Iwona D. Bartczak:
Koń
i wielbłąd
COMPUTERWORLD z 5
października 1998 r., nr 36/352, str. 55.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Przytaczam całość artykułu:
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Powoływanie zespołów, złożonych z przedstawicieli różnych działów w
celu zaproponowania kierownictwu rozwiązania pewnego problemu, często kończy
się nie tylko porażką, ale wręcz zniechęceniem do wszelkich demokratycznych
metod zarządzania.
Niestety, zaniechanie
zbiorowego wypracowywania decyzji na rzecz decyzji jednoosobowych ma mocne
uzasadnienia w doświadczeniach menedżerów. Nie na próżno mówi się, że wielbłąd
jest koniem zaplanowanym przez komitet. Działania zbiorowe mają bowiem tę wadę, że często prowadzą do wyników
niespójnych. Podstawowa przyczyna tej sytuacji tkwi w błędnym założeniu
powoływania takiego komitetu. Otóż milcząco albo werbalnie zakłada się, iż
wspólnie znalezione rozwiązanie ma uwzględnić postulaty lub zaspokoić
roszczenia wszystkich zainteresowanych, a już na pewno dać im poczucie, że
decyzje nie zapadają za ich plecami, istnieje dobra wola kierownictwa, są ważni
i doceniani. Czyli w zasadzie rozwiązać pozamerytoryczny problem ludzkiego
samopoczucia w firmie. Meritum, czyli sprawa do załatwienia, jest drugorzędna.
A nawet i w tej drugorzędności źle postawiona.
Zaproszeni
do zespołu uważają, że końcowy jego produkt będzie zbiorem pomysłów lub żądań
jego uczestników, a wkład do wspólnej pracy polega na zaznaczeniu swego
udziału.
Obserwowałam lub brałam udział w pracach wielu komitetów i zespołów doraźnie
powoływanych lub działających regularnie i prawie zawsze powtarzał się ten sam
scenariusz. Wszyscy koniecznie musieli zabrać głos, nawet
jeśli nic nie mieli do powiedzenia w danej sprawie lub chwili, a co
więcej, ich głos musiał być obowiązkowo - w ich mniemaniu - różny od innych
uczestników. Widziałam wielu ludzi, którzy w popłochu
szukali kontrowersyjnego elementu sprawy, aby go publicznie podnieść, jakiegoś
jej powikłania, które mogliby podrzucić zgromadzonym. Uczestnik, który nie
zaznaczał swej odrębności, uważał, że nie dość dobrze reprezentuje interesy
swojego działu, komórki, grupy zawodowej albo wręcz, iż w ogóle go nie
zaprezentuje. Bo
jeśliby się z kimś zgadzał, to w zasadzie jaki byłby
powód jego powołania do tego zespołu. Można by go pominąć, i tak może zdarzyć
się przy następnej okazji. Ten
specyficzny, bardzo silny strach przed byciem pominiętym lub zlekceważonym
powoduje ogromną liczbę konfliktów, nieporozumień, sporów. Jest to partycypacja
w zbiorowych decyzjach poprzez wywoływanie problemów. Było dla mnie
oczywiste, że wiele z nich nie powstałoby w głowach - właśnie tylko w głowach -
gdyby decyzję podjęto w małym gronie, oczywiście pod warunkiem, że byłaby to
decyzja rozsądna i w terminie zakomunikowana zainteresowanym. Tymczasem tak
wywołany problem zaczyna żyć swoim życiem i staje się realnym problemem.
Jak uniknąć tej pułapki,
„syndromu wielbłąda”? Przecież demokracja ma niezaprzeczalne zalety, a
w zbiorowych działaniach tkwi ogromny potencjał. Recepty oczywiście nie ma. Ale jedną rzecz trzeba zawsze uczynić - powoływanym zespołom
uświadamiać, że celem ich działania nie jest kompromis i zebranie w całość
wszystkich pomysłów czy postulatów. Celem jest propozycja rozwiązania problemu,
wynikająca nie z pogodzenia jakichkolwiek interesów, lecz z wiedzy,
umiejętności, talentów i doświadczeń zawodowych, społecznych i osobistych
uczestników. Dopiero zostawiając za drzwiami interesy własne lub swojej grupy i
oddzielając omawiany problem od ludzi, których dotyczy - można skoncentrować
się na meritum sprawy.
Jeśli to się nie udaje, lepiej skupić się na ćwiczeniu umiejętności
komunikowania swoich decyzji niż tworzeniu karykatur pracy zespołowej.
--------------------------------------------------------------------------------
Małe ojczyzny | Literatura | Strona główna |