CZŁOWIEK - RYNEK
- SPRAWIEDLIWOŚĆ
Szkice
Mieczysław
Kabaj, Tadeusz Kowalik, Piotr Krasucki, Leszek Nowak,
Mieczysław F. Rakowski, Janusz
Reykowski, Krzysztof T. Toeplitz, Jerzy
Wiatr, Stefan Zgliszczyński
Słowo wstępne Leszek Miller
Towarzystwo Wydawnicze i
Literackie, Warszawa 2001
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Od „złego organizowania” często lepszy jest „żywioł”. Od „żywiołu”
przeważnie lepsze jest dobre
organizowanie. Świat się zmienia.
Natura ludzka też. Żadna nauka nie jest jeszcze ostateczną i nieomylną.
Doktryny społeczno-polityczne również. Lepiej, żeby motorem postępu były dobre
strony natury człowieka, niż złe. Lepiej, żeby w stosunkach międzyludzkich
dominowało dobro niż zło. Jeszcze nic nie jest przesądzone!
Wolał bym, w jednej prezentacji literatury, na tematy „Człowiek, rynek, sprawiedliwość ”,
zestawić obok siebie najważniejsze poglądy, ich argumentację i
kontrargumentację, zarówno autorów „lewicowych”, „prawicowych” jak i innych, i
doprowadzić do dyskusji, w której, każdy, nie będzie, „pod publiczność” wygłaszał „przemówień”, tylko, ze znajomością
rzeczy, rzeczowo dyskutował. Oczywiście, to utopia. Przynajmniej jak na moje
możliwości. Ograniczam się więc tylko do tego, co mogę: zaprezentowania obszernych fragmentów ze
„Szkiców...”, dodania do nich trochę
uwag i zachęcam Czytelników, żeby też publicznie się wypowiadali. W tym
ostatnim przypadku, nie straciłem jeszcze nadziei, że ktoś mi pomoże
zorganizować do tego celu także i moje strony, ale za bardzo na to nie
liczę. Przyczyna prosta: strony nie mają
charakteru komercyjnego.
Strona w budowie. Oznacza to, że, poza poprawkami „redakcyjnymi”, uzupełnię jeszcze
trochę „wybrane fragmenty” (radzę jednak, kogo to mocno interesuje, przeczytać całość w oryginale), dodam wybrane przypisy, a
przede wszystkim stopniowo będę dodawał różne „wstawki” i uwagi, wyróżnione, jak zwykle na moich stronach,
inną czcionką, podaniem źródeł, oraz inicjałami „Z.U.” lub pseudonimem
„Anonimus” autora strony.
Anonimus
------------
Po prawie trzech latach
Śniło mi się, że
złowiłem złotą rybkę... Wyraziłem
pierwsze życzenie: „Żeby książka CZŁOWIEK -
RYNEK - SPRAWIEDLIWOŚĆ bis,
napisana przez tych samych autorów, została wydana jak najszybciej!”.
Co było dalej – nie wiem. Obudziłem się.
Marzec 2004 r.
Anonimus
Kilkanaście miesięcy później
Sny czasami trochę się sprawdzają. Wprawdzie
książka CZŁOWIEK -
RYNEK - SPRAWIEDLIWOŚĆ bis, nie została wydana, ale w czerwcowym
numerze miesięcznika dziś
ukazał się artykuł Autora Wprowadzenia
do niej: Krzysztofa T. Toeplitza,
nawiązujący do niej i aktualnych problemów.
Z przyjemnością cytuję obszerne fragmenty (po Wprowadzeniu), co
jednak wcale nie oznacza, że bezkrytycznie podzielam wszystkie wyrażone tam
poglądy.
Gdyby tak jeszcze, partie polityczne,
walczące o wyborców, chociaż spróbowały
fachowo a nie tylko propagandowo, przedstawić swoje zamierzenia
gospodarczo/społeczne!
Internet daje tu olbrzymie możliwości warstwowego połączenia prostych, krótkich
haseł z ich rozwinięciem, tak, aby kto chce, miał przynajmniej szanse
zrozumienia, ile dany program jest rzeczywiście wart.
Czerwiec 2005 r.
Anonimus
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Słowo wstępne
Pragnę polecić ten zbiór szkiców nie tylko działaczom i politykom
lewicy – którym podsunąć mogą one szereg konkretnych wniosków i rozwiązań – ale
tym wszystkim, którzy nie godząc się z
obecnym biegiem spraw publicznych w
naszym kraju, w obozie lewicy upatrują siłę zdolną wyprowadzić Polskę na drogę
trwałego i pomyślnego rozwoju.
Czytelnikom, którzy wizję rozwoju Polski, umacniającego jej pozycje w
integrującej się Europie, kojarzą z zasadami sprawiedliwości społecznej i z
przekonaniem, że owoce postępu powinny być odczuwalne dla wszystkich, a nie
tylko dla grup czy warstw w ten lub inny sposób uprzywilejowanych. To bowiem
przekonanie odróżnia dzisiaj w sposób zasadniczy program i działanie Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Unii Pracy i
ich koalicjantów od ofert politycznych, składanych społeczeństwu polskiemu przez sprawujące władzę i
ubiegające się o jej przedłużenie partie i ugrupowania prawicy.
Obóz lewicy, walczący o zwycięstwo w zbliżających się wyborach, ma
do spełnienia ogromne i niezwykle odpowiedzialne zadania, o zróżnicowanym
horyzoncie czasowym. Są więc sprawy, które – jak na przykład naprawienie
negatywnych skutków „czterech reform” rządu Jerzego Buzka, zahamowanie wzrostu
bezrobocia albo też nadanie nowej dynamiki naszym staraniom o wejście do Unii
Europejskiej – wymagać będą od lewicy, gdy obejmie ona władzę, szybkiego i skutecznego działania. Są jednak
również i takie, których realizacja wymagać będzie nie tylko dłuższego dystansu
czasowego, ale także głębokiego namysłu nad modelem naszej gospodarki rynkowej
i sposobem rozwiązywania nabrzmiałych i rodzących się wciąż na nowo problemów
społecznych. Do nich należy na przykład
skomplikowany proces modernizacji wsi polskiej, który dokonywać się musi
przy równoczesnym poszanowaniu wymogów postępu, równości szans i zasad
sprawiedliwości społecznej. Należy zrównanie szans w dostępie do oświaty i
kultury dla wszystkich, zwłaszcza młodych ludzi, niezależnie od ich pochodzenia
i miejsca zamieszkania. Należy wreszcie
wypracowanie modelu gospodarczo-społecznego wolnego od patologii wolnorynkowego
fundamentalizmu, której efektem staje się obecna marginalizacja całych grup społecznych, a nawet wręcz całych
obszarów naszego kraju, przedstawiana jako nieuchronny ponoć efekt
transformacji ustrojowej.
Te długotrwałe zadania wymagają wsparcia działań politycznych przez gruntowne i
odważne badania naukowe i syntezy intelektualne. Charakterystyczną cechą
współczesnego świata jest ogromna rola, jaką w rozwoju społeczeństw odgrywa
czynnik intelektualny, a wartość myśli stawia się obecnie na równi z czynnikami
materialnymi, sprzyjającymi postępowi we wszystkich dziedzinach ludzkiej
działalności. Dotyczy to nie tylko tych nauk, których wnioski nadają się do
bezpośredniego zastosowania w praktyce. Żyjemy także w czasach, kiedy przed
społeczeństwami świata, a wiec również i przed Polską, pojawiają się problemy,
z jakimi nie miały do czynienia wcześniejsze pokolenia, a rozwój technologii, w
tym przede wszystkim technik informatycznych, stawia nas w sytuacjach, których
często nie potrafimy jeszcze ogarnąć, a nawet wystarczająco precyzyjnie nazwać,
chociaż codziennie doświadczamy ich skutków.
W tych warunkach zadaniem polityki staje się nie tylko tworzenie optymalnych
warunków dla rozwoju badań i myśli
naukowej, ale także uważne przysłuchiwanie się wnioskom, wypływającym z debaty
naukowej i intelektualnej, skupionej na problemach teraźniejszości i
przyszłości. To prawda, że nowoczesna lewica nie pretenduje do posiadania
jedynej i niepodważalnej receptury, przy pomocy której zdolna jest rozwiązać
wszystkie pytania teraźniejszości i przyszłości. Zadufanie tego rodzaju znaleźć
dziś można znacznie częściej po stronie rzeczników rzekomego „końca historii”, którym ma być liberalna
demokracja i wolny rynek, niż po stronie
myśli socjaldemokratycznej, dalekiej od wszelkiego rodzaju dogmatów i
poszukującej w realnej rzeczywistości praktycznych rozwiązań, zgodnych z
interesem większości zwykłych ludzi, żyjących ze swej pracy. Nie oznacza to
jednak obojętności, lecz przeciwnie, otwartość na wszystko, co niesie ze sobą
dorobek myśli społecznej i naukowej, starającej się zarówno wyjaśniać
otaczające nas zjawiska, jak i formułować wynikające stąd wnioski.
Nie zawsze wnioski te, nawet najbardziej trafne, nadają się do natychmiastowej
realizacji, polityka jest bowiem – według znanego powiedzenia – sztuką
realizowania rzeczy możliwych w
określonych, realnych warunkach.
Zróżnicowanie tej prawdy wyznacza granicę, oddzielającą działania lewicy
od taniej populistycznej demagogii i
politycznego awanturnictwa. Polityce jednak jako działaniu społecznemu
niezbędna jest dziś bardziej niż kiedykolwiek świadomość perspektyw
wynikających z obserwacji i syntez naukowych. Zwiększa to odwagę i pewność
działania politycznego, pozwalając przekraczać granice, które z pozoru wydają
się nieprzekraczalne.
Szkice naukowców i publicystów, zawarte e tym tomie, powstały w przeważającej
części poza sferą bezpośredniego zaangażowania politycznego i politycznej
inspiracji. Wyrażają one jednak wartości, do których lewica jest szczególnie
przywiązana – a więc troskę o człowieka, wrażliwość społeczną, a także wyraźny
ton polemiczny wobec kłamstw i mistyfikacji, którymi tak często posługuje się
prawica zarówno w swoich działaniach
politycznych, jak i w swojej retoryce.
Obóz lewicy, sięgając po władzę w Polsce, ma świadomość, że stoją za nim nie
tylko ludzie w pełni przekonani do lewicowych wartości społecznych,
intelektualnych i moralnych, ale także ci, którzy oczekują od nas po prostu
sprawnego, racjonalnie rządzonego i uczciwego państwa, wrażliwego na los swoich
obywateli i kierującego się zasadami społecznej solidarności. Ludzie zaradni i
przedsiębiorczy, lecz zniechęceni do nieudolnych rządów prawicy i ich taniej
demagogii. Ale także i tacy, którzy zrozpaczeni są losem własnym i swoich
rodzin, brakiem perspektyw i dróg wyjścia z obecnej sytuacji, których nie mogą
im zapewnić formacje prawicowe, również te, które krygując się wobec opinii
publicznej starają się prezentować jako całkowicie nowe, nowoczesne i w dodatku
nie obciążone żadną odpowiedzialnością za dotychczasowe rządy Solidarności i
AWS – UW.
Mamy świadomość, że obowiązkiem lewicy, gdy otrzyma ona od społeczeństwa mandat
do sprawowania władzy, będzie staranie, aby w racjonalnym wymiarze spełnić te
wszystkie wiązane z nią oczekiwania.
Równocześnie jednak troską socjaldemokracji jest poszerzanie tych kręgów, które z
programem lewicy identyfikują się w sposób głębszy i bardziej zasadniczy,
poprzez zbiór wyznawanych wartości, pogłębione przemyślenia intelektualne, a
także ich stosunek do wyzwań, jakie niesie za sobą XXI wiek. Wiek, w
którym w integrującym się świecie, a
więc i w naszym kraju, rynkowej gospodarce nie może towarzyszyć rynkowe
społeczeństwo. W którym coraz szybszy
pęd cywilizacji nie może pozostawiać za sobą pogruchotanych wartości
humanistycznych, które nie mieszczą się w prostej logice rynku. W którym
wreszcie obok rosnącego także dzięki nauce i technice dobrobytu nie może mnożyć
się liczba ludzi odrzuconych i bezradnych wobec własnego losu.
Rozwikłaniu związanych z tym dylematów służyć powinna zarówno
polityka, jak i nauka, razem szukając nowoczesnego i sprawiedliwego ich
rozwiązania.
Leszek Miller
………………………………………………………………………………………………………………
Spis Treści
Krzysztof
T. Toeplitz
Wprowadzenie ………
13
Janusz Reykowski
Wolny rynek,
lewica a natura ludzka ……… 29
Leszek Nowak
Chichot heglowski, czyli
marksizm i liberalizm
w polityce polskiej ………
63
Mieczysław F. Rakowski
Polska na Geopolitycznej
Szachownicy ……… 87
Tadeusz Kowalik
Społeczna Gospodarka Rynkowa
-
kontynuacyjnym wyzwaniem dla Polski
……… 111
Mieczysław Kabaj
Bezrobocie i ubóstwo
Elementy programu
przeciwdziałania ……… 155
Stefan Zgliszczyński
Koncepcje sprawiedliwości
społecznej ……… 203
Piotr Krasucki
Społeczno-ekonomiczne
uwarunkowania zdrowia ……… 223
Jerzy J. Wiatr
Lewica wobec wyzwań
edukacyjnych ……… 251
………………………………………………………………………………………………………………
Krzysztof T. Toeplitz
Wprowadzenie ......... 13
Amerykański
publicysta, pochodzący zresztą z Polski,
Daniel Singer` w swej książce Whose Millenium? (1999)
przypisuje Margaret Thatcher wynalezienie wdzięcznego terminu T.I.N.A. jako
skrótu kategorycznego twierdzenia, że „There Is No Alternative”. A więc nie ma
alternatywy dla – triumfującego zwłaszcza po upadku muru berlińskiego i
załamaniu się systemu realnego socjalizmu w Rosji i na Wschodzie Europy –
systemu gospodarki kapitalistycznej, kierującej się zasadami
neoliberalnymi. To przekonanie, zdaniem
Singera, „stało się niepisanym
założeniem wyjściowym wszelkiej debaty politycznej”.
Stało
się ono również niepisanym założeniem wyjściowym pierwszych lat transformacji
ustrojowej w Polsce. Impet pierwszego
okresu przeobrażeń ustrojowych i gospodarczych w naszym kraju, określanych
skrótowo jak „reformy Balcerowicza”, spowodował, że niemal wszelka refleksja –
zarówno społeczna, jak i ekonomiczna – wychodząca z innych niż neoliberalne
założeń, wydawała się działaniem nie
tylko nieskutecznym, ale także w pewnym sensie niestosownym, stanowiącym
hamulec wobec przemian, które profesor Leszek Nowak nazywa w tym tomie
„budowaniem kapitalizmu”. Efektem zaś
tego budowania stać się miało społeczeństwo dynamicznego rozwoju, zapewniającego
ludziom zaradnym i przedsiębiorczym możliwość pełnej realizacji ich zamierzeń,
całej zaś reszcie stopniowy, ale dość przecież szybki wzrost dobrobytu,
upodobniający Polskę do rozwiniętych krajów europejskiego Zachodu.
Modelowi
transformacji, zawartemu w „reformach Balcerowicza”, patronowało znane
powiedzenie Johna F. Kennedy’ego, że „kiedy przybywa
wody, unoszą się wszystkie łodzie”,
co w praktyce oznacza przekonanie, że gdy rośnie majątek, gromadzony
przez jednych – tych przedsiębiorczych i zaradnych właśnie - wpływać to będzie, choć z pewnym opóźnieniem,
także na bogacenie się i zaspokajanie wszelkiego rodzaju potrzeb życiowych
całego społeczeństwa. Poza dyskusją znalazł się również aksjomat, że liberalna
wolność gospodarcza jest niezbywalnym warunkiem wolności politycznej i
demokracji. Wydaje się, że zwłaszcza ta zbitka, częściowo uzasadniona, w sporej
jednak części zasługująca na rzeczową i krytyczną dyskusję, stała się
przyczyną, dla której ogromna większość społeczeństwa polskiego bez większego
oporu zaakceptowała tezy, zawarte w neoliberalnej recepturze
transformacyjnej. Istotą przemiany,
jakiej oczekiwano po roku 1989, było niewątpliwie przekształcenie Polski w państwo demokratyczne, oparte na wolności
politycznej i pluralizmie, oraz budowa społeczeństwa obywatelskiego, opartego
na poszanowaniu praw człowieka. W tym podstawowym dążeniu
spotykały się wszystkie siły polityczne, rzecznikiem takiej przemiany
był także obóz proreformatorskiej lewicy. Jednakże właśnie połączenie tych
powszechnie akceptowanych dążeń demokratycznych z jedną tylko, neoliberalną,
wizją polityki gospodarczej i społecznej stało się instrumentem szczególnej presji, której poddawana jest
opinia publiczna.
Presji
tej, wywieranej przez większość prawicowych formacji politycznych, mediów i
środowisk opiniotwórczych, w tym kulturalnych i naukowych, uległy do pewnego
stopnia także środowiska lewicowe, ustawiając się bądź to w pozycji defensywnej
i stopniowo rezygnując nawet w swoim słownictwie z pojęć takich, jak na przykład „sprawiedliwość
społeczna” czy też „społeczna gospodarka rynkowa”, nie mówiąc
już o jakimkolwiek „planie” w
działaniach gospodarczych, bądź też przyjmując wręcz neoliberalne aksjomaty
jako przykry, lecz nieuchronny warunek przemian demokratycznych.
Sytuacji
tej nie zmieniła w sposób radykalny
nawet przedłużająca się znacznie ponad wcześniejsze zapowiedzi dotkliwa
zapaść gospodarcza, spowodowana skutkami „terapii szokowej” zastosowanej u progu lat 90. wobec polskiej
gospodarki i polskiego społeczeństwa.
Przez pewien czas sądzono po prostu, że przyczyną coraz silniej
odczuwanych przez coraz szersze kręgi społeczeństwa negatywnych rezultatów
transformacji – w postaci obniżania się realnych dochodów wielu grup
pracowniczych, likwidacji wielu miejsc pracy, dramatycznego spadku poczucia
bezpieczeństwa socjalnego, spadku nakładów państwa na oświatę, kulturę, służbę
zdrowia itp. – jest nie tyle wadliwość przyjętych założeń, ile nieumiejętność
ich realizacji , czemu zapobiec może lepsza sprawność zarządzania i wyższa
kompetencja kadr kierowniczych.*
* Co prawda to prawda! Prawda zaś jest taka, że i do założeń można mieć zasadnicze
zastrzeżenia, i sprawność zarządzania
oraz kompetencje były (i chyba nadal są) nie na poziomie.
Anonimus
Z
biegiem czasu jednakże, a zwłaszcza w ciągu kilku ostatnich lat rządów prawicy
od roku 1997, narastać poczęła w skali społecznej zarówno świadomość
strukturalnych błędów, tkwiących w samej recepturze neoliberalnej, jak i
potrzeba bardziej gruntownej debaty na ten temat, odchodzącej od aksjomatu, że
„nie ma alternatywy”. Wyrazem tego jest
między innymi ta książka, będąca zbiorem
szkiców autorstwa wybitnych polskich naukowców i publicystów. Nie rości sobie
ona ambicji ogarnięcia wszystkich problemów, związanych z dalszym przebiegiem
naszej transformacji, wyraża jednak przekonanie, że alternatywa ciągle jeszcze
znajduje się w zasięgu możliwości...
(...) W wielkim skrócie można jednak powiedzieć, iż
na przestrzeni ostatnich lat coraz bardziej widoczny stal się fakt utrwalania
się w Polsce stanu, który Ernst Friedrich Schumacher już dość dawno (1973) – i
w dodatku zajmując się głównie problemami społecznymi krajów tzw. Trzeciego
Świata – określił jako „gospodarkę dualną”, a więc
taką, w której narastanie dobrobytu materialnego jednych warstw społecznych
wcale nie oznacza „podnoszenia się wszystkich łodzi”, lecz przeciwnie, oznacza także masowe
tonięcie tych mniejszych, słabszych i gorzej wyposażonych. Obrazem tego
stało się w Polsce powstawanie dramatycznych przepaści pomiędzy grupami i
warstwami uprzywilejowanymi a coraz szerszymi obszarami nędzy i marginalizacji
społecznej.
Transformacji
postkomunistycznej w Polsce towarzyszyło, jak pamiętamy, wysuwane u samych jej
początków hasło, że aby wyjść z okowów gospodarki nakazowej... wystarczy „powrócić do wypróbowanych metod
gospodarowania”, przez co wielu
strategów polskich przemian gospodarczo-społecznych rozumiało nie tyle nawet
samą gospodarkę rynkową, ile po prostu system kapitalistyczny w takiej postaci,
w jakiej istniał on w czasach przed drugą wojną światową albo wręcz u swoich
XIX-wiecznych początków.
To
anachroniczne podejście zaciążyło również wyraźnie na kierunku polskiej
transformacji. Dla nikogo spośród realistycznie myślących obserwatorów i
uczestników polskiego życia gospodarczego i społecznego nie podlegało
wątpliwości, że modelem, zdolnym zapewnić Polsce dalszy dynamiczny rozwój, jest
gospodarka rynkowa. Zwrotem w kierunku
niektórych elementów gospodarki rynkowej charakteryzowały się już zresztą
ostatnie lata czy też wręcz miesiące PRL, kiedy u steru państwa znaleźli się
przedstawiciele proreformatorskiego skrzydła partii. Jednakże,
jak wiadomo, gospodarka rynkowa ma różne oblicza, wyrażając wręcz
odmienne treści społeczne – od niewątpliwej już dzisiaj gospodarki rynkowej
połączonej jednak z monopolem władzy politycznej w komunistycznych Chinach, aż
po skrajne wersje rynkowego fundamentalizmu.
Otóż
charakterystyczną cechą polskiej
transformacji stał się bezdyskusyjny w istocie wybór jednego tylko jej
wariantu, związanego najbliżej z neoliberalnymi założeniami „thatcheryzmu”, o
którym Anthony Giddenes w swojej Trzeciej Drodze... (1999) pisze m.in., że „thatcheryzm pozostaje obojętny wobec
nierówności albo je aktywnie popiera. Pogląd, że nierówność społeczna jest z natury
zła lub szkodliwa jest (dlań) nie do przyjęcia”. Pośród zaś innych cech tego
stylu myślenia ten sam autor wymienia także „antagonizm wobec państwa
opiekuńczego” i „wrogość wobec silnego rządu”, którego maksymalne
wyeliminowanie z życia gospodarczego i społecznego neoliberalizm stawia sobie
jako jeden z głównych celów.
Bezdyskusyjne, jak powiedzieliśmy, zwrócenie się w stronę
tego właśnie modelu przyczyniło się zarówno do zlekceważenia całego niemal
dorobku i doświadczenia powojennego „państwa dobrobytu”, realizowanego z
powodzeniem w takich krajach Zachodu, jak Wielka Brytania czy Szwecja, a także
do zignorowania doświadczeń niemieckiej społecznej gospodarki rynkowej, której
w tomie tym poświęcony jest w dużej mierze szkic profesora Tadeusza Kowalika,
wskazujący, że właśnie ten model stał się źródłem sukcesu powojennych Niemiec.
Co
gorsze jednak, doktryna polskiej transformacji okazała się także niewrażliwa na
całkiem współczesną refleksję polityczną i społeczną, dającą się zwłaszcza po
upadku muru berlińskiego odczytać w rozwiniętych krajach Zachodu Europy.
Nie
trzeba oczywiście dowodzić, w jaki stopniu zwycięstwo Zachodu odmieniło obraz
świata, w którym żyjemy, przyczyniając się do obalenia systemów totalitarnych,
panujących w mniejszym lub większym nasileniu na ogromnym obszarze środkowej i
wschodniej Europy.
Równocześnie
jednak, co podkreślają znacznie silniej zachodnioeuropejscy niż wschodni
analitycy i myśliciele, zwycięskie zakończenie
„zimnej wojny”, dokonane głównie dzięki Stanom Zjednoczonym Ameryki,
stało się także zwycięstwem tej wersji neoliberalnej polityki gospodarczej,
której ośrodkiem, a zarazem eksporterem na wszystkie niemal obszary świata są
właśnie Stany Zjednoczone ze swoją specyficzną
i pod wieloma względami odmienną
od tradycji europejskich koncepcją wolnego rynku i wolnej gospodarki,
opartej przede wszystkim na silnej zasadzie konkurencyjności. Stworzyło to zdaniem wielu komentatorów
sytuację, w której światowy system kapitalistyczny, pozbawiony wszelkiej
przeciwwagi, zdaje się rezygnować z metod, jakie zwłaszcza przez powojenne
półwiecze moderowały jego oblicze na kontynencie europejskim. W skrótowy, lecz
dramatyczny sposób ujął tę sytuację i wypływające z niej obawy znakomity
niemiecki pisarz Günter Grass mówiąc w Sztokholmie podczas uroczystości
wręczania mu Nagrody Nobla w roku 2000:
„Ze zgrozą obserwujemy, że kapitalizm, od
chwili gdy jego brata, socjalizm, uznano
za zmarłego, popadł w manię wielkości i
zaczął hulać bez skrępowania. Powtarza błędy
ponoć nieżyjącego brata w ten sposób, że się dogmatyzuje, wolną
gospodarkę rynkową podaje za jedyną prawdę, upaja się swymi prawie
nieograniczonymi możliwościami i rzuca się w szaleńczą grę, to znaczy robi
światowe fuzje tylko po to, żeby maksymalizować dochody. Nic dziwnego, że
kapitalizm – tak samo jak komunizm, który sam sobą się udławił okazuje się niereformowalny. Jego
dyktat ma na imię globalizacja. I po raz kolejny twierdzi się z dufnym
przekonaniem, że nie ma alternatywy.
Nie
wydaje się więc przypadkowe, że tej nowej sytuacji świata i temu nowemu,
bardziej agresywnemu obliczu kapitalizmu...
zawtórowało w Europie dość
szybkie podniesienie się tendencji socjaldemokratycznych...
(...) ...a także mimo głębokich związków, jakie
istnieją pomiędzy całą, obejmującą także
USA, wspólnotą atlantycką, wspólnym mianownikiem socjaldemokracji zachodnich
wydaje się jednak zarówno pewna wstrzemięźliwość wobec koncepcji globalnego
„pax americana”, jak również inny niż czysto neoliberalny projekt społeczny, nie
odżegnujący się programowo ani od opiekuńczych funkcji państwa, ani też od
zasady interwencjonizmu państwowego w życie społeczne i gospodarkę. Co do
ostatniej z tych kwestii zresztą, a więc interwencjonizmu państwowego, nie brak
komentatorów, którzy, jak Noam Chomsky na przykład (1992), twierdzą, że owa odżegnująca się od
interwencji państwa receptura neoliberalna jest w ogromnej części „produktem eksportowym”, przeznaczonym
właśnie dla krajów przechodzących transformację postkomunistyczną,
podczas gdy same kraje rozwinięte, w tym Stany Zjednoczone, nie mówiąc już o
Japonii, zawdzięczają wiele ze swoich globalnych sukcesów właśnie zdecydowanej
interwencji państwa.
Na
Zachodzie Europy coraz wyraźniej dostrzeganym ograniczeniom myślenia
neoliberalnego w zakresie gospodarczym i społecznym towarzyszy także krytyka
fundamentalizmu rynkowego... Hasłem
socjaldemokracji zachodnich, przyjętym także przez socjaldemokrację polską,
stała się zwięzła formuła: gospodarka rynkowa – tak,
ale społeczeństwo rynkowe – nie, w czym wyczytać można rozgraniczenie dwóch nie całkiem tożsamych
stref ludzkiej egzystencji. Jedna z nich odnosi się bezpośrednio do
produktywności materialnej, podczas gdy druga dotyczy stosunków międzyludzkich,
a także motywacji ludzkiego działania, które nie zawsze i nie w pełni dają się
sprowadzić do kategorii materialnego zysku albo też – szerzej – do postaw w
istocie egoistycznych. Pisze o tym w tym tomie szczegółowo profesor Janusz
Reykowski. Na niedoskonałość fundamentalizmu rynkowego, upatrującego racjonalne
rozwiązanie wszystkich problemów społecznych w samoregulującym się działaniu
przysłowiowej już „niewidzialnej ręki
rynku”, zwracają dziś jednak uwagę nie tylko autorzy, związani z opcją
lewicową, lecz także co bardziej przenikliwi ludzie biznesu, do których bez
wątpienia można zaliczyć George’a Sorosa, który pisał (1999):
„Funkcje, które nie mogą i nie powinny być
sterowane jedynie siłami rynkowymi, obejmują wiele najważniejszych spraw
ludzkiego życia, począwszy od wartości moralnych poprzez powiązania rodzinne,
aż po dokonania estetyczne i intelektualne. Jednak fundamentalizm rynkowy
nieustannie dąży do rozciągnięcia swego zasięgu na te obszary w postaci
ideologicznego imperializmu. W myśl jego zasad całą ludzką działalność powinno się
postrzegać jako oparte na umowach transakcje, a ocenę sprowadzić do jednego
wspólnego mianownika – pieniądza. Fundamentalizm rynkowy stał się jednak tak
potężny, że jeśli jakiekolwiek siły polityczne
ośmielają się stawić mu opór, otrzymują etykietę sentymentalnych,
nielogicznych, naiwnych”.
Podobną
tonację znaleźć można coraz częściej w
pismach ekonomistów i analityków społecznych na Zachodzie, a także tych,
którzy, jak na przykład John Gray w Wielkiej Brytanii czy Edward Luttwak w USA,
jeszcze niedawno znajdowali się w obozie zagorzałych zwolenników neoliberalizmu
i wtórowali działaniom „thatcheryzmu” i „reaganizmu”. Dziś głoszą oni, że
doktryny te nie są w stanie rozwiązać istotnych problemów współczesnego
rozwoju, a ich globalne rozprzestrzenienie się spowodować może więcej zagrożeń
niż pożytku. Coraz wyraźniej mówi się także o tym, że takie problemy, jak na
przykład kwestia zatrudnienia w warunkach nowoczesnych technologii i
pojawiającej się w ich wyniku coraz większej masy „ludzi zbędnych”, których nie
jest już i zapewne nie będzie w stanie
wchłonąć ani proces produkcji, ani rynek usług, nie znajdują w istocie
rozwiązania w żadnym z dotychczasowych porządków społeczno-ekonomicznych
(Rifkin, 1995). Tym samym przekonanie o
odnalezionej już rzekomo i w dodatku pozbawionej alternatywy recepturze
społecznej okazuje się nie tylko tendencyjne, ale wręcz absurdalne.
Zawarte
w tym tomie szkice koncentrują się w dużej mierze na problemach gospodarczych i
społecznych jako na tych, których rozwiązanie stanowi warunek prawidłowego
rozwoju Polski i niezmarnowania przez
nią otwierających się historycznych szans. Warto jednak podkreślić, że mimo
odmienności stylów, a także punktów widzenia poszczególnych autorów,
niewątpliwym wspólnym mianownikiem tych prac są dwa główne założenia.
Pierwszym
jest przekonanie, że dokonujące się w naszym kraju przemiany muszą w
ostatecznym efekcie służyć człowiekowi i zmierzać w realnie istniejących
warunkach w stronę rozbudowywania demokracji i sprawiedliwości społecznej, o
której Stefan Zgliszczyński pisze, że jest ona nigdy nie zrealizowanym, lecz
stale obecnym atrybutem ludzkiej myśli oświeceniowej i trwałym impulsem ludzkich działań społecznych.
Drugą
wspólną cechą zamieszczonych w tym tomie szkiców jest – wyrażający się w różnych
formach – styl myślenia autorów, wynikający z założenia, że otaczająca nas
rzeczywistość daje się kształtować
dzięki racjonalnej i krytycznej myśli, warunkującej sprawne działanie.
(...)
prowadzić musi do szerszego, niż to się
zazwyczaj czyni, określenia postawy lewicy. W praktyce politycznej postawę tę
kojarzy się głównie z wrażliwością społeczną, co jest słuszne, ale nie
wyczerpuje całości tego pojęcia. Lewicowość we współczesnym świecie jest bowiem
także szerszą orientacją kulturalną, zarówno negującą rzekomy brak alternatywy
wobec dominującego dziś kierunku rozwoju, jak i krytyczną wobec determinizmu i
przekonania o bezcelowości racjonalnego społecznego działania, zmierzającego do
wybranych celów.
Prezentowany
tu zbiór szkiców – pisanych, co trzeba podkreślić, przez poszczególnych autorów
całkowicie niezależnie, w ramach jedynie bardzo ogólnego planu tematycznego
całości – wyraża taką właśnie orientację kulturalną. Ich lektura może
dostarczyć Czytelnikom nie tylko konkretnych argumentów na rzecz niezbędnych
zmian i działań praktycznych, ale przyczynić się także do otwarcia głębszej
perspektywy intelektualnej, jakiej brak daje się niekiedy odczuwać w toczącej
się debacie o szansach i zagrożeniach, z którymi zmierzyć się musi Polska u
progu nowego stulecia.
----------------------
Krzysztof T. Toeplitz – ur. 1933.
Publicysta, krytyk, scenarzysta. Publikował m.in. w czasopismach „Nowa
Kultura”, „Świat”, „Przegląd Kulturalny”, „Kultura”,
„Polityka”, „Wiadomości
Kulturalne”, „Dialog”, „Miesięcznik Literacki”. Redaktor Naczelny tygodnika „Szpilki”,
dziennika „Nowa Europa”, tygodnika „Wiadomości Kulturalne”. Wykładowca w Państwowej Wyższej Szkole
Teatralnej im. A. Zelwerowicza,
Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Teatralnej i TV w Łodzi, Szkole Wyższej Psychologii Społecznej.
Autor ponad 20 książek eseistycznych,
m.in. Wiek XX do
wynajęcia, Mieszkańcy masowej
wyobraźni, Kultura w stylu
blue-jeans, Sztuka komiksu, Wszystko dla wszystkich, Zaćmienie informacyjne, Najkrótsze stulecie.
Autor powieści Gorący kartofel, Zapiski
ambasadora z misji na wyspę Ecres, scenariuszy seriali
TV Czterdziestolatek, Sława i
chwała, Sukces, scenariuszy filmowych, m.in. Dzięcioł, Miłość ci wszystko
wybaczy, Gorączka.
------------------
Krzysztof T. Toeplitz
Gospodarka,
głupcze!
Refleksje nad lekturami ekonomicznymi
„Dziś” 2005 r., nr 6, str. 71-80
Bezowocne
zachęty do myślenia •
Czy lewica jest bezradna umysłowo? •
Krytyka liberalnych mitów •
Kwestia zasad prywatyzacji •
Pytania o drogi modernizacji
Niedowład intelektualno-programowy
politycznej lewicy polskiej jest faktem szeroko omawianym w prasie. Co więcej,
sami przedstawiciele tej lewicy – mówiąc o politycznej lewicy mam na myśli
kierownictwa partii występujących pod lewicowym szyldem, parlamentarzystów,
zawodowych polityków, członków rządu itp. – z rozbrajającą szczerością
przyznają się do tego mankamentu, nawołując, raczej gołosłownie, do wzmożonej
pracy programowej, poszukiwania zaplecza intelektualnego, słowem, do myślenia.
Pomińmy kwestię, że apele te są mocno
spóźnione i następują w okresie defensywy politycznej, którą poprzedzał długi
okres zadufanej arogancji, w którym liderzy polityczni uważali się za
wszechwiedzących i najlepiej poinformowanych, ignorując wszelkie środowiska i
ośrodki, które mogłyby przyjść im z radą i pomocą. Moim osobistym doświadczeniem w tym względzie
jest m.in. los książki „Człowiek, rynek, sprawiedliwość”, którą w roku 2001
udało mi się wydać, gromadząc w niej szkice znakomitych uczonych i
intelektualistów, jak profesorowie Kabaj, Kowalik, Nowak, Reykowski, a także
Mieczysław F. Rakowski, Jerzy Wiatr, dr Piotr Krasucki, Stefan Zgliszczyński i
inni, a która zawierała prognozy i postulaty, które lewica mogłaby realizować
po wyborach. Książkę tę poprzedził grzecznościowym wstępem ówczesny lider SLD,
Leszek Miller, następnie jednak zakupione przez SLD egzemplarze znikły gdzieś w
piwnicach domu na Rozbrat lub poszły wręcz na przemiał, jako nikomu
niepotrzebne, profesorskie ględzenie. Bo przecież SLD wygrał wybory i bez
tego.
W tym miejscu należy zatem sformułować
pierwszy wniosek, ten mianowicie, że twierdzenie, jakoby lewica jako całość
była bezradna umysłowo, nie jest całkiem trafny. Bezradną umysłowo i, łagodnie
mówiąc, niezbyt skorą do refleksji intelektualnej jest lewica polityczna, co
nie oznacza bynajmniej, żeby myśl lewicowa nie rozwijała się w pracach,
studiach i przemyśleniach ludzi nauki i kultury, którzy do wniosków lewicowych
– zarówno diagnoz, jak i prognoz – dochodzą nie tyle w związku z zamówieniem
politycznym ze strony rządzącej lewicy politycznej, ale w wyniku swoich
własnych, rzetelnych studiów zarówno nad teorią, jak i rzeczywistością
współczesnego świata i Polski. Co więcej, są to przeważnie wnioski i
obserwacje czynione w dialogu ze współczesną nauką światową, dzielące jej
dylematy i niepokoje.
Polityczna lewica, opędzając się od
rzekomego natręctwa intelektualistów, operujących odleglejszymi horyzontami, a
także przywiązanych do kategorii aksjologicznych, nie zawsze wygodnych
doraźnej, pragmatycznej polityce, chętnie operowała zgrabnym powiedzeniem Billa
Clintona: „Gospodarka, głupcze!”,
sądząc, że zawołanie to unieważnia zbyt zawiłe dla niej dylematy wobec
konieczności rozwijania i modernizowania zapóźnionej polskiej gospodarki, na co
rzekomo polityczna lewica posiadała odpowiednie recepty. Toteż prawdziwym dla
niej zaskoczeniem powinien okazać się fakt, że zbiór prognoz, obserwacji, a
także konstrukcji teoretycznych, który mógłby w znacznym stopniu uchronić ją od
spektakularnej klęski, znaleźć można w
pierwszym rzędzie w dorobku polskiej myśli teoretycznej i naukowej, związanej z
gospodarką. Mówiąc inaczej – w Polsce zawsze, ode samych początków
transformacji ustrojowej, istniały zarówno wybitne indywidualności naukowe w
zakresie ekonomii, jak i całe środowiska ekonomistów, wychowane w kręgu
znakomitych postaci nie tylko polskiej, ale i światowej nauki o gospodarce, jak
Michał Kalecki, Oskar Lange czy Włodzimierz Brus, które w sposób pogłębiony,
nowoczesny a także wszechstronny, nie ignorujący społecznej strony procesów
ekonomicznych, patrzyły na rozwój sytuacji w kraju i na świecie. Tyle, że
nikt z kręgów politycznej lewicy nie był
ciekawy ich zdania. Tekst niniejszy stawia więc sobie za cel zwrócenie uwagi na
kolejne publikacje, wychodzące z kręgów
polskich nauk ekonomicznych, którym należałoby oszczędzić losu, jaki spotkał tak wiele
poprzednich.
Nie czuję się w żadnym stopniu
kompetentny, żeby recenzować te prace. Tak się jednak złożyło, że w ostatnim dosłownie
czasie, na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy, ukazały się trzy ważne
książki polskich ekonomistów i badaczy
społecznych, których nie można przeoczyć, choć na razie przynajmniej trudno
doszukać się ich echa w obecnej debacie,
dotyczącej odbudowy lewicy lub choćby tylko kampanii wyborczej. Mam tu na myśli
pracę prof. Tadeusza Kowalika „Systemy gospodarcze – efekty i defekty reform i
zmian ustrojowych (Wyd. Fundacja
Innowacja. Warszawa 2005, ss. 411), prof. Zdzisława Sadowskiego
„Transformacja i rozwój” – wybór prac” (Wyd. PTE. Warszawa 2005, ss. 455) oraz
prof. Witolda Nieciuńskiego „Studia i prace 1964-2004” (Wyd. Wyższej Szkoły
Ekonomicznej w Białymstoku. Białystok 2005, ss. 244).
Są to książki różne. Dwie z nich, profesorów Sadowskiego i Nieciuńskiego,
stanowią uporządkowane zbiory prac, publikowanych w różnych okresach..., które
nie utraciły jednak aktualności. Oba te tomy wydane zostały z okazji jubileuszy
tych wybitnych naukowców. W obu też, właśnie z racji ich zbiorczego charakteru,
prześledzić można oprócz konstrukcji teoretycznych także zespół formułowanych w
różnych okresach przestróg, projektów, a także zignorowanych prognoz,
dotyczących naszej transformacji ustrojowej, które obecnie stają się
oczywistością.
Książka prof. Tadeusza Kowalika ma
nieco inny charakter, należy ona do tzw. comparative
economies, gałęzi zajmującej się
analizą porównawczą systemów gospodarczych, początkowo powołaną do życia celem
analizy rywalizujących ze sobą dwóch wielkich bloków ustrojowych, obecnie zaś –
mimo pozornego, totalnego zwycięstwa
jednego z tych systemów – skupionej na „wielobarwnej mozaice systemowej,
określanej – jak pisze autor – zbiorczym,
jakże nieprecyzyjnym terminem <<kapitalizm>>”.
Uwaga ta wprowadza nas też na obszar
wspólny autorom wszystkich trzech wymienionych tu prac. Zawiera się w niej
bowiem stwierdzenie, że samo pojęcie „kapitalizm”, a jeszcze ogólniej
„gospodarka rynkowa”, nie ma bynajmniej zawartości jednoznacznej, lecz
przeciwnie, mieści w sobie wiele rozwiązań i możliwości, które – wracając znowu
na nasz grunt polityczny – zostały zignorowane na rzecz jednej wersji,
nazywanej skrótowo neoliberalną, którą wielka polityczna promotorka tej
orientacji, Margaret Thatcher, określała
terminem TINA, a więc there is non alternative.
W myśl wskazań tej doktryny, a zatem w
przekonaniu, że istotnie nie ma alternatywy dla neoliberalnej wersji
kapitalizmu, dokonywała się i w dużej mierze dokonuje nadal transformacja
gospodarczo-ustrojowa w Polsce. Wersji tej zawierzyła także bezkrytycznie polska lewica polityczna,
zarówno w okresie swoich rządów w latach 1993-1997, jak i jeszcze wyraźniej w
latach 2001-2005.
Tymczasem wszyscy trzej autorzy, o
których tu mowa, stoją właśnie na gruncie odrzucenia owej wyłączności modelu neoliberalnego. Z ich prac wynika, że
Polska, dokonując swojej transformacji od systemu realnego socjalizmu do
gospodarki rynkowej, pod naciskiem amerykańskim przede wszystkim (chociaż sami
Amerykanie w swoim własnym kraju nie
przyjęli nigdy tych założeń liberalizmu gospodarczego, które wymogli na swoich
politycznych klientach, co m.in. na przykładzie protekcjonizmu państwowego
dowodzi Noam Chomsky), wybrała wariant mniej korzystny zarówno z punktu
widzenia samego rozwoju gospodarczego, jak przede wszystkim pod względem
społecznym. Stało się to z powodów politycznych, co wyraża w sposób
kategoryczny Zdzisław Sadowski pisząc: „Zasady polityki neoliberalnej nie są dyktowane przez naukę,
lecz są tylko wyrazem określonej ideologii, której się trzeba w końcu przeciwstawić.
Jednakże mimo wszystkich negatywnych zjawisk trudno jest przezwyciężyć siłę
oddziaływania tej ideologii. Trzeba w tym celu przeciwstawić się presji,
tworzonej przez środowiska pracodawców i zwielokrotnionej przez usłużne media.
Trzeba wytłumaczyć ludziom, że nie jest to porządek rzeczy pochodzący od Boga,
tylko wymyślony przez ludzi w określonym celu – żeby służyć komuś kosztem kogoś
innego”.
Podobną myśl, choć innymi słowami,
formułuje prof. Kowalik: „Obecnie dominacja
wolnego rynku, monetaryzmu, globalizacji pozostaje ciągle jeszcze niewątpliwie
w polityce gospodarczej, ale już nie w literaturze ekonomicznej. Nietrudno
odnotować wiele zjawisk i procesów świadczących o erozji paradygmatu wolnego
rynku i wyłaniających się stąd rysach nowego paradygmatu. Obserwujemy coś w
rodzaju schizofrenicznego rozdwojenia. Z jednej strony widoczne są dość duże
zmiany w świadomości społecznej i
nastawieniu opinii publicznej, charakteryzujące się odejściem od reaganizmu i thatcheryzmu,
od neoliberalnej wiary w wolny rynek. Świadczą o tym erupcja badań i
zainteresowanie opinii publicznej problemami nierówności, biedy, wykluczenia.
Nawet (wsparte badaniami) deklaracje szefów Banku Światowego, kładą nacisk na
rolę państwa, walkę z ubóstwem, kwestie podziału, a nawet zmienił się ton
szefów Międzynarodowego Funduszu Walutowego. (...) Z drugiej jednak strony
wszystkie te objawy nie podważyły polityki gospodarczej wielkich krajów,
zwłaszcza Stanów Zjednoczonych oraz Unii Europejskiej wyznaczonej przez kanony
neoliberalne. Zwłaszcza Unia Europejska
tak dalece postawiła na zwalczanie inflacji, że na rzeczywistą politykę
zwalczania bezrobocia i przeciwdziałania recesji pozostał zaledwie margines”.
Zdaję sobie sprawę, że tworzenie z
trzech różnych książek, które wyszły spod pióra trzech różnych wybitnych
autorów, wspólnej wizji jest z punktu widzenia metody, a także recenzenckiej
rzetelności, nadużyciem. Każde z omawianych tu dzieł należy czytać oddzielnie,
zauważając także istniejące między nimi różnice nie tylko w doborze tematów i
ich ujęciu, ale także w postawach i temperamentach autorskich czy wręcz w ich
stylistyce. Jeśli jednak pozwalam sobie na to nadużycie, licząc, że autorzy mi
je wybaczą, to po to, żeby wyprowadzić z omawianych lektur te problemy, które
stanowią zarówno zaprzepaszczone w dużej mierze argumenty na rzecz innej, niż
neoliberalna, drogi transformacyjnej, a także zrewidować twierdzenia, podawane
przez „usłużne media” jako niepodważalne
aksjomaty, mające umocnić politykę neoliberalną, a których sprawdzona
empiryczna wartość jest wątpliwa.
Problemem tym zajmuje się m.in. we
wstępnej, dotyczącej metodologii części swej książki o „Systemach
gospodarczych” prof. Tadeusz Kowalik. Znajdujemy tam więc także uwagi na temat
fundamentalnej kategorii, przewijającej się nieustannie w całej naszej debacie
gospodarczej i towarzyszącej jej publicystyce, jaką jest kategoria wzrostu
gospodarczego. „Korzyści wzrostu gospodarczego uchodzą
za oczywiste”, pisze autor, ale także za „zbyt
oczywiste”, co znajduje w literaturze światowej ironiczne określenie growthmanship, dające się przetłumaczyć jako „obsesja wzrostowa”. Tymczasem, jak dowodzi Kowalik, „sam wzrost PKB bynajmniej nie gwarantuje wzrostu stopy
życiowej, dobrobytu społeczeństwa. Wzrost PKB może iść w parze ze wzrostem
biedy”, na co wskazują liczne przykłady, m.in. Brazylii, gdzie
szesnastokrotnemu wzrostowi gospodarczemu po 2. wojnie światowej nie
towarzyszyło bynajmniej zmniejszenie
nędzy.
Rozumowanie to prowadzi także do
zakwestionowania ulubionej obietnicy neoliberalnych ekonomistów i publicystów (u nas m.in. W. Gadomski), że
wzrost gospodarczy , przynoszący w pierwszym rzędzie zyski przedsiębiorcom,
doprowadzi do rodzaju kaskady, na skutek której zyski nagromadzone na górze
drabiny majątkowej, w pewnym momencie opadać będą w dół, aż do warstw
najniższych. Lektura pracy Kowalika nie dostarcza ani jednego przykładu takiego
mechanizmu. Natomiast czynnikiem rozwojowym, donioślejszym niż sama zdolność
produkowania, mierzona współczynnikiem PKB, decydującym o „dynamice danego systemu”, jest w większym stopniu „zdolność tworzenia nowych produktów, zasobów
i wzorców organizacyjnych, niż umiejętność efektywnego produkowania i
wykorzystania już istniejących czynników produkcji”.
Warunkiem takiego rozwoju czy też
takiego wzrostu, jest rozwój kapitału ludzkiego i społecznego, „czyli fizyczne i umysłowe zdolności
człowieka przydatne w działalności gospodarczej”. Doskonalenie kapitału
ludzkiego wymaga jednak całkowicie innych mechanizmów i innej polityki
inwestycyjnej niż ta, którą m.in. praktykuje się w okresie naszej
transformacji, a więc nakierowanej głównie na edukację i badania naukowe. (...)
Innym obszarem, na którym książka
prof. Kowalika – której główna część poświęcona jest szczegółowej analizie
zróżnicowanych systemów gospodarczych od amerykańskiego, poprzez niemiecki, szwedzki, japoński, koreański, aż
po chilijski i inne – spiera się z dogmatyką neoliberalizmu, jest problem
bezrobocia. Przez jednych traktowane jest ono jako stały atrybut gospodarki
kapitalistycznej, celowo także kultywowany przez pracodawców celem obniżania
kosztów zatrudnienia (Marksowska „rezerwowa
armia pracy”), przez innych (keynesiści) jako patologia, której likwidacją
musi być system pełnego zatrudnienia, jeszcze inni (neoklasycy) uważają, że
dobrze funkcjonujący rynek automatycznie wchłania cały zasób siły roboczej.
Tadeusz Kowalik podchodzi do tej kwestii bardzo ostrożnie, proponując pojęcie
systemów gospodarczych kooperacyjnych i systemów konfliktowych w relacjach
pomiędzy kapitałem a pracą. Systemami konfliktowymi są zaś te, które opierają
się na liberalnej filozofii, że obniżenie kosztów pracy – w tym, jak wiemy z
naszej praktyki, także kosztów społecznych, jak np. ubezpieczenia i inne – oraz
minimalizacja zatrudnienia, jest sposobem nie tylko na podniesienie zysków
pracodawcy, ale stanowi także gwarancję dynamicznego rozwoju. Z tych pozycji
wychodzi powtarzana i u nas krytyka welfare
state, czy też państwa opiekuńczego jako systemu przeciążonego obligacjami
społecznymi, a przez to nieefektywnego.
Kowalik, za Davidem M. Gordonem, do
systemów kooperacyjnych zalicza m.in. Niemcy, Japonię, Norwegię i i Szwecję, zaś do grupy konfliktowej Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię i Kanadę;
można spokojnie dodać, że należy tu także Polska. I oto w świetle faktów
okazuje się, że wyniki gospodarek kooperacyjnych (wg badań z lat 1973-1989),
które potwierdzają także dalsze badania z lat 90.) są wyższe i pod wszelkimi
względami bardziej wartościowe niż wyniki gospodarek konkurencyjnych. (...)
Te empirycznie stwierdzone fakty
podważają więc wyraźnie rzekomy aksjomat, mówiący o przeciążeniu państw
opiekuńczych obligacjami społecznymi, co pozbawia je dynamizmu wzrostowego.
Wygląda raczej na to, że jest wręcz przeciwnie i poszukiwanie rozwiązań
kooperacyjnych pomiędzy kapitałem i pracą stwarza bardziej pozytywne motywacje
rozwojowe niż model konfliktowy.
Podobnie ma się także sprawa z rzekomą
alternatywą: wzrost gospodarczy albo
równość, lansowana w naszej publicystyce, a także w praktyce gospodarczej (np.
preferencje podatkowe dla przedsiębiorców, mające rzekomo ożywić gospodarkę,
które w praktyce jednak zmieniają się w wyższe zyski przedsiębiorców albo
uchylenie „ustawy kominowej”, starającej się spłaszczyć różnice uposażeń).
Kowalik cytuje raport wiceprezesa Banku Światowego Michaela Bruno, który na
podstawie analizy gospodarek 88 krajów konstatuje, zwracając się do krajów
rozwijających się: „Nasze badania nie potwierdzają szeroko podzielanego poglądu,
że rządy stają przed alternatywą: równość albo wzrost. Najefektywniejsza wydaje
się taka polityka, która proponuje obie te rzeczy równocześnie”, ponieważ
badania empiryczne nie potwierdzają wyraźnie ideologicznej tezy, że wysoka
rozpiętość dochodów jest stymulatorem rozwoju.
Nie sposób oczywiście zasygnalizować
wszystkich prezentowanych w pracy prof. Kowalika tez i wniosków, zwłaszcza że, jak pisałem, podstawową częścią tej
książki są analizy systemów gospodarczych – wszystkich mieszczących się w
szerokiej ramie „kapitalizmu” w poszczególnych krajach świata. (...)
Lektura omawianych tu prac napawa
goryczą nie tylko w skali makro, a więc w zakresie wielkich strategii
gospodarczo-społecznych, na temat których lewica - dwukrotnie już sprawująca
rządy – nie miała nic do powiedzenia. Pokazuje również, w jakim stopniu dorobek
nauki był ignorowany w wielu kwestiach praktycznych, dotyczących reform
gospodarczych. Przykładem tego może być m.in. problem prywatyzacji.
Teraz, w
obliczu porażki, ze strony rządzącej partii, SLD, usłyszeć można niekiedy
wypowiadane półgębkiem opinie, że jej rządy nie miały przemyślanej strategii
prywatyzacyjnej, którą teraz, poniewczasie, należałoby przemyśleć. Otóż
sięgając do tomu „Transformacja i rozwój” prof. Zdzisława Sadowskiego, można
tam znaleźć opublikowane już w roku 1991, a więc jeszcze przed pierwszym
objęciem władzy przez koalicję centrolewicową, w piśmie „Gospodarka Narodowa”
studium, zatytułowane „Niezależne spojrzenie na prywatyzację w Polsce”. Autor nie ogranicza się w nim do sceptycznego
spojrzenia na panującą wówczas gwałtowną wyprzedaż zgromadzonego majątku
narodowego w ręce inwestorów zagranicznych (co, w sposób może przejaskrawiony,
ale niedaleki od rzeczywistości, opisał Kazimierz Poznański w książce „Wielki
przekręt”), lecz buduje zarys strategii prywatyzacji, podważając przede
wszystkim ideologiczne u swoich podstaw przekonanie, że celem prywatyzacji powinno być przede wszystkim jak
najrychlejsze zniszczenie własności państwowej we wszystkich jej przejawach. „Nie można przyjmować na wiarę tezy, że trzeba koniecznie jak
najszybciej przekazać majątek państwowy w ręce prywatne bez względu na koszty i
efekty” – pisze. „Z punktu widzenia
ekonomicznego celem jest efektywność, a prywatyzacja potrzebna jest o tyle, o
ile do niej prowadzi”.
Sadowski wprowadza rozróżnienie
pomiędzy dwoma liniami prywatyzacji, z których jedną nazywa „prywatyzacją promocyjną” , a więc linią
„zakładania i rozwijania nowych
przedsiębiorstw prywatnych”, drugą zaś „linią
denacjonalizacyjną”, a więc „przekazywaniem
przedsiębiorstw państwowych w ręce prywatne”.
„Te dwie linie działania oczywiście
nie wykluczają się, lecz uzupełniają.
Jednakże to pierwszą z nich, a nie drugą należy uznać za podstawową”,
postuluje prof. Sadowski, a więc proponuje coś zupełnie odwrotnego niż to, co
także pod rządami stało się w rzeczywistości. „Likwidacja sektora państwowego
nie jest równoznaczna z podniesieniem efektywności gospodarowania. Celem
działań prywatyzacyjnych powinno być przede wszystkim podnoszenie efektywności.
Wobec palącej potrzeby stymulowania inwestycji produkcyjnych państwo nie
powinno rezygnować z wykonywania w pewnym zakresie funkcji inwestycji
publicznych”. (...)
(...) Są to problemy, które nigdy nie
stały się u nas przedmiotem racjonalnej debaty, zastępowane sloganem o rzekomym
akcie sprawiedliwości, likwidującej „komunistyczny rachunek” (chyba „rabunek”.
Przyp. Anonimus) prywatnego mienia. Dotyczy to również myślenia
perspektywicznego, a więc wyraźnego wskazania na główne problemy, które w
określonym horyzoncie czasowym polska polityka gospodarcza i społeczna będzie musiała rozwiązać. I znowu osobliwym
paradoksem jest sytuacja, że podczas gdy polityczna lewica wykazuje w tym
zakresie znaczną niefrasobliwość, w kręgach naukowców sprawy te stanowią przedmiot
autentycznej dyskusji.
Przykładem tego może być zamieszczony
w tomie Witolda Nieciuńskiego „Studia i prace 1964-2004” obszerny artykuł
zatytułowany „Problemy modernizacji Polski w warunkach współczesnego
kapitalizmu”. Tekst ten drukowany był pierwotnie w piśmie PAN „Problemy
Polityki Społecznej” (2004 nr 6), gdzie pomieszczona została także obszerna
dyskusja na jego temat, z udziałem dwudziestu dyskutantów, ekonomistów,
historyków (Jan Błaszkiewicz), badaczy społecznych, wśród których jednym głosem
z kręgów tak czy inaczej politycznych,
był głos Mieczysława Rakowskiego.
Tymczasem autor stawia w tym szkicu
pięć pytań, dotyczących zarówno źródeł załamania się systemu realnego
socjalizmu, jak i dróg modernizacji Polski w konkretnych warunkach zarówno
wewnętrznych jak i zewnętrznych, wśród których głównym jest nasza akcesja do
Unii Europejskiej. „Zarówno warunki zewnętrzne jak i otoczenia, w jakich
nastąpił rozpad socjalizmu światowego – pisze autor – narzuciły podjęcie
restytucji kapitalizmu, ale nie przesądziły o jego postaci (formie). Różni
myśliciele (Galbraith i inni) ostrzegali przed skrajnymi rozwiązaniami
liberalnymi i radzili posłużenie się, przynajmniej w pierwszej fazie tworzenia
nowego systemu <<interwencjonizmem>> i czuwaniem ze strony państwa nad gospodarką (protekcjonizmem). Przyjęcie
odwrotnych zaleceń, żeby nie powiedzieć dyktatu Międzynarodowego Funduszu
Walutowego i Banku Światowego, legło u podstaw wszystkich błędów i negatywnych
skutków procesu transformacji gospodarki”.
Naprawę tych stosunków może
przeprowadzić tylko państwo, którego model Witold Nieciuński opisuje jako
państwo ładu
efektywnościowo-dystrybucyjnego”,... (...)
Charakterystycznym
aspektem obecnej, coraz bardziej nerwowej i agresywnej przedwyborczej polityki
jest to, że w istocie pomija ona kwestię zasadniczą, jaką dla każdej
rzeczywistości społecznej stanowi jej ład gospodarczy. Odnosi się
wrażenie, jakby ów ład był już definitywnie ustalony, a jego kontynuacja stanowiła
jedyną, wchodzącą w rachubę drogę. Jest to szczególnie rażące po stronie lewicy
politycznej, która uporczywie zamazuje swoje korzenie, wiodące od ruch
socjalistycznego, a zarazem kłócąc się i dzieląc się coraz bardziej, powinna
jednak zapamiętać ze swej przeszłości choćby tyle, że stosunki ekonomiczne i
relacje pomiędzy kapitałem i pracą, wyznaczają kształt każdego ustroju. Po
prostu w całkiem inny, lecz niezbędny dziś dla jej tożsamości sposób, nawiązać
do powiedzenia: gospodarka, głupcze!
----------------------------------------------------------------------------------------
Janusz
Reykowski
Wolny
rynek, lewica a natura ludzka ......... 29
Patrząc
na gwałtowny rozwój cywilizacji – w szczególności w ostatnich dwóch stuleciach
– wielu z nas jest urzeczonych potęgą i skutecznością mechanizmów, które ten
rozwój napędzały. Wedle bardzo obecnie rozpowszechnionej opinii zawdzięczamy go
siłom wolnego rynku, a więc kapitalistycznej organizacji produkcji. Był
wprawdzie taki okres historii, kiedy wolny rynek i kapitalizm wzbudzały
powszechne rozczarowanie – zarówno w środowiskach pracowniczych, jak
intelektualnych. Rozczarowanie to narastało już od drugiej połowy XIX wieku.
Jego źródłem były z jednej strony periodyczne, głębokie kryzysy ekonomiczne,
które w cyklach około dziesięcioletnich dezorganizowały gospodarkę, powodując
pauperyzację licznych rzesz pracowników i właścicieli. Z drugiej strony, było
to coraz powszechniejsze uświadomienie głębokości nędzy i wyzysku, które tej
gospodarce towarzyszyły. Wzrastało przekonanie, że kryzysy i nędza mas to
nieodłączne składniki ładu społecznego
opartego na zasadach kapitalizmu.
Te
doświadczenia i ich wszechstronna krytyka przygotowały intelektualnie i
politycznie ideologiczną alternatywę
kapitalizmu i wolnego rynku – koncepcję
socjalizmu (lub komunizmu), jako zupełnie innej zasady organizacji
gospodarki i życia społecznego.
Pierwsza
połowa XX wieku to okres, w którym na wszystkich kontynentach (z wyjątkiem Australii) podejmowano próby
wcielenia ich w życie. W tym okresie wśród intelektualistów i szerszych rzesz
społeczeństwa wielu krajów dominowało
przekonanie, że kapitalizm obarczony jest ciężkimi i nieusuwalnymi wadami.
Koronnym tego dowodem był wielki światowy kryzys, który wybuchł w 1929 roku
dotykając wszystkich, w tym kraje najbardziej cywilizacyjnie rozwinięte.
Spowodował on morze nieszczęść, a jego skutki w Europie i w Stanach
Zjednoczonych trwały niemal do wybuchu drugiej wojny światowej. Nic dziwnego,
że kapitalizm taki, jaki się jawił w tym czasie, miał tylu zadeklarowanych
przeciwników i wrogów. Natomiast wielkie nadzieje wzbudzała ideologia
socjalistyczna. Sprzyjało to tworzeniu wyidealizowanych obrazów państwa, w
którym tę ideologię próbowano realizować.
Warto o tym kontekście pamiętać,
kiedy dziś mówi się o głupocie i zaślepieniu wielu intelektualistów, którzy
„ulegli komunistycznej propagandzie”.
Wszakże
druga połowa XX wieku całkowicie zmieniła ten obraz. W tym okresie nastąpiła
głęboka przemiana kapitalizmu. Przemiana
ta zaczęła się już wcześniej. Jej
początkiem była wprowadzona przez Roosevelta
polityka New Deal. W rezultacie
tych przemian udało się uzyskać znacznie lepszą kontrolę nad „ślepymi siłami
rynku”, zmniejszając częstotliwość i skalę gospodarczych kryzysów. Nastąpiła też w rozwiniętych krajach
radykalna poprawa warunków życia wielkich rzesz ludności – nie tylko ogromnie
poszerzyły się szeregi klasy średniej, ale też klasy pracujące osiągnęły
niespotykany dotąd standard. ...
Niejeden zastanawia się, czy ta cudowna przemiana kapitalizmu
nastąpiła sama z siebie, czy też jest to odpowiedź systemu na „śmiertelne
zagrożenie”, jakim były początkowe sukcesy „alternatywnego projektu”, czyli
kraju, gdzie zniesiono własność i rynek.
Sukcesy te zyskały mu znaczną popularność na świecie i zwiększyły
natężenie kontestacji skierowanej przeciw kapitalizmowi. Przemiany kapitalizmu
to zagrożenie radykalnie osłabiły.
Przede wszystkim osłabiły energię rewolucyjną występującą w wielu
segmentach kapitalistycznego społeczeństwa.
Przemiany
kapitalizmu doprowadziły do znacznego
spadku natężenia konfliktów społecznych i walk klasowych. Dziś zbiorowa
kontestacja, krwawe konfrontacje, masowe aresztowania, długoletnie wyroki za
działalność polityczną – to zjawiska w rozwiniętych krajach niemal nie
spotykane (choć niewiele dawniej niż 30 lat temu Europa wstrząsana była
gwałtownym buntem mas). Niezadowolenie z
sytuacji wyrażane jest przede wszystkim poprzez instytucje demokratyczne, z
których szczególnie ważna jest instytucja wyborów. Są też i inne formy
wyrażania niezadowolenia , takie jak pokojowe strajki, uliczne demonstracje,
wiece protestacyjne. Tylko z rzadka dochodzi do gwałtowniejszych wybuchów
(blokady dróg, niszczenia cudzej własności, fizycznej agresji itp.). Tak więc
we współczesnych dobrze rozwiniętych krajach kapitalistycznych istnieją
odpowiednie urządzenia zapewniające ujście gromadzącej się energii krytycznej,
bez poważnych następstw dla systemu jako całości. A przy tym wszystkim cały
system generuje potężne siły cywilizacyjnego rozwoju.
W tym samym okresie kompletnie załamał się „projekt alternatywny” –
usiłowanie zbudowania mechanizmu gospodarczego i politycznego na zasadzie publicznego (raczej państwowego)
władania środkami produkcji i centralnego planowania.
Można powiedzieć, że w
ponad stuletniej batalii między wolnym rynkiem (kapitalizmem) a gospodarką
planową (socjalizmem) szala zdecydowanie przechyliła się na rzecz tej
pierwszej. Wolny rynek zatriumfował.
Obecnie
niemal jedyną kwestią, która stanowi przedmiot sporu ideologicznego i zmagań
politycznych, jest zakres i sposób kontroli nad mechanizmami wolnego rynku oraz
wielkość i forma działań korekcyjnych, mających wspomagać te grupy społeczne,
które na rynku źle sobie radzą.
Świadkom
i obserwatorom owego historycznego tryumfu wolnego rynku narzuca się pytanie:
jakie są jego źródła?
Odpowiedzi
na te pytania można szukać w różny sposób. Można też formułować różne hipotezy.
Jedna z nich, zasługująca na poważne rozpatrzenie, wiąże ową moc wolnego rynku
z jego zdolnością do mobilizowania ludzkiej motywacji i uruchomiania twórczych
sił człowieka. Pod tym względem jest on dużo bardziej skuteczny niż wszystkie
inne znane dotychczas systemy społeczne. Jest to więc, w jakimś sensie,
hipoteza psychologiczna.
Rozważmy
te hipotezę dokładniej.
Hipoteza
egoistycznej natury człowieka .........
34
Zgodnie z nader
rozpowszechnionym mniemaniem zdolność
mechanizmu rynkowego do uruchamiania potężnych sił psychologicznych w człowieku
wynika z faktu, iż jest on oparty na zasadzie konkurencji.
Rywalizacja o kontrolę nad
zasobami realizowana jest przede wszystkim, choć nie wyłącznie, poprzez
działalność produktywną.
Miarą sukcesu jest wzrost stanu
posiadania: uzyskanie większej
ilości środków, wyższy zysk, powiększenie organizacji, zdobycie większego udziału w
rynku itp.
Należy zastrzec, że w kapitalizmie nie są to jedyne drogi do sukcesu. Gra o kontrolę nad zasobami może również polegać na rywalizacji wpływów politycznych (np. o podatki, cła, dotacje), na operowaniu na rynkach kapitałowych, na uzyskiwaniu monopolistycznej
kontroli nad pewnymi strategicznymi obszarami itp.
Rywalizacja o kontrolę nad
zasobami apeluje do bardzo ważnych mechanizmów motywacyjnych w człowieku.
Jeden z nich, bardzo potężny, to
dążenie do podtrzymania i podwyższenia własnej wartości.
Na czym ludzie opierają poczucie
własnej wartości?
Pewne warunki tego poczucia tkwią w samym człowieku – większość z nas myśli o sobie jako o kimś wartościowym i godnym szacunku (choć u niektórych pojawiają się czasami pewne wątpliwości); mamy też w
samych sobie standardy, na podstawie których oceniamy swoją wartość. „Pożywieniem” dla poczucia własnej wartości są objawy szacunku, aprobaty,
zachwytu, miłości, uległości, podporządkowania, popularności, sławy, a także informacje o tym, że uzyskuje
się czy osiąga coś, co
się samemu ceni. Przekonanie to zostaje podważone pod wpływem doświadczenia bezradności, upokorzenia,
wstydu, odrzucenia, lekceważenia. Sukces jest jednym z głównych budulców poczucia własnej wartości, a klęska – jego największym wrogiem.
Cóż jest miarą sukcesu?
Najwyraźniejszą, najbardziej dostępną i dla wielu najbardziej
przekonywującą miarą jest porównanie własnej pozycji i własnych
osiągnięć z pozycją i
osiągnięciami innych
ludzi – zwykle nie chodzi o ludzi w ogóle, lecz o ludzi z własnej grupy odniesienia.
Trzeba jednak stanowczo
podkreślić, że nie jest
prawdą, jakoby porównanie z innymi było jedyną czy podstawową miarą sukcesu.
Tak jest często, ale nie
znaczy to, że tak być musi. Poczucie sukcesu rodzi się także wtedy, gdy człowiekowi udaje się dokonać czegoś ważnego, znaczącego dla innych lub
dla siebie niezależnie od tego, co osiągają inni. Także i cudzy sukces nie musi
budzić zazdrości, jeżeli
ludzie powiązani są węzłami przyjaźni albo wtedy, gdy ich interesy są silnie sprzężone. A także wtedy, gdy poczuwają się do solidarności. Ale porównanie z innymi
jest „wygodnym”, bo naocznym dowodem osobistego znaczenia. Dlatego tak chętnie bywa wykorzystywane jako sposób oddziaływania na ludzi – wykorzystują to
wychowawcy, politycy, autorzy kampanii marketingowych i inni. Niektóre kultury przesycone są ideologią
sukcesu opartego na prześciganiu innych.
Gospodarka kapitalistyczna
efektywnie „eksploatuje” ten psychologiczny mechanizm. Stwarza warunki do tego, aby biorący udział w rynkowej grze starali się z jak największym zapałem prześcignąć
innych w wyścigu o coraz wyższe
pozycje.
Mechanizm wolnego rynku ma to do siebie, że nie tylko apeluje do
istniejących w człowieku tendencji rywalizacyjnych, do pragnienia posiadania i
potrzeb konsumpcyjnych, ale nieustannie je intensyfikuje. Cała organizacja
życia gospodarczego ułożona jest tak, aby wzbudzać w człowieku coraz to nowe
pragnienia konsumpcyjne, aby go wabić i kusić.
Towarzyszy temu intensywna propaganda filozofii życiowej opartej na
wartościach posiadania i sukcesu.
Organizacja ta zawiera
w sobie jeszcze inny ważny dla ludzkiej motywacji czynnik. Otóż ma ona to do
siebie, że nikomu niczego nie gwarantuje. Dzisiejszy sukces może przemienić się
w jutrzejszą klęskę.
Najpotężniejsze organizacje gospodarcze mogą niespodziewanie zbankrutować. Ceniony
i wysoko umieszczony w hierarchii pracownik może stracić stanowisko i zarobki, całe rzesze
zatrudnionych mogą nagle zasilić szeregi bezrobotnych. Bankructwo i bezrobocie
to druga strona kapitalistycznego medalu. Nie wszystkie segmenty kapitalistycznego
społeczeństwa są jednakowo narażone na niepewność losu, nie wszystkie klęski są jednakowo głębokie. Wszakże nie tak wielu jest takich,
którzy naprawdę mogą spać spokojnie nie lękając się
zmiennej koniunktury, groźnych rywali, niespodziewanych efektów technicznego
postępu, zmiany polityki
firmy, pojawienia się
nowych pracowników – młodszych,
zdolniejszych, lepiej wykształconych itp. Okoliczności te
mają to do siebie, że wzbudzają w człowieku mniejsze lub większe poczucie
zagrożenia. Jeśli więc ktoś nie okazuje się nadmiernie
wrażliwy na pokusy powiększenia konsumpcji albo też nie chciałby poświęcać zbyt
wiele wysiłku na rywalizację z innymi, to jednak musi liczyć się z tym, że
jeśli nie będzie się starał, to nie tylko niczego więcej nie osiągnie, ale
straci to, co ma. Kogo więc nie pobudza świetlana perspektywa sukcesu, może
pobudzić przerażająca perspektywa klęski. Nadzieja
i lęk to dwa dopełniające się mechanizmy, które potencjalnie mogą wyzwalać w
ludziach wielkie pokłady energii i inicjatywy.
Oczywiście nie we wszystkich.
Niektórzy żyją w niszach ekologicznych, gdzie zapewnione mają minimum
egzystencji a zagrożenia nie wydają się zbyt bliskie. Tak np. szeregowi
pracownicy administracji państwowej albo personel niektórych uczelni mogą
funkcjonować poza tym całym młynem kapitalistycznej rywalizacji. Ale też nie przyczyniają się,
niemal w żadnym stopniu, do sukcesu kapitalistycznej gospodarki. Są
też i inni, którzy nie potrafią znaleźć sobie miejsca w świecie gospodarczej
rywalizacji. Takich ludzi system ów marginalizuje. Ogromne rzesze bezdomnych, nędzarzy, ludzi wykolejonych zaludniają kapitalistyczne
miasta. W niektórych krajach, gdzie efektywnie działają instytucje opiekuńcze,
przejawy marginalizacji bywają rzadsze i mniej skrajne.
Przedstawiona tu analiza
prowadzi do wniosku, że efektywność gospodarki kapitalistycznej opiera się na
jej zdolności wzbudzania i podtrzymywania potężnych mechanizmów motywacyjnych w
człowieku – dążenia do ochrony i podwyższania poczucia własnej wartości
(ambicji, wywyższania się, przewagi), pragnień posiadania i konsumowania
(potrzeb hedonistycznych, „zachłanności”) i obaw przed utratą pozycji, twarzy i
środków do życia (lęku). Innymi słowy oddziaływania
rynku są efektywnie adresowane do egoistycznych motywów człowieka.
Ale czy do tego się sprowadzają?
Wolny rynek
jako szczególna struktura normatywna .........
39
Wszystkie wymienione tu
mechanizmy motywacyjne występują w
psychice ludzi wszystkich epok. Ich przejawy
dostrzec można już w wytworach historycznie bardzo odległych
cywilizacji. Dążenie do przewagi i sławy
ilustruje najstarszy dokument
literacki – sumeryjski epos o Gilgameszu. Pragnienie bogactwa (posiadania) i
dążenie do zaspokajania potrzeb biologicznych w coraz bardziej wyrafinowany
sposób dokumentują groby faraonów i władców sumeryjskich. Lęk przed utratą pozycji, majątku, zdrowia i
życia dokumentują liczne przekazy biblijne. Kapitalizm nie wynalazł tych
motywów, tylko umiał wykorzystać ich
„energię” w produktywny sposób1.
Ludziom zawsze zależało na coraz
lepszym zaspokajaniu potrzeb materialnych i na powiększaniu stanu posiadania – w tym celu
toczyli wojny zdobywcze, ujarzmiali słabszych, wykorzystywali pracę niewolniczą i prace pańszczyźnianą, przymilali się władzy, cierpliwie stali w długich kolejkach, starali się zając wyższe pozycje w hierarchii władzy itp.
Cechą charakterystyczną większości tych sposobów jest rywalizacja i walka o podział dóbr. Natomiast w systemie kapitalistycznym
rywalizacja, przynajmniej w dużej części, skupia się
na działalności
produktywnej: kto wytworzy więcej, taniej, lepiej, kto zaoferuje jakiś nowy, lepszy sposób
zaspokajania ludzkich potrzeb, ten ma szanse na zwiększenie osobistego bogactwa.
Ludzie zawsze lękali się niekorzystnego obrotu losu – wrogów, chorób, rabusiów.
Budowali więc fortece i
mury obronne, oddawali się
możnym pod opiekę, troszczyli się o dobre stosunki z siłami wyższymi i ich ziemskimi
przedstawicielami albo tworzyli „psychologiczny pancerz obronny” przyjmując
ideologie, które uzasadniały konieczność
podporządkowania się
zarządzeniom losu, nadawały
wartość wyrzeczeniom się dóbr tego świata, głosiły marność tego,
co doczesne, i obiecywały
nagrody na tamtym świecie. System
kapitalistyczny zaoferował
ludziom inne rozwiązania – skierował ich energię na
zabezpieczenie się przez
pomnażanie kont bankowych, wspieranie postępu medycyny, rozbudowę przemysłu farmaceutycznego, instytucji
ubezpieczeniowych itp.
Można powiedzieć, że siła systemu rynkowego polega na
tym, że stwarza on warunki do tego, aby istniejące w człowieku od zawsze
potężne mechanizmy motywacyjne pobudzać i ukierunkować na określony typ
aktywności – na aktywność produktywną. Jakie są to warunki? Należałoby tu wymienić co najmniej dwa o
podstawowym znaczeniu.
Jednym z tych warunków jest
zasada wolności gospodarczej. W odróżnieniu od wszystkich innych systemów,
tworzących różne ograniczenia i bariery dla ludzkiej działalności, podstawową zasadą normatywną –
cechą konstytutywną wolnego rynku jest brak ograniczeń dla ekonomicznej
(produktywnej) działalności
ludzi. Ta okoliczność
wyzwala ogromny potencjał
zawarty w twórczych zdolnościach człowieka.
Drugi warunek efektywności mechanizmu rynkowego jest z pozoru odwrotny w
stosunku do tego pierwszego. Polega on bowiem na tworzeniu systemu normatywnego
zawierającego surowe ograniczenia dla rozmaitych form ludzkiej działalności. System ten stara się zablokować różnorodne sposoby dążenia
do prestiżu, wzbogacania się i zdobywania ekonomicznej przewagi, które nie
wiążą się z uczestnictwem w działalności produktywnej lub też mogą jej
szkodzić. Czyni się to za pomocą regulacji prawnych mających zapewniać bezpieczeństwo obrotu handlowego, ochronę przed nieuczciwą konkurencją, przed fałszowaniem produktów (przede wszystkim tych,
których konsument sam nie jest w stanie ocenić), przed zdobywaniem zasobów przy pomocy
podstępu, przemocy,
oszustwa itp.
Można powiedzieć, że kapitalizm bardzo silnie oddziaływa na motywację człowieka, zostawia szerokie pole dla jego pomysłowości i twórczości, a zarazem tworzy bariery
i zabezpieczenia przed tym, aby energia owej motywacji nie została skierowana na inne drogi niż działalność produktywna.
Ale zabezpieczenia, które konstruują, dalekie są od doskonałości. We
wszystkich kapitalistycznych społeczeństwach mniejsza lub większa część aktywności ludzi poświęcana jest na cele
nieproduktywne i niemało jest takich, którzy zdobywają prestiż i bogactwo nie
biorąc udziału w działalności produktywnej. Tam, gdzie proporcja tych ostatnich
jest bardzo znaczna, gospodarka kuleje, a głód i nędza stają się zjawiskami endemicznymi. W znacznej jednak części krajów ten mechanizm
dobrze się sprawdza. Spektakularnym tego dowodem jest doświadczenie ostatnich
100 lat w krajach Europy Zachodniej i
Ameryki Północnej, gdzie w tym czasie dokonał się ogromny awans ekonomiczny i
cywilizacyjny wielkich rzesz ludzi należących do kategorii tzw. mas
pracujących. Nie trzeba zresztą sięgać tak daleko wstecz. Przecież kolejnym
dowodem niespożytego potencjału mechanizmów wolnego rynku jest postęp ekonomiczny,
jaki osiągnięty został w Chinach w okresie niewiele dłuższym niż dekada.
Mechanizm
rynkowy jako źródło cierpień .........
44
Mimo spektakularnych sukcesów rynkowego kapitalizmu krytyka
tego systemu nie zanika. Przeciwnie, po okresie osłabienia, w ostatnich latach
znów zaczyna przybierać na sile. Najbardziej spektakularne formy mają działania
przeciwników globalizacji, protesty ekologów,
„bunty” przeciw ograniczaniu polityki społecznej w różnych krajach
Europy.
Nasuwa się pytanie: dlaczego rynkowy kapitalizm obok
ogromnej rzeszy zaprzysięgłych zwolenników ma nadal liczne rzesze krytyków. A
także bezwzględnych wrogów. Najprostszym
wyjaśnieniem może być odpowiedź, że wrogami kapitalizmu i wolnego rynku są
głównie ci, którzy „nie umieją grać w tę grę” – nie potrafią dostosować się do
rynkowych reguł i ponoszą klęski.
Wszakże
krytyka i opór wobec mechanizmów rynkowych w ich obecnej postaci wydaje się
mieć jednak głębsze podłoże. Rzecz w tym, że mechanizm rynkowy ma nie tylko
blaski, ale i poważne cienie, nie tylko przynosi dobro, ale również wiele zła.
Niektóre formy tego „zła” można rozpatrywać jako niedoskonałości mechanizmu.
Inne wydają się mieć immanentny związek z samą „naturą” rynkowego ładu.
Pierwszą, szczególnie rzucającą się w oczy cechą tego ładu jest
tendencja do generowania społecznych nierówności. Tendencja ta występuje w bardzo dużym natężeniu. Nie jest ona jakąś
przypadkową charakterystyką systemu.
Ideologia wolnego rynku zakłada, że każdy ma szanse
wspinania się po drabinie sukcesu. Wszakże w rzeczywistości szanse te są bardzo
nierówno rozłożone. W większości społeczeństw istnieją liczne kategorie ludzi,
których szanse są a priori bardzo ograniczone. Pozostają oni przez całe życie w
zaklętym kręgu ubóstwa i zacofania. Tylko niewielu potrafi się z niego wyrwać.
Mechanizm rynkowy ma to do siebie, że wytwarza kategorię „ludzi niepotrzebnych”.
W miarę jak wzrasta efektywność tego
mechanizmu, czyli jako skutek postępu technicznego i organizacyjnego,
liczebność tej kategorii ma tendencję wzrastającą. Można wiec powiedzieć, że
obok licznych rzesz ludzi, którzy uczestnicząc w grze rynkowej umacniają i
podwyższają poczucie własnej wartości, są bardzo liczne grupy ludzi, którzy
poczucie wartości tracą – żyją w poczuciu klęski i upokorzenia.
Rywalizacyjny charakter systemu dotyka nie tylko
tych, którzy ponoszą klęski. Odczuwają go również ci, którym się powiodło. Wielu bowiem żyje w atmosferze lęku i niepewności
związanej z nieprzewidywalną naturą gry rynkowej. Stres, jaki wywołuje taka sytuacja, może
człowieka mobilizować, ale stwarza również wielkie przeciążenie dla jego
psychiki. Skutki tego przeciążenia dają o sobie znać w rozmaity sposób: mogą to
być zaburzenia psychiczne, nerwice i depresje, choroby psychosomatyczne,
nasilenie konfliktów i agresywności.
Mechanizm rynkowy głęboko ingeruje w sferę
kultury i w sferę tzw. wartości
duchowych.
Nie można też nie wspomnieć o zawodności samego mechanizmu rynkowego,
jeśli idzie o jego zdolność do zapewnienia wysokiego poziomu produktywności.
Nie chodzi tu tylko o to, że w niektórych obszarach działa on paradoksalnie –
hamując zamiast pobudzać produkcję. Spektakularnym tego przykładem są dotacje
dla rolników w krajach Europy Zachodniej dawane w tym celu, aby produkowali
mniej żywności. I to w sytuacji klęski głodu obejmującego duże połacie globu.
Innym ważnym defektem mechanizmu rynkowego jest to, że obok sił
pobudzających działalność produktywną wytwarza on również potężne siły
pobudzające do omijania reguł systemu – do uzyskiwania kontroli nad zasobami, a
tym samym władzy, prestiżu i bogactwa za pomocą środków z działalnością
produktywną nie mających nic wspólnego. A także do bezwzględnej eksploatacji
tych, którzy są zbyt słabi, aby bronić swych praw i interesów.
Oczywiście jest prawdą, że wyzysk, korupcja i
przestępczość nie są kapitalistycznym wynalazkiem. Jednakże mechanizm rynkowy
nie tylko nie położył im tamy, ale jeszcze bardziej zintensyfikował. Przekonały
się o tym kraje, które z zapałem wkroczyły na drogę budowania kapitalizmu.
Cóż o powyższych zarzutach mogliby powiedzieć
przekonani zwolennicy wolnego rynku? Niewątpliwie wielu z nich uzna je za
przesadne. Inni zaś stwierdzą zapewne, że jeśli nawet ta krytyka byłaby w
znacznym stopniu prawdziwa, to cóż może z niej wynikać? Czy możemy znaleźć jakieś cudowne środki
poprawy tego stanu rzeczy? Czy znamy jakiś lepszy system, który lepiej
zaspokajałby ludzkie potrzeby? Czy
kompromitacja prób budowania alternatywy wobec kapitalizmu nie powinna pouczyć
każdego, że pomysły odchodzenia od tego systemu do niczego dobrego nie mogą
prowadzić?
Są w tej sprawie różnice zdań.
Dwie orientacje ideologiczne .........
48
Różnice co do tego, czy można i należy poprawiać
mechanizmy wolnego rynku, stanowią jeden z podstawowych tematów współczesnych
sporów ideologicznych. Różnice te opisywane są na osi lewica-prawica. Choć
podział ten w praktyce politycznej sprawia niemało zamieszania, to na
płaszczyźnie teoretycznej jest nader klarowny.
Dotyczy on w pierwszym rzędzie kwestii: czy uznaje się istniejący
porządek społeczny oraz związany z nim
system nierówności i przywilejów za, w zasadzie, słuszny i prawomocny, czy też
uważa się, że należy go korygować w kierunku zmniejszenia nierówności i
zwiększenia powszechnej pomyślności.
Według
pierwszego stanowiska, określanego jako prawicowe, istniejący porządek odzwierciedla, gorzej lub lepiej, obiektywne
różnice między ludźmi w przedsiębiorczości, inteligencji, pracowitości, energii,
ambicji, twórczych zdolności, pomysłowości itp.
Dlatego rzeczywistość społeczną
trzeba pozostawić taką jaka jest. Tym bardziej że dzięki
przedsiębiorczości i talentom elit wszyscy, którzy na to zasługują, mogą coś
skorzystać. Należy też chronić podstawowe zasady życia społecznego zawarte w
tradycyjnym systemie norm i wartości. Można co najwyżej doskonalić rozwiązania
prawne i polityczne dla zwiększenia efektywności rynku. W swobodnej grze
rynkowej ulegać będą przekształcaniu pozycje i role społeczne – jedni wzniosą
się w górę, inni spadną w dół w zależności od swych „zasług”. Każdy bowiem jest
sam kowalem własnego losu i losu swojej rodziny. Nie wyklucza to współczucia
dla pokrzywdzonych przez los i niezdolnych – działalność charytatywna i
filantropijna nie kłóci się z prawicowym światopoglądem.
Drugie
stanowisko, określane jako lewicowe, wynika z przekonania,
że jest coś zasadniczo wadliwego w systemie, który utrzymuje duże rzesze ludzi
w sytuacji nędzy i upośledzenia, podczas gdy inni opływają w dostatki i mają
możliwość ciągłego pomnażania swoich zasobów.
Dlatego trzeba modyfikować i poprawiać istniejący system, sprzyjać
wyzwalaniu się ludzi od ograniczeń, jakie narzucają tradycyjne normy i
wartości. Stanowisko to uznaje, że
ludzie są wzajemnie odpowiedzialni za swój los, a solidarność międzyludzka
należy do podstawowych zasad politycznej moralności2.
Co to znaczy „poprawiać” istniejący
system?
Doświadczenia ostatniego stulecia
doprowadziły większość zwolenników lewicowej orientacji do zarzucenia myśli o
tym, że będzie można zbudować system sprawiedliwości społecznej likwidując czy
zasadniczo ograniczając mechanizmy wolnego rynku. Wszystkie działające obecnie
ruchy lewicowe, które zdobyły poważniejszą rolę polityczną, uznają wolny rynek
za nie budzącą wątpliwości podstawę życia gospodarczego, ale poszukują różnych
sposobów ograniczenia jego defektów – społecznych i ekonomicznych.
Obecnie do głównych celów polityki
lewicowej należy ograniczenie polaryzacji ekonomicznej, wzmocnienie pozycji
słabszych uczestników rynkowej gry (przez odpowiednie prawodawstwo),
polepszenie szans uczestnictwa w niej tym, którzy z przyczyn
strukturalnych (ze względu na warunki
społeczne) są tych szans pozbawieni (w szczególności dostępu do edukacji),
zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego grupom najsłabszym.
Do ważnych celów polityki lewicowej
należy uzupełnienie zasady konkurencji przez zasadę solidarności. Lewicowa
zasada solidarności ma charakter inkluzywny – obejmuje ludzi należących do
różnych grup, ras, narodów, religii. Lewicowa polityka jest zatem polityką
zwalczającą wszelkie formy dyskryminacji3.
Według zwolenników orientacji
prawicowej tego rodzaju działania „psują rynek”. Opierają się one na fałszywej,
utopijnej wizji ludzkiej natury. Ich realizacja może prowadzić do obniżenia
społecznej produktywności (bo zmniejsza się poziom rywalizacji), zwiększenia
konfliktów (bo wzmagają się nieuzasadnione roszczenia), pogorszenia sytuacji
wielu grup (bo polityka równości i usuwania wszelkich przywilejów może np.
zwiększać udział emigrantów w rynku pracy). Ponadto realizacja polityki
lewicowej nie przyczynia się wcale do wzrostu powszechnej pomyślności, lecz do
umocnienia biurokracji, która rozrasta się w miarę tego, jak rosną alokacyjne
funkcje państwa.
Perspektywy lewicowego myślenia .........
52
Można powiedzieć, że obecnie, po spektakularnej
klęsce „realnego socjalizmu” i
niepowodzeniu polityki upaństwowienia, prowadzonej w wielu rozwiniętych
państwach kapitalistycznych, cele lewicy są nader ograniczone. Parafrazując
znane powiedzenie można je opisać, jako dążenie do kształtowania „kapitalizmu z
ludzką twarzą”. Ten minimalistyczny program wydaje się wynikać z akceptacji
pewnych założeń na temat natury ludzkiej, które leżą u podstaw rynkowego
ładu. Według tych założeń natura ta jest
w swej istocie egoistyczna. Tak więc do
najważniejszych i w zasadzie niezmiennych celów człowieka należy dążenie do
wywyższania się (do przewagi), do
zaspokajania potrzeb materialnych na coraz wyższym poziomie (do posiadania), do
bezpieczeństwa. Mechanizmy wolnego rynku – w przeciwieństwie do wszystkich
innych – bardzo dobrze sprzęgają te
dążenia z funkcjonowaniem gospodarczych mechanizmów. Dzięki temu gospodarka osiąga ogromny
potencjał rozwojowy. Może się to komuś nie podobać, ale trudno kwestionować
pewne oczywiste fakty.
Wszystkie rozważania dotyczące perspektyw poprawy
warunków ludzkiej egzystencji muszą się jakoś odnieść do tej tezy. Albo uznają,
że jest to w zasadzie trafny opis realiów społeczno-psychologicznych, a więc
perspektywa poprawy polega na konsekwentnym umacnianiu i poszerzaniu gospodarki
rynkowej, albo też zakwestionują go, otwierając tym samym drogę do poszukiwania
jakiejś innej alternatywy.
Biorąc pod uwagę dotychczas nagromadzoną
przez nauki społeczne wiedzę sądzę, że założenie o egoistycznej naturze
człowieka jest tylko pozornie prawdziwe.
Przede wszystkim wcale nie jest oczywisty fakt, że
głównym czy najbardziej efektywnym czy najbardziej efektywnym źródłem energii
motywacyjnej człowieka jest jego egoistyczny interes. Teza ta stanowi daleko
idące uproszczenie rzeczywistego stanu rzeczy. Przeciwko niej przemawiają nie
tylko doświadczenia osobiste wielu ludzi, ale też systematyczne badania i
obserwacje zgromadzone przez przedstawicieli różnych nauk społecznych – np.
psychologiczne badania nad motywacją zadaniową, nad zachowaniami
prospołecznymi i altruizmem,
antropologiczne badania nad sposobami życia ludzi w różnych kulturach, badania
politologów nad kryteriami podejmowanych decyzji przez różne polityczne gremia,
badania socjologów nad zachowaniem grup społecznych.
Tak np. wiele obserwacji i danych wskazuje, że
ważnym celem działań ludzi może być dążenie do osiągnięcia wewnętrznej
satysfakcji z dokonania czegoś wartościowego, niezależnie od innych skutków,
które z dokonania wynikają – psychologowie opisują tu całą rodzinę motywów określając je takimi
terminami, jak potrzeba osiągnięć, potrzeba efektu, motywacja wewnętrzna
(immanentna). Im cel subiektywnie trudniejszy, tym większa satysfakcja z jego
osiągnięcia, zupełnie niezależnie od tego, co w zamian człowiek za to otrzymuje
(pochwały, nagrody itp.). Każdy człowiek ma potencjalną możliwość czerpania
satysfakcji z faktu, że stworzył coś na miarę swoich środków i zdolności czy
też w jakimś stopniu je przekroczył.
Dążenie do dokonania czegoś wartościowego może być
silnym motywem działań gospodarczych. Nic więc dziwnego, że, jak twierdzi jeden
ze znanych amerykańskich psychologów Dawid Mc.Clelland – potrzeba osiągnięć
jest bardzo ważnym psychologicznym mechanizmem napędowym gospodarki
kapitalistycznej. Wynikałoby stąd, że bezwzględna konkurencja i maksymalizacja
posiadania nie są warunkami koniecznymi efektywnego zaangażowania w działalność
produktywną.
Wielką rolę w określaniu ważności celu odgrywa społeczne otoczenie człowieka.
Otoczenie definiuje hierarchię wartości. Im więc cel jest wyżej ceniony, tym
większa satysfakcja z jego osiągnięcia. Ta konstytutywna rola społeczności w
definiowaniu ważności celu sprawia, że w różnych kulturach, a nawet w różnych
środowiskach, ludzie gotowi są poświęcać się rozmaitym celom.
...
Omówienie to nie pretenduje do wyczerpującego opisu całej różnorodności celów,
jakie ludzie sobie stawiają, i ich motywacyjnego potencjału. Miało ono
ilustrować tezę, że nie ma żadnych apriorycznych powodów, aby sądzić, że
efektywnie działające społeczeństwo można budować jedynie na egoistycznych
podstawach motywacyjnych. Wszakże skoro tak wiele różnych, nie tylko
egoistycznych, motywów może mieć znaczący wpływ na działalność produktywną
ludzi, dlaczego w gospodarce rynkowej odgrywają tak ważną rolę tylko niektóre?
Otóż wydaje się, że mamy tu do czynienia ze
zjawiskiem, które można przyrównać do selektywnego treningu: każda funkcja
organizmu i psychiki, która jest intensywnie pobudzana, ulega „rozbudowaniu”.
Tak np. intensywny trening ... Pozwala
to, w danej dziedzinie, osiągać ... Np.
prowadzi do deformacji ludzkiego ciała i szkodzi zdrowiu.
Również i funkcje umysłowe podlegają tej
samej prawidłowości. Kapitalizm rynkowy adresując swe oddziaływania do
opisanej wyżej „triady” mechanizmów motywacyjnych, opartych na egoistycznych
potrzebach człowieka, prowadzi do ich coraz większego rozrostu. Działa jak
selektywny trening. I tak samo jak on prowadzi do osłabienia i zaniku innych
funkcji – w tym wypadku innych tendencji motywacyjnych. Następstwem tego bywa
zubożenie i zniekształcanie ludzkich stosunków. *
Nie chce przez to powiedzieć, że są one szczególnie
zniekształcone czy zubożone w porównaniu do stosunków panujących w innych
historycznych epokach. Chodzi tu o odniesienie do możliwości zawartych w samym
człowieku. O to, że staje się on zubożony w stosunku do samego siebie.
Alternatywą
wobec takiego układu rzeczy jest hipotetyczny porządek, który zawiera
znacznie szersze spektrum społecznych oddziaływań. Wyjściową przesłanką
myślenia o takim porządku jest zerwanie z poglądem o szczególnym dopasowaniu
wolnego rynku do natury ludzkiej. Dopasowanie to jest bowiem bardzo
niedoskonałe.
* Proponuję
zapoznać się z artykułem „Społeczeństwo uzależnionych konsumentów”, opublikowanym
w „dziś”, nr 2/04, str. 30-55, przez Andrzeja M. Zawiślaka.
Motto artykułu, przytoczone za G.
Ritzerem:
„Konsumenci zaczęli w kapitalizmie odgrywać zbyt poważną rolę,
by można im było pozwolić
na podejmowanie samodzielnych decyzji!”,
jest bardzo wymowne.
Artykuł dostępny jest także „on line” pod adresem: http://www.dzis.com.pl
Kontynuacja tematu przez tego samego autora: „Kajdany rynku”, „dziś”, nr 3/04, str. 40-51.
Anonimus
Problem lewicowej utopii .........
58
Podstawową konkluzją całego
przeprowadzonego tu wywodu jest teza, że głównymi celami lewicowej polityki
powinno być coś więcej niż łagodzenie negatywnych skutków wolnego rynku. Cele
te można by określić jako poszukiwanie
takich form społecznej organizacji,
które pobudzają aktywność produktywną ludzi opierając się na znacznie
szerszym spektrum motywów niż kapitalizm rynkowy. Dzięki temu mogłoby osłabnąć
znaczenie „egoistycznej triady” doprowadzając do poważnej modyfikacji tego, co
określa się jako „drapieżna natura kapitalizmu”. Zasada solidarności mogłaby
się stać istotnym składnikiem systemu normatywnego, na którym opiera się ład
społeczny.
Czy
tego rodzaju polityka jest możliwa? Czy można tak pokierować
procesami społecznymi, aby osiągać tego rodzaju rezultaty?
Krytycy powiedzą, że kryje się za tym stara niebezpieczna idea
społecznej inżynierii. Kolejna próba budowania utopii. Przecież, jak pokazuje historia, tworzenie wizji
utopijnych, choć od dawna fascynowało ludzkość, nie na wiele się jej przydało.
Nie na wiele się jej także przydało tworzenie wizji mających, jak zakładano,
naukowe podstawy. Próby realizacji „naukowego socjalizmu” nie sprawdziły się.
Wniosek, jaki z tej krytyki wynika, to postulat
zaprzestania rozważań o możliwościach i sposobach naprawiania ludzkich
społeczeństw. Jest to wniosek w oczywisty sposób odpowiadający tym, którzy w
istniejącym układzie stosunków czują się bardzo dobrze. Ale jest bardzo wielu
takich, którzy w nim czują się źle. Ludzie tacy nigdy nie zrezygnują z prób doskonalenia otaczającej ich
rzeczywistości. Można mieć pewność, że niezrażeni niepowodzeniami – ciągle na
nowo takie próby będą podejmować.
Wszakże celem tego wywodu nie było proponowanie
jakiejś nowej lewicowej utopii. Chodziło o wskazanie różnorodnego, tkwiącego w
człowieku potencjału, którego skuteczne wykorzystanie mogłoby przyczynić się do
zmniejszenia niektórych obecnie występujących defektów systemu
społeczno-gospodarczego.
Jak można by wyobrazić sobie kierunek takich zmian?
Rozważmy następujący przykład:
Wedle teorii racjonalnego wyboru, stanowiącej jedną z podstaw koncepcji wolnego
rynku, wszelkie, a w każdym razie
ekonomiczne, zachowania człowieka opierają się na kalkulacji osobistych zysków
i strat. Z tego punktu widzenia rywalizacja jest oczywistą i racjonalną formą
zachowania w sytuacji ograniczonych zasobów...
Jednakże teza ta nie uwzględnia, że w sytuacji
ograniczonych zasobów możliwe są co najmniej trzy różne strategie postępowania:
• strategia rywalizacyjna (o której
dotąd mówiliśmy),
• strategia wyrzeczeń (przyjmowana przez
tych najczęściej, którzy nie umieją i nie chcą walczyć),
• a także strategia kooperatywna, która
polega na porozumiewaniu się bądź co do podziału istniejącej puli dóbr, bądź co
do współdziałania dla ich pomnażania.
W bardzo wielu, ale z pewnością nie we wszystkich, sytuacjach
ludzie stają przed możliwością wyboru między walką a współpracą. To, co wybierają, zależy
nie tyle od obiektywnych cech sytuacji, ile od sposobu konstruowania jej w
umysłach. Ci, którzy konstruują tę sytuację jako grę o sumie zerowej, są
skazani na walkę. Proces konstruowania ma z reguły charakter kolektywny. Mają
nań wpływ postawy otoczenia, a szerzej – normy kulturowe. Ale nie ma w tym
żadnej nieuchronności. Ludzie mogą podejmować świadome wysiłki w tym celu, aby
nadawać określoną interpretację zaistniałej sytuacji. Lewicowa orientacja
ideologiczna powinna sprzyjać takiej interpretacji.
Dziś trudno sobie wyobrazić praktyczne
sposoby tworzenia efektywnego mechanizmu gospodarczego, w którym obok innych
motywów, istotną rolę odgrywałaby zasada solidarności oraz dążenie do
realizacji osiągnięć, mających wartość społeczną, i motywacja ta występowałaby
nie u jakiś szczególnych jednostek, lecz na szerszą skalę. Ale z pewnością można sobie wyobrazić, że
położenie wyłącznego nacisku na te mechanizmy, które obecnemu rynkowi
sprzyjają, może w dłuższej perspektywie czasowej nie wyjść ludzkości na
zdrowie.
Należałoby podkreślić, że ludzie nie są bezradni wobec
okoliczności, w których żyją – mogą podejmować aktywne wysiłki dla ich zmiany.
Nie znaczy to jednak, że powinni spodziewać się zmian szybkich i
gruntownych.
Na zakończenie warto przypomnieć następujący fakt: w
końcu XVII wieku John Locke w swoich Dwóch traktatach o rządzie i
Liście o tolerancji sformułował pewne idee, które
długo czekały na realizację. Dopiero 100 lat później podjęto pierwszą poważną
próbę ich praktycznego zastosowania – one właśnie stały się inspiracją
amerykańskiej konstytucji. Trzeba było dalszych ponad 160 lat, aby idee
demokratycznego konstytucjonalizmu, praw jednostki, tolerancji stały się (acz z
wielu modyfikacjami) fundamentem organizacji politycznej cywilizowanych państw.
Jeśli wiec obecnie może nam się wydawać, że
koncepcja organizacji życia społeczno-gospodarczego odmiennej od rynkowego
kapitalizmu jest wielce odległa od realiów współczesnego życia, to powinniśmy
mieć w pamięci, że idee Locke’a były
bardzo odległe od praktyki politycznej ówczesnej Europy.
Możemy też mieć na uwadze fakt, że tempo zmian
społecznych ulega stopniowemu, ale znacznemu przyspieszeniu.
----------------------
Janusz Reykowski – ur. 1929. Psycholog,
profesor doktor habilitowany, Dyrektor Instytutu Psychologii PAN. Członek korespondent Polskiej Akademii Nauk,
członek Europejskiej Akademii Nauk. Specjalizuje się w psychologii społecznej i
politycznej, twórca tzw. regulacyjnej teorii osobowości. Wieloletni profesor
Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał m.in. w następujących uniwersytetach
zagranicznych: Columbia University (New York), Uniwersytet Łomonosowa (Moskwa),
University of Minnesota (Minneapolis), Technische Universität (Berlin Zachodni), Arizona State University
(Phoenix). Brał udział w obradach Okrągłego Stołu jako współprzewodniczący Stołu Politycznego z ramienia strony
rządowej. Członek Biura
Politycznego KC PZPR od grudnia 1988 do stycznia 1990.
Ważniejsze publikacje książkowe: Eksperymentalna
psychologia emocji (KiW
Warszawa
1968, 1974, Donauworth 1973, Moskwa 1979, Sofia 1981), Motywacja,
postawy prospołeczne a osobowość (PWN, Warszawa 1979,
1986), Development and Maintenance of Prosocial Behavior (współredaktor z: E.Staub, D. Bar-Tal, J. Karyłowski) (Plenum Press,
New York 1984), Logika walki. Szkice z psychologii konfliktu społecznego
w Polsce (KiW, Warszawa 1984), Social and Moral Values (współredaktor z: N. Eisenberg, E. Staub) (Erlbaum, Hillsdale, NJ 1989), Postawy i wartości Polaków a zmiany systemowe (redaktor) (Wyd. Instytutu Psychologii PAN, Warszawa
1993), Potoczne
wyobrażenie o demokracji: Psychologiczne uwarunkowania i konsekwencje (redaktor)
(Wyd. Instytutu Psychologii PAN, Warszawa 1995).
----------------------------------------------------------------------------------------
Leszek
Nowak
Chichot
heglowski, czyli marksizm i liberalizm w polityce polskiej ......... 63
Wedle znanej tezy „komunizm” wziął się z „ukąszenia
heglowskiego”. Już sama powszechność tego poglądu nakazuje traktować go
podejrzliwie. Wszak wszyscy tak
mówią... Elementarne zaś
doświadczenie teoretyka – a może zgoła każdego twórcy? – jest przecież
takie: jeśli wszyscy o jakiejś materii
(nie trywialnej) twierdzą to samo, musi się pod tym kryć podstawowy fałsz.
Kierując się tą instynktowną zasadą, a także
wspierając ją gorszymi czy lepszymi argumentami, podpisany polemizował z tą
tezą parokroć1 i nie zamierzam w związku z tym obmyślać tu dalszych
argumentów przeciw niej przemawiających. Chciałbym natomiast pokazać, iż pod
powierzchnią polityki polskiej doby tzw. transformacji urzeczywistnia się
figura istotnie obecna w dialektyce Heglowskiej – ideowa „zamiana przeciwieństw
miejscami”. Kto woli bardziej potoczyste sformułowania, może wypowiedzieć to
też tak, iż pod polityczną sceną III Rzeczypospolitej w ostatniej
dekadzie brzmiał – i rozlega się nadal – chichot Hegla.
Rozpocząć musimy jednak od pytania,
dlaczego to lewica, z jaką obecnie mamy do czynienia i z którą coraz większa
liczba osób, także z kręgów niegdysiejszej opozycji demokratycznej, wiąże
jedyną nadzieję na odmianę ponurego stanu gospodarki, państwa i kultury, jaki
pozostawia po sobie koalicja AWS-UW, dlaczego ta oświecona i inteligentna
formacja bez sprzeciwu przyjmuje
oskarżenia o zatrucie „jadem
heglowsko-marksistowskim”. Przypuszczalnie dzieje się tak dlatego, iż
lewica
jest stale we władzy prawicowych mitów historiozoficznych.
Naczelnym
spośród nich jest właśnie mit „marksistowskich korzeni socjalizmu”: oto odpowiedzialny za nieprawości systemu
trójwładzy w realsocjalizmie ma być projekt historiozoficzny Marksa. Teza to
tymczasem jawnie nieprawdziwa. Ustrój
kraju Krzyżaków był wszak bliższy czystej trójwładzy niż ustrój PRL – władza
polityczna i gospodarcza znajdowała się w rękach mniejszości panujących w obu
tych systemach w stopniu zbliżonym, natomiast chrześcijański światopogląd
narzucano Prusom w sposób znacznie ostrzejszy niż materializm dialektyczny
Polakom, a i nieporównanie skuteczniej. Mordowano nieszczęsnych Prusów i
niszczono ich kulturę, aż nazwa z nich jeno została. Skoro myśl Marksa ma być
odpowiedzialna za strukturalne nieprawości realsocjalizmu, to zapytać należy,
czyja to myśl odpowiedzialna jest za strukturalne nieprawości w państwie Zakonu
Najświętszej Marii Panny.
A więc winna jest myśl Jezusa Chrystusa ludobójstwu
i kulturobójstwu w Prusach czy też nie? Zgodnie z logiką wywodów Miłosza czy
Kołakowskiego – winna. A przecież to jawny fałsz! Zakonnicy mordowali Prusów, by podporządkować
ich swej władzy i przekształcić w pracujące
na nich woły robocze. Niszczyli zaś ich kulturę, bo tradycja kulturowa jest
spoiwem łączącym jednostki i pozwalającym im zyskać większą siłę w ramach
zbiorowości. Aż dopięli swego uzyskując zatomizowany tłum poddanych. A że przy okazji stosowali frazeologię
Chrystusową (podobnie jak NKWD stosowało frazeologię Marksowską), to już
zupełnie inna sprawa, to już obszar ideologii.
Zawsze jakaś ideologia musi osłaniać nieprawości
socjalne, zawsze usuwa się z niej to, co niewygodne (np. postulat wspólnoty majątkowej wyznawców
z myśli chrześcijańskiej, doktrynę obumierania państwa z marksizmu), i reinterpretuje resztę odpowiednio do
interesu uprzywilejowanych. Zawsze też znajdą się złotouści, którzy te
intelektualne strzępy ze spójnej koncepcji określą jako sztandary nowej idei i
jeszcze będą dmuchać, by łopotały. A ideologowie strony drugiej zabieg
samozeszmacenia doktryny przeciwnika
zawsze wezmą całkowicie na serio, tyle że dopiszą przy tych strzępach
znak sprzeciwu motywowany mniej lub bardziej rzekomymi szkodami, jakie myśl
strony pierwszej miała jakoby wywołać. Albowiem pozwala to odciąć konkurenta
politycznego od jego własnej tradycji myślowej. Taka jest właśnie
polityczno-kulturowa funkcja mitu „marksistowskich korzeni (real)socjalizmu”: odcięcie lewicy od jej źródeł myślowych i
aksjologicznych, uniemożliwienie jej pracy nad nimi, która by mogła profitować
nową odmianą społecznej myśli materialistycznej, a politycznie – zohydzenie jej
wartości, by nie miała odwagi cywilnej na nie się publicznie powoływać.
Mit ten, wzmocniony najpierw ogłuszającą, a potem
już tylko bezlitośnie uporczywą2 kampanią medialną, okazał się nad wyraz skuteczny3.
Oto lewica – tak solidarnościowa, jak i SLD-owska - pozbawiona własnego dziedzictwa duchowego,
po prostu przyjęła liberalną historiozofię, „kapitalistycznego końca historii”.
...
Taka jest dominująca prawicowa wizja dziejów i, o dziwo, taką też historiozofię
wstydliwie przyjmuje współczesna lewica, nie tylko zresztą polska.
...
Oto najpoważniejsza baza teoretyczna myśli lewicowej – marksizm – została z
czysto poznawczego punktu widzenia porzucona zdecydowanie przedwcześnie. Teoria
Marksa zawiera co prawda poważne błędy teoretyczne, a marksistowskie
wyjaśnienia historii społecznej mają szereg luk... Ale trzeba też dobitnie powiedzieć, iż nawet
z tymi błędami i lukami
marksizm
ma moc wyjaśniającą nieporównywalnie wyższą niż liberalizm.
Nie sposób tu przeprowadzić pełnego porównania obu
orientacji – są zbyt rozbudowane. Poprzestańmy więc na porównaniu, a i to
szkicowym4, rdzenia obu
doktryn – ich historiozofii.
...
(...) Kapitalizm podpadać zaczyna pod
model liberalny dopiero po drugiej wojnie światowej. Zniknięcie alternatywy
faszystowskiej, a w czasach dzisiejszych także „komunistycznej” – to
niewątpliwe i poważne argumenty na rzecz historiozofii liberalnej. Równie
niewątpliwa jest jednak jej bezradność w zastosowaniu do całej uprzedniej historii społecznej ludzkości. Obszar mocy
wyjaśniającej modelu liberalnego
ogranicza się więc do jednej linii rozwojowej społeczeństw ludzkich, i
to w samej końcówce ostatniego, jak dotąd, spośród jej stadiów.
Wyjaśnia tedy liberalizm zjawiska przeczące
historiozofii marksistowskiej, która nie potrafiła wyjaśnić współczesnego
stadium ewolucji kapitalizmu. Niemniej jednak marksizm wyjaśniał jakoś i
wcześniejsze stadia kapitalizmu, i
przedkapitalistyczne formacje cywilizacji europejskiej, i linie azjatycką
rozwoju (samo pojęcie „formacji azjatyckiej” zostało wprowadzone przez Marksa,
a jej teoria opracowana przez K. Wittfogla, który też należy do tradycji
marksistowskiej), a także naturę społeczeństw pierwotnych (jedna z ciekawszych
koncepcji tych społeczeństw wyszła spod pióra marksisty M. Godeliera). Nie chciałbym twierdzić, iż
wszystkie te wyjaśnienia są trafne; swego czasu właśnie kwestionowałem niektóre
Marksowskie tezy na temat zachodniej linii rozwojowej. Nie kategorią prawdy
jednak operujemy porównując teorie – o prawdzie śmiertelni nie są w stanie
orzekać - lecz zestawieniem obszarów
mocy wyjaśniającej. I porównanie to wypada zdecydowanie na niekorzyść
historiozofii liberalnej – moc wyjaśniająca marksistowskiej jest nieporównanie
większa5. Lewica uwierzyła liberałom zbyt pochopnie. Dała się
zwyczajnie zakrzyczeć liberalnej prasie światowej i rodzimej.
Lewica uwierzyła zbyt pochopnie także dlatego, iż
wbrew temu, co sam głosi
liberalizm
nie legitymizuje kapitalizmu w naszej części świata.
Skoro kapitalizm optuje za liberalizmem czyniąc zeń
niemal Arystotelesowskie „miejsce naturalne”, ku któremu zmierzać mają
społeczności ludzkie, to można by oczekiwać,
iż za pomocą jego własnych kategorii myślowych daje się łatwo uzasadnić
proces tak doniosły, jak „budowa kapitalizmu” (zobaczymy poniżej, skąd ten
cudzysłów). Podstawową kategorią współczesnej myśli liberalnej jest idea praw
człowieka. Spytajmy więc, kto i jakim prawem jest władny zadecydować o sprawie
tak podstawowej, jak wybór ustroju społecznego?
Rangę tego pytania doceni każdy, kto uprzytomni sobie, iż pytanie takie
zrodziło się w Polsce w 1989 roku bodaj po raz pierwszy w dziejach ludzkich.
Tam gdzie wcześniej powstawał,
kapitalizm formował się bowiem najpierw w sposób spontaniczny: ... Nad Wisłą, gdzie żadnych liczących się
kapitałów prywatnych nie było, w jakiejś mierze była to w 1989 roku kwestia
świadomej decyzji. Kto i jakim prawem miał ją podjąć? Nie tylko nie postawiono
tego pytania, ale wtedy właśnie liberalne gazety rozkrzyczały się o
„bezalternatywności kapitalizmu”6.
*
* Gwoli obiektywizmu: przed wprowadzeniem „socjalizmu” też się nikt społeczeństw o zdanie nie pytał.
W latach „przełomowych 80/90”, nie zorganizowano
jakiegoś „referendum ustrojowego”, choć zapewne były ku temu możliwości, bo po
prostu nie ujawnił się przywódca (przywódcy), który dla
takiej idei referendum ustrojowego porwał by społeczeństwo. Samo zaś społeczeństwo było mocno sfrustrowane
„socjalizmem” i zachwycone „pełnymi półkami”
w kapitalizmie.
Ile wtedy osób w Polsce orientowało się w
niuansach „rynku”, „liberalizmu”,
kapitalizmu i ich odmianach? Na jakim poziomie było zarządzanie, a nawet
„jakie takie pojęcie” o
zarządzaniu w gospodarce rynkowej? Ile,
do dzisiaj, mamy kadry kierowniczej, do której ta wiedza dotarła tylko w bardzo prymitywny sposób?
Jakie, do dzisiaj, mamy tego rezultaty?
Anonimus
A problem jest podstawowej doniosłości ideowej. Czy ludzie mają prawo podejmować decyzje co
do ustroju społecznego, w jakim przyjdzie im żyć, a więc i znosić jego - zawsze przecież obecne – dolegliwości i
niesprawiedliwości?
Jeśli tak, jeśli mają takie prawo, to kapitalizm
został wprowadzony w Polsce nielegalnie,
bo nikt żyjących tu ludzi o zdanie w tej materii nie zapytał, np. w referendum ustrojowym. Ludzie mieliby
wolność ustrojową, gdyby w praktyce gospodarczej dopuszczono na równych prawach
wszystkie formy własności, jakie już były, czy jakie się mogły były mniej lub
bardziej spontanicznie utworzyć. Na przykład opcja spółek pracowniczych
ilościowo dominowała wśród odpaństwawianych zakładów, a elity liberalne nie
zdobyły się nawet na uczciwość w nazewnictwie, określając tę czysto
socjalistyczną formę własności mianem „ścieżki prywatyzacyjnej”. Przede
wszystkim jednak rzecz w tym, iż państwo wspomagało finansowo, organizacyjnie i
promowało ideologicznie jedną tylko opcję: prywatnokapitalistyczną.
Kto dał elitom Solidarności tego rodzaju prawo? Na pewno nie liberalizm, bo ten (znacząco)
milczy na temat „prawa człowieka do wyboru formy własności”. Na pewno też nie wcześniejsza, anarchizująca
tradycja opozycji KOR-owskiej w PRL ani
socjalistyczna od samego początku do opozycyjnego końca ideologia pierwszej
Solidarności. Nikt, kto znał programy Solidarności, a
choćby tylko czytał gazety informujące o poglądach „strony społecznej”
Okrągłego Stołu, nie mógł się był domyślić, że głosując na nią 4 czerwca 1989
roku opowiada się za własnością prywatną jako podstawą ustroju. Głosował za
jednym, dostał od 1 stycznia 1990. całkiem co innego, bez słowa skądinąd
wyjaśnienia. Zdominowana przez środowisko dzisiejszej Unii Wolności
Solidarność wprowadziła obywateli w błąd, co do swoich przekonań ustrojowych.
Jeśli więc społeczeństwo obywatelskie ma prawo decydować
o swym ustroju, to nie tylko prawo to nie zostało mu wyraźnie przyznane, ale zgoła w praktyce
pogwałcone, samo zaś społeczeństwo zostało oszukane. I po dziś dzień żadna z odpowiedzialnych za
to sił politycznych ani natury, ani nawet samego faktu tej manipulacji
ustrojowej mu nie ujawniła.
A może jednak społeczeństwo nie ma prawa decydować o
swym ustroju, może nad tym „się nie głosuje”? Może. Co prawda we współczesnych
warunkach znaczy to tylko tyle, iż odbierając prawo do decydowania w tych sprawach
obywatelom pozostawia się je głosowaniom na posiedzeniach biur politycznych,
episkopatów, a w najlepszym wypadku parlamentów. To znaczy, przyznając prawa
decyzyjne elitom, odmawia się ich rzekomemu suwerenowi, do którego woli
odwołują się wszystkie konstytucje. Nawet więc gdyby wbrew duchowi
demokratycznych konstytucji zgodzić się na odmówienie ludowi prawa do wyboru
form własności, której skutki ma on (bo przecież nie wielcy właściciele – ci
dają sobie pod tymi konstytucjami nieźle radę) ponosić, to dotyczyć ta zasada
musi wszystkich ustrojów, nie tylko jednego jedynego kapitalizmu. (...)
Tu natomiast wygląda na to, że
społeczeństwu polskiemu „opozycja demokratyczna” przyznała prawo do odrzucenia
realsocjalizmu, ale prawa do ewentualnego odrzucenia kapitalizmu te same, ale
już rządzące, elity polityczne jakoś przyznać mu nie chciały. Dlaczego? Bo
wiedzą lepiej? Bo mają jedynie prawdziwą
historiozofię? To można być aż tak
zadufanym w sobie, by sądzić, by ktokolwiek w tego rodzaju materiach dysponuje
wiedzą naprawdę wiarygodną. Nie mówiąc już o tym, iż każdy przecież w III RP
wie o tym, że zawsze wiedzą lepiej i
chcą uszczęśliwiać ludzi nie pytając ich o zdanie tylko komuniści... A tymczasem tak jak komuniści zachowali się
na naszych oczach właśnie liberałowie.
Nie jest to bynajmniej zabawa słowna ku pognębieniu
„nowych ludzi liberalnych” z Unii Wolności. Faktem pozostaje bowiem, iż ludzie
zwący się demokratami potraktowali „swego suwerena” jak ciemną masę niezdolną
do decydowania o własnym losie. Jak ongi komuniści. Ci jednak czyniąc to
postępowali zgodnie ze swoją doktryną o „demokracji burżuazyjnej”, przynajmniej
więc byli konsekwentni. A w każdym razie
nie byli obłudni.
I dalej było tak samo -
polscy „nowi liberałowie” stosowali w praktyce
politycznej schematy marksizmu.
Czytaliśmy oto przez dekady w wydawnictwach emigracyjnych czy
opozycyjnych, iż kapitalizm jest jedynym ustrojem, który zawsze tworzy się
spontanicznie, bo odpowiada „naturalnym skłonnościom” egoistycznej natury ludzkiej.
„Budować” wedle projektów można ustroje totalitarne, kapitalizm „tworzy się
sam”. Rzeczywiście, jeśli się wierzy, iż kapitalizm jest ustrojem naturalnym i
chce się być myślowo konsekwentnym, to trzeba tak właśnie utrzymywać, a to z
kolei wynika, iż „budowa kapitalizmu” jest pojęciem sprzecznym.
...
Rzecz jasna, nie chciałbym twierdzić, iż wszystkie
elementy politycznie aktywnej (a więc
motywującej działania polityczne) myśli liberalnej są rodowodu
marksistowskiego. Przykładowo, opozycja wobec „nadopiekuńczego państwa” w
realsocjalizmie jest oparta na
czysto
liberalnych motywach.
Najpierw o pewnej powiązanej z tym politycznej
niekonsekwencji. W czasach Solidarności dzisiejsi „nowi liberałowie” z Unii
Wolności określali państwo-właściciela jako wyzyskiwacza – stąd przecież dumne
i wtedy zasłużone miano Komitetu Obrony Robotników. Pamiętamy też tę falę
oskarżeń ze strony Solidarności z lat 1980-1981, które w języku „Gazety
Wyborczej” zasługują na jedno tylko słowo-obelgę: populizm... Kiedy jednak nastąpiła zmiana ustroju, okazało się, iż
państwo to było nie tyle ciemięzcą ludu, ile jego niefrasobliwym dobroczyńcą8.
Raz z tej, raz z tamtej strony, byle przeciwnikowi
dołożyć... Sprawa jest więc
jasna: środowisku dzisiejszej Unii Wolności (nie mylić z poszczególnymi
jednostkami zasługującymi niekiedy na respekt autentyczny) ani wtedy, ani dziś
nie szło o „punkt widzenia”, zawsze o „punkty siedzenia”. A że towarzyszą temu
werble (kolejnych) etosów, materialisty historycznego nie dziwi, przeciwnie,
tego właśnie – ideologii zamazujących to, co się dzieje – ma prawo oczekiwać.
Podstawowym jednak liberalnym motywem polityki
rządów solidarnościowych było zaczerpnięte z liberalizmu światowego
przekonanie, iż współczesna gospodarka kapitalistyczna nie jest w stanie dłużej
dźwigać ciężaru finansowania opiekuńczości socjalnej, jaki nałożyła sobie w
latach 50. To rzeczywiście liberalne
wyjaśnienie. Ale zastanawiają tu dwie rzeczy.
Po pierwsze, jest to wyjaśnienie mało zrozumiałe.
Zważmy: przez dziesięciolecia gospodarka kapitalistyczna była w stanie
dostarczyć środków, by sprawować opiekę socjalną, a teraz ponoć już nie.
Musiała więc chyba efektywność
gospodarki kapitalistycznej podupaść?
Jeśli koń ciągnie ciężar i po jakimś czasie ustaje, to przecież świadczy
o tym, że koń zasłabł. Ale temu wszak przeczy
zwyczajny zdrowy rozsądek – gospodarka ta w ostatnich dziesięcioleciach
zasilana była ogromnym wzrostem technik produkcyjnych („nowe technologie”),
organizacyjnych („informatyzacja”), rozwojem wiedzy ekonomicznej (monetaryzm)... I mimo tego wszystkiego zasłabła tak, że nie jest w stanie dalej przyczyniać się do
wyrównywania szans w wolnej rzekomo
konkurencji?
Nie jest także – po drugie jasne – w jakim to sensie
„państwo dobrobytu” marnotrawiło pieniądze. Z pewnością przerostami
administracyjnymi, jak to państwo. Ale przecież i tak wielką część tych
ogromnych ongi funduszów sporo ludzi dostawało i mieli na chleb, skromne
ubranie, nawet przechodzony samochód. System opieki
społecznej nie był „marnotrawstwem”, bo
stwarzał popyt na dobra, choćby tylko elementarne. Ludzie zamiast po
śmietnikach chodzili po sklepikach pozwalając przetrwać drobnym kupcom,
a pośrednio przedsiębiorcom, którzy – wedle ideologii liberalnej – stanowią
ponoć rdzeń rdzenia kapitalizmu. Kto
więc właściwie na tym tracił?
Tyle już razy ujawniała się w tym kontekście
aktualność (niektórych) idei Karola Marksa, że pozwolę sobie zaryzykować próbę
pomyślenia po marksistowsku.
Otóż czy na redukcji wydatków „państwa
opiekuńczego” nie korzystali przypadkiem
ci, którzy nie sieją, nie orzą, a kapitały same się im mnożą. Może to oni, posiadacze kapitałów bezproduktywnie krążących między Nowym
Jorkiem, Londynem, Frankfurtem, Tokio – i z powrotem, mnożących się same w sobie
i dla siebie i bez większego sensu dla reszty świata ludzkiego, może to oni
jeszcze je w ten sposób po prostu powiększali?
Może więc wolnorynkowa gospodarka nastawiona na zysk i w tym sensie
„efektywna” – pod patronatem liberałów zgoła coraz bardziej - nie jest wcale racjonalna, za jaką się
przedstawia? W istocie „ogromny sukces
gospodarczy Stanów Zjednoczonych” ostatniego ćwierćwiecza polega na.... spadku
płacy realnej przeciętnego Amerykanina o 18% przy jednoczesnym wzroście
zamożności najbogatszego jednego procenta Amerykanów z 20 do 36% majątku
narodowego USA; takiego „kryterium
postępu” satyryk by przecież nie
wymyślił... Może
więc owa niezdolność kapitalizmu do
utrzymania systemu opieki społecznej świadczy o postępującym pasożytnictwie gospodarki
ongi wolnorynkowej? A
niegdysiejsze utożsamianie zyskoda(o)jności z racjonalnością należy – w świecie
nie potrafiącym wyżywić setek milionów dzieci, nie radzącym sobie z masowymi
chorobami nawet w krajach najbardziej cywilizowanych, niszczącym globalne
środowisko naturalne – po prostu włożyć między ideologiczne bajdy?
Podpisany nie jest ekonomistą i raczej pyta, niż
twierdzi. Twierdzi natomiast – gwoli sprawiedliwości – że są także elementy
czysto liberalne w myśleniu (poważnej! – do niej się tu ograniczamy) prawicy
polskiej. Takim elementem jest np. decyzja globalnej likwidacji PGR-ów, co
spowodowało nędzę sporej części polskiej wsi, decyzja, której autor jakoś
zaginął na polskiej scenie, zatłoczonej stanowiskami z nadania politycznego, i
nawet dziś, po dekadzie z okładem, nie chce wydusić z siebie: „Pomyliłem się, przepraszam”.
...
Dlatego fakt, iż „nowi liberałowie” z Unii Wolności
budowali kapitalizm myśląc po marksistowsku jest znaczący.
Czy wynika stąd, że
„marksistowskie
korzenie” ma w Polsce właśnie kapitalizm?
To zależy, o kim mowa. Wniosek taki jest nieodparty
dla tych, co wierzą w idealizm historyczny, czyli w to, iż procesy społeczne
zależą głównie od idei społecznych. A więc Miłosz, Kołakowski i niezliczeni ich
naśladowcy byliby w istocie zmuszeni do przyjęcia tezy o marksistowskich
źródłach kapitalizmu w naszym kraju. A ponieważ akceptują oni kapitalizm taki,
jaki u nas jest , więc dodatkowo muszą uznać, iż jednym z jego zasłużonych
ojców-założycieli jest Karol Marks.
Wcale nie żartuję. Oto rozumowanie, o którym mowa.
(1) procesy społeczne zależą głównie od
idei społecznych,
(2) „nowi
liberałowie” prowadzili politykę transformacji zakładając Marksowski
materializm historyczny i wypełniając Marksowski schemat teoretyczny liberalnymi
wartościami,
(3)
kapitalizm w Polsce jest dobrem,
(4) zasługa
wprowadzenia kapitalizmu w naszym kraju przypada głównie teorii Marksa oraz
ideologii liberalnej.
Wniosek (4) wynika przecież – przyjmując zwyczajowy
sens zawartych w naszym rozumowaniu pojęć -
z przesłanek (1)
i (3); od strony formalnej rozumowanie
wygląda na poprawne. Przesłanki (1) i
(3) są głoszone przez autorów, o których
mowa, zgoła explicite. Dyskusyjna z ich
punktu widzenia może być jedynie przesłanka
(2). Ale dotyczy ona przecież faktów, więc jest jakoś empirycznie
rozstrzygalna. Kto nie potrafi rzeczowo oddalić
przemawiających za nią, a przytaczanych wyżej argumentów i zastąpić ich
alternatywnymi wyjaśnieniami faktów, w tych argumentach powoływanych,
winien ją przyjąć. A w takim razie liberał taki winien uznać Marksa za
(pierwszego – bo schemat myślowy jest ważniejszy od jego ideologicznej
interpretacji) ojca ustroju, w którym
„jest super”, by odwołać się do znanej frazy z kręgów, o których
mowa. Dla
materialisty historycznego
natomiast przytoczone rozumowanie zniewalające bynajmniej nie jest. Odrzuca on bowiem
zdecydowanie przesłankę idealizmu historycznego (1), a stąd nie ma też powodu,
by uznawać za tak strasznie ważne to, co tam „nowi liberałowie” mieli w głowach
podejmując swoje decyzje; nie odwoła się
więc w ogóle do przesłanki (2) ani do żadnej innej przesłanki tego rodzaju.
Zwolni w konsekwencji Karola Marksa z kolejnego absurdalnego oskarżenia,
podobnie jak zwalnia Chrystusa z odpowiedzialności za rozliczne koszmary, jakie
zgotowali bliźnim jego wyznawcy.
Poszukiwać natomiast będzie materialista historyczny
odpowiedzi na pytanie o to, jakie to interesy realizowali „nowi liberałowie” w
dobie tzw. transformacji i co zakrywa ta dziwaczna marksistowsko-liberalna
papka myślowa, o której była w tym tekście mowa. „Ale o jakie interesy może w
ogóle chodzić, skoro w 1989 roku nie było jeszcze kapitalistów, czyje interesy
mieliby wiec wyrażać «nowi liberałowie»”? – gotów ktoś spytać. Pytanie to brzmi naturalnie, czyż nie
tak? I właśnie to dowodzi, jak głęboko
zapadły nam wszystkim w podświadomość
schematy myślowe Karola Marksa. Bo to on musiałby dziś takie pytanie
postawić. A może warto zastanowić się nad nowym pytaniem?
Tak więc oto – jeśli naszkicowane w tym tekście
wywody są w istocie trafne – przedstawia się
sytuacja w Polsce od strony ideowej.
Prawica liberalna zakłada Marksowski materializm
historyczny, lewica deklaruje liberalizm. Prawdziwie Heglowska „zamiana przeciwieństw miejscami”... Obie też uważają, że zbudowały demokratyczny
kapitalizm, który tu i ówdzie należy jeno poprawić, aby dociągnąć do unijnego
wzorca. U podstaw tej oceny leży – powtórzmy – teoria marksowska (nie mylić z leninowskim programem politycznym: jedynej partii jako wyrazicielki
proletariatu, kierowniczej roli tejże w państwie socjalistycznym i tak dalej9).
Tymczasem teoria Marksa – mimo całego i w moim
przypadku doprawdy wielkiego szacunku dla historycznej roli autora Kapitału w ufundowaniu ogólnej
nauki o społeczeństwie – jest oparta na szeregu błędów teoretycznych10.
I błędy te stale ważą nad polityką polską.
Uniemożliwiają dostrzeżenie tego, co faktycznie się w naszym kraju
dzieje, ani rozumującym po marksistowsku liberałom, ani usiłującej rozumować po
liberalnemu lewicy. I skutkuje to nie tylko w świadomości społecznej, lecz
także niekorzystnymi i jak najbardziej rzeczywistymi tendencjami w sferze
działań społecznych. Ale to już odrębny, obszerny temat.
..........
Przypisy
...
----------------------
Leszek Nowak – ur. 1943. Profesor filozofii Uniwersytetu Adama
Mickiewicza w Poznaniu. Członek korespondent Polskiej Akademii Nauk.
Visiting-profesor szeregu uczelni zagranicznych i fellow Instytutów Badań
Zawansowanych w Wassenaar i Berlinie. Założyciel (1975) i redaktor naczelny
międzynarodowej serii książkowej Poznań Studies in the Philosophy of the Sciences and Humanities (Rodopi, Amsterdam/Atlanta). Początkowo
pozytywista, potem marksista, głęboki respekt dla obu tych orientacji zachował
do dziś. Główne koncepcje ogólne:
idealizacyjna teoria nauki, nie-Marksowski materializm historyczny, metafizyka
unitarna. Prace interpretacyjne: pewna
wersja analitycznego marksizmu, filozofia społeczna Gombrowicza, metafizyka
Leśmiana. Członek PZPR 1962-1980. Internowany w stanie
wojennym (1982), usunięty z pracy na UAM w 1985., przywrócony w 1989. Członek
Solidarności 1980-1994.
Główne książki:
Próba
metodologicznej charakterystyki prawoznawstwa (Poznań, 1968), U podstaw
Marksowskiej metodologii nauk (Warszawa
1971) (przekł. ...), U podstaw dialektyki Marksowskiej. Próba interpretacji
kategorialnej (Warszawa 1977), ..., U podstaw teorii
socjalizmu, 1-3. (Poznań 1991), Byt i myśl, t.1 Nicość i istnienie (Poznań 1998), Człowiek wobec
ludzi. Modele z Gombrowicza (Warszawa
2000).
----------------------------------------------------------------------------------------
Mieczysław
F. Rakowski
Polska na
geopolitycznej szachownicy ......... 87
Po raz pierwszy w nowożytnej historii geopolityczne położenie
Polski w Europie jest bardzo korzystne z punktu widzenia naszych interesów
narodowych. W 1990 roku rozpadł się
Związek Radziecki, supermocarstwo nuklearne, które przez 45 lat dominowało nad
Polską i pozostałymi krajami realnego socjalizmu. Powstanie niepodległej Litwy,
Ukrainy i Białorusi stworzyło nową sytuację na wschodniej granicy Polski, a
zjednoczenie Niemiec na zachodniej. Na południu graniczymy z dwoma państwami –
Czechami i Słowacją. Nowe państwa, wolne od przymusu zewnętrznego, deklarują
wolę przyjaznej z nami współpracy.
Okolicznością wzmacniającą
korzystną dla nas sytuację jest fakt, że wszystkie kraje środkowowschodniej
Europy, łącznie z eurazjatycką Rosją, wprowadziły ustrój społeczno-gospodarczy
oparty na gospodarce rynkowej i demokracji parlamentarnej.
Zanim jednak przejdę do nakreślenia szans i wyzwań ,
przed którymi stanęła Polska w nowej konstelacji politycznej, jaka powstała w
Europie i świecie po definitywnym upadku porządku jałtańskiego, godzi się
przypomnieć, że krajom środkowowschodniej Europy daleko jeszcze do osiągnięcia
stabilności zarówno gospodarczej, jak i politycznej.
...
Zapobieganie powstawaniu kryzysowych sytuacji, które mogłyby spowodować fatalne
dla narodu i państwa skutki, jest w krajach o systemie parlamentarnym
obowiązkiem rządów i oczywiście partii, które zwyciężyły w wyborach. Niestety w
Polsce ponad trzyletnie rządy prawicy dowiodły już ponad wszelką wątpliwość, że
nie ma ona kwalifikacji do zarządzania państwem dla dobra jego i obywateli oraz
umocnienia pozycji Polski w Europie i w świecie. Co więcej, nie potrafi
stworzyć trwałego systemu partyjnego, co bez wątpienia destabilizuje całą
sytuację polityczną. Nieustające kłótnie, powstawanie i zanikanie partii,
wędrówki polityków z jednego ugrupowania do drugiego, wybujałe ambicje na ogół
przeciętnych działaczy, koteryjna polityka kadrowa – a wszystko to ozdobione
patriotycznymi sloganami przy byle okazji – jawne demonstrowanie wrogości wobec
wszelkich postępowych projektów dotyczących życia społecznego i wreszcie nie
kończące się afery korupcyjne – oto wizytówka polskiej prawicy na początku XXI
wieku. Ta orientacja polityczna, zaściankowa i zajęta partykularnymi
interesami, nie jest zdolna do prowadzenia spójnej i długofalowej polityki
zewnętrznej naszego państwa.
Założenia polityki zagranicznej powinny uwzględniać realia międzynarodowe.
Powtórzmy: z punktu widzenia narodowych interesów pozycje Polski w
pojałtańskiej Europie należy uznać za korzystną. Jednakże trzeba mieć na
uwadze, że w porównaniu do początku lat 90. w stosunku narodów i rządów krajów
zachodniej Europy do Polski nastąpiła istotna zmiana. Wówczas zachodni
Europejczycy witali nową Polskę niemal euforycznie. Podziwiano nas, darzono
szacunkiem, chwalono za mądrość, to jest doprowadzenie do Okrągłego Stołu oraz
wyborów parlamentarnych w czerwcu 1989 roku, w wyniku których władzę przejęła
opozycja demokratyczna, zapoczątkowując upadek realnego socjalizmu w środkowej
Europie i rozpad Związku Radzieckiego. Polacy, mający ustaloną opinię narodu dającego
się uwodzić romantycznym uniesieniom, a jednocześnie wykazujący skłonność do
anarchizmu, okazali się nacją rozważną i odpowiedzialną. Powszechny zachwyt i szczególne względy,
jakimi nas darzono, należą już do przeszłości. Zachodnia Europa traktuje Polskę
jak normalny europejski kraj. Pochwały ustąpiły miejsca twardemu rachunkowi
ekonomicznemu... [...]... zachodnich Europejczyków interesują nie minione
zasługi, lecz to, co Polacy mają do zaoferowania na przyszłość.
Głównym celem polskiej polityki zagranicznej w obecnym dziesięcioleciu powinno
być zapewnienie krajowi jak najkorzystniejszej pozycji w Europie i w świecie.
Na pierwszym planie należy umieścić stosunki z najbliższymi sąsiadami z Rosją i
Niemcami oraz z pozostałymi państwami
naszego regionu.
(...)
Nowi
sąsiedzi na Wschodzie ........
92
Trzy państwa sąsiadujące z Polską - byłe republiki radzieckie: Litwa, Białoruś i Ukraina – wymagają
szczególnego potraktowania. Nasza polityka wobec nich musi przede wszystkim uwzględniać
fakt, że niepodległość tych organizmów
państwowych jest bardzo młoda, a zatem są one ogromnie wrażliwe na suwerenność
podejmowanych decyzji.
(...)
Polsko-ukraińskie
zbliżenie
......... 94
Z przyczyn historycznych i współczesnych Polska –
jak już wspomniałem – uznała Ukrainę za strategicznego partnera. Decyzję należy
uznać za trafną, choć zapewne w Moskwie pojawiło się pytanie, dlaczego to nie
Rosji przypisaliśmy szczególne znaczenie.
(...)
Konieczność
zwrotu ku Rosji .........
95
Polityka wobec Ukrainy i Białorusi jest i będzie
ważną częścią polityki wschodniej III RP, ale pierwszorzędne miejsce w niej
powinny zajmować stosunki polsko-rosyjskie. Przy najlepszej woli nie można ich
uznać za zadawalające. Po upadku Związku Radzieckiego i powstaniu Federacji Rosyjskiej
pojawiła się szansa ułożenia wzajemnych, równoprawnych stosunków, opartych na
zaufaniu, oraz podjęcia wszechstronnej współpracy we wszystkich dziedzinach,
które dla Polski powinny być ważne i cenne. Szansa ta nie została wykorzystana.
...
W Moskwie wszelkie przejawy antyrosyjskości, zapewne skrzętnie odnotowywane,
umacniały przekonanie, że polityka polska wobec Rosji nabiera cech wrogości, a
deklaracje o dobrosąsiedzkich stosunkach są czysto werbalne i nieszczere.
...
Mimo zmienionych i raczej niekorzystnych warunków stajemy przed koniecznością
dokonania wielkiego wysiłku, by odzyskać w Rosji choć część utraconych wpływów.
...
Pojednanie
z Niemcami
......... 99
Zgoła inny charakter przybrały po 1989 roku stosunki
polsko-niemieckie. Zjednoczone Niemcy pod władzą chadecji potwierdziły, nie bez
nacisku administracji amerykańskiej, ostateczny charakter granicy na Odrze i
Nysie. Dzięki temu polityka polska wobec Niemiec mogła podjąć się
sfinalizowania historycznego wyzwania:
doprowadzenia do końca pełnego wcielenia w życie pojednania Polaków z
Niemcami. Wywiązujemy się z tego zadania z korzyścią dla obu narodów. Utrwalany
z pokolenia na pokolenie wizerunek Niemca – odwiecznego wroga Polski (o tyle
nieprawdziwy, że w ponad tysiącletniej historii naszych stosunków były okresy
zgodnego i przyjaznego współżycia) – jest już dziś nieprzydatny i nie ma wpływu
na polską politykę wobec Niemiec. Polska po roku 1989 uznała RFN za głównego partnera i sojusznika w Europie
Zachodniej. Było to założenie słuszne i dobrze się stało, że nie zaważyły na nim te okresy, w których
stosunki polsko-niemieckie znaczone były ekspansją terytorialną Prus, ich
udziałem w rozbiorach, paktem Ribbentrop-Mołotow, okupacją hitlerowską i wreszcie
zimną wojną.
...
Niemcy są i pozostaną dla nas najważniejszym krajem na kontynencie europejskim,
co nie może, rzecz jasna – oznaczać bagatelizowania stosunków z takimi
państwami, jak Włochy, Wielka Brytania czy kraje skandynawskie. Szczególnej
uwagi wymagają stosunki z Francją.
Szukanie
miejsca w ponadnarodowych strukturach .........
101
Polska, położona w Centrum Europy, wrośnięta od
wieków w jej kulturę, złączona na dobre i złe z narodami tego kontynentu, a
jednocześnie od transformacji ustrojowej w 1989 roku traktująca USA jako
najważniejszego sojusznika, nie może stwarzać faktów, które potwierdziłyby
trafność ironicznej uwagi Jerzego
Giedroycia, który – niechętny wszelkiej zewnętrznej dominacji nad naszym krajem
– powiedział, że Polska jest to taki kraj, który nie może obejść się bez
starszego brata. Do 1989 roku, mówił, był nim Związek Radziecki, a teraz jest
nim Ameryka. Faktem jest, że kolejne
polskie rządy udzielają pełnego poparcia globalnej polityce USA i
aspiracjom jedynego dziś supermocarstwa do przewodzenia i narzucania swej woli
światu. Proamerykańska polityka III RP nie jest w Europie Zachodniej
przyjmowana bez zastrzeżeń. Państwa, od których w decydującej mierze zależy
przyjęcie Polski do Unii Europejskiej,
wyrażają obawę, że kraj nasz może stać się amerykańskim koniem trojańskim w
zjednoczonej Europie. Podwójna lojalność Polski – pisał wpływowy brytyjski
dziennik „Financial Times”, powołując się na informacje uzyskane od zachodnich
dyplomatów akredytowanych w Warszawie – jest przedmiotem szczegółowych analiz.
Jeśli w Europie Zachodniej taka opinia miałaby się utrzymywać, byłoby to dla
Polski bardzo niekorzystne. Twórcy
polskiej polityki zagranicznej powinni podjąć działania zmierzające do
przekonania zachodnich partnerów, że ścisłe związki z USA w żadnym wypadku nie są wymierzone
przeciwko nim.
W stosunkach Polski z Europą Zachodnią celem numer
jeden pozostaje przyjęcie nas na pełnoprawnego członka Unii Europejskiej.
Zintegrowanie polskiej gospodarki z krajami należącymi do UE jest narodową
sprawą, ponieważ tylko w ten sposób realne będzie skrócenie czasu potrzebnego
do nadrobienia cywilizacyjnego opóźnienia wobec Zachodu. Lata, które
upłynęły od dnia, gdy Polska rozpoczęła
negocjacje z centralą UE w Brukseli, dowiodły, że osiągnięcie tego żywotnego
dla nas celu jest znacznie trudniejsze, aniżeli polskim politykom, niezależnie
od orientacji, początkowo się wydawało.
...
(...) Gospodarcze oraz polityczne
zintegrowanie krajów środkowowschodniej Europy z zachodnimi jest wielkim
wyzwaniem dla całego starego kontynentu. Europa, mimo że po upadku socjalizmu
ustrojowo jednolita, nadal jest przepołowiona na zachodnią i wschodnią. Są więc
dwie Europy. W mentalności Europejczyków przeważa pogląd, że zachodnia część
kontynentu jest lepsza od wschodniej. Mówi się i pisze o cywilizacji
zachodniej, a nie europejskiej. Dla zachodnich Europejczyków Wschód jest krainą
nie tylko gospodarczo, ale i kulturalnie zacofaną... Muszą zatem dopiero się uczyć... Lekcji udzielają chmary doradców, a także
polityków, których wiedza o Europie Wschodniej jest żenująco niska lub żadna.
Dotyczy to także społeczeństw
zachodnioeuropejskich.
Cywilizacyjne opóźnienia środkowowschodniej Europy
zwykle tłumaczy się oddaniem w Jałcie pod kontrolę Związku Radzieckiego narodów
środkowo- i południowowschodniej Europy, odcięciem ich od zachodniej
cywilizacji oraz narzuceniem rządów dyktatorskich i antydemokratycznych. Jest
to tylko część prawdy. Opóźnienia w rozwoju cywilizacyjnym narodów na wschód od
Łaby mają głębokie źródło w historii. Dość przypomnieć, że gdy na Zachodzie
Europy rozwijała się rewolucja przemysłowa, w państwie pruskim i dalej na
wschód nastąpił rozkwit latyfundiów i pełnej pańszczyzny.
Zjednoczona Europa wciąż jeszcze pozostaje pieśnią przyszłości. Rzeczywista jedność będzie możliwa tylko
wtedy, gdy Europa Zachodnia, bez wątpienia bogatsza od Wschodniej, o znacznie
większym potencjale technologicznym, zrozumie, że zasypywanie cywilizacyjnej
przepaści między Zachodem i Wschodem nie obejdzie się bez poniesienia kosztów i
ofiar przez syte społeczeństwa i że spoiwem łączącym obie części nie może być
tylko zimny rachunek ekonomiczny. Zjednoczona Europa to coś więcej niż
rozszerzenie Unii na Wschód. Potrzebna jest rezygnacja z poczucia wyższości
zachodnich Europejczyków wobec narodów środkowo-wschodniej Europy i
nieograniczanie się jej elit do banalnych oświadczeń, że Warszawa, Praga i
Budapeszt to także Europa. W Europie żyjemy od ponad tysiąca lat. Teraz chodzi
o to, by zniknął w niej podział na lepsze
i gorsze narody. Być może jest to utopia, podobnie jak okazał się nią
realnie istniejący socjalizm, ale bez niej trudno żyć.
----------------------
Mieczysław F.
Rakowski – ur. 1926.
Dziennikarz, publicysta, polityk.
Pracownik polityczny KC PZPR w latach 1949-1952. Studia w Instytucie
Nauk Społecznych zakończone doktoratem -
SPD w okresie powojennym. Od
1957. do 1982. redaktor naczelny tygodnika „Polityka”. Poseł na Sejm w latach
1972-1989. W latach 1981-1985 wicepremier
w rządzie generała Wojciecha Jaruzelskiego. Wicemarszałek Sejmu PRL (1985-1988). Ostatni premier PRL
(1988-1989) i ostatni pierwszy sekretarz KC PZPR (sierpień 1989- styczeń 1990). Od 1990.
redaktor naczelny miesięcznika „Dziś. Przegląd społeczny”.
Autor ponad 20 książek o tematyce międzynarodowej i
krajowej, m.in. Ameryka
wielopiętrowa, Dymisja Kanclerza,
Rzeczpospolita na progu lat 80-tych (także
wydanie węgierskie i chińskie), Czasy nadziei i rozczarowań (wydanie serbsko-chorwackie i węgierskie), Ein schwierigier
Dialog (RFN), Jak to się stało,
Gorbaczow – pierwszy i ostatni, Es begann in Polen (RFN), Dzienniki polityczne (1958-1962; 1963-1966;
1967-1968; 1969-1971). Liczne publikacje w prasie zachodnioeuropejskiej i USA.
----------------------------------------------------------------------------------------
Tadeusz
Kowalik
Społeczna
gospodarka rynkowa – konstytucyjnym wyzwaniem dla Polski ......... 111
Pierwsza
potęga ekonomiczna w Europie ......... 111
Wiele faktów i okoliczności przemawia za szczególną
rolą Niemiec we współczesnej Europie.
Dwaj autorzy holenderscy rozpoczynają rozdział o kulturze niemieckiego
kapitalizmu od znamiennej wypowiedzi dyrektora brukselskiego Centrum
Europejskich Studiów Politycznych, Petera Ludlowa: „wszyscy jesteśmy Niemcami
(...) Niemieckie zalety – niska inflacja, silna waluta i korzystny związek
rozwoju z opieką społeczną – udzielają się całemu Wspólnemu Rynkowi”
(Hampden-Turner i Trompenaars, 1998, s.181). Zdaniem tych autorów Niemcy mają
nie tylko najsilniejszą w Europie gospodarkę, a niemiecka marka skutecznie konkuruje
z amerykańskim dolarem – jako jedna z najmocniejszych walut świata – ale
również niemiecki system ekonomiczny jest tam najbardziej popularny.
Przypominają oni, że Unia Europejska skorzystała z historycznych doświadczeń
niemieckich. Na terenie współczesnych Niemiec bowiem długo istniały oddzielne państewka, które zaczęły się
jednoczyć dopiero w 1832 roku, a
zjednoczone federacyjne państwo niemieckie powstało dopiero po wojnie
francusko-pruskiej, w 1871 roku. Zanim to jednak nastąpiło, połączyły się w związek celny (Zollverein), tworząc wspólny rynek. Przebyły
więc podobną drogę jak powojenna Europa Zachodnia. Co więcej, dzisiejsze Niemcy
są również „przykładem federacji
zdecentralizowanych struktur, jaką członkowie Europejskiej Wspólnoty
Gospodarczej chcieliby widzieć w skali europejskiej” (Ibidem, s. 180).
Te przyczyny zainteresowania niemiecką gospodarką
mają charakter ogólny1. Można
jednak wymienić jeszcze co najmniej trzy inne równie ważne, a dla Polaków może
najważniejsze, przyczyny, dla których niemiecka gospodarka i polityka
gospodarcza powinny być uważnie studiowane i obserwowane.
Przede wszystkim Niemcy są przykładem
imponującego sukcesu w szybkiej industrializacji i modernizacji kraju, dzięki czemu doścignęły
i prześcignęły nie tylko Francję, lecz także niegdyś pierwszą potęgę światową – Anglię. Weszły one na drogę
przyspieszonej industrializacji dopiero po wygranej wojnie francusko-pruskiej,
a więc prawie o stulecie później niż
Wielka Brytania. Jest interesujące, jaka strategia umożliwiła im wysunięcie się
na czoło Europy. Niemcy wprowadziły do znanych wcześniej
strategii industrializacji dwie innowacje. Za główne źródło finansowania
rozwoju przemysłowego uznały banki przemysłowe,
działające w ścisłej kooperacji
ze związkami przemysłowców. Drugą cechą niemieckiej drogi
uprzemysłowienia jest najwyższy w Europie stopień koncentracji przemysłowej –
największe w Europie, a jedne z największych w świecie, giganty przemysłowe.
Niemieckie firmy rodzinne znacznie szybciej niż w innych krajach przeobrażały
się w profesjonalnie zarządzane spółki akcyjne.
Po drugie, Niemcy są, podobnie jak Polska, krajem o
burzliwej historii, ale, chyba w przeciwieństwie do Polski, mogą służyć za dobry, choć trudny do naśladowania,
przykład ogromnych zdolności do szybkiego podnoszenia się z upadku. Wywołały
one obie wojny światowe i poniosły zasłużoną karę przede wszystkim w postaci
wielkich zniszczeń. Po obu wojnach potrafiły jednak w bardzo szybkim tempie
podźwignąć się na jeszcze wyższy poziom. Po pierwszej nie stało się to od razu.
Zwycięzcy bowiem nałożyli na nie (w wyniku Traktatu Wersalskiego) ogromne
reparacje. Gdy zaś spóźniali się ze spłatami, Francja okupowała, w drodze
rewanżu, najbardziej uprzemysłowioną część Niemiec, Zagłębie Ruhry. W konsekwencji rząd niemiecki bez opamiętania
zaczął drukować pusty pieniądz, wywołując w latach 1922-1923 największą w
historii hiperinflację. Zdezorganizowało to gospodarkę niczym wojna, a masowe
bezrobocie stworzyło bazę społeczną dla faszyzmu. Ale znów, już po kilku
latach, gospodarka niemiecka została odbudowana i weszła na drogę szybkiego
wzrostu gospodarczego...
Również z hiperinflacji Niemcy
potrafiły wyciągnąć właściwe wnioski. Dość szybko doprowadziły do tego, że
marka niemiecka od kilku dziesięcioleci uchodzi za najbardziej stabilny
pieniądz świata.
Najbardziej spektakularny sukces
Niemcy zademonstrowały po drugiej wojnie światowej. Dokonały niezwykle
szybkiego wyjścia ze zniszczeń i zdruzgotanej gospodarki – właściwie
historycznego skoku od zapaści do „cudu gospodarczego”. Stało się to także dzięki znacznie
mądrzejszej niż po pierwszej wojnie światowej polityce zwycięzców, której
najbardziej spektakularnym wyrazem była szczodra pomoc w ramach Planu Marshalla3,
a wcześniej jeszcze – w postaci dostaw towarów w ramach amerykańskiego programu
pomocy dla terenów okupowanych...
Tak blisko, a tak daleko
.......... 115
Polska jest skazana na życie w cieniu wielkich
Niemiec. Na współżycie atrakcyjne, bo sąsiedztwo ułatwia korzystanie z ich
osiągnięć, ale i trudne, najeżone niebezpieczeństwami. Jeszcze długo nowa odmiana „Drank nach Osten”
motywowana będzie przez różne, oby marginalne, grupy pokrzywdzonych
„niesprawiedliwym” przesunięciem granic po drugiej wojnie światowej. Korzyści i
zagrożenia dla Polski będą się więc nieuchronnie mieszały przez
dziesięciolecia. Korzyścią, w moim przekonaniu
niewątpliwą, byłoby przestudiowanie i skorzystanie z doświadczeń ustroju
niemieckiego w wielu aspektach, przede wszystkim ładu społeczno-gospodarczego, zwanego „społeczną gospodarką rynkową” (dalej
SGR). Za wysoce niekorzystny zbieg okoliczności uważam fakt, iż w
okresie decydującym dla naszych wyborów ustrojowych Niemcy były bardzo zajęte sobą –
zjednoczeniem czy też „wykupieniem” ich wschodniej części przez zachodnią. Mimo
więc wcześniejszej „polityki wschodniej”
nagle, w decydującym momencie, Niemcy stały się w Polsce nieobecne.
Dzięki temu m.in. reaganizm i
thatcheryzm, przeżywający wówczas ostatnie chwile wielkiego powodzenia, mogły w
Polsce święcić triumfy, wyciskając na naszych przemianach ustrojowych
najsilniejsze piętno. A oznaczało to
tworzenie fundamentów nowego ładu, wzorowane na anglosaskim modelu
gospodarczym, zdecydowanie bardziej niż niemiecki wolnorynkowym, niechętnym
państwu, związkom zawodowym, liczącym bardziej na procesy żywiołowe niż na
świadome działania zbiorowe.
...
Jak zatem rozumieć nie tylko ogólne zadeklarowanie w
Konstytucji RP oparcia naszego ustroju społeczno-gospodarczego na zasadach
„społecznej gospodarki rynkowej”, ale i ustanowienie szeregu uprawnień
pracowniczych i socjalnych na tych zasadach opartych (patrz str. 118)?
Jako dalszy ciąg tworzenia „fałszywej świadomości”?
Wstydliwy kompromis... czy też uczciwą odpowiedź odchodzenia od wzorców
dotychczasowych? A może inne pytanie
jest ważniejsze: czy w związku z narastaniem kryzysu społecznego, z coraz
wyraźniejszym ujawnianiem się „brzydkiej twarzy” polskiego sukcesu, Konstytucja może stać się podstawą społecznego ruchu
rewindykacji, podobnie jak kiedyś robotnicy wykorzystali deklarowane, a
niezrealizowane pryncypia „realnego socjalizmu”? Nie można wykluczyć takiego rozwoju wydarzeń,
zwłaszcza że nikt nie może przewidzieć, co przyniesie, przez wiele rządzących i
współrządzących zachodnich partii socjaldemokratycznych głoszona i w pewnym sensie realizowana, tzw. nowa
trzecia droga. Jak ta koncepcja wpłynie na wewnętrzne przemiany Unii
Europejskiej, do której zdążamy. Myślę, że jest to dostateczne uzasadnienie dla
podjęcia na nowo rozważań zarówno nad
pierwotną koncepcją „społecznej gospodarki rynkowej”, jak i jej późniejszymi
meandrami.
U
źródeł koncepcji ......... 119
Nie tu miejsce na wyjaśnianie historycznych źródeł
koncepcji społecznej gospodarki rynkowej (SGR), wcielonej w życie w zachodniej
części powojennych Niemiec4. Istnienie dawnych źródeł nie musi być
sprzeczne z poglądem, że najsilniejszym
impulsem była reakcja na faszyzm i jego gospodarkę wojenną z jednej strony oraz na, idące wówczas w
parze z politycznym totalitaryzmem, biurokratyczne planowanie w Związku
Radzieckim, a następnie w państwach środkowoeuropejskich – z drugiej.
...
Podstawowe pryncypia SGR sformułował
Alfred Armack-Mueller. Chodzi o słynne tezy Duesseldorfskie, opublikowane na
krótko przed reformą walutową Ludwiga Erharda (w maju 1948 roku)5. Pominiemy tu część poświeconą sprzeciwowi
wobec gospodarki centralnie administrowanej...
Przypomnimy natomiast tezy, które stanowiły zapowiedź głównych kierunków
działania rządu niemieckiego na parę
dziesięcioleci.
Arnarck-Mueller podkreślał, że
alternatywą gospodarki centralnie kierowanej powinna być „nowoczesna gospodarka
rynkowa” spełniająca funkcje socjalne. By tak się stało, konieczne są działania
państwa zapewniające „bezpieczeństwo socjalne”. A oto
wytyczne konkretyzujące tę ogólną zasadę:
- Stworzenie
takiej struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa, w której realizuje się
godność zatrudnionego jako człowieka i
współpracownika, przyznaje mu prawo do współdecydowania, starając się jednak
nie ograniczać inicjatywy i odpowiedzialności przedsiębiorcy.
- Stworzenie
takiego mechanizmu konkurencji, aby dążenie do maksymalizacji korzyści
jednostek było zgodne z dobrem ogólnym.
- Polityka
pełnego zatrudnienia powinna być w taki sposób powiązana z polityką pobudzania
wzrostu gospodarczego, aby pracownicy byli zabezpieczeni przed skutkami złej
koniunktury. Dlatego państwo powinno zarówno posługiwać się środkami
kredytowymi i fiskalnymi, jak i angażować się w bezpośrednią działalność
inwestycyjną.
-
Respektowanie zasad rynkowych należy łączyć z polityką wyrównywania
dochodów w celu eliminacji „niezdrowych” rozpiętości dochodowych i majątkowych.
Służyć temu powinny progresywne podatki, zasiłki rodzinne, pomoc dla dzieci i
ulgi mieszkaniowe dla osób znajdujących się w potrzebie. Podstawą polityki płac
powinny być dobrowolne układy zbiorowe, a państwo powinno gwarantować płace
minimalne.
- Zadaniem
rządu powinno być wspieranie taniego budownictwa mieszkaniowego idące w parze z
pobudzaniem samozaradności społecznej jako ważnego składnika ustroju gospodarczego.
- Politykę
kształtowania struktury gospodarczej należy prowadzić poprzez promocję i
wspieranie małych i średnich
przedsiębiorstw oraz tworzenie możliwości awansu społecznego.
Armack-Mueller podkreślał również, że
chociaż trudności gospodarcze są skutkiem rozległego interwencjonizmu, należy
go zwalczać „nowymi, udoskonalonymi metodami sterowania, a nie rezygnować z
samej zasady sterowania”. Postulował on, by
„państwo było jak najsilniejsze w wyznaczonej mu sferze, natomiast poza tą
sferą wywierało wpływ jak najmniejszy”.
Domagał się też konstytucyjnego rozdzielenia kompetencji państwa i
zakresu swobody gospodarczej. Była to więc koncepcja kojarzenia gospodarki
konkurencyjnej z rozsądnym, ale jednak szerokim, zwłaszcza w sferze socjalnej,
interwencjonizmem państwowym.
Takie były najogólniejsze założenia teoretyczne
SGR. Wprowadzane w życie poszczególne
zasady wymykały się niekiedy spod kontroli wielkiemu pragmatykowi Erhardowi.
Nabierały sensu niezgodnego z założeniami pierwotnymi. Zarówno on, jak i
wspomniany teoretyk wielokrotnie krytykowali wynaturzenia swego pierwotnego
projektu. Nic więc dziwnego, że przeciwnicy tej koncepcji wykorzystali ich
wypowiedzi do totalnej dyskredytacji modelu.
Dzieło
Ludwiga Erharda .........
122
Zaraz po wojnie oczywistym celem reform w Zachodnich
Niemczech było odejście od gospodarki wojennej i pokonanie takich ich
następstw, jak ogromny nawis pustego pieniądza, czarny rynek, barterowa
wymiana.
Sednem reformy Erharda z czerwca 1948
roku musiała więc być przede wszystkim reforma pieniężna, oczywiście znacznie
drastyczniejsza niż Polska reforma pieniężna z 1950 roku. Drugim filarem
reformy było urealnienie i częściowe uwolnienie cen. Z deregulacji cen
wyłączono jednak podstawowe artykuły żywnościowe.
Wiele przemysłowych dóbr konsumpcyjnych, łącznie z obuwiem i ubraniami...
zachowały ceny regulowane. Nadal wyłączone z gry rynkowej pozostawały też
płace, czynsze, ceny podstawowych dóbr żywnościowych i usług, łącznie z
transportem osobowym i towarowym, paliw i rud. I w ogóle wpływ na ceny wielu
produktów i usług pozostał ważnym elementem dość trwałej ingerencji państwa w
gospodarkę. Szeroki zakres regulacji cen
zachował się nawet jeszcze na przełomie lat 80. i 90.6.
Reforma Erharda z 1948 roku stwarzała tylko wstępne
warunki do SGR. Element ustrojowy przejawił się głównie w tym, że konfiskata
pieniądza miała charakter mocno egalitaryzujący. Właściwie pozostawiła
wszystkich obywateli z minimalnymi oszczędnościami. Dopiero na początku lat 50. wprowadzono,
oprócz dalszej liberalizacji i deregulacji, znaczne rozszerzenie podstaw
państwa opiekuńczego. Chodzi o szereg uprawnień socjalnych, o instytucje
pracowniczej partycypacji oraz o sposoby mediacji pomiędzy biznesem, związkami
zawodowymi i państwem.
W ostatnim czasie przedstawia się często
gospodarkę niemiecką wczesnych lat powojennych jako wzór gospodarki
wolnorynkowej, gdzie funkcje państwa ograniczono w zasadzie do spraw
socjalnych. Tak jednak nie było. U podstaw niemieckiego cudu gospodarczego legł
ogromny wysiłek inwestycyjny nie tylko prywatnego biznesu, lecz także państwa.
Państwo stymulowało za pomocą różnych narzędzi ekonomicznych firmy prywatne,
ale również samo uczestniczyło bezpośrednio w inwestowaniu i organizowaniu
przedsięwzięć uważanych za konieczne.
...
Partycypacja i równowaga sil społecznych ......... 124
Na osobną uwagę zasługują instytucje
współzarządzania w gospodarce niemieckiej7. Jeśli pominąć
wcześniejsze przepisy, regulują je dwie ustawy:
kodeks pracy z 1972 roku oraz ustawa o kodoterminacji
(współzarządzaniu) z 1976. W szerokim znaczeniu kodyfikują one prawa
pracowników do udziału w procesie podejmowania decyzji gospodarczych i
społecznych na trzech poziomach: przedsiębiorstw, branż oraz całej
gospodarki.
...
Wewnątrz zakładów pracy i firm (wielozakładowych) istnieją różne instytucje
współzarządzania.
...
W spółkach akcyjnych i z ograniczoną odpowiedzialnością, spółdzielniach,
funduszach ubezpieczeniowych formą partycypacji pracowniczej jest udział
pracowników w radach nadzorczych. Liczebność rad nadzorczych (od 12 do 20
członków) zależy od wielkości firmy. W dużych korporacjach, zatrudniających
ponad 2000 osób, przedstawiciele pracowników stanowią połowę członków rady
nadzorczej. Nieznaczna przewaga reprezentacji właścicielskiej polega na tym, że
w przypadku równej liczby głosów za lub przeciw decyduje tzw. drugi głos
przewodniczącego, występującego z mocy prawa jako reprezentant właścicieli. W
mniejszych spółkach i spółdzielniach pracownicy mają prawo do wyboru tylko
jednej trzeciej członków rady nadzorczej. Firmy rodzinne zatrudniające mniej
niż 500 osób nie podlegają temu obowiązkowi.
...
Efektywność czy skuteczność wpływu pracowników na proces decyzyjny w
przedsiębiorstwach niemieckich jest przedmiotem nieustającej dyskusji8.
...
Jeszcze dwie inne cechy charakteryzują stosunki pracy w przedsiębiorstwach
niemieckich.
Po pierwsze, jest to najpowszechniejszy w Europie „system czeladniczy”. „Tylko dziesięć procent pracowników
produkcyjnych w Niemczech nie legitymuje się
żadną formą certyfikatu lub nabytych uprawnień, podczas gdy we Francji
wartość ta przekracza pięćdziesiąt procent. Niemiecki system czeladniczy jest
uznawany za główny element przyczyniający się do wzrostu reputacji i jakości
produktów, jak również do zmniejszenia liczby bezrobotnej młodzieży w
porównaniu z innymi krajami europejskimi. Z tych powodów niemiecki system
szkolenia przemysłowego jest wysoko oceniany w skali świata” (Fukuyama, 1995,
s. 271)9.
...
Rozpiętości płacowe są w Niemczech mniejsze lub znacznie mniejsze niż w innych
krajach Europy Zachodniej, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych.
Polityka
stabilizacji
......... 130
W Niemczech tradycyjnie przywiązywano wielką wagę do
stabilnego rozwoju. Także rządy Adenauera i Erharda od początku podejmowały
wysiłki idące w tym kierunku.
...
(...) Nadal jednak – według dość zgodnej
opinii wielu obserwatorów – stabilizacyjne sukcesy gospodarki niemieckiej,
mocno uzależnionej od koniunktury światowej, bo nastawionej na ekspansję
eksportową, są mierne. Gospodarkę tę
cechują – właśnie od czasu wspomnianej porażki Erharda – znaczne wahania
cykliczne.
Państwo
opiekuńcze
......... 131
Niemcy zasłużenie uchodzą za kraj pionierski w
tworzeniu państwa opiekuńczego, a zakres państwowej redystrybucji dochodu
narodowego należy do najwyższych w Europie.
Historia ubezpieczeń społecznych sięga w Niemczech
średniowiecza, kiedy to górnicy stworzyli wspólny fundusz ubezpieczający od
wypadków przy pracy. W końcu zaś XIX wieku kanclerz Otto von Bismarck wprowadził
ustawowo trzy typy ubezpieczeń: zdrowotnych, od wypadku przy pracy i
inwalidztwa oraz emerytury. Ubezpieczenia od bezrobocia istnieją od 1927 roku.
Również rzemieślnicy, jeśli nie są ubezpieczeni prywatnie, mogą uczestniczyć w
systemie państwowym. W roku 1957 ubezpieczenia państwowe zostały rozszerzone na
rolników. W tym samym roku wprowadzono system indeksacji emerytur zależny od
przeciętnego wzrostu dochodów w kraju. Oczywiście zachodnioniemiecki system
ubezpieczenia społecznego został obecnie rozciągnięty na b. Niemiecką Republikę Demokratyczną.
...
Falstart
i meandry Schroedera ........
131
Koncepcja „Nowego Centrum” Gerharda Schroedera nie
przybrała tak wyraźnych zarysów, jak „Nowa Trzecia Droga” Tony Blaira.
...
(...) Wszystkie te instytucje razem
tworzą niemieckie państwo opiekuńcze, a właściwie państwo dobrobytu,
wyróżniające się – obok krajów skandynawskich – małym, znacząco mniejszym niż w
krajach anglosaskich czy w krajach
południowej Europy, zróżnicowaniem dochodów i majątkowym.
Wielu obserwatorów zastanawia się jednak, czy uda
się utrzymać tak wysoki stopień uspołecznienia gospodarki niemieckiej w
obliczu, od szeregu lat przeżywanej, stagnacji gospodarczej, bardzo niskiej
stopu wzrostu połączonej z wysokim, od lat oscylującym wokół 10% bezrobociem.
Tylko częściowo daje się tłumaczyć stagnację
faktem, iż Niemcy za wysoką cenę ponad półtora biliona marek (a więc
sumę wielokrotnie przekraczającą dochód narodowy Polski) „wykupiły” i zmodernizowały
gospodarkę dawnej NRD, gdzie bezrobocie utrzymuje się na jeszcze większym
poziomie. Pierwsze objawy stagnacji ujawniły się bowiem już przed
zjednoczeniem.
Na pytanie o przyczyny stagnacji udzielane są zasadniczo odmienne
odpowiedzi. Leszek Balcerowicz
wielokrotnie podkreślał, że stagnacja jest nieuchronną ceną płaconą za
„przesocjalizowanie gospodarki”... Taka
jest też diagnoza wielu obserwatorów zachodnich, a zwłaszcza amerykańskich. Z
drugiej strony, w oczach takich analityków, jak H. Flassbeck (1998, 1999) i K.
Łaski (1999, 2000), podstawową przyczyną stagnacji, a więc i trudności
związanych z utrzymaniem państwa opiekuńczego na obecnym poziomie była
restrykcyjna polityka monetarno-fiskalna, dawanie priorytetu walce z inflacją,
dążenie do zrównoważenia za wszelką cenę
budżetu państwa, ograniczanie dochodów płacobiorców na rzecz biznesu, co
zmniejsza skłonność do konsumpcji i wydatków inwestycyjnych. To z powodu takiej
polityki chadeckiego rządu amerykański noblista Franco Modigliani publicznie
zarzucał byłemu ministrowi finansów, Theo Weiglowi, „ekonomiczną
ignorancję”(Grzybowska, 1997). Zresztą
podobne zarzuty wypowiadane są pod adresem kanonów polityki określonych przez
traktat UE z Maastricht, w formułowaniu których Niemcy odegrały decydującą rolę. Z podobnych pozycji krytykował założenia
tego traktatu George Soros (1997, 1999).
Jeszcze przed dojściem do władzy w 1998 roku socjaldemokratów niemieckich
programowe deklaracje przedwyborcze były ambiwalentne, oparte na swoistym
dualizmie: jedni głosowali na lewicowego Oskara Lafontaine’a, drudzy na
bardziej centrowego Gerharda Schroedera.
...
Odmienne
filozofie społeczne i mozaika systemów ......... 139
Co najmniej od roku 1989 opowiadałem się za
czerpaniem z doświadczeń skandynawskich, niemieckich i austriackich. Co
oczywiście nie może oznaczać zalecania
rozbudowy uprawnień socjalnych na poziomie praktykowanym w tych krajach. Cały czas chodziło mi o przyjęcie innej niż anglosaska filozofii społecznej.
Warto więc zdać sobie sprawę, że pomimo pewnego procesu upodobniania się systemów
społeczno-ekonomicznych w świecie
zachodnim różnice dzielące system niemiecki od anglosaskiego są nadal głębokie,
sięgające właśnie podstaw filozofii społecznej. Zajęli się tym tematem dwaj
badacze amerykańscy, przedstawiając wyniki swych kilkuletnich badań. Oto parę
najważniejszych stwierdzeń ich studium (Morrison i Wolf, 2001).
- Dla Niemców
państwo opiekuńcze („Wohlfahrtsstaat”) jest wyrazem swoistej umowy
społecznej pomiędzy rządem i
obywatelami. Pomoc socjalna jest nie tylko akceptowana, ale i oczekiwana.
Większość usług socjalnych ma charakter uprawnień bez względu na koszty i
niezależnie od wysokości dochodów danej rodziny. Zadaniem państwa jest
sprzyjanie społecznej więzi wokół wspólnego dobra. Komunitaryzm przeważa nad
indywidualizmem. W przeciwieństwie do tego w
Stanach Zjednoczonych korzystanie z pomocy socjalnej związane jest z piętnem
nieudacznika. Istnieje silna tendencja do potępiania przegranych. Państwo zaś
jest postrzegane jako konieczne zło, a wydatki na jego utrzymanie jako zagrożenie
dla wolności jednostki.
- Różnice polegają nie tylko na
uderzająco wyższym w Niemczech niż w Stanach Zjednoczonych poziomie
zabezpieczenia materialnego, co zmniejsza ubóstwo, a tym samym i wiele
patologii społecznych, lecz także na innym sposobie działania. Niemieckie
państwo opiekuńcze stara się usuwać przyczyny tych patologii, czyli działać
prewencyjnie. Tymczasem w USA pracownicy społeczni zajmują się głównie osobami dotkniętymi patologią. Z natury rzeczy
wiec podejście niemieckie jest bardziej socjologiczne, amerykańskie zaś –
psychologiczne.
- Znając
amerykańskie umiłowanie wolności jednostki, dość zaskakująco musi brzmieć twierdzenie autorów, że jednostka
korzystająca z pomocy społecznej jest w Stanach poddana większej niż w
Niemczech kontroli aparatu państwowego. Autorzy tłumaczą ten fakt nie tylko
odmienną koncepcją państwa opiekuńczego, lecz także, wyniesioną z czasów
faszyzmu, alergią Niemców na wszechobejmującą kontrolę państwa.
Konsekwencją odmienności koncepcji jest fakt, że liczba
klientów pomocy socjalnej jest w Niemczech znacznie mniejsza niż w USA, co
cytowani autorzy uważają za bezsporny
dowód efektywności działań prewencyjnych.
Mit
szwedzkiej sklerozy .........
141
Dodajmy, iż nie tylko niemiecki model ekonomiczny ostał
się przy niewielkich modyfikacjach. Również system szwedzki, cechując się
szczególnie rozdętym państwem opiekuńczym, broni się jako nie mniej efektywny
od większości krajów OECD. Szwecja jest
ciągle krajem o najwyższym w świecie udziale wydatków państwa (w 1996 roku ok.
65%) w PKB i ciągle małych nierównościach płacowych, zwłaszcza dochodowych, a
także o bardzo silnej pozycji związków zawodowych. Przywileje ubogich i
bezrobotnych są ciągle tak duże, że nawet wysokie bezrobocie pierwszej połowy
ubiegłej dekady nie wpłynęło na znaczniejszy wzrost nierówności i ubóstwa
(Korpi i Palme, 1997).
No właśnie: ostatnio żywo dyskutowano problem, czy
Szwecja płaci za to niższym wzrostem gospodarczym, mniejszą efektywnością.
Zainteresowanie i debatę ożywił fakt, że Szwecja dość łatwo wyszła z kryzysu, a
także zaskoczyła światową opinię
publiczną nie tylko szybkim powrotem
socjaldemokratów do władzy, lecz także, a może jeszcze bardziej, silną
ekspansją gospodarczą zwłaszcza w dziedzinach
najnowocześniejszych technik i branż.
Temat ważny, zwłaszcza w Polsce, gdzie bodajże żaden
inny system społeczno-ekonomiczny nie obrósł w tak dużą ilość mitów, w czym
zdecydowanie przodują polskie mass media. Któż bowiem nie czytał
wielokrotnie w „Gazecie Wyborczej”, że
model szwedzki bezpowrotnie „wylądował w lamusie historii” (Cegielski, 1995). Że państwo opiekuńcze,
zwłaszcza tak „rozbuchane”, spowalnia wzrost gospodarczy. Kryzys początku lat 90. dość powszechnie
przyjęto jako ostateczny upadek modelu szwedzkiego. W najbardziej programowej
książce Leszka Balcerowicza (1998, s. 193) tę
konwencjonalną mądrość
pokwitowano, jak wyrok brzmiącym tytułem: Szwecja raj zbankrutowany.
...
A co może teoretycznie najciekawsze, w latach 1950-1990 gospodarka szwedzka
wzrastała dość dokładnie w tym samym tempie co gospodarka Stanów Zjednoczonych15. ...
Mocno to podważa przekonanie o silnym
związku stopnia redystrybucji dochodu narodowego ze stopą jego wzrostu.
...
Kolumbowy
błąd
.......... 145
Nie sądzę, by wymagał uzasadnienia pogląd, że polska
tradycja i kultura pracy bliższe są niemieckiej niż amerykańskiej. Chodzi nie
tylko o zakres wcześnie wywalczonych przez ruch pracowniczy (związkowy i
socjalistyczny) uprawnień pracowniczych, lecz także o kulturę polityczną,
znajdującą wyraz w stanowisku obu stron (niezbyt) Okrągłego Stołu z 1989
roku. Nie tylko Solidarność, ale i
komunistyczna tradycja wycisnęły na polskiej mentalności silne piętno.
Nieprzypadkowo najbardziej przemawiały do robotników hasła rewindykacji idei, które miały legitymizować
władze PRL. Dlaczego jednak w decydującym momencie historycznym niemieckie
doświadczenie okazało się tak dalekie? Na pewne makrodeterminanty wskazywałem już na początku artykułu. Zejdźmy
teraz na poziom bezpośrednich decydentów.
Przypomnijmy fakty związane z najwęższym kręgiem paru osób, które bezpośrednio
zadecydowały o kierunku naszej
transformacji. W takich okresach „burzy
i naporu” jednostki odgrywają ogromną rolę. O wielkości Tadeusza Mazowieckiego
świadczy fakt, iż mimo wspomnianych na początku tego tekstu zaszłości szukał
wzorów właśnie w Niemczech. Gdy formował rząd, powtarzał: „Poszukuję swego
Ludwiga Erharda”. Także wówczas, gdy
jego zausznik, jak sam się określa, Waldemar Kuczyński doprowadził do spotkania
Mazowieckiego z przyszłym dyktatorem gospodarczym, Leszkiem Balcerowiczem.
Balcerowicz przyjął propozycję Mazowieckiego, milcząco godząc się na rolę
Erharda. Ale mógł sobie nie zdawać sprawy, że jego ówczesne poglądy sytuowały
go na odległym biegunie myślenia o polityce gospodarczej. Chociaż bowiem miał
za sobą świeżo napisaną monografię pt. Systemy
gospodarcze (1989), zapewne pamiętał nazwisko
niemieckiego polityka wyłącznie jako kogoś, kto przeprowadził w 1948 roku
śmiałą reformę pieniężno-cenową. Dzisiejszemu czytelnikowi może się to wydawać
nieprawdopodobne, ale książka Balcerowicza nie zawiera ani jednego paragrafu
poświęconego „społecznej gospodarce rynkowej”.
Nawet nazwisko samego Erharda oraz głównego teoretyka tego modelu, A.
Armacka-Muellera, nie pojawiają się na jej stronach16.
Dość podobny do Balcerowiczowego był również sposób myślenia Waldemara
Kuczyńskiego. Przypomnijmy, że Kuczyński doskonale „czuł” gospodarkę realnego
socjalizmu i jej kryzys. Jego książka wydana w drugim obiegu (Po wielkim skoku,
1980) była wydarzeniem. Z Zachodem jednak zetknął się dopiero w 1982 roku, gdy
wyjechał do Paryża, nie znając jeszcze języka francuskiego. To jedyne
doświadczenie z zagranicą popchnęło go w objęcia monetaryzmu. Wprawdzie Francja
przez wiele lat praktykowała indykatywne planowanie, w skutkach swych bliższe
kulturze niemieckiej niż anglosaskiej, zwłaszcza amerykańskiej, ale nie w
latach 80..! Kuczyński był świadkiem
dwóch wykluczających się ekstremizmów jednego polityka – Frnançois
Mitterranda. Najpierw zaaplikował on,
bez odpowiedniego zaplecza społecznego, dużą porcję radykalnych reform
gospodarczych. Ich pierwowzorem była, prowadzona w pierwszym dziesięcioleciu
powojennym, polityka zmian systemowych. Naczelnym hasłem zachodnich partii
socjaldemokratycznych lub socjalistycznych była wówczas nacjonalizacja
kluczowych gałęzi gospodarki. A następnie, gdy ucieczka kapitału obcego i
krajowego sparaliżowała gospodarkę, Mitterrand dokonał neoliberalnego zwrotu z
iście neofickim zapałem. Zaczęła się
liczyć na pierwszym miejscu monetarystyczna walka z inflacją, równowaga
finansów publicznych. Kolejne gabinety Mitterranda uprawiały politykę bliską
thatcheryzmowi. Bardzo to znamienne, symboliczne wręcz, że jedyny komentarz,
jaki Kuczyński opublikował, jeszcze przed powrotem do kraju, na temat
postanowień Okrągłego Stołu, to obawa, że władze nie zdobędą się na spalenie
nadwyżki („pustego”) pieniądza17. I choć słabo znał ekonomię
amerykańską, okazał się otwarty na idące zza oceanu prądy. Tak więc, z
siedmioletniego pobytu (1982-1989) we Francji (gdzie zajmował się głównie
sprawami polskimi) Kuczyński wniósł do rządu bagaż teoretyczny daleki od idei
SGR. Stał się po prostu wierzącym monetarystą18.
Tadeusz Mazowiecki chyba nigdy nie wyrzekł się idei „społecznej gospodarki
rynkowej”. Cóż z tego, skoro skutecznie go dezawuowali obaj wymienieni
ekonomiści, wobec kwalifikacji których musiał ustępować19. Jego
nieznajomość ekonomii, środowiska ekonomicznego, gospodarki i chyba jednak
zbytnia ufność w przyjaźnie, zawarte w czasie pierwszej Solidarności,
zadecydowały o tym, iż popełnił on
„kolumbowy błąd” : kandydatowi na kluczowe stanowisko mówił, iż szuka swego
Erharda, czyli chce nawiązać do reform powojennych Niemiec, a zaakceptował
neoliberalną receptę „waszyngtońskiego konsensu”. Ówczesne ustępstwo
Mazowieckiego można zresztą tłumaczyć tak samo, jak zachowanie innej dramatis
personae tamtego czasu – przez wiele lat znanego ze swej lewicowości – Jacka
Kuronia. Zawiesił on ją, jak wiadomo, na czas budowy fundamentów gospodarki
rynkowej. Jak gdyby istniał jakiś jeden typ fundamentu, na którym można wznosić
różne budowle. A fakt ten sprawił, iż jako minister pracy nie stał się
przeciwwagą dla Balcerowicza. Nie tylko pozostawił mu wolną rękę, lecz
roztaczał nad jego Planem parasol ochronny. Skazywał się na rolę anastezjologa,
gdy w swych wtorkowych pogadankach w TVP tłumaczył widzom, że muszą cierpieć w
imię lepszego jutra. Sprzyjała temu
bierność Solidarności, która w decydujących miesiącach wychodziła
dopiero z podziemia, zajęta sprawami wewnątrzorganizacyjnymi. Zaś jej
przywódca, Lech Wałęsa, miał diaboliczny plan ograniczania siły Związku, gdyż
uważał, że ze zbyt silnym związkiem nie da się przeprowadzić radykalnej reformy gospodarczej20.
A pakiet Balcerowicza zaakceptował bez jakiejkolwiek dyskusji
wewnątrzzwiązkowej i zanim został on w pełni opracowany21.
Osobną sprawą jest łatwość, z jaką neoliberalny
pakiet Balcerowicza przeszedł przez tak zwany Sejm Kontraktowy składający się
przecież w dwóch trzecich ze starego układu.
Jak wytłumaczyć zachowanie owego starego układu, czyli PZPR, Stronnictwa
Ludowego, zwłaszcza OPZZ? Chyba
wspomnianym wyżej „syndromem” Mitterranda, czyli łatwością przesiadania się z
etatystycznego „konia” na rynkowy. Także poczuciem, że Historia posadziła je na
oślej ławce. Nie lekceważyłbym też, powszechnego w ówczesnym parlamencie,
czynnika zwykłej niewiedzy, tzn. nieumiejętności odczytania z przedstawionych
Sejmowi ustaw dramatycznych konsekwencji społecznych. Narzucony przez rząd
pośpiech odegrał tu rolę wysoce instrumentalną – nie było czasu na
zastanawianie się, na szczegółową debatę22.
-----
22 Pisze o tym (może zbyt) dosadnie Aleksander Małachowski:
„Byliśmy trochę jak barany prowadzone na rzeź i łatwo ulegaliśmy obietnicom
polityków, mających decydujący głos w praktycznym wcielaniu w życie szkodliwych
rozwiązań. Pamiętam, jak łatwo jeszcze w
Sejmie Kontraktowym zgodziliśmy się na szokową terapię Balcerowicza. Byłem
wówczas w Komisji Budżetu i Planu. Jedyne, na co potrafiliśmy się zdobyć, to
była napisana przez Ryszarda Bugaja (...) uchwała, stawiająca rządowi pewne
warunki i wymogi co do tej terapii (...) Balcerowicz (...) i jego mentor,
profesor Sachs, zwyczajnie nas, posłów bez doświadczenia, oszukali...”
(„Przegląd”, nr 11/2001).
-----
Na koniec wypada powrócić do pytania o losy
socjalnych zapisów naszej Konstytucji. Czy w zakresie tutaj omawianym pozostaną
one atrapą, gdyż procesy transformacji według wzorca amerykańskiego są tak
zaawansowane, że zejście z tej drogi jest już niemożliwe? Czy też należy się
liczyć z powstaniem takiej możliwości.?
Z następujących względów uważam tę drugą perspektywę za realną.
Przede wszystkim liczne fakty
świadczą , że niektóre rządy zachodnie potrafią dość skutecznie bronić się
przed wolnorynkową globalizacją. Mieliśmy przykłady polityki dalekiej od
wolnego rynku. Niekorporacyjne porozumienie z Wassenaar (1983) w konsekwencji
przyniosło Holandii radykalny spadek bezrobocia – obecnie jest ono parokrotnie mniejsze niż przed kilkunastu
laty. Podobny charakter miało 10 lat później zawarte porozumienie duńskie. Poza
tym kraje nordyckie nie tylko przystosowują się do pewnych reguł obowiązujących
w UE, lecz także skutecznie, jak dotąd, bronią swej systemowej odmienności.
Zwróćmy jednak uwagę, iż we wszystkich tych przypadkach istnieje zorganizowany
partner kapitału, silne związki zawodowe. Nie czym innym, jak wyłamaniem się z
wolnorynkowych zaleceń EWG, była szeroko zakrojona polityka przemysłowa, która
legła u podstaw „cudu gospodarczego” w Irlandii. W szeregu krajów Unii rządy,
na ogół we współpracy ze związkami zawodowymi, nauczyły się walczyć z
bezrobociem i biedą. Unia Europejska – pod względem systemu podatkowego,
systemu emerytalnego, polityki socjalnej – nie przestała być mozaiką. Na
zewnątrz jednak Unia powinna być postrzegana i analizowana nie tylko jako
region integrujący się, ale także jako samoizolujący się, wysoce
protekcjonistyczny.
Podstawowe więc pytanie brzmi: czy Polska odważy
się, czy elitom władzy wystarczy sił, by zejść ze zgubnej drogi kapitalizmu
nieokiełzanego i zacząć budować system oparty na doświadczeniach Niemiec czy
Austrii lub Szwecji. Ostatnie półwiecze bowiem przyniosło spore zróżnicowanie
systemowe również w świecie kapitalistycznym. Właściwie już wcześniej zaczął się
kształtować system szwedzki czy ogólniej – skandynawski. Po wojnie zaś – W
Japonii, Niemczech i Austrii – ukształtowały się specyficzne systemy, ostro
różniące się od „klasycznego” kapitalizmu anglosaskiego. Nawet obecnie w Unii Europejskiej nietrudno zauważyć
duże zróżnicowanie. Obrazowo pisał o tym parę lat temu francuski autor głośnej
książki Kapitalizm kontra kapitalizm, Micheal Albert: „W Europie nie istnieje jednorodny model gospodarczy.
Model Wielkiej Brytanii jest bliższy Stanom Zjednoczonym niż Niemcom. Modelu
włoskiego , zdominowanego przez kapitalizm rodzinny, słabość państwa, ogromny
deficyt finansów państwowych i zadziwiającą żywotność małych i średnich firm,
nie da się porównać z niczym innym, oprócz być może modelu Chińczyków z
diaspory” (Albert, 1994, s. 24). Przy innych okazjach Albert wskazuje na
odmienności modelu francuskiego (bliskiego raczej Hiszpanii) oraz niemieckiego.
Najważniejsze jednak stwierdzenie Alberta dotyczyło tego, że walka o dominację
kapitalizmu neoamerykańskiego i nadreńskiego wcale nie jest zakończona. A jej
rezultat trudny do przewidzenia. „Będzie to wojna podziemna, gwałtowana,
zacięta, lecz wyciszona, a nawet pełna hipokryzji, jak pełne hipokryzji są
wszelkie walki koterii w łonie jednego kościoła. Walka bratnich wrogów,
uzbrojonych w dwa modele – pochodne jednego systemu – będące nośnikami dwóch
antagonistycznych rodzajów logiki w obrębie tego samego liberalizmu. I być może
(...) dwóch systemów wartości...” (s. 26)
----------------------
Tadeusz Kowalik – ur. 1926. Profesor nauk humanistycznych i
ekonomicznych. Pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN oraz w Wyższej
Szkole Społeczno-Ekonomicznej (prorektor). Specjalizuje się w historii myśli
ekonomicznej i ekonomii porównawczej. Studiował prawo i ekonomię na Uniwersytecie
Warszawskim, w Wiedniu, Genewie, Cambridge, Waszyngtonie, Sztokholmie, Los
Angeles. Wykładał w Toronto, Oksfordzie i Nowym Jorku.
Ostatnie publikacje: Współczesne systemy
ekonomiczne (Warszawa 2000), Why the social democratic option failed: Poland’s
experience of systemic change, w:
A.Glyn (red.) Social democracy
in neoliberal times, the left and
economic policy since 1980 (Oxford
2001).
----------------------------------------------------------------------------------------
Mieczysław
Kabaj
Bezrobocie
i ubóstwo. Elementy programu przeciwdziałania ......... 155
Poziom bezrobocia w Polsce zbliżył się do 3 mln
osób, a więc przekroczył wszelkie dopuszczalne granice.
...
Szanse,
wyzwania, zagrożenia .........
155
Najbliższe pięciolecie przyniesie największy w
okresie powojennym przyrost zasobów pracy. Wiek produkcyjny (18 rok życia)
osiągnie blisko 3,5 mln osób. Liczba młodych ludzi , którzy będą poszukiwać
pracy, przekroczy 1 mln. Średnio w każdym roku należy tworzyć 200 tys. miejsc pracy, aby bezrobocie do 2005
roku nie zwiększyło się. Poziom wykształcenia młodych ludzi, wchodzących na
rynek pracy, będzie znacznie wyższy niż w poprzednich pięcioleciach.
Ten obfity wzrost zasobów pracy i poziomu
wykształcenia daje wielką szansę polskiej gospodarce pod warunkiem stworzenia
odpowiednio dużej liczby nowoczesnych miejsc pracy. Stanowić może zagrożenie,
jeżeli zabraknie szans zatrudnienia, a cześć wykształconych młodych ludzi
zwiększy szeregi bezrobotnych, lepiej wykształconych i bardziej
sfrustrowanych.
Warunki
wyjściowe
Wyzwania polskiej gospodarki są znaczne i nie
odnoszą się tylko do wyżu przyrostu zasobów pracy. Warto przypomnieć, że w
Polsce miały miejsce dwie fale wzrostu bezrobocia.
Pierwsza pojawiła się na początku transformacji...
Druga... w drugiej połowie 1998 roku
...
Bezrobocie rejestrowane nie stanowi jedynej formy marnotrawstwa pracy w Polsce.
Faktyczne bezrobocie jest znacznie większe.
...
Pogorszyły się relacje miedzy liczbą osób pracujących a liczbą emerytów,
rencistów i bezrobotnych.
...
Państwo, w którym dokonują się przyspieszone procesy przesuwania ludzi zdolnych
do pracy ze sfery pracy do sfery podziału lub pomocy społecznej, będzie zawsze
państwem biedniejszym, coraz trudniej będzie w nim zapewnić przyzwoite emerytury i wynagrodzenia.
Przyspieszony proces budowy państwa socjalnego
rozpoczął się w 1990 roku.
...
W okresie 10 lat „przesunięto” ponad 5 mln ludzi w wieku zdolności do pracy ze
sfery tworzenia PKB do sfery podziału, głównie
do sfery zasiłków. Stwarza to ogromne zagrożenie ekonomiczne (zmniejsza
konkurencyjność gospodarki) i społeczne (ogranicza możliwość wypłacania
godziwych rent, emerytur i zasiłków).
Cechy
charakterystyczne polskiego bezrobocia
Polskie bezrobocie ma wiele aspektów społecznych,
wymiarów i konsekwencji.
W ostatnich trzech latach liczba długotrwale bezrobotnych zwiększyła się o
ponad 500 tys. osób. Następuje więc... patologizacja znacznej części
bezrobotnych...
...
Krótka charakterystyka nie oddaje obrazu polskiego bezrobocia; za liczbami
kryją się ludzkie rozczarowania, frustracje tragedie; kryje się ludzka bieda, brak szans i nadziei.
Warto dodać, że ponad 80% bezrobotnych
nie przekroczyło 44 roku życia, czyli znajduje się w tzw. mobilnym wieku
produkcyjnym. Świadczy to o wielkim marnotrawstwie potencjału wytwórczego
społeczeństwa. A jest to taki potencjał, który niewykorzystany przepada
bezpowrotnie.
Źródła
wzrostu bezrobocia: mity i rzeczywistość ......... 161
Wyłania się pytanie: dlaczego w okresie trzech lat
bezrobocie wzrosło o 1,2 mln osób, czyli o blisko 70%? Politycy (premier, ministrowie), niektórzy
ekonomiści i publicyści znajdują łatwe wytłumaczenie. Bezrobocie rośnie - powiadają – bo przeżywamy wyż
demograficzny.
...
Wracamy więc do zasadniczej kwestii – do pytania: czy prawdziwe są twierdzenia
polityków i niektórych ekonomistów, że w Polsce liczba bezrobotnych jest
rezultatem czynników demograficznych, a więc niezależnych od polityki
społeczno-gospodarczej.
Analiza trendów poziomu zatrudnienia w gospodarce
dowodzi, że nie jest prawdą, iż przybywa miejsc pracy. Liczba tworzonych miejsc
pracy jest znacznie mniejsza niż liczba likwidowanych. W okresie trzech lat (1998-2000) ubyło netto
ponad 500 tys. miejsc pracy...
Spadek liczby pracujących poza rolnictwem był
największy w przemyśle (-261 tys.), w handlu (-125 tys.), budownictwie (-72
tys.). Z wyjątkiem dwóch działów
gospodarki (obsługa nieruchomości i administracja) wszystkie inne odnotowały
spadek zatrudnienia.
W całym okresie transformacji (1990-2000; wyjątek stanowią lata 1994-1997) liczba miejsc pracy zmniejszyła
się (netto) o 1,9 mln, a realne zasoby pracy zwiększyły się o ponad 1,5 mln.
osób. Faktyczny deficyt miejsc pracy osiągnął w Polsce 3-3,5 mln. Głęboki spadek zatrudnienia w polskiej
gospodarce wynika nie tylko z restrukturyzacji całych działów (górnictwo,
hutnictwo, koleje itd.), ale głównie z utraty konkurencyjności przedsiębiorstw
na rynku wewnętrznym i za granicą (m.in. wskutek polityki celnej, stopy
procentowej, sztucznej aprecjacji złotówki), z nadmiernej penetracji importowej
(m.in. przez dumping i nierejestrowany import), spadku tempa wzrostu
gospodarczego i inwestycji (omówimy te kwestie szerzej).
Uwagi.
Niestety, jedną z głównych przyczyn „utraty konkurencyjności”, jest także niski
poziom zarządzania w bardzo wielu polskich przedsiębiorstwach i silny opór
przed jego rozumnym unowocześnieniem.
Trzeba było, albo „nie otwierać się na Zachód”, pozostając w polskim, mało konkurencyjnym
zaścianku, albo, gdy „zachciało się nam gospodarki wolnorynkowej, z otwarciem
granic na zachodnią konkurencję”, trzeba
było najpierw odpowiednio przygotować
naszą kadrę kierowniczą. Stało się. Co będzie po wejściu do Unii? –
Główna nadzieja, że Wspólnota Europejska, we własnym zresztą interesie, wcale
nie jest zainteresowana w tym, żeby utrzymać w zacofaniu gospodarki krajów członkowskich, a także dopuszczać do
poważniejszych niepokojów społecznych, mogących zagrozić wszystkim. Nie jest
zainteresowana..., na pewno będzie się starała nam
pomóc, ale to wcale nie oznacza, że za
nas sama wszystko zrobi.
Anonimus
Trzy
paradoksy polskiego bezrobocia
1. Polskie
bezrobocie, w odróżnieniu od krajów bogatych, nie jest rezultatem nadprodukcji
...
2. Obecnie mamy
do czynienia z paradoksalną sytuacją, kiedy „środki wytwórcze są
niewykorzystane, ludzie bez pracy, maszyny niezatrudnione, ziemia nieuprawiona,
...
3. Coraz
częściej politycy mówią, że bezrobocie wynika z niskiego wykształcenia społeczeństwa. Jest to tylko częściowo
prawdziwe. Pod względem liczby studentów Polska znalazła się wśród najbardziej
rozwiniętych krajów. Paradoksem jest, że w miarę wzrostu poziomu wykształcenia
młodzieży rośnie liczba bezrobotnych, głównie wskutek zmniejszania się miejsc pracy
w gospodarce.
Elementy programu ......... 165
Istnieje wiele ważnych społecznych i ekonomicznych
powodów, aby dotychczasowe podejście do bezrobocia zmienić radykalnie poprzez
podjęcie działań, mających na celu ograniczenie tempa likwidacji istniejących
miejsc pracy oraz przyspieszenie procesu tworzenia nowych.
...
Aby tworzyć więcej miejsc pracy, należy prowadzić prozatrudnieniową, dualną
politykę rozwoju gospodarczego. Prozatrudnieniowe podejście do
wzrostu gospodarczego nie ma charakteru socjalnego. Zmierza ono do pełniejszego
wykorzystania czynników wytwórczych, optymalnej ich kombinacji z punktu
widzenia ich obfitości lub rzadkości. Podejście to powoduje wiele problemów
przy dużej obfitości zasobów pracy i bezrobociu. W tych warunkach strategia
rozwoju nakierowana na wzrost zatrudnienia musi mieć charakter dualny, czyli
stymulujący z jednej strony rozwój dziedzin o nowoczesnej technice, z drugiej
zaś – dziedzin preferujących pracochłonny tryb wzrostu gospodarczego. Pojęcie „dualny” ma oczywiście wiele
wymiarów. W gospodarce występuje bowiem
wielka różnorodność kombinacji pracy i
kapitału: od nowoczesnej techniki i
dużej kapitałochłonności produkcji do bardzo prostej techniki i wysokiej
pracochłonności.
...
Największe znaczenie w przeciwdziałaniu bezrobociu mają działania na ośmiu
współzależnych płaszczyznach:
(1) pobudzanie procesów gospodarczych
przez nieinflacyjny wzrost popytu efektywnego;
(2) lepsze wykorzystanie zdolności
wytwórczych przemysłu i rolnictwa dla produkcji towarów akceptowanych przez
rynek i na eksport;
(3) stymulowanie inwestycji;
(4) promowanie eksportu i optymalizacja
importu przez zwiększenie konkurencyjności polskich produktów;
(5) opracowanie programu rozwoju
budownictwa mieszkaniowego;
(6) stymulowanie rozwoju małych
przedsiębiorstw i zatrudnienia na własny rachunek (rozwój rzemiosła);
(7) racjonalna ochrona miejsc pracy;
(8) wzrost zatrudnienia przez obniżenie
jego opodatkowania.
Niżej omówimy tylko cztery filary programu
zatrudnienia, szczególnie ważne w najbliższych latach.
Aktywna polityka rynku
pracy i elastyczne formy zatrudnienia .........
194
Prawidłowa i aktywna polityka na rynku pracy ma
charakter komplementarny w stosunku do prozatrudnieniowej polityki
społeczno-gospodarczej. Głównym jej celem jest aktywizacja bezrobotnych,
tworzenie mostów między światem bezrobocia i pracy przez szkolenie, prace
interwencyjne, roboty publiczne, programy specjalne itd. Aby cele te mogły być
skutecznie realizowane, niezbędne są odpowiednie środki finansowe ze składek
przedsiębiorców i z budżetu państwa, a także zwiększenie efektywności programów
rynku pracy.
Faktycznie, jak wspomnieliśmy,
wydatki publiczne na programy rynku pracy zostały w ostatnich latach
zmniejszone i stanowią obecnie około 1% PKB. Z tej kwoty 80-85% przeznaczano
głównie na zasiłki, a 15-20% na programy aktywne (roboty publiczne, prace interwencyjne,
szkolenie i pożyczki).
Zarówno porównania międzynarodowe,
jak i nasze doświadczenia wskazują na konieczność przesunięcia akcentu w polityce
rynku pracy z działań osłonowych (wyplata zasiłków) na tworzenie warunków do
trwałego zatrudnienia.
Aby podnieść efektywność szkolenia,
należy je projektować tak, by odpowiadało
potrzebom rynku pracy. Wydaje się, że najskuteczniejszą metodą osiągnięcia
tego celu jest pełna współpraca trzech partnerów: urzędu pracy, pracodawcy
zgłaszającemu zapotrzebowanie na pracowników oraz instytucji szkolącej.
Wnioski kierunkowe ......... 197
1.
Przedstawione tu niektóre elementy (działań i
zadań) programu ograniczenia sfery
ubóstwa, promowania produktywnego zatrudnienia i zmniejszania bezrobocia nie wyczerpują całości i kompleksowości
programu. Nie omówiliśmy tu na przykład kwestii elastycznych form zatrudnienia,
przebudowy systemu zasiłków, aby sprzyjały zatrudnieniu (elementy te
przedstawia Rysunek 2.).
2.
Program zawiera zadania proste, a także bardziej
złożone, wymagające dalszych prac i dyskusji. Oczywista jest konieczność
lepszego wykorzystania potencjału wytwórczego przemysłu i rolnictwa, podniesienie
efektywności wydatków publicznych na programy rynku pracy, wyeliminowania
zasiłków pozornych i zniechęcających do podejmowania pracy. Oczywiste jest
także wyeliminowanie takich paradoksów, jak z jednej strony – bezrobotni
korzystający z pomocy społecznej. A z drugiej – niewykorzystane maszyny, leżące
odłogiem 2 mln hektarów uprawnej ziemi, bezrobotni rolnicy, import zboża i
często niezaspokojone elementarne potrzeby ludzi ubogich i bezrobotnych.
3.
Strategia aktywnego przeciwdziałania ubóstwu musi
stanowić integralny element polityki społeczno-gospodarczej państwa, samorządów
i władz lokalnych.
Rozważania nasze sugerują po pierwsze, że głównym sposobem ograniczenia
ubóstwa jest zmniejszenie bezrobocia
przez tworzenie nowych miejsc pracy i aktywizację zawodową ludzi ubogich.
Po wtóre, ważną rolę może spełnić
aktywna polityka rynku pracy, umożliwiająca przejściową aktywizację
bezrobotnych (szkolenie, prace interwencyjne, roboty publiczne itd.).
Po trzecie, system pomocy
bezrobotnym i ubogim wymaga głębokiej przebudowy. Należy odbiurokratyzować urzędy pracy,
poświęcić znacznie więcej środków na aktywizującą pomoc bezrobotnym i ubogim,
którzy korzystają z zasiłków pomocy społecznej.
Po czwarte, należy prowadzić
politykę dochodów korzystną dla ludzi ubogich. Trzeba odejść od polityki, która
powoduje przejęcie całkowitego przyrostu dochodów przez nieliczną grupę ludzi
bogatych i bardzo bogatych. Nie musi to prowadzić do zmniejszania dochodów tych
ostatnich, ale do stworzenia warunków stopniowego osiągania godziwych dochodów
(głównie z pracy) przez ludzi ubogich,
tak jak się to dzieje w krajach Unii Europejskiej.
4.
Realne wydają się dwie formy przejściowej
aktywizacji bezrobotnych, jeżeli nie można im zapewnić pracy lub szkolenia.
Po pierwsze, należy w większym zakresie umożliwić bezrobotnym pracę w
charakterze wolontariuszy...
Po drugie, wprowadzoną do ostatniej
ustawy możliwość organizowania krótkookresowych robót publicznych trzeba
wykorzystać w szerszym zakresie, gdyż stwarza ona pewne szanse dla aktywności
bezrobotnych.
5.
System ekonomiczny budowany w Polsce nie może
zaspokajać potrzeb i aspiracji tylko nielicznych grup społecznych,
marginalizując oraz skazując na ubóstwo i pomoc społeczną znaczne grupy ludzi,
którzy mogą pracować i wytwarzać.
Zatrudnienie nie może być tylko „resztą” procesów gospodarczych. Należy
tworzyć i stosować strategię
prozatrudnieniowego rozwoju, przyjaznego także dla ludzi ubogich i trwale
bezrobotnych.
6.
Przedstawiony tu zarys programu aktywnego
przeciwdziałania ubóstwu i bezrobociu zawiera wiele elementów nowych i
dyskusyjnych, które wymagają dalszych prac i konkretyzacji. Nie można znacznie ograniczyć bezrobocia, szczególnie długotrwałego, bez
zmiany myślenia, bez nowej polityki wychodzącej poza wiedzę konwencjonalną, bez
odwagi podmiotowego traktowania człowieka w polityce społeczno-gospodarczej.
Aby tego dokonać, niezbędne jest uznanie tworzenia produktywnych miejsc pracy i
ograniczania bezrobocia za jeden z najważniejszych priorytetów polityki
społeczno-gospodarczej w najbliższym
pięcioleciu. Polityka społeczno-gospodarcza i polityka pomocy społecznej muszą być przyjazne aktywnemu ograniczaniu
ubóstwa, bezrobocia, wzrostowi produktywnego zatrudnienia, tworzeniu miejsc
pracy i aktywizacji bezrobotnych. Powinien jej przyświecać cel nadrzędny :
praca – nade wszystko praca i dochody z pracy muszą mieć prymat nad
zasiłkami.
7.
Wierzymy, że wiele elementów tego programu zostanie
wdrożonych do praktyki gospodarczej i że umożliwią one znaczne ograniczenie
bezrobocia, ubóstwa i marginalizacji społecznej. Warunkiem osiągnięcia tego
celu jest zmiana postaw elit... Elity
polityczne podejmują problemy bezrobocia w okresie kampanii wyborczej, po czym
kwestie te ignorują26.
Postawy dominujące wśród polskich elit cechuje systemowa obojętność
wobec wielkich kwestii społecznych – bezrobocia, ubóstwa i marginalizacji
społecznej.
26 Tezy te można zilustrować wieloma
przykładami, np. w plenarnej debacie sejmowej
(w maju 2000 r.) na temat bezrobocia... uczestniczyło kilkunastu posłów.
----------------------
Mieczysław Kabaj – ur. 1933. Profesor w Instytucie Pracy i Spraw
Socjalnych, doktor habilitowany nauk ekonomicznych. Specjalizuje się w ekonomii
pracy i problemach polityki społecznej. Wieloletni ekspert ONZ i Międzynarodowej
Organizacji Pracy w Genewie. Członek Komitetu Nauk Ekonomicznych Polskiej
Akademii Nauk, Komitetu Nauk o Pracy i Polityce Społecznej i Komitetu Prognoz
„Polska 2000 Plus” przy Prezydium PAN.
Najważniejsze publikacje w latach 1995-2000: Partycypacyjny
system wynagrodzeń i motywacji – w kierunku kapitalizmu partycypacyjnego, płacy
godziwej i wydajnej pracy (IPiSS, Warszawa
1995), Searching for a New Results-oriented Wage
Negotation System in Poland (ILO, EC,
Budapest 1995), Programmes and Strategies for Counteracting Unemployment and
the Promotion of Productive Employment in Poland (ILO, Genewa 1996), Strategie i
programy przeciwdziałania bezrobociu (Wydawnictwo
Naukowe „Scholar”, Warszawa 1998), Program przeciwdziałania ubóstwu i bezrobociu (IPiSS, Warszawa 2000).
----------------------------------------------------------------------------------------
Stefan
Zgliszczyński
Koncepcje
sprawiedliwości społecznej ......... 203
Pisanie o czymś, czego nie ma i nigdy nie było,
stanowi niejaką trudność. Kłopot staje się tym większy, gdy uświadomimy sobie,
że w imię tego abstrakcyjnego stanu, postrzeganego niejednokrotnie jako realnie
istniejący byt społeczny, ludzkość dokonywała i wciąż dokonuje gigantycznego
wysiłku emancypacyjnego, który w bezprecedensowy
sposób zmienia historię świata i cywilizacji. Sprawiedliwość społeczna, bo o niej właśnie mowa,
przyświecała bowiem twórcom najdonioślejszych systemów etycznych, była również
celem najpotężniejszych ruchów społecznych , jakie znał świat, ba! – to właśnie
ona stała się podwaliną nowoczesnych systemów ustrojowych, w jakich
przyszło nam żyć u progu XXI wieku.
Tym większa jest więc konfuzja autora, który za cel
postawił sobie szczątkowe chociażby i schematyczne naszkicowanie historycznego
rozwoju koncepcji, o jakiej śmiało można powiedzeń, iż jest źródłem
nowoczesnego prawodawstwa, ustrojów politycznych, systemów etycznych i
religijnych oraz – last but not least – punktem odniesienia współczesnego
dyskursu, obejmującego większość dziedzin, od ekonomii począwszy, a na kulturze
skończywszy.
Istotnym na wstępie jest przypomnienie, ż
sprawiedliwość społeczna jest niczym innym jak sprawiedliwością
postrzeganą jako atrybut stosunków społecznych. Innymi słowy jest to
sprawiedliwość jako immanentna cecha wszelkich przejawów współżycia w obrębie
gatunku Homo sapiens.
Banał?
Owszem, ale tylko pozornie. Okazuje się bowiem, iż mimo że o
„urzeczywistnianiu zasady sprawiedliwości społecznej” przez Rzeczpospolitą
Polską mówi już Artykuł 2 Konstytucji, próżno szukalibyśmy w komentarzach do
niej satysfakcjonującego wyjaśnienia, cóż takiego miałoby to oznaczać.
Niektórzy autorzy przyznają wprost z rozbrajającą
szczerością, iż „sprawiedliwość społeczną traktuje się jako ozdobnik
stylistyczny w przepisach, pozwalający rozstrzygać problemy prawne według
osobistego poczucia sluszności”2.
Filozoficzne
teorie sprawiedliwości .........
204
Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie
sprawiedliwości najwybitniejsi znani nam filozofowie poświęcili specjalnie dużo
uwagi i miejsca.
Już Platon (w
Państwie) zalicza sprawiedliwość do czterech
kardynalnych cnót – obok mądrości, dzielności i roztropności – ale nadaje jej
specjalne znaczenie. Odnosi się ona mianowicie nie tylko do jednostek
tworzących polis, jak to jest w przypadku reszty cnót, ale jest również cnotą
charakteryzującą samo polis. Co więcej, Platon utożsamia sprawiedliwość z
etycznością i wymaga od członków społeczeństwa bezwzględnego podporządkowania
się jej regułom.
Zupełnie odmienną optykę widzimy w koncepcji sprawiedliwości zawartej w
nauczaniu Jezusa oraz świętego Pawła. Kładą oni przede wszystkim nacisk na indywidualne, „wewnętrzne” wyczucie sprawiedliwości, której
źródłem jest dogmatyczny system norm nie państwowych, lecz religijnych.
Podobnie jak dla Platona, również i dla Arystotelesa, który – według Poppera –
ma także na sumieniu zainspirowanie
„totalitarysty” Hegla , sprawiedliwość jest cnotą doskonałą, połączeniem
wszelkich cnót (Etyka nikomachejska) Co więcej, poczucie tego, co sprawiedliwe,
a co nie, jest – jak twierdzi Arystoteles – wrodzoną cechą każdego człowieka
(Polityka).
Relatywny charakter pojęcia sprawiedliwości jako
faktu społecznego znajdujemy natomiast u cytowanego przez Diogenesa Laertiosa
Epikura. Zwraca na to uwagę w swojej
dysertacji doktorskiej sam Karol Marks (Różnica
między demokrytejską a epikurejską
filozofią przyrody), pisząc, że dla Epikura
sprawiedliwość nie istnieje sama przez się, lecz tylko we wzajemnych stosunkach
między ludźmi, którzy zawierają odpowiednie umowy i układy.
Na sprawiedliwość, jako szczególny i wyjątkowy
sposób „bycia cnotliwym”, zwracał również uwagę Kant (Metafizyka
moralności), uważany za jednego z głównych wyrazicieli
negatywnego (liberalnego) ujęcia sprawiedliwości.
W przytoczonych wyżej koncepcjach zwraca uwagę silne
związanie sprawiedliwości z moralnością.
...
Współcześnie najbardziej rozpowszechnione jest tzw. liberalne ujęcie
sprawiedliwości. Najzwięźlej można je przedstawić następująco: „Sprawiedliwe
jest takie społeczeństwo, w którym dozwolone są wszelkie działania nie
naruszające niczyich praw, tj. nie stosujące pierwotnej przemocy i oszustwa, do
których należą również wykroczenia przeciwko własności i przemoc strukturalna.
Człowiek działa sprawiedliwie, jeśli nie narusza niczyich praw ”4. Szybko jednak stało się oczywiste (rzecz
jasna nie dla liberałów), iż negatywne określenie sprawiedliwości jedynie przez
zakaz naruszania prawa po prostu nie wystarcza. Teoria sprawiedliwości musi
bowiem określić, jak poza przemocą i oszustwem można sprawiedliwie rozwiązywać
konflikty społeczne. Wymaga pozytywnego określenia podstaw rozwiązywania tychże
konfliktów..
Wielu współczesnych myślicieli próbuje na zrębach
liberalnej koncepcji sprawiedliwości
stworzyć definicję sprawiedliwości, pozwalającą na ominięcie raf
czyhających na jej klasyczną protoplastkę. Chętnie przeze mnie przytaczany
„pogromca marksizmu” K.R. Popper definiuje sprawiedliwość jako: „/a/
równy udział w ciężarach społecznych, to znaczy w tych ograniczenia
wolności, jakie są nieuniknione w życiu społecznym; /b/ równość wobec prawa pod warunkiem,
że /c/ nie wykazuje ono tendencji do
faworyzowania lub ograniczania jednych obywateli, grup czy klas kosztem czy na
korzyść innych; /d/ bezstronność sądów;
oraz /e/ równy udział w korzyściach (a nie tylko ciężarach), jakie państwo może
oferować obywatelom”5.
Z kolei najbardziej znany obecnie badacz teorii sprawiedliwości, Amerykanin
John Rawls, tak oto górnolotnie określa role sprawiedliwości:
„Jak prawda w systemach wiedzy, tak sprawiedliwość jest pierwszą cnotą
społecznych instytucji. Teorią nieprawdziwą, choćby nawet wielce ekonomiczną i
elegancką, trzeba odrzucić albo zrewidować; podobnie prawa i społeczne
instytucje, nieważne jak sprawne i dobrze zorganizowane, muszą zostać
zreformowane bądź zniesione, jeśli są niesprawiedliwe. Każda osoba ma oparte na
sprawiedliwości prawo do osobistej nietykalności, którego nie można jej
pozbawić nawet przez wzgląd na dobro społeczeństwa jako całości. Dlatego sprzeczne
jest ze sprawiedliwością, by czyjąkolwiek utratę wolności usprawiedliwiać
wzrostem dobra stającego się udziałem innych. Nie pozwala ona, by
zadośćuczynieniem za wyrzeczenia narzucone nielicznym było zwiększenie sumy
korzyści odnoszonych przez wielu. Stąd w społeczeństwie sprawiedliwym swobody
płynące z posiadania równych praw obywatelskich uważa się za nienaruszalne;
prawa gwarantowane przez sprawiedliwość nie stanowią przedmiotu politycznych
przetargów czy rachunku społecznych korzyści. Jedyną racją usprawiedliwiającą
posługiwanie się błędną teorią jest brak lepszej; analogicznie,
niesprawiedliwość daje się tolerować jedynie wtedy, gdy jest to konieczne dla
uniknięcia większej jeszcze niesprawiedliwości. Prawda i sprawiedliwość, jako
cnoty naczelne ludzkiej działalności, są bezkompromisowe”6.
Rawls jest najbardziej znany, a jednocześnie najbardziej krytykowany za swoją
koncepcję sprawiedliwości społecznej, którą formułuje następująco: „Wszelkie pierwotne dobra społeczne – wolność
i szanse, dochód i bogactwo, a także to, co stanowi podstawy poczucia własnej
wartości – mają być rozdzielane równo, chyba że nierówna dystrybucja
któregokolwiek z tych dóbr bądź wszystkich jest z korzyścią dla najmniej
uprzywilejownych”7.
Cytowany już przeze mnie Ulrich Steinvorth szydzi z
Rawlsa , utrzymując, że tak pojmowana zasada sprawiedliwości jest formułą
„praktyki tak zwanego Stachanowskiego systemu bodźców materialnych”, która
„przyporządkowuje państwu funkcje urzeczywistniania sprawiedliwości, zgodnie z
którą każdy uzyskuje «to, co mu się należy»,
ponadto określa je jako to, co ma być równe, ale uzupełnione bodźcami
materialnymi dla produktywniejszych”8.
Marksowska
koncepcja sprawiedliwości społecznej .........
209
Prawdziwa rewolucja w podejściu do sprawiedliwości społecznej wiąże się
jednak dopiero z nazwiskiem Karola Marksa.
Paradoksalne, że jest to jeden z niewielu momentów w
dziejach, kiedy wywraca się do góry nogami jakąś obrosłą tradycją koncepcję,
niewiele o niej samej mówiąc. Otóż Marks uważał większość
filozoficzno-historycznych dysput dotyczących sprawiedliwości za czczą gadaninę
i jałowe moralizatorstwo. Wskazywał na relatywizm pojęć moralnych danej epoki,
sprowadzający się do tego, iż panujący w danym czasie i danej społeczności ład
moralny i polityczny był po prostu odzwierciedleniem myśli i moralności
panujących. Krótko mówiąc, klasa panująca ekonomicznie skupiała w swoim ręku
władzę polityczną, która stawała się instrumentem oddziaływania na poglądy i
postępowanie całego społeczeństwa, podporządkowane ściśle interesom tejże
klasy. Nie ma wobec tego sensu rozprawiać o sprawiedliwości w języku przyjętym
w danych systemach ustrojowych i ekonomicznych, gdyż jest to zawsze język
panującej klasy wyzyskiwaczy, która sama określa, co jest, a co nie jest
sprawiedliwe, i wykorzystuje to m. in. do antagonizowania klas wewnątrz danej
społeczności, a także – o ile się to jej opłaca – wychodzi z tym na forum
międzynarodowe, co skutkuje rozlicznymi konfliktami i wojnami.
Marks uważa, że to nie stosunki ekonomiczne regulowane są przez prawo, ale na odwrót –
stosunki prawne wynikają z ekonomicznych (Krytyka
programu gotajskiego). Podaje przy tym wiele
przykładów, jak historycznie zmieniało się postrzeganie pewnych zjawisk
społecznych w zależności od zmieniających się interesów ekonomicznych klasy
panującej – np. stosunek burżuazji do
niewolnictwa czy przypisania chłopa do ziemi. Zarówno jedno, jak i drugie
zaczęło w pewnym momencie przeszkadzać burżuazji w dokonywaniu
kapitalistycznych transakcji, oba więc zostały przez nią określone jako
sprzeczne z zasadą „naturalnej sprawiedliwości”. Dla burżuazji treść transakcji
kapitalistycznej jest – jak pisze Marks – „sprawiedliwa, o ile odpowiada
sposobowi produkcji, o ile jest z nim zgodna. Jest niesprawiedliwa, gdy jest z
nim sprzeczna”9.
Tak więc dla Marksa niesprawiedliwość społeczna jest naturalnym stanem
społeczeństwa kapitalistycznego, w którym burżuazja usiłuje przekonać
pracowników najemnych do swoich drobnomieszczańskich teorii – a więc do
rzekomej równości wobec prawa, wolności sprzedawania własnej siły roboczej czy
też, szczyt radykalizmu!, do konieczności pewnego ograniczenia własności
prywatnej i oparcia podziału dóbr na zasadzie „każdemu według jego pracy” i
„każdemu równe szanse”.
Należy zauważyć, iż to, co święci dziś tryumfy jako socjalliberalny model
„wyrównywania szans” i „godziwego opłacania pracy”, już przed półtora wiekiem
zostało przez Marksa trafnie scharakteryzowane jako jeszcze jeden trik
posiadaczy, mający na celu zdezaktywizowanie środowisk robotniczych, słusznie
domagających się pełnego udziału w korzyściach wynikłych z procesu produkcji.
Ale o tym pozwolę sobie napisać w następnym rozdziale.
Egzemplifikacją sprawiedliwości społecznej, jaka zapanuje dopiero po obaleniu
kapitalizmu w bezklasowym, komunistycznym społeczeństwie, była dla Marksa
zasada nie „każdemu według jego pracy” , ale „każdy według swoich zdolności,
każdemu według jego potrzeb”. Dopiero ta zasada, uwzględniająca nierówne
zdolności ludzi, a jednocześnie domagająca się równej dla wszystkich możliwości
rozwijania tych nierównych zdolności i zaspokajania różnych potrzeb,
odpowiadała, zdaniem Marksa, wymogom
prawdziwej sprawiedliwości. Pozwoli ona bowiem na zniesienie nie tylko
„nierówności materialnych”, jakie są pomiędzy ludźmi, ale przede wszystkim na
zniesienie bardziej dotkliwej nierówności, wynikającej ze stosunków
społecznych, będącej właściwą przyczyną duchowej i materialnej degradacji
człowieka10.
Konkludując: „Zamiast konserwatywnego* hasła: Sprawiedliwa płaca za sprawiedliwy dzień roboczy robotnicy powinni wypisać na swym sztandarze hasło rewolucyjne: Zniesienie systemu pracy najemnej11.
* Na
marginesie. Gdyby to „konserwatywne
hasło” było, chociaż w granicach
przyzwoitości”, powszechnie realizowane, na świecie prawdopodobnie byłoby
znacznie mniej rewolucji, niepokojów społecznych i terroryzmu.
Anonimus
Neoliberalna
„równość szans” .........
212
Ostatnie dwadzieścia lat stanowi pod względem
rozwoju koncepcji sprawiedliwości społecznej regres, i to w stopniu
niedostatecznie jeszcze uświadamianym przez tzw. szeroką opinię publiczną. Główny atak, jaki został przypuszczony na
zasadę sprawiedliwości społecznej ze strony neoliberalizmu w minionych dwóch
dekadach, koncentrował się na dezawuowaniu
zasady równości, będącej jej fundamentem.
Liberałowie, od Hayeka do Rawlsa, dowodzili
mianowicie, że nierówność jest korzystna
dla wszystkich, zarówno tych „przegrywających”, jak i
„wygrywających”. Dlaczego? Z trzech powodów.
Primo:
równość jest „nienaturalna”, gdyż
ludzie z „natury” różnią się między
sobą, a więc nierówność jest naturalnym stanem rzeczy w stosunkach
społecznych.
Secundo:
równość równa się nieefektywność;
zabija kreatywność, pozbawia motywacji niezbędnej do konkurowania i rywalizacji.
Tertio: równość wyklucza swobodę działania rynku i
absolutną wolność jednostki, oznacza więc przymus i jest przedsionkiem
totalitaryzmu.
Powyższa argumentacja, w rzeczywistości bardzo krucha, trafiła na
szczególnie podatny grunt w krajach „posttotalitarnych” byłego bloku
radzieckiego. Zarówno zachwyt elit tychże krajów wolnością, jaką niesie
kapitalizm, jak i opłakane efekty tzw. reform rynkowych miały swoje źródło
właśnie w liberalnej wykładni równości, rozumianej jako kaganiec nakładany na
jednostkę przez opresywną władzę.
Co gorsza, po rozpadzie ZSRR, którego istnienie
wzbudzało w pracodawcach kapitalistycznych jako taki respekt i zmuszało do rozlicznych kompromisów ze
światem pracy, na Zachodzie również zaczął się gremialny odwrót od zasady równości w stosunkach społecznych, a
co za tym idzie – ostateczne pogrzebanie marzeń o świecie sprawiedliwości
społecznej.
Jak podaje raport oenzetowskiej Organizacji Rozwoju
Przemysłowego z roku 1996, w latach 1960-1989 dystans między najbogatszymi a
20% najbiedniejszej populacji zwiększył się o około 50% i przewiduje się dalszy
„wzrost nierówności na świecie, powodowany przez procesy globalizacji”12.
Termin „równość” zastąpiono więc „równością szans”,
co miało dać podobny efekt znieczulający, jak termin „społeczna gospodarka
rynkowa” – czyli stary, dobry kapitalizm funkcjonujący na tych samych zasadach,
które blisko półtora wieku temu opisał w Kapitale Marks, ale podany w nowym, atrakcyjnym opakowaniu.
I tak „równość szans” sprzedawana jako towar
pierwszej świeżości, będący wyjściem z
pułapki, którą stanowił rzekomo postulat tradycyjnej równości, egzekwowany
przez silne państwo.
Jednakże tak jak nierówność wcale nie gwarantuje
odmienności, kreatywności, efektywności i wolności jednostki, oznacza natomiast
nieodwracalną degenerację całych warstw społecznych, ich ucisk i wyzysk, a
jedyną wolnością, jaką gwarantuje, jest możność roszczenia sobie przez
mniejszość prawa do przywilejów kosztem większości – tak „równość” szans
pozwala jedynie usprawiedliwić nierówność rezultatów. Tak to jest z naszymi
ulubionymi reklamami proszków do prania – każdy proszek pierze tak samo, ale na
rynku utrzyma się tylko ten, którego producent będzie miał dostatecznie dużo
pieniędzy na jego promocję.
Kanclerz Niemiec Schroeder i premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, główni
przedstawiciele „odnowionej” w liberalnym duchu socjaldemokracji, mówią wprost,
iż nie chcą społeczeństwa bez nierówności, i postulat równości zastępują
„równością szans”. Dlaczego? Proste:
tam, gdzie jest równość, nie potrzeba szans, a tam, gdzie potrzeba szans, nie
ma równości – jest za to loteria, na której wygrywa paru, a większość nie ma
nawet szansy na nagrodę pocieszenia.
Ruch
antyglobalizacyjny – w poszukiwaniu nowej formuły sprawiedliwości społecznej ......... 214
Po głośnym odtrąbieniu odwrotu od budowania
społeczeństwa sprawiedliwości społecznej przez czołowe socjaldemokratyczne
partie europejskie ciężar odpowiedzialności za los świata pracy zdaje się
przenosić na drugą półkulę.
Wydarzenia ostatnich lat i miesięcy, szczególnie
bezprecedensowe zaktywizowanie się
światowego ruchu antyglobalizacyjnego – którego zwieńczeniem było
Światowe Forum Społeczne, jakie odbyło się w dniach 25 – 30 stycznia 2001 roku
w brazylijskim mieście Pôrto Alegre – wskazują, iż
widmo sprawiedliwości społecznej krąży nad Ameryką Łacińską i stamtąd
promieniuje na resztę świata.
Nieprzypadkowo.
Ameryka Łacińska ma bowiem najdłuższą kartę w walce z jankeskim
liberalizmem, wspieranym przez dzielnych chłopców z CIA i US Marine. Historia
krajów tego regionu, wybijających się na niepodległość najpierw spod
kolonializmu hiszpańskiego i portugalskiego, a potem neokolonializmu
gospodarczego Stanów Zjednoczonych, to jedyna w swoim rodzaju lekcja budowy społeczeństwa
sprawiedliwości społecznej . Lekcja, o której my, mieszkańcy wschodniej Europy,
wiemy w dalszym ciągu niewiele.
Początek XX wieku w krajach Ameryki Łacińskiej to
umacnianie się wpływów wielkoobszarniczej oligarchii burżuazyjnej, wspieranej
finansowo i militarnie przez rząd USA oraz amerykańskie megakoncerny, które w
zamian za oddanie w ich ręce całego przemysłu wydobywczego i przetwórczego
regionu pomagały w utrzymaniu się przy władzy krwawym i bezwzględnym
dyktatorom. Zdesperowane wyniszczającą całe populacje polityką marionetkowych
reżimów, społeczeństwa krajów, pogardliwie nazywanych „republikami bananowymi”,
co i raz chwytały za broń.
Najsłynniejsze rewolucje to oczywiście demokratyczna
chilijska oraz kubańska i nikaraguańska, ale można bez zbytniej przesady
powiedzieć, iż nie ma państwa na tym ogromnym kontynencie, w którym nie byłoby
masowych protestów, zbrojnych wystąpień partyzantki miejskiej i wiejskiej,
rewolucji i przewrotów właśnie w imię sprawiedliwości społecznej.
Trudno się zresztą temu dziwić, gdyż
nagromadzenie kontrastów społecznych jest w Ameryce Łacińskiej
nieprawdopodobne. Dość wspomnieć, że właścicielami 90% całej ziemi w Brazylii
jest 10% najbogatszych obywateli, których dochody w porównaniu z resztą
Brazylijczyków są jak jeden do wielu tysięcy.
...
(...) Jednym z głównych celów
Stowarzyszenia, a także forum w Pôrto Alegre, jest reforma
Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, aby z instytucji
służących de facto najbogatszym, jako egzekutorowie długów, stały się
promotorami rozwoju najuboższych państw.
Opłakane skutki działalności instytucji z Bretton
Woods widoczne są również w Polsce. Masowe bezrobocie, rygorystyczna polityka
monetarystyczna, pogłębiająca w szalonym tempie rozwarstwienie dochodów ludności,
a przede wszystkim całkowite finansowe uzależnienie od zagranicznych
wierzycieli (szczególnie od Stanów Zjednoczonych) – to znak rozpoznawczy
działalności MFW i Banku Światowego na całym świecie. Niezwykle chętnie
przyznawały one bowiem kredyty skrajnie prawicowym juntom wojskowym, wiedząc
doskonale, że gros pieniędzy idzie nie na rozwój gospodarczy, ale na łapówki i
zakup uzbrojenia. Dla przykładu – dług Argentyny w 1976 roku, kiedy doszło tam
do wojskowego zamachu stanu, wynosił 8 miliardów dolarów. 7 lat krwawych rządów
wojskowych pozostawił demokratycznemu rządowi dług w wysokości... 60
miliardów! Podobnie było w Brazylii i w
znakomitej większości krajów regionu, które przeszły przez mękę wojskowych dyktatur, hojnie wspieranych przez
rząd USA i uległe wobec niego międzynarodowe instytucje finansowe. A długu
zaciągniętego na ich warunkach nie sposób spłacić. Próbował tego Meksyk. W latach 80., będąc
„winnym” 100 miliardów dolarów, spłacił je kosztem potwornego spadku stopy życiowej swoich
obywateli i rujnacji gospodarczej kraju. Tyle, że po spłaceniu dług nadal
wynosił... 100 miliardów.
Nie chodzi bowiem o pieniądze, ale o to, by za ich
pomocą całkowicie podporządkować sobie dany
kraj. Obecnie połowa Meksykanów żyje poniżej minimum biologicznego, zaś
człowiek kontrolujący rynek kukurydzy jest miliarderem. Po pól wieku trwania amerykańskiego
„protektoratu” nad Brazylią raport ONZ z 1989 roku umieścił tę jakoby „cudowną
krainę” na tym samym miejscu co... Albanię.
Okazało się po raz kolejny, że neoliberalizm służy tylko nielicznym,
którzy bogacą się kosztem postępującej
pauperyzacji większości społeczeństwa.
...
Dla liberałów bowiem to nie równość czy sprawiedliwość społeczna stanowią o
demokracji. Jak stwierdził guru neoliberalizmu Milton Friedman – to zysk
stanowi esencję demokracji, każdy zaś rząd stosujący praktyki antyrynkowe jest
niedemokratyczny, chociażby się nawet cieszył poparciem społecznym (Kapitalizm
i wolność).
...
Takie właśnie neoliberalne rozumienie demokracji kazało liberałom z Friedmanem
na czele poprzeć obalenie w 1973 roku legalnie wybranego prezydenta Chile
Salvadora Allende i służyć przez lata krwawej, ale „prorynkowej”, juncie
Pinocheta.
(...) Zdają sobie z tego sprawę również
parlamentarzyści europejscy. Ci spośród z nich, którzy uczestniczyli w
Światowym Forum Społecznym w Pôrto Alegre, uchwalili
deklarację. Czytamy w niej m. in.:
„(...)
Włączamy się w szczególności do bieżących kampanii wymierzonych
przeciwko niemoralnym mechanizmom zadłużenia..., opodatkowania spekulacyjnych
ruchów kapitału..., wyrugowania rajów fiskalnych, głębokiej reformy Światowej
Organizacji Handlu i międzynarodowych organizacji finansowych, dotrzymywania
zobowiązań ekologicznych... W obliczu
mnożących się układów o wolnym handlu i narastającej swobody, przyznawanej
kapitałowi kosztem praw socjalnych i wymogów ekologicznych, pragniemy działać
na rzecz poszanowania... Odrzucamy
merkantylizację i prywatyzację dóbr i służb publicznych mających na celu
zaspokajanie podstawowych potrzeb ludzkości. W związku z tym utworzymy
Międzynarodową Sieć Parlamentarzystów, która będzie miała za zadanie
koordynację wystąpień w tych sprawach na forum naszych zgromadzeń w celu
zapewnienia skuteczniejszego wsparcia działań ruchów społecznych i
obywatelskich i uczynienia z nich uprzywilejowanych partnerów naszych
zgromadzeń we wspólnych z nimi rozmyślaniach nad rozwiązaniami alternatywnymi.
Uczynimy tak, ponieważ wierzymy, że inny świat jest możliwy”13.
Ja również wierzę w to, że inny
świat jest możliwy. Nie wiem jednak, czy on nastąpi. Jestem natomiast
przekonany, że jeśli społeczności nie
jakiegoś biednego kraju czy kontynentu, ale całego świata nie uda się w solidarnym wysiłku powstrzymać
neoliberalnej globalizacji, w wyniku której biedni stają się jeszcze
biedniejsi, a zyskują jedynie najzamożniejsi, wtedy ideał, sprawiedliwości społecznej będzie jedynie
pustym i niewiele znaczącym hasłem historycznym, a świat stanie się nie do zniesienia.
----------------------
Stefan
Zgliszczyński – ur. 1967. Absolwent filozofii Uniwersytetu
Warszawskiego i podyplomowej Szkoły Nauk Społecznych PAN. Publicysta, redaktor
pisma „Lewą Nogą”, współpracownik European Center for Research and action on Racizm and Antisemitism – autor
opublikowanych raportów o Polsce za rok 1997 i 1998.
Autor wywiadu-rzeki
z Piotrem Ikonowiczem Pracy i chleba (Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa
2000).
----------------------------------------------------------------------------------------
Piotr
Krasucki
Społeczno-ekonomiczne
uwarunkowania zdrowia ......... 223
Nie trzeba chyba tłumaczyć, czemu w publikacji o
wyraźnie lewicowym charakterze nie mogło zabraknąć tego rozdziału.
Światowa Organizacja Zdrowia w swej konstytucji
przyjęła następującą definicję:
„Zdrowiem nazywamy nie tylko brak choroby czy też niedomagania, lecz
stan dobrego samopoczucia fizycznego, psychicznego i społecznego”.
...
Bez względu bowiem na to, jakie znaczenie nadamy pojęciu „zdrowie”, poziom
zdrowia jednostki zależny będzie od:
- jej wyposażenia genetycznego,
- dostępnego dla niej poziomu warunków
zdrowotnych,
- stylu jej życia,
- możliwości korzystania przez nią z
usług systemu opieki zdrowotnej i
sprawności tego systemu.
W wielu publikacjach, w tym także uznawanych za
naukowe, a pojawiających się w Polsce w ostatnich latach, przypisuje się tym
uwarunkowaniom liczby, mówiące w jakim stopniu każde z nich tę odpowiedzialność
ponosi. Autorzy tych tekstów pouczają nas nieustannie, że „nasze zdrowie jest w
naszych rękach” i w przeważającej mierze zależy od wybranego przez nas stylu
życia. Tak jest może wśród należących do klasy średniej obywateli bogatych
państw zachodnich. Aby bowiem prowadzić właściwy styl życia, po pierwsze - musi
nas na to stać, po drugie – muszą w ogóle istnieć warunki taki styl życia
umożliwiające.
Eksperci Światowej Organizacji Zdrowia do warunków zdrowotnych zaliczyli:
- stan zdrowia i zaopatrzenia w żywność,
- warunki mieszkaniowe,
- stan zaopatrzenia w odzież,
- poziom wykształcenia,
- sytuację na rynku pracy,
- warunki pracy,
- możliwość korzystania ze środków
łączności i komunikacji,
- ilość czasu wolnego oraz możliwości
wypoczynku i rozrywki,
- rozmiary i strukturę spożycia
zbiorowego,
- system zabezpieczenia społecznego,
- możliwość korzystania z praw i swobód
obywatelskich.
Z analizy poziomu poszczególnych warunków życia w
naszym kraju wynika, że mimo znacznej poprawy w ciągu ostatnich 50 lat dla
niektórych są one nadal i bezwzględnie, i relatywnie niskie. Przyjrzyjmy się im
po kolei.
Co się tyczy odżywiania...
W odniesieniu do warunków mieszkaniowych...
Dramatycznie prezentuje się sytuacja na rynku pracy.
Rośnie bezrobocie...
Warunki pracy...
Polska nadal wlecze się w ogonie Europy w
odniesieniu do problemów komunikacji i łączności.
Fatalnie przedstawiają się możliwości wypoczynku,
regeneracji sil i rozrywki. Wynika to...
Światowa Organizacja Zdrowia jako jeden z
podstawowych swoich celów wymieniła „równość szans zdrowotnych wszystkich
ludzi”. Implikuje to przyznanie spożyciu zbiorowemu należnej mu wysokiej rangi.
Jednakże nasza transformacja ustrojowa potraktowała spożycie zbiorowe jako
relikt „realnego socjalizmu” starając się skutecznie zlikwidować to, co było
jedną z nielicznych zalet tego systemu.
...
(...) A Unia Europejska w ostatnich
latach zdrowiu i jego uwarunkowaniom poświęciła wiele uwagi. Typowym przykładem
kierunku działania, tradycyjnie przyjmowanego przez nią w dziedzinie opieki zdrowotnej, jest
zalecenie Rady Ministrów UE z 1992 roku, z którego wynika, że kraje
członkowskie powinny:
...
Zanim przejdziemy do uwag o sytuacji w naszym kraju, warto przypomnieć, że już
przed 10 laty Mackenbach (1991) zwracał uwagę na „ogromną dysproporcję między
wzrostem wydatków na ochronę zdrowia a osiągniętymi rezultatami”.
...
Z pewnością wszyscy mamy „jednakowe żołądki”, ale z taką samą pewnością rzekome
solidarnościowe rządy dążą do pogłębienia nierówności w dochodach w coraz
większym stopniu.
Ze względu na ubóstwo naszego kraju...
Z tego punktu widzenia – choć nie tylko z tego – wszelkie dalsze próby
ograniczania redystrybucji dochodów oraz ograniczanie ich repartycji grożą
drastycznym pogłębieniem nierówności w zdrowiu.
(...) Nędza i brak wykształcenia są
decydującymi determinantami złego stanu zdrowia.
...
Sytuacja w Polsce nie skłania do optymizmu.
...
----------------------
Piotr Krasucki – ur. 1932. Ukończył Akademię Medyczną w Łodzi w roku
1954, a w 1972. uzyskał stopień doktora nauk
medycznych. Pracował w Instytucie Medycyny Pracy w Łodzi, a następnie jako
lekarz przemysłowy w Stołecznej Przychodni Przemysłowej. W latach 1980-1990 był
ekspertem Komisji Krajowej NSZZ Solidarność, a w latach 1990-1992 – doradcą
prezesa ZUS.
Autor 10 publikacji książkowych i ponad 200 artykułów w czasopismach fachowych.
------------------------------------------------------------------------------------
Jerzy
Wiatr
Lewica
wobec wyzwań edukacyjnych ......... 251
Powszechne przekonanie, że edukacja stanowi
podstawowy problem społeczeństw na progu XXI wieku, nie powinno przesłaniać
tego, że pomiędzy głównymi nurtami politycznymi istnieją głębokie różnice w
pojmowaniu zadań edukacyjnych, przed którymi stoimy obecnie. Trzeba więc wyjść poza to, co powszechnie
akceptowane, i rozważyć, na czym polega – lub powinna polegać – lewicowa strategia działań
edukacyjnych.
Myśląc o takiej strategii, należy zdać sobie sprawę
z kilku okoliczności czyniących każdy
program edukacyjny, realizowany w najbliższych latach w Polsce, znacznie
trudniejszym niż w krajach od nas zasobniejszych i rozwijających się bez
wielkich wstrząsów co najmniej od kilku pokoleń. Jeśli mając na myśli zamożne
społeczeństwa zachodnie, takie jak brytyjskie, Anthony Giddens postuluje inwestowanie
w kapitał ludzki jako rzecz najważniejszą dla rozwoju kraju i zapewnienia
ludziom niezamożnym ekonomicznego i społecznego bezpieczeństwa1, to
tezy te są jeszcze bardziej prawdziwe w kraju, który musi dokonać wielkiego
wysiłku, by zmniejszyć dystans dzielący go od najbardziej zaawansowanych.
...
(...) Strategia edukacyjna lewicy musi
podjąć pięć wielkich wyzwań.
Po pierwsze: trzeba doprowadzić do tego, by jakość kształcenia odpowiadała
rosnącym wymaganiom współczesnego
świata.
Po drugie: trzeba tak przebudować system
edukacyjny, by sprzyjał on wzrostowi gospodarczemu, w szczególności zaś – by
ułatwiał znajdowanie pracy na szybko zmieniającym się rynku.
Po trzecie: trzeba stworzyć warunki
takiego rozwoju szkolnictwa wyższego, by było ono w stanie w sposób ciągły
zwiększać udział ludzi z wyższym wykształceniem w społeczeństwie i by mogli oni
lepiej spełniać funkcję podstawowej bazy instytucjonalnej dla rozwoju nauki.
Po czwarte: trzeba przełamać tendencję
do podnoszenia barier społecznych w dostępie do edukacji, szczególnie na
poziomie wyższym.
Po piąte: trzeba zbudować szkołę
demokratyczną, wolną od wszelkich ideologicznych fanatyzmów, tolerancyjną i
otwartą na różnorodność, gdyż taka
szkoła jest trwałym fundamentem demokratycznego państwa.
...
Edukacja
nowoczesna ........ 256
Od dawna istnieje u nas zrozumienie potrzeby takich
zmian w oświacie, których wynikiem powinno być unowocześnienie i podniesienie
poziomu polskiej szkoły. (...)
...
(...) Korzystając z pojawiania się mniej
licznych roczników uczniów szkół podstawowych należałoby poprawić warunki pracy
nauczycieli (a zarazem warunki uczenia się dzieci) przez zmniejszenie liczby
uczniów przypadających na klasę. Zdecydowanie natomiast odrzucić należy pomysły
zmierzające do redukcji liczby nauczycieli dla uzyskania oszczędności. Redukcja taka to nie tylko pozbawienie szkół
wartościowej kadry, ale także uniemożliwienie młodzieży studiów na kierunkach
nauczycielskich.
Nasza ponad półmilionowa armia nauczycieli to wielki kapitał ludzki.
Należy go lepiej wykorzystywać. Zwłaszcza na wsi i w małych miasteczkach
nauczyciele powinni i mogą być pionierami rozwoju kulturalnego. Wymaga to
jednak stworzenia im dogodniejszych warunków życia i pracy.
Edukacja
na rynku pracy ........ 260
Jedną z głównych słabości polskiej oświaty
odziedziczoną po poprzednim systemie jest niedostosowanie systemu szkolnego do
potrzeb rynku pracy.
...
Od kilku lat podejmuje się działania, aby ten stan zmienić.
...
Natomiast kluczowa sprawa to właściwe określenie roli liceum.
...
Sprawą zupełnie zaniedbaną w realizowanej obecnie polityce oświatowej jest
kształcenie dorosłych („kształcenie ustawiczne”). Zmieniające się wymagania na
rynku pracy, zarazem zaś szybki wzrost wiedzy powodują, że przygotowanie zdobyte
w szkole nie może już starczać na całe życie. W Polsce jednak kształci się
zaledwie 14% dorosłych, podczas gdy w innych krajach europejskich odsetek ten
jest co najmniej dwukrotnie wyższy.
...
Szkolnictwo wyższe na krawędzi kryzysu
........ 263
Po 1989 roku szybko wzrosła liczba studentów szkól
wyższych. Jeśli w 1989 roku studiowało w szkołach wyższych niespełna 12,9%
młodzieży w wieku od 19 do 24 lat, to w
roku akademickim 1999/2000 wskaźnik ten wynosił 36,9%, co zbliżyło Polskę w tym
względzie do sytuacji istniejącej w państwach Unii Europejskiej. Tempo wzrostu
proporcji ludzi z wyższym wykształceniem jest duże i trzeba to uznać za jedno z
osiągnięć okresu przemian demokratycznych.
Rozwój szkolnictwa wyższego dokonał się dzięki dwóm
jednocześnie zaistniałym okolicznościom. Uczelnie państwowe, uzyskawszy większą
samodzielność dzięki ustawie o szkolnictwie wyższym z roku 1990, ponad
dwukrotnie zwiększyły liczbę kształconych studentów. Drugą okolicznością był
rozwój sieci niepublicznych szkól wyższych.
Rozwój ilościowy szkolnictwa wyższego jest
zjawiskiem korzystnym, lecz trzeba z niepokojem
odnotować rosnącą dysproporcję między liczbą kształconych studentów, a
liczbą nauczycieli akademickich, zwłaszcza profesorów i doktorów
habilitowanych, a także zasobami naturalnymi uczelni. Nie podzielam jednak opinii tych krytyków,
którzy koncentrując uwagę na słabych uczelniach niepublicznych dowodzą, iż
rozwój ten odbywa się kosztem jakości. Trzeba dążyć do eliminowania edukacyjnej
tandety, ale trzeba też pamiętać, że występuje ona nie tylko w szkołach
niepublicznych. Dlatego konieczne jest
wprowadzenie sprawnego systemu powszechnej akredytacji dla niepublicznych szkól
wyższych. Konieczne jest także zwiększenie uprawnień ministra edukacji w
stosunku do tych uczelni, by mógł on skutecznie interweniować, gdy pojawią się
zjawiska patologiczne. Jednakże nawet poprawa przepisów sprawy w pełni nie
rozwiąże, gdyż problem podstawowy tkwi gdzie indziej.
Polskie szkolnictwo wyższe znajduje się na krawędzi
kryzysu kadrowego. Na emeryturę odchodzą
obecnie roczniki profesorów, którzy ukończyli studia i zaczynali karierę
akademicką w połowie lat pięćdziesiątych. Były to lata bardzo szybkiego wzrostu
liczby młodych pracowników naukowych. O asystenturę było łatwo, a płace asystenckie
– choć niskie - nie kontrastowały tak
ostro z zarobkami w innych dziedzinach, jak dzisiaj. W konsekwencji Polska
stworzyła wówczas liczną i przyzwoicie przygotowaną kadrę
pracowników naukowych. Obecnie to pokolenie odchodzi.
...
Perspektywy są niedobre. Szkoły wyższe nie skupiają dostatecznie licznych
zespołów asystentów...
...
Dotychczasowa polityka... ponosi fiasko...
...
To wymaga stworzenia lepszych warunków materialnych. Jest rzeczą nienormalną,
że najwyżej kwalifikowani specjaliści (a są nimi z pewnością profesorowie
wyższych uczelni) opłacani są gorzej niż średni personel administracji rządowej
czy samorządowej. W ostatnich latach dystans ten wzrasta, co musi odbijać się
na spadku atrakcyjności zawodu nauczyciela akademickiego. Prawdą jest, że spora
część środowiska nieźle sobie radzi dzięki podejmowaniu pracy poza państwowymi
szkołami wyższymi, w tym w uczelniach niepublicznych. Nie jest to jednak
sytuacja normalna, gdyż musi odbijać się na zmniejszonym zaangażowaniu. W
kwestii tej ani moralizowanie, ani nieprzemyślane pomysły administracyjnych
zakazów niczego nie załatwią. Radykalna poprawa warunków pracy nauczycieli
akademickich to jedno z pierwszoplanowych zadań państwa w zakresie edukacji.
Jak to osiągnąć?
...
Przełamywanie
barier społecznych .......
271
Od dłuższego już czasu obserwujemy niekorzystną
tendencję polegającą na tym, że rośnie wpływ pochodzenia społecznego na szanse
edukacyjne młodzieży. Dotyczy to zwłaszcza wykształcenia wyższego. Sprawa nie
jest nowa. Socjologowie sygnalizowali, że już w latach 70. wystąpiło zamykanie
się kanałów awansu społecznego młodego pokolenia, co ostro kontrastowało z sytuacją pierwszych dwudziestu lat
powojennej Polski7. Istotnym tego przejawem był szybki spadek
odsetka młodzieży robotniczej, a tym bardziej chłopskiej wśród studentów szkól wyższych.
...
Szkoła
obywatelskiego wychowania ........
278
W tradycji demokratycznej silnie zakorzenione jest
przekonanie, że szkoła powinna nie tylko uczyć, lecz także wychowywać
świadomego swych praw i obowiązków obywatela.
Jednakże wychowawcza rola naszej szkoły znalazła się w dużej mierze na
marginesie działań edukacyjnych, na co złożyło się wiele okoliczności. Reakcją
na nadmierne upolitycznienie szkoły w okresie PRL było częste uciekanie od
tematyki społecznej czy politycznej. To samo wynikało z faktu, że wielu
nauczycieli nie potrafiło odnaleźć swego miejsca w warunkach, gdy na polityce
państwowej zaciążyły ideologiczne pomysły obozu prawicy. Dotyczyło to zwłaszcza
interpretacji historii, a także widzenia zagadnień etycznych.
(...) W pierwszym rzędzie pamiętać należy, że szkoła państwowa jest instytucją publiczną,
a więc nie wolno jej upowszechniać programu ideologicznego jakiegoś jednego
ugrupowania politycznego, choćby w wyniku demokratycznych wyborów znajdowało
się ono u władzy. Wychowawczy program szkoły państwowej musi być skupiony wokół
wspólnych wartości łączących obywateli demokratycznego państwa, takich jak
patriotyzm, poszanowanie dobra wspólnego, afirmacja praw i obowiązków człowieka
i obywatela, równość praw wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, szacunek i
życzliwość wobec innych narodów. Winien to być program neutralny
światopoglądowo, a więc oparty na uniwersalnych wartościach etycznych, nie zaś
na zasadach jakiejś określonej religii czy filozofii. Neutralność światopoglądowa szkoły państwowej nie oznacza, że winna ona stronić od
problematyki etycznej i światopoglądowej, oznacza natomiast, że szkole tej nie
wolno stawać się trybuną jednego światopoglądu.
Obywatelski charakter szkoły publicznej oznacza
także, że nauczanie – tam gdzie wkracza ono na grunt spornych problemów
politycznych – powinni respektować pluralizm polityczny naszego społeczeństwa.
Wzrost roli samorządów w prowadzeniu szkól powoduje,
że większe są obowiązki państwa w dziedzinie zapewnienia neutralności
światopoglądowej szkoły.
Do szczególnie ważnych zadań wychowawczych szkoły
należy wpajanie zasad szacunku i zrozumienia wobec innych narodów i wobec
wszystkich narodowości zamieszkujących nasz kraj. Przygotowując Polskę do
integracji z Unią Europejską musimy oczekiwać od szkoły, że potrafi rozszerza
horyzonty, pokazywać sąsiadów jako ciekawych partnerów, nie zaś odwiecznych
wrogów. To między innymi wymaga innego niż dawniej spojrzenia na przeszłość.
Mamy prawo być dumni z tego, co w naszych dziejach było walką o wolność, o
prawo narodu i jednostki. Nie powinniśmy jednak ukrywać przed sobą (a zwłaszcza
przed najmłodszymi rodakami), że nasza historia nie jest utkana z samych tylko
złotych nici. Trzeba, byśmy potrafili o niej mówić językiem nowoczesnych
Europejczyków, rozumiejących i szanujących się wzajemnie.
---------------------
Jerzy J. Wiatr – ur. 1931.
Socjolog: profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego. Wykładał w
Uniwersytecie Jagiellońskim i Wojskowej Akademii Politycznej oraz w Uniwersytetach w USA (Michigan
Uniwersity, Boston University, Southern Illinois University, University of
Kalifornia w Los Angeles), Kanadzie (University of British Columbia w Vancouver),
Wielkiej Brytanii (University of Manchester ) i Belgii (Katolicki Uniwersytet w
Leuven). Były prezes Polskiego
Towarzystwa Nauk Politycznych i były wiceprezydent Międzynarodowego Towarzystwa
Nauk Politycznych, od 2000 r. prezydent
Środkowo-Europejskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Redaktor Naczelny „Myśli
Socjaldemokratycznej”, dyrektor Instytutu Badań Społecznych i Międzynarodowych
Fundacji im. Kelles-Krauza (od 1998). Poseł na Sejm RP I, II i III
kadencji. W latach 1996-1997 minister edukacji narodowej. Jeden z członków założycieli SdRP, członek Prezydium
Naczelnej Rady SdRP (1993-1997), przewodniczący Rady Warszawskiej SdRP
(1991-1996). Obecnie członek SLD.
Opublikował ponad 30 książek oraz ponad 400 artykułów naukowych i rozpraw w
wydawnictwach krajowych i zagranicznych. Ostatnio wydane książki: Socjologia polityki
(1999), Socjologia wielkiej przemiany (1999) i Socjaldemokracja
wobec wyzwań XXI wieku (2000).
Uwagi, na marginesie (i nie tylko; do sytuacji... i
perspektyw)
Rozbawił mnie fragment „Okruchów
Dziennika” Mieczysława F. Rakowskiego (Przegląd społeczny
„dziś” nr 12/147 z grudnia 2002, str.
16). Jako, swego rodzaju, wstęp do dyskusji, postanowiłem go zacytować.
Anonimus
„Monolog konduktora pociągu pośpiesznego relacji Łódź-Warszawa,
wiernie spisany tuż po przybyciu do domu:
A, to pan. Poznałem, był pan premierem. Teraz jeszcze coś pan w
rządzie robi? Nie? Szkoda.
Panie, k...., ktoś powinien zrobić, k...., porządek. Niech pan spojrzy, k...., co oni z tą Polską zrobili. Rozkradli,
k...., wszystko. Panie, mówią, że
Gierek zadłużył Polskę. Co ten Gierek zbudował!!! Fabryki, szkoły, przedszkola, drogi, a oni
co? Co,
k...., zbudowali? Nic, k.... Sprzedali za grosze wszystko, co
Gierek zbudował. Wszyscy mieli pracę,
k...., a teraz co? Złodzieje, k.... Zobaczy pan, zrobią kilka procesów, ale,
k...., wszystkich ich nie posadzą. Będą oszczędzać swoich, bo oni, k....,
wszyscy się nakradli. Panie, k...., nie tylko ci od Krzaklewskiego. Ci, którzy teraz rządzą, też, k...., nie są
lepsi. Panie, jakich to czasów dożyliśmy.
K...., żyć się nie chce. A co oni , k...., z tym Jaruzelskim wyrabiają? Po sądach wspaniałego człowieka ciągają.
K...., co to za kraj. Po co jest
to im, k...., potrzebne? Panie, czym to się wszystko, k...., zakończy? No, życzę panu zdrowia. Niech ich wszystkich, k...., szlag trafi.
I odszedł. Sądząc po wyglądzie, ma nie
więcej niż czterdzieści parę lat.”
---------------
Komentarz (maj 2004)
„Człowiek • Rynek • Sprawiedliwość”
Ogólnie
Człowiek? -
Jest!
Rynek? - Niby jest!
Sprawiedliwość? - Rzecz umowna!
Człowiek! - Jest. Jaki jest – taki jest.
Lepiej, żeby był lepszy, ale nie jest.
Żeby był lepszy, Pan Bóg zarządził
kiedyś „Potop”. Metoda
radykalna! Na jak długo pomogła? Co teraz zarządzić? Podobno, dla kawału, ktoś na urzędowych drukach (skąd je wziął?),
pod adresami „pijaczko-cwaniaczków” wysłał wezwania, żeby się stawili w celu
uśpienia, jako osobniki szkodliwe, zabierając ze sobą „miskę na prochy”, a przed
stawieniem się czysto umyli nogi. Podobno
nawet niektórzy się przestraszyli! Jak
postraszyć większych cwaniaczków, którzy
nawet autentycznego prokuratora nie za bardzo się boją? Jak postraszyć jeszcze większych i mądrzejszych cwaniaków, którzy formalnie
niczego nie naruszają, a jedynie wykorzystują „luki”? Jak postraszyć tych, którzy rwą się do
władzy, nie będąc do niej przygotowani?
Co zrobić z ludźmi dobrej wiary, nawet dobrze przygotowanymi do pracy,
dla których po prostu pracy nie ma; nie z ich winy, bo ją zabrała konkurencja, technika, polityka i coś tam jeszcze. Jak zapewnić choć jako
tako godziwe warunki życia dla
„odrzuconych”, „niepotrzebnych”, mniej zdolnych-zaradnych, starych, chorych? Natura przyroda,
gdyby homo sapiens się nie wtrącił, sama by sobie z tym wszystkim poradziła.
Nie byłoby nas na świecie kilka
miliardów, tylko, co najwyżej, kilkanaście/kilkaset milionów, i wszystkim
byłoby „dobrze”, nawet tym, co byłoby źle, bo by nie wiedzieli, że jest im źle,
tylko myśleli, że tak musi być, jak jest,
i jest im dobrze. Co teraz?
Czy zginiemy w ogóle jako gatunek, czy jedynie będziemy musieli
rozpoczynać „wszystko od początku”. A może są i inne rozwiązania?
Rynek - gospodarka rynkowa. To są pewne filozofie
działań, dość zresztą różniące się między sobą, w których rynek odgrywa zasadniczą rolę, „wolny rynek” jest
„naczelnym hasłem” (przeważnie: „wolny, ale...”), a
„niewidzialna ręka rynku” pewną przenośnią, którą w każdym razie nie
wolno traktować, że wszystko za wszystkich załatwia, a państwo może „umyć ręce”
od całej gospodarki, ograniczając się do stanowienia ogólnych przepisów prawa,
nakładania podatków i finansowania z
budżetu tyle, na ile starczy, a na ile starczy, to już siła wyższa.
Realny socjalizm „przegiął” z planowaniem i centralnym sterowaniem. Metody
i techniki ekonomiczne też zawiodły. Zawiodła również informacja
gospodarcza. Za dużo scedowano na
„doktrynę” i (niechcący) na biurokrację,
za mało na prawdziwą, praktyczną fachowość.
Kapitalizm, głosząc wolny rynek, nie był taki naiwny,
i tam, gdzie mu wolny rynek odpowiadał, „to i owszem”, a „gdzie nie, to nie”.
Nie stronił on także on planowania, ale nie tak doktrynalnie, jednolicie,
biurokratycznie i bezkrytycznie. Państwa
kapitalistyczne, przynajmniej te najsprawniejsze, wcale nie „umywały rąk od
gospodarki”, i tam gdzie trzeba, pomimo głoszonych wolności, potrafiły bardzo
skutecznie swoją gospodarkę wspierać.
Trudno się zresztą temu dziwić
ani mieć za złe, chyba że ktoś w niezbyt zbożnych celach, czyimś
kosztem, nadużywał siły.
Słynne hasło: „jak najmniej państwa w gospodarce” jest całkiem mądre, gdy państwo jest głupie,
a głupie, gdy państwo jest mądre. Indywidualny interes
gospodarczy wcale nie zawsze musi przekładać się na interes ogółu. Wzrost gospodarczy liczony w PKB, wcale nie zawsze, ani teraz, ani nigdy, nie
musi przekładać się na spadek bezrobocia, wzrost dochodów ludności itp. Po prostu technika i organizacja coraz więcej
zastępują ludzi, jako bardziej efektywne, wygrywające na rynku
konkurencji. Masy
ludzkie, pod warunkiem, że mają pieniądze, są jeszcze potrzebne jako nabywcy,
jednak coraz mniej jako pracownicy.
Pytanie, skąd nabywcy mają mieć pieniądze, jeśli ich za mało mają, zbyt mocno
jeszcze nie pada. Jeśli w końcu padnie, też nie wiadomo, jaka może paść
odpowiedź? Może paść, że „coś trzeba
zrobić, żeby mieli, że to jest w naszym
interesie, abyśmy mieli komu sprzedawać”; albo i taka: zmieniam działalność na
taką, w której mam opłacalny zbyt lub nie przegram z konkurencją. Reszta – to
nie mój problem. Nie chcę go nawet znać, bo mam wrażliwe serce, a na
filantropię dla wszystkich mi nie wystarczy.”
Obawiam się, że powagę sytuacji i konieczność mądrych
i dalekosiężnych działań zaradczych nie w pełni doceniają nawet zwolennicy
„społecznej gospodarki rynkowej”.
Osobiście, o wiele większą nadzieję na
rozum pokładam we władzach unijnych niż wyłącznie polskich. Nawet biurokrację mają o wiele sprawniejszą i
mądrzej wykorzystywaną, choć pewne rzeczy mogą śmieszyć. Z drugiej strony, to co nas śmieszy, albo
irytuje, może, czasami, być celowe, nie
tylko w interesie konsumentów i jakości,
ale także dlatego, żeby konkurencja nie miała za „lekko”.
Sprawiedliwość! – Nie wiem
co napisać!
Anonimus
----------
Trochę później
Chyba bez względu na to, jak się potoczą dalsze
losy Kraju, jakieś 10-20 % społeczeństwa zawsze jakoś sobie poradzi, nawet może
dobrze sobie poradzi. Co z resztą? Chciałbym wierzyć politykom, mieć zaufanie do
ich kwalifikacji i dobrych intencji, ale, ... nie warto się denerwować.
Postanowiłem więc, nieco z filozoficznym spokojem, specjalnie się w to nie
angażując, zaprezentować fragmenty z kilku wybranych pozycji
publicystycznych. Na „pierwszy ogień”
pójdą:
Załgane prawdy. Politycy,
biznesmeni i media kłamią, bo muszą.
Forum nr 46 (15.11. –
21.11.2004).
Załgane prawdy warto przeczytać
chociaż w kontekście Wieku propagandy
i Tajników sterowania ludźmi (poz. 97
i 27 prezentowanej literatury). Kiedy ludzie kłamią, bo muszą, a kiedy, bo chcą i dlaczego
chcą, można chyba napisać
„całe tomy” i chyba
bardzo dużo już ich napisano. Na pewne
usprawiedliwienie polityków można powiedzieć, że trudno, w polityce,
posługiwać się tylko prawdą, pełną prawdą, z przyczyn tak oczywistych w
polityce (i w walce politycznej), że aż szkoda czasu je rozwijać. Jak
na tym wychodzą zwykli ludzie? Jak przeciwdziałać, żeby nie wychodzili źle, a mówienie nie pełnej prawdy nie przekraczało granic przyzwoitości? Znowu by trzeba sięgnąć do rozważań o naturze
ludzkiej, edukacji, organizacji zarządzania, dostępu do informacji, grach
interesów, dominujących doktrynach itd.
Nie wiem w ogóle, co dalej powiedzieć.
Anonimus
Załgane prawdy
Politycy, biznesmeni i media,
kłamią, bo muszą
Powiem
prawdę,
całą prawdę
i tylko prawdę
Politycy kłamią jak najęci.
Media łżą jak psy. Biznesmeni odwracają kota ogonem.
Przyszło nam żyć w czasach, w których tak naprawdę liczą się tylko kłamstwa.
Observateur
Na początek podgrzejemy nieco atmosferę.
Spróbujmy wytropić kilka
kłamstw, które pojawiły się w serwisach informacyjnych w ostatnich dniach.
Kiedy przy lekturze gazet naszła nas ochota, żeby uszczypnąć się i upewnić, czy to aby nie sen? Gdy George Bush ogłosił... Gdy
wyszło na jaw że Grecja
fałszowała dane...
Kiedy Nicolas Sarkozy poparł jakoby... Gdy amerykański kolarz...
Kiedy francuski wysłannik...
Szczyt
manipulacji
Nie trzeba więcej przykładów. W polityce, ekonomii, sporcie,
show-biznesie – kłamstwo
wszędzie aż bije w oczy.
Nic nowego pod słońcem –
westchną ludzie o filozoficznym usposobieniu. Bo niestety oszustwo jest obecne
w każdym miejscu i czasie, a jego apogeum przypadło po raz pierwszy na okres zimnej wojny, gdy w ZSRR produkcję kłamstwa rozwinięto na skalę przemysłową. Nie szkodzi. W tej dziedzinie, podobnie jak w
wielu innych, nasza epoka weszła w stadium postindustrialne. Kłamstwo – niegdyś demonizowane – stało się orężem jak każdy
inny w wojnie komunikacyjnej. Dziś jest ono wytwarzane
metodami naukowymi przez ludzi reklamy, doradców do spraw wizerunku, rzeczników
prasowych i adwokatów...
Weźmy taki biznes. Kierownictwo
Parmalatu przez lata ogłaszało wyssane z palca rachunki księgowe, oczyszczając w tym samym czasie konta
jednego z największych
europejskich przedsiębiorstw
agroprzemysłowych. Dokładnie to samo robili prezesi Enronu w
Stanach Zjednoczonych, a prezes Jean-Marc Messier tworzył złudną potęgę koncernu Vivendi Universal. Co się tyczy szefów Shella, największej w Europie kompanii naftowej, to
oszukiwali oni rynki, zawyżając stan posiadania surowca.
W polityce tradycyjna mowa-trawa
ustąpiła pola coraz
prymitywniejszym kłamstwom! Czyż prezydent Jacques Chirac... Więc dlaczego zachował
potem dziwne milczenie... No i czy ze swej strony premier Jean-Pierre
Raffarin...
Patologiczne łgarstwa
Ale oczywiście szczytowym osiągnięciem tego gatunku była wojna w Iraku. Jej
uzasadnienie to przejaw gigantycznej manipulacji ze strony administracji Busha
i jego armii spin doctorów. (...)
A co robiły amerykańskie media trzymane w garści przez wielkich gigantów... (...)
Skutkiem powszechnej
choroby kłamstwa jest zanik społecznego zaufania,
bez którego demokracja nie działa.
A przecież zarówno demokracja jak i
liberalny kapitalizm nie mogą funkcjonować bez zaufania, czyli bez prawdy. Kiedy kłamstwo wykracza poza sferę prywatną, w rękach ludzi władzy, mistrzów i gwiazd , staje się bronią masowego rażenia. Niszczy wiarę w rekordy, osiągnięcia, przyjaźń, obietnice, motywacje i
wyniki.
Paradoksem tej epoki kłamstwa jest fakt, że nasze społeczeństwa jeszcze nigdy nie deklarowały tak daleko posuniętego przywiązania do przejrzystości i nigdy
nie tonęły w takiej
powodzi fałszu.
Wciskacze kitu
Już od momentu ujawnienia skandali polityczno-finansowych
z końca lat 80. było wiadomo, że kredyt zaufania do polityków został mocno naruszony... (...)
Rozdźwięk między biznesowym żargonem a rzeczywistością osiąga absurdalną skalę. Fale masowych zwolnień, ułuda nowej ekonomii, krach bańki finansowej,
a od niedawna także obsesja przenoszenia miejsc pracy za granicę – to wszystko się z tym wiąże. A wielcy szefowie, wyposażeni
w swoje złote
spadochrony, są coraz częściej
postrzegani jako wciskacze kitu.
Wszystkie „ciała pośredniczące” uległy osłabieniu. Oczywiście system edukacji...
Ale także wymiar sprawiedliwości...
A nawet związki zawodowe... – Pojawiła się głęboka niezgodność między społeczeństwem i jego przedstawicielami. Stąd ogólny brak zaufania i poczucie, że fałsz rozlewa się na wszystko, gdy zauważymy jedno
kłamstwo – wyjaśnia socjolog Michel Maffesoli. Skutkiem tej podejrzliwości jest oczywiście absencja w
wyborach.
Jak zatem załatać starą umowę społeczną?
(...) „Od
jutra już nie będziemy kłamać” – obiecują podejrzliwym społeczeństwom. Ale problem w tym, że obietnica
zostaje natychmiast złamana.
Szczera gadka
Z konieczności, jak też z wyrachowania. Przypomnijmy. (...)
Czym się różni dyktatura od demokracji?
W dyktaturze mówią same kłamstwa,
a w demokracji tylko nieprawdę.
Kłamcy na naszą miarę
Nasz atak na kłamstwo opiera się w rzeczywistości na wielkiej hipokryzji. „Kłamiemy, abyśmy byli lubiani” – pisze Kant.
Ale lubimy także być okłamywani.
Wielkie zbiorowe oszustwa są dla nas użyteczne: przynoszą ulgę, gdy dręczą nas wyrzuty sumienia. (...)
Czyż nie wolimy kłamcy, który jest do nas podobny, jest człowiekiem na naszą miarę, niż bezkompromisowego moralisty? Jak
inaczej wytłumaczyć
polityczne sukcesy osób w przeszłości skompromitowanych? (...)
Obnażanie kłamstwa, z którym inteligencja nie może się pogodzić, jest dziełem rozumu. Tymczasem w większości przypadków, jeśli zgoła nie zawsze, emocje przeważają nad rozumem.
(...)
Salvain Courage ©
Le Nouvel Observateur, 7.10.2004
Chorzy na fałsz
Obsesja przejrzystości życia publicznego to największe zagrożenie naszych czasów.
Rozmowa z filozofem Alainem Etchegoyenem i socjologiem MichelemMaffesoli.
Observateur
Dlaczego obywatele czują się dziś tak bardzo okłamywani (przez rządy, firmy, media...)?
Alain Etchegoyen:
Demokracji zawsze zagraża kłamstwo; ten ustrój „choruje na kłamstwo”. (...)
Michel Maffesoli: Od dwóch dziesięcioleci widzimy bardzo duży rozziew między elitą (tymi, którzy mają prawo mówić) oraz ludem (czyli tymi, którzy takiego
prawa nie mają). To globalny kryzys przedstawicielstwa... (...)
(...)
-------------------
Dla odprężenia od spraw poważnych, dodaję także trochę tytułów o „kłamstewkach”
w sprawach towarzyskich (To same
Forum, str. 35-37.). Na cytowanie fragmentów – szkoda mi czasu. Chciałem tylko zauważyć, że „popyt stwarza podaż”, a jak
konkurencja w podaży jest duża, a konsumenci niezbyt wybredni, to czasami
stosuje się „chwyty” pod
ich gusty. To dotyczy także polityki i gospodarki. Rzeczowi-nudni,
prawdomówni przegrywają. Barwni,
schlebiający gustom - wygrywają, a
publiczność się dziwi, że politycy i media kłamią lub ubarwiają, nawet bez specjalnie złych intencji: zwykła konkurencja o pewny, zwykle przeważający
typ słuchacza/widza. Jak
oddzielić „rozrywkę” od spraw poważnych? Albo – jak barwnie i
przekonywująco mówić
niemiłe prawdy?
Anonimus
Gwiazdy wyssane
z palca
Plotkarskie gazety
codziennie drukują sensacje i skandale o gwiazdach filmu i estrady.
Dziennikarze zaczęli już wymyślać niestworzone historie, by zaspokoić popyt ze strony wydawców i
czytelników. Gdyby istniała Nagroda Nobla za oszustwo prasowe, szwajcarski reporter Tom
Kummer dostałby ją jako pierwszy.
DER SPIEGEL
------------------------------
Kilka
miesięcy temu Tom
Kummer...
(...)
Podpalacz muru
(...)
Postać z
Dostojewskiego
(...)
Do łóżka z Sharon
Stone
Bajery
Toma Kummera nawet Sharon Stone zapędziłyby do jego łóżka...
a Russell Crowe nie odmówiłby mu drinka.
Byliśmy magikami
(...)
Sport, którego nie ma
(...)
W labiryncie kłamstw
(...)
Reporter Kummer wykołował wszystkich,
bo jak nikt umiał nadawać kłamstwom pozory prawdy.
(...)
A Osang © Der Spiegel, distr.by
NYT Synd, 27.09.2004
----------
Poważnie
Poważnie to chciałem jedynie powiedzieć (po raz któryś,
i bynajmniej nie odkrywczy), że
przeciętny wyborca
przeważnie przegra z naukowymi metodami propagandy; że jeszcze łatwiej przegra (nawet tego nie zauważając),
jeśli naukowe metody propagandy będą wsparte odpowiednimi środkami (np.
opanowaniem mediów); że przemoc i prymitywna propaganda charakterystyczne dla
dyktatur okresów minionych, w demokracji zostały zastąpione bardziej subtelnymi metodami;
że przeciętny wyborca
jest porządnie skołowany
walką medialną, która o jego głos w wyborach się
toczy; że ma już tego wszystkiego dość; że sam zdaje sobie sprawę, że
często wybiera tylko mniejsze zło; że wcale nie ma pewności, iż nawet przy
wyborze mniejszego zła, nie jest zwyczajnie zwodzony; że wkrótce może sam
będzie żałował swojego wyboru itd. Chciałem
też powiedzieć
(także nic odkrywczego), że bardzo wielu potencjalnych wyborców w ogóle nie głosuje, bo nie widzi szans dokonania
racjonalnego wyboru, albo jest tak przytłoczona problemami życia codziennego i brakiem realnych perspektyw, że
przestała komukolwiek
wierzyć, łącznie z tym, że ich udział w głosowaniu może cokolwiek zmienić.
Coś trzeba zrobić, żeby
ludzie zaczęli wierzyć w fachowość i przyzwoitość zarządzających, i kolejny raz
się nie zawiedli! Czy to w ogóle, w
najbliższych latach, w Polsce jest możliwe? Co trzeba zrobić, żeby chociaż
miało realną szansę bycia możliwym?
d.c.n. (przynajmniej go planuję)
Anonimus
Dalszy ciąg komentarza/uwag
Do zagadnień „Człowiek •
Rynek • Sprawiedliwość” można podchodzić zarówno pod kątem poglądów lewicowych,
jak i prawicowych, pośrednich, czy jakichkolwiek innych. Trochę inaczej
zagadnienia wyglądają, gdy rozpatrujemy je „tak ogólnie”, nieco też inaczej,
gdy staramy się analizować bardzo konkretnie.
Zbliżają się kolejne wybory! Niektóre partie polityczne już prezentują w
Internecie swoje programy. Gdybym był bardziej kompetentny w sprawach
makroekonomicznych, to, „nie zawracając nikomu głowy” sam bym spróbował, coś na
wzór swojej „Prezentacji literatury”,
w jakimś oddzielnym zestawie zaprezentować i zestawić/porównać „Internetowe
programy partii politycznych”. Na pewno nie byłby to jakiś „ideał obiektywizmu i fachowości”, ale przynajmniej
próba nakłonienia do przemyśleń i analizy oraz ułatwienie późniejszej kontroli.
d.c.n. (prawdopodobnie)
Czerwiec 2005 r.
Anonimus
Załganych prawd – ciąg dalszy:
Łżą bo muszą
Dobre kłamstwo
to podstawa demokracji
FINANCIAL TIMES
Forum nr 40 (2.10. –
8.10.2006)
T E M
A T T Y G O D N I A
B
U N T M A S
Salon
bez podłogi
Są takie momenty w życiu narodów, kiedy
prymitywny populizm nie tylko nie szkodzi demokracji, ale wręcz jej pomaga. Czy
dzisiejsza Polska jest tego przykładem?
-
zastanawia się Klaus Bachmann.
Polski
rząd to zagadka. (...)
Rozkwit indywidualizmu
...
Awangarda ewolucji
...
KIEDY
ŚCIGA SIĘ Z SOBĄ DWÓCH
POLITYKÓW,
PRZEGRYWA TEN, KTÓRY MÓWI PRAWDĘ
Ofiary tego samego układu
...
Kiedy słabość jest cnotą
...
TO NIE
PRZYPADEK, ŻE NAJWIĘKSZE
NIEZADOWOLENIE
Z DEMOKRACJI WYSTĘPUJE W EUROPIE
ŚRODKOWEJ
Łamacze tabu
...
OSTRY
PODZIAŁ NA ZWYCIĘZCÓW I PRZEGRANYCH
BUDZI NAJWIĘKSZE
ROZGORYCZENIE W DAWNYM OSTBLOKU
(...)
Dr hab.
Klaus Bachmann,
wieloletni korespondent prasy niemieckiej w Polsce,
obecnie jako politolog wykłada w WSPS w Warszawie.
Autor kilku książek o integracji europejskiej
i stosunkach polsko-niemieckich: ...
T
E M A T T Y G O D N I A
B
U N T M A S
Jak
się robi kiełbasę wyborczą
Społeczeństwa Europy Środkowej mają wybór:
albo łykną kłamstwa establishmentu, albo dadzą się uwieść populistom
-
uważa Iwan Krastew, bułgarski politolog.
Najpilniej
strzeżoną tajemnicą Unii Europejskiej nie jest to, że wprowadzenie euro okazało się wielkim rozczarowaniem, lecz fakt, że nowa Europa przemyślała sprawę i ma dziś wątpliwości, czy demokracja to dla niej najlepszy system.
(...)
Wszyscy
mają powoli dość
Wschód jest zmęczony reformami, o czym
świadczą kryzysy polityczne w Polsce, Słowacji, Czechach i na Węgrzech. To
smutna wiadomość dla strefy euro.
Financial Times
Kiedyś
widok dziesiątek tysięcy wschodnich
Europejczyków demonstrujących przeciwko swoim rządom budził nadzieję i radość na Zachodzie.
Ale z tym już koniec. (...)
Puściły
hamulce
Źródłem wstrząsów jest
zmęczenie reformami.
17 lat po upadku komunizmu mieszkańcy regionu mają dość restrukturyzacji. Nie wszyscy tak samo korzystają
z owoców przemian. Mało zarabiający,
bezrobotni oraz emeryci czują się opuszczeni i pognębieni przez korupcję.
...
Wyborcy tracą cierpliwość
...
Zmarnowane szanse
...
T E M
A T T Y G O D N I A
B
U N T M A S
Dlaczego
łżą?
Bo muszą!
Kłamczuch nie odniósłby sukcesu, gdyby nie
współudział okłamywanego.
Dowodem jest stosunek polityków do wyborców i na odwrót.
SPECTATOR
Jest
oczywiste, kto wygra następne wybory. Zwycięzcą będzie partia absencji. Opinia publiczna
niebezpiecznie odwraca się plecami do
polityki. Panuje przekonanie, że politycy to seryjni kłamcy, do tego niekompetentni. Ludzie myślą, że
gladiatorskie potyczki w parlamencie są piramidalnie nieważne, bo odbywają się między dwoma oddziałami kłamliwych nieudaczników. To rzecz powszechnie
przyjęta. I w sumie całkiem prawdziwa.
Są jeszcze inne, głębsze powody, dla których politycy kłamią i są oderwani od tego, czym żyją zwykli
ludzie. Na pytanie, dlaczego nie mają zamiaru pójść do urn, wyborcy powtarzają w kółko: Wszyscy
politycy są tacy sami. To prawda.
Politycy ze zwalczających się partii są o wiele bliżsi siebie, niż by
chcieli przyznać. Politycy kłamią
po pierwsze dlatego, że publiczność nie chce słuchać
prawdy. Kiedy ściga się dwóch
kandydatów i jeden mówi prawdę, drugi zaś to, co ludzie chcą usłyszeć, wygrywa
ten drugi.
Patrzcie na jego usta
...
PRAWDY POLITYKÓW MAJĄ
TAK KRÓTKIE NOGI,
ŻE PRZYPOMINAJĄ KŁAMSTWA
Pociąg do władzy
...
Dewaluacja prawdy
Dlatego odwołują się do rozpasanego materializmu i indywidualizmu.
Chcesz mieć dziecko, choć jesteś samotna i
masz już 55 lat? Nie ma sprawy, załatwimy ci zapłodnienie in vitro. Chcecie, żeby sklepy były otwarte o każdej
porze, kiedy przyjdzie wam ochota wydać pieniądze? Żaden problem, zniesiemy szabas i załatwimy pracę w niedzielę. Chcecie się pozbyć babci, bo irytuje was jej niedołęstwo umysłowe i cielesne?
Nie ma przeszkód, pomożemy wam zagłodzić ją na śmierć dzięki nowym przepisom ustawy o opiece nad niepełnosprawnymi umysłowo.
(...)
--------------------------------------
Idź w
zaparte
Elektorat nie wybaczy politykowi dwóch rzeczy:
kłamstwa i przyznania się do błędu
-
przypomina Anne Applebaum
- Spieprzyliśmy
sprawę, i to nie troszeczkę, lecz całkowicie – jak bardzo chciałabym, żeby te słowa wypowiedział amerykański
polityk. Niestety ich autorem jest
węgierski premier Ferenc Gyurcsány, który przyznał także, że on i inni politycy
z jego rządu „kłamali rano, po południu i w nocy”. (...)
Przypadek Węgier nie jest niczym
nadzwyczajnym... (...)
Bądźmy szczerzy: w Ameryce nikt
nie zostanie wybrany nawet na hycla, jeśli będzie gadał o bolesnych reformach,
poświęceniu i zaciskaniu pasa, nie mówiąc już o przyznawaniu się do
popełnionych błędów. I nie chodzi o to, że wszyscy kandydaci na eksponowane
stanowiska są notorycznymi kłamcami, choć niektórzy pewnie tak. Problem
polega na tym, że społeczeństwo nie chce słuchać o reformach, poświęceniach i oszczędnościach.
Nie znosimy i nie wybieramy ponownie polityków opowiadających takie rzeczy.
W naszej kulturze politycznej,
podobnie jak na Węgrzech, przyznanie się do błędu pozostaje tematem tabu.
Polityk może płakać i szukać ratunku u psychologa, ale nie może przyznać, że
jego polityka była błędna. Przyznanie się do błędu zawsze odbierane jest jako
przejaw słabości.
■ na
podstawie The Washington Post
Anne
Applebaum,
amerykańska publicystka i dziennikarka.
Obecnie jest stałą
felietonistką dziennika
„The Washington Post”. Za wydaną
w 2003 r. książkę
„Gułag”
dostała
nagrodę
Pulitzera.
--------------------------------------
d.c.n. (prawdopodobnie)
październik 2006 r.
Anonimus
--------------------------------------
Luty 2009
r.
Stało się to, co prędzej
czy później stać się chyba musiało. Mamy światowy kryzys gospodarczy, najpoważniejszy od
czasów Wielkiego Kryzysu z lat trzydziestych ubiegłego wieku. Przed możliwością
nadejścia takiego kryzysu ostrzegał także J. Stiglitz w książce „Szalone lata dziewięćdziesiąte” –
poz. 106 prezentowanej literatury.
Temat, na miarę swych sił, przybliżam na kilku swoich stronach, w tym także i
na tej. Mini przewodnik po tych stronach – plik/strona „Credo”.
Poniżej charakterystyczne przedruki kilku
publikacji (mniej lub więcej kompletne).
Anonimus
----------
Wawrzyniec Smoczyński,
HISTORIA CHCIWOŚCI,
POLITYKA
nr 40 (2674) z 4 października 2008 r.
Kapitalizm to taka niezwykła
wiara, że najwięksi krętacze zrobią najbardziej pokrętne rzeczy i wyjdzie z
tego
największe, powszechne dobro – zauważył John Maynard Keynes. Cała historia
kapitalizmu to opowieść
o tym, jak próbowano okiełznać wielką pierwotną energię – ludzką chciwość.
W 1776 r. w Europie nie
istnieje jeszcze żadna gospodarka narodowa. Życie ekonomiczne obraca się wokół
majątków króla i wielmożów, sfeudalizowane rolnictwo ledwie pokrywa potrzeby
żywnościowe krajów, a wymiana towarów ogranicza się do miast. W kwitnącym
handlu zagranicznym króluje merkantylizm – jak najwięcej sprzedać, jak najmniej
kupić, a jeśli już, to zamorskie towary za pośrednictwem państwowych monopoli.
Pewien szkocki filozof wieszczy temu
porządkowi rychły koniec. Na 1097 stronach „Badań nad naturą i przyczynami
bogactwa narodów” Adam Smith kreśli
wizję nowego systemu wytwarzania dóbr, opartego na własności prywatnej i
swobodnej wymianie towarów. W jego centrum stanie homo
oeconomicus, człowiek kierujący się własnym dobrem. „Nie od przychylności rzeźnika, piwowara czy
piekarza oczekujemy naszego obiadu, lecz od ich dbałości o własny interes” –
głosi słynny passus z „Bogactwa narodów”.
Smith twierdzi, że jeśli pozwoli się
każdemu działać w jego własnym interesie i swobodnie wymieniać produkty,
gospodarka sama znajdzie równowagę, wytwarzając tyle towarów, ile ludzie będą
ich potrzebować, a z harmonii egoizmów narodzi się powszechny dobrobyt. Słowo
„kapitalizm” nie pada u Smitha ani razu, ale to on kładzie fundament pod
przyszły ład gospodarczy świata i zostaje pierwszym ekonomistą w dzisiejszym
tego słowa znaczeniu.
Do śmierci
Smitha w 1790 r. ukaże się pięć wydań „Bogactwa narodów”, a on sam zyska
powszechne uznanie i zbije niewielką fortunę.
Ale narodzin kapitalizmu przemysłowego już nie dożyje. Gdyby zobaczył
jego początki, autor „Teorii uczuć moralnych” mógłby zwątpić w rzeczywiste
intencje niewidzialnej ręki rynku.
Elementy własności prywatnej i wolnego rynku pojawiają się już w XV w. w
Brugii i Antwerpii, gdzie rozkwita handel zamorski. Ale
kolebką kapitalizmu, jaki znamy dzisiaj, będzie Manchester, bowiem narodziny
nowego porządku są ściśle związane z uprzemysłowieniem tkactwa. (...)
Dziś
tkalnie Manchesteru uznalibyśmy za sweatshopy. W ponad setce fabryk panuje
zatrważająca niedola: tysiące kobiet i dzieci pracują po 14 godzin dziennie w
niewolniczych warunkach i za głodowe wynagrodzenia. W zakładach nie ma nawet
toalet, starsi bądź chorzy robotnicy kończą jako żebracy na ulicach miasta. W
tkalni należącej do ojca terminuje w 1844 r. Fryderyk Engels – „piekło na
ziemi”, które tam zobaczy, zainspiruje później marksizm, a „kapitalizm
manchesterski” wejdzie do użytku jako synonim nagiego wyzysku.
Rewolucja kapitalistyczna rusza tymczasem pełną parą, zmiatając stary
porządek.. Uprzemysłowienie ogarnia kolejne gałęzie
produkcji, w fabrykach powstaje nieświadoma jeszcze klasa robotnicza, a pierwsi
kapitaliści zaczynają eksportować nadwyżkę wyrobów za granicę. Jest jednak
poważny problem: wysokie ceny zboża, które windują koszty żywności, a zarazem
pensje robotników, ograniczając konkurencyjność brytyjskich tkanin na obcych
rynkach. A wszystko przez merkantylizm – cła blokują import zboża z zagranicy,
tymczasem eksplozja demograficzna Wielkiej Brytanii sprawia, że rodzimej
żywności jest za mało i nabija kabzę feudalnym latyfundystom.
W 1838 r. fabrykanci z Manchesteru
zakładają Ligę przeciw Ustawom Zbożowym, z misją ich obalenia powstaje też
tygodnik „The Economist”. Zniesienie ceł
na zboża w 1846 r. to precedens w merkantylistycznej Europie i pośmiertne
zwycięstwo drugiego ojca kapitalizmu, niejakiego Davida Ricardo (1772-1823). Od
niego pochodzi teoria przewagi komparatywnej, która leży u podstaw handlu
międzynarodowego i globalizacji.
Ricardo głosi, że w gospodarce każdy
kraj winien zajmować się tym, co wychodzi mu najlepiej, importując pozostałe
towary z innych krajów. Jak dowodzi jego słynny przykład, nawet gdyby
Brytyjczycy potrafili robić wino, bardziej opłaca się im sprowadzać je z
Portugalii, która wytwarza je mniejszym kosztem a samemu skupić się na
produkcji płótna, w której to Brytyjczycy są z kolei najlepsi. Zamiast
odruchowo chronić rodzimą produkcję, kraje powinny więc inwestować w swoje
przewagi komparatywne, a w pozostałych otwierać się na import.
W drugiej połowie XIX w.
uprzemysłowienie ogarnia całą zachodnią Europę, a własność prywatna i wolny
rynek stają się oczywistościami. Z liberalizmu gospodarczego Smitha wyrasta
kilka różnych odmian kapitalizmu – anglosaski w Wielkiej Brytanii; reński w
Prusach, gdzie od przedsiębiorców wymaga się większej odpowiedzialności za los
robotników; etatystyczny w porewolucyjnej Francji, gdzie monarchię absolutną
zastępuje wszechobecne państwo. Pod koniec wieku Bismarck jako pierwszy
wprowadza obowiązkowe ubezpieczenia od chorób i starości, a w 1900 r. powstaje
brytyjska Partia Pracy, pierwsza reprezentacja polityczna robotników w Europie.
Ale prawdziwą ziemią obiecaną kapitalistów jest Ameryka. Na młodej demokracji nie ciąży dziedzictwo feudalizmu z jego
skostniałymi stosunkami własności, a na dodatek Amerykanie to w większości
protestanci – od Maksa Webera wiemy, że kapitalizm jest dzieckiem reformacji z
jej pochwałą pracy, oszczędzania i bogacenia się. Grunt jest tym podatniejszy
na teorie Smitha, że Stany Zjednoczone pozostają w bliskich związkach z Wielką
Brytanią i mogą liczyć nie tylko na brytyjski kapitał, ale i na rynek zbytu. To
w USA na początku XX w. dokona się wielki skok w masową produkcję przemysłową.
(...)
W Europie zaczynają się tymczasem kłopoty z kapitalizmem. Rok po zakończeniu Wielkiej Wojny państwa ententy podpisują w Wersalu
traktat pokojowy z Niemcami, nakładając na nie potężne kontrybucje wojenne.
Negocjacjom towarzyszy mały skandal – doradca premiera Wielkiej Brytanii
demonstracyjnie opuszcza obrady, twierdząc, że rujnowanie Niemiec skończy się kolejną
wojną. Awanturnikiem jest John Maynard Keynes, ekonomista, którego teoria na
pół wieku zawładnie kapitalizmem.
Zgodnie z przewidywaniami Keynesa
gospodarki Niemiec i Austrii załamują się pod ciężarem reparacji wojennych, a
władze obu państw pogłębiają problem, drukując pieniądze, czym wywołują w 1923
r. hiperinflację. (...) Ale to dopiero amerykański kryzys lat 30. zada
niemieckiej gospodarce śmiertelny cios, torując drogę do władzy narodowym
socjalistą.
Pod koniec lat 20. gospodarka USA wydaje
się kapitalistycznym perpetuum mobile. Pracy jest w bród, zarobki rosną, niemal każdą rodzinę stać na
samochód, a bankierzy z Wall Street namawiają ciułaczy, by kupowali akcje,
obiecując dywidendy pod zastaw przyszłego wzrostu. By zwiększyć zyski, większość
inwestuje z użyciem pożyczonego kapitału. W październiku 1929 r. dochodzi do
krachu – indeks największych spółek przemysłowych nurkuje 90 proc., prezesi
bankrutujących firm popełniają samobójstwa, oszczędności milionów ludzi
zamieniają się w długi.
Amerykanie odkrywają depresję
ekonomiczną i to od razu największą, jaka kiedykolwiek spotka kapitalistyczną
gospodarkę. Okazuje się, że na wolnym
rynku prosperity nie jest dana raz na
zawsze, a dobrobyt może się powiększać, ale i kurczyć. A gdy się kurczy,
miliony ludzi tracą pracę i popadają w biedę, a państwo pozostaje wobec tej
tragedii bezradne. W USA bezrobocie sięga 30 proc., ceny i płace spadają o
20-50 proc., tylko w pierwszym roku bankrutują 744 banki. Kryzys rozlewa się na cały cywilizowany
świat, z wyjątkiem ZSRR. Tam gospodarka planowa święci jeden ze swych
nielicznych triumfów, karmiąc zauroczenie marksizmem lewicowe elity Europy.
Wielki kryzys uświadamia ekonomistom,
że kapitalizm żyje cyklami, przechodzi na przemian okresy prosperity i recesji.
Według austriackiego myśliciela Josepha Schumpetera (1883-1950) dzieje się tak
dlatego, że kapitalizm ma naturalną skłonność do „twórczej destrukcji” – tak
jak niszczy stare wynalazki, zastępując je nowymi, tak też rujnuje jeden ład
gospodarczy, by na jego gruzach zbudować nowy, wydajniejszy. Brak równowagi i
niestałość są według Schumpetera wpisane w istotę kapitalizmu, stanowią o jego
dynamice, innowacyjności i zdolności do ciągłej akomodacji.
Skoro cykle są w kapitalizmie nieuniknione, czy można przynajmniej
złagodzić destrukcyjną moc recesji? Nad tym głowi się w Cambridge John Maynard
Keynes, usiłując zrozumieć źródła Wielkiego Kryzysu i zapełnić luki w
klasycznej teorii ekonomicznej, które nie pozwoliły go przewidzieć. Zostanie
pierwszym makroekonomistą – zamiast uogólniać mechanizmy działania
przedsiębiorstw na całą gospodarkę, próbuje wydedukować z Kryzysu reguły, jakie
rządzą kapitalistyczną machiną. Dla polityków lat 30. to bardzo cenna wiedza.
(...) Keynes radzi Rooseveltowi interweniować, załagodzić depresję ekonomiczną
za pomocą inwestycji publicznych. W latach 1933-1936 Stany uruchamiają wielki
program robót publicznych, państwo zaprzęga tysiące bezrobotnych do budowy
dróg, parków narodowych i wycinki lasów. Przy okazji Roosevelt wprowadza
ubezpieczenia społeczne i ścisły nadzór nad Wall Street. Całość przejdzie do
historii jako New Deal.
Dla Niemiec jest już za późno. Na
fali masowego bezrobocia i biednienia klasy średniej do władzy dochodzi Adolf
Hitler, ale III Rzesza też poniekąd ratuje się keynesizmem. By zająć
bezrobotnych führer zarządza budowę nikomu niepotrzebnych jeszcze autostrad,
ale inwestycją publiczną, która naprawdę wydobywa Niemcy z zapaści, jest
uruchomienie przemysłu zbrojeniowego. Przygotowania do II wojny światowej
pozwolą też skrócić zapaść ekonomiczną w USA, znosząc przy okazji negatywne
następstwa New Dealu i odraczając porażkę keynesizmu.
Tuż przed wojną, przed wojną, którą
przewidział, John Maynard Keynes publikuje „Ogólną teorię zatrudnienia, procentu
i pieniądza”, bodaj najważniejszą analizę kapitalizmu od czasów Smitha i
Marksa, zarazem pierwszą instrukcję obsługi gospodarki dla polityków. Stwierdza, że kapitalizm nie stanowi
harmonijnej doskonałości, a równowaga podaży i popytu, która według klasyków
miała przynosić powszechny dobrobyt, może współistnieć z wysokim bezrobociem –
jak w Ameryce lat 30. Dlatego w okresach
recesji państwo powinno zabiegać o pełne zatrudnienie i stymulować w ten sposób
popyt. W razie potrzeby ryzykując długi, które spłaci w czasie prosperity.
Teoria Keynesa kładzie podwaliny pod eksplozję dobrobytu w powojennej
Europie i Ameryce. Ale są też przyczyny praktyczne: odbudowa
zrujnowanego kontynentu, plan Marshalla, masowy napływ kobiet do fabryk podczas
wojny i równie masowy powrót mężczyzn po wojnie, wreszcie postęp techniczny
rozpędzony przez innowacje militarne. To wszystko rozpędza zachodni kapitalizm
na kilka dekad. Niemcy będą mówić o „dobrobycie dla wszystkich”, Francuzi wręcz
o „chwalebnym trzydziestoleciu” – czasach pełnego zatrudnienia, dostatku po
latach niedoborów. W latach 1945-73 dochodzi do największego skoku bogactwa w
dziejach ludzkości.
Keynesizm przeobraża nie tylko
gospodarkę, ale także społeczeństwo. Z powojennego cudu ekonomicznego rodzi się
klasa średnia, szeroka i stale rosnąca warstwa społeczna, zajmująca środkowe
szczeble drabiny dochodów, korzystająca z dobrobytu i wspierana przez hojne
państwa opiekuńcze. Z kagańcem Keynesa kapitalizm zyskuje ludzką twarz.
Syta, jednolita klasa średnia to
zarazem zastępy konsumentów, tak potrzebnych jako odbiorcy masowej produkcji
przemysłowej. Ale masowa produkcja wiąże się z równie masową konsumpcją
energii. W latach 70. ropy jest jeszcze pod dostatkiem, ale w logikę podaży i
popytu wkracza nagle polityka. Z dramatycznymi skutkami.
6 października 1973 r. Syria i Egipt
napadają na Izrael. Gdy Zachód rzuca mu się na pomoc, kraje arabskie sięgają po
nową broń: embargo na dostawy ropy naftowej dla sojuszników Izraela. Cena ropy,
która od lat 30. XX w. utrzymuje się w okolicach 30 dol. za baryłkę, skacze
trzykrotnie, fundując zachodnim gospodarkom potężny szok naftowy. Inflacja wskutek wzrostu cen ropy zbiega się
ze stagnacją – powojenny cud się wyczerpał, a mieszanym gospodarkom coraz
bardziej ciążą rozbuchane wydatki socjalne.
Politycy i ekonomiści na próżno
szukają u Keynesa recepty na stagflację – wedle jego teorii zjawisko to nie ma
prawa istnieć, bowiem bezrobocie i wzrost cen nawzajem się wykluczają. Ale
rzeczywistość temu przeczy. Republikanin Richard Nixon mimo to ogłasza się
jednak keynesistą i zgodnie z duchem interwencjonizmu wprowadza kontrolę cen. W
Wielkiej Brytanii to samo robi konserwatysta Edward Heath. Stagflacja przybiera
tylko na sile.
Friedrich
von Hayek czekał na ten moment 30 lat. Jeszcze w 1944 r. pisze „Drogę do
zniewolenia”, głośną przestrogę przed kolektywizmem jako pierwszym krokiem do
totalitaryzmu. Wtedy mało kto chciał go słuchać, ale gdy keynesizm zawodzi, a
bezradni politycy na gwałt szukają nowego klucza do gospodarki, von Hayek z
dnia na dzień zostaje okrzyknięty prorokiem. W 1974 r. otrzymuje Nagrodę Nobla
z ekonomii.
Tak jak Keynes był nieufny wobec
rynku i wierzył w państwo, tak Hayek jest niechętny państwu i namiętnie wierzy
w rynek. Dla austriackiego ekonomisty rynek jest wcieleniem wolności, a
ktokolwiek ogranicza jego swobodę, nie tylko dławi gospodarkę, ale pośrednio
czyni też zamach na demokrację. Poza tym prędzej czy później i tak przegra z
żywiołem rynku. Nowa doktryna zostanie ochrzczona neoliberalizmem – w
nawiązaniu do „starego” liberalizmu Smitha.
Nim teorię von Hayeka podchwycą
Margaret Thatcher i Ronald Reagan, na konkretne rozwiązania przełoży ją
amerykański ekonomista Milton Friedman.
Friedman zaleca odwrotność wszystkiego, co nakazywał Keynes –
deregulację, prywatyzację i liberalizację. Państwo ma zaprzestać rozkazywania gospodarce, sprzedać
przedsiębiorstwa i usługi publiczne oraz czynnie walczyć o jak największą
swobodę rynkową – tępić monopole, stymulować konkurencję i ciąć podatki.
Zmęczenie kryzysem lat 70. toruje
drogę nowej doktrynie. W Wielkiej Brytanii Żelazna Dama łamie wszechobecne
strajki, zamyka kopalnie, tnie świadczenia socjalne i pacyfikuje związki
zawodowe. W USA były aktor osładza podobny program idealistyczną retoryką walki
z ZSRR. Uwolnione spod państwowej kurateli obie gospodarki biorą głęboki oddech
i zrzucają stagflację. Hayek i Friedman triumfują, a kapitalizm wkracza w nową
epokę.
Upadek ZSRR to dla neoliberałów
ideologiczny dar losu na miarę tego, czym II wojna światowa była dla
keynesistów. Mogą ogłosić triumf kapitalizmu nad socjalizmem i ruszyć na podbój
nowych rynków, niezbędnych, by zaspokoić pęczniejącą podaż zachodnich
gospodarek. Rusza globalizacja, czyli
włączanie kolejnych obszarów świata do zachodniego systemu gospodarczego – z
neoliberalizmem jako gotową doktryną ekonomiczną.
Uczniami Miltona Friedmana są wszyscy reformatorzy w Europie środkowej z
Leszkiem Balcerowiczem na czele. Terapia szokowa, czyli
gwałtowne, szybkie przejście za gospodarki centralnie sterowanej do
wolnorynkowej, wywodzi się w prostej linii z chicagowskiej szkoły
ekonomii. „Uważam Miltona Friedmana za
jednego z głównych intelektualnych architektów wolności mojego kraju” – napisze
Balcerowicz po śmierci swojego mistrza.
W USA neoliberalizm staje się
obowiązującą doktryną kapitalizmu nie tylko dla neokonserwatystów, ale też dla
postępowych demokratów Billa Clintona. W Wielkiej Brytanii Tony Blair nawraca
na neoliberalny kapitalizm Partię Pracy, a Gerhard Schröder robi to samo z
niemiecką SPD. Akurat gdy gaśnie spór ideologiczny, a zachodnie gospodarki
wydają się spokojnie żeglować po globalnych rynkach, pod ich pokładami zaczyna
się prawdziwa rewolucja.
Pierwsza to rozwój sektora usług. Tak
jak przemysł rozwinął się kosztem rolnictwa, tak też usługi rozwijają się
kosztem dwóch pozostałych sektorów i to one swą dziś głównym źródłem
zatrudnienia w rozwiniętych gospodarkach kapitalistycznych. Baza przemysłowa Ameryki została niemal w
całości wyeksportowana do Chin, ten sam trend dotyczy też Europy Zachodniej,
skąd ucieka uciążliwa i coraz mniej opłacalna produkcja.
Następstwem odprzemysłowienia jest
drugi trend – finansjalizacja amerykańskiej gospodarki. W myśl teorii Ricardo
Ameryka wyspecjalizowała się w dziedzinie, która daje im największą przewagę
komparatywną, czyli obrocie kapitałem. Kłopot w tym, że jej własny pieniądz, na
którym opiera się dziś kapitalizm, słabnie w oczach, a finansjalizacja
gospodarki jest charakterystyczna dla schyłkowych mocarstw – tak skończyła
XVII-wieczna Hiszpania, XVIII-wieczna Holandia i XIX-wieczne Imperium
Brytyjskie.
Finansjalizacja, neoliberalizm i
upadek protestanckiej etyki – splot tych okoliczności leży u źródeł obecnego
kryzysu w Ameryce. Nie doszłoby do zapaści wielkich banków, gdyby gospodarka
USA nie skupiła się tak bardzo na spekulacji finansowej, państwo nie uwolniło
rynków kapitałowych spod wszelkiej kontroli, a sami Amerykanie i ich bankierzy
nie ulegli kulturze życia na kredyt i pokusie natychmiastowej gratyfikacji.
Tak jak Amerykanie uwierzyli, że
każdemu należy się własny dom, a ceny nieruchomości będą rosnąć w
nieskończoność, tak finansiści uznali, że zdołają pokonać prawidła rynków, a w
najgorszym razie i tak unikną odpowiedzialności, odchodząc z sutymi odprawami.
Niepohamowana eksplozja chciwości wpędziła Amerykę w najgorszą zapaść finansową
od czasów Wielkiego Kryzysu, która na lata zmieni oblicze amerykańskiego
kapitalizmu.
Już teraz jesteśmy świadkami
najbardziej spektakularnego zwrotu w doktrynie ekonomicznej od upadku
keynesizmu. Neoliberalny rząd USA pod rękę z Rezerwą Federalną nacjonalizuje
prywatne korporacje, ogranicza handel na giełdzie i wykłada miliardy na
ratowanie rynków. Prezesi wielkich banków, którzy jeszcze niedawno tępili państwo,
dziś łakną jego pomocy, a czołowi do niedawna prorynkowi publicyści biczują
bankierów za spekulacje i rozrzutność.
Chiny szykują się tymczasem, by przejąć od USA pałeczkę kapitalizmu. Jeśli partia komunistyczna wciąż rządzi, to dlatego, że zlikwidowała
socjalizm, nim zdążył się zawalić, a sama zamieniła się z kasty doktrynerów w
klasę menedżerów. Zamiast terapii szokowej, 30 lat temu wybrały długi marsz do
kapitalizmu, dowodząc podobnie jak Rosja, że wolny rynek nie zawsze chodzi w
parze z wolnymi wyborami. Jak na ironię neoliberalizm został sfalsyfikowany
ideologicznie akurat tam, skąd czerpie największe zyski.
Tak jak USA zaczynały od eksportu
zbóż do Wielkiej Brytanii, by w końcu pokonać ją w przemyśle i zastąpić funta
dolarem, tak Chiny zaopatrują ustępujące mocarstwo w całą produkcję
przemysłową, a prędzej czy później wyręczą je w usługach i uczynią z renminbi
globalną walutę. Nie oglądając się specjalnie na Zachód, wyhodowały już własną
odmianę kapitalizmu, łączącą kolektywizm z wolnym rynkiem i autorytatywnymi
rządami.
Europa wciąż liczy, że utrzyma swoją
pozycję i dobrobyt jako „gospodarka wiedzy”, źródło innowacji technicznych,
pomysłów na nowe produkty i stylu. Ale we wszystkich tych dziedzinach Chiny
szybko nadrabiają zaległości. Od wzrostu innowacyjności znacznie bardziej
widoczne jest w Europie rozwarstwienie klasy średniej – spadek stopy życiowej
ludzi gorzej wykształconych i wzrost indywidualnych karier.
Ameryka sypie tymczasem wały przeciwpowodziowe,
próbując ujarzmić rwącą rzekę, która podmywa fundament jej gospodarki. Ale raz
uwolniony żywioł trudno zapędzić z powrotem do koryta, zwłaszcza że kapitał
nigdy nie płynie dwa razy tą samą drogą, a próby regulowania rynku kończą się
najczęściej sypaniem wałów wzdłuż starorzeczy. Rząd USA nie daje jednak za
wygraną: w pośpiechu grodzi rynki finansowe, by zatrzymać powódź na Wall
Street. Ale tamy wokół materialnej gospodarki już ledwo trzymają.
Gdy minie kataklizm, strach jak
zawsze ustąpi miejsca chciwości. A wtedy Ameryka stanie przed znacznie
trudniejszym pytaniem niż doraźne ratowanie rynku: jak zorganizować sektor
finansowy, jej największą siłę, aby nie zagrażał całej, nie tylko amerykańskiej
gospodarce? Jak nakłonić kapitał, by zajął się mozolną budową produktywności, a
nie łatwą spekulacją. Jak odbudować amerykański kapitalizm, jeśli to w ogóle
możliwe?
Wawrzyniec
Smoczyński
Korzystałem z książki
Daniela Yergina
i Joe Stanisława
„Commanding Heights:
The Battle for
the World Economy
--------------------
POLITYKA
nr 4 • 24 stycznia 2009
TEMATY TYGODNIA
30 ROZMOWA POLITYKI z Jeffreyem Sachsem,
słynnym ekonomistą, o tym, jak
zmienił poglądy
Jacek Żakowski: - Czy wie pan,
jaka jest natura obecnego kryzysu?
Jeffrey Sachs: - tego może nie da się ostatecznie
rozstrzygnąć. Wciąż spieramy się przecież o naturę Wielkiego Kryzysu z lat 30.
Milton Friedman, analizując Wielki Kryzys, pisał, że zawiodły źle urządzone
rynki i źle regulowane banki. Na nasz dzisiejszy wielki kryzys też można
patrzeć jako na skutek technicznych błędów nadzoru i regulacji. Te błędy dają
się dość łatwo opisać i usunąć. Zbyt dużo ryzykownych kredytów. Zbyt mało
przejrzyste instrumenty pochodne. Zbyt słaby nadzór nad rynkiem
finansowym.
Te tezy przerabiamy na co dzień.
I z błędów technicznych trzeba
wyciągnąć wnioski. Ale prawda o obecnym
kryzysie leży między błędami technicznymi a słabością społeczeństwa:
globalizacją, stosunkiem do środowiska, podziału bogactwa. Nie zrozumiemy go,
jeżeli będziemy się zajmowali aspektem technicznym, a zapomnimy o przyczynach
społecznych i politycznych.
Czyli?
Jeżeli nie zdamy sobie sprawy, że kończy się era Reagana – trwająca ćwierć wieku dominacja
radykalnych poglądów rynkowych i próby budowania radykalnie rynkowych
społeczeństw. Rynek przestał być postrzegany tylko jako jedna z form
więzi między ludźmi. Dominował pogląd, że jest to najważniejsza forma.
Praktycznie całe moje zawodowe życie przebiegało w takiej atmosferze. Radykalna
szkoła ekonomii rynkowej stała się w Ameryce faktycznie jedyną polityczną
ideologią.
Którą do Polski przywiózł właśnie Jeff Sachs.
To jest temat na dłuższą rozmowę.
Skończyłem studia w duchu tej ortodoksji i poruszałem się w jej granicach, ale
w głębi zawsze byłem socjaldemokratą i wolałem model skandynawski od
amerykańskiego. Kiedy w 1989
r. przyjechałem do Polski, mówiłem o powrocie do Europy, a nie budowaniu
kolejnego stanu Ameryki.
Bo Ameryka była za daleko?
Bo poszła za daleko w
radykalizmie rynkowym.
Psychologicznie można to wytłumaczyć. Kryzys lat 70., kiedy mieliśmy wysokie
stopy inflacji i bezrobocia, spowodował, że ludzie domagali się zmiany. Ruchy
emancypacyjne lat sześćdziesiątych spowodowały rozbudowę programów społecznych.
Podatnicy zaczęli mieć poczucie, że płacą na utrzymanie Afroamerykanów. Wyborcy
wszystkich klas zwrócili się ku republikanom, żeby ograniczyć wydatki socjalne.
To wyniosło do władzy Reagana. A potem przyszedł upadek komunizmu. Liberalna
demokracja wygrała z totalitaryzmem. W Ameryce zostało to odczytane jako tryumf
rynkowego kapitalizmu nad socjalistycznymi mrzonkami. To upowszechniło pozornie naukową tezę, że rynek jest jedyną
odpowiedzią na nasze problemy i że im więcej rynku, tym lepiej. Ta czysto
ideologiczna wiara stała się w Ameryce powszechna i szybko zaraziła bardzo dużą
część świata.
Skoro socjalizm zawiódł, to znaczy, że sprawdza się tylko rynek...
To
była teza konserwatywnej prawicy.
Wbrew doświadczeniu konserwatyści stworzyli wrażenie, że są tylko dwie drogi:
prowadzący do katastrofy socjalizm albo dający bogactwo rynek. Każde
zaangażowanie państwa w gospodarkę dostawało łatkę socjalizmu. Nawet kiedy
Bush, Paulson i Bernanke zdecydowali się reagować na kryzys finansowy, pojawiły
się głosy, że socjalizm wraca. A kiedy ktoś taki jak ja postulował np.
rozbudowę publicznej służby zdrowia, od razu przypinano mu łatę socjalisty.
Dla socjaldemokraty to nie jest chyba obraźliwe?
Obraźliwe nie, ale dyskredytujące. Przeciętny Amerykanin nie zdaje
sobie sprawy, że najlepiej działające gospodarki rynkowe są powiązane z
państwem. W Europie dominują gospodarki mieszane, co nie znaczy, że są
socjalistyczne. W erze New Dealu – od prezydentury Roosvelta, przez Trumana,
Eisenhowera, Kennedy’ego, Johnsona, Nixona, Cartera, aż do wyboru Reagana,
czyli od 1933 r. do 1981 r. – gospodarka amerykańska też była gospodarką
mieszaną w dużo większym stopniu niż dziś. Nie było to poważnie kwestionowane
aż do napięć lat 70. – kryzysu gospodarczego, skandali finansowych, klęski w
Wietnamie, niepokojów związanych z ruchem pokojowym i emancypacją
Afroamerykanów. Za Reagana to się odwróciło.
Po nim przyszła dekada Clintona.
Clinton próbował rozszerzyć opiekę
zdrowotną ale przegrał. Potem kontynuował politykę Reagana. Dalej ciął programy
społeczne. Bush także. Pogrążona w kryzysie Ameryka, którą dziedziczy Obama, to
produkt epoki Reagana, ćwierćwiecza trzech prezydentów realizujących w zasadzie
ten sam program. W sprawach zagranicznych i obyczajowych między demokratami a
republikanami były istotne różnice. W polityce społecznej i gospodarczej więcej
łączyło ich, niż dzieliło.
Epoka Reagana stworzyła w Ameryce
liczącą miliony ludzi podklasę – żyjącą w nędzy, zaludniającą więzienia,
pozbawioną perspektyw. Nawet w latach wzrostu gospodarczego ta podklasa rosła.
Amerykanie do tego stopnia nie chcieli jej widzieć, że w trzech prezydenckich debatach
zeszłorocznej kampanii słowa „nędza” i „biedni” nie padły ani razu. Nędza jest
niewidoczna, a biedni są bezsilni. Głosy dające zwycięstwo należą do klasy
średniej, a pieniądze na politykę pochodzą od klasy wyższej. Dlatego polityka
produkuje coraz więcej nierówności społecznych. A globalizacja ten produkt
umacnia.
Jeff Sachs wini globalizację za
kryzys?
Nie globalizację, tylko brak
odpowiedniej reakcji na globalizację. Globalizacja daje ogromne korzyści, ale ma skutki uboczne. Jednym
z nich jest powiększanie różnic dochodowych. To szkodzi gospodarce i
funkcjonowaniu społeczeństw. Polityka jest po to, żeby wzmacniać w globalizacji
to, co przynosi korzyści, równoważyć jej negatywne skutki.
Rynek nie może tego wyregulować?
Może, ale na poziomie, który
zniszczyłby zachodnie społeczeństwa. Otwierając rynek dla gospodarek opartych
na taniej pracy stworzylibyśmy nowy fenomen ekonomiczny. Tradycyjna
uzwiązkowiona klasa robotnicza nie ma szans go przetrwać. Praca odpływa za
granicę, związki słabną i różnice płac rosną. Chiny i Indie mogą się gwałtownie
rozwijać, zachodni konsumenci mogą tanio kupować i lepiej żyć, ale ceną za to
jest wepchnięcie milionów ludzi w pułapkę rozwierania się nożyc płacowych. Jest
wiele sposobów, żeby ten proces zatrzymać. Nie robimy tego, bo zdezawuowaliśmy
rządowe interwencje, inwestycje społeczne, pomoc dla tych, którzy sobie nie
radzą. Polityka społeczna została wyklęta.
Ze względów ideologicznych?
Także dlatego, że kiedy dół
piramidy społecznej zapadał się coraz niżej, jej szczyt gwałtownie się
podnosił. Dla mnie był to ekonomiczny fenomen. Moi studenci prosto po
uniwersytecie lądowali na Wall Street i od razu zarabiali miliony. Wiem, co
umieli, więc wiem, że nie byli tych pieniędzy warci. Przez
lata nie rozumiałem, jaki mechanizm sprawiał, że mała grupa firm z Wall Street
zarabia takie miliardy.
I do czego pan doszedł?
To nie był mechanizm rynkowy. Gdy
te firmy padają jak muchy, widać to jeszcze lepiej. Rynek nie płaciłby
miliardów za tak fatalną pracę. Ale Greenspan, Rubin, Bernanke, Paulson ,
którzy wywodzili się z tego środowiska, poprzez deregulację coraz mocniej
nakręcali ten szalony mechanizm. A prawdziwy fenomen drugiej części epoki Reagana polegał na tym, że nawet
po kolejnych kryzysach, bańkach spekulacyjnych, skandalach, nie wytworzyły się
mechanizmy samokorekcyjne, które są największą siłą demokratycznego kapitalizmu.
Kiedy nadmiernie rosną nierówności, powinien się pojawić jakiś ruch społeczny,
który by się domagał ich ograniczenia. Kiedy spekulacja
niszczy gospodarkę, powinna się pojawić siła polityczna ograniczająca swobodę
spekulantów. Po raz pierwszy w historii Ameryki nic takiego się nie
wydarzyło.
Dlaczego?
Amerykańska polityka jest
skorumpowana bardziej niż kiedykolwiek. Nigdy od najbogatszych ludzi i największych
firm nie płynęły do polityki tak wielkie pieniądze. Nigdy kosztująca miliony
reklama nie miała tak wielkiego wpływu na wybory.
To chyba Chomsky powiedział, że w Ameryce wciąż głosują równi obywatele,
ale wybierają już tylko wielkie pieniądze.
Kiedy Bush junior został
prezydentem, skala nierówności była w Ameryce największa w historii. Mimo to
zaczął od obniżki podatków dla najbogatszych. Dokładnie na odwrót, niż wynikało
z analizy równowagi społecznej. Posłużono się fałszywym
argumentem, że opodatkowanie bogatych hamuje gospodarkę. Wystarczy
popatrzeć na jakość życia w Skandynawii czy Niemczech, żeby się przekonać, jak
dobrze mogą się rozwijać gospodarki stosujące wysokie opodatkowanie wysokich
dochodów. Amerykanom daleko jest do jakości życia północnej Europy. Racjonalnie
jest to argument nie do podważenia, ale w Ameryce epoki Reagana był on nie do
przyjęcia ideologicznie.
Jednak ObAMA znalazł sposób na dotarcie do zwykłych wyborców i zebrał
dużo pieniędzy z niewielkich prywatnych datków.
Ale chyba też nie czuje się całkiem
wolny. W kampanii ważnym tematem było cofnięcie obniżek Busha. Teraz słychać,
że może nie w tym roku...
W czasie recesji podatków się nie podwyższa.
To też jest fałszywy, ideologiczny
argument. Jeżeli w czasie recesji podniesie się podatki i budżet je wyda, to
szybki efekt stymulujący rynek jest pewny. Kiedy podwyższa się podatek bogatym i transferuje się
pieniądze do biednych, większa ich część trafia od razu na rynek. Bo
bogaci mogliby część z tych pieniędzy oszczędzić. Jeśli w czasie kryzysu
zostawia się więcej pieniędzy bogatym, to z punktu widzenia pobudzania rynku
duża ich część się marnuje.
Więc to bogaci muszą płacić za wyjście z recesji?
Płacą wszyscy. Ale kontrolowanie nierówności potrzebne jest nie tylko
dlatego, że społeczeństwo powinno być sprawiedliwe. Na dłuższą metę nie da się oddzielić wzrostu
gospodarczego od poziomu nierówności i spójności społecznej. Nadmierne
nierówności mogą być tak Samo szkodliwe dla gospodarki jak i nadmierne dążenie
do równości. Ekonomicznie to jest oczywiste, ale w epoce Reagana elity
stały się niezwykle potężne. Ameryka była w coraz większym stopniu rządzona w
interesie bogacącej się klasy wyższej. Klasa niższa znikła z pola widzenia.
Klasa średnia była uwodzona w czasie kampanii wyborczych albo straszona
komunizmem, Latynosami, terroryzmem, degrengoladą moralną, której symbolem
konserwatyści uczynili aborcję. Zamiast w obronie swoich interesów, klasa
średnia, a zwłaszcza niższa klasa średnia głosowała przeciw zagrożeniom
opisywanym przez konserwatystów w języku religijnej prawicy.
Ale jednak wybory wygrał Obama.
Jeszcze nie wiemy, jaką politykę
będzie prowadził Obama. W polityce zagranicznej realne wydaje mi się
zagrożenie, że mimo wyborczych obietnic będziemy robili te same błędy, które
popełniliśmy w Iraku i w Afganistanie.
Dlaczego pan tak myśli?
Bo polityka to nie tylko wybory, a
rządzenie to nie tylko polityka. Wpływowy kompleks militarno-przemysłowy po
wyborach istnieje jak wcześniej. Widzę odciski jego palców, gdy słyszę ... I widzę ich ślady, gdy słyszę ... Sens tego jest podobny do wysyłania kiedyś
kolejnych oddziałów do Wietnamu. Mamy sto lepszych sposobów zapewnienia sobie
bezpieczeństwa ... Problem polega na
tym, że wojna z terroryzmem nie tylko służy potężnemu lobby, ale też
usprawiedliwia bezczynność administracji wobec poważniejszych wyzwań ...
W polityce wewnętrznej jest podobnie.
Obama mianował na najważniejsze urzędy ludzi z ekipy Clintona. Dla wielu jego
wyborców jest to rozczarowujące, więc tłumaczy, iż walka z kryzysem wymaga
doświadczonych fachowców. Wierzę, że nosi w sobie projekt obiecanej zmiany. Ale
nie jestem pewien, czy z tymi ludźmi będzie mógł ją zrobić. Obama jest
niezwykle utalentowanym przywódcą. Tylko czy to wystarczy, by spowodować zmianę
na poziomie społecznym? Zmiana samej polityki nie starczy. Nasze społeczeństwo stało się groźnie niesprawiedliwe,
podzielone, zmilitaryzowane, samolubne i agresywne. Takie społeczeństwo
nie może być szczęśliwe ani produktywne. Jego stan jest równie dużym problemem
jak niesprawność systemu finansowego.
Już pan się rozczarował Obamą.
Nie wiem, co w jego działaniu
wynika z taktyki, a co ze strategii. Czekam z oceną, bo bardzo bym chciał, żeby
dokonał zmiany, którą obiecywał.
I której treść nie jest jasna.
Poważna zmiana zawsze oznacza
niepewność. Roosevelt mówił: „spróbujemy jednego sposobu, a jak nie zadziała,
spróbujemy innego. I będziemy próbowali do skutku”. Obejmując władzę był
zdeterminowany, żeby eksperymentować. To było ważne. Bo każda nowa sytuacja wymaga
nowych reakcji. A Obama – podobnie jak Roosevelt – ma do czynienia z nieznaną
dotąd sytuacją, wymagającą niestosowanych dotąd sposobów radzenia sobie z
kryzysem.
Ten kryzys może wywołać histeryczne reakcje, ale
jeżeli nad nimi zapanujemy, zaczniemy się podnosić. Obama może powtórzyć za
Rooseveltem, że „jedyne, co powinno wywoływać strach, to sam strach”.
Co może zrobić, żeby ten kryzys zatrzymać?
Nic. Ekonomia
– przynajmniej ta, którą znam – nie ma na taki kryzys sposobu. Będziemy
mieli głęboką recesję, wzrost bezrobocia, bankructwa i dużo więcej ubóstwa.
Żaden plan stymulacyjny tego nie zatrzyma.
Ale może złagodzić.
W stopniu, którego nie umiemy
przewidzieć. Najważniejsze jest, żebyśmy nie wpadali w panikę. Po każdej
recesji przychodzi wzrost. Nawet jeżeli ten kryzys będzie jeszcze gorszy, niż
się spodziewamy, nie będzie to koniec świata ani powtórka Wielkiego Kryzysu.
Wtedy ludzie żyli bliżej minimum egzystencji. Nie było zabezpieczeń
społecznych. A na dodatek fałszywa polityka i zła ekonomia doprowadziła do
paniki finansowej, która zniszczyła gospodarkę. Tego nie można porównać nawet z
najgorszym scenariuszem obecnego kryzysu. Nawet Bush
nie uległ fundamentalistom rynkowym, którzy wzywali, by rząd nic nie robił i
pozwolił działać niewidzialnej ręce. Po Roosevelcie nawet w Ameryce Busha
zostawienie milionów ludzi na pastwę chaosu jest nie do pomyślenia. Mamy
przed sobą ciężki rok, ale w 2010 r. sytuacja powinna się poprawiać. Pod
warunkiem, że nie pozwolimy, aby kryzys doprowadził do poważnych konfliktów. A
o to nietrudno, bo pokolenie rządzące dziś światem nie miało do czynienia ze
wstrząsem ekonomicznym, który pozbawia świat wielkiej części bogactwa, zmienia
układ sił, strąca z piedestału najpotężniejszych ludzi i wielkie instytucje
rynkowe, przenosi bogactwo, wpływy i centra decyzyjne. Taki kryzys może wywołać
histeryczne reakcje, ale jeżeli nad nimi zapanujemy, zaczniemy się podnosić.
Obama może powtórzyć za Rooseveltem, że „jedyne, co powinno wywoływać w nas
strach, to sam strach”.
Pan nie czuje strachu?
Już nie. Bo dzięki pamięci
Wielkiego Kryzysu, nawet mając najgorszego prezydenta w historii, Ameryka jakoś
sobie radzi. Tu lekcja lat 30. też bardzo pomogła. Roosevelt na przejęcie
władzy czekał od listopada do 4 marca. Bezsilnie patrzył, jak ustępująca władza
pogrąża kraj w kryzysie. Potem przekazywanie władzy skrócono o połowę. Więc już
niedługo będziemy mieli dobrego albo bardzo dobrego prezydenta.
Więc może jednak będzie coś mógł na ten kryzys poradzić?
Ten
kryzys wymaga od nas współpracy szerszej i lepszej niż kiedykolwiek. Wielki Kryzys stał się tak wielki między
innymi dlatego, że spowodował eksplozję ceł i kontyngentów w handlu. Teraz też
jest wiele głosów oskarżających Chiny i wzywających do antychińskich ograniczeń
w handlu. Nawet jeżeli jest w tym więcej populistycznych chwytów niż prawdziwych zamiarów, coś może z tego
wyniknąć. Nacjonalizm jest silny i w Chinach i w Ameryce. Gdybyśmy mu ulegli,
sytuacja może się radykalnie pogorszyć. Dla Ameryki najlepszy scenariusz to
utrzymanie wysokiego wzrostu chińskiej gospodarki i duże chińskie inwestycje w
Stanach. Jedyne stosunkowo łatwe wyjście z tego kryzysu wymaga więc silnej
globalnej współpracy. Obama jest do niej dużo bardziej zdolny niż Bush.
Podobnie jak do zadbania o to, żeby dla Amerykanów dotkniętych kryzysem nie
stał się on katastrofą. Bo utrata pracy, majątku, domu, dumy ze swoich
osiągnięć – to jedno. A zostawienie ludzi w takiej sytuacji – to drugie. W
czasie Wielkiego Kryzysu ludzie skakali z mostu Brooklińskiego i z nowoczesnych
biurowców, bo czuli, że tracąc pracę i majątki, tracą wszystko.
Tak w dużym stopniu było.
Tak teraz być nie musi. Bankructwo
czy bezrobocie dla wielu ludzi staje się nie do wytrzymania, gdy oznacza, że
wraz z dochodami tracą dach nad głową, pomoc medyczną, szansę wyżywienia
dzieci... Kryzys to okres, kiedy rozbudowa pomocy społecznej staje
się konieczna, by społeczeństwo mogło prędko podnieść się po ciosach,
które on zadaje. Bush tak zreformował amerykańskie
finanse publiczne, że stany muszą ciąć pomoc medyczną dla biednych. W
wielu stanach nawet ci, którym przysługuje bezpłatne leczenie, nie mogą z niego
korzystać, bo nie ma lekarza gotowego ich przyjąć za stawki płacone przez
państwo. A w czasie kryzysu coraz więcej osób będzie skazanych na publiczną
opiekę medyczną. Jeżeli po kryzysie chcemy mieć społeczeństwo funkcjonujące nie
gorzej niż przed nim, Obama musi pozwolić stanom na zaciąganie długów, by mogły
radykalnie zwiększyć wydatki na solidarność społeczną.
Jeff Sachs uważa, że
w czasie kryzysu powinno się zwiększać wydatki socjalne powiększając deficyt?
Oczywiście!
Gdyby to usłyszał Leszek Balcerowicz...
On by oczywiście tego nie aprobował. Ja też nie jestem za marnowaniem
pieniędzy. Rząd powinien być oszczędny. Ale nie
może oszczędzać na tym co najważniejsze: na niezbędnych wydatkach społecznych i
infrastrukturze. Takich źródeł deficytu teraz się nie boję. Natomiast
jestem przeciwny cięciu podatków w nadziei na zwiększenie popytu. Bo to
powiększa deficyt, a nie daje pewnego efektu rynkowego. Dobrze wykorzystane
pieniądze z podatków mogą się bardziej przyczynić do stworzenia społeczeństwa
produktywnego i sprawiedliwego niż pompowanie konsumpcji przez cięcia
podatkowe. Jeżeli Ameryka chce być na dłuższą metę konkurencyjna, musi znacząco
podnieść udział podatków w dochodzie narodowym i poziom inwestycji publicznych
w wydatkach budżetu.
Obama to zrobi?
Najpierw musiałby otworzyć i wygrać wielką społeczną debatę. Nie jestem pewien,
czy się na to porwie. Bo na razie większość Amerykanów
absurdalnie wierzy w obniżanie podatków, chociaż już mamy trzymilionowy
deficyt. To jest jeden z zatrutych owoców epoki Reagana. Zamiast liczyć się z
realiami, Amerykanie wierzą w przyjemne absurdy.
Słysząc, jak
przekonuje pan do podniesienia podatków, rozbudowywania programów socjalnych,
zwiększania deficytu, utrzymywania nierówności społecznych w ryzach, mam
wrażenie, że słucham całkiem innego człowieka niż 20 lat temu, kiedy przywiózł
pan do polski ideę bolesnej terapii szokowej. Co się stało z tamtym Jeffreyem
Sachsem?
Pewnie wiem trochę więcej o ekonomii i życiu.
Ale zmieniłem się mniej, niż pan myśli. Wciąż wyznaję tezę, którą sformułowałem
na początku lat 90., że bez względu na to, jaką ścieżkę rozwoju Polska by
obrała – amerykańską czy szwedzką – i tak na początku trzeba było zrobić to, co
przeprowadził Leszek Balcerowicz. Wychowałem się w rodzinie o silnych
demokratycznych tradycjach i zawsze wierzyłem w to, że lepszy gospodarki
mieszanej z dużą rolą państwa. Kiedy doradzałem w Boliwii, Polsce, Rosji,
przekonywałem do jak najszybszych reform, ale nigdy
nie opowiadałem się za tym, żeby ich efektem była gospodarka całkowicie rynkowa.
Lewica krytykowała mnie za promowanie rynku, a prawica za to, że popierałem np.
utrzymanie publicznej służby zdrowia. Leszek Balcerowicz był zawsze dużo
bardziej wolnorynkowy niż ja.
Kiedy pracował pan w Polsce, tego się raczej nie dało zauważyć.
Bo kiedy reformuje się gospodarkę w 80 proc. zarządzaną przez państwo, trzeba
zacząć od reform wolnorynkowych. Pytanie, gdzie wolny rynek powinien się
skończyć, przychodzi później. W Polsce chciałem przede wszystkim ułatwić wasz
powrót do Europy. To była definicja docelowego modelu. Zniesienie barier
hamujących rozwój i separujących Polskę było oczywiste. Prywatyzacja była
oczywista. Ale za tym powinien iść program pomocy, wyrównywania szans,
spójności społecznej.
Który nie powstał.
Albo był niewystarczający. Wyjeżdżając z Polski w 1992 r., nie miałem jednak poczucia,
że was zostawiam w pół drogi. Uznałem, że już wam nie jestem potrzebny, bo
Polacy przeszli najgorszą burzę. Sami musieli wybrać model kapitalizmu, który im najbardziej odpowiada.
Otoczony nimbem
wielkiego ekonomisty Jeff Sachs był dla większości polskich elit pierwszym
profesorem rynkowej ekonomii. (...)
Dzięki „Gazecie Wyborczej” pański szybki kurs rynku przeszła duża część
polskiego społeczeństwa. Ale ten kurs skończył się na pierwszym rozdziale.
Nie wiem, czy moja obecność coś by w Polsce zmieniła. (...) A poza tym wasze
wyobrażenie demokracji i rynku było kształtowane podczas ery Reagana, kiedy
proste odpowiedzi fundamentalistów miały szczególną siłę. W całej Europie
Wschodniej przyjmowały się one łatwiej
niż gdzie indziej. Nie tylko dlatego, że uczyliście się rynku na
przyspieszonych kursach, ale też dlatego, że szok – zmiana systemu, nowe
wyzwania, nowe możliwości – wymuszał uproszczenie debaty.
Gdy wszystko się waliło, nie było
czasu na niuanse i rozważania. Trzeba było działać według prostych schematów.
Ale jeżeli narzeka pan na sytuację w Polsce, proszę spojrzeć na Amerykę. U nas
taka rozmowa mogłaby się toczyć tylko na uniwersytecie. Mamy najmniej
inteligentną politykę i debatę publiczną w historii.
W księgarniach tego nie widać.
Co z księgarń przebija się do opinii publicznej? W mediach pan tego nie znajdzie. W
Ameryce, podobnie jak w Polsce, poważna debata – o kształcie społeczeństwa, o
gospodarce, o zaczynającej się epoce – wymaga uspołecznienia. To jest trudne.
Bo złożone poglądy się nie przebiją. Polacy i Amerykanie mają tu podobnie
uproszczone poglądy. Ludzie żyjący w rozwiniętych społeczeństwach
kapitalistycznych nie zdają sobie sprawy, jak wielu regulacji i instytucji
trzeba, żeby kapitalizm dobrze funkcjonował. Jeżeli nie uporamy się z mitem
samoregulującego rynku, będziemy wytwarzali coraz poważniejsze kryzysy. Sama
zmiana władzy w Ameryce nie starczy. Potrzebna jest zmiana mentalności.
Ona się już się dokonuje. Kilka lat temu takie opinie wygłaszali
Wallerstein, Chomsky czy Naomi Klein – radykałowie zepchnięci na margines
debaty. Dziś wielcy przedsiębiorcy i ekonomiści wymiaru noblowskiego Stiglitz,
Krugman, Rodrik, Soros, Bufet, Gates czy pan – postulują reformę globalizacji,
rynku, kapitalizmu. Ale żaden z czołowych reformatorów nie znalazł się w
rządzie Obamy.
Nastroje społeczne zmieniają się wolno. Kiedy ostatnio napisałem o potrzebie
zwiększenia roli rządu, dostałem dużo listów zarzucających mi przestarzałe
poglądy. Wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo zatruta została idea
społecznej współzależności i reprezentowania wspólnego interesu przez państwo.
Nawet ludzie, którzy są przekonani, że istnieją wspólne interesy, na ogół dali
się przekonać, iż powinniśmy polegać nie na nieudolnych czy skorumpowanych rządach,
ale na ruchach społecznych, organizacjach pozarządowych albo na spontanicznych
obywatelskich sieciach. Znaleźliśmy się między dwiema woluntarystycznymi
utopiami. Jedna kanonizuje rynek, a druga społeczeństwo. Większość ludzi dała
sobie wmówić, że żadne państwo im nie pomoże, a jeśli obieca im pomóc, i tak
wszystko zmarnuje. Sporo czasu upłynie, nim ludzie dadzą się znowu
przekonać, że bez silnego państwa nie da się mieć dobrego społeczeństwa ani
sprawnej gospodarki.
W „Doktrynie szoku”
jest scena, która miała miejsce podczas konferencji Banku Światowego, kiedy
Williamson sformułował hipotezę kryzysową. Zakłada ona, że kiedy wybucha
kryzys, reformatorzy powinni czekać, aż stanie się on tak uciążliwy, żeby
społeczeństwo było gotowe zaakceptować każdą zmianę. Naomi Klein pisze, że
tylko pan wtedy protestował mówiąc, że odkładanie reform jest niemoralne, gdyż
miliony ludzi naraża na zbyteczne cierpienia. Czy to był ten moment, kiedy
zrozumiał pan, że szlachetne poglądy czynią pana samotnym wśród tuzów ekonomii?
To się zaczęło już w 1985 r., kiedy wyszedłem poza wygodną profesurę na
Harvardzie i zacząłem pomagać Boliwii. Miałem najlepsze wykształcenie
ekonomiczne, jakie młody człowiek może zdobyć na amerykańskich uniwersytetach.
Ale szybko zdałem sobie sprawę, że mało wiem, jak
świat naprawdę wygląda. Dla mnie to był szok. A drugi
szok przeżyłem, kiedy zauważyłem, żen uniwersyteccy koledzy nie chcą widzieć
ani wiedzieć tego, czego ja się w Boliwii nauczyłem. Dla nich ekonomia to była wiedza
wyczytana z książek, z roczników statystycznych, z raportów przedsiębiorstw.
Dla człowieka zmagającego się gospodarką kraju, w którym niszczyła ona życie
milionów bezsilnych ludzi, obojętność środowiska akademickiego na realia świata
była przygnębiająca.
Parę lat później przeżyłem to samo,
kiedy zacząłem pracować nad reformowaniem gospodarek Europy Wschodniej. Doświadczenie z okresu doradztwa w Rosji było już kompletnie
deprymujące i demoralizujące. Kilka prostych posunięć – na przykład
odłożenie spłaty gigantycznych długów – mogło uchronić miliony ludzi przed
nędzą. A gdy o to prosiłem w Ameryce, zrozumiałem, jak bardzo mało jest osób
gotowych pomóc Rosjanom. Gdy demokratyzująca się Rosja Jelcyna przeżywała
klęskę gospodarczą, Ameryka wciąż prowadziła z nią zimną wojnę. Tyle że innymi
środkami.
Bo dla pana celem
ekonomisty był rozwój. A dla pańskich rozmówców interesy i władze?
Nie tylko. Zrozumiałem, że jestem samotny w moim rozumieniu tego, jak
należy uprawiać ekonomię, jak jej uczyć i jak ją stosować w praktyce. Dla mnie ekonomia była stosowaną nauką społeczną, a wokół siebie miałem
głównie ludzi traktujących ją jak naukę laboratoryjną. Moi akademiccy koledzy
szukali w ekonomii piękna i harmonii nauk ścisłych.
Co w tym złego?
Gdy się jest poetą czy matematykiem, taka postawa jest w pełni uprawniona. Ale ekonomia nie może być nauką o harmonijnym pięknie. To jest nauka o narzędziach ułatwiających społeczeństwom życie. W ekonomii nie chodzi o
piękno, ale o przetrwanie. Tak jak nie da się uprawiać medycyny, nie chodząc do
szpitala, a nawet do prosektorium, tak nie da się uprawiać ekonomii, jeśli się
nie dotknie realnego życia, jeżeli widzi się tylko ekonomię, a nie
społeczeństwo, w którym ona działa, jeżeli nie czuje się odpowiedzialności za
losy konkretnych ludzi, których życie zależy od gospodarki.
Rozmawiał
Jacek Żakowski
--------------------------------------
Dalszy ciąg o ekonomii, społeczeństwie, polityce i kryzysie
Strona „Wybory”, a w niej:
• Ucieczka z domu wariatów
Najwięksi światowej ekonomii zastanawiają się,
co się w światowym
kapitalizmie popsuło i co należy naprawić.
Sęk w tym, że trudno coś znaleźć, co się
nie popsuło
i czego naprawiać nie trzeba.
Jacek Żakowski z Nowego Jorku
Polityka, z 28 lutego 2009
• Banksterzy & filantropi
Ograbić
biednych, rozdać bogatym
Banki na
całym świecie wydają
miliardy na premie, choć wykazują gigantyczne straty i są skazane
na pomoc państwa i podatników. Na naszych oczach powstaje nowa wersja Robin
Hooda:
rabuj biednych, dawaj bogatym.
(FORUM
nr 8 z 2009 r. (Najciekawsze przedruki z prasy światowej; przedruk z DER SPIEGIEL).
--------------------------------------
Uwagi końcowe
„Człowiek, rynek, sprawiedliwość”
pozostaje nadal problem otwartym, a w wyniku kryzysu/recesji znacznie się
zaostrza. Może jednak w końcu ludzkość praktycznie akceptuje, że chciwość, egoizm, pogoń za konsumpcją i lekceważenie wartości duchowych i
etycznych, choć chwilowo przyjemne, w ostatecznym rozrachunku nie są dobrą
ideologią. Ludzie często się mylą. Często mają dobre intencje, ale wychodzi z
nich coś wręcz przeciwnego. Może jednak, gdy
większość akceptuje idee pozytywne, łączące
harmonijnie wartości duchowe z wartościami materialnymi,
może wtedy mniej będzie obłudy, mniej zawiści i
nienawiści, mniej rozczarowań, mniej tragedii.
Świat będzie lepszy, przyjaźniejszy – dla wszystkich ludzi. Czy to utopia?
Sprawy są trudne i wymagają dużo
dobrej woli i wiedzy z różnych dziedzin, i to przede wszystkim przez ludzi wymiaru publicznego. Kontrowersji jest dużo. Sprzecznych interesów
też. Metody propagandy są coraz bardziej ulepszane. Nauki ekonomiczno-społeczne
chyba nadal szukają rozwiązań tak jakby „po omacku”. Przeciętnemu człowiekowi
jest trudno się w tym wszystkim połapać, i wcale nic dziwnego, że jedni mają
już tego „serdecznie dość”, i stronią od udziału w życiu
publicznym, drudzy, w dobrej wierze..., trzeci ... (...) W tym całym
„poplątaniu z pomieszaniem”, trudno też jednoznacznie winić całą klasę
polityczną..., media itd. Chyba w
teoriach o niezbyt dobrej naturze
człowieka jest sporo racji: ale czy jest to głównie „wina genów”, czy
warunków?
Mój osobisty stosunek do problemów,
pod wpływem doświadczeń i lektury, też się zmienia.
Chyba jednak nigdy nie wpadłem w skrajności – nawet dość krytyczne opinie pod adresem ekonomii, rachunkowości, statystyki
itd., wypisywane na tych stronach (i na
wiele lat przed nimi), są raczej w znacznej mierze uzasadnione. Mini przewodnik po mojej Internetowej
publikacji – strona „Credo”. Tam też informacja o jej przerwaniu/zawieszeniu ,
i przyczynach.
„Jeśli kto chce przeczytać najlepsze artykuły,
reportaże i opinie z prasy 27 krajów Unii Europejskiej, znajdzie je w serwisie presseurop.eu,
w dziesięciu językach, w tym w języku polskim. Tematy polityczne, społeczne,
ekonomiczne, naukowe, kulturalne. Można je komentować, dyskutować na forum,
oglądać zdjęcia, filmy wideo i komiksy.
Presseurop.eu będzie współpracować z euranet.eu (grupą zrzeszającą europejskie
stacje radiowe) oraz z Euronews.
Portal, który ma się stać jednym z
ważniejszych mediów informujących i komentujących wydarzenia w Europie
finansuje Komisja Europejska. Oprócz budżetu KE gwarantuje też dziennikarzom
całkowitą niezależność redakcyjną.”*
*Informację
powyższą (w niewielkim skrócie) przytoczyłem za POLITYKĄ nr 22 (2707) z 30 maja
2009 r.
Tą informacją prawdopodobnie kończę dalszy rozwój tej strony. Może tematy
jeszcze kiedyś podejmę – ale, jeśli nawet, to raczej w innej formie
organizacyjnej.
Czerwiec, 2009 r.
Anonimus
----------------------------------------------------------------------------------------
| Literatura
| Strona główna |