Nie chcę ciągle stać na uboczu wszelkich kampanii wyborczych!
Postanowiłem zaprezentować nowelkę Marka Twaina: Jak kandydowałem na gubernatora.*
Anonimus 
wrzesień 2005 r.
-----------------------------------------------------------------------------------

Jak kandydowałem
na gubernatora
 

Przed kilkoma miesiącami wysunięto moją kandydaturę na gubernatora stanu Nowy Jork z listy niezależnych. Moimi kontrkandydatami byli pp. John I. Smith oraz Blank J. Blank. Wiedziałem, że posiadam niewątpliwą przewagę nad tymi panami w postaci dobrej reputacji. Wystarczyło spojrzeć na gazety, aby dowiedzieć się, że jeśli panowie ci cieszyli się kiedyś dobrą opinią, to czasy te minęły już bezpowrotnie. Nie ulegało wątpliwości, że mieli oni w ostatnich latach do czynienia z najbardziej podejrzanymi i brudnymi sprawkami. Kiedy jednak cieszyłem się w cichości ducha z mojej przewagi moralnej, to z radością tą mieszało się uczucie zażenowania, że moje nazwisko wymieniane będzie jednym tchem z nazwiskami tego typu indywiduów. Długo zwlekałem z przyjęciem kandydatury, aż wreszcie postanowiłem napisać w tej sprawie do mojej babki.  Odpowiedź jej była zarówno szybka, jak i dobitna:

Nie popełniłeś w swym życiu niczego takiego, co mogłoby przynieść Ci ujmę. Spójrz tylko na gazety, a zrozumiesz, jakimi osobnikami są panowie Smith i Blank. Zastanów się dobrze, czy chcesz poniżyć się do tego stopnia, aby rywalizować z ludźmi tego pokroju.

Tak samo i ja myślałem!  W nocy nie mogłem zmrużyć oka. Mimo wszystko jednak nie widziałem sposobu wycofania swej kandydatury. Byłem już zaangażowany i musiałem stanąć do walki. Przeglądając przy śniadaniu dzienniki natrafiłem na taką oto wzmiankę, która wytrąciła mnie całkiem z równowagi:

KRZYWOPRZYSIESTWO!
   Może by pan Mark Twain wytłumaczył nam dzisiaj, gdy staje jako kandydat na gubernatora przed swym narodem, jak to się stało, że w roku 1863 w miejscowości Wakawak, w Kochinchinie, 44 świadków udowodniło mu krzywoprzysięstwo, które popełnił, aby wydrzeć szmat pola bananowego z rąk nieszczęśliwej wdowy malajskiej i jej bezbronnej rodziny, dla której pole to było jedynym środkiem utrzymania. Nie wątpimy, że p. Twain w interesie zarówno swoim, jak i ludu, o którego głos zabiega, zechce sprawę tę wyjaśnić jak najrychlej. Czy jednak to uczyni?

Myślałem, że pęknę ze zdumienia, Cóż za okrutne, straszliwe oskarżenie. Nie widziałem nigdy na oczy Kochinchiny!  Nie słyszałem o żadnym Wakawaku!  Nie potrafiłbym odróżnić pola bananowego od kangura! Nie wiedziałem, co począć. Byłem oszołomiony i bezradny. Dzień minął, a ja nic nie zrobiłem w tej sprawie. Nazajutrz ta sama gazeta zamieściła króciutką notatkę:

CHARAKTERYSTYCZNE!
   Godzi się zauważyć, iż p. Twain zachowuje znamienne milczenie w sprawie krzywoprzysięstwa w Kochinchinie.

(Nb. przez cały czas walki wyborczej dziennik ten nie nazywał mnie inaczej, jak „Twain, ohydny krzywoprzysięzca”.)
   Następnie wpadła do mych rąk „Gazette”, w której przeczytałem, co następuje:

PROSIMY O ODPOWIEDŹ!
   Może by nowy kandydat na stanowisko gubernatora zechciał wyjaśnić nam pewną sprawę. Idzie o jego współlokatorów w Montanie, którym od czasu do czasu ginęły różne drobne, choć wartościowe  drobiazgi. Dziwnym trafem znajdowano je zawsze u p. Twaina. Współlokatorzy byli zmuszeni udzielić mu dla jego własnego dobra przyjacielskiego napomnienia, po czym dali mu niezłą nauczkę i poradzili, aby pozostawił na stałe próżnię w miejscu, w którym zwykł był przebywać w obozie. Czekamy na wyjaśnienia p. Twaina w tej sprawie.

Czy można było zdobyć się na większą złośliwość? Nigdy w życiu nie byłem w Montanie.
   („Gazette” nie nazywała mnie odtąd inaczej, jak „Twain, złodziej z Montany”.)
   Brałem  teraz do rąk dzienniki tak ostrożnie, jak człowiek, który podnosi kołdrę, spodziewając się znaleźć w łóżku  żmiję. W parę dni później znalazłem znów taki oto artykulik:   

KŁAMSTWO PRZYGWOŻDŻONE! 
   Złożone pod przysięgą zeznania pp. Michała O’Flanagana, esq. Z Five Points, oraz Snub Rafferty i Catty Mulligana z Water Street jednogłośnie dowodzą, iż fałszywe oświadczenie p. Marka Twaina na temat dziadka naszego kandydata pozbawione jest wszelkiego pokrycia w rzeczywistości . P. Twain ośmielił się mianowicie stwierdzić, iż zmarły dziadek powszechnie szanowanego p. Blanka J. Blanka powieszony został za rabunek uliczny, co jest ohydnym i ordynarnym łgarstwem. Jest rzeczą odrażającą, iż dla doraźnych celów politycznych nie daje się spokoju ludziom nawet w grobach, obrzucając błotem ich czcigodne nazwiska. Kiedy pomyślimy o tym, jak wielce boleć muszą podobne zniewagi rodzinę i przyjaciół nieodżałowanego nieboszczyka, nie możemy oprzeć się chęci zaapelowania do szanownych wyborców, aby udzielili nauczki zdziczałemu oszczercy. Ale nie!  Pozostawmy go raczej na pastwę wyrzutów sumienia (chociaż jeśliby szlachetniejsi spośród czytelników zadali kłamcy obrażenia cielesne, nie ulega wątpliwości, że nie znalazłby się sąd, który potępiłby ich za ten wzniosły uczynek).

Misterne ostatnie zdanie tego artykułu wywarło taki skutek, że „najszlachetniejsi spośród czytelników”, opanowani szlachetnym oburzeniem, wyrzucili mnie w nocy z mojego własnego mieszkania, łamiąc meble oraz unosząc ze sobą wszystko, co byli w stanie unieść. A jednak gotów jestem przysiąc na wszystkie świętości, że nigdy nie obraziłem pamięci dziadka p. Blanka. Więcej jeszcze, nie słyszałem o nim aż do chwili ukazania się wspomnianego artykułu.
   (Nawiasem mówiąc, dziennik ten nazywał mnie odtąd „Twain, profanator zwłok”).
   Następna wzmianka, która przykuła moją uwagę, brzmiała następująco:

ŁADNY KANDYDAT!
   Mark Twain, który miał wczoraj wygłosić mowę na wiecu niezależnych, nie przybył wcale na wiec. Lekarz jego doniósł telegraficznie, że p. Twain ma nogę złamaną w dwóch miejscach. Pacjent cierpi okropnie – itd., itd. i całe mnóstwo podobnych bredni. Niezależni wzięli to za dobrą monetę, teraz zaś udają, że nie wiedzą nic o prawdziwej przyczynie nieobecności tego indywiduum, które w swym zaślepieniu wybrali na kandydata. A przecież widziano wczoraj wieczorem, jak jakiś pijany osobnik zmierzał do mieszkania p. Twaina w stanie zupełnego zamroczenia. Jest obowiązkiem niezależnych dostarczyć nam dowodów, iż osobnik ten nie był p. Markiem Twainem. Nareszcie mamy ich w ręku!  W tej sprawie nie ma miejsca na żadne kruczki i wybiegi!  Lud  zadaje im z całą mocą pytanie: „Kim był ten pijak?”

Było to fantastyczne, całkiem fantastyczne, że właśnie moje nazwisko zamieszane było w podobną sprawę. Przeszło trzy lata minęły już od chwili, kiedy miałem w ustach ostatnią kroplę alkoholu. 
   (Już od następnego numeru  dziennik ów nazywał mnie stale: „Pan Delirium Tremens Twain”.)
   W tym samym czasie zaczęły do mnie napływać w wielkiej ilości listy anonimowe. Treść ich była zawsze niemal jednakowa:

   Jak to było z tą kobietą, którą pan pobił, kiedy prosiła  o jałmużnę?  Pol Pry.

   Albo:

   Popełnił  pan szereg łajdactw, o czym nie wie nikt prócz mnie. Radziłbym więc panu przesłać mi odwrotnie kilka dolarów, gdyż inaczej zrobię z tego użytek w gazetach. Handy Andy.

To chyba wystarczy.  Mógłbym  cytować więcej, gdybym chciał zmęczyć czytelnika.
   Wkrótce potem centralny organ republikański zarzucił mi  przekupstwo na wielką skalę, zaś centralny organ demokratyczny  przytoczył  „fakty”, świadczące, iż usiłowałem zyskać bezkarność w pewnych sprawkach za pomocą szantażu.
   Z tej racji otrzymałem dwa przydomki: „Twain brudny łapownik” i  „Twain, podły szantażysta”. 
   Odtąd domagano się ode mnie odpowiedzi ze wszystkich stron i z taką natarczywością, że nie tylko redaktorzy, ale również i przywódcy mego stronnictwa orzekli, iż dalsze milczenie z mej strony stanie się moją zgubą polityczną. Na domiar złego nazajutrz ukazał się w jednym z dzienników następujący artykuł:

PRZYJRZYJCIE  MU SIĘ  DOBRZE!
   Kandydat niezależnych wciąż jeszcze milczy. Robi to dlatego, że nie ma dość odwagi, aby zabrać głos. Wszystkie oskarżenia przeciwko niemu są w pełni  umotywowane, zaś swym milczeniem potwierdza on jeszcze stokrotnie ich słuszność. Niezależni, przyjrzyjcie się swojemu kandydatowi!  Spójrzcie na ohydnego krzywoprzysięzcę, złodzieja z Montany, profanatora zwłok!  Podziwiajcie tego deliryka, brudnego łapownika, podłego szantażystę!
   Zastanówcie się i powiedzcie, czy możecie złożyć wasze głosy na człowieka obciążonego tak wstrętnymi zbrodniami, który nie posiada nawet dość odwagi, aby pisnąć słówko w swojej obronie!

   Nie, dłużej nie mogłem milczeć. Zanim jednak przygotowałem „odpowiedź” na tę potworną ilość zarzutów, jeden z dzienników zarzucił mi, że spaliłem dom wariatów li tylko dlatego, że przysłaniał mi widok z mojego okna. To wprawiło mnie w jakiś niesamowity lęk. Zaraz potem przeczytałem zarzut, iż otrułem mego wujaszka, pragnąc zawładnąć jego majątkiem – zarzut połączony z żądaniem ekshumacji zwłok. Omal że nie zwariowałem!  Następnie oskarżono mnie, że będąc dyrektorem w przytułku używałem do najcięższych robót zniedołężniałych i bezzębnych staruszków.  Zacząłem poważnie się wahać, czy nie wycofać się z tej całej awantury. Na koniec jednak, jako ukoronowanie wszelkich oszczerstw, rzucanych na mnie przez przeciwników politycznych, nastąpiło zwołanie całej chmary dzieciaków różnej wielkości i maści  i nakazanie im, by wołały w czasie mego przemówienia na wiecu: „Tatuś, tatuś!” 
   Dałem za wygraną. Uległem . Nie dorosłem widać do wysokiego stanowiska gubernatora stanu  Nowy Jork. Wycofałem moją kandydaturę, przy czym tak podpisałem się na mym liście:

Z szacunkiem
Mark Twain
niegdyś  porządny człowiek, dziś ohydny krzywoprzysięzca,
złodziej  z Montany, profanator zwłok, deliryk,
brudny łapownik, podły szantażysta itp.

1870  

* Mark Twain, Trzydzieści trzy opowieści,
Biblioteka Klasyki Polskiej i Obcej
Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”
Warszawa 1973
 

----------

     Humoreskę Marka Twaina, napisaną ponad 130 lat temu, umieściłem na swoich stronach  niewątpliwie też z powodów aktualnych skojarzeń politycznych. Bardziej jednak do polskich realiów pasuje chyba dowcip (a może to wcale nie jest dowcip):

On nie może kandydować, jego córka wyszła za Żyda ”. Na co sąsiad trąca go w bok  i mówi: „Stary, przecież on nie ma córki!”. A działacz: „Nic nie szkodzi, niech się wytłumaczy.”  (Z lokalnej prasy. Mam nadzieję, iż Autor mi wybaczy, że nie podaję dokładnych źródeł i pełnego kontekstu).  

 ównie jednak kierowałem się tym samym celem, dla którego prezentuję takie pozycje jak:
  Wiek propagandy – poz. 97 prezentowanej literatury.
  Tajniki sterowania ludźmi – poz. 27 prezentowanej literatury.
  Z informacją na bakier – poz. 29 prezentowanej literatury.
  Kilka pozycji z dzieł Parkinsona – poz. 64 – 64c prezentowanej literatury. 

Z przedmowy do „Prawa Parkinsona albo w pogoni za postępem”:

    
Ludzie bardzo młodzi, nauczyciele, a także ci, którzy piszą książki z zakresu historii ustroju, nauk politycznych i problemów współczesnych, wyobrażają sobie, że świat jest w większym lub mniejszym stopniu miejscem rozsądnym. Przedstawiają oni wybory deputowanych jako swobodne głosowanie na tych, do których lud ma zaufanie. Pokazują, jak najmądrzejsi i najlepsi spośród nich zostają ministrami. Pokazują, jak dyrektorzy przedsiębiorstw, wybrani przez udziałowców, wybierają z kolei na odpowiedzialne stanowiska tych, którzy dowiedli swych zdolności, pełniąc podrzędniejsze funkcje. Istnieją książki, w których śmiało głosi się twierdzenia tego rodzaju, albo też milcząco się je zakłada.
    Z drugiej strony ci, którzy orientują się choć trochę w tej problematyce, uważają, że założenia takie są po prostu śmieszne. Uroczyste zgromadzenia ludzi mądrych i dobrych są jedynie wytworem wyobraźni nauczyciela.”
 

Można się z tego wszystkiego pośmiać, lecz przestaje być nam do śmiechu, gdy czytamy w Wieku propagandy, i znamy historię, jak mistrz propagandy, Goebbels, sam się wyrażał , oczywiście niepublicznie, o masach, które mu wierzyły:

Nie ma nic łatwiejszego niż prowadzenie ludzi na smyczy. Po prostu trzymam w górze efektowny plakat, a oni przez niego skaczą.  (str. 283).  

Nie mam zamiaru zbytnio wtrącać się do polityki. W końcu to nie moja specjalność, nie mój charakter i nie moje predyspozycje. Na swoich stronach, starając się propagować głównie mądre zarządzanie, i to dla dobra większości społeczeństwa, a nie tylko wybranych grup interesów, nie mogę jednak zupełnie abstrahować od tego, co się na scenie politycznej dzieje. Żyjemy nie tylko w wieku propagandy i informacji, ale także w wieku szalonego rozwoju techniki, za którą  wyraźnie nie nadążają  zarządzanie, ekonomia, problemy społeczne, etyczne itp.  Problem wyboru polega nie tylko na wyczynach polityków stosujących czasami niezbyt uczciwe chwyty, nie tylko na niedostatecznej wiedzy społeczeństwa i polityków, ale po prostu także na tym, że zabrnęliśmy w problemy, w których bardzo trudno znaleźć rozwiązania zadawalające zdecydowaną większość społeczeństwa. Dostrzega to chyba coraz więcej ludzi. Dostrzega to także nauka, która przy całej swojej ogromnej wiedzy, i bynajmniej nie zawsze apolitycznej bezstronności, też wygląda chyba na cokolwiek bezradną, poza prostym, serwowanym przez niektórych uczonych, neoliberalnym hasłem:  A radźcie sobie sami. Państwo niech się jak najmniej wtrąca”. (Upraszczam oczywiście. Zawiłości i niuanse są rozwinięte w innych miejscach). W  tych warunkach  wcale nie powinna dziwić narastająca ucieczka, w walce politycznej, od zagadnień merytorycznych nurtujących większość ludzi, takich jak niepewność jutra, narastające groźby bezrobocia, biedy czy bankructwa,  do walki... mniejsza z tym jakiej, w każdym razie wyraźnie zastępczej, albo populistycznej.

Nie chcę w tym miejscu poruszać spraw gospodarczych i społecznych, w tym wiedzy o zarządzaniu i ekonomii/ekonomice, która może się przydać wszystkim, w wielu sytuacjach, a nie tylko wyborcom przy ocenie programów poszczególnych partii/ugrupowań i ich późniejszej realizacji. Po prostu, na ile potrafiłem i już zdążyłem, zaprezentowałem ją  na innych stronach, dla  których za pewnego rodzaju przewodnik chyba najlepiej powinna służyć  strona Credo. Sądzę też, że prezentowana tam wiedza przyda się bardziej za kilka lat, niż obecnie, gdy jeszcze zbyt mocno tkwimy w rutynie starego myślenia i daleko nie do końca zauważamy konsekwencje zmieniającego się świata.

Na koniec, tym, którzy uznając tylko własną rację, są „zaślepieni nienawiścią” pod adresem inaczej myślących, znowu przytaczam fragment z Wieku propagandy. Na szczęście, polskie zaślepienie i nienawiść, są bardziej groteskowe niż groźne.

„Tuż za ogrodzeniem obozu koncentracyjnego i krematorium w Auschwitz znajduje się płytki staw. Wsypano do niego prochy 2 milionów ludzi – czyn spowodowany arogancją, niewiedzą i wiarą w dogmat. W jednej z najbardziej przejmujących scen filmu Jacob Bronowski wchodzi do stawu, pochyla się i podnosi garść prochów kilku spośród dwóch milionów ludzi. Wygłasza  prostą prośbę, używając słów z listu Olivera Cromvella: „Błagam cię, na Chrystusa – uwierz w to, że możesz się mylić”.
„Jeżeli z naszego studium perswazji płynie jakaś lekcja, to głosi ona, że możemy się mylić i być zwodzeni.
  Widzieliśmy, jak informacje na temat naszego świata mogą być selekcjonowane przez instytucje rozrywkowe i informacyjne, albo stawać się przedmiotem manipulacji w rękach doświadczonych konsultantów politycznych.   Wyłaniający się z nich obraz świata – bez względu na to jak błędny – kieruje naszym myśleniem i działaniem.  Widzieliśmy też, że propagandysta może grać na naszych emocjach i wykorzystywać nasze procesy podejmowania decyzji, odwołując się do prostej heurystyki. Wszystko to prowadzi do jednego wniosku:
jako ludzie możemy się mylić.   Pamiętajmy o tym, ilekroć podejmujemy decyzje – zwłaszcza te, które krzywdzą innych.” (str. 283 Wieku propagandy).

Początek września 2005 r.
Anonimus  
------------------

     Aktualna kampania wyborcza, zbliżająca się już do finału, coraz bardziej przypomina igrzyska. Problemy gospodarczo/społeczne , pomijając ogólniki bez odpowiedniego rozwinięcia, wyraźnie zeszły na dalszy plan. Nawet, jak już wyżej wspomniałem,  nie ma się specjalnie czemu dziwić. Wbrew  sceptycyzmowi, czy politycy mogą w jakiś istotny sposób  pomóc lub zaszkodzić gospodarce i społeczeństwu, osobiście uważam, że mogą. Stąd też „nie odpuszczam tematu”, głównie z myślą,  obojętnie kto wygra, żeby wiedza i rozum znowu nie zostały zastąpione poczynaniami, które są wątpliwe fachowo i etycznie. Możliwości jest sporo. Konkretnej wizji, która by „porwała...”, chyba nadal nie ma!  Przypuszczam, że ze względu na potencjał intelektualny i gospodarczy, można ją wypracować tylko wspólnie w ramach Unii Europejskiej. A to, że zarówno sama Unia, jak i jej największe potęgi, też mają kłopoty, dowodzi jedynie, że ta,  nowa, „porywająca...” ale realna wizja, jest bardzo trudna do wypracowania.   
     Cytuj
ę krótkie fragmenty z ostatnich numerów  Polityki” i „Forum”. Zastanawiałem się, czy fragmenty z Forum, zdominowane opisem technik manipulacyjnych, w tym kłamstwa, i nieco przesadnie negatywnym  wizerunkiem polityków, jest sens dalej powielać. Doszedłem do wniosku, że warto, choćby dla samej idei wiedzy i rozumu w zarządzaniu i wyborze...  

22 września 2005 r.
Anonimus 

-----------------------------------------------

Polityka  nr 38 (2522),  datowana 24 września 2005 r., str. 4 – 6.

Cztery lata bez wizji

Ach, co to był za triumf? Prawie taki, jaki  szykuje się teraz. Poprzednia władza obrócona w perzynę. W Sejmie o włos  od jednopartyjnej większości. Senat wzięty.  Własny prezydent. Własna telewizja. I jak to się mogło zamienić w taką katastrofę?

   Czego tej władzy zabrakło?  Fachowców?  Na każdy urząd miała ich po kilku i to całkiem niezłych  jak na nasze warunki. Sukcesów?  Było ich wiele: wzrost  gospodarczy, wstąpienie do Unii, spadek bezrobocia, zrównoważenie budżetu, umocnienie złotówki.  Silnego przywództwa? Tego Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski dostarczali aż nadto. Społecznego zaplecza? Wyniki poprzednich wyborów do Sejmu i późniejszych o rok wyborów samorządowych świadczą, że było potężne. Więc co się właściwie stało? (...) *    
   
(...)  Zwyci
ęzcy wyborów dostaną swoją szansę, mądrzejsi o dramatyczne doświadczenia klęski  AWS  i  SLD.  Nie wiadomo jednak , czy dobrze odrobili tę lekcję. Od lat polskie partie i polityków prześladują słowa Wyspiańskiego: „Miałeś, chamie, złoty róg”. Za chwilę, uroczyście, przekażemy złoty róg  w nowe ręce. 
       Wies
ław Władyka, Jacek Żakowski   

* Warto przeczytać. Rozważania ciekawe. Nie chcę ich streszczać. W paru kwestiach mam nieco inne zdanie. Zagadnienia są jednak na tyle złożone, że w tym miejscu nie wtrącam żadnych uwag. Mogę jedynie, na marginesie zauważyć, że tzw. „Afera Rywina”, została przez SLD rozegrana fatalnie, zarówno pod względem prawnym jak i politycznym. To zapoczątkowało lawinę. Oby ona, w końcowym rezultacie, przyniosła uzdrowienie, a nie sprowadziła się tylko do walki o władzę.  
Anonimus   

-----------------------------------------------

FORUM,  nr 38 (19.09 – 25.09.2005), okładka i str. 18 - 22 

----------

Nokaut !

Wybory  2005
Jak najlepiej ośmieszyć i zdołować przeciwnika

---------- 

      TEMAT Z OKŁADKI
18.  Daj
ę wam słowo kłamcy. O kłamstwie jako sposobie rządzenia pisano od wieków. Już Platon i Arystoteles, a po nich choćby  Machiavelli, Descartres, Kant, Schopenhauer i Nietzsche  zmagali się z tą zmorą. Niemiecki filozof stwierdził nawet  krótko i dobitnie: „Klasa polityczna łgała od zawsze”.  Dzisiaj kłamstwo to po prostu jedna z technik wyborczych.
Neue Zürcher Zeitung, The Spectator 

----------

Daję wam
  moje s
łowo,
    s
łowo kłamcy  

W polityce kłamstwo było zawsze zrośnięte z prawdą. Ale im dłużej człowiek dzisiaj obserwuje kampanie wyborcze, tym częściej musi dochodzić do wniosku, że w zdobywaniu władzy, tak naprawdę najskuteczniejsze są tylko łgarstwa. 
---------------

Kiedy kłamstwo jest tylko połowicznym kłamstwem, jest więc też częściową prawdą – a więc prawda?  Najwyższy urzędnik byłej premier Margaret Thatcher – lord Butler – miał na ten temat sprecyzowany pogląd. Gdy wyszło na jaw, że podczas wojny irańsko-irackiej rząd naruszał embargo (zresztą przez siebie ustanowione) na dostawy broni dla obu stron konfliktu i dostarczał uzbrojenie Irakowi – lord Butler przedstawił następujący wywód przed specjalnie powołaną w tym celu komisją śledczą:
Fakty trzeba traktowa
ć selektywnie. Nie oznacza to, że wprowadza się ludzi w błąd, lecz po prostu nie udziela się im pełnej informacji. Także połowa obrazu może odpowiadać prawdzie.

Dla dobra wspólnego
Oczywiście są sytuacje, które uzasadniają, by w
ładze mówiły tylko półprawdy, przemilczały prawdę lub wręcz kłamały w żywe oczy.  Na przykład w czasie wojny, gdy chodzi o zmylenie wroga lub kiedy inne względy nakazują ochronę narodowego interesu i bezpieczeństwa. Również Platon w traktacie „O państwie” przyznał rządzącym prawo do operowania kłamstwem wobec wrogów i własnych obywateli, o ile dzieje się to „dla dobra wspólnego”. Jednak zawsze pojawia się pytanie, czy łgarstwo istotnie służy dobru ogólnemu, a nie tylko celom partykularnym.
     W czasach gdy marketing polityczny nie różni si
ę od metod  i środków stosowanych np. w reklamach producentów mydła, często nawet sama osoba polityka staje się przedmiotem zakłamania. Pani Thatcher zastąpiła swój sposób bycia prowincjonalnej drobnej mieszczki wizerunkiem szlachetnej damy dzięki korepetycjom u logopedy, kosmetyce dentystycznej, stylistom mody i fryzur oraz obniżeniu swego pierwotnie skrzekliwego głosu. 

Opinie kontra fakty
Już pod koniec lat 60. i na początku 70. Hannach Arendt – filozof i politolog – zwróci
ła uwagę w publicznych wypowiedziach, wywiadach i dwóch w najwyższym stopniu godnych uwagi esejach „Prawda i kłamstwo w polityce” na to, że z powodu złożoności światowej polityki i gospodarki, a także nieprzebranej ilości źródeł informacji, zarówno zwykły obywatel jak i parlamentarzysta w coraz mniejszym stopniu są w stanie wyrobić sobie opinię bazującą na znajomości faktów. Ostrzega ona „Wolność opinii jest farsą, jeśli nie ma zagwarantowanej informacji o faktach”.
     Ludzie w
ładzy mają tendencję, by przedstawiać opinie jako fakty, a to co niewygodne opatrywać mianem opinii i tym samym eliminować je z dyskusji. Jak dalece może to zajść, można było przeczytać w raporcie... (...)
     Systemy  dyktatorskie forsują swoją wersję „faktów” za pomocą terroru i rugowania wszystkich alternatywnych źródeł informacji. W demokracji prawda prędzej czy później ujrzy światło dzienne. Przykładem choćby Watergate... czy wojna, którą USA prowadziły w Wietnamie.
(...)

Śledcze komisje prawdy
Czy prezydent George Bush i premier Tony Blair k
łamali, czy rzeczywiście wierzyli, że Saddam Husajn posiada broń masowego rażenia. (...)
Roger Bernheim © Neue Zürcher Zeitung, 16.07.2005

----------

TEMAT  TYGODNIA

Jak skutecznie wykończyć przeciwnika

Zawsze bądź zdolny do wszystkiego!
Dobra taktyka polega na doborze s
łów i sformułowań sugerujących, że przeciwnik dopuścił się rozlicznych grzechów, które trzeba sobie dopiero wyobrazić. Chodzi o to, by słuchacze nie tylko potępili twego antagonistę za coś konkretnego, lecz by z góry uznali go za winnego wielu innych, wyimaginowanych przewinień. W ten sposób w oczach wyborców utraci on swoją wiarygodność i gdy zechce zaatakować ciebie – będzie bez szans.   
Zawsze odwo
łuj się do uczuć odbiorców.
Polityczne subtelności, s
łuchanie argumentów drugiej strony i dzielenie włosa na czworo są nieprzydatne. Musisz wystąpić zdecydowanie i z miejsca rozłożyć przeciwnika na obie łopatki. Jeśli trzeba ci jakichś wzorów, pomyśl o stylu prasy brukowej. Zrób sensację z tego, co masz do powiedzenia. Obcesowo, ostro, jeszcze ostrzej!
Zawsze sk
łaniaj wyborców do spiskowego myślenia
Prowokuj s
łuchaczy do wyciągania wniosków. Pomóż im dojść do konkluzji, na jakiej ci zależało, ale tak, by im się wydawało, że doszli do niej samodzielnie.(...)
Zawsze rób z ig
ły widły
Oto sucha informacja : Prominentny polityk X musia
ł dziś zapłacić mandat, gdyż zaparkował swój samochód  na miejscu dla inwalidy. X dostał już wcześniej punkty karne za podobne wykroczenie”.
A teraz porównajmy to z drugą wersją: „Prominentny polityk X cynicznie postawi
ł swój samochód na miejscu wyraźnie oznakowanym jako miejsce dla inwalidy. W ten sposób co najmniej godził się z tym, że uniemożliwi załatwienie ważnej sprawy życiowej jakiemuś bezradnemu kalece, i tak już ciężko poszkodowanemu przez los. Jak się dowiadujemy, takie lekceważenie...  Był już karany za podobne wykroczenia – ale ile innych musiał popełnić, niezauważony przez naszych mało efektywnych stróżów prawa. Blokowanie miejsca dla inwalidy – to w oczywisty sposób tylko wierzchołek góry lodowej.  Wyobraźmy sobie, jakie zagrożenie może na co dzień stanowić dla nas i naszych rodzin, dla dzieci i staruszków polityk X – bezwzględny pirat drogowy...      
Zawsze ostrzegaj przed wielkim szwindlem
Informacja: Minister Y będzie musia
ł dokonać korekty swego zeznania podatkowego, w którym urząd skarbowy wykrył niedokładności. Jak się dowiadujemy, minister Y pomylił się na swoją niekorzyść”.
I ta sama informacja, przyrządzona wg naszej receptury:  Naszym reporterom udało się dotrzeć do kolejnego skandalu...  Otóż jak się okazuje, urząd skarbowy wykrył ewidentne fałszerstwo w zeznaniu podatkowym  ministra Y. Stronnictwo, którego działaczem jest minister, utrzymuje, że pomylił się on na własną niekorzyść. Ale kto uwierzy, by mogło to być działanie nieświadome? Czy nie sądzicie państwo, że myląc się w jakimś drobiazgu  na swoją niekorzyść, minister niewątpliwie usiłował odwrócić uwagę od jakiegoś grubego szwindlu?  A skoro zdolny on jest do takich machinacji we własnym zeznaniu podatkowym, aż strach pomyśleć, jak wygląda dokładność rozliczeń finansowych w jego resorcie, i jakie za tymi pozornymi błędami mogą się tam kryć przekręty”.         

-----------------------------------------------

 Masowe, czyli nijakie

Partie polityczne, podobnie jak masowe towary w supermarkecie,
przesta
ły się od siebie różnić. Żeby zyskać  naszą sympatię,
muszą obiecywa
ć gruszki na wierzbie.

                  SPECTATOR
-----------------------------------------------

Nie ma wątpliwości, kto wygra następne wybory parlamentarne: zwycięzcą będzie niemal na pewno Partia Niskiej Frekwencji. Obserwując obecną sytuację, nie należy się obawiać szturmu na lokale wyborcze. Brytyjczycy uważają , że wszyscy politycy są niekompetentni  i kłamią. Spektakularne potyczki w parlamencie nie mają dla nich najmniejszego znaczenia, ponieważ toczą je frakcje pozbawionych kwalifikacji kłamców.
     Spróbujmy jednak ustali
ć: dlaczego politycy kłamią?  Dlaczego są tak oderwani od oczekiwań zwykłych ludzi?  Przyczyny z pewnością leżą gdzieś głębiej. Ludzie nie głosują, bo „ONI wszyscy są tacy sami”. Ten banał jest powtarzany do znudzenia z tego prostego względu, że jest... prawdziwy.  
     Rzekomo zwaśnione stronnictwa starają si
ę sprawiać wrażenie, że istnieje między nimi nieprzebyta przepaść. Laburzyści twierdzą, że partia konserwatywna sprywatyzuje wszystko co się da, pozostawiając wybór tylko bogatym, gdy tymczasem biedni będą się musieli zadowolić tandetnym poziomem usług publicznych. Sęk jednak w tym, że w praktyce właśnie do tego zmierzają działania Partii Pracy. Konserwatyści obiecują decentralizację  wszystkiego, co popadnie, ograniczenie kompetencji rządu i przekazanie ludziom kontroli nad sektorem publicznym. Problem w tym, że laburzyści mówią to samo.

Strach się wychylić 
Każda partia obiecuje, iż dokona niemożliwego. (...)
Ludzie chodzą na wybory tylko wtedy, gdy uznają, że ich g
łos może coś istotnie zmienić. Z kolei politycy boją się akcentować zmiany i różnice, sądząc, że to będzie kosztować ich poparcie wyborców.
Podsycają wi
ęc rozpasany konsumpcjonizm.
     Politycy zak
ładają, że ludzie chcą tylko igrzysk i chleba albo pieniędzy i wolności. W rzeczywistości najbardziej liczy się dla nich jakość życia. Paradoksalnie elity unikają jak diabeł święconej wody tego, co najbardziej porusza społeczeństwo – kwestii moralnych, społecznych i kulturalnych. Ludzi głęboko obchodzi bezpieczeństwo ich dzieci, własna równowaga emocjonalna, brak poczucia przynależności, katastrofalny upadek kultury współżycia społecznego czy gorszące obrazy na każdym bilbordzie i programie TV.
     Wszystkie te kwestie politycy traktują jak pole minowe. (...) Jednak rząd nie ma zamiaru stawi
ć czoła problemom, które takie zachowania powodują: rozpadowi rodziny, narkotykom, wagarowaniu.
     Przeciwnie, popierając niepe
łne rodziny, marginalizując problem edukacji i wykazując brak konsekwencji w kwestii miękkich narkotyków, tylko dolewa oliwy do ognia.

Odważcie si
ę mówić
Konserwatyści nie są przy tym dużo lepsi. Wprawdzie ich liderowi należy si
ę uznanie za przemówienia, w których wyraźnie przeciwstawia się przesadnemu indywidualizmowi i próbuje umocnić wartości  budujące zdrową społeczność. Ale już na poziomie własnej partii spotyka się z wrogością  urażonych krytyką snobów.
(...)   
Melanie Phillps © The Spectator, 20.08.2005  

-----------------------------------------------

 Źródła

Neue Zürcher Zeitung
Szwajcaria, dziennik, 170 tys. egz. Za
łożony w 1780 roku, opiniotwórczy, konserwatywny. Spokojny i wyważony ton publicystyki, rzeczowe i miarodajne informacje gospodarcze i finansowe.
The Spectator
Wielka Brytania, tygodnik 60 tys. egz. Za
ł. W 1828 r. konserwatywny przegląd wydarzeń politycznych, gospodarczych i kulturalnych.

-----------------------------------------------

Po wyborach parlamentarnych 

Żeby sensownie wybierać, trzeba mieć w czym.
I si
ę
na tym znać!
(z mądrości ludowych)

      Wg sondażu „Polityki” (nr 39, s. 22)  70%  pytanych liczy, że po wyborach parlamentarnych ich osobista sytuacja poprawi się. Jeśli to „liczenie” się spełni, wypada tylko się cieszyć i mieć nadzieję, że i z pozostałymi  los obejdzie się łaskawie. Co ja sam myślę na ten temat,  jest mało ważne. Myślę jednak, że bez zbytniego  liczenia  na „niewidzialną rękę rynku” losowi należy trochę pomóc, aby faktycznie było lepiej. Myślę też, że w sprawach  gospodarczych najlepiej mogli by pomóc ekonomiści, gdyby zechcieli wznieść się ponad dogmaty i rutynę oraz myślenie w kategoriach tylko wybranych grup społecznych.

      Co ekonomiści mogli by konkretnie zrobi
ć, gdyby zechcieli wznieść się ponad podziały ideologiczne, przeróżne uprzedzenia i sztuczne założenia, skupiając się na analizie realnego świata?
      Po pierwsze musieliby nabra
ć pewnej  pokory wobec złożoności  tego świata i uzmysłowić sobie swoją, mocno niewystarczającą wiedzę o nim. Chodzi po prostu o faktyczną, a nie tylko hasłową współpracę  interdyscyplinarną, ze znajomością wszystkiego co istotne, a nie tylko o bazowanie na ogólnikach.
      Po drugie, odpowiednio dobrany interdyscyplinarny zespó
ł powinien starać się obiektywnie przeanalizować, jakie najistotniejsze problemy wymagają interwencjonizmu państwowego, w jakiej formie i rozmiarze oraz jakie kwalifikacje powinni posiadać interweniujący. Chodzi o to, aby z jednej strony nie ulegać dogmatom o niezawodności rynku, w sprawach, w których sam rynek wytwarza wadliwe mechanizmy, przynajmniej dla większości, a z drugiej nie dopuścić aby interwencjonizm  państwowy, na skutek niedostatku  odpowiednich kwalifikacji, spowodował więcej szkód niż korzyści. Niejako przy okazji, Zespół mógłby przeanalizować, które z rozpowszechnionych wyobrażeń ekonomicznych mają jako takie potwierdzenie w rzeczywistości, a które śmiało można uznać za „bajki” albo, ostrożniej, za  ideologiczne opinie. Można rozpocząć, np. od spraw:
      -  czy wzrost gospodarczy, liczony tradycyjnie (w PKB) zawsze zapewnia spadek bezrobocia i popraw
ę sytuacji ogółu? Co zrobić, jeśli okaże się, że przy pomocy tradycyjnie stosowanych metod i narzędzi ekonomicznych, po prostu nie można do końca tego wyjaśnić?
      -  czy wi
ększość ludzi oczekuje od życia bezwzględnej konkurencji o przetrwanie i maksymalny majątek, czy też wolałaby  trochę więcej stabilizacji i bezpieczeństwa socjalnego, czyli po prostu lepszego przeżycia swoich lat? Czy naprawdę nie można wypracować mechanizmów, które pogodzą konkurencję (tam gdzie trzeba), z jakością życia?
      -  jakie są skutki nadmiernego otwarcia gospodarki na procesy globalizacji i co praktycznie można zrobić, uwzględniając przeróżne powiązania i umowy międzynarodowe, a także różne interesy firm, udziałowców, akcjonariuszy, pracowników, konsumentów itp. Temat nabierze większej wagi  za kilkanaście lat, gdy problemy demograficzne w Europie skłonią do jeszcze szerszego importu taniej siły roboczej i przenoszenia fabryk, tam gdzie taniej. A może można,  przy odpowiednio mądrej polityce Unii Europejskiej, klęskę demograficzną Europy obrócić w sukces dobrobytu dla jej mieszkańców?
      -  czy gospodarka planowa naprawdę nieodwołalnie, zawsze i wszędzie oraz we wszystkich sprawach przegrała z rynkiem?  Jaki powinien być rynek?  Jaka powinna być gospodarka planowa?  Co zrobić, żeby takie były? Czy nie można sensownie połączyć jednego z drugim?
      -  procesy prywatyzacyjne!  Faktycznie, wi
ększość chyba nie najlepiej na tym wyszła, nawet jeśli krytyka o rozkradaniu (który to byłby rozbiór Polski?) jest nieco przesadna. Jak to teraz sensownie odkręcić, aby nie powstało jeszcze więcej szkód?  A tak w ogóle, czy prywatyzacja to rzeczywiście panaceum na wszystko?  Czy znając niedostatki zarządzania w sektorze państwowym (społecznym), i jego kłopoty w utrzymaniu się na rynku, ktoś nazbyt pochopnie, nie analizując do końca skutków, chciał się po prostu pozbyć swoich problemów  („Jest człowiek, jest problem. Nie ma człowieka, nie ma problemu”).  Przepraszam, jeśli ktoś, znając historię, skojarzył ten cytat  z czymś makabrycznym. Człowieka  nie trzeba zaraz zlikwidować, ani nawet zmuszać do emigracji, żeby przestał stanowić „problem”.

Co dalej, poza tym, że moja koncepcja  najprawdopodobniej uznana zostanie za utopię, i jako taka nie potraktowana zbyt serio, o ile w ogóle zostanie zauważona? Jak ją praktycznie zrealizować, jeśli jednak się przebije? – Nie wiem, poza ogólnikami oczywiście.

Nie rozwijam dalej tematów. To nie miejsce na tej stronie. Na innych swoich stronach zaprezentowałem już sporo literatury fachowej i nieco własnych uwag.  Uwagi te dość często idą pod prąd powszechnych wyobrażeń i uznanych zasad postępowania. Bynajmniej nie jestem pewny ich trafności, ale też i ich nie żałuję. Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powołać się na motywy przedstawione na stronie „Credo”, w części „Trochę szczegółów i refleksji”.

29 września 2005 r.
Anonimus 

-----------------------------------------------

UTOPIA

    W poprzednim odcinku wspomniałem nieco o „utopii”. Och, nic specjalnego. Takie sobie osobiste skojarzenia z przeszłości i teraźniejszości, gdy w sprawach niemal zupełnie oczywistych, tylko naruszających przyzwyczajenia, nie zdołałem jednak, kogo trzeba, przekonać. Szkoda. Stąd sceptycyzm. Kto choć „przekartkuje” moje strony, chyba wcale się nie będzie dziwił sceptycyzmowi, nawet jeśli nie w pełni podzieli konkretne poglądy. Wielokrotnie też słyszałem rady: „Ja bym to już dawno rzucił w cholerę. Po co sobie psuć nerwy i tracić czas!  Jeśli już, to chociaż za pieniądze”.
    Wracając do tematu. Analizy, których tematy wyżej zamarkowałem, uważam za celowe i to wcale nie tylko dla Polski.  Nie widzę też powodu, aby to szerzej uzasadniać.  Nie oczekiwał bym od takich analiz „cudu”, ale także i nie lekceważył samej idei. Jeśli ktoś sądzi, że to wszystko napisałem dla promowania  swoich stron, albo dla innych korzyści osobistych, to jego sprawa.

7 październik 2005 r.
Anonimus 

-------------------------------------------------------

POLITYKA  nr 49 (2533), 10 grudnia 2005, str. 122

polityka i obyczaje

Katarzyna Kolenda-Zaleska, dziennikarka TVN 24,
zwierza si
ę w „Tygodniku Powszechnym”:

Gdybyśmy chcieli – ja i moi koledzy dziennikarze prowadzący poranne i wieczorne rozmowy z politykami
- zacytowa
ć, co też ci politycy wygadują poza anteną, niejeden polityczny sojusz dawno ległby w gruzach.
Niejeden z nas przeciera
ł
by oczy zdumiony nie tyle nawet politycznym cynizmem, co zwykłą bezczelnością,
butą i chamstwem
”.

----------

Ostrożnie, panie i panowie. Ściany mają uszy! 
Jeszcze ktoś nagra wasze szczere wypowiedzi,
i mogą być k
łopoty.
Anonimus

-------------------------------------------------------

Trochę więcej  o kłamstwach (szerszy kontekst pod poz. 84 prezentowanej literatury, z której pochodzi wyciąg...).

Załgane prawdy. Politycy, biznesmeni i media kłamią, bo muszą.
    Forum nr 46 (15.11. – 21.11.2004).

Powiem
prawdę,
całą prawdę
i tylko prawdę

Politycy kłamią jak najęci. Media łżą jak psy. Biznesmeni odwracają kota ogonem.
Przyszło nam żyć w czasach, w których tak naprawdę liczą się tylko kłamstwa.
                                                 Observateur

     Na początek podgrzejemy nieco atmosferę. Spróbujmy wytropić kilka kłamstw, które pojawiły się w serwisach informacyjnych w ostatnich dniach.
     Kiedy przy lekturze gazet nasz
ł
a nas ochota, żeby uszczypnąć się i upewnić, czy to aby nie sen? Gdy George Bush ogłosił...  Gdy wyszło na jaw że Grecja fałszowała dane...  Kiedy Nicolas Sarkozy poparł jakoby... Gdy amerykański kolarz...  Kiedy francuski wysłannik...    

Szczyt manipulacji
     Nie trzeba więcej przykładów. W polityce, ekonomii, sporcie, show-biznesie – kłamstwo wszędzie aż bije w oczy. Nic nowego pod słońcem – westchną ludzie o filozoficznym usposobieniu. Bo niestety oszustwo jest obecne w każdym miejscu i czasie, a jego apogeum przypadło po raz pierwszy na okres zimnej wojny, gdy w ZSRR produkcję kłamstwa rozwinięto na skalę przemysłową.  Nie szkodzi. W tej dziedzinie, podobnie jak w wielu innych, nasza epoka weszła w stadium postindustrialne. Kłamstwo – niegdyś demonizowane – stało się orężem jak każdy inny w wojnie komunikacyjnej. Dziś jest ono wytwarzane metodami naukowymi przez ludzi reklamy, doradców do spraw wizerunku, rzeczników prasowych i adwokatów...
     Weźmy taki biznes. Kierownictwo Parmalatu przez lata og
ł
aszało wyssane z palca rachunki księgowe, oczyszczając w tym samym czasie konta jednego z największych europejskich przedsiębiorstw agroprzemysłowych. Dokładnie to samo robili prezesi Enronu w Stanach Zjednoczonych, a prezes Jean-Marc Messier tworzył złudną potęgę koncernu Vivendi Universal. Co się tyczy szefów Shella, największej w Europie kompanii naftowej, to oszukiwali oni rynki, zawyżając stan posiadania surowca.
     W polityce tradycyjna mowa-trawa ustąpi
ł
a pola coraz prymitywniejszym kłamstwom!  Czyż prezydent Jacques Chirac...  Więc dlaczego zachował potem dziwne milczenie... No i czy ze swej strony premier Jean-Pierre Raffarin...

Patologiczne łgarstwa
     Ale oczywiście szczytowym osiągni
ę
ciem tego gatunku była wojna w Iraku. Jej uzasadnienie to przejaw gigantycznej manipulacji ze strony administracji Busha i jego armii spin doctorów.  (...)
     A co robi
ł
y amerykańskie media trzymane w garści  przez wielkich gigantów...  (...)

Skutkiem powszechnej choroby kłamstwa jest zanik społecznego zaufania,
bez którego demokracja nie dzia
ł
a.

     A przecież zarówno demokracja jak i liberalny kapitalizm nie mogą funkcjonowa
ć
bez zaufania, czyli bez prawdy. Kiedy kłamstwo wykracza poza sferę prywatną, w rękach ludzi władzy, mistrzów i gwiazd , staje się bronią masowego rażenia. Niszczy wiarę w rekordy, osiągnięcia, przyjaźń, obietnice, motywacje i wyniki.
     Paradoksem tej epoki k
ł
amstwa jest fakt, że nasze społeczeństwa jeszcze nigdy nie deklarowały tak daleko posuniętego przywiązania do przejrzystości i nigdy nie tonęły w takiej powodzi fałszu.

Wciskacze kitu
     Już od momentu ujawnienia skandali polityczno-finansowych z końca lat 80. było wiadomo, że kredyt zaufania do polityków zosta
ł
mocno naruszony... (...)
     Rozdźwi
ę
k między biznesowym żargonem a rzeczywistością osiąga absurdalną skalę. Fale masowych zwolnień, ułuda nowej ekonomii, krach bańki finansowej, a od niedawna także obsesja przenoszenia miejsc pracy za granicę – to wszystko się z tym wiąże. A wielcy szefowie, wyposażeni w swoje złote spadochrony, są coraz częściej postrzegani jako wciskacze kitu.
     Wszystkie „cia
ł
a pośredniczące” uległy osłabieniu. Oczywiście system edukacji...  Ale także wymiar sprawiedliwości...  A nawet związki zawodowe...   Pojawiła się głęboka niezgodność między społeczeństwem i jego przedstawicielami.  Stąd ogólny brak zaufania i poczucie, że fałsz rozlewa się na wszystko, gdy zauważymy jedno kłamstwo – wyjaśnia socjolog Michel Maffesoli. Skutkiem tej podejrzliwości jest oczywiście absencja w wyborach.
     Jak zatem za
ł
atać starą umowę społeczną?  (...)  Od jutra już nie będziemy kłamać” – obiecują podejrzliwym społeczeństwom. Ale problem w tym, że obietnica zostaje natychmiast złamana.

Szczera gadka
Z konieczności, jak też z wyrachowania. Przypomnijmy. (...)

Czym się różni dyktatura od demokracji?
W dyktaturze mówią same k
ł
amstwa,
a w demokracji tylko nieprawd
ę
.

Kłamcy na naszą miarę
     Nasz atak na k
ł
amstwo opiera się w rzeczywistości na wielkiej hipokryzji. „Kłamiemy, abyśmy byli lubiani” – pisze Kant. Ale lubimy także być okłamywani. Wielkie zbiorowe oszustwa są dla nas użyteczne: przynoszą ulgę, gdy dręczą nas wyrzuty sumienia. (...)
     Czyż nie wolimy k
ł
amcy, który jest do nas podobny, jest człowiekiem na naszą miarę, niż bezkompromisowego moralisty? Jak inaczej wytłumaczyć polityczne sukcesy osób w przeszłości skompromitowanych? (...)
     Obnażanie k
ł
amstwa, z którym inteligencja nie może się pogodzić, jest dziełem rozumu. Tymczasem w większości przypadków, jeśli zgoła nie zawsze, emocje przeważają nad rozumem. (...)
Salvain Courage
© Le Nouvel Observateur, 7.10.2004

Chorzy na fałsz 
Obsesja przejrzystości życia publicznego to najwi
ę
ksze zagrożenie naszych czasów.
Rozmowa z filozofem Alainem Etchegoyenem i socjologiem MichelemMaffesoli.
                                                 Observateur

Dlaczego obywatele czują się dziś tak bardzo okłamywani (przez rządy, firmy, media...)?

Alain Etchegoyen:  Demokracji zawsze zagraża kłamstwo; ten ustrój „choruje na kłamstwo”. (...)
Michel Maffesoli: Od dwóch dziesi
ę
cioleci widzimy bardzo duży rozziew między elitą (tymi, którzy mają prawo mówić) oraz ludem (czyli tymi, którzy takiego prawa nie mają). To globalny kryzys przedstawicielstwa... (...)
(...)

-------------------

Dla odprężenia od spraw poważnych, dodaję także trochę tytułów o „kłamstewkach” w sprawach towarzyskich (To same Forum, str. 35-37.). Na cytowanie fragmentów – szkoda mi czasu. Chciałem tylko zauważyć, że „popyt stwarza podaż”, a jak konkurencja w podaży jest duża, a konsumenci niezbyt wybredni, to czasami stosuje się „chwyty” pod ich gusty. To dotyczy także polityki i gospodarki. Rzeczowi-nudni, prawdomówni  przegrywają. Barwni, schlebiający gustom - wygrywają,  a publiczność się dziwi, że politycy i media kłamią lub ubarwiają, nawet bez specjalnie złych intencji: zwykła konkurencja o pewny, zwykle przeważający typ słuchacza/widza. Jak oddzielić „rozrywkę” od spraw poważnych? Albo – jak barwnie i przekonywująco mówić niemiłe prawdy? 
Anonimus

Gwiazdy wyssane z palca

Plotkarskie gazety codziennie drukują sensacje i skandale o gwiazdach filmu i estrady. Dziennikarze zaczęli już wymyślać niestworzone historie, by zaspokoić popyt ze strony wydawców i czytelników.  Gdyby istniała Nagroda Nobla za oszustwo prasowe, szwajcarski reporter Tom Kummer dostałby ją jako pierwszy. 

          DER SPIEGEL

------------------------------

Kilka miesięcy temu Tom Kummer...
(...)
Podpalacz muru
(...)
Posta
ć z Dostojewskiego
(...)
Do
łóżka z Sharon Stone
Bajery Toma Kummera nawet Sharon Stone zapędziłyby do jego łóżka...
a Russell Crowe nie odmówi
łby mu drinka. 
Byliśmy magikami
(...)
Sport, którego nie ma
(...)
W labiryncie k
łamstw
(...)
Reporter Kummer wyko
łował wszystkich,
bo jak nikt umia
ł
nadawać kłamstwom pozory prawdy.
(...)
A Osang
© Der Spiegel, distr.by NYT Synd, 27.09.2004

----------       
Poważnie
     Poważnie to chcia
łem jedynie powiedzieć (po raz któryś, i bynajmniej nie odkrywczy), że przeciętny wyborca przeważnie przegra  z naukowymi  metodami propagandy; że jeszcze łatwiej przegra (nawet tego nie zauważając), jeśli naukowe metody propagandy będą wsparte odpowiednimi środkami (np. opanowaniem mediów); że przemoc i prymitywna propaganda charakterystyczne dla dyktatur okresów minionych, w demokracji zostały zastąpione bardziej subtelnymi metodami; że przeciętny wyborca jest porządnie skołowany walką medialną, która o jego głos w wyborach się toczy; że ma już tego wszystkiego dość; że sam zdaje sobie sprawę, że często wybiera tylko mniejsze zło; że wcale nie ma pewności, iż nawet przy wyborze mniejszego zła, nie jest zwyczajnie zwodzony; że wkrótce może sam będzie żałował swojego wyboru itd.  Chciałem  też powiedzieć (także nic odkrywczego), że bardzo wielu potencjalnych wyborców w ogóle nie głosuje, bo nie widzi szans dokonania racjonalnego wyboru, albo jest tak przytłoczona problemami życia codziennego i brakiem realnych perspektyw, że przestała komukolwiek wierzyć, łącznie z tym, że ich udział w głosowaniu może cokolwiek zmienić.
     Coś trzeba zrobi
ć, żeby ludzie zaczęli wierzyć w fachowość i przyzwoitość zarządzających, i kolejny raz się nie zawiedli!  Czy to w ogóle, w najbliższych latach, w Polsce jest możliwe? Co trzeba zrobić, żeby chociaż miało realną szansę bycia możliwym?
 

Załganych prawd – ciąg dalszy:
Łżą bo muszą
Dobre kłamstwo to podstawa demokracji
FINANCIAL TIMES
    Forum nr 40 (2.10. – 8.10.2006)

T E M A T     T Y G O D N I A
        
B U N T   M A S

Salon bez podłogi

Są takie momenty w życiu narodów, kiedy prymitywny populizm nie tylko nie szkodzi demokracji, ale wręcz jej pomaga. Czy dzisiejsza Polska jest tego przykładem?
      -  zastanawia się Klaus Bachmann.

Polski rząd to zagadka. (...)

Rozkwit indywidualizmu
...
Awangarda ewolucji
...

KIEDY ŚCIGA SIĘ Z SOBĄ DWÓCH POLITYKÓW,
PRZEGRYWA TEN, KTÓRY MÓWI PRAWD
Ę

Ofiary tego samego uk
ładu
...
Kiedy s
łabość jest cnotą
...                                  

TO NIE PRZYPADEK, ŻE NAJWIĘKSZE NIEZADOWOLENIE
Z DEMOKRACJI WYST
ĘPUJE W EUROPIE ŚRODKOWEJ

Łamacze tabu
...                                   

OSTRY PODZIAŁ NA ZWYCIĘZCÓW I PRZEGRANYCH
BUDZI NAJWI
ĘKSZE ROZGORYCZENIE W DAWNYM OSTBLOKU

                                    (...)
Dr hab. Klaus Bachmann,
wieloletni korespondent prasy niemieckiej w Polsce,
obecnie jako politolog wyk
łada w WSPS w Warszawie.
Autor kilku książek o integracji europejskiej
i stosunkach polsko-niemieckich: ...


T E M A T     T Y G O D N I A
        
B U N T   M A S

Jak się robi kiełbasę wyborczą

Społeczeństwa Europy Środkowej mają wybór: albo łykną kłamstwa establishmentu, albo dadzą się uwieść populistom
      -  uważa  Iwan Krastew, bułgarski politolog.

Najpilniej strzeżoną tajemnicą Unii Europejskiej nie jest to, że wprowadzenie euro okazało się wielkim rozczarowaniem, lecz fakt, że nowa Europa przemyślała sprawę i ma dziś wątpliwości, czy demokracja to dla niej najlepszy system. (...)

Wszyscy mają powoli dość

Wschód jest zmęczony reformami, o czym świadczą kryzysy polityczne w Polsce, Słowacji, Czechach i na Węgrzech. To smutna wiadomość dla strefy euro.    
                
Financial Times

Kiedyś widok dziesiątek tysięcy wschodnich Europejczyków demonstrujących przeciwko swoim rządom budził nadzieję i radość na Zachodzie.
    Ale z tym już koniec. (...)

Puści
ły hamulce
Źród
łem wstrząsów jest zmęczenie reformami. 17 lat po upadku komunizmu mieszkańcy regionu mają dość restrukturyzacji. Nie wszyscy tak samo korzystają z owoców przemian. Mało zarabiający, bezrobotni oraz emeryci czują się opuszczeni i pognębieni przez korupcję.
...
Wyborcy tracą cierpliwoś
ć
...
Zmarnowane szanse
...

T E M A T     T Y G O D N I A
        
B U N T   M A S

Dlaczego łżą?
Bo muszą!


Kłamczuch nie odniósłby sukcesu, gdyby nie współudział okłamywanego. 
Dowodem jest stosunek polityków do wyborców i na odwrót.
              
SPECTATOR

Jest oczywiste, kto wygra następne wybory. Zwycięzcą będzie partia absencji. Opinia publiczna niebezpiecznie odwraca się plecami do polityki. Panuje przekonanie, że politycy to seryjni kłamcy, do tego niekompetentni. Ludzie myślą, że gladiatorskie potyczki w parlamencie są piramidalnie nieważne, bo odbywają się między dwoma oddziałami kłamliwych nieudaczników. To rzecz powszechnie przyjęta. I w sumie całkiem prawdziwa.
    Są jeszcze inne, g
łębsze powody, dla których politycy kłamią i są oderwani od tego, czym żyją zwykli ludzie. Na pytanie, dlaczego nie mają zamiaru pójść do urn, wyborcy powtarzają w kółko: Wszyscy politycy są tacy sami. To prawda.  Politycy ze zwalczających  się partii są o wiele bliżsi siebie, niż by chcieli przyznać. Politycy kłamią  po pierwsze dlatego, że publiczność nie chce słuchać prawdy. Kiedy ściga się dwóch kandydatów i jeden mówi prawdę, drugi zaś to, co ludzie chcą usłyszeć, wygrywa ten drugi. 

Patrzcie na jego usta
...

PRAWDY POLITYKÓW MAJĄ TAK KRÓTKIE NOGI,
ŻE PRZYPOMINAJĄ K
Ł
AMSTWA

Pociąg do władzy

...
Dewaluacja prawdy
Dlatego odwo
łują się do rozpasanego materializmu i indywidualizmu. Chcesz mieć dziecko, choć jesteś samotna i masz już 55 lat? Nie ma sprawy, załatwimy ci zapłodnienie in vitro.  Chcecie, żeby sklepy były otwarte o każdej porze, kiedy przyjdzie wam ochota wydać pieniądze? Żaden problem, zniesiemy szabas i załatwimy pracę w niedzielę. Chcecie się pozbyć babci, bo irytuje was jej niedołęstwo umysłowe i cielesne? Nie ma przeszkód, pomożemy wam zagłodzić ją na śmierć dzięki nowym przepisom ustawy o opiece nad niepełnosprawnymi umysłowo.
    (...)  

--------------------------------------

Idź w zaparte

Elektorat nie wybaczy politykowi dwóch rzeczy: kłamstwa i przyznania się do błędu
      -  przypomina  Anne Applebaum

-  Spieprzyliśmy sprawę, i to nie troszeczkę, lecz całkowicie – jak bardzo chciałabym, żeby te słowa wypowiedział amerykański polityk.  Niestety ich autorem jest węgierski premier Ferenc Gyurcsány, który przyznał także, że on i inni politycy z jego rządu „kłamali rano, po południu i w nocy”. (...)
    Przypadek Węgier nie jest niczym nadzwyczajnym... (...)
    Bądźmy szczerzy: w Ameryce nikt nie zostanie wybrany nawet na hycla, jeśli będzie gadał o bolesnych reformach, poświęceniu i zaciskaniu pasa, nie mówiąc już o przyznawaniu się do popełnionych błędów. I nie chodzi o to, że wszyscy kandydaci na eksponowane stanowiska są notorycznymi kłamcami, choć niektórzy pewnie tak. Problem polega na tym, że społeczeństwo nie chce słuchać o reformach, poświęceniach i oszczędnościach. Nie znosimy i nie wybieramy ponownie polityków opowiadających takie rzeczy.
    W naszej kulturze politycznej, podobnie jak na Węgrzech, przyznanie się do błędu pozostaje tematem tabu. Polityk może płakać i szukać ratunku u psychologa, ale nie może przyznać, że jego polityka była błędna. Przyznanie się do błędu zawsze odbierane jest jako przejaw słabości.
 
na podstawie The Washington Post
Anne Applebaum,
amerykańska publicystka i dziennikarka.
Obecnie jest sta
łą felietonistką dziennika
„The Washington Post”. Za wydaną
w 2003 r. książk
ę „Gułag” dostała nagrodę
Pulitzera.
--------------------------------------

Nie chcę nikogo do nikogo lub do czego zrażać albo zachęcać. Sam mam też nie do końca wyrobione poglądy. Próbuję jedynie udostępniać materiały skłaniające do myślenia.   

 d.c.n. (prawdopodobnie)
październik 2006 r.
Anonimus 

=================

   Z powodów powyższych - dalszy ciąg prezentacji. Cytuję bardzo obszerne fragmenty z opublikowanej rozmowy Jacka Żakowskiego z Robertem B. Reichem na temat kapitalizmu i demokracji.
   Powstanie i uzupe
łnienia strony „Wybory” w okresie „gorączki” politycznej/wyborczej, nie jest oczywiście przypadkowe, ale i też bez poważniejszych aspiracji wpływania na czyjeś bieżące przekonania i wybory. Mam jedynie nadzieję, że kiedyś, także i w polityce, zacznie zdecydowanie dominować fachowość i obiektywizm, a nie zajadłć i manipulacje. Mam także nadzieję, że kiedyś, w przyszłości, również zwykli, przeciętni obywatele znajdą na to czas, żeby stać się mądrzejszymi i lepiej zorganizowanymi. Wtedy i politycy będą inni i inne metody uprawiania polityki.
    Do niektórych tematów „Kapitalizm niszczy demokracj
ę” zamierzam „kiedyś” powrócić, także w kontekście swoich innych stron. Na rozdrożu znalazła się nie tylko demokracja!
   Wracając bezpośrednio do treści prezentowanej niżej rozmowy.
Z przyczyn oczywistych moje możliwości zebrania nawet odpowiednich publikacji, z różnych punktów widzenia oceniających sytuacj
ę i proponowane rozwiązania, są dość znikome. Dlatego też, nie chcąc w ogóle, jako obywatel, uchylać się od prezentowania swego stanowiska, ograniczam się jedynie do kilku sentencji, mając nadzieję, że ktoś bardziej kompetentny ode mnie, temat podejmie.
  
   Łatwiej coś popsuć, niż później naprawić.
  
   Łatwiej dla rządu jak najmniej wtrącać się do gospodarki, niż nią sterować.
  
   Łatwiej dla zaradnych, gdy władza do ich gospodarki się nie wtrąca, niż gdy się wtrąca.
  
   Łatwiej dla mniej zaradnych, gdy władza im pomaga, niż gdy się nie wtrąca.
  
   Neoliberalizm można by stosunkowo łatwo pogodzić z ideą państwa opiekuńczego, gdyby jakieś ufoludki, nikomu nic nie zabierając, zapewniły budżetowi  odpowiednie środki na pomoc dla słabszych
  
   Rolę ufoludków, może by i mogła, przy obecnym stanie techniki, spełnić nawet sama ludzkość, gdyby opatrzność natchnęła ją pełnią rozumu, a poskromiła w niej przeróżne żądze.
  
   Wszystkie problemy ludzkości może nawet rozwiązać sama natura, gdy w końcu będzie miała dość problemów z ludzkością. 
14 październik 2007 r.
Anonimus

----------

KAPITALIZM
NISZCZY DEMOKRACJ
Ę

z Robertem B. Reichem o tym,
dlaczego demokracja sta
ła się w dużym stopniu
fasadą zas
łaniającą interesy różnych korporacji,
rozmawia
 Jacek Żakowski

N I E Z B Ę D N I K   I N T E L I G E N T A
Bezpłatny dodatek do tygodnika  POLITYKA,
Nr 39 (2622), 29 września 2007, Wydanie 13. Str. 3-8

Robert B. Reich (ur.1946) przez kilkadziesiąt lat łączył karierę profesora ekonomii, prawa i politologii z pracą w kolejnych amerykańskich rządach. Profesor Uniwersytetów Harvard, Brandeis, a obecnie Berkeley był kolejno zastępcą głównego radcy prawnego rządu w republikańskiej administracji Geralda Forda, dyrektorem departamentu planowania w Federalnej Komisji Handlu za prezydentury Jimmy’ego Cartera i ministrem pracy w rządzie prezydenta Clintona. W 1990 r. należał do założycieli kwartalnika (obecnie miesięcznika) „American Prospect” – dziś głównego pisma amerykańskich liberalnych demokratów. Otrzymał wiele nagród – m.in. w 2003 r. nagrodę Fundacji Vaclava Havla. Wydał kilkanaście książek. Światowym przebojem stała się przełożona na przeszło 20 języków „Praca narodów. Przygotowanie się do kapitalizmu XXI wieku” (wyd. pol. Wydawnictwo Adam Marszałek, Toruń 1996). W USA duże poruszenie wywołała dwa lata temu jego książka „Reason. Why Liberals will Win The Battle For America” zapowiadająca nadchodzące zwycięstwo lewicowych demokratów nad republikańskimi radykalnymi neokonserwatystami. We wrześniu ukazała się w USA jego najnowsza, od kilku miesięcy zapowiadana przez poważne amerykańskie media, książka „Supercapitalism. The Transformation of Business, Democracy, and Everyday Life”.  

   Jacek Żakowski: - Co to jest superkapitalizm?
  
Robert B. Reich: - A ile mam czasu?
  
Na odpowiedź na moje pytanie jakieś 30 sekund.
   Zatem, superkapitalizm to system, który w ostatnich kilkunastu latach stopniowo wypiera demokratyczny kapitalizm funkcjonujący na Zachodzie od II wojny światowej. Zdąży
łem?
  
Doskonale.
   Ale za jaką cen
ę? Ta odpowiedź była z grubsza taka, jak demokracja w obliczu superkapitalizmu. To znaczy, forma jest zachowana, ale istotna część zanikła. 
  
W jakim sensie pana zdaniem treść demokracji zanikła?  
   Może jeszcze ca
łkiem nie zanikła, ale wyraźnie zanika. Fenomen demokratycznego kapitalizmu, który w XX w. przyniósł światu niebywały postęp, pokonał dwa totalitaryzmy, wyzwolił prawie wszystkie upośledzone grupy i upowszechnił dobrobyt, polegał na trwałej synergii między demokracją a kapitalizmem. Demokracja ustanawiała zasady, a kapitalizm wypełniał je swoim dynamizmem. W ten sposób obywatel, który jest w każdym z nas, prowadził na forum publicznym niekończące się negocjacje z konsumentem i inwestorem, którzy też  w każdym z nas siedzą. Inwestor i konsument dbali o indywidualne interesy. A obywatel dbał o to, co ludzie muszą robić wspólnie. Jest wielka sfera potrzeb, których zaspokojenie musi być organizowane metodą polityczną, czyli dzięki porozumieniu dużej grupy ludzi. Jego osiąganiu najlepiej służyła demokracja.
  
Służyła czy służy?
   S
łużyła, dopóki istniała równowaga między obywatelem z jednej a konsumentem i inwestorem z drugiej strony. Dziś demokracja dramatycznie osłabła, bo konsument i inwestor w większości z nas i w skali społecznej zdominowali, a właściwie podporządkowali sobie obywatela. A bez obywateli nie ma demokracji. Trudno jest mówić o demokratycznym podejmowaniu decyzji... gdy jedni nie chcą, a drudzy nie mogą brać udziału w powszechnej publicznej debacie, jak to było jeszcze w latach 40-60, czy 70.
  
Pana zdaniem nie chcą i nie mogą?
   Pozycja obywatela i jakoś
ć demokracji degradują się od trzydziestu lat. Mam wrażenie, że doszliśmy do rozdroża. Nie da się już dłużej bezkarnie udawać, że demokracja działa tak sprawnie jak w latach 60.
  
Od początku lat 70. wiele osób zauważa słabnięcie i kryzys demokracji – począwszy chyba od słynnego raportu Huntingtona dla Komisji Trójstronnej. Ale demokracja przetrwała i rozprzestrzeniła się po niemal całym świecie.
   Wola
łbym powiedzieć, że wybory odbywają się w coraz liczniejszych państwach. Ale same wybory to jeszcze nie demokracja. Demokracja wymaga równowagi między polityką a rynkiem. To zanik tej równowagi, a nie – jak twierdził Huntington – zmiana kulturowa, powoduje kryzys demokracji. Kapitalizm zmienił się dramatycznie i zdominował mechanizm demokratyczny.
  
Pana zdaniem kryzys demokracji jest skutkiem rosnącego wpływu neoliberalizmu?
   Nie. Polityczna
kariera neoliberalizmu, sukcesy Margaret Thatcher i Ronalda Reagana były skutkiem, a nie przyczyną nowej sytuacji. Superkapitalizm narodził się w latach 70., zanim w 1979 r. pani Thatcher doszła do władzy w Anglii i zanim w 1981 r. Ronald Reagan został prezydentem Stanów Zjednoczonych.   
  
Więc skąd się wzięła ta zmiana?
   Z nowych technologii stworzonych przez amerykańskie instytuty rządowe w ramach zimnej wojny. W czasie wojny wietnamskiej, w połowie lat 70., zaczęto je masowo przekazywać do cywilnego użytku. Te technologie radykalnie zmieniły komunikację, telekomunikację, transport i finanse. Na skutek zmian technologicznych konkurencja zaczęła gwałtownie się zaostrzać, zmuszając przedsiębiorców do coraz intensywniejszego zabiegania o polityczne wsparcie. (...)   
  
Nowa gospodarka to jest termin odnoszący się do powszechnej informatyzacji i boomu komputerowego lat 90.        
   Ale ona nie zacz
ęła się od komputera osobistego ani od Internetu, tylko od potężnych stalowych kontenerów wielokrotnego użytku, które umożliwiają bezpieczne i szybkie przeładowywanie i transportowanie towarów ciężarówkami, koleją, samolotami i statkami kontenerowymi. Kontenery wymyślono w latach 50., ale na wielką skalę zaczęto ich używać dziesięć lat później, by z Ameryki do Wietnamu dostarczać zaopatrzenie dla armii. Przez pierwsze lata kontenery wracały z Wietnamu puste. Ale gdy w 1966 r. nasza armia w Wietnamie zaczęła się zbliżać do pół miliona żołnierzy, liczba płynących przez ocean pustych kontenerów stała się tak wielka, przewoziło je tak wiele firm żeglugowych, że wreszcie ktoś musiał wpaść na pomysł, żeby w drodze powrotnej zawinąć do Japonii i czymś je załadować. Jeszcze w 1967 r. żadna linia kontenerowa nie łączyła Japonii z Ameryką. Rok później było już ich siedem. Tak się zaczęła rewolucja światowego handlu, która zmieniła wszystko. To był początek procesu, który demokratyczny kapitalizm przekształcił w superkapitalizm. Dziś po świecie krąży już blisko cztery tysiące kontenerowców i 15 milionów kontenerów.

Deregulacja, która rozsadziła system
 
Pana zdaniem to kontenery zniszczyły demokrację?
   Od nich zacz
ęła się spirala coraz bardziej globalizującej się konkurencji, która zmusiła firmy do bardziej radykalnego zaangażowania się w politykę. Niech pan sobie wyobrazi, jakim szokiem dla amerykańskiej gospodarki był fakt, że w latach 70. proporcja pomiędzy importem a produkcją krajową zmieniła się z 1:7 do 1:3. A bez kontenerów to by się nie stało. (...)   Trudno się dziwić, że stojąc w obliczu zagłady, firmy zaczęły coraz więcej pieniędzy wydawać na politykę.       
   Wielkie przedsiębiorstwa zawsze wydawały pieniądze na politykę.
   Ale nigdy nie wydawa
ły tyle co obecnie. Bo nigdy nie były tak słabe, tak niepewne przyszłości i tak bardzo uzależnione od rządów. Jeszcze w latach 50. czy 60. wielkie przedsiębiorstwa były kolosami ze spiżu. Nie musiały martwić się o swoją przyszłość, bo rząd sam z siebie troszczył się o nie razem z potężnymi związkami zawodowymi. Niska konkurencja, możliwość podnoszenia cen, w dużej mierze regulowanych porozumieniami między rządem, związkami i zarządami przedsiębiorstw, powodowały, że przedsiębiorstwa były wrażliwe na postulaty płacowe i socjalne pracowników. Przed wojną wietnamską duża część amerykańskich robotników zrównała się z klasą średnią. Rosnąca konkurencja napędzana nowymi technologiami sprawiła, że to zaczęło się zmieniać. Kiedy do cywilnego użytku weszły komputery, a potem Internet, wielkie amerykańskie oligopole zaczęły tworzyć łańcuchy zaopatrzenia. Dziś połowa amerykańskiego importu to półprodukty, które amerykańskie korporacje wytwarzają w swoich zagranicznych fabrykach, a po zmontowaniu często znów wysyłają za granicę.         .   
  
To już jest skutek politycznych decyzji neoliberałów deregulujących gospodarkę w latach 80.
   Ale deregulacja nie była dzie
łem neoliberałów. Powtarzam: była skutkiem zmian technologicznych związanych z wojną wietnamską. Kiedy na przykład  dzięki badaniom finansowanym przez armię staniały masowo produkowane samoloty i obniżyły się koszty ich eksploatacji, a na rynku pojawiła się rzesza byłych wojskowych pilotów, zaczęły powstawać małe firmy lotnicze, gotowe świadczyć usługi dużo taniej niż takie kolosy jak...  Tylko że rynek lotniczy był regulowany. Ceny były ustalane urzędowo i trasy też były urzędowo przyznawane...  Więc mali zaczęli walczyć o deregulację. A duzi ich poparli, bo dusili się w gorsecie urzędowych...   Po kilku latach walki, w roku 1978..., rynek lotniczy został uwolniony. Podobnie za prezydentury Forda i Cartera stało się w telekomunikacji, w sektorze finansowym i w wielu innych regulowanych wcześniej dziedzinach gospodarki. Dzięki temu gospodarka ruszyła z kopyta i za czasów Reagana  Ameryka przeżyła wielkie prosperity, za które teraz płacimy.
  
Pana zdaniem deregulacja i zniesienie urzędowych barier dla biznesu okazały się dla Ameryki szkodliwe?
   Gospodark
ę w wielu dziedzinach popchnęła do przodu. W ciągu ostatnich trzydziestu lat dochód narodowy USA się przecież potroił. Ale deregulacja rozsadziła system społeczny i polityczny. Bo nic nie ma za darmo. Za każdą obniżkę cen i każdą okazję, która nas cieszy jako konsumentów albo inwestorów, ktoś musi zapłacić. Kiedy na przykład kupuje pan coraz tańsze bilety lotnicze w Internecie, traci na tym nie tylko agent w biurze podróży, ale też stewardessa, której pensja maleje z roku na rok. Każdy kij ma oczywiście dwa końce. Deregulacja, która pogrążyła miliony pracowników, dla konsumentów i dla inwestorów była niezwykle korzystna... (...) Od 1980 r. banki i instytucje finansowe zaczęły konkurować nie tylko stopami procentowymi, ale też nowymi formami oszczędzania. W 1970 r. zaledwie co szósty Amerykanin miał akcje. Dziś ma je więcej  niż co drugi. To dobrze pokazuje społeczną skalę zmiany.      
  
Co może być w tym złego, że coraz więcej ludzi ma akcje?
   Na pierwszy rzut oka nic z
łego w tym nie ma. Ale jeśli doda pan do tego informację, że piętnaście lat temu przeciętny inwestor sprzedawał akcje po mniej więcej dwóch latach, pięć lat temu po roku, a rok temu po mniej niż sześciu miesiącach, musi pan zauważyć, że uwolnienie rynku finansowego zmieniło relacje między inwestorami a przedsiębiorstwami. Dopóki obrót akcjami był trudny i kosztowny, były one – podobnie jak zgromadzone w bankach oszczędności – przede wszystkim rodzajem lokaty czy ubezpieczenia na czarną godzinę, które przy okazji przynosiły co roku paroprocentowy zysk.

Demokracja wymaga równowagi między polityką a rynkiem.
To zanik rej równowagi, a nie – jak twierdzi
ł  Huntington – zmiana kulturowa,
powoduje kryzys demokracji.

Inwestorom wystarczały niewielkie dywidendy i świadomość, że w razie czego mają bezpieczne rezerwy finansowe. Dziś inwestorzy domagają się od zarządów przedsiębiorstw, by wartość akcji stale i szybko rosła. Jeśli przedsiębiorstwo nie spełnia ich oczekiwań, bez wahania pozbywają się jego akcji. Prezesi spółek giełdowych doskonale wiedzą, że statystycznie biorąc ich szansa przetrwania na stanowisku przez następne sześć miesięcy maleje o 50 proc., jeśli trend wzrostowy zostanie zatrzymany i agencja ratingowa obniży rekomendację spółki z „kupuj” na „trzymaj”. Podobne ryzyko dotyczy pracowników funduszy inwestycyjnych...  Ta presja sprawia, że także wewnątrz przedsiębiorstw stosunki stają się nieporównanie bardziej brutalne. Zarządy po prostu nie mogą sobie pozwolić na to, by – jak to było jeszcze w larach 60. czy 70. – traktować przedsiębiorstwo jak wielką rodzinę, płacić pracownikom więcej niż to niezbędnie konieczne, oferować pakiety socjalne, dbać o miejscowość, w której mieści się firma i jeszcze zachowywać się patriotycznie, czyli na przykład preferować krajowych dostawców. Wielkie korporacje mają dziś specjalnych pracowników, którzy nieustannie wyszukują na świecie jeszcze tańszych dostawców. Wiedząc o tym, nawet najbardziej bojowe związki zawodowe, które 30 lat temu gwarantowały swoim członkom bajeczne przywileje, muszą godzić się na coraz gorsze warunki zatrudnienia.           
  
Dlaczego muszą?
   Żeby ich cz
łonkowie nie stracili pracy. Bo na zderegulowanym rynku epoki Internetu firma, która produkuje choćby o parę procent drożej niż konkurencja, może stracić wszystkich klientów równie szybko, jak swoje posady straci zarząd, który nie będzie wymuszał nieustannego obniżania kosztów. Przedsiębiorstwa znalazły się pod niewyobrażalną jeszcze niedawno presją wywieraną z dwóch stron jednocześnie. Ze strony klientów i ze strony inwestorów. A ich ofiarą w pierwszej kolejności padają pracownicy, którzy – jakkolwiek by to dziwacznie brzmiało – jako klienci i posiadacze akcji sami biorą udział w wywieraniu takiej presji na swoich własnych szefów. Ekstremalnym przykładem są pracownicy Wal Martu – największej na świecie sieci sklepów, która jest jednocześnie największym prywatnym pracodawcą w USA, Kanadzie i Meksyku. Wal Mart płaci tak mało, że pracownicy, aby przeżyć, muszą korzystać z pomocy społecznej.  Ale swoje zasiłki wydają w Wal Marcie, bo tam jest najtaniej. Ponieważ zaś dokonując zakupów kierują się tylko ceną, mimo woli biorą udział w wymuszaniu obniżania swoich własnych płac, a także płac u dostawców Wal Martu, którzy walcząc o zamówienia największego klienta konkurują cenami produktów. Wal Mart ma gigantyczne zyski. W zeszłym roku zarobił na czysto 11 mld dol. Mógłby więc podwyższyć płace pracownikom. Ale zarząd doskonale wie, że gdyby podwyższył płace i obniżył zyski, nawet jego pracownicy posiadający akcje zaczęliby je sprzedawać, ich cena by spadła i inwestorzy instytucjonalni bardzo szybko by doprowadzili do zmiany zarządu.

Rabunkowa eksploatacja zasobów

  
Niech mi pan wytłumaczy, co w tym właściwie jest złego?
   To, że stworzyliśmy taki model kapitalizmu, który wszystkich nas zmusza do coraz bardziej brutalnej, rabunkowej eksploatacji wszelkich możliwych zasobów. Pracowników, spo
łeczności lokalnych, środowiska naturalnego, kapitału społecznego, państwa i jego budżetu. Jeśli ostatnio w Ameryce zdecydowano się podnieść płacę minimalną, to przecież nie tylko z troski o najsłabiej zarabiających, ale głównie dlatego, że budżet już nie mógł udźwignąć kosztów pomocy socjalnej dla błyskawicznie rosnącej grupy pracowników zarabiających za mało, żeby się utrzymać. Ale płace to nie jest jedyny problem. Bo jednocześnie przedsiębiorstwa, pod presją konkurencji, ograniczały przywileje pracownicze, likwidowały zakładowe ubezpieczenia zdrowotne i emerytalne, ograniczały zatrudnienie, a przede wszystkim zmniejszały pewność zatrudnienia. Żeby zwiększyć wydajność, Lee Iaccoca wprowadził zasadę, że co roku zwalnia się 10 proc. pracowników. To znaczy, że nikt pracujący uczciwie nie może już być pewien zatrudnienia. Niepewność stała się cechą wyróżniającą amerykańską gospodarkę. A inne kraje chcąc utrzymać zdolność konkurencyjną, muszą iść naszym śladem. Nawet w Japonii, gdzie uświęconą tradycją było dożywotnie zatrudnienie, kurację tracącego konkurencyjność Nissana zaczęto od masowych zwolnień – decyzji wcześniej nie do pomyślenia. Przedsiębiorstwa przestały troszczyć się o ludzi. Ale ktoś musi to robić przynajmniej w elementarnym stopniu. Cechą nowej gospodarki stało się więc to, że rządy muszą coraz bardziej przejmować dotychczasowe społeczne funkcje przedsiębiorstw. Dzięki temu rentowność gospodarki rośnie, ale warto się zastanowić, czy ten wzrost wart jest ceny, którą za to płacimy. Ameryka jest na przykład dużo bogatsza od Anglii i nieporównywalnie więcej wydaje na służbę zdrowia, ale w każdej grupie społecznej – od biedaków po multimilionerów – stan zdrowia Amerykanów jest znacznie gorszy od stanu zdrowia Anglików. Lekarze uważają, że jest to efekt wyniszczającego Amerykanów stresu będącego skutkiem nadmiernej konkurencji. Ale to nie wszystko. Żeby zmniejszyć koszty, przedsiębiorstwa ograniczają też pomoc dla społeczności lokalnych i ochronę środowiska, wymuszają uchwalanie ustaw obniżających podatki i cła na import zaopatrzeniowy, zwiększają presję na zamówienia rządowe i takie zmiany prawa, które poszczególnym branżom, albo nawet pojedynczym firmom, umożliwiłyby obniżenie kosztów albo zwiększenie przychodów.
  
Biznes zawsze wywierał taką presję.
   Wszystkie zjawiska, o których mówimy, występowały wcześniej. Handel światowy też istniał. I konkurencja w sektorze finansowym również. Ale nieporównywalna jest skala, prędkość i łatwość, z jaką te zjawiska narastają, oraz brak reakcji obronnych będący skutkiem niespotykanego wpływu biznesu na politykę. Przy dzisiejszym poziomie konkurencji  los coraz większej liczby przedsiębiorstw w najbardziej konkurencyjnych dziedzinach gospodarki w decydującym stopniu zależy od skuteczności presji wywieranej na rząd. Trudno się dziwić, że korporacje wydają na to coraz więcej pieniędzy. (...)  
  
Wyborcy tego nie widzą?
   Nawet jeżeli widzą, to zwykle są bezradni. Przeciętny wyborca nie jest przecież w stanie ocenić argumentów, którymi politycy uzasadniają swoje stanowisko. A politycy są zdeterminowani, żeby wywiązać się z obietnic wobec lobbystów. Bez wielkich pieniędzy nie można dziś odnieść sukcesu w polityce. Pewnie znów pan powie, że polityka zawsze wymagała pieniędzy.    
  
Oczywiście. I to dużych pieniędzy.
   Ale nie aż tak dużych. To też jest skutek zmian technologicznych. Kiedyś o sukcesie wyborczym decydowały programy i liczba dłoni uściśniętych w czasie kampanii wyborczej. Dziś uściśnięte dłonie też się liczą, ale decydujące znaczenie mają budżety na reklamy w telewizji, oprawę medialną i tysiące billboardów. (...)                 
          

W korporacjach bez sentymentów

  
Mam wrażenie, że opiniuje pan sytuację, która istniała w złotym okresie neoliberalizmu, czyli w latach 90., zanim opinia publiczna zaczęła zwracać uwagę na manipulujących nią fachowców od PR, zanim powstał ruch „społecznie odpowiedzialnego biznesu”, zanim korporacje zaczęły dbać o opinię przyjaznych środowisku i prawom człowieka, wrażliwych społecznie, pomagających słabszym.
  
Pan rzeczywiście w to wierzy?
  
A pan nie wierzy, że korporacja może się kierować dobrymi intencjami?
   Nie mog
ę takiej sytuacji wykluczyć jako incydentu. Teoretycznie jakiegoś prezesa mogą ponieść emocje. Ale jeżeli jakaś korporacja chce przetrwać w warunkach takiej konkurencji, to w jej działalności nie ma miejsca na sentymenty. Musi zrobić wszystko, na co prawo pozwala, żeby maksymalizować zyski. Kto by sobie pozwolił na zbyteczne koszty lub kto by zrezygnował z jakiejkolwiek okazji powiększenia zysku, może być absolutnie pewien, że konkurencja wykorzysta to przeciw niemu.
  
Ale presja opinii publicznej wymusza na korporacjach postawy odpowiedzialne społecznie”.
   To jest z
łudzenie, któremu ulega szlachetnie myśląca część opinii publicznej. Nawet jeżeli korporacje czasem ulegają naciskom obywateli i na przykład pod wpływem zagrożenia bojkotem robią jakieś gesty, nie mają one wielkiego znaczenia i ich skutki zwykle długo nie trwają. Bo konsumenci są mniej konsekwentni w poglądach niż obywatele. Po zdarzeniach na placu Tiananmen na przykład Levi Strauss z dużym hukiem wycofał z Chin zlecenia na szycie swoich dżinsów. Na wielu konsumentach ta decyzja zrobiła wrażenie i zdecydowanie poprawiła wizerunek firmy.       

Kiedy w grę wchodzą interesy biznesu, zdziwionym obywatelom ukazują się dziwne, zaciekle się zwalczające ponadpartyjne koalicje, które w tym starciu nie reprezentują wyborców, ale wspierające je lobby.

Ale kiedy ci sami konsumenci zobaczyli w sklepach dżinsy Levisa o kilka dolarów droższe od dżinsów konkurencji, wybrali to co tańsze. Po paru latach Peter Jacobi, szef Levi Straussa od przeszło ćwierć wieku, musiał ogłosić powrót do chińskich szwalni. Ale już było za późno. Levis stracił tak dużą część rynku, że przestał przynosić zyski. Rok później Jacobi i tak musiał odejść.
   
Uważa pan, że presja wywierana przez obywateli – bojkoty konsumenckie, pikiety przed sklepami – nie ma większego sensu?
   Doraźny sens może mie
ć, ale jak długo może trwać skuteczny ekonomicznie bojkot czegoś, co jest tańsze? I jak długo korporacja, która zdecyduje się na chwilową rezygnację z możliwości pomnożenia zysków, może przetrwać na rynku, jeśli inni nie pójdą jej śladem? Zresztą, nawet gdyby wszyscy jej konkurenci zdecydowali się ze względów społecznych produkować coś drożej, to jest niemal pewne, że na zderegulowanym rynku pojawią się jacyś nowi gracze, którzy naruszą niepisaną umowę. Superkapitalizm działa bezlitośnie. A na dodatek w bardzo wielu sprawach opinia publiczna jest mocno podzielona. (...)  W każdej poważniejszej sprawie społecznej firmy znajdują się między młotem a kowadłem. Krytykowane są za wykorzystywanie taniej pracy dzieci. Ale gdy wycofują zamówienia z krajów albo firm, gdzie dzieci mogą być wykorzystywane, rusza fala krytyki, że ze względów marketingowych, w interesie swojego wizerunku, czyli z żądzy zysku, pozbawiły nędzarzy Trzeciego Świata nawet tego minimalnego zarobku, który uzyskiwały dzieci
  
Politycy podlegają bardzo podobnej presji.
   Zgoda. Tylko że politycy z natury rzeczy zawsze się odwołują do części elektoratu, a każda korporacja chce być akceptowana przez wszystkich konsumentów. Polityk opowiadający się za walką z globalnym ociepleniem ryzykuje utratę wyborców związanych ze szczególnie trującymi branżami, ale zyskuje głosy obrońców środowiska. To jest typowy mechanizm demokratyczny. Korporacja, która emituje dużo gazów cieplarnianych, niechętnie przyzna się, że woli szkodzić środowisku, niż zmniejszyć swoje zyski.  

To my, jako inwestorzy i konsumenci, wymuszamy na przedsiębiorstwach robienie tego, co jako obywatele uważamy za złe, a nawet głęboko niemoralne.

Będzie raczej produkowała i promowała zatruwające publiczną świadomość fałszywe dowody, że jej działalność nie ma związku z globalnym ociepleniem. Dlatego nawet takie oczywiste prawdy, jak szkodliwość palenia tytoniu, tak wolno przebijają się do społeczeństwa. Jakie jest w takiej sytuacji racjonalne zachowanie korporacji, która ma maksymalizować korzyści?
  
Ulegać silniejszemu.
   Niekoniecznie. Bo słabi też mogą narobić firmie kłopotów.  Jeśli firma chce w takich warunkach przetrwać, musi tworzyć pozory, inwestować w PR, budować wizerunek dobrego dla wszystkich. Głośno ustępować i po cichu dalej robić swoje. Ludzie są zbyt zajęci, by się w tym połapać i wykryć hipokryzję.         

Jak powstrzymać kryzys

  
Jednak media często ją negliżują.
   Media podlegają tym samym regu
łom co wszyscy. Po pierwsze, też muszą się liczyć z potęgą korporacji. Po drugie, muszą się liczyć z oczekiwaniami odbiorców. Nawet jeżeli odkryją hipokryzję jakiejś korporacji, mogą o tym napisać raz, dwa czy trzy razy, a potem muszą szukać innej sensacji, bo odbiorcy coraz szybciej się nudzą. Nikt nie chce w kółko czytać o nieprawidłowościach jednej korporacji. Zwykle wystarczy, że firma spokojnie przeczeka kilkudniowy atak, a potem wyda trochę pieniędzy na kampanię wizerunkową, żeby wszystko wróciło do normy. Firmy  nauczyły się już, jak radzić sobie z presją konsumencką. Wbrew pozorom, jej skuteczność staje się coraz mniejsza. I to nie dlatego, że korporacje są złe, tylko dlatego, że w nas samych – poza bardzo nielicznymi i niemającymi wielkiego znaczenia wyjątkami.- obywatele przegrywają z konsumentami i inwestorami. To my, jako inwestorzy i konsumenci, wymuszamy na przedsiębiorstwach robienie tego, co jako obywatele uważamy za złe, a nawet głęboko niemoralne. A firmy – działając pod presją wywieraną przez nas jako konsumentów i inwestorów – wymuszają na politykach działanie przeciw nam jako obywatelom i pozbawiają nas – jako obywateli – realnej możliwości wpływania na politykę. Superkapitalizm wywołał najpoważniejszy kryzys demokracji od czasu amerykańskiej wojny o niepodległć. Jeżeli nie powstrzymamy inwazji superkapitalizmu do polityki, za naszego życia z demokracji zostaną tylko zaklęcia i dekoracje. 
  
Ale jak można ten kryzys powstrzymać, skoro jego przyczyną jest radykalizacja rynku wywołana zmianami technologicznymi? Chce pan powrotu do regulowanych, kontrolowanych rynków i cofnięcie konkurencji do stanu z połowy XX w.?  
   To by był oczywisty absurd. Radykalizacja rynku jest źród
łem wyzwań, przed którymi stoimy, ale problemy tworzy nie wzrost konkurencji, tylko brak politycznej odpowiedzi na nową sytuację.
  
A jak pana zdaniem powinna wyglądać ta polityczna odpowiedź?
   Przede wszystkim trzeba polityce przywróci
ć jej rolę. Trzeba sprawić, żeby znów zaczęła reprezentować wspólne interesy nas jako obywateli. Trzeba odtworzyć równowagę między demokracją a kapitalizmem.  
  
Ale jak to zrobić?
   Merytorycznie to jest dziecinnie proste. Przede wszystkim ograniczając nap
ływ pieniędzy do polityki. Dlaczego godzimy się na to, by każda kolejna kampania wyborcza praktycznie we wszystkich krajach demokratycznych była droższa od poprzedniej? Musimy stworzyć mechanizm, który zatrzyma ten proces. 
  
Tylko jak?
   Myśli pan, że gdyby kandydaci nie mieli prawa wiedzie
ć, kto wpłacił pieniądze na ich rachunki wyborcze, to korporacje i firmy lobbingowe byłyby równie szczodre? Wystarczy zastąpić te rachunki ślepymi funduszami kontrolowanymi przez sądy, żeby bardzo osłabić więź zobowiązań między  politykami a korporacjami. Myśli pan, że korporacje byłyby takie szczodre, gdyby wydatki na PR, lobbing i wsparcie kampanii wyborczych musiały być szczegółowo zatwierdzane w powszechnym głosowaniu akcjonariuszy? Myśli pan, że politycy nie zaczęliby bardziej rzeczowo rozmawiać z wyborcami, gdybyśmy im zabronili posługiwania się billboardami i reklamówkami telewizyjnymi? Wystarczy kilkanaście takich regulacji, żeby obywatele odzyskali minimum kontroli nad polityką.
  
Gdyby to było takie proste, to obywatele dawno by wprowadzenie tej regulacji wymusili na swoich politykach.
   Ja myśl
ę, żeby wymusili, gdyby tego chcieli. A nie chcą, bo jako inwestorzy i konsumenci są tak zajęci innymi sprawami, że ciągle jeszcze nie zdają sobie sprawy, w jak fatalnym stanie znalazła się demokracja i jak szybko musimy coś zrobić, jeśli ją chcemy obronić.      

                    Rozmawiał   J a c e k    Ż a k o w s k i

---------------------------------------

 

Przed kryzysem? – czy już w trakcie?
A może to tylko zwykła recesja?

Chyba jednak kryzys!

Polska – na razie – dość dobrze się trzyma:
chyba jednak w znacznej mierze dzięki swemu szczęśliwemu opóźnieniu w rozwoju rynków finansowych
i niezbyt dużemu uzależnieniu od eksportu; społeczeństwo jest też dość rozsądne z życiem na kredyt.
Czy jednak mocniej nie odbije się nas sytuacja na rynkach światowych?   
  

Lato 2008 – początek wiosny 2009

    Jacek Żakowski ma naprawdę duży talent i wyczucie sytuacji, kiedy, z kim, na jaki temat i w jaki sposób przeprowadzać wywiady/rozmowy. Na moich stronach jest już kilka z jego rozmów..., a jeszcze, mam nadzieję, coś dojdzie. Podobają mi się też jego reportaże i artykuły(z książek mam tylko jedną: ...), pisane z polotem i mądrze, choć, oczywiście, tematy są trudne, kontrowersyjne...  Do moich stron to bardzo pasuje. Mam tylko pewne obiekcje, takie samo zresztą jak i do całego mojego prezentowania literatury i innych stron: czy nie nadużywam praw autorskich i wydawniczych...  Jakoś siebie usprawiedliwiam – podałem powody zaraz na początku swojej internetowej publikacji (prawie dziesięć la temu) – i prosiłem o wyrozumiałość. Teraz mam prawie pewność, że to nie ja, po amatorsku, hobbystycznie powinienem się był porywać „z motyką na słońce”, tylko Państwo – powinno było, co najmniej z pięć lat temu, co najmniej zapewnić w Internecie bezpłatny dostęp do wybranych pozycji fachowej literatury, a może nawet coś więcej fachowo zorganizować. Czy muszę to uzasadniać i podawać konkretne rozwiązania! Czy muszę udowadniać, że portale Internetowe i blogi, to, owszem, dobra rzecz, ale to jeszcze nie to! Czy muszę przekonywać, że argumenty typu „teraz na to nie czas, bo deficyt” itp., to ...  Czy, faktycznie jest pewne, że jeśli nawet odpowiednie władze się zgodzą i wyasygnują z budżetu odpowiednie środki, będzie z tego pożytek? Dlaczego może nie być...    

    Plik z tą stroną nosi nazwę „Wybory”. Każdy w życiu stale coś wybiera. W obliczu kryzysu,  społeczeństwa szczególnie uważnie powinny wybierać, a tu zdania są podzielone, może poza jednym: „Boże, spraw cud”. Zdania są podzielone nawet w sprawie deficytu: jedni są za, drudzy przeciw, trzeci zarazem „za a nawet przeciw”. Najśmieszniejsze przy tym jest to, o ile w ogóle jest z czego się śmiać, że wszystkie strony mogą mieć rację. Wcale nie żartuję. Joseph F. Stigltz, w końcu noblista, w książce „Szalone lata dziewięćdziesiąte” pisze o cudownej zamianie dużego deficytu budżetowego, odziedziczonego przez administrację Billa Clintona po jego poprzednikach, w olbrzymią nadwyżkę budżetową na koniec kadencji. Tytuł rozdziału 2 na ten temat jest też bardzo wymowny: „Dzieło cudotwórców czy szczęśliwe błędy?”. Dalej, Stiglitz, w książce wydanej w 2003 r. (w języku angielskim, polskie wydanie w roku 2006), pisze sporo o poprzednich kryzysach i historii walki z nimi, w tym o finansowaniu z deficytu, i o redukcji deficytu, w tym o argumentach i skutkach za i przeciw. Mówiąc w najwyższym skrócie, bardzo dużo zależy od konkretnych uwarunkowań, które bynajmniej nie często są prawidłowo rozpoznawane; poza tym są dogmaty, asymetria informacji, grupy interesów itd. Pisze też dużo o popełnianych błędach, skandalach, deregulacji i jej wykorzystywaniu, o kreatywnej księgowości, o wielu rozpowszechnionych mitach itd. – warto przeczytać.  Ostrzega, ale również przedstawia wizję, rozdział 12 „Ku nowemu demokratycznemu  idealizmowi”, widząc w niej nie tylko ekonomię, ale i losy ludzi, oraz całych społeczeństw.  (fragmenty z książki plus nieco późniejszych odniesień – poz. 106  prezentowanej literatury).
Anonimus

---------------------------------------

Ucieczka z domu wariatów

Najwięksi światowej ekonomii zastanawiają się,
co się w
światowym kapitalizmie popsuło i co należy naprawić.
Sęk w tym, że trudno co
ś znaleźć, co się nie popsuło
i czego naprawiać nie trzeba.*


Jacek Żakowski z
Nowego Jorku
    Polityka, z 28 lutego 2009

  
W niewielkim audytorium centrum italianistycznego Uniwersytetu Columbia przez 13 godzin z krótkimi przerwami debatowało kilkudziesięciu czołowych ekonomistów z Ameryki i Europy. Zaspanych Amerykanów obudziło o świcie zdanie otwierającego konferencję noblisty Edmunda Phelpsa, który stwierdził, że na standardowej ekonomii nie można już polegać. Okazała się bezużyteczna w analizowaniu dobrze działającej gospodarki, a co dopiero gospodarki działającej źle”.(...) Bankierów, udręczonych fatalnymi wiadomościami z Wall Street, gdzie indeksy właśnie osiągnęły połowę wartości, jaką miały nieco ponad rok temu, dobił przy obiedzie Paul Volcker. Szef prezydenckiej Komisji Odbudowy Gospodarczej i były prezes FED wyznał, że „nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek – łącznie z latami Wielkiego Kryzysu – sytuacja pogarszała się tak szybko w tak wielu miejscach świata”. A już przy kolacji George Soros oświadczył, że „obecny kryzys dowiódł, iż rynki z zasady się mylą i błędnie oceniają wartości”, więc ze swej natury wymagają interwencji państwa. Bankierów, udręczonych fatalnymi wiadomościami z Wall Street, gdzie indeksy właśnie osiągnęły połowę wartości, jaką miały nieco ponad rok temu, dobił przy obiedzie Paul Volcker. Szef prezydenckiej Komisji Odbudowy Gospodarczej i były prezes FED wyznał, że „nie przypomina sobie, żeby kiedykolwiek – łącznie z latami Wielkiego Kryzysu – sytuacja pogarszała się tak szybko w tak wielu miejscach świata”. A już przy kolacji George Soros oświadczył, że „obecny kryzys dowiódł, iż rynki z zasady się mylą i błędnie oceniają wartości”, więc ze swojej natury wymagają interwencji państwa.
    Gdyby tej rozmowy wysłuchał ktoś, kto ogłuchł na trzy miesiące i wciąż brzmią mu w uszach zapewnienia poważnych autorytetów, że w tym roku jakoś się przemęczymy, a w przyszłym już będzie lepiej – przeżyłby szok. Zwłaszcza, że Jeffrey Sachs dobił słuchaczy wyliczeniem pokazującym, że na skutek załamania giełdy i cen nieruchomości ze świata rynku wyparowało ponad 40 bln dol., czyli jedna trzecia PKB Stanów Zjednoczonych.
(„Wyparowało” ze świata wirtualnego szaleństwa. Gorzej, że to przekłada się, w jakimś stopniu, na rynek realny. Anonimus).  Dopóki nie odtworzymy tego kapitału, prosperity nie wróci. A odtworzenie go wymaga nie tylko inteligentnej symulacji, ale też nowej architektury światowej gospodarki. Zapewnienia, że wkrótce będzie lepiej, zostały więc zastąpione przez zgodnie przepowiadaną litanię ciężkich publicznych grzechów przeciw rozsądkowi i podstawowym regułom zdrowego kapitalizmu, jakie świat popełnił e ostatnich 30, a zwłaszcza 10 latach.                   
 
Moje zyski, wasze ryzyko

    Co się stało z ryzykiem – zapytał rano drugiego dnia debaty John Kay, doradca rządu szkockiego i Lloydsa. Było t jedno z głównych powracających jak bumerang pytań. Podstawą zdrowego kapitalizmu jest przecież połączenie korzyści i ryzyka. To żądza zysku skłania przedsiębiorców do podejmowania ryzyka. I dobrze, bo bez ryzyka niemożliwy jest rozwój. Ale coś musi ich powstrzymywać przed nadmiernym ryzykiem. Tym czymś w zdrowym kapitalizmie była obawa straty. W ostatnich 20 latach ten hamulec został praktycznie zlikwidowany.
    Dziś przedsiębiorca może się ubezpieczyć od każdego ryzyka. Co to  w istocie oznacza? Dokładnie tyle, że może podejmować nadmierne ryzyko ze świadomością kompletnej bezkarności. Zwłaszcza że od tych, którzy dobrze rozumieją, jak bardzo ryzykują, ryzyko przejmują agenci, którzy rozumieją je słabiej, bo zwykle mniej wiedzą o samym przedsięwzięciu. Oni jednak w gruncie rzeczy także niewiele ryzykują. Po pierwsze, działają na rachunek zatrudniającej ich firmy. Po drugie, ta firma również się ubezpiecza. Sprzedaje kawałki ryzyka reasekuratorom, którzy jeszcze mniej wiedzą o samym przedsięwzięciu. Oni często też się reasekurują, ale tym razem w firmach, które już nic o przedsięwzięciu nie wiedzą poza oceną, jakie otrzymały od firmy ratingowej.
    Na temat jakości ratingów i firm ratingowych opinia była wyjątkowo zgodna. Nikt się nawet nie skrzywił, gdy Richard Robb nazwał je nieodpowiedzialnymi monopolami wymagającymi silniejszej regulacji. Prawie każdy miał o nich coś złego do powiedzenia. Nieodpowiedzialne ratingi, są, oczywiście, problemem. Ale wynika on nie tyle z ich nietrafności, co z roli, jaką odgrywają. Stworzono je przecież po to, by inwestycje stały się sensowniejsze. W ostatnich latach ich funkcją stało się jednak zwolnienie inwestorów z odpowiedzialności, wyzwolenie od obowiązku myślenia, a nawet interesowania się tym, w co inwestowali. Ratingi – jak czarodziejska różdżka – uwalniają menedżerów systemu finansowego od ryzyka odpowiedzialności za nieudane transakcje. A błąd agencji ratingowej niczym jej praktycznie nie grozi. W rezultacie kapitalizm, którego dewizą była odwaga i roztropność, przestał potrzebować, a zwłaszcza nagradzać, odważnych i roztropnych. Bo nie potrzeba odwagi ani roztropności, skoro nikt nie ponosi poważnego ryzyka.            


Wina bez kary i kara bez winy

    Unieważnienie ryzyka jest tylko jednym z przejawów zerwania łańcucha łączącego zasługi z nagrodami i winy z karami. Gospodarka została tak przebudowana, że sytuacja ludzi, którzy podejmują kluczowe decyzje, w niewielkim stopniu zależy od skutków tych decyzji.  Menedżerowie rządzący dziś rynkami i przedsiębiorstwami tym różnią się od dawnych właścicieli, że otrzymują gigantyczne nagrody, gdy akcje ich firm rosną, ale nikt nie żąda, by te pieniądze oddali, kiedy akcje spadną. Kiedy firma upada lub popada w kłopoty, menedżerowie ze swoimi wielkimi pieniędzmi odchodzą do nowej pracy lub sami zakładają biznesy. Co gorsza, akcjonariusze popychający zarządy do generowania krótkotrwałych korzyści i długotrwałych strat coraz chętniej dzielą się stratami z resztą społeczeństwa. Jeśli postawili na wystarczająco duże przedsiębiorstwo, mogą być spokojni o swój stan posiadania, bo w razie kłopotów rząd będzie musiał pomóc z pieniędzy podatników. Szef Deutsche Bank Josef Ackerman uważa, że jednym z podstawowych problemów systemu stało się zdominowanie kluczowych sektorów gospodarki przez przedsiębiorstwa zbyt wielkie, nie tylko, by dało się nimi efektywnie zarządzać, lecz także, by pozwolono im upaść. Sachs zapytał: dlaczego Amerykanie produkują samochody, którymi mało kto chce jeździć?  Bo wiedzą, że im nic za to nie grozi.  I to się od dawna sprawdza. Wielki biznes krajów rozwiniętych zamiast generować postęp, wytworzył sytuację konserwującą przeszłość i zżera kapitał, którego brakuje na rozwój.
   Cudów jednak nie ma i ktoś musi za to wszystko płacić. Tu też ostatnie 30, a zwłaszcza 10 lat stworzyło istotną innowację. Im mniej kto miał do powiedzenia, tym więcej teraz płaci. Po pierwsze, zwykli obywatele, którzy choćby nigdy w życiu nie jechali amerykańskim autem, muszą się składać na amerykański przemysł samochodowy, podobnie, jak muszą się składać na banki inwestycyjne, choć w większości nie mają pojęcia, co to za instytucje. Po drugie, płacą nawet tracący nagle pracę ludzie w najodleglejszych  zakątkach krajów Trzeciego Świata, którzy może nawet w życiu nie słyszeli o bankach inwestycyjnych, o Wall Street, o Alanie Greenspanie ani nawet o kredytach i ratach.

Państwo musi znów stać się silne, by ograniczyć lobbing,
wziąć w garść szarą strefę globalnych finansów,
narzucić gospodarce bardziej konserwatywne standardy.
Ale dzi
ś żadne państwo samo temu nie podoła.

Jaka jest na przykład wina kilkudziesięciu milionów Chińczyków, którzy z powodu kryzysu już stracili źródło utrzymania?  Dlaczego za błędy Paulsona i oszustwa Madoffa płacą lądujący na bruku Hindusi czy Latynosi, a winni żyją z grubsza tak, jak żyli? (A jaka jest zasługa tych kilkudziesięciu milionów..., że w ogóle pracę dostali? Prawdopodobnie, gdyby nie procesy globalizacyjne, żyli by cały czas jeszcze gorzej...  Przestępców należy karać. Za skutki ewidentnych błędów osoby odpowiedzialne powinny ponieść konsekwencje finansowe czy też służbowe lub cywilne/polityczne.  Błędy niezawinione lub dopuszczalne w granicach rozsądnego ryzyka...  Można mieć pretensje do polityków... Można mieć pretensje do nauki, że nie rozpoznała wad systemowych, a nawet je popierała, z takich czy innych względów. Można mieć pretensje do elit, że tak łatwo ulegają  „sufitowym ideologiom” lub zwykłej propagandzie/reklamie. Można mieć też pretensje do całego gatunku homo sapiens... mniejsza z tym. Anonimus). Jaki wpływ mieli Tamile czy Tuaregowie na inflację nieodpowiedzialnych kredytów hipotecznych w Stanach Zjednoczonych?  Tu widać, jak bardzo będąca przecież sprężyną kapitalizmu purytańska zasada zasługi i nagrody albo winy i kary stała się teraz własną karykaturą. Ale nawet, gdy spojrzy się do jądra kryzysowej ciemności, bardzo dobrze widać, że kara odrywa się od winy. Bo trudno mówić o winie tych, którzy nie wiedzą, co czynią. (Na marginesie. Bardzo wielu ludzi cierpi nie za swoje winy. Tak było zawsze i chyba wszędzie. Przyszłe pokolenia też mogą cierpieć za to, w jakim stanie pozostawimy im naszą i ich planetę.  Anonimus). 

To się w rozumie nie mieści

    Ten wątek też był obecny od rana do wieczora. Zaczął go Leon Tilman, finansista z wieloletnią praktyką i akademicką biografią, autor bestsellera „Darwinizm finansowy”, stawiając brutalną tezę, że gracze rynkowi już nie rozumieją systemu, którzy stworzyli, a tym bardziej nie rozumieją go rządowi urzędnicy formalnie nadzorujący rynek.. Skoro zderegulowanego rynku nie rozumieją fachowcy, to jak mają się na nim poruszać zwykli ludzie, którzy aby normalnie funkcjonować, chcąc nie chcąc, muszą wkroczyć do tej niepojętej przestrzeni . (...)
    (...) Noblista Joseph Stiglitz uważa, że thatcheryzm i reaganomika zniszczyły kapitalizm i w jego miejsce ustanowiły cywilizację powszechnego hazardu . Obliczalne ryzyko zastąpiła powszechna niepewność. Dalej tak funkcjonować się nie da.
    Z tą tezą nikt poważny już nie polemizuje. Pod ciśnieniem kryzysu doktryna, która rządziła światową gospodarką przez ponad ćwierć wieku, rozpadła się jak domek kart na wietrze. Ale co z tym całym bałaganem zrobić? Nie jest prawdą, że nikt tego nie wie. Problemem jest raczej nadmiar reformatorskich idei, którym jeszcze daleko do stworzenia nowego doktrynalnego obrazu albo – jak mówi Phelps – nowej alternatywnej ekonomii. Mało kto ma już bowiem nadzieję, że uda się połatać system drobnymi manewrami, zwrot musi być zasadniczy. Nie chodzi tylko o kontrolę i ograniczenie swobody sektora finansowego. To powszechnie uważa się za konieczne. Trudno też dziś znaleźć obrońców systemu płacenia menedżerom za pomocą bonusów...   Rynkom trzeba założyć mocne cugle. Pytanie tylko, jak to zrobić, żeby nie ograniczyć przedsiębiorczości i innowacyjności.  Ale postulaty idą dziś dużo dalej.
    (...)
----------
Mnie też „w rozumie się nie mieściło”, gdy przed laty, między innymi na stronie pod poz. 80 prezentowanej literatury pozwoliłem sobie nawet na żarty, typu: 
 "socjalizm najwięcej rozłożyli ekonomiści, dzielnie wspomagani przez księgowych, co prawda niechcący i jakby mimochodem, a teraz zabrali się za kapitalizm". Chwilami jednak trochę się zastanawiam, czy w tych żartach nie ma „źdźbła” prawdy.
Anonimus
----------
    
 
Superwładza

    Ale inni są jeszcze bardziej radykalni.(...)
    Cokolwiek jednak ekonomistom, finansistom i politykom przychodzi do głowy, wymaga odbudowy państwa. Jak mówi Josef Ackermann, wniosek z tego kryzysu jest taki, że państwo musi wrócić do swojej aktywnej roli, przez ostatnie trzy dekady niszczonej pod wpływem rosnących w siłę uczniów Miltona Friedmana, których George Soros nazywa talibami rynku. Państwo musi znowu stać się dość silne, by ograniczyć lobbing, wziąć w garść szarą strefę globalnych finansów, narzucić gospodarce bardziej konserwatywne standardy. Sęk w tym, że dziś żadne państwo samotnie temu nie podoła. Na horyzoncie pojawia się więc całkiem nowy ponadpaństwowy porządek, o który najbardziej otwarcie apeluje Paul Volcker. Jego zdaniem, im silniejszy ponadnarodowy porządek zostanie przez ten kryzys wytworzony, tym lepiej będziemy sobie radzili w przyszłości.  Gdyby ktoś rok temu twierdził, że taki będzie amerykański pomysł na lepszą przyszłość świata, pomyślałbym, że jestem w domu wariatów. Ale dzisiaj coraz lepiej widać, że tamta rzeczywistość, która się rozpada, zmieniła Świat w dom wariatów, z którego musimy się wspólnym wysiłkiem wyrwać.    


Jacek Żakowski  

------
*
Drugi sęk w tym, że chyba nie tylko trzeba naprawiać..., ale całą doktrynę rozsądnie przebudować. Nie tylko doktrynę przebudować, ale także solidnie ją dopracować, zanim się rozpocznie eksperymenty na „żywych organizmach”.  Co z tego może wyniknąć? – Mam nadzieję, że coś rozumniejszego, niż dotychczas w historii świata było. Mam również nadzieję, że na najwyższych szczeblach teorii i władzy ..., tym razem nie zostanie zignorowana konieczność zapoznania się także z realnym życiem, w całej jego złożoności. Szkoda, że dopiero poważny kryzys światowy może będzie  tego impulsem .Jeszcze pięć lat temu było o wiele łatwiej, nie mówiąc już o wcześniejszych latach – zaraz po zakończeniu zimnej wojny, albo i wcześniej.   
Anonimus
 
---------------------------------------

Walka z kryzysem

Najkrótszy program wyjścia z największego kryzysu lat 30. XX wieku sformułowany przez francuskiego Ministra Finansów:

Banki zamykam. Bankierów przymykam.

FORUM nr 8 z 2009 r. (Najciekawsze przedruki z prasy światowej), z którego zaczerpnąłem ten cytat, na stronie tytułowej przedstawia publikację z DER SPIEGIEL:  

Banksterzy & filantropi

Ograbić biednych, rozdać bogatym

Sam DER SPIEGIEL ujął to tak:

Banksterzy i filantropi 

Banki na całym świecie wydają miliardy na premie , choć wykazują gigantyczne straty i  są skazane
na pomoc państwa i podatników. Na naszych oczach powstaje nowa wersja Robin Hooda:
rabuj biednych, dawaj bogatym.

    W artykule, liczącym w sumie 8 stron (łącznie z tabelami, wykresami, rysunkami i zdjęciami), jest dużo szokujących wątków - podobnie jak w książce J. Stiglitza, – „Szalone lata dziewięćdziesiąte”, na tle których nasze polskie znane afery, lobingi itp., wyglądają niemal jak „zabawa dzieci w piaskownicy”. 
    Z całego artykułu wybrałem  7 grzechów głównych świata finansów” oraz kilka  podtytułów i tekstów.

  7 grzechów głównych świata finansów

   
1  Buta
   
Upojeni swoimi sukcesami bankowcy nie zawsze okazywali skromność i powściągliwość, która przystoi osobom pełniącym najwyższe funkcje. Można ich zrozumieć. Są na ogół absolwentami najlepszych szkół – Uniwersytetu Harvarda w USA, London School of Economics w Wielkiej Brytanii, ENA we Francji – i byli opłacani po królewsku. Dopóki nie wybuchł kryzys, wielu z nich nie zaznało smaku porażki. Fascynacja (często podszyta zazdrością), jaką budzili u szaraczków, nie służyła zachowaniu trzeźwości umysłu.  I wreszcie wielu z nich upajało się ciasną, oderwaną od rzeczywistości teorią finansową, żyjąc w urojonym przekonaniu, że poskromili wszelkie ryzyko.
    Ta arogancja i wiara we wpływy w ostatecznym rozrachunku okazały się bardzo kosztowne, bo nie pozwoliły w czas się opamiętać. Richard Fuld, były prezes Lehman Brothers, a dziś wróg publiczny numer 1 w USA, ani przez sekundę nie pomyślał, że Departament Skarbu dopuści do bankructwa jego banku. Ten grzech okazał się śmiertelny. 
         

   
2  Chciwość
   
„Greed is good) (chciwość jest dobra) – mawiał Gordon Gekko, bohater kultowego filmu „Wall Street”  W ostatnich latach świat finansów gremialnie przyjął tę dewizę za własną. Poziom zarobków już dawno przebił  Poziom zarobków już dawno przebił stratosferę i nikomu zdawało się to nie przeszkadzać. W latach 1993 – 2007 sam tylko Dick Fuld zainkasował ponad 500 milionów dolarów. W 2005 roku bankierzy z londyńskiej City i nowojorskiej Wall Street rozdzielili między sobą 35 miliardów dolarów z samych premii. Nawet we Francji, gdzie nie osiągnięto takich szczytów chciwości, jest 500 finansistów zarabiających powyżej miliona euro rocznie. To pensje coraz bardziej odległe od zarobków ogółu śmiertelników. „Ostatnio rozpiętości były tak wysokie w `1929 roku” – przypomina ekonomistka Eisther Duflo. A przy tym nie mają one żadnego związku z rzeczywistymi zasługami i osiąganymi wynikami.  

   
3  Krótkowzroczność
   
Aby zwiększyć rentowność, finansiści chcieli przyspieszyć bieg czasu. Duże amerykańskie banki inwestycyjne mogły chwalić się stopą zwrotu rzędu 15 – 20 proc. – a nawet 30 proc. w przypadku Goldman Sachs! Nie liczyło się nic poza szybko realizowanym, wysokim zyskiem, nawet jeśli czasem oznaczało to destabilizację przedsiębiorstw zmuszonych przez inwestorów do samobójczej gonitwy za rentownością. Claude Bébéar, założyciel grupy ubezpieczeniowej AXA, mówi w tym kontekście o „dyktaturze perspektyw krótkoterminowych”, narzuconych wszystkim podmiotom gospodarczym ze szkodą dla długofalowych inwestycji i planowania.
    Także same banki stopniowo przyswajały sobie kult natychmiastowych wyników. Sprzyjał temu choćby rozkwit zmiennych części wynagrodzeń (czyli słynnych premii). W przypadku maklerów te bonusy, rozdzielane corocznie albo nawet co pół roku, skłaniały ich do podejmowania wciąż coraz większego ryzyka. Dążyli do osiągania szybkich zysków, nie martwiąc się o możliwe straty w przyszłości. Był to system wprost nakłaniający do złego.        


   
4  Zakłamanie
   
„Dobrobyt jest tuż za rogiem” – przepowiadał amerykański prezydent Hebert Hoover na kilka tygodni przed krachem w październiku 1929 roku. Tak samo od początku kryzysu w lecie 2007 roku finansiści nieustannie bagatelizowali jego skutki. Pamiętamy deklaracje europejskich bankierów zapewniających ze swadą, że kryzys na rynku subprimes ich nie dotyczy, a już po paru miesiącach ogłaszali ogromne straty. Cel jest być może zbożny – chodzi o to, aby nie podważać zaufania, które jest zwornikiem całego systemu finansowego. Ale efekty są zupełnie odwrotne: gdy mimo uspokajających zapowiedzi straty rosną, maleje wiarygodność dużych instytucji bankowych. Brak przejrzystości jest główną przyczyną kryzysu. Wpłynął na to przede wszystkim szeroki zakres stosowania sekurytyzacji. Jest to technika, która polega na podzieleniu ryzyka na cząstki i rozproszeniu go po całym systemie finansowym. Wynikiem tych operacji jest kompletny brak przejrzystości, potęgowany jeszcze przez korzystanie z usług oferowanych q rajach podatkowych, co prowadzi do zamrożenia wszelkiego obrotu kapitałowego.       

   
5  Zaślepienie
   
- Państwo nie jest rozwiązaniem naszych problemów, ono samo jest problemem – powiedział Ronald Reagan w swoim przemówieniu inauguracyjnym w styczniu 1981 roku, otwierając drogę do ćwierćwiecza deregulacji. – Państwo jest problemem – perorowali nadal bankierzy na kilka tygodni przed tym, zanim uwiesili się u rządowej klamki. Tymczasem 15 września 2008 roku upadł bank Lehman Brothers. Wiara w nieomylność wolnego rynku, stanowiąca centralny filar ideologii de regulacyjnej, załamała się wraz ze światowym systemem finansowym.
    W finansowym światku nauczanie Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana od dawna wyrodziło się w uproszczone i zasklepione wademekum, w którym na każde pytanie znajdzie się gotowa odpowiedź. Nieprzyzwoite wynagrodzenia? Są one usprawiedliwione przez międzynarodową konkurencję i niebywałe talenty rynkowych gwiazd – recytowali nasi obłędni optymiści. Bańki finansowe? To efekt „ułomności rynku” związanej z mieszaniem się regulatorów...
    Za tym wszystkim kryje się wiara w to, że dążenie do realizacji prywatnych interesów najlepiej służy dobru zbiorowości. Skłoniła ona niektórych – i to jest bez wątpienia jedno z wyjaśnień kryzysu – do myślenia, że egoizm i chciwość są najlepszym dowodem ich obywatelskiej postawy. Zgodnie z przepowiednią Gordona Gekko, że „chciwość zbawi Amerykę”. 
 
    6  Ignorancja
   
Dopiero gdy woda opada, widzimy, kto pływał nago”. Kultowy aforyzm Warrena Buffletta swietnie podsumowuje kryzys na rynku kredytów subprime. Bo o ile niektóre banki jakoś sobie poradziły, to inne popełniły ogromne błędy. Pędząc ku przepaści, niektóre amerykańskie instytucje, takie jak Merrill Lynch czy Morgan Stanley, zaciągnęły zobowiązania blisko trzydziestokrotnie przekraczające ich własne fundusze! Wśród europejskich instytucji finansowych wiele było takich – zwłaszcza w Niemczech, Szwajcarii, Wielkiej Brytanii – które rzuciły się na sekurytyzowane produkty zza Oceanu, często nie zerknąwszy nawet na ratingi.
    Szefowie francuskiego banku Natixis wpadli niemal na wszystkie możliwe pułapki: od subprimes, po piramidę Madoffa... ostatecznie straty tej instytucji w 2008 roku powinny się zamknąć na poziomie 2,5 miliarda euro.
    Kryzys obnażył jednak również inne dysfunkcje, które daleko wykraczają poza złe zarządzanie. No bo jak zwykły makler – taki jaki Jérôme Kerviel – mógł zakupić aktywa za blisko 50 miliardów euro i nikt tego nie zauważył? Jak europejskie banki, takie jak szwajcarski gigant UBS, mogły stać się nadzorcami funduszy powierniczych inwestujących wyłącznie w wątpliwe produkty Madoffa? Oto szereg tajemnic, które wciąż pozostają niewyjaśnione.           

    7  Lekkomyślność 
   
System finansowy jest zagrożony, wiele państw zaciąga długi, by ratować banki albo wręcz – jak Islandia – znalazło się w stanie bankructwa, narastają zaburzenia społeczne związane z gwałtownym wzrostem bezrobocia. To wszystko nie wystarczyło jednak, by szefowie sypiących się wielkich instytucji finansowych złożyli przeprosiny.
    Bankructwo Lehman Brothers? Zdanie Dicka Fulda jest to wina administracji i Kongresu, które niesłusznie pozwoliły na jego upadłość. Niepowodzenia Royal Bank of Scotland (RBS), który ogłosił 30 miliardów euro strat w 2008 roku? – To nie moja wina – odpowiedział z grubsza Fred Goodwin, prezes wyrzucony po tym, jak rząd na gwałt wpompował w ten bank 20 miliardów funtów. We Francji 4,9 miliarda euro strat w związku z aferą Kerviela nie przekonało Daniela Boutona o celowości odejścia z Banku Société Genéralé.  
   
Na podstawie L’Express  

   Inne wybrane fragmenty

    Cały świat ogarnęła bezsilna złość. Obywateli irytują zwłaszcza wypłaty bonusów. Na tle bilionowych szkód wyrządzonych przez bankowość inwestycyjną są to wprawdzie niewielkie sumy, ale odzwierciedlają chciwość i brak wstydu tej grupy zawodowej, którą niegdyś zaliczano do elity.
   
Rzadko społeczne oburzenie było tak zgodnie wyrażane: od zwykłego obywatela na ulicy po członków rządu, od kanclerz Angeli Merkel po prezydenta Baracka Obamę.    

    Banki zmarnotrawiły kredyt zaufania publicznego. „Banksterzy” – tak nazywa się teraz tę grupę zawodową, sugerując tym neologizmem, że są to gangsterzy w nienagannych garniturach. Dawniej byli to po prostu bankierzy – najbardziej nobliwi z grona najważniejszych przedstawicieli świata gospodarki. W centrum uwagi znalazł się zysk, a nie kredytowanie firm, a wraz z zyskami rosło ryzyko, którego unikanie było najważniejszym zadaniem w epoce bankierów z prawdziwego zdarzenia. Tymczasem w dobie bankierów inwestycyjnych żadne ryzyko nie było zbyt duże, zwłaszcza gdy się wydawało, że trzymają je w ryzach wymyślne produkty finansowe i modele matematyczne, których poziom komplikacji dawał jedynie pozór bezpieczeństwa.
    Czy jednak rzeczywiście nikt nigdy nie pokusił się o refleksję i nie zadał sobie pytania, czy ten piękny nowy świat bez ryzyka jest rzeczywiście prawdziwy? A może unikano takich pytań ...Przez dłuższy czas wszyscy czerpali korzyści z systemu: drobni i wielcy inwestorzy, a zwłaszcza sami bankierzy inwestycyjni...  To co na początku było uczciwym udziałem w zyskach, stawało się coraz bardziej systemem pozbawionej hamulców pieniężnej „samoobsługi”.

    Co się komu należy
    Gdy Henry Paulson, prezes banku inwestycyjnego Goldman Sachs, ustąpił z tego stanowiska w czerwcu 2006 roku, by zostać sekretarzem skarbu w amerykańskiej administracji, otrzymał nie tylko sowitą premię w wysokości  18,7 mln dol., ale mógł też przedterminowo odsprzedać zgromadzone prze siebie akcje Goldmana o wartości 480 mln dolarów. Czyli jedna osoba zarobiła pół miliarda dolarów w kilka lat. Jaka praca przynosi takie profity? Żadna, w każdym razie żadna uczciwa. Poczynania banków inwestycyjnych nie miały jednak nic wspólnego z rzetelnością, bo tworzone przez nich wartości były tylko imaginacją, która – kiedy przyszedł czas rozliczeń – doprowadziła cały system do upadku.
    Jest ironią losu, że to właśnie Henry „Hank” Paulson musiał jako sekretarz skarbu wypić piwo, które nawarzyli jego koledzy po fachu. Po bankructwie Lehman Brothers zaczęły się chwiać kolejne banki inwestycyjne. Musiały albo się łączyć, albo zmieniać model biznesowy i przyjąć państwową pomoc finansową. Paulson zorganizował 700 mld dolarów, aby zapobiec najgorszemu, ale to wcale nie wystarcza. Jego następca Timothy Geither chce zainwestować w zmurszały system finansowy dwa biliony dolarów. Takiej sumy państwo zresztą nie posiada. Nikt nie wie, czy to pomoże, by zapobiec załamaniu się gospodarki kraju i całego świata. I nikt nie umie powiedzieć, jak państwo zamierza  w przyszłości spłacić długi, które musi teraz zaciągać.  

    Nawet jeśli rządy zdołają zapobiec najgorszemu i ustabilizują system bankowy, to faktem jest, że światowa gospodarka tkwi w największym kryzysie od czasu depresji z lat 30. XX wieku. A wszystko to jest skutkiem systemu, wymyślonego przez bankierów inwestycyjnych, który największe korzyści przynosił im samym.  
    Jednak nie przyznają się do winy, a tym bardziej nie czują potrzeby skruchy. Tylko nielicznych .nawiedza myśl, że może powinni zwrócić pobrane premie, bo były wynikiem udawanych sukcesów. I to w sytuacji, gdy multum banków splajtowałoby, gdyby nie pomoc państwa.

    Obecnie wielu Amerykanom się wydaje, że istnieją już tylko dwa rodzaje menedżerów z Wall Street: do jednego należą ci chciwi i aroganccy, a do drugiego – przestępcy i oszuści. „Niegdysiejsze gwiazdy świata finansów” okazały się wielkimi łotrami” – podsumował dziennik „The New Yortk Times”.
    A gdy parę tygodni temu wyszło na jaw, że na Wall Street w kryzysowym roku 2008 wypłacono w sumie 18,1 mld dolarów premii, oburzenie wyraził nawet prezydent – To szczyt braku odpowiedzialności  - grzmiał wyraźnie rozgniewany Barack Obama, który w tym samym czasie musiał przekonywać rodaków do kolejnego ogromnego pakietu ratunkowego dla banków, mającego zapobiec kompletnemu załamaniu się gospodarki amerykańskiej.  

   
PIERWSZY KROK DO KATASTROFY
    Według Josepha Stiglitza, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii, sprawcą katastrofy jest nie kto inny jak słynny Alan Greenspan. Zaczęło się to wszystko, gdy w 1987 roku został on szefem Banku Rezerw Federalnych (Fed). Prezydent Ronald Reagan chciał się wtedy pozbyć kierującego Fed Paula Volckera. Ten wprawdzie skutecznie zwalczał inflację, nie chciał jednak odejść od koncepcji trzymania rynków finansowych pod kontrolą. Greenspan, zafascynowany filozofią wolnego rynku, patrzył na to zupełnie inaczej. Nowy szef Fed rozluźnił regulacje i w kolejnych latach coraz bardziej odkręcano kurek z pieniędzmi.      
   
    W 2003 roku entuzjastycznie nastawiony do wszelkiej deregulacji prezydent George W. Bush przybierał przed dziennikarzami pozę wyzwoliciela rynków. Podejmowane przez poszczególne stany próby ściślejszej kontroli kredytów na zakup domów były natychmiast torpedowane przez Waszyngton. Potem zrobiono następny krok w stronę katastrofy – poluzowano przepisy o kapitale własnym. W 2004 roku amerykański nadzór giełdowy SEC zezwolił wielkim bankom inwestycyjnym na trzykrotnie większe niż dotychczas zadłużanie się. To jeszcze bardziej rozdęło bańkę spekulacyjną na rynku nieruchomości. W kolejnych latach struktura systemu finansowego USA uległa fundamentalnej przemianie. Dominująca niegdyś bankowość komercyjna coraz bardziej traciła na znaczeniu na rzecz zuchwale sobie poczynających banków inwestycyjnych z Nowego Jorku.  

    Na początku 2007 roku pięć wielkich amerykańskich banków inwestycyjnych zarządzało papierami o łącznej wartości czterech bilionów dolarów. Około 40 proc. całego biznesu bankowego USA znajdowało się teraz w strefie wysokiego ryzyka.

    Straty twoje, zyski moje
    Banki inwestycyjne lokowały coraz więcej pieniędzy swoich akcjonariuszy w wątpliwe inwestycje. Kasowały gigantyczne zyski – i inwestowały je dalej, na coraz większą skalę. Stopniowo całkiem oderwały się od realnego świata... Liczyła się wyłącznie transakcja, bo za nią bankier na koniec roku dostaje upragnioną premię. Wątpliwości nie miały żadnej wartości: nikt nie dostanie nagrody za to, że zapobiegł kryzysowi.
    Ci, którzy podejmowali wysokie ryzyko, mogli w ciągu paru lat się dorobić. Co właściwie ryzykowali? Jeśli ich spekulacje były trafne, dostawali premie. Jeśli nie, to problem mieli akcjonariusze. 

    W bankowości inwestycyjnej wszystko kręciło się wokół premii. Zasadnicza pensja, u początkującego menedżera wynosząca niemałe przecież 150 tys. Dolarów, była dla nich tylko rekompensatą za ponoszone trudy. Prawdziwą zapłatą za pracę 60 godzin tygodniowo, za rezygnację z życia prywatnego i za wielki stres była premia, która mogła być pięć, dziesięć razy wyższa od podstawowej pensji. To premia pozwalała na luksusy, ferrari, wille, wszelkiego rodzaju zbytki. 

    W 2008 roku kryzys uderzył w końcu z pełnym impetem. Lehman Brothers i inne znane banki zniknęły. Wcale tym niewzruszeni bankierzy zainkasowali 18,4 mld dolarów premii – jest to szósta co do wielkości suma kiedykolwiek wypłaconych rocznych nagród. W grudniu 2008 roku agencja Associated Press donosiła, że 1,6 miliarda z pieniędzy, które amerykańscy podatnicy wyłożyli na ratowanie banków, trafiło do kieszeni najwyższych menedżerów. Uratowany dzięki około 230 miliardom dolarów z państwowej kasy Merrill Lynch zdążył wcześniej obdarować swoich najlepiej zarabiających sumą 3,6 miliarda.
    Dziś renoma branży jest zrujnowana. W Nowym Jorku świetnie sprzedają się podkoszulki z nadrukiem „Nienawidzę bankowości inwestycyjnej”.    

    Przedstawiony przez Geitchnera nowy plan ratunkowy dla branży finansowej zdecydowanie ogranicza wynagrodzenia menedżerów: w przyszłości banki, które otrzymują państwowe pieniądze, swoim szefom będą mogły płacić maksymalnie pół miliona dolarów pensji, łącznie z premiami. Opcje na akcje będą oni mogli spieniężyć dopiero wtedy, gdy państwo odzyska pieniądze. I nawet  takie tradycyjne przyjemności, jak korzystanie z firmowych odrzutowców, muszą zostać radykalnie ukrócone. Dla Wall Street i te złagodzone reguły idą o wiele za daleko. „The Wall Street Journall”, czołowy organ branży finansowej, przestrzegał przed ograniczaniem systemu premii.   Gazeta ostrzegała nawet, że likwidacja premii za wydajność „może utrudnić powrót gospodarczej prosperity”. Tytuł artykułu: „Chciwość jest dobra”.
    Do diabła, czy ktoś już kiedyś tego nie mówił?
   
Der Spiegel

---------------------------------------

Prezentuję obszerne fragmenty z artykułu Jacka Żakowskiego ZAKONY KAPITALIZMU, Polityka nr 21 (2706), 23 maja 2009, str. 38-43.
    Artykuł niewątpliwie jest  zgrabnie napisany. Chyba jednak sporo celowo przesadny, aby uwypuklić problemy i pobudzić dyskusję. Koresponduje z nim strona WWW.POLIYYKA.PL/DEBATA  z tematem: „Czy korporacje niszczą demokrację? Politycy, wielkie firmy, rynek – kto ma rację w sporze o władzę nad światem? (...)”.
    Osobi
ście sądzę, że typowe  kryzysy gospodarcze w kapitalizmie, spowodowane są głównie nie walką o władzę, lecz walką o pieniądze, a sama władza, w jakimś tam jej zakresie, jest tylko jednym z narzędzi do zdobycia pieniędzy. Tak samo wykorzystuje się, w miarę dyskretnie i nie nachalnie, ośrodki opiniotwórcze, w tym naukowe, do tworzenia ideologii sprzyjających osobistemu bogaceniu się „dla dobra ogółu”, z przymykaniem oczu na metody i rzeczywiste skutki dla poszczególnych grup społeczeństwa. Może zresztą niektórzy faktycznie wierzą, w to co piszą lub mówią!
    Korporacje były dobre, gdy przez wiele lat tworzyły bogactwo dla co sprytniejszych akcjonariuszy; stały się złe, gdy zbyt wiele osób, na zbyt duże kwoty przedobrzyło w spekulowaniu i ryzykowaniu. Niestety, skutki ponoszą także zupełnie niewinne ofiary. Niestety, daleko nie wszystko da się wytłumaczyć tylko zachłannością, chciwością, brakiem etyki czy kompetencji poszczególnych menedżerów czy „graczy” na rynkach finansowych, nieruchomości itp. Nie wszystkiemu są winne korporacje. Nie wszystkiemu są winni politycy, którzy, używając okre
śleń J. Stiglitza, uwierzyli w „szamańską ekonomię”. Nie wszystkiemu jest winna nawet biurokracja (państwowa, korporacyjna, samorządowa itp.). Problem polega chyba także na tym, że nauki o społeczeństwie, w tym nauki ekonomiczne, raczej mocno nie nadążają za rozwojem techniki. Niestety, co sprytniejsi (i pozbawieni skrupułów) to wykorzystują. Niestety, ideologia brutalnej konkurencji, sprzyjając postępowi technicznemu i organizacyjnemu (dla wyselekcjonowanych), niemal wymusza ograniczenie ludzkich uczuć nie tylko w stosunku do konkurentów, ale także w stosunku do zbędnych pracowników, zbędnego społeczeństwa itp. Niestety, jeśli chcemy zbudować lepszy świat, do naprawy jest bardzo wiele. Niestety, naprawiać trzeba także charaktery ludzi, poziom ich wiedzy, motywację, prawo, mechanizmy demokracji i rządzenia. W jakim stopniu jest to realne? 
    Do artykułu „Zakony kapitalizmu” wniosłem, w odpowiednich miejscach, kilka sygnalnych uwag (ustosunkowując się jedynie do niektórych zagadnień, a w niektórych wychodząc poza temat artykułu ), wyróżnionych jak zwykle w mojej prezentacji literatury inną czcionką i pseudonimem Anonimus. Zagadnienia te (jak i inne), zwykle kontrowersyjne, są w znacznej mierze analizowane na wielu innych moich stronach – mini przewodnik do całości strona „Credo”. Niestety, całościowe, spójne opracowanie przerasta moje siły. Podkre
ślam to w wielu miejscach: chciałem wnieść tylko pewne impulsy..., które podchwyci, a przynajmniej przeanalizuje, ktoś znacznie bardziej kompetentny.
    Wracając do artykułu ZAKONY KAPITALIZMU. Przypuszczam, że Autorowi chodziło przede wszystkim o uwypuklenie negatywnych cech (obok wielu pozytywnych)  KORPORACJI MIĘDZYNARODOWYCH, uogólnianych z ostatnich krytycznych uwag, które to korporacje wykorzystują zbyt mocno swoją potęgę kapitału i wiedzy, dla maksymalizacji zysku, stosując przy tym praktyki monopolistyczne, a zbyt mało dbają o interesy gospodarcze poszczególnych krajów i lokalnych społeczności. Skąd się, między innymi,  biorą takie a nie inne mechanizmy postępowania korporacji i oceny ich działalności, usiłowałem zamarkować na kilku swoich stronach pod ogólną, może niezbyt trafną  frazą „każdy kij ma dwa końce”. Ponieważ jednak definicji korporacji jest sporo, i nie wszystkie mówią o tym samym, podobnie zresztą jest z korporacjonizmem, kapitalizmem itp., warto, na wszelki wypadek, od
świeżyć pamięć, choćby tylko z popularnych encyklopedii (niestety, też w nich czasami odzwierciedlają się wpływy polityczne) , żeby nie dyskutować „każdy o czym innym”. Warto też przyjrzeć się uważnie przepisom o ochronie konkurencji, np. czy np. pod słusznym hasłem „zwalczania praktyk monopolistycznych” nie zmuszają one czasami pracodawców do „wyrzucania ludzi na bruk”, bo „mordercza wręcz konkurencja”, bo „trzeba ciąć koszty” – nie ma innego wyjścia.  (Wyjście jest: czasami w samym przedsiębiorstwie, czasami w nielegalnych porozumieniach konkurujących przedsiębiorstw -  nie namawiam – może się źle skończyć: zarzutem o praktykach antykonkurencyjnych,  ale generalnie rzecz biorąc  konieczne są rozwiązania systemowe w skali kraju, Unii Europejskiej  a nawet w polityce i porozumieniach globalnych). Nawiasem mówiąc w tematach o wolnej konkurencji, protekcjonizmie, interwencjonizmie, przeróżnych barierach...  itp., kryje się sporo hipokryzji..., nieporozumień, braku uzgodnień  i chyba nie do końca przemyślanych skutkach takich czy innych rozwiązań, łącznie z tymi, jaką konkurencję trzeba chronić, jakiej tylko pobłażać, a jaką ograniczać lub wręcz zwalczać – w imię ochrony człowieka.               
  Anonimus 
-------------

ZAKONY KAPITALIZMU

KRYZYS SPRAWIŁ, ŻE WŁADZA POLITYCZNA STARŁA SIĘ Z WŁADZĄ KORPORACJI.
PRZYPOMINA TO ŚREDNIOWIECZNE ZMAGANIA CESARZY Z KOŚCIOŁEM.


    We wrześniu 1122 r. papież  Kalikst II i cesarz Henryk V podpisali w Wormacji historyczny konkordat. Tak skończyła się trwająca ponad pół wieku walka cesarstwa z papiestwem o inwestyturę, czyli prawo obsadzania stanowisk kościelnych, a faktycznie o władzę nad światem. (...)
    Walka o inwestyturę to pierwowzór konfliktu, którego kolejna odsłona właśnie się rozgrywa. Na przełomie XX i XXI w. władza polityczna demokratycznego suwerena ściera się z nabierającym potęgi rynkiem. Drugą po państwie potęgą nowoczesnego świata. To widać z lotu ptaka. A ciekawsze analogie są głębiej.  

NIE-KAPITALIZM
    Czym się różni komunizm od kapitalizmu?  „W komunizmie banki są nacjonalizowane, a potem upadają. W kapitalizmie banki upadają, a potem są nacjonalizowane”.* Ten dowcip opowiedział mi prezes dużej korporacji. Ale w istocie nie jest to dowcip o bankach, lecz o korporacjach. Banków jako samodzielnych bytów de facto już nie ma. Ich miejsce zajęły korporacje udzielające kredytów, grające na giełdach, zbierające od nas depozyty, doradzające i prowadzące własne inwestycje.
   
(* Oczywiście, w „komunizmie” banki wcale nie upadały, bo były państwowe i nie mogły upaść. „Komunizm” to też tylko taki „skrót myślowy”.
 Anonimus).

    Instytucje, tradycyjnie nazywane bankami, są dziś właścicielami lub współwłaścicielami innych przedsiębiorstw. To działa też w drugą stronę. Banki są (współ)własnością korporacji wyrosłych z tradycyjnych przedsiębiorstw (jak General Electric, znany w Polsce jako GE Money Bank). Banki wyrosłe z przedsiębiorstw i będące własnością przedsiębiorstw są też często (współ)właścicielami swoich właścicieli. Choćby Volkswagen Bank. Wszystko to tak się poplątało, że mało kto wie, dla kogo pracuje, od kogo kupuje, z kim robi interesy.
    Dowcip o bankach, komunizmie i kapitalizmie jest więc dowcipem o ekonomiczno-politycznej hybrydzie, która gwałtownie rozrosła się w końcu XX w. Niewiele już tę hybrydę łączy z systemem, który opisywali klasycy nauk społecznych od Smitha, Marksa i Webera po Keynesa, Hayeka i Friedmana. Bo oni zajmowali się kapitalizmem. A ta hybryda ma z kapitalizmem coraz mniej wspólnego.
    (...)
    Na przełomie XX i XXI w. kapitalista stał się (poza nielicznymi wyjątkami) wasalem* menedżera wielkiej korporacji, który sam formalnie niewiele posiada, ale dysponuje korporacyjną potęgą.
   
(*Bez przesady zarówno z tym „wasalem” jak i „niewiele posiada”. Czołowi  menedżerowie po to zostają (między innymi) czołowymi menedżerami, żeby posiadać wiele, a nie niewiele, i przeważnie im się to udaje. Natomiast z tym wasalem jest chyba część prawdy, lecz raczej tylko w odniesieniu do drobnych kapitalistów, którzy są w gorszej sytuacji zarówno w stosunku doczołowych menedżerów dużych korporacji działających na ich terenie, jak i w stosunku do każdego dużo silniejszego od nich „partnera”, który na mocy faktycznej przewagi coś im tam dyktuje i wymusza.. Osobny problem to sytuacja drobnych akcjonariuszy. A tak nawiasem mówiąc, wiele problemów prawdopodobnie nie  toczyłoby się wcale tak źle, gdyby inwestowanie, za przyzwoleniem polityków, nie zmieniało się w masowe spekulowanie. Miały temu zapobiegać i przez wiele lat po „Wielkim Kryzysie” faktycznie znacznie zapobiegały odpowiednie regulacje. Nowa gospodarka, wymagała pewnych zmian regulacji, jednak pod wpływem doktryny fundamentalnego neoliberalizmu, zmiany regulacji – według. J. Stiglitza – zmieniły się w Stanach Zjednoczonych w deregulację. Skutki masowego hazardu,  przez powiązania gospodarcze świata, odbijają się, niestety, także na tych, którzy nie zawinili albo tylko częściowo poszli za przykładem najsilniejszej gospodarki świata. Problemem jest niewątpliwie, jak ukrócić spekulacje, żeby jednocześnie nie ograniczyć siły i znaczenia funduszy akcyjnych, czyli inaczej, jak funduszom akcyjnym skutecznie przywrócić ich pierwotny cel.
   Anonimus
).   

NIE-PAŃSTWO
    Politycy także mają kłopot z korporacjami. Tyle że oni przez ostatnie 20 lat raczej nie stawiali oporu. W większości krajów polityka głównego nurtu godziła się na zastępowanie demokratycznego kapitalizmu korporacyjną hybrydą. Ostatnim ważnym politykiem liczącego się kraju, broniącym kapitalizmu przed korporacjami, był prezydent Reagan (1981-1989), który w imię otwartego rynku i wolnej konkurencji łamał gnuśne i potężne monopole amerykańskich spółek.*
   
(*Prezydent Reagan ma niewątpliwie olbrzymie zasługi w obaleniu ZSRR, chociaż metodami balansującymi czasami na krawędzi wywołania konfliktu nuklearnego i prawdopodobnej zagłady całej ludzkości – Victory: poz. 62 prezentowanej literatury – lecz co do jego zasług gospodarczych zdania są podzielone. Raczej to on, dość wybiórczo co prawda, poparł w polityce skrajny neoliberalizm gospodarczy, ze skutkami na przyszłość (po dość długiej  euforii wybrańców „niewidzialnej ręki”), dla większości raczej nieprzyjemnymi. W Wielkiej Brytanii podobne zasługi w tej mierze posiada Margaret Thatcher. Od nazwisk tych dwojga, skądinąd wybitnych polityków, na określenie popieranego przez nich neoliberalnego kierunku gospodarczego uknuły się nawet powiedzenia „reagonomika” i „thatcheryzm”. 
    A tak, nawiasem mówiąc, czy Gorbaczow faktycznie „dał się nabrać” na „wojny gwiezdne”...,  czy tylko chciał je wykorzystać jako pretekst propagandowy do zakończenia wyścigu zbrojeń i przeprowadzenia reform w ZSRR, zdania są nadal podzielone.  Pewne jest tylko, że w pewnym momencie nad dalszym biegiem spraw stracił kontrolę.
 Anonimus)

NOWA WIARA
    Paliwem nowego ładu była potrzeba przygotowania się na koniec świata. U schyłku XI w. podporządkowanie wszystkiego Kościołowi miało być konieczne w obliczu zbliżającej się Apokalipsy. Tylko władza duchowna miała posiadać klucz otwierający grzesznikom drogę wiecznego szczęścia. U schyłku XX w. miejsce jeźdźców Apokalipsy zajęli heroldzi globalizmu, a rolę millenaryzmu (utrzymującej się po 1000 r. wiary w bliski koniec świata) zaczął pełnić globalistyczny endyzm, czyli przekonanie, że świat, jaki znamy, się kończy. Globalizacja w jej ówczesnej logice była równie niepodważalnym pewnikiem jak w XII w. totalna Apokalipsa w formie opisywanej przez Kościół. Tylko władza wielkich korporacji miała mieć klucz otwierający osieroconym przez państwo społeczeństwom do szczęścia konsumpcji. Podobnie jak 800 lat wcześniej świecka władza państwa stawała się przeszkodą na drodze do zbawienia, czyli zamożności.
    Szczyt korporacyjnej potęgi przyszedł pod rządami George’a Busha, którego otoczenie tworzyły osoby otwarcie reprezentujące wielkie korporacje. Nawet w latach 90. państwo całkiem nie abdykowało, ale politycy w konflikt z nową ideologią byli dezawuowani jako populiści. (...)
    „Populistów” nie palono na stosie, ale skazywano na polityczną banicję, ośmieszano, wykluczano. (...) Jeszcze dwa lata temu się, że gra dobiega końca. Państwo będzie dorżnięte, a inwestyturę, czyli władzę nad światem, definitywnie przejmą korporacje.    


JAK TO SIĘ STAŁO?
    Dużo wiadomo o procesach, które odrzucający bogactwo i przemoc Kościół przekształciły na progu średniowiecza w żądną władzy maszynę do pomnażania bogactwa przez podbój i zdolną rzucić rękawicę świeckiej władzy cesarzy. Proces przekształcania się kapitalizmu z opisywanego przez Smitha systemu opartego na pracowitości, skromności i odwadze kapitalistów w żądną politycznej władzy maszynę do kumulowania bogactwa cudzym kosztem jest dużo słabiej znany. Feudalną walkę o inwestyturę zna absolwent podstawówki. Podręczniki szkolne nie opowiadają jednak  dziejów trwającej 300 lat kapitalistycznej walki o inwestyturę. Przesłania ją ideologia oczywistości, która dominację korporacji nad rynkiem i państwem przedstawia tak, jak Kościół przedstawiał dominację papieża nad cesarzem. Jako objaw dobrego, bo zgodnego z naturalnym porządkiem biegu rzeczy. 
    Narzekając na oszustwa Madoffa, upadek korporacyjnych standardów i bezwstydną chciwość menedżerów, zwykle nie pamiętamy, że korporacje cieszyły się fatalną opinią już na przełomie XVII i XVIII w., kiedy Anglicy nazwali maklerów jobbersami, czyli kombinatorami. Niemal dokładnie 300 lat temu, w 1710 r., powstała Kompania Mórz Południowych – pierwowzór piramidy Madoffa. Dziesięć lat później jej upadek pogrążył finansowo sporą część angielskiej elity i spowodował przyjęcie przez parlament zakazu tworzenia korporacji  (tzw. Bubble act). Pół wieku później Adam Smith (którego korporacyjna ideologia przedstawia jako pierwszego ewangelistę), uzasadniając potrzebę utrzymania zakazu, pisał, że „niedbalstwo i rozrzutność” z natury muszą cechować działanie instytucji bez żadnych zobowiązań zarządzających „cudzymi pieniędzmi”. Nie było to wielkie odkrycie. Sto lat wcześniej brytyjscy komisarze do spraw handlu przestrzegali, że nie mogą być efektywne korporacje obracające „pieniędzmi ignorantów przyciąganych przez sprytnie rozsiewane pogłoski”.       

PRZEŁOM TECHNOLOGICZNY
    Jak wczesnośredniowieczna potęga zakonów gwałtownie urosła dzięki zastosowaniu w rolnictwie nowych technologii, tak potęga korporacji musiała pokonywać zakazy, gdy kapitalizm tworzył nowe technologie. (...)
    (...)


NIERÓWNA WALKA
    Na początku XX w. kapitalista przestał być panem systemu. Jego pełnoprawnym konkurentem stała się wielka, bezosobowa spółka, dysponująca faktycznie nieograniczonymi zasobami (bo może je uzupełniać, emitując akcje).  Dzięki korporacjom możliwe stały się inwestycje, o jakich wcześniej trudno było myśleć, ale od początku zdawano sobie sprawę, że wywłaszczając akcjonariuszy, czyli kapitalistów, radykalnie zmieniają one kapitalizm.
    W latach 30. XX w. sędzia amerykańskiego sądu najwyższego Louis Brandeis nazwał korporacje „tworami Frankeisteina”. Wymknęły się bowiem nie tylko spod kontroli akcjonariuszy, ale de facto też spod jurysdykcji państwa. Ich okiełznanie stało się jednym z celów prezydenta Roosevelta. Elity korporacyjne czuły się już jednak tak silne, że postanowiły odebrać prezydentowi władzę. Na przywódcę puczu wybrano czczonego przez weteranów gen. Smedleya Butlera, który się w ostatniej chwili wycofał i opowiedział wszystko liderom Kongresu. W spisek zamieszane były największe korporacje: Goodyear, Bethlehem, JP Morgan, Du Pont, General Motors oraz wielkie rodziny korporacyjnej Ameryki:  Rockefellerowie, Mellonowie, Huttonowie, Pew. 
    Operetkowy pucz Butlera stał się symbolem narodzin nowego porządku. Korporacje zaczęły odgrywać w kapitalizmie rolę przypominającą rolę zeświecczałych zakonów w systemie feudalnym. Z jednej strony formalnie były częścią rynku (jak zakony formalnie były częścią Kościoła), choć w istocie dążyły do monopolu i zwalczały rynek, podobnie jak zakony, które walczyły o wyrwanie się spod kurateli hierarchii kościelnej. Z drugiej strony, w walce rynkowej korporacje wymuszały pomoc państwa (przeciw związkom, innym krajom, konkurentom i akcjonariuszom), ale jednocześnie – podobnie jak zakony – dbały o to, by wyrwać się spod kontroli rządów, z nawet je kontrolować. 

REWOLUCJA MENEDŻERSKA
    W latach 70., zgodnie z teorią Burnhama, zarządzający korporacją menedżer zajął w nowym systemie miejsce kapitalisty. James Burnham (w młodości trockista, potem konserwatysta) przewidywał w latach 40., że rewolucja menedżerska doprowadzi do zlania się kapitalizmu z ustrojem sowieckim w światowy system menedżerski. I chyba miał rację. (Raczej wątpliwe: „sowiecki system menedżerski” bazował na ideologii wyrównującej nierówności i sporo nawet mu się powiodło, choć przesadnie, powodując osłabienie motywacji (złośliwcy twierdzą, że powiodło mu się równanie w dół. Raczej to głównie złośliwość: zależy kogo i do kogo porównujemy). System kapitalistyczny bazuje zdecydowanie na motywacji bogacenia się poprzez konkurencję. Szczegółowe mechanizmy tego bogacenia się działają zupełnie inaczej – w kierunku wzrostu nierówności i to bardzo znacznego, szczególnie w ostatnich dekadach. Do tego dochodzą zupełnie zasady ideologiczne i rozwiązania ustrojowe, uniemożliwiające „zlanie się” bez zmiany całego ustroju społeczno-gospodarczego. Powstanie nowego ustroju, np. pośredniego pomiędzy „kapitalizmem z ludzką twarzą” a „socjalizmem z ludzką twarzą” jest  zawsze możliwe, ale to raczej nie rewolucja menedżerska do tego może doprowadzić, tylko nowy ustrój zmieni system menedżerski – szczególnie w kierunku bardziej sensownej motywacji, w tym prospołecznej.  Anonimus). Na gruzach socjalizmu, podobnie jak na gruzach kapitalizmu, królują dziś ludzie, których potęga wynika ze sprawowania kontroli nad cudzą własnością. Podobnie jak władza przełożonych zakonnych czy hierarchów kościelnych.     
    Korporacje przypominają zakony. Mają kultury korporacyjne przypominające reguły zakonne, mają władze..., mają techniki budzenia pragnień ...  Przypominają też jednak gospodarki typu sowieckiego. Centralne planowanie i interwencyjne ręczne sterowanie ... kult przywódców, koterie, mimikra, biurokracja, konformizm, nieustanne zebrania, przenoszenie odpowiedzialności w górę, szukanie bezpieczeństwa w uzasadniających każdą decyzję ekspertyzach, dających zarobek wielkim firmom doradczym, i zorientowanie raczej na zadowolenie szefów niż sensowne działanie.      
    W odróżnieniu od kapitalisty menedżer nie jest zainteresowany tym, jak przedsiębiorstwo będzie wyglądało w przyszłości.*
(* Nic prostszego, żeby go zainteresować. Trzeba tylko chcieć i umieć. To samo dotyczy motywacji zwykłych szeregowych pracowników. Krótkowzroczność systemów motywacyjnych, wady analityki ekonomiczno-finansowej, możliwości retuszowania wyników itp., są zbyt duże. Poza tym kapitaliści-akcjonariusze, średnio rzecz biorąc,  zainteresowani są  przede wszystkim swoimi akcjami, a nie konkretnym przedsiębiorstwem. To też  system o różnych przeciwstawnych konsekwencjach dla funkcjonowania gospodarki i społeczeństwa. Menedżerowie to widzą. Od dostosowania się w znacznej mierzy zależy ich kariera, czy pójście na dno. Jaki system, taka i lojalność, takie i zarządzanie.  „Każdy kij ma dwa końce”. O tej frazie zapominają często ci, co się tak łatwo zachwycają nowymi ideami, bez głębszej znajomości ich mechanizmów. Anonimus). Interesuje go awans, zachowanie pracy albo znalezienie lepszej (choćby u konkurencji), roczna czy kwartalna premia. Bardziej więc przypomina aparatczyka systemu sowieckiego niż przedsiębiorców opisywanych przez Smitha. Efekt jego pracy też nie przypomina tego, co mieli na myśli Smith czy Weber. Przeciętna wielka korporacja jest zbyt zbiurokratyzowana, by mogła się rozwijać w normalnej rynkowej konkurencji. Tworzy więc pozory rozwoju, pompując ceny akcji, kupując zdrowe przedsiębiorstwa, łączą się z innymi lub walcząc o nowe rynki, które pozwolą jej powiększyć dochody mimo niskiej efektywności.          

PSYCHOPATA BEZ SUMIENIA
    W naturze korporacji jest coś jeszcze, co sprawia, że przypominają one państwa totalitarne. Jest to poczucie nieodpowiedzialności, które – jak pisze Joel Bakan – nadaje im rysy „osób psychopatycznych”, pozbawionych nie tylko refleksu moralnego, ale też zwykłego wstydu. W psychopatycznej strukturze – jak wykazał Zimbardo – zdrowi ludzie zachowują się psychopatycznie.    
    Menedżerowie korporacji – jak aparatczycy – robią służbowo rzeczy, których większość by nie zrobiła prywatnie. Gdyby prywatny przedsiębiorca wyrzucił na rok przed emeryturą człowieka, który przepracował u niego całe życie, każdy by orzekł, że to niemoralne. Gdy to samo zrobi menedżer, nie ma mowy o niemoralności. Jest to „smutna konieczność”.    
    To samo dotyczy współpracy z najbardziej ludobójczymi rządami, domagania się pracy niszczącej osobiste życie pracowników, oszukiwania klientów, niszczenia środowiska, korumpowania urzędników, lekarzy, nauczycieli.  Dla korporacji – przeciwnie: niemoralne: niemoralne byłoby zostawienie zbędnego pracownika, rezygnacja z intratnej transakcji czy z jakiegokolwiek zarobku. Bo to pozbawiłoby dochodu właścicieli, którzy powierzyli menedżerowi pieniądze w przekonaniu, że da im największy możliwy zysk.*
(* Proponuję się zastanowić: czy normalnemu umysłowo pracownikowi najemnemu, pracującemu w normalnych warunkach dla normalnego właściciela bardziej może zależeć na przysparzaniu „największego możliwego zysku” właścicielowi, niż zależy na tym samemu właścicielowi? Menedżerowie, przynajmniej do pewnego etapu swojej kariery, są tylko pracownikami najemnymi. Są też zwykłymi ludźmi. Korporacja jest tylko organizacją ludzi. Trudno przypuszczać, że do władzy w korporacjach dorwali się głównie „psychopaci bez sumienia”. Jeśli nawet w znacznej mierze tak jest, coś taki system kreuje.  Coś go usprawiedliwia. Coś w ideologii i zarządzaniu, bardzo ponętnie postawione zostało na głowie. Co!
Czy to natura korporacji jest winna? I jakiej korporacji?
Anonimus).  
     Typową dla korporacji metodą zwiększania zysku jest eksternalizacja, czyli przerzucanie kosztów na innych. Każdy ma skłonność do eksternalizacji, ale w rządzących się odwróconą moralnością korporacjach ta skłonność jest zwielokrotniona. Jeśli im się pozwoli, powodują gigantyczne zniszczenia – trują, śmiecą, eksploatują bezbronnych, wykorzystują i porzucają lokalne społeczności. Sęk w tym, że inni muszą eksternalizowane koszty przyjąć. To wymaga akceptacji państwa. Demokratyczne państwa podlegają zaś społecznej kontroli i nie każdą ekstarnalizację mogą przyjąć. Zbierają więc podatki, tworzą prawo pracy, ograniczają niszczenie środowiska. To utrudnia korporacjom generowanie zysku. Musiały więc ten problem rozwiązać.    

GDZIE PAŃSTWO I RYNEK NIE SIĘGA
    Zakony nie potrafiły do końca przejąć władzy w żadnym istniejącym państwie. Tworzyły więc własne państwa na „ziemiach niczyich” – państwo krzyżackie, redukcje paragwajskie, Maltę, jerozolimskie królestwo krzyżowców. Korporacje powstały zbyt późno, by zdobyć suwerenną władzę. Musiały stworzyć przestrzeń pozapaństwową.
    Szansa pojawiła się, gdy powołanie Światowej Organizacji Handlu (1994 r.) uruchomiło nowy etap globalizacji. (...)
    Świat zaczął się upodabniać do Ameryki, gdzie stany od stu lat zabiegały o obecność korporacji, redukując ich zobowiązania, rezygnując z kontroli i dając udogodnienia. Dawniej korporacje starały się o względy państw. Teraz państwa musiały zabiegać o względy korporacji. Gdy ich oczekiwania nie były spełniane, mogły się wynieść do innego państwa, zabierając kapitał, miejsca pracy, płacone podatki. Korporacje osiągnęły to, co nie udało się papieżom. Stanęły ponad władzą polityczną, chociaż formalnie jeszcze jej podlegały. 300 lat walki z państwem zostało zwieńczone sukcesem.  
    Model WTO jest potężnym impulsem rozwoju gospodarczego. Mobilność kapitału zmniejszyła koszty produkcji, pozwoliła na bezprecedensowy rozwój krajów, takich jak Chiny czy Meksyk, dzięki tanim produktom z krajów rozwijających się umożliwiła radykalne zwiększenie konsumpcji. Dzięki temu mamy w Polsce nie tylko setki fabryk*
(* Fabryk mieliśmy kiedyś znacznie więcej i bynajmniej nie wszystkie produkowały same tylko buble. Zostaliśmy tak jakby trochę „wykolegowani” albo i sami się „wykolegowaliśmy”. Anonimus)  i galerie handlowe, ale też tanie trampki i komputery z Azji. Korporacje przyniosły nową kulturę pracy, zaprowadzały podobne standardy cywilizacyjne w różnych częściach świata, znormalizowały produkcję, która musi trzymać jakość, niezależnie od miejsca produkcji i zbytu. W wielu miejscach nowa fabryka wielkiej korporacji była pierwszym nowoczesnym zakładem. Siła przyciągania korporacji w krajach mniej rozwiniętych jest wielka, bo wydaje się dawać nieograniczone możliwości awansu.    
    Korporacje odegrały ważną rolę w ekspansji Zachodu. Ale polityczną ceną za przyspieszony rozwój było cofanie się państwa.*
    (* Ceną było też ograniczenie produkcji we własnym kraju, przenoszenie miejsc pracy za granicę, wzrost bezrobocia w kraju macierzystym itd. „Każdy kij ma dwa końce”. Myśl tę szerzej rozwijam w uwagach do prezentowanej literatury, np. w poz. 80 i 100 – pliki „psg” i „logo”.  Anonimus)     

RADYKALIZACJA
    Globalizacja zradykalizowała korporacyjną tożsamość i zaraziła nią całą rzeczywistość. Także nieproduktywnością rosnącą wraz ze skalą i wpływem politycznym. Główną przyczyną nieporadności nowego systemu była leżąca u jego podstaw wiara, że suma egoizmów może być pozytywna. A nie może. (...)  Paradoksalnie, triumf wyzwolonego spod państwowej kontroli rynku niwelował rynek i niszczył kapitalistyczne cnoty*, podobnie jak triumf wyzwolonego spod kontroli państw feudalnego Kościoła prowadził do osłabienia pobożności i moralności chrześcijan.  
(* Z tymi „cnotami” różnie bywało od samego początku. Teorie Marksa, aczkolwiek nieco utopijne i różnie wykorzystywane, nie bez powodu znalazły w tamtych czasach  sporo oddźwięk w społeczeństwach, i chyba trochę wpłynęły na utemperowanie tych „cnót”, i nadanie im bardziej ludzkiego oblicza przez samych kapitalistów. Wątpliwe jest też, czy kontrola państwa feudalnego doprowadziła by do większej pobożności i moralności chrześcijan. Chyba inne czynniki sprawiły, że z tą faktyczną (a nie z deklarowaną/pozorowaną) pobożnością i moralnością, tak wtedy, jak i teraz, nawet w Polsce wcale nie jest zbyt dobrze.
Anonimus).


PAPIEŻ GREENSPAN I CESARZ OBAMA (LUB NA ODWRÓT)
    Zimą 1077 r. cesarz Henryk na czele wielkiej armii stanął pod murami Canossy, za którymi krył się papież Grzegorz. Grzegorz obłożył Henryka klątwą, która mogła pozbawić go tronu. Henryk chciał siłą zmusić Grzegorza do cofnięcia klątwy, ale jego lennicy się jej przestraszyli. W pokutnym stroju, ze łzami w oczach trzy dni pod murami zamku błagał o wybaczenie. Grzegorz na swoją zgubę uległ. Siedem lat później cesarz przepędził Grzegorza z Rzymu i mianował antypapieża Klemensa. Papież usunął go przy pomocy pogan. Rok później Grzegorz umarł ze zgryzoty, bo jego sojusznicy wymknęli się spod kontroli i zniszczyli Rzym.
    Jesienią 2008 r. papież korporacyjnej globalizacji,  były szef amerykańskiej Rezerwy Federalnej Alan Greenspan, ze łzami w oczach wyznał przed komisją Kongresu: „popełniłem błąd, zakładając, że interes własny instytucji, w szczególności banków i im podobnych, powoduje, że same potrafią najlepiej ochronić  swoich udziałowców... (...)
    Jak armia Henryka pokornie czekała na błogosławieństwo Grzegorza, tak armia Greenspana pokornie prosiła o błogosławieństwo idącego do władzy Obamy. (...)
    Role się odwróciły. Korporacje w dużym stopniu straciły kontrolę nad państwem, a państwo częściowo odzyskało kontrolę nad korporacjami. Prezesi korporacji przestali mieć wpływ na to, kto ma piastować najwyższe urzędy państwowe. Państwo uzyskało wpływ na to, kto ma sprawować władzę w korporacjach (np. w GM), jak ma wyglądać ich polityka płacowa (ograniczenie premii i bonusów) i kultura korporacyjna.  (...)
    Grzegorz i towarzyszący mu kardynałowie nie chcieli, by Kościół przejął całą władzę nad światem, więc po trzech dniach papież otworzył Henrykowi bramę do Canossy. Obama i przywódcy G20 też nie chcieli całej władzy dla państwa. Nie przejęli kontroli nad korporacjami. Zdjęli z nich klątwę, trochę tylko zmieniając zasady ich działania i zapowiadając, że trochę  je jeszcze zmienią. Układ sił się zmienił, ale nie stało się nic nieodwracalnego.    
   
BEZ KOŃCA
    800 lat temu Kościół przegrał walkę o inwestyturę. Ale nie zniknął ani się nie poddał. Wciąż walczy, by mieć jak najwięcej władzy. Zakony straciły państwa, ale to nie znaczy, że już nie rywalizują z papiestwem i państwem. Ich potęga jest ogromna i nic nie wskazuje, by miała wygasnąć.  
    Przyszłość korporacji będzie zapewne podobna. Kryzys sprawił, że przegrały potyczkę, ale ich moc niewiele na tym ucierpi. Nawet jeżeli przy następnym kryzysie zaakceptują dalsze ograniczenia, pozostaną potęgą. Jak przez tysiąc lat toczy się nieustannie walka o świeckie państwo oraz swobodę wyznania –tak praktycznie zawsze będzie nam już towarzyszyła walka o władzę między politycznością rozmaitych wspólnot, reprezentowaną przez tak czy inaczej rozumiane państwo, a egoizmem poszukiwaczy zysku, reprezentowanym przez świat korporacji. Trzeba ją będzie nieustannie toczyć, żeby zachować demokrację i rynek.
    I nie daj Boże, żeby ktokolwiek tę walkę ostatecznie wygrał.* 
       Jacek Żakowski

*
Ja bym tam wolał, żeby wgrał rozum i zwykła uczciwość. Przypuszczam, że ten pogląd podziela bardzo wiele osób.
   Anonimus

  
-------------------

   
„Jeśli kto chce przeczytać najlepsze artykuły, reportaże i opinie z prasy 27 krajów Unii Europejskiej, znajdzie je w serwisie presseurop.eu, w dziesięciu językach, w tym w języku polskim. Tematy polityczne, społeczne, ekonomiczne, naukowe, kulturalne. Można je komentować, dyskutować na forum, oglądać zdjęcia, filmy wideo i komiksy.
Presseurop.eu będzie współpracować z euranet.eu (grupą zrzeszającą europejskie stacje radiowe) oraz z Euronews.
    Portal, który ma się stać jednym z ważniejszych mediów informujących i komentujących wydarzenia w Europie finansuje Komisja Europejska. Oprócz budżetu KE gwarantuje też dziennikarzom całkowitą niezależno
ść redakcyjną.”*

    *Informację powyższą (w niewielkim skrócie) przytoczyłem za POLITYKĄ nr 22 (2707) z 30 maja 2009 r.         

Tą informacją prawdopodobnie kończę dalszy rozwój tej strony. Mini przewodnik po całej mojej Internetowej publikacji – plik/strona „Credo”.

Może tematy jeszcze kiedyś podejmę – ale, jeśli nawet, to raczej w innej formie organizacyjnej.  

Czerwiec, 2009 r.
       
    Anonimus
     

 
Anonimus
 -------------------------------------------------------------------------------------------------
 
| Literatura | Strona główna |