C. Northcote Parkinson:
PRAWO
PARKINSONA
po
dziesięciu latach
Książka i
Wiedza - 1973
Przełożył Juliusz Kydryński
======================================================================
Cytuję wybrane fragmenty. Strona w budowie. Z.U. ======================================================================
SPIS TREŚCI
Po dziesięciu latach ............ 5
Mistrzostwo w Bucku ......... 18
Lordowie i lokaje ......... 24
Tryb rozkazujący ......... 33
Brodactwo ......... 43
Obrzydliwy Człowiek-Nie ......... 50
Prawo zwłoki ......... 59
Opowieść wigilijna ......... 67
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Po dziesięciu
latach ............
5
Prawo Parkinsona zostało po raz pierwszy
opublikowane w Wielkiej Brytanii w roku 1958, a jego zasadniczy rozdział
zakładał, że rozwojem administracji rządzi nieubłagane prawo wzrostu, bez
względu na pracę, którą należy wykonać (jeśli ona w
ogóle istnieje). Cytowane przykłady pochodziły z Admiralicji i z
Ministerstwa Kolonii, gdzie liczba personelu wzrasta co
roku o 5 - 6 % w okresie jawnego upadku potęgi morskiej i działalności
kolonialnej. Minęło 10 lat i należałoby zapytać, jak sytuacja przedstawia się
dzisiaj. Czy statystyki minionego dziesięciolecia uzasadniają lub obalają
przedstawioną teorię?
Odpowiedź nie jest łatwa, gdyż oficjalne
statystyki są pełne sprzeczności, skomplikowane i niejasne. Przeprowadzono
liczne reorganizacje, w trakcie których etaty i
funkcje urzędników przerzucano tam i z powrotem z Ministerstwa Kolonii do
Ministerstwa Dominiów i Foreign Office.
Nastąpiło połączenie wszystkich rodzajów sił zbrojnych, a także korpusu
konsularnego z korpusem dyplomatycznym. Zorientowanie się w tym, co zaszło, nie
jest zadaniem łatwym. Także i autor przyczynił się do powstania takiej
sytuacji. Jeżeli przepowiednie Karola Marksa częściowo się nie sprawdziły, gdyż
jego oponenci przeczytali jego dzieła, to jest możliwe, że i "Prawo
Parkinsona" podziałało na Specjalne Biuro Spraw Osobowych. Jednakże mimo
całego zamętu i mimo wstrząsu, jaki wywołała książka (w przeciwieństwie do
samego Prawa) mamy powody, aby uznać autora za prawdziwego proroka.
Zacznijmy od Admiralicji, naszego
pierwszego i klasycznego przykładu wzrostu administracji:
(...)
Rezultaty badań wykazują, że roczny wzrost personelu Admiralicji o 5,5 % w
okresie 1914 - 1928 (obliczony arytmetycznie od roku wyjściowego) wyniósł w
latach 1938 - 1958 9,3 %; i podczas gdy w roku 1914, który jest punktem kulminacyjnym
wyścigu zbrojeń, 4 366 urzędników mogło zarządzać największą flotą świata, w
roku 1967, kiedy jesteśmy praktycznie bezsilni, 33 000 urzędników zaledwie
wystarcza do administrowania flotą, której nie posiadamy. Chociaż niewiele
znaczymy w polityce światowej, możemy ustawić w szyku bojowym nasze siły administracyjne...
(...)
Cóż zatem mamy myśleć o naszym
proroctwie? Liczba urzędników rzeczywiście zwiększa się zgodnie z prawem, które
rządzi rozwojem ich departamentów. Praca do wykonania naprawdę zwiększa się,
aby wypełnić czas na nią przeznaczony. Tak samo fakt, że ludzie są zajęci, nie
oznacza, że mają oni cokolwiek pożytecznego do roboty. Nie mamy jednak żadnych
statystycznych danych, aby udowodnić, że normalny wskaźnik akumulacji personelu
wynosi 5-6% rocznie. Nie jest on daleki od rzeczywistej liczby, ale odchylenia
są zarazem częste i nieprzewidziane. Dawnej wśród ekonomistów panowała moda...
(...) Główne siedziby rządu nie
były nigdy przeznaczone na administracyjne centrum Wysp Brytyjskich, ale na
ośrodek sieci pajęczej, która pokrywała niegdyś pół świata. Gdy skończyły się
wielkie zadania... (...)
Reformy mogą być
niemożliwe do przeprowadzenia, lecz my mamy przynajmniej (jak dotąd) prawo do
śmiechu.
Mistrzostwo
w Bucku ......... 18
(...) Przerzucanie odpowiedzialności na kogoś innego
nie jest, należy to podkreślić, cechą tylko i wyłącznie administracji
publicznej, ale chorobą każdej wielkiej instytucji. Jest to jednak cecha
najbardziej charakterystyczna instytucji o strukturze piramidalnej, w której
napływające pisma najpierw rozważa się na najniższym szczeblu. Istnieje również
w hierarchii tego typu tendencja zatwierdzania decyzji powziętych na niższym
szczeblu podpisem zwierzchnika. Proces rozpoczyna się od Denniaka,
któremu pierwszemu sprawa zostaje przedłożona. Chociaż młody i niedoświadczony,
Denniak spostrzega, że odpowiedź na prośbę musi
brzmieć „tak” albo „nie”. Bojąc się, że „tak” przysporzy mu mnóstwo dodatkowej
pracy, sugeruje odpowiedź „nie”. Czyni to z lekkim sercem, gdyż ostateczna
decyzja musi zapaść, jak wie, wyżej. Są duże szanse, że Podstawowy da opinię
wręcz przeciwną, po prostu, aby utrzymać podwładnych w ryzach, a potem sam
ustąpi komuś na wyższym szczeblu. Sądzi, że on, Denniak,
jedynie nadał sprawie bieg drogą urzędową. Ale Podstawowy jest tego dnia, jak
to się często zdarza, zajęty inną sprawą i nie zdobywa się na napisanie żadnej
opinii. W roztargnieniu podpisuje odmowę i przekazuje akta Średniakowi, wiedząc
oczywiście, że nie od niego zależy decyzja. Średniak, zajęty innymi sprawami, z
roztargnieniem potwierdza „nie” przed przekazaniem dokumentów Wysokiemu. Ale
Wysoki polega na zdaniu Średniaka, którego zdolności zostały sprawdzone podczas
długich lat pracy. Przedstawia oficjalnie odmowną odpowiedź Grubfiszowi
do podpisu. Jedną z wad systemu piramidalnego jest właśnie to, że wszystko
zbiera się w końcu na biurku Grubfisza. Może już zatem tylko rzucić okiem na papiery, które ma podpisać,
polegając na Wysokim w jego decyzjach. Ostateczna odpowiedź brzmi „nie”. Fakt,
że przygotowanie tej odpowiedzi trwało sześć tygodni, może przekonać naiwnego
petenta, że jego projekt przez cały ten czas był przedmiotem poważnych rozważań
na uroczystym konklawe. W rzeczywistości nie został on w ogóle przedyskutowany.
Główną wadą procesu przekazywania
dokumentów jest to, że każdy polega na kimś innym. Najniższy urzędnik zakłada,
że ludzie na górze wiedzą lepiej. Szaleńczo zajęci szefowie przyjmują, że cała
sprawa została dokładnie zbadana przez podwładnych, którzy jedyni mają czas,
aby się nią zająć. W opisanym tu przypadku każdy urzędnik przyjmował, że praca
będzie wykonana, czy też została wykonana, na innym szczeblu, podczas gdy nikt
nic nie zrobił.
(...)
Lordowie
i lokaje .........
24
W znakomitej książce, zatytułowanej „Zarządzanie i
Machiavelli” (1967) Anthony Jay przypomina nam, że
wysokich urzędników każdej instytucji:
politycznej, przemysłowej, wojskowej czy religijnej, można podzielić na
baronów i dworaków. Średniowieczny król sprawował raczej problematyczną władzę
nad swymi potężniejszymi nobilami, którym całe prowincje winny były przede
wszystkim okazywać posłuszeństwo. Bliżej, pod ręką, byli jednak eksperci, do
których musiał zwracać się o radę: biskupi, bankierzy, sędziowie i
generałowie, tworzący jego właściwą świtę.
Dworzanin był ważny, jeśli miał dostęp do króla, i jego znaczenie trwało
dopóty, dopóki był on władcy potrzebny. Baron sam był wielkim panem – jego
siła opierała się na posiadaniu określonego terytorium – lecz
rzadko miał dostęp do króla. Przy słabym władcy baronowie decydowali o
wszystkim, król mógł najwyżej wygrywać jednych przeciwko drugim. Przy silnym
rządzie dworacy byli aktywniejsi, a baronowie bardziej ulegli. Wyprawa wojenna
przeciwko obcemu królestwu – albo jeszcze lepiej: krucjata – centralizowała
władzę w głównej kwaterze z pominięciem wybitnych osobistości, podczas gdy
próba ataku powodowała
wzrost autorytetu baronów znad zagrożonej granicy,
Zasada, która sprawdziła się w średniowieczu, sprawdza się do dziś. Kombinaty
przemysłowe zastąpiły feudalne królestwa, ale zasady pozostały te same. Dworacy
to szefowie produkcji, marketingu, reklamy i finansów. Baronowie to dyrektorzy
wielu fabryk. I
podczas gdy miarą sukcesu dworaka jest jego aktualna pozycja u
szefa, miarą sukcesu barona jest zysk z zainwestowanego kapitału. Są to
niezmienne prawa administracji, działające obecnie tak samo jak w czasach
Podboju Normandzkiego. Dworacy zawsze chcieli centralizacji, baronowie zawsze
walczyli o autonomię. Konflikt pomiędzy nimi jest zgodny z naturą rzeczy i nie
można go rozwikłać żadnym nagłym objawieniem Wiecznej Prawdy.
Jednego tylko stanowiska
średniowiecznego dworu nie udało się utrzymać w nowoczesnej instytucji:
stanowiska błazna. Do przywilejów i
obowiązków błazna należało wypowiadanie
opinii sprzecznych zarówno z
opinią aktualnego rządu, jak i z opinią opozycji. Gdyby tradycje tego stanowiska znaczyły
jeszcze cokolwiek, urzędnik-błazen nie
byłby chyba głupszy niż jakikolwiek inny urzędnik. Rad błazna nie trzeba było
brać poważnie, ale także nie należało się obrażać o nic, cokolwiek by
powiedział. Ostatecznie za to mu właśnie płacono, żeby mówił śmiało. Tak więc mamy podstawy, aby
sądzić, że służył pożytecznym celom, a nawet możemy podejrzewać, że byłby
użyteczny i teraz. Sama
idea urzędnika-błazna warta jest co najmniej uważnego
zbadania, gdyż nie mamy innego sposobu nakłuwania nadętych balonów
samozadowolenia. Kiedy chór wzajemnych pochwał osiągnie szczyt, ktoś musi krzyknąć: „Brednie”.
Oczywiście, każdy może to powiedzieć, ale może się też w ten sposób poważnie
narazić. Błazen, pamiętajmy, miał przywileje, a nawet swego rodzaju immunitet
dyplomatyczny. Oto przykład potrzebnego, a nie obsadzonego
stanowiska.
(…)
Tryb rozkazujący .........
33
Nasze pojęcia o autorytecie mają swe źródło w
ojcostwie i prawie w każdym języku potwierdzają to zwroty wyrażające szacunek.
Wśród istot ludzkich młodzi ludzie długo są zależni od rodziców. Ojciec jest
opiekunem i wychowawcą przez wiele lat, że wymagane przezeń posłuszeństwo staje
się nawykiem, stwarzając u kolejnych pokoleń postawę szacunku wobec starszych w
ogóle. Postawę taką tradycyjnie okazuje matka. W stosunku do niej postawa ojca
jest jednak bardziej skomplikowana, gdyż przetrwanie rodu czy szczepu zależy
bardziej od kobiet niż od mężczyzn. Ogólnie rzecz biorąc, władza ojca rozciąga
się jednak na całą rodzinę
i poczucie posłuszeństwa u dzieci jest silnie ugruntowane na
bazie zdrowego rozsądku i tradycji. Na ich stosunek do autorytetu składają się
trzy różne elementy: podziw dla większej wiedzy i doświadczenia ojca; uczucie
dla kogoś, kto jest co najmniej zainteresowany w
zapewnieniu dziecku egzystencji; w końcu trwoga przed karą za nieposłuszeństwo.
Te trzy elementy przyczyniają się do poczucia bezpieczeństwa. Specjalnie ważny
jest tu element strachu, gdyż jeśli dziecko nie boi
się ojca, nie może przypuszczać, że będzie się go bał ktokolwiek inny. A cóż
jest warta opieka człowieka, którego nikt się nie boi?
W miarę jak powiększała się
gromada, ojcostwo zamienia się we władzę królewską. Od najdawniejszych czasów
istniały dwa typy monarchii: ruchomy i statyczny. Na czele pasterskiego
szczepu, wiecznie wędrującego, król jest przywódcą, wyznacza trasę pochodu,
wybiera dzień i miejsce postoju. Wśród ludów rolniczych król jest raczej
kapłanem, pośrednikiem między ludem a bogami, który może sprawić, że będzie
świeciło słońce lub padał deszcz we właściwym czasie.
Jest jeszcze w świecie dość
miejsca dla obu typów władzy. (...)
Pierwsze osłabienie
tradycyjnego autorytetu wywołała rewolucja kobiet w Anglii i w Stanach
Zjednoczonych po roku 1900. Spódnice zmieniono na spodnie, kobiety miały
uzyskać prawo do studiów i prawo głosu, miały uzyskać równouprawnienie w każdej
dziedzinie. Ale rewolucja zakończyła się kompromisem i zamętem. Równouprawnione
w dziedzinach, w których dawniej czuły się podporządkowane, kobiety zachowały wyższość tam, gdzie
zawsze ją uznawano. Gentleman mógł przestać być gentlemanem, ale lady
pozostawała lady, czego rezultatem jest fakt, że mąż stał się (zwłaszcza w
Stanach) podwładnym żony. Zaprzepaszczono szacunek żony dla męża, tę starą
mądrość, nakazującą kobiecie akceptować na zewnątrz męską decyzję, która mogła
z powodzeniem być jej uprzednią prywatną radą. Żony zapomniały, że dzięki
całkowitemu posłuszeństwu uzyskiwały często decydujący wpływ.
Dalszym ciągiem tego zachwiania
równowagi jest utrata przez żonę kontroli nad dziećmi. Wiktoriańska małżonka
korzystała z autorytetu męża dla utrzymania dzieci w posłuchu; autorytetu,
który sama umocniła własnym przykładem wykalkulowanej uległości. Nowoczesna żona próbuje dyskutować z
dziećmi, które tracą przez to
poczucie pewności i bezpieczeństwa, jakiego im potrzeba. W końcu
matka ma nadzieję, że szkoła zaprowadzi dyscyplinę, której zabrakło w domu. Ale
okazuje się to
niemożliwe, gdyż szacunek dla autorytetu musi być wpojony przed
piątym rokiem życia, a może nawet przed trzecim. Szkoły nie mogą w tym
względzie wiele zrobić, a
uniwersytety, rzecz prosta, nic.
Wynik jest taki, że w administracji i w przemyśle jesteśmy zmuszani do
wpajania poczucia autorytetu młodym ludziom, którzy może nigdy przedtem nie
znali dyscypliny. Nie jest to łatwe zadanie i czasem czujemy, że klęska jest nieunikniona.
To uczucie beznadziejności
jest podstawą niniejszego rozważania o decyzjach kolektywnych. Czy rzeczywiście
potrzebna jest nam dyscyplina? Może lepiej podejmować decyzje
większością głosów? Czy rzeczywiście starsi są mądrzejsi niż młodzież? Jest
dzisiaj w modzie wzywanie młodych na narady i zasięganie opinii u tych, których
kariera zaledwie się rozpoczęła. (...)
(…)
Ale jeśli przywództwo jest naprawdę sztuką do
nauczenia się, to możliwe, że należy zacząć się go uczyć raczej wcześnie.
Odwieczną trudnością w stosunkach międzyludzkich jest umiejętność łączenia
doświadczenia z młodością, pozwalająca przyszłemu przywódcy rozwinąć swoje umiejętności.
Niebezpieczeństwem dnia dzisiejszego jest przedłużanie lat nauczania,
bezustanne żądanie coraz to nowych kwalifikacji, aż do chwili, w której
człowiek zbliża się do średniego wieku. A po dwudziestu latach rutyniarskiej
subordynacji szansa przeminęła na zawsze.
Brodactwo ......... 43
Czyżby miała wrócić broda? Istnieją oznaki, że to możliwe. W różnych
krajach młodzi ludzie odłożyli brzytwę. Kiedy spojrzymy dookoła, nie możemy
zaprzeczyć, że istnieje tendencja do włochatości. Jeżeli ten prąd będzie trwał, wtedy
to, co wciąż jeszcze jest wyjątkiem, doskonale może stać się regułą.
Na pierwszy rzut oka wydaje się, że
zmiany mody w dziedzinie owłosienia męskiej twarzy przedstawiają się zupełnie bezładnie... Ale
pobieżne spojrzenie na historię... Tiurniura była nie tylko modna , miała też swoją psychologię. To samo dotyczy brody.
Noszona przez ludy najbardziej prymitywne, stała się charakterystycznym rysem
wielu starożytnych monarchii. Nieomal wszędzie była symbolem dojrzałości,
mądrości i poważnego wieku.
Przeciw tej fałszywej tradycji pierwsi zbuntowali się Grecy, którzy cenili
młodość, żywotność i zgrabną sylwetkę. To, co się zaczęło od mody, stało się
ostatecznie regułą, gdy Aleksander Wielki rozkazał swoim Macedończykom golić
się, czyniąc z tego sprawę dyscypliny wojskowej. Jako pretekst podał, że
przeciwnik w bitwie może chwycić za brodę. Prawdziwym motywem była niewątpliwie
chęć podkreślenia szczególnego charakteru tej cywilizacji, której stał się
reprezentantem. Ludzie Wschodu mogli sobie nosić brody, Europejczycy nie mogli.
Ta właśnie tradycja przeniknęła do republikańskiego Rzymu i stała się rysem
charakterystycznym dla okresu jego największej ekspansji.
Ale cóż to znaczyło? Dlaczego miałoby to coś znaczyć? Miało to
znaczenie jako wyraz pewnej postawy wobec władzy. W starożytnych monarchiach odziany w
powłóczystą szatę i brodaty patriarcha był uosobieniem dostojeństwa, przy czym
szata ukrywała, być może, fizyczne niedołęstwo, a broda osłaniała zapewne
słabość podbródka. Pierwsze
lepsze popiersie rzymskiego senatora stanowi tu uderzający kontrast, ujawniając
w całej pełni charakter twarzy.
We wczesnym średniowieczu przyszli
brodaci barbarzyńcy, a po nich równie brodaci zwolennicy islamu. Gdy losy
Europy przedstawiały się najgorzej (w VI i VII wieku), Frankowie
zarzucili brzytwę; pozostawili wszystko, co zostało z cywilizacji kapłaństwu,
które równocześnie i znamiennie zrezygnowało z brody. Kiedy po roku 1000
cywilizacja zaczęła odżywać, jej zewnętrznym symbolem była gładko ogolona twarz. Do 1200 roku
golono wszystkie podbródki i tak by już zostało, gdyby nie krucjaty. Liczni
krzyżowcy, naśladujący swych muzułmańskich przeciwników, wrócili do domu na
koniach – brodaci i ubrani według mody pustynnej. W trzynasto-
i czternastowiecznej Europie było wiele bród, lecz moda golenia się istniała
jeszcze po śmierci Chaucera; do tego stopnia, że
ustawa z roku 1447 nakazywała Anglikom w Irlandii golić się, żeby różnili się
od Irlandczyków.
Postęp rzadko rozwija się w sposób
równomierny, istniały więc nieuniknione zahamowania;
najgorsze z nich trzeba przypisać Henrykowi VIII, który zapuścił brodę w roku
1535. To naśladownictwo mody francuskiej rozpowszechniło się szeroko,
jakkolwiek spotkało się z pewnymi oporami prawników i duchowieństwa. Do dziś
sędziowie i prawnicy są prawie zawsze gładko ogoleni, a któż widział duchownego
z wąsami? Za
czasów Jakuba I brody znów zaczęły maleć, przyjmując za Karola I kształt
przystrzyżony lub vandyckowski, a znikły zupełnie za
Karola II, który miał tylko leciutki ślad wąsów. Stulecia od 1650 do 1850 roku
oznaczają dla Wielkiej Brytanii, a może i dla całej Europy, okres największych osiągnięć. I przez
cały ten okres lub przez większą jego cześć na Zachodzie panował powszechnie
gładko ogolony podbródek. Stany Zjednoczone i Brytyjska Wspólnota Narodów
ustanowione zostały przez gładko ogolonych i dla gładko ogolonych, przy czym
imperium, nawiasem mówiąc, było dziełem społeczeństwa, w którym nie noszono
żakietów.
...
Z tego historycznego zarysu jedno wynika jasno, mianowicie, że gładko ogolona
twarz związana jest z Zachodem we wszystkich okresach jego przodownictwa. Brody
charakteryzowały okresy upadku i niepewności. Brody były osłoną wahania i
zwątpienia; pomiędzy 1650 a 1850 nie było ich wiele.
Ale dlaczego w tym całym bałaganie broda
była elementem tak zasadniczym? Ponieważ za tą gęstwiną ludzie starsi
mogli ukrył swoje niepewności. Wezwany do objaśnienia prawdy Genesis, starszy teolog ukrył się poza barierę, która mogła
wyobrażać mądrość wieków. Pytany o organizację armii dowódca, mógł wycofać się
za swą brodę, za dymną zasłonę z cygara. Pytany na tematy seksu, wiktoriański
nauczyciel mógł wykrętnie skudłacieć. Wypytywany
przez żonę, wiktoriański lekkoduch mógł wykorzystać brodę dla ukrycia rumieńca. Broda mogła
zastąpić mądrość, doświadczenie, argumentację lub szczerość. Mogła dać
starszemu mężczyźnie prestiż, nie oparty ani na żadnych osiągnięciach, ani na
zdolnościach umysłowych. Mogła służyć – i służyła – jako ochrona protensjonalności, pompatyczności, nieuczciwości i tępoty.
A teraz są oznaki, że broda może powrócić. Jeśli tak
się stanie, możemy być pewni, że jej celem będzie to samo, co przedtem. Młodzi
ludzie, którzy teraz są brodaci, mogą stać się jeszcze bardziej brodaci, gdy
osiągną wiek średni. A
jeśli teraz są w kłopocie, gdy usiłują się zdecydować, w co wierzyć lub co
próbować robić, w późniejszym życiu będą w jeszcze większym kłopocie.
Obrzydliwy
Człowiek-Nie .........
50
Najnowsze badania wykazały, że w instytucjach
administracyjnych, czy to rządowych, czy przemysłowych, istnieją dwa piony. Z jednej strony kanał, przez który decyzje powzięte na
najwyższym szczeblu są przekazywane na dół, na podstawę piramidy. Z drugiej strony kanał, przez który prośby,
sugestie i podania odbywają swoją drogę z podstawy na szczyt. Te dwa kanały rzadko odpowiadają tym,
które istnieją na papierze, lecz z badań wynika, iż łańcuch rozkazodawczy
przebiega od Szefa Wiedzącego i dalej do Ludzi-Tak (starszego i młodszego), a
końcu do Potakiwaczy. Teoria nasza przyjmuje, że przysłany projekt jest
rozpatrywany przez Zaprzeczaczy, Ludzi-Nie (starszego
i młodszego), Niewiedzącego i (ostatecznie) przez Szefa. Ta teoria ma
jednak dwie wady: po pierwsze nie zgadza się z naszym doświadczeniem, po drugie
nie wyjaśnia , w jaki właściwie sposób jakikolwiek
pomysł w ogóle dociera do Szefa. W rzeczywistości nie wszyscy rozważający wnioski i podania są
nastawieni „na nie”. W praktyce możemy
się przekonać, że na różnych szczeblach zmieniają się dwa typy ludzi. Raz
spotykamy Wspaniałego Chętnego, a raz Obrzydliwego Człowieka-Nie. Okazuje się,
że Potakiwacze przemieszani są z Zaprzeczaczami.
Człowiek z zewnątrz mający jakiś pomysł
oscyluje wiec bezustannie między rozpaczą a nadzieją; najlepiej opisać to w
formie rozmowy. Obrazek, od którego zaczniemy, to Centralny Urząd albo
Ministerstwo. Petent trzyma w lewej ręce schemat, plan, projekt, czy też po
prostu ma genialny pomysł. Drżąc lekko wchodzi do biura Mr
Porządnego, Dobrego Chłopa, który nosi krajowe tweedy i krawat typu Stare
Biura.
- Proszę wejść, Mr Stracona Nadzieja. Zechce pan
usiąść. Pali pan? Przepraszam,
tylko chwileczkę, zaraz poślę po pańskie akta. Walerio, czy nie zechciałaby
pani przynieść teczkę z projektem Stracona Nadzieja? ... Taaak, a więc mamy już akta, wszystko w porządku.
Przeglądałem projekt bardzo uważnie i nie widzę najmniejszych przeszkód.
Szczerze mówiąc jest bardzo odkrywczy. Trafne rozwiązanie i świetnie
objaśnione. W pełni popieram ten plan!
- A
więc możemy zaczynać? - pyta Mr Stracona Nadzieja, nie
wierząc własnym uszom.
- Ależ oczywiście!
- Jak to? Zaraz?
- Tak, natychmiast. To znaczy prawie natychmiast. Jak tylko dostaniemy
podpis Szefa. Nie sądzę, żeby były jakiekolwiek
trudności.
- Nie może pan podpisać sam?
- No, cóż, niezupełnie. Ale mogę poprosić drugiego wicedyrektora. On może
podpisać od razu; i mam nadzieję, że to zrobi.
- Szalenie uprzejmie z pana strony.
- Ależ skąd! Jesteśmy po to, aby
służyć społeczeństwu ...
Następnego dnia
... Wysiedziawszy ...
- O,
pan Stracona Nadzieja. Przestudiowałem ten pański projekt...
- Sądzę, że moje memorandum wystarczająco go wyjaśnia. Jeśli mógłbym do tego jeszcze cokolwiek
dodać...
- Nie trzeba. Propozycja jest jasno sformułowana. Trudność polega na
tym... (- panno Gorset proszę zamknąć okno. Przeciąg!)
Cóż to ja mówiłem? Aha. Trudność polega na tym, że projekt jest niewykonalny i
nie do przyjęcia, a najprawdopodobniej w ogóle nielegalny. Sprawa, według mnie,
zupełnie nie wchodzi w rachubę.
- Och, ale dlaczego?
- Kompletnie i całkowicie niemożliwe. Choćby tylko z powodów
finansowych.
- Ależ na pewno...
- Wykluczone, panie Porzucona Nadzieja. Trudności są liczne i
nie do przezwyciężenia. (- Panno Gorset, proszę zatkać papierem szpary w
oknie...). Nie, Mr Porzucona Nadzieja, wykluczone.
- Czy pan jest pewien, że ma pan właściwe akta? Nie nazywam się Porzucona
Nadzieja, ale Stracona Nadzieja.
- Pan sądzi, że załatwiałbym sprawę... nie przeczytawszy odpowiednich dokumentów?
- Cóż, miał pan teczkę z innym nazwiskiem.
- Z
czego wynika, że cała nasza procedura jest bezmyślna ...
- Wcale tego nie powiedziałem.
- A
mnie się zdaje, ...
- Wobec tego jest pan ...
- To właśnie mam zamiar zrobić. Na razie ...
Dziesięć dni później
...
...
Tydzień później ...
...
(...) Żeglarz
nie dyskutuje ze skałami, tylko je omija. Oto sposób postępowania oczywisty dla
każdego, kto wie, że skały (czyli Ludzie-Nie) istnieją.
Prawo zwłoki .........
59
Nie ma nic statycznego w naszym zmieniającym się
świecie i ostatnie badania wykazują, że Obrzydliwego Człowieka Nie – zastępuje
często Zwlekający Odkładacz. Zamiast powiedzieć „Nie” ZO mówi: „We Właściwym Czasie” (naukowo: WWC), a te
słowa zapowiadają Odmowę Przez Zwłokę (naukowo: OPZ). Teoria OPZ opiera się na
ustaleniu przybliżonego pojęcia, jaki okres zwłoki będzie się równał odmowie.
Jeśli człowiekowi tonącemu, wzywającemu pomocy, odkrzykniemy: „We właściwym czasie”, po czym nastąpi
pięciominutowa pauza, będzie to ze względów praktycznych odpowiedź
negatywna. Dlaczego? Ponieważ zwłoka trwała dłużej niż
życie tego, kto nie umie pływać. Ta sama zasada świetnie działa w przypadku prawnym. A rozwiedziona z B domaga się opieki nad córką (liczącą 17 lat),
lecz adwokat informuje ją, że zanim sprawa zostanie rozstrzygnięta, córka
będzie już pełnoletnia. W dziedzinie sprzedaży detalicznej dostawca towarów
żelaznych B informuje
A, że maszynka do strzyżenia trawników , której sobie życzy, może być
dostarczona za sześć miesięcy (tzn. w grudniu). Wszystko to są przykłady na OPZ
w jej prostej formie.
Tam gdzie jakaś nagląca sprawa
wymaga uzdrawiającego ustawodawstwa, zwłoka przybiera nowy wymiar. Jednakże
krytyczna przerwa wciąż jest uzależniona od przewidywanego okresu życia
projektodawcy. W wypadku prawa rozwodowego, które najczęściej wymaga rewizji,
Zwlekający Odkładacz przede wszystkim
dowiaduje się o wiek i zdrowie reformatora zgłaszającego projekt ustawy. Przyjmując 70 lat za
podstawę swego obliczenia złagodzonego
czynnikami ubezpieczeniowymi dochodzi do wniosku, że reformator A może prawdopodobnie agitować za
swym projektem jeszcze przez osiem lat. Odmowa Przez Zwłokę (OPZ) oznacza, że postępowanie „We
właściwym czasie” (WWC) będzie w tym wypadku znaczyć: dziewięć lat od teraz.
Uświadomienie sobie, że
WWC jest większe niż Przewidywany Okres Życia (POŻ) reformatora,
często wystarczy dla utrącenia całego pomysłu na samym początku. Dla wielu
ludzi nastawionych altruistycznie świadomość, że czegoś nie można zrobić
w ciągu ich życia, jest równoznaczna ze świadomością, że nie można tego zrobić
w ogóle. Tam gdzie jakaś pożyteczna reforma wchodzi w życie, jak od czasu do
czasu musi się zdarzyć, jest to rezultat faktu, że reformator żyje i pracuje o
całe lata dłużej, niż można było przypuszczać.
W ten sposób
reformator może przeżyć Zwlekającego Odkładacza ZO, który specjalną nienawiścią darzy reformatorów
młodszych od siebie. Dlatego zdarzają się wypadki, że czynnik
WWC jest mniejszy od POŻ, a w konsekwencji powstaje jakieś mało
przekonywujące ustawodawstwo. Lecz ludzie tacy jak Sir
Alan Herbert nigdy nie byli liczni, a w gruncie rzeczy są na wymarciu.
Przeciętny reformator czy innowator rezygnuje znacznie łatwiej, a ZO zajmuje
nadal mocną pozycję, gotowy utrącić następną propozycje przy użyciu tej samej
techniki. Tak więc rozmyślnie planuje się zwłokę jako formę odmowy i przedłuża
się ją na tyle, aby objęła przewidywany okres życia osoby, której propozycja
została włożona do szuflady.
ZWŁOKA JEST NAJBARDZIEJ ZABÓJCZĄ FORMĄ ODMOWY. Matematycznie wyraża się ono w równaniu, gdzie:
Ż = POŻ,
czyli Przewidywany Okres Życia projektodawcy proponowanej reformy.
M = WWC,
czyli czas upływający pomiędzy pierwszą propozycją a ostatecznym rozwiązaniem.
L =
liczba nie należących do rzeczy problemów wprowadzonych do
dyskusji i
W
= wiek Zwlekającego Odkładacza
(Ż + L)M
x =
------------
3W
Zatem x jest długością,
która równa się odmowie.
W tym miejscu koniecznie trzeba podkreślić, że
Zwlekający Odkładacz rzadko mówi prosto z mostu: „Tego
nie da się zrobić w ciągu pańskiego życia”. Pozwala, żeby ten fakt ujawnił się
dyskretnie w trakcie dyskusji.
-
Naszą najlepszą metodą – zaczyna – jest powołanie
Komisji Proceduralnej. – Przedłoży nam ona zarys propozycji, której rozmaite
fragmenty zostaną przedstawione podkomitetom
utworzonym po to, aby zajęły się prawnymi, finansowymi, cynicznymi,
technicznymi, politycznymi, historycznymi, statystycznymi, bezskutecznymi i
zwykłymi aspektami projektu. Podkomitety przedstawią
swoje sprawozdania Komisji Proceduralnej, która następnie ogłosi wewnętrzne
sprawozdanie. Powinno się je przedłożyć Komisji Badawczej, która zbierze się
nie później niż w roku 1975. Zadaniem Komisji będzie zalecenie procedury, którą
powinniśmy przyjąć przy podejmowaniu decyzji, a przede wszystkim zastanowienie
się, czy należy w ogóle dalej coś robić w tej sprawie.
-
Jeśli przyjmiemy..., że należy podjąć
akcję, wówczas końcowe sprawozdanie Komisji zostanie przesłane do międzydepartamentalnej Partii Pracy, która zleci skład Komisji
Planowania. Zadaniem Komisji Planowania będzie dotrzeć do stałego podsekretarza
stanu, który przedłoży sprawę ministrowi. Jeżeli jego reakcja okaże się przychylna,
sprawa zostanie wniesiona na Konferencję Partyjną... I partia zadecyduje, czy czas jest
odpowiedni, czy nie jest za wcześnie przed Powszechnymi Wyborami (a może za
wcześnie po nich). W świetle tej decyzji zadaniem ministra będzie wydanie
dyrektywy. Jednakże w tym stadium sprawy nie będzie on mógł zrobić nic więcej,
jak tylko, w zasadzie, zalecić potrzebę dalszych badań.
(...)
Opowieść wigilijna .........
67
Wielce czcigodny Godfrey
King Wenceslaus, członek Rady Królewskiej, poseł do
parlamentu, wyglądał przez okno swego klubu i w zamyśleniu spoglądał na park. Śnieg wciąż
jeszcze padał, unoszony przez lodowaty wiatr, a światło księżyca wydobywało z
ponurego pejzażu tylko jedną postać. Był to nędznie ubrany człowiek, który
zbierał chrust spod
drzew i wkładał do torby, zapewne na opał. Patrząc na tę scenę „Poczciwiec”, jak go nazywali
przyjaciele, zastanawiał się, czy w państwie dobrobytu ktokolwiek powinien żyć
w takiej biedzie. Sądził, że jest to wysoce niesłuszne, i zastanawiał się, czy
nawet to zbieranie opału jest legalne. W palarni klubu poza Godfreyem
był tylko jego Prywatny
Sekretarz Parlamentarny, dawny absolwent Harrow,
nazwiskiem Page; minister przywołał go do okna.
- Widzisz tego głodnego obdartusa?
Chciałbym wiedzieć, kto to jest i gdzie mieszka.
PSP powiedział kilka słów do
portiera w hallu i po chwili wrócił do szefa z żądaną
informacją.
- Nazywają go Wille Zbierający Drewno i często można go tu spotkać. Mieszka
trzy mile stąd w ruderze dawno przeznaczonej do rozbiórki.
- Dziękuję, Page – rzekł minister, ciągle patrząc na
park, oświetlony księżycem. – Ciekaw jestem – ciągnął, głośno myśląc – czy to
by była dobra reklama, gdybym pomógł urządzić temu biedakowi lepsze święta?
Następnie minister usiadł przy stole, sporządził wykaz podstawowych
przedmiotów, zaczynając od worka opału, a kończąc na butelce taniego porto.
- Dowcip polega na tym, żeby nas niby to zaskoczyła kamera, jak będziemy w
śniegu szli za nim do jego domu. No co, Page, dobry pomysł?
- Mam nieodpowiednie buty, sir.
- Nic ci się nie stanie, jeśli będziesz szedł moimi śladami... a ja mam kalosze.
- W
porządku, panie ministrze, ale ośmielę się zauważyć, że pomysł w zasadzie jest
zły. Skoro instytucje opieki społecznej nic nie zrobiły w tym przypadku, my
powinniśmy działać zwykłą drogą służbową.
- Myślisz, żeby poprosić posła do parlamentu z jego okręgu, aby skontaktował
się z Komisją Opieki Społecznej?
- Właśnie. Wtedy sprawa zostanie odpowiednio zbadana.
- Ale tego nie uda się zrobić w czasie świąt.
- Sądzę, że nie wcześniej niż w połowie stycznia, w najlepszym wypadku.
- A
więc nie pomożemy temu facetowi podczas świąt.
- Tak, sir. Nie podczas tych świąt.
- Myślę, że masz rację. Choć szkoda, ze względu na reklamę.
- A
jednak reklama mogłaby się odbić na nas rykoszetem.
- Że wszystko to zanadto na pokaz?
- To jest niebezpieczeństwo, z którym zawsze trzeba się liczyć.
- A
więc dobrze, zapomnijmy o tym. Zaciągnij kotary, Page.
Nie chcę teraz patrzeć przez okno. Powinienem raczej przestudiować problem
pomocy społecznej w ogóle, nie zwracając uwagi na żadne odosobnione przypadki,
choćby nawet najbardziej przygnębiające. Jeśli w naszym systemie opieki
społecznej są braki, trzeba znaleźć na to jakiś środek administracyjny. Jako
podstawy do działania potrzebujemy faktów, na przykład danych statystycznych o
niedożywieniu w okresie zimy. Przygotowanie takiego opracowania zajmie lata,
ale to trzeba zrobić. Napiszę pismo do PUS.
Oczywiście miał słuszność. Takie podejście spotka się z aprobatą
wybranych w wyborach władców nowoczesnego świata. Wszystko należy sprowadzić do
wspólnego mianownika, a wysoce niepożądane jest staranie się o szybką pomoc dla
jednej ofiary, której sytuacja rzuca się w oczy. Musi ona zdyscyplinowanie
stanąć w kolejce, w porządku alfabetycznym razem z innymi. Szkoda, że ten
biedak, jak na złość, nazywał się, Yule*.
* Boże
Narodzenie
======================================================================
| Literatura | Strona główna |