Nie chcę ciągle stać na uboczu
wszelkich kampanii wyborczych!
Postanowiłem zaprezentować nowelkę Marka Twaina: Jak kandydowałem na gubernatora.*
Anonimus
wrzesień
2005 r.
-----------------------------------------------------------------------------------
Jak kandydowałem
na gubernatora
Przed kilkoma miesiącami wysunięto moją kandydaturę
na gubernatora stanu Nowy Jork z listy niezależnych. Moimi kontrkandydatami
byli pp. John I. Smith oraz Blank J. Blank. Wiedziałem, że posiadam niewątpliwą
przewagę nad tymi panami w postaci dobrej reputacji. Wystarczyło spojrzeć na
gazety, aby dowiedzieć się, że jeśli panowie ci cieszyli się kiedyś dobrą
opinią, to czasy te minęły już bezpowrotnie. Nie ulegało wątpliwości, że mieli
oni w ostatnich latach do czynienia z najbardziej podejrzanymi i brudnymi
sprawkami. Kiedy jednak cieszyłem się w cichości ducha z mojej przewagi
moralnej, to z radością tą mieszało się uczucie zażenowania, że moje nazwisko
wymieniane będzie jednym tchem z nazwiskami tego typu indywiduów. Długo
zwlekałem z przyjęciem kandydatury, aż wreszcie postanowiłem napisać w tej
sprawie do mojej babki. Odpowiedź jej
była zarówno szybka, jak i dobitna:
Nie popełniłeś w swym życiu niczego takiego, co mogłoby
przynieść Ci ujmę. Spójrz tylko na gazety, a zrozumiesz, jakimi osobnikami są
panowie Smith i Blank. Zastanów się dobrze, czy chcesz poniżyć się do tego
stopnia, aby rywalizować z ludźmi tego pokroju.
Tak samo i ja myślałem! W nocy nie mogłem zmrużyć oka. Mimo wszystko
jednak nie widziałem sposobu wycofania swej kandydatury. Byłem już zaangażowany
i musiałem stanąć do walki. Przeglądając przy śniadaniu dzienniki natrafiłem na
taką oto wzmiankę, która wytrąciła mnie całkiem z równowagi:
KRZYWOPRZYSIESTWO!
Może by pan Mark Twain wytłumaczył nam
dzisiaj, gdy staje jako kandydat na gubernatora przed swym narodem, jak to się
stało, że w roku 1863 w miejscowości Wakawak, w Kochinchinie, 44 świadków
udowodniło mu krzywoprzysięstwo, które popełnił, aby wydrzeć szmat pola
bananowego z rąk nieszczęśliwej wdowy malajskiej i jej bezbronnej rodziny, dla
której pole to było jedynym środkiem utrzymania. Nie wątpimy, że p. Twain w
interesie zarówno swoim, jak i ludu, o którego głos zabiega, zechce sprawę tę
wyjaśnić jak najrychlej. Czy jednak to uczyni?
Myślałem, że pęknę ze zdumienia, Cóż za okrutne,
straszliwe oskarżenie. Nie widziałem nigdy na oczy Kochinchiny! Nie słyszałem o żadnym Wakawaku! Nie potrafiłbym odróżnić pola bananowego od
kangura! Nie wiedziałem, co począć. Byłem oszołomiony i bezradny. Dzień minął,
a ja nic nie zrobiłem w tej sprawie. Nazajutrz ta sama gazeta zamieściła
króciutką notatkę:
CHARAKTERYSTYCZNE!
Godzi się zauważyć, iż p. Twain
zachowuje znamienne milczenie w sprawie krzywoprzysięstwa w Kochinchinie.
(Nb. przez cały czas walki wyborczej dziennik ten
nie nazywał mnie inaczej, jak „Twain, ohydny
krzywoprzysięzca”.)
Następnie wpadła do mych rąk
„Gazette”, w której przeczytałem, co następuje:
PROSIMY O ODPOWIEDŹ!
Może by nowy kandydat na stanowisko
gubernatora zechciał wyjaśnić nam pewną sprawę. Idzie o jego współlokatorów w
Montanie, którym od czasu do czasu ginęły różne drobne, choć wartościowe drobiazgi. Dziwnym trafem znajdowano je
zawsze u p. Twaina. Współlokatorzy byli zmuszeni udzielić mu dla jego własnego
dobra przyjacielskiego napomnienia, po czym dali mu niezłą nauczkę i poradzili,
aby pozostawił na stałe próżnię w miejscu, w którym zwykł był przebywać w
obozie. Czekamy na wyjaśnienia p. Twaina w tej sprawie.
Czy można było zdobyć się na większą złośliwość?
Nigdy w życiu nie byłem w Montanie.
(„Gazette” nie nazywała mnie odtąd
inaczej, jak „Twain, złodziej z Montany”.)
Brałem
teraz do rąk dzienniki tak ostrożnie, jak człowiek, który podnosi
kołdrę, spodziewając się znaleźć w łóżku
żmiję. W parę dni później znalazłem znów taki oto artykulik:
KŁAMSTWO PRZYGWOŻDŻONE!
Złożone pod przysięgą zeznania pp.
Michała O’Flanagana, esq. Z Five Points, oraz Snub Rafferty i Catty Mulligana z
Water Street jednogłośnie dowodzą, iż fałszywe oświadczenie p. Marka Twaina na
temat dziadka naszego kandydata pozbawione jest wszelkiego pokrycia w
rzeczywistości . P. Twain ośmielił się mianowicie stwierdzić, iż zmarły dziadek
powszechnie szanowanego p. Blanka J. Blanka powieszony został za rabunek
uliczny, co jest ohydnym i ordynarnym łgarstwem. Jest rzeczą odrażającą, iż dla
doraźnych celów politycznych nie daje się spokoju ludziom nawet w grobach,
obrzucając błotem ich czcigodne nazwiska. Kiedy pomyślimy o tym, jak wielce
boleć muszą podobne zniewagi rodzinę i przyjaciół nieodżałowanego nieboszczyka,
nie możemy oprzeć się chęci zaapelowania do szanownych wyborców, aby udzielili
nauczki zdziczałemu oszczercy. Ale nie!
Pozostawmy go raczej na pastwę wyrzutów sumienia (chociaż jeśliby
szlachetniejsi spośród czytelników zadali kłamcy obrażenia cielesne, nie ulega
wątpliwości, że nie znalazłby się sąd, który potępiłby ich za ten wzniosły
uczynek).
Misterne ostatnie zdanie tego artykułu wywarło taki
skutek, że „najszlachetniejsi spośród czytelników”, opanowani szlachetnym
oburzeniem, wyrzucili mnie w nocy z mojego własnego mieszkania, łamiąc meble
oraz unosząc ze sobą wszystko, co byli w stanie unieść. A jednak gotów jestem
przysiąc na wszystkie świętości, że nigdy nie obraziłem pamięci dziadka p.
Blanka. Więcej jeszcze, nie słyszałem o nim aż do chwili ukazania się
wspomnianego artykułu.
(Nawiasem mówiąc, dziennik ten nazywał
mnie odtąd „Twain, profanator zwłok”).
Następna wzmianka, która przykuła moją
uwagę, brzmiała następująco:
ŁADNY KANDYDAT!
Mark Twain, który miał wczoraj
wygłosić mowę na wiecu niezależnych, nie przybył wcale na wiec. Lekarz jego
doniósł telegraficznie, że p. Twain ma nogę złamaną w dwóch miejscach. Pacjent
cierpi okropnie – itd., itd. i całe mnóstwo podobnych bredni. Niezależni wzięli
to za dobrą monetę, teraz zaś udają, że nie wiedzą nic o prawdziwej przyczynie
nieobecności tego indywiduum, które w swym zaślepieniu wybrali na kandydata. A
przecież widziano wczoraj wieczorem, jak jakiś pijany osobnik zmierzał do
mieszkania p. Twaina w stanie zupełnego zamroczenia. Jest obowiązkiem
niezależnych dostarczyć nam dowodów, iż osobnik ten nie był p. Markiem Twainem.
Nareszcie mamy ich w ręku! W tej sprawie
nie ma miejsca na żadne kruczki i wybiegi!
Lud zadaje im z całą mocą
pytanie: „Kim był ten pijak?”
Było to fantastyczne, całkiem fantastyczne, że
właśnie moje nazwisko zamieszane było w podobną sprawę. Przeszło trzy lata
minęły już od chwili, kiedy miałem w ustach ostatnią kroplę alkoholu.
(Już od następnego numeru dziennik ów nazywał mnie stale: „Pan Delirium Tremens Twain”.)
W tym samym czasie zaczęły do mnie
napływać w wielkiej ilości listy anonimowe. Treść ich była zawsze niemal
jednakowa:
Jak to było z tą
kobietą, którą pan pobił, kiedy prosiła
o jałmużnę? Pol Pry.
Albo:
Popełnił pan szereg
łajdactw, o czym nie wie nikt prócz mnie. Radziłbym więc panu przesłać mi
odwrotnie kilka dolarów, gdyż inaczej zrobię z tego użytek w gazetach. Handy Andy.
To chyba wystarczy.
Mógłbym cytować więcej, gdybym
chciał zmęczyć czytelnika.
Wkrótce potem centralny organ
republikański zarzucił mi przekupstwo na
wielką skalę, zaś centralny organ demokratyczny
przytoczył „fakty”, świadczące,
iż usiłowałem zyskać bezkarność w pewnych sprawkach za pomocą szantażu.
Z tej racji otrzymałem dwa przydomki:
„Twain brudny łapownik” i „Twain, podły
szantażysta”.
Odtąd domagano się ode mnie odpowiedzi
ze wszystkich stron i z taką natarczywością, że nie tylko redaktorzy, ale również
i przywódcy mego stronnictwa orzekli, iż dalsze milczenie z mej strony stanie
się moją zgubą polityczną. Na domiar złego nazajutrz ukazał się w jednym z
dzienników następujący artykuł:
PRZYJRZYJCIE MU
SIĘ DOBRZE!
Kandydat niezależnych wciąż jeszcze
milczy. Robi to dlatego, że nie ma dość odwagi, aby zabrać głos. Wszystkie
oskarżenia przeciwko niemu są w pełni
umotywowane, zaś swym milczeniem potwierdza on jeszcze stokrotnie ich
słuszność. Niezależni, przyjrzyjcie się swojemu kandydatowi! Spójrzcie na ohydnego krzywoprzysięzcę,
złodzieja z Montany, profanatora zwłok!
Podziwiajcie tego deliryka, brudnego łapownika, podłego szantażystę!
Zastanówcie się i powiedzcie, czy
możecie złożyć wasze głosy na człowieka obciążonego tak wstrętnymi zbrodniami,
który nie posiada nawet dość odwagi, aby pisnąć słówko w swojej obronie!
Nie,
dłużej nie mogłem milczeć. Zanim jednak przygotowałem „odpowiedź” na tę
potworną ilość zarzutów, jeden z dzienników zarzucił mi, że spaliłem dom
wariatów li tylko dlatego, że przysłaniał mi widok z mojego okna. To wprawiło
mnie w jakiś niesamowity lęk. Zaraz potem przeczytałem zarzut, iż otrułem mego
wujaszka, pragnąc zawładnąć jego majątkiem – zarzut połączony z żądaniem
ekshumacji zwłok. Omal że nie zwariowałem!
Następnie oskarżono mnie, że będąc dyrektorem w przytułku używałem do
najcięższych robót zniedołężniałych i bezzębnych staruszków. Zacząłem poważnie się wahać, czy nie wycofać
się z tej całej awantury. Na koniec jednak, jako ukoronowanie wszelkich
oszczerstw, rzucanych na mnie przez przeciwników politycznych, nastąpiło
zwołanie całej chmary dzieciaków różnej wielkości i maści i nakazanie im, by wołały w czasie mego
przemówienia na wiecu: „Tatuś, tatuś!”
Dałem za wygraną. Uległem . Nie
dorosłem widać do wysokiego stanowiska gubernatora stanu Nowy Jork. Wycofałem moją kandydaturę, przy
czym tak podpisałem się na mym liście:
Z szacunkiem
Mark Twain
niegdyś porządny człowiek, dziś ohydny
krzywoprzysięzca,
złodziej z Montany, profanator zwłok,
deliryk,
brudny łapownik, podły szantażysta itp.
1870
* Mark Twain, Trzydzieści trzy
opowieści,
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej
Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
Warszawa 1973
----------
Humoreskę Marka Twaina, napisaną ponad 130 lat temu, umieściłem na swoich
stronach niewątpliwie też z powodów
aktualnych skojarzeń politycznych. Bardziej jednak do polskich realiów pasuje
chyba dowcip (a może to wcale nie jest dowcip):
„On nie może
kandydować, jego córka wyszła za Żyda ”. Na co sąsiad
trąca go w bok i mówi: „Stary, przecież on nie ma córki!”. A
działacz: „Nic nie szkodzi,
niech się wytłumaczy.” (Z lokalnej prasy. Mam
nadzieję,
iż Autor mi wybaczy, że nie podaję dokładnych źródeł i pełnego kontekstu).
Głównie jednak kierowałem się tym samym celem, dla którego prezentuję takie pozycje jak:
• Wiek propagandy – poz. 97 prezentowanej
literatury.
• Tajniki sterowania ludźmi – poz. 27
prezentowanej literatury.
• Z informacją na bakier – poz. 29
prezentowanej literatury.
• Kilka pozycji z dzieł Parkinsona – poz. 64 – 64c prezentowanej
literatury.
Z
przedmowy do „Prawa Parkinsona albo w
pogoni za postępem”:
„Ludzie bardzo młodzi, nauczyciele, a także ci,
którzy piszą książki z zakresu historii ustroju, nauk politycznych i problemów
współczesnych, wyobrażają sobie, że świat jest w większym lub mniejszym stopniu
miejscem rozsądnym. Przedstawiają
oni wybory deputowanych jako swobodne głosowanie na tych, do których lud ma
zaufanie. Pokazują, jak najmądrzejsi i najlepsi
spośród nich zostają ministrami. Pokazują, jak dyrektorzy
przedsiębiorstw, wybrani przez udziałowców, wybierają z kolei na odpowiedzialne
stanowiska tych, którzy dowiedli swych zdolności, pełniąc podrzędniejsze
funkcje. Istnieją książki, w których śmiało głosi się twierdzenia tego rodzaju,
albo też milcząco się je zakłada.
Z drugiej strony ci, którzy orientują
się choć trochę w tej problematyce, uważają, że założenia takie są po prostu
śmieszne. Uroczyste zgromadzenia ludzi mądrych i
dobrych są jedynie wytworem wyobraźni nauczyciela.”
Można
się z tego
wszystkiego pośmiać, lecz przestaje
być nam do śmiechu, gdy czytamy w Wieku propagandy, i znamy historię, jak mistrz propagandy, Goebbels, sam się wyrażał , oczywiście niepublicznie, o masach, które mu wierzyły:
„Nie
ma nic łatwiejszego niż prowadzenie ludzi na smyczy. Po prostu trzymam w górze
efektowny plakat, a oni przez niego skaczą.” (str. 283).
Nie mam
zamiaru zbytnio wtrącać się do polityki. W końcu to nie moja specjalność, nie mój charakter i nie moje
predyspozycje. Na swoich stronach, starając się propagować głównie mądre zarządzanie, i to dla dobra większości społeczeństwa, a nie tylko wybranych grup interesów, nie mogę jednak zupełnie abstrahować od tego, co się na scenie
politycznej dzieje. Żyjemy nie tylko w wieku propagandy i informacji, ale także
w wieku szalonego rozwoju techniki, za którą
wyraźnie nie nadążają
zarządzanie, ekonomia, problemy społeczne, etyczne itp. Problem
wyboru polega nie tylko na wyczynach polityków stosujących czasami niezbyt
uczciwe chwyty, nie tylko na niedostatecznej wiedzy społeczeństwa i polityków, ale po prostu także
na tym, że zabrnęliśmy w
problemy, w których bardzo trudno znaleźć rozwiązania zadawalające zdecydowaną większość społeczeństwa. Dostrzega to chyba coraz więcej ludzi. Dostrzega to także nauka, która
przy całej swojej
ogromnej wiedzy, i bynajmniej nie zawsze apolitycznej bezstronności, też
wygląda chyba na cokolwiek bezradną, poza prostym, serwowanym przez niektórych
uczonych, neoliberalnym hasłem: „A
radźcie sobie sami. Państwo niech się jak najmniej wtrąca”. (Upraszczam oczywiście. Zawiłości i niuanse są rozwinięte w innych miejscach). W tych warunkach wcale nie powinna dziwić narastająca ucieczka, w walce politycznej,
od zagadnień merytorycznych nurtujących większość ludzi, takich
jak niepewność jutra,
narastające groźby bezrobocia, biedy czy bankructwa, do walki... mniejsza z tym jakiej, w każdym
razie wyraźnie zastępczej, albo
populistycznej.
Nie chcę w tym miejscu poruszać spraw gospodarczych i społecznych, w tym wiedzy o zarządzaniu i
ekonomii/ekonomice, która może się przydać wszystkim, w wielu sytuacjach, a nie tylko
wyborcom przy ocenie programów poszczególnych partii/ugrupowań i ich
późniejszej realizacji. Po prostu, na ile potrafiłem i już zdążyłem, zaprezentowałem ją
na innych stronach, dla których
za pewnego rodzaju przewodnik chyba najlepiej powinna służyć strona Credo. Sądzę też, że
prezentowana tam wiedza przyda się bardziej za
kilka lat, niż obecnie, gdy jeszcze zbyt mocno tkwimy w rutynie starego
myślenia i daleko nie do końca zauważamy konsekwencje zmieniającego się świata.
Na
koniec, tym, którzy uznając tylko własną rację, są
„zaślepieni nienawiścią” pod adresem inaczej myślących, znowu przytaczam fragment
z Wieku
propagandy. Na szczęście, polskie
zaślepienie i nienawiść, są bardziej
groteskowe niż groźne.
„Tuż za ogrodzeniem obozu
koncentracyjnego i krematorium w Auschwitz znajduje się płytki staw. Wsypano do
niego prochy 2 milionów ludzi – czyn spowodowany arogancją, niewiedzą i wiarą w
dogmat. W jednej z najbardziej przejmujących scen filmu Jacob
Bronowski wchodzi do stawu, pochyla się i podnosi garść prochów kilku spośród
dwóch milionów ludzi. Wygłasza prostą
prośbę, używając słów z listu Olivera Cromvella: „Błagam cię, na Chrystusa –
uwierz w to, że możesz się mylić”.
„Jeżeli z naszego studium perswazji płynie jakaś lekcja, to głosi ona,
że możemy się mylić i być zwodzeni.
Widzieliśmy, jak informacje na temat naszego świata mogą być
selekcjonowane przez instytucje rozrywkowe i informacyjne, albo stawać się
przedmiotem manipulacji w rękach doświadczonych konsultantów politycznych. Wyłaniający się z nich obraz świata – bez
względu na to jak błędny – kieruje naszym myśleniem i działaniem. Widzieliśmy też, że propagandysta może grać
na naszych emocjach i wykorzystywać nasze procesy podejmowania decyzji,
odwołując się do prostej heurystyki. Wszystko to prowadzi do jednego wniosku: jako ludzie możemy
się mylić. Pamiętajmy o tym, ilekroć podejmujemy decyzje
– zwłaszcza te, które krzywdzą innych.” (str. 283 Wieku propagandy).
Początek
września 2005 r.
Anonimus
------------------
Aktualna kampania wyborcza, zbliżająca się już do finału, coraz bardziej przypomina igrzyska. Problemy gospodarczo/społeczne , pomijając ogólniki bez odpowiedniego
rozwinięcia, wyraźnie
zeszły na dalszy
plan. Nawet, jak już wyżej wspomniałem, nie ma się specjalnie czemu dziwić. Wbrew
sceptycyzmowi, czy politycy mogą w jakiś istotny sposób pomóc lub zaszkodzić gospodarce i społeczeństwu, osobiście uważam, że mogą. Stąd
też „nie odpuszczam tematu”, głównie z
myślą, obojętnie kto wygra, żeby wiedza i rozum znowu
nie zostały zastąpione
poczynaniami, które są wątpliwe fachowo i etycznie. Możliwości jest sporo.
Konkretnej wizji, która by „porwała...”, chyba
nadal nie ma! Przypuszczam, że ze
względu na potencjał intelektualny i
gospodarczy, można ją wypracować tylko wspólnie
w ramach Unii Europejskiej. A to, że zarówno sama Unia, jak i jej największe potęgi, też mają kłopoty, dowodzi
jedynie, że ta, nowa, „porywająca...”
ale realna wizja, jest bardzo trudna do wypracowania.
Cytuję krótkie fragmenty z ostatnich numerów
„Polityki” i „Forum”. Zastanawiałem się, czy fragmenty z Forum, zdominowane opisem technik
manipulacyjnych, w tym kłamstwa, i nieco
przesadnie negatywnym wizerunkiem
polityków, jest sens dalej powielać. Doszedłem do wniosku,
że warto, choćby dla samej
idei wiedzy i rozumu w zarządzaniu i
wyborze...
22 września 2005 r.
Anonimus
-----------------------------------------------
Polityka nr 38 (2522),
datowana 24 września 2005 r., str. 4 – 6.
Cztery lata bez wizji
Ach, co to był za triumf? Prawie taki, jaki szykuje się teraz. Poprzednia władza
obrócona w perzynę. W Sejmie o włos od jednopartyjnej większości.
Senat wzięty. Własny
prezydent. Własna telewizja. I jak to się
mogło zamienić w taką katastrofę?
Czego tej władzy zabrakło? Fachowców?
Na każdy urząd miała ich po kilku i
to całkiem niezłych
jak na nasze warunki. Sukcesów? Było
ich wiele: wzrost gospodarczy,
wstąpienie do Unii, spadek bezrobocia, zrównoważenie budżetu, umocnienie złotówki.
Silnego przywództwa? Tego Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski
dostarczali aż nadto. Społecznego
zaplecza? Wyniki poprzednich wyborów do Sejmu i późniejszych o rok wyborów
samorządowych świadczą, że było potężne. Więc co się właściwie stało? (...) *
(...) Zwycięzcy wyborów dostaną swoją szansę, mądrzejsi o dramatyczne doświadczenia
klęski AWS i
SLD. Nie wiadomo jednak , czy
dobrze odrobili tę lekcję. Od lat polskie partie i polityków
prześladują słowa
Wyspiańskiego: „Miałeś, chamie, złoty róg”. Za chwilę, uroczyście, przekażemy złoty róg
w nowe ręce.
Wiesław
Władyka, Jacek Żakowski
* Warto przeczytać. Rozważania ciekawe. Nie chcę
ich streszczać.
W paru kwestiach mam nieco inne zdanie. Zagadnienia są jednak na tyle złożone,
że w tym miejscu nie wtrącam żadnych uwag. Mogę jedynie, na marginesie zauważyć,
że tzw. „Afera Rywina”, została przez SLD rozegrana fatalnie, zarówno pod
względem prawnym jak i politycznym. To zapoczątkowało
lawinę.
Oby ona, w końcowym rezultacie, przyniosła uzdrowienie, a nie sprowadziła
się
tylko do walki o władzę.
Anonimus
-----------------------------------------------
FORUM, nr
38 (19.09 – 25.09.2005), okładka i str. 18 -
22
----------
Nokaut !
Wybory
2005
Jak najlepiej ośmieszyć i zdołować przeciwnika
----------
TEMAT Z OKŁADKI
18.
Daję
wam słowo kłamcy. O kłamstwie jako sposobie rządzenia pisano od wieków. Już Platon i
Arystoteles, a po nich choćby Machiavelli, Descartres, Kant, Schopenhauer i
Nietzsche zmagali się z tą zmorą. Niemiecki filozof stwierdził nawet
krótko i dobitnie: „Klasa polityczna łgała od
zawsze”. Dzisiaj kłamstwo to po prostu jedna z technik
wyborczych.
Neue Zürcher
Zeitung, The Spectator
----------
Daję wam
moje słowo,
słowo kłamcy
W polityce kłamstwo było zawsze zrośnięte
z prawdą. Ale im dłużej człowiek dzisiaj obserwuje
kampanie wyborcze, tym częściej musi dochodzić
do wniosku, że w zdobywaniu władzy, tak naprawdę
najskuteczniejsze są tylko łgarstwa.
---------------
Kiedy kłamstwo jest tylko połowicznym kłamstwem, jest więc też częściową prawdą – a więc prawda?
Najwyższy urzędnik byłej premier Margaret Thatcher – lord Butler –
miał na ten temat sprecyzowany pogląd. Gdy wyszło na jaw, że podczas wojny irańsko-irackiej rząd naruszał embargo (zresztą przez siebie ustanowione)
na dostawy broni dla obu stron konfliktu i dostarczał uzbrojenie Irakowi – lord Butler przedstawił następujący wywód przed specjalnie powołaną w tym celu komisją śledczą:
Fakty trzeba traktować selektywnie.
Nie oznacza to, że wprowadza się ludzi w błąd, lecz po prostu nie udziela się im pełnej informacji. Także połowa obrazu może
odpowiadać prawdzie.
Dla dobra wspólnego
Oczywiście są sytuacje, które uzasadniają, by władze mówiły tylko półprawdy, przemilczały prawdę lub wręcz kłamały w żywe oczy. Na przykład w czasie wojny, gdy chodzi o zmylenie
wroga lub kiedy inne względy nakazują
ochronę narodowego
interesu i bezpieczeństwa. Również Platon w traktacie „O państwie” przyznał rządzącym prawo do operowania kłamstwem wobec wrogów i własnych obywateli, o ile dzieje się to „dla dobra wspólnego”. Jednak zawsze
pojawia się pytanie, czy łgarstwo istotnie służy dobru ogólnemu, a nie tylko celom
partykularnym.
W czasach gdy marketing polityczny
nie różni się od metod i środków stosowanych np. w reklamach
producentów mydła, często nawet
sama osoba polityka staje się przedmiotem zakłamania. Pani Thatcher zastąpiła swój sposób bycia prowincjonalnej drobnej
mieszczki wizerunkiem szlachetnej damy dzięki korepetycjom u logopedy, kosmetyce dentystycznej, stylistom mody i
fryzur oraz obniżeniu swego pierwotnie skrzekliwego głosu.
Opinie kontra fakty
Już pod koniec lat 60. i na początku 70. Hannach Arendt – filozof i politolog –
zwróciła uwagę w publicznych wypowiedziach, wywiadach i
dwóch w najwyższym stopniu godnych uwagi esejach „Prawda i kłamstwo w polityce” na to, że z powodu złożoności światowej polityki i gospodarki, a
także nieprzebranej ilości źródeł informacji,
zarówno zwykły obywatel jak i
parlamentarzysta w coraz mniejszym stopniu są w stanie wyrobić sobie opinię bazującą na znajomości faktów. Ostrzega ona „Wolność opinii jest farsą, jeśli nie ma
zagwarantowanej informacji o faktach”.
Ludzie władzy mają tendencję, by przedstawiać opinie jako fakty, a to
co niewygodne opatrywać mianem opinii i tym samym eliminować je z dyskusji. Jak
dalece może to zajść, można było przeczytać w raporcie... (...)
Systemy dyktatorskie forsują swoją wersję „faktów” za
pomocą terroru i rugowania wszystkich alternatywnych źródeł informacji. W
demokracji prawda prędzej czy później ujrzy światło dzienne. Przykładem choćby
Watergate... czy wojna, którą USA prowadziły w Wietnamie. (...)
Śledcze komisje prawdy
Czy prezydent George Bush i premier Tony Blair kłamali, czy rzeczywiście wierzyli, że Saddam Husajn posiada broń
masowego rażenia. (...)
Roger Bernheim © Neue Zürcher Zeitung, 16.07.2005
----------
TEMAT TYGODNIA
Jak skutecznie wykończyć przeciwnika
Zawsze bądź zdolny do wszystkiego!
Dobra taktyka polega na doborze słów i sformułowań sugerujących, że przeciwnik dopuścił się rozlicznych grzechów, które trzeba sobie dopiero wyobrazić. Chodzi o to, by słuchacze nie tylko potępili twego antagonistę za coś konkretnego, lecz by z góry uznali
go za winnego wielu innych, wyimaginowanych przewinień. W ten sposób w oczach
wyborców utraci on swoją wiarygodność i gdy zechce zaatakować ciebie – będzie
bez szans.
Zawsze odwołuj się do uczuć odbiorców.
Polityczne subtelności, słuchanie
argumentów drugiej strony i dzielenie włosa na czworo są nieprzydatne. Musisz wystąpić zdecydowanie i z miejsca rozłożyć przeciwnika na obie łopatki. Jeśli
trzeba ci jakichś wzorów, pomyśl o stylu prasy brukowej. Zrób sensację z tego, co masz do powiedzenia. Obcesowo,
ostro, jeszcze ostrzej!
Zawsze skłaniaj wyborców do spiskowego myślenia
Prowokuj słuchaczy do
wyciągania wniosków. Pomóż im dojść do konkluzji, na jakiej ci zależało, ale tak, by im się wydawało, że doszli do niej samodzielnie.(...)
Zawsze rób z igły widły
Oto sucha informacja : Prominentny
polityk X musiał
dziś zapłacić mandat, gdyż zaparkował
swój samochód na miejscu dla inwalidy. X
dostał już wcześniej punkty karne za podobne wykroczenie”.
A teraz porównajmy to z drugą wersją:
„Prominentny polityk X cynicznie postawił swój samochód na miejscu wyraźnie oznakowanym jako miejsce dla
inwalidy. W ten sposób co najmniej godził się z tym, że
uniemożliwi załatwienie ważnej
sprawy życiowej jakiemuś bezradnemu kalece, i tak już ciężko poszkodowanemu przez los. Jak się dowiadujemy, takie lekceważenie... Był już karany za podobne wykroczenia – ale
ile innych musiał popełnić, niezauważony przez naszych mało efektywnych stróżów prawa. Blokowanie miejsca dla inwalidy – to w
oczywisty sposób tylko wierzchołek góry
lodowej. Wyobraźmy sobie, jakie
zagrożenie może na co dzień stanowić dla nas i naszych rodzin, dla dzieci i staruszków polityk X – bezwzględny pirat drogowy...
Zawsze ostrzegaj
przed wielkim szwindlem
Informacja: Minister Y będzie musiał dokonać korekty swego zeznania
podatkowego, w którym urząd skarbowy wykrył niedokładności.
Jak się dowiadujemy, minister Y pomylił
się na swoją niekorzyść”.
I
ta sama informacja, przyrządzona wg naszej receptury: „Naszym reporterom
udało
się
dotrzeć do
kolejnego skandalu... Otóż jak się okazuje, urząd skarbowy wykrył
ewidentne fałszerstwo
w zeznaniu podatkowym ministra Y.
Stronnictwo, którego działaczem jest minister, utrzymuje, że pomylił się on
na własną
niekorzyść.
Ale kto uwierzy, by mogło to być działanie nieświadome? Czy nie sądzicie
państwo, że myląc się w
jakimś drobiazgu na swoją niekorzyść, minister niewątpliwie
usiłował odwrócić uwagę od jakiegoś grubego szwindlu? A skoro zdolny on jest do takich machinacji
we własnym zeznaniu podatkowym, aż strach pomyśleć, jak wygląda dokładność
rozliczeń finansowych w jego resorcie, i jakie za tymi pozornymi błędami mogą
się tam kryć przekręty”.
-----------------------------------------------
Masowe, czyli
nijakie
Partie polityczne, podobnie jak masowe towary w supermarkecie,
przestały
się
od siebie różnić.
Żeby zyskać naszą sympatię,
muszą obiecywać
gruszki na wierzbie.
SPECTATOR
-----------------------------------------------
Nie ma
wątpliwości, kto wygra następne wybory
parlamentarne: zwycięzcą będzie
niemal na pewno Partia Niskiej Frekwencji. Obserwując obecną sytuację, nie należy się obawiać szturmu na lokale wyborcze. Brytyjczycy uważają , że wszyscy politycy
są niekompetentni i kłamią. Spektakularne potyczki w parlamencie
nie mają dla nich najmniejszego znaczenia, ponieważ toczą je frakcje
pozbawionych kwalifikacji kłamców.
Spróbujmy jednak ustalić: dlaczego politycy kłamią?
Dlaczego są tak oderwani od oczekiwań zwykłych ludzi? Przyczyny z pewnością
leżą gdzieś głębiej. Ludzie nie
głosują, bo „ONI
wszyscy są tacy sami”. Ten banał jest powtarzany
do znudzenia z tego prostego względu, że jest...
prawdziwy.
Rzekomo zwaśnione stronnictwa
starają się sprawiać wrażenie, że istnieje między nimi nieprzebyta przepaść. Laburzyści twierdzą, że partia
konserwatywna sprywatyzuje wszystko co się da, pozostawiając wybór tylko bogatym, gdy tymczasem biedni będą się musieli zadowolić tandetnym poziomem usług publicznych. Sęk jednak w tym, że w praktyce właśnie do tego zmierzają działania Partii Pracy. Konserwatyści obiecują
decentralizację wszystkiego, co popadnie, ograniczenie
kompetencji rządu i przekazanie ludziom kontroli nad sektorem publicznym.
Problem w tym, że laburzyści mówią to samo.
Strach się wychylić
Każda partia obiecuje, iż dokona niemożliwego. (...)
Ludzie chodzą na wybory tylko wtedy, gdy uznają, że ich głos może coś istotnie zmienić. Z kolei politycy boją się akcentować zmiany i różnice, sądząc, że to będzie kosztować ich poparcie wyborców.
Podsycają więc rozpasany
konsumpcjonizm.
Politycy zakładają, że ludzie chcą tylko igrzysk i chleba
albo pieniędzy i wolności.
W rzeczywistości najbardziej liczy się dla nich jakość życia.
Paradoksalnie elity unikają jak diabeł święconej wody tego,
co najbardziej porusza społeczeństwo –
kwestii moralnych, społecznych i
kulturalnych. Ludzi głęboko obchodzi
bezpieczeństwo ich dzieci, własna równowaga
emocjonalna, brak poczucia przynależności, katastrofalny upadek kultury współżycia społecznego czy gorszące obrazy na każdym bilbordzie i programie TV.
Wszystkie te kwestie politycy
traktują jak pole minowe. (...) Jednak rząd nie ma zamiaru stawić czoła problemom, które takie zachowania powodują: rozpadowi rodziny,
narkotykom, wagarowaniu.
Przeciwnie, popierając niepełne rodziny, marginalizując problem edukacji
i wykazując brak konsekwencji w kwestii miękkich narkotyków, tylko dolewa oliwy do ognia.
Odważcie się mówić
Konserwatyści nie są przy tym dużo lepsi. Wprawdzie ich liderowi należy się uznanie za przemówienia, w których wyraźnie
przeciwstawia się przesadnemu
indywidualizmowi i próbuje umocnić wartości budujące zdrową społeczność. Ale już na poziomie własnej partii
spotyka się z
wrogością urażonych krytyką snobów.
(...)
Melanie Phillps © The Spectator, 20.08.2005
-----------------------------------------------
Źródła
Neue Zürcher Zeitung
Szwajcaria, dziennik, 170 tys. egz. Założony w 1780 roku, opiniotwórczy, konserwatywny. Spokojny i wyważony
ton publicystyki, rzeczowe i miarodajne informacje gospodarcze i finansowe.
The Spectator
Wielka Brytania, tygodnik 60 tys. egz. Zał. W 1828 r. konserwatywny przegląd wydarzeń politycznych, gospodarczych
i kulturalnych.
-----------------------------------------------
Po wyborach parlamentarnych
Żeby sensownie wybierać, trzeba mieć w czym.
I się na tym znać!
(z mądrości ludowych)
Wg sondażu „Polityki” (nr 39, s. 22) 70%
pytanych liczy, że po wyborach parlamentarnych ich osobista sytuacja
poprawi się. Jeśli to
„liczenie” się spełni, wypada tylko się cieszyć i mieć nadzieję, że i z pozostałymi
los obejdzie się łaskawie. Co ja sam myślę na ten
temat, jest mało ważne. Myślę jednak, że bez zbytniego liczenia na „niewidzialną rękę rynku” losowi należy trochę pomóc, aby faktycznie było lepiej. Myślę też, że w sprawach
gospodarczych najlepiej mogli by pomóc ekonomiści, gdyby zechcieli
wznieść się ponad dogmaty i rutynę oraz myślenie w kategoriach tylko wybranych
grup społecznych.
Co ekonomiści mogli by konkretnie
zrobić, gdyby
zechcieli wznieść się ponad podziały ideologiczne, przeróżne uprzedzenia i sztuczne założenia, skupiając się na analizie realnego świata?
Po pierwsze musieliby nabrać
pewnej pokory wobec złożoności tego świata i uzmysłowić sobie swoją,
mocno niewystarczającą wiedzę o nim. Chodzi po
prostu o faktyczną, a nie tylko hasłową współpracę
interdyscyplinarną, ze znajomością wszystkiego co istotne, a nie tylko o
bazowanie na ogólnikach.
Po drugie, odpowiednio dobrany interdyscyplinarny zespół powinien starać
się obiektywnie przeanalizować, jakie najistotniejsze problemy
wymagają interwencjonizmu państwowego, w jakiej formie i rozmiarze oraz jakie
kwalifikacje powinni posiadać interweniujący. Chodzi o to, aby z jednej strony nie ulegać dogmatom o niezawodności
rynku, w sprawach, w których sam rynek wytwarza wadliwe mechanizmy,
przynajmniej dla większości, a z drugiej nie dopuścić aby interwencjonizm państwowy, na skutek niedostatku odpowiednich kwalifikacji, spowodował więcej szkód niż korzyści. Niejako przy okazji, Zespół mógłby przeanalizować, które z
rozpowszechnionych wyobrażeń ekonomicznych mają jako takie potwierdzenie w
rzeczywistości, a które śmiało można uznać za „bajki” albo, ostrożniej, za ideologiczne opinie. Można rozpocząć, np. od spraw:
-
czy wzrost gospodarczy, liczony tradycyjnie (w PKB) zawsze zapewnia
spadek bezrobocia i poprawę sytuacji ogółu? Co zrobić, jeśli okaże się, że przy pomocy tradycyjnie stosowanych metod i narzędzi
ekonomicznych, po prostu nie można do końca tego wyjaśnić?
-
czy większość ludzi oczekuje od życia bezwzględnej konkurencji o przetrwanie i maksymalny majątek, czy też
wolałaby trochę więcej stabilizacji
i bezpieczeństwa socjalnego, czyli po prostu lepszego przeżycia swoich lat? Czy naprawdę nie można wypracować mechanizmów, które pogodzą konkurencję (tam
gdzie trzeba), z jakością życia?
-
jakie są skutki nadmiernego otwarcia gospodarki na procesy globalizacji
i co praktycznie można zrobić, uwzględniając przeróżne powiązania i umowy międzynarodowe, a także różne interesy firm,
udziałowców,
akcjonariuszy, pracowników, konsumentów itp. Temat nabierze większej wagi
za kilkanaście lat, gdy problemy demograficzne w Europie skłonią do jeszcze szerszego importu taniej siły roboczej i przenoszenia fabryk, tam gdzie
taniej. A może
można, przy odpowiednio mądrej polityce
Unii Europejskiej, klęskę demograficzną Europy obrócić w sukces dobrobytu dla jej mieszkańców?
-
czy gospodarka planowa naprawdę nieodwołalnie, zawsze i
wszędzie oraz we
wszystkich sprawach przegrała z
rynkiem? Jaki powinien być rynek? Jaka powinna być gospodarka planowa? Co zrobić, żeby takie były? Czy nie można
sensownie połączyć jednego z drugim?
-
procesy prywatyzacyjne!
Faktycznie, większość chyba nie najlepiej na tym wyszła, nawet
jeśli krytyka o rozkradaniu (który to byłby rozbiór Polski?) jest nieco
przesadna. Jak to teraz sensownie odkręcić, aby nie powstało jeszcze więcej
szkód? A tak w ogóle, czy prywatyzacja to
rzeczywiście panaceum na wszystko? Czy
znając niedostatki zarządzania w sektorze państwowym (społecznym), i jego
kłopoty w utrzymaniu się na rynku, ktoś nazbyt pochopnie, nie analizując do
końca skutków, chciał się po prostu pozbyć swoich problemów („Jest człowiek, jest problem. Nie ma człowieka,
nie ma problemu”). Przepraszam, jeśli
ktoś, znając historię, skojarzył ten cytat
z czymś makabrycznym. Człowieka
nie trzeba zaraz zlikwidować, ani nawet zmuszać do emigracji, żeby
przestał stanowić „problem”.
Co
dalej, poza tym, że moja koncepcja
najprawdopodobniej uznana zostanie za utopię, i jako taka nie potraktowana zbyt serio, o
ile w ogóle zostanie zauważona? Jak ją praktycznie zrealizować, jeśli jednak się przebije? – Nie wiem, poza ogólnikami
oczywiście.
Nie
rozwijam dalej tematów. To nie miejsce na tej stronie. Na innych swoich
stronach zaprezentowałem już sporo
literatury fachowej i nieco własnych
uwag. Uwagi te dość często idą pod prąd powszechnych wyobrażeń
i uznanych zasad postępowania.
Bynajmniej nie jestem pewny ich trafności, ale też i ich nie żałuję. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powołać się na motywy
przedstawione na stronie „Credo”, w części „Trochę szczegółów i refleksji”.
29
września 2005 r.
Anonimus
-----------------------------------------------
UTOPIA
W poprzednim odcinku wspomniałem nieco o „utopii”. Och, nic specjalnego.
Takie sobie osobiste skojarzenia z przeszłości i teraźniejszości, gdy w sprawach niemal zupełnie oczywistych, tylko naruszających
przyzwyczajenia, nie zdołałem jednak, kogo trzeba, przekonać. Szkoda. Stąd sceptycyzm. Kto choć „przekartkuje” moje strony, chyba wcale się nie będzie dziwił sceptycyzmowi, nawet jeśli nie w pełni podzieli
konkretne poglądy. Wielokrotnie też słyszałem rady: „Ja bym
to już dawno rzucił w cholerę. Po co sobie psuć nerwy i tracić
czas! Jeśli już, to chociaż za
pieniądze”.
Wracając do tematu. Analizy, których
tematy wyżej zamarkowałem, uważam za celowe i to wcale nie tylko dla Polski. Nie widzę też powodu, aby to szerzej
uzasadniać. Nie oczekiwał bym od takich
analiz „cudu”, ale także i nie lekceważył samej idei. Jeśli ktoś sądzi, że to
wszystko napisałem dla promowania swoich
stron, albo dla innych korzyści osobistych, to jego sprawa.
7
październik 2005 r.
Anonimus
-------------------------------------------------------
POLITYKA nr 49 (2533), 10 grudnia 2005,
str. 122
polityka i obyczaje
Katarzyna
Kolenda-Zaleska, dziennikarka TVN 24,
zwierza się w „Tygodniku
Powszechnym”:
„Gdybyśmy chcieli – ja i moi koledzy
dziennikarze prowadzący poranne i wieczorne rozmowy z politykami
- zacytować,
co też ci politycy wygadują poza anteną, niejeden polityczny sojusz dawno ległby
w gruzach.
Niejeden z nas przecierałby oczy zdumiony nie tyle nawet politycznym
cynizmem, co zwykłą bezczelnością,
butą i chamstwem”.
----------
Ostrożnie, panie i panowie. Ściany mają uszy!
Jeszcze ktoś nagra wasze szczere wypowiedzi,
i mogą być kłopoty.
Anonimus
-------------------------------------------------------
Trochę więcej o kłamstwach (szerszy kontekst
pod poz. 84 prezentowanej literatury,
z której pochodzi wyciąg...).
Załgane prawdy. Politycy,
biznesmeni i media kłamią, bo muszą.
Forum
nr 46 (15.11. – 21.11.2004).
Powiem
prawdę,
całą prawdę
i tylko prawdę
Politycy kłamią jak najęci. Media łżą jak psy. Biznesmeni
odwracają kota ogonem.
Przyszło nam żyć w czasach, w których tak naprawdę liczą się tylko kłamstwa.
Observateur
Na początek podgrzejemy nieco
atmosferę. Spróbujmy wytropić kilka kłamstw, które pojawiły
się w serwisach informacyjnych w ostatnich dniach.
Kiedy przy lekturze gazet naszła
nas ochota, żeby uszczypnąć się i upewnić, czy to aby
nie sen? Gdy George Bush ogłosił... Gdy
wyszło na jaw że Grecja fałszowała dane... Kiedy Nicolas Sarkozy poparł
jakoby... Gdy amerykański kolarz...
Kiedy francuski wysłannik...
Szczyt manipulacji
Nie trzeba więcej
przykładów. W polityce, ekonomii, sporcie, show-biznesie – kłamstwo
wszędzie aż bije w oczy. Nic nowego pod słońcem – westchną ludzie o
filozoficznym usposobieniu. Bo niestety oszustwo jest obecne w każdym miejscu i
czasie, a jego apogeum przypadło po raz pierwszy na okres zimnej wojny, gdy w ZSRR produkcję kłamstwa rozwinięto na skalę przemysłową. Nie szkodzi. W tej dziedzinie, podobnie jak w
wielu innych, nasza epoka weszła w stadium postindustrialne. Kłamstwo
– niegdyś demonizowane – stało się orężem
jak każdy inny w wojnie komunikacyjnej. Dziś jest ono
wytwarzane metodami naukowymi przez ludzi reklamy, doradców do spraw wizerunku,
rzeczników prasowych i adwokatów...
Weźmy taki biznes. Kierownictwo
Parmalatu przez lata ogłaszało wyssane z palca rachunki księgowe,
oczyszczając w tym samym czasie konta jednego z największych
europejskich przedsiębiorstw agroprzemysłowych.
Dokładnie to samo robili prezesi Enronu w Stanach Zjednoczonych, a prezes
Jean-Marc Messier tworzył złudną potęgę
koncernu Vivendi Universal. Co się tyczy szefów Shella, największej
w Europie kompanii naftowej, to oszukiwali oni rynki, zawyżając stan posiadania
surowca.
W polityce tradycyjna mowa-trawa
ustąpiła pola coraz prymitywniejszym kłamstwom! Czyż prezydent Jacques Chirac... Więc dlaczego zachował
potem dziwne milczenie... No i czy ze swej strony premier Jean-Pierre
Raffarin...
Patologiczne łgarstwa
Ale oczywiście szczytowym osiągnięciem
tego gatunku była wojna w Iraku. Jej uzasadnienie to przejaw gigantycznej
manipulacji ze strony administracji Busha i jego armii spin doctorów. (...)
A co robiły
amerykańskie media trzymane w garści
przez wielkich gigantów... (...)
Skutkiem powszechnej choroby kłamstwa jest zanik społecznego zaufania,
bez którego demokracja nie działa.
A przecież zarówno demokracja jak i
liberalny kapitalizm nie mogą funkcjonować bez zaufania, czyli bez
prawdy. Kiedy kłamstwo wykracza poza sferę
prywatną, w rękach ludzi władzy, mistrzów i gwiazd ,
staje się bronią masowego rażenia. Niszczy wiarę w
rekordy, osiągnięcia, przyjaźń, obietnice, motywacje i wyniki.
Paradoksem tej epoki kłamstwa
jest fakt, że nasze społeczeństwa jeszcze nigdy nie deklarowały
tak daleko posuniętego przywiązania do przejrzystości i nigdy
nie tonęły w takiej powodzi fałszu.
Wciskacze kitu
Już od momentu ujawnienia skandali
polityczno-finansowych z końca lat 80. było wiadomo, że kredyt zaufania do
polityków został mocno naruszony... (...)
Rozdźwięk
między biznesowym żargonem a rzeczywistością osiąga absurdalną skalę.
Fale masowych zwolnień, ułuda nowej ekonomii, krach bańki finansowej,
a od niedawna także obsesja przenoszenia miejsc pracy za granicę –
to wszystko się z tym wiąże. A wielcy szefowie, wyposażeni
w swoje złote spadochrony, są coraz częściej
postrzegani jako wciskacze kitu.
Wszystkie „ciała
pośredniczące” uległy osłabieniu. Oczywiście system
edukacji... Ale także wymiar
sprawiedliwości... A nawet związki
zawodowe... – Pojawiła się głęboka niezgodność między społeczeństwem i jego przedstawicielami. Stąd ogólny brak zaufania i poczucie, że fałsz rozlewa się na wszystko, gdy zauważymy jedno
kłamstwo – wyjaśnia socjolog Michel Maffesoli. Skutkiem tej podejrzliwości jest oczywiście absencja w
wyborach.
Jak zatem załatać
starą umowę społeczną? (...)
„Od jutra już nie będziemy kłamać” –
obiecują podejrzliwym społeczeństwom. Ale problem w tym, że obietnica
zostaje natychmiast złamana.
Szczera gadka
Z konieczności, jak też z wyrachowania. Przypomnijmy. (...)
Czym się różni dyktatura od demokracji?
W dyktaturze mówią same kłamstwa,
a w demokracji tylko nieprawdę.
Kłamcy na naszą miarę
Nasz atak na kłamstwo
opiera się w rzeczywistości na wielkiej hipokryzji. „Kłamiemy,
abyśmy byli lubiani” – pisze Kant. Ale lubimy także być okłamywani.
Wielkie zbiorowe oszustwa są dla nas użyteczne: przynoszą ulgę,
gdy dręczą nas wyrzuty sumienia. (...)
Czyż nie wolimy kłamcy,
który jest do nas podobny, jest człowiekiem na naszą miarę,
niż bezkompromisowego moralisty? Jak inaczej wytłumaczyć
polityczne sukcesy osób w przeszłości skompromitowanych?
(...)
Obnażanie kłamstwa,
z którym inteligencja nie może się pogodzić,
jest dziełem rozumu. Tymczasem w większości
przypadków, jeśli zgoła nie zawsze, emocje przeważają nad rozumem.
(...)
Salvain Courage ©
Le Nouvel Observateur, 7.10.2004
Chorzy na fałsz
Obsesja przejrzystości życia publicznego to największe zagrożenie naszych czasów.
Rozmowa z filozofem Alainem Etchegoyenem i socjologiem MichelemMaffesoli.
Observateur
Dlaczego obywatele czują się dziś tak bardzo okłamywani
(przez rządy, firmy, media...)?
Alain Etchegoyen: Demokracji zawsze zagraża kłamstwo;
ten ustrój „choruje na kłamstwo”. (...)
Michel Maffesoli: Od dwóch dziesięcioleci
widzimy bardzo duży rozziew między elitą (tymi, którzy mają prawo mówić)
oraz ludem (czyli tymi, którzy takiego prawa nie mają). To globalny kryzys
przedstawicielstwa... (...)
(...)
-------------------
Dla odprężenia od spraw poważnych, dodaję
także trochę tytułów o „kłamstewkach”
w sprawach towarzyskich (To same Forum,
str. 35-37.). Na cytowanie fragmentów – szkoda mi czasu. Chciałem
tylko zauważyć, że „popyt stwarza podaż”, a jak
konkurencja w podaży jest duża, a konsumenci niezbyt wybredni, to czasami
stosuje się „chwyty” pod ich gusty. To dotyczy także
polityki i gospodarki. Rzeczowi-nudni, prawdomówni przegrywają. Barwni, schlebiający gustom -
wygrywają, a publiczność
się dziwi, że politycy i media kłamią lub ubarwiają, nawet bez
specjalnie złych intencji: zwykła
konkurencja o pewny, zwykle przeważający typ słuchacza/widza. Jak oddzielić
„rozrywkę” od spraw poważnych? Albo – jak barwnie i
przekonywująco mówić niemiłe prawdy?
Anonimus
Gwiazdy wyssane z palca
Plotkarskie gazety codziennie drukują sensacje i skandale o gwiazdach
filmu i estrady. Dziennikarze zaczęli już wymyślać niestworzone historie, by zaspokoić popyt ze strony wydawców i czytelników. Gdyby istniała Nagroda Nobla za oszustwo prasowe, szwajcarski reporter Tom
Kummer dostałby ją jako
pierwszy.
DER SPIEGEL
------------------------------
Kilka
miesięcy temu Tom
Kummer...
(...)
Podpalacz muru
(...)
Postać z
Dostojewskiego
(...)
Do łóżka z Sharon Stone
Bajery
Toma Kummera nawet Sharon Stone zapędziłyby do jego łóżka...
a Russell Crowe nie odmówiłby mu
drinka.
Byliśmy magikami
(...)
Sport, którego nie ma
(...)
W labiryncie kłamstw
(...)
Reporter Kummer wykołował
wszystkich,
bo jak nikt umiał nadawać kłamstwom
pozory prawdy.
(...)
A Osang
©
Der Spiegel, distr.by NYT Synd, 27.09.2004
----------
Poważnie
Poważnie to chciałem jedynie powiedzieć (po raz któryś,
i bynajmniej nie odkrywczy), że przeciętny wyborca przeważnie
przegra z naukowymi metodami propagandy; że jeszcze łatwiej
przegra (nawet tego nie zauważając), jeśli naukowe metody propagandy będą
wsparte odpowiednimi środkami (np. opanowaniem mediów); że przemoc i prymitywna
propaganda charakterystyczne dla dyktatur okresów minionych, w demokracji zostały
zastąpione bardziej subtelnymi metodami; że przeciętny
wyborca jest porządnie skołowany walką medialną, która o jego głos
w wyborach się toczy; że ma już tego wszystkiego dość;
że sam zdaje sobie sprawę, że często wybiera tylko mniejsze zło; że wcale nie
ma pewności, iż nawet przy wyborze mniejszego zła, nie jest zwyczajnie
zwodzony; że wkrótce może sam będzie żałował swojego wyboru itd. Chciałem też powiedzieć (także nic odkrywczego), że
bardzo wielu potencjalnych wyborców w ogóle nie głosuje,
bo nie widzi szans dokonania racjonalnego wyboru, albo jest tak przytłoczona
problemami życia codziennego i brakiem realnych perspektyw, że przestała
komukolwiek wierzyć, łącznie z tym, że ich udział w
głosowaniu może cokolwiek zmienić.
Coś trzeba zrobić, żeby ludzie
zaczęli wierzyć w fachowość i przyzwoitość zarządzających, i kolejny raz się
nie zawiedli! Czy to w ogóle, w
najbliższych latach, w Polsce jest możliwe? Co trzeba zrobić, żeby chociaż
miało realną szansę bycia możliwym?
Załganych prawd – ciąg dalszy:
Łżą bo muszą
Dobre kłamstwo
to podstawa demokracji
FINANCIAL TIMES
Forum
nr 40 (2.10. – 8.10.2006)
T E M A T T Y G O D N I A
B U N T M A S
Salon bez podłogi
Są takie momenty w życiu narodów, kiedy
prymitywny populizm nie tylko nie szkodzi demokracji, ale wręcz jej pomaga. Czy
dzisiejsza Polska jest tego przykładem?
-
zastanawia się Klaus Bachmann.
Polski
rząd to zagadka. (...)
Rozkwit indywidualizmu
...
Awangarda ewolucji
...
KIEDY ŚCIGA SIĘ Z SOBĄ DWÓCH POLITYKÓW,
PRZEGRYWA TEN, KTÓRY MÓWI PRAWDĘ
Ofiary tego samego układu
...
Kiedy słabość jest cnotą
...
TO NIE PRZYPADEK, ŻE NAJWIĘKSZE NIEZADOWOLENIE
Z DEMOKRACJI WYSTĘPUJE
W EUROPIE ŚRODKOWEJ
Łamacze tabu
...
OSTRY PODZIAŁ NA ZWYCIĘZCÓW
I PRZEGRANYCH
BUDZI NAJWIĘKSZE
ROZGORYCZENIE W DAWNYM OSTBLOKU
(...)
Dr hab. Klaus Bachmann,
wieloletni korespondent prasy niemieckiej w Polsce,
obecnie jako politolog wykłada w WSPS w Warszawie.
Autor kilku książek o integracji europejskiej
i stosunkach polsko-niemieckich: ...
T E M A T T Y G O D N I A
B U N T M A S
Jak się robi kiełbasę wyborczą
Społeczeństwa Europy Środkowej mają wybór:
albo łykną kłamstwa establishmentu, albo dadzą się uwieść populistom
-
uważa Iwan Krastew, bułgarski
politolog.
Najpilniej
strzeżoną tajemnicą Unii Europejskiej nie jest to, że wprowadzenie euro okazało się wielkim rozczarowaniem, lecz fakt, że nowa Europa przemyślała sprawę i ma dziś wątpliwości, czy demokracja to dla niej najlepszy system.
(...)
Wszyscy mają powoli dość
Wschód jest zmęczony reformami, o
czym świadczą kryzysy polityczne w Polsce, Słowacji, Czechach i na Węgrzech. To
smutna wiadomość dla strefy euro.
Financial
Times
Kiedyś
widok dziesiątek tysięcy wschodnich
Europejczyków demonstrujących przeciwko swoim rządom budził nadzieję i radość na Zachodzie.
Ale z tym już koniec. (...)
Puściły hamulce
Źródłem wstrząsów
jest zmęczenie
reformami. 17 lat po upadku komunizmu mieszkańcy regionu mają dość restrukturyzacji. Nie wszyscy tak samo
korzystają z owoców przemian. Mało zarabiający,
bezrobotni oraz emeryci czują się opuszczeni i
pognębieni przez korupcję.
...
Wyborcy tracą cierpliwość
...
Zmarnowane szanse
...
T E M A T T Y G O D N I A
B U N T M A S
Dlaczego łżą?
Bo muszą!
Kłamczuch nie odniósłby sukcesu, gdyby nie
współudział okłamywanego.
Dowodem jest stosunek polityków do wyborców i na odwrót.
SPECTATOR
Jest
oczywiste, kto wygra następne wybory.
Zwycięzcą będzie
partia absencji. Opinia publiczna niebezpiecznie odwraca się plecami do polityki. Panuje przekonanie, że
politycy to seryjni kłamcy, do tego
niekompetentni. Ludzie myślą, że gladiatorskie potyczki w parlamencie są
piramidalnie nieważne, bo odbywają się między dwoma oddziałami kłamliwych nieudaczników. To rzecz powszechnie przyjęta. I w sumie całkiem prawdziwa.
Są jeszcze inne, głębsze powody, dla których politycy kłamią i są oderwani od tego, czym żyją zwykli
ludzie. Na pytanie, dlaczego nie mają zamiaru pójść do urn, wyborcy powtarzają w kółko: Wszyscy
politycy są tacy sami. To prawda.
Politycy ze zwalczających się partii są o wiele bliżsi siebie, niż by
chcieli przyznać. Politycy kłamią po pierwsze dlatego, że
publiczność nie chce słuchać prawdy. Kiedy ściga się dwóch kandydatów i jeden
mówi prawdę, drugi zaś to, co ludzie chcą usłyszeć, wygrywa ten drugi.
Patrzcie na jego usta
...
PRAWDY POLITYKÓW MAJĄ TAK KRÓTKIE NOGI,
ŻE PRZYPOMINAJĄ KŁAMSTWA
Pociąg do władzy
...
Dewaluacja prawdy
Dlatego odwołują się do rozpasanego materializmu i
indywidualizmu. Chcesz mieć dziecko, choć jesteś samotna i masz już 55 lat? Nie ma sprawy, załatwimy ci zapłodnienie in vitro. Chcecie, żeby sklepy były otwarte o każdej
porze, kiedy przyjdzie wam ochota wydać pieniądze? Żaden problem, zniesiemy szabas i załatwimy pracę w niedzielę. Chcecie się pozbyć babci, bo irytuje was jej niedołęstwo umysłowe i cielesne?
Nie ma przeszkód, pomożemy wam zagłodzić ją na śmierć dzięki nowym przepisom ustawy o opiece nad niepełnosprawnymi umysłowo.
(...)
--------------------------------------
Idź w zaparte
Elektorat nie wybaczy politykowi dwóch
rzeczy: kłamstwa i przyznania się do błędu
-
przypomina Anne Applebaum
- Spieprzyliśmy
sprawę, i to nie troszeczkę, lecz całkowicie – jak bardzo chciałabym, żeby te słowa
wypowiedział amerykański polityk. Niestety
ich autorem jest węgierski premier Ferenc Gyurcsány, który przyznał także, że
on i inni politycy z jego rządu „kłamali rano, po południu i w nocy”. (...)
Przypadek Węgier nie jest niczym
nadzwyczajnym... (...)
Bądźmy
szczerzy: w Ameryce nikt nie zostanie wybrany nawet na hycla, jeśli będzie
gadał o bolesnych reformach, poświęceniu i zaciskaniu pasa, nie mówiąc już
o przyznawaniu się do popełnionych błędów. I nie chodzi o to, że wszyscy
kandydaci na eksponowane stanowiska są notorycznymi kłamcami, choć niektórzy
pewnie tak. Problem polega na tym, że
społeczeństwo nie chce słuchać o reformach, poświęceniach i oszczędnościach.
Nie znosimy i nie wybieramy ponownie polityków opowiadających takie rzeczy.
W naszej kulturze politycznej,
podobnie jak na Węgrzech, przyznanie się do błędu pozostaje tematem tabu.
Polityk może płakać i szukać ratunku u psychologa, ale nie może przyznać, że
jego polityka była błędna. Przyznanie się do błędu zawsze odbierane jest jako
przejaw słabości.
■ na
podstawie The Washington Post
Anne Applebaum,
amerykańska publicystka i dziennikarka.
Obecnie jest stałą
felietonistką dziennika
„The Washington Post”. Za wydaną
w 2003 r. książkę
„Gułag”
dostała
nagrodę
Pulitzera.
--------------------------------------
Nie chcę nikogo do nikogo lub do czego zrażać albo zachęcać. Sam mam też
nie do końca wyrobione poglądy. Próbuję jedynie udostępniać materiały skłaniające do
myślenia.
d.c.n. (prawdopodobnie)
październik 2006 r.
Anonimus
=================
Z powodów powyższych - dalszy ciąg
prezentacji. Cytuję bardzo obszerne
fragmenty z opublikowanej rozmowy Jacka Żakowskiego z Robertem B. Reichem na
temat kapitalizmu i demokracji.
Powstanie i uzupełnienia strony „Wybory” w okresie „gorączki”
politycznej/wyborczej, nie jest oczywiście przypadkowe, ale i też bez
poważniejszych aspiracji wpływania na czyjeś
bieżące przekonania i wybory. Mam jedynie nadzieję, że kiedyś, także i w polityce, zacznie zdecydowanie dominować fachowość i obiektywizm, a nie zajadłość i manipulacje.
Mam także nadzieję, że kiedyś, w
przyszłości, również
zwykli, przeciętni obywatele
znajdą na to czas, żeby stać się mądrzejszymi i lepiej zorganizowanymi.
Wtedy i politycy będą inni i inne
metody uprawiania polityki.
Do niektórych tematów „Kapitalizm
niszczy demokrację” zamierzam
„kiedyś” powrócić, także w
kontekście swoich innych stron. Na rozdrożu znalazła się nie tylko demokracja!
Wracając bezpośrednio do treści
prezentowanej niżej rozmowy.
Z przyczyn oczywistych moje możliwości zebrania nawet odpowiednich publikacji,
z różnych punktów widzenia oceniających sytuację i proponowane rozwiązania, są dość znikome. Dlatego też, nie chcąc w ogóle, jako obywatel, uchylać się od prezentowania swego stanowiska, ograniczam się jedynie do kilku sentencji, mając nadzieję, że ktoś bardziej kompetentny ode mnie,
temat podejmie.
• Łatwiej coś popsuć, niż później naprawić.
• Łatwiej dla rządu jak najmniej
wtrącać się do gospodarki, niż nią sterować.
• Łatwiej dla zaradnych, gdy władza do ich gospodarki się nie wtrąca, niż gdy się wtrąca.
• Łatwiej dla mniej zaradnych,
gdy władza im pomaga,
niż gdy się nie wtrąca.
• Neoliberalizm można by
stosunkowo łatwo pogodzić z ideą państwa opiekuńczego, gdyby jakieś ufoludki, nikomu nic nie
zabierając, zapewniły budżetowi odpowiednie
środki na pomoc dla słabszych
• Rolę ufoludków, może by i mogła, przy obecnym stanie techniki, spełnić nawet sama ludzkość, gdyby
opatrzność natchnęła ją pełnią rozumu, a poskromiła w niej
przeróżne żądze.
• Wszystkie problemy ludzkości
może nawet rozwiązać sama natura,
gdy w końcu będzie miała dość problemów z ludzkością.
14
październik 2007 r.
Anonimus
----------
KAPITALIZM
NISZCZY DEMOKRACJĘ
z Robertem B. Reichem o
tym,
dlaczego demokracja stała się w dużym stopniu
fasadą zasłaniającą
interesy różnych korporacji,
rozmawia
Jacek Żakowski
N I E Z B Ę D
N I K I N T E L I G E N T A
Bezpłatny dodatek do tygodnika POLITYKA,
Nr 39 (2622), 29 września 2007, Wydanie 13. Str. 3-8
Robert B. Reich (ur.1946) przez
kilkadziesiąt lat łączył karierę profesora ekonomii, prawa i politologii z pracą w kolejnych
amerykańskich rządach. Profesor Uniwersytetów Harvard, Brandeis, a obecnie Berkeley
był kolejno zastępcą głównego radcy prawnego rządu w republikańskiej
administracji Geralda Forda, dyrektorem departamentu planowania w Federalnej
Komisji Handlu za prezydentury Jimmy’ego Cartera i ministrem pracy w rządzie
prezydenta Clintona. W 1990 r. należał do założycieli kwartalnika (obecnie
miesięcznika) „American Prospect” – dziś głównego pisma amerykańskich
liberalnych demokratów. Otrzymał wiele nagród – m.in. w 2003 r. nagrodę
Fundacji Vaclava Havla. Wydał kilkanaście książek. Światowym przebojem stała
się przełożona na przeszło 20 języków „Praca narodów. Przygotowanie się do
kapitalizmu XXI wieku” (wyd. pol. Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 1996). W
USA duże poruszenie wywołała dwa lata temu jego książka „Reason. Why Liberals
will Win The Battle For America” zapowiadająca nadchodzące zwycięstwo
lewicowych demokratów nad republikańskimi radykalnymi neokonserwatystami. We
wrześniu ukazała się w USA jego najnowsza, od kilku miesięcy zapowiadana przez
poważne amerykańskie media, książka „Supercapitalism. The Transformation
of Business, Democracy, and Everyday Life”.
Jacek
Żakowski: - Co to jest superkapitalizm?
Robert B. Reich: - A ile mam czasu?
Na odpowiedź
na moje pytanie jakieś 30 sekund.
Zatem, superkapitalizm to system,
który w ostatnich kilkunastu latach stopniowo wypiera demokratyczny kapitalizm
funkcjonujący na Zachodzie od II wojny światowej. Zdążyłem?
Doskonale.
Ale za jaką cenę? Ta odpowiedź była z grubsza taka, jak
demokracja w obliczu superkapitalizmu. To znaczy, forma jest zachowana, ale
istotna część zanikła.
W jakim
sensie pana zdaniem treść demokracji zanikła?
Może jeszcze całkiem nie zanikła, ale wyraźnie zanika. Fenomen demokratycznego kapitalizmu, który w XX
w. przyniósł światu niebywały postęp, pokonał dwa
totalitaryzmy, wyzwolił prawie
wszystkie upośledzone grupy i upowszechnił dobrobyt, polegał na trwałej synergii między demokracją a kapitalizmem. Demokracja ustanawiała zasady, a kapitalizm wypełniał je swoim dynamizmem. W ten sposób obywatel, który jest w każdym z nas,
prowadził na forum
publicznym niekończące się negocjacje z
konsumentem i inwestorem, którzy też w
każdym z nas siedzą. Inwestor i konsument dbali o indywidualne interesy. A
obywatel dbał o to, co ludzie
muszą robić wspólnie. Jest
wielka sfera potrzeb, których zaspokojenie musi być organizowane metodą
polityczną, czyli dzięki porozumieniu
dużej grupy ludzi. Jego osiąganiu najlepiej służyła demokracja.
Służyła czy służy?
Służyła, dopóki istniała równowaga między obywatelem z jednej a konsumentem i inwestorem z drugiej strony.
Dziś demokracja dramatycznie osłabła, bo konsument i inwestor w większości z nas i w skali społecznej zdominowali, a właściwie podporządkowali sobie obywatela. A
bez obywateli nie ma demokracji. Trudno jest mówić o demokratycznym podejmowaniu decyzji... gdy jedni nie chcą, a drudzy
nie mogą brać udziału w powszechnej publicznej debacie, jak to
było jeszcze w latach 40-60, czy 70.
Pana zdaniem
nie chcą i nie mogą?
Pozycja obywatela i jakość demokracji degradują się od trzydziestu lat. Mam wrażenie, że
doszliśmy do rozdroża. Nie da się już dłużej bezkarnie udawać, że demokracja działa tak sprawnie jak w latach
60.
Od początku
lat 70. wiele osób zauważa słabnięcie i kryzys demokracji – począwszy chyba od słynnego raportu Huntingtona dla Komisji Trójstronnej. Ale demokracja
przetrwała i rozprzestrzeniła się po niemal całym świecie.
Wolałbym powiedzieć, że
wybory odbywają się w coraz liczniejszych państwach. Ale same wybory to jeszcze
nie demokracja. Demokracja wymaga równowagi między polityką a rynkiem. To zanik
tej równowagi, a nie – jak twierdził Huntington – zmiana kulturowa, powoduje
kryzys demokracji. Kapitalizm zmienił się dramatycznie i zdominował mechanizm
demokratyczny.
Pana zdaniem kryzys demokracji jest
skutkiem rosnącego wpływu neoliberalizmu?
Nie. Polityczna kariera
neoliberalizmu, sukcesy Margaret Thatcher i Ronalda Reagana były skutkiem, a
nie przyczyną nowej sytuacji. Superkapitalizm narodził się w latach 70., zanim w 1979 r. pani Thatcher doszła do władzy w Anglii i zanim w 1981 r. Ronald Reagan został prezydentem Stanów Zjednoczonych.
Więc skąd się wzięła ta zmiana?
Z nowych technologii stworzonych przez amerykańskie
instytuty rządowe w ramach zimnej wojny. W czasie wojny wietnamskiej, w połowie lat 70., zaczęto je masowo przekazywać do cywilnego użytku. Te technologie
radykalnie zmieniły komunikację, telekomunikację, transport i finanse. Na skutek zmian technologicznych
konkurencja zaczęła gwałtownie się zaostrzać, zmuszając
przedsiębiorców do coraz
intensywniejszego zabiegania o polityczne wsparcie. (...)
Nowa
gospodarka to jest termin odnoszący się do
powszechnej informatyzacji i boomu komputerowego lat 90.
Ale ona nie zaczęła się od komputera osobistego ani od Internetu, tylko od potężnych
stalowych kontenerów wielokrotnego użytku, które umożliwiają bezpieczne i
szybkie przeładowywanie i transportowanie towarów ciężarówkami, koleją, samolotami
i statkami kontenerowymi. Kontenery wymyślono w latach 50., ale na wielką skalę
zaczęto ich używać dziesięć lat później, by z Ameryki do Wietnamu dostarczać
zaopatrzenie dla armii. Przez pierwsze lata kontenery wracały z Wietnamu puste.
Ale gdy w 1966 r. nasza armia w Wietnamie zaczęła się zbliżać do pół miliona
żołnierzy, liczba płynących przez ocean pustych kontenerów stała się tak
wielka, przewoziło je tak wiele firm żeglugowych, że wreszcie ktoś musiał wpaść
na pomysł, żeby w drodze powrotnej zawinąć do Japonii i czymś je załadować.
Jeszcze w 1967 r. żadna linia kontenerowa nie łączyła Japonii z Ameryką. Rok
później było już ich siedem. Tak się zaczęła rewolucja światowego handlu, która
zmieniła wszystko. To był początek procesu, który demokratyczny kapitalizm
przekształcił w superkapitalizm. Dziś po świecie krąży już blisko cztery
tysiące kontenerowców i 15 milionów kontenerów.
Deregulacja, która
rozsadziła system
Pana zdaniem to kontenery zniszczyły demokrację?
Od nich zaczęła się spirala coraz bardziej globalizującej się konkurencji, która zmusiła firmy do
bardziej radykalnego zaangażowania się w politykę. Niech pan sobie wyobrazi, jakim szokiem dla
amerykańskiej gospodarki był fakt, że w latach 70. proporcja pomiędzy importem
a produkcją krajową zmieniła się z 1:7 do 1:3. A bez kontenerów to by się nie
stało. (...) Trudno się dziwić, że
stojąc w obliczu zagłady, firmy zaczęły coraz więcej pieniędzy wydawać na
politykę.
Wielkie przedsiębiorstwa zawsze wydawały pieniądze na politykę.
Ale nigdy nie wydawały tyle co obecnie. Bo nigdy nie były tak słabe, tak niepewne przyszłości i tak bardzo uzależnione od rządów.
Jeszcze w latach 50. czy 60. wielkie przedsiębiorstwa były kolosami ze spiżu. Nie musiały martwić się o swoją przyszłość,
bo rząd sam z siebie troszczył się o nie razem z potężnymi związkami
zawodowymi. Niska konkurencja, możliwość podnoszenia cen, w dużej mierze
regulowanych porozumieniami między rządem, związkami i zarządami
przedsiębiorstw, powodowały, że przedsiębiorstwa były wrażliwe na postulaty
płacowe i socjalne pracowników. Przed wojną wietnamską duża część amerykańskich
robotników zrównała się z klasą średnią. Rosnąca konkurencja napędzana nowymi
technologiami sprawiła, że to zaczęło się zmieniać. Kiedy do cywilnego użytku
weszły komputery, a potem Internet, wielkie amerykańskie oligopole zaczęły
tworzyć łańcuchy zaopatrzenia. Dziś połowa amerykańskiego importu to
półprodukty, które amerykańskie korporacje wytwarzają w swoich zagranicznych
fabrykach, a po zmontowaniu często znów wysyłają za granicę. .
To już jest
skutek politycznych decyzji neoliberałów
deregulujących gospodarkę w latach 80.
Ale deregulacja nie była dziełem neoliberałów. Powtarzam: była skutkiem zmian technologicznych związanych z wojną
wietnamską. Kiedy na przykład dzięki badaniom finansowanym przez armię staniały masowo
produkowane samoloty i obniżyły się koszty ich eksploatacji, a na rynku pojawiła się rzesza byłych wojskowych
pilotów, zaczęły powstawać małe firmy lotnicze, gotowe świadczyć usługi dużo taniej
niż takie kolosy jak... Tylko że rynek
lotniczy był regulowany. Ceny były ustalane urzędowo i trasy też były urzędowo
przyznawane... Więc mali zaczęli walczyć o deregulację. A duzi ich poparli, bo dusili się w gorsecie urzędowych...
Po kilku latach walki, w roku 1978..., rynek lotniczy został uwolniony. Podobnie za prezydentury Forda i
Cartera stało się w telekomunikacji, w sektorze finansowym i
w wielu innych regulowanych wcześniej dziedzinach gospodarki. Dzięki temu gospodarka ruszyła z kopyta i za czasów Reagana Ameryka przeżyła wielkie prosperity, za które teraz płacimy.
Pana zdaniem
deregulacja i zniesienie urzędowych barier dla biznesu
okazały się dla Ameryki szkodliwe?
Gospodarkę w wielu dziedzinach popchnęła do przodu. W ciągu ostatnich trzydziestu
lat dochód narodowy USA się przecież potroił. Ale deregulacja rozsadziła system społeczny i polityczny. Bo nic nie ma za darmo. Za każdą obniżkę cen i każdą okazję, która nas cieszy jako konsumentów albo
inwestorów, ktoś musi zapłacić. Kiedy na przykład kupuje pan coraz tańsze bilety lotnicze w
Internecie, traci na tym nie tylko agent w biurze podróży, ale też stewardessa,
której pensja maleje z roku na rok. Każdy kij ma oczywiście dwa końce.
Deregulacja, która pogrążyła miliony
pracowników, dla konsumentów i dla inwestorów była niezwykle korzystna... (...)
Od 1980 r. banki i instytucje finansowe zaczęły konkurować nie tylko
stopami procentowymi, ale też nowymi formami oszczędzania. W 1970 r. zaledwie co szósty
Amerykanin miał akcje. Dziś ma
je więcej niż co drugi. To dobrze pokazuje społeczną skalę zmiany.
Co może być w
tym złego, że coraz więcej ludzi ma akcje?
Na pierwszy rzut oka nic złego w tym nie
ma. Ale jeśli doda pan do tego informację, że piętnaście lat temu
przeciętny inwestor
sprzedawał akcje po mniej
więcej dwóch
latach, pięć lat temu po
roku, a rok temu po mniej niż sześciu miesiącach, musi pan zauważyć, że
uwolnienie rynku finansowego zmieniło relacje między inwestorami a
przedsiębiorstwami. Dopóki obrót akcjami był trudny i kosztowny, były one –
podobnie jak zgromadzone w bankach oszczędności – przede wszystkim rodzajem
lokaty czy ubezpieczenia na czarną godzinę, które przy okazji przynosiły co
roku paroprocentowy zysk.
Demokracja wymaga równowagi między polityką a rynkiem.
To zanik rej równowagi, a nie – jak twierdził
Huntington – zmiana kulturowa,
powoduje kryzys demokracji.
Inwestorom
wystarczały niewielkie
dywidendy i świadomość, że w razie
czego mają bezpieczne rezerwy finansowe. Dziś inwestorzy domagają się od zarządów przedsiębiorstw, by wartość akcji stale i szybko rosła. Jeśli przedsiębiorstwo nie spełnia ich oczekiwań, bez wahania pozbywają się jego akcji. Prezesi spółek giełdowych doskonale wiedzą, że statystycznie biorąc ich szansa przetrwania
na stanowisku przez następne sześć miesięcy maleje o 50 proc., jeśli trend wzrostowy zostanie zatrzymany i
agencja ratingowa obniży rekomendację spółki z „kupuj” na
„trzymaj”. Podobne ryzyko dotyczy pracowników funduszy inwestycyjnych... Ta presja sprawia, że także wewnątrz przedsiębiorstw stosunki stają się nieporównanie bardziej brutalne. Zarządy po
prostu nie mogą sobie pozwolić na to, by – jak
to było jeszcze w larach 60. czy 70. – traktować przedsiębiorstwo jak
wielką rodzinę, płacić pracownikom więcej niż to niezbędnie konieczne, oferować pakiety socjalne, dbać o miejscowość, w której mieści się firma i jeszcze
zachowywać się patriotycznie, czyli na przykład preferować krajowych dostawców. Wielkie korporacje mają dziś specjalnych
pracowników, którzy nieustannie wyszukują na świecie jeszcze tańszych
dostawców. Wiedząc o tym, nawet najbardziej bojowe związki zawodowe, które 30
lat temu gwarantowały swoim członkom bajeczne przywileje, muszą godzić się na coraz gorsze warunki zatrudnienia.
Dlaczego
muszą?
Żeby ich członkowie nie stracili pracy. Bo na
zderegulowanym rynku epoki Internetu firma, która produkuje choćby o parę procent drożej niż konkurencja, może stracić wszystkich klientów równie szybko, jak
swoje posady straci zarząd, który nie będzie wymuszał nieustannego obniżania kosztów. Przedsiębiorstwa znalazły się pod niewyobrażalną jeszcze niedawno presją wywieraną z dwóch stron
jednocześnie. Ze strony klientów i ze strony inwestorów. A ich ofiarą w
pierwszej kolejności padają pracownicy, którzy – jakkolwiek by to dziwacznie
brzmiało – jako klienci
i posiadacze akcji sami biorą udział w wywieraniu takiej presji na swoich własnych szefów. Ekstremalnym przykładem są pracownicy Wal Martu – największej na świecie sieci sklepów, która jest jednocześnie największym prywatnym pracodawcą w USA, Kanadzie i
Meksyku. Wal Mart płaci tak mało, że pracownicy, aby przeżyć, muszą korzystać z pomocy społecznej. Ale swoje zasiłki wydają w Wal Marcie, bo tam jest
najtaniej. Ponieważ zaś dokonując zakupów kierują się tylko ceną, mimo woli biorą udział w wymuszaniu obniżania swoich własnych płac, a także płac u dostawców
Wal Martu, którzy walcząc o zamówienia największego klienta konkurują cenami produktów. Wal Mart ma gigantyczne
zyski. W zeszłym roku zarobił na czysto 11 mld dol. Mógłby więc podwyższyć płace pracownikom. Ale zarząd doskonale wie,
że gdyby podwyższył płace i obniżył zyski, nawet jego pracownicy posiadający akcje zaczęliby je sprzedawać, ich cena by spadła i inwestorzy instytucjonalni bardzo szybko
by doprowadzili do zmiany zarządu.
Rabunkowa eksploatacja
zasobów
Niech mi pan
wytłumaczy, co w tym właściwie jest złego?
To, że stworzyliśmy taki model
kapitalizmu, który wszystkich nas zmusza do coraz bardziej brutalnej,
rabunkowej eksploatacji wszelkich możliwych zasobów. Pracowników, społeczności lokalnych, środowiska naturalnego,
kapitału społecznego, państwa i jego budżetu. Jeśli
ostatnio w Ameryce zdecydowano się podnieść płacę minimalną, to
przecież nie tylko z troski o najsłabiej zarabiających, ale głównie dlatego, że budżet już nie mógł udźwignąć kosztów pomocy
socjalnej dla błyskawicznie
rosnącej grupy pracowników zarabiających za mało, żeby się utrzymać. Ale płace to nie jest jedyny problem. Bo jednocześnie przedsiębiorstwa, pod presją konkurencji, ograniczały przywileje pracownicze, likwidowały zakładowe ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne, ograniczały zatrudnienie, a przede wszystkim zmniejszały pewność zatrudnienia. Żeby zwiększyć wydajność, Lee Iaccoca wprowadził zasadę, że co roku zwalnia się 10 proc.
pracowników. To znaczy, że nikt pracujący uczciwie nie może już być pewien
zatrudnienia. Niepewność stała się cechą wyróżniającą amerykańską gospodarkę. A
inne kraje chcąc utrzymać zdolność konkurencyjną, muszą iść naszym śladem.
Nawet w Japonii, gdzie uświęconą tradycją było dożywotnie zatrudnienie, kurację
tracącego konkurencyjność Nissana zaczęto od masowych zwolnień – decyzji
wcześniej nie do pomyślenia. Przedsiębiorstwa przestały troszczyć się o ludzi.
Ale ktoś musi to robić przynajmniej w elementarnym stopniu. Cechą nowej
gospodarki stało się więc to, że rządy muszą coraz bardziej przejmować dotychczasowe
społeczne funkcje przedsiębiorstw. Dzięki temu rentowność gospodarki rośnie,
ale warto się zastanowić, czy ten wzrost wart jest ceny, którą za to płacimy.
Ameryka jest na przykład dużo bogatsza od Anglii i nieporównywalnie więcej
wydaje na służbę zdrowia, ale w każdej grupie społecznej – od biedaków po
multimilionerów – stan zdrowia Amerykanów jest znacznie gorszy od stanu zdrowia
Anglików. Lekarze uważają, że jest to efekt wyniszczającego Amerykanów stresu
będącego skutkiem nadmiernej konkurencji. Ale to nie wszystko. Żeby zmniejszyć
koszty, przedsiębiorstwa ograniczają też pomoc dla społeczności lokalnych i
ochronę środowiska, wymuszają uchwalanie ustaw obniżających podatki i cła na
import zaopatrzeniowy, zwiększają presję na zamówienia rządowe i takie zmiany
prawa, które poszczególnym branżom, albo nawet pojedynczym firmom, umożliwiłyby
obniżenie kosztów albo zwiększenie przychodów.
Biznes zawsze wywierał taką presję.
Wszystkie zjawiska, o których mówimy,
występowały wcześniej. Handel światowy też istniał. I konkurencja w sektorze
finansowym również. Ale nieporównywalna jest skala, prędkość i łatwość, z jaką
te zjawiska narastają, oraz brak reakcji obronnych będący skutkiem
niespotykanego wpływu biznesu na politykę. Przy dzisiejszym poziomie konkurencji los coraz większej liczby przedsiębiorstw w
najbardziej konkurencyjnych dziedzinach gospodarki w decydującym stopniu zależy
od skuteczności presji wywieranej na rząd. Trudno się dziwić, że korporacje
wydają na to coraz więcej pieniędzy. (...)
Wyborcy tego
nie widzą?
Nawet jeżeli widzą, to zwykle są
bezradni. Przeciętny wyborca nie jest przecież w stanie ocenić argumentów,
którymi politycy uzasadniają swoje stanowisko. A politycy są zdeterminowani,
żeby wywiązać się z obietnic wobec lobbystów. Bez wielkich pieniędzy nie można
dziś odnieść sukcesu w polityce. Pewnie znów pan powie, że polityka zawsze
wymagała pieniędzy.
Oczywiście. I to dużych pieniędzy.
Ale nie aż tak dużych. To też jest
skutek zmian technologicznych. Kiedyś o sukcesie wyborczym decydowały programy
i liczba dłoni uściśniętych w czasie kampanii wyborczej. Dziś uściśnięte dłonie
też się liczą, ale decydujące znaczenie mają budżety na reklamy w telewizji,
oprawę medialną i tysiące billboardów. (...)
W korporacjach bez
sentymentów
Mam wrażenie,
że opiniuje pan sytuację, która istniała w złotym okresie
neoliberalizmu, czyli w latach 90., zanim opinia publiczna zaczęła zwracać uwagę na manipulujących nią fachowców od PR, zanim powstał ruch „społecznie odpowiedzialnego
biznesu”, zanim korporacje zaczęły dbać o opinię przyjaznych środowisku i
prawom człowieka, wrażliwych społecznie, pomagających słabszym.
Pan rzeczywiście w to wierzy?
A pan nie
wierzy, że korporacja może się kierować dobrymi intencjami?
Nie mogę takiej sytuacji wykluczyć jako incydentu.
Teoretycznie jakiegoś prezesa mogą ponieść emocje. Ale jeżeli jakaś korporacja chce przetrwać w warunkach takiej konkurencji, to w jej
działalności nie ma
miejsca na sentymenty. Musi zrobić wszystko, na co
prawo pozwala, żeby maksymalizować zyski. Kto by
sobie pozwolił na zbyteczne
koszty lub kto by zrezygnował z jakiejkolwiek
okazji powiększenia zysku,
może być absolutnie pewien, że konkurencja wykorzysta to przeciw niemu.
Ale presja
opinii publicznej wymusza na korporacjach postawy odpowiedzialne społecznie”.
To jest złudzenie, któremu ulega szlachetnie myśląca
część opinii publicznej. Nawet jeżeli korporacje
czasem ulegają naciskom obywateli i na przykład pod wpływem zagrożenia
bojkotem robią jakieś gesty, nie mają one wielkiego znaczenia i ich skutki
zwykle długo nie trwają.
Bo konsumenci są mniej konsekwentni w poglądach niż obywatele. Po zdarzeniach
na placu Tiananmen na przykład Levi Strauss
z dużym hukiem wycofał z Chin zlecenia
na szycie swoich dżinsów. Na wielu konsumentach ta decyzja zrobiła wrażenie i zdecydowanie poprawiła wizerunek firmy.
Kiedy w grę wchodzą interesy biznesu, zdziwionym obywatelom
ukazują się
dziwne, zaciekle się zwalczające ponadpartyjne koalicje, które w tym
starciu nie reprezentują wyborców, ale wspierające je lobby.
Ale
kiedy ci sami konsumenci zobaczyli w sklepach dżinsy Levisa o kilka dolarów
droższe od dżinsów konkurencji, wybrali to co tańsze. Po paru latach Peter
Jacobi, szef Levi Straussa od przeszło ćwierć wieku, musiał ogłosić powrót do chińskich szwalni. Ale już było
za późno. Levis stracił tak dużą część rynku, że przestał przynosić zyski. Rok później Jacobi i tak musiał odejść.
Uważa pan, że presja wywierana przez obywateli – bojkoty konsumenckie,
pikiety przed sklepami – nie ma większego sensu?
Doraźny sens może mieć, ale jak długo może trwać skuteczny
ekonomicznie bojkot czegoś, co jest tańsze? I jak długo korporacja, która
zdecyduje się na chwilową rezygnację z możliwości pomnożenia zysków, może
przetrwać na rynku, jeśli inni nie pójdą jej śladem? Zresztą, nawet gdyby
wszyscy jej konkurenci zdecydowali się ze względów społecznych produkować coś
drożej, to jest niemal pewne, że na zderegulowanym rynku pojawią się jacyś nowi
gracze, którzy naruszą niepisaną umowę. Superkapitalizm działa bezlitośnie. A
na dodatek w bardzo wielu sprawach opinia publiczna jest mocno podzielona.
(...) W każdej poważniejszej sprawie
społecznej firmy znajdują się między młotem a kowadłem. Krytykowane są za
wykorzystywanie taniej pracy dzieci. Ale gdy wycofują zamówienia z krajów albo
firm, gdzie dzieci mogą być wykorzystywane, rusza fala krytyki, że ze względów
marketingowych, w interesie swojego wizerunku, czyli z żądzy zysku, pozbawiły
nędzarzy Trzeciego Świata nawet tego minimalnego zarobku, który uzyskiwały
dzieci
Politycy podlegają bardzo podobnej
presji.
Zgoda. Tylko że politycy z natury
rzeczy zawsze się odwołują do części elektoratu, a każda korporacja chce być
akceptowana przez wszystkich konsumentów. Polityk opowiadający się za walką z
globalnym ociepleniem ryzykuje utratę wyborców związanych ze szczególnie
trującymi branżami, ale zyskuje głosy obrońców środowiska. To jest typowy mechanizm
demokratyczny. Korporacja, która emituje dużo gazów cieplarnianych, niechętnie
przyzna się, że woli szkodzić środowisku, niż zmniejszyć swoje zyski.
To my, jako inwestorzy i konsumenci, wymuszamy na przedsiębiorstwach
robienie tego, co jako obywatele uważamy za złe, a nawet głęboko
niemoralne.
Będzie raczej produkowała i
promowała zatruwające publiczną świadomość fałszywe dowody, że jej działalność
nie ma związku z globalnym ociepleniem. Dlatego nawet takie oczywiste prawdy,
jak szkodliwość palenia tytoniu, tak wolno przebijają się do społeczeństwa.
Jakie jest w takiej sytuacji racjonalne zachowanie korporacji, która ma
maksymalizować korzyści?
Ulegać silniejszemu.
Niekoniecznie. Bo słabi też mogą
narobić firmie kłopotów. Jeśli firma
chce w takich warunkach przetrwać, musi tworzyć pozory, inwestować w PR,
budować wizerunek dobrego dla wszystkich. Głośno ustępować i po cichu dalej
robić swoje. Ludzie są zbyt zajęci, by się w tym połapać i wykryć
hipokryzję.
Jak powstrzymać
kryzys
Jednak media często ją negliżują.
Media podlegają tym samym regułom co wszyscy. Po pierwsze, też muszą się liczyć z potęgą korporacji.
Po drugie, muszą się liczyć z oczekiwaniami odbiorców. Nawet jeżeli
odkryją hipokryzję jakiejś
korporacji, mogą o tym napisać raz, dwa czy trzy razy, a potem muszą szukać innej sensacji, bo odbiorcy coraz szybciej
się nudzą. Nikt nie
chce w kółko czytać o nieprawidłowościach jednej korporacji. Zwykle wystarczy, że firma spokojnie
przeczeka kilkudniowy atak, a potem wyda trochę pieniędzy na kampanię wizerunkową, żeby wszystko wróciło do normy. Firmy nauczyły się już, jak radzić sobie z presją konsumencką. Wbrew pozorom,
jej skuteczność staje się coraz mniejsza. I to nie dlatego, że
korporacje są złe, tylko
dlatego, że w nas samych – poza bardzo nielicznymi i niemającymi wielkiego
znaczenia wyjątkami.- obywatele przegrywają z konsumentami i inwestorami. To
my, jako inwestorzy i konsumenci, wymuszamy na przedsiębiorstwach robienie tego, co jako obywatele
uważamy za złe, a nawet głęboko niemoralne. A firmy – działając pod presją wywieraną przez nas jako
konsumentów i inwestorów – wymuszają na politykach działanie przeciw nam jako obywatelom i
pozbawiają nas – jako obywateli – realnej możliwości wpływania na politykę. Superkapitalizm wywołał najpoważniejszy kryzys demokracji od czasu amerykańskiej wojny o
niepodległość. Jeżeli nie powstrzymamy inwazji
superkapitalizmu do polityki, za naszego życia z demokracji zostaną tylko zaklęcia i dekoracje.
Ale jak można
ten kryzys powstrzymać, skoro jego przyczyną jest
radykalizacja rynku wywołana zmianami
technologicznymi? Chce pan powrotu do regulowanych, kontrolowanych rynków i
cofnięcie konkurencji do stanu z
połowy XX w.?
To by był oczywisty absurd.
Radykalizacja rynku jest źródłem wyzwań, przed
którymi stoimy, ale problemy tworzy nie wzrost konkurencji, tylko brak
politycznej odpowiedzi na nową sytuację.
A jak pana
zdaniem powinna wyglądać ta polityczna odpowiedź?
Przede wszystkim trzeba polityce
przywrócić jej rolę. Trzeba sprawić, żeby znów zaczęła reprezentować wspólne interesy nas jako obywateli. Trzeba odtworzyć równowagę między demokracją a
kapitalizmem.
Ale jak to
zrobić?
Merytorycznie to jest dziecinnie
proste. Przede wszystkim ograniczając napływ pieniędzy do polityki.
Dlaczego godzimy się na to, by każda
kolejna kampania wyborcza praktycznie we wszystkich krajach demokratycznych
była droższa od poprzedniej? Musimy stworzyć mechanizm, który zatrzyma ten proces.
Tylko jak?
Myśli pan, że gdyby kandydaci nie
mieli prawa wiedzieć, kto wpłacił pieniądze na ich rachunki wyborcze, to korporacje i firmy lobbingowe
byłyby równie
szczodre? Wystarczy zastąpić te rachunki
ślepymi funduszami kontrolowanymi przez sądy, żeby bardzo osłabić więź zobowiązań między
politykami a korporacjami. Myśli pan, że korporacje byłyby takie szczodre, gdyby wydatki na PR,
lobbing i wsparcie kampanii wyborczych musiały być szczegółowo zatwierdzane w powszechnym głosowaniu akcjonariuszy? Myśli pan, że
politycy nie zaczęliby bardziej
rzeczowo rozmawiać z wyborcami,
gdybyśmy im zabronili posługiwania się billboardami i reklamówkami telewizyjnymi?
Wystarczy kilkanaście takich regulacji, żeby obywatele odzyskali minimum
kontroli nad polityką.
Gdyby to było
takie proste, to obywatele dawno by wprowadzenie tej regulacji wymusili na
swoich politykach.
Ja myślę, żeby wymusili, gdyby tego chcieli. A nie chcą, bo jako inwestorzy i
konsumenci są tak zajęci innymi sprawami, że ciągle jeszcze nie zdają sobie
sprawy, w jak fatalnym stanie znalazła się demokracja i jak szybko musimy coś
zrobić, jeśli ją chcemy obronić.
Rozmawiał J a c e k Ż a k o w s k i
---------------------------------------
Przed kryzysem? – czy już w trakcie?
A może to tylko zwykła recesja?
Chyba jednak kryzys!
Polska – na razie – dość dobrze się trzyma:
chyba jednak w znacznej mierze dzięki swemu szczęśliwemu opóźnieniu w rozwoju
rynków finansowych
i niezbyt dużemu uzależnieniu od eksportu; społeczeństwo jest też dość rozsądne
z życiem na kredyt.
Czy jednak mocniej nie odbije się nas sytuacja na rynkach światowych?
Lato 2008 – początek wiosny 2009
Jacek Żakowski ma naprawdę duży talent i wyczucie sytuacji, kiedy, z
kim, na jaki temat i w jaki sposób przeprowadzać wywiady/rozmowy. Na moich
stronach jest już kilka z jego rozmów..., a jeszcze, mam nadzieję, coś dojdzie.
Podobają mi się też jego reportaże i artykuły(z książek mam tylko jedną: ...),
pisane z polotem i mądrze, choć, oczywiście, tematy są trudne, kontrowersyjne... Do moich stron to bardzo pasuje. Mam tylko
pewne obiekcje, takie samo zresztą jak i do całego mojego prezentowania literatury i innych stron: czy nie nadużywam praw
autorskich i wydawniczych... Jakoś
siebie usprawiedliwiam – podałem powody zaraz na początku swojej internetowej
publikacji (prawie dziesięć la temu) – i prosiłem o wyrozumiałość. Teraz mam
prawie pewność, że to nie ja, po amatorsku, hobbystycznie powinienem się był
porywać „z motyką na słońce”, tylko Państwo –
powinno było, co najmniej z pięć lat temu, co najmniej zapewnić w Internecie
bezpłatny dostęp do wybranych pozycji fachowej literatury, a może nawet coś
więcej fachowo zorganizować. Czy muszę to uzasadniać i podawać konkretne
rozwiązania! Czy muszę udowadniać, że portale Internetowe i blogi, to, owszem,
dobra rzecz, ale to jeszcze nie to! Czy muszę przekonywać, że argumenty typu
„teraz na to nie czas, bo deficyt” itp., to ...
Czy, faktycznie jest pewne, że jeśli nawet odpowiednie władze się zgodzą
i wyasygnują z budżetu odpowiednie środki, będzie z tego pożytek? Dlaczego może
nie być...
Plik z tą stroną nosi nazwę „Wybory”. Każdy
w życiu stale coś wybiera. W obliczu kryzysu,
społeczeństwa szczególnie uważnie powinny wybierać, a tu zdania są podzielone, może poza jednym: „Boże, spraw cud”. Zdania są podzielone nawet w sprawie deficytu: jedni są za, drudzy przeciw,
trzeci zarazem „za a nawet przeciw”.
Najśmieszniejsze przy tym jest to, o ile w ogóle jest z czego się śmiać, że
wszystkie strony mogą mieć rację. Wcale nie żartuję. Joseph F. Stigltz, w końcu
noblista, w książce „Szalone lata dziewięćdziesiąte”
pisze o cudownej zamianie dużego deficytu budżetowego, odziedziczonego przez
administrację Billa Clintona po jego poprzednikach, w olbrzymią nadwyżkę budżetową
na koniec kadencji. Tytuł rozdziału 2 na ten temat jest też bardzo wymowny: „Dzieło cudotwórców czy szczęśliwe błędy?”. Dalej,
Stiglitz, w książce wydanej w 2003 r. (w języku angielskim, polskie wydanie w
roku 2006), pisze sporo o poprzednich kryzysach i historii walki z nimi, w tym
o finansowaniu z deficytu, i o redukcji deficytu, w tym o argumentach i
skutkach za i przeciw. Mówiąc w najwyższym skrócie, bardzo dużo zależy od
konkretnych uwarunkowań, które bynajmniej nie często są prawidłowo rozpoznawane;
poza tym są dogmaty, asymetria informacji, grupy interesów itd. Pisze też dużo
o popełnianych błędach, skandalach, deregulacji i jej wykorzystywaniu, o
kreatywnej księgowości, o wielu rozpowszechnionych mitach itd. – warto
przeczytać. Ostrzega, ale również
przedstawia wizję, rozdział 12 „Ku nowemu
demokratycznemu idealizmowi”,
widząc w niej nie tylko ekonomię, ale i losy ludzi, oraz całych
społeczeństw. (fragmenty z książki plus nieco
późniejszych odniesień – poz. 106 prezentowanej literatury).
Anonimus
---------------------------------------
Ucieczka z domu wariatów
Najwięksi światowej ekonomii
zastanawiają się,
co się w światowym
kapitalizmie popsuło i co należy naprawić.
Sęk w tym, że trudno coś znaleźć, co się
nie popsuło
i czego naprawiać nie trzeba.*
Jacek Żakowski z Nowego Jorku
Polityka, z 28 lutego 2009
W niewielkim audytorium
centrum italianistycznego Uniwersytetu Columbia przez 13 godzin z krótkimi
przerwami debatowało kilkudziesięciu czołowych ekonomistów z Ameryki i Europy.
Zaspanych Amerykanów obudziło o świcie zdanie otwierającego konferencję
noblisty Edmunda Phelpsa, który stwierdził, że na standardowej ekonomii nie
można już polegać. Okazała się bezużyteczna w analizowaniu dobrze działającej
gospodarki, a co dopiero gospodarki działającej źle”.(...) Bankierów,
udręczonych fatalnymi wiadomościami z Wall Street, gdzie indeksy właśnie
osiągnęły połowę wartości, jaką miały nieco ponad rok temu, dobił przy obiedzie
Paul Volcker. Szef prezydenckiej Komisji Odbudowy Gospodarczej i były prezes
FED wyznał, że „nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek – łącznie z latami
Wielkiego Kryzysu – sytuacja pogarszała się tak szybko w tak wielu miejscach
świata”. A już przy kolacji George Soros oświadczył, że „obecny kryzys dowiódł,
iż rynki z zasady się mylą i błędnie oceniają wartości”, więc ze swej natury
wymagają interwencji państwa. Bankierów, udręczonych fatalnymi wiadomościami z
Wall Street, gdzie indeksy właśnie osiągnęły połowę wartości, jaką miały nieco
ponad rok temu, dobił przy obiedzie Paul Volcker. Szef prezydenckiej Komisji
Odbudowy Gospodarczej i były prezes FED wyznał, że „nie przypomina sobie, żeby
kiedykolwiek – łącznie z latami Wielkiego Kryzysu – sytuacja pogarszała się tak
szybko w tak wielu miejscach świata”. A już przy kolacji George Soros
oświadczył, że „obecny kryzys dowiódł, iż rynki z zasady się mylą i błędnie oceniają wartości”, więc ze
swojej natury wymagają interwencji państwa.
Gdyby tej rozmowy wysłuchał ktoś, kto
ogłuchł na trzy miesiące i wciąż brzmią mu w uszach zapewnienia poważnych
autorytetów, że w tym roku jakoś się przemęczymy, a w przyszłym już będzie
lepiej – przeżyłby szok. Zwłaszcza, że Jeffrey Sachs dobił słuchaczy
wyliczeniem pokazującym, że na skutek załamania giełdy i cen nieruchomości ze
świata rynku wyparowało ponad 40 bln dol., czyli jedna trzecia PKB Stanów
Zjednoczonych. („Wyparowało” ze świata wirtualnego szaleństwa.
Gorzej, że to przekłada się, w jakimś stopniu, na rynek realny. Anonimus). Dopóki nie
odtworzymy tego kapitału, prosperity nie wróci. A odtworzenie go wymaga nie
tylko inteligentnej symulacji, ale też nowej architektury światowej gospodarki.
Zapewnienia, że wkrótce będzie lepiej, zostały więc zastąpione przez zgodnie
przepowiadaną litanię ciężkich publicznych grzechów przeciw rozsądkowi i
podstawowym regułom zdrowego kapitalizmu, jakie świat popełnił e ostatnich 30,
a zwłaszcza 10 latach.
Moje zyski, wasze
ryzyko
Co się
stało z ryzykiem – zapytał rano drugiego dnia debaty John Kay, doradca rządu
szkockiego i Lloydsa. Było t jedno z głównych powracających jak bumerang pytań.
Podstawą zdrowego kapitalizmu jest przecież połączenie korzyści i ryzyka. To
żądza zysku skłania przedsiębiorców do podejmowania ryzyka. I dobrze, bo bez
ryzyka niemożliwy jest rozwój. Ale coś musi ich powstrzymywać przed nadmiernym
ryzykiem. Tym czymś w zdrowym kapitalizmie była obawa straty. W ostatnich 20
latach ten hamulec został praktycznie zlikwidowany.
Dziś przedsiębiorca może się
ubezpieczyć od każdego ryzyka. Co to w
istocie oznacza? Dokładnie tyle, że może podejmować nadmierne ryzyko ze
świadomością kompletnej bezkarności. Zwłaszcza że od tych, którzy dobrze
rozumieją, jak bardzo ryzykują, ryzyko przejmują agenci, którzy rozumieją je
słabiej, bo zwykle mniej wiedzą o samym przedsięwzięciu. Oni jednak w gruncie
rzeczy także niewiele ryzykują. Po pierwsze, działają na rachunek
zatrudniającej ich firmy. Po drugie, ta firma również się ubezpiecza. Sprzedaje
kawałki ryzyka reasekuratorom, którzy jeszcze mniej wiedzą o samym
przedsięwzięciu. Oni często też się reasekurują, ale tym razem w firmach, które
już nic o przedsięwzięciu nie wiedzą poza oceną, jakie otrzymały od firmy
ratingowej.
Na temat jakości ratingów i firm
ratingowych opinia była wyjątkowo zgodna. Nikt się nawet nie skrzywił, gdy
Richard Robb nazwał je nieodpowiedzialnymi monopolami wymagającymi silniejszej
regulacji. Prawie każdy miał o nich coś złego do powiedzenia. Nieodpowiedzialne
ratingi, są, oczywiście, problemem. Ale wynika on nie tyle z ich nietrafności,
co z roli, jaką odgrywają. Stworzono je przecież po to, by inwestycje stały się
sensowniejsze. W ostatnich latach ich funkcją stało się jednak zwolnienie
inwestorów z odpowiedzialności, wyzwolenie od obowiązku myślenia, a nawet
interesowania się tym, w co inwestowali. Ratingi – jak czarodziejska różdżka –
uwalniają menedżerów systemu finansowego od ryzyka odpowiedzialności za
nieudane transakcje. A błąd agencji ratingowej niczym jej praktycznie nie
grozi. W rezultacie kapitalizm, którego dewizą była odwaga i roztropność,
przestał potrzebować, a zwłaszcza nagradzać, odważnych i roztropnych. Bo nie
potrzeba odwagi ani roztropności, skoro nikt nie ponosi poważnego ryzyka.
Wina bez kary i kara
bez winy
Unieważnienie ryzyka jest tylko jednym z przejawów zerwania łańcucha
łączącego zasługi z nagrodami i winy z karami. Gospodarka została tak
przebudowana, że sytuacja ludzi, którzy podejmują kluczowe decyzje, w niewielkim
stopniu zależy od skutków tych decyzji.
Menedżerowie rządzący dziś rynkami i przedsiębiorstwami tym różnią się
od dawnych właścicieli, że otrzymują gigantyczne nagrody, gdy akcje ich firm
rosną, ale nikt nie żąda, by te pieniądze oddali, kiedy akcje spadną. Kiedy
firma upada lub popada w kłopoty, menedżerowie ze swoimi wielkimi pieniędzmi
odchodzą do nowej pracy lub sami zakładają biznesy. Co gorsza, akcjonariusze
popychający zarządy do generowania krótkotrwałych korzyści i długotrwałych
strat coraz chętniej dzielą się stratami z resztą społeczeństwa. Jeśli
postawili na wystarczająco duże przedsiębiorstwo, mogą być spokojni o swój stan
posiadania, bo w razie kłopotów rząd będzie musiał pomóc z pieniędzy
podatników. Szef Deutsche Bank Josef Ackerman uważa, że jednym z podstawowych problemów
systemu stało się zdominowanie kluczowych sektorów gospodarki przez
przedsiębiorstwa zbyt wielkie, nie tylko, by dało się nimi efektywnie
zarządzać, lecz także, by pozwolono im upaść. Sachs zapytał: dlaczego
Amerykanie produkują samochody, którymi mało kto chce jeździć? Bo wiedzą, że im nic za to nie grozi. I to się od dawna sprawdza. Wielki biznes
krajów rozwiniętych zamiast generować postęp, wytworzył sytuację konserwującą
przeszłość i zżera kapitał, którego brakuje na rozwój.
Cudów jednak nie ma i ktoś musi za to
wszystko płacić. Tu też ostatnie 30, a zwłaszcza 10 lat stworzyło istotną
innowację. Im mniej kto miał do powiedzenia, tym więcej teraz płaci. Po
pierwsze, zwykli obywatele, którzy choćby nigdy w życiu nie jechali
amerykańskim autem, muszą się składać na amerykański przemysł samochodowy,
podobnie, jak muszą się składać na banki inwestycyjne, choć w większości nie
mają pojęcia, co to za instytucje. Po drugie, płacą nawet tracący nagle pracę
ludzie w najodleglejszych zakątkach
krajów Trzeciego Świata, którzy może nawet w życiu nie słyszeli o bankach
inwestycyjnych, o Wall Street, o Alanie Greenspanie ani nawet o kredytach i
ratach.
Państwo musi znów stać się silne, by ograniczyć lobbing,
wziąć w garść szarą strefę globalnych finansów,
narzucić gospodarce bardziej konserwatywne standardy.
Ale dziś żadne państwo samo temu nie podoła.
Jaka jest na przykład wina kilkudziesięciu
milionów Chińczyków, którzy z powodu kryzysu już stracili źródło
utrzymania? Dlaczego za błędy Paulsona i
oszustwa Madoffa płacą lądujący na bruku Hindusi czy Latynosi, a winni żyją z
grubsza tak, jak żyli? (A jaka
jest zasługa tych kilkudziesięciu milionów..., że w ogóle pracę dostali?
Prawdopodobnie, gdyby nie procesy globalizacyjne, żyli by cały czas jeszcze
gorzej... Przestępców należy karać. Za
skutki ewidentnych błędów osoby odpowiedzialne powinny ponieść konsekwencje
finansowe czy też służbowe lub cywilne/polityczne. Błędy niezawinione lub dopuszczalne w
granicach rozsądnego ryzyka... Można
mieć pretensje do polityków... Można mieć pretensje do nauki, że nie rozpoznała
wad systemowych, a nawet je popierała, z takich czy innych względów. Można mieć
pretensje do elit, że tak łatwo ulegają
„sufitowym ideologiom” lub zwykłej propagandzie/reklamie. Można mieć też
pretensje do całego gatunku homo sapiens... mniejsza z tym. Anonimus).
Jaki wpływ mieli Tamile czy Tuaregowie na inflację nieodpowiedzialnych kredytów
hipotecznych w Stanach Zjednoczonych? Tu
widać, jak bardzo będąca przecież sprężyną kapitalizmu purytańska zasada
zasługi i nagrody albo winy i kary stała się teraz własną karykaturą. Ale
nawet, gdy spojrzy się do jądra kryzysowej ciemności, bardzo dobrze widać, że
kara odrywa się od winy. Bo trudno mówić o winie tych, którzy nie wiedzą, co
czynią. (Na marginesie. Bardzo
wielu ludzi cierpi nie za swoje winy. Tak było zawsze i chyba wszędzie.
Przyszłe pokolenia też mogą cierpieć za to, w jakim stanie pozostawimy im naszą
i ich planetę. Anonimus).
To się w rozumie nie
mieści
Ten wątek też był obecny od rana do wieczora. Zaczął go Leon Tilman,
finansista z wieloletnią praktyką i akademicką biografią, autor bestsellera
„Darwinizm finansowy”, stawiając brutalną tezę, że gracze rynkowi już nie
rozumieją systemu, którzy stworzyli, a tym bardziej nie rozumieją go rządowi
urzędnicy formalnie nadzorujący rynek.. Skoro zderegulowanego rynku nie
rozumieją fachowcy, to jak mają się na nim poruszać zwykli ludzie, którzy aby
normalnie funkcjonować, chcąc nie chcąc, muszą wkroczyć do tej niepojętej
przestrzeni . (...)
(...) Noblista Joseph Stiglitz uważa,
że thatcheryzm i reaganomika zniszczyły kapitalizm i w jego miejsce ustanowiły
cywilizację powszechnego hazardu . Obliczalne ryzyko zastąpiła powszechna
niepewność. Dalej tak funkcjonować się nie da.
Z tą tezą nikt poważny już nie
polemizuje. Pod ciśnieniem kryzysu doktryna, która rządziła światową gospodarką
przez ponad ćwierć wieku, rozpadła się jak domek kart na wietrze. Ale co z tym
całym bałaganem zrobić? Nie jest prawdą, że nikt tego nie wie. Problemem jest
raczej nadmiar reformatorskich idei, którym jeszcze daleko do stworzenia nowego
doktrynalnego obrazu albo – jak mówi Phelps – nowej alternatywnej ekonomii.
Mało kto ma już bowiem nadzieję, że uda się połatać system drobnymi manewrami,
zwrot musi być zasadniczy. Nie chodzi tylko o kontrolę i ograniczenie swobody
sektora finansowego. To powszechnie uważa się za konieczne. Trudno też dziś
znaleźć obrońców systemu płacenia menedżerom za pomocą bonusów... Rynkom trzeba założyć mocne cugle. Pytanie
tylko, jak to zrobić, żeby nie ograniczyć przedsiębiorczości i
innowacyjności. Ale postulaty idą dziś
dużo dalej.
(...)
----------
Mnie też „w rozumie się nie mieściło”, gdy przed laty, między innymi na stronie
pod poz. 80 prezentowanej literatury pozwoliłem sobie nawet na żarty,
typu: "socjalizm najwięcej rozłożyli
ekonomiści, dzielnie wspomagani przez księgowych, co prawda niechcący i jakby
mimochodem, a teraz zabrali się za kapitalizm". Chwilami jednak trochę się
zastanawiam, czy w tych żartach nie ma „źdźbła” prawdy.
Anonimus
----------
Superwładza
Ale inni
są jeszcze bardziej radykalni.(...)
Cokolwiek jednak ekonomistom,
finansistom i politykom przychodzi do głowy, wymaga odbudowy państwa. Jak mówi
Josef Ackermann, wniosek z tego kryzysu jest taki, że państwo musi wrócić do
swojej aktywnej roli, przez ostatnie trzy dekady niszczonej pod wpływem
rosnących w siłę uczniów Miltona Friedmana, których George Soros nazywa
talibami rynku. Państwo musi znowu stać się dość silne, by ograniczyć lobbing,
wziąć w garść szarą strefę globalnych finansów, narzucić gospodarce bardziej
konserwatywne standardy. Sęk w tym, że dziś żadne państwo samotnie temu nie
podoła. Na horyzoncie pojawia się więc całkiem nowy ponadpaństwowy porządek, o
który najbardziej otwarcie apeluje Paul Volcker. Jego zdaniem, im silniejszy
ponadnarodowy porządek zostanie przez ten kryzys wytworzony, tym lepiej
będziemy sobie radzili w przyszłości.
Gdyby ktoś rok temu twierdził, że taki będzie amerykański pomysł na
lepszą przyszłość świata, pomyślałbym, że jestem w domu wariatów. Ale dzisiaj
coraz lepiej widać, że tamta rzeczywistość, która się rozpada, zmieniła Świat w
dom wariatów, z którego musimy się wspólnym wysiłkiem wyrwać.
Jacek Żakowski
------
* Drugi sęk
w tym, że chyba nie tylko trzeba naprawiać..., ale całą doktrynę
rozsądnie przebudować. Nie tylko doktrynę przebudować, ale także solidnie ją
dopracować, zanim się rozpocznie eksperymenty na „żywych organizmach”. Co z tego może wyniknąć? – Mam nadzieję, że coś
rozumniejszego, niż dotychczas w historii świata było. Mam również nadzieję, że
na najwyższych szczeblach teorii i władzy ..., tym razem nie zostanie
zignorowana konieczność zapoznania się także z realnym życiem, w całej jego
złożoności. Szkoda, że dopiero poważny kryzys światowy może będzie tego impulsem .Jeszcze pięć lat temu było o
wiele łatwiej, nie mówiąc już o wcześniejszych latach – zaraz po zakończeniu
zimnej wojny, albo i wcześniej.
Anonimus
---------------------------------------
Walka z kryzysem
Najkrótszy program wyjścia z
największego kryzysu lat 30. XX wieku sformułowany przez francuskiego Ministra
Finansów:
„Banki
zamykam. Bankierów przymykam.”
FORUM nr 8 z 2009 r. (Najciekawsze przedruki
z prasy światowej), z którego zaczerpnąłem
ten cytat, na stronie tytułowej przedstawia publikację z DER SPIEGIEL:
Banksterzy & filantropi
Ograbić biednych, rozdać bogatym
Sam DER SPIEGIEL ujął to tak:
Banksterzy i filantropi
Banki na całym świecie wydają miliardy na premie , choć wykazują gigantyczne
straty i są skazane
na pomoc państwa i podatników. Na naszych oczach powstaje nowa wersja Robin
Hooda:
rabuj biednych, dawaj bogatym.
W artykule, liczącym w
sumie 8 stron (łącznie z tabelami, wykresami, rysunkami i zdjęciami), jest dużo
szokujących wątków - podobnie jak w książce J. Stiglitza, – „Szalone lata
dziewięćdziesiąte”, na tle których nasze polskie znane afery, lobingi itp.,
wyglądają niemal jak „zabawa dzieci w
piaskownicy”.
Z całego artykułu wybrałem „7
grzechów głównych świata finansów” oraz kilka podtytułów i tekstów.
• 7 grzechów głównych świata
finansów
1 Buta
Upojeni swoimi sukcesami bankowcy nie zawsze
okazywali skromność i powściągliwość, która przystoi osobom pełniącym najwyższe
funkcje. Można ich zrozumieć. Są na ogół absolwentami najlepszych szkół –
Uniwersytetu Harvarda w USA, London School of Economics w Wielkiej Brytanii,
ENA we Francji – i byli opłacani po królewsku. Dopóki nie wybuchł kryzys, wielu
z nich nie zaznało smaku porażki. Fascynacja (często podszyta zazdrością), jaką
budzili u szaraczków, nie służyła zachowaniu trzeźwości umysłu. I wreszcie wielu z nich upajało się ciasną,
oderwaną od rzeczywistości teorią finansową, żyjąc w urojonym przekonaniu, że
poskromili wszelkie ryzyko.
Ta arogancja i wiara we wpływy w
ostatecznym rozrachunku okazały się bardzo kosztowne, bo nie pozwoliły w czas
się opamiętać. Richard Fuld, były prezes Lehman Brothers, a dziś wróg publiczny
numer 1 w USA, ani przez sekundę nie pomyślał, że Departament Skarbu dopuści do
bankructwa jego banku. Ten grzech okazał się śmiertelny.
2 Chciwość
„Greed is good) (chciwość jest dobra) – mawiał
Gordon Gekko, bohater kultowego filmu „Wall Street” W ostatnich latach świat finansów gremialnie
przyjął tę dewizę za własną. Poziom zarobków już dawno przebił Poziom zarobków już dawno przebił stratosferę
i nikomu zdawało się to nie przeszkadzać. W latach 1993 – 2007 sam tylko Dick
Fuld zainkasował ponad 500 milionów dolarów. W 2005 roku bankierzy z
londyńskiej City i nowojorskiej Wall Street rozdzielili między sobą 35
miliardów dolarów z samych premii. Nawet we Francji, gdzie nie osiągnięto
takich szczytów chciwości, jest 500 finansistów zarabiających powyżej miliona
euro rocznie. To pensje coraz bardziej odległe od zarobków ogółu śmiertelników.
„Ostatnio rozpiętości były tak wysokie w `1929 roku” – przypomina ekonomistka
Eisther Duflo. A przy tym nie mają one żadnego związku z rzeczywistymi
zasługami i osiąganymi wynikami.
3 Krótkowzroczność
Aby zwiększyć rentowność, finansiści chcieli
przyspieszyć bieg czasu. Duże amerykańskie banki inwestycyjne mogły chwalić się
stopą zwrotu rzędu 15 – 20 proc. – a nawet 30 proc. w przypadku Goldman Sachs!
Nie liczyło się nic poza szybko realizowanym, wysokim zyskiem, nawet jeśli
czasem oznaczało to destabilizację przedsiębiorstw zmuszonych przez inwestorów
do samobójczej gonitwy za rentownością. Claude Bébéar, założyciel grupy
ubezpieczeniowej AXA, mówi w tym kontekście o „dyktaturze perspektyw
krótkoterminowych”, narzuconych wszystkim podmiotom gospodarczym ze szkodą dla
długofalowych inwestycji i planowania.
Także same banki stopniowo
przyswajały sobie kult natychmiastowych wyników. Sprzyjał temu choćby rozkwit
zmiennych części wynagrodzeń (czyli słynnych premii). W przypadku maklerów te
bonusy, rozdzielane corocznie albo nawet co pół roku, skłaniały ich do
podejmowania wciąż coraz większego ryzyka. Dążyli do osiągania szybkich zysków,
nie martwiąc się o możliwe straty w przyszłości. Był to system wprost nakłaniający
do złego.
4 Zakłamanie
„Dobrobyt jest tuż za rogiem” – przepowiadał
amerykański prezydent Hebert Hoover na kilka tygodni przed krachem w
październiku 1929 roku. Tak samo od początku kryzysu w lecie 2007 roku
finansiści nieustannie bagatelizowali jego skutki. Pamiętamy deklaracje
europejskich bankierów zapewniających ze swadą, że kryzys na rynku subprimes
ich nie dotyczy, a już po paru miesiącach ogłaszali ogromne straty. Cel jest
być może zbożny – chodzi o to, aby nie podważać zaufania, które jest zwornikiem
całego systemu finansowego. Ale efekty są zupełnie odwrotne: gdy mimo
uspokajających zapowiedzi straty rosną, maleje wiarygodność dużych instytucji
bankowych. Brak przejrzystości jest główną przyczyną kryzysu. Wpłynął na to przede
wszystkim szeroki zakres stosowania sekurytyzacji. Jest to technika, która
polega na podzieleniu ryzyka na cząstki i rozproszeniu go po całym systemie
finansowym. Wynikiem tych operacji jest kompletny brak przejrzystości,
potęgowany jeszcze przez korzystanie z usług oferowanych q rajach podatkowych,
co prowadzi do zamrożenia wszelkiego obrotu kapitałowego.
5 Zaślepienie
- Państwo nie jest
rozwiązaniem naszych problemów, ono samo jest problemem –
powiedział Ronald Reagan w swoim przemówieniu inauguracyjnym w styczniu 1981
roku, otwierając drogę do ćwierćwiecza deregulacji. – Państwo jest problemem – perorowali nadal bankierzy na kilka tygodni
przed tym, zanim uwiesili się u rządowej klamki. Tymczasem 15 września 2008
roku upadł bank Lehman Brothers. Wiara w nieomylność wolnego rynku, stanowiąca
centralny filar ideologii de regulacyjnej, załamała się wraz ze światowym
systemem finansowym.
W finansowym światku nauczanie
Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana od dawna wyrodziło się w uproszczone
i zasklepione wademekum, w którym na każde pytanie znajdzie się gotowa
odpowiedź. Nieprzyzwoite wynagrodzenia? Są one usprawiedliwione przez
międzynarodową konkurencję i niebywałe talenty rynkowych gwiazd – recytowali
nasi obłędni optymiści. Bańki finansowe? To efekt „ułomności rynku” związanej z
mieszaniem się regulatorów...
Za tym wszystkim kryje się wiara w
to, że dążenie do realizacji prywatnych interesów najlepiej służy dobru
zbiorowości. Skłoniła ona niektórych – i to jest bez wątpienia jedno z
wyjaśnień kryzysu – do myślenia, że egoizm i chciwość są najlepszym dowodem ich
obywatelskiej postawy. Zgodnie z przepowiednią Gordona Gekko, że „chciwość
zbawi Amerykę”.
6 Ignorancja
„Dopiero gdy woda opada,
widzimy, kto pływał nago”. Kultowy aforyzm Warrena Buffletta swietnie
podsumowuje kryzys na rynku kredytów subprime. Bo o ile niektóre banki jakoś
sobie poradziły, to inne popełniły ogromne błędy. Pędząc ku przepaści, niektóre
amerykańskie instytucje, takie jak Merrill Lynch czy Morgan Stanley, zaciągnęły
zobowiązania blisko trzydziestokrotnie przekraczające ich własne fundusze!
Wśród europejskich instytucji finansowych wiele było takich – zwłaszcza w
Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii – które rzuciły się na sekurytyzowane
produkty zza Oceanu, często nie zerknąwszy nawet na ratingi.
Szefowie francuskiego banku Natixis
wpadli niemal na wszystkie możliwe pułapki: od subprimes, po piramidę
Madoffa... ostatecznie straty tej instytucji w 2008 roku powinny się zamknąć na
poziomie 2,5 miliarda euro.
Kryzys obnażył jednak również inne
dysfunkcje, które daleko wykraczają poza złe zarządzanie. No bo jak zwykły
makler – taki jaki Jérôme Kerviel – mógł zakupić aktywa za blisko 50 miliardów
euro i nikt tego nie zauważył? Jak europejskie banki, takie jak szwajcarski
gigant UBS, mogły stać się nadzorcami funduszy powierniczych inwestujących
wyłącznie w wątpliwe produkty Madoffa? Oto szereg tajemnic, które wciąż
pozostają niewyjaśnione.
7
Lekkomyślność
System finansowy jest zagrożony, wiele państw
zaciąga długi, by ratować banki albo wręcz – jak Islandia – znalazło się w
stanie bankructwa, narastają zaburzenia społeczne związane z gwałtownym
wzrostem bezrobocia. To wszystko nie wystarczyło jednak, by szefowie sypiących
się wielkich instytucji finansowych złożyli przeprosiny.
Bankructwo Lehman Brothers? Zdanie
Dicka Fulda jest to wina administracji i Kongresu, które niesłusznie pozwoliły
na jego upadłość. Niepowodzenia Royal Bank of Scotland (RBS), który ogłosił 30
miliardów euro strat w 2008 roku? – To
nie moja wina – odpowiedział z grubsza Fred Goodwin, prezes wyrzucony po
tym, jak rząd na gwałt wpompował w ten bank 20 miliardów funtów. We Francji 4,9
miliarda euro strat w związku z aferą Kerviela nie przekonało Daniela Boutona o
celowości odejścia z Banku Société Genéralé.
Na podstawie
L’Express
• Inne wybrane fragmenty
Cały
świat ogarnęła bezsilna złość. Obywateli irytują zwłaszcza wypłaty bonusów. Na
tle bilionowych szkód wyrządzonych przez bankowość inwestycyjną są to wprawdzie
niewielkie sumy, ale odzwierciedlają chciwość i brak wstydu tej grupy
zawodowej, którą niegdyś zaliczano do elity.
Rzadko
społeczne oburzenie było tak zgodnie wyrażane: od zwykłego obywatela na ulicy
po członków rządu, od kanclerz Angeli Merkel po prezydenta Baracka Obamę.
Banki
zmarnotrawiły kredyt zaufania publicznego. „Banksterzy” – tak nazywa się teraz
tę grupę zawodową, sugerując tym neologizmem, że są to gangsterzy w
nienagannych garniturach. Dawniej byli to po prostu bankierzy – najbardziej
nobliwi z grona najważniejszych przedstawicieli świata gospodarki. W centrum
uwagi znalazł się zysk, a nie kredytowanie firm, a wraz z zyskami rosło ryzyko,
którego unikanie było najważniejszym zadaniem w epoce bankierów z prawdziwego
zdarzenia. Tymczasem w dobie bankierów inwestycyjnych żadne ryzyko nie było
zbyt duże, zwłaszcza gdy się wydawało, że trzymają je w ryzach wymyślne
produkty finansowe i modele matematyczne, których poziom komplikacji dawał
jedynie pozór bezpieczeństwa.
Czy jednak rzeczywiście nikt nigdy
nie pokusił się o refleksję i nie zadał sobie pytania, czy ten piękny nowy
świat bez ryzyka jest rzeczywiście prawdziwy? A może unikano takich pytań
...Przez dłuższy czas wszyscy czerpali korzyści z systemu: drobni i wielcy
inwestorzy, a zwłaszcza sami bankierzy inwestycyjni... To co na początku było uczciwym udziałem w
zyskach, stawało się coraz bardziej systemem pozbawionej hamulców pieniężnej
„samoobsługi”.
Co się komu należy
Gdy Henry Paulson, prezes banku
inwestycyjnego Goldman Sachs, ustąpił z tego stanowiska w czerwcu 2006 roku, by
zostać sekretarzem skarbu w amerykańskiej administracji, otrzymał nie tylko
sowitą premię w wysokości 18,7 mln dol.,
ale mógł też przedterminowo odsprzedać zgromadzone prze siebie akcje Goldmana o
wartości 480 mln dolarów. Czyli jedna osoba zarobiła pół miliarda dolarów w
kilka lat. Jaka praca przynosi takie profity? Żadna, w każdym razie żadna
uczciwa. Poczynania banków inwestycyjnych nie miały jednak nic wspólnego z
rzetelnością, bo tworzone przez nich wartości były tylko imaginacją, która –
kiedy przyszedł czas rozliczeń – doprowadziła cały system do upadku.
Jest ironią losu, że to właśnie Henry
„Hank” Paulson musiał jako sekretarz skarbu wypić piwo, które nawarzyli jego
koledzy po fachu. Po bankructwie Lehman Brothers zaczęły się chwiać kolejne
banki inwestycyjne. Musiały albo się łączyć, albo zmieniać model biznesowy i
przyjąć państwową pomoc finansową. Paulson zorganizował 700 mld dolarów, aby
zapobiec najgorszemu, ale to wcale nie wystarcza. Jego następca Timothy Geither
chce zainwestować w zmurszały system finansowy dwa biliony dolarów. Takiej sumy
państwo zresztą nie posiada. Nikt nie wie, czy to pomoże, by zapobiec załamaniu
się gospodarki kraju i całego świata. I nikt nie umie powiedzieć, jak państwo
zamierza w przyszłości spłacić długi,
które musi teraz zaciągać.
Nawet jeśli rządy zdołają zapobiec
najgorszemu i ustabilizują system bankowy, to faktem jest, że światowa
gospodarka tkwi w największym kryzysie od czasu depresji z lat 30. XX wieku.
A wszystko to jest skutkiem systemu, wymyślonego przez bankierów
inwestycyjnych, który największe korzyści przynosił im samym.
Jednak nie przyznają się do winy, a
tym bardziej nie czują potrzeby skruchy. Tylko nielicznych .nawiedza myśl, że
może powinni zwrócić pobrane premie, bo były wynikiem udawanych sukcesów. I to
w sytuacji, gdy multum banków splajtowałoby, gdyby nie pomoc państwa.
Obecnie wielu Amerykanom się wydaje, że
istnieją już tylko dwa rodzaje menedżerów z Wall Street: do jednego należą ci
chciwi i aroganccy, a do drugiego – przestępcy i oszuści. „Niegdysiejsze
gwiazdy świata finansów” okazały się wielkimi łotrami” – podsumował dziennik
„The New Yortk Times”.
A gdy parę tygodni temu wyszło na
jaw, że na Wall Street w kryzysowym roku 2008 wypłacono w sumie 18,1 mld
dolarów premii, oburzenie wyraził nawet prezydent – To szczyt braku
odpowiedzialności - grzmiał wyraźnie
rozgniewany Barack Obama, który w tym samym czasie musiał przekonywać rodaków
do kolejnego ogromnego pakietu ratunkowego dla banków, mającego zapobiec
kompletnemu załamaniu się gospodarki amerykańskiej.
PIERWSZY KROK
DO KATASTROFY
Według Josepha Stiglitza, laureata
Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, sprawcą katastrofy jest nie kto inny jak
słynny Alan Greenspan. Zaczęło się to wszystko, gdy w 1987 roku został on
szefem Banku Rezerw Federalnych (Fed). Prezydent Ronald Reagan chciał się wtedy
pozbyć kierującego Fed Paula Volckera. Ten wprawdzie skutecznie zwalczał
inflację, nie chciał jednak odejść od koncepcji trzymania rynków finansowych
pod kontrolą. Greenspan, zafascynowany filozofią wolnego rynku, patrzył na to
zupełnie inaczej. Nowy szef Fed rozluźnił regulacje i w kolejnych latach coraz
bardziej odkręcano kurek z pieniędzmi.
W
2003 roku entuzjastycznie nastawiony do wszelkiej deregulacji prezydent George
W. Bush przybierał przed dziennikarzami pozę wyzwoliciela rynków. Podejmowane
przez poszczególne stany próby ściślejszej kontroli kredytów na zakup domów
były natychmiast torpedowane przez Waszyngton. Potem zrobiono następny krok
w stronę katastrofy – poluzowano przepisy o kapitale własnym. W 2004 roku
amerykański nadzór giełdowy SEC zezwolił wielkim bankom inwestycyjnym na
trzykrotnie większe niż dotychczas zadłużanie się. To jeszcze bardziej rozdęło
bańkę spekulacyjną na rynku nieruchomości. W kolejnych latach struktura systemu
finansowego USA uległa fundamentalnej przemianie. Dominująca niegdyś bankowość
komercyjna coraz bardziej traciła na znaczeniu na rzecz zuchwale sobie
poczynających banków inwestycyjnych z Nowego Jorku.
Na początku 2007 roku pięć wielkich
amerykańskich banków inwestycyjnych zarządzało papierami o łącznej wartości
czterech bilionów dolarów. Około 40 proc. całego
biznesu bankowego USA znajdowało się teraz w strefie wysokiego ryzyka.
Straty twoje, zyski moje
Banki inwestycyjne lokowały coraz
więcej pieniędzy swoich akcjonariuszy w wątpliwe inwestycje. Kasowały
gigantyczne zyski – i inwestowały je dalej, na coraz większą skalę. Stopniowo
całkiem oderwały się od realnego świata... Liczyła się wyłącznie transakcja, bo
za nią bankier na koniec roku dostaje upragnioną premię. Wątpliwości nie miały
żadnej wartości: nikt nie dostanie nagrody za to, że zapobiegł kryzysowi.
Ci, którzy podejmowali wysokie
ryzyko, mogli w ciągu paru lat się dorobić. Co właściwie ryzykowali? Jeśli ich
spekulacje były trafne, dostawali premie. Jeśli nie, to problem mieli
akcjonariusze.
W bankowości inwestycyjnej wszystko kręciło
się wokół premii. Zasadnicza pensja, u początkującego menedżera wynosząca
niemałe przecież 150 tys. Dolarów, była dla nich tylko rekompensatą za
ponoszone trudy. Prawdziwą zapłatą za pracę 60 godzin tygodniowo, za rezygnację
z życia prywatnego i za wielki stres była premia, która mogła być pięć,
dziesięć razy wyższa od podstawowej pensji. To premia pozwalała na luksusy,
ferrari, wille, wszelkiego rodzaju zbytki.
W 2008 roku kryzys uderzył w końcu z pełnym
impetem. Lehman Brothers i inne znane banki zniknęły. Wcale tym niewzruszeni
bankierzy zainkasowali 18,4 mld dolarów premii – jest to szósta co do wielkości
suma kiedykolwiek wypłaconych rocznych nagród. W grudniu 2008 roku agencja Associated
Press donosiła, że 1,6 miliarda z pieniędzy, które amerykańscy podatnicy
wyłożyli na ratowanie banków, trafiło do kieszeni najwyższych menedżerów.
Uratowany dzięki około 230 miliardom dolarów z państwowej kasy Merrill Lynch
zdążył wcześniej obdarować swoich najlepiej zarabiających sumą 3,6 miliarda.
Dziś renoma branży jest zrujnowana. W
Nowym Jorku świetnie sprzedają się podkoszulki z nadrukiem „Nienawidzę
bankowości inwestycyjnej”.
Przedstawiony przez Geitchnera nowy plan ratunkowy dla branży finansowej
zdecydowanie ogranicza wynagrodzenia menedżerów: w przyszłości banki, które
otrzymują państwowe pieniądze, swoim szefom będą mogły płacić maksymalnie pół
miliona dolarów pensji, łącznie z premiami. Opcje na akcje będą oni mogli spieniężyć
dopiero wtedy, gdy państwo odzyska pieniądze. I nawet takie tradycyjne przyjemności, jak
korzystanie z firmowych odrzutowców, muszą zostać radykalnie ukrócone. Dla Wall
Street i te złagodzone reguły idą o wiele za daleko. „The Wall Street
Journall”, czołowy organ branży finansowej, przestrzegał przed ograniczaniem
systemu premii. Gazeta ostrzegała
nawet, że likwidacja premii za wydajność „może utrudnić powrót gospodarczej
prosperity”. Tytuł artykułu: „Chciwość jest dobra”.
Do diabła, czy ktoś już kiedyś tego
nie mówił?
Der Spiegel
---------------------------------------
Prezentuję
obszerne fragmenty z artykułu Jacka Żakowskiego ZAKONY KAPITALIZMU,
Polityka nr 21 (2706), 23 maja 2009, str. 38-43.
Artykuł niewątpliwie
jest zgrabnie napisany. Chyba jednak
sporo celowo przesadny, aby uwypuklić problemy i pobudzić dyskusję.
Koresponduje z nim strona WWW.POLIYYKA.PL/DEBATA z tematem: „Czy korporacje niszczą
demokrację? Politycy, wielkie firmy, rynek – kto ma rację w sporze o władzę nad
światem?
(...)”.
Osobiście sądzę, że
typowe kryzysy gospodarcze w
kapitalizmie, spowodowane są głównie nie walką o władzę, lecz walką o
pieniądze, a sama władza, w jakimś tam jej zakresie, jest tylko jednym z
narzędzi do zdobycia pieniędzy. Tak samo wykorzystuje się, w miarę dyskretnie i
nie nachalnie, ośrodki
opiniotwórcze, w tym naukowe, do tworzenia ideologii sprzyjających osobistemu
bogaceniu się „dla dobra ogółu”, z przymykaniem oczu na metody i rzeczywiste
skutki dla poszczególnych grup społeczeństwa. Może zresztą niektórzy faktycznie
wierzą, w to co piszą lub mówią!
Korporacje były dobre, gdy przez
wiele lat tworzyły bogactwo dla co sprytniejszych akcjonariuszy; stały się złe,
gdy zbyt wiele osób, na zbyt duże kwoty przedobrzyło w spekulowaniu i
ryzykowaniu. Niestety, skutki ponoszą także zupełnie niewinne ofiary. Niestety,
daleko nie wszystko da się wytłumaczyć tylko zachłannością, chciwością, brakiem
etyki czy kompetencji poszczególnych menedżerów czy „graczy” na rynkach
finansowych, nieruchomości itp. Nie wszystkiemu są winne korporacje. Nie
wszystkiemu są winni politycy, którzy, używając określeń
J. Stiglitza, uwierzyli w „szamańską ekonomię”. Nie wszystkiemu jest winna
nawet biurokracja (państwowa, korporacyjna, samorządowa itp.). Problem polega
chyba także na tym, że nauki o społeczeństwie, w tym nauki ekonomiczne, raczej
mocno nie nadążają za rozwojem techniki. Niestety, co sprytniejsi (i pozbawieni
skrupułów) to wykorzystują. Niestety, ideologia brutalnej konkurencji,
sprzyjając postępowi technicznemu i organizacyjnemu (dla wyselekcjonowanych),
niemal wymusza ograniczenie ludzkich uczuć nie tylko w stosunku do konkurentów,
ale także w stosunku do zbędnych pracowników, zbędnego społeczeństwa itp.
Niestety, jeśli chcemy zbudować lepszy świat, do naprawy jest bardzo wiele.
Niestety, naprawiać trzeba także charaktery ludzi, poziom ich wiedzy,
motywację, prawo, mechanizmy demokracji i rządzenia. W jakim stopniu jest to
realne?
Do artykułu „Zakony kapitalizmu”
wniosłem, w odpowiednich miejscach, kilka sygnalnych uwag (ustosunkowując się
jedynie do niektórych zagadnień, a w niektórych wychodząc poza temat artykułu
), wyróżnionych jak zwykle w mojej prezentacji
literatury inną czcionką i pseudonimem Anonimus.
Zagadnienia te (jak i inne), zwykle kontrowersyjne, są w znacznej mierze
analizowane na wielu innych moich stronach – mini przewodnik do całości strona
„Credo”. Niestety, całościowe, spójne opracowanie przerasta moje siły. Podkreślam
to w wielu miejscach: chciałem wnieść tylko pewne impulsy..., które podchwyci, a
przynajmniej przeanalizuje, ktoś znacznie bardziej kompetentny.
Wracając do artykułu ZAKONY
KAPITALIZMU. Przypuszczam, że Autorowi chodziło przede wszystkim o uwypuklenie
negatywnych cech (obok wielu pozytywnych)
KORPORACJI MIĘDZYNARODOWYCH, uogólnianych z ostatnich krytycznych uwag,
które to korporacje wykorzystują zbyt mocno swoją potęgę kapitału i wiedzy, dla
maksymalizacji zysku, stosując przy tym praktyki monopolistyczne, a zbyt mało
dbają o interesy gospodarcze poszczególnych krajów i lokalnych społeczności.
Skąd się, między innymi, biorą takie a
nie inne mechanizmy postępowania korporacji i oceny ich działalności,
usiłowałem zamarkować na kilku swoich stronach pod ogólną, może niezbyt trafną frazą „każdy kij ma dwa końce”. Ponieważ
jednak definicji korporacji jest sporo, i nie wszystkie mówią o tym samym,
podobnie zresztą jest z korporacjonizmem, kapitalizmem itp., warto, na wszelki
wypadek, odświeżyć
pamięć, choćby tylko z popularnych encyklopedii (niestety, też w nich czasami
odzwierciedlają się wpływy polityczne) , żeby nie dyskutować „każdy o czym
innym”. Warto też przyjrzeć się uważnie przepisom o ochronie konkurencji, np.
czy np. pod słusznym hasłem „zwalczania praktyk monopolistycznych” nie zmuszają
one czasami pracodawców do „wyrzucania ludzi na bruk”, bo „mordercza wręcz
konkurencja”, bo „trzeba ciąć koszty” – nie ma innego wyjścia. (Wyjście jest: czasami w samym przedsiębiorstwie,
czasami w nielegalnych porozumieniach konkurujących przedsiębiorstw - nie namawiam – może się źle skończyć:
zarzutem o praktykach antykonkurencyjnych,
ale generalnie rzecz biorąc konieczne
są rozwiązania systemowe w skali kraju, Unii Europejskiej a nawet w polityce i porozumieniach
globalnych). Nawiasem mówiąc w tematach o wolnej konkurencji, protekcjonizmie,
interwencjonizmie, przeróżnych barierach...
itp., kryje się sporo hipokryzji..., nieporozumień, braku uzgodnień i chyba nie do końca przemyślanych skutkach
takich czy innych rozwiązań, łącznie z tymi, jaką konkurencję trzeba chronić,
jakiej tylko pobłażać, a jaką ograniczać lub wręcz zwalczać – w imię ochrony
człowieka.
Anonimus
-------------
ZAKONY KAPITALIZMU
KRYZYS SPRAWIŁ,
ŻE WŁADZA POLITYCZNA STARŁA SIĘ Z WŁADZĄ KORPORACJI.
PRZYPOMINA TO ŚREDNIOWIECZNE ZMAGANIA CESARZY Z KOŚCIOŁEM.
We wrześniu 1122 r. papież Kalikst II i cesarz Henryk V podpisali w
Wormacji historyczny konkordat. Tak skończyła się trwająca ponad pół wieku
walka cesarstwa z papiestwem o inwestyturę, czyli prawo obsadzania stanowisk
kościelnych, a faktycznie o władzę nad światem. (...)
Walka o inwestyturę to pierwowzór
konfliktu, którego kolejna odsłona właśnie się rozgrywa. Na przełomie XX i XXI
w. władza polityczna demokratycznego suwerena ściera się z nabierającym potęgi
rynkiem. Drugą po państwie potęgą nowoczesnego świata. To widać z lotu ptaka. A
ciekawsze analogie są głębiej.
NIE-KAPITALIZM
Czym się różni komunizm od
kapitalizmu? „W komunizmie banki są
nacjonalizowane, a potem upadają. W kapitalizmie banki upadają, a potem są
nacjonalizowane”.* Ten dowcip opowiedział mi prezes dużej korporacji. Ale w
istocie nie jest to dowcip o bankach, lecz o korporacjach. Banków jako
samodzielnych bytów de facto już nie ma. Ich miejsce zajęły korporacje
udzielające kredytów, grające na giełdach, zbierające od nas depozyty,
doradzające i prowadzące własne inwestycje.
(* Oczywiście, w „komunizmie” banki
wcale nie upadały, bo były państwowe i nie mogły upaść. „Komunizm” to też tylko
taki „skrót myślowy”.
Anonimus).
Instytucje, tradycyjnie nazywane
bankami, są dziś właścicielami lub współwłaścicielami innych przedsiębiorstw.
To działa też w drugą stronę. Banki są (współ)własnością korporacji wyrosłych z
tradycyjnych przedsiębiorstw (jak General Electric, znany w Polsce jako GE
Money Bank). Banki wyrosłe z przedsiębiorstw i będące własnością
przedsiębiorstw są też często (współ)właścicielami swoich właścicieli. Choćby
Volkswagen Bank. Wszystko to tak się poplątało, że mało kto wie, dla kogo
pracuje, od kogo kupuje, z kim robi interesy.
Dowcip o bankach, komunizmie i
kapitalizmie jest więc dowcipem o ekonomiczno-politycznej hybrydzie, która
gwałtownie rozrosła się w końcu XX w. Niewiele już tę hybrydę łączy z systemem,
który opisywali klasycy nauk społecznych od Smitha, Marksa i Webera po Keynesa,
Hayeka i Friedmana. Bo oni zajmowali się kapitalizmem. A ta hybryda ma z
kapitalizmem coraz mniej wspólnego.
(...)
Na przełomie XX i XXI w. kapitalista
stał się (poza nielicznymi wyjątkami) wasalem* menedżera wielkiej korporacji,
który sam formalnie niewiele posiada, ale dysponuje korporacyjną potęgą.
(*Bez przesady zarówno z tym
„wasalem” jak i „niewiele posiada”. Czołowi
menedżerowie po to zostają (między innymi) czołowymi menedżerami, żeby
posiadać wiele, a nie niewiele, i przeważnie im się to udaje. Natomiast z tym
wasalem jest chyba część prawdy, lecz raczej tylko w odniesieniu do drobnych
kapitalistów, którzy są w gorszej sytuacji zarówno w stosunku doczołowych
menedżerów dużych korporacji działających na ich terenie, jak i w stosunku do
każdego dużo silniejszego od nich „partnera”, który na mocy faktycznej przewagi
coś im tam dyktuje i wymusza.. Osobny problem to sytuacja drobnych
akcjonariuszy. A tak nawiasem mówiąc, wiele problemów prawdopodobnie nie toczyłoby się wcale tak źle, gdyby
inwestowanie, za przyzwoleniem polityków, nie zmieniało się w masowe
spekulowanie. Miały temu zapobiegać i przez wiele lat po „Wielkim Kryzysie”
faktycznie znacznie zapobiegały odpowiednie regulacje. Nowa gospodarka,
wymagała pewnych zmian regulacji, jednak pod wpływem doktryny fundamentalnego
neoliberalizmu, zmiany regulacji – według. J. Stiglitza – zmieniły się w
Stanach Zjednoczonych w deregulację. Skutki masowego hazardu, przez powiązania gospodarcze świata, odbijają
się, niestety, także na tych, którzy nie zawinili albo tylko częściowo poszli
za przykładem najsilniejszej gospodarki świata. Problemem jest niewątpliwie,
jak ukrócić spekulacje, żeby jednocześnie nie ograniczyć siły i znaczenia
funduszy akcyjnych, czyli inaczej, jak funduszom akcyjnym skutecznie przywrócić
ich pierwotny cel.
Anonimus).
NIE-PAŃSTWO
Politycy także mają kłopot z
korporacjami. Tyle że oni przez ostatnie 20 lat raczej nie stawiali oporu. W
większości krajów polityka głównego nurtu godziła się na zastępowanie
demokratycznego kapitalizmu korporacyjną hybrydą. Ostatnim ważnym politykiem
liczącego się kraju, broniącym kapitalizmu przed korporacjami, był prezydent
Reagan (1981-1989), który w imię otwartego rynku i wolnej konkurencji łamał
gnuśne i potężne monopole amerykańskich spółek.*
(*Prezydent Reagan ma niewątpliwie
olbrzymie zasługi w obaleniu ZSRR, chociaż metodami balansującymi czasami na
krawędzi wywołania konfliktu nuklearnego i prawdopodobnej zagłady całej
ludzkości – Victory: poz. 62 prezentowanej
literatury – lecz co do jego zasług gospodarczych zdania są podzielone.
Raczej to on, dość wybiórczo co prawda, poparł w polityce skrajny neoliberalizm
gospodarczy, ze skutkami na przyszłość (po dość długiej euforii wybrańców „niewidzialnej ręki”), dla
większości raczej nieprzyjemnymi. W Wielkiej Brytanii podobne zasługi w tej
mierze posiada Margaret Thatcher. Od nazwisk tych dwojga, skądinąd wybitnych
polityków, na określenie popieranego przez nich neoliberalnego kierunku
gospodarczego uknuły się nawet powiedzenia „reagonomika” i „thatcheryzm”.
A tak, nawiasem mówiąc, czy Gorbaczow
faktycznie „dał się nabrać” na „wojny gwiezdne”..., czy tylko chciał je wykorzystać jako pretekst
propagandowy do zakończenia wyścigu zbrojeń i przeprowadzenia reform w ZSRR,
zdania są nadal podzielone. Pewne jest
tylko, że w pewnym momencie nad dalszym biegiem spraw stracił kontrolę.
Anonimus)
NOWA WIARA
Paliwem
nowego ładu była potrzeba przygotowania się na koniec świata. U schyłku XI w.
podporządkowanie wszystkiego Kościołowi miało być konieczne w obliczu
zbliżającej się Apokalipsy. Tylko władza duchowna miała posiadać klucz
otwierający grzesznikom drogę wiecznego szczęścia. U schyłku XX w. miejsce
jeźdźców Apokalipsy zajęli heroldzi globalizmu, a rolę millenaryzmu
(utrzymującej się po 1000 r. wiary w bliski koniec świata) zaczął pełnić
globalistyczny endyzm, czyli przekonanie, że świat, jaki znamy, się kończy.
Globalizacja w jej ówczesnej logice była równie niepodważalnym pewnikiem jak w
XII w. totalna Apokalipsa w formie opisywanej przez Kościół. Tylko władza
wielkich korporacji miała mieć klucz otwierający osieroconym przez państwo
społeczeństwom do szczęścia konsumpcji. Podobnie jak 800 lat wcześniej świecka władza
państwa stawała się przeszkodą na drodze do zbawienia, czyli zamożności.
Szczyt korporacyjnej potęgi przyszedł
pod rządami George’a Busha, którego otoczenie tworzyły osoby otwarcie
reprezentujące wielkie korporacje. Nawet w latach 90. państwo całkiem nie
abdykowało, ale politycy w konflikt z nową ideologią byli dezawuowani jako
populiści. (...)
„Populistów” nie palono na stosie,
ale skazywano na polityczną banicję, ośmieszano, wykluczano. (...) Jeszcze dwa
lata temu się, że gra dobiega końca. Państwo będzie dorżnięte, a inwestyturę,
czyli władzę nad światem, definitywnie przejmą korporacje.
JAK TO SIĘ STAŁO?
Dużo
wiadomo o procesach, które odrzucający bogactwo i przemoc Kościół
przekształciły na progu średniowiecza w żądną władzy maszynę do pomnażania
bogactwa przez podbój i zdolną rzucić rękawicę świeckiej władzy cesarzy. Proces
przekształcania się kapitalizmu z opisywanego przez Smitha systemu opartego na
pracowitości, skromności i odwadze kapitalistów w żądną politycznej władzy maszynę
do kumulowania bogactwa cudzym kosztem jest dużo słabiej znany. Feudalną walkę
o inwestyturę zna absolwent podstawówki. Podręczniki szkolne nie opowiadają
jednak dziejów trwającej 300 lat
kapitalistycznej walki o inwestyturę. Przesłania ją ideologia oczywistości,
która dominację korporacji nad rynkiem i państwem przedstawia tak, jak Kościół
przedstawiał dominację papieża nad cesarzem. Jako objaw dobrego, bo zgodnego z
naturalnym porządkiem biegu rzeczy.
Narzekając na oszustwa Madoffa,
upadek korporacyjnych standardów i bezwstydną chciwość menedżerów, zwykle nie
pamiętamy, że korporacje cieszyły się fatalną opinią już na przełomie XVII i
XVIII w., kiedy Anglicy nazwali maklerów jobbersami, czyli kombinatorami.
Niemal dokładnie 300 lat temu, w 1710 r., powstała Kompania Mórz Południowych –
pierwowzór piramidy Madoffa. Dziesięć lat później jej upadek pogrążył finansowo
sporą część angielskiej elity i spowodował przyjęcie przez parlament zakazu
tworzenia korporacji (tzw. Bubble act).
Pół wieku później Adam Smith (którego korporacyjna ideologia przedstawia jako
pierwszego ewangelistę), uzasadniając potrzebę utrzymania zakazu, pisał, że
„niedbalstwo i rozrzutność” z natury muszą cechować działanie instytucji bez
żadnych zobowiązań zarządzających „cudzymi pieniędzmi”. Nie było to wielkie
odkrycie. Sto lat wcześniej brytyjscy komisarze do spraw handlu przestrzegali,
że nie mogą być efektywne korporacje obracające „pieniędzmi ignorantów
przyciąganych przez sprytnie rozsiewane pogłoski”.
PRZEŁOM TECHNOLOGICZNY
Jak wczesnośredniowieczna potęga zakonów gwałtownie urosła dzięki
zastosowaniu w rolnictwie nowych technologii, tak potęga korporacji musiała
pokonywać zakazy, gdy kapitalizm tworzył nowe technologie. (...)
(...)
NIERÓWNA WALKA
Na
początku XX w. kapitalista przestał być panem systemu. Jego pełnoprawnym
konkurentem stała się wielka, bezosobowa spółka, dysponująca faktycznie
nieograniczonymi zasobami (bo może je uzupełniać, emitując akcje). Dzięki korporacjom możliwe stały się
inwestycje, o jakich wcześniej trudno było myśleć, ale od początku zdawano
sobie sprawę, że wywłaszczając akcjonariuszy, czyli kapitalistów, radykalnie
zmieniają one kapitalizm.
W latach 30. XX w. sędzia
amerykańskiego sądu najwyższego Louis Brandeis nazwał korporacje „tworami
Frankeisteina”. Wymknęły się bowiem nie tylko spod kontroli akcjonariuszy, ale
de facto też spod jurysdykcji państwa. Ich okiełznanie stało się jednym z celów
prezydenta Roosevelta. Elity korporacyjne czuły się już jednak tak silne, że
postanowiły odebrać prezydentowi władzę. Na przywódcę puczu wybrano czczonego
przez weteranów gen. Smedleya Butlera, który się w ostatniej chwili wycofał i
opowiedział wszystko liderom Kongresu. W spisek zamieszane były największe
korporacje: Goodyear, Bethlehem, JP Morgan, Du Pont, General Motors oraz
wielkie rodziny korporacyjnej Ameryki:
Rockefellerowie, Mellonowie, Huttonowie, Pew.
Operetkowy pucz Butlera stał się
symbolem narodzin nowego porządku. Korporacje zaczęły odgrywać w kapitalizmie
rolę przypominającą rolę zeświecczałych zakonów w systemie feudalnym. Z jednej
strony formalnie były częścią rynku (jak zakony formalnie były częścią
Kościoła), choć w istocie dążyły do monopolu i zwalczały rynek, podobnie jak
zakony, które walczyły o wyrwanie się spod kurateli hierarchii kościelnej. Z
drugiej strony, w walce rynkowej korporacje wymuszały pomoc państwa (przeciw
związkom, innym krajom, konkurentom i akcjonariuszom), ale jednocześnie –
podobnie jak zakony – dbały o to, by wyrwać się spod kontroli rządów, z nawet
je kontrolować.
REWOLUCJA MENEDŻERSKA
W
latach 70., zgodnie z teorią Burnhama, zarządzający korporacją menedżer zajął w
nowym systemie miejsce kapitalisty. James Burnham (w młodości trockista, potem
konserwatysta) przewidywał w latach 40., że rewolucja menedżerska doprowadzi do
zlania się kapitalizmu z ustrojem sowieckim w światowy system menedżerski. I
chyba miał rację. (Raczej
wątpliwe: „sowiecki system menedżerski” bazował na ideologii wyrównującej
nierówności i sporo nawet mu się powiodło, choć przesadnie, powodując
osłabienie motywacji (złośliwcy twierdzą, że powiodło mu się równanie w dół.
Raczej to głównie złośliwość: zależy kogo i do kogo porównujemy). System
kapitalistyczny bazuje zdecydowanie na motywacji bogacenia się poprzez
konkurencję. Szczegółowe mechanizmy tego bogacenia się działają zupełnie
inaczej – w kierunku wzrostu nierówności i to bardzo znacznego, szczególnie w
ostatnich dekadach. Do tego dochodzą zupełnie zasady ideologiczne i rozwiązania
ustrojowe, uniemożliwiające „zlanie się” bez zmiany całego ustroju
społeczno-gospodarczego. Powstanie nowego ustroju, np. pośredniego pomiędzy
„kapitalizmem z ludzką twarzą” a „socjalizmem z ludzką twarzą” jest zawsze możliwe, ale to raczej nie rewolucja
menedżerska do tego może doprowadzić, tylko nowy ustrój zmieni system
menedżerski – szczególnie w kierunku bardziej sensownej motywacji, w tym
prospołecznej. Anonimus). Na
gruzach socjalizmu, podobnie jak na gruzach kapitalizmu, królują dziś ludzie,
których potęga wynika ze sprawowania kontroli nad cudzą własnością. Podobnie
jak władza przełożonych zakonnych czy hierarchów kościelnych.
Korporacje przypominają zakony. Mają
kultury korporacyjne przypominające reguły zakonne, mają władze..., mają
techniki budzenia pragnień ...
Przypominają też jednak gospodarki typu sowieckiego. Centralne
planowanie i interwencyjne ręczne sterowanie ... kult przywódców, koterie,
mimikra, biurokracja, konformizm, nieustanne zebrania, przenoszenie
odpowiedzialności w górę, szukanie bezpieczeństwa w uzasadniających każdą
decyzję ekspertyzach, dających zarobek wielkim firmom doradczym, i
zorientowanie raczej na zadowolenie szefów niż sensowne działanie.
W odróżnieniu od kapitalisty menedżer
nie jest zainteresowany tym, jak przedsiębiorstwo będzie wyglądało w
przyszłości.* (* Nic
prostszego, żeby go zainteresować. Trzeba tylko chcieć i umieć. To samo dotyczy
motywacji zwykłych szeregowych pracowników. Krótkowzroczność systemów
motywacyjnych, wady analityki ekonomiczno-finansowej, możliwości retuszowania
wyników itp., są zbyt duże. Poza tym kapitaliści-akcjonariusze, średnio rzecz
biorąc, zainteresowani są przede wszystkim swoimi akcjami, a nie konkretnym
przedsiębiorstwem. To też system o
różnych przeciwstawnych konsekwencjach dla funkcjonowania gospodarki i
społeczeństwa. Menedżerowie to widzą. Od dostosowania się w znacznej mierzy
zależy ich kariera, czy pójście na dno. Jaki system, taka i lojalność, takie i
zarządzanie. „Każdy kij ma dwa końce”. O
tej frazie zapominają często ci, co się tak łatwo zachwycają nowymi ideami, bez
głębszej znajomości ich mechanizmów. Anonimus). Interesuje go awans, zachowanie pracy
albo znalezienie lepszej (choćby u konkurencji), roczna czy kwartalna premia.
Bardziej więc przypomina aparatczyka systemu sowieckiego niż przedsiębiorców
opisywanych przez Smitha. Efekt jego pracy też nie przypomina tego, co mieli na
myśli Smith czy Weber. Przeciętna wielka korporacja jest zbyt
zbiurokratyzowana, by mogła się rozwijać w normalnej rynkowej konkurencji.
Tworzy więc pozory rozwoju, pompując ceny akcji, kupując zdrowe
przedsiębiorstwa, łączą się z innymi lub walcząc o nowe rynki, które pozwolą
jej powiększyć dochody mimo niskiej efektywności.
PSYCHOPATA BEZ SUMIENIA
W
naturze korporacji jest coś jeszcze, co sprawia, że przypominają one państwa
totalitarne. Jest to poczucie nieodpowiedzialności, które – jak pisze Joel
Bakan – nadaje im rysy „osób psychopatycznych”, pozbawionych nie tylko refleksu
moralnego, ale też zwykłego wstydu. W psychopatycznej strukturze – jak wykazał
Zimbardo – zdrowi ludzie zachowują się psychopatycznie.
Menedżerowie korporacji – jak
aparatczycy – robią służbowo rzeczy, których większość by nie zrobiła
prywatnie. Gdyby prywatny przedsiębiorca wyrzucił na rok przed emeryturą
człowieka, który przepracował u niego całe życie, każdy by orzekł, że to
niemoralne. Gdy to samo zrobi menedżer, nie ma mowy o niemoralności. Jest to
„smutna konieczność”.
To samo dotyczy współpracy z
najbardziej ludobójczymi rządami, domagania się pracy niszczącej osobiste życie
pracowników, oszukiwania klientów, niszczenia środowiska, korumpowania
urzędników, lekarzy, nauczycieli. Dla
korporacji – przeciwnie: niemoralne: niemoralne byłoby zostawienie zbędnego
pracownika, rezygnacja z intratnej transakcji czy z jakiegokolwiek zarobku. Bo
to pozbawiłoby dochodu właścicieli, którzy powierzyli menedżerowi pieniądze w
przekonaniu, że da im największy możliwy zysk.*
(* Proponuję się
zastanowić: czy normalnemu umysłowo pracownikowi najemnemu, pracującemu w
normalnych warunkach dla normalnego właściciela bardziej może zależeć na
przysparzaniu „największego możliwego zysku” właścicielowi, niż zależy na tym
samemu właścicielowi? Menedżerowie, przynajmniej do pewnego etapu swojej
kariery, są tylko pracownikami najemnymi. Są też zwykłymi ludźmi. Korporacja
jest tylko organizacją ludzi. Trudno przypuszczać, że do władzy w korporacjach
dorwali się głównie „psychopaci bez sumienia”. Jeśli nawet w znacznej mierze
tak jest, coś taki system kreuje. Coś go
usprawiedliwia. Coś w ideologii i zarządzaniu, bardzo ponętnie postawione
zostało na głowie. Co!
Czy to natura korporacji jest winna? I jakiej korporacji?
Anonimus).
Typową dla korporacji metodą zwiększania
zysku jest eksternalizacja, czyli przerzucanie kosztów na innych. Każdy ma
skłonność do eksternalizacji, ale w rządzących się odwróconą moralnością
korporacjach ta skłonność jest zwielokrotniona. Jeśli im się pozwoli, powodują
gigantyczne zniszczenia – trują, śmiecą, eksploatują bezbronnych, wykorzystują
i porzucają lokalne społeczności. Sęk w tym, że inni muszą eksternalizowane
koszty przyjąć. To wymaga akceptacji państwa. Demokratyczne państwa podlegają
zaś społecznej kontroli i nie każdą ekstarnalizację mogą przyjąć. Zbierają więc
podatki, tworzą prawo pracy, ograniczają niszczenie środowiska. To utrudnia
korporacjom generowanie zysku. Musiały więc ten problem rozwiązać.
GDZIE PAŃSTWO I RYNEK NIE SIĘGA
Zakony
nie potrafiły do końca przejąć władzy w żadnym istniejącym państwie. Tworzyły
więc własne państwa na „ziemiach niczyich” – państwo krzyżackie, redukcje
paragwajskie, Maltę, jerozolimskie królestwo krzyżowców. Korporacje powstały
zbyt późno, by zdobyć suwerenną władzę. Musiały stworzyć przestrzeń
pozapaństwową.
Szansa pojawiła się, gdy powołanie
Światowej Organizacji Handlu (1994 r.) uruchomiło nowy etap globalizacji. (...)
Świat zaczął się upodabniać do
Ameryki, gdzie stany od stu lat zabiegały o obecność korporacji, redukując ich
zobowiązania, rezygnując z kontroli i dając udogodnienia. Dawniej korporacje
starały się o względy państw. Teraz państwa musiały zabiegać o względy
korporacji. Gdy ich oczekiwania nie były spełniane, mogły się wynieść do innego
państwa, zabierając kapitał, miejsca pracy, płacone podatki. Korporacje
osiągnęły to, co nie udało się papieżom. Stanęły ponad władzą polityczną,
chociaż formalnie jeszcze jej podlegały. 300 lat walki z państwem zostało
zwieńczone sukcesem.
Model WTO jest potężnym impulsem
rozwoju gospodarczego. Mobilność kapitału zmniejszyła koszty produkcji,
pozwoliła na bezprecedensowy rozwój krajów, takich jak Chiny czy Meksyk, dzięki
tanim produktom z krajów rozwijających się umożliwiła radykalne zwiększenie
konsumpcji. Dzięki temu mamy w Polsce nie tylko setki fabryk* (* Fabryk mieliśmy kiedyś znacznie
więcej i bynajmniej nie wszystkie produkowały same tylko buble. Zostaliśmy tak
jakby trochę „wykolegowani” albo i sami się „wykolegowaliśmy”. Anonimus) i galerie handlowe,
ale też tanie trampki i komputery z Azji. Korporacje przyniosły nową kulturę
pracy, zaprowadzały podobne standardy cywilizacyjne w różnych częściach świata,
znormalizowały produkcję, która musi trzymać jakość, niezależnie od miejsca
produkcji i zbytu. W wielu miejscach nowa fabryka wielkiej korporacji była
pierwszym nowoczesnym zakładem. Siła przyciągania korporacji w krajach mniej
rozwiniętych jest wielka, bo wydaje się dawać nieograniczone możliwości
awansu.
Korporacje odegrały ważną rolę w
ekspansji Zachodu. Ale polityczną ceną za przyspieszony rozwój było cofanie się
państwa.*
(* Ceną było też ograniczenie produkcji we
własnym kraju, przenoszenie miejsc pracy za granicę, wzrost bezrobocia w kraju
macierzystym itd. „Każdy kij ma dwa końce”. Myśl tę szerzej rozwijam w uwagach
do prezentowanej literatury, np. w poz. 80 i 100 – pliki „psg” i „logo”. Anonimus)
RADYKALIZACJA
Globalizacja zradykalizowała korporacyjną tożsamość i
zaraziła nią całą rzeczywistość. Także nieproduktywnością rosnącą wraz ze skalą
i wpływem politycznym. Główną przyczyną nieporadności nowego systemu była
leżąca u jego podstaw wiara, że suma egoizmów może być pozytywna. A nie może.
(...) Paradoksalnie, triumf wyzwolonego
spod państwowej kontroli rynku niwelował rynek i niszczył kapitalistyczne
cnoty*, podobnie jak triumf wyzwolonego spod kontroli państw feudalnego
Kościoła prowadził do osłabienia pobożności i moralności chrześcijan.
(* Z tymi „cnotami” różnie bywało
od samego początku. Teorie Marksa, aczkolwiek nieco utopijne i różnie
wykorzystywane, nie bez powodu znalazły w tamtych czasach sporo oddźwięk w społeczeństwach, i chyba
trochę wpłynęły na utemperowanie tych „cnót”, i nadanie im bardziej ludzkiego
oblicza przez samych kapitalistów. Wątpliwe jest też, czy kontrola państwa
feudalnego doprowadziła by do większej pobożności i moralności chrześcijan.
Chyba inne czynniki sprawiły, że z tą faktyczną (a nie z
deklarowaną/pozorowaną) pobożnością i moralnością, tak wtedy, jak i teraz,
nawet w Polsce wcale nie jest zbyt dobrze.
Anonimus).
PAPIEŻ GREENSPAN I CESARZ OBAMA (LUB NA
ODWRÓT)
Zimą 1077 r. cesarz Henryk na czele wielkiej armii stanął pod murami
Canossy, za którymi krył się papież Grzegorz. Grzegorz obłożył Henryka klątwą,
która mogła pozbawić go tronu. Henryk chciał siłą zmusić Grzegorza do cofnięcia
klątwy, ale jego lennicy się jej przestraszyli. W pokutnym stroju, ze łzami w
oczach trzy dni pod murami zamku błagał o wybaczenie. Grzegorz na swoją zgubę
uległ. Siedem lat później cesarz przepędził Grzegorza z Rzymu i mianował
antypapieża Klemensa. Papież usunął go przy pomocy pogan. Rok później Grzegorz
umarł ze zgryzoty, bo jego sojusznicy wymknęli się spod kontroli i zniszczyli
Rzym.
Jesienią 2008 r. papież korporacyjnej
globalizacji, były szef amerykańskiej
Rezerwy Federalnej Alan Greenspan, ze łzami w oczach wyznał przed komisją
Kongresu: „popełniłem błąd, zakładając, że interes własny instytucji, w
szczególności banków i im podobnych, powoduje, że same potrafią najlepiej
ochronić swoich udziałowców... (...)
Jak armia Henryka pokornie czekała na
błogosławieństwo Grzegorza, tak armia Greenspana pokornie prosiła o
błogosławieństwo idącego do władzy Obamy. (...)
Role się odwróciły. Korporacje w
dużym stopniu straciły kontrolę nad państwem, a państwo częściowo odzyskało
kontrolę nad korporacjami. Prezesi korporacji przestali mieć wpływ na to, kto
ma piastować najwyższe urzędy państwowe. Państwo uzyskało wpływ na to, kto ma
sprawować władzę w korporacjach (np. w GM), jak ma wyglądać ich polityka
płacowa (ograniczenie premii i bonusów) i kultura korporacyjna. (...)
Grzegorz i towarzyszący mu
kardynałowie nie chcieli, by Kościół przejął całą władzę nad światem, więc po
trzech dniach papież otworzył Henrykowi bramę do Canossy. Obama i przywódcy G20
też nie chcieli całej władzy dla państwa. Nie przejęli kontroli nad
korporacjami. Zdjęli z nich klątwę, trochę tylko zmieniając zasady ich
działania i zapowiadając, że trochę je
jeszcze zmienią. Układ sił się zmienił, ale nie stało się nic nieodwracalnego.
BEZ KOŃCA
800 lat temu Kościół przegrał walkę o inwestyturę. Ale nie zniknął ani
się nie poddał. Wciąż walczy, by mieć jak najwięcej władzy. Zakony straciły
państwa, ale to nie znaczy, że już nie rywalizują z papiestwem i państwem. Ich
potęga jest ogromna i nic nie wskazuje, by miała wygasnąć.
Przyszłość korporacji będzie zapewne
podobna. Kryzys sprawił, że przegrały potyczkę, ale ich moc niewiele na tym
ucierpi. Nawet jeżeli przy następnym kryzysie zaakceptują dalsze ograniczenia,
pozostaną potęgą. Jak przez tysiąc lat toczy się nieustannie walka o świeckie
państwo oraz swobodę wyznania –tak praktycznie zawsze będzie nam już
towarzyszyła walka o władzę między politycznością rozmaitych wspólnot,
reprezentowaną przez tak czy inaczej rozumiane państwo, a egoizmem poszukiwaczy
zysku, reprezentowanym przez świat korporacji. Trzeba ją będzie nieustannie
toczyć, żeby zachować demokrację i rynek.
I nie daj Boże, żeby ktokolwiek tę
walkę ostatecznie wygrał.*
Jacek Żakowski
* Ja bym tam wolał, żeby wgrał rozum i zwykła uczciwość.
Przypuszczam, że ten pogląd podziela bardzo wiele osób.
Anonimus
-------------------
„Jeśli kto chce przeczytać najlepsze
artykuły, reportaże i opinie z prasy 27 krajów Unii Europejskiej, znajdzie je w
serwisie presseurop.eu, w dziesięciu
językach, w tym w języku polskim. Tematy polityczne, społeczne, ekonomiczne,
naukowe, kulturalne. Można je komentować, dyskutować na forum, oglądać zdjęcia,
filmy wideo i komiksy.
Presseurop.eu będzie współpracować z euranet.eu (grupą zrzeszającą europejskie
stacje radiowe) oraz z Euronews.
Portal, który ma się stać jednym z
ważniejszych mediów informujących i komentujących wydarzenia w Europie
finansuje Komisja Europejska. Oprócz budżetu KE gwarantuje też dziennikarzom
całkowitą niezależność redakcyjną.”*
*Informację powyższą (w niewielkim skrócie) przytoczyłem za POLITYKĄ nr
22 (2707) z 30 maja 2009 r.
Tą informacją prawdopodobnie kończę dalszy rozwój tej strony. Mini przewodnik
po całej mojej Internetowej publikacji – plik/strona „Credo”.
Może tematy jeszcze kiedyś podejmę
– ale, jeśli nawet, to raczej w innej formie organizacyjnej.
Czerwiec, 2009 r.
Anonimus
Anonimus
-------------------------------------------------------------------------------------------------
| Literatura | Strona główna |