Włodzimierz Pawluczuk:
NAPRAWIANIE
ŚWIATA
Ludowa
Spółdzielnia Wydawnicza, Warszawa 1978
====================================================
Cytuję wybrane fragmenty: Strona w budowie.
Anonimus. ====================================================
SPIS TREŚCI
1. Czy strzała opuści cięciwę ............ 5
2. Traktat o czarnych jamach ......... 9
3. Koszty porządkowania świata ......... 13
4. Konfliktów sensy i bezsensy ............ 22
5. O sposobach utrudniania życia ......... 27
6. O potrzebach ludzkich ......... 30
7. Wspólnota i zbiorowość ......... 36
8. O kobietach ......... 38
9. O miłości do samochodu ......... 43
10. O czym duma wujek Piotr, a o czym wujek Paweł
......... 47
11. 7.45 ......... 53
12. Iwan Rylski ......... 56
13. Wittgenstein ......... 60
14. Filozofia słów a filozofia gestów ......... 63
15. Czy życie ma sens, czy go nie ma ......... 67
16. Uwagi do przyszłej metafizyki śmierci ......... 71
17. U szewców ......... 81
18. O alkoholikach ......... 86
19. O potrzebie intymności ......... 92
20. Byłem na striptizie ......... 97
21. O pornografii ......... 101
22. O dramacie treści i formy ......... 104
23. Starowiercy ......... 112
24. O sztuce jedzenia ......... 116
25. O potrzebie teatru ......... 122
26. Awangarda tęskni za folklorem ......... 127
27. O zbędności sztuki ......... 135
28. Epoka za epoką ......... 138
--------------------------------------------------------------------------------------
Czy strzała
opuści cięciwę ....... 5
Zenon z Elei
żył w V wieku przed nową erą. Był na pewno bardzo mądrym filozofem. Zenon z Elei twierdził, że ruch jest niemożliwy. Wypuszczona z
cięciwy strzała, zanim doleci z punktu A do B, musi najpierw przelecieć połowę
tego odcinka – punkt B1,
zanim doleci do punktu B1, musi dolecieć do połowy tego odcinka - punktu B2.
Ponieważ zaś - o czym wie dziś każde dziecko - każdy odcinek, nawet ten
najmniejszy z najmniejszych, dzieli się jeszcze na połowę, strzała musi na
samym początku przebyć nieskończoność połówek, a więc - nieskończenie długo będzie
usiłowała przebyć nieskończenie małe odcinki i nic z tego nie wyjdzie, bo
nieskończoność jest, jak sama nazwa wskazuje, nieskończona. Strzała według
Zenona z Elei nie oderwie się od cięciwy.
Od tego czasu minęło prawie dwa i pół
tysiąca lat i nikomu z mądrych tego świata nie udało się sprawy rozwikłać.
Wielu filozofów strawiło nad tym wiele dni i nieprzespanych nocy; nad
paradoksami Zenona z Elei rozmyślał i Kartezjusz , i
Hobbes, Bertrand Russell
i Bergson, Kotarbiński, Kant, Hegel i
wielu innych. I nic z tego.
Biorąc rzecz filozoficznie - strzała nie powinna
opuścić cięciwy. Ale tak na głupi rozum, cosik nam
się zdaje, że ona się jednak porusza.
W podobnie prosty sposób Zenon z Elei udowodnił, iż
szybkonogi Achilles nigdy nie dogoni żółwia albowiem zanim dobiegnie do punktu,
z którego wyruszył żółw, ten przesunie się o pewien odcinek dalej; zanim
dobiegnie do tego następnego punktu, żółw przesunie się jeszcze dalej i będzie
to trwało w nieskończoność, tak jak nieskończona jest ilość punktów.
Doktor X jest bardzo solidnym uczonym.
Miał napisać pracę pod tytułem Wpływ „Gazety
Białostockiej” na aktywność społeczną w okresie dożynek centralnych w
Białymstoku w r. 1973. Postąpił zgodnie ze wskazaniami Józefa Pietera (patrz: Ogólna metodologia pracy naukowej, Warszawa 1967) - rozpoczął mianowicie od
przebadania, co w świecie uczonych wiadomo na temat wpływu gazety na aktywność
społeczną jej czytelników. Zażądał w bibliotece bibliografii przedmiotu.
Wręczono mu spis dzieł liczący dwanaście grubych tomów.
Doktor X studiuje bibliografię dokładnie i szczegółowo, wynotowuje interesujące
go pozycje na kanciastych karteczkach i umieszcza je w specjalnych, zakupionych
na rachunek skrzyneczkach. Studiowanie bibliografii zajmie mu jeszcze około
roku, studiowanie dzieł zawartych w bibliografii - około dziesięciu lat,
badanie i opisywanie sprawy - około dwu lat, czekanie na druk - około trzech. Tak więc w roku 1991 powinniśmy otrzymać do rąk gotowe
dziełko pt. Wpływ "Gazety Białostockiej"
na aktywność społeczną w okresie dożynek centralnych w r. 1973 - napisane według wszelkich zasad naukowej metodologii.
Doktor Y jest jeszcze solidniejszy.
Wychodzi ze słusznego założenia, iż zadaniem nauki jest wyjaśnianie
rzeczywistości. Doktor Y pragnął wyjaśnić fragmencik tej rzeczywistości.
Napisał zarys przyszłej pracy i przedstawił go gronu uczonych profesorów.
Profesorowie pokiwali głowami, pomedytowali i orzekli, iż w myśleniu doktora Y
jest wiele luk i nieścisłości, brak definicji wielu pojęć, a akapit, którym
zaczyna szkic - powinien stać na końcu.
Doktor Y przejął się uwagami zacnych
profesorów i zaczął uściślać pojęcia. Ponieważ celem
pracy, jako rzekliśmy, było „wyjaśnianie rzeczywistości”, doktor Y musiał więc najpierw wyjaśnić pojęcie „wyjaśniania”. Sięgnął przeto do dzieła E. Nikitina pt. Wyjaśnianie
jako funkcja nauki (Warszawa 1975). Z miejsca się jednak zorientował,
że sprawa nie jest łatwa.
Na pierwszej stronie książki Nikitina
stało bowiem, że do najtrudniejszych zadań nauki należy
wyjaśnienie wyjaśniania. Doktor Y domyślił się, iż jest jeszcze zadanie
trudniejsze - wyjaśnienie wyjaśniania wyjaśniania.
Ale dał temu na razie spokój i brnął dalej przez dzieło Nikitina.
Dowiedział się więc, że istnieje sporo szkół w kwestii
wyjaśniania wyjaśniania i że jedna z nich głosi, iż wyjaśnianie
jest uczynieniem rzeczy „zrozumiałą”. Ale - dodaje Niktin - przy „próbie dokładniejszej analizy
najbardziej niezrozumiałą okazuje się zrozumiałość”. Następnie doktor Y zorientował się, iż żeby wyjaśnić „wyjaśnianie” i
zrozumieć „zrozumiałość”, trzeba będzie przeczytać całość lektur podanych przez
Nikitina na końcu książki. Spis ten liczy 512
pozycji. Studiowanie ich zajmie doktorowi Y około 26 lat. Miejmy nadzieję, iż
zdoła wówczas wyjaśnić, czym jest „wyjaśnianie”. Tylko czy zdoła już wyjaśnić,
czym jest interesujący go fragmencik rzeczywistości?
By nie posądzono mnie o czarnowidztwo -
coś weselszego. Magister Z nie jest na tyle nierozsądny, by wyjaśniać
wyjaśnianie czy - tym bardziej - objaśniać świat. Objaśniał to, co inni
objaśnili. Napisał pracę magisterską o tym, co sądził Immanuel
Kant o sądach a priori. Co sądził Immanuel Kant o
sądach a priori, może się dowiedzieć każdy, kto zna język polski i do tego umie
czytać, z dzieła tegoż Kanta Krytyka czystego rozumu. Przedstawił
skrypt pracy gronu uczonych profesorów, profesorowie pomedytowali, pokiwali
głowami, ale zastrzeżeń nie mieli. W pracy była bowiem
czysta prawda, co łatwo sprawdzić we wspomnianych tomach Kanta.
Dziś, po dwudziestu latach, magister Z chodzi w glorii sławy, jest znanym w
mieście humanistą, kupił ładny wóz, marzy o willi. Uczy innych mądrości i
roztropności, którą sam posiadł.
Gdy miałem już skończyć ten artykuł, mili
znajomi dostarczyli mi wycinek „Kultury” z artykułem Jorge
Luisa Borgesa Awatary żółwia. Borges przytacza
dyskusję o geometrii, którą prowadzą ze sobą żółw i Achilles, zmęczeni swym
niekończącym się biegiem. Rozważają takie oto twierdzenie:
a) Dwie rzeczy równe trzeciej są sobie równe.
b) Dwa boki trójkąta są równe M N.
c) Dwa boki trójkąta są sobie równe.
Żółw przyjmuje przesłanki a i b, ale przeczy, by usprawiedliwiały one wniosek
z. Achilles wstawia zdanie hipotetyczne:
a) Dwie rzeczy równe trzeciej są sobie równe.
b) Dwa boki trójkąta są równe M N.
c) Jeśli a i b są prawdziwe, to z jest prawdziwe.
z) Dwa boki trójkąta są sobie równe.
Żółw znów godzi się ze słusznością a, b, c, ale przeczy prawdziwości z.
Achilles oburza się i dodaje:
d) Jeśli, a, b, c są prawdziwe, to z jest prawdziwe.
Widząc, iż to wcale nie ratuje wywodu, dodaje następny punkt:
e) Jeśli a, b, c, d są prawdziwe, to z jest prawdziwe.
Dyskusja, podobnie jak bieg obu zawodników, nigdy się nie kończy.
Inne zdania zanotowane w historii
filozofii: nic się nie da udowodnić, albowiem nic
się nie da ściśle zdefiniować. Aby coś ściśle zdefiniować, należy najpierw
zdefiniować wszystkie wyrazy użyte w definicji, a jeszcze przedtem wszystkie
wyrazy tamte... i tak w nieskończoność.
Tak więc, zgodnie z zasadami logiki i ogólnej
metodologii pracy naukowej, strzała nie powinna opuścić cięciwy, a ci, którzy -
jak wspomniany bardzo solidny doktor Y - pragną ją, zgodnie z tymi zasadami,
uruchomić - ponoszą klęskę.
Wiadomo jednak, że strzała, wbrew wszelkiej logice, czasem się porusza. Należy
z tego jakoś wybrnąć.
Pora więc na sformułowanie ogólnej, ważkiej zasady, by
rozwiązać wreszcie paradoks, który nie daje filozofom spać od dwóch i pół
tysiąca lat. Zasada brzmi:
Jeśli
strzała opuszcza cięciwę, to czyni to wbrew logice i uznanym zasadom.
Traktat o
czarnych jamach ........ 9
Czarne jamy są straszne. Nie dochodzą z
nich do nas żadne sygnały - żaden promyk ani fala radiowa, żadnego szelestu w
radioteleskopach...
O czarnych jamach nie wiemy zatem nic, prócz tego, że
istnieją. Gorzej - niczego się o nich nigdy nie dowiemy. Czarne jamy są tak
ciężkie, nagromadzona jest w nich taka ilość energii i materii, że każdy
promień światła, fala radiowa czy karpuskuła, która
by chciała wylecieć z czarnej jamy, jest natychmiast przez jej potężne pola
grawitacyjne wsysana z powrotem w jej czeluście.
Czarne jamy więc milczą. Ich milczenie jest nadmiarem
tej samej siły, która oświetla galaktyki, daje życie planetom i wiedzę
naukowcom.
Istnieje dziedzina wiedzy zwana estetyką. Piszę o estetyce nie
dlatego, iżbym miał do estetyki niechęć szczególną - traktuję ją jako
przykład pierwszy z brzegu.
Estetyka jest nauką o pięknie i sztuce (patrz: Encyklopedia). Są też ludzie od
estetyki, czyli estetycy, a także tysiące, może nawet setki tysięcy prac
pisanych na całym świecie przez estetyków.
Czym się
zajmują estetycy? Estetycy czytają dzieła innych estetyków, interpretują je,
czasem ganią, czasem chwalą. Oprócz tego, robią - rzecz oczywista - wiele
innych rzeczy, znanych wszystkim śmiertelnikom: załatwiają etaty sobie i
znajomym estetykom, wypisują nominacje, wymyślają nowe pojęcia, których potem
muszą się uczyć adepci estetyki - po to, żeby zostać prawdziwymi estetykami.
Estetycy piszą również traktaty - grube i nudne. Można z nich dowiedzieć się
wielu różnych rzeczy, oprócz jednego: dlaczego ludzie
potrzebują piękna, po co tworzą sztukę?
Gdyby ktoś uznał nagle, że odpowiedź na te pytania: dlaczego
ludzie potrzebują piękna, po co tworzą sztukę? - jest
sprawą arcyważną dla społeczeństwa, dla narodu czy dla ludzkości, i gdyby
ufundował na rozwiązanie tej sprawy miliardy złotówek czy nawet dolarów, to -
wbrew pozorom - nie polepszyłby sprawy, ale wydatnie ją pogorszył. Odpowiedź na
pytania nie przybliżyłaby się, ale nawet znacznie by się oddaliła.
Skoro bowiem z estetyki pisze się prace magisterskie,
doktorskie, i habilitacje, nadaje się stopnie naukowe i etaty, to w każdej
takiej pracy musi być najpierw o poprzednikach - tych, którzy kroczyli dobrą
drogą i tych, którzy błądzili, a także o wszystkich kolegach po fachu, którzy
robią to samo co autor, ale głęboko się mylą, i trzeba poza tym udowodnić
dlaczego się mylą, a także napisać o tych nielicznych, którzy są bliscy prawdy.
Te i temu podobne problemy już dziś wystarczą na jedno życie przeciętnego
estetyka. A cóż by dopiero się działo, gdyby nakłady na estetykę wzrosły, dajmy
na to, dziesięciokrotnie?
Z odpowiedzią na te pytania:
dlaczego ludzie potrzebują piękna, po co tworzą sztukę? - jest więc tak, że albo odpowiedź ta jest już dana w dziełach
klasyków estetyki, albo też nigdy przez estetyków dana nie będzie. Najbardziej poznawczo płodne prace z zakresu estetyki
wychodzą spod pióra ludzi nie będących z zawodu
estetykami, poszukujących w estetyce prawd ogólniejszych niż sama estetyka.
Niewątpliwie odkrywcze jest więc dzieło Romana Ingardena - poszukującego w analizie dzieła estetycznego
uzasadnień istnienia świata, Stanisława Ossowskiego -
szukającego społecznych funkcji sztuki, czy Lwa Wygotskiego
- analizującego funkcjonowanie osobowości w zetknięciu ze sztuką.
Uogólnijmy to. Niektóre systemy teoretyczne i szkoły są płodne w pierwszym
okresie swego rozwoju. W miarę mnożenia się zwolenników, dzieł, poszerzania
oddziaływania - system wytraca swój dynamizm, kończąc całkowitą jałowością w
szczytowym momencie rozwoju, zwykłym przelewaniem z pustego w próżne. Działać
zaczyna wówczas zasada czarnej jamy. Korzystać twórczo z dorobku dawnej szkoły
są w stanie jedynie ci, którzy potrafią w naukach mistrzów odnaleźć myśli,
odpowiadające na zasadnicze problemy współczesności, a odrzucić cały balast
nadmiernie rozbudowanej, tonącej w jałowych dywagacjach szkoły.
Wróćmy jednak do estetyki. Estetycy nie
muszą szukać odpowiedzi na pytanie, po co człowiek tworzy sztukę, albowiem i
bez tego mają pełno roboty. Estetyka jest samowystarczalna. Jeśli któryś z
estetyków coś napisze, może to zapewnić spokojny byt setkom innych estetyków,
którzy będą z nim polemizowali, chwalili go lub po prostu interpretowali.
Estetyka dopracowała się własnych pojęć i reguł, którymi można się posługiwać
bez żadnego styku z rzeczywistością społeczną, psychologiczną, czy w ogóle z
jakąkolwiek rzeczywistością.
Estetyk potrafi więc opisywać wielkość dokonań
artystycznych nawet wtedy, gdy ani krzty nie rozumie, o co chodzi. To nawet
lepiej. Bo gdyby zrozumiał, mógłby dojść do wniosku, że opisuje absurd.
Ulubionym tematem estetyków jest awangarda. Ulubionym zajęciem awangardy jest
naigrywanie się z kultury, a ze sztuki w szczególności. Czegóż to nie wymyśliła
awangarda w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat? Było już wszystko: zapraszanie
gości na wystawy składające się z brudnej zastawy stołowej po obiedzie, który
artysta zjadł z kolegami, wystawianie na pokaz ekskrementów artysty, kopanie
bezużytecznych dołów na pustyni, organizowanie burd ulicznych itp.
Można by zapytać, dlaczego ludzi wrażliwych i skądinąd mądrych najbardziej
wydaje się dziś fascynować robienie żartów z widza, z siebie, a przede
wszystkim ze sztuki, czyli z dziedziny, która jest podstawą ich utrzymania.
Dlaczego te żarty i kpiny podobają się publiczności, a ich autorzy zyskują
przez to rozgłos i sławę? Coś się musiało stać ze społeczeństwem, coś musiało
zaistnieć w ludzkiej psychice...
Ale tych czy podobnych problemów nie znajdziemy w wypowiedziach estetyków, Za
to dużo tu o materii, o formie i o innych rzeczach, o których godzi się pisać
estetykom.
Ruch materii w kosmosie
powoduje od czasu do czasu nadmierne jej zagęszczenie w postaci czarnych jam.
Podobny efekt wywołuje nadmierne zagęszczenie myśli ludzkiej. Czarne jamy są
wokół nas; wiążą ogromne pokłady energii ludzkiej hamując postęp wiedzy o
świecie. Jedynym na nie lekarstwem jest niezapominanie,
iż oprócz teorii - istnieje rzeczywistość kształtowana zbiorową praktyką życia
społecznego.
(Zagadka:
”Jak się ma estetyka do ekonomii, ekonomia do zarządzania, estetyk do ekonomisty,
a teoria zarządzania do praktyki?”.
Żeby nie było „tak łatwo”, druga zagadka:
”Jak się ma praktyka zarządzania do wiedzy, wiedza do rozumu, rozum do
praktyki, a praktyka do zasadniczych problemów współczesności?”.
Na marginesie. Autor chyba celowo żartobliwie opisał estetykę, ale tak jakby
miał na myśli nieco – albo i mocno – raczej filozofię.
Właściwie, całą tą swoją „zagadkę” umieściłem pod wpływem irytacji na pewne
zjawiska. Dla wielu, zapewne, skojarzenia będą niejasne. Problem chyba jednak
nadal istnieje.
Z.U.).
Koszty
porządkowania świata ....... 13
Biurokrata
to człowiek, który z największym uporem przestrzega założonego przez
ustawodawcę formalnego porządku. Biurokrata widzi tylko ów porządek nie widzi
rzeczywistości - zawsze nieco rozwichrzonej i niesfornej. Walcząc z biurokracją
żądamy w imię rzeczywistości wprowadzenia pewnej dozy dowolności w przyjętym
przez biurokratę, doskonałym, biurokratycznym porządku rzeczy. Ale ci, którzy
narzekają na biurokrację, przy innej okazji narzekają również na bałagan. Więc
czyż nie są niekonsekwentni? Czyż żądając zniesienia biurokracji nie stajemy po
stronie bałaganu?
Muszę w tym miejscu lojalnie oświadczyć
oburzonemu powyższymi pytaniami Czytelnikowi, iż jestem równie jak on
zatroskany rozrostem biurokracji, różnię się, być może, tylko tym, iż uważam,
że sprawa nie jest łatwa ani prosta.
A więc rzekło się, iż biurokrata jest stróżem założonego przez ustawodawcę
formalnego porządku rzeczy, nie uznającym żadnych
racji, które by mogły ów porządek podważyć. Jest on Doskonałym Stróżem Ładu.
Formalnego ładu. Problem biurokracji jest więc
wynikiem nadmiernego przejęcia się formalnym porządkiem spraw, biurokracja jest
panicznym strachem przed zachwianiem się tego porządku przez skomplikowane
realia życia.
Porządek
nie musi być jednak azylem dla biurokraty. Możemy bowiem
zapytać wprost: czy zawsze porządek jest lepszy od bałaganu? Pytanie takie postawił radziecki filozof M.K. Pietrow. W miesięczniku „Woprosy Fiłosofii” opublikował on artykuł, którego tytuł dla
ścisłości przytoczę w oryginale: Niekotoryje problemy
organizacji nauki w epochu nauczno-techniczeskoj
rewolucji.
Pietrow stwierdza, że istnieje u nas ślepa wiara, że
każdy porządek jest lepszy od nieporządku, co jest, jego zdaniem, nieprawdą.
Winę za ten stan rzeczy, zdaniem Pietrowa, ponosi
Platon, który jeszcze w IV wieku przed nową erą wyłożył zasadę wyższości
porządku i od tej pory nikt sprawy dobrze nie przemyślał. Zdaniem Pietrowa w wielu wypadkach bezład jest lepszy od porządku.
Filozof podaje taki przykład: kocioł w maszynie parowej jest właśnie po to, by
wprowadzić bezwład i chaos tam, gdzie był przedtem spokój i porządek. Zmienia
on węgiel na płomienie, a przejrzystą spokojną wodę na buchającą parę. I dzięki
temu parowóz się rusza.
Do teorii Pietrowa
mógłbym dorzucić własne trzy grosze. Pracowałem kiedyś w pewnym
przedsiębiorstwie produkcyjnym i do moich zadań należało porządkowanie. Wśród
spraw, które nam, tzn. mnie i memu zwierzchnikowi (dyrektorowi ekonomicznemu)
przysporzyło najwięcej kłopotów, była zbiórka makulatury. Któryś z naszych
ministrów wydał w tym czasie zarządzenie ustalające, iż w każdym
przedsiębiorstwie musi być wyznaczony delegat do spraw zbiórki makulatury.
Przystąpiliśmy więc do dzieła. Stwierdziliśmy na
wstępie, iż dotychczas w gospodarce makulaturą był u na s całkowity bałagan.
Śmiecie z koszów bezprawnie przywłaszczała sobie sprzątaczka, wynosząc od czasu
do czasu odpady pracy urzędników do pobliskiej zbiornicy makulatury. Ustaliliśmy więc zasady podziału zysków z makulatury, zasady
odpowiedzialności odpowiedzialnych pełnomocników, zasady rozliczeń (konta,
paragrafy, przelewy), zasady przechowywania makulatury w magazynach
przedsiębiorstwa i związaną z tym dokumentację. Opracowaliśmy wzór kwitu, na
którym sprzątaczka przekazywała śmiecie delegatowi, delegat magazynierowi, a
także wzór kwitu, na którym magazynier przekazywał makulaturę z powrotem
delegatowi, a ten dostarczał ją na punkt skupu. Ponieważ sprzątaczka nie umiała
wypisywać kwitów, urządziliśmy jej specjalne przeszkolenie w tym zakresie.
Po tygodniu debat i ustaleń sprawa zbiórki makulatury została uporządkowana.
Była to sprawa stu złotych rocznie, które i tak trafiały do kieszeni tej samej
sprzątaczki, tyle że teraz, po uporządkowaniu, były one wielokrotnie rejestrowane,
sumowane i przemnażane . Tydzień pracy w
przedsiębiorstwie to ponad milionowa produkcja. Ile kosztował stracony przez
nas na to czas? Czy porządek nie kosztował tutaj więcej niż pierwotny bałagan?
Nie może być cienia
wątpliwości, iż niezbędna jest uporczywa walka o ład wszędzie tam, gdzie jest
on rzeczywiście potrzebny... Trudno jednak nie zauważyć, iż ta konieczność
walki z bałaganem powoduje u niektórych managerów i urzędników chorobę, którą
można by nazwać hipertrofią ładu. Taki chory chciałby uporządkować świat do
końca, do granic absurdu. Biurokracja jest tylko jednym z objawów tej bardziej
ogólnej choroby. Istnieje pewien próg
rozsądku w normowaniu ludzkich zachowań ustawą, regulaminem, czy instrukcją. Po
przekroczeniu tego progu koszty porządkowania gwałtownie rosną a zyski maleją.
Zamrożona zostaje wszelka ludzka aktywność i zaangażowanie, drobiazgowość
zarządzeń normujących ludzkie zachowanie stwarza sytuacje irytujące, nieraz
groteskowe, powoduje ogólne zgorzknienie i zniechęcenie do pracy.
Dyskusja o biurokracji trwa z niesłabnącą
siłą. Dyskutuje się zarówno na forum publicznym jak też w domowych zaciszach,
przy kawiarnianych stolikach. Dowiadujemy się skądinąd, iż ten temat fascynuje
nie tylko nasz kraj, ale też inne narody i inne systemy (vide
Parkinson). Nic to jednak nie przeszkadza biurokratom być biurokratami.
Dyskusje te stwarzają złudzenie, iż to
zła wola niektórych panów zza biurka jest powodem wszelkich naszych udręk.
Odwracają one uwagę od właściwego problemu. Nawet
najzagorzalszy biurokrata jest w mniemaniu swoim i swoich szefów tylko
porządnym, solidnym, przestrzegającym obowiązujących zasad i norm urzędnikiem.
Za to przecież - a nie za omijanie przepisów - jest on nagradzany, awansowany,
chwalony przez przełożonych. Jest on takim również w naszym mniemaniu, zanim
jego skrupulatność i wierność pisanym schematom nie odbija się w przykry sposób
na naszej skórze.
Sprawa więc nie w tym, jak wychować
niegrzecznych i złośliwych biurokratów na miłych panów, ale w tym, jak znaleźć
złoty środek między koniecznością normowania naszego życia pisanymi nakazami, a
powierzaniem żywym ludziom załatwiania ludzkich spraw. Gdzie ustalić granicę
między oczywistą potrzebą kontroli, ale równie oczywistą potrzebą zaufania? Co należy uczynić, by jak najmniej było
nakazów i restrykcji, a jak najwięcej świadomego zaangażowanego działania?
Konfliktów
sensy i bezsensy ........ 22
Konflikt
jest starciem sprzecznych dążeń różnych ludzi lub
sprzecznych motywów tego samego człowieka. W tym drugim przypadku mówimy o
konflikcie psychicznym.
Konflikty ludzkie są zatem stare jak sam człowiek.
Ludziom od dawna marzył się świat jednak
bez konfliktów. Świat spokojny, pogodny i sielankowy. Świat pełen poezji,
kwiatów. Świat ludzi szczęśliwych, zakochanych. Świat, gdzie nie ma złodziei ni
policjantów, zdradzonych żon ni zdradzających mężów, krzywdzonych ni
krzywdzących, gdzie jest rząd, który by wszystkim dogodził, gdzie nikt nie
płacze i wszyscy są pełni uśmiechu. Ten bezkonfliktowy obraz świata przyszłości
przekazali nam dawni marzyciele, leżał on też u źródeł myśli socjalistycznej i
przez dłuższy czas w utopijnych wizjach kojarzył się ze światem sprawiedliwości
społecznej.
Dodajmy wszakże, iż ta wizja bezkonfliktowej przyszłości łączyła się u dawnych
myślicieli z wizją bezkonfliktowej przeszłości. Był to czas, gdy ludzie żyli w
szczęściu i miłości, czas rajskiego ogrodu Edenu, czas życia w naturze, czas
przed historią i będzie czas bez konfliktów, który będzie końcem dotychczasowej
historii. Oba czasy - przeszły i przyszły - były czasami bez historii - bo
jakże może się dziać to, co się zwie historią tam, gdzie wygasły wielkie
namiętności, gdzie nie ma ludzi wściekłych, zwariowanych, bezgranicznie
zakochanych, ludzi bezgranicznie dobrych i sprawiedliwych, ale też ludzi złych,
bo tylko w walce ze złem manifestuje się dobroć jako dobroć i sprawiedliwość
jako sprawiedliwość. Dziś wiemy jednak, że historia się nie kończy, tak jak nie
kończy się tworzący ją konflikt ludzkich dążeń i ludzkich namiętności.
Zważmy jednak i to, iż wizja szczęścia ludzkiego w świecie bez konfliktów jest
absurdem. Ludzi skazanych na życie bez konfliktów automatycznie ogarnia
śmiertelna nuda, poczucie pustki i bezsensu życia. Ludzie instynktownie unikają
pustki wyznaczając sobie własne, przez nikogo nie narzucone cele, które są
konfliktowe w stosunku do celów innych ludzi. Mądrość życia polega
zatem nie na tym, by nie mieć konfliktów, ale na tym, by miewać
konflikty takie, które daje się i umie się rozwiązywać, by się nie wplatać w
konflikty bez wyjścia, a także na tym, by wyznaczając własne cele, szanować
cele innych z zwłaszcza – szanować innych.
(...) Inne jest tło sytuacji konfliktowych dawniej i
dziś, inna ich jakość i inny poziom osobowości na jakim konflikty te się rozgrywają. Tradycyjnym
konfliktem wiejskim był „konflikt o miedzę”. Z rozstrzygania zatargów o grunty
przez dziesiątki lat żyły w miastach sądy, adwokaci i cała czereda
obsługujących ich urzędników. Dochodziło na tym tle do strasznych zbrodni, o
których wspominać nawet się nie godzi, jak bratobójstwo czy ojcobójstwo, do
podpaleń, doprowadzano się wzajemnie do skrajnej nędzy.
Były to jednak konflikty narzucone
koniecznością prymitywnej pierwotnej walki o byt, konflikty życiowych
konieczności. Walczyło się o przetrwanie na powierzchni życia o samo fizyczne
istnienie, o egzystencję niekoniecznie ludzką, po prostu – o egzystencję.
Walka przybierała nieraz formy monstrualne, potworne, straszne.
Dziś z dumą i godnością możemy powiedzieć, iż konflikt taki należy do
przeszłości. Jeśli przeżytki jego gdzieś czasem dają jeszcze znać o sobie to tylko jako atawizmy,
pozostałości dawnych epok. Znikło tło społeczne tego prymitywnego konfliktu. Można być w Polsce niezadowolonym z
niedostatku tego czy owego, nie ulega jednak wątpliwości, iż podstawowe,
biologiczne potrzeby każdego obywatela dawno zostały zaspokojone. Nie ma wiec
problemu okrycia się przed chłodem – może być tylko problem z wyborem owych
okryć. Nie ma problemu zaspokojenia głodu, może być tylko problem z tym, na co akurat w danej chwili
mamy chętkę.
(Uwagi. Obawiam
się, Autorowi, w tamtych latach, trudno było przewidzieć, że te pierwotne
konflikty walki o byt, jakby jeszcze kiedyś do Polski powrócą. Dla jednych, aktualnie, jest to
tylko wszechogarniający konflikt walki konkurencyjnej, dla drugich poniżenie
aby tylko jakoś utrzymać się w pracy lub dostać jakąkolwiek pracę, dla innych wręcz walka z głodem, nędzą,
brakiem perspektyw. Chyba mało kto, w tamtych czasach, przewidywał zarówno upadek
socjalizmu, jak i takie rezultaty zwycięstwa kapitalizmu. Jak na ironię
przeważnie najbardziej przegrali ci, którzy mając dość niedostatków realnego
socjalizmu, „strajkowali, popierali ale się nie załapali”, szczerze wierząc w
powszechną sprawiedliwość i dobrobyt dla każdego, „jak my zwyciężymy", kto
tylko nie będzie uchylał się od pracy. Miała być
„druga Japonia". Jakiś jej fragment nawet się i ziścił, ale raczej ten
kryzysowy, a nie ten z okresu prosperity lat siedemdziesiątych I
osiemdziesiątych.
Wątpię również, czy ktokolwiek przewidział, nawet w okresie największego
kryzysu „kartkowego”, że w Polsce, w czasach pokojowych, może kiedykolwiek dojść do
autentycznego „przymierania głodem” setek tysięcy, jeśli nie milionów ludzi.
Nie tak miało być w przekonaniu tych, co kiedyś z takim entuzjazmem popierali
„Solidarność”.
Anonimus).
O sposobach
utrudniania życia ........ 27
Książki
o ludziach psychicznie chorych mówią czasami więcej o ludziach psychicznie
zdrowych, niż książki o tych ostatnich. W swej Melancholii pisze Antoni Kępiński o chorobie wykrytej przez
jego zespół psychiatryczny , a nazwanej „depresją
wiechy” lub „depresją szczytu”. Mianowicie: „w krakowskiej klinice
psychiatrycznej tego typu depresję obserwowano u ludzi, którzy po wielu latach
wysiłków wystawili sobie dawno wymarzony domek”.
Coś w tym musi być!
Weźmy na przykład Szwedów. Jeżeli wierzyć Kozieleckiemu
(Szczęście po szwedzku), skrajnie scentralizowana i zbiurokratyzowana, ale
racjonalnie sprawna machina państwa szwedzkiego wzięła na siebie wszystkie
kłopoty i troski 8 milionów obywateli, żądając od nich jedynie uczciwej pracy i
wiary w to, że Szwecja jest najszczęśliwszym krajem pod słońcem, a Szwedzi
najszczęśliwszymi ludźmi* (*Proszę spojrzeć na datę wydania książki. Trochę się jednak
od tamtych czasów zmieniło, nawet w Szwecji; niestety, raczej na gorsze. Z.U.). Szwedzi uwierzyli i dlatego ponoć tak często
popełniają samobójstwa. Są w sytuacji pacjentów profesora Kępińskiego po
wystawieniu przez nich wiechy na ukochanym domku.
Wiadomo, że wytrawni kierowcy wolą jeździć po bezdrożach niż po luksusowych
autostradach, które szybko ich nużą i nudzą. Stąd też, za najbardziej cenny
wynalazek ludzkości należałoby uznać wynalazek utrudniania sobie życia.
Wynalazek ten, a raczej cała seria tego typu wynalazków, jest na tyle powszechna,
iż rzadko ludzie zapadają na „depresję szczytu” i popełniają samobójstwa z
nudów.
Weźmy chociażby kobietę i jej strój. Thorstein Veblen w swej Teorii klasy
próżniaczej udowodnił, iż celem każdej mody kobiecej jest
właśnie utrudnianie kobiecie życia: krępowanie ruchów, modelowanie ciała w ten
sposób, by utrudnić jej wszelką pożyteczną i ogólnie przydatną pracę. Strój
kobiety ma bowiem ukazywać wszem i wobec, iż jest ona
istotą stworzoną nie do pracy, lecz do próżnowania oraz zabawy, że stać ją, lub
- co częściej się zdarzało: jej pana - na jej próżnowanie. Veblen
przytacza przykłady raczej dawne, ale również dziś przykładów takich nie brak:
fryzury, dla zachowania których spać trzeba siedząc,
obuwie, które w każdej chwili grozi połamaniem nóg; suknie utrudniające
chodzenie...
Mamy w ten sposób wyjaśnienie jednej z
intrygujących zagadek życia. Pyta pani panią: „Czemu, roszę pani, w życiu jest tak, że człowiek nie
może bez kłopotów? Jak porozmawiasz z ludźmi, to każdy ma jakiś kłopot”. Otóż - wiadomo czemu!
Każdy, kto choć przez chwilę pozostanie bez kłopotów, szybko rozgląda się, jak
jakiś kłopot sobie zorganizować. Na przykład kupuje samochód i od razu wszystko
inaczej...
Dla tych, którzy nie lubią mechanizacji, są tysiące innych sposobów utrudniania
życia sobie i innym. Kupuje się np. meble, których
strach dotykać, dywany, po których nie wolno stąpać, bo mogą się pobrudzić.
Najpewniejszym jednak sposobem pozbywania się bezsensu życia w miejscu pracy
jest prowokowanie „rozrób” i organizowanie kliki.
Tworzy się jakieś podziały i fronty walki, konfrontacje wypracowanych systemów
podgryzania, wyprowadzania w pole, podstawiania nogi, wykopywania, wykańczania.
Często czyni się to dla określonych korzyści materialnych lub prestiżowych, a
jakże często dzieje się to po prostu z nudów. „Nagrodą” jest samo rozróbcze „widowisko”, sama możliwość
aktywizacji czy pozoru aktywizacji, podjęta nieraz z powodów błahych, w imię
celów nijakich, ale osiąganych jakże bogatymi środkami. Stwierdził to już
Stanisław Lec: „Różnie się człowiecze rozwidlają losy:
jedni piszą wiersze, a drudzy donosy. Gdy talenty oba jednemu są dane, pisze
donosy pięknie wierszowane”.
Można by sformułować tezę ogólną, teoretyczną: człowiek jest istotą aktywną,
człowiek, by istnieć, musi coś – „gryźć”. Jeśli brak mu celów godnych i
wzniosłych, gryzie byle co. Jeśli brak nawet owego byle czego, gryzie samego siebie. Właśnie hipochondria jest
owym gryzieniem samego siebie. Hipochondria ogarnia ludzi, którym niczego w
życiu nie brak, którzy nie mają czego „gryźć”, z czym
walczyć. W hipochondrii człowiek zaczyna rozmyślać o swoich urojonych
chorobach, gryzie się z tego powodu, zaczyna odczuwać jako bolesne to, czego
się normalnie nie odczuwa: pracę narządów wewnętrznych itp. W
hipochondrii człowiek może się
zagryźć nawet na śmierć – umrzeć na urojoną chorobę.
Rozróby są swoistą hipochondrią naszych instytucji. Instytucja bowiem, jak i człowiek, dla swego „zdrowia” musi
mieć cel, który „rozgryza”, i sens w imię którego to czyni. Instytucja w stanie
hipochondrii przeżywa bóle wewnętrznych zmagań z intensywnością odwrotnie
proporcjonalną do rzeczywistych zadań przed nią stojących. Diagnoza jest więc
prosta: rozróby są wynikiem braku odpowiednio wielkich i odpowiednio ambitnych zadań stojących przed
ludzkimi zespołami, lub też – co często się zdarza – braku ich interioryzacji,
czyli przyjęcia przez ludzi tych celów i
zadań jako własne.
Diagnozę tę można poszerzyć. Owo, sygnalizowane na początku chaotyczne
poszukiwanie kłopotów, jest przecież wynikiem braku wzniosłych i ambitnych
celów jednostkowych, takich, które jednocześnie byłyby wielkimi celami
społecznymi. Problemów z „sensem” nie znają epoki heroiczne, momenty przełomowe
w życiu narodu - pełne napięcia i walki.
O potrzebach ludzkich ........ 30
Tak
modny dziś sceptycyzm nie ominął również znanego hasła, stanowiącego
ukoronowanie humanizmu: „od każdego według jego zdolności, każdemu według jego
potrzeb”. W przeciętnym, potocznym doświadczeniu niewyobrażalna jest sytuacja,
by wszyscy mieli wszystko, czego zechcą. Naukowcy więc
snują dywagacje na temat tzw. rozsądnych potrzeb, które mają być zaspokojone,
podczas gdy innych, nierozsądnych, zaspokajać nie warto. Ale co wówczas warte
hasło, jeżeli zaspokojenie potrzeb ma być w dalszym ciągu limitowane?
Inną odmianą tegoż sceptycyzmu jest
niewiara w to, by ktoś kiedykolwiek i gdziekolwiek mógł działać z potrzeb
czysto ideologicznych. Sceptycy ci we wszystkim węszą tak zwany interes
własny. Niektórzy z tych sceptyków są nawet zdania, że to wcale nie jest tak
źle, ba – nawet dobrze, jeżeli każdy robi dobrze to, na czym mu szczególnie
zależy. W sumie dzięki temu wszyscy mamy wszystko i wszystkim nam jest dobrze.
Bohater bardzo interesowny, ale pozytywny staje się powoli głównym bohaterem
naszej publicystyki i reportażu.
Powstaje jednak paradoksalne pytanie, czy
działanie bezinteresowne nie może leżeć w „interesie” człowieka. Słowem, czy
nie jest mu czasem, z jemu znanych powodów, „wygodnie” działać bezinteresownie
w imię czystej prawdy, sprawiedliwości, w imię idei?
Potoczny pogląd na sprawy
ludzkie opiera się na dwóch mniej lub bardziej jasno uświadamianych tezach, a
mianowicie:
a) że nikt nie
lubi pracować,
b) że wszyscy chcą wszystkiego mieć jak
najwięcej.
Obalenie pierwszej tezy potocznego myślenia nie jest trudne. Wystarczy
przyjrzeć się ludziom w więzieniach, w szpitalach, ludziom w sytuacjach
przymusowej bezczynności, ludziom czekającym na dworcach, w poczekalniach,
ludziom znudzonym. Nuda jest tęsknotą za robieniem czegokolwiek, za pracą.
Podobne stresy „nicnierobienia” są udziałem niektórych emerytów. Niektórzy ze zrozumiałych
względów musieli porzucić ulubiony zawód. Wiele wskazuje na to, iż jeśli ludzie
nie lubią konkretnej pracy
to często dlatego, że nie ma tam możliwości pokazania, co się
naprawdę potrafi, brak prawdziwego wysiłku mięśni i umysłu, nudno i monotonnie,
podobnie jak w poczekalni dworcowej. W dziedzinach, gdzie istnieje możliwość
pracy twórczej, ludzie dokonują nieraz gigantycznego wysiłku dla samej idei
„tworzenia”, wiedząc niejednokrotnie, że materialnie na tym nic nie zyskają, a
nawet – stracą.
Przejdźmy do drugiej sprawy, do życzenia, by jak najwięcej mieć. By wykazać, iż
potrzeba ta nie jest potrzebą ogólnoludzką, że zrodziła się w określonych
warunkach kulturowych, nie pozostaje nam nic innego, jak odwołać się do
świadectwa tych, którzy byli w szerszym świecie i coś widzieli, a także tych,
którzy znają kultury minione. Z konieczności musimy się ograniczyć do skromnego
zestawu świadectwa.
Wojciech Giełżyński (Medytacje o Świecie Trzecim):
„Afrykański
chłopiec z Zambii godzi się pracować w kopalni, dopóki nie zarobi na parę
symbolicznych raczej niż użytecznych przedmiotów, które podniosą jego rangę w
rodzinnej wiosce – potem ucieka do swoich. Otrzymanie wyższych zarobków nie
tylko nie przywiązuje go do pracy, lecz pozwala na szybsze jej porzucenie.
Powszechne są również przypadki, że bezrobotny rzuca nadarzającą się pracę po
paru godzinach, gdy tylko zarobi na pożywienie [...], woli sjestować
w cieniu i cieszyć się życiem rodzinnym, wioskowe tańce i obrzędy zespalające
go ze zbiorowością wioskową czy plemienną, są dlań społeczną potrzebą”.
Bogdan Szczygieł (Maska z Niama-Niama-Niama) –
opowieść o Europejczyku, który nauczył murzynów afrykańskich nowoczesnej uprawy
roli:
„Pojechałem na urlop. Wszędzie zbierałem
gratulacje. W Europie, cierpliwie czekając końca urlopu i podjęcia prac
polowych, obmyślałem dalsze innowacje. Gdy przyjechałem, przywitano mnie
serdecznie. Wieczorem grały tam-tamy, młodzież tańczyła i to wszystko na moją
cześć. A potem starszyna wyjaśnił mi powód radości.
«Wiesz, dzięki tobie zebraliśmy w tym roku dwa
razy więcej milu z naszych pól. Nauczyłeś nas, co
trzeba robić, by ziemia dawała dwa razy tyle, co poprzednio. Dziękujemy ci za
to! Teraz nie musimy już uprawiać całej ziemi należącej do wsi. Za kilka dni zaczynamy pracę w polu.
Dzięki tobie w tym roku tylko na połowie zeszłorocznych gruntów».
I nie pomogło żadne tłumaczenie. Tak, przyznawali, że dzięki mnie stali się
mądrzy, ale właśnie dlatego nie widzą powodu, by
trudzić się niepotrzebnie”.
Lewis Munford
(Technika a cywilizacja) – o mieszkańcach średniowiecznej Europy:
„Gdy życie stawało się łatwiejsze, ludzie nie oddawali
się abstrakcyjnej przyjemności zbijania majątku, lecz po prostu mniej pracowali. A jeśli przyroda była
dla nich szczególnie łaskawa, pozostawali w idyllicznej szczęśliwości
Polinezyjczyków lub Greków z czasów Homera, poświęcając się w najlepsze sztuce,
obrzędom religijnym i miłości”.
Tak więc, jeśli wykluczyć dzisiejszych
Europejczyków i tych wszystkich, którzy kulturą europejską się zarazili, to
człowiek nigdy nie przejawiał najmniejszej ochoty, by – po zaspokojeniu
elementarnych swych potrzeb – pracować po to, żeby mieć więcej niż ma. Z największą ochotą natomiast ludzie oddawali się
działalności, z której nie obiecywali sobie żadnych korzyści materialnych,
czyli owej „działalności własnej” – robieniu tego, co się chce. Afrykańczyków
nie interesuje praca, jaką proponują im Europejczycy, bowiem nie interesują ich
efekty tej pracy w postaci nadmiaru dóbr.
Zarówno potrzeba pracy, jak i potrzeba posiadania jest odbiciem głębszej i
zasadniczej potrzeby ludzkiej, jaką jest konieczność ustosunkowania się do
zasadniczych spraw świata, a zwłaszcza tego, że świat istnieje obiektywnie i
jest rządzony obiektywnymi, niezależnymi od nas prawami, że wszystko istnieje w
czasie i jako takie musi mieć swój koniec – podczas gdy
to, co jest w naszym wnętrzu, jest dążeniem do pełni, do nieskończoności.
Działalność twórcza pozwala opanować zewnętrzny w stosunku
do nas świat, podporządkować go naszej psychice, narzucić mu nasze struktury psychiczne, uczłowieczyć
go, ukształtować na obraz i podobieństwo nasze.
Posiadanie rzeczy martwych, do których jesteśmy bardzo przywiązani, stwarza
namiastkę naszego z nich trwania na przekór czasowi. Ma się ono jednak tak do
efektu pracy twórczej, jak oglądanie baletu w telewizji do tańczenia, słuchanie
muzyki z płyt do śpiewania, kibicowanie do gry w piłkę nożną.
Satysfakcja pracy i satysfakcja posiadania wypływają
więc z tego samego źródła – szukania naszego miejsca w świecie. Satysfakcja posiadania przy tym
występuje w tej funkcji zastępczo – tam gdzie brak satysfakcji pracy. Ludzie o
umysłach naprawdę twórczych przejawiają nikle zainteresowanie otaczającymi ich
rzeczami martwymi. Po to, by upodobanie to mogło się w społeczeństwie
wykształcić, musiała najpierw odhumanizować się praca. Franklin i jego
uczniowie musieli włożyć wiele wysiłku, by przekonać ludzi, że ciułanie grosza
może też przynieść wiele zadowolenia.
Franklinowi udało się. Ludzie w końcu uwierzyli w świat,
gdzie „działalność własna” zastąpiona została pracą, gdzie jednak w zamian za
to jest coraz więcej rzeczy.
Uwierzywszy – stworzyli dzisiejszą cywilizację. I dziś z wielkim trudem trzeba
tłumaczyć, iż może być inaczej, że to właśnie nasz świat z jego specyficznym
stosunkiem do pracy i do dóbr posiadanych jest w dziejach ludzkich czymś
wyjątkowym.
Można też bez trudu wyobrazić sobie
społeczeństwo, w którym zasada: „Od każdego według jego zdolności, każdemu według jego pracy”
– będzie zasadą najoczywistszą z
oczywistych. Będzie to społeczeństwo wolnej, twórczej, niczym nie wymuszonej działalności ludzkiej, gdzie zasadniczą
potrzebą będzie potrzeba takiej właśnie działalności. Zgadzamy się, iż droga do
tego nie jest ani prosta, ani łatwa. Zasada jednak jest po to, by wyznaczać
kierunek ruchu, byśmy mogli według niej na każdym etapie sprawdzać busole,
uzgadniać azymuty, toteż nie powinna podlegać ograniczającej ją teoretycznej
obróbce.
Wspólnota
i zbiorowość ........ 36
Zapytano mnie kiedyś na wsi, podczas
kolacji, przy gadce o tym, o tamtym, o czymkolwiek,
czy znam ich kuzyna Mikołaja, który mieszka przy ulicy Mazowieckiej, w domu z
balkonem i dachem krytym czerwoną dachówką. Odpowiedziałem, że nie. Zdziwiono
się bardzo, sprawdzono jeszcze raz, czy naprawdę jestem z Białegostoku, i do
końca wieczoru rozmawiano ze mną mniej mile.
Pytali mnie nieraz w mojej dzielnicy
ludzie przyjezdni, czy znam
takiego to a takiego pana inżyniera, pana, który jest kierowcą w
pekaesie, albo magistrem w aptece. Odpowiadałem, oczywiście, że nie znam, bo i
skąd. Dziwiono się. Wiadomo,
miasto jest miastem, nie zna się ludzi nie tylko w mieście, dzielnicy, ale w
bloku, na tej samej klatce, na tym samym piętrze, za ścianą. Tradycyjna wiejska
wspólnota rozsypała się i nawet na wsi dziś nie każdy musi wiedzieć, o której
godzinie sąsiad wstał z łóżka. Coraz mniej ludzi wie cokolwiek o swoich
sąsiadach, coraz mniej ludzi chce o tym wiedzieć. Coraz mniej ludzi chce słuchać
opowieści o szwagrach, ciotkach i prababkach przypadkowo spotkanej osoby i
coraz mniej ma chęć innych o tym informować.
Rozkład wspólnot ludzkich był zawsze
nowoczesnością. Od czasu, gdy średniowieczne wspólnoty wiejskie i rzemieślnicze
rozpadły się pod naporem gospodarki towarowej, po dzień dzisiejszy miasto
przeżuwa zwartą tkankę wspólnot ludzkich na amorficzną miazgę miejskiego tłumu.
Równie dawny jest protest ludzi uczciwych i wrażliwych przeciwko tej destrukcji
tkanki społecznej przez cywilizację towarową.
Szereg przyczyn złożyło się na to, iż w ostatnich latach hasło powrotu do wspólnoty
staje się coraz bardziej popularne. Czynnikiem pierwszoplanowym jest,
oczywiście, wzrastający na Zachodzie niepokój, czy żywiołowy rozwój
społeczeństwa zatomizowanych jednostek, bez porządnej ideologii i religii, nie
zaprowadzi w zaułek bez wyjścia.
Znany teoretyk cywilizacji, Lewis Munford, twierdzi, iż jedynym ratunkiem jest powrót do małych
wspólnot lokalnych, w których człowiek mógłby odnaleźć pierwotne, ale całkiem
szczere i wystarczające mu do szczęścia satysfakcje.
(...) Zbyt
intensywne więzi sąsiedzkie w mieście kojarzą się ze wsią. Wieś w mieście
oceniana jest negatywnie. Zdaniem mieszczuchów, życie we wsi-mieście jest
trudne, prawie nieznośne. Wszyscy wszystkich znają. Wszyscy się wszystkimi
interesują. Jak człowiek z kim porozmawia, to zaraz plotki, a jak chcesz żyć
trochę inaczej niż oni, to w ogólne nie ma życia. Małe
miasteczka, małe, stare dzielnice w większych miastach są konformistyczne. Tu
się nie cierpi nietypowców, tu się nie da lekceważyć
opinii sąsiadów. Tradycyjna
wieś była tryumfem zbiorowości nad jednostką, wszechogarniającą kontrolą
społeczną, dyktaturą. Dzisiejszy
człowiek nie lubi wioski, ni sąsiedztwa, tak jak nie
lubi natury i folkloru. To znaczy nie lubi żyć w naturze, w folklorze, we wspólnocie
sąsiedzkiej; lubi natomiast tęsknić za
folklorem, wspólnotą i naturą.
Czy jednak powrót do wspólnoty musi
oznaczać powrót do małomiasteczkowej zasady: wszyscy wszystkich znają i wszyscy
wszystkich kontrolują? Czy musi to być unifikacja do przeciętnych gustów i
przeciętnych wzorców?
O kobietach ........ 38
Aldona Jawłowska
omawiając w Drogach kontrkultury działalność niezwykle
licznych na Zachodzie organizacji kontestacyjnych, uchyliła też rąbek tajemnicy
osłaniającej walkę między dwoma najstarszymi odłamami ludzkości – między
mężczyzną i kobietą.
Dowiadujemy się więc,
iż Ruch Wyzwolenia Kobiet nie jest jednomyślny w poglądzie na mężczyzn. Część
zrzeszonych w nim kobiet
żąda całkowitej od mężczyzn separacji, inna zaś cześć domaga się
od nich „rozległych świadczeń seksualnych”. Organizacja Czerwone Pończochy z kolei uważa, iż głównym jej celem jest
doprowadzenie kobiet do świadomości, iż są one „uciskaną klasą”, która musi się
wyzwolić.
W imię walki klasowej i całkowitego zwycięstwa nad mężczyznami, kobiety,
zdaniem tej organizacji, powinny „odrzucić wszelkie formy współdziałania z
mężczyznami”.
Jedna z najbardziej
radykalnych organizacji kobiecych pod nazwą Wiedźma wzywa wszystkie kobiety, by stały się ni
mniej, ni więcej, tylko czarownicami.
Argumentuje to w sposób następujący:
„Właśnie czarownice były «otwartymi
głowami», pierwsze stosowały kontrolę urodzin, zajmowały się alchemią. Wiedźma
żyje i śmieje się w każdej kobiecie. Jest wolną częścią każdej z nas, ukrywa
się za nieśmiałym uśmiechem, za przyzwoleniem na absurd męskiej dominacji. Jeśli jesteś kobietą i masz odwagę
spojrzeć w głąb siebie, staniesz się czarownicą, jesteś wolna i piękna.
Powołaniem twoim jest wyzwolić naszych braci z ucisku ról, które narzuciła im
płeć. Jesteś czarownicą – kobietą nieokiełznaną, złą, radosną i nieśmiertelną”.
Radykalne ruchy kobiece na Zachodzie
protestują nawet przeciw gestom mężczyzn, w których ci ostatni chcą się
kobietom przypodobać, przeciwko kultowi kobiecego piękna. Ze szczególną
zjadliwością atakowane są konkursy piękności.
„Całe to widowisko – czytamy – przypomina do złudzenia targi końskie...”
Sięgnijmy, jak przystało, do historii tego frapującego skądinąd
zagadnienia, jakim jest dzisiejsza kobieta. Eksperci, do których zdołałem się
odwołać, są w zasadzie zgodni co do tego, iż miłość
erotyczną, a co za tym idzie całą sprawę kobiecą w dzisiejszym tego słowa
znaczeniu – wymyślili trubadurzy w XII stuleciu. Zanim na scenę dziejową
wkroczyli prowansalscy pieśniarze, wszystko było tak, jak za czasów
barbarzyńskich: mężczyźni zniewalali kobiety siłą, traktowali je jak
niewolnice, schlebianie kobietom w czymkolwiek uchodziło za uwłaczające męskiej
godności. Miłość, przyjaźń, wierność istnieje – podobnie jak w starożytności –
wyłącznie między mężczyznami.
Ale również w
epoce trubadurów rzeczywiste, legalne stosunki między płciami nie uległy zmianie. Mąż jest panem swojej żony... Wymyślona
przez trubadurów miłość erotyczna, miłość nielegalna, „grzeszna”, miłość
bogatej zamężnej kobiety z ubogim, ale wiernym kochankiem kompensuje legalny
stan spraw poprzez odwrócenie sytuacji: pani serca jest rzeczywiście panią, ma
przewagę nad kochankiem pod każdym względem. Pani serca jest bogata, piękna,
dumna. Rozkazuje, żąda ofiary. Mężczyzna posłusznie ją wielbi, blaga na klęczkach o łaski.
Trubadurzy byli jednak mężczyznami. Skąd więc to namiętne dążenie do rezygnacji z odwiecznego
stanu posiadania, z panowania nad kobietą, z władania całą sferą jej rozkoszy
zmysłowej?
Znany psychoanalityk Gustaw Jung tłumaczy to po swojemu. Jego zdaniem, mężczyzna wielbiąc w
sposób romantyczny kobietę, wielbił w niej samego siebie, a raczej tę część
samego siebie, która jest jego podświadomością, część niezrealizowanego,
niespełnionego jego jestestwa, do spełnienia którego
mężczyzna dąży skrycie sam o tym nie wiedząc, ponieważ jawnie do tego dążyć nie
może – zabrania mu tego uwarunkowany, kulturowy męski honor. Wielbiona kobieta
jest cieniem mężczyzny – niespełnioną częścią jego osobowości.
Psychoanalitycy objaśniają w ten sposób nie tylko pochodzenie romantycznego
kultu kobiety i miłości romantycznej, ale też sporo innych spraw. Ot, chociażby tak zwany dobór
charakterów. Zauważono dawno, iż pary zakochanych dobierają się na zasadzie
bardzo różnych, wręcz przeciwstawnych charakterów. Partner w partnerce odnajduje w ten
sposób to, czego sam nie posiada, a za czym tęskni podświadomie. Partner wzięty
z osobna jest tylko połówką całości, miłość jest tęsknotą za drugą
niezrealizowaną przez siebie połową. Mężczyźnie nie wypada płakać, cieszyć się
kwiatkami, niańczyć dzieci, mężczyzna w średniowieczu musiał myśleć o śmierci na polu
chwały, dziś musi myśleć o karierze. To samo o kobietach. Kobiety sentymentalne,
życiowo bierne zakochują się często w mężczyznach władczych, szorstkich, bez
polotu. Kobieta ma do tego mężczyzny setki pretensji i żalów, chciałaby go
zmienić, ale nie może oderwać się od niego i nie wie o tym, że kocha go właśnie
dlatego, że jest taki, jaki jest.
...
W centrum humanistyki europejskiej stanął jednak ideał człowieka „pełnego”,
człowieka, który sam, we własnym życiu realizuje całość swych potencjalnych
możliwości. Jest to ideał samorealizacji. (...)
Idea wyzwolenia kobiety u twórców ideologii klasy robotniczej powodowana
była nie tylko troską o ulżenie kobiecie, ale wynikała z szerszej koncepcji
człowieka i jego szczęścia. Jest to koncepcja nowego człowieka i nowej miłości
– ludzi wyzwolonych i wyemancypowanych. Socjalizm stworzył model
kobiety aktywnej w życiu społecznym i zawodowym. Wyzwolenie kobiety było
warunkiem wyzwolenia
mężczyzny.
Poezja pierwszych lat powojennych sławi kobietę-traktożystkę,
kobietę-murarza, kobietę-działaczkę. Wyzwoleni w wyniku rewolucji społecznej
mężczyźni dobrowolnie oddają swe prerogatywy w ręce wyzwalających się kobiet.
Kształtuje się model rodziny, w której przedmiotem
rozmów przy kolacji są podstawy kolektywizacji rolnictwa i realizacja planów
produkcyjnych.
Po latach zaczyna być wydawany w Warszawie miesięcznik „Magazyn Rodzinny”
wprowadzający nas w dyskretny, pełen uroku świat mebli, zastaw stołowych,
przypraw kuchennych, gdzie żona znów jest bardzo kobieca a mąż bardzo męski; a
inne wydawnictwo ufundowało długą serię pod nazwą „Rodzina i dom”...
Kobieta zajmuje w tym wszystkim
miejsce tradycyjne. I znów pytanie: na ile jest to dziełem mężczyzn, którzy
pragną, by kobiety były bardziej kobiece a ile dziełem kobiet, które chcą być takimi.
Jeśli prawdą jest to, co twierdzą Czerwone
Pończochy, iż między mężczyznami a kobietami toczy się odwieczna, nieubłagana „walka
klasowa”, to jest to walka szczególnego rodzaju, gdzie w skrytości ducha każda
ze stron pragnie zwycięstwa strony przeciwnej, i po każdym zwycięstwie chętnie
oddaje zawojowane pozycje przeciwnikowi.
O miłości do samochodu ........ 43
Samochód jest narzędziem. Ale samochód jest jedynym narzędziem,
które się kocha. Dlaczego nie kocha się tokarki, szlifierki, krosna lub brony,
a kocha się samochód? Niewiele
da się zrozumieć w dzisiejszym świecie, zanim się nie zrozumie
na czym polega miłość do samochodu.
Jeśli „powołaniem” pracy ludzkiej jest,
jak pisze Antoni Kępiński, narzucanie otaczającemu światu własnego „planu”,
własnych struktur psychicznych, przekraczanie w ten sposób własnej ograniczoności
i osiąganie swoistej „nieśmiertelności w świecie dzieł” – to praca przy krośnie
jest tego zaprzeczeniem. Dzieje się tu akurat na odwrót: rytm krosna jego
jednostajny, nieustający ruch jest tu pierwotny – narzuca on robotniczy rytm i charakter
psychofizycznych reakcji.
Kierowca również ma do czynienia z
mechanizmem stworzonym przez konstruktora. W przeciwieństwie jednak do pracy
przy krośnie, kierowca realizuje własny plan trasy, którą ma przebyć, realizuje
go w nieustającym dialogu z maszyną. Każdej reakcji kierowcy odpowiada reakcja
maszyny, którą z kolei kierowca musi korygować nowym aktem. (...)
Uzgodniono więc drogą milczącej umowy społecznej, iż posiadanie
samochodu jest rzeczą lepszą niż jego nieposiadanie. Wsiadając do samochodu
zajmujemy nie tylko swoje miejsce w fotelu samochodu, ale też swoje
miejsce na mapie ludzkich wartości. Jadąc własnym samochodem komunikujemy
zatem, że z nami nie jest wcale źle, przeciwnie, że jest z nami całkiem
dobrze. Że nie brak nam smykałki ni sprytu życiowego, że sprawy nasze idą
świetnie, że warto nas szanować i z nami się liczyć.
(...).
O czym duma wujek Piotr, a o czym wujek Paweł ......... 47
W Starej Wiosce mieszkają chłopi – renciści,
którzy przekazali ziemię państwu, a sobie pozostawiali tylko chaty i renty.
Mówi się, że wieś będzie zlikwidowana, ale póki co –
wieś istnieje.
...
7.45 ......... 53
Pracę rozpoczynam o godz. 7.45.
...
Czas ciecze, mijają godziny, dni, miesiące lata. Wybuchają wojny i rewolucje,
epidemie i trzęsienia ziemi, powodzie i huragany, obracają się planety, pulsują
kwasary. Ludzie zdobywają medale w biegach na przełaj
i przez płotki, biją rekordy w skakaniu, w jedzeniu, w spaniu, w siedzeniu na
słupie i na dachu, w drapaniu się, w cmokaniu, klaskaniu. A ja – nic.
...
Iwan Rylski ......... 56
Iwan Rylski żył w okresie chrystianizacji
Bułgarii i zapragnął własnym życiem potwierdzić ideały przyjęte przez lud
bułgarski. Gdy dożył 25 lat i pomarli mu rodzice, Iwan sprzedał gospodarstwo,
rozdał wszystko ubogim, sam zaś jako mnich – anachoreta poszedł w góry Ryła
szukając spokoju w całkowitym od świata odosobnieniu. Znalazłszy niedostępną
ludziom jaskinię, przeżył w niej 12 lat, żywiąc się korzonkami, jagodami i w
ogóle tym, co dała matka natura. Napadli go tam zbóje, pobili i Iwan musiał się
przenieść do dziupli grubego drzewa. Wykryli go tam jednak pasterze owiec i
donieśli o nim ludowi. Dowiedziawszy się o Iwanie, tysiące ludzi z odległych
miejsc szło pokłonić się świętemu. Wieść o nim doszła do cara, który też
postanowił złożyć wizytę pustelnikowi. Święty nie życzył jednak sobie tych
odwiedzin, przezornie więc zmienił dziuplę i do
spotkania nie doszło. Mimo to zbocza gór w pobliżu miejsca pobytu Iwana szybko
zostały zasiedlone przez jego uczniów i naśladowców. Przed śmiercią Iwan
napisał swój „testament”, który jest obowiązującą do dziś regułą zakonu
monasteru. Tak mniej więcej opisali życie świętego Iwana jego późniejsi hagiografowie.
Działo się to tysiąc i sto lat temu. Dziś Rylski Monaster należy do
najpiękniejszych pomników prawosławnej architektury w świecie, a jednocześnie
jest to najstarszy i najbogatszy ośrodek kultury bułgarskiej. Rylski Monaster
dumnie przetrwał cały tuzin systemów politycznych i obcych najazdów. Nade
wszystko zaś, skrzętnym mnichom żyjącym według wskazań Iwana Rylskiego udało się uchować i znacznie wzbogacić dorobek
literatury bułgarskiej w okresie pięćsetletniej niewoli tureckiej. Dziś
przyjeżdżają tu co roku dziesiątki tysięcy turystów.
Co roku fachowcy przeprowadzają skrupulatną konserwację niezwykle barwnych
malowideł monasteru, dbając o stare ikony, chronią od zwietrzenia trumnę, w
której od ponad tysiąca lat spoczywają szczątki świętego Iwana Rylskiego.
Wymowa tej historyjki jest oczywista:
idea znalazła materialne ucieleśnienie i odniosła zwycięstwo ponieważ Iwan był
bezkompromisowy i bezwzględnie przekonany.
Zdarzyło się jednak, iż po powrocie z
Bułgarii opowiedziałem to słynnemu w kraju i na świecie intelektualiście.
Intelektualista był jednak odmiennego zdania. Każdy święty, według niego,
musiał wiedzieć, jak się robi świętość. Naiwna świętość jest niemożliwa,
społecznie bezpłodna...
Zgodnie z tą interpretacją Iwan Rylski, pomimo pozornego
dziwactwa, w istocie wiedział o co toczy się gra: był świadom, że w okresie
pierwszego zachłyśnięcia się chrześcijaństwem taka ekstremalna postawa może
mieć głęboki sens historyczny, wiedział jak stworzyć mit narodowego święta
Bułgarów, tak przydatny w późniejszych trudnych dziejach tego narodu.
Niestety, sprawy nie da się rozstrzygnąć
w sposób bezwzględnie
ścisły, jest ona poza wszelką empirią. Jeśli bowiem świętość
stała się faktem społecznym, historycznie aktywnym mitem – zawsze możemy
podejrzewać, iż dziwactwa, pozorne niekonsekwencje i działania sprzeczne z
zasadami socjotechniki są wyższą świadomością socjotechniczną,
one bowiem w pierwszym rzędzie zadecydowały o
powstaniu mitu świętości. Iwan Rylski unika spotkania
z carem. Jako przyszły założyciel Rylskiego Monastyru
popełnia czyn niezgodny ze zdrowym rozsądkiem. Ale właśnie ten moment jest
podkreślany przez potomnych jako niezbity dowód, iż w życiu Iwana Rylskiego nie było najmniejszego cienia prywaty.
(...) Dziennikarskim
bohaterem staje się dyrektor, manager, inżynier „o wielkiej sile przebicia”,
który wie nie tylko, co ma robić, ale przede wszystkim, jak ma robić. Ten, kto
nie ma owej „siły przebicia”, nie liczy się, o nim się nie mówi. Świadomość
społeczna zbyt często godzi się z faktem, że nie zawsze jest możliwe mówienie
prawdy i że mówienie prawdy nie zawsze prowadzi do efektów pożądanych, a także
z tym, że kłamstwo czasem jest niezbędne, by mogła zatriumfować prawda.
Napisawszy to odczułem przerażający brak pointy, skomplikowane mechanizmy
życia społecznego spowodowały zmiany poglądów, polegające na tym, iż wartością
staje się umiejętność dotarcia do celu i znajomość mechanizmów
psychospołecznych osiągania celu, traci zaś na wartości czystość moralna
działającego podmiotu. Święci jak Iwan Rylski nikogo nie interesują lub też nie
budzą zaufania. Jesteśmy nawet im skłonni przypisywać cechy, których – jako
postacie mityczne – byli czystym zaprzeczeniem. Sprawa jest jednak zbyt
znacząca moralnie, by dało się uniknąć kłopotliwego pytania: dobrze to, czy
źle?
Trudność odpowiedzi wynika z subiektywnego doświadczenia, które poucza, iż
święci naiwni, całkowicie zapatrzeni w „prawdę”, oderwani od skomplikowanej
rzeczywistości są godni politowania, zaś święci, którzy wiedzą, jak się robi świętość
– godni pogardy. Rację należałoby umieścić gdzieś pośrodku, tylko gdzie, w
jakiej odległości od dwu biegunów, z których jeden jest naiwną, społecznie
bezpłodną zasadą, a drugi po prostu cynizmem?
...
Wittgenstein ......... 60
Wittgenstein jest jednym z największych
filozofów naszego stulecia. Jest filozofem trudnym, ale wywierającym wpływ na
filozofię XX w. Życie
i twórczość Wittgensteina są wielce pouczające.
Gdy Wittgenstein był młody, uczył się u
innego wielkiego filozofa naszych czasów – Bertranda Russella. Russell
odnotował: „Początkowo miałem wątpliwości, czy jest to człowiek
genialny, czy pomylony”. Gdy Wittgenstein miał trzydzieści lat, napisał swoje
genialne dzieło Traktat logiczno-filozoficzny i wysłał je Russellowi. Russell był zachwycony, postanowił
dzieło wydrukować, napisawszy uprzednio do niego wstęp. Russell był wtedy już
sławnym filozofem, a Wittgenstein - nikomu nie znanym żołnierzem armii
austriackiej. Nie przeszkadzało to jednak Wittgensteinowi napisać do Russella
tak:
„...Teraz
jednak będziesz na mnie zły, gdy Ci coś powiem. Twój wstęp nie będzie
drukowany, a wobec tego moja książka prawdopodobnie też nie”.
Dalej ten austriacki żołnierz donosił
wielkiemu filozofowi, iż w jego wstępie same „powierzchowności i nieporozumienia”,
że nigdy nie zgodzi się na to, by jego dzieło ukazało się z tak brzydkim
wstępem.
Wittgensteina wyniesiono później na
szczyty kariery naukowej, pomimo iż nigdy o to nie zabiegał. Nie przestrzegał
zasad szacunku dla autorytetów, żadnych konwenansów, żadnych – znanych w całym
świecie – „reguł gry”.
Traktat... został jednak wydrukowany. Wkrótce potem przetłumaczono go na wiele języków
i Wittgenstein stał się znanym w całym świecie filozofem. W polskim wydaniu
książeczka ta liczy 88 stron. Podzielona jest na siedem punktów, a te z kolei –
systemem dziesiętnym – na podpunkty. Przytoczę początek Traktatu...
1. Świat
jest wszystkim, co jest faktem.
1.1. Świat jest ogółem faktów,
nie rzeczy.
1.1.1. Świat jest wyznaczony
przez fakty, oraz
przez to, że są to wszystko fakty.
Zacytowałem ów fragment nie po to, by coś
z tego zrozumieć, ale by zapoznać się ze stylem filozofa. Niewielu
bowiem było takich, którzy do końca zrozumieli Wittgensteina, ale
wszyscy odczuli, iż jest w tym coś mądrego i niezwykłego. Wkrótce potem
powstały szkoły filozoficzne , które uznały Wittgensteina za swego wodza i
proroka; rozpoczęły się namiętne spory, opublikowano setki prac o Wittgensteinie i jego dziele. Wittgensteina przy tym jednak nie
było. Uznał, że wraz z opublikowaniem jego dzieła zakończone zostało wszelkie
filozofowanie, wyjaśnione zostało raz na zawsze wszystko, co było do
wyjaśnienia. Zatrudnił
się na stanowisku pomocnika ogrodnika i zajął się hodowlą róż.
Sam napisał wstęp do swego dzieła. Stwierdził w nim:
„Zdaje sobie sprawę, że bynajmniej nie wszystko, co możliwe, zostało tu
osiągnięte. Natomiast prawdziwość komunikowanych tu myśli zdaje mi się
niepodważalna i definitywna. Jestem więc zdania, że w
istotnych punktach problemy zostały rozwiązane ostatecznie”.
Nie był więc
Wittgenstein skromnego mniemania o sobie. Nie był on zresztą pierwszym, ani też
– miejmy nadzieję – nie będzie ostatnim mędrcem, który sądzi, iż jest
uwieńczeniem wszelkiej mądrości. Wielkie dzieła, tak jak i wielkie czyny mogą
się zrodzić tylko z wielkiego błędu, ze świadomości ostatecznego swego
powołania.
Osobliwością Wittgensteina było, że sam
to zrozumiał. Po dziesięciu latach skończył z różami, wrócił między filozofów i
zaczął pisać drugie dzieło. We wstępie lojalnie zaznacza, iż do zajęcia się z
powrotem filozofią skłoniło go to, iż w pierwszym swoim dziele dostrzegł „poważne
błędy”. Postanowił je sprostować. Drugą książkę pisał przez 16 lat i nigdy
właściwie nie zdołał jej zakończyć. Postanowił w końcu oddać do druku to, co ma
– zbiór własnych wątpliwości i notatek. Ukazała się w ten sposób książka
niezwykła, urągająca najelementarniejszym zasadom pracy naukowej. Jest ona przede wszystkim zbiorem
pytań, na które filozof chciałby mieć odpowiedź, lecz jej nie ma. Takich, jak na
przykład to:
„327, Czy można myśleć, nie mówiąc? I
czym jest myślenie? Czy nigdy nie myślisz? Czy nie możesz przyjrzeć się sobie i
zobaczyć, co się wówczas dzieje. To powinno być
przecież proste”.
Książka nosi tytuł Dociekania filozoficzne. W przeciwieństwie do Traktatu... jest
przykładem niezwykłej skromności autora. Pisze on:
„Aby przy pracy tej przy jej ubóstwie
miało być dane w pomroce tego czasu oświecenie tego czy innego umysłu, nie jest
rzeczą niemożliwą, ale nie jest też prawdopodobne. Nie chciałbym swoją pracą oszczędzić
myślenia innym lecz gdyby to było możliwe, pobudzić
kogoś do własnych myśli, chętnie napisałbym dobrą książkę. Ta tak nie wypadła,
ale minął już czas, w którym mógłbym ją poprawić”.
Wyrażone w Dociekaniach ... myśli nazwano
„drugą filozofią Wittgensteina”. Rozpoczęły się spory między interpretatorami
– z jaką szkołą jest ona spowinowacona, czyją jest kontynuacją i kogo
poprzedza. Wittgensteina wszystko to nic, a nic nie obchodziło. Jego pasją było bowiem szukanie prawdy, a nie szukanie miejsca wśród
filozoficznych szkół. Zmarł w rozterce, iż prawdy tej nie odnalazł.
Filozofia słów a filozofia gestów ......... 63
Krzysztof Toeplitz zakpił kiedyś w jednym z felietonów z pomysłu
świeckich obrzędów, wychodząc z założenia, iż zadaniem ruchu laickiego jest
szerzenie treści racjonalistycznych, obrzęd zaś z natury jest zbiorem
irracjonalnych gestów. Ten świetny felietonista napisał też kilka lat temu w
recenzji filmowej, iż recenzowany przez niego film przypomniał mu zadziwiającą
skądinąd prawdę życia: „Fakt, iż na pewno umrę, nie przeszkadza mi jakoś przejmować się
takimi sprawami, jak prasowanie koszuli, wiązanie krawatu i tysiącem innych
drobiazgów, które w świetle <<spraw ostatecznych>> wydają się śmieszne i niepoważne”.
Jerzy Urban pisał, iż dla niego ślub
jest aktem, w którym dwoje osób komunikuje władzy, iż pragnie wejść w stosunek
prawny zwany małżeństwem, a władza przyjmuje to do wiadomości i akceptuje. Jest to zgodne z Kodeksem
Rodzinnym, mądre i racjonalne. Wizja życia zracjonalizowanego w każdym calu, w
każdym geście jest być może imponująca, ale czy życie takie jest możliwe? Taki
do szpiku kości racjonalista, u którego wszystko byłoby poukładane jak w
systemie Hegla, musiałby zrezygnować nie tylko ze wszelkich obrzędów i rytuałów,
ale również z takich na swój sposób absurdalnych czynności, jak wiązanie
krawatu, prasowanie spodni, wznoszenie toastów, prawienie komplementów damom i
z wielu innych rzeczy, z których składa się zwyczajne życie.
Mamy wstrząsające świadectwo
tej przykrej skądinąd prawdy. Antoni Kępiński pisze, iż objawem schizofrenii
jest zafascynowanie człowieka jakąś prawdą – tą podstawową, najgłębszą, prawdą
filozoficzną. Czy istnieje więc
różnica między schizofrenikiem a filozofem? Z książki Kępińskiego wynika, iż
różnica taka istnieje:
filozof filozofuje, dajmy na to, osiem godzin, gdy pracuje, po
czym wraca do swych wcale nie filozoficznych zajęć i czynności, schizofrenik
zaś zaczyna wprowadzać swą filozofię w życie...
Z faktu, iż na pewno umrze, filozof nie wyciąga wniosku, iż nie należy
prasować koszuli, wiązać krawatów – schizofrenik zaś wniosek wyciąga i
wprowadza go w czyn. Jeśli nawet powiemy, że Kępiński przesadził, że
owszem, znamy filozofów, których całe życie, aż do najdrobniejszego gestu, było
w całkowitej zgodzie z ich filozofią, to jednak musimy przyznać, iż to, co było
do osiągnięcia dla Epikura czy Diogenesa, może być nie do osiągnięcia dla
każdego innego śmiertelnika. Sens racjonalistycznego, świeckiego humanizmu nie
polega na tym, że każdy nasz gest, każde działanie znajduje expressis
verbis uzasadnienie w zracjonalizowanej doktrynie,
ale na tym, że kształtuje kulturę i styl życia, które w sposób niezwerbalizowany zaspokajają wszystkie potrzeby i potencje
człowieka.
Obrzęd jest najbardziej
pierwotną formą porządkowania stosunku człowieka do człowieka i stosunku
człowieka do natury.
Wielki filozof francuski Levi-Brühl zwrócil kiedyś uwagę,
iż folklor ludów pierwotnych jest tym uboższy w treść słowną, im bogatszy jest
ich obrzęd. To samo można powiedzieć o folklorze słowiańskim. Obrzęd, w którym
egzemplifikowała się jedność człowieka z naturą – noc Kupały – pozbawiona jest
prawie zupełnie tekstów słownych.
Filozofia rodzi się wówczas,
gdy samo życie, samo działanie ludzkie pozbawione jest treści jednoczących
człowieka z człowiekiem i człowieka z naturą. Filozofia
zastępuje to, co dostarczała pierwotnie bogata obrzędowość życia. Jest
balsamem, który ból łagodzi, ale rany całkiem nie leczy. Filozofia
prawie nigdy nie ogarnia całości naszego życia. Zawsze są jeszcze czyny i
gesty, których nie uzasadnimy filozoficznie, które z tego punktu widzenia
wydałyby się, być może, absurdalne i bezsensowne, które jednak nas w jakiś
sposób satysfakcjonują i nadają naszemu życiu poczucie takiej pełni.
...
(...) Życie nasze powinno być
pełne blasków i kolorów. Poza działaniami, dzięki którym budujemy naszą
przyszłość, potrzebne są również działania, poprzez które intensywniej
odczuwamy naszą teraźniejszość. Potrzebne są również działania, które być może,
nie mają racjonalnego sensu, ale które wiążą nas uczuciowo z szerszą
zbiorowością, z naszą dzisiejszą rzeczywistością i z jej historyczną
przeszłością, z wytworami kultury ludzkiej przekraczającymi ciasne granice
jednostkowej egzystencji ludzkiej, egzystencję tę usprawiedliwiającymi,
nadającymi jej oczywisty, intuicyjnie odczuwalny sens i wartość.
Czy życie ma sens, czy go nie ma
......... 67
Są
tacy, którzy twierdzą, że życie nie ma sensu, inni – że chyba ma, jeszcze inni
– że ma na pewno. O
tym, że życie jest absurdem, napisano dużo dzieł bardzo grubych i mądrych. O
tym, że jest z sensem – napisano jeszcze więcej, też bardzo grubych i mądrych.
No więc jak jest z tym życiem?
Sens życia jest tematem, nad którym
głowiły się najtęższe umysły wszystkich czasów. Pisali o tym między innymi dwaj
sędziwi filozofowie polscy: profesor Kotarbiński i profesor Tatarkiewicz.
Profesor Tatarkiewicz napisał książkę O szczęściu tłumaczoną już na różne języki, a profesor Kotarbiński – Medytacje o życiu godziwym, których kolejne wydania cieszą się ciągłym
powodzeniem.
Dzieła te świadczą chlubnie
o filozofii i filozofach, których intencją jest pomóc ludziom w rozwiązywaniu
trudnych problemów życia. Świadczą one jednak i o tym, jak niewiele człowiek
wielki może pomóc w tym względzie zwykłemu człowiekowi.
Sens książki Tatarkiewicza
jest taki: nie da się osiągnąć szczęścia, kiedy się pragnie szczęścia jako
takiego. Szczęście osiąga się dopiero wtedy, gdy się usilnie dąży do celów,
które przynoszą szczęście, nie myśląc jednak o szczęściu samym. Książka ta znosi więc w konsekwencji samą siebie, ponieważ – jak
wskazuje tytuł – jest ona myśleniem o samym szczęściu.
Profesor Kotarbiński stworzył nowoczesną
i wielce pożyteczną w dzisiejszym świecie dziedzinę nauki, jaką jest
prakseologia. Prakseologia, jak poucza encyklopedia i książki profesora – jest
nauką o skutecznym działaniu. Działanie skuteczne jest wszakże działaniem
instrumentalnym. Działania instrumentalne mają sens o tyle, o ile służą
określonemu, przyjętemu z góry celowi. Same w sobie nie są ważne. Sankcja
ważności działań skutecznych i sprawnych leży poza nimi, a nie w nich samych.
Jest nim przyjęty z góry cel, któremu ma służyć takie działanie. Kopiemy rów po
to, by ciekła woda; siejemy ziarno, by rosło żyto; budujemy dom, by było gdzie
mieszkać. Ale po co żyjemy? Żyjemy
aby żyć, tak jak śpiewamy, aby śpiewać, ziewamy, aby ziewać, kochamy
się, aby się kochać... Są to działania nieinstrumentalne, autoteliczne. Robimy tak dlatego, że nam się chce robić to, a nie co innego. W
działaniach instrumentalnych – odwrotnie, robimy to dlatego,
że chce się nam czego innego. Chce się nam posiadać dom, a nie samego budowania
domu dla budowania. Czy można życie potraktować instrumentalnie, w kategoriach
celu i skuteczności?
Żyje się przecież o tyle, o ile chce się żyć, i po to, aby żyć, a
nie po to, żeby zrealizować zaplanowany przez kogoś cel naszego życia, nie
będący życiem samym.
Profesor Kotarbiński rozsądnie unika odpowiedzi na to pytanie. Wobec
faktu, iż kogoś z nas czeka śmierć, profesor stosuje takie oto rady:
„Traktujmy własny przyszły zgon, bez obłudy i wmówień, jako poważne życiowe
niepowodzenie i próbujmy obejść się z nim tak, jak się obchodzimy z innymi
poważnymi nieuchronnymi niepowodzeniami. Skoro zanosi się na to, że ono
niedługo nastąpi, trzeba zabezpieczyć to, co musi być do tego czasu zapewnione.
Masz utrwalić w pamiętniku fakt godny upamiętnienia – nie odkładaj wiec
notatki. Przyjaciel potrzebuje twej rady lub pomocy, pośpieszaj, wzywa cię
szanowny obowiązek zawodowy, staniesz na posterunku, oddany zawodowym zadaniom
i znowu będzie warto poświęcić im sporo uwagi i energii z odsunięciem myśli o
własnym zgodnie spodziewanym. Masz wreszcie własne hobby, swego „konika”,
lubisz specjalność sportową lub kolekcjonerstwo albo studia wyróżnione,
nieutylitarne. Warto zająć się tym w godzinie odprężenia. Albo musisz
posłuchać, porozkoszować
się słońcem na plaży etc. etc.”
Profesor nie stosuje więc wypracowanych przez siebie zasad prakseologii do
analizy spraw życia. Można bowiem słusznie zapytać,
jaki może być sens kolekcjonerstwa, studiowania, treningu sportowego na krótko
przed niechybną śmiercią. (Sens bardzo prosty: chociaż przez chwilę nie myśleć o śmierci. Jest to,
moim zdaniem, jak najbardziej zgodne z prakseologią. Anonimus).
Prakseologia zachowuje swoją ważność tylko do pewnych granic,
które są granicami naszej codzienności. Kiedy mówimy o życiu jako całości,
wszelkie zdania o sensie nie mają sensu. Kategorie
sensu i celu są kategoriami językowymi służącymi do opisu działań dokonywanych
przez ludzi żyjących, „wewnątrz” życia, a nie do opisu życia samego. By dokonać
opisu samego życia należałoby użyć swoistego „metajęzyka”, wznieść się na
wyższy poziom refleksji i odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ludzie pytają o
sens życia, dlaczego o tym mówią, czego naprawdę chcą marząc o szczęściu i co
to wszystko znaczy.
Człowiek, jak zauważył Marks, jest istotą
praktyczną i jego stosunek do świata jako całości regulują jego działania praktyczne , a nie słowny wykład o sensie czy bezsensie.
Egzystencjalista, który udowodnił, iż życie nie ma sensu w działalności
praktycznej, jaką jest produkowanie dzieł o bezsensie życia, odnalazł sens
swego życia. Nie jest też pewne, czy dla filozofa, który udowodnił, iż życie ma
sens, ważniejsze jest, co on udowodnił, czy to, że on właśnie to udowodnił.
Zdaniem Tatarkiewicza,
by czuć się szczęśliwym, nie należy myśleć o szczęściu, ani też marzyć o tym
usilnie. Nie przeszkadza to jednak profesorowi Tatarkiewiczowi
przygotowywać kolejnych wydań książki O szczęściu będącej myśleniem i
marzeniem o życiu szczęśliwym.
Trzeba się pogodzić z
faktem, iż są sprawy, których nie da się zwerbalizować, czyli
o których nie da się powiedzieć żadnego sensownego zdania. Do takich należy niewątpliwie tak zwany „sens
życia”. Nasz stosunek do świata jest stosunkiem praktycznym, realizującym się w
działaniu, a nie w słowie. Czy jednak nie należy próbować o tym mówić? Wittgenstein
twierdzi, że nie należy. O tym, o czym nie da się powiedzieć, należy –
zdaniem Wittgensteina – milczeć. Wittgenstein nie wytrwał jednak długo, jak
wiemy, w tym postanowieniu.
Wbrew temu, co głosił w Traktacie..., Dociekania filozoficzne... składają się przede
wszystkim ze zdań pytających. Pytał w nich także o to, czego się powiedzieć nie
da.
Marks, który uważał, iż tzw. problemy
egzystencjalne człowieka rozwiązane być mogą przez właściwie zorganizowaną
praktykę życia społecznego, a nie przez filozoficzne dywagacje uważał też, że
praktyki tej nie da się zorganizować bez solidnej filozofii.
Gombrowicz marzył o tym, by
przeintelektualizowanej Europie przeciwstawić zdrową polską niedojrzałość. Nie
zrobią jednak tego, zdaniem Gombrowicza, „krzepkie chłopy”, to bractwo morowe
od życia praktycznego.
Niedojrzałość wobec dojrzałych może prezentować przekonująco
ktoś, kto jest bardziej od nich dojrzały.
Nadmiar refleksji powoduje impotencję.
Przezwyciężyć ją można jednak dzięki zrozumieniu „w czym
rzecz”, czyli dzięki nowej refleksji.
Jesteśmy tu blisko podstawowego dylematu naszych czasów. Po to, by
odnaleźć radość i sens, konieczne jest odejście od wyrafinowanych,
przeintelektualizowanych form ku zwykłym stosunkom człowieka z człowiekiem,
zwykłej życzliwości, współczuciu; zmierzaniu ku prostym radościom życia,
zachwytem nad pięknem, ku pierwotnym uczuciom. Ale żeby to osiągnąć, żeby się
wyzwolić z ciężaru refleksji, potrzebny jest nowy wyższy poziom refleksji. Trzeba zatem próbować mówić również o tym, czego wypowiedzeń
się nie da. Tylko jak?
Uwagi do przyszłej metafizyki śmierci ......... 71
Święto Zmarłych nasuwa zawsze intrygujące
i do końca nie wyjaśnione pytanie: czy umarli istnieją a jeśli tak, to w jaki sposób? Śmierć posiada swą religijną metafizykę –
jest nią wiara w życie pozagrobowe. Ateistyczna metafizyka śmierci w formie
usystematyzowanego wywodu nie istnieje. Ale istnieje potrzeba takiej
metafizyki. Istnieją też w kulturze laickiej wątki myślowe stanowiące jej zaczątek.
Dla ateisty pytanie: czy
umarli istnieją ? – sprowadza się do pytania: czy
istnieje przeszłość? Gdybyśmy mieli sprawę roztrząsać w sposób pedantycznie
naukowy, należałoby rozstrzygnąć kwestię: czy przeszłość jest niebytem, czy też
bytem, ale odmiennym od teraźniejszości? Jeśli jest bytem, na czym ta
odmienność polega? Jeśli zaś przeszłość jest niebytem, to czy niebyt istnieje ,
czy też całkiem go nie ma?
Tak sformułowane pytania brzmią
niewątpliwie zabawnie i mogą się wydać czystym nonsensem. Nonsensem jednak nie
są. W europejskiej myśli filozoficznej dużo miejsca poświęcono próbom ich rozstrzygnięcia.
Zawiłość problematyki zraża jednak do pobieżnego nawet jej przeglądu.
(...)
Spójrzmy na to zagadnienie z
jeszcze jednej strony: czy żywi w obliczu śmierci mogą znaleźć pocieszenie w
świadomości, iż będą trwali po śmierci w kulturze jako byty
nieaktualne. Twierdzę,
że tak i mógłbym przytoczyć na to ogromny materiał dowodowy.
Walczący o „sprawę” w obliczy
śmierci wykazują znacznie większe zainteresowanie tym, by sprawa nie ucierpiała
na tym, iż niebawem umrą. Historia dostarcza aż nadto przykładów ludzi, którzy
świadomie wybierali śmierć, by ocalić, czy utrwalić to, co było im szczególnie
drogie. Pojęcie honoru, w imię którego ludzie od czasów starożytnych
aż po nasze dni umieli poświęcać
życie, jest troską o pośmiertne trwanie w kulturze. Życie codzienne
dzisiejszego człowieka, a zwłaszcza życie ludzi zagrożonych śmiercią dostarcza
dużo przykładów troski o pośmiertne losy spraw szczególnie im drogich,
związanych z ich imieniem. Centralnym motywem wielkich wysiłków twórczych i
wielkich dokonań ludzkich jest chęć pozostania na zawsze w pamięci potomnych.
(...)
U szewców ......... 81
W narodzie mówią: „pije jak szewc”.
Ciekaw byłem, jak też szewcy piją naprawdę.
...
O alkoholikach ......... 86
Na
sympozjum naukowym poświeconym problemowi alkoholizmu lekarze orzekli raz
jeszcze, iż alkoholizm jest chorobą. Prasa przy okazji przypominała, iż są
ludzie mało inteligentni, którzy w to nie wierzą. Jest ich jednak coraz mniej.
„Natomiast coraz więcej zwolenników –
czytamy – znajduje teoria, że alkoholizm to choroba i że tak, jak to bywa z
wieloma jeszcze chorobami, medycyna nie ma na nią radykalnego leku. Jako
choroba przewlekła wymaga długiego okresu leczenia, na co pacjentom najczęściej
nie starcza cierpliwości i co nie znajduje poparcia w opinii społecznej. Społeczeństwo zaś zachowuje wobec tej choroby postawę
ironiczno-pobłażliwą, a leczący się alkoholicy często spotykają się z
szykanami” („Gazeta Współczesna” Nr 51 r. 1977).
„Gazeta
Współczesna” oburza się na tych zacofanych, co nie mają należytego respektu dla
„chorych” alkoholików, a następnie, by uświadomić czytelnika jak tę chorobę
rozpoznać, omawia szczegółowo jej główne symptomy: bóle głowy, drżenie rąk, miewanie tzw. kaca
itp.
Oto skutki
„unaukowienia” myślenia o
życiu: dawniej byli pijacy, na których
czekały w domu żony z wałkiem w ręku, dziś są nieszczęśliwi „chorzy na
alkoholizm”, na których w przytulnych szpitalach czekają w białych kitlach
lekarze i pielęgniarki. Dawniej były niegrzeczne dzieci, które karała mama
rózgą lub tata paskiem, dziś są dzieci chore na nerwicę, których niegrzeczność
leczy się pigułkami. Dawniej były wstrętne żony-histeryczki, których mężowie
skutecznie przywoływali do porządku stuknięciem pięścią w stół – dziś są
nieszczęsne chore na histerię, wokół których chodzi się na paluszkach i podaje
się tabletki na uspokojenie. Dawniej byli ludzie leniwi, których popędzano do
roboty szturchańcem, dziś są chorzy na melancholię, chorobę straszną, w której
„nic się nie chce”, a której zawiłości z trudem usiłują rozplątać lekarze
specjaliści. Kępiński jednak wśród wielu metod leczenia melancholii wymienia
metodę zwaną „centryfugą”, a stosowaną w ubiegłym stuleciu. „Częstotliwość obrotów – pisze
Kępiński – dochodziła do 100 na minutę, chory wymiotował, oddawał bezwiednie
stolec, miewał krwotoki z ust, nosa, oczu”. Ponoć to jednak pomagało.
Średniowiecze znało jeszcze bardziej radykalny sposób na melancholię: brano delikwenta za ręce i nogi i
wrzucano zimą do przerębli, po czym wyławiano w następnej przerębli w dole rzeki. Wyłowiony czuł się szczęśliwy
do końca życia, melancholię – jak ręką odjął, promieniowała z niego sama radość
życia.
Były to oczywiście metody barbarzyńskie, wynikające z braku świadomości
medycznej i ogólnego zacofania społeczeństwa.
Wróćmy
jednak do alkoholizmu. Specjaliści od alkoholizmu – czyli
alkoholodzy – nie poprzestają jak wiadomo, na
określeniu symptomów alkoholizmu i ustalenia zasad postępowania, ale próbują
też dociec przyczyn alkoholizmu. Dzięki ich wysiłkom niektóre sprawy zostały
rozjaśnione. Jak zawsze w takich wypadkach przyczyny owe możemy podzielić na
społeczne i osobowościowe. W przypadku przyczyn
osobowościowych winę ponoszą, prawdopodobnie, rodzice, którzy w kodzie
genetycznym przekazali pewną skłonność... W przypadku przyczyn społecznych winę
ponosi społeczeństwo, które wytwarza sytuacje stresowe, napięcia, pośpiech itp.
Winę ponosi także kultura, która stworzyła wzory obyczaju, według których nie
pić nie sposób.
Takie dogłębne wyjaśnienie
sprawia nam niewątpliwą rozkosz intelektualną i moralną. Czujemy swoją wyższość
rozumiejąc nieszczęsnych alkoholików, współczując ich nieszczęściu. Czujemy
przy tym, iż jesteśmy w posiadaniu tajemnicy groźnego zjawiska, że znając
mechanizm jego powstawania, wymyślimy również mechanizm zapobiegania.
Skądinąd wiadomo jednak, iż zapobiegać zjawisku niezmiernie trudno, jeszcze
trudniej je leczyć. Poznanie wszelkiego rodzaju
przyczyn – subiektywnych i obiektywnych, społecznych i indywidualnych, katalogowanie
ich, zliczanie współczynników i korelacji, operowanie danymi na komputerach,
kartach perforowanych i wykresach graficznych – wszystko to niewiele pomaga w
wyleczeniu konkretnego alkoholika.
(...) Pijaczyna ów przejawiał wszelkie symptomy alkoholizmu ustalone
przez lekarzy na wspomnianym na wstępie sympozjum: drżały mu ręce, miewał bóle głowy i
wymioty, był zazdrosny o żonę i – co tu dużo mówić – ciągnęło go do
kieliszka. Znajomy ów do końca nie dał
się przekonać ni lekarzom, ni najbliższym, że jest alkoholikiem i że powinien
zacząć się leczyć.
- Nie jestem alkoholikiem – krzyczał – Piję, bo tak chcę. W każdej chwili
mogę jednak przestać pić i już.
Pić jednak chciał nadal i nie chciał przestawać. Aż tu któregoś dnia powiedział: „dość”! Odsunął kieliszek na bok i został abstynentem. Od tego
czasu minęło już wiele lat – żyje sobie szczęśliwie z żoną, chodzi na spacery,
dochował się wnuków. Był to jedyny znany mi wypadek wyleczenia się z
alkoholizmu.
Alkoholików możemy podzielić na tych,
którzy nie wiedzą o tym, iż są alkoholikami i na tych, którzy o tym wiedzą. Ci,
którzy nie wiedzą, sądzą, iż piją z własnej woli, jeśli nie zechcą – pić nie
muszą, a więc – że nie są chorzy, tylko całkiem normalni i że całe leczenie
jest zbędne. Alkoholodzy wiedzą, że to błąd, ponieważ
ich „chcenie” zdeterminowane jest szeregiem przyczyn odkrywanych przez alkohologów. Ale alkohologowie są
w jeszcze większym błędzie sądząc, iż można wyleczyć alkoholika bez owego
„chcenia”. Alkoholik, który nie wie, że jest alkoholikiem i że alkoholizm jest
uwarunkowaną społecznie i psychicznie chorobą, ma zawsze prawo i możliwość
wysilić się i dokonać „cudu”: przestać pić. Alkoholik świadomy swojej choroby
jest w sytuacji o wiele gorszej. Jako chory ma prawo domagać się od otoczenia
szczególnych względów przysługujących choremu. Ma prawo czuć się cierpiącym
nieszczęśnikiem skrzywdzonym przez społeczeństwo, które stworzyło warunki
rozwoju jego strasznej choroby. Ma prawo domagać się od medycyny środków na
ukojenie cierpień, ani na chwilę nie myśląc o tym, by przestać pić, bo przecież
wie o tym, o czym wiedzą alkoholicy, że jako chory na alkoholizm musi chcieć
pić. Skądinąd wiemy, iż alkoholik świadom swego alkoholizmu chętnie z tych
swoich praw korzysta..
Sytuacja jest wiec paradoksalna: im bardziej wnikliwe i głębokie
są dociekania alkohologów nad przyczynami
alkoholizmu, tym mniej są one przydatne dla antyalkoholowej praktyki. Prowadzą one bowiem na ogół do wniosku, iż przyczyny alkoholizmu
tkwią głęboko w naszej kulturze. Należałoby zatem
zmieniać kulturę. Tylko kto to zrobi i jak, jeśli
nosicielami tej kultury są w większości ludzie pijący, trochę pijący, a
częściowo także alkoholicy, i kiedy to, że są to ludzie pijący, pół pijący
itp., jest zdeterminowane przez tęże kulturę.
Jako socjolog przejęty jestem od pewnego
czasu faktem, iż rozwój tej, tak pożytecznej przecież, dyscypliny nauki posiada
też skutek uboczny i może spowodować swego rodzaju spustoszenie moralne w
świadomości powszechnej. Dowiadujemy się więc dzięki
socjologii, iż wszystko w życiu społecznym daje się zmierzyć, policzyć, opisać
w obiektywnych kategoriach przyczyny i skutku, że społeczeństwo składa się ze
struktur i grup społecznych, które określają charakter i zachowanie się
jednostek. Skoro zachowania jednostki są „konieczne”, uwarunkowane strukturą
społeczną, zdjęta jest z niej wina za czyny niegodziwe.
Dochodzenie więc przyczyn strukturalnych uchodzi – i całkiem słusznie – za
działalność o wiele bardziej skuteczną , świadczącą o rozległej wiedzy i wyczuciu
socjologicznym – niż czcze moralizatorstwo.
Prawda jest jednak o wiele bardziej skomplikowana, niż by się wydawało. Otóż
jeśli bodźce i uwarunkowania strukturalne mają być zmienione na lepsze, jeśli
istnieje w tej dziedzinie rzeczywisty postęp, to dzieje się to między innymi
dzięki wrażliwości moralnej społeczeństwa, które jest strukturą samokierującą się i samodoskonalącą
się, a więc taką, która we własnym wnętrzu posiada dość sił, by znieść samą
siebie, czyli przekształcić się w strukturę doskonalszą , strukturę
wyższego rodzaju. Powinnością dziennikarza o intencjach naprawczych jest nie
tylko rozpoznawanie wadliwości funkcjonowania struktur i donoszenie o tym
społeczeństwu, ale także budzenie elementarnej wrażliwości moralnej, bez której
naprawianie tych nieprawidłowości nie jest na dłuższą metę możliwe.
O potrzebie intymności ......... 92
Wszystkie poznane dotychczas ludy używają
jakichś środków odurzających, czyli wszyscy po swojemu „się spijają”. Wszelkie
możliwe trucizny powodujące zmiany ludzkiej świadomości budziły zawsze żywe
zainteresowanie. Indianie zażywają w tym celu pejotl powodujący stany umysłu
zbliżone do schizofrenii, niektóre plemiona syberyjskie spożywały nawet
muchomory, które przy niegroźnym dla życia zatruciu powodują ponoć uczucie
unoszenia się w powietrzu i inne halucynacje. Tęsknota za upojeniem, za
„obłędem” wydaje się więc być tęsknotą ogólnoludzką.
Na czym polega urok tego stanu?
Znany filozof amerykański, autor Doświadczeń religijnych
William James snuje
takie oto refleksje: „Odurzenie powiększa, jednoczy i mówi tak. Alkohol jest w
rzeczywistości wielkim wywoływaczem potakiwania w człowieku. Przenosi on
swojego wyznawcę z jego zimnego obwodu rzeczy do jego promiennego i gorącego
serca. Na chwilę
jednoczy go z prawdą i nie tylko przez perwersję poszukują ludzie
alkoholu. Dla człowieka biednego i dla analfabety zastępuje on koncert
symfoniczny i literaturę. Czyż to nie jest tragiczne, że tak wielu z nas
jedynie w alkoholu, czyli na granicy zezwierzęcenia spojrzeć może w nieskończoność.
Świadomość pijana jest częścią świadomości mistycznej i nasz pogląd na nią musi
wynikać z poglądu na świadomość mistyczną w ogóle”.
Tęsknota za upojeniem jest tęsknotą za
stanem bardziej pierwotnym niż cywilizacja i kultura. Kultura jest formą
narzuconą jednostce przez zbiorowość. (...) Kultura wywołuje u nas
świadomość czasu, bez którego byłoby niemożliwe stworzenie całego dorobku
ludzkiej cywilizacji. Świadomość czasu jest największą ludzką udręką. Jest
świadomością kruchości bytu realnego, jego przemijania.
Alkohol znosi świadomość czasu. Dla
pijanego istnieje tylko teraźniejszość. Upojenie jest życiem, chwilą, nieważny
jest dzień jutrzejszy ni przyszłe - przykre zazwyczaj – rezultaty dzisiejszej
zabawy, ważne jest to, co jest, nie zaś to, co będzie.
Alkohol znosi potrzebę maski. Przysłowie mówi: „Co u trzeźwego w myśli – u pijanego na języku”. Ginie
wszelka autorefleksja, samoświadomość...
(...) Ubranie
jest, poza wszystkim innym, językiem, za pomocą którego komunikujemy swoim
bliźnim to i owo o naszym statusie społecznym, o tym, jak się nam wiedzie, o
naszych możliwościach finansowych, gustach, o kręgach towarzyskich, z którymi
najprawdopodobniej mamy do czynienia itp. Jest to przy tym komunikat
zafałszowany, bowiem skrzętnie ukrywamy ciała i ducha, a także – niedostatek
pieniędzy.
Poprzez ubranie jednak nie tylko coś tam
komunikujemy otoczeniu, ale też zachowujemy sekret własnego ciała.
(...)
Byłem na striptizie ......... 97
- No i proszę... Przed wojną byłoby to niemożliwe!
Siedzę teraz i myślę, jak opisać to, co było dalej, by nikogo nie urazić,
zwłaszcza, iż chcę tu pisać nie o kabarecie, a o publiczności. Były więc tak zwane
piosenki i tak zwane dowcipy. Ale piosenki były bardzo głupie i brzydkie a
dowcipy nudne. Słyszałem je od znajomych dwadzieścia lat temu. Muzykanci...
(...)
O pornografii ......... 101
John Galbraith pisał, iż w społeczeństwie
kapitalistycznym potrzeby zależą od produkcji. Raz puszczona w ruch machina
wytwarzania nie daje za wygraną. Wymyśla się wciąż coś nowego, by podtrzymać
gasnące zapotrzebowanie. Dotyczy to między innymi pornografii.
(...)
O dramacie treści i formy ......... 104
Cechą zasadniczą kultury i człowieka jest stosunek do formy. Człowiek
może się objawiać innemu człowiekowi tylko w pewnych kulturowo ustalonych pozach, czyli za pomocą pewnej formy. Generalnie
biorąc, stosunek do formy może być albo refleksyjny, albo bezrefleksyjny: o
formie czyli o tych pozach, albo się wie, albo się nie wie; jeśli się wie – ma
się do niej dystans, jeśli się nie wie – jest się z nią tożsamym.
Wciąż nie jest sprawą jasną, czy
lepiej być szczęśliwym nie wiedząc o tym, czy też wiedząc. Być szczęśliwym i
nie wiedzieć, to samo, co na przykład być szczęśliwym pod narkozą, a potem
całkowicie o tym zapomnieć; być świadomym szczęścia, to znaczy – być świadomym
wszystkich ograniczeń a takie szczęście jest zawsze przemieszane z goryczą.
Szczęśliwym bezgranicznie można być tylko nieświadomie, ale jest to szczęście
cielęce, niegodne człowieka, zaś świadomość „jaki jestem szczęśliwy” – jest
świadomością pewnej pozy, która jako poza – nie jest przecież autentyzmem.
Różnica między czytelnikiem tzw.
prymitywnym a czytelnikiem wyrafinowanym jest taka, iż pierwszy z nich czytając
Krzyżaków przejmuje się wszystkimi niepowodzeniami Zbyszka i Juranda,
drugi zaś – potknięciami pisarza. Pierwszy z nich wie, że Zbyszko z Bogdańca działa sprawiedliwie i powinien zwyciężyć; drugi z
nich wie, że powieść powinna być napisana dobrze. Czytelnik wyrafinowany jest
świadomy formy, czytelnik prymitywny – nie. Który z nich jest szczęśliwszy
podczas czytania Krzyżaków? Jaki odbiór tekstu powieści jest odbiorem
autentyczniejszym, wartościowszym?
Trzydzieści lat temu, będąc
uczniem szkoły podstawowej, czytałem właśnie Krzyżaków wiejskim prządkom i
chłopom spoczywającym na wyrkach. Śledzono z wielką
uwagą, do późnych godzin nocnych, sukcesy i klęski Zbyszka z Bogdańca, a na drugi dzień długo rozprawiano o tym,
szczerze przejmując się niepowodzeniami i ciesząc się z sukcesów. Powieść była
„prawdą objawioną”. Nikomu nie przychodziło do głowy, że jest ona formą
stworzoną wysiłkiem pisarza. Forma była przezroczysta dla treści. Rozczarowanie
i oburzenie przyszło później, gdy powiedziałem, że powieść napisał Henryk Sienkiewicz.
–
Jak to „napisał”? – zapytano.
–
Normalnie: wziął i napisał.
–
Więc to wszystko wydumka? To po cholerę
myśmy tego całą zimę słuchali?
I więcej powieści nie słuchano.
Czytelnik prymitywny nie jest w
stanie właściwie odebrać emitowanego w telewizji Hamleta. Po to, by właściwie
odebrać Hamleta, trzeba posiadać elementarną wiedzę o formie. Trzeba wiedzieć,
że Hamlet jest dramatem, że napisał go Szekspir w Anglii w
XVII wieku, że Szekspir był genialny, i że Hamlet jest arcydziełem, że sztukę reżyseruje
reżyser i grają w niej aktorzy, że jedno i drugie jest formą, którą my –
widzowie – mamy ocenić. Jeśli tego brak, Hamlet odbierany jest tak, jak
„Kobra”, i tyle z niego pożytku, co z „Kobry”, a nawet mniej, bo w „Kobrze”
wątek jest przejrzysty i morał ewidentny.
Po to, by odebrać Hamleta jak
Hamleta, to znaczy tak, jak chcą tego autorzy programu telewizyjnego, należy
posiadać przynajmniej taką wiedzę, jaką posiada przeciętny maturzysta, a oprócz
tego – chcieć z niej korzystać. Należałoby w tym miejscu podnieść straszne
larum: większość społeczeństwa nie odbiera Hamleta
ani innych tego rodzaju rozkoszy ducha, traktowanych przez działaczy kultury
jako przejaw autentycznego uczestnictwa w kulturze. Oglądanie Hamleta bez
takiej wiedzy jest tym samym, czym jest oglądanie meczu przez człowieka nie mającego
najmniejszego pojęcia o zasadach gry w piłkę nożną.
Robi się w tej materii, co się da... Cel wszystkich
tych poczynań - upowszechnienie świadomości formy.
Larum podniesiono jednak z
całkiem przeciwnej strony. Podnieśli go...- artyści.
Artyści awangardy starają się unikać wszelkiej formy (jak ów artysta z RFN,
który zapraszał miłośników sztuki do miejskiego autobusu, każąc im oglądać tłum
uliczny jako dzieło sztuki), czy też kpią z niej brutalnie.
Forma jest zawsze w jakimś
stopniu zabawą, przeciwieństwem życia na serio. Koneserom formy nic się nie da
powiedzieć serio. Moi słuchacze dopóty przejmowali się serio losami Zbyszka i
Danusi, dopóki nie osiągnęli świadomości formy. Pewien mój znajomy socjolog
boleje, że nie może, jak ongiś, przejmować się tym, co ogląda w filmie, miał
bowiem nieszczęście być zaangażowany jako statysta do jakiegoś tam filmu i
widział kulisy robienia obrazu. Odtąd każda wartka akcja na ekranie kojarzy mu
się mimo woli z gigantycznym bałaganem i zdenerwowaniem wszystkich podczas jej kręcenia.
Definicji nauki jest wiele.
Wszystkie definicje nauki obracają się jednak wokół zasadniczej myśli: nauka
jest świadomością metody, za pomocą której realizuje się
proces poznania, czyli – świadomość formy. Możemy zrozumieć
dlaczego świadomość formy dała człowiekowi panowanie nad światem.
Człowiek, który jej nie posiada, jest z formą tożsamy, jest jej nieświadomym
niewolnikiem i nie jest w stanie jej przezwyciężyć. Nie jest więc zdolny do stworzenia
nowego obrazu świata, a co za tym idzie – nie może tworzyć postępu.
Van Lier wszakże ze smutkiem zwraca uwagę, że wszystkie
cywilizacje zginęły u szczytu swego kulturowego rozwoju.
(...)
Forma nie jest formą dla
siebie: jest formą w odniesieniu do treści, a treść jest treścią w odniesieniu
do swej formy. Forma
jest objawieniem rzeczy istotniejszej od niej: treść jest tym, co się objawia w
formie. (...)
W obozie Walczących o Sprawę świadomość formy jest oczywiście
dywersją. (...)
Inną sprawą o kapitalnym znaczeniu,
wymagającą skrupulatnego opisu, jest stosunek do tego, jak się inni
ustosunkowują do formy... (...)
Możemy więc powiedzieć, iż
drażni nas zarówno pełna tożsamość z formą jak i całkowity do niej dystans. (...)
Podobno policja amerykańska ma
duży kłopot z odróżnieniem czołowych osiągnięć awangardy artystycznej
(prezentującej swoje arcydzieła na ulicach wielkich miast) od aktów zwykłego chuligaństwa... (...)
Mówiłem o tym, iż świadomość formy w sztuce może
być skuteczną barierą dla wszelkich wzruszeń i wszelkiego autentycznego ruchu
myśli. (...)
Skro więc
uczyniliśmy jeden krok, uczyńmy następny. Przestaliśmy wierzyć, że powieść jest
objawieniem prawdy o bohaterze; wiemy, że autor tworzy dzieło w mękach,
kreśląc, bazgrząc, psując to co stworzył, radząc się
innych, podpatrując mistrzów. Znamy narzędzia, za pomocą
których jesteśmy w stanie przyłapywać twórców na gorącym uczynku
tworzenia, rozkładać ich warsztat na elementy, objaśniać sztuczki i chwyty,
których się imają, wytknąć im potknięcia i nieudane pomysły, podpatrywanie
innych, powinowactwa i analogie. Frajda w tym niemała,
zabawa całkiem zdrowa. Ale nic więcej. Prawdziwe przeżycia zaczynają się dopiero tam, gdzie – poza
oczywistą koniecznością formy – dostrzegać zaczynamy najpierw w sobie, a potem u innych –
świat idei, potrzebę prawdy o sobie i o innych.
Starowiercy ......... 112
W połowie XVII w. w
Rosji był bałagan. Nie było spisanych praw, nie
ukazywał się w kraju Monitor ni Dziennik Ustaw. W cerkwi modlono się – jak kto chciał. Święte księgi były źle przepisywane;
roiło się od błędów w sprawach wiary.
Patriarcha Nikon był, jak na owe czasy, człowiekiem
światłym i bardzo przedsiębiorczym. Postanowił zaprowadzić ład w cerkwi i państwie. Zaczął od
rewizji ksiąg cerkiewnych, tłumaczonych z greki niefachowo. Postąpił w sposób
bardzo nowoczesny:
sprowadził do Moskwy Greka Arseniusza i
kazał mu sprawdzić zgodność z oryginałem rosyjskich ksiąg prawosławnych. Grek Arseniusz zrobił sumiennie, to o co
go poproszono. Stwierdził, iż zgodnie z pierwowzorami greckimi – sprawy powinny
wyglądać następująco:
imię Chrystusa należy pisać „Iisus”, a
nie jak dotychczas „Isus”, żegnać się należy składając trzy palce, a nie dwa, i Krzyż Pański
powinien mieć trzy, a nie cztery poprzeczki.
Nowe zasady wprowadzono w życie. W
rosyjskim prawosławiu zawrzało. Wyczytano w starych księgach, iż przed końcem
świata zjawi się Antychryst i „zmieni imię Boga”. Uznano, że patriarcha Nikon jest tym właśnie Antychrystem. Nie siano, nie orano,
nie karmiono chudoby – czekano na koniec świata. Gdy nie nastąpił – postanowiono ogień
niebieski zastąpić ogniem ziemskim: zabijano w domach deskami okna i
drzwi, po czym podpalano domy od wewnątrz. Ginęły w ten sposób całe wsie i
osady. Historycy twierdzą, iż zginęło wtedy około 40 000 osób. Patriarchę Nikona zdjęto co prawda ze stanowiska, ale niewiele
to pomogło. Bunt religijny szalał przez
długie lata. Gdy wydano groźne ukazy, karzące za wyznawanie starych ksiąg
śmiercią, ich wyznawcy rozproszyli się, gdzie mogli, część znalazła się w
głębokiej tajdze za Uralem, część - za kołem podbiegunowym, część zaś
przedostała się poza granice państwa, między innymi – na teren Litwy i Polski.
I w ten sposób mamy dziś w Gabowych Grądach koło
Augustowa starowierców.
Jak już powiedziałem, patriarcha Nikon był światłym decydentem, a Grek Arseniusz
był dobrym ekspertem. I jeden, i drugi byli świadomi
formy, to znaczy – tego, że zmieniając wyraz „Isus”
na „Iisus”, zmienia się pisownię, a nie przedmiot kultu. Lud był jednak innego zdania.
Wniosek stąd taki: ekspert powinien być świadom formy, ale powinien być również świadom
tego, że inni mogą być jej nieświadomi.
(...)
O sztuce jedzenia ......... 116
Imieniny u pani Zosi.
...
Niestety, nie ma dotychczas żadnej pracy naukowej ani nawet rozprawy
przyczynkarskiej na temat imienin.
...
W arkana sztuki jedzenia wprowadziła mnie lektura dzieł Marii Iwaszkiewicz...
...
Tak sformułowany problem jedzenia wygląda na sprawę poważną.
...
O potrzebie teatru ......... 122
Teatr wydawał mi się zawsze bardziej sprawą zbiorowości niż
człowieka. Skłonny jestem mniemać nadal,
iż odpowiedzi na pytania: dlaczego ludzie chodzą do
teatru lub do niego nie chodzą, czemu wkładają wiele wysiłku w budowę nowych
teatrów i remonty starych, a także – czemu istnieje niezadowolenie z teatru i
kłótnie o teatr, czy na odwrót – obojętność wobec teatru – szukać należałoby w
pierwszym rzędzie w socjologii. Teatr jest dla większości wartością samą w
sobie. Wartością, poprzez którą zbiorowości ludzkie manifestują swą rangę i
stopień kulturowego rozwoju. Miasto, które nie posiada teatru, nie jest jeszcze
– w mniemaniu swoim i innych – miastem we właściwym tego słowa znaczeniu,
inteligent, który nie chodzi do teatru, nie jest w pełni inteligentem.
(...)
Awangarda tęskni za folklorem ......... 127
Inteligent, jak wiadomo, powinien znać
się między innymi na sztuce. Współczesny inteligent powinien znać się również
na tym, co w sztuce najnowsze, czyli na awangardzie. Śledzenie awangardy w
malarstwie nie jest jednak proste. Awangarda zmienia się co
rok, niekiedy – parę razy do roku. To, co było awangardą wczoraj – nie jest
awangardą dziś, a to co jest dziś – nie będzie jutro.
Nie tak dawno śmiano się z malarzy, którzy oprawiali i wystawiali, jako swoje
dzieła, płótna pełne plam i kleksów, a dziś są to już poczciwi , staroświeccy tradycjonaliści.
(...)
O zbędności sztuki ......... 135
Definicja sztuki, którą sam wymyśliłem, jest krótka, prosta i
przejrzysta. Brzmi ona:
Sztuka jest wytwarzaniem rzeczy zbędnych.
Wpadłem na ten
pomysł na jednej z wystaw sztuki współczesnej, gdzie eksponowany był między
innymi rower wykonany całkowicie z drewna, będący zupełną kopią metalowego
roweru, takiego, jaki można nabyć w każdym sklepie z rowerami. Koszt roweru, dzieła sztuki, czyli
roweru z drewna, przewyższał stokrotnie koszt roweru, nie dzieła sztuki, czyli
roweru ze sklepu. Ponieważ rower, dzieło sztuki, był jak już rzekłem, identyczny w najdrobniejszym
detalu z rowerem ze sklepu, jedyną cechą stanowiącą, że jest on dziełem sztuki
było to, że jeździć na nim nie można, a więc, że jest on z punktu widzenia
praktyki – rzeczą zbędną. (...)
(...)
Epoka za epoką ......... 138
Gdy byłem
bardzo młody, byłem człowiekiem naiwnym. Nie dlatego,
że byłem młody, ale dlatego, że żyłem w epoce ludzi naiwnych. We wsi mojej
wierzono jeszcze w wiedźmę i babę-jagę, w zabójczą moc ukrytą w zbożowej zawitce, w nocznice, które się
wplątują w suszone księżycową nocą dziecięce pieluszki, a później dziecku spać
nie dają, przez co płacze taki bobas po całych nocach, a także wierzono w to,
że nad krynicą, przy której stoi kapliczka, odpoczywała ongiś Matka Boska
podczas swej ziemskiej wędrówki i dlatego woda w krynicy jest wodą świętą.
Wierzono w całkowitą
normalność wszystkiego, co w naszej wsi i nienormalność wszystkiego, co u
innych. Różnorodność kultur i języków przypisywano skłonności innych do
udziwniania i komplikowania tego, co proste, naturalne i oczywiste. Oczywistym
było na przykład, że zwierzęta myślą po naszemu, po prostu –
bo po cóż by miały nazywać rzeczy tak, jak inni ponazywali,
a nie tak, jak one naprawdę się nazywają.
Wieś była
jak Eden: kwiaty, ryby i płazy, tajemnicze uroczyska, miejsca, w których
straszył, góra z zakopaną złotą bryczką, dziwne opowieści i prastare zwyczaje.
Nikt nie kosztował jeszcze jabłka z drzewa poznania dobra i zła, co – jak wiemy
– jest grzechem pierworodnym, a w związku z tym - nikt nie wiedział jeszcze, co jest dobre a
co złe. Nikt nie wiedział, że dobrem jest postęp, sztuka i kultura, a złem –
zabobon i zacofanie.
Zimą w domu moim kądzielnice przędły na
kołowrotkach i przez całą noc śpiewały pieśni
i snuły nie kończące się, mrożące w żyłach opowieści o strachach i
wampirach – bogaty, piękny folklor ludowy.
Ale nikt nie wiedział, że to jest właśnie to, i że to takie dobre. Nikt też nie
wiedział, iż jest źle, że babka z Krywuli
leczy wszystkich w okolicy na suchoty przez zamawianie. Były malownicze wschody i zachody słońca, rzeka pogrążona
w ciszy, las w zadumie, ale nikt nie wiedział, że to takie ładne, bo nie
czytano jeszcze Konopnickiej ani Reymonta.
Ale była też praca nad wyraz ciężka w długi letni dzień, od wschodu słońca do słońca
zachodu. I nikt też nie wiedział, że jest ona nad wyraz ciężka. Wszystko było zwyczajne, normalne, proste... Tak było w
świecie ludzi naiwnych.
Epoka sentymentalna rozpoczęła się
wkrótce po moim wyjeździe ze wsi. Poczułem nieodpartą potrzebę dotykania tych
pól, które się deptało okaleczonymi nogami w dzieciństwie, tęsknotę za
naturalną wiejską przestrzenią, potrzebę „bycia na łonie natury”. Skąd to się
wzięło? Ruch miłośników przyrody zrodził się w mieście, miasto odkryło, że
przyroda jest piękna, że wieś jest liryczna i że życie na wsi jest pełne
uroków. Dla wsi z epoki naiwnej życie to nie było ani piękne, ani brzydkie –
było normalne , dla wsi z epoki sentymentalnej – było życiem nieznośnym.
(...) Uzgodniłem więc z ludźmi
z miasta, że wieś jest piękna, że nadnarwiańskie wieczory są urocze, że
wioskowe weselisko to folklor, czyli bogata, prastara kultura ludowa o
nieprzemijających wartościach, które trzeba chronić od zapomnienia i
przekazywać przyszłym pokoleniom.
Ludzi z mojej wsi niewiele to
obchodziło. Zajęci byli wyrównywaniem wiekowych dysproporcji cywilizacyjnych:
młodzież masowo uciekała ze wsi, pozostający dokonywali gigantycznego wysiłku,
by dorównać poziomem życia miastu. Nie była to już wieś z epoki naiwnej, więc
ludzie wiedzieli, co jest dobre a co złe i stwierdzali, że dotychczasowe życie
wiejskie jest złe. Oni też byli na swój sposób sentymentalni – wierzyli, że
wszystko, co z miasta, jest lepsze. Ludzie z miasta marzyli,
by wieś pozostała na zawsze wiejską, podczas gdy wieś chciała być
koniecznie miejską. Była to więc epoka powszechnej wiary w to, że lepiej jest
tam, gdzie nas nie ma.
(...) Przeprowadzono wreszcie na
wsi komasację gruntów (przedtem była tu rozległa, uciążliwa szachownica). Tempo
przemian przybrało na sile,
wysiłek ludzki zaczął dawać plony... Ludzie zaczęli szybko się bogacić, kupować
telewizory, samochody, znikły słomiane strzechy, drewniane chaty... Nawet w pobliżu mego domu nie
rozpoznaję już zagród sąsiadów...
W domach najczęściej luksus i dostatek. W rozmowach konkretność i fachowość: zasiewy
zbiory, niedomogi maszyn i samochodów, plotki z okolicy, a także z
Białegostoku.
Rodzinna wieś przestała być obrazem archetypu. Przestała się śnić. Przestałem w
niej szukać czegokolwiek poza tym, czym jest: miejscem zamieszkania i życia
znajomych, kuzynów.
Wieś przestała mnie ekscytować, ludzi ze wsi przestało ekscytować miasto,
poziomy się wyrównały, wieś się zurbanizowała, płaszczyzna kontaktu przybrała
układ poziomy. Na
razie zasadniczym tematem rozmów jest mechanizacja i różne cywilizacyjne nowinki.
Sądzę jednak, iż czasami można będzie ze
spokojem, bez kompleksów i fascynacji rozmawiać o tym, co w końcu
najważniejsze: o kształcie życia duchowego wsi, a także o tym, co należałoby
zapamiętać, a co ocalić.
====================================================
| Literatura | Strona główna |