotem socjaldemokratów do władzy, lecz także, a może jeszcze bardziej, silną ekspansją gospodarczą zwłaszcza w dziedzinach  najnowocześniejszych technik i branż.

Temat ważny, zwłaszcza w Polsce, gdzie bodajże żaden inny system społeczno-ekonomiczny nie obrósł w tak dużą ilość mitów, w czym zdecydowanie przodują polskie mass media. Któż bowiem nie czytał wielokrotnie  w „Gazecie Wyborczej”, że model szwedzki bezpowrotnie „wylądował w lamusie historii”  (Cegielski, 1995). Że państwo opiekuńcze, zwłaszcza tak „rozbuchane”, spowalnia wzrost gospodarczy.  Kryzys początku lat 90. dość powszechnie przyjęto jako ostateczny upadek modelu szwedzkiego. W najbardziej programowej książce Leszka Balcerowicza (1998, s. 193) tę  konwencjonalną mądrość  pokwitowano, jak wyrok brzmiącym tytułem: Szwecja raj zbankrutowany.
...
A co może teoretycznie najciekawsze, w latach 1950-1990 gospodarka szwedzka wzrastała dość dokładnie w tym samym tempie co gospodarka Stanów Zjednoczonych15.  ...
Mocno to podważa  przekonanie o silnym związku stopnia redystrybucji dochodu narodowego ze stopą jego wzrostu.
...

Kolumbowy błąd   ..........   145

Nie sądzę, by wymagał uzasadnienia pogląd, że polska tradycja i kultura pracy bliższe są niemieckiej niż amerykańskiej. Chodzi nie tylko o zakres wcześnie wywalczonych przez ruch pracowniczy (związkowy i socjalistyczny) uprawnień pracowniczych, lecz także o kulturę polityczną, znajdującą wyraz w stanowisku obu stron (niezbyt) Okrągłego Stołu z 1989 roku.  Nie tylko Solidarność, ale i komunistyczna tradycja wycisnęły na polskiej mentalności silne piętno. Nieprzypadkowo najbardziej przemawiały do robotników  hasła rewindykacji idei, które miały legitymizować władze PRL. Dlaczego jednak w decydującym momencie historycznym niemieckie doświadczenie okazało się tak dalekie? Na pewne makrodeterminanty  wskazywałem już na początku artykułu. Zejdźmy teraz na poziom bezpośrednich decydentów. 

Przypomnijmy fakty związane z najwęższym  kręgiem paru osób, które bezpośrednio zadecydowały  o kierunku naszej transformacji.  W takich okresach „burzy i naporu” jednostki odgrywają ogromną rolę. O wielkości Tadeusza Mazowieckiego świadczy fakt, iż mimo wspomnianych na początku tego tekstu zaszłości szukał wzorów właśnie w Niemczech. Gdy formował rząd, powtarzał: „Poszukuję swego Ludwiga Erharda”.  Także wówczas, gdy jego zausznik, jak sam się określa, Waldemar Kuczyński doprowadził do spotkania Mazowieckiego z przyszłym dyktatorem gospodarczym, Leszkiem Balcerowiczem.

Balcerowicz przyjął propozycję Mazowieckiego, milcząco godząc się na rolę Erharda. Ale mógł sobie nie zdawać sprawy, że jego ówczesne poglądy sytuowały go na odległym biegunie myślenia o polityce gospodarczej. Chociaż bowiem miał za sobą świeżo napisaną monografię pt.
Systemy gospodarcze (1989), zapewne pamiętał nazwisko niemieckiego polityka wyłącznie jako kogoś, kto przeprowadził w 1948 roku śmiałą reformę pieniężno-cenową. Dzisiejszemu czytelnikowi może się to wydawać nieprawdopodobne, ale książka Balcerowicza nie zawiera ani jednego paragrafu poświęconego „społecznej gospodarce rynkowej”.  Nawet nazwisko samego Erharda oraz głównego teoretyka tego modelu, A. Armacka-Muellera, nie pojawiają się na jej stronach16.   
 
Dość podobny do Balcerowiczowego był również sposób myślenia Waldemara Kuczyńskiego. Przypomnijmy, że Kuczyński doskonale „czuł” gospodarkę realnego socjalizmu i jej kryzys. Jego książka wydana w drugim obiegu (
Po wielkim skoku, 1980) była wydarzeniem. Z Zachodem jednak zetknął się dopiero w 1982 roku, gdy wyjechał do Paryża, nie znając jeszcze języka francuskiego. To jedyne doświadczenie z zagranicą popchnęło go w objęcia monetaryzmu. Wprawdzie Francja przez wiele lat praktykowała indykatywne planowanie, w skutkach swych bliższe kulturze niemieckiej niż anglosaskiej, zwłaszcza amerykańskiej, ale nie w latach 80..!  Kuczyński był świadkiem dwóch wykluczających się ekstremizmów jednego polityka – Frnançois Mitterranda.  Najpierw zaaplikował on, bez odpowiedniego zaplecza społecznego, dużą porcję radykalnych reform gospodarczych. Ich pierwowzorem była, prowadzona w pierwszym dziesięcioleciu powojennym, polityka zmian systemowych. Naczelnym hasłem zachodnich partii socjaldemokratycznych lub socjalistycznych była wówczas nacjonalizacja kluczowych gałęzi gospodarki. A następnie, gdy ucieczka kapitału obcego i krajowego sparaliżowała gospodarkę, Mitterrand dokonał neoliberalnego zwrotu z iście neofickim zapałem.  Zaczęła się liczyć na pierwszym miejscu monetarystyczna walka z inflacją, równowaga finansów publicznych. Kolejne gabinety Mitterranda uprawiały politykę bliską thatcheryzmowi. Bardzo to znamienne, symboliczne wręcz, że jedyny komentarz, jaki Kuczyński opublikował, jeszcze przed powrotem do kraju, na temat postanowień Okrągłego Stołu, to obawa, że władze nie zdobędą się na spalenie nadwyżki („pustego”) pieniądza17. I choć słabo znał ekonomię amerykańską, okazał się otwarty na idące zza oceanu prądy. Tak więc, z siedmioletniego pobytu (1982-1989) we Francji (gdzie zajmował się głównie sprawami polskimi) Kuczyński wniósł do rządu bagaż teoretyczny daleki od idei SGR. Stał się po prostu wierzącym monetarystą18.   

Tadeusz Mazowiecki chyba nigdy nie wyrzekł się idei „społecznej gospodarki rynkowej”. Cóż z tego, skoro skutecznie go dezawuowali obaj wymienieni ekonomiści, wobec kwalifikacji których musiał ustępować19. Jego nieznajomość ekonomii, środowiska ekonomicznego, gospodarki i chyba jednak zbytnia ufność w przyjaźnie, zawarte w czasie pierwszej Solidarności, zadecydowały o tym,  iż popełnił on „kolumbowy błąd” : kandydatowi na kluczowe stanowisko mówił, iż szuka swego Erharda, czyli chce nawiązać do reform powojennych Niemiec, a zaakceptował neoliberalną receptę „waszyngtońskiego konsensu”. Ówczesne ustępstwo Mazowieckiego można zresztą tłumaczyć tak samo, jak zachowanie innej dramatis personae tamtego czasu – przez wiele lat znanego ze swej lewicowości – Jacka Kuronia. Zawiesił on ją, jak wiadomo, na czas budowy fundamentów gospodarki rynkowej. Jak gdyby istniał jakiś jeden typ fundamentu, na którym można wznosić różne budowle.  A fakt ten sprawił,  iż jako minister pracy nie stał się przeciwwagą dla  Balcerowicza.  Nie tylko pozostawił mu wolną rękę, lecz roztaczał nad jego Planem parasol ochronny. Skazywał się na rolę anastezjologa, gdy w swych wtorkowych pogadankach w TVP tłumaczył widzom, że muszą cierpieć w imię lepszego jutra. Sprzyjała temu  bierność Solidarności, która w decydujących miesiącach wychodziła dopiero z podziemia, zajęta sprawami wewnątrzorganizacyjnymi. Zaś jej przywódca, Lech Wałęsa, miał diaboliczny plan ograniczania siły Związku, gdyż uważał, że ze zbyt silnym związkiem nie da się przeprowadzić  radykalnej reformy gospodarczej20. A pakiet Balcerowicza zaakceptował bez jakiejkolwiek dyskusji wewnątrzzwiązkowej i zanim został on w pełni opracowany21.

Osobną sprawą jest łatwość, z jaką neoliberalny pakiet Balcerowicza przeszedł przez tak zwany Sejm Kontraktowy składający się przecież w dwóch trzecich ze starego układu.  Jak wytłumaczyć zachowanie owego starego układu, czyli PZPR, Stronnictwa Ludowego, zwłaszcza OPZZ?  Chyba wspomnianym wyżej „syndromem” Mitterranda, czyli łatwością przesiadania się z etatystycznego „konia” na rynkowy. Także poczuciem, że Historia posadziła je na oślej ławce. Nie lekceważyłbym też, powszechnego w ówczesnym parlamencie, czynnika zwykłej niewiedzy, tzn. nieumiejętności odczytania z przedstawionych Sejmowi ustaw dramatycznych konsekwencji społecznych. Narzucony przez rząd pośpiech odegrał tu rolę wysoce instrumentalną – nie było czasu na zastanawianie się, na szczegółową debatę22.

-----
22
Pisze o tym (może zbyt) dosadnie Aleksander Małachowski: „Byliśmy trochę jak barany prowadzone na rzeź i łatwo ulegaliśmy obietnicom polityków, mających decydujący głos w praktycznym wcielaniu w życie szkodliwych rozwiązań. Pamiętam,  jak łatwo jeszcze w Sejmie Kontraktowym zgodziliśmy się na szokową terapię Balcerowicza. Byłem wówczas w Komisji Budżetu i Planu. Jedyne, na co potrafiliśmy się zdobyć, to była napisana przez Ryszarda Bugaja (...) uchwała, stawiająca rządowi pewne warunki i wymogi co do tej terapii (...) Balcerowicz (...) i jego mentor, profesor Sachs, zwyczajnie nas, posłów bez doświadczenia, oszukali...” („Przegląd”, nr 11/2001).
-----

Na koniec wypada powrócić do pytania o losy socjalnych zapisów naszej Konstytucji. Czy w zakresie tutaj omawianym pozostaną one atrapą, gdyż procesy transformacji według wzorca amerykańskiego są tak zaawansowane, że zejście z tej drogi jest już niemożliwe? Czy też należy się liczyć  z powstaniem takiej możliwości.? Z następujących względów uważam tę drugą perspektywę za realną.
     Przede wszystkim liczne fakty świadczą , że niektóre rządy zachodnie potrafią dość skutecznie bronić się przed wolnorynkową globalizacją. Mieliśmy przykłady polityki dalekiej od wolnego rynku. Niekorporacyjne porozumienie z Wassenaar (1983) w konsekwencji przyniosło Holandii radykalny spadek bezrobocia – obecnie jest ono  parokrotnie mniejsze niż przed kilkunastu laty. Podobny charakter miało 10 lat później zawarte porozumienie duńskie. Poza tym kraje nordyckie nie tylko przystosowują się do pewnych reguł obowiązujących w UE, lecz także skutecznie, jak dotąd, bronią swej systemowej odmienności. Zwróćmy jednak uwagę, iż we wszystkich tych przypadkach istnieje zorganizowany partner kapitału, silne związki zawodowe. Nie czym innym, jak wyłamaniem się z wolnorynkowych zaleceń EWG, była szeroko zakrojona polityka przemysłowa, która legła u podstaw „cudu gospodarczego” w Irlandii. W szeregu krajów Unii rządy, na ogół we współpracy ze związkami zawodowymi, nauczyły się walczyć z bezrobociem i biedą. Unia Europejska – pod względem systemu podatkowego, systemu emerytalnego, polityki socjalnej – nie przestała być mozaiką. Na zewnątrz jednak Unia powinna być postrzegana i analizowana nie tylko jako region integrujący się, ale także jako samoizolujący się, wysoce protekcjonistyczny.        

Podstawowe więc pytanie brzmi: czy Polska odważy się, czy elitom władzy wystarczy sił, by zejść ze zgubnej drogi kapitalizmu nieokiełzanego i zacząć budować system oparty na doświadczeniach Niemiec czy Austrii lub Szwecji. Ostatnie półwiecze bowiem przyniosło spore zróżnicowanie systemowe również w świecie kapitalistycznym. Właściwie już wcześniej zaczął się kształtować system szwedzki czy ogólniej – skandynawski. Po wojnie zaś – W Japonii, Niemczech i Austrii – ukształtowały się specyficzne systemy, ostro różniące się od „klasycznego” kapitalizmu anglosaskiego.  Nawet obecnie w Unii Europejskiej nietrudno zauważyć duże zróżnicowanie. Obrazowo pisał o tym parę lat temu francuski autor głośnej książki Kapitalizm kontra kapitalizm, Micheal Albert: „W Europie nie istnieje jednorodny model gospodarczy. Model Wielkiej Brytanii jest bliższy Stanom Zjednoczonym niż Niemcom. Modelu włoskiego , zdominowanego przez kapitalizm rodzinny, słabość państwa, ogromny deficyt finansów państwowych i zadziwiającą żywotność małych i średnich firm, nie da się porównać z niczym innym, oprócz być może modelu Chińczyków z diaspory” (Albert, 1994, s. 24). Przy innych okazjach Albert wskazuje na odmienności modelu francuskiego (bliskiego raczej Hiszpanii) oraz niemieckiego. Najważniejsze jednak stwierdzenie Alberta dotyczyło tego, że walka o dominację kapitalizmu neoamerykańskiego i nadreńskiego wcale nie jest zakończona. A jej rezultat trudny do przewidzenia. „Będzie to wojna podziemna, gwałtowana, zacięta, lecz wyciszona, a nawet pełna hipokryzji, jak pełne hipokryzji są wszelkie walki koterii w łonie jednego kościoła. Walka bratnich wrogów, uzbrojonych w dwa modele – pochodne jednego systemu – będące nośnikami dwóch antagonistycznych rodzajów logiki w obrębie tego samego liberalizmu. I być może (...) dwóch systemów wartości...” (s. 26)       

----------------------
Tadeusz Kowalik – ur. 1926.  Profesor nauk humanistycznych i ekonomicznych. Pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN oraz w Wyższej Szkole Społeczno-Ekonomicznej (prorektor). Specjalizuje się w historii myśli ekonomicznej i ekonomii porównawczej. Studiował prawo i ekonomię na Uniwersytecie Warszawskim, w Wiedniu, Genewie, Cambridge, Waszyngtonie, Sztokholmie, Los Angeles. Wykładał w Toronto, Oksfordzie i Nowym Jorku.
Ostatnie publikacje: 
Współczesne systemy ekonomiczne (Warszawa 2000),  Why the social democratic option failed:  Poland’s  experience of systemic change, w: A.Glyn (red.)
Social democracy  in  neoliberal times, the left and economic policy since 1980 (Oxford 2001).       
----------------------------------------------------------------------------------------

Mieczysław Kabaj

Bezrobocie i ubóstwo. Elementy programu przeciwdziałania   .........   155

Poziom bezrobocia w Polsce zbliżył się do 3  mln  osób, a więc przekroczył wszelkie dopuszczalne granice.
...

Szanse, wyzwania, zagrożenia   .........   155

Najbliższe pięciolecie przyniesie największy w okresie powojennym przyrost zasobów pracy. Wiek produkcyjny (18 rok życia) osiągnie blisko 3,5 mln osób. Liczba młodych ludzi , którzy będą poszukiwać pracy, przekroczy 1 mln. Średnio w każdym roku należy tworzyć  200 tys. miejsc pracy, aby bezrobocie do 2005 roku nie zwiększyło się. Poziom wykształcenia młodych ludzi, wchodzących na rynek pracy, będzie znacznie wyższy niż w poprzednich pięcioleciach.

Ten obfity wzrost zasobów pracy i poziomu wykształcenia daje wielką szansę polskiej gospodarce pod warunkiem stworzenia odpowiednio dużej liczby nowoczesnych miejsc pracy. Stanowić może zagrożenie, jeżeli zabraknie szans zatrudnienia, a cześć wykształconych młodych ludzi zwiększy szeregi bezrobotnych, lepiej wykształconych i bardziej sfrustrowanych.  

          Warunki wyjściowe 

Wyzwania polskiej gospodarki są znaczne i nie odnoszą się tylko do wyżu przyrostu zasobów pracy. Warto przypomnieć, że w Polsce miały miejsce dwie fale wzrostu bezrobocia.
Pierwsza pojawiła się na początku transformacji...
Druga... w drugiej połowie 1998 roku
...
Bezrobocie rejestrowane nie stanowi jedynej formy marnotrawstwa pracy w Polsce. Faktyczne bezrobocie jest znacznie większe.
...
Pogorszyły się relacje miedzy liczbą osób pracujących a liczbą emerytów, rencistów i bezrobotnych.
...
Państwo, w którym dokonują się przyspieszone procesy przesuwania ludzi zdolnych do pracy ze sfery pracy do sfery podziału lub pomocy społecznej, będzie zawsze państwem biedniejszym, coraz trudniej będzie w nim zapewnić  przyzwoite emerytury i wynagrodzenia.

Przyspieszony proces budowy państwa socjalnego rozpoczął się w 1990  roku.
...
W okresie 10 lat „przesunięto” ponad 5 mln ludzi w wieku zdolności do pracy ze sfery tworzenia PKB do sfery podziału, głównie  do sfery zasiłków. Stwarza to ogromne zagrożenie ekonomiczne (zmniejsza konkurencyjność gospodarki) i społeczne (ogranicza możliwość wypłacania godziwych rent, emerytur i zasiłków).

          Cechy charakterystyczne polskiego bezrobocia

Polskie bezrobocie ma wiele aspektów społecznych, wymiarów i konsekwencji.
W ostatnich trzech latach liczba długotrwale bezrobotnych zwiększyła się o ponad 500 tys. osób. Następuje więc... patologizacja znacznej części bezrobotnych... 
...
Krótka charakterystyka nie oddaje obrazu polskiego bezrobocia; za liczbami kryją się ludzkie rozczarowania, frustracje tragedie;  kryje się ludzka bieda, brak szans i nadziei.
Warto dodać,  że ponad 80% bezrobotnych nie przekroczyło 44 roku życia, czyli znajduje się w tzw. mobilnym wieku produkcyjnym. Świadczy to o wielkim marnotrawstwie potencjału wytwórczego społeczeństwa. A jest to taki potencjał, który niewykorzystany przepada bezpowrotnie.   

Źródła wzrostu bezrobocia:  mity i rzeczywistość   .........   161

Wyłania się pytanie: dlaczego w okresie trzech lat bezrobocie wzrosło o 1,2 mln osób, czyli o blisko 70%?  Politycy (premier, ministrowie), niektórzy ekonomiści i publicyści znajdują łatwe wytłumaczenie. Bezrobocie rośnie  - powiadają – bo przeżywamy wyż demograficzny.
...
Wracamy więc do zasadniczej kwestii – do pytania: czy prawdziwe są twierdzenia polityków i niektórych ekonomistów, że w Polsce liczba bezrobotnych jest rezultatem czynników demograficznych, a więc niezależnych od polityki społeczno-gospodarczej.

Analiza trendów poziomu zatrudnienia w gospodarce dowodzi, że nie jest prawdą, iż przybywa miejsc pracy. Liczba tworzonych miejsc pracy jest znacznie mniejsza niż liczba likwidowanych.  W okresie trzech lat (1998-2000) ubyło netto ponad 500 tys. miejsc pracy...

Spadek liczby pracujących poza rolnictwem był największy w przemyśle (-261 tys.), w handlu (-125 tys.), budownictwie (-72 tys.).  Z wyjątkiem dwóch działów gospodarki (obsługa nieruchomości i administracja) wszystkie inne odnotowały spadek zatrudnienia.  

W całym okresie transformacji  (1990-2000; wyjątek stanowią lata  1994-1997) liczba miejsc pracy zmniejszyła się (netto) o 1,9 mln, a realne zasoby pracy zwiększyły się o ponad 1,5 mln. osób. Faktyczny deficyt miejsc pracy osiągnął w Polsce 3-3,5 mln.  Głęboki spadek zatrudnienia w polskiej gospodarce wynika nie tylko z restrukturyzacji całych działów (górnictwo, hutnictwo, koleje itd.), ale głównie z utraty konkurencyjności przedsiębiorstw na rynku wewnętrznym i za granicą (m.in. wskutek polityki celnej, stopy procentowej, sztucznej aprecjacji złotówki), z nadmiernej penetracji importowej (m.in. przez dumping i nierejestrowany import), spadku tempa wzrostu gospodarczego i inwestycji (omówimy te kwestie szerzej).

Uwagi. Niestety, jedną z głównych przyczyn „utraty konkurencyjności”, jest także niski poziom zarządzania w bardzo wielu polskich przedsiębiorstwach i silny opór przed jego rozumnym unowocześnieniem.  Trzeba było, albo „nie otwierać się na Zachód”,  pozostając w polskim, mało konkurencyjnym zaścianku, albo, gdy „zachciało się nam gospodarki wolnorynkowej, z otwarciem granic na zachodnią konkurencję”,  trzeba było najpierw odpowiednio przygotować  naszą kadrę kierowniczą. Stało się. Co będzie po wejściu do Unii? – Główna nadzieja, że Wspólnota Europejska, we własnym zresztą interesie, wcale nie jest zainteresowana w tym, żeby utrzymać w zacofaniu gospodarki  krajów członkowskich, a także dopuszczać do poważniejszych niepokojów społecznych, mogących zagrozić wszystkim. Nie jest zainteresowana..., na pewno będzie się starała nam pomóc,  ale to wcale nie oznacza, że za nas sama wszystko zrobi.
Anonimus     

Trzy paradoksy polskiego bezrobocia

1.  Polskie bezrobocie, w odróżnieniu od krajów bogatych, nie jest rezultatem nadprodukcji ...

2.  Obecnie mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją, kiedy „środki wytwórcze są niewykorzystane, ludzie bez pracy, maszyny niezatrudnione, ziemia nieuprawiona, ...

3.  Coraz częściej politycy mówią, że bezrobocie wynika z niskiego wykształcenia  społeczeństwa. Jest to tylko częściowo prawdziwe. Pod względem liczby studentów Polska znalazła się wśród najbardziej rozwiniętych krajów. Paradoksem jest, że w miarę wzrostu poziomu wykształcenia młodzieży rośnie liczba bezrobotnych, głównie wskutek zmniejszania się miejsc pracy w gospodarce.

Elementy programu   .........   165

Istnieje wiele ważnych społecznych i ekonomicznych powodów, aby dotychczasowe podejście do bezrobocia zmienić radykalnie poprzez podjęcie działań, mających na celu ograniczenie tempa likwidacji istniejących miejsc pracy oraz przyspieszenie procesu tworzenia nowych.
... 
Aby tworzyć więcej miejsc pracy, należy prowadzić prozatrudnieniową, dualną politykę rozwoju gospodarczego. Prozatrudnieniowe podejście do wzrostu gospodarczego nie ma charakteru socjalnego. Zmierza ono do pełniejszego wykorzystania czynników wytwórczych, optymalnej ich kombinacji z punktu widzenia ich obfitości lub rzadkości. Podejście to powoduje wiele problemów przy dużej obfitości zasobów pracy i bezrobociu. W tych warunkach strategia rozwoju nakierowana na wzrost zatrudnienia musi mieć charakter dualny, czyli stymulujący z jednej strony rozwój dziedzin o nowoczesnej technice, z drugiej zaś – dziedzin preferujących pracochłonny tryb wzrostu gospodarczego.  Pojęcie „dualny” ma oczywiście wiele wymiarów.  W gospodarce występuje bowiem wielka różnorodność  kombinacji pracy i kapitału:  od nowoczesnej techniki i dużej kapitałochłonności produkcji do bardzo prostej techniki i wysokiej pracochłonności.
... 
Największe znaczenie w przeciwdziałaniu bezrobociu mają działania na ośmiu współzależnych płaszczyznach:
(1)  pobudzanie procesów gospodarczych przez nieinflacyjny wzrost popytu efektywnego;
(2)  lepsze wykorzystanie zdolności wytwórczych przemysłu i rolnictwa dla produkcji towarów akceptowanych przez rynek i na eksport;
(3)  stymulowanie inwestycji;
(4)  promowanie eksportu i optymalizacja importu przez zwiększenie konkurencyjności polskich produktów;
(5)  opracowanie programu rozwoju budownictwa mieszkaniowego;
(6)  stymulowanie rozwoju małych przedsiębiorstw i zatrudnienia na własny rachunek (rozwój rzemiosła);
(7)  racjonalna ochrona miejsc pracy;
(8)  wzrost zatrudnienia przez obniżenie jego opodatkowania.

Niżej omówimy tylko cztery filary programu zatrudnienia, szczególnie ważne w najbliższych latach.

Aktywna polityka rynku pracy i elastyczne formy zatrudnienia   .........   194

Prawidłowa i aktywna polityka na rynku pracy ma charakter komplementarny w stosunku do prozatrudnieniowej polityki społeczno-gospodarczej. Głównym jej celem jest aktywizacja bezrobotnych, tworzenie mostów między światem bezrobocia i pracy przez szkolenie, prace interwencyjne, roboty publiczne, programy specjalne itd. Aby cele te mogły być skutecznie realizowane, niezbędne są odpowiednie środki finansowe ze składek przedsiębiorców i z budżetu państwa, a także zwiększenie efektywności programów rynku pracy.
     Faktycznie, jak wspomnieliśmy, wydatki publiczne na programy rynku pracy zostały w ostatnich latach zmniejszone i stanowią obecnie około 1% PKB. Z tej kwoty 80-85% przeznaczano głównie na zasiłki, a 15-20% na programy aktywne  (roboty publiczne, prace interwencyjne, szkolenie i pożyczki).
     Zarówno porównania międzynarodowe, jak i nasze doświadczenia wskazują na konieczność przesunięcia akcentu w polityce rynku pracy z działań osłonowych (wyplata zasiłków) na tworzenie warunków do trwałego zatrudnienia.
     Aby podnieść efektywność szkolenia, należy je projektować tak, by odpowiadało  potrzebom rynku pracy. Wydaje się, że najskuteczniejszą metodą osiągnięcia tego celu jest pełna współpraca trzech partnerów: urzędu pracy, pracodawcy zgłaszającemu zapotrzebowanie na pracowników oraz instytucji szkolącej.
 
 
Wnioski kierunkowe   .........   197

1.       Przedstawione tu niektóre elementy (działań i zadań)  programu ograniczenia sfery ubóstwa, promowania produktywnego zatrudnienia i zmniejszania bezrobocia  nie wyczerpują całości i kompleksowości programu. Nie omówiliśmy tu na przykład kwestii elastycznych form zatrudnienia, przebudowy systemu zasiłków, aby sprzyjały zatrudnieniu (elementy te przedstawia Rysunek 2.).

2.      Program zawiera zadania proste, a także bardziej złożone, wymagające dalszych prac i dyskusji. Oczywista jest konieczność lepszego wykorzystania potencjału wytwórczego przemysłu i rolnictwa, podniesienie efektywności wydatków publicznych na programy rynku pracy, wyeliminowania zasiłków pozornych i zniechęcających do podejmowania pracy. Oczywiste jest także wyeliminowanie takich paradoksów, jak z jednej strony – bezrobotni korzystający z pomocy społecznej. A z drugiej – niewykorzystane maszyny, leżące odłogiem 2 mln hektarów uprawnej ziemi, bezrobotni rolnicy, import zboża i często niezaspokojone elementarne potrzeby ludzi ubogich i bezrobotnych.   

3.      Strategia aktywnego przeciwdziałania ubóstwu musi stanowić integralny element polityki społeczno-gospodarczej państwa, samorządów i władz lokalnych.
     Rozważania nasze sugerują  po pierwsze, że głównym sposobem ograniczenia ubóstwa  jest zmniejszenie bezrobocia przez tworzenie nowych miejsc pracy i aktywizację zawodową ludzi ubogich.
     Po wtóre, ważną rolę może spełnić aktywna polityka rynku pracy, umożliwiająca przejściową aktywizację bezrobotnych (szkolenie, prace interwencyjne, roboty publiczne itd.).
     Po trzecie, system pomocy bezrobotnym i ubogim wymaga głębokiej przebudowy.  Należy odbiurokratyzować urzędy pracy, poświęcić znacznie więcej środków na aktywizującą pomoc bezrobotnym i ubogim, którzy korzystają z zasiłków pomocy społecznej.
     Po czwarte, należy prowadzić politykę dochodów korzystną dla ludzi ubogich. Trzeba odejść od polityki, która powoduje przejęcie całkowitego przyrostu dochodów przez nieliczną grupę ludzi bogatych i bardzo bogatych. Nie musi to prowadzić do zmniejszania dochodów tych ostatnich, ale do stworzenia warunków stopniowego osiągania godziwych dochodów (głównie z pracy)  przez ludzi ubogich, tak jak się to dzieje w krajach Unii Europejskiej.

4.      Realne wydają się dwie formy przejściowej aktywizacji bezrobotnych, jeżeli nie można im zapewnić pracy lub szkolenia.
Po pierwsze, należy w większym zakresie umożliwić bezrobotnym pracę w charakterze wolontariuszy...
 Po drugie, wprowadzoną do ostatniej ustawy możliwość organizowania krótkookresowych robót publicznych trzeba wykorzystać w szerszym zakresie, gdyż stwarza ona pewne szanse dla aktywności bezrobotnych. 

5.      System ekonomiczny budowany w Polsce nie może zaspokajać potrzeb i aspiracji tylko nielicznych grup społecznych, marginalizując oraz skazując na ubóstwo i pomoc społeczną znaczne grupy ludzi, którzy mogą pracować i wytwarzać.  Zatrudnienie nie może być tylko „resztą” procesów gospodarczych. Należy tworzyć i stosować  strategię prozatrudnieniowego rozwoju, przyjaznego także dla ludzi ubogich i trwale bezrobotnych.

6.      Przedstawiony tu zarys programu aktywnego przeciwdziałania ubóstwu i bezrobociu zawiera wiele elementów nowych i dyskusyjnych, które wymagają dalszych prac i konkretyzacji.  Nie można znacznie ograniczyć  bezrobocia, szczególnie długotrwałego, bez zmiany myślenia, bez nowej polityki wychodzącej poza wiedzę konwencjonalną, bez odwagi podmiotowego traktowania człowieka w polityce społeczno-gospodarczej. Aby tego dokonać, niezbędne jest uznanie tworzenia produktywnych miejsc pracy i ograniczania bezrobocia za jeden z najważniejszych priorytetów polityki społeczno-gospodarczej  w najbliższym pięcioleciu. Polityka społeczno-gospodarcza i polityka pomocy społecznej  muszą być przyjazne aktywnemu ograniczaniu ubóstwa, bezrobocia, wzrostowi produktywnego zatrudnienia, tworzeniu miejsc pracy i aktywizacji bezrobotnych. Powinien jej przyświecać cel nadrzędny : praca – nade wszystko praca i dochody z pracy muszą mieć prymat nad zasiłkami.    

7.      Wierzymy, że wiele elementów tego programu zostanie wdrożonych do praktyki gospodarczej i że umożliwią one znaczne ograniczenie bezrobocia, ubóstwa i marginalizacji społecznej. Warunkiem osiągnięcia tego celu jest zmiana postaw elit...  Elity polityczne podejmują problemy bezrobocia w okresie kampanii wyborczej, po czym kwestie te ignorują26.  Postawy dominujące wśród polskich elit cechuje systemowa obojętność wobec wielkich kwestii społecznych – bezrobocia, ubóstwa i marginalizacji społecznej.

26  Tezy te można zilustrować wieloma przykładami, np. w plenarnej debacie sejmowej  (w maju 2000 r.) na temat bezrobocia... uczestniczyło kilkunastu posłów.

----------------------
Mieczysław Kabaj – ur. 1933.  Profesor w Instytucie Pracy i Spraw Socjalnych, doktor habilitowany nauk ekonomicznych. Specjalizuje się w ekonomii pracy i problemach polityki społecznej. Wieloletni ekspert ONZ i Międzynarodowej Organizacji Pracy w Genewie. Członek Komitetu Nauk Ekonomicznych Polskiej Akademii Nauk, Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej i Komitetu Prognoz „Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN.
Najważniejsze publikacje w latach 1995-2000: Partycypacyjny system wynagrodzeń i motywacji – w kierunku kapitalizmu partycypacyjnego, płacy godziwej i wydajnej pracy (IPiSS, Warszawa 1995),  Searching for a New Results-oriented Wage Negotation System in Poland (ILO, EC, Budapest 1995), Programmes and Strategies for Counteracting Unemployment and the Promotion of Productive Employment in Poland (ILO, Genewa 1996),  Strategie i programy przeciwdziałania bezrobociu (Wydawnictwo Naukowe „Scholar”, Warszawa 1998), Program przeciwdziałania ubóstwu i bezrobociu (IPiSS, Warszawa 2000).
  

----------------------------------------------------------------------------------------

Stefan Zgliszczyński

Koncepcje sprawiedliwości społecznej   .........   203

Pisanie o czymś, czego nie ma i nigdy nie było, stanowi niejaką trudność. Kłopot staje się tym większy, gdy uświadomimy sobie, że w imię tego abstrakcyjnego stanu, postrzeganego niejednokrotnie jako realnie istniejący byt społeczny, ludzkość dokonywała i wciąż dokonuje gigantycznego wysiłku  emancypacyjnego, który w bezprecedensowy sposób zmienia historię świata i cywilizacji. Sprawiedliwość  społeczna, bo o niej właśnie mowa, przyświecała bowiem twórcom najdonioślejszych systemów etycznych, była również celem najpotężniejszych ruchów społecznych , jakie znał świat, ba! – to właśnie ona  stała się podwaliną  nowoczesnych systemów ustrojowych, w jakich przyszło nam żyć u progu XXI wieku. 

Tym większa jest więc konfuzja autora, który za cel postawił sobie szczątkowe chociażby i schematyczne naszkicowanie historycznego rozwoju koncepcji, o jakiej śmiało można powiedzeń, iż jest źródłem nowoczesnego prawodawstwa, ustrojów politycznych, systemów etycznych i religijnych oraz – last but not least – punktem odniesienia współczesnego dyskursu, obejmującego większość dziedzin, od ekonomii począwszy, a na kulturze skończywszy.

Istotnym na wstępie jest przypomnienie, ż sprawiedliwość społeczna jest niczym innym jak sprawiedliwością postrzeganą jako atrybut stosunków społecznych. Innymi słowy jest to sprawiedliwość jako immanentna cecha wszelkich przejawów współżycia w obrębie gatunku Homo sapiens. 

Banał?  Owszem, ale tylko pozornie. Okazuje się bowiem, iż mimo że o „urzeczywistnianiu zasady sprawiedliwości społecznej” przez Rzeczpospolitą Polską mówi już Artykuł 2 Konstytucji, próżno szukalibyśmy w komentarzach do niej satysfakcjonującego wyjaśnienia, cóż takiego miałoby to oznaczać. 

Niektórzy autorzy przyznają wprost z rozbrajającą szczerością, iż „sprawiedliwość społeczną traktuje się jako ozdobnik stylistyczny w przepisach, pozwalający rozstrzygać problemy prawne według osobistego poczucia sluszności”2. 

Filozoficzne teorie sprawiedliwości   .........   204

Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie sprawiedliwości najwybitniejsi znani nam filozofowie poświęcili specjalnie dużo uwagi i miejsca.

Już Platon  (w Państwie)  zalicza sprawiedliwość do czterech kardynalnych cnót – obok mądrości, dzielności i roztropności – ale nadaje jej specjalne znaczenie. Odnosi się ona mianowicie nie tylko do jednostek tworzących polis, jak to jest w przypadku reszty cnót, ale jest również cnotą charakteryzującą samo polis. Co więcej, Platon utożsamia sprawiedliwość z etycznością i wymaga od członków społeczeństwa bezwzględnego podporządkowania się jej regułom.    

Zupełnie odmienną optykę widzimy w koncepcji sprawiedliwości zawartej w nauczaniu Jezusa oraz świętego Pawła. Kładą oni przede wszystkim nacisk  na indywidualne,  „wewnętrzne” wyczucie sprawiedliwości, której źródłem jest dogmatyczny system norm nie państwowych, lecz religijnych.
  
Podobnie jak dla Platona, również i dla Arystotelesa, który – według Poppera – ma także na sumieniu zainspirowanie  „totalitarysty” Hegla , sprawiedliwość jest cnotą doskonałą, połączeniem wszelkich cnót (Etyka nikomachejska) Co więcej, poczucie tego, co sprawiedliwe, a co nie, jest – jak twierdzi Arystoteles – wrodzoną cechą każdego człowieka (Polityka).

Relatywny charakter pojęcia sprawiedliwości jako faktu społecznego znajdujemy natomiast u cytowanego przez Diogenesa Laertiosa Epikura.  Zwraca na to uwagę w swojej dysertacji doktorskiej sam Karol Marks (Różnica między demokrytejską  a epikurejską filozofią przyrody), pisząc, że dla Epikura sprawiedliwość nie istnieje sama przez się, lecz tylko we wzajemnych stosunkach między ludźmi, którzy zawierają odpowiednie umowy i układy.

Na sprawiedliwość, jako szczególny i wyjątkowy sposób „bycia cnotliwym”, zwracał również uwagę Kant  (Metafizyka moralności), uważany za jednego z głównych wyrazicieli negatywnego (liberalnego) ujęcia sprawiedliwości.

W przytoczonych wyżej koncepcjach zwraca uwagę silne związanie sprawiedliwości z moralnością.
...  
Współcześnie najbardziej rozpowszechnione jest tzw. liberalne ujęcie sprawiedliwości. Najzwięźlej można je przedstawić następująco: „Sprawiedliwe jest takie społeczeństwo, w którym dozwolone są wszelkie działania nie naruszające niczyich praw, tj. nie stosujące pierwotnej przemocy i oszustwa, do których należą również wykroczenia przeciwko własności i przemoc strukturalna. Człowiek działa sprawiedliwie, jeśli nie narusza niczyich praw ”4.  Szybko jednak stało się oczywiste (rzecz jasna nie dla liberałów), iż negatywne określenie sprawiedliwości jedynie przez zakaz naruszania prawa po prostu nie wystarcza. Teoria sprawiedliwości musi bowiem określić, jak poza przemocą i oszustwem można sprawiedliwie rozwiązywać konflikty społeczne. Wymaga pozytywnego określenia podstaw rozwiązywania tychże konfliktów..

Wielu współczesnych myślicieli próbuje na zrębach liberalnej koncepcji sprawiedliwości  stworzyć definicję sprawiedliwości, pozwalającą na ominięcie raf czyhających na jej klasyczną protoplastkę. Chętnie przeze mnie przytaczany „pogromca marksizmu” K.R. Popper definiuje sprawiedliwość jako:  „/a/  równy udział w ciężarach społecznych, to znaczy w tych ograniczenia wolności, jakie są nieuniknione w życiu społecznym;  /b/ równość wobec prawa pod warunkiem, że  /c/ nie wykazuje ono tendencji do faworyzowania lub ograniczania jednych obywateli, grup czy klas kosztem czy na korzyść innych;  /d/ bezstronność sądów; oraz /e/ równy udział w korzyściach (a nie tylko ciężarach), jakie państwo może oferować obywatelom”5.        

Z kolei najbardziej znany obecnie badacz teorii sprawiedliwości, Amerykanin John Rawls, tak oto górnolotnie określa role sprawiedliwości:
„Jak prawda w systemach wiedzy, tak sprawiedliwość jest pierwszą cnotą społecznych instytucji. Teorią nieprawdziwą, choćby nawet wielce ekonomiczną i elegancką, trzeba odrzucić albo zrewidować; podobnie prawa i społeczne instytucje, nieważne jak sprawne i dobrze zorganizowane, muszą zostać zreformowane bądź zniesione, jeśli są niesprawiedliwe. Każda osoba ma oparte na sprawiedliwości prawo do osobistej nietykalności, którego nie można jej pozbawić nawet przez wzgląd na dobro społeczeństwa jako całości. Dlatego sprzeczne jest ze sprawiedliwością, by czyjąkolwiek utratę wolności usprawiedliwiać wzrostem dobra stającego się udziałem innych. Nie pozwala ona, by zadośćuczynieniem za wyrzeczenia narzucone nielicznym było zwiększenie sumy korzyści odnoszonych przez wielu. Stąd w społeczeństwie sprawiedliwym swobody płynące z posiadania równych praw obywatelskich uważa się za nienaruszalne; prawa gwarantowane przez sprawiedliwość nie stanowią przedmiotu politycznych przetargów czy rachunku społecznych korzyści. Jedyną racją usprawiedliwiającą posługiwanie się błędną teorią jest brak lepszej; analogicznie, niesprawiedliwość daje się tolerować jedynie wtedy, gdy jest to konieczne dla uniknięcia większej jeszcze niesprawiedliwości. Prawda i sprawiedliwość, jako cnoty naczelne ludzkiej działalności, są bezkompromisowe”6.                 
Rawls jest najbardziej znany, a jednocześnie najbardziej krytykowany za swoją koncepcję sprawiedliwości społecznej, którą formułuje następująco:  „Wszelkie pierwotne dobra społeczne – wolność i szanse, dochód i bogactwo, a także to, co stanowi podstawy poczucia własnej wartości – mają być rozdzielane równo, chyba że nierówna dystrybucja któregokolwiek z tych dóbr bądź wszystkich jest z korzyścią dla najmniej uprzywilejownych”7. 

Cytowany już przeze mnie Ulrich Steinvorth szydzi z Rawlsa , utrzymując, że tak pojmowana zasada sprawiedliwości jest formułą „praktyki tak zwanego Stachanowskiego systemu bodźców materialnych”, która „przyporządkowuje państwu funkcje urzeczywistniania sprawiedliwości, zgodnie z którą każdy uzyskuje «to, co mu się należy»,  ponadto określa je jako to, co ma być równe, ale uzupełnione bodźcami materialnymi dla produktywniejszych”8. 

Marksowska koncepcja sprawiedliwości społecznej   .........   209

Prawdziwa rewolucja w podejściu  do sprawiedliwości społecznej wiąże się jednak dopiero z nazwiskiem Karola Marksa.

Paradoksalne, że jest to jeden z niewielu momentów w dziejach, kiedy wywraca się do góry nogami jakąś obrosłą tradycją koncepcję, niewiele o niej samej mówiąc. Otóż Marks uważał większość filozoficzno-historycznych dysput dotyczących sprawiedliwości za czczą gadaninę i jałowe moralizatorstwo. Wskazywał na relatywizm pojęć moralnych danej epoki, sprowadzający się do tego, iż panujący w danym czasie i danej społeczności ład moralny i polityczny był po prostu odzwierciedleniem myśli i moralności panujących. Krótko mówiąc, klasa panująca ekonomicznie skupiała w swoim ręku władzę polityczną, która stawała się instrumentem oddziaływania na poglądy i postępowanie całego społeczeństwa, podporządkowane ściśle interesom tejże klasy. Nie ma wobec tego sensu rozprawiać o sprawiedliwości w języku przyjętym w danych systemach ustrojowych i ekonomicznych, gdyż jest to zawsze język panującej klasy wyzyskiwaczy, która sama określa, co jest, a co nie jest sprawiedliwe, i wykorzystuje to m. in. do antagonizowania klas wewnątrz danej społeczności, a także – o ile się to jej opłaca – wychodzi z tym na forum międzynarodowe, co skutkuje rozlicznymi konfliktami i wojnami. 

Marks uważa, że to nie stosunki ekonomiczne  regulowane są przez prawo, ale na odwrót – stosunki prawne wynikają z ekonomicznych (
Krytyka programu gotajskiego). Podaje przy tym wiele przykładów, jak historycznie zmieniało się postrzeganie pewnych zjawisk społecznych w zależności od zmieniających się interesów ekonomicznych klasy panującej –  np. stosunek burżuazji do niewolnictwa czy przypisania chłopa do ziemi. Zarówno jedno, jak i drugie zaczęło w pewnym momencie przeszkadzać burżuazji w dokonywaniu kapitalistycznych transakcji, oba więc zostały przez nią określone jako sprzeczne z zasadą „naturalnej sprawiedliwości”.  Dla burżuazji treść transakcji kapitalistycznej jest – jak pisze Marks – „sprawiedliwa, o ile odpowiada sposobowi produkcji, o ile jest z nim zgodna. Jest niesprawiedliwa, gdy jest z nim sprzeczna”9.
Tak więc dla Marksa niesprawiedliwość społeczna jest naturalnym stanem społeczeństwa kapitalistycznego, w którym burżuazja usiłuje przekonać pracowników najemnych do swoich drobnomieszczańskich teorii – a więc do rzekomej równości wobec prawa, wolności sprzedawania własnej siły roboczej czy też, szczyt radykalizmu!, do konieczności pewnego ograniczenia własności prywatnej i oparcia podziału dóbr na zasadzie „każdemu według jego pracy” i „każdemu równe szanse”.  

Należy zauważyć, iż to, co święci dziś tryumfy jako socjalliberalny model „wyrównywania szans” i „godziwego opłacania pracy”, już przed półtora wiekiem zostało przez Marksa trafnie scharakteryzowane jako jeszcze jeden trik posiadaczy, mający na celu zdezaktywizowanie środowisk robotniczych, słusznie domagających się pełnego udziału w korzyściach wynikłych z procesu produkcji. Ale o tym pozwolę sobie napisać w następnym rozdziale.

Egzemplifikacją sprawiedliwości społecznej, jaka zapanuje dopiero po obaleniu kapitalizmu w bezklasowym, komunistycznym społeczeństwie, była dla Marksa zasada nie „każdemu według jego pracy” , ale „każdy według swoich zdolności, każdemu według jego potrzeb”. Dopiero ta zasada, uwzględniająca nierówne zdolności ludzi, a jednocześnie domagająca się równej dla wszystkich możliwości rozwijania tych nierównych zdolności i zaspokajania różnych potrzeb, odpowiadała,  zdaniem Marksa, wymogom prawdziwej sprawiedliwości. Pozwoli ona bowiem na zniesienie nie tylko „nierówności materialnych”, jakie są pomiędzy ludźmi, ale przede wszystkim na zniesienie bardziej dotkliwej nierówności, wynikającej ze stosunków społecznych, będącej właściwą przyczyną duchowej i materialnej degradacji człowieka10.

Konkludując: „Zamiast konserwatywnego* hasła: Sprawiedliwa płaca za sprawiedliwy dzień roboczy robotnicy powinni wypisać na swym sztandarze hasło rewolucyjne: Zniesienie systemu pracy najemnej11.

*  Na marginesie.  Gdyby to „konserwatywne hasło”  było, chociaż w granicach przyzwoitości”, powszechnie realizowane, na świecie prawdopodobnie byłoby znacznie mniej rewolucji, niepokojów społecznych i terroryzmu.
Anonimus

Neoliberalna „równość szans”   .........   212

Ostatnie dwadzieścia lat stanowi pod względem rozwoju koncepcji sprawiedliwości społecznej regres, i to w stopniu niedostatecznie jeszcze uświadamianym przez tzw. szeroką opinię publiczną.  Główny atak, jaki został przypuszczony na zasadę sprawiedliwości społecznej ze strony neoliberalizmu w minionych dwóch dekadach, koncentrował się na  dezawuowaniu zasady równości, będącej jej fundamentem. 

Liberałowie, od Hayeka do Rawlsa, dowodzili mianowicie, że nierówność jest korzystna  dla wszystkich, zarówno tych „przegrywających”, jak i „wygrywających”.  Dlaczego?  Z trzech powodów.

Primo:  równość jest  „nienaturalna”, gdyż ludzie z  „natury” różnią się między sobą, a więc nierówność jest naturalnym stanem rzeczy w stosunkach społecznych. 

Secundo:  równość równa się nieefektywność;  zabija kreatywność, pozbawia motywacji niezbędnej  do konkurowania i rywalizacji.

Tertio: równość wyklucza swobodę działania rynku i absolutną wolność jednostki, oznacza więc przymus i jest przedsionkiem totalitaryzmu.   

Powyższa argumentacja,  w rzeczywistości bardzo krucha, trafiła na szczególnie podatny grunt w krajach „posttotalitarnych” byłego bloku radzieckiego. Zarówno zachwyt elit tychże krajów wolnością, jaką niesie kapitalizm, jak i opłakane efekty tzw. reform rynkowych miały swoje źródło właśnie w liberalnej wykładni równości, rozumianej jako kaganiec nakładany na jednostkę przez opresywną władzę.  

Co gorsza, po rozpadzie ZSRR, którego istnienie wzbudzało w pracodawcach kapitalistycznych jako taki respekt  i zmuszało do rozlicznych kompromisów ze światem pracy, na Zachodzie również zaczął się gremialny odwrót  od zasady równości w stosunkach społecznych, a co za tym idzie – ostateczne pogrzebanie marzeń o świecie sprawiedliwości społecznej.

Jak podaje raport oenzetowskiej Organizacji Rozwoju Przemysłowego z roku 1996, w latach 1960-1989 dystans między najbogatszymi a 20% najbiedniejszej populacji zwiększył się o około 50% i przewiduje się dalszy „wzrost nierówności na świecie, powodowany przez procesy globalizacji”12.

Termin „równość” zastąpiono więc „równością szans”, co miało dać podobny efekt znieczulający, jak termin „społeczna gospodarka rynkowa” – czyli stary, dobry kapitalizm funkcjonujący na tych samych zasadach, które blisko półtora wieku temu opisał w Kapitale Marks, ale podany w nowym, atrakcyjnym opakowaniu.  

I tak „równość szans” sprzedawana jako towar pierwszej świeżości, będący  wyjściem z pułapki, którą stanowił rzekomo postulat tradycyjnej równości, egzekwowany przez silne państwo.

Jednakże tak jak nierówność wcale nie gwarantuje odmienności, kreatywności, efektywności i wolności jednostki, oznacza natomiast nieodwracalną degenerację całych warstw społecznych, ich ucisk i wyzysk, a jedyną wolnością, jaką gwarantuje, jest możność roszczenia sobie przez mniejszość prawa do przywilejów kosztem większości – tak „równość” szans pozwala jedynie usprawiedliwić nierówność rezultatów. Tak to jest z naszymi ulubionymi reklamami proszków do prania – każdy proszek pierze tak samo, ale na rynku utrzyma się tylko ten, którego producent będzie miał dostatecznie dużo pieniędzy na jego promocję.        

Kanclerz Niemiec Schroeder i premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, główni przedstawiciele „odnowionej” w liberalnym duchu socjaldemokracji, mówią wprost, iż nie chcą społeczeństwa bez nierówności, i postulat równości zastępują „równością szans”. Dlaczego?  Proste: tam, gdzie jest równość, nie potrzeba szans, a tam, gdzie potrzeba szans, nie ma równości – jest za to loteria, na której wygrywa paru, a większość nie ma nawet szansy na nagrodę pocieszenia.    

Ruch antyglobalizacyjny – w poszukiwaniu nowej formuły sprawiedliwości społecznej   .........   214

Po głośnym odtrąbieniu odwrotu od budowania społeczeństwa sprawiedliwości społecznej przez czołowe socjaldemokratyczne partie europejskie ciężar odpowiedzialności za los świata pracy zdaje się przenosić na drugą półkulę. 

Wydarzenia ostatnich lat i miesięcy, szczególnie bezprecedensowe zaktywizowanie się  światowego ruchu antyglobalizacyjnego – którego zwieńczeniem było Światowe Forum Społeczne, jakie odbyło się w dniach 25 – 30 stycznia 2001 roku w brazylijskim mieście Pôrto Alegre – wskazują, iż widmo sprawiedliwości społecznej krąży nad Ameryką Łacińską i stamtąd promieniuje na resztę świata. 

Nieprzypadkowo.  Ameryka Łacińska ma bowiem najdłuższą kartę w walce z jankeskim liberalizmem, wspieranym przez dzielnych chłopców z CIA i US Marine. Historia krajów tego regionu, wybijających się na niepodległość najpierw spod kolonializmu hiszpańskiego i portugalskiego, a potem neokolonializmu gospodarczego Stanów Zjednoczonych, to jedyna w swoim rodzaju lekcja budowy społeczeństwa sprawiedliwości społecznej . Lekcja, o której my, mieszkańcy wschodniej Europy, wiemy w dalszym ciągu niewiele.

Początek XX wieku w krajach Ameryki Łacińskiej to umacnianie się wpływów wielkoobszarniczej oligarchii burżuazyjnej, wspieranej finansowo i militarnie przez rząd USA oraz amerykańskie megakoncerny, które w zamian za oddanie w ich ręce całego przemysłu wydobywczego i przetwórczego regionu pomagały w utrzymaniu się przy władzy krwawym i bezwzględnym dyktatorom. Zdesperowane wyniszczającą całe populacje polityką marionetkowych reżimów, społeczeństwa krajów, pogardliwie nazywanych „republikami bananowymi”, co i raz chwytały za broń.

Najsłynniejsze rewolucje to oczywiście demokratyczna chilijska oraz kubańska i nikaraguańska, ale można bez zbytniej przesady powiedzieć, iż nie ma państwa na tym ogromnym kontynencie, w którym nie byłoby masowych protestów, zbrojnych wystąpień partyzantki miejskiej i wiejskiej, rewolucji i przewrotów właśnie w imię sprawiedliwości społecznej.

Trudno się zresztą  temu dziwić, gdyż nagromadzenie kontrastów społecznych jest w Ameryce Łacińskiej nieprawdopodobne. Dość wspomnieć, że właścicielami 90% całej ziemi w Brazylii jest 10% najbogatszych obywateli, których dochody w porównaniu z resztą Brazylijczyków są jak jeden do wielu tysięcy.
...
(...)  Jednym z głównych celów Stowarzyszenia, a także forum w
Pôrto Alegre, jest reforma Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, aby z instytucji służących de facto najbogatszym, jako egzekutorowie długów, stały się promotorami rozwoju najuboższych państw.

Opłakane skutki działalności instytucji z Bretton Woods widoczne są również w Polsce. Masowe bezrobocie, rygorystyczna polityka monetarystyczna, pogłębiająca w szalonym tempie rozwarstwienie dochodów ludności, a przede wszystkim całkowite finansowe uzależnienie od zagranicznych wierzycieli (szczególnie od Stanów Zjednoczonych) – to znak rozpoznawczy działalności MFW i Banku Światowego na całym świecie. Niezwykle chętnie przyznawały one bowiem kredyty skrajnie prawicowym juntom wojskowym, wiedząc doskonale, że gros pieniędzy idzie nie na rozwój gospodarczy, ale na łapówki i zakup uzbrojenia. Dla przykładu – dług Argentyny w 1976 roku, kiedy doszło tam do wojskowego zamachu stanu, wynosił 8 miliardów dolarów. 7 lat krwawych rządów wojskowych pozostawił demokratycznemu rządowi dług w wysokości... 60 miliardów!  Podobnie było w Brazylii i w znakomitej większości krajów regionu, które przeszły przez mękę  wojskowych dyktatur, hojnie wspieranych przez rząd USA i uległe wobec niego międzynarodowe instytucje finansowe. A długu zaciągniętego na ich warunkach nie sposób spłacić.  Próbował tego Meksyk. W latach 80., będąc „winnym” 100 miliardów dolarów, spłacił je kosztem  potwornego spadku stopy życiowej swoich obywateli i rujnacji gospodarczej kraju. Tyle, że po spłaceniu dług nadal wynosił... 100 miliardów. 

Nie chodzi bowiem o pieniądze, ale o to, by za ich pomocą całkowicie podporządkować  sobie dany kraj. Obecnie połowa Meksykanów żyje poniżej minimum biologicznego, zaś człowiek kontrolujący rynek kukurydzy jest miliarderem.  Po pól wieku trwania amerykańskiego „protektoratu” nad Brazylią raport ONZ z 1989 roku umieścił tę jakoby „cudowną krainę” na tym samym miejscu co... Albanię.  Okazało się po raz kolejny, że neoliberalizm służy tylko nielicznym, którzy bogacą się kosztem   postępującej pauperyzacji większości społeczeństwa. 
...
Dla liberałów bowiem to nie równość czy sprawiedliwość społeczna stanowią o demokracji. Jak stwierdził guru neoliberalizmu Milton Friedman – to zysk stanowi esencję demokracji, każdy zaś rząd stosujący praktyki antyrynkowe jest niedemokratyczny, chociażby się nawet cieszył poparciem społecznym (Kapitalizm i wolność).   
...
Takie właśnie neoliberalne rozumienie demokracji kazało liberałom z Friedmanem na czele poprzeć obalenie w 1973 roku legalnie wybranego prezydenta Chile Salvadora Allende i służyć przez lata krwawej, ale „prorynkowej”, juncie Pinocheta.  

(...)  Zdają sobie z tego sprawę również parlamentarzyści europejscy. Ci spośród z nich, którzy uczestniczyli w Światowym Forum Społecznym w P
ôrto Alegre, uchwalili deklarację. Czytamy w niej m. in.:

„(...)  Włączamy się w szczególności do bieżących kampanii wymierzonych przeciwko niemoralnym mechanizmom zadłużenia..., opodatkowania spekulacyjnych ruchów kapitału..., wyrugowania rajów fiskalnych, głębokiej reformy Światowej Organizacji Handlu i międzynarodowych organizacji finansowych, dotrzymywania zobowiązań ekologicznych...  W obliczu mnożących się układów o wolnym handlu i narastającej swobody, przyznawanej kapitałowi kosztem praw socjalnych i wymogów ekologicznych, pragniemy działać na rzecz poszanowania...  Odrzucamy merkantylizację i prywatyzację dóbr i służb publicznych mających na celu zaspokajanie podstawowych potrzeb ludzkości. W związku z tym utworzymy Międzynarodową Sieć Parlamentarzystów, która będzie miała za zadanie koordynację wystąpień w tych sprawach na forum naszych zgromadzeń w celu zapewnienia skuteczniejszego wsparcia działań ruchów społecznych i obywatelskich i uczynienia z nich uprzywilejowanych partnerów naszych zgromadzeń we wspólnych z nimi rozmyślaniach nad rozwiązaniami alternatywnymi. Uczynimy tak, ponieważ wierzymy, że inny świat jest możliwy”13.

     Ja również wierzę w to, że inny świat jest możliwy. Nie wiem jednak, czy on nastąpi. Jestem natomiast przekonany, że jeśli społeczności  nie jakiegoś biednego kraju czy kontynentu, ale całego świata  nie uda się w solidarnym wysiłku powstrzymać neoliberalnej globalizacji, w wyniku której biedni stają się jeszcze biedniejsi, a zyskują jedynie najzamożniejsi, wtedy ideał,  sprawiedliwości społecznej będzie jedynie pustym i niewiele znaczącym hasłem historycznym, a świat stanie się nie do zniesienia.  
----------------------
Stefan Zgliszczyński  – ur. 1967.  Absolwent filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i podyplomowej Szkoły Nauk Społecznych PAN. Publicysta, redaktor pisma „Lewą Nogą”, współpracownik European Center for Research and action  on Racizm and Antisemitism – autor opublikowanych raportów o Polsce za rok 1997 i 1998.
Autor wywiadu-rzeki  z Piotrem Ikonowiczem  Pracy i chleba (Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa 2000).

----------------------------------------------------------------------------------------

Piotr Krasucki

Społeczno-ekonomiczne uwarunkowania zdrowia   .........   223

Nie trzeba chyba tłumaczyć, czemu w publikacji o wyraźnie lewicowym charakterze nie mogło zabraknąć tego rozdziału.

Światowa Organizacja Zdrowia w swej konstytucji przyjęła następującą definicję:  „Zdrowiem nazywamy nie tylko brak choroby czy też niedomagania, lecz stan dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego”. 
...
Bez względu bowiem na to, jakie znaczenie nadamy pojęciu „zdrowie”, poziom zdrowia jednostki zależny będzie od:
-  jej wyposażenia genetycznego,
-  dostępnego dla niej poziomu warunków zdrowotnych,
-  stylu jej życia,
-  możliwości korzystania przez nią z usług systemu  opieki zdrowotnej i sprawności tego systemu.

W wielu publikacjach, w tym także uznawanych za naukowe, a pojawiających się w Polsce w ostatnich latach, przypisuje się tym uwarunkowaniom liczby, mówiące w jakim stopniu każde z nich tę odpowiedzialność ponosi. Autorzy tych tekstów pouczają nas nieustannie, że „nasze zdrowie jest w naszych rękach” i w przeważającej mierze zależy od wybranego przez nas stylu życia. Tak jest może wśród należących do klasy średniej obywateli bogatych państw zachodnich. Aby bowiem prowadzić właściwy styl życia, po pierwsze - musi nas na to stać, po drugie – muszą w ogóle istnieć warunki taki styl życia umożliwiające.

Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia  do warunków zdrowotnych zaliczyli:
-  stan zdrowia i zaopatrzenia w żywność,
-  warunki mieszkaniowe,
-  stan zaopatrzenia w odzież,
-  poziom wykształcenia,
-  sytuację na rynku pracy,
-  warunki pracy,
-  możliwość korzystania ze środków łączności i komunikacji,
-  ilość czasu wolnego oraz możliwości wypoczynku i rozrywki,
-  rozmiary i strukturę spożycia zbiorowego,
-  system zabezpieczenia społecznego,
-  możliwość korzystania z praw i swobód obywatelskich.

Z analizy poziomu poszczególnych warunków życia w naszym kraju wynika, że mimo znacznej poprawy w ciągu ostatnich 50 lat dla niektórych są one nadal i bezwzględnie, i relatywnie niskie. Przyjrzyjmy się im po kolei.

Co się tyczy odżywiania...

W odniesieniu do warunków mieszkaniowych...

Dramatycznie prezentuje się sytuacja na rynku pracy. Rośnie bezrobocie...

Warunki pracy...

Polska nadal wlecze się w ogonie Europy w odniesieniu do problemów komunikacji i łączności.

Fatalnie przedstawiają się możliwości wypoczynku, regeneracji sil i rozrywki. Wynika to...

Światowa Organizacja Zdrowia jako jeden z podstawowych swoich celów wymieniła „równość szans zdrowotnych wszystkich ludzi”. Implikuje to przyznanie spożyciu zbiorowemu należnej mu wysokiej rangi. Jednakże nasza transformacja ustrojowa potraktowała spożycie zbiorowe jako relikt „realnego socjalizmu” starając się skutecznie zlikwidować to, co było jedną z nielicznych zalet tego systemu.
...
(...)  A Unia Europejska w ostatnich latach zdrowiu i jego uwarunkowaniom poświęciła wiele uwagi. Typowym przykładem kierunku działania, tradycyjnie przyjmowanego przez nią  w dziedzinie opieki zdrowotnej, jest zalecenie Rady Ministrów UE z 1992 roku, z którego wynika, że kraje członkowskie powinny:
...
Zanim przejdziemy do uwag o sytuacji w naszym kraju, warto przypomnieć, że już przed 10 laty Mackenbach (1991) zwracał uwagę na „ogromną dysproporcję między wzrostem wydatków na ochronę zdrowia a osiągniętymi rezultatami”.
...
Z pewnością wszyscy mamy „jednakowe żołądki”, ale z taką samą pewnością rzekome solidarnościowe rządy dążą do pogłębienia nierówności w dochodach w coraz większym stopniu.
Ze względu na ubóstwo naszego kraju...
Z tego punktu widzenia – choć nie tylko z tego – wszelkie dalsze próby ograniczania redystrybucji dochodów oraz ograniczanie ich repartycji grożą drastycznym pogłębieniem nierówności w zdrowiu.
(...)  Nędza i brak wykształcenia są decydującymi determinantami złego stanu zdrowia.
...
Sytuacja w Polsce nie skłania do optymizmu.
...
----------------------
Piotr Krasucki – ur. 1932.  Ukończył Akademię Medyczną w Łodzi w roku 1954, a w 1972. uzyskał  stopień doktora nauk medycznych. Pracował w Instytucie Medycyny Pracy w Łodzi, a następnie jako lekarz przemysłowy w Stołecznej Przychodni Przemysłowej. W latach 1980-1990 był ekspertem Komisji Krajowej NSZZ Solidarność, a w latach 1990-1992 – doradcą prezesa ZUS.
Autor 10 publikacji książkowych i ponad 200 artykułów w czasopismach fachowych. 
------------------------------------------------------------------------------------

Jerzy Wiatr

Lewica wobec wyzwań edukacyjnych   .........   251

Powszechne przekonanie, że edukacja stanowi podstawowy problem społeczeństw na progu XXI wieku, nie powinno przesłaniać tego, że pomiędzy głównymi nurtami politycznymi istnieją głębokie różnice w pojmowaniu zadań edukacyjnych, przed którymi stoimy obecnie.  Trzeba więc wyjść poza to, co powszechnie akceptowane, i rozważyć, na czym polega – lub powinna polegać  – lewicowa strategia działań edukacyjnych.  

Myśląc o takiej strategii, należy zdać sobie sprawę z kilku okoliczności czyniących  każdy program edukacyjny, realizowany w najbliższych latach w Polsce, znacznie trudniejszym niż w krajach od nas zasobniejszych i rozwijających się bez wielkich wstrząsów co najmniej od kilku pokoleń. Jeśli mając na myśli zamożne społeczeństwa zachodnie, takie jak brytyjskie, Anthony Giddens postuluje inwestowanie w kapitał ludzki jako rzecz najważniejszą dla rozwoju kraju i zapewnienia ludziom niezamożnym ekonomicznego i społecznego bezpieczeństwa1, to tezy te są jeszcze bardziej prawdziwe w kraju, który musi dokonać wielkiego wysiłku, by zmniejszyć dystans dzielący go od najbardziej zaawansowanych.
...
(...)  Strategia edukacyjna lewicy musi podjąć pięć wielkich wyzwań.
Po pierwsze: trzeba doprowadzić do tego, by jakość kształcenia odpowiadała rosnącym  wymaganiom współczesnego świata.
Po drugie:  trzeba tak przebudować system edukacyjny, by sprzyjał on wzrostowi gospodarczemu, w szczególności zaś – by ułatwiał znajdowanie pracy na szybko zmieniającym się rynku.
Po trzecie:  trzeba stworzyć warunki takiego rozwoju szkolnictwa wyższego, by było ono w stanie w sposób ciągły zwiększać udział ludzi z wyższym wykształceniem w społeczeństwie i by mogli oni lepiej spełniać funkcję podstawowej bazy instytucjonalnej dla rozwoju nauki.
Po czwarte:  trzeba przełamać tendencję do podnoszenia barier społecznych w dostępie do edukacji, szczególnie na poziomie wyższym.
Po piąte:  trzeba zbudować szkołę demokratyczną, wolną od wszelkich ideologicznych fanatyzmów, tolerancyjną i otwartą na różnorodność,  gdyż taka szkoła jest trwałym fundamentem demokratycznego państwa.
...

Edukacja nowoczesna    ........   256

Od dawna istnieje u nas zrozumienie potrzeby takich zmian w oświacie, których wynikiem powinno być unowocześnienie i podniesienie poziomu polskiej szkoły. (...)
...
(...)  Korzystając z pojawiania się mniej licznych roczników uczniów szkół podstawowych należałoby poprawić warunki pracy nauczycieli (a zarazem warunki uczenia się dzieci) przez zmniejszenie liczby uczniów przypadających na klasę. Zdecydowanie natomiast odrzucić należy pomysły zmierzające do redukcji liczby nauczycieli dla uzyskania oszczędności.  Redukcja taka to nie tylko pozbawienie szkół wartościowej kadry, ale także uniemożliwienie młodzieży studiów na kierunkach nauczycielskich.  
     Nasza ponad półmilionowa  armia nauczycieli to wielki kapitał ludzki. Należy go lepiej wykorzystywać. Zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach nauczyciele powinni i mogą być pionierami rozwoju kulturalnego. Wymaga to jednak stworzenia im dogodniejszych warunków życia i pracy. 

Edukacja na rynku pracy   ........   260

Jedną z głównych słabości polskiej oświaty odziedziczoną po poprzednim systemie jest niedostosowanie systemu szkolnego do potrzeb rynku pracy.
...
Od kilku lat podejmuje się działania, aby ten stan zmienić.
...
Natomiast kluczowa sprawa to właściwe określenie roli liceum.
...
Sprawą zupełnie zaniedbaną w realizowanej obecnie polityce oświatowej jest kształcenie dorosłych („kształcenie ustawiczne”). Zmieniające się wymagania na rynku pracy, zarazem zaś szybki wzrost wiedzy powodują, że przygotowanie zdobyte w szkole nie może już starczać na całe życie. W Polsce jednak kształci się zaledwie 14% dorosłych, podczas gdy w innych krajach europejskich odsetek ten jest co najmniej dwukrotnie wyższy.
...
Szkolnictwo wyższe na krawędzi kryzysu   ........   263

Po 1989 roku szybko wzrosła liczba studentów szkól wyższych. Jeśli w 1989 roku studiowało w szkołach wyższych niespełna 12,9% młodzieży  w wieku od 19 do 24 lat, to w roku akademickim 1999/2000 wskaźnik ten wynosił 36,9%, co zbliżyło Polskę w tym względzie do sytuacji istniejącej w państwach Unii Europejskiej. Tempo wzrostu proporcji ludzi z wyższym wykształceniem jest duże i trzeba to uznać za jedno z osiągnięć okresu przemian demokratycznych.

Rozwój szkolnictwa wyższego dokonał się dzięki dwóm jednocześnie zaistniałym okolicznościom. Uczelnie państwowe, uzyskawszy większą samodzielność dzięki ustawie o szkolnictwie wyższym z roku 1990, ponad dwukrotnie zwiększyły liczbę kształconych studentów. Drugą okolicznością był rozwój sieci niepublicznych szkól wyższych.

Rozwój ilościowy szkolnictwa wyższego jest zjawiskiem korzystnym, lecz trzeba z niepokojem  odnotować rosnącą dysproporcję między liczbą kształconych studentów, a liczbą nauczycieli akademickich, zwłaszcza profesorów i doktorów habilitowanych, a także zasobami naturalnymi uczelni.  Nie podzielam jednak opinii tych krytyków, którzy koncentrując uwagę na słabych uczelniach niepublicznych dowodzą, iż rozwój ten odbywa się kosztem jakości. Trzeba dążyć do eliminowania edukacyjnej tandety, ale trzeba też pamiętać, że występuje ona nie tylko w szkołach niepublicznych.  Dlatego konieczne jest wprowadzenie sprawnego systemu powszechnej akredytacji dla niepublicznych szkól wyższych. Konieczne jest także zwiększenie uprawnień ministra edukacji w stosunku do tych uczelni, by mógł on skutecznie interweniować, gdy pojawią się zjawiska patologiczne. Jednakże nawet poprawa przepisów sprawy w pełni nie rozwiąże, gdyż problem podstawowy tkwi gdzie indziej.

Polskie szkolnictwo wyższe znajduje się na krawędzi kryzysu kadrowego. Na emeryturę  odchodzą obecnie roczniki profesorów, którzy ukończyli studia i zaczynali karierę akademicką w połowie lat pięćdziesiątych. Były to lata bardzo szybkiego wzrostu liczby młodych pracowników naukowych. O asystenturę było łatwo, a płace asystenckie – choć niskie -  nie kontrastowały tak ostro z zarobkami w innych dziedzinach, jak dzisiaj. W konsekwencji Polska stworzyła  wówczas  liczną i przyzwoicie przygotowaną kadrę pracowników naukowych. Obecnie to pokolenie odchodzi.
...
Perspektywy są niedobre. Szkoły wyższe nie skupiają dostatecznie licznych zespołów asystentów...
...
Dotychczasowa polityka... ponosi fiasko...
...
To wymaga stworzenia lepszych warunków materialnych. Jest rzeczą nienormalną, że najwyżej kwalifikowani specjaliści (a są nimi z pewnością profesorowie wyższych uczelni) opłacani są gorzej niż średni personel administracji rządowej czy samorządowej. W ostatnich latach dystans ten wzrasta, co musi odbijać się na spadku atrakcyjności zawodu nauczyciela akademickiego. Prawdą jest, że spora część środowiska nieźle sobie radzi dzięki podejmowaniu pracy poza państwowymi szkołami wyższymi, w tym w uczelniach niepublicznych. Nie jest to jednak sytuacja normalna, gdyż musi odbijać się na zmniejszonym zaangażowaniu. W kwestii tej ani moralizowanie, ani nieprzemyślane pomysły administracyjnych zakazów niczego nie załatwią. Radykalna poprawa warunków pracy nauczycieli akademickich to jedno z pierwszoplanowych zadań państwa w zakresie edukacji.

Jak to osiągnąć?
...

Przełamywanie barier społecznych   .......   271

Od dłuższego już czasu obserwujemy niekorzystną tendencję polegającą na tym, że rośnie wpływ pochodzenia społecznego na szanse edukacyjne młodzieży. Dotyczy to zwłaszcza wykształcenia wyższego. Sprawa nie jest nowa. Socjologowie sygnalizowali, że już w latach 70. wystąpiło zamykanie się kanałów awansu społecznego młodego pokolenia, co ostro kontrastowało  z sytuacją pierwszych dwudziestu lat powojennej Polski7. Istotnym tego przejawem był szybki spadek odsetka młodzieży robotniczej, a tym bardziej chłopskiej  wśród studentów szkól wyższych.
...

Szkoła obywatelskiego wychowania   ........   278

W tradycji demokratycznej silnie zakorzenione jest przekonanie, że szkoła powinna nie tylko uczyć, lecz także wychowywać świadomego swych praw i obowiązków obywatela.  Jednakże wychowawcza rola naszej szkoły znalazła się w dużej mierze na marginesie działań edukacyjnych, na co złożyło się wiele okoliczności. Reakcją na nadmierne upolitycznienie szkoły w okresie PRL było częste uciekanie od tematyki społecznej czy politycznej. To samo wynikało z faktu, że wielu nauczycieli nie potrafiło odnaleźć swego miejsca w warunkach, gdy na polityce państwowej zaciążyły ideologiczne pomysły obozu prawicy. Dotyczyło to zwłaszcza interpretacji historii, a także widzenia zagadnień etycznych.
(...) W pierwszym rzędzie pamiętać należy, że szkoła państwowa jest instytucją publiczną, a więc nie wolno jej upowszechniać programu ideologicznego jakiegoś jednego ugrupowania politycznego, choćby w wyniku demokratycznych wyborów znajdowało się ono u władzy. Wychowawczy program szkoły państwowej musi być skupiony wokół wspólnych wartości łączących obywateli demokratycznego państwa, takich jak patriotyzm, poszanowanie dobra wspólnego, afirmacja praw i obowiązków człowieka i obywatela, równość praw wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, szacunek i życzliwość wobec innych narodów. Winien to być program neutralny światopoglądowo, a więc oparty na uniwersalnych wartościach etycznych, nie zaś na zasadach jakiejś określonej religii czy filozofii. Neutralność  światopoglądowa szkoły państwowej  nie oznacza, że winna ona stronić od problematyki etycznej i światopoglądowej, oznacza natomiast, że szkole tej nie wolno stawać się trybuną jednego światopoglądu.

Obywatelski charakter szkoły publicznej oznacza także, że nauczanie – tam gdzie wkracza ono na grunt spornych problemów politycznych – powinni respektować pluralizm polityczny naszego społeczeństwa.

Wzrost roli samorządów w prowadzeniu szkól powoduje, że większe są obowiązki państwa w dziedzinie zapewnienia neutralności światopoglądowej szkoły.

Do szczególnie ważnych zadań wychowawczych szkoły należy wpajanie zasad szacunku i zrozumienia wobec innych narodów i wobec wszystkich narodowości zamieszkujących nasz kraj. Przygotowując Polskę do integracji z Unią Europejską musimy oczekiwać od szkoły, że potrafi rozszerza horyzonty, pokazywać sąsiadów jako ciekawych partnerów, nie zaś odwiecznych wrogów. To między innymi wymaga innego niż dawniej spojrzenia na przeszłość. Mamy prawo być dumni z tego, co w naszych dziejach było walką o wolność, o prawo narodu i jednostki. Nie powinniśmy jednak ukrywać przed sobą (a zwłaszcza przed najmłodszymi rodakami), że nasza historia nie jest utkana z samych tylko złotych nici. Trzeba, byśmy potrafili o niej mówić językiem nowoczesnych Europejczyków, rozumiejących i szanujących się wzajemnie.

---------------------
Jerzy J. Wiatr – ur. 1931. Socjolog: profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał w Uniwersytecie Jagiellońskim i Wojskowej Akademii Politycznej  oraz w Uniwersytetach w USA (Michigan Uniwersity, Boston University, Southern Illinois University, University of Kalifornia w Los Angeles), Kanadzie (University of British Columbia w Vancouver), Wielkiej Brytanii (University of Manchester ) i Belgii (Katolicki Uniwersytet w Leuven).  Były prezes Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych i były wiceprezydent Międzynarodowego Towarzystwa Nauk Politycznych,  od 2000 r. prezydent Środkowo-Europejskiego Towarzystwa Nauk Politycznych.  Redaktor Naczelny „Myśli Socjaldemokratycznej”, dyrektor Instytutu Badań Społecznych i Międzynarodowych Fundacji im. Kelles-Krauza (od 1998). Poseł na Sejm RP I, II  i  III  kadencji.  W latach 1996-1997  minister edukacji narodowej. Jeden z członków założycieli SdRP, członek Prezydium Naczelnej Rady SdRP (1993-1997), przewodniczący Rady Warszawskiej SdRP (1991-1996). Obecnie członek SLD.
Opublikował ponad 30 książek oraz ponad 400 artykułów naukowych i rozpraw w wydawnictwach krajowych i zagranicznych. Ostatnio wydane książki
: Socjologia polityki (1999), Socjologia wielkiej przemiany (1999) i  Socjaldemokracja wobec wyzwań XXI wieku (2000).
 

  

Uwagi, na marginesie (i nie tylko; do sytuacji... i perspektyw)

Rozbawił mnie fragment „Okruchów Dziennika”  Mieczysława  F. Rakowskiego (Przegląd społeczny „dziś”  nr 12/147 z grudnia 2002, str. 16). Jako, swego rodzaju, wstęp do dyskusji, postanowiłem go zacytować.
Anonimus

„Monolog konduktora pociągu pośpiesznego relacji Łódź-Warszawa, wiernie spisany tuż po przybyciu do domu:

A, to pan. Poznałem, był pan premierem. Teraz jeszcze coś pan w rządzie robi?  Nie?  Szkoda.  Panie,  k....,  ktoś powinien zrobić,  k...., porządek.  Niech pan spojrzy, k....,  co oni z tą Polską zrobili.  Rozkradli,  k...., wszystko.  Panie, mówią, że Gierek  zadłużył Polskę.  Co ten Gierek zbudował!!!   Fabryki, szkoły, przedszkola, drogi, a oni co?  Co,  k....,  zbudowali?  Nic, k.... Sprzedali za grosze wszystko, co Gierek zbudował.  Wszyscy mieli pracę, k....,  a teraz co?  Złodzieje, k....  Zobaczy pan, zrobią kilka procesów, ale, k...., wszystkich ich nie posadzą. Będą oszczędzać swoich, bo oni, k...., wszyscy się nakradli. Panie, k...., nie tylko ci od Krzaklewskiego.  Ci, którzy teraz rządzą, też, k...., nie są lepsi. Panie, jakich to czasów dożyliśmy.  K...., żyć się  nie chce.  A co oni , k...., z tym  Jaruzelskim wyrabiają?  Po sądach wspaniałego człowieka  ciągają.  K....,  co to za kraj. Po co jest to im, k...., potrzebne?  Panie,  czym to się wszystko, k...., zakończy?  No, życzę panu zdrowia.  Niech ich wszystkich, k...., szlag trafi.
I odszedł.  Sądząc po wyglądzie, ma nie więcej  niż czterdzieści parę lat.”

---------------

Komentarz (maj 2004)

 „Człowiek • Rynek • Sprawiedliwość”

Ogólnie

Człowiek?    -   Jest!
Rynek?    -   Niby jest!
Sprawiedliwość?    -  Rzecz umowna!

Człowiek!  -  Jest. Jaki jest – taki  jest.  Lepiej, żeby był lepszy, ale nie jest.  Żeby był lepszy, Pan Bóg zarządził  kiedyś „Potop”.  Metoda radykalna!  Na jak długo pomogła?  Co teraz zarządzić?  Podobno, dla kawału,  ktoś na urzędowych drukach (skąd je wziął?), pod adresami „pijaczko-cwaniaczków” wysłał wezwania, żeby się stawili w celu uśpienia, jako osobniki szkodliwe, zabierając ze sobą „miskę na prochy”, a przed stawieniem się czysto umyli nogi.  Podobno nawet niektórzy się przestraszyli!  Jak postraszyć  większych cwaniaczków, którzy nawet autentycznego prokuratora nie za bardzo się boją?  Jak postraszyć jeszcze większych  i mądrzejszych cwaniaków, którzy formalnie niczego nie naruszają, a jedynie wykorzystują „luki”?  Jak postraszyć tych, którzy rwą się do władzy, nie będąc do niej przygotowani?  Co zrobić z ludźmi dobrej wiary, nawet dobrze przygotowanymi do pracy, dla których po prostu pracy nie ma; nie z ich winy, bo ją zabrała  konkurencja, technika, polityka  i coś tam jeszcze. Jak zapewnić choć jako tako godziwe  warunki życia dla „odrzuconych”, „niepotrzebnych”, mniej zdolnych-zaradnych, starych, chorych?  Natura przyroda, gdyby homo sapiens się nie wtrącił, sama by sobie z tym wszystkim poradziła. Nie byłoby nas  na świecie kilka miliardów, tylko, co najwyżej, kilkanaście/kilkaset milionów, i wszystkim byłoby „dobrze”, nawet tym, co byłoby źle, bo by nie wiedzieli, że jest im źle, tylko myśleli, że tak musi być, jak jest,  i jest im dobrze. Co teraz?  Czy zginiemy w ogóle jako gatunek, czy jedynie będziemy musieli rozpoczynać „wszystko od początku”. A może są i inne rozwiązania?  

Rynek   -  gospodarka rynkowa. To są pewne filozofie działań, dość zresztą różniące się między sobą, w których rynek  odgrywa zasadniczą rolę, „wolny rynek” jest „naczelnym hasłem” (przeważnie: „wolny, ale...”),  a  „niewidzialna ręka rynku” pewną przenośnią, którą w każdym razie nie wolno traktować, że wszystko za wszystkich załatwia, a państwo może „umyć ręce” od całej gospodarki, ograniczając się do stanowienia ogólnych przepisów prawa, nakładania podatków  i finansowania z budżetu tyle, na ile starczy, a na ile starczy, to już siła wyższa.
Realny socjalizm „przegiął”  z planowaniem i centralnym sterowaniem. Metody i techniki ekonomiczne też zawiodły. Zawiodła również informacja gospodarcza.  Za dużo scedowano na „doktrynę” i  (niechcący) na biurokrację, za mało na prawdziwą, praktyczną fachowość.
Kapitalizm, głosząc wolny rynek, nie był taki naiwny, i tam, gdzie mu wolny rynek odpowiadał, „to i owszem”, a „gdzie nie, to nie”. Nie stronił on także on planowania, ale nie tak doktrynalnie, jednolicie, biurokratycznie i bezkrytycznie.  Państwa kapitalistyczne, przynajmniej te najsprawniejsze, wcale nie „umywały rąk od gospodarki”, i tam gdzie trzeba, pomimo głoszonych wolności, potrafiły bardzo skutecznie swoją gospodarkę wspierać.  Trudno się zresztą temu dziwić  ani mieć za złe, chyba że ktoś w niezbyt zbożnych celach, czyimś kosztem, nadużywał siły.
Słynne hasło: „jak najmniej państwa w gospodarce”  jest całkiem mądre, gdy państwo jest głupie, a głupie, gdy państwo jest mądre. Indywidualny interes gospodarczy wcale nie zawsze musi przekładać się na interes ogółu.  Wzrost gospodarczy liczony w PKB,  wcale nie zawsze, ani teraz, ani nigdy, nie musi przekładać się na spadek bezrobocia, wzrost dochodów ludności itp.  Po prostu technika i organizacja coraz więcej zastępują ludzi, jako bardziej efektywne, wygrywające na rynku konkurencji.  Masy ludzkie, pod warunkiem, że mają pieniądze, są jeszcze potrzebne jako nabywcy, jednak coraz mniej jako pracownicy.
Pytanie, skąd nabywcy mają mieć pieniądze, jeśli ich za mało mają, zbyt mocno jeszcze nie pada. Jeśli w końcu padnie, też nie wiadomo, jaka może paść odpowiedź?  Może paść, że „coś trzeba zrobić, żeby mieli, że to jest  w naszym interesie, abyśmy mieli komu sprzedawać”; albo i taka: zmieniam działalność na taką, w której mam opłacalny zbyt lub nie przegram z konkurencją. Reszta – to nie mój problem. Nie chcę go nawet znać, bo mam wrażliwe serce, a na filantropię dla wszystkich mi nie wystarczy.” 
Obawiam się, że powagę sytuacji i konieczność mądrych i dalekosiężnych działań zaradczych nie w pełni doceniają nawet zwolennicy „społecznej gospodarki rynkowej”.
Osobiście, o wiele większą  nadzieję na rozum  pokładam we władzach  unijnych niż wyłącznie polskich.  Nawet biurokrację mają o wiele sprawniejszą i mądrzej wykorzystywaną, choć pewne rzeczy mogą śmieszyć.  Z drugiej strony, to co nas śmieszy, albo irytuje, może, czasami,  być celowe, nie tylko w interesie konsumentów i jakości,  ale także dlatego, żeby konkurencja nie miała za „lekko”.   

Sprawiedliwość!  – Nie wiem co napisać!
Anonimus
----------

Trochę później
    
Chyba bez względu na to, jak się potoczą dalsze losy Kraju, jakieś 10-20 % społeczeństwa zawsze jakoś sobie poradzi, nawet może dobrze sobie poradzi. Co z resztą?  Chciałbym wierzyć politykom, mieć zaufanie do ich kwalifikacji i dobrych intencji, ale, ... nie warto się denerwować. Postanowiłem więc, nieco z filozoficznym spokojem, specjalnie się w to nie angażując, zaprezentować fragmenty z kilku wybranych pozycji publicystycznych.  Na „pierwszy ogień” pójdą:

     Załgane prawdy. Politycy, biznesmeni i media kłamią, bo muszą.
    Forum nr 46 (15.11. – 21.11.2004).

Załgane prawdy warto przeczytać chociaż w kontekście Wieku propagandy i Tajników sterowania ludźmi (poz. 97 i 27 prezentowanej literatury).  Kiedy ludzie k
ł
amią, bo muszą, a kiedy, bo chcą i dlaczego chcą, można chyba napisać „całe tomy” i chyba bardzo dużo już ich napisano.  Na pewne usprawiedliwienie polityków można powiedzieć, że trudno, w polityce, posługiwać się tylko prawdą, pełną prawdą, z przyczyn tak oczywistych w polityce (i w walce politycznej), że aż szkoda czasu je rozwijać.  Jak na tym wychodzą zwykli ludzie? Jak przeciwdziałać, żeby nie wychodzili źle, a mówienie nie pełnej prawdy nie przekraczało granic przyzwoitości?  Znowu by trzeba sięgnąć do rozważań o naturze ludzkiej, edukacji, organizacji zarządzania, dostępu do informacji, grach interesów, dominujących doktrynach  itd. Nie wiem w ogóle, co dalej powiedzieć.
Anonimus

Załgane prawdy
Politycy, biznesmeni i media,
kłamią, bo muszą
 

Powiem
prawdę,
całą prawdę
i tylko prawdę

Politycy kłamią jak najęci. Media łżą jak psy. Biznesmeni odwracają kota ogonem.
Przyszło nam żyć w czasach, w których tak naprawdę liczą się tylko kłamstwa.
                                                 Observateur

     Na początek podgrzejemy nieco atmosferę. Spróbujmy wytropić kilka kłamstw, które pojawiły się w serwisach informacyjnych w ostatnich dniach.
     Kiedy przy lekturze gazet nasz
ł
a nas ochota, żeby uszczypnąć się i upewnić, czy to aby nie sen? Gdy George Bush ogłosił...  Gdy wyszło na jaw że Grecja fałszowała dane...  Kiedy Nicolas Sarkozy poparł jakoby... Gdy amerykański kolarz...  Kiedy francuski wysłannik...    

Szczyt manipulacji
     Nie trzeba więcej przykładów. W polityce, ekonomii, sporcie, show-biznesie – kłamstwo wszędzie aż bije w oczy. Nic nowego pod słońcem – westchną ludzie o filozoficznym usposobieniu. Bo niestety oszustwo jest obecne w każdym miejscu i czasie, a jego apogeum przypadło po raz pierwszy na okres zimnej wojny, gdy w ZSRR produkcję kłamstwa rozwinięto na skalę przemysłową.  Nie szkodzi. W tej dziedzinie, podobnie jak w wielu innych, nasza epoka weszła w stadium postindustrialne. Kłamstwo – niegdyś demonizowane – stało się orężem jak każdy inny w wojnie komunikacyjnej. Dziś jest ono wytwarzane metodami naukowymi przez ludzi reklamy, doradców do spraw wizerunku, rzeczników prasowych i adwokatów...
     Weźmy taki biznes. Kierownictwo Parmalatu przez lata og
ł
aszało wyssane z palca rachunki księgowe, oczyszczając w tym samym czasie konta jednego z największych europejskich przedsiębiorstw agroprzemysłowych. Dokładnie to samo robili prezesi Enronu w Stanach Zjednoczonych, a prezes Jean-Marc Messier tworzył złudną potęgę koncernu Vivendi Universal. Co się tyczy szefów Shella, największej w Europie kompanii naftowej, to oszukiwali oni rynki, zawyżając stan posiadania surowca.
     W polityce tradycyjna mowa-trawa ustąpi
ł
a pola coraz prymitywniejszym kłamstwom!  Czyż prezydent Jacques Chirac...  Więc dlaczego zachował potem dziwne milczenie... No i czy ze swej strony premier Jean-Pierre Raffarin...

Patologiczne łgarstwa
     Ale oczywiście szczytowym osiągni
ę
ciem tego gatunku była wojna w Iraku. Jej uzasadnienie to przejaw gigantycznej manipulacji ze strony administracji Busha i jego armii spin doctorów.  (...)
     A co robi
ł
y amerykańskie media trzymane w garści  przez wielkich gigantów...  (...)

Skutkiem powszechnej choroby kłamstwa jest zanik społecznego zaufania,
bez którego demokracja nie dzia
ł
a.

     A przecież zarówno demokracja jak i liberalny kapitalizm nie mogą funkcjonowa
ć
bez zaufania, czyli bez prawdy. Kiedy kłamstwo wykracza poza sferę prywatną, w rękach ludzi władzy, mistrzów i gwiazd , staje się bronią masowego rażenia. Niszczy wiarę w rekordy, osiągnięcia, przyjaźń, obietnice, motywacje i wyniki.
     Paradoksem tej epoki k
ł
amstwa jest fakt, że nasze społeczeństwa jeszcze nigdy nie deklarowały tak daleko posuniętego przywiązania do przejrzystości i nigdy nie tonęły w takiej powodzi fałszu.

Wciskacze kitu
     Już od momentu ujawnienia skandali polityczno-finansowych z końca lat 80. było wiadomo, że kredyt zaufania do polityków zosta
ł
mocno naruszony... (...)
     Rozdźwi
ę
k między biznesowym żargonem a rzeczywistością osiąga absurdalną skalę. Fale masowych zwolnień, ułuda nowej ekonomii, krach bańki finansowej, a od niedawna także obsesja przenoszenia miejsc pracy za granicę – to wszystko się z tym wiąże. A wielcy szefowie, wyposażeni w swoje złote spadochrony, są coraz częściej postrzegani jako wciskacze kitu.
     Wszystkie „cia
ł
a pośredniczące” uległy osłabieniu. Oczywiście system edukacji...  Ale także wymiar sprawiedliwości...  A nawet związki zawodowe...   Pojawiła się głęboka niezgodność między społeczeństwem i jego przedstawicielami.  Stąd ogólny brak zaufania i poczucie, że fałsz rozlewa się na wszystko, gdy zauważymy jedno kłamstwo – wyjaśnia socjolog Michel Maffesoli. Skutkiem tej podejrzliwości jest oczywiście absencja w wyborach.
     Jak zatem za
ł
atać starą umowę społeczną?  (...)  Od jutra już nie będziemy kłamać” – obiecują podejrzliwym społeczeństwom. Ale problem w tym, że obietnica zostaje natychmiast złamana.

Szczera gadka
Z konieczności, jak też z wyrachowania. Przypomnijmy. (...)

Czym się różni dyktatura od demokracji?
W dyktaturze mówią same k
ł
amstwa,
a w demokracji tylko nieprawd
ę
.

Kłamcy na naszą miarę
     Nasz atak na k
ł
amstwo opiera się w rzeczywistości na wielkiej hipokryzji. „Kłamiemy, abyśmy byli lubiani” – pisze Kant. Ale lubimy także być okłamywani. Wielkie zbiorowe oszustwa są dla nas użyteczne: przynoszą ulgę, gdy dręczą nas wyrzuty sumienia. (...)
     Czyż nie wolimy k
ł
amcy, który jest do nas podobny, jest człowiekiem na naszą miarę, niż bezkompromisowego moralisty? Jak inaczej wytłumaczyć polityczne sukcesy osób w przeszłości skompromitowanych? (...)
     Obnażanie k
ł
amstwa, z którym inteligencja nie może się pogodzić, jest dziełem rozumu. Tymczasem w większości przypadków, jeśli zgoła nie zawsze, emocje przeważają nad rozumem. (...)
Salvain Courage
© Le Nouvel Observateur, 7.10.2004

Chorzy na fałsz  
Obsesja przejrzystości życia publicznego to najwi
ę
ksze zagrożenie naszych czasów.
Rozmowa z filozofem Alainem Etchegoyenem i socjologiem MichelemMaffesoli.
                                                 Observateur

Dlaczego obywatele czują się dziś tak bardzo okłamywani (przez rządy, firmy, media...)?

Alain Etchegoyen:  Demokracji zawsze zagraża kłamstwo; ten ustrój „choruje na kłamstwo”. (...)
Michel Maffesoli: Od dwóch dziesi
ę
cioleci widzimy bardzo duży rozziew między elitą (tymi, którzy mają prawo mówić) oraz ludem (czyli tymi, którzy takiego prawa nie mają). To globalny kryzys przedstawicielstwa... (...)
(...)

-------------------

Dla odprężenia od spraw poważnych, dodaję także trochę tytułów o „kłamstewkach” w sprawach towarzyskich (To same Forum, str. 35-37.). Na cytowanie fragmentów – szkoda mi czasu. Chciałem tylko zauważyć, że „popyt stwarza podaż”, a jak konkurencja w podaży jest duża, a konsumenci niezbyt wybredni, to czasami stosuje się „chwyty” pod ich gusty. To dotyczy także polityki i gospodarki. Rzeczowi-nudni, prawdomówni  przegrywają. Barwni, schlebiający gustom - wygrywają,  a publiczność się dziwi, że politycy i media kłamią lub ubarwiają, nawet bez specjalnie złych intencji: zwykła konkurencja o pewny, zwykle przeważający typ słuchacza/widza. Jak oddzielić „rozrywkę” od spraw poważnych? Albo – jak barwnie i przekonywująco mówić niemiłe prawdy? 
Anonimus

Gwiazdy wyssane z palca

Plotkarskie gazety codziennie drukują sensacje i skandale o gwiazdach filmu i estrady. Dziennikarze zaczęli już wymyślać niestworzone historie, by zaspokoić popyt ze strony wydawców i czytelników.  Gdyby istniała Nagroda Nobla za oszustwo prasowe, szwajcarski reporter Tom Kummer dostałby ją jako pierwszy. 

          DER SPIEGEL

------------------------------

Kilka miesięcy temu Tom Kummer...
(...)
Podpalacz muru
(...)
Posta
ć z Dostojewskiego
(...)
Do
łóżka z Sharon Stone
Bajery Toma Kummera nawet Sharon Stone zapędziłyby do jego łóżka...
a Russell Crowe nie odmówi
łby mu drinka. 
Byliśmy magikami
(...)
Sport, którego nie ma
(...)
W labiryncie k
łamstw
(...)
Reporter Kummer wyko
łował wszystkich,
bo jak nikt umia
ł
nadawać kłamstwom pozory prawdy.
(...)
A Osang
© Der Spiegel, distr.by NYT Synd, 27.09.2004

----------        
Poważnie
     Poważnie to chcia
łem jedynie powiedzieć (po raz któryś, i bynajmniej nie odkrywczy), że przeciętny wyborca przeważnie przegra  z naukowymi  metodami propagandy; że jeszcze łatwiej przegra (nawet tego nie zauważając), jeśli naukowe metody propagandy będą wsparte odpowiednimi środkami (np. opanowaniem mediów); że przemoc i prymitywna propaganda charakterystyczne dla dyktatur okresów minionych, w demokracji zostały zastąpione bardziej subtelnymi metodami; że przeciętny wyborca jest porządnie skołowany walką medialną, która o jego głos w wyborach się toczy; że ma już tego wszystkiego dość; że sam zdaje sobie sprawę, że często wybiera tylko mniejsze zło; że wcale nie ma pewności, iż nawet przy wyborze mniejszego zła, nie jest zwyczajnie zwodzony; że wkrótce może sam będzie żałował swojego wyboru itd.  Chciałem  też powiedzieć (także nic odkrywczego), że bardzo wielu potencjalnych wyborców w ogóle nie głosuje, bo nie widzi szans dokonania racjonalnego wyboru, albo jest tak przytłoczona problemami życia codziennego i brakiem realnych perspektyw, że przestała komukolwiek wierzyć, łącznie z tym, że ich udział w głosowaniu może cokolwiek zmienić.
     Coś trzeba zrobi
ć, żeby ludzie zaczęli wierzyć w fachowość i przyzwoitość zarządzających, i kolejny raz się nie zawiedli!  Czy to w ogóle, w najbliższych latach, w Polsce jest możliwe? Co trzeba zrobić, żeby chociaż miało realną szansę bycia możliwym?
 
d.c.n. (przynajmniej go planuję)
Anonimus

Dalszy ciąg komentarza/uwag
   Do zagadnień
„Człowiek • Rynek • Sprawiedliwość” można podchodzić zarówno pod kątem poglądów lewicowych, jak i prawicowych, pośrednich, czy jakichkolwiek innych. Trochę inaczej zagadnienia wyglądają, gdy rozpatrujemy je „tak ogólnie”, nieco też inaczej, gdy staramy się analizować bardzo konkretnie.
   Zbliżają się kolejne wybory!   Niektóre partie polityczne już prezentują w Internecie swoje programy. Gdybym był bardziej kompetentny w sprawach makroekonomicznych, to, „nie zawracając nikomu głowy” sam bym spróbował, coś na wzór swojej „Prezentacji literatury”, w jakimś oddzielnym zestawie zaprezentować i zestawić/porównać „Internetowe programy partii politycznych”. Na pewno nie byłby to jakiś „ideał  obiektywizmu i fachowości”, ale przynajmniej próba nakłonienia do przemyśleń i analizy oraz ułatwienie  późniejszej kontroli.
d.c.n. (prawdopodobnie)
Czerwiec 2005 r.
Anonimus       

Załganych prawd – ciąg dalszy:
Łżą bo muszą
Dobre kłamstwo to podstawa demokracji
FINANCIAL TIMES
    Forum nr 40 (2.10. – 8.10.2006)

T E M A T     T Y G O D N I A
        
B U N T   M A S

Salon bez podłogi

Są takie momenty w życiu narodów, kiedy prymitywny populizm nie tylko nie szkodzi demokracji, ale wręcz jej pomaga. Czy dzisiejsza Polska jest tego przykładem?
      -  zastanawia się Klaus Bachmann.

Polski rząd to zagadka. (...)

Rozkwit indywidualizmu
...
Awangarda ewolucji
...

KIEDY ŚCIGA SIĘ Z SOBĄ DWÓCH POLITYKÓW,
PRZEGRYWA TEN, KTÓRY MÓWI PRAWD
Ę

Ofiary tego samego uk
ładu
...
Kiedy s
łabość jest cnotą
...                                  

TO NIE PRZYPADEK, ŻE NAJWIĘKSZE NIEZADOWOLENIE
Z DEMOKRACJI WYST
ĘPUJE W EUROPIE ŚRODKOWEJ

Łamacze tabu
...                                  

OSTRY PODZIAŁ NA ZWYCIĘZCÓW I PRZEGRANYCH
BUDZI NAJWI
ĘKSZE ROZGORYCZENIE W DAWNYM OSTBLOKU

                                    (...)
Dr hab. Klaus Bachmann,
wieloletni korespondent prasy niemieckiej w Polsce,
obecnie jako politolog wyk
łada w WSPS w Warszawie.
Autor kilku książek o integracji europejskiej
i stosunkach polsko-niemieckich: ...


T E M A T     T Y G O D N I A
        
B U N T   M A S

Jak się robi kiełbasę wyborczą

Społeczeństwa Europy Środkowej mają wybór: albo łykną kłamstwa establishmentu, albo dadzą się uwieść populistom
      -  uważa  Iwan Krastew, bułgarski politolog.

Najpilniej strzeżoną tajemnicą Unii Europejskiej nie jest to, że wprowadzenie euro okazało się wielkim rozczarowaniem, lecz fakt, że nowa Europa przemyślała sprawę i ma dziś wątpliwości, czy demokracja to dla niej najlepszy system. (...)

Wszyscy mają powoli dość

Wschód jest zmęczony reformami, o czym świadczą kryzysy polityczne w Polsce, Słowacji, Czechach i na Węgrzech. To smutna wiadomość dla strefy euro.    
                
Financial Times

Kiedyś widok dziesiątek tysięcy wschodnich Europejczyków demonstrujących przeciwko swoim rządom budził nadzieję i radość na Zachodzie.
    Ale z tym już koniec. (...)

Puści
ły hamulce
Źród
łem wstrząsów jest zmęczenie reformami. 17 lat po upadku komunizmu mieszkańcy regionu mają dość restrukturyzacji. Nie wszyscy tak samo korzystają z owoców przemian. Mało zarabiający, bezrobotni oraz emeryci czują się opuszczeni i pognębieni przez korupcję.
...
Wyborcy tracą cierpliwoś
ć
...
Zmarnowane szanse
...

T E M A T     T Y G O D N I A
        
B U N T   M A S

Dlaczego łżą?
Bo muszą!


Kłamczuch nie odniósłby sukcesu, gdyby nie współudział okłamywanego. 
Dowodem jest stosunek polityków do wyborców i na odwrót.
              
SPECTATOR

Jest oczywiste, kto wygra następne wybory. Zwycięzcą będzie partia absencji. Opinia publiczna niebezpiecznie odwraca się plecami do polityki. Panuje przekonanie, że politycy to seryjni kłamcy, do tego niekompetentni. Ludzie myślą, że gladiatorskie potyczki w parlamencie są piramidalnie nieważne, bo odbywają się między dwoma oddziałami kłamliwych nieudaczników. To rzecz powszechnie przyjęta. I w sumie całkiem prawdziwa.
    Są jeszcze inne, g
łębsze powody, dla których politycy kłamią i są oderwani od tego, czym żyją zwykli ludzie. Na pytanie, dlaczego nie mają zamiaru pójść do urn, wyborcy powtarzają w kółko: Wszyscy politycy są tacy sami. To prawda.  Politycy ze zwalczających  się partii są o wiele bliżsi siebie, niż by chcieli przyznać. Politycy kłamią  po pierwsze dlatego, że publiczność nie chce słuchać prawdy. Kiedy ściga się dwóch kandydatów i jeden mówi prawdę, drugi zaś to, co ludzie chcą usłyszeć, wygrywa ten drugi. 

Patrzcie na jego usta
...

PRAWDY POLITYKÓW MAJĄ TAK KRÓTKIE NOGI,
ŻE PRZYPOMINAJĄ K
Ł
AMSTWA

Pociąg do władzy

...
Dewaluacja prawdy
Dlatego odwo
łują się do rozpasanego materializmu i indywidualizmu. Chcesz mieć dziecko, choć jesteś samotna i masz już 55 lat? Nie ma sprawy, załatwimy ci zapłodnienie in vitro.  Chcecie, żeby sklepy były otwarte o każdej porze, kiedy przyjdzie wam ochota wydać pieniądze? Żaden problem, zniesiemy szabas i załatwimy pracę w niedzielę. Chcecie się pozbyć babci, bo irytuje was jej niedołęstwo umysłowe i cielesne? Nie ma przeszkód, pomożemy wam zagłodzić ją na śmierć dzięki nowym przepisom ustawy o opiece nad niepełnosprawnymi umysłowo.
    (...)  

--------------------------------------

Idź w zaparte

Elektorat nie wybaczy politykowi dwóch rzeczy: kłamstwa i przyznania się do błędu
      -  przypomina  Anne Applebaum

-  Spieprzyliśmy sprawę, i to nie troszeczkę, lecz całkowicie – jak bardzo chciałabym, żeby te słowa wypowiedział amerykański polityk.  Niestety ich autorem jest węgierski premier Ferenc Gyurcsány, który przyznał także, że on i inni politycy z jego rządu „kłamali rano, po południu i w nocy”. (...)
    Przypadek Węgier nie jest niczym nadzwyczajnym... (...)
    Bądźmy szczerzy: w Ameryce nikt nie zostanie wybrany nawet na hycla, jeśli będzie gadał o bolesnych reformach, poświęceniu i zaciskaniu pasa, nie mówiąc już o przyznawaniu się do popełnionych błędów. I nie chodzi o to, że wszyscy kandydaci na eksponowane stanowiska są notorycznymi kłamcami, choć niektórzy pewnie tak. Problem polega na tym, że społeczeństwo nie chce słuchać o reformach, poświęceniach i oszczędnościach. Nie znosimy i nie wybieramy ponownie polityków opowiadających takie rzeczy.
    W naszej kulturze politycznej, podobnie jak na Węgrzech, przyznanie się do błędu pozostaje tematem tabu. Polityk może płakać i szukać ratunku u psychologa, ale nie może przyznać, że jego polityka była błędna. Przyznanie się do błędu zawsze odbierane jest jako przejaw słabości.
 
na podstawie The Washington Post
Anne Applebaum,
amerykańska publicystka i dziennikarka.
Obecnie jest sta
łą felietonistką dziennika
„The Washington Post”. Za wydaną
w 2003 r. książk
ę „Gułag” dostała nagrodę
Pulitzera.
--------------------------------------
 d.c.n. (prawdopodobnie)
październik 2006 r.
Anonimus 
--------------------------------------

Luty 2009 r.

   Stało się to, co prędzej czy później stać się chyba musiało. Mamy światowy kryzys gospodarczy, najpoważniejszy od czasów Wielkiego Kryzysu z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przed możliwością nadejścia takiego kryzysu ostrzegał także J. Stiglitz  w książce „Szalone lata dziewięćdziesiąte” – poz. 106 prezentowanej literatury. Temat, na miarę swych sił, przybliżam na kilku swoich stronach, w tym także i na tej. Mini przewodnik po tych stronach – plik/strona „Credo”.
    Poniżej charakterystyczne przedruki kilku publikacji (mniej lub więcej kompletne).     
Anonimus 

----------
Wawrzyniec Smoczyński,
 HISTORIA CHCIWOŚCI, 
POLITYKA
nr 40 (2674) z 4  października 2008
r.

Kapitalizm to taka niezwykła wiara, że najwięksi krętacze zrobią najbardziej pokrętne rzeczy i wyjdzie z tego
największe, powszechne dobro – zauważył John Maynard Keynes. Cała historia kapitalizmu to opowie
ś
ć 
o tym, jak próbowano okiełznać wielką pierwotną energię – ludzką chciwo
ś
ć.

    W 1776 r. w Europie nie istnieje jeszcze żadna gospodarka narodowa. Życie ekonomiczne obraca się wokół majątków króla i wielmożów, sfeudalizowane rolnictwo ledwie pokrywa potrzeby żywnościowe krajów, a wymiana towarów ogranicza się do miast. W kwitnącym handlu zagranicznym króluje merkantylizm – jak najwięcej sprzedać, jak najmniej kupić, a jeśli już, to zamorskie towary za pośrednictwem państwowych monopoli.
    Pewien szkocki filozof wieszczy temu porządkowi rychły koniec. Na 1097 stronach „Badań nad naturą i przyczynami bogactwa narodów”  Adam Smith kreśli wizję nowego systemu wytwarzania dóbr, opartego na własności prywatnej i swobodnej wymianie towarów. W jego centrum stanie
homo oeconomicus, człowiek kierujący się własnym dobrem.  „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes” – głosi słynny passus z „Bogactwa narodów”.
    Smith twierdzi, że jeśli pozwoli się każdemu działać w jego własnym interesie i swobodnie wymieniać produkty, gospodarka sama znajdzie równowagę, wytwarzając tyle towarów, ile ludzie będą ich potrzebować, a z harmonii egoizmów narodzi się powszechny dobrobyt. Słowo „kapitalizm” nie pada u Smitha ani razu, ale to on kładzie fundament pod przyszły ład gospodarczy świata i zostaje pierwszym ekonomistą w dzisiejszym tego słowa znaczeniu.
    Do
śmierci Smitha w 1790 r. ukaże się pięć wydań „Bogactwa narodów”, a on sam zyska powszechne uznanie i zbije niewielką fortunę.  Ale narodzin kapitalizmu przemysłowego już nie dożyje. Gdyby zobaczył jego początki, autor „Teorii uczuć moralnych” mógłby zwątpić w rzeczywiste intencje niewidzialnej ręki rynku.

Elementy własności prywatnej i wolnego rynku pojawiają się już w XV w. w Brugii i Antwerpii, gdzie rozkwita handel zamorski. Ale kolebką kapitalizmu, jaki znamy dzisiaj, będzie Manchester, bowiem narodziny nowego porządku są ściśle związane z uprzemysłowieniem tkactwa. (...)
     Dzi
ś tkalnie Manchesteru uznalibyśmy za sweatshopy. W ponad setce fabryk panuje zatrważająca niedola: tysiące kobiet i dzieci pracują po 14 godzin dziennie w niewolniczych warunkach i za głodowe wynagrodzenia. W zakładach nie ma nawet toalet, starsi bądź chorzy robotnicy kończą jako żebracy na ulicach miasta. W tkalni należącej do ojca terminuje w 1844 r. Fryderyk Engels – „piekło na ziemi”, które tam zobaczy, zainspiruje później marksizm, a „kapitalizm manchesterski” wejdzie do użytku jako synonim nagiego wyzysku.  

Rewolucja kapitalistyczna rusza tymczasem pełną parą, zmiatając stary porządek.. Uprzemysłowienie ogarnia kolejne gałęzie produkcji, w fabrykach powstaje nieświadoma jeszcze klasa robotnicza, a pierwsi kapitaliści zaczynają eksportować nadwyżkę wyrobów za granicę. Jest jednak poważny problem: wysokie ceny zboża, które windują koszty żywności, a zarazem pensje robotników, ograniczając konkurencyjność brytyjskich tkanin na obcych rynkach. A wszystko przez merkantylizm – cła blokują import zboża z zagranicy, tymczasem eksplozja demograficzna Wielkiej Brytanii sprawia, że rodzimej żywności jest za mało i nabija kabzę feudalnym latyfundystom.
    W 1838 r. fabrykanci z Manchesteru zakładają Ligę przeciw Ustawom Zbożowym, z misją ich obalenia powstaje też tygodnik „The Economist”.  Zniesienie ceł na zboża w 1846 r. to precedens w merkantylistycznej Europie i pośmiertne zwycięstwo drugiego ojca kapitalizmu, niejakiego Davida Ricardo (1772-1823). Od niego pochodzi teoria przewagi komparatywnej, która leży u podstaw handlu międzynarodowego i globalizacji. 
    Ricardo głosi, że w gospodarce każdy kraj winien zajmować się tym, co wychodzi mu najlepiej, importując pozostałe towary z innych krajów. Jak dowodzi jego słynny przykład, nawet gdyby Brytyjczycy potrafili robić wino, bardziej opłaca się im sprowadzać je z Portugalii, która wytwarza je mniejszym kosztem a samemu skupić się na produkcji płótna, w której to Brytyjczycy są z kolei najlepsi. Zamiast odruchowo chronić rodzimą produkcję, kraje powinny więc inwestować w swoje przewagi komparatywne, a w pozostałych otwierać się na import.
    W drugiej połowie XIX w. uprzemysłowienie ogarnia całą zachodnią Europę, a własność prywatna i wolny rynek stają się oczywistościami. Z liberalizmu gospodarczego Smitha wyrasta kilka różnych odmian kapitalizmu – anglosaski w Wielkiej Brytanii; reński w Prusach, gdzie od przedsiębiorców wymaga się większej odpowiedzialności za los robotników; etatystyczny w porewolucyjnej Francji, gdzie monarchię absolutną zastępuje wszechobecne państwo. Pod koniec wieku Bismarck jako pierwszy wprowadza obowiązkowe ubezpieczenia od chorób i starości, a w 1900 r. powstaje brytyjska Partia Pracy, pierwsza reprezentacja polityczna robotników w Europie.

Ale prawdziwą ziemią obiecaną kapitalistów jest Ameryka. Na młodej demokracji nie ciąży dziedzictwo feudalizmu z jego skostniałymi stosunkami własności, a na dodatek Amerykanie to w większości protestanci – od Maksa Webera wiemy, że kapitalizm jest dzieckiem reformacji z jej pochwałą pracy, oszczędzania i bogacenia się. Grunt jest tym podatniejszy na teorie Smitha, że Stany Zjednoczone pozostają w bliskich związkach z Wielką Brytanią i mogą liczyć nie tylko na brytyjski kapitał, ale i na rynek zbytu. To w USA na początku XX w. dokona się wielki skok w masową produkcję przemysłową.
    (...)

W Europie zaczynają się tymczasem kłopoty z kapitalizmem. Rok po zakończeniu Wielkiej Wojny państwa ententy podpisują w Wersalu traktat pokojowy z Niemcami, nakładając na nie potężne kontrybucje wojenne. Negocjacjom towarzyszy mały skandal – doradca premiera Wielkiej Brytanii demonstracyjnie opuszcza obrady, twierdząc, że rujnowanie Niemiec skończy się kolejną wojną. Awanturnikiem jest John Maynard Keynes, ekonomista, którego teoria na pół wieku zawładnie kapitalizmem.
    Zgodnie z przewidywaniami Keynesa gospodarki Niemiec i Austrii załamują się pod ciężarem reparacji wojennych, a władze obu państw pogłębiają problem, drukując pieniądze, czym wywołują w 1923 r. hiperinflację. (...) Ale to dopiero amerykański kryzys lat 30. zada niemieckiej gospodarce śmiertelny cios, torując drogę do władzy narodowym socjalistą. 
    Pod koniec lat 20. gospodarka USA wydaje się kapitalistycznym
perpetuum mobile. Pracy jest w bród, zarobki rosną, niemal każdą rodzinę stać na samochód, a bankierzy z Wall Street namawiają ciułaczy, by kupowali akcje, obiecując dywidendy pod zastaw przyszłego wzrostu. By zwiększyć zyski, większość inwestuje z użyciem pożyczonego kapitału. W październiku 1929 r. dochodzi do krachu – indeks największych spółek przemysłowych nurkuje 90 proc., prezesi bankrutujących firm popełniają samobójstwa, oszczędności milionów ludzi zamieniają się w długi.
    Amerykanie odkrywają depresję ekonomiczną i to od razu największą, jaka kiedykolwiek spotka kapitalistyczną gospodarkę.  Okazuje się, że na wolnym rynku
prosperity nie jest dana raz na zawsze, a dobrobyt może się powiększać, ale i kurczyć. A gdy się kurczy, miliony ludzi tracą pracę i popadają w biedę, a państwo pozostaje wobec tej tragedii bezradne. W USA bezrobocie sięga 30 proc., ceny i płace spadają o 20-50 proc., tylko w pierwszym roku bankrutują 744 banki.  Kryzys rozlewa się na cały cywilizowany świat, z wyjątkiem ZSRR. Tam gospodarka planowa święci jeden ze swych nielicznych triumfów, karmiąc zauroczenie marksizmem lewicowe elity Europy.
    Wielki kryzys uświadamia ekonomistom, że kapitalizm żyje cyklami, przechodzi na przemian okresy prosperity i recesji. Według austriackiego myśliciela Josepha Schumpetera (1883-1950) dzieje się tak dlatego, że kapitalizm ma naturalną skłonność do „twórczej destrukcji” – tak jak niszczy stare wynalazki, zastępując je nowymi, tak też rujnuje jeden ład gospodarczy, by na jego gruzach zbudować nowy, wydajniejszy. Brak równowagi i niestałość są według Schumpetera wpisane w istotę kapitalizmu, stanowią o jego dynamice, innowacyjności i zdolności do ciągłej akomodacji.   

Skoro cykle są w kapitalizmie nieuniknione, czy można przynajmniej złagodzić destrukcyjną moc recesji?  Nad tym głowi się w Cambridge John Maynard Keynes, usiłując zrozumieć źródła Wielkiego Kryzysu i zapełnić luki w klasycznej teorii ekonomicznej, które nie pozwoliły go przewidzieć. Zostanie pierwszym makroekonomistą – zamiast uogólniać mechanizmy działania przedsiębiorstw na całą gospodarkę, próbuje wydedukować z Kryzysu reguły, jakie rządzą kapitalistyczną machiną. Dla polityków lat 30. to bardzo cenna wiedza. (...) Keynes radzi Rooseveltowi interweniować, załagodzić depresję ekonomiczną za pomocą inwestycji publicznych. W latach 1933-1936 Stany uruchamiają wielki program robót publicznych, państwo zaprzęga tysiące bezrobotnych do budowy dróg, parków narodowych i wycinki lasów. Przy okazji Roosevelt wprowadza ubezpieczenia społeczne i ścisły nadzór nad Wall Street. Całość przejdzie do historii jako New Deal.
    Dla Niemiec jest już za późno. Na fali masowego bezrobocia i biednienia klasy średniej do władzy dochodzi Adolf Hitler, ale III Rzesza też poniekąd ratuje się keynesizmem. By zająć bezrobotnych führer zarządza budowę nikomu niepotrzebnych jeszcze autostrad, ale inwestycją publiczną, która naprawdę wydobywa Niemcy z zapaści, jest uruchomienie przemysłu zbrojeniowego. Przygotowania do II wojny światowej pozwolą też skrócić zapaść ekonomiczną w USA, znosząc przy okazji negatywne następstwa New Dealu i odraczając porażkę keynesizmu.
    Tuż przed wojną, przed wojną, którą przewidział, John Maynard Keynes publikuje „Ogólną teorię zatrudnienia, procentu i pieniądza”, bodaj najważniejszą analizę kapitalizmu od czasów Smitha i Marksa, zarazem pierwszą instrukcję obsługi gospodarki dla polityków.   Stwierdza, że kapitalizm nie stanowi harmonijnej doskonałości, a równowaga podaży i popytu, która według klasyków miała przynosić powszechny dobrobyt, może współistnieć z wysokim bezrobociem – jak w Ameryce lat 30.  Dlatego w okresach recesji państwo powinno zabiegać o pełne zatrudnienie i stymulować w ten sposób popyt. W razie potrzeby ryzykując długi, które spłaci w czasie
prosperity.

Teoria Keynesa kładzie podwaliny pod eksplozję dobrobytu w powojennej Europie i Ameryce. Ale są też przyczyny praktyczne: odbudowa zrujnowanego kontynentu, plan Marshalla, masowy napływ kobiet do fabryk podczas wojny i równie masowy powrót mężczyzn po wojnie, wreszcie postęp techniczny rozpędzony przez innowacje militarne. To wszystko rozpędza zachodni kapitalizm na kilka dekad. Niemcy będą mówić o „dobrobycie dla wszystkich”, Francuzi wręcz o „chwalebnym trzydziestoleciu” – czasach pełnego zatrudnienia, dostatku po latach niedoborów. W latach 1945-73 dochodzi do największego skoku bogactwa w dziejach ludzkości.
    Keynesizm przeobraża nie tylko gospodarkę, ale także społeczeństwo. Z powojennego cudu ekonomicznego rodzi się klasa średnia, szeroka i stale rosnąca warstwa społeczna, zajmująca środkowe szczeble drabiny dochodów, korzystająca z dobrobytu i wspierana przez hojne państwa opiekuńcze. Z kagańcem Keynesa kapitalizm zyskuje ludzką twarz. 
    Syta, jednolita klasa średnia to zarazem zastępy konsumentów, tak potrzebnych jako odbiorcy masowej produkcji przemysłowej. Ale masowa produkcja wiąże się z równie masową konsumpcją energii. W latach 70. ropy jest jeszcze pod dostatkiem, ale w logikę podaży i popytu wkracza nagle polityka. Z dramatycznymi skutkami.
    6 października 1973 r. Syria i Egipt napadają na Izrael. Gdy Zachód rzuca mu się na pomoc, kraje arabskie sięgają po nową broń: embargo na dostawy ropy naftowej dla sojuszników Izraela. Cena ropy, która od lat 30. XX w. utrzymuje się w okolicach 30 dol. za baryłkę, skacze trzykrotnie, fundując zachodnim gospodarkom potężny szok naftowy.  Inflacja wskutek wzrostu cen ropy zbiega się ze stagnacją – powojenny cud się wyczerpał, a mieszanym gospodarkom coraz bardziej ciążą rozbuchane wydatki socjalne. 
    Politycy i ekonomiści na próżno szukają u Keynesa recepty na stagflację – wedle jego teorii zjawisko to nie ma prawa istnieć, bowiem bezrobocie i wzrost cen nawzajem się wykluczają. Ale rzeczywistość temu przeczy. Republikanin Richard Nixon mimo to ogłasza się jednak keynesistą i zgodnie z duchem interwencjonizmu wprowadza kontrolę cen. W Wielkiej Brytanii to samo robi konserwatysta Edward Heath. Stagflacja przybiera tylko na sile.

    Friedrich von Hayek czekał na ten moment 30 lat.  Jeszcze w 1944 r. pisze „Drogę do zniewolenia”, głośną przestrogę przed kolektywizmem jako pierwszym krokiem do totalitaryzmu. Wtedy mało kto chciał go słuchać, ale gdy keynesizm zawodzi, a bezradni politycy na gwałt szukają nowego klucza do gospodarki, von Hayek z dnia na dzień zostaje okrzyknięty prorokiem. W 1974 r. otrzymuje Nagrodę Nobla z ekonomii.
    Tak jak Keynes był nieufny wobec rynku i wierzył w państwo, tak Hayek jest niechętny państwu i namiętnie wierzy w rynek. Dla austriackiego ekonomisty rynek jest wcieleniem wolności, a ktokolwiek ogranicza jego swobodę, nie tylko dławi gospodarkę, ale pośrednio czyni też zamach na demokrację. Poza tym prędzej czy później i tak przegra z żywiołem rynku. Nowa doktryna zostanie ochrzczona neoliberalizmem – w nawiązaniu do „starego” liberalizmu Smitha.
    Nim teorię von Hayeka podchwycą Margaret Thatcher i Ronald Reagan, na konkretne rozwiązania przełoży ją amerykański ekonomista Milton Friedman.  Friedman zaleca odwrotność wszystkiego, co nakazywał Keynes – deregulację, prywatyzację i liberalizację. Państwo ma zaprzestać
rozkazywania gospodarce, sprzedać przedsiębiorstwa i usługi publiczne oraz czynnie walczyć o jak największą swobodę rynkową – tępić monopole, stymulować konkurencję i ciąć podatki.
    Zmęczenie kryzysem lat 70. toruje drogę nowej doktrynie. W Wielkiej Brytanii Żelazna Dama łamie wszechobecne strajki, zamyka kopalnie, tnie świadczenia socjalne i pacyfikuje związki zawodowe. W USA były aktor osładza podobny program idealistyczną retoryką walki z ZSRR. Uwolnione spod państwowej kurateli obie gospodarki biorą głęboki oddech i zrzucają stagflację. Hayek i Friedman triumfują, a kapitalizm wkracza w nową epokę.  

    Upadek ZSRR to dla neoliberałów ideologiczny dar losu na miarę tego, czym II wojna światowa była dla keynesistów. Mogą ogłosić triumf kapitalizmu nad socjalizmem i ruszyć na podbój nowych rynków, niezbędnych, by zaspokoić pęczniejącą podaż zachodnich gospodarek.  Rusza globalizacja, czyli włączanie kolejnych obszarów świata do zachodniego systemu gospodarczego – z neoliberalizmem jako gotową doktryną ekonomiczną. 

Uczniami Miltona Friedmana są wszyscy reformatorzy w Europie środkowej z Leszkiem Balcerowiczem na czele. Terapia szokowa, czyli gwałtowne, szybkie przejście za gospodarki centralnie sterowanej do wolnorynkowej, wywodzi się w prostej linii z chicagowskiej szkoły ekonomii.   „Uważam Miltona Friedmana za jednego z głównych intelektualnych architektów wolności mojego kraju” – napisze Balcerowicz po śmierci swojego mistrza. 
    W USA neoliberalizm staje się obowiązującą doktryną kapitalizmu nie tylko dla neokonserwatystów, ale też dla postępowych demokratów Billa Clintona. W Wielkiej Brytanii Tony Blair nawraca na neoliberalny kapitalizm Partię Pracy, a Gerhard Schröder robi to samo z niemiecką SPD. Akurat gdy gaśnie spór ideologiczny, a zachodnie gospodarki wydają się spokojnie żeglować po globalnych rynkach, pod ich pokładami zaczyna się prawdziwa rewolucja.
    Pierwsza to rozwój sektora usług. Tak jak przemysł rozwinął się kosztem rolnictwa, tak też usługi rozwijają się kosztem dwóch pozostałych sektorów i to one swą dziś głównym źródłem zatrudnienia w rozwiniętych gospodarkach kapitalistycznych.  Baza przemysłowa Ameryki została niemal w całości wyeksportowana do Chin, ten sam trend dotyczy też Europy Zachodniej, skąd ucieka uciążliwa i coraz mniej opłacalna produkcja.
    Następstwem odprzemysłowienia jest drugi trend – finansjalizacja amerykańskiej gospodarki. W myśl teorii Ricardo Ameryka wyspecjalizowała się w dziedzinie, która daje im największą przewagę komparatywną, czyli obrocie kapitałem. Kłopot w tym, że jej własny pieniądz, na którym opiera się dziś kapitalizm, słabnie w oczach, a finansjalizacja gospodarki jest charakterystyczna dla schyłkowych mocarstw – tak skończyła XVII-wieczna Hiszpania, XVIII-wieczna Holandia i XIX-wieczne Imperium Brytyjskie. 
    Finansjalizacja, neoliberalizm i upadek protestanckiej etyki – splot tych okoliczności leży u źródeł obecnego kryzysu w Ameryce. Nie doszłoby do zapaści wielkich banków, gdyby gospodarka USA nie skupiła się tak bardzo na spekulacji finansowej, państwo nie uwolniło rynków kapitałowych spod wszelkiej kontroli, a sami Amerykanie i ich bankierzy nie ulegli kulturze życia na kredyt i pokusie natychmiastowej gratyfikacji. 
    Tak jak Amerykanie uwierzyli, że każdemu należy się własny dom, a ceny nieruchomości będą rosnąć w nieskończoność, tak finansiści uznali, że zdołają pokonać prawidła rynków, a w najgorszym razie i tak unikną odpowiedzialności, odchodząc z sutymi odprawami. Niepohamowana eksplozja chciwości wpędziła Amerykę w najgorszą zapaść finansową od czasów Wielkiego Kryzysu, która na lata zmieni oblicze amerykańskiego kapitalizmu.  
    Już teraz jesteśmy świadkami najbardziej spektakularnego zwrotu w doktrynie ekonomicznej od upadku keynesizmu. Neoliberalny rząd USA pod rękę z Rezerwą Federalną nacjonalizuje prywatne korporacje, ogranicza handel na giełdzie i wykłada miliardy na ratowanie rynków. Prezesi wielkich banków, którzy jeszcze niedawno tępili państwo, dziś łakną jego pomocy, a czołowi do niedawna prorynkowi publicyści biczują bankierów za spekulacje i rozrzutność. 

Chiny szykują się tymczasem, by przejąć od USA pałeczkę kapitalizmu. Jeśli partia komunistyczna wciąż rządzi, to dlatego, że zlikwidowała socjalizm, nim zdążył się zawalić, a sama zamieniła się z kasty doktrynerów w klasę menedżerów. Zamiast terapii szokowej, 30 lat temu wybrały długi marsz do kapitalizmu, dowodząc podobnie jak Rosja, że wolny rynek nie zawsze chodzi w parze z wolnymi wyborami. Jak na ironię neoliberalizm został sfalsyfikowany ideologicznie akurat tam, skąd czerpie największe zyski. 
    Tak jak USA zaczynały od eksportu zbóż do Wielkiej Brytanii, by w końcu pokonać ją w przemyśle i zastąpić funta dolarem, tak Chiny zaopatrują ustępujące mocarstwo w całą produkcję przemysłową, a prędzej czy później wyręczą je w usługach i uczynią z renminbi globalną walutę. Nie oglądając się specjalnie na Zachód, wyhodowały już własną odmianę kapitalizmu, łączącą kolektywizm z wolnym rynkiem i autorytatywnymi rządami.
    Europa wciąż liczy, że utrzyma swoją pozycję i dobrobyt jako „gospodarka wiedzy”, źródło innowacji technicznych, pomysłów na nowe produkty i stylu. Ale we wszystkich tych dziedzinach Chiny szybko nadrabiają zaległości. Od wzrostu innowacyjności znacznie bardziej widoczne jest w Europie rozwarstwienie klasy średniej – spadek stopy życiowej ludzi gorzej wykształconych i wzrost indywidualnych karier.  

Ameryka sypie tymczasem wały przeciwpowodziowe, próbując ujarzmić rwącą rzekę, która podmywa fundament jej gospodarki. Ale raz uwolniony żywioł trudno zapędzić z powrotem do koryta, zwłaszcza że kapitał nigdy nie płynie dwa razy tą samą drogą, a próby regulowania rynku kończą się najczęściej sypaniem wałów wzdłuż starorzeczy. Rząd USA nie daje jednak za wygraną: w pośpiechu grodzi rynki finansowe, by zatrzymać powódź na Wall Street. Ale tamy wokół materialnej gospodarki już ledwo trzymają.   
    Gdy minie kataklizm, strach jak zawsze ustąpi miejsca chciwości. A wtedy Ameryka stanie przed znacznie trudniejszym pytaniem niż doraźne ratowanie rynku: jak zorganizować sektor finansowy, jej największą siłę, aby nie zagrażał całej, nie tylko amerykańskiej gospodarce? Jak nakłonić kapitał, by zajął się mozolną budową produktywności, a nie łatwą spekulacją. Jak odbudować amerykański kapitalizm, jeśli to w ogóle możliwe?
                       
Wawrzyniec Smoczyński
                       Korzystałem z książki Daniela Yergina
                       i Joe Stanisława „Commanding Heights:
                        The Battle for the World Economy
                                    


--------------------

POLITYKA
nr 4 24 stycznia 2009

  TEMATY TYGODNIA
30  ROZMOWA POLITYKI  z Jeffreyem Sachsem,
      słynnym ekonomistą, o tym, jak zmienił poglądy

 
Jacek Żakowski: - Czy wie pan, jaka jest natura obecnego kryzysu? 
Jeffrey Sachs: - tego może nie da się ostatecznie rozstrzygnąć. Wciąż spieramy się przecież o naturę Wielkiego Kryzysu z lat 30. Milton Friedman, analizując Wielki Kryzys, pisał, że zawiodły źle urządzone rynki i źle regulowane banki. Na nasz dzisiejszy wielki kryzys też można patrzeć jako na skutek technicznych błędów nadzoru i regulacji. Te błędy dają się dość łatwo opisać i usunąć. Zbyt dużo ryzykownych kredytów. Zbyt mało przejrzyste instrumenty pochodne. Zbyt słaby nadzór nad rynkiem finansowym. 

Te tezy przerabiamy na co dzień.
I z błędów technicznych trzeba wyciągnąć wnioski.  Ale prawda o obecnym kryzysie leży między błędami technicznymi a słabością społeczeństwa: globalizacją, stosunkiem do środowiska, podziału bogactwa. Nie zrozumiemy go, jeżeli będziemy się zajmowali aspektem technicznym, a zapomnimy o przyczynach społecznych i politycznych.

Czyli?
Jeżeli nie zdamy sobie sprawy, że kończy się era Reagana – trwająca ćwierć wieku dominacja radykalnych poglądów rynkowych i próby budowania radykalnie rynkowych społeczeństw. Rynek przestał być postrzegany tylko jako jedna z form więzi między ludźmi. Dominował pogląd, że jest to najważniejsza forma. Praktycznie całe moje zawodowe życie przebiegało w takiej atmosferze. Radykalna szkoła ekonomii rynkowej stała się w Ameryce faktycznie jedyną polityczną ideologią.

Którą do Polski przywiózł właśnie Jeff Sachs.
To jest temat na dłuższą rozmowę. Skończyłem studia w duchu tej ortodoksji i poruszałem się w jej granicach, ale w głębi zawsze byłem socjaldemokratą i wolałem model skandynawski od amerykańskiego. Kiedy w 1989 r. przyjechałem do Polski, mówiłem o powrocie do Europy, a nie budowaniu kolejnego stanu Ameryki.  

Bo Ameryka była za daleko?
Bo poszła za daleko w radykalizmie rynkowym. Psychologicznie można to wytłumaczyć. Kryzys lat 70., kiedy mieliśmy wysokie stopy inflacji i bezrobocia, spowodował, że ludzie domagali się zmiany. Ruchy emancypacyjne lat sześćdziesiątych spowodowały rozbudowę programów społecznych. Podatnicy zaczęli mieć poczucie, że płacą na utrzymanie Afroamerykanów. Wyborcy wszystkich klas zwrócili się ku republikanom, żeby ograniczyć wydatki socjalne. To wyniosło do władzy Reagana. A potem przyszedł upadek komunizmu. Liberalna demokracja wygrała z totalitaryzmem. W Ameryce zostało to odczytane jako tryumf rynkowego kapitalizmu nad socjalistycznymi mrzonkami. To upowszechniło pozornie naukową tezę, że rynek jest jedyną odpowiedzią na nasze problemy i że im więcej rynku, tym lepiej. Ta czysto ideologiczna wiara stała się w Ameryce powszechna i szybko zaraziła bardzo dużą część świata.   

Skoro socjalizm zawiódł, to znaczy, że sprawdza się tylko rynek...
To była teza konserwatywnej prawicy. Wbrew doświadczeniu konserwatyści stworzyli wrażenie, że są tylko dwie drogi: prowadzący do katastrofy socjalizm albo dający bogactwo rynek. Każde zaangażowanie państwa w gospodarkę dostawało łatkę socjalizmu. Nawet kiedy Bush, Paulson i Bernanke zdecydowali się reagować na kryzys finansowy, pojawiły się głosy, że socjalizm wraca. A kiedy ktoś taki jak ja postulował np. rozbudowę publicznej służby zdrowia, od razu przypinano mu łatę socjalisty.

Dla socjaldemokraty to nie jest chyba obraźliwe?
Obraźliwe nie, ale dyskredytujące. Przeciętny Amerykanin nie zdaje sobie sprawy, że najlepiej działające gospodarki rynkowe są powiązane z państwem. W Europie dominują gospodarki mieszane, co nie znaczy, że są socjalistyczne. W erze New Dealu – od prezydentury Roosvelta, przez Trumana, Eisenhowera, Kennedy’ego, Johnsona, Nixona, Cartera, aż do wyboru Reagana, czyli od 1933 r. do 1981 r. – gospodarka amerykańska też była gospodarką mieszaną w dużo większym stopniu niż dziś. Nie było to poważnie kwestionowane aż do napięć lat 70. – kryzysu gospodarczego, skandali finansowych, klęski w Wietnamie, niepokojów związanych z ruchem pokojowym i emancypacją Afroamerykanów. Za Reagana to się odwróciło.   

Po nim przyszła dekada Clintona.
Clinton próbował rozszerzyć opiekę zdrowotną ale przegrał. Potem kontynuował politykę Reagana. Dalej ciął programy społeczne. Bush także. Pogrążona w kryzysie Ameryka, którą dziedziczy Obama, to produkt epoki Reagana, ćwierćwiecza trzech prezydentów realizujących w zasadzie ten sam program. W sprawach zagranicznych i obyczajowych między demokratami a republikanami były istotne różnice. W polityce społecznej i gospodarczej więcej łączyło ich, niż dzieliło.
   Epoka Reagana stworzyła w Ameryce liczącą miliony ludzi podklasę – żyjącą w nędzy, zaludniającą więzienia, pozbawioną perspektyw. Nawet w latach wzrostu gospodarczego ta podklasa rosła. Amerykanie do tego stopnia nie chcieli jej widzieć, że w trzech prezydenckich debatach zeszłorocznej kampanii słowa „nędza” i „biedni” nie padły ani razu. Nędza jest niewidoczna, a biedni są bezsilni. Głosy dające zwycięstwo należą do klasy średniej, a pieniądze na politykę pochodzą od klasy wyższej. Dlatego polityka produkuje coraz więcej nierówności społecznych. A globalizacja ten produkt umacnia.   

Jeff  Sachs wini globalizację za kryzys?
Nie globalizację, tylko brak odpowiedniej reakcji na globalizację. Globalizacja daje ogromne korzyści, ale ma skutki uboczne. Jednym z nich jest powiększanie różnic dochodowych. To szkodzi gospodarce i funkcjonowaniu społeczeństw. Polityka jest po to, żeby wzmacniać w globalizacji to, co przynosi korzyści, równoważyć jej negatywne skutki.

Rynek nie może tego wyregulować?
Może, ale na poziomie, który zniszczyłby zachodnie społeczeństwa. Otwierając rynek dla gospodarek opartych na taniej pracy stworzylibyśmy nowy fenomen ekonomiczny. Tradycyjna uzwiązkowiona klasa robotnicza nie ma szans go przetrwać. Praca odpływa za granicę, związki słabną i różnice płac rosną. Chiny i Indie mogą się gwałtownie rozwijać, zachodni konsumenci mogą tanio kupować i lepiej żyć, ale ceną za to jest wepchnięcie milionów ludzi w pułapkę rozwierania się nożyc płacowych. Jest wiele sposobów, żeby ten proces zatrzymać. Nie robimy tego, bo zdezawuowaliśmy rządowe interwencje, inwestycje społeczne, pomoc dla tych, którzy sobie nie radzą. Polityka społeczna została wyklęta. 

Ze względów ideologicznych?
Także dlatego, że kiedy dół piramidy społecznej zapadał się coraz niżej, jej szczyt gwałtownie się podnosił. Dla mnie był to ekonomiczny fenomen. Moi studenci prosto po uniwersytecie lądowali na Wall Street i od razu zarabiali miliony. Wiem, co umieli, więc wiem, że nie byli tych pieniędzy warci. Przez lata nie rozumiałem, jaki mechanizm sprawiał, że mała grupa firm z Wall Street zarabia takie miliardy.

I do czego pan doszedł?
To nie był mechanizm rynkowy. Gdy te firmy padają jak muchy, widać to jeszcze lepiej. Rynek nie płaciłby miliardów za tak fatalną pracę. Ale Greenspan, Rubin, Bernanke, Paulson , którzy wywodzili się z tego środowiska, poprzez deregulację coraz mocniej nakręcali ten szalony mechanizm. A prawdziwy fenomen drugiej części epoki Reagana polegał na tym, że nawet po kolejnych kryzysach, bańkach spekulacyjnych, skandalach, nie wytworzyły się mechanizmy samokorekcyjne, które są największą siłą demokratycznego kapitalizmu. Kiedy nadmiernie rosną nierówności, powinien się pojawić jakiś ruch społeczny, który by się domagał ich ograniczenia. Kiedy spekulacja niszczy gospodarkę, powinna się pojawić siła polityczna ograniczająca swobodę spekulantów. Po raz pierwszy w historii Ameryki nic takiego się nie wydarzyło.   

Dlaczego?
Amerykańska polityka jest skorumpowana bardziej niż kiedykolwiek. Nigdy od najbogatszych ludzi i największych firm nie płynęły do polityki tak wielkie pieniądze. Nigdy kosztująca miliony reklama nie miała tak wielkiego wpływu na wybory.

To chyba Chomsky powiedział, że w Ameryce wciąż głosują równi obywatele, ale wybierają już tylko wielkie pieniądze.
Kiedy Bush junior został prezydentem, skala nierówności była w Ameryce największa w historii. Mimo to zaczął od obniżki podatków dla najbogatszych. Dokładnie na odwrót, niż wynikało z analizy równowagi społecznej. Posłużono się fałszywym argumentem, że opodatkowanie bogatych hamuje gospodarkę. Wystarczy popatrzeć na jakość życia w Skandynawii czy Niemczech, żeby się przekonać, jak dobrze mogą się rozwijać gospodarki stosujące wysokie opodatkowanie wysokich dochodów. Amerykanom daleko jest do jakości życia północnej Europy. Racjonalnie jest to argument nie do podważenia, ale w Ameryce epoki Reagana był on nie do przyjęcia ideologicznie.

Jednak ObAMA znalazł sposób na dotarcie do zwykłych wyborców i zebrał dużo pieniędzy z niewielkich prywatnych datków.
Ale chyba też nie czuje się całkiem wolny. W kampanii ważnym tematem było cofnięcie obniżek Busha. Teraz słychać, że może nie w tym roku...

W czasie recesji podatków się nie podwyższa.
To też jest fałszywy, ideologiczny argument. Jeżeli w czasie recesji podniesie się podatki i budżet je wyda, to szybki efekt stymulujący rynek jest pewny. Kiedy podwyższa się podatek bogatym i transferuje się pieniądze do biednych, większa ich część trafia od razu na rynek. Bo bogaci mogliby część z tych pieniędzy oszczędzić. Jeśli w czasie kryzysu zostawia się więcej pieniędzy bogatym, to z punktu widzenia pobudzania rynku duża ich część się marnuje.

Więc to bogaci muszą płacić za wyjście z recesji?
Płacą wszyscy. Ale kontrolowanie nierówności potrzebne jest nie tylko dlatego, że społeczeństwo powinno być sprawiedliwe. Na dłuższą metę nie da się oddzielić wzrostu gospodarczego od poziomu nierówności i spójności społecznej. Nadmierne nierówności mogą być tak Samo szkodliwe dla gospodarki jak i nadmierne dążenie do równości. Ekonomicznie to jest oczywiste, ale w epoce Reagana elity stały się niezwykle potężne. Ameryka była w coraz większym stopniu rządzona w interesie bogacącej się klasy wyższej. Klasa niższa znikła z pola widzenia. Klasa średnia była uwodzona w czasie kampanii wyborczych albo straszona komunizmem, Latynosami, terroryzmem, degrengoladą moralną, której symbolem konserwatyści uczynili aborcję. Zamiast w obronie swoich interesów, klasa średnia, a zwłaszcza niższa klasa średnia głosowała przeciw zagrożeniom opisywanym przez konserwatystów w języku religijnej prawicy.     

Ale jednak wybory wygrał Obama.
Jeszcze nie wiemy, jaką politykę będzie prowadził Obama. W polityce zagranicznej realne wydaje mi się zagrożenie, że mimo wyborczych obietnic będziemy robili te same błędy, które popełniliśmy w Iraku i w Afganistanie.

Dlaczego pan tak myśli?
Bo polityka to nie tylko wybory, a rządzenie to nie tylko polityka. Wpływowy kompleks militarno-przemysłowy po wyborach istnieje jak wcześniej. Widzę odciski jego palców, gdy słyszę ...  I widzę ich ślady, gdy słyszę ...  Sens tego jest podobny do wysyłania kiedyś kolejnych oddziałów do Wietnamu. Mamy sto lepszych sposobów zapewnienia sobie bezpieczeństwa ...  Problem polega na tym, że wojna z terroryzmem nie tylko służy potężnemu lobby, ale też usprawiedliwia bezczynność administracji wobec poważniejszych wyzwań ...
   W polityce wewnętrznej jest podobnie. Obama mianował na najważniejsze urzędy ludzi z ekipy Clintona. Dla wielu jego wyborców jest to rozczarowujące, więc tłumaczy, iż walka z kryzysem wymaga doświadczonych fachowców. Wierzę, że nosi w sobie projekt obiecanej zmiany. Ale nie jestem pewien, czy z tymi ludźmi będzie mógł ją zrobić. Obama jest niezwykle utalentowanym przywódcą. Tylko czy to wystarczy, by spowodować zmianę na poziomie społecznym? Zmiana samej polityki nie starczy. Nasze społeczeństwo stało się groźnie niesprawiedliwe, podzielone, zmilitaryzowane, samolubne i agresywne. Takie społeczeństwo nie może być szczęśliwe ani produktywne. Jego stan jest równie dużym problemem jak niesprawność systemu finansowego.  

Już pan się rozczarował Obamą.
Nie wiem, co w jego działaniu wynika z taktyki, a co ze strategii. Czekam z oceną, bo bardzo bym chciał, żeby dokonał zmiany, którą obiecywał. 

I której treść nie jest jasna.
Poważna zmiana zawsze oznacza niepewność. Roosevelt mówił: „spróbujemy jednego sposobu, a jak nie zadziała, spróbujemy innego. I będziemy próbowali do skutku”. Obejmując władzę był zdeterminowany, żeby eksperymentować. To było ważne. Bo każda nowa sytuacja wymaga nowych reakcji. A Obama – podobnie jak Roosevelt – ma do czynienia z nieznaną dotąd sytuacją, wymagającą niestosowanych dotąd sposobów radzenia sobie z kryzysem.

Ten kryzys może wywołać histeryczne reakcje, ale jeżeli nad nimi zapanujemy, zaczniemy się podnosić. Obama może powtórzyć za Rooseveltem, że „jedyne, co powinno wywoływać strach, to sam strach”.

Co może zrobić, żeby ten kryzys zatrzymać?
Nic. Ekonomia – przynajmniej ta, którą znam – nie ma na taki kryzys sposobu. Będziemy mieli głęboką recesję, wzrost bezrobocia, bankructwa i dużo więcej ubóstwa. Żaden plan stymulacyjny tego nie zatrzyma.

Ale może złagodzić.
W stopniu, którego nie umiemy przewidzieć. Najważniejsze jest, żebyśmy nie wpadali w panikę. Po każdej recesji przychodzi wzrost. Nawet jeżeli ten kryzys będzie jeszcze gorszy, niż się spodziewamy, nie będzie to koniec świata ani powtórka Wielkiego Kryzysu. Wtedy ludzie żyli bliżej minimum egzystencji. Nie było zabezpieczeń społecznych. A na dodatek fałszywa polityka i zła ekonomia doprowadziła do paniki finansowej, która zniszczyła gospodarkę. Tego nie można porównać nawet z najgorszym scenariuszem obecnego kryzysu. Nawet Bush nie uległ fundamentalistom rynkowym, którzy wzywali, by rząd nic nie robił i pozwolił działać niewidzialnej ręce. Po Roosevelcie nawet w Ameryce Busha zostawienie milionów ludzi na pastwę chaosu jest nie do pomyślenia. Mamy przed sobą ciężki rok, ale w 2010 r. sytuacja powinna się poprawiać. Pod warunkiem, że nie pozwolimy, aby kryzys doprowadził do poważnych konfliktów. A o to nietrudno, bo pokolenie rządzące dziś światem nie miało do czynienia ze wstrząsem ekonomicznym, który pozbawia świat wielkiej części bogactwa, zmienia układ sił, strąca z piedestału najpotężniejszych ludzi i wielkie instytucje rynkowe, przenosi bogactwo, wpływy i centra decyzyjne. Taki kryzys może wywołać histeryczne reakcje, ale jeżeli nad nimi zapanujemy, zaczniemy się podnosić. Obama może powtórzyć za Rooseveltem, że „jedyne, co powinno wywoływać w nas strach, to sam strach”.

Pan nie czuje strachu?
Już nie. Bo dzięki pamięci Wielkiego Kryzysu, nawet mając najgorszego prezydenta w historii, Ameryka jakoś sobie radzi. Tu lekcja lat 30. też bardzo pomogła. Roosevelt na przejęcie władzy czekał od listopada do 4 marca. Bezsilnie patrzył, jak ustępująca władza pogrąża kraj w kryzysie. Potem przekazywanie władzy skrócono o połowę. Więc już niedługo będziemy mieli dobrego albo bardzo dobrego prezydenta.   

Więc może jednak będzie coś mógł na ten kryzys poradzić?
Ten kryzys wymaga od nas współpracy szerszej i lepszej niż kiedykolwiek. Wielki Kryzys stał się tak wielki między innymi dlatego, że spowodował eksplozję ceł i kontyngentów w handlu. Teraz też jest wiele głosów oskarżających Chiny i wzywających do antychińskich ograniczeń w handlu. Nawet jeżeli jest w tym więcej populistycznych chwytów  niż prawdziwych zamiarów, coś może z tego wyniknąć. Nacjonalizm jest silny i w Chinach i w Ameryce. Gdybyśmy mu ulegli, sytuacja może się radykalnie pogorszyć. Dla Ameryki najlepszy scenariusz to utrzymanie wysokiego wzrostu chińskiej gospodarki i duże chińskie inwestycje w Stanach. Jedyne stosunkowo łatwe wyjście z tego kryzysu wymaga więc silnej globalnej współpracy. Obama jest do niej dużo bardziej zdolny niż Bush. Podobnie jak do zadbania o to, żeby dla Amerykanów dotkniętych kryzysem nie stał się on katastrofą. Bo utrata pracy, majątku, domu, dumy ze swoich osiągnięć – to jedno. A zostawienie ludzi w takiej sytuacji – to drugie. W czasie Wielkiego Kryzysu ludzie skakali z mostu Brooklińskiego i z nowoczesnych biurowców, bo czuli, że tracąc pracę i majątki, tracą wszystko.     

Tak w dużym stopniu było.
Tak teraz być nie musi. Bankructwo czy bezrobocie dla wielu ludzi staje się nie do wytrzymania, gdy oznacza, że wraz z dochodami tracą dach nad głową, pomoc medyczną, szansę wyżywienia dzieci...  Kryzys to okres, kiedy rozbudowa pomocy społecznej staje się konieczna, by społeczeństwo mogło prędko podnieść się po ciosach, które on zadaje. Bush tak zreformował amerykańskie finanse publiczne, że stany muszą ciąć pomoc medyczną dla biednych. W wielu stanach nawet ci, którym przysługuje bezpłatne leczenie, nie mogą z niego korzystać, bo nie ma lekarza gotowego ich przyjąć za stawki płacone przez państwo. A w czasie kryzysu coraz więcej osób będzie skazanych na publiczną opiekę medyczną. Jeżeli po kryzysie chcemy mieć społeczeństwo funkcjonujące nie gorzej niż przed nim, Obama musi pozwolić stanom na zaciąganie długów, by mogły radykalnie zwiększyć wydatki na solidarność społeczną.   

Jeff Sachs uważa, że w czasie kryzysu powinno się zwiększać wydatki socjalne powiększając deficyt?
Oczywiście!


Gdyby to usłyszał Leszek Balcerowicz...

On by oczywiście tego nie aprobował. Ja też nie jestem za marnowaniem pieniędzy. Rząd powinien być oszczędny. Ale nie może oszczędzać na tym co najważniejsze: na niezbędnych wydatkach społecznych i infrastrukturze. Takich źródeł deficytu teraz się nie boję. Natomiast jestem przeciwny cięciu podatków w nadziei na zwiększenie popytu. Bo to powiększa deficyt, a nie daje pewnego efektu rynkowego. Dobrze wykorzystane pieniądze z podatków mogą się bardziej przyczynić do stworzenia społeczeństwa produktywnego i sprawiedliwego niż pompowanie konsumpcji przez cięcia podatkowe. Jeżeli Ameryka chce być na dłuższą metę konkurencyjna, musi znacząco podnieść udział podatków w dochodzie narodowym i poziom inwestycji publicznych w wydatkach budżetu. 

Obama to zrobi? 
Najpierw musiałby otworzyć i wygrać wielką społeczną debatę. Nie jestem pewien, czy się na to porwie. Bo na razie większość Amerykanów absurdalnie wierzy w obniżanie podatków, chociaż już mamy trzymilionowy deficyt. To jest jeden z zatrutych owoców epoki Reagana. Zamiast liczyć się z realiami, Amerykanie wierzą w przyjemne absurdy. 

Słysząc, jak przekonuje pan do podniesienia podatków, rozbudowywania programów socjalnych, zwiększania deficytu, utrzymywania nierówności społecznych w ryzach, mam wrażenie, że słucham całkiem innego człowieka niż 20 lat temu, kiedy przywiózł pan do polski ideę bolesnej terapii szokowej. Co się stało z tamtym Jeffreyem Sachsem?
Pewnie wiem trochę więcej o ekonomii i życiu. Ale zmieniłem się mniej, niż pan myśli. Wciąż wyznaję tezę, którą sformułowałem na początku lat 90., że bez względu na to, jaką ścieżkę rozwoju Polska by obrała – amerykańską czy szwedzką – i tak na początku trzeba było zrobić to, co przeprowadził Leszek Balcerowicz. Wychowałem się w rodzinie o silnych demokratycznych tradycjach i zawsze wierzyłem w to, że lepszy gospodarki mieszanej z dużą rolą państwa. Kiedy doradzałem w Boliwii, Polsce, Rosji, przekonywałem do jak najszybszych reform, ale nigdy nie opowiadałem się za tym, żeby ich efektem była gospodarka całkowicie rynkowa. Lewica krytykowała mnie za promowanie rynku, a prawica za to, że popierałem np. utrzymanie publicznej służby zdrowia. Leszek Balcerowicz był zawsze dużo bardziej wolnorynkowy niż ja.   

Kiedy pracował pan w Polsce, tego się raczej nie dało zauważyć.
Bo kiedy reformuje się gospodarkę w 80 proc. zarządzaną przez państwo, trzeba zacząć od reform wolnorynkowych. Pytanie, gdzie wolny rynek powinien się skończyć, przychodzi później. W Polsce chciałem przede wszystkim ułatwić wasz powrót do Europy. To była definicja docelowego modelu. Zniesienie barier hamujących rozwój i separujących Polskę było oczywiste. Prywatyzacja była oczywista. Ale za tym powinien iść program pomocy, wyrównywania szans, spójności społecznej.    

Który nie powstał.
Albo był niewystarczający. Wyjeżdżając z Polski w 1992 r., nie miałem jednak poczucia, że was zostawiam w pół drogi. Uznałem, że już wam nie jestem potrzebny, bo Polacy przeszli najgorszą burzę. Sami musieli wybrać model kapitalizmu, który im najbardziej odpowiada.

Otoczony nimbem wielkiego ekonomisty Jeff Sachs był dla większości polskich elit pierwszym profesorem rynkowej ekonomii. (...)  Dzięki „Gazecie Wyborczej” pański szybki kurs rynku przeszła duża część polskiego społeczeństwa. Ale ten kurs skończył się na pierwszym rozdziale.
Nie wiem, czy moja obecność coś by w Polsce zmieniła. (...)  A poza tym wasze wyobrażenie demokracji i rynku było kształtowane podczas ery Reagana, kiedy proste odpowiedzi fundamentalistów miały szczególną siłę. W całej Europie Wschodniej przyjmowały się one łatwiej  niż gdzie indziej. Nie tylko dlatego, że uczyliście się rynku na przyspieszonych kursach, ale też dlatego, że szok – zmiana systemu, nowe wyzwania, nowe możliwości – wymuszał uproszczenie debaty.
   Gdy wszystko się waliło, nie było czasu na niuanse i rozważania. Trzeba było działać według prostych schematów. Ale jeżeli narzeka pan na sytuację w Polsce, proszę spojrzeć na Amerykę. U nas taka rozmowa mogłaby się toczyć tylko na uniwersytecie. Mamy najmniej inteligentną politykę i debatę publiczną w historii.  


W księgarniach tego nie widać.
Co z księgarń przebija się do opinii publicznej? W mediach pan tego nie znajdzie. W Ameryce, podobnie jak w Polsce, poważna debata – o kształcie społeczeństwa, o gospodarce, o zaczynającej się epoce – wymaga uspołecznienia. To jest trudne. Bo złożone poglądy się nie przebiją. Polacy i Amerykanie mają tu podobnie uproszczone poglądy. Ludzie żyjący w rozwiniętych społeczeństwach kapitalistycznych nie zdają sobie sprawy, jak wielu regulacji i instytucji trzeba, żeby kapitalizm dobrze funkcjonował. Jeżeli nie uporamy się z mitem samoregulującego rynku, będziemy wytwarzali coraz poważniejsze kryzysy. Sama zmiana władzy w Ameryce nie starczy. Potrzebna jest zmiana mentalności.

Ona się już się dokonuje. Kilka lat temu takie opinie wygłaszali Wallerstein, Chomsky czy Naomi Klein – radykałowie zepchnięci na margines debaty. Dziś wielcy przedsiębiorcy i ekonomiści wymiaru noblowskiego Stiglitz, Krugman, Rodrik, Soros, Bufet, Gates czy pan – postulują reformę globalizacji, rynku, kapitalizmu. Ale żaden z czołowych reformatorów nie znalazł się w rządzie Obamy.
Nastroje społeczne zmieniają się wolno. Kiedy ostatnio napisałem o potrzebie zwiększenia roli rządu, dostałem dużo listów zarzucających mi przestarzałe poglądy. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo zatruta została idea społecznej współzależności i reprezentowania wspólnego interesu przez państwo. Nawet ludzie, którzy są przekonani, że istnieją wspólne interesy, na ogół dali się przekonać, iż powinniśmy polegać nie na nieudolnych czy skorumpowanych rządach, ale na ruchach społecznych, organizacjach pozarządowych albo na spontanicznych obywatelskich sieciach. Znaleźliśmy się między dwiema woluntarystycznymi utopiami. Jedna kanonizuje rynek, a druga społeczeństwo. Większość ludzi dała sobie wmówić, że żadne państwo im nie pomoże, a jeśli obieca im pomóc, i tak wszystko zmarnuje. Sporo czasu upłynie, nim ludzie dadzą się znowu przekonać, że bez silnego państwa nie da się mieć dobrego społeczeństwa ani sprawnej gospodarki.      
 

W „Doktrynie szoku” jest scena, która miała miejsce podczas konferencji Banku Światowego, kiedy Williamson sformułował hipotezę kryzysową. Zakłada ona, że kiedy wybucha kryzys, reformatorzy powinni czekać, aż stanie się on tak uciążliwy, żeby społeczeństwo było gotowe zaakceptować każdą zmianę. Naomi Klein pisze, że tylko pan wtedy protestował mówiąc, że odkładanie reform jest niemoralne, gdyż miliony ludzi naraża na zbyteczne cierpienia. Czy to był ten moment, kiedy zrozumiał pan, że szlachetne poglądy czynią pana samotnym wśród tuzów ekonomii?
To się zaczęło już w 1985 r., kiedy wyszedłem poza wygodną profesurę na Harvardzie i zacząłem pomagać Boliwii. Miałem najlepsze wykształcenie ekonomiczne, jakie młody człowiek może zdobyć na amerykańskich uniwersytetach. Ale szybko zdałem sobie sprawę, że mało wiem, jak świat naprawdę wygląda. Dla mnie to był szok. A drugi szok przeżyłem, kiedy zauważyłem, żen uniwersyteccy koledzy nie chcą widzieć ani wiedzieć tego, czego ja się w Boliwii nauczyłem. Dla nich ekonomia to była wiedza wyczytana z książek, z roczników statystycznych, z raportów przedsiębiorstw. Dla człowieka zmagającego się gospodarką kraju, w którym niszczyła ona życie milionów bezsilnych ludzi, obojętność środowiska akademickiego na realia świata była przygnębiająca.
   Parę lat później przeżyłem to samo, kiedy zacząłem pracować nad reformowaniem gospodarek Europy Wschodniej. Doświadczenie z okresu doradztwa w Rosji było już kompletnie deprymujące i demoralizujące. Kilka prostych posunięć – na przykład odłożenie spłaty gigantycznych długów – mogło uchronić miliony ludzi przed nędzą. A gdy o to prosiłem w Ameryce, zrozumiałem, jak bardzo mało jest osób gotowych pomóc Rosjanom. Gdy demokratyzująca się Rosja Jelcyna przeżywała klęskę gospodarczą, Ameryka wciąż prowadziła z nią zimną wojnę. Tyle że innymi środkami.    
 

Bo dla pana celem ekonomisty był rozwój. A dla pańskich rozmówców interesy i władze?
Nie tylko. Zrozumiałem, że jestem samotny w moim rozumieniu tego, jak należy uprawiać ekonomię, jak jej uczyć i jak ją stosować w praktyce. Dla mnie ekonomia była stosowaną nauką społeczną, a wokół siebie miałem głównie ludzi traktujących ją jak naukę laboratoryjną. Moi akademiccy koledzy szukali w ekonomii piękna i harmonii nauk ścisłych.

Co w tym złego?

Gdy się jest poetą czy matematykiem, taka postawa jest w pełni uprawniona. Ale ekonomia nie może być nauką o harmonijnym pięknie. To jest nauka o narzędziach ułatwiających społeczeństwom życie. W ekonomii nie chodzi o piękno, ale o przetrwanie. Tak jak nie da się uprawiać medycyny, nie chodząc do szpitala, a nawet do prosektorium, tak nie da się uprawiać ekonomii, jeśli się nie dotknie realnego życia, jeżeli widzi się tylko ekonomię, a nie społeczeństwo, w którym ona działa, jeżeli nie czuje się odpowiedzialności za losy konkretnych ludzi, których życie zależy od gospodarki.
                                                                                                  Rozmawiał Jacek Żakowski 

 

-------------------------------------- 

 

Dalszy ciąg o ekonomii, społeczeństwie, polityce i kryzysie

    Strona „Wybory”, a w niej:


  Ucieczka z domu wariatów

Najwięksi światowej ekonomii zastanawiają się,
co się w
światowym kapitalizmie popsuło i co należy naprawić.
Sęk w tym, że trudno co
ś znaleźć, co się nie popsuło
i czego naprawiać nie trzeba.


Jacek Żakowski z
Nowego Jorku
    Polityka, z 28 lutego 2009
 

  Banksterzy & filantropi

Ograbić biednych, rozdać bogatym

Banki na całym świecie wydają miliardy na premie, choć wykazują gigantyczne straty i  są skazane
na pomoc państwa i podatników. Na naszych oczach powstaje nowa wersja Robin Hooda:
rabuj biednych, dawaj bogatym
.

(FORUM nr 8 z 2009 r. (Najciekawsze przedruki z prasy światowej; przedruk z DER SPIEGIEL). 

--------------------------------------

Uwagi końcowe

   
Człowiek, rynek, sprawiedliwość” pozostaje nadal problem otwartym, a w wyniku kryzysu/recesji znacznie się zaostrza. Może jednak w końcu ludzkość praktycznie akceptuje, że chciwość, egoizm, pogoń za konsumpcją i lekceważenie wartości duchowych i etycznych, choć chwilowo przyjemne, w ostatecznym rozrachunku nie są dobrą ideologią. Ludzie często się mylą. Często mają dobre intencje, ale wychodzi z nich coś wręcz przeciwnego. Może jednak, gdy większość akceptuje idee pozytywne, łączące harmonijnie wartości duchowe z wartościami materialnymi, może wtedy mniej będzie obłudy, mniej zawiści i nienawiści, mniej rozczarowań, mniej tragedii. Świat będzie lepszy, przyjaźniejszy – dla wszystkich ludzi. Czy to utopia?
     Sprawy są trudne i wymagają dużo dobrej woli i wiedzy z różnych dziedzin, i to przede wszystkim  przez ludzi wymiaru publicznego.  Kontrowersji jest dużo. Sprzecznych interesów też. Metody propagandy są coraz bardziej ulepszane. Nauki ekonomiczno-społeczne chyba nadal szukają rozwiązań tak jakby „po omacku”. Przeciętnemu człowiekowi jest trudno się w tym wszystkim połapać, i wcale nic dziwnego, że jedni mają już tego „serdecznie do
ść”, i stronią od udziału w życiu publicznym, drudzy, w dobrej wierze..., trzeci ... (...) W tym całym „poplątaniu z pomieszaniem”, trudno też jednoznacznie winić całą klasę polityczną..., media itd.  Chyba w teoriach o niezbyt dobrej naturze człowieka jest sporo racji: ale czy jest to głównie „wina genów”, czy warunków?     
    Mój osobisty stosunek do problemów, pod wpływem do
świadczeń i lektury, też się zmienia. Chyba jednak nigdy nie wpadłem w skrajności – nawet dość krytyczne opinie pod adresem ekonomii, rachunkowości, statystyki itd.,  wypisywane na tych stronach (i na wiele lat przed nimi), są raczej w znacznej mierze uzasadnione.  Mini przewodnik po mojej Internetowej publikacji – strona „Credo”. Tam też informacja o jej przerwaniu/zawieszeniu , i przyczynach.

   
„Jeśli kto chce przeczytać najlepsze artykuły, reportaże i opinie z prasy 27 krajów Unii Europejskiej, znajdzie je w serwisie presseurop.eu, w dziesięciu językach, w tym w języku polskim. Tematy polityczne, społeczne, ekonomiczne, naukowe, kulturalne. Można je komentować, dyskutować na forum, oglądać zdjęcia, filmy wideo i komiksy.
Presseurop.eu będzie współpracować z euranet.eu (grupą zrzeszającą europejskie stacje radiowe) oraz z Euronews.
    Portal, który ma się stać jednym z ważniejszych mediów informujących i komentujących wydarzenia w Europie finansuje Komisja Europejska. Oprócz budżetu KE gwarantuje też dziennikarzom całkowitą niezależno
ść redakcyjną.”*

    *Informację powyższą (w niewielkim skrócie) przytoczyłem za POLITYKĄ nr 22 (2707) z 30 maja 2009 r.

Tą informacją prawdopodobnie kończę dalszy rozwój tej strony. Może tematy jeszcze kiedyś podejmę – ale, jeśli nawet, to raczej w innej formie organizacyjnej.
 

Czerwiec, 2009 r.
       
    Anonimus
     


----------------------------------------------------------------------------------------
| Literatura | Strona główna |