Peter F.
Drucker:
Zarządzanie
w czasach burzliwych
Tytuł oryginału
Managing in Turbulent Times
Copyright 1980 by Peter F. Drucker
Przetłumaczył: Jacek Kajdy
Nowoczesność
Akademia Ekonomiczna w Krakowie
Czytelnik
1995
=====================================================================
Cytuję wybrane fragmenty (strona w budowie). W kilku miejscach dodam uwagi
własne, wyróżnione inną czcionką oraz inicjałami „Z.U.” lub
pseudonimem „Anonimus” (tymczasowo mogę się ograniczyć tylko do
zasygnalizowania uwag).
Anonimus
=====================================================================
Z
okładki książki
Autor najsłynniejszych książek o zarządzaniu
Nowe wyzwania - nowe horyzonty
..............................................................................................................
Świat zarządzania stanął wobec nowych wyzwań. I -
raz jeszcze posłuchał Petera Druckera...
Pierwsze tomy z tej serii
(„Praktyka zarządzania” i „Menedżer skuteczny”) były dziełami pionierskimi,
otwierały światu XX wieku drogę do skutecznego zarządzania w biznesie.
Czytelnik polski nie
zetknął się do dziś z takim obrazem gospodarki i świata, jaki spotka w tej
książce. Także i ona ma charakter przełomowy - jak na czasy, których dotyczy.
Jak dwie poprzednie, weszła
do kanonu dzieł o zarządzaniu we wszystkich krajach rozwiniętych.
Nadal tylko Biblia ma więcej tłumaczeń i wznowień niż książki Druckera.
----------------------------------------------------------------------------------------
SPIS RZECZY
OD WYDAWCÓW
............ 7
WPROWADZENIE ......... 9
Rozdział 1
JAK RADZIĆ SOBIE Z PROBLEMAMI ZASADNICZEGO ZNACZENIA
......... 15
Jak radzić sobie z inflacją ......... 16
Zarządzanie dla płynności i stabilności finansowej
......... 19
Zarządzanie produktywnością ......... 20
Produktywność pracownika umysłowego
......... 28
Koszty utrzymania w biznesie a złudzenie zysku
........ 33
Rozdział 2
ZARZĄDZANIE Z MYŚLĄ O JUTRZE ......... 47
Koncentrowanie
środków na rezultatach ........ 47
Jak uwalniać się od tego, co wczorajsze ........ 49
Zarządzanie wzrostem ......... 51
Zarządzanie innowacjami i zmianami ........ 54
Strategie biznesu na jutro ........ 66
Karta punktowa dla menedżerów ......... 72
Rozdział 3
ZARZĄDZANIE W MORZU ZMIAN: NOWA STRUKTURA LUDNOŚCI, NOWA DYNAMIKA DEMOGRAFICZNA ......... 79
Nowe realia ......... 81
Podział produkcji: integracja ponadnarodowa .........
99
Nowe rynki konsumenta ......... 113
Implikacje dla strategii zarządzania ........ 118
Od "siły roboczej" do "sił roboczych"
........ 121
Koniec obowiązkowego wieku emerytalnego ......... 127
"Dwugłowy potwór" ......... 133
Zapotrzebowanie na miejsca pracy w krajach rozwijających się ....... 136
Potrzeba planowania w kwestii nadwyżki siły roboczej
........ 145
Rozdział 4
ZARZĄDZANIE W BURZLIWYCH ŚRODOWISKACH ......... 155
Zintegrowana gospodarka światowa .........
156
Ponadnarodowy pieniądz światowy ......... 157
Koniec suwerenności ......... 163
Spękana struktura polityczna świata ......... 169
Kraje prawie rozwinięte w gospodarce światowej
......... 171
Strategie biznesu w gospodarce światowej ......... 179
Społeczeństwo pracownicze ......... 182
"Władza idzie za własnością" ......... 191
Czy związki zawodowe mogą przetrwać? ......... 201
Przedsiębiorstwo jako instytucja polityczna .........
206
Zarządzanie w środowisku politycznym ........ 218
WNIOSKI: WYZWANIE WOBEC ŚWIATA ZARZĄDZANIA ........
225
INDEKS ......... 235
....................................................................................................................
OD WYDAWCÓW
Przekazujemy tym razem w ręce
polskich i czytających po polsku Czytelników inne dzieło Petera
F. Druckera. Tym razem nie jest to już dzieło pionierskie, jak dwa pierwsze
tomy z tej serii - ale znowu o przełomowym charakterze. Ponieważ i tej książce
współczesny świat gospodarki i polityki zawdzięcza swe postępy - w ciągu tych
zaledwie kilkunastu lat od jej ukazania się w 1980 roku.
Zarządzanie w naszych czasach
stanęło wobec nowych wyzwań, pasjonujących i trudnych. Nie jest naszą rzeczą
streszczać w tych kilku słowach od polskich wydawców dzieło Druckera, które w
roku 1980 podjęło te wyzwania i wskazało sposoby, jak sobie z nimi radzić. Nie
musimy też reklamować zasług Druckera. Ograniczymy się do stwierdzenia, że
nawet myląc się czasem w tych czy innych szczegółach swych diagnoz i
przewidywań, Peter Drucker w każdym przypadku otwiera nowe horyzonty, odsłania
zupełnie nowe wymiary zarządzania.
Czytelnik polski nie miał do
tej pory okazji zetknąć się z takim obrazem gospodarki światowej, jaki
przedstawia tu Peter Drucker. Ta książka otwiera nam bramy do nowej wyobraźni
na temat gospodarki i na temat zarządzania. Tak, jak otworzyła je kilkanaście
lat temu przywódcom gospodarki krajów rozwiniętych. Rzadko
której książce w naszej epoce dane było zdziałać tak wiele w tak krótkim
czasie.
Jerzy Mikułowski-Pomorski.........................Stefan
Bratkowski
rektor Akademii Ekonomicznej ............................w imieniu
w Krakowie ..........................................
Nowoczesności i Czytelnika
.....................................................................................................................
WPROWADZENIE
Ta książka koncentruje się na działaniach, strategiach, możliwościach.
Na tym, co menedżerowie mogą zrobić, co zrobić powinni, co zrobić muszą. Choć
raczej w odwrotnej kolejności: najpierw na tym, co muszą, potem na tym, co
„powinni”, wreszcie na tym, co „mogą”. Bo jedno jest pewne: menedżerom przyjdzie
pracować i zdobywać się na osiągnięcia w czasach burzliwych. A w czasach
burzliwych główne zadanie zarządu polega na tym, by zapewnić instytucji
zdolność przetrwania, zapewnić jej strukturalną siłę i zdrowie, zdolność do
znoszenia ciosów, zdolność adaptacji wobec nagłych zmian i wykorzystania nowych
możliwości.
Książka ta zaczyna się więc od sposobów na kłopoty
najtrudniejsze - na inflację i płynność, na produktywność i koszty utrzymania
się w biznesie, zwane, jakże myląco, „zyskiem”.
Ale radzić sobie z tym, co najtrudniejsze, oznacza też zarządzanie z myślą o
jutrze. Czyli - odrzucanie wszelkich wczorajszości,
zarządzanie wzrostem z jakąś jego polityką i strategią, z jakimś sposobem na
odróżnianie zdrowego wzrostu od otłuszczenia czy raka. Oznacza również
znajomość dostępnych strategii i metod wyboru między nimi. Do czego trzeba z
kolei umieć dzisiaj ocenić osiągnięcia menedżerskie w tych dziedzinach, które
kształtują biznes jutra.
Są to, rzec można, oczywistości - jak wszystko, co dotyczy problemów zasadniczych.
Ale - ile zarządów pracuje nad nimi, ile się nad nimi w ogóle zastanawia?
Burzliwość jest z samej definicji nieregularna, nieliniowa, nieobliczalna. Ale
można analizować, przewidywać i radzić sobie z jej ukrytymi przyczynami.
Zarządzanie zaś powinno – i może – poradzić sobie z jednym, a najważniejszym
czynnikiem, wywołującym ogrom zaburzeń wokół nas; w strukturze
bowiem ludności i dynamice demograficznej, zwłaszcza w rozwiniętych
krajach Zachodu i Japonii, zachodzą zmiany o skali powodzi. Już dziś z ich
powodu integracja gospodarcza przebiega w całym świecie inaczej, niż do tej
pory. Wygląda na to, że pod ich wpływem zmierzamy ku jakiejś nowej
„ponadnarodowej konfederacji”; oparta na podziale produkcji i sterowaniu
rynkowym zastąpi ona w wielu dziedzinach starą „korporację wielonarodową”,
oparta na sterowaniu finansowym. Demografia tworzy też nowe rynki konsumenta i
przekomponowuje dotychczasowe. Radykalnie zmienia siłę roboczą i to tak, że
będzie wiele „sił roboczych”, nadomiar każda z innymi oczekiwaniami i cechami
charakterystycznymi. Zmusi to nas do całkowitego porzucenia idei „ustalonego
wieku emerytalnego”. I postawi świat menedżerów wobec nowych wymagań – jak też
nowych możliwości – związanych z zagospodarowaniem nadwyżek siły roboczej.
Nowe realia, nowe możliwości i nowe zagrożenia pojawiają się i w
środowisku naturalnym przedsiębiorstwa oraz instytucji - gospodarka światowa
integruje się, a równocześnie rozdrabnia się na coraz więcej państw; rodzi się
we wszystkich krajach niekomunistycznych
„społeczeństwo pracownicze”, zaś porządek polityczny i proces usprawniania
polityki ulegają metamorfozie.
W pewnej chwili dobiegł końca w latach siedemdziesiątych najdłuższy w historii
gospodarczej okres ciągłości. W pewnym momencie ostatnich dwunastu lat
weszliśmy w fazę burzliwości.
Ćwierć wieku od Planu Marshalla do połowy lat siedemdziesiątych było nie tylko
okresem nieslychanego wzrostu gospodarczego, okresem
najszybszego i najrozleglejszego wzrostu, jakiego
kiedykolwiek zaznała gospodarka światowa. Był to również okres wysokiej przewidywalności. W aspekcie społecznym były to lata
gwałtownych zmian. Ale w sferze gospodarki wzrost w najważniejszych krajach
postępował w tych latach zgodnie z kierunkami, wytyczonymi przed Drugą Wojną
Światową, ba, w większości przypadków – na długo przed Wielkim Kryzysem. A nowy
podczas tych lat, bardzo gwałtowny wzrost kilku krajów „drugiej kategorii” –
dla przykładu Brazylii, Meksyku, Korei Południowej lub niekomunistycznych
chińskich terytoriów Hongkongu, Tajwanu i Singapuru – także przebiegał zgodnie
z kierunkami tradycyjnymi i dobrze rozumianymi. Teraz jednak prawdopodobnie
wzrost gospodarczy nie będzie w żadnym razie postępował w „tradycyjnym” trybie – choć prawdopodobnie będzie przypadków wzrostu
niemało, nawet przy jakiejś surowej depresji.
Analogicznie, technika, na przekór wszystkiemu, co się mówiło o szybkim tempie
jej przemian, zachowała przez to ćwierćwiecze dużą w nich ciągłość. Przebiegały
one naprawdę szybko, ale głównie w dziedzinach dobrze już rozpoznanych przed II
Wojną Światową, opierały się na odkryciach i wynalazkach, których dokonano
przed Wielkim Kryzysem, a nie raz przed I Wojną Światową. To się skończyło. Także w technice wchodzimy w okres burzliwy, w okres
gwałtownych innowacji, w okres szybkich i radykalnych przesunięć strukturalnych.
W ciągu ćwierćwiecza po I Wojnie Światowej stało się modne
planowanie. Ale planowanie, jak się je powszechnie praktykuje, zakłada wysoki
stopień ciągłości. Planowanie zaczyna z zasady od wczorajszych trendów i
dokonuje ich projekcji w przyszłość - w różnych może „kompozycjach”, ale przy
bardzo wielu tych samych elementach i tej samej konfiguracji. Tak się już planować nie da. W okresie burzliwym
można z najwyższym prawdopodobieństwem zakładać, że nastąpi wydarzenie
wyjątkowe, które zmieni konfigurację - a wydarzenia wyjątkowego nie da się, z
samej definicji, „zaplanować”. Tyle, że często można je przewidzieć. Wymaga to strategii na dzień jutrzejszy, strategii
antycypujących prawdopodobieństwo i treść największych zmian, strategii
umożliwiających danemu biznesowi - czy też szpitalowi, szkole lub
uniwersytetowi - wykorzystanie nowych realiów i przekształcanie zaburzeń w
szanse.
Książka niniejsza zajmuje się strategiami
niezbędnymi do wykorzystania gwałtownych zmian jako szans, strategiami
potrzebnymi na to, by przekształcić zagrożenie zmianą w szansę podjęcia działań
produktywnych i zyskownych, a tym samym w szansę wniesienia swego wkładu w
dorobek społeczeństwa, gospodarki i jednostki.
Czas burzliwy jest czasem niebezpiecznym, ale
największe z jego niebezpieczeństw polega na pokusie odwrócenia się tyłem do
rzeczywistości. Nowe realia nie pasują ani do założeń Lewicy, ani
Prawicy. Nie pokrywają się w ogóle z tym, „co wszyscy wiedzą”. Jeszcze bardziej
różnią się od tego, w co wszyscy, niezależnie od politycznych przekonań, wciąż
wierzą jako w rzeczywistość. „To, jak jest” różni się całkowicie od tego, co w
przekonaniu zarówno Prawicy, jak i Lewicy, „powinno być”. Największe i
najniebezpieczniejsze zaburzenia biorą się dziś z kolizji między złudzeniami
osób podejmujących decyzje - czy to w rządzie, czy w najwyższych kręgach
kierowniczych biznesu, czy wśród przywódców związkowych - a realiami.
Ale czas burzliwy to również czas wielkich szans dla tych, którzy potrafią te
nowe realia zrozumieć, zaakceptować i wykorzystać. Jest to przede wszystkim
czas szans na przywództwo. Dlatego też jako stały motyw będzie w tej książce
przewijać się pewna określona potrzeba - każdy, kto
podejmuje decyzje w danym przedsiębiorstwie, musi stawić czoła rzeczywistości i
oprzeć się pokusom tego, co „wszyscy wiedzą”, pokusom wczorajszych pewników,
które wkrótce staną się szkodliwymi zabobonami dnia jutrzejszego.
Niniejsza książka omawia te nowe realia. Ale zajmuje się bardziej działaniem niż
próbą zrozumienia rzeczy, raczej decyzjami, niż analizą. Nie jest to książka
„filozoficzna”, ani też nie pyta, „dokąd zmierzamy?”
Stara się być praktyczną lekcją dla tych, którzy podejmują decyzje na
którymkolwiek polu zarządzania, publicznym lub prywatnym. Nie odpowiada na
pytanie „jak?” Próbuje raczej podpowiedzieć menedżerom, co robić.
Peter F. Drucker
Claremont, Kalifornia
Nowy Rok, 1985
--------------------------------------------------------------------------------
Rozdział 1
JAK RADZIĆ SOBIE Z PROBLEMAMI ZASADNICZEGO
ZNACZENIA ......... 15
Jak radzić sobie z inflacją
Zarządzanie dla płynności i stabilności finansowej
Zarządzanie produktywnością
Produktywność pracownika umysłowego
Koszty utrzymania się w biznesie a złudzenie zysku
W czasach burzliwych przedsiębiorstwem trzeba zarządzać tak, by mogło
wytrzymać nagłe ciosy i zarazem wykorzystać nagłe, nieoczekiwane szanse. Co
oznacza, że w czasach burzliwych trzeba radzić sobie z problemami o zasadniczym
znaczeniu, i to radzić sobie dobrze.
W czasach przewidywalnych, takich jakie przeżyliśmy w ciągu ćwierćwiecza od Planu
Marshalla do kartelu OPEC, byliśmy skłonni brać te sprawy podstawowe za sferę
oczywistości. Ale przybierają one zły obrót, jeśli w podejściu do nich brakuje
przestrzegania cały czas zasad staranności, systematyczności i skrupulatności.
Dla większości dzisiejszych przedsiębiorstw – dla firm czy też organizacji poza
biznesem, i równie dobrze dla instytucji służb publicznych – wcale nie muszą
być najgroźniejsze powszechna wrogość wobec biznesu, ograniczenia z tytułu
ochrony środowiska, nadgorliwe regulacje, niedobór energii, czy nawet inflacja.
Najniebezpieczniejsze może być ukryte pogorszenie stanu rzeczy w sferze owych
problemów zasadniczego znaczenia. Zawsze bowiem po długim okresie względnego
spokoju mamy do czynienia z niebezpieczeństwem wystąpienia nieoczekiwanych i
ukrytych słabości tam, gdzie wszystko wydaje się załatwione, to w trybie nudnej
rutyny.
Treść tych zasadniczych
problemów nie ulega zmianom. Ale odpowiednio do zmieniających się warunków
wewnętrznych i zewnętrznych zmieniają się szczegóły sposobów, jakimi sobie z
tymi problemami radzimy. Tak więc zarządzanie w
czasach burzliwych musi zaczynać od dyskusji nad nowymi, odmiennymi wymaganiami
w sferze podstawowych problemów przetrwania i sukcesu w istniejącym biznesie. Takimi podstawowymi problemami są:
-
płynność,
-
produktywność, oraz
-
koszty przyszłości.
Zarządzanie bieżącą działalnością nie wystarcza, choć musi mieć pierwszeństwo.
Jak radzić sobie z inflacją ....... 16
Zanim da się czymś zarządzać z
sukcesem, trzeba dokładnie wiedzieć, czym się zarządza. Niestety, dzisiejsi
menedżerowie - tak w biznesie, jak i w instytucjach służby publicznej poza
biznesem - nie znają faktów. To, co uznają za fakty, to w znacznej mierze
złudzenia i półprawdy. Realia ich przedsiębiorstw kryje
bowiem i zniekształca inflacja. Dzisiejsi menedżerowie mają nie raz do
dyspozycji raporty, informacje i liczby, jakie otrzymywali ich poprzednicy; te
liczby uzależniają ich od siebie, wobec czego, jeśli kłamią, stają się dla nich
źródłem zagrożenia. A kłamią, w każdym razie, w czasie inflacji. Jesteśmy nadal
skłonni uznawać pieniądz za miernik wartości i za wartość samą w sobie, ale w
warunkach inflacji to iluzja. Nim spróbujemy sobie radzić z problemami
zasadniczego znaczenia , musimy skorygować stosownie do inflacji dane o
przedsiębiorstwie - o sprzedaży, pozycji finansowej, aktywach i pasywach oraz dochodach.
W krajach Zachodu i w Japonii
biznesy jeden po drugim przez ostatnie dziesięć lat rok po roku deklarowały
"rekordowe zyski". W rzeczywistości bardzo niewiele firm (jeśli w ogóle) w tych krajach osiągnęło jakiś zysk.
Osiąganie zysku jest w okresie inflacyjnym niemożliwe z definicji, ponieważ inflacja
polega na systematycznej destrukcji bogactwa przez rząd. Trzeba powiedzieć, że
publiczność wyczuwa to, nawet jeśli tego nie rozumie.
Co wyjaśnia, dlaczego deklarowane "rekordowe zyski" spotyka taki
sceptycyzm ze strony giełdy i wrogość ze strony szerokiej publiczności.
Ale złudzenie "rekordowych zysków" prowadzi także do błędnych
działań, fałszywych decyzji, do fałszywych analiz biznesu. Prowadzi do rażąco
złego zarządzania.
Większość menedżerów o tym
wszystkim wie. A przecież, jak do tej pory, tylko nieliczni próbowali
przynajmniej skorygowania dezinformacji produkowanych przez inflację. Wiadomo,
co robić, i nie jest to bardzo trudne. Należy przeliczyć w proporcji do
inflacji obroty, ceny, stan magazynów, wierzytelności, środki trwałe i ich amortyzację,
oraz dochody - bez absolutnej precyzji, ale w granicach rozsądnego
prawdopodobieństwa. Dopóki się tego nie zrobi, najpojętniejszy nawet menedżer
pozostanie ofiarą złudzeń, które stwarza inflacja. Może on i wiedzieć, że liczby jakie otrzymuje, mylą aż nadto; ale póki je ma przed
sobą, będzie podejmował działania raczej na ich podstawie, niż na podstawie
swego własnego, ale lepszego rozeznania. I będą to działania głupie, fałszywe, nieodpowiedzialne.
Do innego niebezpiecznego samooszustwa prowadzi wiara, że obecne „dochody”przedsiębiorstwa
wykazywane dzięki operowaniu pieniędzmi uzyskanymi w czasie, gdy kapitał
kosztował mniej (jak długoterminowe obligacje emitowane w okresie przed
inflacją z przedinflacyjnym oprocentowaniem), są
prawdziwymi dochodami jakiegoś biznesu. Wcześniej czy później (zwykle
wcześniej) trzeba je zastąpić nowymi pieniędzmi; a wówczas dochody muszą
starczyć na pokrycie kosztu kapitału w terminie jego nowej transzy.
Radząc sobie z inflacją, trzeba pieniądze w biznesie przeszacować dokładnie tak
samo, jak każde inne walory o trwałej wartości - a jest pewnikiem, że stopa
procentowa zawsze będzie odpowiadała stopie inflacji.
„Zyski remanentowe” (wynikłe z
faktu, że kupiliśmy wcześniej tak tanio to, co dzisiaj kosztuje drożej - przyp.
red.) nigdy nie są rzeczywistymi zyskami. Jeśli inflacja trwa, to zapasy będzie
trzeba zastąpić nowymi po jutrzejszych wyższych cenach. Jeśli inflacja się
kończy, zyski remanentowe natychmiast obracają się w straty na wartości
zapasów. W każdym przypadku będzie właściwiej uważać realny "zysk
remanentowy" za rezerwę na nieprzewidziane okoliczności.
(...) W niektórych krajach, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, system podatkowy
mocno wręcz zachęca menedżerów do samouszukiwania
się. Amerykański system podatkowy wyraźnie faworyzuje rozpisywanie opcji i
emisje bonusowe (premiowe, wypłata dywidend w postaci
nowych akcji - przyp. tłum.) wiązane z dochodami
przedstawianymi w sprawozdaniach, tak, że "nakręcanie" ich w
sprawozdaniach robi się aż nadto interesom samych menedżerów. Ale i w krajach,
które jak Japonia nie znają takiego sprzedawania opcji i emisji akcji
premiowych, menedżerowie równie usilnie opierają się próbom jakiegokolwiek
przeszacowania danych ze sprawozdań wedle stopy inflacji. Z pewnością działa tu
głównie "próżność": przypisywać sobie zasługi z tytułu
"rekordowych dochodów" jest miłe dla menedżera nawet wtedy, kiedy
wie, że liczby te są zwyczajną złudą - i w swej istocie - nieuczciwością.
Często słyszymy argument,
szczególnie ze strony księgowych, że danych nie należy przeszacowywać, skoro
nie ma żadnej na to dokładnej metody. Ale wyobraźmy sobie lekarzy, którzy nie
mogąc uzgodnić szczegółów leczenia bardzo chorego pacjenta, uznaliby go za
całkowicie zdrowego, a jego wysoką gorączkę za zwykłe złudzenie. W każdym razie
większość danych, które księgowi wyliczają do ostatniego grosza, jest, jak wie
każdy księgowy, szacunkiem przy wcale szerokiej skali prawdopodobieństwa,
takiej jak margines błędu plus lub minus dwadzieścia procent stosowany wobec
danych bilansowych dla środków trwałych.
Nie
uwzględnianie inflacji jest wyrazem lenistwa i nieodpowiedzialności.
Zarządzanie w czasach burzliwych musi zaczynać się od przeszacowania danych
dotyczących przedsiębiorstwa odpowiednio do stopy inflacji, nawet z grubsza,
przy realistycznej skali prawdopodobieństwa. Menedżer, który tego zaniedbuje,
stara się oszukać innych. Ale oszukuje tylko sam siebie.
Uwagi
Liczb, które
„kłamią” - ściślej: przeważnie w sposób nie zamierzony
mijają się z pełną prawdą, są czymś zdeformowane, wadliwie dobrane, źle
interpretowane itp., w praktyce zarządzania napotykamy bardzo dużo, i dość
często nie zdajemy sobie z tego sprawy. Proponuję zapoznać się choćby tylko z
moimi stronami „konkretyzacja” i „mleczarstwo". Mnie osobiście
się wydawało, choć trochę zmieniłem poglądy pod wpływem lektury dzieł Petera Druckera, że zniekształcenia inflacyjne nie są
specjalnie groźne, przynajmniej w porównaniu do innych bardziej wyrafinowanych
zniekształceń, bo stosunkowo łatwo można je zauważyć, ocenić skutki,
odpowiednio skorygować decyzje, a że księgowi „nie chcą”, a menedżerom czasami
to odpowiada, to już zupełnie inna sprawa. Nawiasem mówiąc, zmiany
rachunkowości w Polsce obowiązujące od 2002 r., trochę ten problem, niemal
„nakazowo” dalej rozwiązują, a że nie do końca - to już wewnętrzna sprawa firm,
którym nikt nie zabrania w rachunkowości zarządczej i w controllingu
uwzględniać wszystko to, co powinno być w ich interesie uwzględnione. Inna
rzecz, ile jest osób, które potrafi to co trzeba, a nie ograniczy się jedynie
do zwiększenia kosztów „biurokracji”, kosztów komputeryzacji itp.
Na marginesie: odnoszę
wrażenie, że Autor chyba jednak trochę przesadził pisząc : „W
krajach Zachodu i w Japonii biznesy jeden po drugim przez ostatnie dziesięć lat
rok po roku deklarowały „rekordowe zyski”. W rzeczywistości bardzo niewiele firm (jeśli w ogóle) w tych krajach osiągnęło jakiś
zysk".
Po prostu zwykły zdrowy rozsądek podpowiada, że jest mało
prawdopodobnym, aby przez dłuższy okres czasu prawie wszyscy stale dokładali do
biznesu. Raczej coś kombinowali.
Proponuję jednak uważnie zapoznać się z kolejnymi punktami książki.
Najbliższe:
„Zarządzanie dla płynności i stabilności finansowej” oraz „Koszty
utrzymania się w biznesie a złudzenie zysku” już nieco prezentuję.
W czym tkwi nieporozumienie? A może Autor ma w pełni rację? Jak uniknąć aby „zysk na papierze” odpowiadał „zyskowi w
kieszeni”? Jak nie ulec złudzie różnych przesunięć czasowych, lub temu
podobnych kombinacji księgowych, nie mówiąc już o różnej wartości pieniądza w
czasie?
Tematy te nie są moją specjalnością, więc ograniczam się jedynie do znaków
zapytania.
W odpowiednim zespole można by jednak spróbować przeprowadzić jakąś symulację,
i co nie co zaproponować pod kątem rachunkowości zarządczej i controllingu.
A propos. Coś za dużo w
ostatnich latach jest głośnych wpadek znanych firm. Coś za dużo jest
podejrzeń, nawet w USA, do rachunkowości, a nawet samych firm audytorskich,
badających rachunkowość. Znając trochę możliwości metodologiczne „robienia
wyników na papierze”, specjalnie
więc ta „podejrzliwość” mnie nie dziwi,
choć raczej sądziłem, że na „Zachodzie”
oraz w Japonii, kontrola i analiza finansowa stoją na wyższym poziomie.
Inna rzecz, że przynajmniej cześć analityków, chyba doskonale się we wszystkim
orientowała.
Anonimus
Zarządzanie dla płynności i stabilności finansowej ........ 19
W ciągu ostatnich kilku lat stale
słyszało się skargi, że "giełdowe kursy akcji są o wiele za niskie".
Dowodzi się raz po raz, że spółki sprzedają je przy śmiesznie niskim wskaźniku
stosunku ceny do dochodów, a często znacznie poniżej deklarowanej przez firmę
jej wartości księgowej lub wartości sprzedażnej. Ale te skargi są na ogół
bezzasadne. Można wręcz dowodzić, że te kursy są o wiele za wysokie - jeśli
brać pod uwagę czynniki niepewności cechującej nie tylko przyszłość, ale i
teraźniejszość. Gdyby rachunki spółek przeszacowywano stosownie do inflacji,
dochody wielu firm obróciłyby się w straty. Ponadto, gdyby zestawienia bilansowe
spółek przeszacowywano zgodnie z inflacją, wartość księgowa wielu firm, a z
pewnością większych firm przemysłowych, byłaby wyraźnie niższa i mogłaby nawet
ujawnić przewagę pasywów nad aktywami.
Przede wszystkim - rynek akcji
coraz częściej szacuje wartość firm raczej według ich płynności niż według ich
dochodów. Notowania na każdej ważniejszej giełdzie papierów wartościowych - w
Nowym Jorku, Londynie, Zurichu, Tokio i Frankfurcie -
są wręcz ściśle skorelowane ze strumieniem pieniądza i płynnością, a nader
słabo, jeśli w ogóle, ze zniekształconymi przez inflację danymi o dochodach.
Rynek akcji ma rację. W czasach burzliwych płynność liczy się bardziej niż
dochody. A i płynność, inaczej niż dochody ze sprawozdań, jest sensownie
miarodajnym wskaźnikiem, nawet w czasach inflacji.
W czasach burzliwych bilans
nabiera większej wagi niż rachunek zysków i strat. Innymi słowy, w burzliwych
czasach należy w zarządzaniu kłaść większy nacisk na stabilność finansową niż
na dochody. W czasach burzliwych jest czymś zasadniczym znać minimum płynności
konieczne dla utrzymania się w interesach. Troskę o obroty i pozycję rynkową, o
innowacje i dochody, wypada w takich czasach równoważyć troską o stabilność
finansową, wypłacalność i płynność. Płynność sama przez się nie jest celem. Ale
w czasach burzliwych staje się ogranicznikiem. Staje się potrzebą warunkującą
przetrwanie.
Zarządzanie produktywnością ......... 20
Nadanie produktywności swoim zasobom jest w
zarządzaniu zadaniem szczególnym, różnym od innych zadań menedżera, od
przedsiębiorczości i administrowania. Historia zarządzania jako odrębnej
funkcji społecznej zaczęła się sto lat temu wraz z odkryciem, że zasobami można
zarządzać pod kątem wydajności. To wyłącznie menedżerowie - a nie natura, prawa
ekonomii ani rządy - czynią zasoby wydajnymi. Zasobom można nadawać
produktywność w każdej fabryce lub przedsiębiorstwie, każdym domu towarowym,
szpitalu, biurze, porcie, laboratorium badawczym. Nadają im tę produktywność -
lub ich jej pozbawiają - poszczególni menedżerowie, każdy w swej własnej,
osobistej sferze odpowiedzialności.
Sto lat temu Karol Marks w
ostatnim, niedokończonym tomie "Kapitału" oparł ową najbardziej
śmiałą przepowiednię o "nadchodzącym zgonie" tego, co dziś nazywamy
kapitalizmem (sam termin uknuto dopiero po śmierci Marksa), na "prawie
nieuchronnie malejącej produktywności kapitału". Marks powtarzał to, co
każdy dziewiętnastowieczny ekonomista przed nim akceptował jako pewnik. I
jeżeli naprawdę istnieje takie "prawo" spadku produktywności
"kapitału" (albo którychkolwiek innych
zasobów), to każdy system ekonomiczny byłby w rzeczy samej skazany na zgubę.
Ale przez ironię losu, w
której tak się lubuje muza historii, dokładnie wtedy, kiedy Marks z taką
pewnością siebie przepowiadał "nieuchronny spadek" produktywności,
odkryto jej stały i celowy dzięki zarządzaniu wzrost. Odkrycie to wyjaśnia też,
dlaczego w krajach rozwiniętych, które rozwinęły zarządzanie i jego fachowców,
nie potwierdził się żaden* z pewników, które dla Karola Marksa były
"prawdami naukowymi" - pauperyzacja klasy robotniczej, koncentracja
bogactwa w rękach coraz mniejszej grupy "wyzyskiwaczy", czy też
polaryzacja społeczeństwa na bardzo małą, kurczącą się grupę
"właścicieli" i wielką, rosnącą masę proletariackich
"niewolników dniówki".
Punktem zwrotnym było odkrycie
przez Fryderyka W. Taylora około 1875 roku, że pracą można zarządzać i dzięki
temu uczynić ją produktywniejszą. Przed Taylorem
umiano zwiększyć produkcję tylko pracując ciężej i dłużej. Taylor dostrzegł, że
można to uzyskać "pracując sprytniej" - czyli produktywniej.
Dostrzegł, że za produktywność pracy odpowiada nie pracownik, lecz menedżer. I
dostrzegł też - choć nigdy nie ujął swej obserwacji w teorię - że produktywność
bierze się z zastosowania do pracy specyficznie ludzkich, a kapitalnych
zasobów, czyli wiedzy.
* Pod koniec 20-go i na początku 21-go wieku zaczyna wyglądać
na to, że Marks wcale aż tak „za bardzo” totalnie we wszystkim się nie mylił.
Anonimus
Taylor
zastosował wiedzę do pracy ludzkiej, i to, zgodnie z dziewiętnastowiecznymi
realiami, do pracy fizycznej. Dziś wiemy, że wiedzy należy używać wobec
wszelkich zasobów: kapitału, kluczowych zasobów fizycznych, czasu, oraz samej
wiedzy. W rzeczy samej wiemy teraz, że solidną teorię gospodarki przyjdzie
oprzeć na tym źródle wartości, którym jest produktywność. Dziewiętnastowieczna
teoria wartości, opierająca ją na pracy, przejęta bez zmian przez Marksa od
poprzedników, poczynając od Adama Smitha aż po Ricarda, była po prostu błędna;
nawet marksiści musieli się jej wyrzec. Ale zuchwała próba obejścia się w ogóle
bez teorii wartości – podjęta sto lat temu przez Szkołę Austriacką i
doprowadzona do szczytu w „wolnej od wartości” analizie ekonomicznej dzisiejszych
keynesistów i friedmanistów
– zawiodła również. Potrzebujemy zaiste jakiejś prawdziwej teorii ekonomicznej
opartej na teorii wartości; ale taką teorię przyjdzie oprzeć na założeniu, że
„źródło wszelkiej wartości ekonomicznej stanowi produktywność”.
Na temat rosnącej
produktywności dowiedzieliśmy się już do tej pory wcale niemało. Wiemy, że w części owocują nią
innowacje, przesuwanie środków ze starych i bezpłodnych już pól ich zatrudnienia do nowych i
produktywniejszych. Wiemy, że trzeba pracować nad produktywnością każdego z
czynników produkcji: kapitału, zasobów naturalnych, czasu i wiedzy. Ale wiemy i
to, że w ostatecznym rachunku liczy się łączna całkowita produktywność wszystkich środków w danym procesie, w danym przedsiębiorstwie, w danym trybie
ekonomicznego ich spożytkowania.
Ale przede wszystkim wiemy, że
tworzy ją i niszczy, dźwiga lub marnuje to, co nazywamy „mikrogospodarką”:
pojedyncze przedsiębiorstwo, fabryka, sklep czy też biuro. I że za
produktywność odpowiada zarząd.
Przez minione stulecie we wszystkich
krajach rozwiniętych, a przynajmniej we wszystkich krajach gospodarki rynkowej,
produktywność stale rosła. Gdziekolwiek postępował rozwój gospodarczy kraju,
opierał się na celowym zarządzaniu zasobami dla zwiększenia ich produktywności.
Nie odnosi się to tylko do samego przemysłu. Produktywność rosła nawet szybciej
w sektorze, w którym, jak „wiedział” każdy dziewiętnastowieczny ekonomista
(z Marksem włącznie), w ogóle nie mogło być mowy o wzroście produktywności: w
rolnictwie. Nic tak doprawdy nie zmieniło krajobrazu gospodarczego na przełomie
dziewiętnastego i dwudziestego wieku, jak eksplozja produktywności farm w
krajach uprzemysłowionych i rozwiniętych. Ale dzisiejszy lekarz... A produktywność jednego dolara ulokowanego
w banku handlowym...
Ta wybuchowa ekspansja
produktywności całkowicie zmieniła nasze spojrzenie na gospodarkę i ekonomię.
Marks i cały wiek dziewiętnasty przyjmowali za dane „prawo malejącej stopy
zysku”. Dlatego skupiali się na zwiększeniu podaży, na mikroekonomii. Pod
koniec pierwszej ćwierci naszego wieku rosnąca produktywność sprawiła, że
okazało się to zbędne, albo przynajmniej wyszło z mody. Wydawało się, że
produktywność sama sobie da radę. Stąd zainteresowania ekonomistów przesunęły się
ku popytowi, a tym samym ku makroekonomii. Keynes był w pełni świadom zupełnego
braku jakichkolwiek odniesień jego teorii do produktywności. Kiedy czyniono mu
z tego zarzut, co zdarzało się często w początkach jego seminarium w Cambridge,
zawsze replikował, że o produktywność zadbają ludzie interesów, byle dać im
poprawną makroekonomię, czyli prawidłowe rozwiązania w sferze popytu.
W kontekście lat dwudziestych,
kiedy Keynes rozwijał swe tezy, dało się takich pozycji bronić. Dziś już nie.
Po stu latach stałego wzrostu produktywności wszystkich zasobów weszła ona w
fazę stagnacji, a faktycznie we wszystkich głównych krajach rozwiniętych w
ciągu ostatnich dziesięciu czy piętnastu lat spada.
Produktywność znalazła się w
niebezpieczeństwie, ponieważ przestano zwracać na nią uwagę. To nie tylko
Keynes wierzył, że poradzi ona sobie sama; coraz bardziej wierzyli w to i
menedżerowie. A nic nie jest tak niebezpieczne, jak spadek wydajności. Pociąga
on nieuchronnie za sobą kurczenie się gospodarki. Stwarza nacisk inflacyjny,
konflikty społeczne i wzajemne podejrzenia. Marks miał absolutnie rację
twierdząc, że nie ma systemu, który mógłby przetrwać spadek produktywności
kapitału – ani produktywności któregokolwiek z kluczowych zasobów.
W Stanach Zjednoczonych General Electric Company, dla przykładu, nie zawdzięcza bynajmniej
swej czołowej pozycji samym dokonaniom w sferze techniki. Od Westinghouse’a, najbliższego konkurenta, Numeru Dwa branży,
różni ją przede wszystkim produktywność kapitału. GE uzyskuje prawie dwa razy więcej
pracy z dolara niż Westinghouse. To samo odnosi się
do Siemensa w porównaniu z
resztą europejskiego przemysłu urządzeń elektrycznych.
Dla wzrostu produktywności należy konsekwentnie, systematycznie i
świadomie zarządzać czterema kluczowymi zasobami. Są nimi: kapitał, kluczowe
zasoby fizyczne, czas i wiedza. Każdym z tych zasobów trzeba zarządzać odrębnie
i w różny sposób.
(...) Co więcej, menedżer musi wiedzieć dokładnie, w co
zainwestowano pieniądze w danym przedsiębiorstwie – bo nie można zarządzać
danymi zagregowanymi. Pierwszy krok ku zarządzaniu
produktywnością kapitału polega na rozpoznaniu, gdzie te wszystkie pieniądze
rzeczywiście w biznesie tkwią.; dopiero wtedy można jąć się zarządzania tymi ważnymi
zatrudnieniami kapitału.
W jednym biznesie mogą to być wierzytelności... Ale
pieniądze mogą również tkwić w środkach trwałych... Pieniądze mogą też tkwić w kosztownych maszynach – a nie ma nic
tak bezproduktywnego, nic tak nie marnuje kapitału, jak bezczynność kosztownych maszyn. Mimo to model księgowy
rzadko dostarcza takich informacji; gorzej, przyjmując „standardowe koszty” – w
typowym rachunku kosztów wręcz je ukrywa.
(...)
Produktywność pracownika umysłowego ......... 28
Dla zarządzania
produktywnością ludzi, szczególnie tych wysoko kwalifikowanych
, czyli potencjalnie najproduktywniejszych,
ale i najkosztowniejszych, menedżerowie winni zaznajomić się z zadaniami, które
się takim pracownikom powierza. Nie wystarczy wiedzieć, że Jan Kowalski pracuje
w księgowości... wywiązuje się ze swoich obowiązków...
musimy wiedzieć, co na nim konkretnie ciąży. (Dobrze byłoby, żebyśmy i sami dobrze
wiedzieli, co na współczesnej księgowości powinno ciążyć. Dotyczy to zresztą
nie tylko księgowości Anonimus). Produktywność zasobów ludzkich, zwłaszcza zaś pracowników umysłowych,
wymaga, by ich przydzielać tam, gdzie można się spodziewać jakichś rezultatów,
a nie tam, gdzie
wiedza i umiejętności tych ludzi nie mogą dać nic, choćby nie
wiem jak dobrze pracowali. Sterowanie przydziałem pracy jest więc kluczem do
produktywności pracownika wykwalifikowanego.
Wymaga to, po pierwsze,
znajomości mocnych stron ludzi, szczególnie tych z udowodnionym dorobkiem. Co
robią oni dobrze? Do czego się nadają? Trzeba ich, po drugie, przydzielać, na
ile to możliwe, tam, gdzie ich walory mogą produkować rezultaty. Trzeba im
przydzielać - szanse, i to szanse dla nich właściwe. Kiedy Fryderyk W. Taylor wziął się sto lat temu za uproduktywnianie
pracy fizycznej, przyjął, że istnieje „jeden prawidłowy sposób” wykonania
konkretnej czynności fizycznej, odpowiedni dla znakomitej większości ludzi
zaangażowanych do wykonania danej pracy. Zakładał, że
większość ludzi jest „przeciętna”. Ale z upływem czasu okazało się, że się
mylił, zwłaszcza w odniesieniu do pracy wymagającej umiejętności i wiedzy.
Kiedy mówimy o pracy, która wymaga czegoś więcej niż rutynowa wydajność,
posłuszeństwo wobec poleceń, odrabianie powtarzalnych, prostych operacji,
musimy zakładać, że nie ma zbyt wielu ludzi zdolnych ją wykonać z odpowiednim
rezultatem - nie tylko wyraźnie wyższym, ale i znacznie lepszym.
Obciąża nas wobec tego odpowiedzialność za przydzielenie takiemu
człowiekowi zadania, w rezultacie którego osiągnie on dzięki swym specyficznym
walorom rezultaty nieporównywalnie większe niż przeciętne.
Menedżerom trzeba uświadomić,
że mają za swoją pensję umożliwić ludziom wykonywanie pracy, za którą z kolei
tym ludziom się płaci. Rzeczą menedżera jest postawić każdemu w swej
organizacji - najpierw samemu sobie, potem szefowi, później swoim kolegom,
wreszcie podwładnym - raz na sześć lub dziewięć miesięcy pytanie:
„Co w tej organizacji robimy, i co ja robię takiego, co pomaga ci
wykonywać pracę, za którą ci płacą? A co robimy i co ja robię takiego, co ci przeszkadza?”
Pytać o to należy każdego.
Większość menedżerów wychodzi z założenia, że wie, i to zawsze, jak rozplanować
rutynową pracę, zarówno tę, której tempo reguluje maszyna, jak urzędniczą - a
to po prostu nieprawda.
Pytanie to ma absolutnie
krytyczne znaczenie wobec wszystkich operacji z wyjątkiem rutynowych. Należy
zakładać, po pierwsze, że dana istota ludzka, pracując, wie lepiej niż
ktokolwiek inny, co podnosi jej (lub jego) produktywność, co pomaga, a co nie.
I zakłada się, po drugie, że dla pełnej produktywności człowiekowi z wiedzą i
umiejętnościami trzeba odpowiedzialności. Do szefa należy rola deski ratunku i
wspierania jego motywacji, jego chęci wykonania jakichś zadań, ponieważ ten
ktoś doskonale wie, co naprawdę w jego pracy oznacza „produktywność”. Innymi
słowy - nie stawianie tego pytania, tłumi motywację. A nawet w pracy rutynowej
- z czego Taylor pierwszy zdał sobie sprawę - jedynym prawdziwym „ekspertem”
jest osoba, która tę pracę wykonuje.
Produktywność ludzka wymaga
wreszcie, jak nas o tym przekonali Japończycy, stałego uczenia się. Wymaga, by
ludzi stale coś dopingowało do przemyślenia, co mogą ulepszyć w tym, co już
robią. Wymaga przyswojenia sobie przez Zachód specyficznie japońskiej koncepcji
uczenia się, pochodzącej z filozofii Zen: że człowiek uczy się po to, by lepiej robić to, co już potrafi
robić dobrze*). Co prawda, przesłankę
jej stanowi psychologiczne poczucie bezpieczeństwa w grupie pracowniczej – by
nikt nie obawiał się, że „wypracuje” z roboty siebie, kolegów czy sąsiadów przy
maszynie obok lub z sąsiedniego pokoju biurowego. Pracodawcy
muszą dlatego zaangażować się w prognozowanie nadwyżek
siły roboczej oraz w szkolenie i odpowiednie rozmieszczenie ludzi. Ale przede
wszystkim wymaga to gotowości do systematycznego zadawania pracownikom pytań i do
wysłuchiwania ich odpowiedzi. Wymaga akceptacji faktu, że ktoś, kto wykonuje
daną pracę, prawdopodobnie wie o niej więcej niż ktoś, kto ją nadzoruje – albo
przynajmniej wie o tej pracy coś innego. Jest to szczególnie ważne w przypadku
ludzi, którzy w swą pracę wkładają wiedzę i umiejętności. Z samej definicji
pracownik wykwalifikowany
musi wiedzieć o swoim zadaniu i swojej pracy więcej niż
ktokolwiek inny, bo jeśli tak nie jest, to znaczy, że albo mu brak odpowiedniej
wiedzy albo odpowiednich umiejętności.
Menedżerowie są
oczywiście świadomi, że muszą zarządzać produktywnością. Ale większość z nich
żywi przekonanie, że chodzi tu o to, jak przehandlować środki mniej produktywne
na produktywne bardziej.
Większość menedżerów – i wielu ekonomistów – wierzy na przykład,
że zarządzanie produktywnością polega na zastępowaniu kosztowniejszej i mniej
produktywnej pracy żywej bardziej produktywnymi od niej maszynami, albo odwrotnie.
Nie ma wielu dowodów, że taka
substytucja jako sposób na podniesienie ogólnej produktywności naprawdę
kiedykolwiek się sprawdziła.
Niewiele firm, które zainstalowały komputery, by zmniejszyć
zatrudnienie urzędników, doczekało się spełnienia swych oczekiwań; większość
użytkowników komputerów znalazła, że potrzebuje wciąż więcej i więcej, i to
kosztowniejszych urzędników, tyle, że zwie się ich „operatorami” czy też
programistami. Podobnie dawne obawy, że automatyzacja zaowocuje bezrobociem na
wielką skalę, nie potwierdziły się w ogóle; wszystko, czego automatyzacja może
dokonać, to przesunąć zatrudnienie ze zgoła niskopłatnej pracy fizycznej do znacznie wyżej
płatnej pracy techników i specjalistów.
(...)
Tak więc substytucyjna teoria produktywności, mimo
swej popularności, zawsze była podejrzana. A teraz w ogóle traci sens. (...)
Pracy umysłowej, inaczej niż pracę fizyczną, nie można zastąpić inwestycją kapitałową. Przeciwnie,
inwestycja kapitałowa stwarza zapotrzebowanie na więcej pracy umysłowej. (...)
Menedżerowie powinni więc zarządzać odrębnie
produktywnością każdego z czterech podstawowych zasobów: kapitału, zasobów
fizycznych o krytycznym znaczeniu, czasu i wiedzy. W ostatecznym rachunku liczy
się całkowita, łączna produktywność danej instytucji w wykorzystywaniu swych zasobów.
Uwagi
Autor ma niewątpliwie rację, że „w ostatecznym rachunku liczy się całkowita,
łączna produktywność”, ale w szczegółach ją uzasadniających, jak z tymi
komputerami i automatyzacją, raczej „nieco przeholował”, nawet jak na wczesne
lata osiemdziesiąte. Jak jest teraz – „każdy” widzi. Nie
ma chyba potrzeby rozwijać.
A wtedy!
Oczywiście, na tle „powszechnej” nieznajomości zagadnień, dość
często, szczególnie z komputerami, występowały sytuacje patologiczne,
jeszcze częściej nieporozumienia, ale bez
przesady z uogólnieniami. Z reguły każdy nowy wynalazek, prędzej czy później,
stwarza nowe potrzeby, raz potrzebne, raz wynaturzone; jest to jednak cecha
praktyki, niekoniecznie zgodnej z samą ideą wynalazku.
Na marginesie.
Niespodziewanie, i całkiem niedawno, spotkałem się z argumentacją, sam nie
wiem, czy na serio, że to komputery są winne niesłychanemu obecnie rozrostowi
biurokracji, a najgorsze to nas dopiero czeka, po wejściu do Unii Europejskiej. W pewnym sensie, rozumowaniu temu przyznaję
nawet rację. Gdyby komputerów nie było, przeolbrzymia
ilość tych wszystkich ewidencji, przetworzeń i przesyłania danych, byłaby po
prostu niemożliwa. A
tak... Tylko tak rozumując, prapoczątkiem
biurokracji był już wynalazek „gęsiego
pióra”, którym umiał się posługiwać starożytny i średniowieczny skryba (nie
będę się spierał, czy to akurat było gęsie pióro).
Anonimus
Koszty utrzymania się w biznesie a
złudzenie zysku ......... 33
Zarządzanie w
sferze problemów o podstawowym znaczeniu obejmuje i kwestię, jak zarobić
dzisiaj na koszty utrzymania się w biznesie jutro. Firmę, która nie zarobi na
nie, musi spotkać uwiąd i zanik. To nie są przyszłe koszty; to koszty, które
ponosi się teraz , choć wypłacą się później. Są to
koszty "skumulowane" lub "odroczone" - a nauczyliśmy się
już dawno, że są to prawdziwe koszty, które trzeba wykazywać w bieżącej
rachunkowości biznesu. Biznes, który nie zarobi na skumulowane koszty
utrzymania się w interesach, zubaża gospodarkę i sprzeniewierza się swemu
podstawowemu społecznemu obowiązkowi - ma bowiem utrzymać zdolność powierzonych
przedsiębiorstwu i jego menedżerom zasobów do przysparzania bogactwa i miejsc pracy.
"Zysk" - nigdy nie dość tego powtarzać - jest złudzeniem
rachunkowym. Z wyjątkiem rzadkich przypadków rządowego monopolu -
jak na przykład OPEC - zyski nie istnieją; istnieją tylko odroczone koszty
utrzymania się w interesach. Co najważniejsze, kapitał stanowi jeden z zasobów. I nie ma żadnych, czego do tej pory powinniśmy już
wszyscy się nauczyć, "wolnych zasobów". Dlatego też minimalnym
kosztem utrzymania się w biznesie jest koszt kapitału.
Ale działalność gospodarcza
sama przez się obejmuje koszty odroczone, koszty utrzymania się w biznesie, na
które trzeba zarobić dziś , jeśli biznes - czy
gospodarka - ma istnieć jutro.
Nie wystarczy już zarobić na pokrycie kosztów przeszłych i teraźniejszych.
Przedsiębiorstwo nie osiąga punktu zwrotu nakładów, kiedy pokrywa koszty wedle modelu rachunkowego, koszty, które już się wypłaciły. Koszty
utrzymania się w biznesie zostały już poniesione - a jeszcze właśnie się nie
wypłaciły. Należnych kwot nie da się prawdopodobnie ustalić z taką precyzją, z
jaką księgowy może określić to, co już się zwróciło. Ale łatwo je określić w
granicach prawdopodobieństwa, przy tym samym marginesie błędu, jakie przyjmuje
się wobec sporej części liczb księgowych, takich jak szacunek wartości środków
trwałych, patentów lub zaległych roszczeń. Tak naprawdę dokładność, z jaką
można ustalić koszty utrzymania się w biznesie, jest znacznie wyższa niż w
przypadku większości liczb konwencjonalnych bilansów czy rachunku strat i
zysków. Od ukazania się sto lat temu najwcześniejszych prac angielskiego
ekonomisty, Alfreda Marshalla, pozostaje aksjomatem ekonomicznym, że w
gospodarce rynkowej koszty utrzymania się w biznesie nie mogą być niższe niż
koszt kapitału. Przedsiębiorstwo, które na pełnej kwocie pieniądza
zaangażowanego w dany biznes zarabia mniej niż wynosi bieżące oprocentowanie
kapitału, działa z definicji na poziomie deficytu i okrada swoją przyszłość.*
(* To jest tylko
mój „znak zapytania”: co by się stało, gdyby
odpowiednio duża kapitałowo ilość przedsiębiorstw, nagle postanowiła przerwać
działalność gospodarczą, sprzedać wszystko, a uzyskane środki ulokować gdzieś
bankach, licząc na to, że zwykłe oprocentowanie kapitałów bardziej im się
opłaci niż prowadzenie przedsiębiorstw? Mnie się wydaje, że jeśli zjawisko przybrało by większe rozmiary, to zakończyłoby się zwykłym
powszechnym, nawet nie kryzysem gospodarczym, ale wprost „krachem”. Z drugiej
strony, sam mógłbym z praktyki przytoczyć sporo przykładów, że gdyby w jakiś
sposób, nisko oprocentowane fundusze uzyskane przez poszczególne
przedsiębiorstwa na określone inwestycje, które zakończyły się olbrzymimi
stratami, ktoś zdołał "przechytrzyć pożyczkodawców" i, zamiast na
inwestycje, ulokował je w „innym banku”, to zamiast olbrzymich strat, miałby
całkiem godziwe zyski, i to „na rękę”, a nie tylko „w ułudzie księgowości”.
Żartuję. - Straty księgowe – zyski zresztą też - w księgowości również mogą być
„ułudą”. Zresztą, powiązania w gospodarce „makro” i „mikro” oraz między nimi,
są tak złożone, że przy mojej niedostatecznej wiedzy na te tematy pozostaje mi
tylko żartować.
Anonimus.).
Zgodzi się z tym każdy, gdy chodzi o rolnika, który zjada ziarno siewne
niezbędne do wiosennego siewu. Jeśli nie przenosimy tego rozumowania na
przedsiębiorstwo w biznesie, to w znacznej mierze pod wpływem złudzenia
"zysku". Każdy wie, że ziarno siewne rolnika to nie jest zysk, nawet,
jeśli jest to nadwyżka. Natomiast nikt - włącznie z menedżerami biznesu - nie
pojmuje, że "zysk" ze sprawozdawczości finansowej też nie jest
zyskiem: to "ziarno siewne". To "koszt utrzymania się w
biznesie" - koszt rzeczywisty i autentyczny, jakkolwiek odroczony.
(...) W rezultacie proces tworzenia kapitału w społeczeństwach rozwiniętych
coraz bardziej zależy od tego, na ile zorganizowane instytucje pozarządowe -
głównie, oczywiście, biznes - zdolne są zarobić na koszty utrzymania się w
interesach, a więc zapewnić społeczeństwu owo "ziarno siewne".
Dla większości ludzi biznesu,
jak i dla większości ekonomistów, jest to oczywiste. Dlatego też ludzie
interesu i ekonomiści coraz bardziej interesują się procesem tworzenia
kapitału, coraz bardziej świadomi nieadekwatności tempa, w jakim biznesy
zarabiają dziś na koszty utrzymania się w interesach. Ale publiczność,
politycy, przywódcy związkowi, a nawet szefowie różnych organizacji - nie
mówiąc już o pracownikach wszystkich szczebli, od poziomu warsztatów po tak
funkcjonalne i techniczne dziedziny, jak zarządzanie sprzedażą czy badania -
tego oczywistego faktu w ogóle nie dostrzegają.
Zaciemnia obraz panująca retoryka "zysku". "Zysk", mówi się
nam, stanowi nagrodę dla inwestora. "Zysk", mówi się nam, zwraca to,
co zainwestowano w przeszłości. A przecież trudno o coś dalszego od prawdy. To,
czemu myląco przyczepia się etykietę "zysku", jest autentycznym
kosztem, kosztem przyszłości przedsiębiorstwa i gospodarki. Zaś stopa zysku,
która nie jest równa kosztowi kapitału, nie jest żadnym "zyskiem". Jest
stratą, tak dla firmy, jak dla gospodarki.
Obowiązek pokrycia kosztów
należy z pewnością do menedżerów. Tego nigdy nikt nie kwestionował. Tak więc
menedżerowie ponoszą odpowiedzialność za to, czy ich firma zarobi na koszty
utrzymania się w interesach, czy też nie.
(...) Dramatycznej ilustracji,
czym to grozi, jeśli instytucje służb publicznych traktują koszty utrzymania
się w interesach jako raczej "koszty przyszłości", dostarcza
niepowodzenie Brytyjskiej Państwowej Służby Zdrowia, która od roku 1950 do dnia
dzisiejszego nie umie rozliczyć się ze znanych, ustalonych i wymiernych kosztów
koniecznego budownictwa szpitalnego. Rachunki służby zdrowia brało się zwykle
za zbilansowane, przy czym pełne koszty płacili podatnicy. W rzeczywistości
popadła ona w ogromny, ukryty deficyt. Stąd dzisiaj w wielu okolicach
Zjednoczonego Królestwa czeka się długo, ba, coraz dłużej...*
(* Coś mi to trochę
przypomina, ale z "osiągnięciami" chyba większymi, jak na tak
krótki czas. Z.U.)
(...) Menedżerowie
winni ponadto przemyśleć koszty utrzymania się w interesach pod kątem pokrycia
- lub przynajmniej zidentyfikowania - tych kosztów, które mogą lub na pewno
przewyższają bieżącą stopę kosztu kapitału. Koszty utrzymania się w interesach
przez następne kilka lat prawie na pewno, o czym już wspominaliśmy, będą wyższe
od kosztu kapitału dla szpitala i uniwersytetu. A już na pewno będą znacznie
wyższe dla, na przykład, tradycyjnych stalowni, gdzie trzeba ogromnie dużo
kapitału na nowe procesy i na automatyzację, a jednocześnie na duże inwestycje
w ochronę środowiska i w bezpieczeństwo, oraz na energooszczędne technologie.
Jeżeli tych kosztów bieżące wpływy nie pokryją, przedsiębiorstwo nie osiągnie
swego punktu zwrotu nakładów.
Trzeba równie pilnie
dostosować do realiów ekonomicznych wynagrodzenia menedżerów. Jak długo będą
oni brać extra-wynagrodzenie oparte na deklarowanych
"zyskach", będą przeciwstawiać się zmianom w sprawozdawczości bilansowej. Dodatkowych
wynagrodzeń, opartych na zysku, nie powinno się nigdy wypłacać, zanim nie
pokryje się bieżących wpływów kosztu utrzymania się w interesach. Ukryć, że nie zarobiono na prawdziwe koszty, na koszty
utrzymania się w interesach, oznacza oszustwo. Wypłacenie sobie
"premii" opartej na nieistniejącym zysku jest malwersacją.
Ale przede wszystkim trzeba zmienić retorykę i sposób
posługiwania się całkowicie mylącymi danymi z księgowości. Koszty
utrzymania się w interesach powinno się przedstawiać udziałowcom,
społeczeństwu, podatnikowi. W swojej retoryce menedżerowie muszą coraz mocniej
podkreślać odpowiedzialność za zarobienie na koszty ryzyka, zmian, innowacji
oraz jutrzejszych miejsc pracy dla dzisiejszych młodych ludzi i dla nowych
ludzi w kręgu siły roboczej.
(...) Ale menedżer - czy to w biznesie, czy w instytucji służby publicznej -
niech raczej nie czeka na Komisję Giełdową i księgowych. Powinien wręcz od razu
podjąć zarządzanie kosztami utrzymania się w interesach, mając je za prawdziwe
koszty. Inaczej łatwo może odkryć w burzliwych inflacyjnych czasach, że jego
przedsiębiorstwo tonie pod ciężarem rzeczywistych strat mimo deklarowanych w
sprawozdaniach, rok po roku, "rekordowych zysków".
(Uwagi. Chciałbym:
- móc przytoczyć, co później na te same tematy pisze sam Autor?
- jak na jego bardzo ostrą krytykę zareagowali inni?
- co się od tamtych czasów w tych sprawach zmieniło w
rachunkowości?
- jakie są oceny stanu faktycznego na dzisiaj?
Niestety, nie mogę tego zrobić, bo sam nie wiem! Ściślej, trochę mi się "o
uszy obiły fragmenty", ale nie na tyle, żeby się nimi posłużyć, a tym
bardziej je analizować.
Po prostu, jeśli "prezentacja literatury" powinna być dobrze
do końca dopracowana, i w każdej pozycji, to chyba jest zupełnie oczywistym, że
przerasta to, przynajmniej kilka razy, siły pojedynczego hobbysty. Na
marginesie: mój system "motywacji ukierunkowanego obrotu",
prezentowany w czterech pierwszych odcinkach na stronie "ekonomika",
z zamiarem rozwinięcia na stronie "mleczarstwo", odchodzi od
premiowania zysku (marży pokrycia), na rzecz rozwiązań - wg mnie - o wiele
trafniejszych. Można to rozwinąć przy premiowaniu menedżerów. Z.U.).
Rozdział
2
ZARZĄDZANIE
Z MYŚLĄ O JUTRZE ......... 47
Koncentrowanie
środków na rezultatach
Jak uwalniać się od tego co wczorajsze
Zarządzanie wzrostem
Zarządzanie innowacjami i zmianami
Strategie biznesu na jutro
Karta punktowa dla menedżerów
Problemy zasadniczego znaczenia należą do dnia
dzisiejszego przedsiębiorstwa. Ale wszystkie instytucje żyją i działają w dwóch
wymiarach czasu naraz: w czasie teraźniejszym i przyszłym. Jutro tworzy się
dzisiaj, w większości przypadków nieodwracalnie. Dlatego menedżerowie zawsze
muszą zarządzać zarówno dniem dzisiejszym - w sferze problemów o zasadniczym
znaczeniu - jak i dniem jutrzejszym. W czasach burzliwych nie mogą zakładać, że
dzień jutrzejszy będzie przedłużeniem dzisiejszego. Przeciwnie, muszą zarządzać
z myślą o zmianach; o zmianach jako szansie i jako zagrożeniu.
Koncentrowanie środków na rezultatach ...... 47
W czasach
burzliwych przedsiębiorstwo musi utrzymać formę iście sportową - szczupłe i
muskularne, zdolne zarówno do podźwignięcia obciążeń, jak i do szybkiego ruchu
i wykorzystywania szans. Jest to szczególnie ważne, kiedy czasy burzliwe
przychodzą po długich latach względnego spokoju, beztroski i przewidywalności. Bez wyzwań życie każdą organizację znosi
ku zastojowi, wygodzie, rozlazłości. Allokację
środków dobiera się wtedy raczej siłą bezwładu i tradycji niż pod kątem
rezultatów. A przede wszystkim organizacja taka lubi
unikać nieprzyjemności. Podczas, gdy nie ma nic nieprzyjemniejszego i mniej
popularnego niż koncentrowanie środków na rezultatach, ponieważ to zawsze
oznacza konieczność mówienia "nie".
Jednym ze sposobów na kontrolę
rozdziału środków i na ich koncentrację są dwa budżety - budżet operacyjny, dla
działań w toku i budżet szans, dla proponowanych przedsięwzięć nowych i
odmiennych. Budżet operacyjny będzie znacznie bardziej pojemny niż budżet
szans, który nawet w firmach-olbrzymach rzadko wypełnia więcej niż kilka
stron. Niemniej obu należy poświęcić tyle samo czasu i uwagi najwyższego
kierownictwa. Zarządzanie stawia obu tym budżetom zupełnie różne pytania. W
przypadku budżetu operacyjnego zadaje się pytanie: „czy ten wysiłek i wydatek są naprawdę
konieczne? Jeśli nie – to jak możemy się
z tego wycofać?” Ale
jeśli odpowiedź brzmi „Tak, trzeba to zrobić”, to należy postawić pytanie: „Ile trzeba
co najmniej, by się to nie wykoleiło?” Wobec budżetu szans pierwsze pytanie brzmi: „Czy to jest
naprawdę szansa dla nas?” I jeśli odpowiedź brzmi „Tak”, pytamy: „Jakie jest optimum wysiłków i
środków, które ta szansa może pochłonąć, dając produktywny użytek? I kto jest właściwą osobą do pracy nad tym?”
Ale koncentrowanie środków na rezultatach wymaga również systematycznego
zaangażowania w to, co nazwałbym „korporacyjnym kontrolowaniem wagi”, a co
sprowadza się do tego, że podejmując nowy wysiłek skreśli się jakiś mniej
obiecujący lub mniej produktywny. Jest to szczególnie ważne dla pracy
sztabowej, czy to w kadrach, czy w marketingu, badaniach naukowych lub innej
sztabowej dziedzinie. Zawsze należy pytać eksperta z danej dziedziny: „Czego
zamierzasz poniechać, angażując się w coś nowego?” Kierownictwo z zasady nie powinno
sankcjonować nowych działań lub wysiłków w żadnej sztabowej specjalności, póki
nie odrzuci jakiś starych i mniej produktywnych. Ponieważ w pracy o charakterze
sztabowym tylko skupienie wysiłków na czymś przynosi rezultaty.
Jak uwalniać się od tego, co wczorajsze ....... 49
Po długich
latach względnego spokoju i przewidywalności każde
przedsiębiorstwo - biznes lub instytucja służby publicznej poza biznesem -
prawdopodobnie aż pęka w szwach od wczorajszych obietnic. Są to produkty lub
usługi, z których już nic nie ma ; nabytki i
przedsięwzięcia, które tak ponętnie wyglądały na początku, a teraz, pięć lat
później, wciąż są tylko nadziejami; inteligentne pomysły, których nie udało się
przekształcić w osiągnięcia; produkty i usługi, zapotrzebowanie na które w
wyniku zmian społecznych i gospodarczych zanikło, a także produkty i usługi, które
zestarzały się, bo osiągnęły już swe cele. Statek spędzający długi czas na
morzu trzeba oczyścić z przylepionych skorupiaków, bo ich dalsze wożenie na
sobie ujmuje mu szybkości i sprawności. Podobnie i przedsiębiorstwo, które
długi czas żeglowało po spokojnych wodach, trzeba oczyścić z produktów, usług i
przedsięwzięć, które stały się „dniem wczorajszym”.
Każdemu przedsiębiorstwu
trzeba zawsze takiej systematycznej polityki skreślania, a już szczególnie w
czasach burzliwych. Każdy produkt, każdą usługę – na zewnątrz i wewnątrz –
każdy proces, każdą działalność trzeba co kilka lat stawiać przed pytaniem:
„Gdybyśmy już w tym nie tkwili, czy dziś weszlibyśmy w to, wiedząc tyle, ile
dzisiaj wiemy?”. A
jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to nie mówi się wtedy: „Przestudiujmy to jeszcze
raz”. Stawia się pytania: „Jak możemy się z tego wydostać; albo, przynajmniej,
jak w to nie pakować już dodatkowych środków?”
Stawia się takie pytania i
podejmuje odpowiednie działania wtedy, gdy instytucja odnosi sukcesy, a nie wtedy gdy ma kłopoty. Ponieważ najprawdopodobniej właśnie
wtedy przeznacza ona swe środki na przeszłość, na rzeczy, które kiedyś coś dawały, na cele, które kiedyś pozostawały niezaspokojone.
Na ogół niewiele instytucji
służb publicznych próbuje przemyśleć zmienione okoliczności, w których
działają. Większość żywi przekonanie, że wszystko, czego się od nich wymaga, to
żeby intensywniej pracowały i zbierały więcej pieniędzy.
Ale także w biznesie stanowczo
zbyt wielu menedżerów spogląda na swoje produkty, usługi i działalność jak na
„dobre uczynki”, jak na obowiązek moralny lub dzieło Pana Niebios, zamiast jak
na krótkotrwałą ludzką aktywność, dającą się uzasadnić tylko wtedy, gdy
przynosi wyniki i zadawala klienta. Stanowczo za mało biznesów gotowych jest
odrzucić dzień wczorajszy, a w konsekwencji za mało ich ma do dyspozycji środki
na jutro. W czasach burzliwych biznes musi być zdolny zarówno do przetrzymania
nagłych, ciężkich ciosów, jak i do skorzystania z nagłych, nieoczekiwanych
sposobności. Podstawowymi wymaganiami są bowiem i koncentracja środków na
rezultatach, i uwalnianie się od pożerającej zasoby, nieproduktywnej przeszłości.
Zarządzanie wzrostem ...... 51
W każdym
biznesie trzeba zarządzać wzrostem. A do tego trzeba mieć strategię wzrostu. W
latach pięćdziesiątych i
sześćdziesiątych wierzono,
że wszystko musi rosnąc samo przez się, a wzrost nie ma żadnych granic.
W latach siedemdziesiątych zyskało
popularność przekonanie, że wzrost się skończył na zawsze. Oba poglądy są zwodnicze.
Nic nie może rosnąć w
nieskończoność, a co dopiero przy stopie wzrostu wykładniczego. Tyle, że od
wczesnych lat osiemnastego wieku, mniej więcej co
pięćdziesiąt lat, rozwinięte kraje gospodarki światowej doświadczały „szalonej
dekady”, kiedy wzrost był wszystkim i wszystko miało rosnąc wiecznie.
...
Po każdym z tych „szalonych okresów” następował masowy kociokwik, kiedy wszyscy
byli gotowi uwierzyć, że wzrost zatrzymał się na dobre. A nie zatrzymał się
nigdy i nie ma potrzeby wierzyć, że zatrzyma się teraz.
...
Biznes musi rozróżniać
między prawidłowym rodzajem wzrostu a wadliwym... Zasady są tu proste: każdy wzrost
, który w krótkim okresie czasu owocuje ogólnym zwiększeniem
produktywności zasobów przedsiębiorstwa, jest wzrostem zdrowym. Należy go
podsycać i wspierać. Ale wzrost, który skutkuje tylko ilością i nie podnosi w
dość krótkim okresie czasu ogólnej produktywności, to otłuszczenie.
Zarządzanie innowacjami i zmianami ....... 54
W technice, podobnie jak w ekonomii, ćwierćwiecze od
Planu Marshalla do wczesnych lat siedemdziesiątych było okresem nadzwyczaj
szybkiego wzrostu i rozwoju - a mimo to było również latami ciągłości.
Najważniejszą cechą techniki okresu powojennego nie były innowacje; odkąd
podczas II Wojny Światowej
nowoczesne armie z nowoczesnym uzbrojeniem i nowoczesną myślą spenetrowały najbardziej
oddalone zakątki świata, nowoczesna technika rozprzestrzeniła się wszędzie.
O ile jednak
technika rozprzestrzeniała się w ciągu powojennego ćwierćwiecza coraz szybciej,
to sama poruszała się w dużej mierze ścieżkami wytyczonymi wcześniej.
...
Komputer powstał jako działające urządzenie w roku 1945, pod sam koniec II
Wojny Światowej. Trzydzieści lat później, w połowie lat siedemdziesiątych, wraz
z mikroprocesorem, układami scalonymi i logiką języka powszechnego, komputer po
raz pierwszy stał się narzędziem codziennego użytku.
Biorąc pod uwagę te trzydzieści czy czterdzieści lat na wdrożenie, mamy dziś
przed sobą okres zasadniczych zmian w technice. Inaczej niż ćwierćwiecze po II
Wojnie Światowej będzie to raczej okres zmian strukturalnych niż modyfikacji,
rozszerzania czy eksploatacji. Nadchodzący okres przesunie zmiany techniczne w
nowe sfery.
Jednym z takich obszarów nadchodzących zmian w technice jest elektronika. Jej
podstawy naukowe stworzono w późnych latach trzydziestych i wczesnych
czterdziestych. Lata osiemdziesiąte będą więc prawie
na pewno okresem silnego oddziaływania techniki i prawdziwych innowacji.
Główne uderzenie nastąpi w telekomunikacji.
...
Strategie biznesu na jutro ....... 66
W ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat czy
trzydziestu lat idea "planowania" udowodniła swoją wysoką
produktywność.*
(* Idea planowania mocno się później "zachwiała" pod
wpływem zaskakujących wydarzeń, popełnionych błędów itp. Niektórzy autorzy - i
niektóra praktyka - zaczęli wręcz negować sens planowania. W praktyce bardzo
mocno przejawiło się to w krajach byłego systemu "centralnego
planowania", prawdopodobnie z jednej strony jako "reakcja
psychologiczna", a z drugiej jako reakcja na słabość
"zbiurokratyzowanego planowania", słabość planistów, przeformalizowanie rozwiązań w teorii itp. Wg mnie idea
planowania na nowo uzyska pełne "uznanie" pod warunkiem, że będzie
mądrzejsza: przede wszystkim mniej sformalizowana, a bardziej elastyczna.
Trochę szerzej ten temat zacząłem "markować" w uwagach na stronach
"Strategor" , "J.Kay" i paru innych, a zamierzam go
skonkretyzować na stronie "mleczarstwo". Kiedy
- ?
Anonimus.).
Można było zakładać raczej kontynuację trendów w
dość wąskim zakresie niż nagłe ostre przesunięcia. Można było rozpoczynać od
dnia dzisiejszego, dokonując jego projekcji w przyszłość - co rozumieją zwykle
przez "planowanie" zarówno ludzie interesu czy politycy, jak i
ekonomiści. Można było przypuszczać, że jutro będzie kontynuacją dnia
dzisiejszego przy różnej może kompozycji "mieszanki", ale przy tej
samej podstawowej konfiguracji.
Dziś najbardziej
prawdopodobnym założeniem jest wydarzenie wyjątkowe, które tę konfigurację
zmieni w sposób drastyczny.
Zdarzeń wyjątkowych zaplanować
się nie można. Można jednak je przewidzieć, czy też raczej - można się
przygotować do wyciągnięcia z nich korzyści. Można ustalić taką strategię na
jutro, która antycypuje największe prawdopodobne zmiany, strategię, która umożliwi
biznesowi lub instytucji służby publicznej wyciągnięcie korzyści z tego, co
nieprzewidziane i nieprzewidywalne. Planowanie stara się dzisiejsze trendy
zoptymalizować na jutro. W doborze strategii chodzi o wykorzystanie nowych i
odmiennych szans dnia dzisiejszego.
(...) Typowy biznes - a
jeszcze bardziej nieobliczona na zysk instytucja
służby publicznej - wierzy głęboko, że najwygodniejszą, najmniej ryzykowną i
należycie zyskowną strategią jest taka, która mierzy w "błogą
przeciętność". Ale się myli. Na wielu rynkach prosperuje się tylko przy
pozycjach skrajnych; albo w roli jednego z kilku liderów rynku, którzy dyktują
standardy, albo na pozycjach specjalistów, którzy operują w wąskim przedziale
produktów lub usług, z taką za to przewagą wiedzy, jakości usług i umiejętności
dostosowania się do szczególnych potrzeb, że stanowią klasę dla siebie. Miejsce
pośrednie rzadko bywa czymś pożądanym, a nawet może nie zapewnić przetrwania.*
(* W błogą
przeciętność wierzą firmy, i to im się sprawdza, gdy wszyscy wokół nich wierzą
tak samo. W Polsce dopiero wejście firm zachodnich wprowadziło stan zagrożenia.
Niestety, zbyt dużą część kadry kierowniczej i specjalistycznej nadal mamy za
słabą, nadal chce ona mieć "błogi spokój" po staremu, "psiocząc na Zachód", rządy, politykę itp., zamiast sama
wziąć się porządnie do nauki i pracy. Rezultaty widać. Zbyt dużo firm
"wpadło w tarapaty" bynajmniej nie tylko z powodu "siły
wyższej".
Inna rzecz, że ten wyścig do „ponadprzeciętności”, o
ile wszyscy mu ulegną a nie zapewni się odpowiednich regulatorów rywalizacji, w
pewnej perspektywie czasowej prowadzi do nikąd, albo wręcz do katastrofy.
Anonimus).
...
Karta punktowa dla menedżerów ....... 72
Przyjaciele biznesu i jego krytycy, agencje rządowego nadzoru, seminaria
z zarządzania i poświęcone mu czasopisma debatują w tych dniach gorąco nad
"rewizyjną" kontrolą wobec zarządów. Ci, którzy ją proponują"
występują zwykle z wnikliwym badaniem podstawowych zalet zarządu: jego morale i
rzetelności, jego kreatywności, wyznawanych przezeń "wartości
społecznych", jego zdolności empatii, itd. "To nonsens",
replikują oponenci: "jedyne co się liczy, to wydajność, którą wyznacza
dolna kreska.
Pozwolę sobie niedwuznacznie
stwierdzić, że mylą się obie strony. Trzeba dokonywać ocen zarządu. Ale jest
również prawdą, że oceniać można tylko wydajność. To, o czym mówią propagatorzy
rewizyjnych kontroli zarządów - na przykład rzetelność czy kreatywność - lepiej
zostawić literaturze.
Niemniej "dolna
kreska" też nie jest właściwym miernikiem wydajności zarządu. Dolna kreska
mierzy raczej wydajność biznesu, niż samego zarządu. A dzisiejsza wydajność
biznesu jest po większej części rezultatem wydajności, lub jej braku, poprzednich
zarządów w minionych latach.
Oczywiście dzisiejsi
menedżerowie są kimś znacznie więcej niż biernymi kustoszami przeszłości. Mogą
modyfikować decyzje, które odziedziczyli. W rzeczywistości jednym z ich
najważniejszych i najtrudniejszych zadań jest wykupić się jakoś od decyzji,
kiedy okazują się fałszywe - a tak przecież bywa z decyzjami odnoszącymi się do
przyszłości. Ale dzisiejsi menedżerowie są zarazem odpowiedzialni za tworzenie
przyszłości biznesu, przy ciągłym wydłużaniu się okresu wdrożenia, który w
niektórych dziedzinach sięga i ponad dziesięciu lat.
Dlatego też wydajność w
zarządzaniu oznacza w poważnej mierze dobrą robotę w przygotowaniu dzisiejszego
biznesu do jego jutra. Tu właśnie trzeba pomiaru wydajności zarządu - lub
przynajmniej jego oceny, szczególnie w czasach burzliwych.
Przyszłe losy biznesu kształtuje przede wszystkim wydajność obecnego zarządu w
pewnych czterech dziedzinach, co do których dla każdej
można określić średnią wydajność zarządu. I w każdej z nich zarząd, poznawszy
swe notowania, może swoją wydajność bardzo podnieść.
1. Wydajność w gospodarowaniu kapitałem:
prawie każda firma ma szczegółowo opracowane procedury dla decyzji
kapitałowych. W firmach, w których dyrektorzy pionów dysponują właściwie
całkowitą swobodą, kierownictwo najwyższego szczebla nadal zastrzega dla siebie ostateczne
decyzje co do całkiem nawet niewielkich lokat kapitałowych. Większość zarządów
spędza mnóstwo czasu na podejmowaniu decyzji o przeznaczeniu kapitału, ale
tylko nieliczne zwracają uwagę na to, co się dzieje po zatwierdzeniu takiej
decyzji. W wielu firmach nie ma nawet jak się tego dowiedzieć. Wszyscy
wprawdzie o tym wiedzą, jeśli nowy zakład wartości wiele milionów dolarów opóźnia się
albo kosztuje znacznie więcej niż pierwotnie planowano. Ale kiedy ruszy, jego
wydajność rzadko porównuje się z oczekiwaniami, które doprowadziły do tej
inwestycji. A już pomniejszym inwestycjom, choć w swej masie są równie ważne,
rzadko się ktoś po decyzji przygląda.
A jednak jest kilka lepszych sprawdzianów kompetencji i wydajności
zarządu niż jego wydajność w gospodarowaniu kapitałem czy rzeczywiste rezultaty
decyzji o inwestycjach kapitałowych, mierzone przez porównanie z oczekiwanymi. General Motors wiedzą to od około
pięćdziesięciu lat; ich system obserwowania wydajności decyzji menedżerskich w
zakresie inwestycji kapitałowych opisano publicznie po raz pierwszy w 1927
roku.
Należy najpierw zmierzyć dochód uzyskany z danej inwestycji, porównując go z
dochodem oczekiwanym w
chwili, gdy podjęto o niej decyzję, a następnie – zbadać wpływ tej decyzji na
dochód i rentowność całego biznesu, znów porównując wyniki z oczekiwanymi w
chwili podjęcia decyzji. Nie jest trudno zmontować takie sprzężenie zwrotne z
rezultatami decyzji o przeznaczeniu kapitału. Z wyjątkiem największych i
najbardziej złożonych firm nie trzeba tu komputera – starczy arkusz papieru.
Trzeba głównie woli zaangażowania w uczciwą kalkulację, kiedy podejmuje się
decyzję, i trzeba – intelektualnej uczciwości, by stanąć twarzą w twarz z rzeczywistymi
rezultatami.
(Uwagi
Autor ma niewątpliwie rację. Pytanie tylko, jeśli rezultaty gospodarowania
kapitałem budzą zastrzeżenia, a Zarząd nie poczuwa się do obowiązku rzetelnego
rozliczenia, to:
- gdzie jest Rada Nadzorcza?
- gdzie jest Walne Zgromadzenie…?
- jak się ma do tego udzielenie
absolutorium Zarządowi?
- jaki wpływ i wartość, na
udzielnie absolutorium,
mają badania i opinie biegłych? Pytanie pomocnicze: jak często
oni w ogóle wykrywają jakieś„retusze księgowe”, pozorowania przestrzegania procedur, i
rzeczywiście obiektywnie merytorycznie – a nie tylko „formalnie-księgowo” –
oceniają stan firmy i prawidłowość gospodarowania, w tym gospodarowania
kapitałem?
Dla czystości obrazu
ograniczam się do sytuacji, gdy inwestycje, zamiast poprzednich
zysków, doprowadzają tylko do strat i długów.
Nie chcę generalizować. Trafne inwestowanie jest rzeczą trudną. Zawsze mogą się
trafić wpadki. Trzeba zrozumieć także wpadki zawinione, o ile mieszczą się w granicach
przyzwoitości. Brak oficjalnej reakcji na złe wyniki i udzielenie absolutorium,
może być zarówno wynikiem niewiedzy „udzielających” lub błędnej oceny przyczyn, jak i
świadomego „rozgrzeszenia” bez zbytniego formalizowania.
Przypadki „wpadek”, które znam osobiście, miały
charakter raczej patologiczny, wynikający z niskiego poziomu zarządzania w
ogóle w danej firmie czy firmach. Gdy nie jest przestrzegane prawie nic, co tu analizować!
Niepokój jednak budzą coraz liczniejsze doniesienia medialne o nagłych,
zaskakujących upadkach wielkich firm i aluzje o „maskujących technikach
księgowych” i niewykryciu w porę lub milczeniu o tym, przez firmy audytorskie.
Obawiam się, że mamy do czynienia ze zbyt niskim poziomem odpowiedniej wiedzy w
ogóle, co ułatwia „manipulowanie” i „kombinowanie” a utrudnia dobre
gospodarowanie. Można się z tego śmiać, wspominając czasy PRL, teraz jednak coraz
bardziej jest „nie do śmiechu”.
Anonimus).
2. Wydajność
decyzji kadrowych: wszyscy są zgodni, że rozwój tudzież rozmieszczenie kadr
kierowniczych i
fachowych decydują o
postawach kierowania każdą organizacją. To jedyny sposób na pewność, że
dzisiejsze decyzje wydadzą owoce. Decyzje dotyczące przyszłości, czyli
menedżerskie decyzje o zaangażowaniu dzisiejszych zasobów ekonomicznych w przyszłą niepewność, z samej swej natury
muszą napotkać na trudności.
Ducha organizacji i rozwoju jej ludzi nie da się łatwo oszacować, nie mówiąc
już o naukowym przetestowaniu. Ale nie jest tak trudno oszacować ich rezultaty,
czyli, innymi słowy, oszacować wydajność decyzji, konfrontując je z
oczekiwaniami, które legły u podstaw tych decyzji. Wszystko, czego tu trzeba,
to „karta punktowa”, oceniająca rezultaty przez porównanie z oczekiwaniami.
(Uwagi. Moim zdaniem, oprócz „karty
punktowej”, potrzebna jest także odpowiednia wiedza do trafnej oceny, bo „byle
jak”, to i ignorant
potrafi. Czy to trzeba uzasadniać? Czy ignoranci w roli oceniających
szefów lub innych władz,
są tak rzadkim zjawiskiem, że można je pominąć milczeniem? Ile i
jakiej potrzeba wiedzy ogólnej oraz ile i jakiej wystarczy wiedzy
specjalistycznej, aby trafnie ocenić wyniki i przyczyny takiej a nie innej pracy np.
specjalisty?, szefa niesamodzielnej komórki
organizacyjnej itp.?
Anonimus).
3. Wydajność
w sferze innowacji: czego oczekiwano od wysiłku badawczego, od wysiłku
rozwojowego, od nowego biznesu lub nowego produktu? I jakie są rzeczywiste rezultaty – w
rok, dwa, trzy, pięć lat później? Stale się nam tłumaczy, że nie można
przewidzieć ani zaprojektować wyników badań. Ale można je zmierzyć, a
przynajmniej ocenić, i wtedy rzutować je wstecz , na
obietnice i oczekiwania z okresu, gdy wysiłek badawczy zainicjowano. I to samo
dotyczy wysiłku rozwojowego, nowego biznesu, nowego produktu, nowego rynku o
wszelkich w ogóle innowacji.
...
4. Strategie a wydajność: na koniec,
wydajność zarządu można i powinno się mierzyć konfrontacją ze strategiami
danego biznesu. Czy zaszło faktycznie to, czego oczekiwała określona strategia? I czy
cele, które przyjęto, były w świetle rzeczywistego rozwoju celami właściwymi,
tak w samym biznesie, jak na rynku, w gospodarce i społeczeństwie?
...
Rozdział 3
ZARZĄDZANIE
W MORZU ZMIAN:
NOWA STRUKTURA LUDNOŚCI,
NOWA DYNAMIKA DEMOGRAFICZNA ......... 79
Nowe realia
Podział produkcji: integracja ponadnarodowa
Nowe rynki konsumenta
Implikacje dla strategii zarządzania
Od „siły roboczej” do „sił roboczych”
Koniec obowiązkowego wieku emerytalnego
„Dwugłowy potwór”
Zapotrzebowanie na miejsca pracy w krajach rozwijających się
Potrzeba planowania w kwestii nadwyżki siły roboczej
Żadna z pierwszostronicowych
sensacji dziennikarskich, którymi tak nieprzerwanie się nas bombarduje - ani
OPEC, ani wszystkie, powszechnie nam przepowiadane deficyty żywności, metali
czy minerałów, ani żaden inny "kryzys" dnia - nie są nawet w
przybliżeniu tak ważne, ani tak realne, jak postępujące zmiany w strukturze
ludności i dynamice demograficznej. Dostrzega ją wszelako niewiele biznesów i
jeszcze mniej rządów. Najważniejszą zmianą nie jest tak szeroko dyskutowana
„bomba populacyjna” w krajach rozwijających się, choć to zaiste ogrom. Naprawdę
ważną, a ciągle niedostrzeganą, nadciągającą zmianą jest nieunikniony deficyt
siły roboczej w krajach rozwiniętych, a zwłaszcza niedobór młodych ludzi
gotowych do podjęcia tradycyjnej pracy w produkcji i usługach.
...
Uwagi
wstępne
Łatwo krytykować znając aktualne fakty i abstrahując od przyczyn. Przyczyny
jednak można usunąć. Co wyniknie wtedy?
Poglądy P.F. Druckera w sprawie niedoboru siły roboczej w krajach rozwiniętych przez
długie lata były zgodne ze stanem faktycznym. W krajach socjalistycznych ten
niedobór był jeszcze o wiele ostrzejszy. Wyglądało na to, że zmiany demograficzne proces ten pogłębią. A tu niemal powszechnie narastające
bezrobocie? Co
się stało?” Nawet,
z grubsza, wiadomo co.
Temat wymaga szerszego rozwinięcia i to w kontekście konkretnych
krajów. Nie czuję się w tym jeszcze zbytnio kompetentny, nawet w odniesieniu do
aktualnej sytuacji w Polsce, choć fragmentarycznie, wydaje mi się, że orientuję
się całkiem dość dobrze. Odkładam.
Na marginesie: „bomba
populacyjna” w wielu krajach ten już zaczyna być, dla nich samych przede
wszystkim, coraz groźniejsza. Jeśli w jakimś kraju, w
okresie powojennym, nastąpił dziesięciokrotny przyrost ludności, to raczej żyje
się im gorzej niż gdyby ten przyrost był tylko pięciokrotny. Zasoby Ziemi
bynajmniej nie są nieograniczone. Możliwości techniczne ludzi też.
Anonimus
Nowe realia ....... 81
W XXI wieku
struktura ludności i dynamika demograficzna znów mogą być stabilne, a nawet
statyczne. Ale w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku struktura ludności będzie
najmniej stabilnym i najdrastyczniej zmieniającym się
elementem gospodarki, społeczeństwa, polityki światowej, a prawdopodobnie i
najważniejszą przyczyną zaburzeń.
Ekonomiści, przedsiębiorcy i
politycy zawsze wiedzieli, jak bardzo liczy się zaludnienie. Ale nie poświęcali
mu na ogół większej uwagi i nie bez racji. Zmiany demograficzne bowiem
rozciągały się w takiej skali czasowej , że nie miały znaczenia dla decyzji, jakie ludzie biznesu i
politycy musieli podejmować; rozpiętość czasowa ich decyzji sięgała od pięciu
do dziesięciu lat – przy czterdziestu lub pięćdziesięciu latach rozpiętości
tradycyjnych zmian ludnościowych.
Ale w drugiej połowie XX wieku ta
ostatnia rozpiętość czasowa ulega mutacji. Obecne zmiany ludnościowe
przebiegają w nadzwyczaj krótkich okresach. I stały się radykalne,
nieobliczalne, sprzeczne – a jednak bardziej przewidywalne niż cokolwiek innego.
We wszystkich rozwiniętych
krajach wolnego świata odnotowano po II Wojnie Światowej „eksplozje urodzin”.
Ale potem kraje wolnego świata jeden po drugim doznały równie bezprecedensowego
„deficytu urodzeń”.
We wszystkich krajach rozwiniętych, znów z wyjątkiem Wielkiej Brytanii, lata
powojenne przyniosły bezprecedensowe przesuniecie edukacyjne, które drastycznie
zmieniło wiek podejmujących pracę oraz oczekiwania przystępujących do niej
młodych ludzi na temat samej pracy i dalszej kariery.
We wszystkich krajach
rozwiniętych przewidywana długość życia podniosła się wprost niewiarygodnie.
Kiedy Stany Zjednoczone w 1935 roku ustawą o ubezpieczeniach społecznych
wprowadziły emerytury państwowe, statystycy ubezpieczeniowi obliczali medianę
dla oczekiwanej długości życia mężczyzn na poziomie pięćdziesięciu ośmiu lat.
Teraz wynosi ona ponad 70 lat i nadal rośnie. Dla tych, którzy czterdzieści
pięć lat temu dożyli wieku 65 lat, przewidywana dalsza długość życia wynosiła
jeszcze tylko kilka miesięcy. Dziś mężczyzna lub kobieta w tym wieku może
oczekiwać, że będzie jeszcze żyć trzynaście do czternastu lat. A większość
ludzi, którzy dziś w rozwiniętych krajach dochodzą do sześćdziesiątego piątego
roku życia, jest fizycznie i umysłowo „w wieku średnim”, w pełni zdolna do
normalnego funkcjonowania.
Nie ma praktycznie różnicy miedzy rozwiniętymi krajami gospodarki rynkowej a
rozwiniętymi krajami komunistycznymi co do przesunięcia edukacyjnego oraz
wydłużenia okresów życia
i sprawności zawodowej. Wszędzie znacznie większy, niż
pięćdziesiąt lat temu, procent młodzieży pozostaje w szkole pięć do siedmiu lat
dłużej. Wszędzie
najszybciej rosnącym segmentem ludnościowym jest i będzie grupa ludzi w
starszym wieku.
W okresie powojennym skład siły roboczej zmienił się drastycznie. Kiedy Stany Zjednoczone w 1935 roku po
raz pierwszy stworzyły statystykę bezrobocia, przyjęto bez dyskusji i sporów,
że „zatrudniony” oznaczał dorosłego mężczyznę – głowę gospodarstwa domowego,
mającego na utrzymaniu rodzinę i pracującego w pełnym wymiarze czasu.
Amerykańska statystyka zatrudnienia i bezrobocia wciąż zakłada, że każdy zatrudniony
pracuje w pełnym wymiarze czasu i że każdy „bezrobotny” gotów jest podjąć stałą
pracę na pełnym etacie. (...)
Siła robocza traci swą jednorodność i
będzie nadal ulegała rozdrobnieniu. Ten proces rozszczepienia będzie postępował
w podziale wedle wieku i w podziale wedle płci…
Coraz więcej będzie też ludzi , którzy widzą w swej
pracy okazje do spożytkowania swych specjalistycznych umiejętności, a zwłaszcza
wysokich umiejętności technicznych, i którzy widzą w swym pracodawcy – czy to
będzie uniwersytet, szpital, czy biznes – „udogodnienie”. Ich „lojalność” i
„wierność” będą odnosić się raczej do ich sztuki, ich narzędzi, ich dyscypliny
fachowej, metodologii niż do firmy, uniwersytetu czy społeczności. Coraz
częściej będziemy zatrudniać ludzi, którzy przypominają wczorajszego wędrownego
rzemieślnika, pracującego przez pewien czas w pełnym wymiarze godzin dla
jednego pracodawcy, a potem w niepełnym wymiarze godzin dla innego.
Równie ważna będzie zmiana
w znaczeniu pojęcia „wiek”. Do dziewiętnastego stulecia nie było
żadnego „wieku emerytalnego” ani żadnych „planów emerytalnych” – oczekiwano po
prostu wczesnych zgonów.
…
Kraje rozwinięte muszą wybierać: albo przyjąć do wiadomości, że tradycyjny wiek
emerytalny stracił sens, co właśnie robią Stany Zjednoczone – albo udawać, że
urzędowo i obowiązkowo przechodzi się w pewnym wieku na emeryturę, a potem
przymykać oczy na fakt, że „emeryci” nadal pracują... Tradycyjna „obowiązkowa” emerytura w
jakimkolwiek ustalonym wieku bierze w łeb po części dlatego, że ludzie
osiągający ten wiek w dobrej formie fizycznej i umysłowej nie mogą znieść
bezczynności, a częściowo dlatego, że gospodarka nie może ich w tej
bezczynności utrzymywać, skoro ludzie powyżej sześćdziesięciu pięciu lat
stanowią w każdym kraju rozwiniętym jedną piątą lub jedną czwartą dorosłej
ludności.
Ale równie ważna jest zmiana na przeciwległym krańcu – co
do wieku rozpoczynania pracy. Nic prawie nie wskazuje, że praca stawia dzisiaj
wyższe wymagania. (? Z.U.) ...
Teraz, kiedy można oczekiwać, że ludzie pozostaną przy pracy
o tyle dłużej, wymaga się od podejmujących pierwszą pracę wyższego poziomu
edukacji, być może głównie z tą myślą, by moment podjęcia pracy realnie i jak
najbardziej opóźnić.
(...) Oznacza to w sensie
jakościowym, że tradycyjna praca fizyczna nie usatysfakcjonuje większości
młodych ludzi podejmujących pierwszą pracę – a na pewno większości młodych
mężczyzn. Liczą oni raczej na karierę niż jakąś robotę. Oczekują, że będą
pracować jako personel wykwalifikowany, i że zajmować będą posady kierownicze,
fachowe, a przynajmniej techniczne. Nie są przygotowani ani kwalifikowani, ani
technicznie ani mentalnie, do tradycyjnych robót dnia wczorajszego – roboty w
gospodarstwie rolnym, w fabryce, w kopalni, ani do jakiegokolwiek rodzaju pracy
fizycznej, kwalifikowanej czy niewykwalifikowanej.
Sumując: (...) We wszystkich
krajach rozwiniętych niezwykle maleje podaż wkraczających na rynek pracy
młodych ludzi, gotowych podjąć pracę tradycyjną. Stoimy wobec poważnego
niedoboru tradycyjnych robotników do tradycyjnych zajęć, a zwłaszcza do
tradycyjnej pracy produkcyjnej.
Najtrudniejsza będzie sytuacja w rozwiniętych krajach świata
komunistycznego, w europejskiej Rosji i jej europejskich satelitach. W tych
krajach nie ma żadnych rezerw urodzonych z eksplozji , które
łagodziłyby deficyt (jak pamiętamy, informacje te nie dotyczą Polski – przyp.
red.) [wyjątek polski bardzo się teraz „przydał”: do
zwiększenia bezrobocia – przyp. Z.U.]. Udział kobiet w sile roboczej już
jest niezwykle wysoki. Również i tam emeryci już pracują [jeśli ich jeszcze
nie wyrzucili z braku pracy – przyp. Z.U.] – co
najmniej w niepełnym wymiarze godzin, choćby tylko ze względu na niskie
emerytury. A jedyną dostępną podaż siły roboczej krepuje najmniej wydajny na
świecie system produkcji rolnej – kolektywne gospodarstwa rolne, które Stalin
narzucił Rosji wtedy, gdy okazały się systemem gospodarki rolnej błędnym i
technicznie, i ekonomicznie. [Och, żeby teraz były
jakieś rezerwy do wchłonięcia bezrobotnych, oraz wychodzących „na dziadów”
niepracujących emerytów – przyp. Z.U.].
…
Uwagi (wcale nie pod
adresem P.F. Druckera)
Proszę mi wybaczyć odrobinę sarkazmu, wtrąconą wyżej. Po prostu, wraz ze zmianą ustroju, w Polsce, z
„marszu”, prawie natychmiast:
- niemal powszechne „lekceważenie sobie
pracy”, zastąpione zostało „strachem
przed utratą pracy”,
- „puste półki” a „pełne portfele”,
zastąpione zostały „pełnymi półkami” a „pustymi portfelami”,
- zasada: „nam się należy”, „wszyscy
mamy jednakowe żołądki”, zastąpiona zostało zasadą: „a radźcie sobie sami”.
Wcale nie uważam, że
„kuracja wstrząsowa” była błędem, ale do „jasnej...” należało, natychmiast, z
marszu przystąpić, do masowego szkolenia fachowego menedżerów (od góry do
dołu), wymienić kogo trzeba, nie dopuszczać do jaskrawych, masowych patologii
przystosowawczych, patrzeć na morale i cele ludzi, którzy rwali się do
władzy lub kurczowo jej się trzymali,
nieraz nadgorliwie zmieniając „skórę”.
Kto to miał wszystko zrobić?
– fachowe, nie nazbyt egoistyczne elity, gdyby takie były!
Do tego doszły, niezbyt korzystne dla „szarych ludzi”, zmiany w samym
kapitalizmie światowym.
Jak jest dzisiaj, i co można jeszcze „odkręcić” lub poprawić?
Ech, szkoda słów!
Anonimus
Wyjątkowy dylemat rosyjski ........ 92
W tym
świecie zmian populacyjnych pozycja Związku Sowieckiego jest wyjątkowa,
ponieważ jest on jednocześnie krajem rozwiniętym w swej europejskiej części i
krajem rozwijającym się w radzieckiej Azji. Skrajnie przeciwstawna dynamika
demograficzna obu tych części skłania do poważnych wątpliwości na temat
możliwości samego przetrwania Związku Sowieckiego do końca obecnego stulecia.
Rosja jest jedynym
dziewiętnastowiecznym imperium, które przetrwało. Jest jedynym państwem, które
swymi granicami obejmuje demografie za równo rozwiniętego świata, jak i
świata rozwijającego się, obie w postaci krańcowej.
(...)
Koniec migracji
......... 95
Zachodnie kraje rozwinięte, które też stoją w obliczu
ostrego spadku podaży tradycyjnej siły roboczej, nie mogą już oczekiwać, że uda
się wyrównać niedobór nowymi imigrantami z rozwijających się rejonów
przed-industrialnych. Okres po II Wojnie Światowej rozwiązał swe relatywne
mniejsze problemy ludnościowe przez masowe migracje. Takie rozwiązanie nie
będzie już na przeważającej części obszaru świata możliwe.
...
(Uwagi. W
ostatnich latach - miesiącach bezrobocie dość mocno wzrosło chyba w większości
krajów świata, w tym w USA i w Niemczech. Wcześniej mocno się zachwiała
gospodarka "Azjatyckich Tygrysów", stawianych uprzednio za wzór.
Nawet w Japonii sprawy się znacznie gorzej mają niż w czasie, gdy ktoś chciał z
Polski uczynić "drugą Japonię". Również w Polsce wszyscy wiemy, jaka
jest sytuacja na rynku pracy, i jak na nią reagują nasi "Zachodni"
sąsiedzi w perspektywie wejścia Polski do Unii Europejskiej. Świat się zmienia!
- bardzo szybko. Peter Drucker miał rację pisząc o
"czasach burzliwych". W niczym nie umniejsza jego zasług to, że nie
mógł wszystkiego trafnie przewidzieć. O sytuacji bieżącej wiemy z mediów itp.
Cenne pozycje literatury, która siłą rzeczy nie może być "na
bieżąco", warto wg mnie przypominać, komentować i uzupełniać w Internecie,
bo można "prawie natychmiast", gdy "dzieje się coś nowego."
Czy to będą robić autorzy, czy ktoś inny, nie jest specjalnie ważne. Ważne jest jednak aby te
uzupełnienia i komentarze nie były "rozproszone" w oderwanych
publikacjach, bo mało kto zada sobie trud "pamiętania" i
"uzupełniania" a czytając "stare dzieła" bez należytego
rozeznania, łatwo można sobie "pokręcić" rzeczy nadal trafne a mało
znane, z nieaktualnymi. Anonimus).
Podział produkcji: integracja ponadnarodowa
......... 99
W krajach rozwiniętych koszt pracy tradycyjnej, a
szczególnie tradycyjnej pracy produkcyjnej, musi rosnąć z powodu niedoboru siły
roboczej.*
...
*. Z tym
niedoborem siły roboczej to już raczej przeszłość. Problemem staje się rosnące
bezrobocie, choć oczywiście występują prace „niechciane” i deficyty w
konkretnych zawodach.
Anonimus
Zapotrzebowanie
na nowe teorie, nowe koncepcje, nowe mierniki ......... 104
Podział produkcji gwałtownie się rozwija, chociaż ten
wzrost mało się dostrzega. Jak do tej pory nie mamy żadnej dlań teorii, żadnych
koncepcji ani żadnych środków miary. A różni się on
całkowicie od tego, co się powszechnie nazywa "handlem
międzynarodowym", ponieważ reprezentuje ponadnarodową integrację, ledwie
do tej pory znaną ekonomistom i statystykom rządowym.
Teoria handlu międzynarodowego niewiele się zmieniła od czasu, kiedy ją
dwieście lat temu postulował Adam Smith.
...
Od korporacji wielonarodowej do
ponadnarodowej konfederacji ....... 106
Jeśli podział produkcji zaczyna w świecie
nadchodzących lat przeważać jako forma integracji gospodarczej, oznacza to, że
stare "korporacje wielonarodowe" raczej nie mają przyszłości. Ale
równie mało jest prawdopodobne, by ich jutro przybrało kształt, jaki przybrać
powinno zdaniem ich krytyków, szczególnie z krajów rozwijających się.
...
Nowe rynki konsumenta ......... 113
Wpływ struktury ludnościowej i dynamiki demograficznej
na rynki krajowe mógł wydawać się w porównaniu z ich wpływem na gospodarkę
międzynarodową i międzynarodowe rynki umiarkowany. Ale w żadnym razie nie można
go lekceważyć. Dynamika demograficzna powoduje przegrupowania na rynkach
konsumenta w krajach rozwiniętych.
Przed I Wojną Światową istniały "rynki", ale nie było żadnego
"rynku". W Stanach Zjednoczonych istniały na przykład w tym czasie
rynki regionalne, które nie miały ze sobą prawie żadnych kontaktów.
...
Implikacje dla strategii zarządzania ........ 118
Zmiany demograficzne i ich dynamika są tak rozległe i oddziaływują tak przenikliwie, że wpływają na instytucje
wszelkiego rodzaju, tak na biznes, jak i służby publiczne. Ale wobec
zróżnicowania w swych zmianach dynamika demograficzna będzie wpływać na każdą
instytucję, a nawet na każdy biznes, w odmienny sposób.
...
Od „siły roboczej” do „sił roboczych” ........ 121
Rządy i statystycy rządowi, wspierani przez
ekonomistów i menedżerów, nadal mówią o "sile roboczej". Ale
określenie to coraz bardziej myli. Coraz to więcej jest różnych "sił
roboczych", każda z odmiennymi oczekiwaniami, odmiennymi potrzebami,
odmiennymi cechami charakterystycznymi. Wydarzenia gospodarcze i społeczne,
takie jak depresja, oddziałują na nie w różny w różny całkiem sposób. Biorąc je więc za kategorię jednorodną, jak to zwykle czynią
polityka kadrowa i systemy świadczeń socjalnych, i jak nalegają na to wszystkie
związki zawodowe, można tylko spowodować kłopoty.
Mylące statystyki bezrobocia ........ 121
Wszystkie kraje rozwinięte wciąż trzymają się jednej
statystyki bezrobocia. Typowa jego statystyka, jak w Stanach Zjednoczonych,
była pomyślana jako liczba dorosłych mężczyzn będących głowami rodzin i
pozostających bez pracy. Ale grupa ta wszędzie na Zachodzie stanowi dziś
mniejszość siły roboczej w ujęciu łącznym. Statystyki więc,
którymi się posługujemy, zupełnie mylą i wszędzie błędnie się je interpretuje.
Większość Amerykanów czytających comiesięczne dane o „bezrobociu” automatycznie
przyjmuje, że dotyczą one doświadczonych, dorosłych mężczyzn, którzy mieli
pracę w pełnym wymiarze czasu i teraz aktywnie takiejże pracy poszukują.
Niemniej ludzie
przedstawiani w statystykach amerykańskich jako „bezrobotni” w
większości nie są dorosłymi mężczyznami, nigdy przedtem nie wykonywali pracy w
pełnym wymiarze godzin i nawet nie można liczyć na nich z taką ofertą, nie
mówiąc już o tym, że takiej pracy nie poszukują.
...
(...) W Stanach Zjednoczonych podczas recesji lat 1973-74 liczba i procent w
pełni zatrudnionych dorosłych mężczyzn – głów rodzin
spadały tylko przez cztery miesiące. Przez resztę tego okresu stale rosły. I przez ten okres stale utrzymywały się
powyżej „stopy pełnego zatrudnienia” wynoszącej 96 procent. Innymi słowy, w ciągu prawie
całego tego okresu domniemanego bezrobocia, gospodarka Stanów Zjednoczonych w
rzeczywistości doświadczyła poważnego niedoboru siły roboczej - o czym miał
okazję przekonać się natychmiast każdy, kto próbował zatrudnić mechanika albo
montera.
Uwagi. Niestety, małe
problemy z bezrobociem, to już przeszłość ,niemal na całym świecie. O Polsce, to aż „strach wspominać”!
„Kurczą” się też „państwa opiekuńcze”. Dokąd zmierza świat, ze swym postępem
technicznym, brutalną konkurencją i maksymalizacją zysków dla zwycięzców? Co z
pokonanymi?
Na marginesie. Sytuacja bezrobotnych (jak i sama statystyka bezrobocia), sporo
się różnią w poszczególnych krajach. Na pewno nie wszyscy zarejestrowani jako
bezrobotni, faktycznie poszukują pracy. Na pewno zdarzają się sytuacje, że „
tylu zarejestrowanych bezrobotnych”, a tu konkretny pracodawca nie może znaleźć
potrzebnych mu pracowników. Nie zmienia to jednak faktu, że narasta bezrobocie
„strukturalne”, a z brakiem pracy i perspektyw, stykają się już nie jacyś
nieudacznicy, ale normalni, często wysokowykwalifikowani
ludzie.
Co zawodzi w stosunkach społecznych, planowaniu i organizacji?
Anonimus
Potrzeba
zróżnicowania polityki kadrowej ........ 123
Ludzie biznesu, powtórzmy, nie mogą zmienić mylących
statystyk bezrobocia; mogą tylko nauczyć się odczytywać je we właściwy sposób.
Ale mogą zmienić w swych przedsiębiorstwach politykę kadrową, która staje się
czymś równie przestarzałym i sprowadzającym na manowce, jak statystyka
bezrobocia. W większości instytucji polityka kadrowa opiera się na założeniu
jednorodności siły roboczej...
...
(...) Skrajnym przykładem tego, jak postępować nie należy, są reguły niektórych
katolickich zakonów żeńskich. Zakony wymierają, ponieważ nie potrafią pozyskać
nowych członków. Większość z nich doświadczyła w latach sześćdziesiątych i
siedemdziesiątych znacznego wzrostu liczby powołań, ale procent odchodzących,
wcześniej minimalny, rósł jeszcze szybciej. Co prawda, wstąpić do zakonu
chciało niewiele młodych kobiet - te mają teraz aż za dużo innych możliwości wyboru. Ale coraz więcej głęboko religijnych katoliczek,
nauczycielek lub pielęgniarek, przekroczywszy pięćdziesiątkę, w obawie, że
pozostaną same i samotne, chce zostać zakonnicami. Tymczasem zakon aplikuje im
taki sam tryb nowicjatu, jak piętnastolatkom bez wykształcenia i doświadczenia
w pracy. I nie ma nic dziwnego w ich protestach: "Przez
dwadzieścia lat opiekowałam się dziećmi mojego brata. Prowadziłam w szkole
czwartą klasę albo nocną zmianę w szpitalu. Umiem szyć - szyłam przez dwadzieścia
lat wszystkie ubranka dla dzieci mego brata. Ale kiedy wstąpiłam do zakonu,
skierowano mnie do podstawowej klasy szycia i trzy godziny mi wykładano, jak
się gotuje wodę".
... i opcji do świadczeń socjalnych ....... 125
W rezultacie
stuletniego prania mózgów przez przywódców siły roboczej pracodawcy doszli do
tego, że uwierzyli w ujednolicone świadczenia socjalne. Wszyscy uskarżają się
na ich koszty. Dziś "dodatki" są prawie tak duże jak sama płaca
podstawowa. Niemniej spora część tych pieniędzy przynosi dość małe korzyści
temu, kto miał je otrzymać.
(...) Czego dziś pilnie potrzeba
, to takiej polityki świadczeń, która zaakceptuje niejednorodność siły roboczej
w okresie zmian demograficznych. „Korzyść” dla jednego pracownika
oznacza dla innego jedynie koszt. Ułamek płac czy pensji, jaki dany
pracodawca chce i może potrącić na świadczenia pracownicze, powinien być taki
sam dla każdego pracownika lub dla każdej kategorii zatrudnionych. Ale na co te
pieniądze pójdą, powinno zależeć od potrzeb, okoliczności, sytuacji rodzinnej i
cyklu życiowego poszczególnego pracownika. Polityka świadczeń winna przyjąć
kształt zbioru opcji, z którego poszczególny pracownik może wybrać łączny
zestaw, który za pozostające do dyspozycji pieniądze daje mu (lub jej) najwięcej.
Wybór świadczeń właściwych dla tej czy innej osoby najlepiej pozostawić jej
samej.
Ten pomysł będzie
przekleństwem dla przywódców związkowych...
będzie przekleństwem dla rządowych biurokratów... Sprzeciwią mu się i pracodawcy,
.którym się zdaje, że wygoda administracyjna...
Koniec obowiązkowego wieku emerytalnego
....... 127
We
wszystkich krajach rozwiniętych stanie się kwestią ekonomicznego przetrwania
problem, jak opóźnić przejście na emeryturę, co zrobić, by następowało ono w
sposób elastyczny, zależny od osobistych decyzji. Społeczeństwo i gospodarka po
prostu nie potrafią utrzymać tylu ludzi, ilu by inaczej musiały utrzymać. A
starsi ludzie będą coraz częściej opierać się wysyłaniu ich na emeryturę i będą
mieli dość siły, by swoją wolę wymusić.
W Stanach Zjednoczonych w 1935
roku na każdą osobę powyżej sześćdziesiątego piątego roku życia przypadało
jedenastu ludzi pracujących; dziś ten stosunek wynosi jeden do trzech. Z rokiem
1990 zbliży się do relacji jeden do dwóch.
Ludzie pracujący będą opierać się płaceniu na innych, którzy nie
pracują, choć są do
pracy fizycznie i umysłowo zdolni.
Dopóki nie
wydłużymy tak lub inaczej wieku produkcyjnego, będziemy również w gospodarkę
każdego kraju wbudowywali nacisk inflacyjny.
...
(...) Ale główną siłą, działającą w kierunku wydłużenia okresu życia
produkcyjnego, nie będzie gospodarka. Ludzie starsi, dostatecznie „młodzi”
fizycznie i umysłowo, będą potrzebowali jakiegoś zajęcia, by wyjść z domu i być
produktywnym.
...
Uwagi
Wszystko byłoby „pięknie”, gdyby nie zaczęło narastać bezrobocie, a maleć
wzrost gospodarczy (nawet gdyby
statystycznie wzrastał <<PKB>>, to wcale nie oznacza, że większości
jest lepiej lub nawet będzie kiedyś lepiej) . Coś się na
tym świecie solidnie pokręciło. Szkoda, że w tym przypadku, nie w kierunku
przewidywanym przez Autora.
Różnie są oceniane przyczyny: postęp
techniczno-organizacyjny rugujący ludzi, zachłanność elit, globalna
konkurencja, za dużo ludzi itp. Przypuszczam, że w stosunkowo niedalekiej przyszłości
ponownie będzie musiało dojść do wzmocnienia roli państwa, organizacji
międzynarodowych i planowania, bo inaczej żywioł
rynku, konkurencji, egoizmu i liczenia na opatrzność, „załatwi cały glob”. W dawnych wiekach podobne sprawy załatwiały wojny, epidemie,
migracje, kolonie itp. Teraz wypada chyba
ludzkości sięgnąć „po większy rozum”. Jak jednak praktycznie nakłonić,
„do rozumu dla ogółu”, tych, którym
dobrze, i wcale nie chcą zmian, a mają władzę lub decydujący wpływ na
władzę?
Anonimus
Potrzeba drugiej kariery zawodowej ......... 131
Skoro pracownik umysłowy nie ma
ochoty "odchodzić na emeryturę" w jakimkolwiek określonym wieku,
będzie po czterdziestce lub pięćdziesiątce poszukiwał drugiej kariery
zawodowej. Nie jest łatwo znaleźć nową pracę w wieku sześćdziesięciu pięciu
lat, jeśli ktoś nigdy przedtem nie zmienił posady. A każdy rodzaj pracy
umysłowej, jeśli się ją wykonuje zbyt długo, powoduje przesyt. W naszych
instytucjach pełno jest ludzi po czterdziestce, śmiertelnie znudzonych, bo za
długo robili to samo.
Najbardziej dokuczliwe są być
może fakultety wyższych uczelni, a to z tego prostego powodu, że jako
pracodawcy najbardziej pracownika ograniczają. Młody naukowiec, który zaczyna
wykłady o rewolucji francuskiej, kocha swój przedmiot; piętnaście lat później,
choć ma ledwie czterdzieści parę lat, jest nim znudzony. Jedyną książkę, jaką w
sobie nosił, napisał już dawno; teraz wije się w mękach nad dwiema recenzjami
książek rocznie. Jego wykłady powtarzają się; nawet jego dowcipy są stare,
chociaż młodzież nadal obowiązkowo się śmieje. Ale przepisy akademickie czynią
zupełnie niemożliwym, by mógł uczyć o innych okresach historycznych, nie mówiąc
już o całkowitym opuszczeniu wydziału historii.
Podobnie restrykcyjne są
szpitale: nie ma żadnej możliwości przeniesienia technika rentgenowskiego na
fizykoterapię lub technikę medyczną. Nawet biznes, choć to zdecydowanie
najbardziej elastyczne i mobilne środowisko, wciąż ma skłonność do utrzymywania
menedżera czy fachowca w jednej dziedzinie pracy i w tym samym otoczeniu, aż do
zupełnego znudzenia. On się wcale nie „wypalił”, ale trzeba go umieścić w innym
środowisku, by stanął wobec innych wyzwań, by znowu „poczuł grę”. Trzeba mu
drugiej kariery. Trzeba mu nowego środowiska, z nowymi kolegami i nowymi wyzwaniami.
(...)
Dwugłowy potwór ....... 133
Jak mówi
stare porzekadło, „nie da się z lekarzami prowadzić szpitala i nie da się go
prowadzić bez nich”. Podobnie każdy administrator
uniwersytetu zawsze powiadał, nawet jeśli tylko do
siebie: „Nie można prowadzić uniwersytetu razem z gremium profesorskim, ale,
niestety, bez niego też nie”. Odnosi to się do wszystkich nowoczesnych
organizacji, z przedsiębiorstwem włącznie. Wszystkie przedsiębiorstwa stają się
„dwugłowymi potworami”, zależnymi w swej wydajności od fachowców, a ci skłonni
są raczej poświęcać się swojej dyscyplinie zawodowej niż samej instytucji, ba
są w tym produktywniejsi, im bardziej są swojej dyscyplinie oddani, choć
równocześnie muszą pracować dla osiągnięcia celów całej instytucji. Pojawienie
się „dwugłowego potwora” wynika też z dynamiki demograficznej. Menedżerowie
muszą się nauczyć zarządzania w czasach burzliwych, których to mamy jeszcze
jeden przykład.
Specjaliści zawsze opierali
się próbom ich rozliczania. Z samej istoty być specjalistą oznacza – jak
argumentowali zawsze lekarz, prawnik, inżynier lub ksiądz –
że nie jest się rozliczanym przez laików i że podstawę akceptacji
specjalisty stanowią kwalifikacje, a nie wydajność. Tak też i było, ale dziś już tego nie da
się utrzymać. To się sprawdzało, jak długo specjaliści stanowili jedynie
skromne peryferie, bez których społeczeństwo mogło się doskonale obejść.
Jednakże w nowoczesnym społeczeństwie „specjaliści” – czyli
ludzie, którzy widzą siebie jako posiadaczy wyodrębnionej, zorganizowanej
wiedzy, odpowiedzialnych głównie wobec niej samej – stanowią samo jądro
społeczeństwa i jego zdolności do osiągnięć. Nie są już więcej ozdobą ani
luksusem. A ich żądanie, by mogli usprawiedliwiać się za pomocą dyplomu –
tradycyjne żądanie fachowca – nie ma już podstaw. Społeczeństwo musi domagać
się, by przemyśleli oni, z czego powinni się rozliczać i żeby brali
odpowiedzialność za swój wkład.
Standardowa odpowiedź mówi, że
wkład specjalisty nie jest „wymierny”. Ale produkt pracownika fizycznego też
nie był „wymierny”, i to jeszcze sto pięćdziesiąt lat temu – zanim Fryderyk W.
Taylor rozpoczął swe badania, dzięki którym można mierzyć pracę fizyczną.* (*Taylor Frederick Winslow, 1856-1915. Tayloryzm –
jeden z pierwszych systemów naukowej organizacji pracy, stworzony pod koniec
XIX w. przez Taylora. Przypuszczam, że początki
mierzenia pracy fizycznej sięgają już kilku tysięcy lat albo i wcześniej. Po
prostu jest to proces naturalny choć wcale nie musiał
być dokumentowany. Przyp. Anonimus). Będzie
rozsądnie przyjąć, że i pracę fachowca da się przynajmniej uczynić możliwą do oceny.
(...)
Zapotrzebowanie na miejsca pracy w krajach
rozwijających się ......... 136
Dynamika demograficzna zmienia priorytety i
ograniczenia polityki społecznej - i w krajach rozwijających się, i w krajach
rozwiniętych. Zmusi ona menedżerów by sięgnęli po przywództwo w procesie
zmieniania szeroko utartych wyobrażeń i priorytetów, tudzież w poszukiwaniu
nowych rozwiązań dla bezpieczeństwa pracy i dochodów, odrzucając zarówno
podejście Zachodu, z jego zasiłkami dla bezrobotnych i karnymi ograniczeniami w
zwalnianiu ludzi z pracy, jak i japońską koncepcję "dożywotniego zatrudnienia".
Dla świata rozwijającego się
głównym priorytetem będzie tworzenie miejsc pracy dla wielkiej masy młodych
ludzi. To będzie musiało uzyskać pierwszeństwo wobec dumy narodowej, wobec
tradycyjnych poglądów, sloganów, sentymentów i resentymentów. To kwestia
przetrwania – a najpierw trzeba przeżyć.
Człowiek interesów ze świata
rozwiniętego powinien raczej trzymać się z daleka od kraju rozwijającego się,
który tego priorytetu nie akceptuje. Byłoby to zbyt niebezpieczne, ponieważ
taki kraj prawie na pewno nie zdobędzie się ani na dokonania, ani na wydajność,
ani na rozwój.
(...)
Ale biedne kraje nie mogą sobie
pozwolić na utrzymanie wielkich mas, które nie produkują nawet wtedy, kiedy kręcą
kądzielą. Tylko
bardzo bogate kraje mogą utrzymać klientów opieki społecznej.
„Odpowiednią” technologią dla
każdego kraju rozwiniętego czy rozwijającego się nie jest to, co największe lub
najmniejsze. Nie chodzi również o to, jak uważano w latach pięćdziesiątych, co
wchłania najwięcej kapitału; to marnotrawstwo. I nie chodzi o to, co wchłania najwięcej
robocizny, ponieważ to również oznacza marnotrawstwo. „Odpowiednie” jest to, co
czyni dostępne zasoby najbardziej produktywnymi – i zarazem stwarza też najwięcej
miejsc pracy.
Zapotrzebowanie na miejsca pracy w
krajach rozwiniętych ....... 140
Powszechną rzeczywistością w krajach rozwiniętych
będzie raczej niedobór niż nadwyżka siły roboczej w tradycyjnych rodzajach
zatrudnienia, tak w produkcji, jak i w usługach. A jednak menedżerowie tych
krajów będą musieli pracować nad tworzeniem miejsc pracy i nad tym, jak
istniejącym miejscom pracy przydać znaczenia, poczucia wyzwania i
odpowiedzialności.
Kraje rozwinięte nie będą bowiem cierpieć na niedobór
ludzi wykształconych, a nawet młodych wykształconych ludzi. Zamiast tego będą
miały w ciągu kilku następnych lat do czynienia z ich nadwyżką...
...
(...) Menedżerowie podobnie jak politycy w krajach rozwiniętych będą musieli
nauczyć się, że zaspokajanie "zapotrzebowania na pracę" będzie w
coraz większym stopniu oznaczać tworzenie produktywnych miejsc pracy dla
pracowników umysłowych, czyli osób wykształconych.
...
(...) To zakłada, że we wszystkich krajach rozwiniętych będą prawdopodobnie
rosły w następnych dziesięcioleciach standardy i wymagania wobec nauczycieli.
...
Potrzeba planowania w kwestii nadwyżki siły roboczej .......
145
W stosunku
do pracownika dnia wczorajszego, pracownika fizycznego, nowe priorytety
polityki społecznej wymagają czegoś zasadniczo nowego: zorganizowanego
przewidywania, zorganizowanego przyspieszenia i zorganizowanego planowania w
kwestii nadwyżek siły roboczej.
W każdym z krajów rozwiniętych
musimy wyjść poza ubezpieczenie na wypadek bezrobocia, jak i poza dożywotnie
zatrudnienie. Nie wystarcza już ani jednio, ani drugie, i oba coraz gorzej
spełniają zadanie, które spełnić miały. Dziś trzeba, żeby menedżerowie
zaangażowali się w dożywotnie miejsca w gospodarce, zabezpieczając pracownika
przed konsekwencjami nadwyżek powodowanych czy to ekonomicznymi czy
technicznymi zmianami strukturalnymi, a równocześnie utrzymując (ba,
zwiększając) zdolność gospodarki do zmian strukturalnych, do adaptacji, do innowacji.
Kraje rozwinięte będą musiały
wykazać się zdolnością do szybkiego wprowadzania innowacji. Do zautomatyzowania
tych procesów przemysłowych, które mogą być zautomatyzowane-
jeśli wręcz mają zachować swój przemysł. I do kasowania pracochłonnych
stadiów produkcji i pracochłonnych branż. Będą musiały szybko rozwijać nowe, wiedzochłonne stadia produkcji i wiedzochłonne
branże. I będą musiały przestawić się stosunkowo szybko na nowe źródła energii.
Krótko mówiąc, będą musiały (jak widzieliśmy w części 2) wykazać się zdolnością
do inicjowania zmian strukturalnych. Dla zapewnienia rozkwitu i spoistości
społecznej sama zdolność przystosowania już nie wystarczy.
Nie da się wykręcić od tych
kłopotów tradycyjnymi sposobami, a zwłaszcza tradycyjnym protekcjonizmem.
...
(...) Zasadnicze znaczenie ma z pewnością nie gospodarczy, a psychologiczny
aspekt problemu. Opór wobec zmian technologicznych czy strukturalnych rodzi się
ze strachu: ze strachu przed nieznanym, przed zagubieniem, przed osamotnieniem,
przed zejściem na margines.
(...) Planowanie w kwestii nadwyżki siły roboczej musi być przedsięwzięciem
opartym na kooperacji. Muszą uczestniczyć w nim pracownicy - a wszędzie tam,
gdzie istnieje związek zawodowy, będzie on z pewnością nalegał na swój udział.
Ale inicjatywa musi wychodzić od menedżerów, ponieważ tylko zarząd danej firmy,
uniwersytetu czy szpitala potrafi przewidzieć przyszłe nadwyżki siły roboczej z
kilkuletnim wyprzedzeniem.
Planowanie w kwestii nadwyżek
siły roboczej jest rzeczą poważnej odpowiedzialności menedżerów, głównym
zadaniem przy zaburzeniach w zarządzaniu. A planowanie to trzeba również
wykorzystać jako istotną szansę dla skutecznego przywództwa w
przedsiębiorstwie, społeczności lokalnej i w społeczeństwie.
Rozdział
4
ZARZĄDZANIE
W BURZLIWYCH
ŚRODOWISKACH ......... 155
Zintegrowana
gospodarka światowa
Ponadnarodowy pieniądz światowy
Koniec suwerenności
Spękana struktura polityczna świata
Kraje prawie rozwinięte w gospodarce światowej
Społeczeństwo pracownicze
„Władza idzie za własnością”
Czy związki zawodowe mogą przetrwać?
Przedsiębiorstwo jako instytucja polityczna
Zarządzanie w środowisku politycznym
We
wszystkich trzech sferach środowiska swego działania - gospodarczej, społecznej
i politycznej - zarządzanie staje wobec nowych realiów, nowych wyzwań, nowych
niepewności. Gospodarczo świat się integruje i uzależnia wzajem jak nigdy
przedtem. Mamy teraz do czynienia z naprawdę gospodarką światową, a ta zmierza
ku pieniądzowi ponadnarodowemu, który staje się coraz bardziej niezależny od
jakiejkolwiek narodowej waluty - albo co najmniej od
niej "odłączony". Nie ma już "waluty kluczowej". Tradycyjna
koncepcja suwerenności gospodarczej, która jeszcze tak niedawno zdawała się
święcić ostateczny triumf w ekonomice keynesowskiej, szybko obraca się w
przedmiot kpin. Jednakże w tym samym czasie, gdy światowa gospodarka integruje
się coraz bardziej, struktura polityczna świata ulega postępującemu
rozdrobnieniu, a proces ten najwyraźniej nie dobiegł jeszcze końca. Im mniej
zaś rządy mają efektywnej władzy, tym mocniej podkreślają swoją kontrolę.
W sferze społecznej jedną z
prawdziwych innowacji tego stulecia jest społeczeństwo pracownicze. W każdym
kraju rozwiniętym biznes, a już zwłaszcza duży, prowadzi się na korzyść
zarabiających poprzez płace i i pensje, czyli
pracowników. Praktycznie wypłaca się w tym trybie cały produkt narodowy. W
Stanach Zjednoczonych, czołowym kraju świata "kapitalistycznego",
pracownicy poprzez swoje fundusze emerytalne stali się jedynymi już
"kapitalistami" (tj. ludźmi żyjącymi z kapitału - przyp. red.) i dominują
w kręgu właścicieli dużych biznesów w kraju. Stany Zjednoczone uspołeczniły
wielki biznes bez nacjonalizacji. Niemniej nie ma do tej pory mowy o żadnej
pracowniczej odpowiedzialności w proporcji do pracowniczej władzy, żadna też
instytucja społeczna nie wyraża realiów własności pracowniczej. A przy tym,
jeśli wczoraj "pracownicy" znaczyło "proletariusze", dziś
coraz częściej oznacza wysoko wykształconych fachowców z klasy średniej.
Oznacza raczej pracowników umysłowych niż pracowników fizycznych. Ale jak do
tej pory nie zrobiono nic, by uczynić pracownika odpowiedzialnym w proporcji do
jego własności i jego statusu. Prawomocność zarówno zarządzania, jak związków
zawodowych, zostaje zakwestionowana; okres przejściowy grozi jej poważnym ryzykiem.
Wreszcie, systemy polityczne
we wszystkich krajach rozwiniętych spluralizowały
się. Ich społeczeństwa stały się społeczeństwami instytucji. (...)
(Uwagi na marginesie.
Realia polskie. Dzwoni dozorca do dyrektora: "Panie dyrektorze, w
kubłach na śmieci grzebie jakiś prominent - czyt. «kapitalista» -, co mam robić?”
Anonimus).
Zintegrowana gospodarka światowa ......... 156
We wczesnych
latach siedemdziesiątych
Stany Zjednoczone pod rządami prezydenta Nixona porzuciły dolara
jako „walutę kluczową”. Opowiedziały się za płynnymi kursami walutowymi dla
dolara, a to oznaczało płynne kursy walutowe także dla wszystkich innych walut.
Od tego czasu niemal wszędzie w sposób otwarty i bezwstydny używano kursów
dewizowych walut krajowych jako narzędzia krajowej polityki, manipulując nimi
dla osiągnięcia krótkoterminowych gospodarczych i jeszcze bardziej
krótkoterminowych politycznych korzyści u siebie w domu. Pieniądz, zamiast być
miernikiem wartości, stal się w niemal wszystkich krajach rozwiniętych „jokerem” w grach
politycznych, społecznych i gospodarczych.
Od wczesnych lat siedemdziesiątych,
kiedy płynne kursy walutowe stały się nową ortodoksją, mamy do czynienia z
dwiema szkołami myślenia ekonomicznego. Większość ekonomistów, przynajmniej w
krajach anglojęzycznych, żywi przekonanie, że płynne kursy walutowe mają być
czymś, co pozostanie, że są czymś pożądanym i wręcz niezbędnym, i że jakakolwiek próba
powrotu do sztywnych kursów walutowych spowoduje natychmiastową katastrofę.
Mniejszość – o budzącym jednak
szacunek rozmiarze – jest pewna czegoś przeciwnego. Płynne kursy walut, jej
zdaniem, tylko zachęcają rządy do marnotrawstwa. Tworzą one tylko i eksportują
inflację. Mamią jedynie rządy mirażem rozwiązań gospodarczych, zgubnych już w
nieodległej nawet perspektywie, nie mówiąc już o dalszej. Przede wszystkim
zwalniają zaś rządy z resztek dyscypliny gospodarczej, zachęcając je w ten
sposób do nieodpowiedzialności, demagogii tudzież inflacji. Świat musi, zdaniem
tej mniejszości, wrócić do stałych kursów walutowych i to możliwie szybko.
Ponadnarodowy pieniądz światowy ......... 157
Oba poglądy wydają się nie do pogodzenia. A jednak
gospodarka światowa jest w połowie drogi do zinstytucjonalizowania obu.
…
Koniec suwerenności ......... 163
Nowoczesne
państwo narodowe zbudowano na twierdzeniu, że terytorium polityczne i
terytorium gospodarcze muszą pokrywać się ze sobą, a ich jedność wykuć ma
rządowa kontrola pieniądza – teza ta, sformułowana po raz pierwszy w XVI
stuleciu, była wtedy
wstrząsającą herezją. Słowem – kluczem dla tej nowej jednostki polityczno-gospodarczej była
„suwerenność”. Do późnych lat XVI wieku systemy gospodarcze i polityczne nie
miały ze sobą nic wspólnego. Pieniądz pozostawał w zasadzie poza polityczną
kontrolą, jeśli nie liczyć pokaźnych dochodów, jakie uzyskiwał władca z
zastrzeżonego dla siebie prawa bicia monety. Do wieku XVII handel był albo
ponadnarodowy, albo czysto lokalny. W Europie 1500 roku, zanim długotrwała
inflacja wieku szesnastego zniszczyła ówczesny system gospodarczy, dalekosiężny
handel prowadziły miasta handlowe, XVI-wieczny odpowiednik dzisiejszych
wielonarodowych korporacji, równie kontrowersyjny, równie krytykowany,
podobnymi obrzucany obelgami. Krajowa gospodarka organizowała się wokół
jakiegoś miasta z targiem, stanowiącego ośrodek samowystarczalnej gospodarki
rolnej, a ta, choć liczyła w pieniądzu, posługiwała się nim tylko w bardzo
ograniczonym obiegu. Handel
zaś dalekosiężny ze swymi wolnorynkowymi cenami i lokalna gospodarka miast
rynkowych ze sztywną reglamentacją cen rozwijały się w prawie zupelnej od siebie izolacji.
(…)
Spękana struktura polityczna świata .........
169
Podczas, gdy gospodarka świata rzeczywiście stała się
„gospodarką światową”, w strukturze politycznej świata notujemy coraz więcej
pęknięć i coraz więcej rozdrobnienia.
…
Kraje prawie rozwinięte w gospodarce światowej
......... 171
Dokładnie tak, jak w krajach rozwiniętych
przegrupowują się stosownie do dynamiki demograficznej (zobacz cz. 3) rynki
konsumenckie, również rynki i gospodarki w gospodarce światowej przegrupowując
się stosownie do dynamiki rozwoju.
…
Strategie biznesu dla gospodarki światowej
......... 179
Biznes w
krajach rozwiniętych będzie musiał nauczyć się żyć w dwóch światach równocześnie:
w gospodarce światowej, z jej ponadnarodowym pieniądzem, i w państwie
narodowym, w którym pieniądz coraz bardziej staje się sługą doraźnych celów
politycznych. Gospodarka światowa zapewni rosnącą integrację gospodarczą,
podczas gdy struktura gospodarcza świata, z państwami narodowymi, będzie
przechodzić pogłębiający się proces rozszczepiania, produkując coraz to
mniejsze jednostki suwerenności narodowej.
Z kariery pieniądza
ponadnarodowego w gospodarce światowej wynika, że biznes krajowy każdego państwa musi
dostosować swą rachunkowość do inflacji. Inaczej po prostu w ogóle nie będzie
niczego wiedział o swojej rzeczywistości gospodarczej. Konieczność prowadzenia
różnych ksiąg dla krajowej gospodarki w walucie narodowej i dla gospodarki międzynarodowej
w pieniądzu ponadnarodowym będzie wystarczającym utrudnieniem, nawet bez
inflacji. Duże korporacje wielonarodowe, które z konieczności prowadzą
księgowość w walucie każdego kraju, gdzie się zainstalowały, i które muszą
następnie uzgadniać te księgi i łączyć je w jeden całościowy zestaw liczb, nie
uważają tej gimnastyki ani za prostą ani za łatwą. Ale jeśli rachunkowości w
warunkach krajowych nie dostosuje się do inflacji, to uzgodnienie ze sobą ksiąg
dla różnych krajów i uzgodnienie potem rachunkowości krajowej z rachunkowością
ogólnoświatową staje się wręcz niemożliwe.
Biznesy, nawet całkiem małe,
będą musiały zaczynać swe analizy strategiczne i planowanie raczej od
gospodarki światowej, niż od własnej gospodarki krajowej. Po pierwsze, dostępne
dane na temat gospodarki światowej są nadal w miarę wiarygodne, podczas
gdy dane o gospodarce krajowej … ulegają coraz to dalej idącym
zniekształceniom.
…
Społeczeństwo pracownicze ......... 182
W sferze
społecznej świat menedżerów w krajach rozwiniętych stanie w ciągu następnych
kilku lat wobec swej największej szansy, ale i wobec największego zagrożenia.
Społeczeństwo w krajach rozwiniętych stało się społeczeństwem pracowniczym.
Menedżerowie zyskują tym samym szansę oparcia swej legitymacji władzy na nowej,
mocnej i trwałej podstawie. Ale stają też wobec groźby utraty zarówno tej
legitymacji, jak i swej autonomii. Związkom zawodowym grozi utrata ich funkcji,
choć gdyby menedżerowie zostawili próżnie w miejsce władzy, daliby związkom
ostatnią jeszcze szansę utrwalenia ich siły, jeśli nawet nie mogą służyć swemu
pierwotnemu społecznemu przeznaczeniu.
W
każdym kraju rozwiniętym pracownicy poprzez swe płace i pensje otrzymują
większą część – prawie całość – produktu narodowego. W każdym kraju rozwiniętym
od 85 do 90 procent produktu gospodarki wypłaca się w postaci płac i pensji. A
większa część reszty też w praktyce stanowi wynagrodzenie; rekompensata dla
pracujących na własny rachunek, czy to specjalistów (takich jak lekarze) czy
właścicieli sklepów, nie jest „zyskiem”, ani tym bardziej „dochodem z
kapitału”; jest wynagrodzeniem za świadczoną usługę pracy. Nawet ogromna część deklarowanych „zysków” amerykańskiego
biznesu to w rzeczywistości również dochód pracowniczy, czyli płace odłożone.
Używa się ich przede wszystkim do tworzenia pracowniczych funduszów emerytalnych albo
wypłaca się je w postaci dywidend od posiadanych przez nie papierów
wartościowych; a obie te pozycje razem wynoszą w biznesie amerykańskim około
dwóch trzecich zysków po opodatkowaniu. I bardzo niewiele w rzeczywistości
pozostaje na to, by pokryć koszty kapitału i tworzyć kapitał na przyszłość.
Według
starej marksowskiej definicji „wyzyskiwacz” to ktoś, kto uzyskuje dochód bez pracy
własnej, kosztem „mas pracujących”. W
krajach rozwiniętych jedynymi grupami, do których ta definicja pasuje , są ludzie „niepełnosprawni”, niepracujący i
oficjalni „ubodzy”, utrzymywani na koszt pracujących. W Stanach Zjednoczonych - gdzie
„płatności transferowe” mogą być nadal nieco niższe niż w zachodniej Europie –
rodzina „w niekorzystnym położeniu” otrzymuje obecnie większy dochód z tytułu
tych świadczeń niż przeciętna pracująca rodzina robotnicza zarabia dzięki swojej pracy. Płatności z
tytułu programów opieki społecznej i ubezpieczeń społecznych nie są
opodatkowane, a pokaźne bezgotówkowe dochody , wypłacane
w postaci kuponów żywnościowych, subsydiów czynszowych albo opieki zdrowotnej,
nie są w urzędowych statystykach zaliczane do „dochodu”. W rezultacie odbiorcy
płatności transferowych w rzeczywistości otrzymują równowartość od 10.000 do 11.000 dolarów rocznie przed
opodatkowaniem na jedno gospodarstwo domowe, co stanowi więcej, niż zarabia
przeciętne robotnicze gospodarstwo domowe (chyba, że ma dwóch żywicieli).
Według tradycyjnej marksowskiej terminologii można by odbiorców płatności transferowych słusznie
nazwać „wyzyskiwaczami”; ale nie wyobrażam sobie, by ktoś nazwał ich
„kapitalistami”.
O ile „kapitalista” jest właścicielem
środków produkcji – znów standardowa marksowska definicja – to jedynymi
„kapitalistami” są
pracownicy danego kraju. W ten czy w inny sposób gospodarkę każdego rozwiniętego
kraju i interesy w jej obrębie prowadzi się na ich korzyść. Jak do tej pory,
tylko w Stanach Zjednoczonych pracownicy są rzeczywiście właścicielami, lub
przynajmniej, w terminologii prawniczej, „właścicielami pożytków z majątku”. Za pośrednictwem swych funduszów emerytalnych
pracownicy amerykańskiego biznesu są właścicielami prawie jednej
trzeciej kapitału akcyjnego firm, których akcje są w obrocie giełdowym, czyli
wszystkich dużych firm Ameryki. Inne fundusze… Tym sposobem pracownicy poprzez swe
fundusze emerytalne są właścicielami , mniej więcej, od jednej trzeciej do
dwóch piątych kapitału akcyjnego
amerykańskiego przemysłu. Te pracownicze fundusze
emerytalne są jedynymi wielkimi właścicielami, jedynie one pasują do
tradycyjnej definicji „kapitalisty”.
(Uwagi…)
Gdzie indziej te same realia
są zinstytucjonalizowane odmiennie. Najbardziej pouczający jest być może
przykład Japonii.
„Dożywotnie zatrudnienie”… („przeminęło z wiatrem”…. Przyp. Z.U.).
…
W europejskich
krajach rozwiniętych sytuacja jest bardziej skomplikowana.
(…)
W społeczeństwie pracowniczym tylko
pracownicy mogą być naprawdę „kapitalistami” czy „właścicielami dużego
biznesu”. Oczywiście, w pojedynkę pracownicy z reguły nie są bogaci; w
najlepszym przypadku żyją dostatnio. Wszelako razem stanowią jedyne dostępne
źródło koniecznych w gospodarce olbrzymich sum kapitału. Nowoczesna gospodarka
uczyniła „kapitalistę niemodnym przez swój własny postęp jako gospodarki kapitalistycznej”. W wyniku tego postępu trzeba do inwestowania aż tak dużego
kapitału, że stało się praktycznie niemożliwe, by którykolwiek lub grupa ludzi
bogatych mogli go dostarczyć.
…
(Uwagi…)
Zatrudniona klasa średnia
......... 187
Pracownik, który w krajach
rozwiniętych stał się w ten sposób jedynym autentycznym „kapitalistą”,
wygląda bardzo odmiennie od
Marksowskiego „proletariusza”
czy też od „uciemiężonego robotnika” z retoryki związków zawodowych.
Może nadal być „niebieskim kołnierzykiem”, pracownikiem fizycznym. Ale gospodarczo jest on „klasą
średnią”, z charakterystycznym dla klasy średniej wysokim bezpieczeństwem
dochodu. W krajach rozwiniętych pracownik fizyczny w
przemyśle wytwórczym, górnictwie, budownictwie – czyli
w typowych zajęciach XIX-wiecznego „proletariusza” – może teraz przez długie
okresy bezrobocia spodziewać się pełnego właściwie dochodu, a często
nawet więcej dzięki zwolnieniu od podatku.
…
(Uwagi…)
Władza idzie za własnością ......... 191
Prawie trzysta lat temu, w roku 1700, jeden z ojców
nowoczesnej myśli politycznej, Anglik James Harrington,
wytłumaczył w swojej pracy „Oceania”, że „Wspaniała Rewolucja” angielska w 1688
roku była nieuchronna, ponieważ potęga ekonomiczna, która przeszła w ręce
ziemiaństwa, nie pokrywała się już z władzą polityczną pozostającą w rękach
króla i wielkich nobilów. „Władza” – powiedział Harrington,
parafrazując Arystotelesa – idzie za własnością”. Władza polityczna musi być w
zgodzie z siłą ekonomiczną, i vice versa.
… A odpowiedzialność idzie za wiedzą
Równie stary
aksjomat, pochodzący co najmniej z czasów Arystotelesa, dodaje, że
„odpowiedzialność idzie za wiedzą”. Ale nie wystarczy stwierdzić, że na wiedzy
ciąży odpowiedzialność wysokiego stopnia. Wiedzę trzeba odpowiedzialnością
obciążyć, inaczej bowiem staje się nieodpowiedzialna i
arogancka. Staje się „nową klasą” Irvinga Kristola – arogancką, choć rozgoryczoną, chciwą, choć „wyalienowaną”.
W dzisiejszych krajach rozwiniętych
narusza się obie te zasady. Pracownicy są właścicielami; są „kapitalistami”.
Jednakże ani tego nie wiedzą, ani nie są włączeni w sprawowanie władzy, ani też
nie obciąża ich
odpowiedzialność z tytułu własności. (...)
(...)
(Uwagi…)
Czy związki zawodowe mogą przetrwać? ......... 201
Także i w związkach zawodowych pojawienie się
społeczeństwa pracowniczego stwarza nowy ośrodek zawirowań. Skoro nasze
społeczeństwo jest społeczeństwem pracowniczym, w którym biznesy egzystują głównie ze względu na korzyści pracowników,
a pracownicy są jedynymi „kapitalistami”,
jedynymi prawdziwymi „właścicielami” , to staje pod znakiem
zapytania samo przetrwanie związków zawodowych.
…
Uwagi – chyba
niezupełnie tak było, nawet w „tamtych czasach”, i raczej niezupełnie tak jest
obecnie.
Anonimus
Przedsiębiorstwa
jako instytucja polityczna ......... 206
Nowoczesne
państwo, jakie wyłoniło się z inflacji i wojen religijnych XVI stulecia,
opierało się na przesłance istnienia społeczeństwa tylko w jednej instytucji
politycznej, a mianowicie – centralnego rządu. Nie ma żadnych innych poza nim
legitymizowanych instytucji. Nowoczesna doktryna polityczna twierdziła
stanowczo, że nie ma poza nim żadnych legitymizowanych ośrodków władzy ani
wewnątrz, ani na zewnątrz państwa. Nowoczesne państwo zaczęło od odebrania
politycznych funkcji istniejącym instytucjom. Arystokraci stali się
posiadaczami ziemskimi, raczej bogatymi członkami wspólnoty niż lokalnymi
władcami. Kościoły stały się jednostkami administracyjnymi rejestrującymi
urodzenia, małżeństwa i zgony. Wolne miasta straciły swą samorządność i stały
się jednostkami struktury administracyjnej. (...)
Społeczeństwo instytucji
......... 207
Nasze podręczniki
wciąż nieszczerze chwalą polityczną i społeczną teorię „nowoczesnego państwa”.
Ale w tym stuleciu realia zmieniły się drastycznie. W tym stuleciu, a
szczególnie w ciągu trzydziestu lat od końca II wojny światowej, społeczeństwo
stało się społeczeństwem instytucji. Sto pięćdziesiąt lat temu każde zadanie
społeczne spełniano w rodzinie lub spełniała je rodzina, albo też nie
dopełniano go wcale. Opieka nad chorymi i nad starcami, wychowanie dzieci i
dystrybucja dochodu, nawet starania o pracę – wszystko to, jeśli już w ogóle
ktoś to robił, robiła rodzina. Każde z tych zadań rodzina spełniała kiepsko. Tak więc przejście do
wydajności instytucji niosło bardzo wielkie jej postępy. Ale też oznaczało to,
że społeczeństwo staje się pluralistyczne. Dziś każde zadanie realizuje się w
instytucji i przez instytucję, zorganizowaną na wieczne czasy, a zależną od przywództwa kierowniczego
realizowanego w jakiejś formalnej strukturze przez menedżerów.
Każdą z instytucji nowoczesnego
społeczeństwa stworzono dla jakiegoś określonego celu. Od każdej z tych
instytucji oczekiwano świadczenia usług najwyższej jakości, a zarazem
koncentracji na jednym rodzaju usług. Innymi słowy, oczekiwano, że inne kwestie
społeczne instytucja będzie traktowała jako ograniczenia.
Wraz z pojawieniem się
społeczeństwa instytucji wszystko to się zmieniło. Rząd centralny, im bardziej
się rozrastał, tym bardziej tracił na sile. Instytucje o wyspecjalizowanych
celach stawały się stopniowo nośnikami celów społecznych, społecznych wartości,
społecznej efektywności. Dlatego też wkroczyła w nie polityka.
Siła niewielkiej mniejszości .........
214
Taki proces nabiera podwójnego znaczenia w
społeczeństwie pluralistycznym, w którym małe, mające na oku jeden tylko cel,
często wręcz paranoidalne grupy dochodzą potęgi zgoła niewspółmiernej ze swym
rzeczywistym rozmiarem.
Teoria nowoczesnego państwa
zakłada, że będzie w nim jakaś „większość” i jakaś „mniejszość”, a z gry między
nimi wyłoni się
jakaś ogólnonarodowa „wola ogółu”.
Przyjmowała też, że obie, zarówno większość, jak mniejszość, będą
zajmowały się całym spektrum możliwych decyzji społecznych i politycznych.
Wszystko, co poza tym, uważano za „warcholstwo”, zło i niegodziwość. Nowoczesna
partia polityczna wyrosła jako środek integrowania „wichrzycieli” wokół dobra i
woli ogółu, obracając „wichrzycielstwo” w „programy”. Odkąd Edmund Burke w Anglii po raz pierwszy przeciwstawił integrującą
siłę partii warcholskiemu ekstremizmowi Rewolucji Francuskiej, koncepcja partii
integrującej stała się ośrodkiem nowoczesnej teorii politycznej i nowoczesnej
praktyce politycznej.
Powrotna zmiana, od partii
integrującej do konfrontacyjnego wichrzycielstwa, zaczęła się w początkach
naszego stulecia. Jako jeden z czynników tej zmiany wystąpiły związki zawodowe,
które naciągnęły koncepcję „woli ogółu” i „dobra ogółu” do swojej własnej
koncepcji, aż przesadnie ograniczonej do jednego tylko celu. Ale związki
zawodowe wciąż jeszcze system przyswajał. W Europie wsysały go ideologiczne struktury partii
„socjalistycznych”, „komunistycznych” lub „partii pracy”, które zajmowały
jakieś stanowisko w każdej sprawie porządku dziennego i próbowały – przez czas
długi z niemałym sukcesem – objąć poszczególne parafialne interesy związkowe
jakimś szerokim consensusem ideowym. W Stanach Zjednoczonych związki zawodowe
na ogół unikały ideologicznego zabarwienia, zawężały natomiast swe
zainteresowania do ograniczonych celów ekonomicznych, dających się doskonale
pogodzić z szerokim consensusem w kwestiach społecznych, politycznych i
kulturalnych. W istocie, poza wąską sferą swych celów ekonomicznych,
amerykańskie związki zawodowe były wybitnie konserwatywną siłą, przywiązaną do
tradycyjnych wartości, czy to do rodziny lub kościoła, czy do amerykańskiej
polityki zagranicznej lub amerykańskiego systemu konstytucyjnego.
Ale wyrosły nowe i odmienne
siły, by rzucić wyzwanie koncepcji tradycyjnej. Być może najwcześniejszą z nich
była skromna jak na Stany Zjednoczone mniejszość – licząca nie więcej, niż 5
procent wyborców – która narzuciła większości prohibicję, niezdolna zupełnie do
zwrócenia uwagi na cokolwiek innego i wszystkiego innego poza tym nieświadoma. (...)
Wkrótce potem w Indiach Gandhi wykazał, że podobnie skromna mniejszość może biernym
oporem i sabotażem sparaliżować najpotężniejszą władzę. Co prawda, gdyby Brytyjczycy lat
dwudziestych wierzyli nadal w swoją imperialną misję i mieli nadal wolę
narzucania swojej woli dość niewielkiej oponującej mniejszości – w razie
potrzeby siłą – szybko zmiażdżyliby ruch Gandhiego. Ale kiedy tego spróbowali, ich próba zduszenia nikłej mniejszości
przekształciła się naraz w „masakrę w Amritsarze”, bo
kompletnie zamroczony alkoholem generał brytyjski próbował zrobić to, co wtedy
jeszcze uważano za właściwą rzecz do zrobienia, czyli rozproszyć tłum siłą. I
to nie reakcja Indii na Amritsar dała Gandhiemu sukces. Dała go reakcja w Wielkiej Brytanii.
Te dwa wydarzenia oznaczały zdecydowaną zmianę w
dynamice politycznej. Ukazały bezsilność
partii politycznych – grup, które starają się włączać indywidualne interesy w
jakąś większościową koalicję
– wobec niewielkich mniejszości krzyżowców jednej idei, którzy
twierdzą z najgłębszym przekonaniem, że liczy się jeden i tylko jeden przedmiot
negacji, i że los świata, a przynajmniej społeczeństwa, zawisa od spełnienia
jednego jedynego celu, od tego, że się nie je mięsa, nie pije alkoholu, nie
zanieczyszcza środowiska, nie ryzykuje wypadków czy też raka, i to za wszelką
cenę. Tam, gdzie partie próbują, z definicji, stworzyć consensus dla możliwości
działania, wichrzyciele starają się zablokować działania poprzez konfrontację.
Tworzą tysiącosobowy tłum gandystów w Amritsarze na
subkontynencie zaludnionym przez kilkaset milionów. Wykonują swą władzę nie
dzięki poparciu, jakie mogą uzyskać, lecz poprzez działania, które mogą
zablokować. Ich władza nie wynika ze zgody, lecz ze sprzeciwu.
Partie znów coraz mniej
mobilizują do działania. Moc osiągania rezultatów przesunęła się do bardzo
małych grup, które nie mają w ogóle żadnego programu pozytywnego, a tylko
negatywny, mają bowiem tylko jakiegoś wroga. Często
się dostrzega, że w związkach zawodowych Anglii dominują „radykałowie”,
„bojownicy” lub „lewicowcy”, choć reprezentują oni tylko 2 do 3 procent
członków. Wyjaśnia tę przewagę letarg ogromnej większości umiarkowanych, którzy
nie przychodzą na zebrania, nie głosują i niczym się za bardzo nie przejmują.
Ale mniejszość dysponuje w rzeczywistości swą blokującą siłą dzięki temu
właśnie, że przejmuje się tylko jedną sprawą i że z zasady nie obchodzą jej
konsekwencje jej działań. Liczy się tylko negacja.
Każde indywiduum lub grupa,
która wierzy w jedną najwyższą wartość, inną niż nadprzyrodzona prawda
objawiona, jest paranoidalna z definicji. Pozostali z nas są zdrowi na umyśle, wiedzą bowiem właśnie, że świat jest złożony i że nie ma
żadnej wartości ostatecznej z wyjątkiem jednej może, która nie jest z tego
świata. A w polityce nowoczesnej, paranoidalnej czy też nie, coraz mniej
obserwujemy budowania zgody, a coraz więcej konfrontacji i zachowań wrogich.
Próby poszukiwania wspólnego mianownika utożsamiania się z hasłami skrajnymi i
obchodzącymi jak najmniej klientów.
Małą grupę z jej
jednokierunkowym poświeceniem dla jednego absolutu można zwać „paranoidalną”
także w innym jeszcze znaczeniu tego słowa. Odmawia ona przyznania, że mogłaby nie
mieć racji lub
że być może sięga dla spełnienia swego celu do niewłaściwych metod. Jeśli
rezultaty nie zgadzają się z jej oczekiwaniami, to tylko jeszcze jeden dowód potęgi szatana. Nigdy
nie weźmie ona porażki za wskazówkę, że mogła się mylić, nie mówiąc już o tym,
że być może jej wysiłki zostały źle skierowane.
(Uwagi…)
Zarządzanie w środowisku politycznym ......... 218
Z tego wypierania konsensusu przez
konfrontację, a poszukiwania wspólnego mianownika przez jedno-zadaniowy
fanatyzm, wynika, że tradycyjne metody, jakimi operowali menedżerowie na arenie
politycznej, sprawdzać się już nie będą. Menedżerom zawsze zalecano, by starali
się rozumieć potrzeby polityka i współpracowali z nim. Rada zawsze brzmiała tak
samo: trzymaj się blisko polityka, czy to w parlamencie, czy to w administracji
państwowej, staraj się go poznać i daj mu poznać siebie, przewiduj jego
potrzeby i pracuj z nim.
(...)
Ale na nową sytuację to już
nie wystarczy. Nie można ułagodzić paranoika: każda taka próba utwierdza go w
podejrzeniach. Można mu tylko odebrać przywództwo. Menedżer dzisiejszy nie może
ograniczyć się tylko do reagowania, musi działać. Nie może dłużej czekać; musi przejąć
inicjatywę i zostać działaczem.
Menedżer jako aktywista polityczny
......... 218
Nowy menedżer, czy
to w jakimś biznesie, w szpitalu czy uniwersytecie, osiągnie skuteczność tylko
wtedy, gdy przestanie widzieć siebie – i być widzianym – w roli przedstawiciela
jakiegoś „specjalnego interesu”. Na arenie politycznej, zatłoczonej przez
„krzyżowców” różnych „świętych spraw”, musi stanąć jako reprezentant wspólnego dobra, jako rzecznik „woli
ogółu”. Nie można już dłużej polegać na tym, że proces polityczny będzie siłą
integrującą; musi sam stać się czynnikiem integrującym.
W Stanach Zjednoczonych grupa
złożona z dyrektorów naczelnych wielkich spółek, Okrągły Stół Biznesu, odgrywa
rolę autorów polityki, którzy analizują problemy ekonomiczne i społeczne, by
formułować dla nich rozwiązania, zanim staną się przedmiotem politycznych
kontrowersji. Starała się siedzieć cicho, unikała rozgłosu, trzymała się zdala od pełnego światła – i szło jej wcale dobrze. Podobne
działania właściwe aktywistom politycznym podjął w Zjednoczonym Królestwie Brytyjski
Instytut Zarządzania. Opowiedział się za tezą, że krąg ludzi zarządzania jest
prawomocnym rzecznikiem dobra powszechnego tudzież interesów ekonomicznych
społeczeństwa. A w Japonii dawno uformowane, potężne stowarzyszenia szefów
najwyższego szczebla podobnie przechodzą od zgłaszania swego „nie” wobec
propozycji politycznych, które uznają za szkodliwe, do tworzenia strategii,
które uważają za konstruktywne i zgodne z interesem narodowym (doświadczenie
japońskie w poszukiwaniu przez biznes konstruktywnych rozwiązań razem z
naukowcami i przedstawicielami administracji państwowej, Keidanren,
ma nawet dłuższą tradycję, niż można by wnioskować ze słów Autora – przyp. red.).
Świat zarządzania musi dla
swej efektywności zbudować jakąś klientelę, która go zaakceptuje w roli reprezentanta
interesów producentów i roli rzecznika woli ogółu. To zakłada takie strategie,
jak dyskutowane w poprzednich rozdziałach antycypowanie i zabezpieczenie na
wypadek nadwyżek siły roboczej. To zakłada, że świat zarządzania weźmie na się
odpowiedzialność za włączenie własności pracowniczej w rządy nad korporacją, a
kompetencji pracowników – w sferę odpowiedzialności obywatelskiej. To zakłada,
że świat zarządzania
przestanie mówić o „zysku” i zaakceptuje swoją odpowiedzialność
za zarobienie na koszty przyszłości społeczeństwa, na koszty utrzymania się w
interesach. I to zakłada,
że świat zarządzania zaakceptuje również odpowiedzialność za
podjęcie roli reprezentanta dobra
powszechnego, nie kontynuując dalej roli reprezentanta jednego interesu, interesu
„biznesu”, ponieważ w tej roli może tylko przegrać. (...)
Dopóki menedżerowie nie zaakceptują
odpowiedzialności za objęcie przywództwa w sprawach wspólnych interesów, będą w
pluralistycznym środowisku politycznym coraz bardziej tracili na siłach i będą
nadal przegrywali w polityce konfrontacji.
Wymagania ze strony nowego
środowiska politycznego mogą brzmieć coś „tylko dla wielkich”. Ale
upolitycznienie wielkich
instytucji wymaga przywództwa i aktywności od zarządzających
wszystkimi kategoriami biznesu, włącznie z tymi średniej wielkości, a nawet
biznesem małym. O ile wielka firma, której naczelny zasiadać może przy Okrągłym
Stole Biznesu, ma do czynienia ze sprawami ogólnokrajowymi i międzynarodowymi,
to firma średniej wielkości czy mała może znaleźć sobie miejsce w sprawach
lokalnych lub stanowych.
Bez względu na swą skalę
biznes operuje i żyje w społeczeństwie, w którym odpowiedzialność za spełnianie
głównych potrzeb społeczności lokalnej spada na instytucje, zaprojektowane
pierwotnie dla wydajności w sferze jednego tylko zadania. I wszystko jedno, jak
duży jest biznes – lub szpital czy uniwersytet – zarządzanie będzie musiało
zaakceptować fakt, że społeczeństwo przygląda się swoim instytucjom z myślą o
osiąganiu celów nie mających związku z własnymi celami
instytucji, celów takich jak, przykładowo, preferencyjne zatrudnienie dla
„mniejszości” w kręgu profesorskim uczelni niezależnie od czyjegoś poziomu
naukowego i zdolności dydaktycznych. Menedżerowie będą musieli działać w
środowisku politycznym, w którym większości, reprezentujące consensus i zdolne
do działania, zatracają dynamizm na rzecz małych, zorientowanych na jeden cel
mniejszości, zdolnych tylko negować. Menedżerowie coraz częściej będą odkrywać,
że w czasach burzliwych muszą być przywódcami i występować w pluralistycznym
społeczeństwie jako czynnik integracyjny, uzupełniając tymi rolami zarządzanie
własnymi instytucjami.
(Uwagi…)
Wnioski:
WYZWANIE
WOBEC ŚWIATA
Zarządzania ......... 225
Rzadko, jeśli w ogóle, nowa podstawowa
instytucja, nowa czołowa grupa społeczna, nowa funkcja o centralnym znaczeniu,
wyłoniła się z niebytu tak szybko, jak, poczynając od przełomu wieków,
zarządzanie. Rzadko w historii ludzkości jakaś nowa instytucja tak szybko
udowodniła swą niezbędność. A jeszcze rzadziej towarzyszyło takim narodzinom
równie mało opozycji, tak niewiele zakłóceń, tak mało kontrowersji.
Od chwili, kiedy pisałem te słowa, nie minęło jeszcze dziesięć lat.*)
*)
W pierwszym rozdziale "Management: Tasks, Responsibilities, Practices", wyd. 1974.
Pierwsze dwa zdania są nadal w
porządku. Nigdy przedtem żadna przywódcza grupa społeczna, żadna nowa
instytucja społeczna nie wyłoniła się z niebytu tak błyskawicznie jak
zarządzanie, w roku 1900 wręcz właściwie nieznane, a dziś wszechświatowe i
wszechobecne. I rzadko się takiej grupie zdarzyło, jeśli w ogóle, tak szybko
udowodnić swą niezbędność. Ale nie można już twierdzić, że zarządzanie styka
się z niedużą opozycją, wywołuje mało zakłóceń i mało kontrowersji. Przeciwnie,
zarządzanie doznaje szalonych ataków. Znajduje się w samym centrum zawirowań.
Stało się wysoce kontrowersyjne.
Nie ma większych powodów, by
martwić się o jego przetrwanie. Jeśli tylko ludzkość nie wysadzi się sama w
powietrze w jakiejś ogólnoświatowej katastrofie, instytucje powołane do życia
przez wydarzenia ostatnich lat będą działały dalej: nie stracą, a nawet raczej
nabiorą ważności.
Forma jednak, którą przybierze
zarządzanie, może być jutro całkiem odmienna od dzisiejszej. Ograniczenia,
kontrole, struktura, władza i retoryka i zarządzania mogą się zmienić wręcz
drastycznie. Pod wieloma względami czas teraźniejszy, następne dziesięć lub
dwadzieścia lat, będzie "okresem dojrzewania" w dziejach zarządzania,
który zadecyduje, jak będzie wyglądało dojrzałe zarządzanie, jaką osobowość
przyjdzie mu reprezentować i jak wiele z jego obietnic da się obrócić w solidne
dokonania epoki dojrzałości.
Wyzwania czasów burzliwych, z
którymi stykają się wszystkie instytucje, biznes i równie dobrze instytucje
służb publicznych, dotyczą wszystkich szczebli zarządzania i wszystkich grup w
jego strukturze. Średni dozór z pierwszej linii może stanąć wobec najbardziej
wyprowadzających z równowagi wyzwań, do których jest najmniej przygotowany. W organizacji
opartej na wiedzy „średni dozór” musi stać się tym, kto pomaga, odwodem
intelektualnym, nauczycielem. A nowe elementy świata siły roboczej, czy to
kobiety pracujące w niepełnym wymiarze godzin czy emeryci, wymagają innego
przywództwa, niż to, do którego szkoli się tradycyjnie ludzi ze średniego
dozoru. Ci ludzie są najsłabiej przystosowani do drastycznych przesunięć w
poziomie wykształcenia i w oczekiwaniach sił roboczych jutra – i muszą nauczyć
się wielu rzeczy, by stanąć na wysokości jutrzejszych zadań.
Ale średni pułap zarządzania
również staje wobec wyzwań. Samo określenie „średni szczebel” traci sens w
kontekście tego, co nazwałem „dwugłowym potworem”. Wraz z podziałem produkcji
ludzie uważani teraz za „średni szczebel” i „kierowników działów
funkcjonalnych”, będą musieli nauczyć się, jak pracować z ludźmi, nad którymi
nie mają bezpośredniej kontroli, jak pracować w skali ponadnarodowej, i jak
tworzyć, utrzymywać i kierować systemami, systemami których żaden nie mieści
się w sferze tradycyjnych zadań średniego szczebla zarządzania. Będzie wręcz
bardzo trudno odróżnić w organizacji jutra „kierownika średniego szczebla” od
„starszego specjalisty”, zaś obu ich od ludzi wykonujących, choć może w wąskiej
sferze działania, prace najwyższego kierownictwa.
Najostrzejsze z nadchodzących
wyzwań i największe zmiany będą dotyczyły z pewnością kierownictwa najwyższego
szczebla. Z łatwością można wykazać, że zasadnicze zmiany w układzie społecznym
i politycznym, takie jak przejęcie władzy przez partię totalitarną czy
całkowite przejęcie gospodarki przez państwo, miałyby bardzo niewielki wpływ na
pozycje w pierwszej linii zarządzania, na średni dozór lub menedżera średniego
szczebla. Musieliby oni może wypełniać więcej formularzy, ale to mniej więcej
wszystko, co by się w ich sytuacji zmieniło. Natomiast kierownictwo najwyższego
szczebla zmieniłoby się drastycznie, i to nie tylko ludzie zajmujący najwyższe stanowiska , ale funkcje, stosunki i rozkład
odpowiedzialności. A jednak nawet w tej sytuacji kierownictwo najwyższego
szczebla będzie nadal potrzebne, oczywiście pod warunkiem, że społeczeństwo
będzie chciało, by jego instytucje funkcjonowały.
To kierownictwo najwyższego
szczebla staje wobec wyzwania, które dotyczy ustalania kierunków rozwoju dla przedsiębiorstwa
i zarządzania w sferze problemów o podstawowym znaczeniu. To ono będzie musiało
przebudować swą strukturę, by sprostać wyzwaniom „morza zmian”, zmian w
strukturze ludności i dynamice demograficznej – czy będzie to pojawienie się
ponadnarodowej konfederacji czy będą to zmiany w składzie siły roboczej i jej
stosunku do przedsiębiorstwa. I to przede wszystkim ono będzie musiało zająć
się zaburzeniami w swym środowisku, pojawieniem się gospodarki ogólnoświatowej
i społeczeństwa
pracowniczego, zapotrzebowaniom na przedsiębiorstwa – w trosce o
ukierunkowanie procesu politycznego, koncepcji politycznych i rozwiązań
społecznych.
We wszystkich krajach rozwiniętych
kierownictwa najwyższego szczebla przechodzą gwałtowne zmiany. W Stanach
Zjednoczonych ludzie najwyższego szczebla w wielkich przedsiębiorstwach…
spędzają do 80 procent
swego czasu na kontaktach zewnętrznych, a zwłaszcza na kontaktach z wszelkiego
rodzaju agendami państwowymi i
wszelkiego rodzaju „publicznościami”. Co dotyczy w
coraz większym stopniu również małego biznesu tudzież instytucji służb
publicznych poza światem interesów.
Ponad dwadzieścia pięć lat temu
w „Praktyce zarządzania” opowiadałem się zdecydowanie za rozwijaniem
niezależności rady nadzorczej przy jasnych jej obowiązkach i jakimś własnym
programie pracy. Teraz to w końcu stało się faktem. Rada nadzorcza będzie znowu organem,
który za coś naprawdę odpowiada, i będzie funkcjonowała jako część układu
rządów nad instytucją. Ale kierownictwu najwyższego szczebla narzuca to i nowe,
dodatkowe obciążenia.
Prosiłoby się aż, by wobec tych
wymagań przyjąć w
rozwijaniu kierownictwa najwyższego szczebla
wzór modelu japońskiego. W wielkim biznesie japońskim ten najwyższy
szczebel nie „działa”; „pozostaje w stosunkach”. Zajmuje się stosunkami
zewnętrznymi – z administracją państwową, z bankiem, z daną grupą przemysłową, itd. Biznes prowadzą
ludzie młodsi, szefowie działów, którzy składają się na zarząd firmy. Sprawą
kierownictwa najwyższego szczebla jest, by ludzie na stanowiskach
reprezentowali odpowiednie kwalifikacje; to japońskie kierownictwo najwyższego
szczebla najwięcej czasu poświęca faktycznie sprawom kandydatów do
sukcesji w zarządzaniu. I oczywiście angażuje się w ważniejsze decyzje. Ale
samym biznesem nie zarządza.
Są pewne oznaki, że instytucje
Zachodu też zmierzają w tym kierunku.
W jednym z największych banków
Ameryki przewodniczącemu rady nadzorczej, prezesowi i dwom wiceprzewodniczącym
najwięcej czasu schodzi na stosunkach zewnętrznych.
Obciążenie stosunkami
zewnętrznymi, żądanie, by szefowie najwyższego szczebla stali się aktywistami i
przywódcami, kłóci się także z tradycyjnym podejściem amerykańskim, przy którym
spędzają oni
prawie cały swój czas na zarządzaniu biznesem, delegując sferę stosunków
zewnętrznych swoim podwładnym. Jak
ukazał cytowany wyżej list od administratora szpitala, kierownictwo najwyższego
szczebla nie może już liczyć, że w stosunkach zewnętrznych wyręczy je branżowe stowarzyszenie. Musi samo być aktywne w sprawach i dziedzinach
o krytycznym znaczeniu; musi mieć czas na opanowanie wiedzy na najwyższym
poziomie i na swą rolę przywódców.
Wskazuje to, że w przyszłości
obciążenie pracą, a przede wszystkim przygotowanie do stanowisk najwyższego szczebla znów stanie
się głównym polem dla pomysłów, eksperymentów
tudzież innowacji. Zaczęliśmy pracować nad strukturą kierownictwa
najwyższego szczebla w czasie II Wojny Światowej; dziesięć czy piętnaście lat
później myśleliśmy, że mamy to za sobą i że znamy wszystkie odpowiedzi. Teraz
będziemy znowu musieli zacząć od próby zdefiniowania samych pytań.
W nadchodzących latach punkt
ciężkości w zarządzaniu będzie przesuwał się ku strukturze, składowi i
kwalifikacjom kierownictwa najwyższego szczebla i jego ludzi. „Najwyższy
szczebel” będzie jutro obejmował, szczególnie w dużych organizacjach, znacznie
więcej ludzi, niż miał ich tradycyjnie. Nauczyliśmy się w ciągu ostatnich
dwudziestu pięciu czy też trzydziestu lat, że nawet biznes średnich rozmiarów
potrzebuje zespołowego kierowania na najwyższym szczeblu i że nie wystarczy mu
pojedynczy naczelny -
bo to zajęcie wymaga, jak na solistę, zbyt wielu różnych typów
temperamentu, jest aż nadto wielowymiarowe i niesie ze sobą za dużo pracy.
Przy podziale produkcji, na przykład,
szef każdego z zakładów produkcyjnych jest członkiem kierownictwa najwyższego
szczebla całego przedsiębiorstwa. Konferencja ponadnarodowa jest pewną „sieciową” organizacją, w
której istnieje nie jedno, a wiele kierownictw najwyższego szczebla, a prawie
każdy w niej odpowiedzialny za jakiś kawałek całości musi, dla możliwości
konstruktywnego funkcjonowania, rozumieć wszystkie decyzje dotyczące
przedsiębiorstwa jako całości.
Mało która
nowa instytucja społeczna czy jakaś nowa społeczna funkcja narodziła się tak szybko,
jak w naszym stuleciu zarządzanie. Rzadko, jeśli w ogóle, potrafiła
którakolwiek z nich stać się tak szybko niezbędna. Ale równie rzadko jakaś nowa
instytucja, jakaś nowa grupa przywódcza, stawała wobec równie wymagającej,
równie dopingującej, równie podniecającej próby, jak ta, którą przejść muszą
teraz w czasach burzliwych zarządy biznesów i pozabiznesowych
instytucji i służb publicznych.
================================================================
Literatura | Strona główna | ================================================================