Iwona D. Bartczak:
Małe
ojczyzny w biznesie
COMPUTERWORLD z 17
maja 1999r., nr 20/384, str. 44.
--------------------------------------------------------------------------------
Przytaczam Całość artykułu
plus uwagi własne:
------------------------------------------------------------------------------------------------
Błędne
jest częste przekonanie menedżerów, że pracownicy różnych działów jednej firmy
nie chcą ze sobą współpracować wyłącznie z niskich pobudek.
Niestety, nie można zaprzeczyć, iż współdziałanie poszczególnych
działów i komórek w ramach jednego przedsiębiorstwa, instytucji czy urzędu rzadko
układa się poprawnie. Na ogół pracownicy konkretnego działu „okopują się” w
granicach zasobów i formalnych obowiązków swojego działu. Każde wzmożone
zainteresowanie tym, co oni tam właściwie robią, oraz propozycje, że może by to
robić inaczej, tak by współgrało z pracą innych działów - traktują jako wrogą
ingerencję.
Mobilizują się wówczas do obrony. Kierownicy działów kierują się zwykle większą
lojalnością wobec bezpośrednich podwładnych niż wobec firmy jako całości, w
sytuacji owego „zagrożenia” potęgują swoją solidarność z załogą, całkowicie
przestają być podatni na argumenty przekonywające do otwarcia się na wspólną
pracę z innymi działami. I ze współpracy tym bardziej nici. Paradoks polega na tym, że im większa potrzeba wspólnych działań w
przedsiębiorstwie czy innej organizacji, np. wokół nowych produktów,
restrukturyzacji czy wdrażania systemu informatycznego, tym bardziej rosną mury
wokół działów.
Z takiej postawy działów i ich kierowników wynikają prawie same
kłopoty. Po pierwsze,
firmie trudno przeprowadzić zmiany strategiczne w swojej działalności, np.
reorganizację, zmianę asortymentu czy rynku, gdyż wymagają one kompleksowej
wiedzy wszystkich komórek i ich chęci do zmodyfikowania swojej działalności. A
dla działów każde status quo - nawet najgorsze, ale od dawna istniejące - jest
lepsze od otwartości i wystawienia się na kapryśne prądy zmian. Po drugie, bez
pracy zespołowej większość potencjału intelektualnego i twórczego pracowników
pozostaje nie wykorzystana, ponieważ nie uzyskuje
stosownej podniety do aktywności i pokazania się. Po trzecie, postawa obronna
działów oznacza ogromne marnotrawstwo zasobów - pracy ludzkiej, czasu i
materiałów. Ludzie po prostu czują się bezpieczniej, gdy powiedzą, że jakaś
praca zajmuje im więcej czasu niż rzeczywiście, angażuje więcej osób i
materiałów niż naprawdę. Jeśli granica działu jest dobrze broniona, to nikt się
nie dowie, jakie jest prawdziwe zapotrzebowanie na ludzi, czas i materiały. Po
czwarte, taka firma ma wiele twarzy dla klientów w zależności od tego, z jakim
działem się zetknie. Nie jest więc w stanie wykreować
spójnego wizerunku i go wypromować.
Powiedziałam już wiele złego o zachowaniu pracowników, ale to wcale nie jest
oskarżenie. Wiele rzeczy wygląda bardzo źle, ale wcale takimi nie jest. Bardzo
łatwo pomylić się, co do rzeczywistej wartości takich postaw. To nie
musi być egoizm. To, że pracownicy czynią ze swojego działu twierdzę ze szkodą
dla reszty pracowników, wcale nie znaczy, iż ich działanie wynika z najniższych pobudek, czyli obrony swoich
interesów kosztem dobra wspólnego, jakim jest firma. Często wynika z
nieumiejętności ogarnięcia myślą i przywiązaniem tak wielkiej organizacji bez
żadnej złej intencji czy błędów w niej. Czasem jest za duża i za trudna dla
pojedynczego człowieka czy nawet większej grupy. Wówczas ludzie wytwarzają na
potrzeby swojej psychiki - a nie tylko kieszeni, jak skłonni jesteśmy
prymitywnie interpretować - takie małe ojczyzny. Rozumieją je i kochają. Jaka
szkoda, że tak mało menedżerów potrafi zrozumieć te uczucia i twórczo
wykorzystać, a tak wielu sprawnie je niszczy, zaprowadzając różne nowoczesne -
raczej odhumanizowane porządki.
------------------------------------------------------------------------------------------------
Uwagi:
Ja osobiście stonował
bym nieco ostrość wypowiedzi, bo chyba aż tak źle z przekonaniami
menedżerów i stanem faktycznym, to nie jest. Podzielam jednak sens ogólny
artykułu skierowanego przede wszystkim do menedżerów. Przypuszczam, że prawie
każdy z nich spotkał się z problemem, jak pogodzić konieczność koncentrowania
się na sprawach najważniejszych, z drugą koniecznością: panowania nad istotnymi
szczegółami, w tym wynikającymi także z różnej wiedzy, charakterów i postaw.
Teoria nowoczesnego zarządzania bardzo dużą wagę przywiązuje do tego typu
problemów, a jeszcze bardziej do konieczności kompleksowego patrzenia na
sprawy, organizacji pracy zespołowej i koniecznego interdyscyplinarnego
współdziałania, prawidłowej motywacji, uczenia się organizacji, jej tożsamości
i kultury, szanowania pracowników, rozwijania ich wiedzy i zaangażowania itp.
itd. Niestety, przedsiębiorstwa, oraz pracujący w nich ludzie, na tyle się
między sobą różnią, że po prostu najsłuszniejsze nawet założenia trzeba
dopasować do danych warunków, a to może być bardzo trudne, albo wręcz
niewykonalne w konkretnej sytuacji. Zapewne spotykamy się też ze zwykłą
niekompetencją lub wręcz złą wolą. Stąd frustracje zarówno pracowników jak i
menedżerów, głosy krytyki, zniechęcenie, obronne postawy itp. Czasami jednak
trzeba próbować zmieniać „świat na lepszy”, jeśli nawet nie bardzo się to
udaje.
A tak, nawiasem mówiąc, „mury wokół
działów” wyrastają najczęściej wtedy, gdy dane działania odczuwają one „jako niesprawiedliwe” w
porównaniu do innych działów. Mogą to być odczucia zarówno obiektywne jak i
tylko subiektywne. Odpowiedni fachowiec (czy też zespół fachowców) jest to w
stanie dobrze rozeznać, i nie pomoże najlepsza obrona, ale oparta nie na
prawdzie. Jeśli zarówno menedżer jak i pracownicy działów są na odpowiednim
poziomie, a przedsiębiorstwo jest sprawnie zarządzane, to zdarzające się
nieporozumienia i pomyłki są zazwyczaj szybko likwidowane - we wspólnym
interesie. A jeśli nie...?
Z.U.
=====================================================
Koń i wielbłąd | Literatura | Strona główna |