Cud melatoniny?
Kajak pneumatyczny na morzu!
Ciąg
dalszy
Motto: Niemożliwe dzisiaj, może być możliwym już jutro!
• „Cud melatoniny” – w Internecie sporo
informacji, reklam i komentarzy o samej książce pod tym tytułem. Zakładam więc,
że zainteresowani temat znają lub go poznają. Ja na sobie testuję go pod kątem
„zegara biologicznego w cyklu całego życia”. Dotychczasowe rezultaty: Coś mi pomaga, ale co? Może przeróżne kompozycje suplementów diety i
melatoniny plus trening, las, woda, góry, wiara w powodzenie itp.? Nie wiem. Wiem tylko, że wyraźne skutki
zauważyłem u siebie dopiero po wielu latach regularnego stosowania.
• „Kajak pneumatyczny na morzu” – temat
kontrowersyjny, czy w ogóle na takim czymś można daleko pływać po morzu. Uważam,
że można, ale są pewne zasadnicze warunki.
Przed
nowym rejsem
Prawie rok już minął od mojego pierwszego
rejsu kajakiem pneumatycznym po Adriatyku wzdłuż wybrzeży Chorwacji. Rejs ten
został opisany na stronie „cmk”, opublikowanej w Internecie w styczniu 2010 roku. Za kilka dni ponownie wyruszam samotnie tym samym
kajakiem na Adriatyk. Cel ten sam jak i w roku ubiegłym: poza własną pasją
kajakową, sprawdzian, czy choć częściowo wraca mi forma kajakowa sprzed
czterdziestu lat, gdy przygotowywałem się do przepłynięcia Bałtyku zwykłym
składakiem, w najszerszym miejscu i bez żadnej asekuracji. Jakie miałem wtedy
szanse - nie wiem! Chyba niewielkie.
Jeśli bym natrafił na bardzo dobre warunki pogodowe, te trzysta kilometrów w
linii prostej raczej bym przepłynął w ciągu czterech – pięciu dni. Jeśli tylko
na dobre – chyba jeszcze by się udało, ale już tylko na skraju moich
możliwości. Jeśli i to nie? Wtedy nic nie wyszło, nawet z porządnym treningiem
(przepisy, pozwolenia, odmowa wydania paszportu). Pływałem dalej, nawet dość
dużo, ale już bez ambicji wyczynowych. Po zmianie ustroju, gdy przestał mnie
krępować brak paszportu, swoje marzenia już nie o jakiejś „szalonej
eskapadzie”, ale o zwykłych dalekich wyprawach kajakowych odłożyłem na później.
Przyczyna prosta: początkowo brak czasu i pieniędzy, a później, gdy przeszedłem
na emeryturę (2002 rok, 67 lat), oceniłem, że jestem już za stary, choć
fizycznie nadal trzymałem się dość
dobrze, ale gdzie mi tam już było nawet do półwyczynu...
przepaść. Sytuacja zaczęła się powoli zmieniać, a marzenia znowu wracać, jakieś cztery lata temu, gdy zauważyłem, że
chyba nie tylko przestałem się starzeć, przynajmniej pod kątem sprawności
fizycznej, ale siły jakby wracają. Pierwszy poważniejszy sprawdzian, na ile jeszcze
mnie stać w kajaku na wodach morskich, nastąpił w roku ubiegłym i opisany
został na stronie „cmk”. Poświęciłem też tam sporo miejsca „ Cudowi melatoniny”
(głównie pod kątem zegara biologicznego...), który, jak przypuszczam, sporo
podbudował mnie psychicznie, a może nawet nie tylko psychicznie. Aktualnie
jestem w formie kajakowej wyraźnie lepszej, niż w roku ubiegłym, a dużo lepszej
niż kilka lat temu. Około 40 km dziennie po wodach stojących nie jest już dla
mnie problemem. Kilkakrotnie przepływałem nawet po 45 do 50 km, ale to już przy
dużym wysiłku. Wszystko to na zwykłym kajaku turystycznym z wypożyczalni, w
przybliżeniu – pod kątem szybkości – podobnym do mojego pneumatyka. Na kajaku
morskim, jedynce, prawdopodobnie byłby to dystans o jakieś 50 procent dłuższy.
Co dalej z tego wyniknie – nie wiem.
Morze, nawet tak przyjazne dla kajakarzy jak Adriatyk, to jednak w końcu
jest morze, i nie wszystko można przewidzieć. „Pogoda
nad Adriatykiem ... może być zdradliwa”. Sporo na ten temat w Przewodniku
Żeglarskim po Adriatyku Chorwacja – Słowenia – Czarnogóra 888 portów i Zatok” 2010/2011” , Autor
Karl – H. Beständig, Wydawnictwo Myśliński, Warszawa
2010, Wydanie piąte, str. 104, skąd zaczerpnąłem ten cytat.
Wyruszam tym samym kajakiem, co i w
roku ubiegłym: Sevylor Pointer K2 model ST 6207.
Dlaczego go wybrałem, opisałem dość obszernie na stronie cmk. On jest dobry,
ale gdyby nie ograniczały mnie możliwości transportowe i finansowe, na pewno
wybrał bym inny. Po prostu mój kajak
pneumatyczny, oprócz oczywistych zalet, ma także istotne wady przynajmniej w odniesieniu do jakiegoś
ambitnego pływania po morzu, nie mówiąc już o „wielkim wyczynie”. Wspominam o
tym ponieważ mój ubiegłoroczny rejs tym kajakiem chyba trochę się przyczynił do
jego reklamy, która miejscami stała się „nieco” przesadna, i jeśli ktoś niezbyt
doświadczony, wybierze się w nim na morze, o wiele łatwiej może się to skończyć
tragicznie, niż gdyby wybrał się zwykłym kajakiem morskim albo chociażby
typowym składakiem. Ja trochę ryzykowałem, ale to już inna sprawa. Owszem, Sevylor Pointer K2 ma pewne zadatki, żeby i na morzu, nawet
w trudnych dla kajakarzy warunkach, stał się bezpieczniejszy, wygodniejszy i
nieco szybszy (jest on dużo szybszy od zwykłych kajaków pneumatycznych, ale
zarazem dużo wolniejszy od kajaków morskich, a od sportowych – szkoda w ogóle
mówić.). Aktualnie tematu nie chcę rozwijać.
Punktem wyjściowym do planowanego
aktualnie rejsu jest ubiegłoroczna trasa, z tym, że planuję ją przedłużyć i
nieco zmienić. Start i meta, tak jak w ubiegłym roku, w Biogradzie
na Moru.
Szkic planowanej trasy:
– Biograd na Moru – Ugljan – Dugi Otok – Kornat – Brač
– Makarska – Hvar – Peliešac
– Korčula – Mljet – Peliešac
– Hvar – Šolta – Murter – Biograd
na Moru.
W sumie około 700 - 800 km (w ubiegłym roku około 500 km), ale ile faktycznie
przepłynę i czy nie będę zmuszony korygować trasy – nie wiem. To jest morze, a pogoda na
Adriatyku, nawet w normalnym roku, pod koniec września i w październiku
zazwyczaj staje się trochę niespokojna i nieco nieprzewidywalna. Mogą też zajść
i inne przeszkody, jak chociażby „jeżowce”, uszkodzenie kajaka itp. Ja sam też,
choć w zasadzie czuję się dobrze, jestem dość często nękany przez lekkie bóle
głowy typu migrenowego (prawdopodobnie pozostałość po ciężkich chorobach z
dzieciństwa, w tym zapalenia opon mózgowych). Wprawdzie na wodzie, i w ogóle na
łonie przyrody, czuję się dużo lepiej niż w warunkach miejskich, ale czasami,
muszę nieco pofolgować.
Jeszcze trochę o melatoninie
Moje doświadczenia z melatoniną, różnymi suplementami diety, przyrodą i lekkim
treningiem, mnie prywatnie na razie w zupełności wystarczają. W końcu, czwarty
rok z kolei, zamiast normalnie niedołężnieć, staję się coraz sprawniejszy.
Wprawdzie jeszcze nie rewelacyjnie i głównie tylko w kajakarstwie, ale zawsze
jakaś nadzieja na więcej.
Podchodząc do moich doświadczeń...
pod kątem przydatności dla ogółu, odpowiednie testy trzeba by prowadzić
przynajmniej na kilkuset osobach i to przez okres co najmniej kilku albo i
kilkunastu lat. Poruszając na swojej stronie temat melatoniny pod kątem „zegara biologicznego w cyklu
całego życia” – o ile takowy faktycznie istnieje – byłem przekonany, że gdzieś
na świecie takie badania są już dawno prowadzone i ktoś się odezwie albo
opublikuje. Niestety, w Internecie nic na ten temat nie znalazłem, a w środkach
masowego przekazu nie natrafiłem.
Zaskoczyły mnie też wyjaśnienia, że
badania nad „Cudem melatoniny” kuleją z powodu braku funduszy, „bo melatoniny
jako środka naturalnego nie można opatentować, nie zwrócą się więc koszty
badań, nie będzie zysku”. Z opatentowaniem samej melatoniny, to oczywiście
racja. Tylko, jeśli przedmiotem badań będzie nie sama i wyłącznie sama
melatonina, ale cała kompozycja środków, problem „opatentowania” przestaje
istnieć, a i cel też wielki dla całej ludzkości. Dlaczego o tym cicho w środkach przekazu –
nie wiem.
Podanie swojego E-mailu odkładam aż
do czasu powrotu do Polski. Mam nadzieję, że Adriatyk/Jadran
nadal będzie dla mnie przyjazny.
cdn – mam
nadzieję
29 sierpnia 2010 r.
Anonimus
13 października 2010 r.
Cztery dni temu zakończyłem swój drugi rejs kajakowy po Adriatyku. Od dwóch dni jestem w domu. Jeszcze nie opadły mnie emocje po tym co przeżyłem. Adriatyk, tak bardzo łagodny dla mnie w ubiegłym roku, tym razem dał mi „taką szkołę”, że chyba by wystarczyła dla kilkunastu osób. Tyle burz, co mnie dopadło na morzu i na dzikich biwakach, to ja nie widziałem w Polsce przez kilka lat. Przed wyjazdem liczyłem się z tym, że przez około połowę zaplanowanej trasy mogę mieć nieprzychylne wiatry, ale nie przez trzy czwarte, i nie o takiej sile. Wiedziałem też, że przez górne osłony kajaka powoli przesącza się woda od bryzgów fal czy nawet od zwykłego wiosłowania, ale w ubiegłym roku, przy ładnej pogodzie nie sprawiało mi to prawie żadnego problemu. Teraz, gdy silne (jak na kajak) falowanie i deszcze były regułą, to „przesączanie się wody przez górne osłony stało się dodatkową niezbyt przyjemną atrakcją. Problem byłby mniejszy, gdybym pod osłony nie musiał poupychać wszystkiego co musiałem. A musiałem. Problem byłby też mniejszy, gdyby tylko lał deszcz, ale nie przelewały się przez kajak fale. W końcu woda słodka, nawet gdy wszystko nią przesiąknie, nie jest aż tak nieprzyjemna i nie czyni tyle szkód, co woda mocno słona. Przez około jedną trzecią trasy „od biedy” jakoś sobie z tym radziłem, mając pod ręką jeszcze coś suchego lub chociaż nie wymoczonego w „solance”. Później już nie dałem rady. Jakoś wytrwałem. A nawet w ciągu 34 dni przepłynąłem około 740 km. Niestety, do Mljetu zabrakło mi 15 kilometrów. Tylko piętnastu kilometrów i aż piętnastu. Nie miałem jednak chyba żadnych szans bez zmiany kierunku wiatru. Pal sześć, mógł wiać nawet z taką siłą, z jaką wiał, ale w odpowiednim dla mnie kierunku, a nie wprost przeciwnie. Sprawa była beznadziejna. Musiałem zawrócić. Wcześniej musiałem też zawrócić na początku Riwiery Makarskiej (jakieś 25 km od miejscowości Makarska), mając przed sobą i z lewej burty kajaka piękne pasmo gór, schodzących nieomal do morza. Niestety, przeciwny wiatr. Wykorzystywałem każde załamanie wybrzeża, aby się przed nim osłonić, ale gdy mi szybkość posuwania się do przodu spadła poniżej kilometra na godzinę, a ja już byłem prawie u kresu siły, dałem za wygraną. Z wiatrem płynęło się wspaniale, leciutko, bardzo szybko, zmęczenie, przed chwilą jeszcze „ogromne”, niemal „jak ręką odjął”. Nie miałem jednak wcale zamiaru tak od razu się poddać i zrezygnować ani z planu przepłynięcia wzdłuż całej Riwiery Makarskiej (przy okazji zrobienia wypadu, dla rozprostowania nóg, w góry Biokovo), ani z dopłynięcia do Mljetu i zwiedzenia tamtejszego parku narodowego. Aby nie tracić czasu na czekanie na zmianę pogody, a przy okazji opłynąć trochę Brač od strony, którą w zeszłym roku nie płynąłem, skręciłem w kierunku Brača. Oczywiście, trzeba było uważać, żeby większych fal nie brać na burtę, bo to groziło wywrotką, ale w sumie dopłynąłem do Brača bez problemów, jedynie kilkanaście kilometrów mnie zdryfowało w kierunku odwrotnym, czyli z powrotem na północ. Przebieg całej wyprawy, łącznie ze zdjęciami, mam zamiar opublikować za kilka tygodni/miesięcy. Na razie, dla odprężenia się i nabrania trochę sił także w nogach, za kilka dni wyruszam w Tatry. Chcę też, do całej sprawy, łącznie z kwestią melatoniny, nabrać pewnego dystansu. Tymczasowo ograniczam się więc do szkicowego zarysu przebiegu trasy, paru słów o niebezpieczeństwach i samym kajaku, i nieco dodam (tylko wstępnie i „na gorąco”), jak ja oceniam swój tegoroczną poprawę kondycji wioślarskiej i jej źródła.
Przebieg
trasy
- Biograd na
Moru – opłynięcie wysp Ugljan i Pašman
– powrót do Biogradu na Moru,
- Biograd na
Moru – Tisno – Šibenik –
Trogir – Split – początek Riwiery Makarskiej – zwrot
na Brač (wiatr),
- opłynięcie Brača od wschodu, północy i zachodu (wiatr nie
pozwolił do Makarskiej) – Hvar – wyspa Šćedro – wyspa Korčula
– półwysep Peliešac aż do pozycji naprzeciwko parku
narodowego wyspy Mljet (miejscowość Žuljana na półwyspie), powrót na zachód (wiatr),
- Lovište (na Peliešacu) - Hvar - Brač - Šolta - Veliki Drvenik -Razanj - Rogoznica – Šibenik- Tisno – Biograd na Moru,
- Biograd na
Moru – Sukošan – Biograd na
Moru (coś mnie „napadło” żeby na zakończenie „dobić” jeszcze choć trochę
kilometrów).
Niebezpieczeństwa
i kajak
Znalazłem się (w ubiegłym roku ani razu) w kilku groźnych sytuacjach, w jednej
nawet bardzo groźnej, ale wcale nie daleko od brzegów, gdy od strony pełnego
morza szły wysokie, grzywiaste ale zarazem dość długie fale, ale właśnie blisko
brzegu, gdy brakowało mi tylko kilkaset metrów do zakrętu/rogu (z mapy
wiedziałem, że jest tam mała zatoczka) zasłaniającego od wiatru. Musiałem brać
fale na burtę i częściowo na rufę, a tu wiatr z dużą siłą i szybkością spychał
mnie na skały. Kilkakrotnie robiłem zwroty na wiatr, żeby choć kilkadziesiąt
metrów oddalić się od brzegu i mieć zapas na dryf do zbawczego zakrętu/rogu,
tak już bliskiego, ale wiosłując niemal z całych sił (bałem się, że mocniej,
żeby nie złamać wiosła) stałem prawie w miejscu, ledwo, ledwo się poruszając.
Jeszcze miałem nadzieję, że wiatr choć na chwilę pofolguje, ale gdzie tam. Czas
mijał. Zacząłem tracić siły. Wstyd się przyznać, nie jestem specjalnie
wierzący, przynajmniej tradycyjnie, ale w pewnym momencie zacząłem się gorąco
modlić, żebym jeszcze choć trochę wytrzymał, żeby wytrzymał mój kręgosłup (od
gwałtownego wiosłowania głównie z jednej strony czułem jakby coś usiłowało mnie
rozerwać), żeby wytrzymało wiosło i już nie mając nic do stracenia, zacząłem
wiosłować z całych sił, najpierw pod wiatr i fale, później z jak największą
siłą burtą do fali i wiatru, aby tylko zdążyć do zakrętu zanim dryf rzuci mnie
na skały i rozbije. Działo się już wtedy błyskawicznie. Chyba to były sekundy
nie minuty. Przestałem w ogóle patrzeć na nadciągające z lewej strony fale. Widziałem tylko przed
sobą coraz bliższy zakręt ze sporą skałą i coraz bliższy, skalisty,
postrzępiony głazami brzeg. Kto będzie pierwszy? Czy na zakręcie/rogu nie ma
jeszcze innych niewidocznych w spienionym morzu głazów? Nic już nie mogłem
zrobić poza rozpaczliwym wiosłowaniem do przodu i kontrowaniem, abym nie został
bokiem obrócony. Zostałem! Gdy już byłem prawie na samym zakręcie, nagle
uderzyła we mnie wyjątkowo duża fala, wyniosła na grzbiet, przekręciła jak
piłką, głazy mignęły mnie już tylko w oczach, a ja bokiem i tyłem, na grzbiecie
fali, wśród piany, wylądowałem na prawie spokojnej wodzie. Co prawda, tu też
jeszcze spore podmuchy dochodziły, z wylądowaniem na ziemi (ściślej kamieniach)
też nie było łatwo ze względu na martwą falę, ale to już była „drobna pestka.
Co o samym kajaku mogę dodać. Nawet
bez steru on jest bardzo zwrotny i ma dużą dzielność morską, choć nie w każdych
warunkach. Ja tu trochę zmieniłem poglądy i ster w Sevylorze
nie uważam aż tak za bardzo konieczny. Listwy kierunkowe bardziej mi się
przydały na płyciznach jako pewnego
rodzaju ochrona przed uderzeniami dnem o kamienie, niż do utrzymania kierunku.
Podobnie z gniazdem do zdejmowanej płetwy kierunkowej. Oczywiście zakładanie
płetwy w konkretnych warunkach nie miało sensu, ale samo gniazdo trochę się
przydało do osłabienia otarć dna o kamienie na płyciznach. Do utrzymania
kierunku bez specjalnego wysiłku wystarczy odpowiednia wprawa oraz odpowiednie
rozmieszczenie bagażu oraz napompowanie. Czy potrzebna jest jakaś duża,
opuszczana płetwa, coś w rodzaju miecza? Ja bym się przy niej nie upierał,
podobnie jak ze sterem. Po prostu, w pewnych warunkach trzeba umieć na tym
kajaku pływać i bez steru/dużej podnoszonej płetwy, albo dać sobie spokój z
kajakami pneumatycznymi. Warto przy tym przypomnieć, choć w reklamach o tym
czasami trochę się zapomina, że zgodnie z instrukcją nie jest to kajak do wykorzystywania
profesjonalnego (w domyśle wyczynowego, specjalistycznego, tylko raczej
turystyczny). Nie można więc za dużo wymagać. Do zwykłego wykorzystania
turystycznego kajak jest stabilny, bardzo odporny na uderzenia (na mojej
osłonie jest kilkanaście rys po otarciach się i uderzeniach o skały często
chropowate lub nawet ostre, a osłona jakoś wytrzymała). Jak na pneumatyk jest
też bardzo szybki, i zgrabnie wygląda. Wadą oczywistą jest, że przez górne
osłony przesącza się woda. Ale znowu, gdy ktoś pływa niezbyt długo, w dobrych
warunkach i nie ma bagażu dotykającego osłon, to może nawet na to nie zwrócić
uwagi. Sevylor Pointer K2 jest też dość powolny w
kierunku na wiatr, szczególnie silny. Po prostu wysokość i szerokość. Mógłby
być też bardziej pakowny, czyli mieć w środku więcej miejsca, ale nie kosztem
nośności (kwestia materiałów i napompowania). Na razie dość uwag. Na marginesie
dodam, że choć mnie osobiście Sevylor Pointer K2
bardzo się podoba, i zamierzam go nadal użytkować, to raczej na poważnych
wyprawach morskich wolał bym pływać solidnym składakiem lub odpowiednim,
dostosowanym do rodzaju wyprawy, sztywnym kajaku morskim, co wcale nie
przesądza, że z góry wykluczam kajaki pneumatyczne. Może zostaną odpowiednio
dopracowane, nawet do produkcji masowej.
Na marginesie dodam też, że tam gdzie
mnie na Adriatyku zatrzymały za silne jak na mój pneumatyk wiatry czołowe, to
chyba (raczej prawie na pewno) nie miał bym z tym większych problemów w
sztywnym, niskim, i wysmukłym typowym kajaku morskim. Inna sprawa, czy on by
wytrzymał takie otarcia o kamienie, które mnie się przytrafiły kilkanaście
razy. Jeszcze inna sprawa, że kajakiem delikatnym, co się rozumie samo przez
się, nie wolno pływać ani lądować tam,
gdzie on do tego się nie nadaje, co wcale nie przesądza, że odpowiednich
warunkach i do odpowiedniego celu może być wyśmienity. .
Melatonina, czyli opóźnianie i cofanie
objawów starzenia się
W dalszym ciągu nie wiem co mi pomaga, ale wiem,
że kolejny rok mam coraz lepszą kondycję „kajakową”. W tym roku zdecydowanie
lepszą, niż w roku ubiegłym. Tylko warunki pogodowe nie pozwoliły mi tego
dobitnie w Chorwacji pokazać. Nawet na tym swoim pneumatyku, w warunkach
ubiegłorocznych ale w czasie dłuższym o 14 dni, byłoby to prawdopodobnie sporo
ponad tysiąc kilometrów. Jedynie z ostrożności w planie podałem, że będzie to
około 700 – 800 km. W pewnym momencie, ciągle
przemoczona odzież, później śpiwór, zimne noce, połamany przez wiatr i fale
namiot, uszkodzony materac, spanie na kamieniach na cienkich karimatach, duży
niedobór snu (warunki) spowodowały, że zacząłem się obawiać, że ja swój rejs
mimo wszystkich przeciwności losu, jakoś wprawdzie ukończę, dojadę autobusem do
Polski, ale zaraz po tym wyląduję w szpitalu. O dziwo, na razie nic mi się nie
stało, i oby tak dalej. Nawet moje bóle migrenowe ustały, nie wiem tylko na jak
długo. Widocznie głowa uznała, że ma poważniejsze
zmartwienia niż migrena. Naturalnie, gdy
już było bardzo ciężko, mokro, twardo i zimno, dublowałem niektóre suplementy
diety „niemal garściami”. Dygocąc w nocy
z zimna połykałem dodatkowo aspirynę
oraz witaminę C i jakoś żyję a nawet dobrze się czuję. Oczywiście, trochę
przesadzam z tym „dublowaniem” i „połykaniem garściami”, ale coś z tego było.
Trochę też, a może i mocno byłem rozkojarzony w drodze powrotnej, gdy już
minęły trudy. W autobusie i taksówce mogłem
reagować nieco od rzeczy. Do dzisiaj zresztą też jeszcze nie wróciłem do
normalności.
Więcej będę mógł napisać po powrocie z Tatr.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------
2 listopada 2010 r.
Powrót z Tatr
Kocham góry!
Tak samo jak wędrówki kajakowe.
Najchętniej bym połączył jedno z
drugim i dodał jeszcze tajgę albo inny las, choć mocno nie lubię komarów i
muszek oraz innego „kąsającego robactwa”.
Dla jasności: z gór typu alpejskiego znam jedynie Tatry: polskie i słowackie
oraz trochę Riłę i Pirin w Bułgarii. Tatry Polskie i
Słowackie znam nawet dość dobrze, ale jedynie turystycznie, bez dróg, na
których są już wymagane umiejętności wspinaczkowe w rozumieniu taternickim lub
alpinistycznym. Owszem, w „zamierzchłej przeszłości” przeszedłem wszystkie
najtrudniejsze znakowane szlaki, niektóre wielokrotnie, niektóre także zimą. W
Tatrach Słowackich chodziłem też sporo po tzw. „szlakach kopczykowanych”,
między innymi na Gierlach, Lodowy, Wysoką, Jaworowy, Szatana (Granią Baszt),
Ganek ... i kilka innych, ale to nie
były jeszcze trasy wspinaczkowe. Nie byłem też nigdy na wysokości ponad 3.000
metrów, choć po pobycie w Bułgarii, między innymi na najwyższych wierzchołkach
w górach Riła i Pirin (2.925 Musała
i 2.915 Wichren) oceniałem, że do wysokości około
5.000 metrów z aklimatyzacją chyba bym
sobie poradził bez większego problemu, a wyżej? Jeszcze raz dla jasności
porównań „powrotu do formy”: choć chodzenie po górach uwielbiam tak samo jak
pływanie kajakiem, to w kajaku, szczególnie na morzu, tak jakoś się złożyło, że
byłem i jestem na pewno o kilka klas
lepszy niż w górach. O ile więc na morzu i np. Lenie, mogę już realnie myśleć o
trudnych wyprawach, trudnych nawet dla prawie najlepszych, abstrahując od
mojego wieku, to w górach... gdzie mi tam było do wyczynu! A teraz? – niemal
„dno”, choć w tym roku, przynajmniej kondycyjnie byłem jednak w lepszej formie
niż kilka lat temu, i to po bardzo wyczerpującym rejsie kajakowym. Zauważyłem
też, że szybciej mija mi zmęczenie i szybciej dochodzę do formy. Czy to wpływ
melatoniny i innych suplementów diety? Przypuszczam , że tak ale pewności nie
mam. Na marginesie: czasów przejść nie podaję, bo bym musiał rozpisywać się o
warunkach itd.
Trzy dni temu wróciłem z
Tatr. Niestety, byłem bardzo krótko. Dlaczego krótko? – kilka dni po powrocie z
Chorwacji zacząłem jednak odczuwać pewne dolegliwości związane z ciężkim rejsem
kajakowym i wyjątkowo niekomfortowymi biwakami. Poradziłem sobie sam, choć nie
obyło się bez wizyt w aptece i sklepie zielarskim. Opóźniło mi to jednak
podjęcie kilkudniowej suchej zaprawy górskiej, która była konieczna po tak
długim okresie przebywania w kajaku. Wyjechałem dopiero 23 października,
czyli prawie tydzień później niż
pierwotnie zamierzałem , a przed 1 listopada czułem się obowiązku wrócić. Po
górach chodziłem zaledwie cztery dni (25 – 28 październik), a licząc z podróżą
pociągiem z Elbląga, dotarciem do i
powrotem ze schroniska oraz z kilkugodzinnym pobytem w Zakopanym, cała wycieczka
trwała „aż” sześć dni. W górach – cały czas w rejonie doliny
Chochołowskiej.
Kronika
• 24.X.2010 r. (niedziela) - Zakopane. Przyjazd około godz. 11.
Piękny, słoneczny dzień. Ciepło. Niepokoi jedynie wał chmur nad Tatrami. To nie
wróży nic dobrego. O godz. 1230 wyjazd busem PKS do wylotu Doliny
Chochołowskiej. Od wylotu Doliny Chochołowskiej do schroniska na Hali
Chochołowskiej pieszo. Plecak około 17 kg. Gdzieś do
Hucisk nadal ciepło i słonecznie ale chmury przekraczają już łańcuch Tatr i stopniowo obejmują coraz większą połać nieba. Po dojściu do schroniska jest
już pochmurno choć nadal dość dobra widoczność i nic nie pada.
• 25.X.2010 (poniedziałek) – pierwsza
nieplanowana próba wejścia na najwyższy szczyt Tatr Zachodnich Bystra -
próba nieudana. Zawróciłem będąc jakieś 50 - 75 metrów nad przełęczą
Bystre Sedlo. Przyczyna pogoda. Nikogo nie spotkałem
na szlaku. Nie było też śladów ludzi na śniegu. Na grani silny wiatr. Słaba
widoczność.
Szerzej.
Rano nastąpiło załamanie pogody. W
skrócie, najpierw mgła ograniczająca widoczność do kilkuset metrów. Jak
wychodziłem ze schroniska jeszcze nie padało, i miałem cichą nadzieję, że mgła
opadnie i już na wysokości około 1.500 metrów n.p.m. będę miał czyste niebo, a
jak nie , to dojdę gdzieś do Siwej Przełęczy, żeby rozpoznać warunki i zależnie
od sytuacji, albo iść dalej, nawet na szczyt, albo się wycofać. Niestety, już
na początku Doliny Starej Roboty zaczął siąpić deszcz, chwilami ustawał,
chwilami „lało jak z cebra”, chwilami znowu słabł, ale w zasadzie im wyżej tym gorzej. Na granicy lasu deszcz przeszedł w
grad, później w śnieg, jeszcze wyżej przestało padać, za to zaczęło wiać,
wprawdzie niezbyt silnie ale lodowato i było coraz bardziej ślisko. Dla
utrzymania równowagi coraz częściej posługiwałem się rękami (nie zabrałem w Tatry
czekana ani nawet kijków narciarskich), i w rezultacie rękawiczki, które do tej
pory jakoś uchroniłem przed deszczem, miałem zupełnie mokre.
Na Siwej Przełęczy na początku
podejścia pod Raczkową Przełęcz, było spokojniej i jakby widniej. Poszedłem
więc dalej. Po około trzydziestu minutach byłem już Raczkowej Przełęczy, a po
dalszych 25 minutach na Bystrym Sedle. Na grani wiał
od strony Słowacji „lodowaty”, w podmuchach silny wiatr. Przyznam się, że
choć ścieżka jest tam szeroka, to w paru
eksponowanych od strony polskiej miejscach zastanawiałem się, czy nie obchodzić
je nieco niżej, czy wręcz „maszerować na czworakach”, żeby przypadkowy
silniejszy podmuch z grani mnie nie zdmuchnął ze sto metrów w dół. Ograniczyłem
się jednak do mocno nachylonej pozycji, aby w razie czego, w ułamku sekundy
przejść „na cztery nogi”.
Na samym Bystrym Sedle
było dość spokojnie. Kusiły tablice: Błyszcz 30 minut, Bystra 45 minut
(oczywiście po słowacku). Czyli niemal w zasięgu ręki. Mnie kusiły tym
bardziej, że byłem na Rochaczach i wielokrotnie przechodziłem całą Liptowską
Grań, zaś na Błyszczu ani Bystrej nigdy nie byłem, choć kilkanaście razy
przechodziłem tak blisko. Po prostu, od
strony słowackiej było nieco za daleko, a od
strony polskiej, aż do czasu wejścia w życie układu z Schengen, zakaz
przekraczania granicy. Ruszyłem więc do góry. Miałem już mało czasu. Znaki
czerwone wiodące na Błyszcz były doskonale widoczne – wiatr wywiał śnieg.
Kierunek na Bystrą pokazywała tylko tablica - znaków niebieskich nie było
widać. Może przykrył śnieg? Początkowo
ruszyłem więc za znakami czerwonymi, na Błyszcz. Po kilkudziesięciu krokach
zrobiło mi się jednak żal Bystrej. W końcu to najwyższy szczyt Tatr Zachodnich.
Cofnąłem się do tablicy i zacząłem szukać niebieskiego szlaku wiodącego na
Bystrą. Gdyby była lepsza widoczność i mniej śniegu, przypuszczalnie po
kilkudziesięciu metrach był wiedział, czy on tam jest, czy go nie ma/już nie
ma? Albo żeby chociaż były na śniegu jakieś ślady, że ktoś tędy przechodził
(żadnych śladów ludzkich nie napotkałem przez cały dzień, oczywiście oprócz
tych w niższych partiach doliny, gdzie pracowali górale). Mam pewną wprawę jak
szukać – po ukształtowaniu terenu – „ceprowskich szlaków”, więc w końcu
natrafiłem, ale na czerwony. Gdym wtedy wiedział, że z Błyszcza na Bystry,
dawne graniowe nieoznakowane i
niedozwolone przejście (15 minut) jest już dozwolone i oznakowane (nie trzeba
teraz – nie wiem od kiedy), żeby legalnie przejść z Błyszcza na Bystrą cofać
się aż do Bystrego Sedla, tylko, bez utraty wysokości
odbyć krótki spacer łatwą granią (na pewno już dawno wielu tak robiło, w końcu
władze to zalegalizowały), chyba nim bym poszedł. Niestety, nie wiedziałem.
Dowiedziałem się dopiero następnego dnia w schronisku porównując nowe (2010) i
najnowsze (też 2010 ale innego autora) przewodniki oraz najnowsze schematy szlaków turystycznych
polskich i (oddzielnie) słowackich. A tak! Było już późno. Widoczność
beznadziejna, wiatr, zimno, jestem za lekko ubrany (jak na te warunki), nie mam
czekana ani kijków narciarskich, w przemokniętych rękawiczkach palce już trochę
grabieją, a jeden musiałem nawet rozcierać, bo już traciłem w nim czucie, więc
chyba rozsądnie się wycofałem, choć było tak blisko.
Zejście przyszło mi niespodziewanie
łatwo, tylko w miejscach nieco
eksponowanych schodziłem bardzo wolno i ostrożnie, podpierając się dość często
rękami, i znowu, tym razem tylko profilaktycznie, wielokrotnie palce masowałem.
W łatwych miejscach prawie zbiegałem. Przydały by się kijki narciarskie/albo czekan.
Oj przydały! Byłoby szybciej, nie miał
bym też przemoczonych rękawic i raczej uniknął kilku miękkich upadków w śnieg a
jednego w błoto (to już w lesie).
• 26.X.2010 Grześ -
popołudniowy spacer po śniegu i w mgle, która rano trochę zalegała dolinę,
a później podniosła się w górę. Bez
problemu. Ani „żywej duszy, „ ani śladów na śniegu. Widoczność z Grzesia od
kilkudziesięciu do dwustu metrów.
• 27.X.2010 Wołowiec
-
piękna słoneczna pogoda. Chmury w dole. Góry przykryte cienką warstwą
świeżego śniegu wyglądały pięknie. Chwilami jednak pogoda trochę się
pogarszała. Chmury podchodziły z dołu, zasłaniały słońce i góry. Podejście na
Wołowiec przez Grzesia, Długi Upłaz i Rakonia. Powrót
przez Chochołowską Wyżnią. Przy podejściu widziałem
na śniegu tylko jeden ślad ludzki, wiodący ze Słowacji (od przełęczy Bobrowieckiej) omijający jednak wierzchołek Wołowca
nieoznakowaną percią wiodącą do doliny Jamnickiej.
Przy zejściu, głównie w Chochołowskiej Wyżniej, było
już trochę ludzi - nie wiem.: turystów, taterników, liczących kozice?
• 28.X.2010 ponownie Bystra
– tym razem bez problemów poza tym, że dość daleko, jak na tą porę roku. Piękna
słoneczna pogoda. Cienka warstwa śniegu, miejscami trochę lodu. Pod Raczkową
Przełęczą i na stokach Bystrej, śniegu więcej, nawet kilkanaście centymetrów a
miejscami nawet około trzydziestu. Trochę lodu i śliskich skał. Cały czas szlak
przetorowany, chyba głównie przez liczących kozice a po stronie słowackiej
także przez nielicznych turystów.
Prawdę mówiąc, ja sam nie wiem jaki
to był szlak, poza tym, że był dobrze przetorowany i chyba dobrze w konkretnych
warunkach poprowadzony. Prowadził on
jednak cały czas po południowej stronie, omijał wierzchołek Błyszcza i wyprowadzał gdzieś na środek grani pomiędzy
Błyszczem a Bystrą. Nie był to więc szlak czerwony (przynajmniej nie cały czas)
a czy był niebieski i który? Albo w ogóle nieoznakowany? (przynajmniej pewien
odcinek)? Nie wiem.
Specjalnie nie miałem kłopotów ani z
wejściem, ani z zejściem. Rękawiczek też zbyt mocno nie przemoczyłem choć
kilkakrotnie nie obyło się bez użycia rąk. Pod szczytem Bystrej atrakcja:
stadko kozic. Wcale się mnie nie bały, właściwie to prawie wcale nie zwracały
na mnie uwagi, choć bliżej jak na jakieś 50 – 75 metrów to i nie podchodziły. Za to w drodze
powrotnej, już niedaleko Bystrego Sedla, na
przetorowanym szlaku spotkałem kozicę idącą mi naprzeciw tym samym szlakiem
(ściślej mówiąc, w miejscu spotkania byliśmy nieco powyżej głębokiej bruzdy
wydeptanej w śniegu). Stanęliśmy naprzeciwko
siebie i przez minutę – dwie były wątpliwości, kto komu ma ustąpić z drogi i z
wygodnej ścieżki zejść na trochę strome
zbocze śnieżne, pod śniegiem którego ja przynajmniej nie wiedziałem co się
kryje: piarg, skała, lód? Wyciągnąłem aparat fotograficzny, zrobiłem jej
zdjęcie, schowałem aparat, a ona nic, stoi nadal naprzeciwko i na mnie się patrzy. Nie chciałem jej płoszyć. Nie
widziałem więc innego wyjścia. Zwróciłem się do niej po polsku: „Kochana moja.
Ustąp mi z drogi. Jesteś zręczniejsza. Ja się boję”. Nie pamiętam, czy dodałem
przy tym „Proszę”. O dziwo! Ona natychmiast się posłuchała. Jakoś bokiem zeszła
kilka metrów w dół, śnieg się pod nią wcale nie obsuwał ani ona się w nim nie
zapadała, i spojrzała na mnie jakby zapraszająco. Przeszedłem obok o kilka
metrów. Przechodząc, choć chciało mi się śmiać z sytuacji, powiedziałem jeszcze
„dziękuję” i po kilku metrach odwróciłem się, żeby zobaczyć, co ona dalej
zrobi. Nic specjalnego. Była już znowu na ścieżce i nie patrząc na mnie
spokojnie się oddalała a za chwilę zniknęła mi z oczu za jakąś wypukłością
terenową.
Nawiasem mówiąc, podobne ale o wiele
bliższe spotkanie z kozicą „twarzą w twarz” miałem kilkadziesiąt lat temu, też późną jesienią. Wtedy jednak,
przynajmniej w pierwszej chwili, sytuacja była groźna. Schodziłem szybko z
Rysów, też późna jesień i mgła. Poniżej Buli, gdzie już była wygodna ścieżka,
ale jeszcze małe progi i skałki, na jakimś zakręcie omal nie zderzyłem się z
kozicą, która tą samą ścieżką podchodziła do góry. Zamarliśmy naprzeciwko
siebie w odległości niespełna metra. Ja wtedy autentycznie bałem się poruszyć,
bojąc się, że ona się spłoszy, w panice skoczy do przodu i strąci mnie ze
skały. Wprawdzie tam nie było wysoko ani stromo ale upadek na kamienie nawet z
kilku metrów, też się może źle skończyć. No i jej rogi. Kozica pierwsza się
zdecydowała. Bardzo powoli zeszła ze ścieżki, ja przeszedłem, wtedy się nie
odezwałem. Odwróciliśmy się do siebie z odległości kilku metrów. Ona już stała
na ścieżce. Za chwilę zniknęła za skałą, i jeszcze wyjrzała zza skały patrząc
na mnie. Ja chwilę stałem nieco oszołomiony, i już bez żadnych dalszych przygód
szybko dotarłem do schroniska.
• 29.X.2010 r.
Niestety to już koniec. A tu pogoda znowu bardzo dobra. Idę wolno do Siwej
Polany i tam jeszcze dwie godziny siedzę
na ławce, wystawiając twarz do słońca. Zupełnie nie chce mi się wracać. Z
Zakopanego przez lornetkę obserwuję
wspaniałą panoramę Tatr i żal ściska mi serce. Niestety. Gdyby
Słowacy nie zamykali od 1 listopada Tatr powyżej linii schronisk, chyba jeszcze
raz w tym roku bym w Tatry pojechał, przynajmniej na jakieś 10 dni albo i na
dłużej.
Podsumowanie
po powrocie z Tatr
Wiem o tyle więcej, że szybciej i
łatwiej dochodzę do formy niż kilka lat temu nie tylko w kajakarstwie ale także
i w górach. W odbudowie wytrzymałości zauważyłem, że różnice w postępie
wynikają głównie z tego, czemu poświęcam więcej uwagi. W ostatnich pięciu
latach głównie skupiłem się na kajakarstwie. Było to kosztem „włóczęgi po
lasach”, biegania a także i gór. Rezultaty widać. Muszę więc zadbać o bardziej
zrównoważoną odbudowę wytrzymałości. O ile więc z odbudową wytrzymałości chyba
jestem na dobrej drodze, to z próbami odbudowy szybkości, skoczności, gibkości
itp. po prostu utknąłem. Ostatnio niemal w ogóle zaniechałem odpowiednich
ćwiczeń (chyba z lenistwa tłumaczonego przed samym sobą brakiem czasu, i
chęci). Po prostu wygląda na to, że nie dają rady odpowiednie mięśnie, stawy,
wiązania i nawet przy lekkich ćwiczeniach/treningu bardzo łatwo o kontuzję.
Nawet przejście ze zwykłego wolnego biegu lub truchtu na tzw. tempówkę na pół siły sprawia mi
zasadnicze problemy nie tylko z oddechem lecz przede wszystkim z
mięśniami/stawami. O skokach to już wolę
w ogóle nie wspominać, a w swoim czasie, np. w trójskoku, byłem całkiem dobry.
Wspomagam się trochę od kilku lat
różnymi środkami na stawy itp., ale trudno mi nawet jednoznacznie ocenić, czy
mi to pomaga, i na ile, czy nie. Po prostu, jak normalnie chodzę a nawet wolno
biegam, to mnie nie bolało i nie boli. Zaczyna boleć, gdy zaczynam ćwiczyć.
Przestaje boleć, gdy przestaję ćwiczyć. Jak z tym, w moim wieku, pójść po poradę do normalnego lekarza? Chyba by na
mnie popatrzył jak na wariata, albo potraktował, jak w tym dowcipie „Przychodzi baba do lekarza. Panie doktorze,
jak się schylam, to mnie boli. Nie schylać się. Następna proszę.”
Oczywiście żartuję, choć w tym dowcipie zapewne coś tam z prawdy jest. Na razie
wyciągnąłem wnioski, że z tymi ćwiczeniami muszę ostrożniej i bardziej powoli
zwiększać intensywność i chyba zwiększyć dawki niektórych suplementów diety/lub
zmienić ich rodzaj, proporcje składników itp. No i systematyczność...
W podsumowaniu nie mogę na
razie uwzględnić nic nowego a istotnego
z Internetu, zarówno „za” jak i „przeciw”. Po prostu czasu mi wystarcza jedynie
na przejrzenie wyników wyszukiwania z kilku pierwszych ekranów, a możliwe, że
bardzo istotne uwagi/informacje nie mogą się przebić na pierwsze strony. Do tematu wkrótce wrócę na tej samej stronie,
dodając do niej jednocześnie fragmenty w języku angielskim. W końcu ludzie zasługują na to, żeby wiedzieć, czy cud
melatoniny to tylko sensacja i reklama, czy faktycznie coś w tym jest i sensowne badania warto kontynuować.
Odkładam na później
publikację zdjęć oraz szczegółową relację z ostatniego rejsu kajakiem po
Adriatyku wzdłuż wybrzeży Chorwacji , a także publikację zdjęć z mojej
ostatniej wycieczki w Tatry.
Przepraszam, że kolejny raz odkładam
podanie swojego adresu E-Mail. Po prostu nie przewidziałem, że aż tak trudno
będzie zebrać aktualne, niemal elementarne informacje, co tak naprawdę się z
tym „cudem melatoniny” dzieje. Bez tego sam jeszcze nie mogę się do końca
zdecydować, co dalej robić.
Anonimus
------------------------------------------------------------------------
6- 7 listopad 2010 r.
Poniżej, na próbę,
fragment tej strony w języku angielskim. Chcę się zorientować, czy ułatwi
Czytelnikom i mnie, dotarcie do aktualnych i pełniejszych informacji. Ja na
razie nie widzę powodów żebym miał przerwać swój prywatny eksperyment. Już
teraz zaczynam intensywniej pracować nad biegami, chodzeniem po lasach i
pagórkach oraz powoli na nowo próbuję prawie zaniechanej gimnastyki dla poprawy
elastyczności mięśni i stawów.
Melatoninę przyjmuję bez zmian,
natomiast z pozostałymi suplementami diety chcę jeszcze trochę
poeksperymentować, żeby nie tylko kondycja/wytrzymałość... O planach na rok
przyszły jeszcze za wcześnie... Głównie zależą one od formy, a jak forma
jeszcze wyraźniej się poprawi (?), także od tego, czy nie natrafię na jakieś
inne przeszkody, np. wizowe (na Bajkał, Sajany i Lenę wiza potrzebna na pół
roku), np. możliwość legalnego przekraczania kajakiem wód terytorialnych, z
wypływaniem na wody międzynarodowe itp.
Może zresztą trochę „przyhamuję” pływanie ograniczając się jedynie do
Archipelagu Sztokholmskiego, na rzecz gór?
Nawiasem mówiąc, ja sam nie wiem, czy
mój zaskakujący powrót do formy kajakowej, to tylko jakaś chwilowa mobilizacja
organizmu, może nawet z pogranicza dopingu, która może wkrótce źle się dla mnie
skończyć, czy faktycznie zarysowuje się coś nowego, trwałego, zgodnego z
hipotezą autorów cudu melatoniny. Oby to drugie. Ale to
byłby faktycznie cud. Aż samemu trudno mi to
sobie do końca wyobrazić.
I jeszcze jedno, choć trochę się
powtarzam. Książka CUD MELATONINY, tytuł oryginału THE MELATONIN MIRACLE ukazała się piętnaście lat
temu. Było więc sporo czasu, żeby zbadać jej podstawowe założenia, i to wcale
nie wymagało olbrzymich nakładów finansowych, tylko dobrej organizacji i sporo
interdyscyplinarnej wiedzy. Ja byłem przekonany, że niezależnie od innych
badań, jakieś instytucje w USA i w innych krajach, zainteresowane bardzo
śmiałymi hipotezami autorów (Dr Walter Pierpaoli, Dr William Regelson, Carol Colman) normalnie po prostu
zorganizują grupy ochotników wśród ludzi starych, którzy chcą jedynie trochę
się odmłodzić, i wśród ludzi w średnim wieku, którzy chcą przedłużyć sprawność
średniego wieku, wyjaśnią im wszystko co trzeba, i będą fachowo śledzić
rezultaty, tak metodami ankietowymi, jak i od czasu do czasu badaniami
kontrolnymi. Przecież wcale nie było by to specjalnie drogie i od razu trafiało
w samo sedno cudu. Nie przyszło mi w ogóle do głowy, że wszystko może być sprowadzone
do bezsenności, wspomagania leczenia różnych chorób itp. oraz badań
klinicznych, które siłą rzeczy koncentrują się na chorobach. To są oczywiście sprawy
ważne, ale jeszcze nie cud. Uważałem też za oczywiste, że jeśli całe założenie cudu
opiera się na próbie oszukania zegara
biologicznego...
(o ile takowy w ogóle istnieje w cyklu całego życia), to należy go oszukiwać do końca, a nie tylko przy pomocy melatoniny, to jest także przy pomocy
nawet sztucznie podawanych witamin i mikroelementów, przy pomocy odpowiedniej
aktywności fizycznej (umysłowa to odrębny temat) itp. Sądziłem również,
interpretując doświadczenia autorów na myszach, że pierwsze
efekty u ludzi dadzą się wyraźnie zauważyć gdzieś dopiero po upływie kilku albo
i kilkunastu lat konsekwentnego stosowania całego zestawu środków. Nie przejmowałem się
dlatego wcale, że u siebie przez pierwszych pięć lat w ogóle nie zauważyłem
żadnej różnicy... Wystarczyło mi, że nie
dostrzegam skutków negatywnych. Dziwiło mnie i dziwi nadal, że w Internecie
całkiem dużo o cudzie melatoniny, ale tak, jakby książka o nim została wydana
dopiero „wczoraj” i jeszcze nikt prawie nic (poza leczeniem bezsenności) nie
zdążył zbadać, a jak badał naukowo, klinicznie, przy okazji, to natrafił na
tyle niewiadomych, że chyba jeszcze z pięćdziesiąt albo i sto lat trzeba, żeby
je wyjaśnić.
Co ja więcej mogę dodać? Głównie to,
że nadal szukam...
Anonimus/Anonymous
(Wyróżnienia i drobne
poprawki stylistyczne dokonane teraz: listopad 2011 rok. Tekst angielski tymczasowo bez zmian. Podobnie jest na stronie Miracle.
Anonimus)
Hobby
Miracle of melatonin?
Pneumatic kayak at the sea!
Continued...
Motto: Things that are impossible today, may be
possible tomorrow!
-“Miracle of melatonin” – Internet provides a lot of
information, advertisements and comments about the book of the same title. Therefore, I assume that interested people
already know or are getting to know the subject. I am testing it on myself manly with regard
to “biological clock in the life-long cycle”.
The present results: Something helps me, but what? Maybe various
compositions of diet supplements and melatonin plus workout, forests, waters,
mountains, belief in success, etc.? I do not know. I only know that I have noticed the distinct
results on myself after many years of regular application.
-“Pneumatic kayak at the sea” – a controversial subject whether something like
this may be used to travel far into the sea at all. I consider it possible,
but under some primary conditions.
Before a new voyage
Almost a year has already passed since my first pneumatic kayak voyage
on the Adriatic Sea along Croatia’s coasts. The voyage was described on “cmk” webpage which was published on the
Internet in January 2010.
In a few days time I am
setting out again on the Adriatic Sea, alone, with the same kayak. The purpose is the same as in the previous year: apart from my own kayaking passion, a test, whether my kayak form is
returning at least partially, since the time when, forty years ago, I was
preparing for travelling through the
widest section of the Baltic Sea in an ordinary foldable kayak, without any
safety measures. What were my chances then – I do not know, indeed! Small, most
probably. If only I could benefit from very good weather conditions, I would
take these three hundreds kilometres in a straight line within three – five
days. If I could count on good ones only
– maybe still I would be able to succeed, but only on the edge of my
abilities. But, what if not even that?
In such a case nothing would work out, even with a through preparation
(regulations, permits, refusal to issue a passport). Anyway, I was still
kayaking, even a lot, but without record-seeking ambitions. After the political system had changed, in
times when getting a passport was not a problem any more,
I put my dreams of not even some “crazy escapade” but regular remote kayak
voyages off. The reason was simple: at
the beginning it was a lack of time and money, and then, when I retired (2002,
67 years old), I considered myself too old, although physically I was in a
quite good form, but how could I compete even with semi-professionals .... it
was a gulf, anyway. However, the situation was beginning
to change, and dreams to return some four years ago, when I noticed that I not
only stopped to get older, at least with regard to physical fitness, but my
strengths were kind of returning.
Last year I took the first more serious test, what I am still capable of
in a kayak on the sea, and I described
it on “cmk” webpage.
I dedicated quite a lot of space to the “Miracle of melatonin” (mainly
with regard to the biological clock...) which, I suppose, supported me a lot
mentally, and, maybe, not only mentally, as well.
At the moment, my kayak form is evidently better than a year ago, and
substantially better than a few years ago. Kayaking approximately 40 km a day on still waters is not a problem for
me any more. I even took a voyage of 45 to 50 km a
few times, but it required significant effort, I must admit. All this in an
ordinary touristic canoe from a rental company, similar – as for the speed – to
my pneumatic kayak. In a sea kayak, single type, I could probably reach
approximately 50% longer distance. What
will follow – I do not know. Even such friendly sea for kayakers as the
Adriatic, still is the sea, you cannot predict everything. “Weather on the Adriatic – can be
deceptive”.
You can
find a lot about it in the Sailor’s
Guide on the Adriatic, Croatia - Slovenia, Montenegro 888 ports and bays” 2010/2011 by Karl. H Bestandig, Myśliński Publishing House, Warsaw 2010, Fifth edition,
page 104, where from the citation comes
from.
I will be travelling in the same kayak as in the previous year. Sevylor Pointer K2
model ST 6207. The
reason, why I have chosen it, was quite widely described on the cmk webpage. It
is good, but if I were not limited with transportation and financial aspects, I
would choose another one, for sure.
Simply, my pneumatic kayak, apart from obvious advantages, has also
major disadvantages, at least when speaking about some ambitious sea kayaking,
not to mention any “big challenge.” I mention it because my last-year travel by
this kayak contributed slightly to its publicity which, I think, sometimes was
“a little” too exaggerated, and if somebody, slightly less experienced, took it
on the sea, it might end dramatically much easier than if they took an ordinary
sea kayak or at least a typical foldable one.
I was putting myself at risk a little, but that is a different story.
Yes, Sevylor Pointer K2 has some makings to become more safe, more comfortable and
slightly faster on the sea, even in conditions which are difficult for kayakers
(it is much faster than ordinary pneumatic kayaks, but, at the same time, much
slower than sea kayaks, and when compared to sport ones – it is not even worth mentioning). At the moment, I would not like to go into
details.
The starting point for the currently planned voyage is the previous-year
route, but I am planning to extend it and slightly modify. Start and end,
similarly as in the previous year, is planned in Biograd
na Moru.
·
Biograd na Moru - Ugljan - Dugi Otok - Kornat - Brać -
Makarska - Hvar -Pelieśac - Korćula - Mljet — Pelieśac — Hvar — Šolta — Murter - Biograd na Moru.
In total, the route takes approximately 700 – 800 km (last year approx. 500 km), but how many kilometres I
will be able to travel actually, and whether I will not be compelled to adjust
the route – I do not know. It is the sea, and by the end of September and in
October weather on the Adriatic, even in an ordinary year, usually becomes
slightly rough and a bit of unforeseeable.
Other obstacles may incur as well, like sea urchins, kayak damage,
etc. Also myself, although I feel generally
well, I suffer slight migraine headaches quite often (most probably the remnant
of serious diseases I have gone through in
my childhood, including meningitis). Even though on water and more
generally in the bosom of nature I feel much better than in the city, sometimes
I must be soft on myself.
Personally, my own experiences with melatonin, various diet supplements,
nature and light workout are fairly sufficient for me at the moment. Anyway, it
is four years now as I am becoming more and more fit, instead of normal getting
more and more decrepit. It is, however, not so sensational yet and it mainly
reflects in kayaking, but there is still a hope for more.
When considering my experience … with respect to suitability for others,
first, relevant tests would have to be carried out on at least hundreds of
people for at least a few or even a dozens of years. Mentioning the subject of melatonin on my
webpage in relation to “biological clock in the life-long cycle” – if such actually
exists – I was convinced that somewhere there such research is being carried
out and somebody will get in touch or publish it. Unfortunately, I found
nothing on the Internet, nor in mass media.
Explanations that research on the “miracle of melatonin” have problems
with financing because “melatonin, as natural substance, cannot be patented,
thus the investment in research will not return and bring profits”, surprised
me. It is true that melatonin alone cannot be patented. But, if
the subject of research is not the melatonin alone but the whole range
or substances, the problem of ”patenting” will cease to exist, not even
mentioning the goal which is crucial for the whole human race. Why it is so quiet in mass media about it – I
do not know.
I postpone giving my e-mail address until I return to Poland. Hope the Adriatic will be still kind to me.
to be
continued – on August 29, 2010, I hope.
Anonimus
.................................
October 13,
2010
I have finished my second kayaking voyage on the Adriatic Sea four days
ago. I have been home for two days. Still, I am full of emotions after what I have
experienced. The Adriatic, so kind for me last
year, this time gave me “such a lesson” which would be enough for a dozen of
people. So many storms I had to survive on
the sea and temporary camps, I have not seen in Poland for a few years. Before my departure, I have been taking into
account that unfavourable winds may last for about a half of planned route, but
not for the three fourth of the time and not of such a strength. I also knew that wave splashes or even normal
rowing may cause the upper kayak’s guards to leak, but last year in nice
weather it was a minor problem. Now, when
strong (as for a kayak) waving and raining was a rule, water leaking through
upper guards was additional, not very pleasant attraction. The problem would be smaller, if I did not
have to pack inside all my belongings I had to take with me. And I did have to
take a lot. Also, the problem would be smaller if only rain was pouring, with
no waives overflowing the kayak. All in all, sweet water is not so unpleasant
and does not make such inconvenience, even if everything is completely soaked,
as strongly salted water does. For approximately one third of the route I was
“somehow“ dealing with it, having some things still dry or at least not soaked
in “brine”. Then I gave up. Anyway, I survived somehow. What is more, I even
travelled about 740 km in 34 days. Unfortunately, I lacked 15 kilometres to Mljet. Only, and as many as 15 kilometres. Anyway, I had no
chance without wind to change its direction, I suppose. Oh, all right, the
strength of wind was OK but at least it could blow in the direction which was
favourable for me, not just the opposite.
The situation was hopeless. I had to turn back. Earlier, I had to turn
back at the beginning of Makarska Riviera (some of 25
kilometres from Makarska city), having a gorgeous
mountain range descending almost to the sea in front and on my left.
Unfortunately, the opposite wind. I have been using every coast twist to find
some shelter from the wind, but when my speed decreased below one kilometre per
hour, and I was on my last legs, I gave up.
Downwind, the voyage was wonderful, light, very fast and tiredness, so
“overwhelming” just a moment ago was nearly “vanishing”. However, I was not
going to give up so easy and give up neither my plan to travel along the whole Makarska Riviera (and, by the way, hiking in the Biokovo Mountains, to stretch my legs a little) nor to
reach Mljet and visit their national park. Not to lose time to wait for a weather change, and by the way to travel
around Brać from the side I did not travelled last
year, I turned towards Brać. Of course, I had to pay special attention not to take stronger waves on
board, because it could end with a tumble, but, all in all, I reached Brać with no problems, except for that I was drifted a
dozen kilometres into opposite direction, i.e. back to north. I am going to publish the documentary of whole trip, with photos, in a few
weeks/months time. At the moment, in order to relax and let my legs to recover,
I am setting out to the Tatra Mountains. Also, I want
to reconsider the whole matter, including melatonin, from some distance. Therefore, at the moment I am going to
publish only the draft of the route course, few words about hazards and the
kayak, and a little (only preliminary and “on spot”) my assessment of this year
improvement of my rowing form and its source.
-Biograd na Moru – travel around Ugljan and Pasman islands – return to Biogradu
na Moru,
-Biograd na Moru - Tisno - Śibenik - Trogir - Split – begining of Makarska Riviera –
turn on Brać (wind),
-travel around Brać
from east, north and west (wind prevented me from reaching Makarska)
- Hvar
-Śćedro island - Korćula
island - Pelieśac penisula
up to the point opposite to the Mljet National Park (Zuljana city on the penisula),
return to west (wind),
-Loviśte (on Pelieśac)
- Hvar - Brać - Śolta - Veliki Drvenik -Razanj - Rogoźnica -Śibenik- Tisno - Biograd na Moru,
-Biograd na Moru - Sukośan - Biograd na Moru
(some “crazy idea” to make some more kilometres at
the end).
Hazards
and the kayak
I found myself (last year not even once) in a few dangerous situations,
once even a quite terrifying one, which happened not far from the coast, when
high, comber and, at the same time, quite long waves were coming from the
seaside, but so near the coast that I lacked only a few hundreds
meters to the turn/corner (the map showed a small bay there) protecting from
the wind. I had to take waves on the board and partially on stern, when, at the
same time, wind was pushing me against the rocks with enormous strength and
speed. A few times I turned against the wind to get a least a few dozens-meter
distance away from the coast and have some reserve for a drift to the salutary
turn/corner, so close now; but rowing with nearly all my strengths (I was
afraid to row harder, not to break the paddle), I was standing almost still,
hardly moving. I still had the hope that wind will lose its
strength for at least a while, but my hope was vain. Time was passing. My strengths were running out. Shame to admit, I am not particularly
believing, at least in a traditional meaning, but there came the time when I
started to ardently pray to resist the wind at least a little longer, to let my
spine survive (intense rowing made me feel, mainly at one side, as if something
was trying to tear me apart), to keep the paddle in one piece, and when I had
nothing to lose any longer, I started to row with all my might, first against
the wind and waves and then using the whole strength with a board against the
wave and wind just to manage to reach the turn before the drift hits and
smashes me against the rocks. Then
everything happened so fast. It must have been seconds not minutes. I stopped
noticing waves coming from the left. What I saw was a turn behind quite a huge
rock coming closer and closer and closer and closer rocky coast, ragged with
stones. Who is going to be first? Are there any other stones, somewhere there
on the turn/corner, invisible in foamy sea of stones? I could do nothing at
all, apart from desperate rowing forward and countering, not to let myself be turned
sideways. I was! When I nearly reached
the turn, an exceptionally huge wave stroke me, took up to the ridge, turned as
if I was a ball, and I had only a faint glimpse of stones when, on my sides and
back, through the waive ridge, I landed on almost still water. True, quite a strong blows were reaching this
place, and ending up on land (more
precisely, on rocks) was not easy at all, because of a dead waive, but it was a
piece of cake now.
What can I add about the kayak alone. Even without a rudder it is very
manoeuvrable and highly sea resistant, but not in every conditions. My opinion
has slightly changed and I believe that a rudder in Sevylor
is not as necessary as I thought before. Lateral battens were of much
assistance in shallow waters as a kind of protection against striking the
bottom against the rocks rather than for keeping the direction. Similar situation was with the socket for a
removable lateral rudder. Of course, installing the lateral rudder in specific
conditions had not sense, but the socket itself was quite usefull
for reducing the bottom abrasion in shallows. Some practice, appropriate
placement of luggage and adequate inflation are enough to maintain the
direction with no special effort. Is there any big, retractable rudder, something
similar to a dropkeel needed? I would not insist, similarly as in case of
the rudder. Simply, in some conditions you must know how to operate the kayak
and without the rudder /big retractable rudder, or just forget pneumatic
kayaks. It is worth mentioning here,
although advertisements forget to say this, that the operation manual restricts
that it is not a kayak for professional use (in default: for record-seeking,
special use, but rather for touristic use). Therefore, you cannot request too
much.
For general touristic use, the kayak is stable, very stroke resistant
(on my guard, there are dozen scratches from abrasions and collisions against
the rocks often rough or even sharp ones, but the guard resisted somehow. It is also fast and looks nice as for a pneumatic kayak. The obvious defect is that water leaks through
the upper guards. But again, when a journey is not so long, in good conditions
and there is no luggage touching the guards, somebody may not even notice. Sevylor Pointer
K2 is also quite slow towards the wind direction, especially in strong wind. It
is the width and height that matters. I
wish it was more capacious as well, i.e. have a little more space inside, but
not at the expense of deadweight (materials and inflation rate matter here). No
more comments for the time being. I only add that although, personally, I like Sevylor Pointer K2 very much, and I am going to still use
it, however, for serious sea voyages, I would prefer a durable foldable kayak
or suitable, adopted for this type of the voyage, rigid sea kayak, which, of
course does not mean that I generally exclude pneumatic kayaks. Maybe, they
will be suitably improved, even for mass production.
I also add that on the Adriatic, where I was stopped by too strong, as
for my pneumatic kayak, frontward winds, maybe (or even most probably) I would
not have major problems in rigid, low-profiled and slender typical sea
kayak. Another thing is whether it would resist such
abrasion with rocks which happened to me dozen times. It also goes without saying that such a delicate kayak cannot be used to
travel or land on where it is not apt to, which does not determine it cannot be
perfect in suitable conditions and for relevant purpose.
Still, I do not know what helps me, but I know that another year my “kayak” form is getting better and better.
This year, it is significantly better than in the previous year. Only weather condition did not allowed me to
prove it explicitly in Croatia. Even in my pneumatic kayak, in last year’s
conditions, but within the period longer by 14 days, I could take substantially
more than thousand kilometres. Only for being
careful, I planned the distance to be 700
- 800 kilometres. At some moment, constantly
wet clothes, then also wet sleeping bag, cold nights, tent broken with wind and
waves, damaged mattresses, sleeping on rocks on thin carrimats,
heavy sleep deficiency (conditions) made me getting afraid that despite all
reverses of fortune, maybe I will finish this voyage somehow, reach Poland by
coach and, just afterwards, end in hospital. What is surprising, nothing is
wrong with me for the time being and I wish it remained so. Even my migraine
headaches ceased, for how long I do not know.
My head must have decided that it has more serious problems than
migraine. Naturally, when it was really hard, wet, rocky and cold, I was
doubling my diet supplements, including melatonin; additionally, shivering with
cold in nights I was swallowing handfuls of aspirin and I survived somehow, in
quite a good health, I must admit. Of course, I exaggerate a little with this
“doubling” and “handfuls”, but there was something in it. I was also a little,
or maybe even quite heavily, distracted during my way home, in coach and in
taxi, when all the worst was over, and I could respond irrationally. After all, I have not come to normal yet.
I will be able to write more when I return from the Tatra
Mountains.
Anonimus
Tłumaczenie: Iwona Radzińska, Biuro tłumaczeń „OPTIMA”,
-----------------------------------------------------------------------------------------
Dalszy ciąg
Od kilku
dni do swojego zestawu suplementów diety włączyłem także resweratrol
/ resveratrol w kapsułkach. Naturalnie melatoninę
podobnie jak i inne suplementy diety przyjmuję nadal w niezmienionej formie
tak, jak to robię systematycznie od wielu lat. Jak się zdołałem zorientować,
chyba niemal wszyscy się zgadzają, że restweratrol / resveratrol spożywany w formie naturalnej, czyli zawarty
głównie w czarnych i czerwonych winogronach oraz w czerwonym winie z winogron
(oczywiście, z winem trzeba bardzo
umiarkowanie, no i problem z prowadzeniem pojazdów, jednostek wodnych itp.),
działa korzystnie na organizm, ale bez żadnych tam cudów, to już przyjmowanie resweratrolu / resveratrolu w
bardzo dużym stężeniu (kapsułki), budzi zasadnicze kontrowersje: za i przeciw.
Poglądy „za” są obszernie cytowane w reklamach internetowych, poglądy „przeciw”
też są dobitne. Na ilości „za” i „przeciw” nie ma sensu specjalnie się
powoływać. Nie w nich rzecz prawie z każdą nowością, przynajmniej na początku.
Z poglądów „przeciw” najłagodniejsze są takie, że jeśli nawet nie zaszkodzi, to
i nie pomoże, bo... , jedynie odciąży nam trochę portfel. Jak tam faktycznie
jest? Chyba większość z tych, którzy trochę znają historię medycyny zgodzi się
z poglądem, że teraz jeszcze kategorycznie trudno na to odpowiedzieć. Dotyczy
to zresztą bardzo wielu poglądów z różnych dziedzin, które z pewników runęły
jak domki z kart. Ja w dalszym ciągu na pierwszym miejscu, przynajmniej w
stosunku do siebie, stawiam melatoninę nie tylko dlatego, że bardziej mi
odpowiada teoria zegara biologicznego w cyklu całego życia niż..., lecz także
dlatego, że melatonina już wyraźnie mi pomaga choć na jakiej zasadzie i przy
jakim dodatkowym wsparciu to wcale nie jestem pewny. Resveratrol
/Resweratrol traktuję więc jedynie jako jeszcze
jedno dodatkowe wsparcie. Co z tego wyniknie?
Już ponad
dwa miesiące minęły od mojego rejsu kajakowego i wycieczki w Tatry. Kontynuuję
to, co zaplanowałem czyli bardziej wszechstronny rozwój niż prawie forsowne
letnie kajakarstwo. Konkretnie, leśne spacery, trucht, wolne biegi, nieco
przyspieszeń, ćwiczeń na skoczność i gimnastyka. Co to już dało? Na razie tylko
tyle, że trochę mi się rozruszały mięśnie i stawy nóg. No i że odbyło się to
prawie bezboleśnie. O formę kajakową w
roku przyszłym, jeśli tylko nie przydarzy mi się coś nadzwyczajnego, jestem
spokojny. Z górami już znacznie mniej. Z biegami na długie dystanse – chyba coś
wyraźnie poprawię. Najtrudniej dalej mi idzie z szybkością i w ogóle z
ćwiczeniami, które wymagają gibkości, skoczności itp. Dalej jednak nie chcę się
pogodzić z myślą, że to już wiek i nic nie da się zrobić. Zobaczymy. Na dużo,
to nie mam złudzeń. Ale na trochę?
Skrócony
opis swego ostatniego rejsu po Adriatyku / Jadranie
zamieściłem na stronie Chorwacja. Po namyśle odstąpiłem od zamiaru szerszej
relacji. Zdaję sobie sprawę, że gdyby nie mój wiek, to ten rejs byłby zupełnie
czymś banalnym. Zdaję sobie również
sprawę, że nawet czołowym kajakarzom morskim, którzy dysponuję świetnym
sprzętem i wyposażeniem, trudno sobie do końca wyobrazić jak by się skończyły
ich największe wyczyny, gdyby płynęli na czymś takim jak ja. Siła wyższa.
„Cud melatoniny”.
Dotychczas nigdzie nie znalazłem żadnego śladu, żeby ktoś tak podszedł do problemu jak ja. Też
siła wyższa.
Plany na rok przyszły?
Trochę już o nich wcześniej
napomknąłem. Co z nich wyjdzie – nie wiem.
Anonimus
Rok przyszły już nadszedł. Jest styczeń.
Testuję nadal. Fizycznie i umysłowo czuję się coraz lepiej ale zewnętrznie
prawie tego nie widać. Siwizna tylko niewiele ustąpiła. Zmarszczki jeszcze
mniej. Cerę mam ogorzałą od słońca, wiatru i wody. To też nie wygląda
najlepiej. Zresztą, w młodości również nie wyglądałem najlepiej, trudno więc
mieć pretensje do natury, że na starość jest jeszcze dużo gorzej. Jedyny
wyraźnie widoczny pozytywny objaw w
wyglądzie zewnętrznym jest taki, że podczas ostatniego rejsu straciłem całą
nadwagę (12 kg; z 96 na 84) , i po upływie trzech miesięcy ona tylko
nieznacznie powróciła (4 kg; z 84 na 88). Oczywiście nie stosowałem i nie
stosują żadnych środków odchudzających jak również nie przejmuję się prawie
kompletnie zaleceniami niskokalorycznych
diet (po powrocie z rejsu zwracam jedynie większą uwagę na dobór węglowodanów,
białka i tłuszczów). Chyba coś pozytywnego się utrwala. Już to odczułem w
stawach.
Mniejsza o mnie. Moje doświadczenia
mogą mieć dużą wartość praktyczną dla ogółu, gdyby zostały potwierdzone na
sporej grupie osób. Wiele wskazuje na to, że takich testów jak ja dokonuję na
sobie nikt nie przeprowadzał albo nie dotarły one do wiadomości
publicznej. Jeśli faktycznie tak jest? –
Szkoda. Nie wiem, jaki byłby wynik końcowy dla „cudu melatoniny”, ale chyba
większość się zgodzi, że coś jednak można osiągnąć dla zgłębienia tajników
biologii i dania większych szans ludziom wytrwałym.
Ja w Internecie odpowiedzi na swoje
pytania dotychczas nie znalazłem. Być może źle szukałem. Być może są inne
przyczyny. Nie chcę zgadywać. Na stronie
Frazycd w odcinku „Przykładowe zwroty / frazy”,
zasugerowałem, jak dalej szukać jeśli ktoś ma ochotę. Może ktoś się odezwie?
Może ktoś się pokusi o opracowanie i zebranie internetowej ankiety, a następnie wstępne opracowanie jej wyników? Do
tego potrzebny jest odpowiedni zespół i odpowiednie narzędzia. Czy warto? Może
Internet nie jest jeszcze wystarczająco dobrym miejscem do szukania poważnych
treści naukowych, ale to też z czasem się zmieni.
Anonimus
styczeń 2011 r.
----------------------------------------------------------------------------------------
Marzec 2011 r.
Kwiecień za pasem. Całą zimę ćwiczyłem lekko ale regularnie.
Czuję się coraz lepiej. Może to jednak tylko złudzenie? Nie wiem jaki byłby
wynik porównawczy badań klinicznych, gdybym dla idei eksperymentu poddał się
nim dziesięć lat temu i teraz. Wolę sprawdzać inaczej, po sportowemu. Zresztą,
wtedy nie przyszło mi do głowy, że za dziesięć lat będę w Internecie szukał,
czy ktoś w ogóle takie eksperymenty przeprowadzał. Temat szeroko rozwinięty na
stronie cmk.
Niebawem rozpoczynam sezon kajakowy. Za jakieś dwa miesiące będę już wiedział dokładnie, w jakiej jestem formie i na ile mnie stać w jakimś niezbyt ekstremalnym rejsie.
Gdyby nie wiza, już pod koniec maja wyjechałbym nad Bajkał, żeby trochę popływać kajakiem i pochodzić po górach, a pod koniec czerwca wyruszyć na „mały” spływ kajakowy po Lenie. Bez przesady. Bez żadnego tam ekstremalnego wyczynu. Na pierwsze podejście mnie by w zupełności wystarczyło od Kacziugi do Jakucka. Prawie „drobiazg”, gdyby nie muszki i komary no i zdarzające się od czasu do czasu katastrofalne powodzie. Zaledwie nieco ponad dwa tysiące kilometrów i to z prądem. A gdyby wszystko poszło łatwo? Może bym popłynął dalej? Nie chcę „zapeszyć”, więc nie napiszę dokąd. Marzenia! Bez „cudu”, i tak wizy takiej, jaka jest mi potrzebna, nie uzyskam. Nawet nie próbuję indywidualnie o nią się starać. Gdyby jednak w ramach badań nad antiagingiem itp. ktoś mi dopomógł, to kto wie... jak by się to skończyło (po ubiegłorocznych przygodach na Adriatyku wolę już „dmuchać na zimne” w publikowaniu swoich planów). Pewne ryzyko istnieje zawsze. Nie tylko w ekstremalnych wyprawach.
Lenę, o ile mi wiadomo, na odcinku od Kacziugi do Tiksi (około 4.400 km) pierwsi na świecie przepłynęli kajakami ks. dr Dariusz Sańko wraz z bratem Tomaszem i Piotrem Mozyrą, w ciągu 72 dni (2003 r., od 8 czerwca do 18 sierpnia ). Księdzu dr Dariuszowi Sańko (zginął pod szczytem Kazbeku w lutym 2006 r.) powiodło się dopiero trzecie podejście. Jeszcze kilkanaście dni temu na stronie http://anisko.net/lena2003/pamietnik można było znaleźć dokładny opis wyprawy. Jeszcze kilka dni temu już tylko kopię strony z pamięci podręcznej Google a od 28 marca już nic. Szkoda, opis trasy i warunków był bardzo rzeczowy i uzupełniony pozycjami z G.P.S. Dla ewentualnych naśladowców byłby na pewno pomocny. Oczywiście, co mi jest potrzebne, mam zapisane.
Nie mam jeszcze żadnych skonkretyzowanych awaryjnych planów na ten rok, jeśli mi nie wyjdą luźne
pomysły o Bajkale i okolicach. Prawdopodobnie nie wyjdą. Do „cudów”
podchodzę sceptycznie, żeby się nie rozczarować. Naturalnie, gdzieś tam
zamierzam się wybrać.
„Cud melatoniny”
Nie natrafiłem nadal na żadną aktualną, kompleksową publikację analityczną na
temat „cudu melatoniny”, popartą także badaniami na ludziach pod kątem realności czasowego zatrzymania
a następnie czasowego cofania procesów
starzenia się. Czyli z analizą „za”, i „przeciw”, oraz z przedstawieniem aktualnego stanu wiedzy
teoretycznej i chociaż trochę praktycznej. Nie znalazłem też sobie podobnych,
czyli stosujących podobne do mnie sposoby i podobnie sprawdzających
wyniki. Przyczyny mogą być takie same,
jak opisałem w poprzednim odcinku, a także i na stronie cmk.
Nawiasem mówiąc, gdyby „cud
melatoniny” był osiągalny głównie przy
pomocy tabletek, bez specjalnego osobistego wysiłku, prawdopodobnie przyroda czy też planeta Ziemia, musiała by
jakoś problem z ludzkością rozwiązać, i gdyby nie wystarczyły środki normalne,
mogła by sięgnąć po środki ostateczne. Oby
nie za bardzo. Lepiej żeby ktoś przeżył. A jeszcze lepiej, żeby nie trzeba było
zaczynać wszystkiego od początku. A
najlepiej, żeby oprócz „cudownej pigułki na życie”, wymyślono jeszcze „cudowną
pigułkę na rozum”. Wtedy ludzkość może by nie zadarła... i nie musiała by
być unicestwiona własnymi rękami.
Dotarłem do bardzo wielu stron. Nie podejmuję się ich streszczać ani nawet
podawać adresów, które mnie zaciekawiły. To byłoby za bardzo przypadkowe. W
każdym razie nie znalazłem tego, czego szukałem, czyli aktualnej, kompleksowej
analizy itd. Uwagi z poprzednich odcinków oraz ze strony cmk są nadal aktualne.
Nie lubię teoretycznie
rozważać ani filozofować. Koncentruję się na tym, co można już teraz stosunkowo
łatwo sprawdzić. Ja na sobie sprawdzam, tak jak to opisałem. Nie kryję wcale swoich wątpliwości ani bardzo
ograniczonej wiedzy. Przypuszczam, że gdyby wkrótce po opublikowaniu książki
„Cud melatoniny” podjęto szersze badania na ludziach, w przybliżeniu tak, jak
ja to zamarkowałem, to wynik byłby już znany. Wprawdzie „tylko”, czy da się odmłodzić i
powstrzymać starzenie, na ile i w jakim zakresie. To by wcale nie kolidowało ze
specjalistycznymi badaniami medycznymi... na temat chorób. Raczej by je
wspomagało.
To, że nadal nie podaję swojego adresu E-mail może
sprawiać pewien kłopot w próbach kontaktu ze mną. Proszę mnie jednak zrozumieć.
Ja nie mam biura ani żadnej pomocy.
Jestem tylko zwykłym szarym emerytem-hobbystą o bardzo ograniczonych
możliwościach szerszego działania. Jeśli w Internecie znajdę to, czego szukam, na pewno sam się odezwę. A w
Internecie, przy tak specyficznym podejściu do tematów jak ja to czynię, na
pewno łatwo znaleźć się w czołówce, przynajmniej na razie, dopóki inni masowo
nie podchwycą odpowiednich fraz dla
celów komercyjnych.
Anonimus
29/30 marca 2011 r.
----------------------------------------------------------------------------------------
Czerwiec 2011 r.
Wyniki wiosennych
sprawdzianów
W skrócie
W sumie dalszy postęp.
W kajakarstwie umiarkowany. W biegach niewielki. Zdrowotnie – ustąpiły bóle
głowy, nic się nie pogorszyło (przynajmniej o tym nie wiem). Wygląd zewnętrzny
– bez zmian.
W Internecie (i poza nim) nic nowego nie znalazłem. Nie wyciągam z tego żadnych
wyważonych wniosków, ale nie mogę wykluczyć, że
w swoim eksperymencie jestem osamotniony i że po prostu żadnych poważnych badań
w tym kierunku nie było.
Trochę szczegółów
Swoją
formę kajakową znam już prawie dokładnie. Jest lepsza niż w roku ubiegłym i
wręcz nieporównywalnie lepsza niż dziesięć lat temu, choć nadal znacznie gorsza
niż czterdzieści lat temu, gdy przygotowywałem się do „małego rejsu” składakiem
przez Bałtyk. Aktualnie zwykłym kajakiem
turystycznym w ciągu ośmiu godzin mogę przepłynąć na pół siły ca 35 - 40 km. Naturalnie testowałem w normalnych warunkach, czyli
zarówno bez istotnej pomocy jak i bez istotnych przeszkód ze strony wiatru,
prądów, pływów, falowania itp. Gdyby
okoliczności zmusiły mnie do maksymalnego wysiłku, prawie na pewno w tych
samych warunkach i tym samym kajakiem mógłbym w ciągu 15 godzin przepłynąć ca
60 – 70 km. Oczywiście pływając szybszym kajakiem
wyniki byłyby odpowiednio lepsze.
Sprawdzałem
też trochę swoją formę lekkoatletyczną. Wyłącznie w biegach. Wolałem nie
ryzykować sprawdzianów w skokach. Niestety, po zaprawie zimowej i „rozruszaniu
stawów”, liczyłem na znacznie więcej, wyszło znacznie mniej. Barierą tym razem
okazały się płuca. Przez chwilę podejrzewałem „astmę wysiłkową” i zastanawiałem
się, co na nią bez recepty mogę kupić. Niestety, znowu niestety. W
zaprzyjaźnionej aptece sympatyczna pani magister była za bardzo dociekliwa, co
mi dolega. Chyba za dużo powiedziałem. Widziałem to po jej minie. Dała mi w
końcu jakiś tani syrop, który z grzeczności kupiłem i po przeczytaniu ulotki,
oczywiście wyrzuciłem. Chciałem z nią jeszcze trochę pożartować, ale weszła
jakaś wyraźnie schorowana klientka, i dałem sobie spokój.
Coś tu
jest nie do końca dla mnie zrozumiałego. W górach szybko odzyskuję kondycję, a w
biegach idzie mnie to bardzo opornie. Może to ma
jakieś podłoże psychologiczne? Po górach
chodzę nie dla kondycji tylko dla pięknych widoków i kontaktu z naturą.
Kondycja przychodzi jakoś sama. Podobnie jest z kajakarstwem, szczególnie w
ładnym terenie. Podobnie jest z dalekimi wędrówkami po lasach bez ścigania się
z kimkolwiek. A do biegania w szybkim tempie
muszę się po prostu zmuszać i przyznaję:
najczęściej zwyczajnie mi się nie chce. A jak się zmuszę, efekt jest
niewspółmierny do wysiłku. Psychologia? Predyspozycje? Wiek? Przyzwyczajenia?
Nadwaga (znaczna jak na biegi)?
Zupełnie niespodziewanie,
chyba dla osłody innych niepowodzeń, otrzymałem prezent nie wiem za co i nawet
od kogo. Po prostu od ośmiu miesięcy nagle przestała mnie boleć głowa. Nie powiem żeby zupełnie, ale wielokrotnie mniej, słabiej
no i od ośmiu miesięcy obywam się całkowicie bez tabletek od bólu głowy.
Zauważyłem to po raz pierwszy na Adriatyku, żartując sobie, że podczas „wichrów
i burz” głowa miała poważniejsze zmartwienia niż migrena. Wróciłem do Polski,
myślałem że wszystko wróci do normy, łącznie
z tabletkami... i będzie jak
zawsze, a tu nic. Przyszła zima, dalej nic. Tłumaczyłem to sobie, że wprawdzie
od miesięcy nie wziąłem ani jednej tabletki etopiryny*,
ale za to od czasu do czasu łykam
profilaktycznie (od skutków biegania na mrozie) aspirynę, co może na jedno
wychodzi tylko trochę inaczej. Nadeszła wiosna. Od kilku miesięcy nie biorę też
aspiryny (no, czasami jedną tabletkę ASPIRIN C) i dalej nic. Wielka ulga. Oby
tak dalej. Zapewnie medycznie można to
jakoś racjonalnie wyjaśnić. Ja tam wolę opowiadać, kto chce słuchać, jakieś
mistyczne bajki o wpływie Adriatyku, gwałtownych wyładowań atmosferycznych,
przeznaczeniu, sile wyższej itp.
*(dłuższa historia czemu migrenę – o ile to w
ogóle była migrena – leczyłem przez kilkadziesiąt lat tabletkami od bólu głowy.
Najkrócej. Lekarz się w końcu zbuntował
i nie chciał mi więcej wystawiać recept bez szczegółowych badań, a ja
się tych badań bałem, więc zacząłem chodzić po tabletki do kiosku z gazetami).
To co
napisałem w poprzednim odcinku o Bajkale, Lenie... i swoim pomyśle spływu Leną
w ramach testów nad skutecznością „cudu melatoniny” itp. nie było żadnym
żartem. Oceniam, że cały opisany odcinek od Kacziugi do Tiksi jestem w stanie przepłynąć zwykłym składakiem
w czasie krótszym niż 72 dni, i to wcale bez maksymalnego wysiłku i bez zbyt
dużego ryzyka. Boję się głównie
komarów i muszek oraz innego fruwającego tysiącami „robactwa”. Odcinek do Jakucka byłby tylko dalszym treningiem i
sprawdzianem... Oczywiście, gdybym miał
już zapewnioną odpowiednią wizę, to bym prosił także o pomoc organizacyjną w
zakupie wojskowej żywności, szczególnie żelaznych racji... Przyczyny oczywiste. Po prostu jestem
przygotowany do tego, żeby przez wiele tygodni obywać się wyłącznie suchym
prowiantem, a za napój wystarczy mi zwykła czysta woda plus odpowiednie
witaminizowane rozpuszczalne proszki, mleko w proszku itp. Mogę też nocować w kajaku,
bez rozbijania namiotu i rozpalania ogniska, o ile się tylko komary zanadto do
mnie „nie dobiorą”. Przypuszczam także,
choć wcale nie jestem tego pewny, że obawy przed niedźwiedziami są mocno
przesadzone. One latem są już najedzone i ludzi raczej nie szukają w
charakterze pokarmu. Jeśli więc nawet trafi się jakiś zbyt ciekawy miś i nie
będzie można z nim się „dogadać po
dobroci”, wystarczy zwykły pistolet hukowy z odpowiednimi racami (czy można go
wywieść z Polski, czy też trzeba kupić na miejscu?).
Na
marginesie. Opis wyprawy Leną ks.
Dariusza Sańko niespodziewanie znalazłem. na stronie:
http://cezaryanisko.republika.pl./lena2003/pamietnik/strona3.htm
Z pamiętnika można otworzyć: |Informacja o Lenie| Uczestnicy | Trasa |
Zdjęcia | Księga gości | Media | i kolejno sporo więcej. Mnie osobiście wszystkie opisy wypraw ks.
Dariusza Sańko i jego grupy, a było ich wiele, wydają
się rzeczowe oraz ciekawe przynajmniej dla tych, którzy autentycznie takimi
sprawami się interesują i chociaż trochę na tym się znają. A częste wstawki
religijne? No cóż. Autor był księdzem a jego stosunek do ludzi i wyznawanej
przez nich wiary chyba najlepiej
charakteryzują jego własne słowa. Przytoczę tylko jeden fragment z jego
pamiętnika:
„Kiedy byłem już na wodzie żegnany przez
Jakutów czułem się wewnętrznie naładowany dobrocią tych ludzi. Uczucie to
zawsze powraca po doświadczeniu dobroci od Ludzi Syberii. Czym jest piękno
przyrody wobec piękna wewnętrznego człowieka? Ci ludzie chociaż nie nazywali
się chrześcijanami mieli jednak wielkie serca chrześcijańskie. Pomyślałem tak,
- gdyby ktoś miał rozpoznać chrześcijan tylko po czynach a nie słowach, to
pewnie stwierdziłby, że ludzie Ci są prawdziwymi chrześcijanami. Czy nasze
Zachodnie Chrześcijaństwo nie jest skażone przez różne egoistyczne systemy
kulturowe, które bardzo mało wspólnego mają z prawdziwym duchem
chrześcijańskim? Egoistyczna pogoń za pieniądzem, własna przyjemność, brak
wrażliwości i otwartości na drugiego człowieka, zamykanie się tylko na własny
świat...itp. Czy w „chrześcijańskiej” Ameryce, Europie doświadczyłbym tyle
dobroci i gościnności jak u tych ludzi na Syberii?”
Pomysł
z pływaniem na czas czy dla bicia rekordów oraz wystawiania się na żer komarów
wcale mnie nie zachwyca. Komary, sztormy itp.
– to już siła wyższa. Nie ma
rady. Trzeba się jakoś dostosować. Ale tempo pływania, to już sprawa płynącego,
oczywiście z wyjątkiem przypadków, gdy trzeba wydobyć z siebie wszystkie siły.
Ja osobiście, dla własnej przyjemności wolał bym płynąć spokojnie, bez żadnych
„szaleństw”, kontemplując przyrodę, a rezerwę sił pozostawić na ewentualne
zdarzenia losowe... Rzucam go, gdyż rekordy przyciągają uwagę, a mnie znowu
„coś odbiło” i chcę swoim spektakularnym (przynajmniej jak na moje lata)
wyczynem sprowokować chociaż wyjaśnienie
„cudu melatoniny”: były czy nie
były prowadzone jakieś poważne badania na ludziach. Jeśli nie były i nie są, to
skąd ta pewność działa czy nie działa?
Przepraszam,
że się powtarzam. To tak „na wszelki wypadek” żeby zminimalizować
nieporozumienia. Ja w swoich rozważaniach abstrahuję od upiększania ciała,
leczenia chorób, kłopotów ze snem, sztucznego krótkotrwałego dopingu itp. Koncentruję się
wyłącznie na zegarze biologicznym w cyklu całego życia i możliwościach jego
czasowego zatrzymania oraz odwrócenia. To
samo, w jakiś ograniczony sposób można osiągnąć za pomocą zwykłego zdrowego trybu
życia. To jednak wymaga sporego wysiłku, wielu wyrzeczeń no i nie każdy ma
odpowiednie warunki. Autorzy cudu melatoniny, może w sposób niezbyt jasny i za
mało dobitny (jak na ich rewolucyjne tezy) wcale nie obiecywali nikomu, że
melatonina sama wszystko zastąpi: lekarstwa, lekarzy, zdrowy tryb życia itp. Naturalne przekonanie, że nikt nie wygra z naturą,
spowodowało, że bardzo mało kto potraktował na serio wizję stulatków
biegających za piłką, a jak nawet uwierzył, to zareagował normalnie: to nie
jest jeszcze sprawdzone. Tyle jest różnych opinii. Zdecydowanie przeważają
negatywne. Leki hormonalne mogą być niebezpieczne. Lepiej poczekać. Na
to nałożyły się jeszcze oczywiste sprzeczności interesów... No i rezultat
robienia medialnych sensacji, na wyrost, z
wielu odkryć nie do końca zbadanych lub dotyczących tylko elementów
cząstkowych, które jakoś przeciekają do wiadomości publicznej, i nawet bez
żadnej złej woli ze strony komentatorów (także w popularnych poradnikach lub
wydawnictwach medycznych) są przez nich przekręcane, nadinterpretowane
itp. Więc jest jak jest.
Ja sam
jestem zdania, że z naturą na większą skalę... się nie wygra (może gdzieś w kosmosie... ktoś wygrał?), bo
po prostu stało by się to, co pół żartem, pół serio napisałem w odcinku poprzednim:
Nawiasem mówiąc, gdyby „cud
melatoniny” był osiągalny głównie przy
pomocy tabletek, bez specjalnego osobistego wysiłku, prawdopodobnie przyroda czy też planeta Ziemia, musiała by
jakoś problem z ludzkością rozwiązać, i gdyby nie wystarczyły środki normalne,
mogła by sięgnąć po środki ostateczne. Oby nie za bardzo. Lepiej żeby ktoś
przeżył. A jeszcze lepiej, żeby nie trzeba było zaczynać wszystkiego od
początku. A najlepiej, żeby oprócz „cudownej pigułki na życie”, wymyślono
jeszcze „cudowną pigułkę na rozum”. Wtedy ludzkość może by nie zadarła... i nie
musiała by być unicestwiona własnymi
rękami.
W Internecie nadal
praktycznie nic nowego nie znalazłem ani
za, ani przeciw, a co szukałem i jak
szukałem opisałem chyba dość dokładnie w poprzednich odcinkach i na innych
stronach (cmk, miracle, frazycd). Osobiście coraz bardziej wydaje mi się
prawdopodobna teza, że nie znalazłem ponieważ poszukiwanych badań po prostu nie
było. Jeśli ktoś twierdzi, że były i sam w to wierzy, niech normalnie poda
konkretnie: gdzie, kto, kiedy i na czym to polegało oraz źródła
swojej wiedzy.
Na spływ Leną w tym roku jest już za późno. Przez chwilę rozważałem, czy
zastępczo nie popłynąć Dunajem i kawałek Morzem Czarnym, np. do Warny. Prawdę
mówiąc samemu nie bardzo mi się chce. Korabiewicz
miał przynajmniej swoją Jungę a później Pimpę, i
lepiej na tym wyszedł niż w towarzystwie
męskich asów. Dlaczego lepiej, to już
niech każdy sam poczyta. Ja, niestety, nie mam nikogo.
Anonimus
22 czerwca 2011 r.
----------------------------------------------------------------------------------------
Sierpień 2011 r.
Mały spływ Wisłą,
końcówka Szkarpawą, Nogatem, Kanałem Jagiellońskim i Rzeką Elbląg
Początek spływu: Warszawa, Przyczółek Czerniakowski (obok pomnika Sapera, 511
km Wisły), start punktualnie o godz. 17-stej w dniu 4 sierpnia.
Koniec spływu: Elbląg, Bulwar Zygmunta Augusta (wypożyczalnia kajaków Nurwid) o godz. 2015 w dniu 9 sierpnia.
Czas trwania spływu: pięć dni, trzy godziny i 15 minut.
Spływ solo kajakiem pneumatycznym Sevylor Pointer K2
(trzeci rok eksploatacji, w tym co
najmniej 1.240 km po Adriatyku). W kajaku nie zamontowałem nadburcia, fartuchów
oraz worków wodoszczelnych. Po prostu chciałem zmniejszyć pojemność i ciężar
bagażu podczas przewozu kajaka z Elbląga do Warszawy. Liczyłem się z tym, że
podczas intensywnych opadów zabezpieczenie wnętrza kajaka płótnem namiotowym
będzie niewystarczające. Trudno. Trzeba będzie jakoś wytrzymać. W końcu jest
lato a spływ krótki.
Odcinek Wisły 420 km (511 kilometr Wisły- Przyczółek Czerniakowski), 931
kilometr Wisły - śluza Gdańska Głowa (1,2
km za mostem w Kiezmarku) i ca 45 km pozostałej trasy, w tym 25,4 km
Szkarpawy, ca 11 km Nogatu, 5,9 km Kanału Jagiellońskiego i ca 2,3 km rzeki
Elbląg; razem ca 465 km.
Na Wiśle
warunki miałem bardzo dobre: wysoki stan wody, szybki nurt, pogodnie (tylko
jedna potężna ulewa przed Toruniem w sobotę 6 sierpnia). Na Szkarpawie złe:
ulewne deszcze, burze. Na Nogacie bardzo złe: silny, w porywach bardzo silny
czołowy lub czołowo boczny wiatr. W samej końcówce (Kanał Jagielloński i Rzeka
Elbląg) znowu prawie dobre: tylko jedna kilkunasto minutowa silna ulewa i słaby
czołowo boczny wiatr (osłabł pod wieczór a poza tym osłaniały mnie brzegi).
Do śluzy
Gdańska Głowa dopłynąłem przed południem (około południa?) w poniedziałek 8
sierpnia. Czyli 420-sto kilometrowy
odcinek Wisły zajął mi w sumie około 92 godziny. Wykorzystując świetne
dotychczas warunki (jedna solidna ulewa specjalnie się nie liczyła) mogłem
szybciej, ale przyznaję: trochę się rozleniwiłem. Zamiast solidnie wiosłować,
wykorzystywałem szybki nurt i od „niechcenia” tylko „machałem wiosłem”,
pozwalając sobie przy tym na zbyt wiele snu. Po ulewie i przypadkowej kąpieli
przy lądowaniu (nic groźnego) coś mi trochę odbiło i zamiast dotychczasowego
lenistwa postanowiłem sprawdzić swoje możliwości w spływie na czas non stop w
ciągu 24 godzin, czyli z 720-dwudziestego
kilometra Wisły (około 10 km przed Toruniem) spróbować dopłynąć gdzieś w
okolice Tczewa (około 190 – 200 km).
Może
nawet by mi się to powiodło, gdyby nie wpadka gdzieś w rejonie budowy nowego
mostu na Wiśle pod Kwidzyniem. Wstyd się przyznać. Ja nie zrobiłem żadnego
wcześniejszego aktualnego rozpoznania trasy po prostu sugerując się tym, że na
Wiśle żadnych naturalnych niebezpiecznych dla wytrawnego kajakarza przeszkód
nie ma, a prace inżynieryjne itp. są odpowiednio oznakowane i bez problemu można je bezpiecznie ominąć. W dzień to prawda.
W nocy świat jednak wygląda nieco inaczej. Gdy około godz. dwudziestej trzeciej
z minutami (sobota 6 sierpnia) zobaczyłem przed sobą na Wiśle światła statków,
jakieś ciemne przeszkody, natomiast
z prawego brzegu, za groblą jakby potężny plac budowy naszpikowany
światłami, w tym czerwonymi, a leniwy dotąd nurt Wisły (od m. Nowe) zaczął
szybko wzrastać, to zrobiłem to, co
uważałem za stosowne, czyli zatrzymałem się w krzakach przy grobli i
przedrzemałem w kajaku do rana. Gdy się rozwidniło widziałem już, że nawet w
nocy mogłem swobodnie przepłynąć, tylko żebym ja o tym wiedział pięć godzin
wcześniej.
Gdzieś
od Gniewa a jeszcze bardziej od Białej Góry znowu miałem piękną, ciepłą
słoneczną pogodę. „Bicia rekordów” już mi się jednak odechciało, za to senność
ogarniała coraz większa. Żeby nie tracić czasu „uciąłem” sobie kilka
kilkuminutowych drzemek w kajaku płynąc z nurtem środkiem rzeki (ruch na wodzie
był prawie żaden, przeszkód terenowych nie było). Za Tczewem przestałem już
drzemać, żeby nie przespać śluzy „Gdańska Głowa” i nie obudzić się na Bałtyku u ujścia Wisły
(żartuję, najpóźniej w Mikoszewie bym się spostrzegł, gdzie mnie prąd
niesie).
Podczas
całego spływu dwa noclegi miałem na
lądzie w śpiworze przykryty płótnem namiotowym, dwa w kajaku zacumowanym przy
brzegu. Poza tym moje zejścia na ląd
były minimalne: przy śluzach, w Nieszawie po zakup żywności i kilka
przymusowych. Te ostatnie, to po prostu pomiędzy osłoną a komorami powietrznymi
nazbierało się zbyt dużo wody, kajak stawał się coraz cięższy, woda zaczynała
od spodu wlewać się do wnętrza i zbierać akurat na siedlisku. Nie było to
jeszcze niebezpieczne, ale nie lubię siedzieć w mokrej wodzie. Wolałem dobić do
brzegu, wyciągnąć kajak i spuścić wodę
przy pomocy urządzeń spustowych w dnie osłony. Do następnej ulewy był
spokój. Większość tej wody to
była oczywiście deszczówka. Prawdopodobnie miałbym z nią co najmniej 90% mniej
problemów, gdybym zamontował nadburcie i fartuchy. Część jednak się przesącza
poprzez osłonę. Być może jest to normalny rezultat trzyletniej już dość
intensywnej eksploatacji, wielu otarć o kamienie itp., może konieczna jest
jednak dodatkowa specjalna impregnacja?
Na
Szkarpawie początkowo było cudownie tylko spać mi się chciało coraz więcej i
bardzo niemrawo wiosłowałem. Chyba nawet kilka razy „przysnąłem” i zacząłem
wiosłować z powrotem w kierunku Wisły a nie Nogatu.
Otrzeźwienie
przyszło wraz z pierwszymi deszczami. Początkowo wykorzystywałem je na krótkie
drzemki w kajaku pod drzewami, później gdy zaczęło grzmieć i padać coraz
częściej i mocniej, spać mi się całkowicie odechciało i płynąłem dalej nie
zwracając uwagi już na nic. Niedaleko Rybiny deszcz wreszcie ustał, dobiłem do
brzegu, żeby wylać wodę, i popłynąłem dalej.
Przed
mostami w Rybinie byłem tuż przed godz. dwudziestą. Z pewną „zazdrością”
przyglądałem się wesołym żeglarzom/żeglarkom na jachtach (ci to mają dobrze:
sucho, ciepło, nie zmęczeni). Pocieszyłem się myślą: w końcu męczę się nie
tylko dla własnych ambicji wyczynowych, ale także dla idei
skłonienia/sprowokowania do poważnych innowacyjnych badań nad „cudem melatoniny”. Cóż z tego, że
jestem przemoczony, prawie nic już nie mam suchego, jestem także mocno
zmęczony. W końcu przede mną nie morze, tylko raptem około trzydzieści
kilometrów dobrze sobie znanych łatwych dróg wodnych. Wiosłując lekko, z
przerwami powinienem być rano a
najpóźniej w południe w Elblągu. Nie
jest wcale źle. Wytrzymam.
Z tym
„rano” chyba byłem zbytnim optymistą nie doceniając prostego faktu, że w
spokojnych bezpiecznych warunkach zwyczajnie zmorzy mnie sen (w kajaku
oczywiście). Ale to „w południe” było łatwe, gdybym tylko na
Nogacie napotkał normalne przeciętne warunki a nie prawie cały czas silne (w
porywach prawie bardzo silne) przeciwne i boczne wiatry. Dość powiedzieć, że
ostatni odcinek Nogatu od Cieplicówki do Kanału
Jagiellońskiego (około 2,5 km) zajął mi prawie cztery godziny bezustannego
forsownego wiosłowania. Jak już wpłynąłem do Kanału Jagiellońskiego i znalazłem
się pod osłoną wysokiego brzegu, był tu taki spokój i cisza, że poczułem się
jak w raju, choć przez chwilę byłem tak „ochlapnięty” jak chyba czuje się
zawodnik, który ostatkiem sił dobiega do mety i bezsilnie pada na ziemię. Po
kilku minutach doszedłem jednak do siebie przynajmniej na tyle, że ostatnie
osiem kilometrów do końca trasy dopłynąłem w czasie nieco tylko ponad dwóch
godzin. Wystarczyło, że od wiatru osłaniały mnie brzegi (na Rzece Elbląg wiatr
prawie ustał) a gdzieś w połowie Kanału Jagiellońskiego orzeźwiła mnie
dodatkowo silna piętnastominutowa ulewa.
To
wszystko.
25 sierpnia 2011 r.
Anonimus
----------------------------------------------------------------------------------------
Zwięzłe uzupełnienie
poprzedniego odcinka
To był tylko trening
połączony ze sprawdzianem. W żadnym wypadku nie turystyka kajakowa ani próba
bicia / ustanawiania rekordów. Moje testowanie na samym sobie melatoniny oraz resweratrolu/resveratrolu chyba
nadal przebiega pomyślnie. W Internecie nadal odpowiedzi na swoje pytania nie
znalazłem. W pewnym celu zarejestrowałem kilka nazw domen związanych
tematycznie z moją publikacją. W najbliższych miesiącach nic nie będę na nich
publikował. To jest związane z rozwojem sytuacji, w tym także z moim
testowaniem.
Anonimus
31 sierpnia 2011 r.
----------------------------------------------------------------------------------------
wrzesień 2011 r.
Drodzy Czytelnicy!
Jedną z zarejestrowanych domen umieszczoną na jednym z zakupionych kont na serwerach wirtualnych, tymczasowo przeznaczyłem wyłącznie na pocztę E-mail i skrzynki kontaktowe, na których, jak ktoś nie chce, to w ogóle nie musi się logować ani podawać jakichkolwiek swoich danych. Po prostu interesuje mnie treść merytoryczna, a nie dochodzenie, kto to napisał, jeśli sam z jakichś powodów nie uważa za celowe tego podać.
Wszystko to tylko „na wszelki wypadek”, gdyby faktycznie się okazało, że nikt na świecie nie próbował fachowo opracować, zebrać i opublikować wyników nawet ankiet na temat „cudu melatoniny” itd., i dalej nie zdradza się, czy w ogóle ma taki zamiar. Naturalnie może wyjść i tak, że ankiety są w ogóle zbędne, bo i bez nich wszystko jest już wiadome, a jak nawet nie, to sprawy są tak skomplikowane, że nic tu po ankietach.
Oczywiście, ja sam, nawet z jakąś pomocą, liczyłem głównie na informatyczną, mogę najwyżej coś merytorycznie zamarkować i cały zebrany wstępnie materiał plus trochę uwag, przekazać komuś bardziej kompetentnemu.
Wyszło jak wyszło, czyli nie wyszło. Konta i domeny czekają. Nie powiem, żeby było to dla mnie zupełnie obojętne, ale też i tak za bardzo się tym nie przejmuję. Widocznie tak ma być. Siła wyższa.
Wracając jeszcze do swego ostatniego spływu Wisłą. Ostatnie 2,5 km Nogatu, które zajęły mi prawie cztery godziny, drogo mnie kosztowały. Chyba więcej nawet niż cały ubiegłoroczny rejs po Adriatyku. Tam przez kilkanaście minut, to była walka o życie. Ja się autentycznie bałem. Jakiś ośrodek w mózgu chyba rozumiał sytuację i zmobilizował wszystkie siły, żeby z tego wyjść. Wtedy nie zmuszałem się do skrajnego wysiłku, jak mi się czasami niegdyś zdarzało na zawodach. Po prostu działo się to niemal automatycznie, byłem jak w jakimś transie. A tu? Jeden ruch wiosłem i już jestem w trzcinie. Nie muszę zmagać się z wiatrem. Nic, kompletnie nic mi nie grozi. Zaraz za trzcinami jest łatwo dostępny wał, za nim szosa, po której dość często jeżdżą samochody. Dom też blisko. Tam zresztą akurat teraz nikt na mnie nie czeka. Nie muszę się spieszyć. Mogę też kilka godzin poczekać, aż wiatr się uspokoi. Na przystani Nurwida (między innymi wypożyczalnia kajaków) całą noc ktoś dyżuruje wcale nie z powodu mojego pływania. Nie będzie więc żadnego problemu, jeśli dopłynę nawet o pierwszej czy drugiej w nocy. Mogę nawet w ogóle dopiero jutro w południe. Dla mnie to nie pierwszyzna, że biwaki czasami są niezbyt wygodne.
Tak podpowiadał mi rozum. Pierwotny instynkt się wyłączył. Ale rozum też mi podpowiadał: walcz z własną słabością, choć nie musisz. Zmuś się do wysiłku, choć ci się nie chce. Będziesz przynajmniej trochę więcej wiedział, na ile twój pomysł „bicia rekordów na Lenie” był w ogóle rozsądny.
Stało jak się stało. Spadek formy i przesyt wiosłowania, były też i inne przyczyny, między innymi związane z krótkim zniknięciem moich stron z Internetu, sprawiły, że dałem sobie spokój z następnym spływem, tym razem z Przemyśla lub z Krakowa. Planowałem go, bo chcę w końcu wypróbować coś znacznie szybszego, choć mniej wygodnego, stabilnego oraz zwrotnego niż mój pneumatyk, to jest morską jedynkę. No i góry. Znowu bardzo mi ich brakuje. Muszę jakoś wykroić dla nich czas.
----------------------------------------------------------------------------------------
Listopad 2011 r.
Stan aktualny
Kajakarstwo
Przesyt wiosłowania i spadek formy były tylko przejściowe. Już na początku września byłem znowu w wysokiej formie. Znacznie lepszej niż podczas wiosennych sprawdzianów i lepszej niż w roku ubiegłym. Oceniam, że bez pomocy prądu i wiatru (ale i bez przeszkód z ich strony) w ciągu pierwszej doby wiosłując około dwudziestu godzin jestem w stanie przepłynąć ca 90 km zwykłym kajakiem turystycznym lub swoim pneumatykiem. Pytanie tylko, po co?
Ciężki trening „dla zdrowia” w moim wieku jest nonsensem. Tak samo jak starty w maratonach nawet wtedy, gdy chcąc tylko wziąć udział bez walki o czołowe miejsca mimo woli ulegamy emocjom „nie pozostania zbyt daleko w tyle” i zdobywamy się na wysiłek, który na dłuższą metę nam szkodzi, nie pomaga. Sprawdziany poprawy dla zdrowia metodami sportowymi to nie walka o miejsca na zawodach itp. jak w sporcie wyczynowym, tylko zwyczajnie indywidualne pomiary czasu, odległości itp. Raczej tylko na ½, najwyżej ¾ siły.
Ja sam, w tym co wyżej napisałem, wcale nie jestem do końca konsekwentny. Na żaden „boiskowy” start w maratonie po Wiśle lub nawet Dunaju na pewno się nie piszę. Ale gdyby ktoś wpadł na pomysł zorganizowania maratonu na Lenie od Kacziugi do Tiksi, to kto wie... W końcu byłoby to bezpieczniejsze od jakiejś szalonej eskapady po morzach... Naturalnie chciałbym wziąć udział tylko po to, żeby mieć formalną możliwość przepłynięcia całej trasy, bez zamiaru walczenia o lokatę. Ale gdyby się okazało, że bez ekstremalnego wysiłku wcale nie muszę być ostatni...? Raz się żyje... Kto wie, czy rozważając daleką świetlaną przyszłość za chwilę nie wpadniemy pod samochód (albo on na nas wpadnie).
Dlaczego w tym roku nie wybrałem się na jakąś dłuższą „wyprawę” ograniczając się do pływania po tzw. wodach lokalnych (nieco ponad 1.600 km plus spływ Wisłą) sam do końca nie wiem. Na upartego mogłem, choć trochę mi się w życiu nie układało. Tak bywa. Jeszcze w listopadzie chciałem wyskoczyć na kilka dni na Śniardwy ale się rozmyśliłem. Lepiej zacząć wczesną wiosną, gdy przynajmniej dzień będzie dłuższy. Mam też nadzieję, że będę lepiej przygotowany.
Na marginesie. W Tatrach też byłem. Jak zwykle
dobrze na mnie działają. Zwykłych wycieczek nie będę opisywał. A zdjęcia? To
tylko takie z przeznaczeniem dla siebie. Nic specjalnie atrakcyjnego.
Trochę jestem zdegustowany rozmiarami wycinki drzew bądź co bądź w Parku Narodowym. Rozumiem jednak. Pieniądze
są potrzebne.
Próba poradzenia sobie ze starością
Indywidualny
eksperyment
Gdym we wszystkim odnotował takie postępy jak w kajakarstwie, jednego już mógłbym być pewny: można w wieku 67 – 77 lat odbudować sprawność fizyczną do takiej, jaką się miało co najmniej dwadzieścia lat wcześniej. Pytanie: na jak długo i do jakiego wieku? Gdybym tak jeszcze porównywał się nie do swojej poprawy formy ale do stanu sprawności przeciętnych pięćdziesięciolatków, to... w ogóle nie byłoby o czym dyskutować.
Niestety, nie we wszystkim idzie mi tak dobrze, choć
prawie we wszystkim odnotowałem pewną poprawę. O szczegółach nie chcę jeszcze
pisać.
Co dalej?
Uznałem, że dalej powinienem robić swoje, czyli:
- las, woda, kajak
i góry,
- mądry trening z unikaniem dużych
obciążeń,
- rozsądne
wspieranie się suplementami diety, w tym melatoniną i resweratrolem
/ resveratrolem / longavitem,
- w granicach
rozsądku wiara w powodzenie.
Poszukiwania wyników badań na temat
„cudu melatoniny” itp.
Bez zmian. Zakres poszukiwań trochę rozszerzony (przykładowe frazy).
24 listopada 2011 r.
Anonimus
----------------------------------------------------------------------------------------
Styczeń 2012 r.
Stan aktualny
Kontynuacja indywidualnego eksperymentu. Chyba z powodzeniem. Poza tym
bez zmian. Odezwę się po serii wiosennych sprawdzianów.
1 stycznia 2012 r.
Anonimus
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------
| Strona główna | cmk | Miracle | Chorwacja | Adriatyk
| coś z bis | http://www.melatonin.com.pl/
http://www.anonimusbis.com.pl/