C. Northcote Parkinson:
Prawo
Parkinsona
albo
w pogoni za postępem
Książka i
Wiedza - 1971
Tłumaczył Juliusz Kydryński
======================================================================
Cytuję wybrane fragmenty. Strona w budowie. Dedykuję ją
„reformie służby zdrowia” i politykom.
Z.U
======================================================================
SPIS TREŚCI
Przedmowa ............
5
Prawo
Parkinsona
albo rosnąca piramida ......... 9
Lista kandydatów
albo zasady selekcji ......... 21
Dyrektorzy Rady
albo współczynnik niewydolności ............ 37
Wola Ludu
albo doroczne zgromadzenie powszechne
......... 48
Ekran Osobowości
albo formuła cocktailowa .........
58
Wielkie Finanse
albo punkt zaniku zainteresowania
......... 67
Plany i Budowle
albo gmach administracyjny .........
77
"Degrengolitis"
albo obezwładniający paraliż
......... 89
Sprawa Emerytury
albo wiek odpoczynku ......... 104
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
PRZEDMOWA
Ludzie bardzo młodzi,
nauczyciele, a także ci, którzy piszą książki z zakresu historii ustroju, nauk
politycznych i problemów współczesnych, wyobrażają sobie, że świat jest w
większym lub mniejszym stopniu miejscem rozsądnym. Przedstawiają
oni wybory deputowanych jako swobodne głosowanie na tych, do których lud ma
zaufanie. Pokazują, jak najmądrzejsi i najlepsi
spośród nich zostają ministrami. Pokazują, jak dyrektorzy
przedsiębiorstw, wybrani przez udziałowców, wybierają z kolei na odpowiedzialne
stanowiska tych, którzy dowiedli swych zdolności, pełniąc podrzędniejsze
funkcje. Istnieją książki, w których śmiało głosi się twierdzenia tego rodzaju,
albo też milcząco się je zakłada.
Z drugiej strony ci, którzy orientują się choć trochę w tej problematyce, uważają, że założenia
takie są po prostu śmieszne. Uroczyste zgromadzenia
ludzi mądrych i dobrych są jedynie wytworem wyobraźni nauczyciela.
Dlatego rzeczą zbawienną będzie opublikowanie na ten temat odpowiedniego ostrzeżenia.
Niechże studenci nie przestają czytać książek
naukowych na temat administracji publicznej lub przemysłowej - ale tylko pod
tym warunkiem, że będą traktować te dzieła jako beletrystykę.
Umieszczone pomiędzy powieściami Rider Haggarda i H.G. Wellsa, wymieszane z tomami o małpoludach i
statkach kosmicznych, podręczniki te nikomu nie zaszkodzą. Jednakże umieszczone
gdzie indziej, wśród poważnych dzieł naukowych, mogą wywołać skutki bardziej
katastrofalne, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Kiedy zorientowałem się, co
ludzie uważają za prawdę w odniesieniu do urzędników administracji publicznej,
czy też do planów inwestycyjnych, przeraziłem się i spróbowałem - dla użytku zainteresowanych - rzucić na te sprawy
snop światła. Bystry czytelnik odgadnie, że owe
przebłyski prawdy nie są oparte na zwykłym doświadczeniu. Co więcej,
spodziewając się, że niektórzy czytelnicy będą mniej bystrzy od innych,
postarałem się w odpowiednich miejscach napomknąć o niezwykle rozległych
badaniach, na których oparte są moje teorie.
(....)
C. Northcote
Parkinson
Singapur 1958
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Prawo
Parkinsona
albo
rosnąca piramida
…….. 9
Im więcej mamy czasu na
wykonanie jakiejś pracy, tym więcej czasu ona nam zabiera. Powszechne uznanie tego faktu wyraża się w
przysłowiowym powiedzeniu: "Najbardziej zajęty człowiek, to ten, który ma
mnóstwo czasu". W ten sposób starsza pani, która nie ma nic do roboty,
może poświęcić cały dzień na napisanie i wysłanie pocztówki do swej
siostrzenicy w Bognor Regis.
Godzinę zabierze jej znalezienie pocztówki, drugą - szukanie okularów, pół
godziny odnalezienie adresu, godzinę i kwadrans napisanie tekstu, dwadzieścia
minut - wahanie, czy wziąć parasol idąc do skrzynki na sąsiednią ulicę. Cały ten wysiłek, który zajętemu człowiekowi zajmuje trzy
minuty, może zatem dla innej osoby stać się dniem
niepokoju, udręki i zmęczenia.
Przyjmując więc, że stosunek między pracą (zwłaszcza pracą
biurową) a czasem niezbędnym do jej wykonania jest dość elastyczny, zobaczymy,
że ilość pracy faktycznie wykonanej nie ma nic albo ma bardzo niewiele
wspólnego z liczbą osób przy niej zatrudnionych. Brak
aktywności nie musi być koniecznie równoznaczny z odpoczynkiem. Brak zajęcia
nie musi ujawniać się w manifestacyjnym próżnowaniu. Praca, którą należy
wykonać, nabiera znaczenia i staje się bardziej skomplikowana w stosunku wprost
proporcjonalnym do czasu, jaki jej można poświęcić. Jest to fakt szeroko znany,
lecz mniej uwagi poświęca się jego ogólniejszym konsekwencjom, zwłaszcza w
zakresie administracji publicznej.
Politycy i płatnicy podatków
uznali (przy sporadycznych okresach zwątpienia), że wzrost liczby
urzędników jest spowodowany wzrostem ilości pracy do wykonania. Cynicy podając to przekonanie w wątpliwość
wyobrażali sobie, że przy większej liczbie urzędników niektórzy z nich mogliby
nic nie robić albo, że wszyscy mogliby pracować w mniejszym wymiarze godzin.
Lecz ani wiara jednych, ani
zwątpienie drugich nie mają z tym zagadnieniem nic wspólnego.
W istocie rzeczy nie ma w
ogóle żadnej współzależności pomiędzy liczbą urzędników a ilością wykonywanej
pracy. Wzrostem liczby urzędników rządzi bowiem Prawo Parkinsona i wzrost ten będzie
dokładnie taki sam bez względu na to, czy pracy będzie więcej, mniej, czy też
nie będzie jej w ogóle. Znaczenie Prawa Parkinsona polega na tym, że jest to
prawo wzrostu, oparte na analizie czynników rządzących tym wzrostem.
Ważność tego niedawno odkrytego prawa musi opierać się głównie na danych
statystycznych, które zostaną podane poniżej. Przeciętnego czytelnika bardziej
zainteresuje wyjaśnienie czynników stanowiących podstawę ogólnej tendencji,
którą to prawo definiuje. Pomijając (liczne zresztą) szczegóły techniczne, możemy
na początku rozróżnić dwie siły napędowe. Dla naszego obecnego celu mogą one
być reprezentowane przez dwa, niemal aksjomatyczne twierdzenia. A mianowicie:
1) urzędnik pragnie mnożyć podwładnych, a nie
rywali,
2) urzędnicy przysparzają sobie nawzajem pracy, jedni drugim.
By zrozumieć czynnik 1,
wyobraźmy sobie urzędnika , nazwijmy go A, który twierdzi, że jest przepracowany. Nieważne, czy tak jest w
rzeczywistości, czy nie. Nawiasem mówiąc, powinniśmy uwzględnić fakt, że owo
uczucie (czy złudzenie)
A może być po prostu wynikiem spadku energii,
co jest normalnym objawem średniego wieku.
Otóż na owo rzeczywiste czy też
rzekome przepracowanie istnieją, mówiąc ogólnie, trzy możliwe rady.
A może podać się do dymisji; może
podzielić się pracą z kolegą, którego nazwiemy
B; może wreszcie poprosić o
przydzielenie mu dwóch pomocników C
i D.
Jednakże historia nie notuje zapewne
wypadku, żeby A wybrał inne rozwiązanie niż trzecie. Podając się do dymisji, traci posadę i
emeryturę. Prosząc o mianowanie B,
urzędnika w tym samym co on stopniu służbowym,
przysparza sobie tylko rywala do awansu na miejsce opróżnione przez W, kiedy W
(nareszcie) pójdzie na emeryturę. Zatem A postara się raczej o C i D, zależnych od
siebie młodych ludzi. Dodadzą mu oni znaczenia, a ponadto podzieliwszy prace na
dwa działy, pomiędzy C i D, będzie jedynym ogarniającym całość.
W tym miejscu należy sobie
koniecznie zdać sprawę, że C i D są w pewien sposób nierozłączni.
Mianowanie samego C byłoby
niemożliwe. Dlaczego? Ponieważ
C, gdyby był sam, dzieliłby pracę z A i w ten sposób powstałaby niemal taka
sama alternatywa, która została odrzucona w pierwszym wypadku z B; tym bardziej podkreślona, że C byłby
jedynym możliwym następcą A.
Podwładnych musi być wiec dwóch lub więcej, w ten sposób każdego z nich trzyma
w karbach obawa przed awansem drugiego. Kiedy z kolei C będzie skarżył się na przepracowanie (co z pewnością zrobi), A, zgadzając się z nim, doradzi
mianowanie dwóch urzędników do pomocy C. Ale może
uniknąć wewnętrznych sporów tylko wtedy, jeśli doradzi mianowanie dwóch
urzędników do pomocy D, którego sytuacja jest zupełnie taka sama. Po
zaangażowaniu E, F, G
i H, awans A jest właściwie pewny.
Siedmiu urzędników wykonuje teraz pracę, którą
przedtem wykonywał tylko jeden. I teraz zaczyna działać czynnik 2, ponieważ
tych siedmiu stwarza sobie nawzajem tyle pracy, że wszyscy są całkowicie
zajęci, zaś A pracuje w rzeczywistości więcej niż
kiedykolwiek. Wpływający dokument trafia kolejno do każdego z nich. ...
Cóż robi A? Byłby całkowicie usprawiedliwiony, gdyby podpisał papier nie
czytając go, ponieważ ma wiele innych spraw na głowie.
... Ale A jest człowiekiem skrupulatnym. Jakkolwiek zaprzątają go problemy,
które jego koledzy stwarzają sobie samym i jemu – problemy stworzone przez sam
fakt istnienia tych urzędników – A
nie jest kimś, kto lekceważyłby swoje obowiązki.
Czyta więc ów projekt uważnie, skreśla niejasne akapity
dodane przez C i H i doprowadza dokument do formy
nadanej mu pierwotnie przez zdolnego (choć kłótliwego) F. Poprawia błędy językowe – żaden z tych młodych ludzi nie umie
pisać gramatycznie i w końcu redaguje odpowiedź tak, jak zostałaby ona
napisana, gdyby urzędników C i H nigdy nie było na świecie.
Zbyt wiele osób poświeciło zbyt wiele
czasu, żeby uzyskać ten sam rezultat. Żaden z nich nie próżnował. Wszyscy
pracowali jak najlepiej. I kiedy A
opuszcza wreszcie biuro
i udaje się w drogę powrotną do domu w Ealing,
jest już późny wieczór. Ostatnie światła w biurze gasną pośród gęstniejącego
mroku, co oznacza koniec jeszcze jednego dnia mozolnej pracy administracyjnej.
Z przygarbionymi plecami i gorzkim uśmiechem na ustach A wychodzi jako jeden z ostatnich, przekonany, że siwe włosy i
długie godziny przebywania w biurze są ceną, jaką płaci się za powodzenie.
Z powyższego opisu działających tu
czynników student nauk politycznych zorientuje się, że urzędnicy administracji muszą
się mnożyć w większym lub mniejszym stopniu.
(…)
Lista
kandydatów
albo
zasady selekcji
…….. 21
Problemem, z którym ustawicznie styka się
nowoczesna administracja, tak rządowa, jak i przemysłowa, jest problem selekcji
personelu. Nieubłagane działanie Prawa Parkinsona sprawia, że trzeba stale
dokonywać nominacji, a zagadnienie polega zawsze na tym, w jaki sposób wybrać
właściwego kandydata spośród wszystkich ubiegających się o stanowisko. W
ustaleniu zasad, według których ma się dokonać wyboru, możemy słusznie
rozróżnić metody używane w przeszłości i metody używane obecnie.
Dawne metody, niezupełnie jeszcze
zarzucone, należą do dwóch głównych kategorii: brytyjskiej i chińskiej. Obydwie zasługują na baczną uwagę,
choćby tylko z tego powodu, że dawały one najwyraźniej lepsze rezultaty niż
jakakolwiek inna metoda
dziś uważana za modną.
Metoda
brytyjska (wg starego wzoru) polegała na przeprowadzeniu rozmowy z kandydatem,
w czasie której musiał się on „przedstawić”. Stawał
przed obliczem starszych gentlemenów, siedzących
wokół mahoniowego stołu, którzy przede wszystkim pytali go o nazwisko.
Przypuśćmy, że kandydat odpowiedział: „John Seymour”.
Wtedy jeden z gentlemenów pytał: „Jest pan może
krewnym księcia Somerset?”. Na co kandydat
najprawdopodobniej odpowiadał: „Nie, sir”. Wówczas pytał
drugi gentleman:
„Wobec tego jest pan może spokrewniony z biskupem
Westminsteru?” A gdy odpowiedź znów
brzmiała: „Nie, sir”, trzeci gentleman pytał
rozpaczliwie: „No to z kim właściwie jest pan spokrewniony?” W wypadku kiedy
kandydat odpowiadał: „No cóż, mój ojciec jest handlarzem ryb w Cheapside”, rozmowa była faktycznie zakończona. Członkowie
komisji wymieniali znaczące spojrzenia, jeden z nich naciskał guzik dzwonka, a
inny mówił do woźnego:
„Wyrzucić tego człowieka”.
Jedno nazwisko można było skreślić z listy bez dalszej dyskusji.
Jeśli następny kandydat nazywał się Henry
Molyneux i był siostrzeńcem hrabiego Sefton, jego szanse były dość dobre aż do chwili, gdy
zjawił się George Howard i udowodnił, że jest wnukiem
księcia Norfolk.
W
Admiralicji wersja tej brytyjskiej metody (wg starego wzoru) różniła się
jedynie tym, że była nieco zawężona. Utytułowani krewni tego rodzaju nie
robili wrażenia na Komisji Admirałów. Starali się oni natomiast ustalić
powiązania służbowe. Idealny
kandydat na drugie pytanie powinien był odpowiedzieć: „Tak, admirał Parker
jest moim wujem. Moim ojcem jest kapitan Foley, moim
dziadkiem komandor Foley. Ojcem mojej matki był
admirał Hardy. Komandor Hardy jest moim wujem. Mój brat
...” -
„Ach – odparłby na to admirał przewodniczący – a co pana skłoniło do wstąpienia
do Marynarki?”. Jednakże odpowiedź na to
pytanie nie miałaby już większego znaczenia, protokolant i tak już zanotował,
że kandydat się nadaje.
Brytyjską metodę (wg nowego wzoru)
wypracowano z końcem XIX wieku jako bardziej odpowiednią dla kraju demokratycznego.
Na energiczne pytanie komitetu wybierającego: „ Do jakich szkół pan uczęszczał?”,
padała odpowiedź: Harrow, Haileybury lub
Rugby, czy jeszcze inaczej. Następne i nieodmienne pytanie brzmiało: „Jakie sporty pan uprawia?” Obiecujący kandydat odpowiedziałby: „Grałem w tenisa w reprezentacji
Anglii, w krikieta..., w
rugby... i w palanta w Winchester”. Wtedy padłoby
następne pytanie: „Czy gra pan w polo?” – ale już
tylko po to, aby kandydat nie miał o sobie zbyt wielkiego wyobrażenia. Jasne,
że nawet jeśli nie grał w polo, należało się już
poważnie z nim liczyć. I odwrotnie, niewiele czasu tracono dla kogoś, kto
przyznał się, że pobierał nauki w Wiggleworth. „Gdzie?” – ze
zdumieniem pytał przewodniczący, a kiedy powtórzono mu nazwę, dodawał: „Gdzież
to jest? – O, w Lancasshire” – mówił wreszcie. I już
tylko ze względów formalnych któryś z członków komisji mógł spytać:
„Jakie sporty pan uprawia?” Lecz odpowiedź: „Gram w ping-ponga...,
uprawiam kolarstwo... i gram
w klipę...”, definitywnie usuwała kandydata z listy.
Metodę chińską (wg starego wzoru) od razu tak powszechnie naśladowały inne
narody, że tylko niewiele osób zdaje sobie sprawę z jej chińskiego pochodzenia.
Jest to metoda Pisemnych Egzaminów Konkursowych. (...)
System chiński przestudiowali Europejczycy w latach 1815 – 1835 i przejęła go
Kompania Wschodnioindyjska w r. 1832.
Przyjęto, że klasyczne wykształcenie i zdolności literackie przydadzą się
każdemu kandydatowi na każdym stanowisku w administracji. Przyjęto
(niewątpliwie słusznie), że wykształcenie ścisłe nie da kandydatowi nic – z
wyjątkiem, być może, samej wiedzy. Wiadomo było na koniec, że właściwie nie
można było dokonać odpowiedniego wyboru wśród ludzi, których egzaminowano z
rozmaitych przedmiotów. A ponieważ nie sposób rozstrzygnąć, czy ktoś jest
mocniejszy niż ktoś inny w fizyce, najwygodniej jest ostatecznie uznać ich obu
za bezużytecznych. Jeżeli zaś wszyscy kandydaci muszą napisać wiersz po grecku
lub po łacinie, to względnie łatwo jest zdecydować, czyj wiersz jest najlepszy.
Ludzi wybranych w ten sposób,
na podstawie ich znajomości literatury klasycznej, posyłano następnie, aby
rządzili Indiami. Tych, którzy mieli niższe noty, zatrzymywano, aby rządzili
Anglią. Tych z jeszcze niższymi notami albo odrzucano zupełnie, albo posyłano
do kolonii.
Jakkolwiek byłoby rzeczą
całkowicie niesłuszną uważać ten system za niewłaściwy, nikt nie mógł wymagać od niego
rezultatów, jakie dawały systemy stosowane dotychczas. Przede wszystkim nie
było żadnej gwarancji, że człowiek, który zdobył najwyższe noty, nie okaże się
wariatem, jak to się niekiedy zdarzało. Następnie napisanie wiersza po grecku
mogło być jedyną umiejętnością, którą pewni kandydaci posiadali lub mogli
kiedykolwiek posiadać. (...)
Jednakże jakiekolwiek były
błędy konkursowego egzaminu pisemnego, dawał on z pewnością lepsze wyniki niż
wszelka inna metoda stosowana do tego czasu. Nowoczesne metody sprowadzają się
do badania inteligencji za pomocą testu oraz do wywiadu psychologicznego. Wadą
testu inteligencji jest to, że wysokie noty otrzymują ci, którzy okazują się
później w praktyce nieukami. Kandydat poświęca tyle czasu na studiowanie sztuki
odpowiadania na test, że rzadko ma czas na cokolwiek innego.
Wywiad psychologiczny stał się
dziś tym, co nazywamy próbą ogniową na prywatnej wizycie. Kandydaci spędzają
przyjemny weekend pod ścisłą obserwacją. Jeśli któryś z nich potknie się o
wycieraczkę i powie: „Niech to diabli!”, egzaminatorzy zaczajeni za jego
plecami, wyciągają notesy i piszą: „Słaba koordynacja fizyczna” i „Brak samokontroli”.
Nie ma potrzeby szczegółowo
opisywać tę metodę, ale jej rezultaty widzimy wszędzie i są wyraźnie opłakane.
Osoby, które potrafią zadowolić ten typ egzaminatora, są zwykle ostrożne i
podejrzliwe, pedantyczne i zadowolone z siebie, mówią mało i nie robią nic.
(...)
Jaką metodę należy zastosować w
przyszłości? Klucz do ewentualnego kierunku badań odnaleźć można w pewnym mało
reklamowanym aspekcie współczesnej techniki selekcji. Tak rzadko bowiem zdarza
się okazja mianowania chińskiego tłumacza w
Ministerstwie Spraw Zagranicznych, że używana przy tym metoda jest mało znana. Ogłasza się,
że stanowisko jest wolne, i zaczynają napływać podania do komisji złożonej –
dajmy na to – z pięciu osób. Trzech urzędników ministerstwa i dwóch znakomitych chińskich
uczonych. Na stole przed komisją piętrzy się stos 483
formularzy ofert... Wszyscy
kandydaci są Chińczykami i wszyscy bez wyjątku mają pierwszą lokatę
uniwersytecką z Pekinu lub z Amoy oraz doktorat
filozofii uniwersytetów amerykańskich... Większość z nich piastowała w swoim
czasie ministerialne stanowiska na Formozie. Niektórzy dołączyli
fotografie. Inni (zapewne przezornie) powstrzymali się od tego.
Przewodniczący zwraca
się do głównego chińskiego eksperta i mówi: „Może dr Wu
zechce nam powiedzieć, którego z tych kandydatów należałoby wciągnąć na naszą
listę”. Dr Wu uśmiecha się zagadkowo i wskazuje na
stos podań. „Żaden z nich się nie nadaje” – mówi krótko. „Ależ... to znaczy... dlaczego nie?” – pyta zdumiony przewodniczący. „Ponieważ żaden prawdziwy
naukowiec w ogóle nie składałby podania. Bałby się utracić twarz, gdyby go nie wybrano”. – „Więc co
teraz zrobimy?” – pyta przewodniczący. – „Sądzę –
powiada dr Wu – że moglibyśmy namówić dra Lim, żeby przyjął to
stanowisko. Co pan o tym myśli, doktorze Li?” – „Tak sądzę, że moglibyśmy –
odpowiada Li – ale oczywiście nie możemy tego robić my
sami. Moglibyśmy zapytać dra Tan, czy on uważa, że to
stanowisko interesowałoby dra Lim”. – „Nie znam doktora Tan – odpowiada Wu – ale
znam jego przyjaciela, dra Wong”. W tym miejscu przewodniczący ma zamęt w głowie, że nie
wie, kto i kogo ma namawiać. Ale istotne jest to, że wszystkie oferty idą do
kosza, a dyskutuje się tylko nad jednym kandydatem, i to nad tym, który wcale
nie składał podania.
Nie zalecamy powszechnego przyjęcia tej nowoczesnej metody chińskiej,
lecz wyciągamy z niej pożyteczny wniosek. Ten, że inne metody zawodzą głównie dlatego, iż zgłasza się zbyt wielu kandydatów. Poczyniono
już wyraźnie wstępne kroki w celu zmniejszenia ich liczby. Stosuje się teraz
powszechną formułę:
„odrzucać wszystkich powyżej pięćdziesiątki i poniżej dwudziestki
oraz wszystkich Irlandczyków – i to
nieco redukuje listę. Jednakże i tak pozostaje zbyt wiele nazwisk. Dokonanie
wyboru wśród trzystu osób, wszystkich z wysokimi kwalifikacjami i dobrymi
rekomendacjami, jest właściwie niemożliwe. Skłaniamy się wobec tego do wniosku,
że błąd leży w samym tekście ogłoszenia. Ściągnęło ono zbyt wiele ofert.
(...)
Ogłasza się, że wakuje
odpowiedzialne stanowisko, gdyż poprzednio piastujący je urzędnik zasiada
obecnie w Izbie Lordów. Pensja duża, emerytura pokaźna, obowiązki nominalne,
przywileje olbrzymie, dodatkowe dochody godne uwagi, a ponadto bezpłatne
mieszkanie i służbowy wóz oraz nieograniczone możliwości podróżowania.
Kandydaci powinni zgłaszać się natychmiast, lecz po głębokim namyśle,
załączając kopie (nie oryginały) jedynie trzech ostatnich świadectw.
Jaki jest rezultat?
...
(...) Wystarczy zastanowić się
przez małą chwilkę, żeby się przekonać, iż doskonale zredagowane ogłoszenie ... Zacznijmy
od przykładu krańcowego.
Potrzebny:
Akrobata do chodzenia po drucie, luźno zawieszonym 200
stóp ponad rozpalonym piecem hutniczym. Dwa razy wieczorem, trzy razy w sobotę.
Pensja 25 funtów tygodniowo. W razie nieszczęśliwego wypadku nie przysługuje
renta ani żadne odszkodowanie. Zgłaszać się osobiście: Cyrk „Dziki Kot”,
pomiędzy 9 a 10 rano.
Słowa nie muszą być dokładnie te same,
lecz ogłoszenie powinno w takim stopniu wykazywać różnicę pomiędzy pokusą finansową a możliwym
ryzykiem, że zgłosi się ...
Nie ma potrzeby żądać w ogłoszeniu
szczegółowych kwalifikacji ani zaświadczenia. Ta oferta nie zachęci nikogo, kto
naprawdę nie umie chodzić po luźno zawieszonym drucie. Nie ma potrzeby wymagać,
aby kandydaci byli w odpowiedniej formie fizycznej, trzeźwi i wolni od zawrotów
głowy. Sami to wiedzą. Nie trzeba też zastrzegać się przed zgłaszaniem się
kandydatów cierpiących na lęk przestrzeni. Tacy się nie zgłoszą. ...
(...) Weźmy
teraz dla porównania mniej krańcowy przykład:
Potrzebny
Archeolog z wysokimi kwalifikacjami akademickimi, który chciałby spędzić
piętnaście lat na odkopywaniu grobów Inków w Helsdump
nad Rzeką Aligatorów. Przyznanie szlachectwa wzgl. równorzędnych zaszczytów
gwarantowane. Emerytura przysługuje, lecz nikt jeszcze z niej nie skorzystał.
Pensja 2000 funtów rocznie. Podanie w trzech egzemplarzach należy składać do dyrektora
Instytutu Grzebalnego, Sickdale, III, USA. ...
(...) Kiedy król musiał wybrać
człowieka, który miał poślubić jego najstarszą, względnie jedyną córkę i tym
samym odziedziczyć królestwo, projektował zazwyczaj jakieś zawody z
przeszkodami, z których jedynie właściwy kandydat mógł wyjść zwycięsko i z
których rzeczywiście ( w wielu wypadkach) właściwy kandydat w ogóle wychodził z
życiem.
(...)
Dyrektorzy i
Rady
albo
współczynnik niewydolności
…….. 37
Cykl życia komitetu jest dla naszej
wiedzy o sprawach współczesnych czymś tak podstawowym, że aż dziwne, iż nie
poświecono więcej uwagi nauce o komitetologii.
Pierwsza i najbardziej podstawowa zasada tej nauki to ta, że komitet jest w
swej istocie czymś raczej organicznym niż mechanicznym: nie jest budowlą , lecz rośliną. Zapuszcza korzenie i rośnie,
kwitnie, przekwita i więdnie, rozrzucając ziarno, z którego kolejno wykiełkują
inne komitety. Tylko
ci, którzy pamiętają o tej zasadzie, mogą pogłębić swoje zrozumienie struktury
i historii współczesnego rządu.
Obecnie przyjęto, że komitety dzielą się:
a) te, z
których każdy indywidualny ich członek odnosi jakąś korzyść, oraz
b) te, z którymi każdy poszczególny ich członek musi tylko w
jakaś sposób współpracować.
Przykłady z zakresu grupy b są jednak dla naszego celu raczej
mało ważne; w gruncie rzeczy są ludzie, którzy wątpią, czy komitety zaliczane
do tej grupy są w ogóle komitetami. Natomiast na przykładzie znacznie
silniejszej grupy a możemy
najłatwiej nauczyć się zasad wspólnych (z pewnymi odchyleniami) wszystkim komitetom.
W grupie a najgłębiej zakorzenione i
najbujniejsze są te komitety, które dają swym członkom najwięcej władzy i prestiżu. W
większości krajów świata komitety te nazywa się „gabinetami”. Niniejszy rozdział opiera się na
rozległych studiach gabinetów narodowych w czasie i przestrzeni.
...
(...) Przyjmowano innych
członków, niektórych ze względu na ich specjalną wiedzę, lecz częściej dlatego, że nieprzyjęcie
ich powodowałoby większe kłopoty. Ich opozycję można było uciszyć jedynie
poprzez ich udział przy podejmowaniu każdej decyzji.
(...) Stosunkowo niewielu z nich wybrano z myślą, że są, będą lub
kiedykolwiek byli użyteczni. Prawdopodobnie większość z nich wybrano po to, aby zjednać sobie
jakieś stronnictwo.
(...) Wygłaszają
mowy, a potem opowiadają przyjaciołom o tym, co wyobrażają sobie, że
powiedzieli. Ale im bardziej ci jedynie reprezentatywni członkowie podkreślają
swoje prawa, tym głośniej inne stronnictwa domagają się własnej reprezentacji.
(...)
Wola ludu
albo
zgromadzenie powszechne
…….. 48
Wszyscy dobrze znamy podstawową różnicę
pomiędzy parlamentem angielskim a francuskim; różnice te naśladują inne tego
rodzaju zgromadzenia, wywodzące się od każdego z nich. Wszyscy zdajemy sobie
sprawę, że ta główna różnica nie ma nic wspólnego z narodowym temperamentem,
lecz wynika z rozkładu miejsc na sali zebrań.
Brytyjczycy, wychowani na sportowych
grach drużynowych, wchodzą do swej Izby Gmin z uczuciem ludzi, którzy chętnie robiliby co innego. A jeśli nie mogą grać w golfa lub
tenisa, to mogą przynajmniej udawać, że polityka jest grą opartą na podobnych
zasadach. Ale w takim wypadku parlament budziłby jeszcze mniej zainteresowania,
niż budzi. Wobec tego instynkt nakazał Brytyjczykom stworzyć dwie przeciwne
drużyny z sędzią i sędziami liniowymi oraz kazał im debatować aż do wzajemnego
wyczerpania.
Izba Gmin jest tak urządzona, że – w
praktyce – każdy jej członek zmuszony jest do opowiedzenia się po jednej lub
drugiej stronie, zanim jeszcze zapozna
się z odpowiednimi argumentami lub nawet (w pewnych wypadkach) zanim jeszcze
się dowie, co jest właściwie przedmiotem dyskusji. Od urodzenia uczono go,
że należy walczyć na korzyść swojej drużyny, i to oszczędza mu nadmiernego wysiłku umysłowego. Wśliznąwszy
się na swój fotel pod koniec przemówienia, wie dokładnie, w jaki sposób
argumentować od punktu, do którego doszedł mówca.
Jeśli mówca znajduje się po tej samej co
on stronie Izby, będzie wolał: „Doskonale! Brawo!” Jeśli zaś mówca jest kimś ze strony
przeciwnej, może spokojnie wołać: „Hańba”, lub tylko: „Oooo!” Nieco później, być może, będzie miał czas
zapytać sąsiada, na jaki temat mianowicie toczy się debata.
Ludzie
siedzący po przeciwnej stronie mylą się całkowicie i wszystkie ich argumenty są
zwykłymi bzdurami. I odwrotnie: ludzie siedzący po tej samej stronie
co on są prawdziwymi mężami stanu, a ich mowy są szczególnym połączeniem
mądrości, elokwencji i umiarkowania. Nie sprawia też najmniejszej różnicy
fakt, czy on sam studiował politykę w Harrow, czy też... W obydwu szkołach
nauczył się, kiedy należy wydawać okrzyki radosne, a kiedy obelżywe. Ale system
brytyjski zależy w zupełności od rozkładu miejsc. Gdyby ławy nie stały naprzeciw siebie, nikt nie potrafiłby odróżnić
prawdy od fałszu, mądrości od głupoty – chyba że oczywiście wszystkiemu by się przysłuchiwał. Ale słuchanie wszystkiego
byłoby śmieszne, gdyż połowa przemówień musi z konieczności zawierać same
nonsensy.
We Francji popełniono początkowo błąd,
sadzając reprezentantów w półkolu, wszystkich twarzą do mównicy. Można by sobie
wyobrazić wynikający stąd nieład, gdyby nie był on powszechnie znany. Nie można było utworzyć naprawdę
przeciwnych drużyn i nikt (bez słuchania) nie mógł orzec, który argument był
bardziej przekonywający. Istniała jeszcze dalsza niewygoda w tym, że
wszystkie przemówienia wygłaszane były po francusku – ...Stany Zjednoczone mądrze
powstrzymały się od naśladowania tego wzoru. Ale nawet bez względu na trudności
językowe system francuski jest wystarczająco zły.
(...) Winniśmy
jednakże zwrócić uwagę na to, że koniec końców o danej sprawie decydują w
rzeczywistości głosy bloku centralnego. Nie jest to prawdą w Izbie Gmin, gdzie
nie dopuszczono do powstania takiego bloku. Ale na innych konferencjach
centralny blok jest ogromnie ważny. Zasadniczo ów blok obejmuje następujące
elementy:
a. Tych, którym
nie udało się zrozumieć żadnego z memorandów napisanych wcześniej i jeszcze
przed wieloma tygodniami rozesłanych wszystkim, którzy mieli być obecni.
b. Tych, którzy są zbyt głupi na to, żeby w ogóle zrozumieć obrady. Łatwo
ich rozpoznać, ponieważ mają skłonność do szeptania miedzy sobą:
„O czym ten facet gada?”
c. Głuchych,
którzy siedzą osłaniając ucho dłonią i mruczą: „Że też ludzie nie mogą mówić
głośniej”.
d. Tych,
którzy jeszcze nad ranem byli zalani w trupa, zwlekali się z łóżka (nie wiadomo po co) z piekielnym bólem głowy i z przekonaniem, że
i tak wszystko nie ma sensu.
e. Starców,
których punktem honoru jest utrzymanie dobrej formy... „Przyszedłem tutaj na piechotę –
szepczą. – Nieźle jak na osiemdziesięciodwuletniego mężczyznę, prawda?”
f. Słabeuszy,
którzy niewyraźnie obiecali popierać obie strony i nie wiedzą, jak z tego
wybrnąć. Zastanawiają się nad tym, czy lepiej powstrzymać się od głosowania,
czy udać chorych.
Pierwszym krokiem dla pozyskania głosów
centralnego bloku jest zidentyfikowanie i policzenie jego członków. Po
dokonaniu tego, wszystko już zależy od miejsca, na którym usiądą. Najlepsza
technika polega na odkomenderowaniu znanego i zaufanego członka partii do
nawiązania rozmowy z wymienionymi typami z centralnego bloku, zanim jeszcze zgromadzenie
się rozpocznie. W tej wstępnej pogawędce zdecydowani zwolennicy winni starannie
unikać wspominania o głównym przedmiocie obrad. Powinni wyuczyć się
przytoczonych niżej gambitów otwarcia, odpowiednich do kategorii typów
wymienionych wyżej, a do których naturalnie zaliczają się ludzie z centralnego bloku:
...
(...) Podczas kiedy przeciwnik zajmował się opracowywaniem przemówień
i redagowaniem poprawek, strona operująca wyższą techniką skoncentrowała swoje
wysiłki na unieruchomieniu każdego uczestnika centralnego bloku pomiędzy dwoma
sprytnymi działaczami. W krytycznej
chwili głosowania podniesienie się rąk po obu jego stronach rzeczywiście zmusi
niezdecydowanego do naśladowania tego gestu. Gdyby przypadkiem zasnął, jak to
często się często zdarza członkom centralnego bloku z kategorii d i
e, jego rękę uniesie kolega siedzący po jego
prawej stronie. Tę zasadę wprowadzono
jedynie po to, żeby zapobiec uniesieniu obu rąk śpiącego, wiadomo
bowiem, że taki gest wywoływał niepożądane komentarze.
W ten sposób przy tak zabezpieczonym centralnym bloku wniosek zostanie przyjęty
znaczną większością głosów, lub też odrzucony, jeśli taka była intencja. Można przyjąć, że niemal w każdej dyskusyjnej
sprawie, o której zadecydować ma wola ludu, decydują ludzie będący członkami
centralnego bloku. Dlatego
szkoda czasu na przemówienia.
Jedna partia nigdy się nie zgodzi, a druga już się zgodziła. Pozostaje
blok centralny, a jego członkowie dzielą się na tych, którzy nie słyszą tego, o
czym się mówi, i na tych, którzy tego nie rozumieją, jeśli nawet słyszą.
Ekran
osobowości
albo
formuła cocktailowa
…….. 58
Zasadniczym składnikiem techniki
nowoczesnego życia jest cocktail party. Wszelkie kongresy międzynarodowe,
naukowe i przemysłowe obracają się wokół tej instytucji. Wiadomo, że te
zebrania są niemożliwe bez jednego przynajmniej przyjęcia cocktailowego.
Jednakże dotychczas zbyt mało studiów naukowych poświęcono jego funkcji i ewentualnej
korzyści. Nadszedł więc czas, żeby wnikliwie rozważyć
to zagadnienie. Co właściwie mamy zamiar osiągnąć, wydając cocktail?
(...)
(...) Znalezienie ludzi, którzy
naprawdę coś znaczą, jest teraz zupełnie proste. Są to ludzie zgrupowani w
kwadracie E/7 pomiędzy H + 75 a H + 90. Najważniejszą osobą ze wszystkich
będzie ta, która stoi w samym środku grupy.
Studenci zdają sobie sprawę, że ważność
tej formuły zależy od tego, aby nie była ona powszechnie znana. Dlatego też treść tego rozdziału
należy uważać za poufną i trzymać ją w zupełnej tajemnicy. Studenci socjologii
muszą zatrzymać te informacje dla siebie. Szeroka publiczność nie powinna ich czytać pod żadnym
warunkiem.
Wielkie
finanse
albo
punkt zaniku zainteresowania
…….. 67
Ludzie, którzy znają się na wielkich
finansach, należą do dwóch kategorii: tych, którzy sami posiadają olbrzymie
fortuny, i tych, którzy nie mają ani grosza.
Dla rzeczywistego milionera milion funtów jest czymś realnym i łatwym do
pojęcia. Dla
uczonego matematyka lub
wykładowcy ekonomii (przyjmując, że obaj oni właściwie umierają z głodu) milion
funtów jest ostatecznie czymś równie realnym co tysiąc, ponieważ nikt z nich
nigdy nie posiadał żadnej z tych sum. Ale świat jest pełen ludzi, którzy
mieszczą się pomiędzy tymi dwiema kategoriami, którzy nie mają pojęcia o
milionach, lecz dobrze umieją liczyć w tysiącach, i to właśnie z nich składają
się głównie komisje finansowe. Rezultatem tego stanu rzeczy jest zjawisko
często już obserwowane, lecz nigdy dotąd nie zbadane . Można by je nazwać
Prawem Trywialności. Mówiąc pokrótce, oznacza ono, że czas spędzony na
rozpatrywaniu danego punktu zagadnienia jest odwrotnie proporcjonalny do sumy,
o którą chodzi.
Skoro się nad tym zastanowić, trzeba
przyznać, że stwierdzenie, jakoby prawo to nigdy jeszcze nie było badane, jest
niezupełnie słuszne. Dokonano już pewnej pracy na tym polu, lecz badania szły
drogą, która prowadziła do nikąd. ...
(...) Jeśli więc mamy dokonać w
tych badaniach jakiegoś postępu, musimy zignorować to wszystko, co uczyniono
dotychczas. Musimy zacząć od początku i w pełni zrozumieć sposób, w jaki
rzeczywiście pracuje komisja finansowa. Na użytek masowego czytelnika można to
przedstawić
następująco, w formie dramatycznej:
Przewodniczący: Przechodzimy teraz do
Punktu Dziewiątego. Zreferuje to nasz skarbnik, Mr McPhail.
Mr McPhail:
Leży przed panem, sir, kosztorys reaktora atomowego,
uwidoczniony w załączniku H raportu podkomisji. Jak pan widzi, ogólny projekt i
plany zostały zaakceptowane przez profesora McFission. Całkowity koszt
wyniesie 10 000 000 funtów. Przedsiębiorcy, panowie McNab i McHash, sądzą, że prace
powinny zostać ukończone w kwietniu 1963 r. Nasz konsultant, inżynier McFee, ostrzega jednak, że powinniśmy liczyć się z ich
ukończeniem najwcześniej w październiku. Pogląd ten popiera znany geofizyk, dr McHeap, powołując się na prawdopodobną konieczność
palowania fundamentów. Plan głównego budynku leży przed panem – patrz załącznik
IX – jego odbitka na stole. Z przyjemnością udzielę wszelkich dalszych
informacji, jakich zażądają członkowie komisji.
Przewodniczący: Dziękuję za pańskie wyczerpujące objaśnienie proponowanego planu, panie McPhail. Proszę teraz obecnych tu członków o wyrażenie
swojego zdania.
W
tym miejscu musimy koniecznie przerwać i zastanowić się nad tym, jakiego zdania
mogą być członkowie komisji.
Przypuśćmy, że jest ich jedenastu, łącznie z przewodniczącym,
lecz wyłączywszy sekretarza.
Z tych jedenastu członków czterech – łącznie z przewodniczącym –
nie wie co to jest reaktor. Trzech spośród pozostałych
nie orientuje się, do czego on służy. A z tych, którzy to wiedzą, zaledwie
dwóch ma niejasne pojęcie, ile powinien kosztować. Jednym z nich jest Mr Isaacson, drugim Mr Brickworth. Każdy z nich może
coś na ten temat powiedzieć.
Przypuśćmy, że Mc Isaacson mówi
pierwszy.
Mr Isaacson: No cóż, panie
przewodniczący, ja wolałbym mieć nieco więcej zaufania do naszych
przedsiębiorców i do konsultanta. Gdybyśmy przede wszystkim zwrócili się do
profesora Lewi i gdybyśmy zawarli kontrakt z panami Dawidem i Goliatem, byłbym
pewniejszy tego całego planu. Pan Lyon-Daniels nie zabierałby nam czasy denerwującymi
przypuszczeniami na temat zwłoki w ukończeniu prac, a dr Mojżesz Bullrush powiedziałby nam definitywnie, czy palowanie
będzie potrzebne czy nie.
Przewodniczący: Jestem pewien, że wszyscy
umiemy ocenić troskę pana Isaacsona o wykonanie tej
pracy w możliwie najlepszy sposób. Ale zdaje mi się, że jest już trochę za późno na
to, żeby powoływać nowych doradców
technicznych. Przyznaję, że zasadniczy
kontrakt musi jeszcze zostać podpisany, ale wydaliśmy już bardzo poważne sumy.
Jeśli odrzucimy porady, za które już zapłaciliśmy, będziemy zmuszeni zapłacić
drugie tyle.
(Inni członkowie mruczą potakująco).
Mr Isaacson: Chciałbym,
żeby moje uwagi zostały zaprotokołowane.
Przewodniczący: Oczywiście. Zapewne Mr Brickworth ma w tej sprawie coś do powiedzenia?
Otóż Mr
Brickworth jest tutaj bodaj jedynym człowiekiem,
który wie, o czym mówi. Wiele miałby do powiedzenia. Nie ma zaufania do okrągłej sumy
10 000 000 funtów.
Dlaczego to ma kosztować właśnie tyle? Dlaczego musi się burzyć stary
budynek, żeby zrobić miejsce na nowy fundament? Dlaczego tak wielką sumę
przeznaczono na „nieprzewidziane wydatki? I kto to w ogóle jest ten McHeap? Czy to ten sam, którego w zeszłym roku
zaskarżyło Towarzystwo Naftowe „Trickle and Driedup”?
Ale Brickworth nie wie, od czego zacząć. Jeśli
zacznie mówić o
odbitce planu, inni członkowie komisji nie potrafią jej odczytać. Musiałby zacząć od wyjaśnienia, czym w ogóle
jest reaktor, a nikt nie chciałby się przyznać, że tego jeszcze nie wiedział. Lepiej nic
nie mówić.
Mr Brickworth: Nie mam nic do
powiedzenia.
Przewodniczący: Czy ktoś
jeszcze z członków komisji chce zabrać głos? Doskonale. A zatem mogę przyjąć,
że plany i kosztorys zostały zatwierdzone? Dziękuję. Czy mogę podpisać
zasadniczy kontrakt w imieniu panów? (pomruk zgody).
Dziękuję. Możemy teraz przejść do punktu dziesiątego.
Wliczając kilka sekund na szeleszczenie
papierami i rozwijanie wykresów, czas poświęcony
Punktowi Dziewiątemu wynosił dokładnie dwie i pół minuty. Zebranie
przebiega sprawnie. Ale niektórym z jego uczestników jest trochę głupio w
związku z Punktem Dziewiątym. Zastanawiają się w duchu, czy istotnie okazali w
tym wypadku swoją ważność.
Jest już zbyt późno, żeby kwestionować schemat reaktora,
pragnęliby jednak – zanim zebranie dobiegnie końca – zademonstrować, że są
przytomni i doskonale wiedzą, co się tu dzieje.
Przewodniczący: Punkt Dziesiąty. Pomieszczenie na rowery dla
urzędników. Otrzymano kosztorys od
panów Bodger i Woodworm,
którzy podejmują się wykonać tę pracę za sumę 350 funtów. Plany i
specyfikacje leżą przed wami panowie.
...
Dyskusja żywo się rozwija. Suma 350 funtów mieści się doskonale w pojęciu wszystkich. Każdy
potrafi też sobie unaocznić wygląd pomieszczenia na rowery. Dlatego dyskusja trwa czterdzieści
pięć minut, a jej możliwym wynikiem jest zaoszczędzenie jakiś 50 funtów. Członkowie
zebrania wygodnie rozpierają się w krzesłach z uczuciem dobrze spełnionego
obowiązku.
Przewodniczący: Punkt Jedenasty. Napoje orzeźwiające podawane na zebraniach Połączonego Komitetu Opieki
Społecznej. Miesięcznie
35 szylingów.
...
Teraz rozpoczyna się jeszcze bardziej zajadła dyskusja. Wśród członków komisji
mogą być tacy, którzy nie widzą różnicy pomiędzy azbestem a ocynkowanym
żelazem, lecz każdy z nich zna się na kawie - wie,
co to jest, jak powinno się ją robić, gdzie ją należy kupować – i czy w ogóle
należy ją kupować. Ten punkt porządku dziennego członkowie komisji omawiają
godzinę i kwadrans, a zakończą – prosząc sekretarza o dodatkowe informacje i
postanowią rozstrzygnąć tę sprawę na następnym zebraniu. (...)
(...) Wiele
jeszcze badań zostaje do przeprowadzenia, lecz rezultaty końcowe – po ich
opublikowaniu – będą z pewnością ogromnie interesujące i przyniosą ludzkości
natychmiastową korzyść.
Plany i
budowle
albo
gmach administracyjny
…….. 77
Każdy, kto bada instytucje ludzkości,
dobrze zna typowy test, według którego można ustalić znaczenie poszczególnego
urzędnika. Ilość drzwi, które należy przejść, liczba jego osobistych
sekretarzy, liczba aparatów telefonicznych na jego biurku – te trzy cyfry wzięte razem z
grubością dywanu w centymetrach dały nam prosty wzór, zgadzający się niemal na
całym świecie. Jest sprawą mniej znaną, że ten sam rodzaj obliczeń stosuje się,
lecz na odwrót, do samej instytucji. (...)
(...) Wspomniane
instytucje – jakkolwiek bardzo żywotne i produktywne – pracują w tak podłych i
prowizorycznych warunkach, że z ulgą chcielibyśmy zwrócić się do instytucji
urządzonej od samego początku wygodnie i z godnością. Zewnętrzne drzwi z
brązu i ze szkła umieszczone są pośrodku symetrycznej fasady. Wyglansowane buty
prześlizgują się łagodnie po błyszczącym chodniku do lśniącej i cichej windy.
Niezwykle kulturalna panienka z recepcji powie coś szeptem karminowych warg do
śnieżnobiałej słuchawki.
Wskaże ci chromowany fotel, przepraszając olśniewającym uśmiechem
za krótką, lecz nieuniknioną chwilę czekania. Podnosząc wzrok znad barwnego
magazynu, zauważysz, jak szerokie korytarze wiodą promieniście ku departamentom
A, B i C. Spoza zamkniętych drzwi dobiega
stłumiony szmer
zdyscyplinowanej pracy. W
minutę później grzęźniesz po kostki w dywanie w gabinecie dyrektora, brnąc
wytrwale ku jego odległemu, schludnemu biurku. Zahipnotyzowany niewzruszonym
spojrzeniem szefa, onieśmielony obrazem Matisse’a,
wiszącym na ścianie, poczujesz, że znalazłeś nareszcie ośrodek sprawnej
działalności.
W rzeczy samej nie odkryłeś niczego w tym rodzaju.
Wiadomo, że doskonałość zaplanowanego układu osiągają tylko instytucje
znajdujące się w stanie upadku. Ten
wyraźnie paradoksalny wniosek oparty jest na bogatych badaniach
archeologicznych i historycznych, których bardziej poufnym szczegółami nie mamy
tu potrzeby się zajmować.
Za ogólną zasadę przyjęto jednak metodę wybierania i oznaczania
dat powstania tych gmachów, które jak się zdawało, były doskonale
zaprojektowane dla celów, którym miały służyć. Ich studia porównawcze skłoniły do
przyjęcia wniosku, że doskonałość planowania jest objawem upadku. W okresie panujących odkryć i postępu nie ma czasu na
planowanie doskonałych siedzib. Czas na to przychodzi
później, wtedy, kiedy cała ważna praca została już wykonana. Doskonałość, wiemy
o tym, jest ostatecznością; a ostateczność jest śmiercią.
Przypadkowemu turyście, przejętemu
nabożną czcią przed Bazyliką Świętego Piotra w Rzymie, musi się wydawać, że
Bazylika i Watykan tworzyły idealną oprawę dla władzy papieskiej u samego
szczytu jej prestiżu i potęgi. Tutaj – rozmyśla turysta – musiał
Innocenty III rzucać
swe grzmiące klątwy. Tutaj musiał
Grzegorz VII układać prawa.
Ale rzut oka do przewodnika przekona turystę, że naprawdę potężni
papieże panowali na długo przedtem, zanim wzniesiono obecną kopułę, a nierzadko
panowali gdzie indziej. Więcej jeszcze, późniejsi papieże utracili połowę swego
autorytetu, gdy prace nad budową jeszcze trwały. Juliusz II, który zadecydował o
podjęciu budowy, i Leon X, który zaaprobował szkic Rafaela, zmarli na długo
przedtem, zanim budowle przybrały obecny kształt. Pałac Bramantego był budowany aż do r. 1565, wielki kościół
został poświęcony dopiero w
r. 1626, a plac kolumnowy ukończony w r. 1667. Wielkie dni papiestwa minęły, zanim jeszcze w
ogóle zaprojektowano tę doskonałą siedzibę.
W okresie jej ukończenia już o nich niemal zapomniano.
...
Łatwo można udowodnić, że to następstwo wydarzeń wcale nie jest
wyjątkowe. Taką właśnie kolejność możemy dostrzec w historii Ligi Narodów. Koncentrowały się
wokół niej wielkie nadzieje od jej zaczątków w r. 1920 aż do roku mniej więcej
1930. Najpóźniej około r. 1933 okazało się, że eksperyment się nie udał. Jednakże
fizyczne ucieleśnienie Ligi, Pałac Narodów, otwarto dopiero w r. 1937.
Była to z pewnością budowla godna podziwu. Głęboka myśl ożywiała plany budowy sekretariatu
i sal obrad, pomieszczeń dla komisji i restauracji. Było tam wszystko, na co
stać ludzką pomysłowość, z wyjątkiem, rzecz jasna, samej Ligi. W roku, w którym Pałac oficjalnie
otwarto, Liga właściwie przestała istnieć.
(...)
„Degrengolitis”
albo
obezwładniający paraliż
…….. 89
Na każdym kroku spotykamy
pewien typ organizacji (administracyjnej, handlowej czy akademickiej), w której
wyżsi urzędnicy są zaharowani i tępi, ci trochę niżsi – rozwijają pewną
aktywność jedynie we wzajemnych intrygach, najmłodsi zaś – są sfrustrowani albo
lekkomyślni. Niewielkie stawia się
sobie zadania. Niczego się nie osiąga. A zastanawiając się nad tym smutnym obrazem, dochodzimy do
wniosku, że kierownicy tych instytucji zrobili wszystko, na co ich było stać,
walczyli z przeciwnościami losu, a w końcu przyznali, że ponieśli klęskę.
W świetle ostatnich studiów okazuje się
jednak, że nie ma potrzeby przyznania się do takiej klęski. Poważny bowiem procent instytucji
umierających, dotychczas zbadanych, znalazł się w stanie ostatecznego upadku
celowo i po długotrwałym wysiłku. Upadek ten jest wyraźnie wynikiem
choroby, lecz choroby w dużej mierze dobrowolnie sobie zainfekowanej. Od pierwszych oznak tego stanu postęp
choroby podsycano, jej przyczyny pogłębiano, a objawy witano z radością. Jest
to choroba polegająca na założeniu własnej niższości, całkowita degrengolada –
nazwijmy ją „degrengolitis”. Dolegliwość
powszechniejsza, niż często się przypuszcza, i dużo łatwiej postawić jej diagnozę
niż przeprowadzić kurację.
Nasze studia organizacyjnego paraliżu
rozpoczniemy zgodnie z logiką, od opisu przebiegu choroby, począwszy od
pierwszych jej oznak aż do stadium ostatecznego. Następny etap naszych badań będzie
dotyczył symptomów i diagnozy. Etap trzeci powinien by zalecać jakieś sposoby leczenia,
lecz na ten temat niewiele wiadomo.
Brytyjski specjalista zadawala się zwykle
w zupełności prześledzeniem objawów i zdefiniowaniem ich przyczyny. Francuz –
odwrotnie – zaczyna od przepisania sposobów leczenia, a dopiero później omawia diagnozę,
jeśli w ogóle ją omawia. W naszym wypadku skłonni będziemy przyjąć metodę
brytyjską, która może nie pomóc pacjentowi, lecz która jest bez kwestii metodą
bardziej naukową. Lepiej jest podróżować z nadzieją w duszy niż po prostu
przybywać na miejsce.
Pierwszą oznaką
niebezpieczeństwa jest pojawienie się w hierarchii organizacji osobnika, który
łączy w sobie potężne nagromadzenie niekompetencji i zazdrości. Żadna z
tych cech nie wyróżnia się sama przez się i większość ludzi posiada każdą z
nich w pewnej proporcji.
Lecz kiedy te dwie cechy osiągają pewne nasilenie – oznaczmy je
formułą N3 Z5 – następuje reakcja chemiczna. Dwa elementy stapiają się, stwarzają
nową substancję, którą określimy nazwą „degrengoliny”.
Następne albo wtórne stadium
choroby ma miejsce wtedy, gdy zarażony osobnik zdobywa całkowite lub częściowe
kierownictwo organizacji centralnej. W wielu wypadkach stadium to następuje bez okresu zakażenia
początkowego, jeśli zarażone indywiduum przystępuje właśnie do pracy na tym
szczeblu. W tym stadium łatwo rozpoznać owo indywiduum
po uporze, z jakim walczy o usuniecie z organizacji wszystkich zdolniejszych od
siebie, a także po uporze, jaki napotyka u niego zaangażowanie lub awans kogoś,
kto mógłby okazać się zdolniejszym po upływie pewnego czasu. Centralna
administracja stopniowo zaczyna roić się od ludzi głupszych od
przewodniczącego, od dyrektora, od kierownika.
Jeśli prezes instytucji jest postacią drugorzędną, będzie starał się o to, aby
sztab jego najbliższych współpracowników składał się tylko z postaci
trzeciorzędnych, a ci z kolei o to, aby ich podwładni byli czwartorzędni. Powstaje
wkrótce istotne współzawodnictwo głupoty, ludzie pragną uchodzić za jeszcze
głupszych, niż są w rzeczywistości.
Następne, czyli trzecie z kolei stadium
początków tej choroby następuje wówczas, kiedy w całej
instytucji od góry aż do dołu, nie przebłyskuje już ani iskierka inteligencji.
To jest właśnie ów stan upadku, opisany prze nas na początku. Gdy stadium to
zostało osiągnięte, instytucja jest – praktycznie biorąc – martwa.
Może pozostawać w tym stanie prze
dwadzieścia lat. Może spokojnie się rozkładać. Może nawet – na koniec –
powrócić do zdrowia. Przypadki wyzdrowienia są rzadkie. Ktoś mógłby się dziwić,
że wyzdrowienie bez leczenia jest w ogóle możliwe. Jednakże jest to kuracja
całkiem naturalna i dokładnie przypomina proces, gdy różne żyjące organizmy
rozwijają w sobie odporność na trucizny, zabójcze dla nich przy pierwszym
zetknięciu. Jest to tak, jak gdyby cała instytucja została spryskana roztworem
DDT, gwarantującym zniszczenie wszelkich zdolności. Z biegiem lat
praktyka ta przynosi pożądane rezultaty. Lecz w końcu pewne jednostki
uodparniają się. Ukrywają swoje zdolności pod maską idiotycznego dobrego
humoru.
Rezultat jest taki, że pracownicy, którym wyznaczono
zadanie zniszczenia zdolności, nie potrafią (wskutek swej głupoty) znaleźć ich
tam, gdzie je widzą. Zdolny urzędnik
przedostaje się poprzez
zewnętrzne linie obronne i toruje sobie drogę ku szczytowi. Wędruje tam, bełkocąc coś o golfie i głupawo
chichocząc, gubiąc dokumenty i zapominając nazwisk, a wygląda tak samo jak wszyscy. Dopiero gdy
zdobywa wysokie stanowisko, nagle zrzuca maskę i objawia się niby demon wśród
tłumu wróżek z pantominy.
Wśród przenikliwych okrzyków trwogi wysocy urzędnicy odnajdują istotę zdolną tuż obok
siebie. Jest już za późno, żeby można było na to coś poradzić. Stało się,
choroba jest w odwrocie i w ciągu następnych dziesięciu lat możliwe jest
zupełne wyzdrowienie.
Ale te przykłady naturalnej kuracji są niezwykle rzadkie. W normalnym biegu wydarzeń choroba przechodzi
przez wymienione, rozpoznane jej stadia i staje się – mogłoby się wydawać – nieuleczalna.
...
(...) W trzecim i ostatnim stadium tej choroby miejsce zadowolenia z
siebie zajmuje apatia.
(...) Opisaliśmy
więc chorobę tak, jak
się ją widzi od wewnątrz, a następnie od zewnątrz. Znamy jej początki, rozwój,
wyniki infekcji, a także objawy, po których poznaje się jej obecność. Brytyjska
myśl medyczna rzadko kiedy wychodzi poza tę fazę
badań. Skoro chorobę raz zidentyfikowano, nazwano, opisano i wytłumaczono,
Brytyjczycy są zwykle już zupełnie zadowoleni i gotowi do badań następnego
zagadnienia. Jeśli ich zapytać o sposób leczenia, patrzą ze zdziwieniem i
polecają dać zastrzyki penicyliny, a przedtem (lub potem) usunąć pacjentowi
wszystkie zęby. Od razu staje się jasne, że ten aspekt problemu ich nie interesuje.
Czy powinniśmy zająć takie samo
stanowisko? Czy też, jako uczeni zajmujący się zagadnieniami politycznymi i
społecznymi, powinniśmy zastanowić się, czy i co można na to poradzić? Szczegółowa dyskusja nad jakąś
możliwą kuracją byłaby z pewnością przedwczesna, lecz bardzo ogólne wskazanie
kierunku, w którym można by szukać rozwiązania, byłoby rzeczą pożyteczną. Można
by przynajmniej wyłożyć pewne zasady.
Pierwsza z owych zasad brzmi: Instytucja
dotknięta chorobą nie może sama się zreformować. Wiemy, że istnieją przykłady, iż
choroba znika bez leczenia, tak samo jak występuje bez ostrzeżenia; przypadki te jednak są rzadkie, a
specjaliści uważają je za nieprawidłowe i niepożądane. Kuracja, jakakolwiek
byłaby jej istota, musi przyjść z zewnątrz. Może być rzeczą fizycznie możliwą,
żeby pacjent sam sobie usunął wyrostek robaczkowy pod miejscowym znieczuleniem,
ale taka praktyka spotkałaby się z niechęcią i szeregiem zastrzeżeń.
Zatem pierwszą zasadą , jaką spokojnie możemy ogłosić, będzie ta, iż
pacjent i chirurg nie powinien być tą samą osobą. Kiedy instytucja znajduje się w zaawansowanym stadium choroby,
potrzebne są usługi specjalistów, a nawet w pewnych wypadkach usługi największego z
żyjących autorytetów, samego Parkinsona.
Honorarium, które trzeba by zapłacić, byłoby oczywiście bardzo wysokie,
lecz w wypadku tego rodzaju wydatek nie stanowi naturalnie przeszkody. Jest to
przecież bądź co bądź sprawa życia i śmierci.
Drugą zasadą, którą możemy
wyłożyć, jest ta, że początkowe stadium choroby można leczyć zwykłymi
zastrzykami, następne – wymaga w pewnych wypadkach leczenia chirurgicznego,
trzecie zaś – należy uznać za nieuleczalne. W swoim czasie lekarze przebąkiwali coś o buteleczkach i pigułkach,
ale to sposób przestarzały. W innym okresie mówiono mgliście o psychologii,
lecz to także już
sprawa przestarzała; od tego czasu
większość psychoanalityków uznano za obłąkanych.
Sądzimy, że drugie stadium
choroby nadaje się do operacji.
Wszyscy czytelnicy-fachowcy słyszeli o pracach ogólnie łączonych z nazwiskiem Cutlera Walpole. Operacja dokonana po raz pierwszy przez tego wielkiego chirurga polegała po
prostu na usunięciu zakażonych organów i na równoczesnym wprowadzeniu świeżej
krwi, przetoczonej z podobnego organizmu.
Czasami operacja ta się udaje. Należy
tylko dla porządku dodać, że czasami się nie udaje. Szok może się okazać zbyt
wielki dla organizmu.
O świeżą krew może być trudno, a nawet
jeśli się ją uzyska, może nie udać się zmieszanie jej z krwią już poprzednio
krążącą w organizmie. Z drugiej strony ta
drastyczna metoda daje niewątpliwie najlepszą szansę zupełnego wyleczenia.
Wydaje się, że w trzecim stadium nic już
nie można zrobić. Instytucja
jest – w praktyce – całkowicie martwa. Można ożywić ją na nowo, lecz tylko
wówczas, jeśli zmieni się jej nazwę, siedzibę i cały sztab pracowników.
Sprawa
emerytury
albo
wiek odpoczynku
…….. 104
Słuszną jest rzeczą, że wśród wielu
problemów, omawianych i rozwiązanych w tej książce, sprawą emerytury zajmujemy
się na końcu. Stanowiła ona przedmiot obrad wielu komisji badawczych, lecz relacje,
jakie się słyszało, były zawsze beznadziejnie sprzeczne, a ostateczne zalecenia
mętne, nieprzekonywające i
niejasne. Wiek przymusowej emerytury określa się pomiędzy 55 a 75
rokiem życia, lecz są to określenia dowolne i nienaukowe.
Każdy wiek ustanowiony przez
przypadek lub zwyczaj można by obronić tym samym argumentem. Tam gdzie wiek
emerytalny określono na lat 65, obrońcy tego systemu zawsze uznają, na
podstawie doświadczenia, że siły umysłowe i energia wykazują oznaki osęłabienia w wieku lat 62. Z dużym pożytkiem można by
dojść do tego wniosku, gdyby w instytucjach, w których wiek emerytalny ustalono
na lat 60, nie zaobserwowano innego zjawiska. Tam – jak nam powiedziano –
okazuje się, że ludzie tracą siły, w pewnym stopniu, w wieku lat 57. I jak na
złość mężczyźni,
których wiek emerytalny oznaczono na 55 lat, tracą pełnię sił w
wieku lat 52. Krótko mówiąc, wygląda na to, że zdolność do pracy zaczyna się
zmniejszać w wieku emerytury E minus
3, bez względu na to, jaki wiek został dla E
określony. Jest to fakt interesujący sam przez się, jednak nie pomaga
bezpośrednio wtedy, kiedy trzeba zadecydować , jaki wiek powinno się oznaczyć
dla E.
Ale chociaż wiek E minus 3 nie jest nam bezpośrednio pomocny, to pozwala on
zorientować się, że dotychczasowe badania prowadzone były w niewłaściwym
kierunku. Często dokonywana obserwacja, że ludzie różnią się od siebie i
niektórzy starzeją się
około pięćdziesiątki, podczas gdy inni są pełni energii jeszcze w
wieku lat 80 lub 90, może odpowiadać prawdzie,
lecz i tutaj fakty prowadzą do nikąd.
Prawdą jest, że wiek emerytalny nie
pozostaje w żadnym związku z człowiekiem, którego emeryturę mamy na myśli.
Powinniśmy wziąć pod obserwację jego następcę: człowieka Y, który ma
zająć miejsce człowieka X, gdy ten ostatni znajdzie się w stanie spoczynku.
Dobrze wiadomo, że w swej pomyślnie przebiegającej karierze przejdzie on
następujące etapy:
1)
Wiek Kwalifikacji (K)
2)
Wiek Dyskrecji (D)
= K + 3
3)
Wiek Awansu (A)
= D + 7
4)
Wiek Odpowiedzialności (O) = A +
5
5)
Wiek Autorytetu (AA)
= O + 3
6)
Wiek osiągnięć (OO) = AA +
7
7)
Wiek Wyróżnienia (W)
= OO + 9
8)
Wiek Godności (G) = W
+ 6
9)
Wiek Mądrości (M) = G
+ 3
10)
Wiek Zahamowania (Z) = M
+ 7
Skalą powyższą rządzi wartość
liczbowa K. Zatem K należy rozumieć jako termin techniczny.
Nie znaczy to, że człowiek w wieku K wie coś na temat
spraw, którymi ma się zajmować.
(…)
======================================================================
| Literatura | Strona główna |